E-book
27.3
drukowana A5
27.8
Mała Lunatyczka

Bezpłatny fragment - Mała Lunatyczka

Bajki dla nie całkiem dorosłych


Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8245-292-1
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 27.8

Prawdziwym przyjaciołom

Małej Lunatyczki

Wstęp

Pewnego dnia do pokoju na ostatnim piętrze starego domu, w pewnym dużym mieście, wprowadziła się mała dziewczynka. Mieszkała z mamą, ale często była sama, choć nie samotna, bo miała wielu przyjaciół. Dorośli ich jednak nie widzieli i mówili, że ma po prostu bujną wyobraźnię.

To była dziwna dziewczynka. Nikt nigdy nie widział, aby chętnie wstawała do szkoły, za to mówiono, że nocą wymyka się z domu na samotne spacery po mieście, a nawet po starym i pięknym cmentarzu, który był w pobliżu.

Oczywiście, że to nie była prawda, bo małe dziewczynki nie wychodzą same z domu w nocy. Choć… Kto to wie? W nocy wszystkie koty są czarne i nigdy nie wiadomo, kto tam spaceruje po starym cmentarzu.

To właściwie była zupełnie zwykła dziewczynka, ale jednak trochę dziwna. Sama siebie nazywała Małą Lunatyczką tak często, że nikt poza jej mamą nie pamiętał, jak właściwie ma na imię. I tak było, aż wreszcie dorosła i wszyscy w końcu zapomnieli, kim była Mała Lunatyczka.

Pokój z widokiem

— Witaj — powiedział Gołąb Pocztowy.

— Uhm — mruknęła Mała Lunatyczka, z trudem otwierając oczy.

— Jeszcze śpisz? Już prawie południe — powiedział i cicho zagruchał.

— Nie wiesz, że jestem lunatyczką? Kiedy ty śpisz, ja chodzę i podglądam świat. Świat w nocy jest zupełnie inny. I o wiele bardziej ciekawy. Ale gołębie wtedy śpią na parapetach.

— Nic nie wiem o nocnym świecie. No i zgubiłem mój parapet. Ale wiem, że na jest dworze słońce i kto żyw wychodzi z domu. A ty co?

— A ja nie lubię słońca. Słońce utrudnia myślenie i szczypie w oczy. Spróbuj myśleć, mając oczy pełne słońca!

Gołąb Pocztowy podreptał po parapecie i oparł się główkę o futrynę wypaczonego okna, bo był zmęczony.

— To dlatego mieszkasz w takim ciemnym pokoiku? I masz Okno Z Widokiem Na mur?

— To kiedyś było okno z widokiem na inne okno. Jak się pochylałam, to widziałam na wylot przez tamten dom, bo tamto okno też miało okno, które z kolei wychodziło na niebo… Hmm, to trochę skomplikowane, wiem. Fakt jednak, że potem to pierwsze okno zamurowali.

— Wolnego, które, to pierwsze czy drugie? Twoje jest które, drugie czy pierwsze? — Gołąb Pocztowy podrapał się skrzydłem po głowie.

— Moje się nie liczy, ptasi móżdżku, zamurowali tamto okno — krzyknęła Mała Lunatyczka i wskazała palcem w stronę muru.

— Aha. Rozumiem — powiedział Gołąb Pocztowy, trochę obrażony. — A nie wiesz czasami, gdzie mieszkam?

— Myślałam, że Gołębie Pocztowe zawsze trafiają do swojego domu. I właściwie skąd Ja mam wiedzieć, gdzie Ty mieszkasz? Przecież widzisz, że jestem dość małą dziewczynką. Nawet nazywam się Mała Lunatyczka.

— Oooo, bardzo mi miło. Nigdy jeszcze nie spotkałem lunatyka żadnego rozmiaru. Możesz nie wiedzieć, ale ja też jestem jeszcze dość młody. Pewnie dlatego zabłądziłem! A właściwie skąd ty wiesz, że na niebie jest księżyc i już trzeba lunatykować? Przecież widzisz tylko mur sąsiedniego domu — zdziwił się Gołąb Pocztowy.

— Poznaję to po księżycu, który świeci w moim pokoiku co noc — odburknęła Mała Lunatyczka.

— Phi, nie wierzę! Przecież żaden księżyc nie świeci co noc. No, przecież chmury, nowie i te rzeczy… To chyba nie księżyc tylko jakaś… hmm… bezsenność — powiedział przemądrzale Gołąb Pocztowy i nagle — zupełnie bez pożegnania — odleciał. Nie było widać, w którą stronę — może po prostu spadł z parapetu?

Mała Lunatyczka wlepiła wzrok w mur, na którym słońce wypalało rude plamy. Potem zasłoniła okno czarną kotarą ze wzorem w gwiazdy i z ogromnym srebrnym księżycem.

— Mój księżyc świeci nawet w dzień! I jest moim najlepszym przyjacielem! — zawołała bez większej nadziei, że Gołąb Pocztowy ją jeszcze usłyszy.

Przyjaciele

— Gdzie jesteś, Mała Lunatyczko? — usłyszała na schodach i nagle pomyślała, że taka niewidzialność to może fajna rzecz, ale właściwie strasznie nudna. Może powinna wyjść i pobawić się ze swoimi gośćmi? Już chciała zawołać “tutaj”, gdy drzwi się otworzyły i do jej małego pokoiku wpadła dwójka rozkrzyczanych dzieci.

— Hej, gdzie jesteś? Przyszliśmy się pobawić z tobą, ciocia powiedziała, że jesteś trochę samotna, bo jesteś trochę dziwna i nikt się nie chce z tobą bawić — wołał jakiś chłopiec pachnący płynem do prasowania koszul. Biegał po pokoju i zaglądał w różne kąty.

— Hej, wyłaź, to głupio się tak chować, jak przychodzą goście — naburmuszyła się jakaś dziewczynka, której zapach Mała Lunatyczka pamiętała, bo kojarzył się jej z Bólem Brzucha po Przejedzeniu Lodami Waniliowymi.

Nagle pomyślała, że taka niewidzialność wcale nie jest zła, i wcale nie jest nudna. I bardzo chciała, aby ten gapa Księżyc przez pomyłkę nie wydał jej kryjówki. Nakrochmalony i Waniliowa też wyglądali na zadowolonych. On pociągnął ją za warkocz, a ona kopnęła go w kostkę.

Pewnie się kochają — pomyślała Mała Lunatyczka i zaczęła się zastanawiać, czy to wypada podglądać ludzi pałających do siebie tak silnym uczuciem.

— Ciociu, ciociu, ona mnie kopie! — rozwrzeszczał się Nakrochmalony, zbiegając po schodach. Waniliowa podejrzliwie zerknęła w stronę zasłony, wzruszyła ramionami i pobiegła za nim.

— Uff, było gorąco — powiedziała do siebie Mała Lunatyczka, wyłażąc zza zasłony.

— Uff — przytaknął Księżyc, z ulgą w głosie.

— To ty też tu byłeś? Już się bałam, że mnie wydasz! Straszny z z ciebie głuptas.

— No wiesz — obruszył się Księżyc. — Przecież wiem, jak się zachować w takiej sytuacji — urażony zadarł nos i wydął srebrne policzki.

Mała Lunatyczka pomyślała nagle, że niepotrzebnie nazwała go głuptasem. Wdrapała się na krzesełko i wyciągnęła do niego ręce:

— No, chodź, nie bocz się! Tak się cieszę, że tu jesteś! Tak się cieszę, że mam was, i ciebie, i Pustkę, i Anioła…

— No, przecież po to są Przyjaciele — burknął wzruszony Księżyc, a Pustka, jak to Pustka, przytaknęła w milczeniu, choć właściwie miała dziś ochotę z kimś pogadać.

A Anioł tylko kaszlnął, bo tego dnia był troszkę przeziębiony i wolał nie nadwyrężać strun głosowych.

Wiersz bez kropek

Poetka chwilę myślała, czy postawić kropkę na końcu wiersza, ale zrezygnowała, a wtedy litery rozsypały się w bezładzie jak maleńkie czarne koraliki. Pracowicie je wyzbierała poślinionym palcem. Kiedyś babcia Teodora tak zbierała okruchy chleba, i paproszki na dywanie, i białe pyłki na czarnej, żałobnej garsonce — przypomniała sobie Mała Lunatyczka.

Poetka zsypała wszystkie literki do popielniczki, po czym zaczęła je rozgarniać zapałką, próbując znaleźć jakiś sens tej bezładnej zbieraniny.

— Mówiłam, mówiłam ci, że wiersz musi mieć znaki przestankowe, bez tego wszystko się rozłazi, rozsypuje — gderała. — Nie dla mnie te nowinki. Niech młodzi piszą wiersze bez kropek i przecinków.

— Nie, no sama zobacz, z tego już nic się nie ułoży. Kolejny wiersz do wyrzucenia! — gderała.

— Może by je wysiać — podsunęła Mała Lunatyczka, zaglądając Poetce przez ramię.

— Te drobiny przypominają ziarenka maku — dodała i spojrzała na Poetkę z nadzieją.

— Może wyrośnie z nich jakiś poemat? Albo Czarna Elegia? Albo, albo…

— Prędzej jakaś bezsensowna wyliczanka — burknęła Poetka, ale pomysł jej się spodobał. Wysypała literki na dłoń, wychyliła się z okna pokoju i rozsypała je na wietrze. Przez chwilę unosiły się w powietrzu, a potem zmieniły w ptaki i odleciały.

— Sama widzisz, że wiersze bez znaków interpunkcyjnych są zupełnie nieodpowiedzialne.

A Mała Lunatyczka smutno pokiwała głową, bo właśnie uświadomiła sobie, że nawet nie wie, o czym ten wiersz był. Miała jednak niejasne podejrzenie, że może o ptakach.

Miś Do Recyklingu

— Wiesz — powiedziała Mała Lunatyczka. — Przysiądę sobie przy tobie.

— Jasne — powiedział Miś Do Recyklingu, posuwając się nieco. — Miejsca jest dość, nie krępuj się.

Mała Lunatyczka spojrzała na Misia. Był wielki, ogromniasty. Zajmował cały róg kontenera na odpady segregowalne. Przysiadła skromnie w sąsiednim rogu, a wtedy Miś Do Recyklingu przysunął się do niej i uprzejmie zapytał:

— Czy ty też jesteś do recyklingu?

— Nie, chyba nie. Zresztą sama nie wiem. Czasami czuję się, jakbym była, a czasem myślę, że chyba jestem niesegregowalna.

Miś Do Recyklingu spojrzał na nią z politowaniem. Z jego rozprutej misiowej piersi wysypało się trochę złotych puszystych trocin.

— No, faktycznie, trudno powiedzieć, czy się nadasz do recyklingu — powiedział, spoglądając z troską na dziewczynkę.

— No właśnie, czuję się w tym kontenerze jakoś nieswojo — zamyśliła się Mała Lunatyczka. — Nie sądzę, żeby ludzi oddawało się do recyklingu.

— Ja kiedyś też nie wiedziałem, że oddaje się pluszowe misie — westchnął Miś Do Recyklingu.

Mała Lunatyczka pogładziła jego wypłowiałe futerko.

— Ty to jednak masz dobrze. Masz futerko, trociny, szklane oczka… To wszystko nadaje się do powtórnego użycia. Ale ja?

Miś Do Recyklingu przyjrzał się jej badawczo i jakby z dezaprobatą.

— No fakt, poza ubrankiem to chyba niewiele z ciebie można użyć po raz drugi.

Mała Lunatyczka posmutniała, a potem przytuliła się do wielkiej misiowej piersi.

— Z ludzi w ogóle nie ma zbyt wiele pożytku — westchnął z politowaniem Miś Do Recyklingu i objął ją mocno szeroką włochatą łapą.

Rzeczy gorsze od umierania

— Ale ty jesteś stara — powiedziała Mała Lunatyczka. To chyba straszne być taką starą i prawie umarłą?

Poetka nawet nie drgnęła.

— No, nie żartuj!

Ale Poetka nie żartowała, bo udawała umarłą, a jak się udaje umarłą, to naprawdę trudno żartować, bo umieranie to dość poważna sprawa.

Mała Lunatyczka pochyliła się nad Poetką z zainteresowaniem.

— Nie wygłupiaj się! Ja nie chcę, żebyś była Umarła! Zwłaszcza teraz, kiedy mamy razem iść na spacer! Ludzie Umarli są do niczego. Nie ma z nich żadnego pożytku! Tylko leżą bez ruchu i patrzą w niebo! — tupnęła nóżką.

— I nie mówią do nas — dodała, bo zbierało się jej na płacz.

— I nie biorą za rękę, nie przytulają — wychlipała.

Ale Poetka milczała, bo właściwie spodobało jej się udawanie umarłej. Właściwie sama była ciekawa, jak to jest umrzeć. Wieczne pióro zastygło jej w ręce, a na ostatnich słowach w zeszycie usadowił się tłusty kleks. Wyglądał jak wielka czarna mucha.

Mała Lunatyczka odpędziła go dłonią i przeczytała:

— Ale ty jesteś stara — powiedziała Mała Lunatyczka.

Poetka uniosła głowę i roześmiała się promiennie.

— A ku ku, Mała Lunatyczko! — powiedziała wesoło i wzięła ją za rękę. I poszły…

Ale gdzie poszły już nie było widać, bo właśnie tam znów usadowiła się czarna mucha.

Mała Lunatyczka chciała przeczytać, co było dalej, ale Poetce znudziło się udawanie i powiedziała:

— A ku ku, Mała Lunatyczko!

Wzięła dziewczynkę za rękę i poszły na spacer.

— Wiesz, nie rozumiem, po co ty to wszystko piszesz. I po co robisz mi takie psikusy. To takie… niedorosłe. I nie ma z tego żadnego pożytku. Za to robi się jakoś smutno. Zupełnie jakbyś naprawdę umarła.

— Skąd wiesz, że to musi być smutne? Czy zawsze, kiedy idziesz na cmentarz to jesteś smutna?

— Ja nie, ale widziałam tam wielu smutnych ludzi. Niektórzy nawet płakali.

— Smutek wcale nie jest taki zły. Można się wtedy zastanowić na różnymi rzeczami. A poza tym ludzie smucą się z różnych powodów. Czasem naprawdę z tęsknoty, ale też jak zgubią telefon… Albo jak ich brzuch boli…

— Albo jak dostaną dwójkę… I jak zapomną złożyć życzenia mamie na urodziny — powiedziała z namysłem Mała Lunatyczka, bo to wiedziała z własnego doświadczenia.

— Jak rozdepczą niechcący dżdżownicę — dodała podstępnie Poetka.

— Bleee… Czy musiałaś?

— Sama widzisz, że są rzeczy gorsze od myśli o umieraniu — powiedziała z cichą satysfakcją Poetka.

Anioł

— Napisz o mnie wiersz — powiedział Anioł i załkał cicho, wtulając twarz w nie–wiadomo–czemu–mokre–skrzydło.

— Łkającym Aniołom mówimy stanowcze NIE! — wyrwało się Małej Lunatyczce żartobliwie, ale zaraz pożałowała swoich słów, bo Anioł nie znał się na żartach i zasmucił się jeszcze bardziej. Po chwili jednak otarł oczy szerokim rękawem i spojrzał na Małą Lunatyczkę z wyrzutem.

— Czemu NIE? Czy nie lubisz Aniołów? A może nie lubisz jak ktoś płacze? Czy może nie lubisz tylko Aniołów, które płaczą? I dlaczego stanowcze, czy uważasz, że jak ktoś jest Aniołem, to już nie ma prawa sobie popłakać?

— Nie, bo nie — odpowiedziała przekornie Mała Lunatyczka, ale właściwie było jej trochę głupio, a wątpliwości Anioła wydawały się dość uzasadnione.

Anioł wstał, strzepnął piórko z sukienki, wycisnął rękaw i spojrzał jeszcze raz z żalem.

— A może jednak napiszesz ten wiersz? Zobacz, ja już nie płaczę.

Faktycznie, nie płakał. I nawet się uśmiechał, smutno, ale jednak. Małej Lunatyczce było trochę wstyd, ale nie miała zamiaru się do tego przyznać. Odwróciła głowę i powiedziała do Pustki, która stała za nią w milczeniu:

— Anioły nie powinny płakać. Po co komu smutne anioły?

Usłyszała ciche kroki. Odchodzi, pomyślała. Coś w głębi serca mówiło jej, że jest jeszcze czas, aby go zatrzymać. Ale przecież miała dziś zły humor. A jak się ma zły humor, to trzeba być niemiłym. Co za beznadziejny Anioł. Nie dość to ludzie mają swoich kłopotów? Jeszcze on nam musi przynosić swoje anielskie smutki?

Spojrzała w stronę, w którą odszedł Anioł. Dwie pionowe równoległe białe kreski skrzydeł właśnie znikały na horyzoncie.

— A tak szczerze mówiąc, to ciekawe, czemu płakał — powiedziała do Pustki. Pustka też była zaciekawiona, ale tylko przytaknęła w milczeniu.

No cóż, tak się kończą próby nawiązania rozmowy z Pustką.

Nocny Stróż

— Wiesz — zagadnęła Mała Lunatyczka. — Fajną masz robotę.

Nocny Stróż spojrzał na nią spod starego kapelusza i zgasił dużą, starą latarnię.

— Tylko właściwie myślałam, że nocni stróże na noc zapalają latarnie, a nie gaszą. To ciekawe, jesteś więc Stróżem, Który Gasi Latarnie.

Stróż, Który Gasi Latarnie wzruszył ramionami i skierował się do następnej latarni. Była mała i świeciła bardzo chybotliwym światłem. Mała Lunatyczka pobiegła za nim.

— Ale jak pogasisz wszystkie latarnie, to będzie zupełnie ciemno! I nie będzie nic widać. Te latarnie są mi potrzebne! One, one są potrzebne nam wszystkim!

Ale Stróż, Który Gasi Latarnie nie zwrócił na nią uwagi i zgasił kolejną, tym razem zupełnie maleńką latarenkę. Na chwilę zrobiło się całkiem ciemno. Świecił już tylko księżyc. Mała Lunatyczka westchnęła i przysiadła zniechęcona na murku.

— Pewnie wiesz, co robisz, bo jesteś dorosły — powiedziała. — W sumie nie jest źle. Mnie też się czasem wydaje, że lepiej tego wszystkiego nie oglądać.

Stróż, Który Gasi Latarnie spojrzał na Małą Lunatyczkę z zainteresowaniem i spróbował zgasić Księżyc, ale mu się nie udało, bo ten był tej nocy bardzo chudy i mu się wyśliznął.

— Czy ty może czekasz na Słońce? — zapytała Mała Lunatyczka. — Czy Słońce też będziesz chciał zgasić? Ty chyba naprawdę nie lubisz, kiedy jest jasno!

Stróż, Który Gasi Latarnie przytaknął. Mała Lunatyczka oparła brodę na pięściach, zamyśliła się, a potem spojrzała na swego towarzysza i powiedziała:

— Wiesz, chyba cię rozumiem. Po ciemku wszystko jest jakby prostsze i zwyklejsze.

Stróż, Który Gasi Latarnie wyjął gumę do żucia i poczęstował Małą Lunatyczkę. Siedzieli w ciszy do chwili, gdy na horyzoncie zabłysły pierwsze ogniki. Wtedy wstał i wyciągnął do dziewczynki rękę.

Poszli razem w stronę budzącego się Słońca.

Kolombina

Tego dnia Kolombina wyglądała na słabszą i chudszą niż zwykle.

— Ach, to ty, moje dziecko — jęknęła z wielką gracją.

Mała Lunatyczka nie czuła się wcale dzieckiem Kolombiny, ale dygnęła grzecznie i powiedziała:

— Tak, proszę pani, to chyba ja.

— Wiesz — powiedziała Kolombina. — Wszystko jest teraz inne niż kiedyś. Kiedyś ludzie bardzo mnie lubili…

— Tak, proszę pani, to się chyba nazywa Popularność — przytaknęła grzecznie Mała Lunatyczka.

— A potem? Potem to po prostu nosili mnie na rękach, a tłumy Arlekinów zbierały rozrzucane przeze mnie kotyliony!

— Tak, to się chyba nazywa Sława, proszę pani — przytaknęła Mała Lunatyczka niepewnie, bo przecież nie mogła wiedzieć, co to jest sława.

— I wiesz co? Wiesz? Nagle wszyscy o mnie zapomnieli! Wszyscy. A kotyliony leżą zakurzone w pudełku, od którego pokrywka dawno się gdzieś zgubiła… — wyszeptała Kolombina, ocierając łezkę koronkową chusteczką z oberwanym rożkiem.

— Tak, to się chyba nazywa Upływ Czasu — powiedziała Mała Lunatyczka i przyjaźnie pomachała z okna do Stróża, Który Gasi Latarnie, bo Kolombina jak zwykle przynudzała, a na świecie jest tyle ciekawych rzeczy do oglądania.

Jak motyle

— Wiesz — powiedziała Mała Lunatyczka do Poetki — był u mnie Anioł.

Poetka spojrzała na nią z uwagą, bo Anioły rzadko odwiedzają młodych ludzi bez ważnego powodu.

— No wiesz, taki biały, z ogromnymi skrzydłami.

— Ależ moja droga, przecież ja wiem, jak wyglądają Anioły — obruszyła się Poetka. — Tylko nie rozumiem, czego mógł chcieć od takiej małej dziewczynki.

— I w ogóle był jakiś taki dziwny.

— Dlaczego dziwny? Miał zieloną sukienkę? Skrzydła w kratkę? Pantofle na wysokich obcasach? — zapytała Poetka.

— E, nie. Głupstwa opowiadasz. To był zwyczajny, zupełnie zwyczajny biały Anioł z dużymi, ogromniastymi skrzydłami. Tylko się mazał. No wiesz, płakał. I ciągle marudził, żebym napisała o nim wiersz… A ja przecież nie umiem pisać wierszy, prawda?

Poetka milczała, bo nigdy nie zauważyła, aby pisanie wierszy wabiło do niej jakieś anioły. Pisanie wierszy raczej nie może być ważną przyczyną ich pojawiania, pomyślała. Ale może jest na odwrót i ludzie zaczynają pisać wiersze, gdy widzą anioły?

Mała Lunatyczka wzruszyła ramionami i sama odpowiedziała sobie na pytanie:

— No pewnie, że nie umiem pisać wierszy. No i co można napisać o Płaczącym Aniole!

Poetka zastanowiła się chwilę, a potem posadziła sobie Małą Lunatyczkę na kolanach i powiedziała cicho:

— Może szkoda, że nawet nie spróbowałaś. To może być łatwe, bo łzy aniołów same się układają w słowa. Trzeba je tylko dokładnie wytrzeć ściereczką, a potem wycisnąć na kartkę.

Mała Lunatyczka spojrzała na Poetkę z niedowierzaniem, a ponieważ ta wyglądała tak, jakby mówiła całkiem poważnie, oparła główkę o jej ramię i tak siedziały przytulone na ławeczce, patrząc jak księżyc chowa się za grobem Babci Teodory.

— Myślisz, że jeszcze kiedyś do mnie przyjdzie? No wiesz, ten Anioł od wierszy…

Poetka wzruszyła ramionami i westchnęła.

— Nie wiem. Z aniołami już tak jest, że nigdy nie wiesz, kiedy się pojawią. I czy w ogóle do ciebie przyjdą. Niektórzy nazywają je natchnieniem. Są jednak zupełnie nieobliczalne. Jak, jak… Motyle — powiedziała Poetka i zdmuchnęła z dłoni żółtego cytrynka, który zlizywał atrament z jej palca.

— Jak Motyle! — powtórzyły razem wesoło, bo to porównanie wydało im się wyjątkowo udane.

Orbita

— Trochę mi go żal — powiedziała Mała Lunatyczka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 27.8