E-book
19.11
drukowana A5
41.64
Łzy w deszczu

Bezpłatny fragment - Łzy w deszczu


Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8189-377-0
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 41.64

Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz — Mahatma Gandhi

Wstęp, wprowadzenie

„Łzy w deszczu” jest to książka o duchowości (nie mylić z religijnością!), o rozwoju osobistym, o rzeczywistości, o Bogu — jakkolwiek Go rozumiemy — o miłości, wreszcie o przebudzaniu (to jest proces!) duchowym, emocjonalnym, a dokładniej o tej szczególnej, rozwojowej, jakby edukacyjnej ich formie, która — jestem o tym przekonany — dostępna jest wielu, a nie wyłącznie wybranym, wyjątkowym ludziom. Choć jednak nie wszystkim.

Akurat sięgał po stare sandały, gdy w tym właśnie momencie został przebudzony — to jest przebudzenie dokładnie w stylu Anthony’ego de Mello SJ. Wielu mistyków i świętych mężów doznawało przebudzenia w efekcie wieloletniego pustelnictwa oraz konsumpcji szarańczy z miodem i… nie ma co kpić, to też bywało skuteczne. Jeśli jednak kogoś takie pomysły nie pociągają, nie chce bezczynnie czekać, aż samo coś tam się zdarzy, nie nosi sandałów albo nie lubi miodu, to proponuję tu inne rozwiązania — na pewno mniej spektakularne, wymagające więcej wysiłku, pracy, cierpienia i wyrzeczeń, ale też niosące realną szansę na dużo bardziej świadome życie, na znacznie pełniejsze doświadczanie rzeczywistości. Może nawet na pozbawiony infantylności kontakt z Bogiem…


Praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, trzy piwa, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, pół litra, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, cztery piwa, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, seks, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen… Czy jest to książka dla kogoś, kto żyje w ten sposób? Być może. Natomiast na pewno nie jest dla kogoś, komu się takie właśnie życie podoba i kogo w pełni satysfakcjonuje. Nie ma sensu naprawiać czegoś, co nie jest popsute. O ile naprawdę nie jest.


Łzy w deszczu składają się z czterech części (Kim jesteś… kim jestem? to coś więcej niż tylko kilka zdań o autorze) napisanych w różnym stylu i w odmiennej konwencji. Nigdy nie ma pewności, co i jak na konkretnego odbiorcę podziała, to po pierwsze, a po drugie — wzrost poziomu świadomości, znacząca poprawa kontaktu z rzeczywistością, wreszcie oświecenie czy przebudzenie, jeśli ktoś takie określenia preferuje, odbywać się mogą na płaszczyźnie emocjonalnej, duchowej, intelektualnej, lub religijnej, bo nie jest prawdą, że musi tu działać zasada: wszystko albo nic; owszem, może, ale nie musi. Często bywa, że rozwój duchowy, stymuluje korzystne zmiany w pozostałych sferach.


Nikomu nie jestem w stanie obiecać żadnego oświecenia czy przebudzenia (bardzo nie lubię tych bombastycznych określeń, ale do tego jeszcze wrócę), ale chyba warto podjąć wyzwanie, polegające na uważnej lekturze jednej książki, choćby po to tylko, aby zyskać szansę na świadomą obecność we własnym życiu, a tym samym lepszą jego jakość.


Łzach w deszczu prędzej czy później czytelnik natknie się zapewne na treści, które wydadzą mu się jakby znajome, gdzieś już czytane albo zasłyszane. To najzupełniej normalne, a nawet oczywiste. Niemniej dobrze jeszcze pamiętam, jak się czułem, kiedy pierwszy raz w życiu znalazłem w jakiejś książce swoje własne słowa i myśli: była to mieszanka dumy — widać to, co wymyśliłem, nie jest aż takie głupie, jeśli ktoś jeszcze to potwierdza, poprzez obawę — a co będzie, jeśli ktoś posądzi mnie o plagiat? — do złości na samego siebie — przecież ja to wszystko sam, sam naprawdę! — i zniechęcenia, bo okazywało się, że wpakowałem mnóstwo czasu i energii w odkrywanie czegoś, co już jest znane i opisane.

Trochę czasu musiało minąć, zanim zrozumiałem to, co Emerson najwyraźniej wiedział już dość dawno temu: Jutro ktoś obcy będzie miał absolutną słuszność, mówiąc to, cośmy myśleli i czuli przez cały czas. Jeszcze trochę później przyszła świadomość oczywistości: przecież rzeczywistość jest jedna! Cóż więc dziwnego w tym, że ludzie ją opisujący robią to podobnie? Jeśli teraz znajduję swoje przekonania u Prentice`a Mulforda, Eckharta Tolle, Ignacego Loyoli, Thomasa Hämerkena, Anthony’ego de Mello i wielu, wielu innych, czuję szacunek, zrozumienie i bliskość.

Jestem absolutnie przekonany, że gdybym przeczytał jeszcze z dziesięć razy więcej książek, niż do tej pory przeczytałem, to znalazłbym w nich, po kawałku, wszystkie te swoje wielkie odkrycia. Tylko czy wtedy byłyby one tak bardzo moje?


Czym jeszcze, a może czym przede wszystkim, są Łzy w deszczu? Przypomnieniem, że tym, co tak naprawdę liczy się w życiu, jest: otwarty umysł, gorące serce, czyste intencje, wiara i miłość. I zapewniam, z pełną odpowiedzialnością, że nie potrzeba już nic więcej, bo istotą satysfakcjonującego, spełnionego, świadomego życia człowieka jest nieustający proces rozpoznawania oraz doświadczania rzeczywistości, poznawania samego siebie, nieuchronnie związane z procesami poznawania cierpienia, i nieustająca zmiana.

Kim jesteś… kim jestem?

Ćwierć wieku temu nie byłem pisarzem. Fakt, że miałem już w tym czasie gotowe ponad połowę książki, poradnika na temat fotografii i fotografowania, techniki i technologii tej sztuki, oraz całą masę całkiem niezłych prologów i epilogów — na wypełnienie przestrzeni między nimi jakoś nigdy nie starczało mi czasu i niezbędnej cierpliwości — nie zmieniał zupełnie postaci rzeczy.


W latach osiemdziesiątych XX wieku w moim życiu działo się bardzo wiele: zachorowała i zmarła matka, brat wyjechał na stałe za granicę, zmieniłem pracę, rozpocząłem (i szybko zakończyłem) studiowanie pedagogiki kulturalno-oświatowej, rozwiodłem się… Wir istotnych w końcu wydarzeń, który — wydawałoby się — powinien wciągać mnie i pochłaniać całkowicie, powodował, co może wydawać się paradoksalne, że właściwie ślizgałem się jedynie po powierzchni zdarzeń, skutecznie i solidnie odizolowany od rzeczywistości i niezdolny w związku z tym do jakiegoś świadomego w niej zanurzenia, a to zupełnie wykluczało pisarstwo. Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o to, aby być obecnym w rzeczywistości i własnym życiu, obecnym całym sercem, umysłem i duszą, i nieustannie poszukiwać w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co — tylko pozornie — wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, jak to w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele zwyczajne, a jeszcze mniej powszednie czy banalne.


Kiedy kończyłem czytać dwutysięczną książkę, albo coś koło tego, wydarzyło się coś dziwnego, choć jednocześnie jak gdyby od dawna oczekiwanego: zobaczyłem fragmenty opisywanej w niej rzeczywistości. Właśnie tak — rzeczywistości, a nie tylko jej autorskiej interpretacji, choć oczywiście i ta jest ważna… w przypadku dobrej literatury może nawet ważniejsza. Była to akurat książka Stefana Wiecheckiego („Wiecha”), a sam tekst dotyczył bardzo zabawnych wydarzeń w Sądzie Grodzkim, z chałatowymi (chodzi o Żydów) mieszkańcami ulicy Krochmalnej w rolach głównych. Nie sądzę jednak, żeby to właśnie miało jakieś istotne znaczenie, chociaż z drugiej strony… Może w ten sposób rzeczywistość chciała mi pokazać swoją jakże przewrotną naturę? Warto bowiem rozumieć i pamiętać, że i słowa potrafią kreować całkiem udatne wizje rzeczywistości albo jej fragmentom, okruchom, nadawać fascynujący kształt, sens i znaczenie.

Nie trzeba było wiele czasu, żebym potrafił zobaczyć fragmenty rzeczywistości także w innych książkach. Okazało się wówczas, że Mann, Kirst, Simonow, Remarque, Steinbeck, Grzesiuk, Kafka, Hemingway, Musil, Sienkiewicz i wielu, wielu innych, pisząc o rzeczywistości, tworzyli jednocześnie własną jej wersję.


Nie byłem pisarzem, zajęty spektakularną karierą zawodową w państwowym przedsiębiorstwie handlowym, odkrywaniem złożonych zalet koktajlu Manhattan oraz uroków odzyskanej właśnie wolności. Minąć musiał jeszcze czas jakiś, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne! Mogłem się tylko uśmiechnąć. Ja wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów.

Dość długo trapiła mnie ostatnia już tylko wątpliwość: podobno z potrzeby serca piszą grafomani, no bo prawdziwi pisarze tworzą przecież za pieniądze, jednak kiedy zainkasowałem pierwsze (skromne) honorarium autorskie, problem automatycznie przestał istnieć.


Czemu pisarstwo? Do pewnego stopnia odpowiedź wydaje się dość prosta: realizacja dziecinnych marzeń. Właśnie tak! Bo podobno nigdy nie jest za późno, by mieć szczęśliwe dzieciństwo. Nigdy jakoś nie pragnąłem być strażakiem, kominiarzem, sportowcem, czy gwiazdą estrady. Kiedy miałem zaledwie kilka lat, na pytanie kogoś z rodziny zdradziłem, że chcę być emerytem albo rencistą (pojęć tych w tym czasie nie odróżniałem), a nieco później, myślę, że na początku szkoły podstawowej, czyli już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych książek, doszło do tego drugie marzenie, aby w przyszłości, kiedyś, zostać pisarzem. I tak spełniły się oba moje marzenia z dzieciństwa, chociaż przyznaję, że praktyczną realizację tego pierwszego zdecydowanie inaczej sobie wyobrażałem, szczególnie w kwestii finansowej. Poza tym, i kto wie, czy to właśnie nie jest najważniejsze, książki zawsze miały dla mnie w sobie coś magicznego, tak więc najpierw — trening? rozbieg? — zostałem księgarzem. Właściwie nadal nim jestem, bo księgarz to nie tylko zajęcie — to charakter. I przeznaczenie.


Sklep, choćby nawet nazywany szumnie salonem, jak na przykład Empik, lub stoisko z książkami w hipermarkecie, to jednak nie jest księgarnia, a osoby wykładające towar i sprzedające w takim miejscu nie są automatycznie księgarzami. Fakt, czasem w księgarni pracowali również sprzedawcy. Dotyczyło to tylko tych księgarń, w których, oprócz wydawnictw książkowych i innych, sprzedawano również artykuły papiernicze, biurowe oraz szkolne (tak, papier toaletowy także). Sprzedawcy obsługiwali takie właśnie działy.


Księgarz to był liczący się, ważny tytuł zawodowy. Osoba rozpoczynająca pracę w księgarni (w dawnych oraz politycznie niepoprawnych czasach) startowała od tytułu kandydata księgarskiego. Następne szczeble to: młodszy księgarz, księgarz, starszy księgarz i kierownik księgarni, rozumiany tu jako tytuł zawodowy, a nie stanowisko służbowe. Promocja na następny poziom wiązała się z poważnym egzaminem księgarskim. Podczas tego pierwszego, to jest z kandydata księgarskiego na młodszego księgarza, wymagano, między innymi, biegłej znajomości wszystkich działów księgarskich oraz umiejętności kwalifikowania do nich tysięcy książek. Latami krążyła w środowisku anegdota o pewnej pani, która na pytanie, w jakim dziale powinien znaleźć się Folwark zwierzęcy George`a Orwella odpowiedziała podobno, że w Rolnictwo-Hodowla. Dalsze egzaminy były oczywiście coraz trudniejsze. A na imprezach księgarskich świetnie się bawiliśmy we własnym, zamkniętym gronie, układając na czas niewielkie teksty, zwykle jednostronicowe, zbudowane z tytułów znanych i pamiętanych książek.

Określenie księgarz automatycznie i w sposób całkowicie naturalny oznaczało wówczas sporą wiedzę na temat literatury oraz solidne oczytanie. Bardzo solidne.


Księgarze żyli jak gdyby w innym świecie, a ściśle mówiąc, na granicy kilku światów. Już zderzenie sztuki, a nie ulega chyba wątpliwości, że literatura, książki, pisarstwo, to sztuka i to przez duże „S”, z handlem, sprzedawaniem towarów, było niezwykle ciekawym i pouczającym doświadczeniem, ale i wielkim wyzwaniem. Kolejny świat księgarza tworzyli czytelnicy (tak się wtedy nazywało klientów księgarń), to znaczy ludzie kupujący książki i — co najważniejsze — czytający książki. Jeśli nawet to, co czytali, nie zaliczało się do literatury specjalnie ambitnej, to i tak bardzo łatwo było ich odróżnić od tych ze świata jeszcze innego, to jest ludzi, którzy książek w zasadzie w ogóle nie czytają. Ci pojawiali się w księgarniach sporadycznie, może nawet zupełnie przypadkowo, gdy potrzebowali podręcznik dla dziecka, prezent dla przyjaciela, o którym słyszeli, że dziwak, podobno lubi czytać, albo po prostu dlatego, że deszcz zaczął padać.

Kontakt księgarza z czytelnikami był normalny i naturalny; kontakt z pozostałymi, przypadkowymi klientami bywał wyzwaniem, źródłem stresów (i nie jest wykluczone, że dla obu stron), ale też i kopalnią doświadczeń — w tym również zabawnych czy wręcz groteskowych. Miałem nawet kiedyś pomysł, by spisywać je i zebrać w zbiorku anegdot księgarskich, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. Z różnych powodów, choćby dlatego, że niektóre z nich byłyby zrozumiałe i zabawne chyba tylko dla księgarzy.

Prostą i nieomalże codzienną rozrywkę, choć może nie na najwyższym poziomie, stanowiły pomyłki w tytułach książek, na przykład: Materiałoznawstwo z towarzystwem (zamiast … z towaroznawstwem), Krzywe studio (zamiast 3D studio) itp. Niezwykle pocieszna była namiętna dyskusja mojej koleżanki z czytelnikiem na temat żurawi, zważywszy na fakt, że ona miała cały czas na myśli gatunek dużego ptaka, a on portowe dźwigi. Dwie takie historyjki opowiem nieco szerzej.


Przychodzi do księgarni pani z kartką w ręce — normalne zjawisko w czasach, w których każda szkoła, a nawet każdy nauczyciel mogli wymyślić dla swoich uczniów właściwie dowolny zestaw podręczników — podaje mi ją i pyta, czy dostanie tę książkę. Na kartce drukowanymi literami napisane było: ADAM MICKIEWICZ, PAN TADEUSZ. Bez zbędnych komentarzy przyniosłem z regału Pana Tadeusza, a wtedy pani zadała pytanie: „Ale czy to na pewno właściwa książka? Bo ona na wywiadówce w szkole słyszała, że teraz jest wiele podręczników o takich samych tytułach, ale różnych autorów…”.


Przychodzi przemiła pani do księgarni i pyta o Małego Księcia (Antoine de Saint-Exupéry). Podchodzę do odpowiedniego regału i sprawdzam. Pani prycha za moimi plecami z dezaprobatą, więc odwracam się zaciekawiony i słyszę pogardliwym tonem wygłoszone pytanie: To tutaj pan tego szuka? TUTAJ?! I wymownie spogląda na tabliczkę informacyjną z nazwą działu: Literatura francuska dla dzieci i młodzieży. Nieco już zdezorientowany i odrobinę zbity z tropu odpowiadam, że owszem, tu, bo niby gdzie miałbym szukać? Wtedy pani z wyższością informuje mnie, że szukam w literaturze francuskiej, a tego Małego Księcia nauczycielka poleciła jej córce przeczytać podczas lekcji języka polskiego.


Czasy się zmieniły, dziś — parafrazując słowa znanej piosenki — dziś prawdziwych księgarzy już nie ma… A sprzedawcy w sklepach i na stoiskach z książkami potrafią wyczyniać, kto wie czy nie lepsze cuda, ale to już zupełnie inna historia.


Religia, wyznanie. Po przeróżnych perypetiach, eksperymentach, poszukiwaniach, złych wyborach, błędnych decyzjach, według stanu na koniec roku 2019, jestem i czuję się kwakrem o orientacji chrześcijańskiej. O tym jeszcze będzie.


Wreszcie związki. Pewnego dnia rano byłem człowiekiem żonatym. Po orzeczeniu przez sąd rozwodu tego samego dnia po południu — już nie. Oglądając się tego dnia w lustrze, rano i wieczorem, nie zauważyłem żadnej różnicy, ale może faktycznie jakaś nastąpiła, tylko ją przeoczyłem? A jeśli rzeczywiście przeoczyłem, to czyżby dlatego że zarówno według prawa kanonicznego, jak i naturalnego nigdy nie byłem żonaty? Jednak niuanse norm prawnych, dotyczących ślubu katoliczki z kimś, kto nie został ochrzczony według żadnego obrządku, z przyjemnością sobie daruję.


Poznałeś mnie? Wiesz już, kim jestem i jaki jestem?


Jan Kowalski pracował jako cieśla, jednak w związku z coraz większymi problemami ze zleceniami przekwalifikował się na hydraulika; nieźle teraz zarabia, ma nawet czas na poezję, swoją życiową pasję. Iksiński zna Kowalskiego jako cieślę, Igrekowski poznał go jako hydraulika, ja znam Kowalskiego piszącego wiersze, poetę (jakość tej twórczości w tym momencie nie jest ważna). Czy Iksiński, Igrekowski i ja znamy tę samą osobę? Jakim człowiekiem, kim jest Jan Kowalski?


Na ławce w parkowej alei siedzi czterech mężczyzn. Jeden z nich wierzy, że Biblia jest słowem Boga, drugi, że jest słowem o Bogu, trzeci jest alkoholikiem, czwarty natomiast księgarzem. Co różni tych ludzi? W jaki sposób chcesz to rozpoznać? Wskażę palcem pijaka, pracownika księgarni, katolika i kwakra, a natychmiast zaczniesz szukać w ich wyglądzie, ubiorze, sposobie bycia potwierdzenia tych informacji, tworząc w ten sposób kompletny i wystarczający zestaw potwierdzeń, jak gdyby nową umysłowo-emocjonalną formę rzeczywistości. Tak, umysłowo-emocjonalną, bo przecież wszystko to dzieje się wyłącznie w głowie. A tych czterech mężczyzn na ławce w parku? No, cóż… dwóch nie znam, jeden jest nauczycielem muzyki, a ostatni zegarmistrzem i zupełnie nic nie jest mi wiadomo na temat ich religii, wyznania czy ewentualnych nałogów, a mimo to wiesz już, jak poznać i odróżnić katolika od kwakra, a księgarza od nałogowego pijaka. I będziesz wiedział tak długo, aż ktoś inny albo wyjątkowe okoliczności nie zweryfikują tych przekonań. Może nawet i one nie zdołają tego dokonać, bo rewizja własnych, zakorzenionych przekonań bardzo często okazuje się w praktyce zadaniem wyjątkowo trudnym, bywa nawet, że wręcz niewykonalnym. To ostatnie dotyczy zwykle przekonań wdrukowanych nam w psychikę (zapewne w dobrej wierze) we wczesnym dzieciństwie przez rodziców, opiekunów lub inne autorytety.


Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli.


Celowo i z premedytacją napisałem o sobie nieco chaotycznie i strzępiasto, w pewnym momencie poetycko, w innym z humorem, z anegdotami i dygresjami (dalej będzie tak samo albo bardzo podobnie), jednak szczerze, otwarcie i o sprawach dla mnie ważnych. Zupełnie inny jest styl hasła Meszuge w Wikipedii (jest to taka popularna internetowa encyklopedia), lakoniczny, o charakterze czysto encyklopedycznym, skupiony na faktach i do nich tylko ograniczony. Bez względu na to, którą formę preferujesz, a choćby i obie, to nadal nic o mnie nie wiesz, ale ostatecznie dużo ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy ja, ja sam, faktycznie wiem cokolwiek o sobie. Ale właśnie — wiem! Nie — wydaje mi się, nie — przypuszczam, nie — zakładam, nie — wyobrażam sobie, nie — wierzę… Wiem.


Pewnego razu miła i ładna doktorantka poprosiła o wypełnienie ankiety potrzebnej do jakichś badań psychologicznych. Z czasem nauczyłem się pytać przy takich okazjach, co ja z tego będę miał? bo wobec zalewu takich próśb zaczęło mnie irytować domaganie się przez studentów pomocy za darmo, podczas gdy leczyć za darmo mnie przecież nie będą. Tym razem pani mnie zaskoczyła, bo obiecała, że jak już skończy te swoje badania, to mi przyśle mój profil osobowy, jaki jej z tych badań wyszedł. Za bardzo w to nie wierzyłem, ale dobra, niech będzie. Ankieta była długa i trudna. Wypełniłem ją rzetelnie, oddałem autorce i zapomniałem o sprawie. Jakież było moje zdziwienie, gdy za pół roku dostałem ten swój profil. Prezentuję go tu w całości i bez żadnych zmian, bo nigdy jeszcze i nigdy później nikt tak dokładnej i wiarygodnej analizy mi nie zrobił.


Twój profil osobowy

Jesteś typowym introwertykiem, lubisz zajmować się introspekcją, wolisz raczej czytać książki niż przebywać w towarzystwie, jesteś powściągliwy, przyjaciół masz niewielu, a w ich doborze jesteś bardzo wymagający. W działaniu nie jesteś impulsywny, można by powiedzieć, że na co dzień kierujesz się maksymą: „sto razy pomyśl, a raz zrób”. Sprawy dnia powszedniego traktujesz bardzo poważnie i lubisz wieść uporządkowany tryb życia. Uczucia swe poddajesz dokładnej kontroli. Z przyjętych na siebie zobowiązań wywiązujesz się sumiennie i zwykle posiadasz opinię człowieka, na którym można zawsze polegać. Dużą wagę przywiązujesz do wartości etycznych. Twój stosunek do przyszłości często jest zabarwiony pesymizmem.

Jesteś mało odporny na działanie stresu, łatwo ulegasz nastrojom, jesteś drażliwy i skłonny do stanów lękowych, charakteryzuje cię nadmierna wrażliwość, niecierpliwość i skłonność do martwienia się. Często możesz popadać w depresję i cierpieć na bezsenność.

Uwaga, możesz mieć predyspozycje do chorób nowotworowych.

Masz wysokie zewnętrzne poczucie kontroli, co oznacza, że preferujesz sytuacje losowe- w sytuacji sprawnościowej występuje lęk, strach, radzisz sobie z tym przez modyfikację sytuacji na losową.

Oceniając sytuację w sposób losowy, uważasz że rezultaty twoich działań zależą od czynników losowych, od innych ludzi czy też jeszcze od innych czynników zewnętrznych, a nie od własnych działań, zdolności itp.

Posiadasz małe zaufania do swych możliwości kontrolowania tego co się dzieje w określonych sytuacjach. Być może jest to przejaw mechanizmów obronnych przed spodziewaną porażką po to by zachować poczucie własnej wartości, dzięki zaprzeczeniu odpowiedzialności za zdarzenia niepożądane.

Jesteś skłonny przypisywać swoje sukcesy i porażki w zadaniach czynnikom zewnętrznym, czyli szczęściu, pechowi, niż własnym staraniom, zdolnościom.

Porażki przypisujesz raczej sobie, a sukcesy czynnikom zewnętrznym., łatwo ulegasz presji i jesteś podatny na perswazje, zwłaszcza gdy informacje perswazyjne pochodzą ze źródła o wysokim prestiżu.

Twoje poczucie własnej wartości (samoocena) jest na poziomie przeciętnym, nie zawsze wierzysz we własne możliwości.

Satysfakcja z życia (porównanie własnej sytuacji z ustalonymi przez siebie standardami życia) jest niska.


Dlaczego uważam, że analiza ta była tak ciekawa? Dlatego, że była absolutnie prawdziwa, ale… jakieś dwadzieścia lat temu. Przyznam, że tego zjawiska nie rozumiem — zmieniłem się w ostatnim ćwierćwieczu naprawdę bardzo. Nawet śmieję się obecnie z innych dowcipów! Ale wypełniając tę ankietę, automatycznie wskoczyłem w stare buty postaw, zachowań, myślenia, przekonań. Wypełniłem ankietę, jakbym miał dwadzieścia lat mniej. Dziwne to.


Kim jestem? a także: co muszę zrobić, aby być, stać się sobą? to dwa pytania o znaczeniu kardynalnym, które zawsze, prędzej czy później (raczej prędzej), wiodą ostatecznie do rozważań na temat rzeczywistości oraz możliwości i granic jej poznania.

Duchowość i rzeczywistość

Poszukując rzeczywistości, poprzez cierpienie, na drodze świadomego duchowego rozwoju, masz szansę znaleźć Boga… jakkolwiek Go pojmujesz i nazywasz.


Największym nieporozumieniem i najczęściej popełnianym błędem jest stawianie znaku równości pomiędzy duchowością a religijnością, a nawet jakąś religijną obrzędowością, liturgią — zresztą Kościół katolicki mocno to przekonanie podsyca sloganem „nie ma duchowości bez religijności!”. Termin duchowość dotyczy wewnętrznego życia człowieka i związany jest, głównie i przede wszystkim, z jego osobistym, indywidualnym systemem wartości; jako taki może on zawierać elementy metafizyczne, ale absolutnie nie musi. Duchowe jest to, co w człowieku niematerialne, po prostu. Duchowość w pewnym sensie jest też atrybutem rzeczywistości i narzędziem jej poznawania.

Dwieście tysięcy dolarów wartością duchową nie jest, ale potrzeba, pragnienie poczucia bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwa materialnego, jak najbardziej do czyjegoś świata duchowego należeć może. W tym momencie szczególnie ważne jest to, że może; właśnie: może — nie musi. I dokładnie tak samo jest ze wszystkimi innymi wartościami. Owszem, w pewnym czasie i miejscu, w określonym kręgu kulturowym i środowisku, pewne wartości występują częściej niż inne, ale to nadal nie oznacza, że u wszystkich obecne są te same i to rozwinięte w takim samym stopniu. Założenie, że są jakieś wartości uniwersalne, pakiet startowy, z którym niby przychodzimy na świat i które mamy wszyscy, jest kolejnym poważnym błędem. Pewnie od tysięcy już lat kobiety zachodzą w ciążę, licząc na to, że dziecko naprawi, uzdrowi, scementuje rozpadający się związek. Nie są w stanie pojąć, że wartość o nazwie dzieci czy potomstwo nie jest dla ich partnerów tym samym, czym dla nich. Bywa, wcale nie tak rzadko, że wręcz przeciwnie.

Wartości są stopniowalne i już samo to znakomicie utrudnia nam życie, a na dokładkę zmieniają się w czasie, ewoluują, w związku z przeżyciami czy doświadczeniami, jednak tylko pod warunkiem że potrafimy z tych przeżyć i doświadczeń korzystać, wyciągać z nich wnioski, uczyć się na nich, a także dzięki nim. Szczególnie cenną i wysoce pożądaną umiejętnością wydaje się zdolność uczenia się na cudzych błędach, a nie tylko na własnych. Choć większość znanych mi osób nie uczy się nawet na swoich.


Ponad trzydzieści lat nie czułem żadnej potrzeby zajmowania się duchowością ani też interesowania się nią w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli nawet zdarzyło mi się przez moment o tym pomyśleć, to albo była to wizja modlących się zakonnic, które koniecznie musiały mieć wzrok nabożnie skierowany ku niebu, bo gdyby patrzyły w dół czy w bok, to nici z duchowości, albo mętne rojenia, fantazje i domysły na temat jakichś wschodnich mistyków — tylko wschodnich, bo wielcy mistycy Zachodu z jakichś powodów nie wchodzili w grę; pewnie nawet o takich (do czasu) nie słyszałem. Jako że i w żadnego boga w tamtym okresie nie wierzyłem, a przynajmniej tak mi się wydawało, cała ta wysoce podejrzana duchowość wydawała się zupełnie mnie nie dotyczyć. Byłem tylko aroganckim ignorantem. Hmm… ignorantem nadal jestem.


Trzecim bardzo poważnym błędem jest próba zorganizowania swojego życia na bazie wartości, które tak naprawdę dla konkretnej osoby wartościami jednak nie są, albo funkcjonowanie z zestawem wartości ze sobą sprzecznych, albo nawet wzajemnie się wykluczających, co wcale nie jest tak rzadko spotykanym przypadkiem.

Duchowość człowieka mogą tworzyć choćby tak popularne (popularne nie oznacza, że powszechne czy obowiązkowe!) wartości jak: miłość, rodzina, Bóg, praca, dzieci, religia, przyjaźń, dom, uczciwość, kościół, odwaga, tradycja, bezinteresowność, wykształcenie, odpowiedzialność, inteligencja, wyrozumiałość, szczerość i co najmniej ze sto innych. Tak, Bóg, religia i kościół mogą należeć do duchowego świata konkretnego człowieka, ale powtarzam raz jeszcze — tylko mogą — bo absolutnie nie muszą! Upieranie się przy twierdzeniu, że niewierzący nie są i nawet nie mogą być ludźmi duchowymi, z założenia, bo tak!, dowodzi żenującego i pełnego pychy braku rozeznania w temacie. I fanatyzmu. O kilku konkretnych wartościach będzie jeszcze mowa.


Rzeczywistość. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma — mówi nasze stare przysłowie. Co za bzdura! Jak się nie ma, co się lubi, to się ma, co się nie lubi — i tyle! Choć niewątpliwie czasem można sobie dość skutecznie wmówić, że się lubi to, co się ma, a czego właściwie chyba jednak zupełnie się nie lubi, no ale… się ma. Taka sztuczka zmniejsza dyskomfort psychiczny i frustrację, poprawia bilans emocjonalny, ale z rzeczywistością, a także z naszymi prawdziwymi potrzebami i pragnieniami nie ma zupełnie nic wspólnego. Bo cały czas chodzi właśnie o rzeczywistość. I duchowość, rzecz jasna. I miłość. Jeśli ktoś wierzy w ten przekaz, że lubi się to, co się ma, to tylko oszukuje sam siebie, a to nigdy nie kończy się dobrze.


Od wieków filozofowie rozważali przeróżne koncepcje dotyczące rzeczywistości oraz ograniczonej możliwości poznania jej i zrozumienia przez człowieka; choćby Platon i jego tak zwana jaskinia platońska opisana w VII księdze dialogów pod tytułem Politea („Państwo”) — zgodnie z nią ludzie widzą tylko odbicia, niewyraźne cienie zdarzeń na ścianie jaskini, w której żyją, a nie samą rzeczywistość.

Z wizją Platona wprawdzie się nie zgadzam, z paroma innymi pomysłami popularnych filozofów starożytnych i nowożytnych, dotyczących rzeczywistości, też nie (najpewniej dlatego, że za słabo je znam), ale z ogólną koncepcją — tak, jak najbardziej. Człowiek nie jest w stanie w pełni poznać rzeczywistości, nie ma nawet takiej możliwości. Dlaczego? A choćby dlatego, że jednym z jej elementów składowych jest czas, a przecież wgląd w pełne spektrum czasu ma, i może mieć, tylko Bóg — jakkolwiek Go rozumiemy, bo może ktoś czuje wewnętrzną potrzebę nazywania Go Przypadkiem, Losem, Przeznaczeniem, Ładem Kosmicznym — to akurat nie ma większego znaczenia podczas rozważań na temat rzeczywistości i duchowości. Nie etykietki są ważne; rzeczywistość nie potrzebuje etykietek, choćby dlatego, że tak naprawdę tylko ona… jest. Bóg odpowiedział na pytanie Mojżesza: Jestem, który jestem. Święty Tomasz z Akwinu uważał w związku z tym, że tylko do istoty Boga należy istnienie, ale współcześni bibliści mają na ten temat zdaje się inne zdanie i rozumieją je jako jestem dla ciebie. Czy jednak jest to prawdziwe imię Boga? Bardzo w to wątpię. Imię Boże zapisane zostało czterema hebrajskimi literami JHWH (יהוה — jod — heh — waw — heh), a to — jak mi się wydaje — nie oznacza jestem, który jestem, ale prędzej ten, który powoduje, że się dzieje, że się staje. Ale to tylko niezbyt ważna dygresja i co najwyżej ciekawostka. Także przykład na to, jak zagubić się można w świecie etykietek, szufladek, nie dotykając nawet istoty rzeczy, to jest właśnie rzeczywistości.

Na jednej ze stron internetowych pisałem o sobie: Chcąc stać się kimś innym, kimś, kogo bym lubił, szanował, może nawet cenił, próbowałem zmieniać życiorysy, imiona, domy, zajęcia, przyjaciół, internetowe nicki i co się tylko dało — beznadziejny, kompletny dureń! Zmieniałem kształt i kolor wizytówki na drzwiach wejściowych i dziwiłem się wielce, że moje mieszkanie za tymi drzwiami nie zrobiło się w związku z tym bardziej komfortowe i przytulne i dlaczego nadal nie potrafię w nim wytrzymać?


Zbiór liczb rzeczywistych jest nieskończony. I to w, hm… obie strony, czyli od minus nieskończoności do plus nieskończoności (-∞ ÷ +∞). Nieskończony jest dlatego, że do każdej, największej nawet liczby zawsze przecież można dodać, lub od niej odjąć, 1. A później jeszcze 1… i tak w nieskończoność właśnie. Zbiór liczb rzeczywistych najłatwiej jest wyobrazić sobie w postaci osi liczbowej, to jest linii prostej, która w środku ma 0 (zero) i biegnie w nieskończoność w lewo (liczby ujemne) i w prawo (dodatnie). Zamiast określeń liczby ujemne, liczby dodatnie można wstawić pojęcia przeszłośćprzyszłość, zakładając, że my, teraz, w tym momencie, jesteśmy w punkcie 0 (zero).

Czas człowieka zajmuje na takiej osi niewielki jej odcinek, ale nie to nawet jest ważne, jak bardzo niewielki, czy wręcz mikroskopijny, ale w ogóle, że odcinek, kawałek, część — absolutnie nie całość. Świadomość takiego właśnie stanu rzeczy, czyli istotnego ograniczenia czasowego, ułatwia zrozumienie, czemu rzeczywistość w pełni jest dla nas zupełnie niedostępna.


W swoich wypowiedziach często odwołuję się do biblijnych przypowieści — wydaje mi się, że większość Europejczyków to jednak chrześcijanie, a jeśli nawet moi czytelnicy czy słuchacze akurat nimi nie są albo też ich relacje z Bogiem są w tym momencie już, albo jeszcze, problematyczne, czy w jakiś inny sposób zaburzone, to i tak wychowaliśmy się prawie wszyscy w kręgu cywilizacji i kultury chrześcijańskiej, albo chociaż znamy ją w podstawowym bodaj zakresie, jest więc szansa, że pewne przykłady będą jasne, czytelne i zrozumiałe. Tu chciałbym przypomnieć przypowieść o Łazarzu z Ewangelii według św. Jana (11, 1—45). Lubię ją, często mi się ona przydaje. Oto ona w wielkim skrócie: Brat Marii i Marty, Łazarz z Betanii, poważnie zachorował, a więc siostry wezwały wspólnego przyjaciela, Jezusa. I Jezus wyruszył w drogę, ale nie śpieszył się zbytnio, gdzieś tam nawet zatrzymał się w podróży na kilka dni, więc efekt był łatwy do przewidzenia — kiedy wreszcie dotarł do Betanii, Łazarz już nie żył i od czterech dni spoczywał w grobie.

Czas każdego człowieka, tu na ziemi, jest ograniczony; z jaką więc wizją rzeczywistości, z jakim przekonaniem na jej temat odchodzili z tego świata ludzie w tym momencie? Stało się zło. Jezus dopuszcza zło. Nie śpieszył się, a może mógł wyleczyć Łazarza, uzdrowić go, coś zrobić, by nie umarł, albo przynajmniej pożegnać się z przyjacielem. Ci, którzy żyli dłużej albo później, jak my teraz, mieli okazję oglądać już zupełnie inną rzeczywistość, czyli wskrzeszenie Łazarza, szczęście całej rodziny i oczywiście chwałę Syna Bożego.


Nikt mi nie mówił, że to ja jestem głównym celem i sensem boskiego planu, że wszystko musi się kręcić wokół mnie i dziać pode mnie. Ten plan zaczął się dawno przed moim narodzeniem i realizowany będzie długo po mojej śmierci, a więc na jakim prawem oceniam rzeczywistość której znam jedynie mikroskopijny ułamek? O ile w ogóle można używać określenia „znam”, bo i ono wydaje mi się mocno wątpliwe i problematyczne, choćby tylko w odniesieniu do czasu, który jest nam dany. Egocentryzm i arogancja…

Czterdziestu lat potrzebowałem, by zrozumieć słowa: Bóg jest w niebiosach, a więc na ziemi wszystko jest w porządku, co nie znaczy, że zawsze się z nimi zgadzam. Ale czy już i moja, ale tak naprawdę i z głębi serca, jest modlitwa Daga Hammarskjölda: Za wszystko, co było — dziękuję. Na wszystko, co będzie — tak, czy zdobędę się na taką deklarację z wiarą i pełnym przekonaniem?

Powtarzam: rzeczywistość w całej rozciągłości jest niepoznawalna — koniec, kropka. Nie jesteśmy w stanie w pełni poznać rzeczywistości, ale to wcale nie znaczy, że nie jesteśmy w stanie poznać jej w ogóle i że nie ma żadnego sensu podejmować w tym celu wysiłków czy starań. I o to właśnie cały czas chodzi! Żeby jednak więcej, a nie mniej. I coraz więcej w miarę upływu czasu. I coraz bardziej świadomie. I z miłością. I z wiarą.


Olśnienie, oświecenie, przebudzenie — czy w nie wierzę? Przy założeniu, że pełny kontakt z rzeczywistością (absolutnie pełna świadomość) z powodów, które omówiłem wcześniej, możliwy nie jest, chodzić by miało o nagłą, ale jednak częściową, choć może i znaczącą, zmianę w postrzeganiu rzeczywistości, o głębsze w tejże rzeczywistości zanurzenie, pełniejsze zrozumienie — to tak, wierzę. Wprawdzie nie spotkałem jeszcze nikogo, kto takiej nagłej przemiany by doświadczył, ale nie mam żadnych powodów, by nie wierzyć. Zwłaszcza jeśli wierzę, a wierzę jak najbardziej, że zmiana ta może się dokonać w jakimś dłuższym okresie, sukcesywnie, stopniowo, powoli, nie nagle, ewentualnie różnej wielkości etapami (skokami) rozłożonymi w czasie. Jednak w związku z tym zupełnie nieodpowiednie wydają mi się określenia tak popularne, jak przebudzenie czy oświecenie. Zakładają one bowiem stany zero-jedynkowe, czarno-białe, tak-nie, a to wszystko nie jest takie proste. Ale… jeśli nie przebudzenie, to co? Pewnego razu usłyszałem charakterystykę znajomego, padły wówczas znamienne słowa: Karol to jest człowiek trzeźwo myślący. Wynikałoby z tego, że są w takim razie ludzie nietrzeźwo myślący, chociaż oczywiście jedno i drugie nie ma nic wspólnego ze stanem upojenia alkoholowego. Mógłby więc ten proces sukcesywnego albo podzielonego na małe etapy poznawania rzeczywistości, doświadczania jej, rozumienia, nazywać się… trzeźwieniem, wytrzeźwieniem, ale określenie to zbyt ściśle mamy chyba powiązane z piciem alkoholu, nawet upijaniem się, więc w rozważaniach na temat rozwoju świadomości lepiej je sobie darować. Oczywiście, wszystko to są tylko etykietki i choć wiadomo, że nie one są ważne, to jednak jakimś określeniem posługiwać się trzeba, a w takim razie niech to będzie… metanoia — z języka greckiego μετανοια (meta — przemiana, nous — umysłu), czyli zmiana sposobu myślenia i postępowania, przemiana duchowa, intelektualna, bo etymologicznie słowo to nie ma charakteru religijnego. Obecnie częściej spotkać można zapis: metanoja.


Zakładam, że cały czas nie ulega najmniejszej wątpliwości, że piszę tu o rzeczywistości, a nie o kwestiach religijnych czy wyznaniowych. Objawienie (Boga, anioła, świętego itp.) albo nagła i gwałtowna zmiana stanu z nie wierzę na wierzę, albo odwrotnie, to zupełnie inna sprawa.

Rzeczywistości nie należy też mylić z prawdą. Prawda jest jedynie cechą komunikatów, informacji, zdań, twierdzeń, określającą ich zgodność z rzeczywistością albo też tej zgodności brak. Albert Einstein, twórca teorii względności, twierdził, że prawdą jest to, co wytrzyma próbę doświadczenia. Owszem, czasem, w pewnych okolicznościach albo w codziennym, potocznym języku, prawda i rzeczywistość to mogą być pojęcia tożsame, ale jednak nie zawsze. Inna jest prawda ofiary wypadku, inna jego sprawcy, a jeszcze inna świadka i nie ma powodu się temu dziwić — przecież każdy z nich doświadcza odrobinę innej części rzeczywistości. Przy różnego rodzaju prawdach proponuję zawsze zachować ostrożność, otwarty umysł i dużą dawkę zdrowego rozsądku (trzeźwy osąd).


Tak więc rozbieżność mniemań nie pochodzi stąd, aby jedni byli roztropniejsi od drugich, ale jedynie stąd, iż prowadzimy myśli nasze rozmaitymi drogami i nie rozważamy tych samych rzeczy (Kartezjusz — „Rozprawa o metodzie”).


Jestem absolutnie przekonany, co nie każdemu musi się podobać i pewnie nie będzie, że zdecydowania większość nas, ludzi, ma kontakt z rzeczywistością w stopniu i zakresie minimalnym. W naszym życiu, bywa, że do pewnego czasu, ale zwykle jednak do samej śmierci, dużo więcej jest różnych wierzeń, fantazji, iluzji, przekonań, rozmaitych i mocno podejrzanych prawd niż rzeczywistości. To, co myślimy i czujemy, to też są najczęściej tylko nasze wyobrażenia, rojenia, pobożne życzenia. Nie nasze zresztą też. I to dużo.

Nie mam pojęcia, czy człowiek rodzi się jako niezapisana tablica (tabula rasa) z prawie nieograniczonym potencjałem duchowym, a wszelkie ograniczenia wynikają z systemów wychowawczych, czy może przychodzimy na świat ograniczeni od samego początku i niejako z samej natury rzeczy — to, tak naprawdę, nie ma żadnego znaczenia, bo w wieku, w którym uzyskujemy minimum świadomości niezbędnej do dokonywania istotnych przewartościowań i wyborów, jest już na to o wiele za późno. Pewien schemat, wzór, mamy już trwale wdrukowany w umysł (duszę, psychikę) przez rodziców, opiekunów, wychowawców, nauczycieli, szkołę, system, społeczeństwo, i zaburzyć — i zburzyć — może go chyba tylko coś szczególnego, wyjątkowego. Takie doświadczenia i przeżycia nie zdarzają się zbyt często, a przede wszystkim bardzo niewielu ludziom, i nie ma w tym niczyjej winy, a już na pewno nie wynika to ze świadomie złej woli. Prędzej z lęku.

Nie jest wykluczone, że niemowlęta i noworodki widzą, albo raczej doświadczają rzeczywistości w jej niezafałszowanej jeszcze poglądami i przekonaniami postaci, co dla ludzi dorosłych może być tak trudne, jak rozpoznanie łez w deszczu…


Wspomniałem o naszej zdolności do fałszowania nawet własnych myśli i uczuć; może wydawać się to nieprawdopodobne, ale… Dawno temu byłem zakochany. Do szaleństwa, bezgranicznie. Związek trwał nieco ponad rok, a ja wiązałem z nim wielkie nadzieje na prawdziwy dom, rodzinę, jakieś wspólne starzenie się i inne takie. Kiedy wszystko się ostatecznie rozleciało, bo niestety, jednak się rozleciało, bardzo cierpiałem. Tak bardzo, że obawiając się o… powiedzmy o dalszy rozwój wypadków, pobiegłem szukać pomocy u psychologa. W gabinecie jęczałem i rozpaczałem, opowiadałem o tym, jak to ja ją kocham, jak żyć bez niej nie mogę, jak za nią rozpaczliwie tęsknię. Usłyszałem wtedy szczególnie wredne pytanie, pytanie z gatunku tych, co to są w stanie, czasem, w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach, spowodować jakąś istotną, znaczącą zmianę, są albo mogą być czymś w rodzaju katalizatora, wyzwalacza: czy tęsknisz za nią, czy może jednak za tym, jak się czułeś z nią, w jej towarzystwie, przy niej? Ups!

Tu nie chodzi o operowanie skrajnościami i decydowanie, że chodziło wyłącznie o nią albo wyłącznie o moje uczucia czy potrzeby emocjonalne. Życie rzadko jest czarno-białe, choć coś takiego ponad wszelką wątpliwość znakomicie by nam uprościło funkcjonowanie, podejmowanie decyzji, dokonywanie wyborów. A ja… jak widać, nie zrobiłem wtedy niczego głupiego, być może w dużej mierze właśnie dzięki bezpośredniemu kontaktowi z rzeczywistością. Uświadomienie sobie, zrozumienie, jak to rzeczywiście ze mną jest, jaka jest rzeczywistość, w wydatny sposób pozwoliło mi zmniejszyć poziom cierpienia oraz czas jego trwania i ostatecznie jakoś to wszystko przeżyć i nie zwariować.

Jeżeli jakaś część mojego cierpienia nie dotyczy osoby, która odeszła, ale moich potrzeb emocjonalnych, to jest przecież spora szansa na to, bym swoje pragnienie umiał zaspokoić również u innego źródła. I niekoniecznie chodzi tu o inną kobietę i następny romans. Szczęście — jak twierdzi Sébastien Roch Nicolas Chamfort — nie jest rzeczą łatwą: trudno je znaleźć w sobie, a nie sposób gdzie indziej.

W tym konkretnym wypadku rozpoznawanie rzeczywistości albo choćby nieco lepsze jej poznawanie zamknęło się w kilkunastu tygodniach, mniej więcej. A jak coś takiego mogło wyglądać w dłuższych okresach?


Ogniu, krocz za mną — słowa, które stały się kolejnym katalizatorem, bo pomogły mi dostrzec, poznać niewielki fragment rzeczywistości. Przez trzydzieści lat pracowałem w kilku miejscach. Kiedy pracę traciłem, zawsze wiązało się to z obawami albo nawet lękiem o przyszłość, żalami, rozczarowaniami, zawodami — koszmarne przeżycie, którego za każdym razem wołałbym uniknąć. Co widzę, oglądając ten obraz z perspektywy czasu? Nie ma już wojewódzkiego urzędu, któremu poświęciłem kilka lat. Nie ma sieci handlowej, w której pracowałem pół życia. Nie ma już sklepu z angielskimi towarami. Nie istnieje już… Nie ma… Nie ma… Ogień szedł za mną, poetycko rzecz ujmując, ale przecież ja zawsze jakimś cudem ewakuowany byłem na czas do nowego miejsca, zanim firma czy instytucja ostatecznie rozpadła mi się pod nogami, grzebiąc mnie pod swoimi ruinami. Tak naprawdę nie stało mi się nic złego, cały czas — sądząc po efektach — byłem jakoś pod opieką i chroniony, a różnica polegała tylko na tym, czy jestem/byłem w stanie dostrzec to i zrozumieć. No, cóż… wtedy na pewno nie byłem — widzę to dopiero z pewnego, dość odległego dystansu. Rzeczywistość się nijak nie zmieniła, zmianie uległo — wraz z upływem czasu — tylko moje jej zrozumienie.

Potrzebuję nowej kobiety, innej pracy, egzotycznego kraju na drugiej półkuli? Może i tak, ale nie jest wykluczone, że w zupełności wystarczyłaby po prostu nowa para okularów.


Bezinteresowność, miłość, uczciwość wobec siebie. Niezwykle pożądana cecha, ta cała bezinteresowność, ważny element duchowego świata człowieka, jedna z istotnych wartości, nieprawdaż? Pewnie i prawdaż, ale pod warunkiem że pamiętamy, iż czegoś takiego jak świadoma bezinteresowność nie ma, nie istnieje. Bezinteresownie, w pełni, można zrobić coś dla kogoś wyłącznie nieświadomie. Mogę nie domagać się, nie oczekiwać, w razie czego nawet nie przyjąć wynagrodzenia, rekompensaty, zapłaty za pomoc udzieloną drugiemu człowiekowi, ale to nadal jeszcze nie oznacza, że zrobiłem cokolwiek bezinteresownie, bo moją nagrodą jest choćby jej/jego wdzięczność, poczucie własnej wartości, a także mój rozwój osobisty.

Próbowałem wymyślić jakieś inne okoliczności, na przykład pusty kościół i puszkę, do której anonimowo wrzucam datek na biednych, jednak i tak wychodziło mi, że o moim uczynku wie Bóg oraz rzecz jasna ja sam. Jeśli chodzi o Boga, to polecam króciutki tekst „Za hektar nieba”, w czwartej części tej książki, a ja sam? No, cóż… czy nie jest prawdą, że z kościoła wychodziłem dumny z siebie, zadowolony, z lepszym mniemaniem o sobie, bo przecież taki jestem dobry i hojny, i bezinteresowny, i skromny, i jeszcze anonimowy na dokładkę?!

Sytuacja czysto hipotetyczna — na ulicy potknęła się i wpadła na mnie kobieta niosąca torbę, siatkę z zakupami. Pomogłem pozbierać rozsypane produkty, dałem jej też swoją reklamówkę, którą na wszelki wypadek prawie zawsze noszę ze sobą, bo ta jej przy tej okazji zupełnie się rozleciała. Przepakowywanie rozsypanych pudełek i puszek trwało krótką chwilę, może ze dwadzieścia sekund. To drobne opóźnienie spowodowało, że pół godziny później, w zupełnie innej części miasta, pani ta nie wpadła pod samochód, co niewątpliwie stałoby się, gdyby na jezdnię weszła nieco tylko wcześniej. Tyle że o tych wydarzeniach ja nic nie wiem i nigdy się przecież nie dowiem. Zdarzenie z kobietą na ulicy, jako drobiazg bez znaczenia, wyrzuciłem z pamięci i świadomości już po chwili, a i ona nie miała okazji do rozważań typu, co by było gdyby, bo… nie było. Właśnie — nie było!


Załóżmy teoretycznie, że Anna jest niewidoma od urodzenia. Katarzyna ma niewielką wadę wzroku i musi nosić okulary. Zenek ma sokoli wzrok. Które z nich, Kasia czy Zenek, lepiej pokażą Annie wiosenną łąkę? Z rzeczywistością jest podobnie. Rzeczywistości nie da się kogoś nauczyć, nie da rady jej sprezentować, oddać, podzielić, ale… można pomóc drugiemu człowiekowi w jego własnych staraniach związanych z rozpoznawaniem duchowego świata wartości, rozwojem świadomości. Wystarczy samemu być świadomym i odpowiednio kochać.


Z tym kochaniem, w połączeniu z rozwojem osobistym, ze wzrostem świadomości, mam w ogóle spory problem. Językowy. Taka ta polszczyzna bogata, a ja nie potrafię znaleźć odpowiedniego określenia. Z drugiej strony nie chciałbym pisać o prawdziwej miłości, bo nie chcę tu sugerować, że wszystkie inne są nieprawdziwe (a cóż by to w końcu miało znaczyć?!), a ja sam znam jakąś tajemną prawdę. W każdym razie miłość, o którą mi chodzi, nie jest zakochaniem (choć to właśnie zakochani używają zwrotu kocham cię), nie ma nic wspólnego z płcią i hormonami, nie jest nawet uczuciem. Miłość, którą staram się praktykować, to określone wybory i decyzje, to poświęcenie, wola i działanie. Jeżeli dalej piszę o miłości, o kochaniu, to takie właśnie mam na myśli.


Łzy w deszczu piszę z miłości i niewątpliwie świadomie jednak w tym punkcie moja świadomość się kończy, bo przecież nie wiem, w czyje ręce książka trafi, w jakim momencie życia czytelnika i jakie będą finalne efekty tej lektury. To także jest ilustracją ograniczeń w naszym doświadczaniu rzeczywistości.


Moja żona miała koleżankę. Pani ta bywała częstym gościem w naszym domu i mocno mnie irytowała, powtarzając prawie za każdym razem pewien schemat. Otóż opowiadała o jakimś problemie i pytała o radę, jak ma w tej sytuacji postąpić, bo ona nie wie, gubi się, nie rozumie. Tłumaczyłem i wyjaśniałem, i wszystko wydawało się w porządku, ale tylko do jej następnej wizyty, podczas której okazywało się, że albo nie zrobiła nic, albo coś wręcz przeciwnego, niż radziłem, w związku z czym problem narastał. Oczywiście pytałem, czemu tak właśnie, na co zawsze odpowiadała: gdyby to człowiek wiedział… Za którymś tam razem już nie wytrzymałem i powiedziałem dobitnie, że przecież człowiek bardzo dobrze wiedział, człowiekowi już kilka razy jasno i wyraźnie wytłumaczyłem i człowiek twierdził, że rozumie, a więc? Na to jej stała odpowiedź: no tak, ale gdyby to człowiek wiedział… To było po prostu bez sensu, ale pokazało mi, że nie można pokazać rzeczywistości komuś, ale także, co uważam za bardzo cenne, nauczyło nie przyjmować zaproszeń do gry w „Tak, ale…” (więcej na jej temat w dalszej części tej książki). Ważna uwaga — w tym wypadku nie chodziło o błędy! Różne błędy, jestem o tym całkowicie przekonany, popełnia stale każdy z nas, ale tylko ludzie żyjący poza rzeczywistością, we własnej krainie iluzji albo kompletni durnie powtarzają je w nieskończoność. Poza tym… jeżeli chcę mieć gwarancję, że się nigdy nie potknę, to pozostaje mi tylko pełzanie, ale taki styl życia umiarkowanie mnie interesuje. Ryzyko jest niezbędne i nieuniknione. Podobnie jak cierpienie.


Wielu ludzi poproszonych o opisanie swojej duchowości, czyli o zrobienie listy wartości duchowych, które uważają za ważne i naprawdę swoje, umieszcza w tym spisie bezinteresowność. Tak, tę bezinteresowność, która jest tak problematyczna i wątpliwa, która w swojej czystej, niezafałszowanej postaci występuje tylko podczas działań nieświadomych, a więc niejako zupełnie przypadkiem, niechcący. Jednak spotkałem dotąd tylko dwie osoby, które za szczególnie ważną wartość duchową uznały uczciwość wobec siebie. A przecież uczciwość wobec siebie to podstawa, fundament!

Uczciwość wobec innych ludzi znakomicie poprawia relacje z nimi, poziom zaufania i samoocenę. Uczciwość wobec urzędów, instytucji i obowiązujących norm prawnych pozwala uniknąć strachu, wyrzutów sumienia, poczucia winy. Ale bez uczciwości wobec samego siebie nie ma absolutnie żadnej szansy na jakikolwiek kontakt z rzeczywistością. Brak zdolności do uczciwości wobec siebie, jej życiowy deficyt i niedobór trzyma nas jak na kotwicy w krainie iluzji, własnych albo cudzych fantazji oraz podejrzanych przekonań. Tej właśnie uczciwości wobec siebie nikt prawie nie uważa za wartość godną uwagi. Niesamowite!


Za najwyższy stopień uczciwości wobec samego siebie, najtrudniejszy do osiągnięcia uważam zdolność rozpoznawania prawdziwych intencji, to jest motywów własnego postępowania, zachowania, wyborów, decyzji, a te potrafimy fałszować wręcz fantastycznie.

Czy zaofiarowałem koleżance pomoc, bo ona tej pomocy potrzebowała, czy może przez chwilę, ułamek sekundy poczułem nadzieję, że dzięki stworzonym w ten sposób okolicznościom uda mi się ją uwieść? Jeden z sześciu projektów poparłem dlatego, bo uważam go za najlepszy, czy może dlatego, że jego autorem jest szwagier szefa?

Dorośli ludzie wiele razy w życiu muszą dokonywać trudnych wyborów, godzić się na różne kompromisy, wybierać mniejsze zło albo mało satysfakcjonujące rozwiązania, ale jeśli do tego zaczynają oszukiwać sami siebie, tracą kontakt z rzeczywistością, gubią się w świecie fantastycznych rojeń i iluzji.


Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem — Ludwik Pasteur


Kilka razy w życiu zadawano mi pytania w stylu: po co mi ta cała psychologia, do czego mi potrzebne to filozofowanie? — swoją drogą wydaje się, że my, Polacy, mamy bardzo specyficzne podejście do nauki zwanej filozofią, a pojęcie filozofowanie to już wyjątkowa ciekawostka, ale o tym w innym miejscu. W każdym razie rozumiałem, że tak naprawdę nie chodzi o filozofię i psychologię jako takie, ale tylko w ten sposób potrafili pytać, więc nie wdając się już w dalsze rozważania na temat związków psychologii, filozofii, duchowości i rzeczywistości, odpowiadałem mniej więcej tak: Potrzebne mi to, bo pragnę być obecny w swoim życiu. Obecność we własnym życiu jest to, w pierwszej kolejności, ład, porządek, synchronizacja, spójność tego, co mówię, tego, co myślę, tego, co robię, oraz tego, w co wierzę. Jeśli robię coś innego, niż mówię, jeśli myślę coś innego, niż w co wierzę, jeśli nie wierzę w to, co robię, to nie jestem obecny w swoim życiu; jestem w nim widzem, obserwatorem, ostatecznie może co najwyżej statystą, ale nie świadomym uczestnikiem. W sytuacji wyjątkowo rażącego braku jedności tych czterech elementów nie mam żadnej szansy nie tylko na kontakt z rzeczywistością, ale nawet na jakieś minimum spokoju, satysfakcji, pogody ducha, spełnienia, może nawet szczęścia w życiu. W takim chaosie i bałaganie jest to po prostu zupełnie nierealne. Nie chcę być we własnym życiu zagubionym i zdecorientowanym turystą! Już nie…


Tej wartości, którą nazywam integralnością (ang. integrity), czasem koherencją, warto poświęcić nieco więcej miejsca. Chodzi mi o pewną całość, kompletność, a jednocześnie spójność wypowiedzi, poglądów, postaw, zachowań. Wynika z niej moralna i emocjonalna stałość, na którą można liczyć, na której można polegać w każdych warunkach. Przeciwieństwem są ludzie ulegający chaotycznym impulsom, wewnętrznie rozbici, a nawet sprzeczni. Nie znaczy to oczywiście, żeby zawsze i wszystko im źle wychodziło, nie — czasem nawet potrafią zdobyć się na wiele dobrego. Problem polega właśnie na tym, że jedynie czasem, że nie można na to w żaden sposób liczyć, bo są oni nieprzewidywalni, nawet dla samych siebie. Jedynym remedium na brak integralności, jakie znam, jest samodyscyplina.


Niewielkim, ale dość istotnym elementem składowym obecności we własnym życiu jest zdolność do słuchania i słyszenia, co mówią inni ludzie. Co mówią! Tak, co mówią, a nie, co wydaje mi się, że mówią, po przepuszczeniu ich wypowiedzi przez filtry osobistych uprzedzeń, własnych doświadczeń, podejrzeń na temat rozmówcy i jego domniemanych motywów, wreszcie mocno wątpliwych prawd, przekonań, kto wie, czy faktycznie moich własnych. Uwaga: słuchać, słyszeć, rozumieć, to jeszcze nie to samo, co zgadzać się.


Różne podejrzane przekonania… Zagadnienie to wydaje mi się szczególnie ważne. Kiedy przekonania podejrzane nie są? Ano tylko wtedy, gdy wynikają z moich osobistych doświadczeń i przeżyć. Problem w tym, że całymi latami nie umiałem uczyć się i wyciągać sensownych wniosków z własnych realnych przeżyć, za to głowę miałem pełną cudzych przekonań. Właśnie tak — cudzych, obcych, bo odziedziczonych po rodzicach, bohaterach literackich, nauczycielach, babci, młodzieżowych idolach i diabli wiedzą kim jeszcze. Przekonania przestają być podejrzane dopiero po ich osobistej weryfikacji w praktyce, po skonfrontowaniu ich, na trzeźwo, z rzeczywistością. Zanim to nastąpi, jeśli w ogóle kiedykolwiek nastąpi, bo przecież w bardzo wielu konkretnych przypadkach nie nastąpi nigdy, obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. I świadomość, że to jednak nie moje. Nie chodzi tu o brak zaufania do autora przekonań, ale o fakt, że on to jednak nie ja (a czy potrafię określić granice swojego ja?), że czasy i okoliczności się zmieniają, że… Powodów jest zapewne mnóstwo.


Łasicza mowa (ang. weasel words). Ważnym elementem zdolności słyszenia, co do nas mówią inni ludzie, jest umiejętność weryfikowania treści komunikatu, wypowiedzi albo zdania w taki sposób, który pozwoli skutecznie odróżnić fakty od… od całej reszty przekazu. Technik, sposobów i metod manipulowania ludźmi, także werbalnych, jest mnóstwo — na ten temat polecałbym znakomitą książkę Roberta Cialdiniego, profesora psychologii uniwersytetu stanowego w Arizonie, „Wywieranie wpływu na ludzi”. Tutaj sztuką wywierania wpływu na ludzi albo obroną przed wszelkiego typu manipulacjami zajmował się nie będę — z jednym wyjątkiem, którym jest właśnie łasicza mowa (o tym Cialdini nie pisał), gdyż dzięki niej jesteśmy w stanie, czasem nawet nie w pełni świadomie, wprowadzać w błąd (zwieść) zarówno rozmówcę, jak i samego siebie, to jest… zafałszować rzeczywistość.


W chwili obecnej (2019) określenie łasicza mowa pojawia się tylko w Internecie, a konkretnie w środowisku wikipedystów (użytkowników sieci zaangażowanych w tworzenie Wikipedii — wolnej encyklopedii); w opisie słownikowym jak dotąd chyba nie występuje. Powstała z bezpośredniego tłumaczenia weasel words, a jej polskimi, choć niezbyt precyzyjnymi odpowiednikami, mogłyby być gadka szmata, czy mowa trawa, choć niedokładnie. Czy łasicza mowa jest po prostu kłamstwem? W pewnym sensie tak, jednak ta jej odmiana, która mnie szczególnie interesuje, jest tylko wstępem do przekazu manipulowanego. Kiedy chcielibyśmy kogoś do czegoś przekonać, a brakuje nam rzeczowych argumentów, sięgamy po łasiczą mowę, w którą — czasami — sami potrafimy uwierzyć. Jednak najłatwiej będzie zrozumieć to na przykładach.


Uważam, że „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego to wartościowa i ciekawa książka — przekaz prosty, jasny uczciwy.


Wszyscy wiedzą, że „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego, to wartościowa i ciekawa książka łasicza mowa. Wszyscy? Niby jacy wszyscy? A przede wszystkim, na pewno nie wszyscy, nie ma takiej możliwości, żeby wszyscy. Z moją oceną jakiejś tam książki można się zgadzać albo i nie, no ale jeśli wszyscy… Zdania o podobnej konstrukcji zaczynać się mogą od: powszechnie wiadomo, że…, zdecydowana większość czytelników twierdzi, że…, grono ekspertów orzekło, że… itp.


Mieszkam w Opolu i mnie się to miasto podoba — przekaz prosty, jasny uczciwy.


Zdaniem ekspertów od urbanistyki Opole to najładniejsze miasto w Polsce — łasicza mowa.


Jakich ekspertów, konkretnie? Gdzie ci eksperci wyrazili taką właśnie opinię? Na jakiej podstawie? Innymi przykładami powoływania się na nieistniejące źródła informacji są zwroty: jak dowiedli amerykańscy uczeni…, chińscy mędrcy powiadają…, najwięksi badacze ustalili… itp.


Nawet pozornie banalne słowa gdzieś czytałem, że… mogą być łasiczą mową, jeśli w rzeczywistości nigdzie nie czytałem, a jedynie chcę swoim słowom dodać wartości — moje prywatne przekonania mogą być niewarte uwagi, ale jeśli to, o czym mówię, gdzieś tam wyczytałem, to może faktycznie lepiej się zastanowić, może ma to jakiś sens? A jaka jest różnica pomiędzy wiem, że…od dawna wiadomo, że…? Czy umiem to odróżnić?


Łasiczą mowę u rozmówców, ale także w telewizji i innych mediach, stosunkowo łatwo jest rozpoznać dzięki uważnemu słuchaniu, ze zrozumieniem — chciałoby się rzec, dzięki cierpliwemu i upartemu dopytywaniu o źródła informacji, wreszcie ich weryfikowaniu, natomiast u samego siebie dzięki uczciwemu, odważnemu i wnikliwemu badaniu intencji własnych wypowiedzi. Często już proste pytanie: chcę rozmówcę o czymś poinformować, czy może do czegoś go przekonać? — ułatwia rozpoznanie, jak to rzeczywiście z nami jest.


Historia gęsiej szyjki. Mała dziewczynka poprosiła swoją mamę, żeby ta nauczyła ją gotować. Matka wybierała się właśnie do kuchni gotować obiad, więc od razu skorzystały obie z okazji. Tego właśnie dnia matka szykowała pieczoną gęś i w trakcie przygotowań dziewczynka zauważyła, jak sprawnie obcina gęsi szyjkę i kładzie ją między nogami ptaka. Tego nie rozumiała, a więc spytała, czemu tak, po co? Matka zastanowiła się przez moment, roześmiała się i przyznała wreszcie, że nie wie. Jej matka zawsze tak to robiła, tak ją samą nauczyła, ale dokładnie, czemu tak właśnie się robi, to ona właściwie nie wie. I zaproponowała, żeby córka zadzwoniła do babci i dopytała u źródeł. Dziewczynka, nie zwlekając, złapała za telefon, ale od babci dowiedziała się tyle tylko, że tak właśnie się to robi, i już! Poza tym w taki sposób zawsze robiła prababcia. Dopiero następny telefon, do prababci, pozwolił rozwikłać mroczną tajemnicę gęsiej szyjki, zupełnie nie wiedzieć czemu obcinanej i układanej między nogami pieczonego ptaka. Starsza pani wyznała: bo wiesz wnusiu, za sanacji, jak mieszkaliśmy jeszcze we Lwowie, to ja tam miałam za krótką rynkę.


Śmieszne? Możliwe, że śmieszne… Zwłaszcza jeśli sam z całą pewnością wiem, skąd pochodzą moje przekonania o tysiącu spraw i nie mam żadnych wątpliwości, że są one nadal prawdziwe i wciąż w pełni aktualne. Bo jeżeli nie, to zamiast z rzeczywistością kontakt mam jedynie z mętnymi fantazjami na jej temat, bujam w krainie iluzji.


Jeżeli coś faktycznie wiem, rozumiem, mam czegoś pełną świadomość oraz kontakt z rzeczywistością, na ile tylko to możliwe, mogę dokonywać trzeźwych, opartych na zdrowym rozsądku wyborów, ale jeżeli świadomości i kontaktu z rzeczywistością mi brakuje, to wybory dokonują się jak gdyby poza mną, w jakiś tajemniczy i niezrozumiały dla mnie sposób. Jestem w pełni przekonany, że prawdziwy głos Boga (jakkolwiek Go rozumiem albo i nie rozumiem) odnaleźć można i usłyszeć raczej w rozsądku, a nie ulotnych wrażeniach, mglistych uczuciach, ezoterycznych stanach emocjonalnych, bo te często są tylko fałszywym, zwodzącym nas głosem nas samych, projekcją naszego własnego „ja”.


Medytujący powinien uświadomić sobie niebezpieczeństwo odczytywania słowa Bożego przez pryzmat własnych, nieuświadomionych oczekiwań, lęków i potrzeb (Józef Augustyn SJ — Medytacja ignacjańska).


Bardzo często jednak odpowiedzi, które wydają się pochodzić od Boga, w rzeczywistości są nieświadomą racjonalizacją naszych własnych pragnień (William G. Wilson — Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji).


Każdy z nas ma swoją drogę. W żaden sposób nie da się komuś sprezentować dobrego kontaktu z rzeczywistością, nawet jeżeli faktycznie samemu ma się ten kontakt nieco pełniejszy niż on. Ale pewne wskazówki, podpowiedzi, zwrócenie uwagi na te aspekty zagadnienia, które wydają się w jakiś sposób pomocne, a zwłaszcza wręcz przeciwnie — utrudniające, blokujące, być może mają jednak jakiś sens. A może nie… Może więcej pożytku przyniesie lektura czwartej i piątej części tej książki? Nie wiem, nie potrafię tego przewidzieć. Ale to nie znaczy, że nie mam się starać. Ale właśnie starać się, a nie próbować! Dawno, dawno temu profesor Wiktor Osiatyński w jednej ze swoich książek napisał tak: I wreszcie słowo „próbować” jest bardzo nieuczciwe. To to samo co kłamać. Albo coś robisz albo nie, nie musisz próbować. Gdy mówisz, że „spróbujesz”, od razu zostawiasz sobie furtkę, by nie zrobić tego, co obiecałeś. A przecież nie ma nic złego w tym, gdy coś robisz i ci się nie udaje. Bo na takim niepowodzeniu można się czegoś nauczyć. Ale nikt jeszcze niczego się nie nauczył, próbując — i przyznam, że znakomicie trafia mi to do przekonania. Uważam, że arogancją z mojej strony byłoby przekonanie, iż wiem z góry co, komu, w jaki sposób się przyda i jakie konkretnie przyniesie efekty. Zresztą… z tej przypadłości przyjaciele wyleczyli mnie już chyba skutecznie. Choćby w taki oto sposób: podszedł do mnie pewnego razu mężczyzna w średnim wieku, mówiąc, że chciałby mi podziękować — może nie zdarza się to często, ale się zdarza. W każdym razie zacząłem zgadywać, o którą książkę, artykuł czy esej może chodzić, ale zanim wykombinowałem coś sensownego, pan powiedział, że wdzięczny mi jest za poradę dotyczącą kapci, którą usłyszał ode mnie podczas jakiegoś spotkania. W tym momencie przypomniałem sobie, jak gdzieś, kiedyś mówiłem o wartości codziennej porannej modlitwy na kolanach — nie musi być ona długa, natomiast ważne jest, by na klęczkach. Z sali padło wtedy pytanie, co zrobić, żeby wiecznie nie zapominać o tym porannym zgięciu kolan? Odpowiedziałem odruchowo, że wystarczy co wieczór wkopać sobie papcie głęboko pod tapczan. I teraz okazało się, że ta właśnie podpowiedź, rada, była dla mojego rozmówcy najważniejsza.


W każdym razie postaram się pokazać pewien proces na swoim własnym przykładzie; będzie to kilka, wydawałoby się zupełnie oderwanych od siebie i pozornie nieważnych zdarzeń, parę doświadczeń, przemyśleń, wniosków, przeżyć. Czy miały one faktycznie taką moc sprawczą, jaką im w chwili obecnej przypisuję? Cóż… Tego niestety nie wiem na pewno i najprawdopodobniej nigdy wiedział nie będę, ale zakładam, że lepsze to niż nic, lepsza taka podpowiedź, niż żadna. Tak… co najwyżej dziura w bruku, która choćby na moment będzie w stanie wybić kogoś z rytmu, wyrwać z chocholego tańca w rytmie usypiającej muzyki świata iluzji i ułudy; może w jakimś momencie pojawi się pytanie: stop, zaraz, gdzie ja jestem, o co tu chodzi? Ano właśnie o to — myśleć, rozumieć, słyszeć, doświadczać — świadomie. Co wydaje się oczywiste i zrozumiałe, pod warunkiem że sam siebie kocham. Choć niełatwe do zrealizowania, zastosowania w praktyce.


Pożytki z lektury. Kiedy nauczyłem się czytać, w pierwszej klasie ośmioklasowej szkoły podstawowej, czytałem zawsze dużo, namiętnie, z pasją i zaangażowaniem. Przez wiele lat dzieciństwa dostęp do nowych książek miałem często mocno utrudniony, zresztą z różnych powodów, choćby finansowych, a więc dość wcześnie musiałem się przyzwyczaić do czytania po kilka razy tych samych książek, bo było to jednak zdecydowanie lepsze niż nieczytanie niczego. Zresztą… nie mam nic do czytania nie było stwierdzeniem prostego faktu, ale oznaczało raczej pewien stan wysoce niepokojący, nieprzyjemny, irytujący, któremu starałem się zapobiegać z wyprzedzeniem, na zapas. Przypominam sobie, jak w wieku lat dziesięciu, kilka tygodni spędziłem w miejskim szpitalu zakaźnym — tam książek przynosić (także stamtąd wynosić) z oczywistych względów absolutnie nie było wolno, więc skazany na mikroskopijną biblioteczkę oddziałową, czytałem blisko trzy tygodnie, na okrągło, dwie książki. Jedna była na temat kobiecego obozu koncentracyjnego w Brzezince, Z bagna i kamieni Krystyny Justy; nie była to literatura zbyt wysokiego lotu, ale o tym wówczas nie wiedziałem. Druga to była jakaś chińska powieść, której za bardzo nie rozumiałem i nie pamiętam.

W każdym razie często czytałem po kilka razy te same książki i w związku z tym dość szybko zauważyłem niezwykle ciekawe zjawisko: za drugim, trzecim, którymś kolejnym czytaniem znajdowałem w książce treści zdania, czasem nawet całe akapity, których wcześniej z całą pewnością tam nie było — to oczywiście żart, zdawałem sobie sprawę, że konkretna książka się nie zmieniła, nic w niej nie przybyło ani z niej nie ubyło, ale zjawisko pozostało dla mnie długo niewyjaśnione. No bo jak to — książka się nie zmieniła, to w takim razie co się zmieniło? Przecież coś musiało się zmienić! Dziś wiem, że po jakimś tam czasie, podczas kolejnego czytania tej samej książki, kontakt miałem już z nieco inną dawką rzeczywistości, ale takiej prawdy nie było przecież w stanie odkryć dziecko. Zrobiłem wtedy coś zwykłego i normalnego, co jednak okazało się sporym błędem na dłuższą metę — zapytałem mamę i chyba jakąś ciotkę, czemu się dzieje tak, jak się dzieje, czemu w starych książkach odkrywam nowe treści. Obie odpowiedziały mi w typowo dorosły sposób, czyli natychmiast całą winę przerzuciły na mnie: na pewno za pierwszym razem nieuważnie czytałeś. I ja w to uwierzyłem. Kolejne książki starałem się w związku z tym czytać wyjątkowo wolno i uważnie, ale — jak się niedługo okazało — zupełnie niczego to nie zmieniło. Nadal w jakiś niepojęty sposób pojawiały się w nich nowe treści.

Przypomina mi to pewną anegdotę z czasów drugiej wojny światowej, którą od kogoś słyszałem w sumie całkiem niedawno. W pewnym angielskim mieście było kilka hut, stalowni i innych takich zakładów, bardzo ważnych z punktu widzenia militarnego. W ciągu dnia zakłady te były chronione przez angielskie lotnictwo, ale nocą było z tym gorzej, zwłaszcza że łuna palenisk pieców hutniczych widoczna była, jak drogowskaz dla nieprzyjacielskich pilotów, ze znacznej odległości. Inżynierowie z fabryk nie byli w stanie znaleźć odpowiedniego rozwiązania, a hutom każdej nocy groziło zniszczenie w wyniku bombardowania. Pieców nie można było wygaszać na noc i rozpalać w dzień, bo cykl nagrzewania pieca trwał kilkadziesiąt godzin. Próby przysłonięcia czymś palenisk też nie zdały egzaminu, bo zmniejszały ciąg pieca. Kiedy pewnego razu specjaliści znowu debatowali nad tym tematem w domu jednego z nich, przysłuchiwał im się synek gospodarza i chcąc jakoś pomóc tacie, podpowiedział panom inżynierom, żeby pomalowali ogień w piecach na czarno. Jego ojciec miał w tym momencie wybór: mógł się zachować, jak na dorosłego przystało, zrugać synka za plecenie bzdur i wtrącanie się do rozmowy dorosłych albo też zacząć słuchać i usłyszeć, co się do niego mówi. Ojciec, jakiś dziwak zapewne, zrobił to drugie. W efekcie, i to już po kilku godzinach prób i eksperymentów, znaleziona została substancja barwiąca płomienie… nie wiem, czy na czarno, może tylko na ciemny granat. Problem żółtopomarańczowej łuny przyciągającej niemieckie junkersy i messerschmitty został rozwiązany. Dziś nie jest to nic nadzwyczajnego, sam na zajęciach w pracowni chemicznej dodawałem do ognia chyba nadmanganianu potasu, już nie pamiętam, by zabarwić płomień na fioletowo.

Czym różnią się geniusze od ludzi zwyczajnych, przeciętnych? Wszyscy normalni ludzie wiedzą, że coś jest niemożliwe, że zrobić się nie da, a geniusz to ktoś, kto o tym nie wie, więc zaczyna robić i odkrywa sposób, metodę, rozwiązanie. Dzieci są geniuszami. Zanim rodzice, opiekunowie, system wychowawczy i edukacyjny nie wyrwą ich z rzeczywistości i nie przeniosą w krainę własnych przekonań, stadnie akceptowanych prawd i innych iluzji, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego.

A wracając jeszcze do książek… Wiele razy i z różnymi ludźmi rozmawiałem na temat wielokrotnego czytania tych samych książek, a kiedy przyznaję się, że dużo jest pozycji, do których wracam i które czytam jeszcze raz po kilkuletniej przerwie, moi rozmówcy patrzą na mnie jak na głupka i pytają, czy nie szkoda mi czasu, przecież wiem już, co będzie dalej. Tłumaczę wtedy, wydaje mi się, że jasno i możliwie spokojnie, iż książka jest, moim skromnym zdaniem, takim samym zamkniętym, skończonym dziełem sztuki, jak obraz, film, utwór muzyczny czy rzeźba. A dzieło sztuki wiąże się z doznaniami estetycznymi, przeżyciami duchowymi, emocjami, nastrojami itd. Co będzie dalej, ważne jest (powiedzmy — bo tak naprawdę to jednak wcale nie jest, ale o tym już innym razem), gdy czytam w gazecie sprawozdanie z obrad plenarnych czy meczu, ale też gazeta dziełem sztuki nie jest, nie spełnia wymogu utworu skończonego i zamkniętego. Podobnie zresztą jak telenowele, ale to inna bajka. Oczywiście dzieło sztuki (książka) może być wydane w kilku tomach, tak samo jak sztuka teatralna może mieć kilka aktów. W tym momencie zadaję pytanie, czy można sobie wyobrazić człowieka, który drugi raz nie spojrzy na obraz czy rzeźbę albo nie posłucha raz jeszcze utworu muzycznego, bo… już wie, co będzie dalej, już to raz widział czy słyszał. Czasem, rzadko, do kogoś to dociera. Zwykle jednak spotkam ludzi twierdzących z pełnym przekonaniem, że gdyby ktoś zdradził im wcześniej zakończenie, to już nie miałoby dla nich żadnego sensu czytanie książki, ale im mogę jedynie głęboko współczuć, mając nadzieję, że może kiedyś zrozumieją, że prawdziwa sztuka z mocno siermiężną informacją o tym, co będzie dalej, ma bardzo niewiele wspólnego… jeśli w ogóle cokolwiek.

Nowe treści w starych książkach… Naiwne to wszystko i dziecinne? Ależ tak, oczywiście, przecież byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Każdy kiedyś był. Tylko… czy każdy potrafi doświadczenia i przeżycia z dzieciństwa wykorzystać dziś, teraz, w dorosłym życiu? I do tego z pożytkiem dla siebie? Wtedy zabrakło obok mnie kogoś, kto by mi podpowiedział coś na temat rzeczywistości, z którą, w miarę upływu czasu, kontakt powinienem mieć coraz lepszy, oraz że warto zwracać uwagę na osobiste doświadczenia, a mniej na wnioski, które podtykane są nam, w formie gotowych schematów myślowych, przez innych, cóż z tego, że życzliwych ludzi i w najlepszej wierze.

W każdym razie nadal zdarza mi się czytać po kilka razy te same książki — zresztą z różnych względów — i nadal często znajduję w nich treści, których podczas poprzedniego czytania na pewno tam nie było.

Jako dziecko nie umiałem z tego nijak skorzystać, w dużej mierze dzięki dorosłym i ich wyjaśnieniom i argumentom, a w chwili obecnej to już oczywiście żaden kamień milowy, żadne wielkie odkrycie; może tylko jego cień, wspomnienie…

Podczas czytania książek — tych samych albo też zupełnie nowych — oglądania telewizji, słuchania radia, w trakcie rozmowy, prelekcji, wykładu, warto zwracać uwagę, a nawet szczególnie wystrzegać się, możliwego efektu potwierdzania, nazywanego także czasem błędem konfirmacji. Jest to paskudna przypadłość naszego umysłu polegająca na tym, że czytamy albo słuchamy, wybiórczo, wyłapując z całego przekazu głównie te jego elementy, które potwierdzają nasze wcześniejsze przekonania, zwłaszcza jeśli są one zgodne z naszymi oczekiwaniami, pragnieniami i potrzebami.

Błędu konfirmacji można uniknąć dzięki dyscyplinie umysłowej i świadomości, a także dzięki czytaniu po kilka razy tych samych tekstów w różnych okolicznościach, z różnym nastawieniem, przy różnym stanie emocjonalnym.


Rzeczywistość a przekonania. Wyjątkowo ważna wydaje mi się umiejętność stawiania kończącej zdanie kropki we właściwym miejscu i to bez względu na to, czy w konkretnym przypadku chodzi o mowę, pismo czy myśli. Nie jest wykluczone, że nawet najważniejsze są myśli. Od nich przecież się zaczyna.

Ludzie są źli. — Źle!

Ludzie są dobrzy. — Źle!

Ludzie są. — Bardzo dobrze.

Tak właśnie wygląda niezwykle istotna różnica między przekonaniami i wierzeniami a rzeczywistością. Nie jest to łatwe, bo nie wszystkie przecież przypadki (zdania) w życiu będą aż tak banalne, jak ten prosty przykład, ale zasada jest w sumie zawsze ta sama: trzeba nauczyć się odróżniać fakty od przekonań. Nie oznacza to, że przekonań należy wyzbyć się całkowicie i na zawsze, coś takiego pewnie nawet nie byłoby możliwe, nie, wystarczy tylko umieć je rozpoznawać i traktować przekonania z ostrożnością i pewną dozą zdroworozsądkowego krytycyzmu.

Przypomina mi się zadanie, jakie pojawiło się przed wielu laty na egzaminie wstępnym na wydziale mechanizacji hutnictwa (tak, to też próbowałem studiować), które brzmiało mniej więcej tak: Zielony papierek umieszczono w pancernej, hermetycznej kasecie. Kasetę zalano betonem, a kiedy stwardniał, wrzucono bryłę betonu z kasetą w środku do morza. Spoczęła ona na dnie na głębokości 999 metrów. Pytanie: jaki kolor ma teraz papierek w kasecie?

Odpowiedź: zielony jest oczywiście błędna. Kolor to postrzegana wzrokowo właściwość przedmiotu; zależna jest ona od stopnia pochłaniania, rozpraszania lub przepuszczania promieni świetlnych oraz temperatury padającego na przedmiot światła. W świetle podczerwonym czy ultrafioletowym nasz zielony papierek na pewno nie będzie zielony, ale przecież do tej kasety nie dociera żadne światło!

Niewątpliwie można słuchać bezmyślnie, ale podejrzewam, że bezmyślnie usłyszeć się jednak nie da. Warto też zastanowić się, co sami mówimy (piszemy, myślimy), choćby po to tylko, aby nie pleść od rzeczy: ćwikła z chrzanem, oliwka z oliwek — po prostu bełkot.


Jeśli nawet przekonania zbudowane zostały na własnych doświadczeniach i przeżyciach, wymagają nieustannej weryfikacji. Proces ten nazywam wietrzeniem poglądów. Lepiej dokonywać go we własnym zakresie, niż czekać, aż bolesne zderzenie z rzeczywistością nas do tego zmusi.

Po czterdziestce, zmuszony okolicznościami, dokonałem nieomalże totalnej weryfikacji swoich poglądów i przekonań, właściwie w każdym aspekcie i dziedzinie życia. Przy tej okazji rozstałem się z wieloma przekonaniami mojej matki, wychowawczyni ze szkoły podstawowej, sąsiadki i innych podobnych autorytetów, przekonaniami, które — być może — świetnie służyły im, kiedyś, ale do mojej rzeczywistości już nie bardzo dawały się dopasować. Jednak największy wstrząs miał dopiero nadejść — kilka lat później okazało się, że przekonania, teraz już ponad wszelką wątpliwość moje własne, już nie cudze, nie zapożyczone, mi nie służą. Dosyć szybko, na szczęście, zrozumiałem sens zabawnego powiedzonka: jedynym elementem niezmiennym na tym najpiękniejszym ze światów jest zmiana. Zmieniły się warunki, okoliczności, realia… zmieniłem się i ja. W ten oto sposób nauczyłem się wietrzyć te swoje przekonania i poglądy, i robić to, zanim jeszcze bolesne zderzenie z jakimś elementem rzeczywistości uświadomi mi, że straciłem z nią kontakt.


Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mieć określone przekonania i poglądy zbudowane na bazie wiedzy oraz doświadczenia. Poważny problem zaczyna się, gdy mamy przekonania i poglądy… zamiast wiedzy i doświadczenia.


Bzdurne schematy myślowe. Pewnego razu, rozmawiając z kolegą, wysportowanym, młodym człowiekiem, powiedziałem, że nie pociągają mnie stare, grube kobiety. Chodziło o pociąg do płci przeciwnej i tylko o to. Słysząc to, wielce oburzony zapytał: a ty to jaki niby jesteś?! Zgodnie z prawdą spokojnie odparłem, że stary i gruby. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym urazy i z wyraźnym brakiem zrozumienia, więc zorientowałem się, że kontynuowanie rozmowy nie ma sensu, bo znajomy nie jest w stanie rozstać się ze swoimi — nie wiadomo gdzie, jak i po co wyhodowanymi — schematami myślowymi.

Przekonanie, że starym, grubym mężczyznom powinny podobać się stare, grube kobiety (i oczywiście odwrotnie) jest tak samo bzdurne, jak upieranie się przy twierdzeniu, że ludzie starzy powinni przepadać za nadgniłymi owocami, zgliwiałym serem, czerstwym pieczywem, mięsem z zapaszkiem i przeterminowanymi konserwami.

Dlaczego wielu ludzi tworzy sobie bezsensowne schematy myślowe? To nadal pozostaje dla mnie zagadką. Czemu służą same schematy myślowe to ja już wiem, ale czy na etapie ich budowania nie lepiej wybrać ten zdroworozsądkowy, oparty na doświadczeniu oraz własnych, także i cudzych, ale koniecznie autentycznych, osobiście zweryfikowanych, doświadczeniach i przeżyciach?

Joshua Reynolds, osiemnastowieczny malarz angielski, wybitny portrecista, pierwszy przewodniczący Królewskiej Akademii Sztuki, twierdził: Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, by tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. Tyle że to nie jest śmieszne…


Koziołek egomorficzny. W roku 2006, jeśli dobrze pamiętam, uczestniczyłem — nie po raz pierwszy w życiu, jednak pierwszy raz tak długo i poza miejscem zamieszkania — w dwutygodniowym warsztacie o charakterze psychologicznym, związanym z pewnym programem rozwoju osobistego, programem zmiany jakości życia — nie on jest tu ważny, więc nie będę się nad nim specjalnie rozwodził. W trakcie trwania warsztatu dokonałem kilku istotnych dla siebie odkryć, a podczas drogi powrotnej, która trwała wiele godzin, udało mi się sformułować teorię, którą nazywam syndromem Koziołka Matołka.

W znanej bajce Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza o Koziołku Matołku opisane zostały przygody tego sympatycznego zwierzaka związane z jego rozlicznymi wędrówkami w poszukiwaniu Pacanowa, jedynego miejsca na świecie, gdzie podobno podkuwają kozy (kozy kują). Syndrom Koziołka Matołka zawarty jest w słowach z bajki: …i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko.

Te moje wielkie odkrycia… Zabawny (choć dopiero teraz, z perspektywy czasu) wydaje mi się fakt, że wszystkie elementy tej układanki miałem w rękach już od dawna, może od zawsze, ale obrazek mi nie wychodził, bo z uporem maniaka niektóre klocki starałem się ułożyć, dopasować do góry nogami. Dlaczego tak?! Dlaczego musiałem gdzieś daleko wyjechać, żeby zyskać szansę na zdobycie czegoś, co przecież cały czas miałem tuż pod nosem? Zresztą schemat ten powtórzył się w moim życiu wiele razy. W końcu zacząłem nawet planować wyjazdy niejako w takim właśnie celu.

Trochę w tym jest mądrości starych powiedzeń, takich jak na przykład: podróże kształcą czy, wywodzącego się z Biblii, trudno jest być prorokiem we własnym kraju (Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony — Mt 13,57), i dużo, dużo więcej…


Potrzebna mi była idea, pojęcie, skrót myślowy, i nie tylko po to, bym w myślach, mowie i piśmie nie musiał za każdym razem posługiwać się żmudną metodą opisową. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to powierzchnia świadomości, jednak szybko zorientowałem się, że to nie wystarczy. Powierzchnia ma raczej dwa wymiary, a TO — przynajmniej cztery. Z podobnych powodów odrzuciłem trójwymiarową kulę świadomości. TO jest amorficzne, kształt i wielkość TEGO jest zmienna. Poza tym TO ma pewien środek, centrum, jednak nie stanowię go ja, lecz moje „tu i teraz”, a ono nieustannie zmienia swoje położenie w czasoprzestrzeni. Ostatecznie pozostałem przy przestrzeni egomorficznej. Oczywiście takiego określenia nie ma, a przynajmniej nie istniało, dopóki nie stworzyłem go na własne potrzeby. Jest to składanka: ego — jako świadoma część osobowości człowieka, jedna ze struktur osobowości (zależą od niej funkcje poznawcze, ale nie tylko) oraz morf — z gr. morphē, występujące w złożeniach, a oznaczające formę, kształt, budowę.

W takim razie przestrzeń egomorficzna obejmuje wszystko to, co odbieram dowolnymi zmysłami i sobie uświadamiam (bardzo ważne!) i już do tego niezbędne są przynajmniej trzy wymiary, czwartym byłby czas, bo w przestrzeni egomorficznej zawarte są również moje wspomnienia (przeszłość) oraz marzenia, plany (niektóre z nich zostaną zrealizowane, więc i przyszłość), wreszcie — jako kolejny wymiar — zmienne natężenie bodźców zmysłowych (siła sygnału) i wynikających z nich uczuć, emocji i percepcji. Przestrzeń egomorficzna jest, jak to już wspomniałem, amorficzna — nie ma wyraźniej, a zwłaszcza stałego kształtu.


Rzeczywistość odbierana zmysłami, jednak świadomie — twierdziłem wcześniej, że jest to ważne, a teraz podam przykład, zresztą banalnie prosty. Od wielu już lat mieszkam na czwartym piętrze bloku bez windy, tysiące razy wchodziłem po schodach. Jednak jakoś nigdy dotąd nie wpadło mi do głowy, żeby je policzyć. Schody, jako takie, zawierają się w mojej przestrzeni egomorficznej, dotykam ich, widzę je, nawet na nie narzekam, jednak ich liczby w tej mojej przestrzeni nie ma, nie istnieje (choć nie jest wykluczone, że egzystuje ona w przestrzeni egomorficznej sąsiada) — przynajmniej do czasu aż z jakiegoś powodu zdecyduję się schody policzyć i wynik zapamiętać. Do czasu aż na stałe albo na jakiś czas liczba schodów stanie się dla mnie ważna. W ten sposób widać też, że przestrzeń egomorficzna nieustannie zmienia się w czasie, a także, że jest przestrzenią indywidualną, osobistą.


Te dwa elementy: syndrom Koziołka Matołka oraz przestrzeń egomorficzna wystarczą, aby zrozumieć powód, dla którego trzeba gdzieś wyjechać, żeby usłyszeć, żeby poznać, żeby zrozumieć, żeby doświadczyć… W nowym, nieznanym miejscu, wśród obcych ludzi, przestrzeń egomorficzna ulega… korzystnej zmianie jakościowej — tu znowu pojawia się problem z nazewnictwem, gdyby chodziło tylko o trzy wymiary, można byłoby mówić o powiększeniu przestrzeni egomorficznej (co ma miejsce choćby na morzu albo w górach — dalej widać) częściej jednak korzystna zmiana, o którą chodzi, dotyczy czwartego oraz piątego wymiaru, czyli naszej uwagi, wrażliwości, koncentracji… percepcji po prostu.


Jeden prosty przykład bywa czasem więcej wart od tony teorii.

Od wielu już lat, kilka razy w miesiącu, spotykam się z pewną grupą osób. Większość z nich znam — lepiej lub gorzej, ale zwykle dobrze albo nawet bardzo dobrze. Spotkania odbywają się w moim mieście, w tych samych miejscach, o tej samej porze i przebiegają zgodnie z przyjętym, stałym od lat scenariuszem. Wypowiedzi (przekonania, poglądy, opinie, doświadczenia) Antka, Bolka, Cześka, Doroty i wielu innych uczestników spotkań znam nieomalże na pamięć, tym bardziej że nasze rozmowy dotyczą zwykle kilkunastu stałych tematów. Nic dziwnego, że w tych warunkach… Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? (Mk8). Ano właśnie! W tych warunkach i okolicznościach moja przestrzeń egomorficzna ma jakość bardzo kiepską — niby słucham, ale czy faktycznie słyszę? Co rozumiem z wypowiedzi innych? Na jak długo je zapamiętam? Jaką mam szansę dostrzec w nich coś nowego, odkrywczego? Jakie uczucia, stany emocjonalne we mnie one wzbudzają, jeżeli w ogóle wywierają na mnie jeszcze jakiekolwiek wrażenie? Przecież nie pamiętam nawet, jaki jest kolor ścian w pomieszczeniu, w którym byłem kilka dni temu, pewnie z dwusetny raz w życiu, ani co na nich wisi — jeśli wisi.

Powiedzmy jednak, że gdzieś wyjeżdżam. Nawet nie muszę wyjeżdżać daleko — czasami wystarczy sąsiednie miasto, kilkadziesiąt kilometrów. Nie jest też potrzebna jakaś długa wyprawa — weekend czy kilka dni zwykle pozwalają uzyskać to, o co chodzi. Trafiam na spotkanie o podobnym charakterze. Tyle tylko, że tym razem odbywa się ono w nowym miejscu i biorą w nim udział nieznani mi dotąd ludzie. Wszystko jest tu nowe, wszystko jest inaczej — jestem uważny i skupiony — bo nie wiem — jak to miało miejsce poprzednio — co i kto jest ważny, co wydarzy się za chwilę, co ktoś powie i czy jego słowa będą miały dla mnie jakieś szczególne znaczenie. W tym wypadku moja przestrzeń egomorficzna aż pulsuje aktywnością, dużo więcej odbieram, rozumiem, czuję, doświadczam, przeżywam, chłonę…


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 41.64