E-book
34.13
Leśne bajeczki

Bezpłatny fragment - Leśne bajeczki

Miś Grubcio i przyjaciele


Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8245-883-1

Od Autorki

Drogie Dzieci,

Książeczka, którą oddaję w wasze ręce jest zbiorem 25. bajeczek opowiadających o przyjaźni, spełnianiu marzeń i pomaganiu innym. W kolejnych historyjkach będziecie poznawać przygody Misia Grubcia i jego przyjaciół. Mam nadzieję, że tak jak ja polubicie mieszkańców Starego Lasu.

Przy każdej z bajeczek znajdziecie pustą ramę (do wydrukowania), w której możecie przedstawić głównego bohatera danej bajeczki. Zamknijcie na chwilę oczy i spróbujcie wyobrazić sobie jak on (lub ona) wygląda, a później… hulaj dusza! Możecie rysować, malować, wyklejać, stemplować i obrazować zwierzątka jak tylko chcecie. Bawcie się dobrze!

Ten zbiór bajeczek nigdy by nie powstał, gdyby nie prośba małej, niezwykłej dziewczynki. Tolciu, ta książeczka jest dla Ciebie. Bez Twojej prośby o napisanie bajeczki o misiu, który podjadał malinki, mogłabym nigdy nie wymyślić Misia Grubcia.

Łączę moc buziaków

Wasza bajkowa Autorka

Szanowni Rodzice i Opiekunowie,

Rozwój wyobraźni, nauka uniwersalnych wartości i tworzenie warunków do nieograniczonej ekspresji twórczej, to moim zdaniem najważniejsze ponadpodstawowe zobowiązania, które mamy wobec naszych maluchów. Mam nadzieję, że lektura książeczki o leśnych zwierzątkach sprawi Wam przyjemność i stworzy możliwość przeprowadzenia ciekawych rozmów na ważne tematy, a wspólne malowanie bajkowych postaci przyniesie wiele radości.

Do każdej bajeczki została dołączona rama, w której można przedstawić (dowolną techniką!) bohatera danej opowieści. Jestem przekonana, że drukowana książeczka z własnoręcznymi ilustracjami wykonanymi przez Wasze dzieci może być przepiękną pamiątką wspólnie spędzonego czasu.

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami

Michalina Radzińska

O misiu Grubciu, który podjadał malinki

Miś Grubcio był bardzo przyjaznym misiem. Mieszkał w wielkim lesie, który kochał całym misiowym serduszkiem. Codziennie chodził na długie spacery podczas których sprawdzał czy w lesie jest bezpiecznie i czy wszystkie zwierzątka, i te małe i te większe, mogą spokojnie wychodzić ze swoich norek. Podczas swoich wędrówek uwielbiał podjadać dziko rosnące przysmaki, a najbardziej jagódki, jeżyny i malinki. Mmmm jakie one są pyszne! I zdrowe! Same witaminki.

Pewnego dnia, przechodząc obok strumyka, Grubcio zauważył płaczącą staruszkę. Zmartwił się bardzo i postanowił sprawdzić czy może jakoś pomoc. W końcu był strażnikiem lasu, a Babulinka pewnie się w nim zgubiła.

— Dlaczego płaczesz Babulinko? — zapytał łagodnym głosem.

— Och Misiulku kochany… Przyszłam nazbierać malin na syropek, który zimą dodaję do herbaty. Jest bardzo zdrowy, więc kiedy go piję, mam dużo siły i mogę pomagać innym. Niestety ktoś zjadł wszystkie malinki, więc w tym roku syropu nie będzie — odpowiedziała zasmucona.

Grubcio troszkę się zawstydził, ponieważ to on zjadł na kolację wszystkie owoce, które rosły przy tej drodze… Taki był z niego łakomczuszek!

— Nie martw się! Znam inne miejsca gdzie wciąż rosną piękne maliny. Niestety trudno tam wejść człowiekowi. Podaj mi proszę swój koszyk, a zbiorę je dla Ciebie.

Miś szybko zawołał przyjaciół, króliczka Mięciutka i wiewiórkę Kiteczkę i z ich pomocą zebrał cały koszyczek owoców. W końcu co sześć łapek to nie jedna!

Babulinka ogromnie ucieszyła się z prezentu od zwierzątek. Podziękowała serdecznie i zaprosiła ich w odwiedziny do swojej chatki na skraju lasu. Od tej pory zimą, kiedy mróz za bardzo szczypał w nos, przyjaciele biegli do domku staruszki, która z wielką radością częstowała ich przepyszną herbatką i ciastem maślanym.

Króliczek Mięciutek i zaczarowany kamyk

Na leśnej polanie nieopodal strumyka, pięć skoków od starego dębu, stała sobie mała chatka z mchu, liści i patyczków. Właścicielem owego domku był Króliczek Mięciutek, najlepszy przyjaciel Misia Grubcia. Niewielkie to było stworzonko, lecz o wielkim sercu oraz najmięciuchniejszym i najpuchatszym futerku w całym lesie.

Pewnego pięknego dnia postanowił udać się w odwiedziny do swojej cioci, Króliczki Puchatki, która robiła najlepszy dżem malinowy pod słońcem. To właśnie miłość do tego smakołyku była powodem, dla którego wybrał się w drogę, ponieważ (aż wstyd się przyznać…) bał się przechodzić koło wielkiej, omszałej skały, która dumnie stała w połowie drogi. Była w niej tajemnicza szczelina, za mała żeby w nią wejść, ale wystarczająco duża, żeby mógł się w niej skryć jakiś leśny potwór. Co prawda nikt jak dotąd nie widział żadnego potwora, ale na wszelki wypadek króliczek starał się przechodzić w tej okolicy tak rzadko jak to tylko możliwe.

Po kilku minutach spaceru Mięciutek dotarł do strumyka. Postanowił zrobić sobie chwilę przerwy i napić się pysznej, czystej wody. Nagle! Coś przykuło jego uwagę. Na dnie strumyka, blisko brzegu, leżał sobie czerwony kamyk w urocze złote plamki. „Jaki piękny kamyk” — pomyślał. — „Wezmę go ze sobą na szczęście”. — Jak pomyślał, tak zrobił!

Dalsza droga prowadziła przez brzozowy lasek. Listki szumiały tak pięknie i kojąco, że Mięciutek na moment zapomniał o wyzwaniu, które czekało na niego tuż tuż. Parę kicnięć za laskiem zauważył na swojej ścieżce cień, który przypomniał mu, że powoli zbliża się do miejsca, którego starał się unikać. Z nerwów ścisnął mocno łapkę i… pomyślał sobie, że nie jest sam! Ma ze sobą zaczarowany kamyczek ze strumyka, który będzie go chronił jak najprawdziwszy talizman. Nikt nie wie czy kamyczki naprawdę bywają zaczarowane i mogą przynosić szczęście, ale wiara Mięciutka była tak mocna, że z odwagą poszedł w wyznaczonym kierunku.

Kiedy znalazł się bardzo blisko skały, usłyszał ciche popiskiwanie. Z początku zatrząsł się z przestrachem, ale szybko doszedł do wniosku, że takie odgłosy może wydawać jakieś małe, przestraszone stworzonko, a nie wymyślony potwór. Podszedł bliżej i zobaczył wielkie, przestraszone oczy świecące w szczelinie.

Okazało się, że oczy należały do małej Myszki Wąsatki, która niedawno wprowadziła się z rodziną do norki za skałą. Ponieważ nie znała nikogo ze stałych mieszkańców lasu, bała się sama bawić na zewnątrz i całe dnie spędzała w swojej kryjówce.

Mięciutek niezmiernie się ucieszył, że poznał nowe zwierzątko. Już po paru minutach rozmowy było jasne, że króliczek i myszka zostaną przyjaciółmi. Bardzo wiele ich łączyło, w tym zamiłowanie do dżemu z malin!

Tego dnia w życiu Mięciutka wydarzyło się wiele dobrego. Poznał nową przyjaciółkę (która z całą pewnością zostanie również przyjaciółką jego przyjaciół) i uwierzył, że potrafi być naprawdę odważny. Nie wiadomo jaka była w tym wszystkim rola kamyka wyłowionego ze strumyka, ale faktem jest, że od tej chwili już nigdy nie chodził do Cioci Puchatki sam. A że miała ona równie wielkie serce jak jej siostrzeniec, z radością przyjmowała pod swój dach wszystkie głodne zwierzątka. Wiadomo, dżemu wystarczy dla wszystkich!

Wiewiórka Kiteczka i zielone kalosze

Wiewiórka Kiteczka była najlepszą przyjaciółką Misia Grubcia i Króliczka Mięciutka. W wiewiórkowej szkole uchodziła za prawdziwą piękność, ponieważ miała najgrubszą i najbardziej rudą kitę. Koleżanki trochę jej zazdrościły urody, ale przede wszystkim przyjaźni z Misiem, który był strażnikiem lasu i Króliczkiem, uznawanym przez wszystkich za niezwykle atrakcyjnego kawalera. Często w życiu bywa tak, że zazdrościmy komuś drobiazgów, nie zdając sobie sprawy z tego, że każdy ma swoje problemiki.

Kiteczka była wesołą wiewióreczką, która mieszkała w starej, wielkiej, dębowej dziupli razem z rodzicami i młodszym braciszkiem Gryzkiem. Pech chciał, że akurat wtedy, kiedy rodzice udali się w odwiedziny do Babci Wiewiórczyńskiej ze starej puszczy, rozpętała się straszna burza i zniszczyła zasłonę wiewiórczej chatki. Kiteczka nie wiedziała co zrobić… Grubcio miał za duże łapki, żeby pomóc nie wyrządzając większej szkody, za to Mięciutek miał odpowiednie, ale nie potrafił dokicać tak wysoko.

Kiteczka była zrozpaczona! Postanowiła nikomu nie mówić o swoim problemie, tylko zaczekać na powrót rodziny. Była to tak uparta pannica, jak puchata była jej kita. Choć każdy z przyjaciół powitałby ją z otwartymi łapkami w swojej chatce, wiewiórka uparła się, że poradzi sobie sama. Oczywiście była to zła decyzja…

Już wieczorem chłód dał jej się we znaki, a w nocy było jeszcze gorzej! Lunął rzęsisty deszcz, który przez wiele godzin wdzierał się do nieosłoniętej dziupli. Jak można sobie wyobrazić, Kiteczka nie zmrużyła oka, a kiedy nadszedł ranek poszła do szkoły zmarznięta i przemoczona. Kita, będąca jej dumą, wisiała smętnie mokra i potargana.

Na szczęście wiewiórki należą do wyjątkowo przyjaznych i wrażliwych stworzonek. Na widok Kiteczki koleżanki pożałowały, że wcześniej jej zazdrościły i zorganizowały „naradę ratunkową”. Okazało się, że jedna z nich widziała na skraju lasu porzucone zielone kalosze. Szybko znalazły Grubcia, który pomógł im przenieść znalezisko w okolice starego dębu. Wyczyściły kalosze na błysk, wymościły mięciutkim mchem i podarowały Kiteczce jako tymczasowy domek, w którym będzie bezpieczna aż do momentu, kiedy dziupla zostanie wyremontowana.

Wiewióreczka popłakała się ze szczęścia! Po raz kolejny okazało się, że przyjaźń między zwierzątkami zawsze będzie silniejsza niż małe powody do zazdrości.

Wielka przygoda Myszki Wąsatki

Myszka Wąsatka, tak niedawno nieśmiała i strachliwa, dzięki nowym przyjaciołom przeszła całkowitą przemianę. Nie dość, że chętnie brała udział we wszystkich zabawach proponowanych przez inne zwierzątka, bardzo szybko odważyła się przedstawiać własne propozycje. Wiadomo! Ciekawość i żywość umysłu raz pobudzona, rozrasta się jak bluszcz na ceglanym murze. Tak też było w przypadku Myszki Wąsatki!

W piękne niedzielne przedpołudnie Myszka zapragnęła odwiedzić Babulinkę, która mieszka pod lasem. Wiele razy słyszała opowieść o tym, jak Miś Grubcio wraz z przyjaciółmi nazbierał dla niej malin na syropek i choć jeszcze jej nie poznała, była przekonana, że to niezwykle miła osoba. Niestety, tego dnia wszystkie zwierzątka miały inne plany. Miś musiał iść na obchód ciemnych mokradeł, Króliczek Mięciutek wybierał się w odwiedziny do cioci, a Wiewiórka Kitka wraz z koleżankami miała organizować przyjęcie niespodziankę dla Pani Kitkowskiej, która była ich ulubioną nauczycielką.

Wąsatka postanowiła, że sama wybierze się na wycieczkę do Babulinki. „To będzie wielka przygoda i doskonałe ćwiczenie na odwagę” — pomyślała. Nie namyślając się długo wyruszyła w drogę. Norka, w której mieszkała z rodziną, znajdowała się blisko granicy lasu, więc nawet małe stworzonko o tycich łapkach bez problemu mogło pokonać drogę do domku Babulinki.

Wąsatka radośnie maszerowała pozdrawiając mijane zwierzątka. Ponieważ dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny, większość mieszkańców lasu opuściła domki. Jedni czyścili swoje futerka, inni zaczęli zbierać zapasy na zimę, jeszcze inni bawili się w ulubione gry. Po pewnym czasie Myszka dotarła do domku na skraju lasu. Co za pech! Babulinki nie było… „Pewnie poszła odwiedzić swoje wnuki i wróci dopiero wieczorem” — pomyślała. — „Skoro nie mogę jej poznać, pomyszkuję troszkę po ogrodzie”.

Tak czy inaczej, Wąsatka była z siebie bardzo dumna! To była jej pierwsza samodzielna wycieczka i jak dotąd ani razu nie zobaczyła nic, co by w niej wzbudziło choć ziarenko niepokoju. Myszka obeszła cały ogród. Pod oknami chatynki rosły olbrzymie malwy. Nawet gdyby 100 myszek stanęło jedna na drugiej i tak by nie dosięgły najwyższych kwiatów. Obok rozciągał się zielnik, który pachniał wprost niebiańsko, a zaraz za nim rosły dorodne dynie, które na jesieni zamienią się w przepyszne ciasta, zupy i marynaty. Wąsatka aż się rozmarzyła na myśl o takich przysmakach…

W pewnym momencie zobaczyła coś, co przykuło jej uwagę! W cudnie kwitnącym sadzie, za głęboką studnią, trzy kroki przed kaloszem, stała stara, dębowa beczka do kiszenia kapusty. Tylko dzięki niezwykłej spostrzegawczości Wąsatka dostrzegła małą, zasłoniętą pajęczyną dziurkę. Chwilę później zauważyła, że przez dziurkę wychodzi myszka; niby zupełnie „myszkowa”, ale jednak inna od myszek, które mieszkają w lesie. Odpowiedź nasunęła się sama. Dziurka w beczce stanowiła nic innego, jak zamaskowane wejście do prawdziwego myszkowego miasteczka. A co tam można zobaczyć, to już zupełnie inna historia…

Chatka Babulinki

Babulinka z chatki na skraju lasu należała do nadzwyczaj żywotnych osób. Kto by pomyślał, że starsza pani z ośmioma krzyżykami na karku może mieć tyle energii i krzepy niczym dorodna rzepa! Te „krzyżyki” to lata przeżyte w szczęściu, miłości i szacunku dla siebie samej i wszystkich otaczających ją stworzeń.

Domek w którym mieszkała był co prawda mały, ale przytulny i doskonale urządzony. Co niezwykłe, wszyscy, którzy go odwiedzali byliby w stanie przysiąc, że magicznie powiększał się jeśli tylko gromadziła się w nim większa liczba gości. Najważniejszą jego częścią była kuchnia z ogromnym starym piecem, na którym wciąż coś się gotowało: przepyszne, gęste zupy, konfitury, aromatyczne sosy. Jak można się domyślić, obok znajdowała się przepastna spiżarnia, w której piętrzyły się słoiki z dżemami i kiszonkami, worki zdrowych kasz, solone mięso, pęki suszonych ziół i buteleczki z leczniczymi miksturami. Cóż, Babulinka wciąż miewała gości, więc zawsze była przygotowana na najważniejsze: karmienie głodomorów. A że gotowała wybornie i do każdego dania dodawała uśmiech i gorące serce, chętnych na jej przysmaki nie brakowało.

Obok kuchni znajdował się salonik z kominkiem, w którym stał ogromny fotel pokryty grubą narzutą w kwiaty. Obok niego piętrzyły się stosy kolorowych poduszek, które w razie potrzeby były rozkładane dookoła. Gromadzili się na nich przyjaciele staruszki, pili herbatę, zajadali maślane ciastka i godzinami słuchali niesamowitych baśni czytanych z wielkiej księgi oprawionej w czerwone płótno. Na wyższym piętrze znajdowała się sypialnia i maleńki pokoik gościnny, który bardzo rzadko pozostawał pusty.

Dom był bielony, lecz zgodnie z okolicznym zwyczajem jego ściany zostały pomalowane w kolorowe kwiaty. Drzwi i okiennice były w kolorze błękitnego nieba. Pod oknami rosły olbrzymie malwy, a dalej rozciągał się ogród z niewielkim sadem, który w pełni zaspokajał potrzeby staruszki na świeże warzywa, zioła i owoce. W jego zakamarkach mieszkały zaprzyjaźnione zwierzątka. W starej beczce po kiszonej kapuście znajdowało się wejście do myszkowego miasteczka, jeże zbudowały sobie domek pod stertą jesiennych liści, a rodzina chrabąszczy urządziła się w ściętym pniu śliwy. Natomiast w starej lipie rosnącej na skraju ogrodu swoją dziuplę miała Sowa Puchawka…

O tym jak Sowa Puchawka zamieszkała w starej lipie

W starej lipie, na skraju ogrodu Babulinki, w dużej, wygodnej dziupli mieszkała Sowa Puchawka. Jaka to była sowa! Sowa mądra głowa! Wśród zwierząt mieszkających w okolicy Puchawka uchodziła za ekspertkę od spraw wszelakich. Rzadko zdarzały się dni, kiedy nikt jej nie odwiedził z zamiarem zadania jakiegoś ważnego pytania: dlaczego po jesieni przygodzi zima? Jak długo trzeba czekać aż dojrzeją maliny? Kiedy spadnie deszcz? Dlaczego księżyc zmienia kształt każdej nocy? Po co ludziom buty? Dlaczego gąsienice przeistaczają się w motyle? I tym podobne…

Sowa była niezwykle cierpliwa, chętna do pomocy i z całych sił starała się zaspokajać ciekawość innych zwierzątek. Zdarzały się jednak takie pytania, na które nawet ona nie znała odpowiedzi. Męczyło ją to okropnie! Z jednej strony lubiła poznawać nowe rzeczy i umiejętność uczenia innych zaspokajała jej próżność, z drugie strony… bardzo bała się tego, że ktoś zada jej pytanie o rzeczy na temat których ona nie ma pojęcia! Na szczęście w głębi serduszka czuła, że mieszkańcy lasu lubią ją dokładnie taką jaka jest i nawet brak odpowiedzi na jakieś dziwaczne pytanie tego nie zmieni. Wiedziała, że znalazła swoje miejsce na ziemi i bez względu na wszystko może się w nim czuć bezpiecznie.

Nie zawsze zwierzęta lgnęły do Puchawki. Oj nie… Ona sama przez długi czas stroniła od innych. Sowa urodziła się daleko stąd, w starej, dzikiej puszczy. Jako pisklak wypadła z dziupli, pod którą znalazł ją młody uczony. Ponieważ nie wiedział jak szukać jej gniazda, zabrał ją ze sobą i uczynił z małej sówki swoją uniwersytecką towarzyszkę.

Lata mijały. Młody uczony stał się szanowanym profesorem, którego gabinet niemal codziennie odwiedzali inni profesorowie. Puchawka uważnie ich słuchała i zapamiętywała wszystko co tylko wpadło jej do ucha. A że Profesor miał w zwyczaju czytać na głos wszystkie książki, sowa posiadła prawdziwie „encyklopedyczną wiedzę”.

Kiedy oboje byli już starzy, wydarzyła się prawdziwa tragedia. Pewnego dnia Profesor nagle zachorował i został zawieziony do szpitala. Puchawka długo czekała na jego powrót. Mijały kolejne tygodnie, a Profesor nie wracał… Po pewnym czasie sowa, która poza świetną pamięcią miała również wybitny słuch, usłyszała, że jest on bardzo słaby i wyjechał na pół roku do górskiego sanatorium. Nie czekając długo, przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekła z gabinetu przez uchylone okno i pofrunęła w siną dal.

I tylko ten, kto samotnie wyruszył na nieprzemyślaną wyprawę w nieokreślonym kierunku, byłby w stanie zrozumieć przygody, które ją spotkały… Puchawka miesiącami szukała Profesora. Musiała nauczyć się zdobywać jedzenie, szukać schronienia do spania i uważać na to, żeby nikt jej nie złapał. Nie raz słyszała, że należy do niezwykle rzadkiego gatunku i bała się, że ktoś mógłby zechcieć zamknąć ją w zoo. A to by oznaczało, że już nigdy nie spotka starego przyjaciela!

Nie trudno sobie wyobrazić, że ptak, który całe życie spędził w uniwersyteckim gabinecie, nie ma dużej wprawy w lataniu. Sowa męczyła się okrutnie! Mimo tego dzielnie pokonywała kolejne kilometry, a każdy z nich przybliżał ją do górskiej krainy.

Pewnego pięknego poranka, gdy skrzydła nieznośnie bolały ją po całonocnym locie, sowa dostrzegła śliczną bieloną chatkę pomalowaną w kolorowe kwiaty. Przed chatką krzątała się staruszka, która wyglądała na przemiłą osobę, więc Puchawka odważyła się wylądować w jej ogrodzie. Nie trudno domyślić się do było dalej! Babulinka szybko dostrzegła wycieńczoną, starą sowę i zaopiekowała się nią najlepiej jak tylko potrafiła. Po kilku dniach Puchawka czuła się jak nowo opierzony pisklak, lecz pomimo powrotu sił nie potrafiła opuścić Staruszki. Bardzo się z nią zżyła i pomyślała, że skoro nie ma nadziei na odnalezienie Profesora, zamieszka pod lasem z nową przyjaciółką. I nikt ich nie rozdzieli!

Wkrótce zadomowiła się w pięknej, wygodnej dziupli w sąsiedztwie chatki, jednak dość szybko odkryła, że jej marzenia o spokojnym życiu z Babulinką wcale nie muszą się spełnić. Od rana do wieczora chatkę odwiedzała masa gości, a Staruszka każdego (!) przyjmowała z otwartymi ramionami! Ależ Puchawka była zazdrosna! Z dnia na dzień jakby puchła z tej zazdrości! Ze złości postanowiła, że przepędzi niechcianych gości! A że sowy są mistrzyniami w pohukiwaniu, całymi nocami, bez przerwy (!) huczała, a w ciągu dnia spała sobie jak prawdziwe niewiniątko. Wykończone zwierzątka nie miały innego wyjścia jak przenieść się w głąb lasu uciekając przed conocnym hałasem.

Na szczęście Babulinka również miała głowę na karku. Szybko zorientowała się, że sowa jest zazdrosna i powoli, krok po kroczku pokazała jej, że potrafi dzielić swój czas pomiędzy wszystkich mieszkańców okolicy, którzy mieli ochotę ją odwiedzić. Nie minęło wiele czasu, a plan zakończył się sukcesem. Puchawka uwierzyła, że może żyć w zgodzie z innymi zwierzątkami, a one przekonały się, że nie jest złośnicą, tylko niezwykle mądrą (i sympatyczną) sową, do której można zwracać się o radę. Ale to już przecież wiecie…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.