E-book
10.92
drukowana A5
46.32
Magiczne wrota

Bezpłatny fragment - Magiczne wrota


Objętość:
312 str.
ISBN:
978-83-8245-385-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 46.32

Dzwonnica

Wiał silny wiatr z północy. Długie źdźbła trawy falowały niczym morze. W kierunku wzgórza biegło trzech chłopców. Jak co dzień ścigali się, kto będzie pierwszy.

— Michael?! Chyba złapała cię zadyszka? — krzyknął chłopak, wychodząc na prowadzenie i posyłając zaczepne spojrzenie.

— Nie martw się, Gabrielu, masz przed sobą jeszcze połowę trasy, a ja właśnie zaczynam się rozpędzać — ostrzegł go, przekrzykując szum wiatru.

Tymczasem to Gabriel zaczął przyspieszać i po chwili wyprzedził ich o spory kawałek.

Gdy zaczęli wspinać się pod górę, trzeci ze ścigających się chłopców zrównał się z Michaelem.

— Nielicho mu się dziś spieszy — wydyszał Christhopher.

— To jego jedyna szansa na jedyne zwycięstwo w tym życiu — odparł Michael, starając się przyspieszyć i ciągle wyrównywać oddech.

Kiedy znaleźli się na szczycie, dojrzeli metę swego wyścigu — starą kamienną dzwonnicę, pamiętającą zamierzchłe czasy. Na samym początku jej istnienia dzwoniący zwoływali wszystkich członków klanu na narady oraz święte obrzędy. Kilka lat później przybyli mnisi gdzieś z głębi kraju, którzy założyli klasztor łącząc jego mury z dzwonnicą. W czasie wojny klanów z 1212 roku klasztor został doszczętnie zburzony, aż po fundamenty. Dzwonnica pozostała jednakże nietknięta. Teraz była reliktem przeszłości, o którym krążą niestworzone historie i legendy. Starsi ludzie nie pozwalali dzieciom tu przychodzić, a i sami obawiali się przebywać w jej pobliżu. Ci chłopcy też czuli obawę, nigdy nie wchodzili do środka. Tym razem miało być inaczej.

Biegnący na przedzie chłopak nie zatrzymał się jak zwykle przy murach i wbiegł do środka.

— Co on wyprawia?! — krzyknął zaniepokojony Michael.

— Biegnijmy tam czym prędzej — dodał, podrywając się do szaleńczego sprintu.

Zdyszani zatrzymali się przy ścianie. Drzwi były uchylone. Ze środka wydobywał się ciężki zapach czegoś złego.

— Gabriel, Gabriel! — Michael wołał ile sił w płucach, wsadzając głowę za próg.

— Nie wygłupiaj się, wiesz, że to niebezpieczne. — Próbował powstrzymać przyjaciela, lecz ten był uparty.

Powoli zrobił krok, stawiając nogę za progiem drzwi i chciał zrobić następny, gdy nagle Christhopher pociągnął go za ramię

— Co robisz? — zawołał przerażony.

— Muszę iść po tego wariata — odparł stanowczo Michael, robiąc kolejne dwa kroki do przodu.

Wtem dał się usłyszeć ogłuszający jęk i jazgot tysięcy nieludzkich głosów. Ich serca na chwilę zatrzymały się, po czym zaczęły bić jak oszalałe.

— Aaaa!!! — Kolejny krzyk rozdarł ciężkie powietrze. To był głos ich kolegi, przeraźliwie przestraszonego chłopca, na który zaraz odpowiedział potężny zwierzęcy ryk w akompaniamencie oślepiającego rozbłysku światła.

Gdy zgasło światło, podeszli bliżej i wciąż lekko mrużąc oczy, spojrzeli w górę. To, co ujrzeli, jeszcze bardziej zmroziło ich krew. Lewitująca demoniczna postać trzymała za gardło Gabriela. Stali jak sparaliżowani, nie mogąc poruszyć się ani wydobyć z siebie głosu.

Po chwili straszliwa postać, wciąż trzymająca chłopca, wskoczyła prosto w dzwon. Nastała chwila ciszy, którą przerwał ich własny krzyk przerażenia. Wybiegli stamtąd, nie oglądając się za siebie. Gnali ile sił w nogach, jakby goniło ich całe piekło.

Przebiegli tak dobrą milę, gdy w końcu zatrzymali się zdyszani. Michael obejrzał się, nikt ich nie gonił.

— Na boga, co to było? — spytał Christhopher, ciężko dysząc.

— Nie wiem, człowieku, ale takie rzeczy nie zdarzają się w XX wieku — odparł rozdygotany Michael, siadając na trawie. Siedzieli na ziemi, powoli dochodząc do siebie i opanowując nerwy.

— Pójdziemy to zgłosić na policję? — pierwszy przerwał milczenie Christhopher.

— I co im powiesz, że jakiś demon porwał naszego kumpla i zniknął z nim w dzwonie? Chyba żartujesz, że nam uwierzą. — Michael nigdy nie ufał policji, a już na pewno nie w sprawach nadprzyrodzonych.

— Znam jedną osobę, której możemy się zwierzyć i zaufać. To ojciec Bernard, on nam

pomoże — zaproponował.

— Jesteś tego pewny? — Christhopher powątpiewał.

— Tak, jestem. Wstawaj, idziemy do niego. — Wstał, równocześnie podrywając kolegę na

nogi.

— Dobrze już dobrze idę. — Obruszył się, ciągnięty za ramię.

Parafia oddalona była o trzy mile od złowieszczego miejsca. Po drodze Michael rozmyślał o tym, co zaszło, i starał się to sobie jakoś racjonalnie wyjaśnić. To było niemożliwe.

— Michael, czy my go straciliśmy już na zawsze? — Christhopher posmutniał i zasępił się.

— Nie wiem, mam nadzieję, iż uda nam się go odzyskać, ale jedno jest pewne: czas uwierzyć w świat nadprzyrodzony.

Nie pocieszył tym kolegi, który odtąd cały czas milczał. Kiedy szli tak w ciszy, czas mijał powoli, a dojście do celu zajęło im godzinę.

Skromny piętrowy dom stał tuż przy kościele. Ksiądz zamieszkiwał go sam, a do pomocy i do towarzystwa miał gosposię.

Jest 11:30, ojciec powinien być na plebanii — pomyślał Michael, naciskając dzwonek. Otworzyła im gosposia. Kobieta czterdziestoletnia, zadbana i ładna z twarzy. Wiele było plotek na ich temat, iż łączy ich romans, podobno nawet mieli ze sobą dziecko. Jednak po jakimś czasie wszystko ucichło i wróciło do normy.

— O, dzień dobry chłopcy. — Przywitała ich ciepłym uśmiechem. Spod czerwonego swetra sterczały jej sutki.

Dlaczego zwróciłem na to uwagę? — skarcił się w myślach chłopiec.

— Dzień dobry, my do ojca — zaczął, wciąż patrząc na jej duże krągłe piersi.

— Proszę, wejdźcie, jest w bibliotece.

Dom był zawsze czysty i pełen świeżych kwiatów. Wypełniony światłem słonecznym wpadającym przez witraże o motywach biblijnych, był przytulny i ciepły.

Gosposia poprowadziła ich prosto do małego pokoju wypełnionego po sufit książkami. Na dźwięk pukania i otwieranych drzwi z ukrytego w głębi za regałem fotela poderwał się ojciec.

— Witajcie, chłopcy, co was do mnie sprowadza? — Jego uścisk dłoni był miękki i przyjazny.

— Dzień dobry ojcze — odpowiedzieli równocześnie.

— Nie wyglądacie najlepiej, czy coś się stało? Stało się coś niedobrego? Siadajcie i opowiedzcie wszystko. — W jego głosie dało się słyszeć troskę. — Napijecie się czegoś, może ciepłej herbaty? — zaproponował i nadusił dzwonek.

— Chętnie, dziękujemy. — Usiedli na kanapie naprzeciw ojca Bernarda.

Po chwili w drzwiach pojawiła się gosposia.

— Przynieś nam herbaty, proszę.

— Z cytryną?

— Tak — odpowiedzieli prawie równocześnie.

— Już robię. — Uśmiechnęła się i cicho zamknęła drzwi.

— A teraz opowiedzcie mi, co się stało.

— To się zdarzyło dziś rano… — zaczął opowieść Michael.

Gdy skończył, ujrzeli w oczach ojca Bernarda smutek.

— A więc stało się, po tylu latach spokoju — westchnął ciężko ojciec i zamyślił się przez

chwilę. — Jeśli dobrze to interpretuję, grozi nam wielkie niebezpieczeństwo — kontynuował.

— Czyli ojciec nam wierzy? — zapytał nieśmiało.

— Niestety tak, stara przepowiednia, wydarzenia z przeszłości, wszystko wraca — odparł jakby sam do siebie, bo jego wzrok uciekł do starych wspomnień.

— Co to jest? Skąd się wzięło?! — Padły pytania od strwożonego chłopca

— Co mamy robić? A jak on po nas przyjdzie?! — dopytywał Chris.

— Nie teraz, wszystko wam wyjaśnię, teraz jest czas na działanie, nim nastąpi najgorsze. –odparł, po czym dodał: — Tymczasem schrońcie się w domach, tam będziecie bezpieczni póki co — próbował pocieszyć chłopca.

— Michael… — Odciągnął chłopca na bok.

— Widzę, że znosisz to znacznie lepiej od kolegi, zaopiekuj się Krisem. I jeszcze jedna

ważna sprawa, proszę daj znać policji, tylko oszczędź im szczegółów.

— Dobrze, ojcze, powiem tylko to, co trzeba. — Michael dobrze rozumiał, o co chodzi.

— Dziękuję. — Uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu. Uściskał Christophera i szepnął: — Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Chłopiec kiwnął głową, jakby spokojniejszy.

Było już późne popołudnie, gdy opuścili plebanię i skierowali się na policję.

Obaj szli milczący, jeden przygnębiony bardziej od drugiego.

Wchodząc na posterunek, ujrzeli ten sam widok, co zwykle. Posterunkowy Jackson siedział za biurkiem i chrapał, w kąciku ust pozostał dżem z pączka, do którego próbowała dobrać się mucha. Odganiał ją, co chwilę pochrapując i nie przerywając drzemki. Minęli go i od razu przeszli do pokoju sierżanta. Michael zapukał i po chwili usłyszał niewyraźne „płoszę”. Drzwi zaskrzypiały, ukazując szczupłego mężczyznę po czterdziestce.

Usta wypełniały mu cukierki M&M z orzechami. Sumiaste wąsy na wesołej twarzy poruszały się to w górę, to w dół.

— Siadajcie — zaproponował, wskazując na sofę, gdy w końcu przełknął łakocie.

Usiedli, zapadając się w wyrobionym przez lata materacu.

— Co was do mnie sprowadza, chłopcy? Chyba nic nie przeskrobaliście? — Uśmiechnął się i zmarszczył lekko brwi, udając, iż właśnie o to ich podejrzewa.

— Nie, my nie.

— Nie wy, a kto?

— To znaczy, nie chodzi o jakieś wykroczenie.

— A o co? — Zaczynał się niecierpliwić.

— Bo widzi pan, sierżancie… — Tu Michael zrobił pauzę.

— Nasz przyjaciel zaginął.

— Jak to zaginął?

— No my właściwie wiemy, gdzie jest, ale nie do końca jesteśmy tego pewni — zaczął

tłumaczyć Michael.

— Nie bardzo rozumiem, to gdzie on jest? — Policjant żądał faktów.

— On wbiegł na dzwonnicę i już nie wybiegł. –W końcu chłopak wydusił z siebie.

— Jak to? A weszliście za nim albo przynajmniej wołaliście go?

— Nie. Baliśmy się klątwy, zawołałem parę razy, po chwili usłyszałem jego przeraźliwy wrzask i uciekliśmy — wyjaśnił.

No tak, to zrozumiałe, a może on was zrobił w konia. Przestraszył, po czym wyszedł i śmiał się do rozpuku, patrząc, jak uciekacie? — pomyślał sierżant Patterson, który lubił fakty i dowody, a ci chłopcy takowych mu nie przedstawili.

— Myślę, że on was nabrał i siedzi teraz w domu, śmiejąc się z was. Lepiej będzie, jak pójdziecie do niego i utrzecie mu nosa za ten kawał.

— Pan nie rozumie, on… — zaczął Michale, ale nagłym wybuchem przerwał mu Christhopher:

— On go porwał! Straszliwa bestia złapała Gabriela i porwała. Wskoczył razem z nim do dzwona! Rozumie pan?! Nie ma już naszego przyjaciela on, on go pożarł! — wrzeszczał przez łzy.

— O czym on, do diabła, mówi?!

Ten nagły wybuch zaniepokoił policjanta i już nie wiedział, czy oni się wygłupiają, czy naprawdę stało się coś złego.

— Kto go porwał? Jaka bestia? Michael?! Robicie sobie ze mnie jaja?! — Policjant stawał się rozdrażniony.

— Uspokój się, Kris, tu go nie ma. — Starał się uspokoić przyjaciela.

— Michael, czy to prawda? Co się dzieje, u licha? — Patterson był już nieźle zbity z tropu i wkurzony.

— Gabriel wbiegł jako pierwszy do środka i pognał po schodach na górę, zaraz za nim wpadł Chris, był tak zdyszany i zmęczony, iż wbiegając na górę, stracił przytomność z wysiłku. Może stąd te omamy. — Próbował być jak najbardziej wiarygodny. — Ja przybiegłem jako ostatni, ocuciłem Chrisa i zawołałem Gabriela, ale w odpowiedzi usłyszeliśmy tylko ten straszny krzyk. Zwialiśmy ile sił w nogach. Do tej pory Gabriel nie wrócił.

— Powiem ci, co myślę. Wasz kumpel ostro was wystraszył i teraz się ukrywa, by spotęgować wrażenie.

— Nie! Pan nie rozumie! — zaczął znowu Kris, ale policjant mu przerwał:

— Jeśli nie wróci dziś na noc, zarządzę poszukiwania.

— Ale…

— Co ale?! — warknął groźnie oficer.

— Czy mógłby pan posłać tam patrol teraz? — poprosił Michael.

Po chwili milczenie Patterson odezwał się:

— Okej. chłopcy, sprawdzę to, a wy nie martwcie się tym już i wracajcie do domów. Zobaczycie, odnajdzie się szybciej, niż myślicie. — Wstał i uścisnąwszy im dłonie, odprowadził ich do drzwi.

Powrót do domu wyglądał niczym pochód żałobny. Kris pożegnał się przy swoim domu krótkim „Cześć” i zniknął za ciężkimi drewnianymi drzwiami.

Idąc kamienistą drogą, wspinającą się stromo pod górę, Michael rozmyślał o tym, co zaszło. Wiatr rozwiewał jego długie włosy, rzucając na twarz. Zastanawiał się, dlaczego przyjął to tak spokojnie. Nie było mu ani smutno, ani też nie czuł żadnej straty.

Kładąc się spać, czuł się winny, iż nie rozpacza z powodu kolegi.

Nawet nie przypuszczał, jak szybko to się zmieni.

W środku nocy obudził go koszmar. Zlany potem usiadł na łóżku i kryjąc twarz w dłoniach, rzewnie zapłakał. Raz jeszcze zamknął oczy, by senna mara powróciła z taką samą siłą. Gabriel kurczowo trzymał się krawędzi studni, jego usta poruszały się i układały w bezgłośną prośbę o pomoc.

U jego stóp uczepione potwory ciągnęły go w bezdenne czeluści.

Przerażone błękitne oczy błagały: „Ratuj!”, by po chwili zniknąć w czarnych odmętach.

— Wyciągnę cię stamtąd. Obiecuję, przyjacielu, przyjdę po ciebie, bądź silny — przysiągł, zaciskając pięści z całej siły.

Następnego dnia rano Michael wstał wcześnie, umył się, ubrał i zszedł do kuchni.

— Mick, śniadanie! Wstawaj! — usłyszał, kiedy znajdował się w połowie schodów.

— Nie krzycz, już wstałem — odezwał się posępnym głosem, stając tuż za mamą.

— Boże, wystraszyłeś mnie. — Gwałtownie odwróciła się ku niemu.

— Synu, zadziwiasz mnie, nigdy nie wstawałeś przed dziesiątą. Zwykle nie mogę ciebie dobudzić. No nie, znowu masz na sobie te podarte dżinsy — zmieniła ton, patrząc na jego ubiór.

— Proszę, nie rób afery o jedną dziurę. — Starał się być miły.

— Jasne, zawsze robię aferę o byle, co, ale spodnie są poszarpane, jakby dobrał się do nich wściekły pies — podniosła głos, bo mało ją szlag nie trafił.

— Chyba nie pójdziesz tak do kościoła? O nie, co to nie!

— Nie, mamo, najpierw pójdę do Gabriela — odparł spokojnie.

— Dobrze, ale masz przyjść potem do domu przebrać się i iść do kościoła — powiedziała spokojniejszym tonem.

— Co dziś na śniadanie? — zmienił temat.

— Jajecznica i tosty, będziesz wybrzydzał? — Michael nie wiedział, dlaczego matka znowu prowokuje kłótnię.

— Gdzie ojciec? — zignorował jej zaczepkę.

— Śpi. Wczoraj wrócił późno, jego obserwatorium zanotowało jakieś niespotykane dotąd zjawisko. Siedzieli do późnej nocy, rozprawiając o tym. — Wyjaśnienie matki zaciekawiło go.

— Wiesz coś więcej o tym zjawisku?

— Nie, tato poszedł szybko spać. Dlaczego interesuję cię praca ojca? — Od rana syn wydał się jej jakiś dziwny.

Ich rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Spojrzeli po sobie.

— Na mnie nie patrz, jem. — Matka rzuciła ścierkę na stół i poszła otworzyć.

— Dzień dobry, Cristino — przywitał ją ciepłym uśmiechem przystojny policjant.

Gary miał 26 lat, muskularne ciało i zawadiacki uśmiech.

Crisi bardzo mu się podobała, pomimo swych czterdziestu lat nadal była piękna i seksowna. Zawsze się przy niej rozmarzał. Kobieta uśmiechnęła się, odruchowo poprawiła swe kasztanowe włosy i odpowiedziała:

— Dzień dobry, Gary, witaj Rod, co was do mnie sprowadza?

— Chcielibyśmy porozmawiać z twoim synem. Możemy wejść? — uprzejmie wyjaśnił starszy policjant, jednocześnie robiąc krok do przodu. Pchnął kolegę barkiem, zły za robienie maślanych oczu do żony jego kumpla Vincenta.

— Cześć Mick, jak leci? — zapytał, uważając, by się nie przewrócić.

— W porządku — odparł, przełykając kolejny kęs.

— Przychodzimy w sprawie wczorajszego zgłoszenia. — Gruby policjant usiadł naprzeciw

chłopaka.

— Widzisz, twoja opowieść zdaje się być prawdą.

— Co z Gabrielem? — przerwał mu Mick.

— Tak jak mówiłeś, nie wrócił na noc do domu i nie ma go do tej pory.

— Micky, nic nie mówiłeś. Gabriel zaginął i co ty masz z tym wspólnego? — Matka czuła, że stało się coś złego.

— Nie chciałem cię denerwować, mamo — odparł.

— Wczoraj jak zwykle biegaliśmy. Gabriel był najszybszy jako pierwszy dopadł mety i wszedł do środka. Pobiegliśmy za nim, zajrzeliśmy, ale nie było po nim śladu, baliśmy się wejść do środka. Pomyśleliśmy, iż nabija się z nas i schował się gdzieś. Zaczekaliśmy godzinę i poszliśmy do domu z nadzieją, iż spotkamy się później. — Starał się przedstawić w miarę najlżejszą i najbliższą prawdzie wersję.

— Skoro nie podejrzewaliście nic złego, dlaczego poszliście na policję?

Mick zakłopotał się, bo nie sądził, iż jego mama tak analizuje fakty i kojarzy wszystko.

— Czekaliśmy do późnego wieczora i wtedy zdecydowaliśmy się pójść to zgłosić. — Rod zmierzył Michaela spojrzeniem. Nie lubił, gdy dzieci okłamywały rodziców.

— Ale jego rodzicom nic nie powiedzieliście. Co ty przede mną ukrywasz? Co wy przede mną ukrywacie? — Tajemnicze spojrzenie nie uszło jej uwadze.

— Crisi, uspokój się, weźmiemy Micka do tego miejsca, opowie nam jeszcze raz, co zaszło, a później streści to samo tobie. — Delikatnie złapał ją za rękę, mówiąc łagodnie, aczkolwiek stanowczo.

— Dobrze? — Gary chciał być miły, ale musiał uważać, by nie przekroczyć cienkiej linii, za którą wzięliby to za umizgi, dlatego cofnął rękę.

— W porządku, niech tak będzie, ale wracajcie szybko.

— Bez obaw, wróci cały i zdrów — zapewnił ją Rod, wypychając przed siebie młodszego policjanta.

— Mick, załóż to proszę — zawołała za synem, wręczając mu kurtkę dżinsową.

— Dzięki. — Kiedy odbierał kurtkę, mama przytuliła go. — Uważaj na siebie — dodała.

Kochał ją, naprawdę ją kochał, ale czasem był daleko myślami, dlatego nie rozumieli się zbyt dobrze. Posłała mu całusa, gdy siedział już w policyjnym land roverze, uśmiechnął się do niej.

Asfaltowa droga biegła pomiędzy domami jeszcze przez pół mili, dalej zaczynało się pustkowie, ale za to jakie piękne. Wiecznie zielone pola i wzgórza Szkocji, gdzieniegdzie pasące się owce i coraz mocniejszy zapach oceanu. Mieszkali w naprawdę pięknym miejscu. Mała miejscowość, wszyscy się znali i raczej lubili, a już na pewno wszystko o sobie wiedzieli.

— Więc, Mick, jak to było? — zaczął Rod w momencie, gdy Gary skręcił w boczną drogę.

— Już mówiłem — odparł, wpatrując się w dal przez szybę.

— I nadal twierdzisz, iż nic nie widziałeś?

— A wy naprawdę chcecie tam wejść?! — Odwrócił głowę w ich stronę.

— Ej, Mick, chyba nie sądzisz, iż my się boimy? No co ty? — Gary uśmiechnął się do wstecznego lusterka.

Teraz zaczęli wspinać się pod górę, opuszczając polną drogę. Gary wrzucił bieg terenowy i ostro ruszył do przodu. Przed ich oczami wyłaniała się dzwonnica, z każdym przebytym metrem coraz okazalsza. Gładko ociosany kamień piął się wysoko w górę. Piętnastometrowa budowla z dwoma oknami — jednym na północ, a drugim wychodzącym na południe — stała na wzgórzu, górując nad wszystkim wokół. Samotna i mroczna, legendy krążące wokół niej po dziś dzień straszą lokalną ludność na tyle, iż nikt się do niej nie zbliża. Dzwon skryty pod dachem wydawał się nienaruszony mimo swego wieku. Samochód zatrzymał się z chrzęstem opon na drobnych kamykach.

— Okej. Zaczynamy. — Rod wyjął z kieszeni paczkę M&M i wpakował sobie całą garść do ust i jako pierwszy wyskoczył z auta. Pozostali wysiedli z mniejszym entuzjazmem, a najbardziej ociągał się chłopak.

— Michael, to tu widziałeś po raz ostatni przyjaciela? — rozpoczął Gary, zanim partner przełknął swe smakołyki, nie bez powodu dzieci nazywały go „słodziutkim”.

— Nie, nie tu, na piętrze przy dzwonie. — Stojąc przed tą posępną budowlą, znowu odczuwał strach.

Wiatr zaczął wzmagać na sile, zrywając policyjne czapki z głów.

— Cholera — zaklął Rod, łapiąc turlającą się czapkę.

— Nigdzie tak nie wieje jak tutaj — przyznał Gary, podnosząc swoje nakrycie głowy.

— Wchodzimy. — Na te słowa Michael rozglądnął się po wzgórzach i polach, jakby bał się, iż widzi je ostatni raz. Zbliżyli się na odległość kroku od drzwi. Zaskakujące było to, że zawsze stały otworem i nikt nigdy nie przekroczył ich progu aż do dziś.

Wnętrze było surowe i zimne, światło wpadało jedynie przez uchylone drzwi i okno. Całe schody pogrążone były w półmroku. Policyjne latarki okazały się bardzo przydatne. Michael trzymał się na końcu, powoli wspinając po schodach. Kręte kamienne schody wydawały głośny dudniący dźwięk. Gdy osiągnęli ich szczyt, zakończony drewnianym podestem, serce Micka zaczęło bić niczym oszalałe.

— Rod, uważaj, drewno może być spróchniałe. Ty z twoją wagą… — ostrzegł z troską w głosie młodszy policjant.

— Tym razem uznam to za dobrą radę, a nie docinek. Dobrze ty idź pierwszy, chudzielcu — odciął się Rod.

Gary ostrożnie postawił stopę na podeście, naparł całym ciężarem, nic nie zaskrzypiało. Postawił drugą, trzymając się poręczy. Drewno zdawało się mocne i zdrowe. Zrobił krok, potem drugi i znienacka podskoczył. Podest wytrzymał, ale Rod nie.

— Co robisz?! — wrzasnął i zakrztusił się unoszącym się kurzem. — Chcesz się zabić?

— Wszystko w porządku, chciałem mieć pewność. Mój ciężar wytrzymuje, nie wiem, co będzie, gdy wejdziecie jeszcze wy dwaj. No, ale ty, Michael, jesteś lekki, chcesz wejść?

— Nie, dzięki. — Przełknął głośno ślinę i cofnął się o krok. Na samą myśl o zbliżeniu się do dzwonu włosy zjeżyły mu się na karku.

Na górze było wprawdzie jaśniej, ale wcale mu to nie pomagało przezwyciężyć strachu.

Promienie słoneczne, odbijając się od dzwonu, tworzyły na ścianie przedziwne cienie.

— Tu są wyryte jakieś znaki, przyjrzę się im bliżej. — Gary także zauważył dziwne kształty i chciał to sprawdzić.

Powierzchnia dzwonu pokryta była zawiłymi wzorami.

— Co to takiego? Możesz coś odczytać? — Głos Roda zadudnił niczym grom.

— Trochę ciszej, tu jest świetna akustyka, nie zauważyłeś? — skarcił partnera Gary.

— Właśnie się przyglądam. To mi wygląda na runy celtyckie, są takie gładkie i zimne niczym lód. Zaczekaj, widzę tu coś jeszcze. — Zbliżył się bardziej, prawie dotykając nosem dzwonu.

— Tu są jakieś postacie, wyglądają jak ludzie i zwierzęta, ale połączone w jedność. Okropne. Zaraz, chyba coś słyszę… szepty? — Przyłożył ucho do powierzchni.

— Ostrożnie — krzyknął Michael, gdy nagle struktura dzwonu stała się płynna.

Głowa Garego zanurzyła się w środku, pogrążając go aż po barki. Opierając się rękami, z całych sił próbował się wyrwać, ale po chwili został wciągnięty cały.

— Boże — wyjąkał Rod, otwierając szeroko usta i odruchowo sięgnął po broń.

— Na co ci to, matole?! Uciekajmy! — powiedział chłopak, gdy grubas mierzył w dzwon drżącymi dłońmi.

— Oddaj mi kumpla, czymkolwiek jesteś, bo… — Nie skończył wypowiadać swej groźby, gdyż jego partner nagle został wypluty.

— Jezu — jęknął Rod.

— Jego tu nie ma i nic ci nie pomoże… — Rozległ się mroczny pomruk, a z wnętrza dzwonu wystrzeliła potężna włochata łapa. Chwyciła go za mundur i przyciągnęła do wilczego pyska.

— Jezus już tu nie mieszka — odezwał się ten sam głos. Niespodziewanie wielkie szczęki zacisnęły się z morderczą siłą na czaszce policjanta, miażdżąc ją.

Przerażony Michael cofnął się o krok, nadeptując na rękę Garego. Podskoczył jak oparzony, odwrócił się i spojrzał w jego twarz. Oczodoły były puste, a twarz wykrzywiał mu grymas bólu.

— On nie ma duszy — powiedział do siebie, patrząc jeszcze przez ułamek sekundy, gdy Gary poruszył się i jęknął. Michael wrzasnął przerażony i odskoczył, prawie spadając ze schodów. Policjant zaczął się podnosić, jakby chciał podejść do Micka i coś powiedzieć, lecz ten zerwał się na nogi i z wrzaskiem popędził w dół schodów. Pokonał je w szaleńczym tempie, a potykając się o próg, wykonał koziołka i wydostał się na zewnątrz. Podniósł się i tylko przez chwilę oglądnął, zobaczył w nich postać policjanta, niczym zombie, wyszedł na zewnątrz i przewrócił się i zaczął leżeć bez ruchu. Chłopak nie potrzebował widzieć i wiedzieć nic więcej, poderwał się do szaleńczego biegu. Już nie oglądając się za siebie, popędził ile sił w nogach. Podczas tej szaleńczej gonitwy towarzyszyło mu przeciągłe wycie wilka.

— Boże, co się stało?! — wykrzyknęła Cristina na widok syna dopadającego do drzwi. — Co się stało?! — powtórzyła.

— Zginęli! Obydwaj nie żyją! — Dyszał na oparciu fotela.

— O czym ty mówisz, Michael?! — Matka wzięła go w objęcia, aby się uspokoił, a on przytulił ją mocno, tak jak nigdy dotąd.

— Mamo, oni nie żyją! Zabił ich, to było okropne! — Łkał na jej ramieniu.

— Ale kto ich zabił? A tobie nic się nie stało? — Czuła, jak z nerwów żółć podchodzi jej do gardła.

— Nie, nie, ja zdołałem uciec, ale oni są martwi, mamo — załkał.

— Już dobrze, synku, tu jesteś bezpieczny, opowiedz, kto…?

— Nie, mamo, nikt już nie jest bezpieczny, otworzyliśmy bramę do piekła — przerwał.

— Co? — Zamurowało ją.

— Wypuściliśmy demony. To demon zabił tych dwóch policjantów — wyjaśnił, patrząc zapłakanymi oczami na matkę.

— Jak to demon, taki z filmów i książek? — Nie wiedziała, co ma o tym myśleć.

— Nie, on był prawdziwy. — Poczuł, jak przechodzą przez niego dreszcze i nagle zrobiło mu się zimno.

— Zaczekaj tu, przyniosę ci gorącej czekolady — powiedziała, widząc, jak nagle syna ogarnęło zimno.

Siedziała z nim, tuląc go jak za dawnych czasów, gdy był małym dzieckiem.

— Mamo, chyba powinniśmy zawiadomić policję o tym, co zaszło — powiedział, nie otwierając oczu.

— Dobrze, ja to zrobię. — Pocałowała go w czoło i wstała do telefonu.

Gdy matka rozmawiała z policją, on rozmyślał o swojej obietnicy danej przyjacielowi.

— Będę silny, muszę mu pomóc, ale czy jest jeszcze nadzieja? Nie myśl tak, na pewno jest, poproś o pomoc ojca Bernarda… — Chłopak toczył wewnętrzny bój z wątpliwościami, które nim targały, i z ogarniającym go strachem.

Zamknął oczy, jakby próbował ukryć się przed nieuchronnym.

— Michael, synku… Ci panowie chcą z tobą porozmawiać. — Głos matki wyrwał go z półsnu.

— Dobry wieczór, Michael. Jestem inspektor Bricks, a to mój partner, Glover. — Jego ton był mocny i zimny, jak uścisk lodowych imadeł.

— Opowiedz mi, proszę, co się stało. — Usiadł obok na łóżku. Był szczupły i młody, gęsta broda dodawała mu lat. Wciąż wpatrywał się w niego tymi swoimi świdrującymi oczami.

To nie jest zwykły krawężnik — pomyślał. — Muszą być z policji kryminalnej, skórzana kurtka, długie włosy i ten zimny wzrok, on na pewno nie jest miłym panem policjantem.

— Mick… — zachęcił inspektor, przerywając jego rozmyślania.

— Tak, opowiem. — Wziął głęboki oddech i zaczął swą opowieść.

Gdy skończył, wyraz twarzy policjantów nie zmienił się ani trochę.

— Pojedziemy to teraz sprawdzić, a rano zaglądniemy do ciebie, by zabrać cię na posterunek i spisać zeznania. — głos inspektora nie zdradzał żadnych emocji.

— Nie idźcie tam! Szczególnie że za godzinę będzie ciemno, to was zabije! — ostrzegł Michael, podnosząc się z łóżka.

— Nie martw się o nas. — Jedno spojrzenie tego faceta wystarczyło, aby zrozumieć, iż jego nie przerażają dziecięce lęki.

— Do zobaczenia jutro — pożegnał się w drzwiach, posyłając Michaelowi spojrzenie typu: „jeśli masz coś z tym wspólnego, zacznij się modlić”. I tak zrobił, ale nie modlił się w swojej intencji, lecz za tych twardzieli.

Cristina zamknęła drzwi i wróciła do syna, nie spał.

— Mamo, boję się, iż cię stracę. — Spojrzał jej w oczy i rozpłakał się.

— O czym ty mówisz, synku, nic nam się nie stanie — uspokajała go Cristina, równocześnie zastanawiając się, czy to wszystko jest prawdą. Nigdy nie widziała syna w takim stanie. Przytuliła go mocniej, nucąc mu do ucha kołysankę.

Zasnął na jej kolanach. Ona również zdrzemnęła się, zbudził ją szczęk przekręcanego klucza w zamku.

— Cześć kotku, wróciłem.

— Cicho! Mick śpi — syknęła przez zęby, delikatnie zsuwając głowę syna z kolan.

— Jak to śpi? Nigdy nie wracał przed dwudziestą drugą. — Zaskoczony ojciec spojrzał raz jeszcze na zegarek.

— Chodź do kuchni, opowiem ci wszystko. — Cristina wstała z łóżka i wzięła męża za rękę.

— Napijesz się kawy? — zapytała, zapalając światło.

— Wolałbym zjeść coś ciepłego, ale Crisi, ty płakałaś? — Dopiero teraz w ostrym świetle dojrzał jej podpuchnięte i przekrwione oczy. — Kotku, co się stało? — Zerwał się z krzesła, by przytulić swą ukochaną.

— Dziś wydarzyło się coś naprawdę złego. Michael bardzo to przeżył…

W jego silnych ramionach czuła się bezpieczna.

— Nic mu się nie stało? Zajrzę do niego — zapytał zatroskany.

— Nie budź go, śpi. Jest zdrów i cały, tylko przerażony okrutnie. — Spojrzała w twarz męża. Nie był przystojny, był… ładny. Miał czterdzieści dwa lata, a wyglądał na dwadzieścia osiem. Zawsze ogolony i gładki, jak gdyby się nie starzał. Zazdrościła mu tego, pomimo iż sama świetnie wyglądała. Wiedziała, że szybciej się zestarzeje, a on miał nadal piękne smukłe ciało i jeszcze długo je zachowa.

— Możesz mi w końcu powiedzieć, co się stało?

— Kawy? Orzeźwi ci umysł — zaproponowała, zalewając swoją filiżankę wrzątkiem.

— Jest dostatecznie pobudzony, opowiadaj.

— Dziś rano zaginął Gabriel — zaczęła.

— Jak to zaginął? — Zmartwił się, bowiem był to najlepszy przyjaciel jego syna.

— Parę godzin później zamordowano dwóch policjantów. Nasz syn był tego świadkiem.

— Co? Co tam robił Michael?! — Na dźwięk tych słów aż poderwał się z fotela.

— Pojechał z nimi na miejsce zdarzenia. — Matka chłopca starała się być jak najbardziej opanowana.

— Nic mu się nie stało?! — zapytał i spojrzał z przerażeniem w kierunku pokoju syna.

— Już ci mówiłam, nie — odparła spokojnie.

— Co tam się stało?! Chyba nie myślą, iż Mick zabił tych gliniarzy? — zaczął chodzić nerwowo po pokoju.

— Nie wiem, Vincent, co oni myślą, wiem jedno: nasz Mick tego nie zrobił. — W jej oczach pojawiły się jej łzy.

— Wiesz coś więcej o tym? Michael coś mówił? — Pytania same cisnęły mu się na usta.

— Według niego sprawcą obydwu tych zdarzeń jest… demon. Powiedział do mnie: „Mamo, nikt już nie jest bezpieczny, otworzyliśmy bramę do piekła”.

— Do piekła? Czego on się na oglądał? — Nie chciał wierzyć.

— On go widział i był bardzo przerażony, gdy wbiegł do domu. Serce matki podpowiada mi, że on nie kłamie — starała się przekonać męża.


***


Śmierć obydwu policjantów, w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach, spowodowała poruszenie w całej komendzie. Oprócz dwóch śledczych, którzy już odwiedzili dom Michaela, na miejscu zbrodni pojawili się jego wszyscy koledzy z posterunku.

Dzwonnicę otoczono ciasnym kordonem, by nikt nie przedostał się do środka. Zabezpieczenie okazało się niepotrzebne, bo nikt nie kwapił się do oglądania miejsca, które samo potwierdziło swą złą reputację i pochłonęło kolejne ofiary.

— Cześć Leny, co my tu mamy? — Czarnoskóry policjant klęknął przy koronerze.

— Witaj Waren. Nic miłego — odparł tamten, pochylając swą rudą czuprynę nad ciałem.

— Bardzo to dziwne, spójrz… — zachęcił śledczego.

— Gary Jackson nie ma żadnej rany, niemniej jest martwy. Pozbawiono go oczu, bez zadraśnięcia choćby naskórka.

— Pozwól mi zobaczyć. — Ogromne cielsko ważące ponad 250 funtów zbliżyło się do martwego policjanta, pochylając się nad nim.

— Chwileczkę, kim pan jest i co tu robi? — Powstrzymał go lodowaty uścisk na jego potężnym barku. Małe dłonie ścisnęły z taką siłą, iż wprawiły Macintoscha w zdziwienie. Uniósł głowę, patrzyły na niego niesamowicie zimne oczy, przez chwilę miał wrażenie, iż facet ma ochotę zabić go, jednakże po chwili w kąciku ust pojawił się uśmiech.

— Nazywam się porucznik Waren Macintosch, jestem szefem całego okręgu, a pan? — Wyprostował się, przytłaczając swoją sylwetką mężczyznę o lodowatym spojrzeniu.

— Porucznik Briks, wydział wewnętrzny, specjalna komórka. Zajmujemy się śledztwami, w których ofiarą są policjanci. — Uścisnął rękę czarnoskórego.

— Nie wiedziałem, że wewnętrzny ma jakąś specjalną komórkę — zdziwił się, wyrywając dłoń z lodowego uścisku. — Boże, ten gość jest tak zimny, jakby spał w chłodni — pomyślał.

— A jednak. Pozwoli pan, poruczniku, że pana przeproszę. Zwykle sam prowadzę śledztwo, ale może zechciałby mi pan pomóc na przykład w rozmowach z mieszkańcami?

Waren jeszcze raz spojrzał w te oczy i poczuł, jak członek kurczy mu się z zimna. Co jest, do cholery, z tym facetem? Może to yeti w ludzkiej skórze? — przeszło mu przez myśl.

— Przyznam, iż mnie pan zaskoczył, obcy zwykle nie proszą o pomoc.

— Miejscowa policja zna dobrze ludność i bywa bardzo pomocna. — Teraz na jego ustach pojawił się szerszy uśmiech.

Jeśli uśmiechnie się bardziej, pęknie mu skóra — pomyślał.

— Steven! — wrzasnął ktoś z tyłu.

Briks odwrócił głowę i zapytał miękkim, aczkolwiek stanowczym głosem:

— Tak, George, o co chodzi?

— Wejdź do środka, znaleźliśmy coś — nawoływał, stojąc w drzwiach dzwonnicy.

— Poruczniku, pójdzie pan ze mną? — zapytał.

— Z chęcią — odparł, wymieniając się głupią z zaskoczenia miną z koronerem.

Reflektory oświetlały dziedziniec, jednakże w środku musieli używać małych mocnych latarek.

Waren, wchodząc jako ostatni, wyraźnie słyszał, jak wiekowe deski skrzypią pod ich ciężarem i zrobiło mu się gorąco. Dotarłszy zasapany na wysokość podestu, ujrzał trzech mężczyzn pochylonych nad ciałem. Leżało prawie pod samym dzwonem. Inspektor wraz z lekarzem sądowym z wydziału wewnętrznego oglądali zwłoki, George przyświecał reflektorem.

Rod Patterson niemalże pływał we krwi.

— Spójrz, całe ciało nietknięte. Więc skąd tyle krwi, zapytasz? Poświeć na twarz — polecił.

— O mój Boże — jęknął Waren.

— Wszystko w porządku? — zapytał inspektor Briks, odwracając głowę.

— Tttaaakkk… — To, co zobaczył, poruszyło go mocno.

Jego kolega leżał z twarzą przedstawiającą grymas przerażenia i zaskoczenia. Górna część jego czaszki była odgryziona przez jakieś potężne szczęki.

— Na kościach czaszki pozostały ślady kłów. Część ciemieniowa także została zmiażdżona tak, że oczy wypłynęły — opisywał chłodnym, beznamiętnym głosem koroner.

— Straszna śmierć. — Waren był naprawdę wstrząśnięty. Pomimo tego, że widział już tak wiele trupów, to pierwszy raz od dawna zrobiło mu się niedobrze.

— Zgadza się, tylko pytanie, kto ją zadał? — rzekł porucznik.

— Może on nam powie! — warknął Waren, wchodząc na podest. Już nie bał się, że spadnie. Chciał się dowiedzieć, kto zabił jego kumpla z akademii.

Wielki czarnoskóry skierował swój gniew na dzwon, który silnie uderzył otwartą dłonią, wprawiając go w ruch.

— Po cholerę to… — nie dokończył, bo zagłuszył go dźwięk dzwonu.

Ogłuszające niemalże ding-dong-ding-dong trwało dobre kilkanaście sekund. Gdy ucichło, wszystkim jeszcze przez dobrą chwilę dzwoniło w uszach. Ogłuszeni wpatrywali się w dzwon, z którym zaczęło się dziać coś dziwnego. Jego powierzchnia stała się płynna i zaczęła promieniować światłem, by po chwili rozbłysnąć oślepiającym blaskiem. Głusi i ślepi policjanci nie widzieli, jak dzwon zmienia się w bijące światłem wrota. Po chwili zaczęły wypływać z niej eteryczne ciała. Okrutne pyski demonów, ciągnąc za sobą dymne ogony, wchodziły w ciała policjantów i tam znikały. Gdy ciała zostały opanowane, a w uszach przestało im dzwonić, jako pierwszy odezwał się inspektor Briks:

— Zabezpieczyć ciała i zawieźć do kostnicy. Wszyscy opuścić dzwonnicę — polecił.

— Dopilnuj, by nikt nie zobaczył tych ciał — rozkazał swemu zastępcy.

— Kolejne ofiary narkotykowych porachunków, szkoda tylko, że w naszych szeregach. Zamykamy śledztwo. Jutro napiszę raport.

Nikogo nie zdziwiła ta decyzja, wszyscy dziwnie się uśmiechali do siebie, a oczy mieli zasnute mgłą.

Wszyscy jak zahipnotyzowani przyjęli rozkaz i zaczęli się zwijać ze sprzętem. Po dwóch godzinach budowla opustoszała, wszelkie zapory zdemontowano.

Wszystkie radiowozy odjechały, nikogo nie pozostawiono na posterunku. Przez otwarte wrota tajemniczy dym rozchodził się na całą okolicę, docierając do miasta.


* * *


— Ale…

— Co ale? To niemożliwe twoim zdaniem. Wiem, mnie też to się nie mieści w głowie. Jak jutro wstanie, sam się go zapytasz? — Crisi starała się przekonać męża.

— Nie mówię, że to niemożliwe, ale tak dalece nieprawdopodobne. Mówisz, iż stało się to w dzwonnicy?

— Tak? — potwierdziła.

— Kiedyś czytałem pracę poświęconą tej budowli. Jej autor twierdził, iż dzwon jest czymś w rodzaju wrót do innych światów.

— To brzmi, jakbyś opowiadał mi film, a nie coś, co może wydarzyć się w naszej rzeczywistości. — Crisi już sama nie wiedziała, co jest realne, a co tylko złym snem. Jej najgorsze obawy mówiły, iż to jest okrutna rzeczywistość.

— I oby nie była to prawda. Jutro z rana wyjeżdżam do obserwatorium, powinienem znaleźć tam coś na ten temat. Jak tylko wrócę porozmawiam z nim. Okej? A ty jak to znosisz? — zapytał z troską i przytulił żonę.

— Daję radę, pigułki uspokajające pomagają. — Pokazała na wpół pustą fiolkę i nieznacznie się uśmiechnęła.

— Tylko nie przesadź z tym — dodał.

— Idź spać, jutro musisz wcześnie wstać. — Pogładziła go po policzku i pocałowała.

— Dobranoc, kochanie. — Pocałował ją czule w usta i udał się do sypialni.

— Dobranoc. — W duchu martwiła się jednak, co przyniesie jutrzejszy dzień.

Tej nocy Michael znów śnił koszmary, ratował Gabriela ze szponów demonów.

Cristina wstała jak zwykle o szóstej rano, by przygotować Michaelowi śniadanie do szkoły. Odkąd urodziła dziecko, nie pracowała. Porzuciła swoją pasję odkrywania starożytnych miast i kultur dla ukochanego syna. Gdy Michael miał trzy latka, zabrała go ze sobą na wyprawę do Egiptu, ale to był pierwszy i ostatni raz. Mały nie zaaklimatyzował się zbyt dobrze. Teraz marzyła o powrocie do pracy, syn miał już piętnaście lat i nie potrzebował opieki. Niestety wczorajsze wydarzenia mogły przekreślić wszystko.

Wstała, przeciągając się, na jej twarzy wciąż widać było zmęczenie. Śniły się jej koszmary. Powoli zeszła z łóżka, czuła się, jakby w ogóle nie kładła się spać. Poszła do łazienki. Chłodna woda obmywająca jej twarz przyjemnie ją otrzeźwiała i budziła. Pospiesznie ubrała się i zajęła przygotowaniem śniadania. Krojąc chleb, spojrzała przez okno. Mgła gęsta jak mleko zaległa w całej okolicy.

— O tej godzinie, w czerwcu taka mgła? — zdziwiła się, a jednocześnie zaniepokoiła. Ciekawe, czy Vincent wystartował z lotniska? W takich warunkach kontrola lotu nie powinna zezwolić na start, a jeśli pomimo to polecieli… Boże, miej go w swojej opiece — po cichu zmówiła modlitwę.

Z zadumy wyrwał ją gwizdek gotującej się wody na herbatę. Spojrzała na zegarek, była siódma. Czas go zbudzić.

— Michael! Wstawaj, śniadanie! — krzyknęła, stojąc na dole schodów. — Michael?! — Wciąż nie odpowiadał. — Tak mocno śpi? Lepiej pójdę to sprawdzić. — Szybko weszła na górę i cicho zapukała. — Synu?

— Wejdź, mamo, nie śpię — odezwał się, odwracając głowę w jej stronę.

— Michael, co się stało? Ty płaczesz? Co się stało? — Usiadła przy nim, przytulając go do siebie.

— Znowu mi się to śniło — powiedział zapłakanym głosem, tuląc się do mamy.

— Musisz być silny, synu, a wtedy pokonasz wszystkie demony.

— Mamo, te demony nie zrodziły się w mojej głowie, nie jestem szalony. Myślami ich nie zwalczę — odparł, próbując jeszcze raz jej wytłumaczyć.

— W takim razie musimy poszukać u kogoś pomocy. Może ojciec Bernard nam pomoże? — Starała się wesprzeć syna, jednocześnie modląc się w duchu, aby nie była to prawda.

— A ty, mamo? Przecież jesteś archeologiem, znasz wiele legend i przepowiedni. Może ty natrafisz na jakiś ślad w historii tej dzwonnicy? — Ta prośba bardzo ją zaskoczyła.

— Ja… ja, zastanowię się, porozmawiajmy o tym przy śniadaniu, dobrze? Nie chcę, byś spóźnił się dziś do szkoły.

— Okej. Umyję się i już schodzę.

— Dzięki. — Uśmiechnęła się i zeszła szybko na dół. Mgła nie zamierzała wcale się podnosić.

Myślę, że to dodatkowo zaniepokoi Michaela — pomyślała, jednocześnie zastanawiając się nad pomysłem syna.

Michael, schodząc do kuchni, zapinał ostatnie guziki w swej nowej flanelowej koszuli.

— Przekonałeś się do niej, już nie uważasz, że wyglądasz jak kowboj? — zapytała mama.

— Jest w porządku — odparł, uśmiechając się. Wtedy dopiero spojrzał przez okno.

— Gęsta mgła o tej porze roku, ile jest stopni? Wygląda dziwnie. — Przycisnął nos do szyby.

— Jest wyjątkowo zimno, synu. Pięć stopni, ubierz cieplejszą kurtkę — poprosiła. — Siadaj i jedz. Mgła powoli opada. — Starała się odciągnąć go od posępnych myśli.

— Masz rację, jakby rzednieje — odparł po chwili, wpatrując się przez szybę.

— Siadaj do stołu, bo wystygną ci gofry.

— Gofry? Zrobiłaś gofry, mamo? — Na twarzy piętnastolatka pojawił się szeroki uśmiech. — Już dawno nie robiłaś mojego przysmaku. Dziękuję! — Oderwał się od okna i szybko zajął miejsce za stołem.

— Chciałam, aby dzisiejszy dzień zaczął się dla ciebie wyjątkowo dobrze. Cieszę się, że ci smakuje. Jedz i pędź na przystanek, bo spóźnisz się na autobus.

— Yhm — przytaknął, pochłaniając kolejne kęsy ulubionych gofrów.

Spałaszował je wyjątkowo szybko, założył kurtkę i już był w drzwiach, gdy usłyszał: „Dzisiejszej nocy policjanci z wydziału wewnętrznego rozwiązali zagadkę tajemniczej śmierci dwóch oficerów z Tarbert. Jak powiedział mi inspektor Briks…”.

— Już?! Tak szybko dowiedzieli się, kto i dlaczego? — Michael bardzo w to powątpiewał.

Zwątpił jeszcze bardziej, gdy usłyszał dobiegający z telewizora głos gliniarza o niebieskich oczach.

— … jest to tym bardziej dla nas bolesne, iż to dotknęło również osoby z naszych szeregów.

Policjanci Gary Jackson i Rod Dowson zginęli w strzelaninie, jaka wywiązała się pomiędzy nimi w wyniku kłótni o podział pieniędzy ze sprzedaży narkotyków…

— Co?! O czym on mówi, do cholery?! — wyrwało mu się na głos.

— Michael?

— Przepraszam, mamo, ale to jakieś brednie — tłumaczył się, wskazując na telewizor.

— Ten facet bredzi, ukrywa fakty. Grozi nam niebezpieczeństwo, a on wszystko tuszuje. Jakie narkotyki?! Jest niedobrze, mamo, bardzo niedobrze. — Michael odwrócił się na pięcie i skierował do drzwi.

— Mick. Masz iść do szkoły, zrozumiałeś?! Jeśli chcesz, przeprowadzimy później własne śledztwo, ale idź dziś do szkoły. Niedługo koniec roku, podciągnij stopnie, a tą sprawą zajmiemy się później. Okej? — Nalegała, stając w progu z błagalnym spojrzeniem.

— Oby nie było za późno — odparł grobowym głosem i wyszedł na dwór.

Owiał go zimny wiatr.

— Już dawno nie było tak zimno w połowie czerwca — powiedział do siebie. Jego dom znajdował się najdalej od głównej drogi, a najbliższy sąsiad mieszkał pół mili dalej. Szedł dziarskim krokiem, patrząc pod nogi, gdyż mgła skutecznie ograniczała pole widzenia. Było w niej coś dziwnego, jak gdyby tuliła się do niego, chcąc zajrzeć mu pod ubranie. Czuł, jak pod koszulę wślizguje mu się ciepła ręka.

— Co jest, do cholery?! — wrzasnął, strząsając widmową dłoń z siebie.

— Sssss… — Usłyszał, gdy uczucie minęło.

— Dzieje się coś bardzo złego. Dziś nie czas na szkołę.

Michael przyspieszył kroku, udając się w kierunku plebani. Miał nadzieję znaleźć tam jakieś wyjaśnienie i oparcie w osobie ojca Bernarda. Musiał minąć kilka domów sąsiadów po drodze do przystanku. Nie chciał podjeżdżać autobusem w pobliże plebanii, wolał, aby nikt nie wiedział o jego wizycie u ojca. Mijając dom Barcetów, przeskoczył jednym susem ich ogrodzenie i puścił się biegiem do pobliskiego lasu. Na szczęście Porky i Dana lubią z rana popieścić się w wannie, dzięki temu nie zauważą go. Czasami jeszcze chodzili tu z Gabrielem, podglądać ich baraszkujących w wodzie. Gabriel! — na wspomnienie o przyjacielu w potrzebie przyspieszył jeszcze bardziej. Wbiegł do lasu, pędząc równym tempem, wyśrubowana kondycja pozwalała mu na przebiegnięcie kilku mil w szybkim tempie bez zadyszki. Równy miarowy oddech uspokajał go, nogi niosły go same, wsłuchał się w ciche odgłosy lasu. Mgła już przerzedziła się, a słońce zaczęło przebijać się przez korony drzew, budząc przyrodę.

— Stuk, stukkkk kkkkk kkk. — Usłyszał dzięcioła i nagle coś jeszcze.

— Dokąd tak gnasz, pośród śpiących drzew? — Lodowaty głos wlał mu się wprost do ucha.

— Aaa! Ach! — wrzasnął, chcąc zatkać ucho i omal nie przewrócił się, potykając się o wystający konar.

— Zatrzymaj się, przyjacielu! Chcę widzieć twą niewinną twarz! — Usłyszał tuż za uchem i poczuł na karku zamrażający oddech.

— Nie, nie dostaniesz mnie! — krzyknął, przyspieszając.

Mgła zgęstniała, stukający w oddali dzięcioł zamilkł. Mijając uczepioną drzewa wiewiórkę, spojrzał na jej pyszczek i oniemiał. Oczy jarzyły jej się na czerwono, a z pyszczka ciekła ślina.

— Zatrzymaj się, chłopcze, chcę poznać twe wnętrze. Zaprosisz mnie na kolację? — Nagle poczuł, jak mocarne ręce popychają go, upadł na wznak, przekoziołkował parę razy, tłukąc sobie boleśnie rękę i rozcinając policzek na ostrych igłach ściółki. Leżał z twarzą przy ziemi, ciężko dysząc.

Nie może mnie dostać — postanowił w myślach.

— Stój, ptaszyno, mamy jeszcze czas, choć świt już, słońce nie zagości tu szybko! — Zimne dłonie zacisnęły się na jego stopach, ciągnąc w dół. Mimo ogromnego wysiłku nie mógł wczołgać się na wzgórze.

— Jesteś mi przeznaczony, otwórz się dla mnie. — Widmowa twarz przerażała go, piękna niczym anielska, zmieniona groteskowo w potwora. Wielkie kły sterczały z wąskich ust, piękne niegdyś oczy ziały czarną pustką. Jego oddech niczym ciekły hel zamrażał wszystko w mgnieniu oka. Na brwiach Michaela pojawił się szron.

— Przyjmij mnie… — Demon rozpostarł swe łapska, puszczając na moment jego nogi.

Wykorzystał to, by uciec na pobliski pagórek. Widmowy łeb, wściekle rycząc, skoczył do góry, ciągnąc za sobą szerokie bary i długi ogon.

— Tyś moją nagrodą, ja twym przeznaczeniem. Nie uciekaj przede mną, ukryć mi się nie możesz — wysyczał wprost w twarz Michaela, odwrócił się natychmiast i poczuł, jak lewe ucho zamienia się w lodowy głaz. Przeszedł go kłujący ból, cofnął się, uderzając plecami o głaz.

— Szymon — szepnął, patrząc na napis zdobiący nagrobek. — Przyjdzie mi umrzeć na twym grobie, pustelniku. Ty byłeś całe życie na to gotowy, mówili, że byłeś bardzo blisko Chrystusa. Wstaw się za mną, by otworzyli mi drzwi raju. — Chłopak zaczął się gorączkowo modlić.

— Nie płacz, gdy mnie wchłoniesz, będziesz potężnym człowiekiem, wielce przysłużysz się naszemu mistrzowi — syczał demon, łapiąc go za ręce i mocno rozkładając je na boki.

— To nie twój czas. Przypomnij mu, kto mieszka w twym sercu. — Nagle w jego umyśle odezwał się drugi głos, łagodząc na chwilę ból towarzyszący odmrożeniom.

— W mym sercu już ktoś mieszka i nie ma w nim miejsca dla ciebie! — Natchniony tym głosem Michael wykrzyknął demonowi prosto w pysk.

— Naprawdę, a któż to? — zadrwił.

— Na imię mu Jezus, chwalę jego imię i wielkie miłosierdzie…

— Nie bredź mi tu, ziemska powłoko, lepiej przygotuj się na mnie. Kimże jest ten twój Jezus?

— Jam jest prawda, miłość i wieczność. Ja jestem Jezus! — zagrzmiał tak piękny i czysty głos, iż demon skurczył się do małej plamki w mgnieniu oka.

Od Michaela bił blask tysięcy słońc, mgła rozpierzchła się niczym cień uciekający przed światłem.

— Szymonie? — wyjąkał przerażony chłopiec.

— Wstań i idź. Szymon wstawił się za tobą. — Piękny głos znów zabrzmiał, dając Michaelowi przypływ sił. Zerwał się na nogi i odwrócił. Poświata zniknęła.

Otrzepał się z ziemi: Au — stłuczona ręka zabolała. Zszedł na ścieżkę i nie oglądając się za siebie, popędził ile sił w nogach.

W lesie zrobiło się już cieplej i przyjemniej. Biegł ścieżką, powoli wyrównując oddech. Po jakiejś mili wybiegł z lasu na pole. Nieogrodzone, przez nikogo nieuprawiane leżało odłogiem. Pokonał je szybkimi szusami, docierając na kamienistą drogę. Z dala od domostw i farm, używana jedynie przez młodzież jako skrót, zarastała powoli trawą.

Do plebanii miał jeszcze osiemset jardów, zatrzymał się przed zakrętem wychodzącym na polną drogę prowadzącą bezpośrednio do głównej ulicy. Odpoczął kwadrans, po czym udał się szybkim krokiem w kierunku kościoła. Maszerując, rozglądał się, ale nie spotkał nikogo, co bardzo go cieszyło, przeszedł szybko przez główną drogę. Plebania stała za kościołem przy cmentarzu, oddalona od drogi o zaledwie trzysta jardów.

Chyłkiem przemknął obok marmurowych nagrobków, rozglądając się, czy aby nikt go nie zauważył. Gdy skradał się obok kościoła, zdał sobie sprawę, iż dalsze ukrywanie się nie ma sensu. I tak nauczycielka ze szkoły zadzwoni do domu, że go nie było w szkole. Wyprostował się i udał prosto do drzwi plebani. Zastukał metalową kołatką, nikt nie odpowiedział. Zastukał po chwili jeszcze raz i jeszcze raz. Pewnie ojciec jest w kościele, a Ewa na zakupach — pomyślał, już miał odchodzić, ale coś podpowiedziało mu, aby nacisnąć na klamkę.

Drzwi otworzyły się cicho, ze środka doszedł go zapach pieczonego ciasta.

— Halo jest tu, kto? — Popchnął drzwi i wszedł do środka.

— Ojcze Bernardzie, pani Ewo?! — nawoływał przez chwilę, wchodząc w głąb domu.

Z radio w kuchni leciał numer Stonesów: Let’s spend this night together.

Michael skierował swe kroki w stronę biblioteki. Przechodząc obok łazienki, dojrzał wydobywające się spod drzwi kłęby pary, jak również usłyszał szum wody.

— Ojcze. Jest tam ojciec? — Zapukał kilkukrotnie do drzwi, po czym delikatnie je pchnął.

Uderzyła go fala gorącej pary, woda pod prysznicem lała się maksymalnym strumieniem. Zaglądnął za kotarę. Nikogo tam nie było. Dziwne — pomyślał.

Wyszedł z łazienki, para skropliła mu się twarzy, wytarł ją rękawem bluzy i podszedł cicho pod drzwi biblioteki.

Wstrzymał oddech, nasłuchując. Początkowo dochodziły go jedynie szepty i jęki. Przyłożył ucho do drzwi, którego nagle ustąpiły pod jego ciężarem i omal nie wpadł do środka. Uchyliły się, pozostawiając sporą szparę. Ostrożnie zajrzał do środka. Wąskie pole widzenia nie pozwalało mu stwierdzić, czy jest ktoś w środku. Powoli uchylił je nieco mocniej, kanapa była pusta. Wszedł do środka, nikogo nie było. Postanowił zajrzeć za regały, gdy usłyszał:

— Bernardzie, daj się popieścić. Nie mów, że nie podoba ci się moje ciało? Spójrz na cycuszki, dotknij ich, ugniataj, weź mnie.

W pierwszej chwili zamurowało go, nie wierzył własnym uszom. Gosposia uwodziła pastora.

— Weź mnie, wiem, że mnie pragniesz, zrób to, całuj mnie, jestem cała twoja. — Jej głos przesycony był uwodzicielskim tonem pełnym napięcia.

— Ewo, uspokój się, nie możemy, jestem duchownym, przestań w tej chwili. — Bernard opierał się, jak mógł.

— Widziałeś już mnie nagą? Na pewno nie raz podglądałeś mnie, co? Przyznaj się, świntuszku? — Kobieta nie dawała za wygraną.

Już widzę, jak pastor podgląda ją pod prysznicem. Ciekawe, czy się zabawiał ze sobą — pomyślał chłopak i uśmiechnął się w duchu.

— Ewo, nie rób tego, nie mogę na ciebie patrzeć, to grzech.

— Ale przecież już mnie widziałeś, popatrz na mnie, Bóg taką mnie stworzył. Ściągnij ten szlafrok. — Kobieta naciskała coraz mocniej. Nagi zgrabny tyłek Ewy wypięty w stronę podglądającego chłopca kołysał się zachęcająco. Przerażony ojciec Bernard nie umiał się bronić, napalona kobieta rozchylała już jego szlafrok.

— Nie, Ewo! Dosyć tego! — wrzasnął ojciec i szarpnął szlafrok.

— Zaraz cię zgwałcę, a ty masz być mi posłuszny — zawarczała, rzucając się na niego w szale.

— Odejdź, diable nieczysty i nie kuś mnie! — Panicznie starał się uwolnić od rąk Ewy, które zdawały się mieć nadludzką moc.

Gdy ojciec zaintonował egzorcyzm, Michael wiedział, że nie są to zwykłe igraszki, a raczej coś o wiele gorszego. Wyskoczył za regału z książkami i z całej siły pchnął Ewę, odrywając ją od rozdygotanego Bernarda.

— Aaaaa! Kto to? Michael, chcesz posmakować dojrzałej brzoskwinki? — Ewa, leżąc na plecach, oblizała wargi lubieżnie.

— Michael, nie patrz na nią, uciekaj! — wrzasnął Bernard, zawiązując ciasno szlafrok i przygotowując się na atak. Chłopak patrzył na jej wdzięki jak zahipnotyzowany.

Podniósł głowę i spojrzał na twarz, w jej oczach był demon taki sam, jaki gonił go w lesie. Odwrócił głowę, gdy wtem Ewa zerwała się na nogi, rzucając na ojca Bernarda, ten w ostatniej chwili zdołał zrobić unik.

Rozpędzona kobieta poleciała wprost na okno, uderzając głową w szybę. Dźwięk rozbitego szkła poniósł się po okolicy. Nim złapał ją za rękę, zawisła na ramie okiennej, rozcinając sobie gardło na sterczących kawałkach szkła. Wydała ciche westchnienie. Pęknięta tętnica pompowała jeszcze krew chwilę po tym, jak Ewa umarła.

— Ewa, nie! Dlaczego ty? Nie? — Pochylił się nad nią, chcąc ją objąć.

— Ojcze, uciekajmy, w niej naprawdę był demon. Uciekajmy, nim opuści jej ciało — ponaglał go chłopak, ciągnąc za szlafrok

— Ale jak, dlaczego? Co się dzieje? — Ojciec, cofając się ku wyjściu, próbował zebrać myśli.

— Wieża, pamiętasz, ojcze? Tam jest brama wymiarów!

— Vigottelli miał rację — szepnął do siebie Bernard i zdołał zebrać w sobie — Szybko do samochodu — ponaglił. Nie oglądając się za siebie, wybiegli z biblioteki prosto do drzwi wyjściowych.

Terenowa toyota landcruiser stała na tyłach plebanii. Kiedy biegli do samochodu, usłyszeli potężny ryk dzikiego zwierza, obydwaj wiedzieli, iż demon wydostał się i szuka następnego ciała. Szybko wskoczyli do wozu, zatrzaskując drzwi. Na szczęście kluczyki były w stacyjce. Ojciec Bernard uruchomił potężny czterolitrowy silnik i ruszył gwałtownie do przodu.

— Musimy wydostać się z miasta. Jedźmy do mojego ojca, on jest astronomem, może wie coś o Vigottellim i jego badaniach — zaproponował Michael, gdy wyjechali na główną drogę.

— Okej, ale poszukamy też mojego przyjaciela, który jest egzorcystą — zgodził się pastor, przyspieszając.

Jechali przez miasto w miarę szybko, ale i tak można było przyjrzeć się twarzom mijanych ludzi. Prawie wszyscy byli już przemienieni, mętnym wzrokiem wpatrywali się w mijający ich samochód.

— Mama! — wrzasnął nagle Michael, przypominając sobie o siedzącej w domu Cristinie.

— Gdzie? — zareagował nerwowo kierowca.

— W domu, zostawiłem ją w domu, musimy po nią wrócić. Ojcze, nie możemy jej zostawić na pastwę tych potworów. Proszę, zawróćmy — błagał.

— Nie mamy wiele czasu, musimy zrobić to szybko. — Nacisnął gwałtownie hamulec, zatrzymując się z piskiem opon. Zawrócił i ruszył pędem z powrotem. Tym razem z zegara nie schodziło 100 mil na godzinę. Pastor prowadził bardzo pewnie, zwalniał jedynie na ostrzejszych zakrętach. Przejechali jeszcze kawałek, po czym ostro skręcili w lewo na kamienistą drogę. Rozpędzone auto, robiąc nagły zwrot uniosło cały prawy bok w górę.

— Nie martw się, zawsze tak jeżdżę, gdy się spieszę. — Uśmiechnął się, widząc malujące się przerażenie na twarzy chłopca.

178-konny silnik rwał do przodu jak burza, dom Dowsonów był już w zasięgu wzroku.

— Oby tylko była w domu — modlił się Mick, zatrzymując się pod domem.

— Mamo! Mamo! Gdzie jesteś?! — darł się jak opętany, wpadając do salonu.

— Michael, co się stało? Dlaczego tak krzyczysz? — zapytała, wychodząc z kuchni.

— Mamo, nie czas na wyjaśnienia szybko, musimy uciekać. — Starał się ją pogonić, łapiąc za rękę.

— Uciekać, ale dlaczego, a tak poza tym, to dlaczego nie jesteś w szkole?

W szkole? Zaraz pożrą nas demony, a ty mówisz o szkole?! — pomyślał, iż w ogóle nie

dociera do niej groza sytuacji.

— Pani Dowson, naprawdę nie ma czasu na wyjaśnienia, jesteśmy wszyscy w niebezpieczeństwie. Dziś rano moja gosposia zaatakowała mnie. Gdyby nie pani syn, już bym pewnie nie żył! — Bernard wyskoczył z samochodu, totalnie zapominając, iż jest tylko w szlafroku.

— Ewa chciała ojca zabić? Widzę, że szybko uciekaliście. — Nie dowierzała, zdobywając się na sarkastyczny żart.

— Och, przepraszam, zupełnie zapomniałem. — Ojciec zorientował się w jednej chwili i oblał rumieńcem.

— W porządku, widzę, że chyba jednak sprawa jest tak drastyczna, jak ją opisujecie, niech ojciec wejdzie, dam ojcu rzeczy męża, będą za duże, ale lepsze niż szlafrok. — W jej głosie nie brakowało opanowania.

— Mamo, prędko! — ponaglał ją syn.

— Już dobrze, dobrze! — Crisi uspokoiła go i skarciła wzrokiem.

Po upływie dziesięciu minut wszyscy z powrotem byli w samochodzie.

— Aha, kuchenka! — wrzasnęła kobieta i wyskoczyła, nie zamykając tylnych drzwi.

— Och, mamo!!! — wrzasnął Michael z nieukrywanym żalem i dezaprobatą.

Pastor uruchomił już silnik, czekając na zamykającą dom Cristinę.

— Okej. Możemy już ruszać — powiedział, zatrzaskując drzwi.

— Mamo, zapnij lepiej pas, pojedziemy bardzo szybko — doradził syn, obejrzawszy się do tyłu. Mama pospiesznie wykonała polecenie, gdy właśnie ruszyli gwałtownie.

W miarę jak zbliżali się do szosy, mgła na kamienistej drodze gęstniała. Ani na chwilę nie zwalniali, prując na przód. Bernard zwolnił, skręcając na główną ulicę, nie chcąc wywrócić pojazdu. Zredukował bieg i przyspieszył. Mgła stała się tak gęsta, iż widoczność ograniczyła się jedynie do metra. Nagle na jezdni pojawiła się jakaś postać. Nim zareagował, uderzył w nią z całym impetem. Głuchy trzask i postać zniknęła pod kołami rozpędzonego samochodu. Nagły pisk opon i smród palących się klocków hamulcowych wdarł się do kabiny.

— Co robisz? Już mu nie pomożesz, jedźmy. — Głos Michaela przybrał ton rozkazujący, lecz Bernard już wycofywał, nie bacząc na jego protesty.

— Trzeba pomóc temu człowiekowi, jeśli…

— Żyje? A jeśli jest w nim demon? Kto cię uratuje? — przerwał mu chłopak, wlepiając w niego zimne spojrzenie.

— Przestańcie się kłócić, Bernard ma rację. Trzeba sprawdzić, co z tym człowiekiem, a ty, synu, jak ty się zachowujesz, nie poznaję cię? — odezwała się zbulwersowana.

— Próbuję ratować nam tyłki — odezwał się tym samym głosem. — Nie! — wrzasnął Mick, gdy Bernard złapał za klamkę, by wysiąść.

W oknie pojawiła się zakrwawiona głowa kobiety, jej oczy zaszły krwią, a usta poruszały się w bezgłośnym wołaniu o pomoc. Po chwili ułożyły się w grymas wściekłości, nagle zaczęła z całej siły walić pięściami w szybę, krzycząc.

Bernard wzdrygnął się przerażony, zablokował wszystkie drzwi i ruszył z piskiem opon. Teraz żadne z nich nie miało wątpliwości co do zamiarów tej kobiety. Co chwilę z mgły wyłaniała się jakaś ludzka postać, Bernard omijał je najsprawniej, jak mógł.

Po jakichś dwustu jardach mgła znowu się uniosła, zwiększając znacznie widoczność i wtedy ich dostrzegli.

— Boże — westchnął duchowny, patrząc przed siebie.

— Co się stało? — Matka chłopca przesunęła się do przodu, by lepiej widzieć.

— O Jezu! Nie! — wrzasnęła, widząc stojące w poprzek drogi dzieci.

Dziewczynki i chłopcy stali na całej szerokości, trzymając się za rączki.

— Mick? — Pastor spojrzał ze smutkiem w oczach na chłopca.

— Nie mamy innego wyjścia. Gaz do dechy. To już nie są zwykłe dzieci — odparł stanowczo, ale w jego oczach również tliły się łzy.

— Zwariowaliście! Nie jesteśmy mordercami! — Cristina nie chciała się na to zgodzić.

W odpowiedzi kierujący zredukował bieg, przyspieszając. Małe dziecięce postacie stawały się coraz większe, a ich twarze bardziej wyraźne.

— Ojcze Bernardzie, chyba nie chce ich ojciec zabić?! — Jej głos zdradzał przerażenie.

— Nie, oczywiście, że nie, spróbuję ich ominąć.

— Mamo! Mamo! Spójrz w ich twarze, to małe demony, jeden z nich zaatakował mnie w lesie, cudem udało mi się uciec. Nie daj im się zwieść. — Starał się jej wytłumaczyć.

— Z drogi! — wrzasnął Bernard i zaczął wściekle trąbić, ale szelmowsko uśmiechające się dzieci z zamglonymi oczami, tworząc żywy łańcuch, nie zamierzały przesuwać się ani o krok.

— Gaz! — krzyknął Michael, naciskając na nogę kierowcy.

Łup, łup, dwoje z dzieci, uderzone z ogromną siłą, wyleciało w powietrze, rozrywając łańcuch. Pozostałe odrzuciło na pobocze. Nie zwalniając, samochód pędził dalej.

— Nieee! — Christina krzyczała, zasłaniając twarz dłońmi.

Do obserwatorium mieli jeszcze spory kawałek drogi. Gdy wyjechali z miasteczka na autostradę, odetchnęli z ulgą.

— I co dalej? My się uratowaliśmy, ale co będzie, jeśli to coś opanuje resztę Szkocji, potem Anglię, aż w końcu cały świat? — odezwała się, ocierając załzawioną twarz, gdy już trochę ochłonęła.

— Masz rację, mamo, dlatego jedziemy do taty, aby pomógł nam wymyślić plan, jak uratować resztę świata przed zagładą — odpowiedział Michael, oglądając się do tyłu.

— Tato? Wybacz, synu, ja też go cenię, uważam, że jest mądry i inteligentny, ale…

— Mamo, to już się kiedyś wydarzyło, a tato znajdzie odpowiedź w gwiazdach i książkach. Zaufaj mi, tata będzie wiedział, co robić. — Starał się przekonać matkę.

— Mam nadzieję — szepnął po cichu do siebie.

Samochód zatrzymał się z piskiem opon tuż przed wejściem do budynku.

Cristina jako pierwsza przekroczyła próg. Wewnątrz czuć było zapach sosnowego lasu latem. Przeszklony hol jak w nowoczesnych budynkach w żaden sposób nie pasował do wizerunku obserwatorium. Ale przecież nauka idzie równie szybko, co architektura. Jej rozważania przerwał strażnik.

— Dzień dobry, pani Watson, jaka miła niespodzianka. — Sześćdziesięcioletni umundurowany mężczyzna z szerokim uśmiechem zbliżył się do nich, delikatnie ściskając dłoń Cristiny. — Jest i Michael! Witaj!

Ten gość naprawdę się cieszy, że nas widzi — pomyślał chłopak, gdy jego dłoń zniknęła w wielkim łapsku George’a.

— A to kto, jeśli wolno spytać?

— Nazywam się ojciec Bernard. Jestem pastorem — dodał, widząc lekkie zdziwienie na twarzy strażnika.

— Pan Steven się ucieszy, widząc państwa, uprzedzę go tylko, że idziecie na górę. — Odwrócił się na pięcie i podszedł do telefonu za kontuarem.

— Jesteście oczekiwani. Znacie drogę, prosto w lewo, trzecia winda i na samą górę. Zazdroszczę wam widoków — dodał, uśmiechając się miło.

Przystojny czterdziestolatek nie uśmiechał się tak serdecznie, widząc swoją rodzinę wychodzącą z windy.

— Stało się coś złego? — zapytał, choć wiedział, że tak.

— Najgorsze — zaczął z grubej rury Michael.

— Opowieść Vigottellego urzeczywistniła się w naszym mieście. Brama została otwarta. — Na dźwięk słów pastora Vincent zamarł.

— Tak, tato, a my byliśmy w samym środku — opowiadał podnieconym głosem chłopak.

— Vincent, i co teraz? — Crisi mocno przytuliła się do męża.

— Wejdźmy do środka — zaproponował, całując żonę w usta. — Wszystko będzie dobrze, wyjdziemy z tego.

Oprócz ojca Michaela w obserwatorium pracowało jeszcze dwóch braci bliźniaków. Skinęli głowami na powitanie, tylko na chwilę odrywając się od swych zajęć.

Vincent miał miłe i przestronne biuro. Z okien rozciągał się przepiękny widok na całą okolicę. W centralnym miejscu stało sporych rozmiarów biurko, na którym panował porządek.

Wygodna skórzana kanapa także skierowana była w stronę okien.

— Proszę, usiądźcie. Napijecie się czegoś? — zaproponował.

— Tak, chętnie — odpowiedzieli niemalże chórem.

— Okej. Zrobię wam dobrej herbaty — uśmiechnął się.

— Tato na pewno znajdzie rozwiązanie — odezwał się, gdy ojciec zniknął za drzwiami.

— Zobacz, ile ma książek. — Wskazał palcem na regały stojące przy ścianach.

— Co ty tak nagle wierzysz w swego ojca?

— To źle? Zawsze w niego wierzyłem i uważałem, że jest mądry, tylko jakoś nigdy nie znajdywaliśmy wspólnych tematów.

— Nie zapominajmy o Bogu, bez jego pomocy nic nie zdziałamy — zaznaczył ojciec Bernard.

— To prawda. Musimy poprosić również Boga o opiekę. Już raz mi pomógł — odparł, konsternując resztę.

— Jak to? — odezwała się zaskoczona matka.

— Ja też nic o tym nie wiem, opowiedz proszę — poprosił żywo zainteresowany pastor.

— Nie było kiedy opowiadać w tym zamieszaniu i gonitwie. — Michael próbował się tłumaczyć.

— Kiedy to się stało? — nalegała mama.

— Opowiem, jak wróci tato, nie chcę dwa razy powtarzać. — W tym momencie otworzyły się drzwi i wszedł z tacą Vincent.

— Częstujcie się, proszę — zaproponował, siadając na fotelu naprzeciw.

— Czułem, że stanie się coś złego — zaczął Vincent. — Po tych niewyjaśnionych zbrodniach, które wydarzyły się w dzwonnicy, zainteresowałem się jej losami. Zacząłem analizować mapy nieba z tamtych dni. Wszystkie informacje, jakie uzyskałem, były bardzo niepokojące, aż do dziś. Dziś potwierdzacie, iż stara legenda stała się faktem. Nigdy jeszcze księżyc nie był odwrócony do nas ciemną stroną. Przyznaję, iż opowieści Botellego były dla mnie mało prawdopodobne a zarazem przerażające.

— Steven, dlaczego nic nie mówiłeś? — zapytała żona.

— To było dla mnie tak mało realne.

— A te wszystkie morderstwa? To cię nie przekonywało?

— Równie dobrze mógł to być jakiś psychopata chcący zostać sławnym, wprowadzając tę historię w życie. Wybaczcie, ale po prostu nie wierzyłem w to.

— Tato, wiesz, jak temu zaradzić? Czy Botello coś o tym pisze?

— Zapewne wiecie co nieco o klasztorze, który przed wiekami stał na naszych ziemiach? — zaczął Vincent, siadając w fotelu. — Mnisi zamieszkujący go podejrzewani byli o paranie się czarną magią, jak również oskarżano ich o sprowadzanie z piekła demonów. Nigdy jednakże nikt nie wystąpił otwarcie przeciwko nim. Dopiero w ogniu wojen domowych mury klasztoru zostały zburzone do fundamentów. Jedynie dzwonnicę oszczędzono, gdyż używano jej później do zwoływania klanu na narady, jak również obserwowano okolicę. Jednakże nim zburzono klasztor, dochodziło w nim do wielu krwawych obrzędów.

Vigottello zdobył pamiętnik przeora, z którego dowiedział się wielu ciekawych, a zarazem przerażających rzeczy. Podczas kopania fundamentów odnaleziono srebrny krzyż, który miał stanąć na przyszłym ołtarzu. Nikt nie podejrzewał, iż jest on więzieniem dla ducha zesłanego tu za karę z innego wymiaru. Noszony na szyi podczas całej budowy klasztoru przez opata wysączał z niego siły, by w końcu przebudzić ukrytą w nim jaźń.

Wszystkimi mnichami zawładnął duch demona, nie był to jednakże zwykły demon, znany nam jako jeden z wielu sług szatana. W zapiskach bowiem pojawiają się wzmianki o innych planetach i Układach Słonecznych. Zanotowane, jakby podyktowane, widać, iż zapisane bez zrozumienia przeora.

Demoniczna jaźń rozkazała Ashdown udać się na misję poszukiwawczą.

Duch poprowadził go w dalekie zakątki gór Szkocji, nigdy nieodwiedzane przez ludzi. Po pięciu dniach poszukiwań opat znalazł to, czego domagał się głos w jego głowie. Do połowy zanurzony w śniegu, owinięty dziwnym szeleszczącym materiałem ogromny przedmiot. Gdy ściągnął nieprzemakalną powłokę, jego oczom ukazał się jedyny w swoim rodzaju dzwon. Pokryty symbolami, znakami i wizerunkami dziwnych stworów, zwierząt i ludzi, był w nienaruszonym stanie. Głos nakazał mu znaleźć ludzi, by go przetransportować. Ashdown znalazł pomocników, których po kolei opanowywał zły duch, czyniąc z nich swych wyznawców. Owa jaźń kazała im otworzyć wrota czasoprzestrzenne. To wszystko było niezrozumiałe dla mnichów, ale obca siła kierowała ich poczynaniami. Wznieśli klasztor tuż przy dzwonnicy, gdzie umieścili dzwon. Wolenbord, bo tak zwał się demon, czerpał siłę z pochłoniętych dusz mnichów, ale to było wciąż za mało, by opuścić krzyż i otworzyć wrota. Dlatego jego sługi przyprowadzały mu coraz więcej ofiar, którymi się żywił. Demoniczni mnisi spuszczali krew z ofiar, gromadząc ją w specjalnej kadzi umieszczonej u stóp dzwonnicy bezpośrednio pod sercem dzwonu. Potrzebnej do rytuału otwarcia.

Po wielu tygodniach mroczny demon uzyskał odpowiednią ilość dusz do otwarcia wrót.

Gdy nadszedł odpowiedni układ gwiazd, mniej więcej taki jak dziś, opat przystąpił do ceremonii. Wtedy okazało się, iż w swoim pośpiechu Wolenbord zapomniał o bardzo ważnym szczególe, a mianowicie, że rytuału otwarcia mogła dokonać jedynie młoda niewinna dusza. Ogromy ryk zawodu potoczył się po sali, gdy demon to sobie uświadomił, posłał swych ludzi na poszukiwania. Niestety, gdy tylko przekroczyli mury, przywitała ich salwa strzał, kładąc trupem wielu. Bitwa klanów przeniosła się na ich teren. Zwany Niewiernym Wilhelmem przywódca szkockiego klanu, zrównał z ziemią klasztor, grzebiąc pod gruzami resztę sługusów Wolenborda wraz z opatem i krzyżem. Wilhelm ocalił jedynie dzwonnice, by później jej używać jak wieży czatowniczej. Odnaleziony potem krzyż umieszczono na szczycie dzwonnicy, skąd duch nie mógł sięgnąć żadnej ludzkiej istoty. Przyczaił się tam, czekając na odpowiedni moment.

— Wciąż potrzebował tylko jednej duszy — odezwał się ojciec Bernard.

— Niestety tak — odparł smutno Vincent.

— Gabriel — powiedział głośno Michael to, co pomyślała reszta.

— Biedny chłopak — współczuła Christina.

— Tato, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć — zaczął Michael — Ja spotkałem jednego z

tych demonów w lesie. Gonił mnie wyglądał jak ciało astralne, ale był tak przerażający, iż nie miałem złudzeń, co do tego, iż chce zrobić mi krzywdę.

— A zatem wciąż są bezcielesne. Wolenbord nie zgromadził wystarczającej ilości krwi niewinnych — wyjaśnił Vincent. — Jak mu uciekłeś?

— Dzięki boskiej pomocy… — Wtedy chłopak opowiedział całe zajście w lesie, pojawienie się Jezusa pokrzepiło ich wiarę w zwycięstwo.

— Jeszcze nigdy nie słyszałem, aby Bóg tak jawnie i bezpośrednio zainterweniował w obronie człowieka. To chyba znak, że dzieje się wielkie zło. Mam nadzieję, iż możemy ponownie liczyć na jego pomoc — rzekł Bernard.

— To, że demony są bezcielesne, świadczy o tym, iż władca jest jeszcze słaby. Nie znaczy to wcale, iż nie są dla nas groźne, wręcz przeciwnie. Boska opieka bardzo nam się przyda. Nie mamy innego wyjścia, jak pojechać tam i zniszczyć dzwon, póki władca nie sprowadził swego ciała przez wrota.

— Mówisz tak, jakby to było takie proste. One pożrą nasze dusze, jak tylko wysiądziemy z samochodu. — Cristina nie podzielała entuzjazmu męża.

— Tutaj też nas dopadną, tylko trochę później.

— Moglibyśmy wyjechać do Stanów i tam się ukryć.

— Jeśli władca przejdzie przez wrota, nigdzie się przed nim nie ukryjemy. To jedyne wyjście. — Popatrzył na nią, jak gdyby chciał powiedzieć „przepraszam”. — Będziemy potrzebowali ładunków wybuchowych, mam kolegę, który pracuje w kopalni, pojadę do niego, a wy tymczasem czekajcie cierpliwie na mój powrót.

— Ładunki wybuchowe, po co to? — Crisi wyraźnie była zaniepokojona.

— Aby zniszczyć dzwon, kilofem tego nie zrobimy. Czas na mnie — powiedział, wstając.

— Kocham cię! — Żona czule objęła męża.

— Ja ciebie też. Nie dam nam zginąć. — Odwzajemnił uścisk, całując ją mocno w usta.

Steven uruchomił silnik w swym dwuletnim bmw 735 i ruszył z piskiem opon, jak najszybciej chciał załatwić wszystko i być już z powrotem.

W pokoju panowało nerwowe milczenie, Cristina wyglądała przez okno, a Michael wraz z Bernardem przeglądali po raz kolejny dzieło Vigottellego.

— Myślisz ojcze, że ktoś może mieć jakieś inne prace Botellego?

— O ile wiem, to nic takiego nie znaleziono — odparł.

— Zastanawiałem się nad innym rozwiązaniem.

— Nie łatwiej byłoby zniszczyć krzyż? Jeśli zamknięta jest w nim dusza Wolenborda — zasugerował Michael.

— To jest myśl! — ożywiła się Cristina, odrywając od okna. To jest łatwiejsze i bezpieczniejsze można by odstrzelić krzyż z daleka, a następnie zniszczyć.

— Też o tym myślałem, ale musimy wrzucić krzyż w zamykający się portal, aby demony zostały wciągnięte przez zamykające się wrota — zabrzmiało to jak niewykonalny plan.

— Czy to się może udać? — powątpiewał Michael.

— Musi się udać — odrzekł ojciec Bernard.

— Jednakże istnieje ryzyko, iż duch demona opanowałby nasze ciała, jeśli znaleźlibyśmy się w posiadaniu krzyża.

— Musimy spróbować i uda nam się! — mówił to z taką pewnością siebie i takim entuzjazmem, iż niemal ich przekonał

— Będziemy musieli podejść bardzo blisko, by wysadzić dzwon, ale kto go wrzuci?! — Michael uświadomił sobie właśnie, iż ktoś z nich będzie musiał poświęcić życie, ratując świat i zginąć w eksplozji.

— Zaczekajcie, a gdyby udało się go odstrzelić tak, by wpadł w zamykający się portal? — zasugerowała Christina.

— Gdyby wybuch spotęgował jego rozmiary i rozerwał dach?! Tak, wtedy mogłoby się to udać! — Wszystkim im wydało się to bardzo prawdopodobne i dało nadzieję.

Następna godzina oczekiwania upłynęła im w napiętej i nerwowej atmosferze. W końcu w drzwiach pojawił się Vincent.

— Zbierajmy się, czas na nas. Pojedziemy land roverem, będziesz prowadził ojcze — powiedział Vincent, rzucając mu kluczyki. — Materiały już załadowałem, możemy jechać — dodał, sadowiąc się z tyłu.

— Mamy pewien plan, tato, może nawet bardziej bezpieczny. Opowiem ci po drodze — zagadnął Michael, siadając obok kierowcy i ruszyli.

Droga powrotna zbliżająca ich nieuchronnie ku niebezpieczeństwu, minęła im zadziwiająco szybko. Mknąc przez autostradę, siedzieli w milczeniu, nie komentując nawet pustki na drodze. Z rzadka mijające ich samochody świadczyły tylko o jednym: całe miasto jest już pod władaniem złych mocy. Zjeżdżając z autostrady na główną drogę prowadzącą do ich miasta, każdemu z nich przeszła przez głowę myśl: czy nam się uda?

Po przejechaniu zaledwie dziesięciu mil w oddali przed nimi zamajaczył biały kształt.

Nikt z nich z tej odległości nie mógł rozpoznać, co to jest, spodziewali się najgorszego.

Następne paręset jardów odkryło karty, patrol policji postawił radiowóz w poprzek wąskiej drogi.

— I co teraz? — Bernard spojrzał na Michaela, jak gdyby czekając na rozkaz.

— Nie zatrzymuj się, staranujemy ich — decyzja chłopca było natychmiastowa i zdecydowana.

— Jesteś pewny? — Jego mama nie była tak opanowana.

— Kotku, lepiej zapnijmy pasy — polecił jej mąż.

— Nie wyglądają na miejscowych. Nie znam ich, może nie są jeszcze opanowani — zauważył pastor.

— A czy kiedykolwiek widziałeś, aby policyjny patrol w ten sposób stawiał samochód do rutynowych kontroli? To jest blokada, która ma na celu zatrzymać nas i tylko nas, bo nikt inny tu nie przyjedzie ani też nie wyjedzie. Bernardzie, dobrze o tym wiesz. — W każdej innej sytuacji chłodny ton i opanowanie tego chłopca wydałoby się wszystkim bardzo dziwne.

Jeden z policjantów, trzymający lizak, postąpił krok do przodu, machając, aby się zatrzymali. Bernard wcisnął pedał, przyspieszając. Widząc to, drugi funkcjonariusz zrozumiał, o co chodzi, i szybko wsiadł do samochodu, chcąc wyciągnąć strzelbę. Nim wyszarpnął ją z blokady, land rover z całym impetem uderzył w tył radiowozu. Samochód zrobił parę obrotów i wylądował w rowie. Stojący na jezdni policjant, uskakując przed pędzącym pojazdem, miał więcej szczęścia niż jego kolega, który uderzył się w głowę i stracił przytomność. Teraz, podnosząc się, dobył swego rewolweru i oddał kilka strzałów w opony. Jedna z kul sięgnęła celu. Nagle potężny wystrzał ogłuszył wszystkich, to jedna z tylnych opon została rozerwana pociskiem. Samochodem potężnie zarzuciło, obróciło wiele razy i niemalże przewróciło na bok. Napięte pasy boleśnie wbiły się w ich ciała, Cristinie zrobiło się niedobrze.

— Wszyscy cali? — Jako pierwszy wyswobodził się Vincent.

— Zaraz będzie gorąco. Musimy im zwiać albo ich załatwić. Spróbujmy im odjechać, Bernardzie, uruchom silnik.

— Próbuję! — odkrzyknął, kręcąc rozrusznikiem.

Kolejna policyjna kula strzaskała tylną szybę, rozsypując drobinki szkła na wrzeszczącą Cristinę.

— Prędzej, ojcze! — krzyknął Michael.

— Robię, co mogę! — Pastor zaczął się modlić, gdy usłyszał kolejny raz tarcie szczotek rozrusznika. W tym momencie padł kolejny strzał, tym razem w bagażnik.

— Cholernie celnie strzela, zaraz nas tu pozabija. Wszyscy, wysiadać! — polecił Vincent.

— Ale co ty robisz?

— Zamierzam go zabić, nim on zabije nas — syknął przez zęby, gdy kolejne kule podziurawiły tył samochodu. Sięgnął za tylne siedzenie, wydobywając sztucer.

— Umiesz się tym posługiwać? — Michael nie krył zdziwienia.

— Lepiej pochyl głowę — powiedział do Michaela.

Mierzący do nich z rewolweru policjant był coraz bliżej. Gdy po raz kolejny ładował swój pistolet, Vincent właśnie wprowadzał nabój do swojego sztucera.

Nikt poza nim samym nie wiedział, jak bardzo lubił polować samotnie. Wyjazdy służbowe były przykrywką dla jego drugiej pasji, jaką było polowanie na drapieżniki. Teraz jego celem był inny drapieżnik: uzbrojony policjant opanowany przez demona.

Zatrzaskując bębenek swego colta, dojrzał mierżącego do niego z maski samochodu mężczyznę. Policjant szybko przykucnął i chciał się położyć, ale nie zdążył. Czerwona plamka celownika pojawiła się na czole drapieżnika, wstrzymał oddech i pociągnął za spust. Huk wystrzału na moment ogłuszył kryjących się za samochodem towarzyszy. Kula roztrzaskała czaszkę, rzucając policjanta na ziemię.

— Jednego mamy z głowy, tylko co z tym drugim? — powiedział, odwracając się.

— Pójdę sprawdzić, zaczekajcie tu — zaproponował chłopak.

— Lepiej uciekajmy, póki czas z martwego ciał zaraz wydostanie się demon — ostrzegł ojciec Bernard.

— W takim razie weźmy policyjny radiowóz na czterech kołach, szybciej będziemy uciekać — zaproponował Vincent i pospieszył w kierunku radiowozu.

— Nie! A jeśli on żyje?! Vincent?!

Ale ten nie odpowiedział, biegnąc ile sił w nogach.

Samochód miał jedynie rozbity tył, ale nadal nadawał się do jazdy. Nieprzytomny policjant siedział po stronie pasażera. Na rozbitej skroni widniała zaschnięta strużka krwi. Czym prędzej rozbroił policjanta i zaczął wyciągać go z samochodu.

— Co on wyrabia? Nie mamy czasu! — warknął pastor, patrząc za chłopcem.

— Michael, stój! — wrzasnęła nagle matka, widząc jak jej syn skrada się do martwego policjanta.

— Uciekaj, on zaraz wyjdzie — ostrzegał Bernard, gdy Michael podszedł bliżej, by przyjrzeć się ciału. Górna cześć czaszki była odstrzelona tak, że oczy wypłynęły, chłopak przytknął chustkę do ust, by nie zwymiotować. Przyglądał się trupowi w akompaniamencie wrzasków mamy i pastora, by stamtąd uciekał. Teraz miał już pewność: w nim nie było demona.

— Bez obaw, ten umarlak jest czysty — zwrócił się do czającej się za samochodem dwójki.

— Jak to zabiliśmy niewinnego człowieka? — Matka chłopca oniemiała.

— Nie ma w nim demona?

— Czy niewinny to nie byłbym pewien, ale fakt jest faktem, nie ma w nim złego ducha?

— Albo to przypadek, albo demony stały się cielesne i opuściły swych żywicieli, pozostawiając ciała pod swą władzą. — Ta teoria nie napawała optymizmem. Tymczasem Vincent uporał się z nieprzytomnym policjantem, pozostawiając go na ulicy, po czym sam podjechał radiowozem po resztę.

— Wskakujcie tylko szybko, nim ten drugi bystrzak się obudzi.

— Tato, mam złą wiadomość. Demony stały się materialne, władca urósł w siłę.

— W takim razie zostało nam jeszcze mniej czasu, niż sądziłem.

Pędem przejechali przez miejsce, w którym staranowali grupkę dzieci. Cristina zdążyła zauważyć, że małe ciałka leżące na ulicy były już tylko suchymi skorupami.

— Vincent, kochanie, może zdradzisz mi, skąd masz ten karabin i kto nauczył cię tak celnie strzelać? — zapytała po dłuższym milczeniu żona.

— Tak, rzeczywiście jestem ci winien pewne wyjaśnienia, ale może zrobimy to na spokojnie, jak wyjdziemy z tego cało? — odparł, patrząc jej w oczy i starając się zachować spokojny ton.

— Dobrze, to jaki jest plan? — odparła po kilkunastu sekundach wymownego milczenia

— Będziesz próbował zestrzelić krzyż, tato? — wtrącił się chłopak.

— Nie! Ja to zrobię — rzekł pastor, nim Vincent zdołał odpowiedzieć. — Służyłem w piechocie morskiej i strzelam równie dobrze. — Wprawił tym wyznaniem wszystkich w osłupienie.

— Ty, w piechocie?

— A co? Zresztą nieważne, już postanowiłem, ja pójdę na wzgórze z Cristiną, a wy zajmiecie się ładunkami — zabrzmiał, jakby wydawał rozkazy.

— Okej, może nawet to i lepiej. Christina będzie miała ochronę, a my w dwójkę damy radę. Prawda, Mick?!

— Tak, chyba tak. — Jakoś nie zapalił się do tego entuzjazmem.

Powoli zbliżali się do plebanii, na drodze nie spotkali żywej duszy. Bernard spojrzał na swój kościół, jak gdyby miał go już nigdy nie zobaczyć. Wjechali na szosę prowadzącą w pobliże dzwonnicy. Wpatrywali się we wzgórze, ale z tej strony nic nie mogli dojrzeć, musieli wjechać wyżej. Kilka mil asfaltu skończyło się w momencie, gdy minęli ostatni dom, przechodzący w kamienisty trakt. Pieli się pod górę, która z każdym jardem stawała się bardziej stroma. W połowie góry silnik odmówił posłuszeństwa. Bernard zaciągnął ręczny hamulec i wszyscy wysiedli. Vincent wyjął z bagażnika płócienną torbę i karabin, który dał pastorowi.

Jeden z rewolwerów dał synowi, drugi żonie, a policyjną strzelbę zachował dla siebie. Tak uzbrojeni ruszyli dziarsko pod górę, prowadził ich Michael.

Wspinaczka nie stanowiła dla nich dużego problemu, dlatego też pokonali tę odległość w miarę szybko. Widok, który wyłonił się przed nimi, odjął im mowę.

Dzwon zmienił się w jajowatą tarczę, której powierzchnia falowała niczym woda, biło od niej błękitne światło rozchodząc się na boki wyładowaniami elektrycznymi.

Ale to, co działo się u jej podnóża, przeszło ich najgorsze oczekiwania. Demony w cielesnych postaciach prowadziły ludzi do dzwonnicy z otwartych na oścież drzwi wydobywały się stłumione wrzaski mordowanych ludzi.

— Spójrzcie na nich, wygadają jak diabły z naszych ksiąg o demonach i czarownicach — zauważył Vincent, mocniej przywierając do ziemi.

— To prawda, ale pamiętaj, iż ich wygląd to sprawka władcy — odparł Bernard.

— Upodobnił ich do naszych wyobrażeń o źle wcielonym — zasugerował Michael.

— Dokładnie tak — przyznał pastor.

— Lepiej powiedz mi, jak dotrzemy w pobliże dzwonnicy? — zapytał Vincent.

— Spróbujemy ją obejść z drugiej strony, może tyły nie będą strzeżone — zaproponował Michael, powoli wycofując się.

— Okej. Spróbujmy — zgodził się ojciec.

Chyłkiem okrążając wzgórze, znaleźli się na tyłach budowli. Dopisało im szczęście, rzeczywiście nie widać było żadnych strażników.

— Podkradniemy się i założymy ładunki. Czekaj na mój sygnał i strzelaj celnie. — Pożyczył szczęścia księdzu i klepnął go w ramię.

— A co będzie, jak was złapią? — Cristina chwyciła go za kurtkę, próbując go powstrzymać, w jej oczach czaił się strach.

— Wtedy uciekaj daleko stąd i módl się, aby Bóg cię ocalił — powiedział, po czym mocno pocałował ją w usta.

Wcale nie pocieszyły jej te słowa, mówił je tak, jakby spodziewał się najgorszego.

Czołgając się w wysokiej trawie, podkradli się do stóp wieży. Rozmieścili ładunki plastiku C-4, na ścianach tak gęsto, by nic nie przetrwało wybuchu. Wetknęli detonatory w ładunki, nastawili częstotliwość, już mieli się wycofywać, gdy do ich uszu doszedł dźwięk kroków. Coś zbliżało się do nich z zachodniej stronny dzwonnicy.

— Cicho i nie podnoś głowy — szepnął Vincent i zamilkł, czując niesamowity odór.

Potężna łapa złapała go za kurtkę, unosząc w górę, zamachał tylko nogami, upuszczając w trawę radiowy zapalnik. Jego twarz znalazła się na wysokości ponad dwóch metrów.

Ogromny włochaty stwór wpatrywał się w niego swymi ślepiami szczerząc kły.

Chłopak leżał w trawie, modląc się, aby go nie zauważyli. Niestety już po chwili poczuł, iż lewituje, uniesiony przez kolejną demoniczna postać, poczuł odór z jej paszczy. Przyprawiło go to o wymioty, zwrócił całe śniadanie prosto na wielkie łapska. Ryk niezadowolenia wydobył się z paszczy, potężna pięść wymierzyła chłopcu cios w żebra, o mało ich nie łamiąc. Bernard obserwował całe zajście przez lunetę.

— Złapali ich!

— O mój Boże, nie! — krzyknęła, zasłaniając usta dłońmi Cristina. — Musimy im jakoś pomóc!

— Posłuchaj, zrobimy tak. Odstrzelę krucyfiks, a potem odnajdę detonatory, by zniszczyć bramę! — zdecydował w jednej chwili.

— Ale?! Trzeba ich ratować! — krzyknęła, sama zasłaniając sobie usta.

— I to zamierzam zrobić! — odparł twardo.

— Ale przecież musimy go wrzucić do zamykającej się bramy!

— Zgodnie z planem — przyznał, nie zmieniając tonu i położył się, by przyjąć pozycję do wykonania strzału.

Wstrzymał oddech, by nie zadrżała mu ręka i namierzył cel. Pojedynczy strzał w dolne mocowanie oderwał krzyż z dachu. Powiódł za nim wzrokiem i zapamiętał, gdzie spadł.

— Teraz muszę działać bardzo szybko

— Co mogę zrobić?!

— Po prostu pomódl się za nas — odparł, podnosząc się i zrywając do biegu.

Cristina przywarła do ziemi i zaczęła szeptać modlitwy.

Ojciec z synem dołączyli do szeregu ludzi prowadzonych do dzwonnicy.

— Tak mało ich zostało. Już niedługo władca osiągnie pełnię sił — powiedział cicho, patrząc przed siebie na te kilka osób i wtedy Michael ujrzał przed sobą swoją dawną szkolną miłość. Jasicka odwróciła się, rozglądając dookoła, w jej oczach nie było obłędu, jedynie łzy i wielkie przerażenie. Spojrzała raz jeszcze do tyłu i zatrzymała wzrok na nim.

— Pomóż mi… — poprosiła.

Michael przełknął ślinę i czuł, jak napływają mu łzy do oczu i przypomniał sobie, że ktoś jeszcze czeka na jego pomoc.

— Gabrielu, przysiągłem ci, że cię uratuję, idę po ciebie — zawołał w myślach, a potem na głos: — Gabrielu!!! — Wyrwał się do przodu, pędząc ile sił w nogach.

Przedarł się kilkanaście metrów do przodu, ale powstrzymały go silne łapy.

— Puść mnie! — Miotał się na wszystkie strony i kopał ile sił. Z zamieszania skorzystał skradający się pastor, który teraz wyprostował się i pobiegł pędem do dzwonnicy. Sprawdził ładunki na ścianach, nadal były podłączone, musiał tylko znaleźć detonator. Pochylił się i zaczął szukać. Macał rękami ziemię, rozgarniał trawę w pośpiechu, aż nagle natrafił na coś twardego.

— Co za szczęście! Nie, to nie szczęście, to cud! — powiedział do siebie na głos. — Będę potrzebował jeszcze jednego — dodał, rozglądając się i patrząc w miejsce, gdzie poszybował odstrzelony krucyfiks. Wrzawa na drodze do drzwi budowli ustała, chłopak został uciszony kolejnym razem w żebro. Ojciec ukląkł przy synu, by sprawdzić, czy nie pękło. Michael z trudem łapał powietrze, na ciele widać było ślady świeżej krwi. Włochaci strażnicy poderwali ich na nogi, by nie opóźniali pochodu i popchnęli.

— Jak się trzymasz? — zapytał ojciec.

— Złamane, boli jak cholera! — stęknął z bólu, w tym momencie powietrze rozerwał odgłos wybuchu. Obaj popatrzyli w tę samą stronę, niedaleko budynku unosił się słup ognia i dymu, po nim nastąpiła kolejna i kolejna eksplozja. Stwory opuściły stanowiska i pobiegły w tamtą stronę.

— Czyżby to nasz duchowny komando?! — zadrwił Michael, jednocześnie łapiąc się za obolały bok.

— Nie wiem, co on planuje, ale oby mu się udało — odparł ojciec, próbując go wypatrzyć.

Ojciec Bernard czuł się jak za dawnych czasów w wojsku, tak rozlokował ładunki, by strażnicy pobiegli dokładnie w przeciwną stronę do jego celu. Na szczęście krucyfiks upadł niedaleko i znów z boską pomocą, odnalazł go, nim strażnicy wrócili na swoje pozycje.

Wziął do ręki srebrny przedmiot i od razu poczuł jego ciężar i jaźń próbującą wedrzeć się do jego umysłu. Pierwsze uderzenie było tak silne, iż opadł na kolana, słowa w nieznanym mu języku sączyły mu się wprost do ucha, szukając wejścia do umysłu. Poczuł się słaby i wątły na tyle, że nie może wykonać misji. Wtedy zaczął się gorliwie modlić, starając się zagłuszyć głos. Zamknął oczy i wyobraził sobie Pana Jezusa, jak ten podaje mu rękę i podnosi z kolan. Zaczął głośno mówić słowa modlitwy, podniósł się i otworzył oczy. Strażnicy właśnie wracali na posterunki, gdy wtem dostrzegli go i zaczęli biec w jego kierunku, to władca ich naprowadził. Nie miał ani chwili do stracenia, pędem ruszył do budowli. Krzyż strasznie mu ciążył, jakby stawał się coraz cięższy. Podbiegł już pod mury i wtedy zobaczył przyjaciół.

— Uciekajcie! Zaraz to wysadzę! — wydarł się do nich, ile sił w płucach. Dostrzegli go.

— Ojcze! Bernard! — zawołali równocześnie.

Nie odpowiedział, tylko zniknął w środku, wbiegając na stopnie.

— Co on robi?! — zapytał Michael, nie dowierzając.

— Odwala za nas całą robotę! Szybko, uciekajmy!

— A co z resztą?!

— Synu, wiem jak to brzmi, ale ratujmy siebie!

— A Gabriel?!

— Już po nim! — odwarknął, na co syn zgromił go wzrokiem. — Wybacz, ale wiesz, że to prawda… — Pociągnął go za sobą, by odbiec jak najdalej.

Stwory popędziły do środka, starając się zatrzymać księdza.

Biegnąc po schodach, na ułamek sekundy zatrzymał się, żeby spojrzeć, gdzie idą ci nieszczęśnicy. Pod schodami była dziura, w której stał ogromny kocioł. Ludzie wrzucani byli do niego żywcem, w ciągu sekundy skóra odchodziła od kości, które zamieniały się w popiół. W oparach krwi uchodzącej z ciał unosiły się eteryczne postaci mieszkańców. To ich dusze wędrowały prosto do dzwonu, który stał się teraz międzywymiarową bramą.

Otrząsnął się i pobiegł ku górze. Stanął naprzeciw bramy, dzwon zmienił się w płaski dysk o powierzchni falujący niczym wody oceanu z obydwu jego brzegów rozchodziły się wyładowania elektryczne niczym błyskawice. W jednej ręce trzymał detonator, a w drugiej krzyż. Nacisnął przycisk, potężne eksplozje zatrzęsły wieżą, rozsadzając podstawę i ściany. Fala uderzeniowa płynęła ku górze, chciał wrzucić krucyfiks we wrota, ale nie mógł unieść ręki, stał się tak ciężki. Usłyszał donośny śmiech demona. W ułamku sekundy kiedy ognista kula dosięgła dzwonu rozsadzając go, pastor skoczył wprost w zamykającą się bramę.

— Nie!!!!!!!!! — Straszliwy ryk zmieszał się z hukiem kolejnego wybuchu, gdy krucyfiks zanurzył się w bramie. Rozbłysk niebieskiego światła rozerwał bramę wymiarów, tworząc w niej czarną dziurę, przez którą zostały wessane wszystkie demony. Po tym nastąpiła kolejna eksplozja, która rozerwała kopułę dzwonnicy, doszczętnie ją niszcząc. Wrota do innych światów zostały zamknięte.

Walące się mury wieży pogrzebały wielu ludzi, a tych stojących na drodze odrzuciła fala uderzeniowa, przykrywając warstwą pyłu i kurzu. Wśród nich był Michael z ojcem, podnieśli się, kasłając dymem i otrzepując pył z ubrań.

— Jesteś cały? — zapytał syna, kładąc mu rękę na ramieniu.

— Tak — odparł raz jeszcze, odkaszlując dym. Odwrócili się, by spojrzeć na płonące zgliszcza dzwonnicy.

Stracili tam wielu znajomych i, co najbardziej ich bolało przyjaciela, który ocalił ich i resztę świata.

Przez chwilę jeszcze patrzyli na szalejący ogień, trawiący ich niedoszłe miejsce kaźni, by po chwili z niemały uczuciem ulgi, opierając się o siebie nawzajem, ruszyli powoli w stronę wzgórza, gdzie ukryła się Cristina. Ta biegła już im na spotkanie.

— Żyjecie! Żyjecie! — Wpadła na nich, próbując objąć dwóch naraz.

— Tak, udało nam się. — Michael z trudem złapał równowagę, przyjmując na siebie cały ciężar matki.

— A Bernard?! — zapytała, podnosząc głowę znad ramienia syna i szukając go nerwowo wzrokiem.

— Niestety, nie udało mu się — odparł smutno mąż i teraz on przytulił Cristinę.

— Poświęcił swe życie, by ratować nas i świat — dodał z bólem w sercu Vincent i łzy pociekły mu po policzku.

Mick po raz pierwszy widział, jak ojciec płacze i ona sam nie pohamowała łez. Objęli się mocno w trójkę i modląc się szeptem, dziękowali przyjacielowi za ocalenie.

W drodze powrotnej wiatr rozwiał chmury i wyjrzało słońce. Na ich ustach pojawił się uśmiech i nadzieja, że całe zło już odeszło.

Żywiciel

Jeremy popatrzył w lustro.

— Boże, co oni ze mną zrobili? — wyszeptał, gdy ujrzał swoje odbicie.

Niewiele pamiętał z tego, co się wydarzyło, nim trafił do szpitala ani też w samym szpitalu.

Dotykał twarzy, nie dowierzając. Malował się na niej strach. Jego oczy były nienaturalnie zapadnięte do wewnątrz, a czaszka dziwnie wydłużona. Nie to jednak przerażało go najbardziej, bowiem przez ułamek sekundy dostrzegł niewielki ruch pod skórą prawego policzka. Nie widział dokładnie, gdyż światło było zgaszone. W pokoju panował półmrok, nikłą poświatę dawała jedynie uliczna latarnia. Dotknął swej twarzy dłonią i oderwał ją nagle przerażony. Pod palcami poczuł ruch. To uczucie przywołało niemal żywe wspomnienia z taką łatwością, jakby ktoś odblokował mu w umyśle zapadkę. Raz jeszcze powoli podniósł rękę do policzka, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.

Jeremy oderwał się od lustra, wpatrując w drzwi. Natarczywe pukanie przeszło w łomotanie.

— Jery, Jeremy, wpuść nas. Wiemy, że jesteś w środku — rozległo się wołanie zza drzwi.

— Nikt nie zrobi ci krzywdy, chcemy tylko zobaczyć, czy nic ci nie jest, czy jesteś zdrowy! — Mężczyzna za drzwiami mówił spokojnym tonem.

— To oni, to oni! — powiedział do siebie Jery. — Przyszli dokończyć swoje dzieło, co robić? — zaczął panikować.

— Jery! — Głos stał się bardziej ostry.

— Otwieraj, do jasnej cholery, albo wyważymy drzwi! — Usłyszał szarpnięcie za klamkę.

Nie potrzebował już więcej ani chwili do namysłu, szybkim krokiem przeszedł przez pokój do okna. Otworzył je i bez chwili zawahania wyskoczył. W tym momencie drzwi zostały wyważone, do mieszkania wpadło czterech uzbrojonych mężczyzn. Jeden z nich wychylił się przez okno w chwili, gdy Jeremy podnosił się ze sterty śmieci. Poderwał się do biegu, gdy padły strzały. Dwie kule utkwiły mu w plecach, rzucając go na kolana. Pomimo strasznego bólu zdołał się podnieść i poderwał do biegu. Tamci ruszyli w pogoń. Słyszał stukot butów biegnących za nim. Skręcił w ciemną uliczkę. Przewaga kilkunastu sekund dawała mu nadzieję na ucieczkę. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się i gdy upewnił się, że zgubił pogoń, zatrzymał się, by złapać oddech. Rany już go nie bolały, tylko piekły. W brudnym oknie starej fabryki ujrzał swoje odbicie. Jego twarz wrzała. Skóra na całej głowie poczerwieniała i spęczniała. Ruchy były bardzo szybkie. Odwrócił się i oparł plecami o ścianę.

Oddychał spokojnie. Sięgnął pamięcią wstecz.


***


Jeremy wyszedł z gabinetu bardzo przygnębiony. Szedł przed siebie, patrząc niewidzącym wzrokiem. Gdy zatrzymał się przed domem, w uszach wciąż brzmiały mu słowa doktora Perkinsa: „Ma pan raka mózgu, panie Steward. Przykro mi, ale zostało panu niewiele ponad dwa miesiące życia…”.

— Co za kutas, ani przez chwilę nie było mu przykro, mogę się założyć. A z jaką łatwością mówił o tym, ile mi zostało jeszcze życia, co za gnój. Gówno go to obchodziło, że niedługo zdechnę — wykrzykiwał w myślach kolejne przekleństwa.


***


Czyjś cień przemknął za rogiem fabryki. Jeremy przestraszył się, gorączkowo zaczął szukać wejścia do budynku. Nagle usłyszał biegnących w jego kierunku ludzi. W pośpiechu macał goły mur, szukając wejścia. W końcu natrafił na zimną płytę. Szybko obrócił głowę i zamarł. Byli już na początku uliczki. Oddali kilka niecelnych strzałów, na szczęście odległość była zbyt duża. Nacisnął klamkę i z całej siły pchnął drzwi. Te ustąpiły i wpadł do środka. Po ciemku drżącymi rękami zatrzasnął drzwi na zasuwę. Ścigający byli za drzwiami. Jeremy kucnął i pochylił się do ziemi, wstrzymując oddech.

— Hej! Co ty tu robisz?! — usłyszał zachrypły głos dochodzący z ciemności.

Nie zdołał odpowiedzieć, gdy zza drzwi padła seria strzałów. Kule przebiły je i trafiły ukrytego w ciemności mężczyznę, zabijając go na miejscu.

Następny strzał rozwalił zamek, drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem. Wysoki typ w czarnym garniturze z wycelowaną spluwą spojrzał na skulonego ze strachu Jerego. Gdy już miał oddać śmiertelny strzał, zawyły syreny policyjne, odwracając jego uwagę. Przed budynkiem zatrzymał się gwałtownie radiowóz.

— Ręce do góry, policja! — wrzasnął policjant, wyskakując z samochodu. Napastnicy zareagowali natychmiast, bezpardonowo otwierając ogień.

Pierwszy padł z roztrzaskaną głową policjant ukrywający się za radiowozem. Drugi dostał sześć kul, które zmiażdżyły mu klatkę piersiową. Gdy strzały ucichły, spojrzeli na miejsce, gdzie przed chwilą leżał Jeremy, ale już go tam nie było.

Ten z blizną zajrzał do środka, zrobił parę kroków i natknął się na trupa włóczęgi. Przeładował broń i zrobił kolejny krok w ciemność. Wtem zawyły syreny kolejnych wozów policyjnych zbliżających do miejsca strzelaniny. Szybko oceniwszy sytuację, zaklął pod nosem i wycofał się z budynku, nim dojechała policja.

Siedzący za starą maszyną Jeremy powstrzymywał oddech do momentu, aż tamten odszedł. Szybko poderwał się na nogi, on też nie chciał, aby policja go tu złapała. Potykając się w ciemności, odnalazł wybite okno z tyłu budynku, przez które wyskoczył na zewnątrz. Był w kolejnej ciemnej uliczce, ale mieszkanie w tej wyludnionej dzielnicy przyzwyczaiło go do poruszania się w podobnych miejscach. Wciąż obawiając się pościgu, przemknął pod murem do najbliższej przecznicy. Przebiegł przez ulicę, wchodząc do najbliższego fast-fooda. Dopiero tutaj mógł złapać oddech.

Znowu powróciły wspomnienia.


***


Dwa dni po tym, gdy dowiedział się o swojej chorobie, zadzwonił do niego nieznajomy mężczyzna, podając się za oficera Pentagonu. Zaproponował mu spotkanie w interesach. Na początku przyjął to jak głupi żart i rozłączył się, ale gdy ten zadzwonił jeszcze raz i zaproponował mu trzysta dolców za samo spotkanie, postanowił przyjść. Cały czas zastanawiał się, co może od niego chcieć taka szycha, przecież był nikim.

Spotkali się w południe w miejskim parku. Dwaj biali mężczyźni ubrani na sportowo, a siedząc na ławce, nie wzbudzali podejrzeń. Wyglądali, jakby odpoczywali po joggingu. Nathan Bradley miał metr osiemdziesiąt wzrostu i jak na czterdziestoletniego mężczyznę dość bujną czuprynę. Śniada cera wskazywała na to, iż unika słońca.

Od razu przeszedł do rzeczy. Znał historię jego choroby i wiedział, co go niebawem czeka. Zaproponował mu milion dolarów w zamian za zgodę na przeprowadzenia na nim pewnego eksperymentu. Jeremy wahał się, nim odpowiedział. Nathan zapewniał go, iż na pewno przeżyje i będzie mógł cieszyć się swoja zapłatą. Propozycja była bardzo kusząca, przed śmiercią chciał zaszaleć. W pewnym stopniu oferta ta sprawiła, iż odzyskał wolę życia.

A gdybym tak spróbował się leczyć? Z taką kasą mógłbym jeszcze chwilę pożyć — pomyślał.

— Zgoda — odparł po dłuższej chwili namysłu, co wywołało uśmiech na twarzy Bradleya.

Uścisnęli sobie ręce, po czym Bradley wstał i oddalił się, lekko truchtając. Jeremy został jeszcze chwilę, udając, że zawiązuje but i odszedł w swoją stronę.

Następnego dnia znajdował się już w tajnym laboratorium Pentagonu, a byłej kwaterze FBI. Badania trwały dwa tygodnie, podczas których podawano mu różne preparaty i wciąż pobierano krew do badania. Nigdzie nie było luster, nawet w łazience, nie mógł zatem przyjrzeć się sobie. Irytowało go to, bowiem wciąż czuł, że coś się w nim zmienia. O niczym go nie informowali i to niepokoiło go jeszcze bardziej. Zespół lekarzy naukowców wciąż go badał i wymieniał między sobą opinie.

Nie zauważył żadnego strażnika. System zabezpieczeń wystarczał za wszystkich strażników. Wszczepiono mu chip dla lepszej jego kontroli. Gdy tylko zbliżał się do drzwi lub konsolety, na której wpisywano kod dostępu, natychmiast zamykała się nad klawiaturą pancerna szyba. Lekarze wychodzili czasem na zewnątrz, podając hasło do mikrofonu, komputer analizował barwę ich głosu, po czym prześwietlał rogówkę i otwierał drzwi. By obiekt badań nie został nie wypuszczony, nad progiem pojawiał się szybkostrzelny dwulufowy karabin automatyczny. Nie pozostało mu nic innego, jak czekać na koniec badań, co zdawało się nie nastąpić szybko. Jednak na swoją korzyść pomylił się w tej ocenie, co mile go zaskoczyło. Na początku czwartego tygodnia badań przyszedł generał Bradley, tym razem w mundurze, robiąc na nim duże wrażenia.

— Witaj, Jery — zagadnął, ściskając jego rękę i uśmiechając się.

— Eksperyment udał się połowicznie, ale i tak jesteśmy zadowoleni — zaczął. — Oto twoje pieniądze — wręczył mu pokaźną walizkę.

— Dosyć ciężka — zauważył Jeremy, szeroko się uśmiechając.

— No jasne, milion dolców musi ważyć — zaśmiał się generał, obejmując go ramieniem i

powiedział po cichu na ucho: — Będziemy cię jeszcze potrzebować za jakiś czas, takie rutynowe badania — zapewniał, poklepując go po ramieniu.

— Nie wiem, czy zdążycie, nim będę trupem — powątpiewał Jery, śmiejąc się szyderczo.

— Och, nie martw się zdążymy, twój lekarz przesadził, pożyjesz jeszcze z rok, a jeśli się

uda nasz eksperyment, będziesz pierwszym.

— Pierwszym, naprawdę? — Aż go zatkało.

— Ekhem, Jery, synu, nie rób sobie zbytniej nadziei, ale może się uda.

— Naprawdę całkiem wyleczony? — Wciąż nie mógł uwierzyć.

— Mówię: nie licz na zbyt wiele, idź do domu, najedz się porządnie, koniec diety —

powiedział życzliwie, odprowadzając go do pokoju, by spakował rzeczy. — Napij się, zabaw, a my odezwiemy się niebawem — poradził, żegnając go w drzwiach.

— Okej. Stały nadzór, informować mnie o każdym jego ruchu i nagłych zmianach jego ciała. Nie wiem, dlaczego jeszcze się nie uaktywniły komórki obcego — powiedział do mikrofonu w kalpie marynarki i zaklął na głos.

Na zewnątrz już czekali agenci, nasunęli Jeremu szybko czarny worek na głowę i wzięli pod ramiona.

— Względy bezpieczeństwa — odezwał się jeden z nich, gdy usadzili go na tylnym siedzeniu auta.

Ruszyli z piskiem opon, płócienny worek skutecznie zasłaniał mu widok, oddychać jednak mógł swobodnie. W głowie wciąż kotłowały mu się myśli. „Czy rzeczywiście będę zdrowy?”.

Nim się spostrzegł, był już pod domem. Stara fabryczna dzielnica skutecznie odstraszała większość ludzi. On jednak czuł się tu dobrze, potrzebował spokoju, szczególnie teraz. Było późno, dziś już na pewno nie pójdzie do pracy.

— Zaraz, zaraz, na pewno Bob już mnie wywalił. Żadna strata, mam już dość czyszczenia tych wagonów po nocach. Teraz jestem bogaty — rozprawiał w myślach.

— A właśnie, chłopaki dajcie mi jakiś worek, przepakuję kasę, bo z tą walizką nie dojdę do najbliższej bramy — szybko oprzytomniał.

— Okej. Charles, daj mu worek z bagażnika — odezwał się agent siedzący obok kierowcy.

Po piętnastu minutach Jeremy opuścił rządowy samochód, znikając w bramie swojego domu. Zaryglował drzwi i okropnie znużony padł na łóżko i momentalnie zasnął. Sen nie przyniósł ukojenia, lecz koszmary.

Mocne światło lamp na sali operacyjnej skutecznie go oślepiało. Widział jedynie cienie pochylających się nad nim lekarzy, którzy grzebali w jego wnętrznościach. Nie czuł fizycznego bólu, ale czuł strach, że robią mu coś okropnego. Kilka razy budził się zlany potem, z pulsującą od bólu głową. Na wpółprzytomny szedł do łazienki, by zażyć tabletki, łyk wody i znowu zapadał w głęboki sen. Koszmary ciągnęły się w nieskończoność, aż w końcu odeszły i obudził się. Nie wiedział, jak długo spał, na zewnątrz nadal była noc.

Podszedł do lustra…


***

— Proszę pana?! — Ktoś szarpał go za ramię.

— Chyba pan przysnął — odezwał się miękki kobiecy głos, gdy uniósł głowę.

— Już panu wystygło, może to panu odgrzeję? — zapytała uprzejmym głosem kelnerka.

— Nie, nie, nie trzeba — odparł, wracając do rzeczywistości i uśmiechnął się do odchodzącej kobiety.

Teraz pamiętał już wszystko, lecz wspomnienia nie odpowiedziały mu na pytanie, co się z nim dzieje. Wiedział jedynie, że jest ofiarą eksperymentu i może nie wykorzystać tej kasy. Coś w nim żyło i właśnie dało znać o sobie. Poczuł szybki ruch pod prawym okiem.

Co z pościgiem? — Ta myśl przeleciała mu przez umysł niczym błyskawica. Powrócił strach. Rozejrzał się dookoła. Siedział daleko od okien, nie widział, co się dzieje na ulicy.

— To, że tu nie trafili, graniczy z cudem — powiedział do siebie.

Zjadł szybko zimnego hamburgera, popijając go chłodną herbatą i sięgnął po drobne. Odliczył trzy dolary z napiwkiem i położył na stole. Wychodząc, nerwowo nabrał powietrza. Od razu uderzył go hałas i zapach ruchu ulicznego. Obejrzał się tylko raz i od razu ich dostrzegł. Czaili się za rogiem budynku. Poderwał się do biegu. Pogoń ruszyła.

Wiedział, że długo nie da rady uciekać, skierował się do metra, chciał być między ludźmi.

— Tam mnie nie wypatrzą — powiedział do siebie, zbiegając po schodach.

— O kurwa! — zaklął, gdy stanął na peronie. W tej dzielnicy o tej porze nocy nie było tu

nikogo. Na schodach zadudniły kroki.

— Myśl, myśl! Gdzie się schować?! — krzyczał do siebie, tymczasem agenci byli już na dole.

Wychylił się zza kolumny, zobaczyli go i przeładowali pistolety. Ten dźwięk był jak wyrok. Nie czekał na to, co miało się wydarzyć. Odwrócił się i biegnąc zygzakiem ile sił w nogach, skrył się za rogiem kasy biletowej. Strzelili prawie jednocześnie, pędzące kule z prędkością 870 m/s roztrzaskały róg muru. Skruszony tynk uderzył go w nozdrza i oczy, oślepiając go na chwilę. Podniósł się na nogi, zrywając do biegu, kolejne kule świsnęły mu koło głowy. Poczuł, jakby coś szarpnęło mu nogą i potknął się, uderzając barkiem o beton. Kula utkwiła mu w łydce. Tak jak poprzednio, odczuwał jedynie rwący ból, gdy wtem odezwały się żyjące w nim stworzenia. Znowu poczuł ten obrzydliwy ruch pod skórą. Gdy podnosił się na nogi, byli prawie przy nim. Działając pod wpływem czyjejś woli, wyciągnął przed siebie ręce w kierunku nadbiegających agentów. Z wyprostowanych dłoni wystrzelił silny strumień światła, rzucając ich na podłogę niczym bezwładne kukiełki. Spojrzał w bok, kolejni agenci nadbiegali, oddając w biegu niecelne strzały.

Tym razem obca jaźń uaktywniła się w całej mocy, napełniając go niesamowitą siłą. Uderzył w nich bardzo silną wiązką psychicznej energii. Cała czwórka padła na kolana, łapiąc się za głowy i krzycząc z bólu. Ich twarze wykrzywiały okrutne grymasy, a oczy uciekły w głąb czaszki. Jeremy koncentrował się tylko na energii, którą wypalał ich umysły, prowadząc na granice szaleństwa. Nie przyszło mu do głowy, że może być ktoś jeszcze, myślał, że pokonał już wszystkich. W momencie, gdy poczuł lufę strzelby na swoich plecach, zrozumiał, jak wielki błąd popełnił. Nie padło jedno słowo, usłyszał jedynie strzał i poczuł, jak ogromna siła wtłacza się w jego ciało, wychodząc ogromną dziurą w brzuchu. Lecąc do przodu, odrzucony siłą wystrzału, usłyszał jeszcze, jak coś krzyczy w jego umyśle, lecz nic nie zrozumiał, tracąc świadomość. Agent obszedł ciało i zatrzymał się przy głowie. Nie mógł uwierzyć, pod powiekami i na policzkach zobaczył ruch. Wycelował broń, gdy nagle zadzwonił telefon.

— Kurwa, akurat teraz — zaklął, nie przestając mierzyć.

— Dobra, już dobra — zabezpieczył broń, sięgając po telefon.

— Czy on jeszcze żyje? — Padło suche pytanie.

— Nie, lecz obcy raczej na pewno — odparł.

— Ma przeżyć — rozkazał głos w słuchawce.

— Kto? Żywiciel raczej nie… — nie dokończył.

— Żywiciel i obcy! Obydwaj! Debilu! — zagrzmiało.

— Tak jest, panie dyrektorze — zdążył powiedzieć, nim dowódca rozłączył się.

— Ty jebany szczęściarzu, powinieneś tu zdechnąć, wykrwawiając się — powiedział agent,

pochylając się nad Jeremim.

Nicolas klął pod nosem, przenosząc ciało w odosobnione miejsce. Ciągnąc go za nogę, nagle poczuł mrowienie w palcach.

— Co jest, kurwa?! — Puścił go nagle z obrzydzeniem.

— Odwrócił go na brzuch, całe ciało się ruszało, dziura w brzuchu wielkości arbuza powoli się zabliźniała.

— Jezu, co to? Science fiction?! Widziałem cuda, ale ty powinieneś już nie żyć!

Odruchowo wyjął broń i wycelował w głowę Jeremiego, który nagle zamrugał oczami.

— Kurwa, świt żywych trupów w realu, zaraz zwariuję! — Nicolas nie dowierzał własnym zmysłom.

— Stój, gdzie stoisz, jak na mnie popatrzysz, odstrzelę ci łeb i pierdolić tego grubasa Folkensa! — Przeładował broń.

Jeremy wyprostował się i spojrzał na agenta. Jego oczy nie miały białek, były czarne jak noc.

— Nie!!! — krzyknął Nicolas i nacisnął spust. Osunął się na kolana z dziurą w głowie, którą powoli otaczała krew niczym aureola. Już nie zamrugał oczyma, umarł z otwartymi.

— Widzisz, Jeremy, jesteśmy nieśmiertelni. Ty i ja, nierozłączni, chodź, czeka na nas cały świat — odezwał się głos w jego głowie, a wyprostowana ręka, w której trzymał wciąż dymiący z lufy pistolet, powędrowała w dół, jakby to nie on sam nią poruszał.

— Wybrałem cię, byś zapoczątkował nową rasę, rasę wybrańców, czuj się zaszczycony. Ziemia zostanie zasiedlona przez moich współbratymców wraz z jej mieszkańcami. A od ciebie wszystko się zacznie, ty dasz nam początek i zachowasz swą jaźń. — Głos zamilkł, a Jeremy spojrzał na świat swoimi oczami. Nic już nie miało być takie samo jak kiedyś.

Smoczy Lord

Smoczy Lord Matt stał na wzgórzu, trzymając w ręku miecz, wspaniały z damasceńskiej stali. Jego ostrze lśniło morderczym blaskiem, ku niemu galopował rycerz odziany w stalową zbroję. Stał w bojowej postawie, czekając, kiedy zada śmiertelny cios. Nagle usłyszał wysoki dźwięk, to sms wyrwał go ze świata marzeń. Przebywał tam nader często. Czarodzieje, wojownicy i smoki to bohaterowie z jego wyobraźni. W autobusie, metrze, podczas spaceru po parku uciekał myślami od codziennego zgiełku i wrzawy dnia. Odgłos ulicy, rozmów i pędzący tłum nagle milkł, gdy otwierał w swym umyśle wrota do świata iluzji. Tak było i teraz. Przeczytał wiadomość i schował telefon. Podniósł się z ławki i poszedł parkową alejką ku fontannie. Po kilkunastu krokach dobiegł go śpiew. Kobiecy głos uwodził go i wołał, z każdym krokiem przybierając na sile. Zatrzymał się, wspierając na gipsowej ścianie fontanny. Spojrzał w lustro wody, jej tafla wydawała się niewzruszona. Wtem wynurzyła się z niej dłoń i usłyszał słowa piosenki: „Chodź, nie trać czasu, potrzebujemy cię” — nie zastanawiając się ani chwili, chwycił dłoń, która z ogromną siłą pociągnęła go do środka. W ułamku sekundy minął całą galaktykę gwiazd, które wirowały wokół niego, rozbłyskując oślepiającym światłem. Nim dostrzegł cokolwiek więcej, wylądował na twardej ziemi w samym środku bitwy. Przerażony nie mógł początkowo zorientować się, kto z kim walczy. Na wpółleżąc, a na wpół opierając się na rękach, cofał się, równocześnie próbując ogarnąć wzrokiem i pojąć, gdzie jest. Wtem poczuł na plecach coś strasznie twardego i ciężkiego. Odwrócił się powoli i skoczył na równe nogi, gdy ujrzał przed sobą małego smoka. Rozejrzał się, szukając drogi ucieczki lub pomocy, lecz to, co nadeszło w następnej chwili, niosło śmierć.

Poczuł, jak z ogromną siłą coś wbija się w niego, rzucając go do tyłu. Odruchowo złapał się za ranę i poczuł drzewiec strzały, rozchodziło się od niego przerażające zimno. Powoli ogarniało całą prawą część jego ciała. Padł na ziemię na wpółprzytomny. Wtedy wokół niego rozgorzało piekło. To dorosłe smoki, które brały udział w bitwie wściekle zaryczały i rzuciły się do walki. Dopiero później dowiedział się, że zasłonił smoczego następcę tronu. Zaczarowana strzała „lodowa zamieć” miała zabić królewskie dziecię, jedynego spadkobiercę tronu. Smoki w ostatnim zrywie szaleństwa bitewnego rzuciły się do ataku. Nie bacząc na dziesiątki długich strzał zadających im rany, rozgramiały zastępy ciężkich kuszników. Leciały tuż nad głowami wrogów, spalając ich na popiół swym gorącym oddechem. Kilka smoków poniosło śmierć od zadanych ran, lecz jeszcze, gdy spadały na ziemię swymi cielskami, przygniatały po tuzinie wrogów każdy. Ów ostatni atak zbiegł się z odsieczą ciężkiej jazdy czerwonego Lazurga, która dokonała dzieła zniszczenia. Gdy umilkły odgłosy bitwy i umarł ostatni dobity żołnierz wroga, najstarsze smoki otoczyły królewskiego potomka, oddając mu pokłon. I wtedy zobaczyli go leżącego u stóp króla. Wpółzamarznięty dokonywał żywota. Wtedy przemówił Belergoth:

— O ironio, człowiek ocalił smoczego króla, oddając za niego życie. Winniśmy mu pokłon, gdyż tylko tyle możemy zrobić dla tego umierającego bohatera.

— Ależ panie — odezwał się głos z tyłu. Być może uda się go jeszcze uratować, zabierzmy go do naszego maga Astargotha.

— Jeśli chcemy go uratować — mruknął któryś z tyłu.

— Hmmm — zasępił się dowódca i dodał po chwili: — A zatem dobrze, niech tak będzie. Gewaigoth, ty jesteś najszybszy, zanieś go przed oblicze maga — zgodził się i długo jeszcze patrzył za niknącym na niebie bezwładnie leżącym ciałem człowieka w wielkich smoczych szponach. — Obyś był naszą nadzieją, a nie zgubą w przyszłości — wyszeptał do siebie i poderwał całe swe wojsko do powrotnego lotu do domu.

Matt nie pamiętał tej podróży, jego umysł był otępiały, ciało wypełniał przeszywający chłód. Czuł, jak uchodzi z niego życie. Obudził się, leżąc na ziemi. Jego wzrok zasnuty był mgłą niczym zamieć śnieżna. Słyszał głosy, które były dla niego ledwie szeptem, a przemawiały smoki. Astargoth pochylił się nad nim i rzekł:

— Użyję starego zaklęcia w starożytnej magicznej smoczej mowie, tylko ono może cię uratować, lecz nie wiem, czy zadziała.

— Muszę żyć — wyszeptał człowiek z ogromnym wysiłkiem.

W oczach smoka pojawił się dziwny błysk i smok wymówił prastare zaklęcie: „gorące smocze serce”, po czym zionął w niego gorącym jak słońce oddechem. Ogarnęło go dziwne uczucie, kiedy chłód zaczął ustępować miejsca gorącu. Zimno uciekało z niego, a żar ognia przynosił ulgę. Gdy smoczy płomień zgasł, otworzył oczy. Uniósł głowę i spojrzał na swą rękę, a potem na całe ciało. Przeraził się. Całą prawą część ciała pokrywała złota smocza łuska. Dłoń zakończona była pazurami niczym stalowe ostrza. Dotknął twarzy, ona też uległa przemianie!

— Nie! — zawył z rozpaczy. — Lustro! — wrzasnął, rozglądając się na boki.

Smok patrzył na niego dziwnie, jakby z uznaniem, a zarazem ogromnym zaskoczeniem.

— Daj mi lustro! — niemal błagał.

— Smoki nie przeglądają się w lustrach — odparł mag, trochę z niego drwiąc.

Chłopak, słysząc te słowa, zerwał się gwałtownie z posłania i nerwowo zaczął przeszukiwać cała jaskinię, w końcu podbiegł do misy wypełnionej wodą, gdzie ujrzał swe odbicie.

Pół twarzy pozostało normalne, lecz druga część pokryta była łuską. Prawe oko było całe błękitne, pozbawione białka i błyszczało jak diadem. Z głowy również zbrojnej w łuskę sterczał róg.

— Jestem mutantem! — zawył z rozpaczy.

— Nie bluźnij! — zagrzmiał smok. — Spójrz na siebie! Jesteś wybrańcem!

— Żartujesz sobie ze mnie?! Zobacz, jak…

— Milcz! — przerwał mu mag. — To zaklęcie działa niezwykle rzadko. Ciebie uczyniło pół smokiem, pół człowiekiem. Inny umarłby w cierpieniach. Od tysięcy lat nikt taki się nie narodził. Zaklęcie uzdrowiło cię i uczyniło potężnym. Prawa część twojego ciała jest dziesięciokrotnie twardsza od smoczej łuski, a twe ramię i noga tyleż samo silniejsze od smoczej. Przymknij lewe oko, a ujrzysz to, co niedostrzegalne dla człowieka.

Zaiste mówił prawdę, gdy spojrzał tylko na prawe oko, ujrzał szczyty gór odległe o dziesiątki kilometrów i drzewa porastające ich stoki. Gdy bardziej się skupił i wytężył wzrok, ujrzał, jak mały ptaszek, siadając na gałęzi, strąca z niej biały puch śniegu.

— Niesamowite — jęknął z zachwytu.

— To początek twych zdolności. Twój umysł potrafi pojąć smoczą magię. Będę cię uczył — rzekł Astargoth.

— Zaraz, a kto powiedział, że ten stan mi się podoba? Chcę swoje ciało z powrotem. Wracam do Londynu, chcę znowu być człowiekiem, nie smokiem! — wrzeszczał, po czym wszystko zawirowało i stracił przytomność.

Zbudził się rześki i pełny sił jak nigdy dotąd. Leżał na trawie u stóp potężnego kasztanowca.

— Boże, co za sen — rzekł, uśmiechając się do siebie. — Śniło mi się, że jestem półsmo… — zamarł w pół słowa, łapiąc się za twarz. — To nie sen… — Jego głos wypełniał smutek i rezygnacja.

— Witaj, smoczy lordzie! — przemówił donośny głos.

— Witaj, Gargagoth — zawtórował mu chór podobnych głosów.

Uniósł głowę zaciekawiony. Stały przed nim ostatnie smoki z wysokiego rodu. Były przepiękne, potężne, majestatyczne o łuskach w kolorach, od których radowały się oczy. Żaden jednak nie miał łuski w kolorze bijącym takim blaskiem, jak jego. Wstał i ukłonił się nisko.

— Witajcie, szlachetne smoki. — Nie bardzo wiedział, jak ma się do nich zwracać. — Wybaczcie, ale nie wiem, jak mam was tytułować — mówił dalej, oczekując reakcji.

Na szczęście przyjęły pozdrowienie pomrukiem zadowolenia, po czym przemówił ich wódz:

— Bardzo nas cieszy, iż wybawca królewskiego potomka żyje. Dziwi nas niezmiernie natomiast twoja przemiana. Jednocześnie wyrażamy nadzieję, iż będziesz w stanie dobrze wykorzystać ten dar i godnie znosić swoje brzemię. Wracaj do swoich, lecz gdy zapragniesz nas odwiedzić, udaj się do maga, a on zadecyduje, czy możesz. Wtedy wskaże ci drogę. Bywaj, smoczy lordzie, taki nadaję ci dziś tytuł. Na nas już czas — zakończył przemowę smok o szmaragdowej łusce i poderwał się do lotu, a za nim cała reszta.

Nie zdołał nawet wydobyć z siebie słowa, nim wzbiły się do lotu. Został sam. Gdyby nie to, iż często przychodziły mu do głowy myśli o tym, że coś takiego może się zdarzyć, zapewne już by zwariował. Zaiste jego umysł, który tak często przebywał w świecie wyobraźni, zaakceptował to niczym coś rzeczywistego. To prawda, marzył o podobnych przygodach, ale nigdy nie chciał być potworem! Tak, jestem potworem!

Jego pełne rozgoryczenia rozmyślania przerwali zbliżający się ludzie. Na pozór wyglądali zwyczajnie, miał nadzieję, że zrozumie ich język. W sumie smoki rozumiał, a może przemawiały do niego w jego umyśle? I co miały na myśli, mówiąc: „wracaj do swoich”? Jego rozważanie przerwały kolejne głosy.

— Witaj, smoczy lordzie — zaczął nieśmiało ten wyższy, gdy tylko podeszli dostatecznie blisko.

— Kim jesteście? — W duchu cieszył się, że mówią jego językiem, co zrodziło kolejne pytania.

— Samol, panie — rzekł niski blondyn, kłaniając się.

— Diroth, służę — przedstawił się łysy chudzielec. Doprawdy ta niebieska tunika wisiała na nim jak na wieszaku.

— Jesteście niewolnikami smoków?

— Nie, panie — odparł prędko Samol.

— Pracujemy jako służba zamkowa. Ludzie nie są niewolnikami smoków. Właściwie nie widujemy ich wcale, pojawiły się pierwszy raz w tej bitwie. Dotąd znaliśmy je z legend — wyjaśnił Diroth z przerażeniem w oczach, na samo wspomnienie tych potężnych bestii.

— Kto zatem jest panem zamku?

— Sir Lazarug czerwony — odpowiedzieli niemal jednocześnie.

— Prowadźcie mnie do niego — zażądał, wstając.

— Urosłem? — zapytał sam siebie na głos, gdy zobaczył, jak góruje wzrostem nad sługami.

Spojrzał po sobie, jego ciało stało się potężniejsze, co ucieszyło go. Z polany, na której stali, skierowali się do zamku, przeogromnej twierdzy o kształcie rombu z ośmioma piekielnie wysokimi i potężnymi wieżami. Weszli na dukt prowadzący do miasta. Brukowany i szeroki imponował rozmiarami. Po drodze minęli dwie furmanki, których woźnice tylko na moment spojrzeli z przerażeniem na lorda, po czym od razu umknęli wzrokiem, gdy tylko na nich spojrzał. Im bliżej podchodził, tym wyższe zdawały mu się być mury i wieże strażnicze. Kolejny wóz wyładowany towarami minął ich, a woźnica i jego druh oniemieli na widok przerażającej postaci Lorda. Byli coraz bliżej bramy, za którą toczyło się życie.

— Zaprawdę nie wyobrażam sobie machiny zdolnej obalić te wrota — powiedział sam do siebie, przekraczając ich próg. Ogromne stalowe kraty, osadzone głęboko w ziemi, na masywnych zawiasach sprawiały wrażenie, jakby były nie do wyważenia.

Spojrzał w górę. Na wieżach ledwie widoczni stali strażnicy. Weszli na ogromny dziedziniec. Wszędzie było pełno ludzi, straganów i tętniących życiem małych i większych sklepików.

— Jak nazywa się to miasto? — zapytał, chłonąc wzrokiem każdy szczegół.

— Taranoth, panie — odpowiedział z dumą w głosie Diroth.

— Czy ci ludzie tu mieszkają? — zapytał ciekaw.

— Tak na najniższych piętrach kamienic. — Wskazał na prostokątne i długie budynki ciągnące się wzdłuż dwóch boków murów obronnych. Sięgały na kilkanaście metrów w górę. Zbudowane z jasnoczerwonego kamienia zadbane i z wieloma oknami komponowały się z twierdzą — na wyższych i najwyższych mieszkają możni tego miasta. Bogaci i rodziny członków dworu — wyjaśnił. Straganiarze i kupcy bacznie przyglądali się przybyszowi, nierzadko odwracając wzrok na widok przerażającej twarzy. Sprzedawali wszelakie produkty, mięso, sery, warzywa, odzież, wina, miód. Nie brakło tu też biżuterii, którą oprócz sukien najchętniej oglądały młode panny i wytworne matrony. Lord z ulgą minął ostatniego kupca i skupił wzrok na warowni.

Zamek jest tak wielki, jakby mieszkały w nim smoki — pomyślał.

— Owszem, ale jak smok miałby żyć w komnatach, choćby nawet nie wiem, jak wielkich? — Toczyli rozmowę, powoli zbliżając się do głównych wrót.

— Słuszna uwaga. A zatem gdzie żyją smoki? — dociekał lord.

— W górach, panie. Swe legowiska mają w pieczarach i grotach. Ale nikt nigdy ich tam nie widział — wyjaśnił Diroth

— A zatem skąd wiesz, że tam żyją? — zapytał.

— Tak powiadają — dodał.

— Tak powiadają, mówisz — powtórzył, wpatrując się w imponującą twierdzę.

Pierwszą linią obrony zamku był most zwodzony, teraz opuszczony, na potężnych łańcuchach, szerokich tak, iż zastęp konnicy mogłoby nim przejść ramię przy ramieniu. Spojrzał w dół. Fosie mogłaby pozazdrościć rozmiarów niejedna mała rzeczka. Za mostem dostępu do twierdzy broniły potężne drzwi, zrobione ze stalowych płyt. Z daleka mieniły się złotem i można było dojrzeć na nich jakieś zdobienia. Podeszli bliżej. Lord przyglądał się owej rzeźbionej w złocie ornamentyce zdobiącej wrota. Przedstawiono na nich walczących ze sobą ludzi i smoki podczas wielkiej bitwy. A także czasy pokoju, jakie po niej nastały.

— Na pewno nie jesteście niewolnikami smoków? — zapytał, głaszcząc płaskorzeźbę przedstawiającą hołd składany przez ludzkiego króla smokowi.

— Nie, smoczy lordzie. Nie jesteśmy, gdy poznasz naszą historię, zrozumiesz — wyjaśnił Samol, odzywając się po raz pierwszy, odkąd wyruszyli z polany.

— A kto mi ją opowie? Ty? — zapytał, ale żaden z nich nie odpowiedział.

Diroth zastukał do bramy. W odpowiedzi otworzyła się metalowa klapa na wysokości jego oczu. Strażnik zlustrował ich chłodnym wzrokiem i po chwili bez żadnego słowa otworzył bramę. Szczęknęły ogromne zasuwy, a dobrze naoliwione przekładnie pozwoliły przesunąć ogromny ciężar. Po chwili trzem gościom ukazał się prześwit, którym mogli wejść do środka. Nikt ich nie zatrzymał. Po kilku krokach brama zamknęła się z głuchym trzaskiem. Odwrócili się, przed nimi stała kolejna zapora, mocarna stalowa krata, która uniosła się gdy tylko podeszli bliżej. Po kilkunastu krokach, kolejna stalowa kurtyna ruszyła w górę w towarzystwie szumu naoliwionych łańcuchów. W końcu znaleźli się na dziedzińcu. Na jego środku stała wspaniała fontanna z białego piaskowca. Woda była w niej krystalicznie czysta i można było podziwiać kolorowe ryby. Podłoże dziedzińca wyłożone było kamiennymi płytami, po wschodniej i zachodniej stronie rosły drzewa o rozłożystych konarach. Ogrody zaś znajdowały się na tyłach zamku.

— Chodźmy, panie! — Diroth przerwał Lordowi podziwianie.

— A tak, tak. Prowadź. Skierowali się na wprost, przechodząc przez kolejne, tym razem drewniane i otwarte drzwi do środka pałacu. Jak wszystko w tym zamku, hol był imponujących rozmiarów.

— Ciekawe, jak oni to ogrzewają w zimie? Czy tu w ogóle są zimy? — Zastanawiał się w myślach, podziwiając wystrój. Stały tam zbroje rycerzy, lśniące srebrem, szkarłatem i czernią. Trzej najpotężniejsi wojowie w historii. Choć polegli w walce ze smokami, ich pamięć czczono. Po obu stronach szerokich schodów stały dwa posągi smoków. Wyciosane z marmuru ręką genialnego kamieniarza. Wypolerowane lśniły i sprawiały wrażenie, iż te bestie śpią jedynie.

— Zaczekaj tu, panie, zaraz ktoś po ciebie wyjdzie… — Słudzy skłonili się i odeszli.

Po chwili u szczytu schodów pojawił się dostojnie ubrany starszy mężczyzna. Choć włosy jego były mocno przyprószone siwizną, postawę miał prostą i poruszał się żwawo.

— Witaj, smoczy lordzie — rzekł, uśmiechając się szeroko, będąc jeszcze w połowie schodów. Głos zadudnił echem.

— Witaj — odparł, również grzecznie się uśmiechając.

— Zwą mnie Balworth — przedstawił się, lekko skłaniając głowę.

— Pozwól, że zaprowadzę cię do komnaty audiencyjnej. Już cię oczekują. — Wykonał zapraszający gest ręką i odwróciwszy się na pięcie, ruszył w górę. Lord udał się za nim bez słowa. Pokonawszy schody, znaleźli się w długim i szerokim korytarzu. Z wysokiego sufitu zwisały bogato zdobione żyrandole na długich łańcuchach. Lewą ścianę zdobiły posągi i obrazy, prawa zaś miała mnóstwo okien wychodzących na część zamkniętego dziedzińca. Przez całą drogę milczeli, słychać było tylko szeleszczącą szatę przewodnika sunącą po ziemi. Na końcu korytarza znajdowały się otwarte drzwi, Balworth szybkim krokiem przekroczył ich próg, na moment odwracając się, by zaprosić gościa do środka. Sala audiencyjna była jak reszta zamku, obszerna i bogato zdobiona. Na wprost stał tron, na którym zasiadał teraz wysoki mężczyzna o długich rudych włosach. Na twarzy ozdobionej bujną brodą malował się uśmiech.

— Smoczy lordzie, jestem niezmiernie rad, iż mogę cię poznać — zawołał donośnie, wstając z tronu. Zrobił kilka kroków z wyciągniętą ręką w kierunku gościa, gdy po zebranym tłumie przeszedł szmer zaskoczenia i strachu. Dopiero teraz lord zobaczył dookoła siebie zgromadzony dwór królewski. Mężczyźni patrzyli na niego z niesmakiem i rezerwą. Kobiety odwracały wzrok, jedna zemdlała.

Lord poczuł się jak okropny, wzbudzający odrazę stwór i chciał się wycofać.

— Nie, nie odchodź, jesteś tu mile widziany! Jesteśmy ci wdzięczni, za twój bohaterski czyn. A jeśli ci tutaj nie mogą znieść widoku swego bohatera, niech nas opuszczą natychmiast! — zagrzmiał, omiatając gniewnie, zgromadzonych w sali. Lord zatrzymał się, odwróciwszy głowę, jedynie łypiąc na zgromadzonych, nikt nie zdecydował się wyjść jedynie ich twarze i oczy wyrażały odrazę oraz strach.

— Podejdź do mnie, chcę ci podziękować — zaprosił serdecznie Lazurg, sam też podchodząc i wyciągając rękę. Smoczy lord zawahał się, gdyż jego palce były teraz uzbrojone w długie pazury i bał się go zranić.

— Odwróciłeś szalę zwycięstwa na naszą stronę, dziękujemy ci — rzekł, ściskając mu ramię, na co lord odpowiedział tym samym: — Chodź — zaprosił gestem, kierując się ku tronowi. Król ubrany był w strój paradny z długą peleryną, co nie bardzo pasowało do niego i czego też nie lubił. Zwykł chodzić ubrany jak żołnierz, tak jak teraz smoczy lord. Wysokie skórzane buty, spodnie z bawełny z szerokimi nogawkami, białą oficerską koszulę z haftami i sznurkami do wiązania pod szyją oraz skórzaną kamizelę. Jednakże dziś musiał z tego zrezygnować na rzecz odświętnego stroju, gdyż dzień ów był wyjątkowy. Podeszli do tronu, przy którym stał już Balworth, trzymając otwartą szkatułę.

— Ra-kebeth, w imieniu całego naszego ludu dziękuję ci za przyczynienie się do naszego zwycięstwa — zaczął podniosłym tonem, sięgając do szkatuły. Wydobył z niej medalion na złotym łańcuchu i trzymając go w wyciągniętych rękach, rzekł: — Nadaję ci tytuł lorda, jak również ziemie i dom w żyznej dolinie Tosana. Od dziś twe imię brzmi Ra-kebeth, co znaczy „smoczy lord”. Przyjmij ten oto medalion podarowany ci przez króla smoków, Galgarutha. Kryształ w nim umieszczony nazywa się Lorisan, tj. „diamentowa łza”.

Zaiste klejnot wyglądał jak łza, wpadające przez okno promienie słoneczne odbijały się w kamieniu, tworząc kolorowe rozbłyski na ścianie. Ozdobiony był pięknymi szafirami. Jeden z najcenniejszych naszyjników ze smoczego skarbca. Wartość jego przewyższała zawartość całego skarbca Taranoth. Gdy medalion zawisł na szyi lorda, ten poczuł, jakby kamień bił własnym życiem, by po chwili owo pulsowanie zrównało się z rytmem jego serca. Król z powrotem zasiadł na tronie a Ra-kebethowi podano krzesło.

— Twój wygląd dziwi mnie nie bardziej jak twoje przybycie — zaczął Lazarug. — Skąd do nas przybywasz, lordzie, i jak się tu znalazłeś?

— Mój wygląd budzi we mnie odrazę i nie spocznę, dopóki nie odnajdę tego, kto jest odpowiedzialny za sprowadzenie mnie tutaj — odparł zrazu gniewnie, a potem jego ton przeszedł w smutniejszą nutę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 46.32