E-book
20.48
drukowana A5
38.7
LATO

Bezpłatny fragment - LATO

przekład Monika I. Betley


Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8104-619-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.7

EDITH WHARTON

LATO

przekład Monika I. Betley

Rozdział I

Z DOMU PRAWNIKA ROYALLA, na końcu głównej ulicy North Dormer, wyszła dziewczyna i zatrzymała się na progu.

Było czerwcowe popołudnie. Niebo, przejrzyste jak wiosną, spuściło deszcz słońca na dachy miasteczka oraz otaczające je pastwiska i modrzewiowe zarośla. Wśród białych puszystych chmur spoczywających na ramionach wzgórz uwijał się lekki wiaterek, pchając ich cienie w poprzek pól i wzdłuż trawiastej drogi, która po wejściu do North Dormer przybierała nazwę ulicy. Ponieważ miejscowość leży wysoko i na otwartej przestrzeni, na próżno szukać w niej głębokiego cienia znanego z innych, lepiej wyposażonych przez naturę miasteczek Nowej Anglii. Kępa wierzb płaczących nad stawem dla kaczek i grupa świerków na wprost bramy Hatchardów były niemal jedynymi źródłami cienia na drodze łączącej dom prawnika Royalla z tym miejscem na przeciwnym krańcu miasteczka, w którym droga mija kościół i nadal idąc w górę, okrąża ścianę choin górskich otaczających cmentarz.

Lekki powiew czerwcowego wiatru potrząsnął zwieszonymi gałęziami świerków u Hatchardów, jakiemuś młodemu człowiekowi, który pod nimi przechodził, zerwał słomkowy kapelusz z głowy i cisnął nim na drugą stronę drogi, prosto do stawu dla kaczek.

Kiedy młodzieniec pobiegł, aby go wyłowić, dziewczyna na progu domu prawnika Royalla dostrzegła, że to ktoś obcy, że nosi się po miejsku, oraz że śmieje się serdecznie, jak mają to w zwyczaju ludzie młodzi i beztroscy.

Poczuła lekki skurcz serca, który zdarzał się jej, gdy widziała ludzi o takich promiennych obliczach, i który kazał jej wrócić do domu i udawać, że szuka klucza, choć wiedziała, że leży bezpiecznie w jej kieszeni. W przedpokoju wisiało wąskie zielonawe lustro z pozłacanym orłem i dziewczyna przejrzała się w nim krytycznie. Po raz tysięczny poczuła żal, że nie ma niebieskich oczu Annabel Balch, która czasami przyjeżdżała na tydzień ze Springfield do starej panny Hatchard, po czym poprawiła wypłowiały kapelusz nad swą szczupłą opaloną twarzą i ponownie wyszła na słońce.

— Jak ja tego wszystkiego nienawidzę! — zamruczała pod nosem.

Młody człowiek wszedł na posesję Hatcharów i miała ulicę dla siebie. North Dormer zawsze świeci pustkami, a w ten czerwcowy dzień, o trzeciej po południu, nieliczni sprawni mężczyźni miasteczka byli albo w polu, albo w lesie, zaś kobiety oddawały się z ociąganiem domowym zajęciom.

Dziewczyna ruszyła ulicą, obracając klucz na palcu i obserwując miasto z uwagą wyostrzoną pojawieniem się nieznajomego. Ciekawiło ją, co mogą myśleć o North Dormer ludzie z innych stron świata?

Ona sama mieszkała tu od piątego roku życia i długo uważała, że to miejscowość o sporym znaczeniu. Jednakże mniej więcej rok temu pan Miles, nowy anglikański duchowny z Hepburn, który co drugą niedzielę (pod warunkiem przejezdności dróg) zajeżdżał do North Dormer, aby odprawić mszę, zaproponował w napadzie misjonarskiego zapału, że zabierze miejscową młodzież aż do Nettleton na bogato ilustrowany wykład o Ziemi Świętej. W rezultacie kilkanaścioro dziewcząt i chłopców — całą przyszłość North Dormer — zapakowano na farmerskie wozy, przetransportowano przez wzgórza do Hepburn, umieszczono w pociągu i powieziono do Nettleton.

W trakcie tego niesamowitego dnia Charity Royall, po raz pierwszy i jak dotąd jedyny, miała okazję podróżować koleją, zajrzeć do sklepów ze szklanymi witrynami, spróbować ciasta kokosowego, siedzieć w teatrze, a wreszcie wysłuchać jakiegoś dżentelmena mówiącego różne niezrozumiałe rzeczy na tle fotografii, które nawet by się jej podobały, gdyby nie te jego wyjaśnienia, skutecznie uniemożliwiające zrozumienie, co właściwie przedstawiają.

Inicjacja ta uświadomiła Charity, że North Dormer to mała miejscowość, i rozbudziła głód informacji, którego nie wywołała w niej nawet funkcja bibliotekarki, sprawowana od niedawna. Na miesiąc czy dwa pogrążyła się w gorączkowym i chaotycznym wertowaniu zakurzonych tomów lokalnej Biblioteki imienia Hatcharda. Z czasem wrażenia z Nettleton wyblakły, a jej samej wygodniej było uznać North Dormer za powszechną normę niż kontynuować studiowanie książek.

Widok nieznajomego ożywił wspomnienia z Nettleton i North Dormer znów skurczyło się do swojej rzeczywistej wielkości. Ogarnąwszy całe miasteczko wzrokiem, od wyblakłego czerwonego domu prawnika Royalla na jednym końcu do białego kościoła na drugim, bezlitośnie oceniła jego prawdziwe znaczenie. Oto jest, ogorzałe, położone na wzgórzach, zapomniane przez ludzi, omijane przez linie kolejowe, niedostępne dla tramwajów, telegrafu i wszystkich innych zdobyczy, które we współczesnych społecznościach stanowią pomost łączący życie różnych ludzi.

Nie było tu sklepów, nie było teatrów, żadnych wykładów, żadnego centrum biznesowego. Jedynie kościół, który otwierano co drugą niedzielę, jeśli pozwalał na to stan dróg, no i biblioteka, do której od dwudziestu lat nie kupowano nowych książek i w której stare woluminy próchniały bezużytecznie na wilgotnych półkach. A mimo to Charity Royall nieustannie słyszała od innych, że powinna uważać za przywilej, że los rzucił ją do North Dormer.

Zdawała sobie sprawę z tego, że w porównaniu z miejscem, z którego pochodziła, North Dormer oferowało wszelkie wyrafinowane cywilizacyjne błogosławieństwa. Odkąd przywieziono ją tu w dzieciństwie słyszała to z ust wszystkich mieszkańców miasteczka. Nawet stara panna Hatchard powiedziała jej, w pewnym okropnym momencie jej życia: „Moje dziecko, nie zapomnij nigdy, że to pan Royall sprowadził cię tu z Góry”.

Sprowadzono ją z Góry — z tego pooranego bliznami urwiska, które wznosiło się groźnymi ścianami nad niższymi stokami Eagle Range i stanowiło niezmiennie ponure tło dla ich samotnej doliny. Góra była dobre piętnaście mil stąd, ale tak nagle wyrastała spośród niższych wzniesień, że wydawało się, jakby jej cień padał też na North Dormer. Była niczym wielki magnes, wpierw ściągający chmury, a potem, w trakcie burzy, rozpraszający je po całej dolinie. Jeśli nad North Dormer pojawiła się jakakolwiek smuga oparów, nawet na najczystszym letnim niebie, to dryfowały one potem ku Górze jak statek w stronę wiru, a utknąwszy wśród skał, poszarpane i rozmnożone, spływały w dół deszczem i ciemnościami.

Charity nie znała Góry, ale wiedziała, że ma złą reputację i że pochodzić z niej jest wstydem. Niezależnie od tego, co ją spotka w North Dormer, nie wolno jej, zdaniem panny Hatchard, zapominać, skąd została sprowadzona, i powinna uważać na słowa, oraz być wdzięczna. Rozmyślając o tym, spojrzała na Górę i jak zwykle spróbowała być wdzięczna. Ale obraz młodego mężczyzny przechodzącego bramę posiadłości panny Hatchard obudził wspomnienie migotliwych ulic Nettleton, wstyd z powodu starego, wypłowiałego kapelusza i złość na North Dormer. No i zazdrość, że gdzieś, daleko stąd, Annabel Balch ze Springfield otwiera swe niebieskie oczy, aby oglądać cuda jeszcze większe niż te w Nettleton.

— Jak ja tego wszystkiego nienawidzę — powtórzyła.

W połowie ulicy zatrzymała się przy bramie wiszącej na słabych zawiasach. Weszła przez nią, a potem ruszyła chodnikiem do małej ceglanej świątyni z białymi drewnianymi kolumnami, które podpierały fronton z wytartym złotym napisem: „Biblioteka im. Honoriusa Hatcharda, 1832”.

Honorius Hatchard był ciotecznym dziadkiem starej panny Hatchard, choć ona sama pewnie przestawiłaby to zdanie i uwydatniła, jako jedyną rzecz naprawdę wartą wyróżnienia, że to ona jest jego cioteczną wnuczką. Faktem jest, że w pierwszych latach XIX wieku gwiazda Honoriusa Hatcharda nie świeciła zbyt jasno. Marmurowa tablica we wnętrzu biblioteki informowała rzadkich gości, że posiadał wybitne zdolności literackie, napisał serię artykułów pod tytułem Samotnik z Eagle Range, cieszył się znajomością z Washingtonem Irvingiem i Fitz-Greene Halleckiem oraz że zmarł w kwiecie wieku na gorączkę, którą złapał we Włoszech. Był to jedyny związek North Dormer z literaturą, związek z pietyzmem upamiętniony wzniesieniem budowli, w której każdego wtorkowego i czwartkowego popołudnia Charity Royall siadała przy biurku, pod upstrzonym stalorytem wyobrażającym zmarłego autora, zastanawiając się, kto czuje się bardziej martwy, on w grobie, czy ona w jego bibliotece. Wszedłszy apatycznie do swego więzienia, zdjęła kapelusz i powiesiła na gipsowym popiersiu Minerwy. Otworzyła okiennice, wychyliła się, aby zobaczyć, czy są jakieś jaja w jaskółczym gnieździe nad jednym z okien, i w końcu, sadowiąc się za biurkiem, wyciągnęła zwitek bawełnianej koronki i stalowe szydełko. Nie była mistrzynią robótek ręcznych i wyprodukowanie pół metra wąskiej koronki, którą trzymała teraz nawiniętą na płócienny grzbiet jakiegoś zdezintegrowanego egzemplarza Latarnika, zabrało jej wiele tygodni. Ale był to jedyny sposób na zdobycie koronki potrzebnej do wykończenia letniej bluzki, a odkąd Ally Hawes, najbiedniejsza dziewczyna w miasteczku, pokazała się w kościele w budzących zazdrość przezroczystościach na ramionach, szydełko Charity poruszało się jakby trochę szybciej. Dziewczyna rozwinęła koronkę, wbiła haczyk w pętelkę i ze zmarszczonymi brwiami pochyliła się nad swym dziełem.

Nagle drzwi się otworzyły i jeszcze przed podniesieniem wzroku Charity wiedziała, że do biblioteki wszedł młody człowiek, którego widziała przechodzącego przez bramę posiadłości Hatchardów.

Nie zwracając na nią uwagi, z rękami założonymi do tyłu, zaczął powoli spacerować po długim, podobnym do grobowca pokoju, wodząc wzrokiem krótkowidza w górę i w dół rzędów podniszczonych okładek. W końcu dotarł do biurka i zapytał:

— Macie tu może jakiś katalog kartkowy? — zapytał przyjemnie rzeczowym głosem, a absurdalność jego słów spowodowała, że Charity upuściła robótkę.

— Czy co mamy?

— No wie pani… — nagle urwał, a ona uświadomiła sobie, że dopiero teraz ją zauważył, ponieważ kiedy wszedł i ogarnął wnętrze swym krótkim wzrokiem, zaliczył ją prawdopodobnie do wyposażenia biblioteki.

Nie uszedł jej uwagi fakt, że odkrycie jej obecności zbiło go z pantałyku. Opuściła wzrok i uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech.

— Nie, nie sądzę, żeby pani wiedziała — poprawił się. — Właściwie to nawet byłoby szkoda.

Miała wrażenie, że słyszy w jego głosie lekki protekcjonizm i zapytała sucho:

— A dlaczego?

— Bo w takiej małej bibliotece jak ta, dużo przyjemniej jest myszkować samodzielnie, z pomocą bibliotekarza.

Ostatnią frazę podkreślił z takim szacunkiem, że zmiękła, a potem dodała z westchnieniem:

— Obawiam się, że niewiele będę mogła panu pomóc.

— Czyżby? — dał wyraz swemu zdziwieniu, a ona wyjaśniła, że ten księgozbiór nigdy nie liczył wielu książek, a i tak przeczytała z niego tylko nieliczne.

— Za to wzięły się do nich robaki — dodała ponuro.

— Naprawdę? Jaka szkoda, bo widzę tu kilka ciekawych pozycji.

Sprawiał wrażenie, jakby stracił całe zainteresowanie rozmową. Znów zaczął spacerować, najwyraźniej zapomniawszy o jej istnieniu. Obojętność gościa ubodła ją, więc wróciła do robótki, zdecydowana nie służyć mu nawet najmniejszą pomocą. On jednak raczej jej nie potrzebował, ponieważ stał długi czas plecami do niej, zdejmując z wysokiej półki kolejne tomy pokryte pajęczyną.

— A nie mówiłem! — zawołał nagle.

Podniosła wzrok i zobaczyła, jak wyciąga chusteczkę do nosa i starannie wyciera brzegi trzymanej książki. Uznała to za nieuzasadniony przytyk do sposobu, w jaki sprawowała pieczę nad książkami, i powiedziała z irytacją:

— To nie moja wina, że są brudne.

Odwrócił się i spojrzał na nią ze wzmożonym zainteresowaniem.

— Ach, więc to nie pani jest bibliotekarką?

— Oczywiście, że ja, ale nie mogę przecież odkurzać tych wszystkich książek. Poza tym teraz, kiedy teraz panna Hatchard jest zbyt słaba by tu przychodzić, nikt nigdy ich nie ogląda.

— Pewnie jest tak, jak pani mówi.

Odłożył książkę, którą wycierał, i stał w milczeniu. Charity zastanawiała się, czy to panna Hatchard wysłała go, by zorientował się, czy dobrze zajmuje się biblioteką, i to podejrzenie zwiększyło jej irytację.

— Widziałam przed chwilą, jak wchodził pan do jej domu, czy się mylę? — spytała, unikając wymieniania nazwisk, w typowy dla Nowej Anglii sposób. Postanowiła, że dowie się, dlaczego ten człowiek grzebie w jej książkach.

— Ma pani na myśli dom panny Hatchard? No cóż, to moja krewna i mieszkam u niej — odpowiedział młody człowiek, dodając, jakby chciał rozładować dające się wyczuć napięcie:

— Nazywam się Harney. Lucius Harney. Być może kiedyś o mnie napomknęła.

— Nie, nie napomknęła — powiedziała Charity, żałując, że nie może powiedzieć „Tak, mówiła”.

— No cóż — roześmiał się kuzyn panny Hatchard, a po krótkiej przerwie, w czasie której Charity uświadomiła sobie, że jej odpowiedź nie była zachęcająca, zauważył:

— Mam wrażenie, że nie jest pani mocna w architekturze.

Jej zdumienie było całkowite: im bardziej chciała pokazać, że go rozumie, tym bardziej niezrozumiałe były jego uwagi. Przypominał jej tego mężczyznę z Nettleton, który miał im objaśnić zdjęcia; znów skuliła się pod ciężarem własnej ignorancji jak pod kirem.

— To znaczy, nie widzę, żeby miała pani tutaj jakieś książki na temat starych domów. Przypuszczam, że jeśli o to chodzi, to ta część kraju nie została jeszcze zbadana. Wszyscy zajmują się Plymouth i Salem. To głupie. Dom mojej kuzynki, na przykład, jest niezwykły. Ta miejscowość musi mieć jakąś przeszłość, musi być czymś więcej niż zwykłym miejscem.

Urwał, z rumieńcem nieśmiałego człowieka, który usłyszawszy swoje słowa, lęka się, czy aby nie jest zbyt gadatliwy.

— Widzi pani, jestem architektem i poluję na stare domy w tej okolicy.

Patrzyła zdumiona.

— Stare domy? Ależ w North Dormer wszystko jest stare. W każdym razie ludzie na pewno.

Zaśmiał się i znów się oddalił.

— Czy nie ma pani czegoś w rodzaju historii tego miasta? Mam wrażenie, że napisano coś takiego koło tysiąc osiemset czterdziestego roku. Jakaś książka lub broszura o pierwszej tutejszej osadzie — powiedział, tym razem z drugiego końca pokoju.

Przycisnęła szydełko do warg i myślała. Wiedziała, że gdzieś była taka książka: North Dormer i pierwsze miasteczka Eagle County. Czuła do niej szczególną niechęć, bo była to wiotka publikacja w miękkiej oprawie, która zawsze albo spadała z półki, albo się przewracała, albo w ogóle znikała, wciśnięta między inne tomy, które miały ją podtrzymywać. Przypomniała sobie, że kiedy ostatni raz miała ją w ręce, zastanawiała się, komu w ogóle mogło przyjść do głowy, aby napisać książkę o North Dormer i sąsiadujących z nim miejscowościach: Dormer, Hamblin, Creston i Creston River. Znała je wszystkie, kolejne zgrupowania domów zanurzonych w fałdy odludnych pagórków: Dormer, do którego z North Dormer jeździło się po jabłka; Creston River z szarymi ścianami starej papierni niszczejącymi nad strumieniem; wreszcie Hamblin, w którym śnieg zaczynał padać najwcześniej. Właśnie tym się mogły pochwalić.

Wstała i zaczęła się niepewnie przesuwać między półkami. Właściwie nie miała pojęcia, gdzie odłożyła tę książkę ostatnio, a coś jej mówiło, że zamierza ona wyczyniać swe normalne sztuczki, bawiąc się w chowanego. To nie był jeden z jej szczęśliwych dni.

— To może być gdzieś tutaj — powiedziała, aby dowieść swej gorliwości, ale nie brzmiała przekonująco i czuła, że tymi słowami jej nie dowiodła.

— Ach, no cóż — powiedział raz jeszcze. Czuła, że zbiera się do wyjścia i bardziej niż kiedykolwiek chciała znaleźć tę książkę.

— Znajdzie się następnym razem — dodał i wręczył jej wolumin, który wcześniej odłożył na biurko.

— Przy okazji, trochę powietrza i słońca dobrze mu zrobi, to dość cenna pozycja.

Pożegnał ją lekkim skinieniem głowy i uśmiechem, po czym wyszedł.

Rozdział II

W BIBLIOTECE HATCHARDA dyżur bibliotekarki trwał od trzeciej do piątej, a obowiązkowość Charity Royall trzymała ją zwykle przy biurku prawie do wpół do piątej.

Nigdy jednak nie zauważyła, aby cokolwiek dobrego wynikało z tej skrupulatności, czy to dla North Dormer, czy to dla niej samej. Dlatego nie miała żadnych oporów, aby zamykać bibliotekę nawet godzinę wcześniej, gdy jej to pasowało. Właśnie taką decyzję podjęła kilka minut po odejściu pana Harneya: odłożyła swą koronkę, zamknęła okiennice i przekręciła klucz w drzwiach świątyni wiedzy.

Ulica, na którą wyszła, nadal była pusta. Zerknęła w górę i w dół chodnika, po czym zaczęła iść w kierunku domu, ale zamiast do niego wejść, minęła go i poszła polną dróżką biegnącą w stronę pastwiska na wzgórzu. Otworzyła furtkę, przeszła wzdłuż zmurszałego muru okalającego pastwisko i zatrzymała się dopiero na wzniesieniu porośniętym kępą modrzewi, które powiewały na wietrze frędzlami gałęzi. Położyła się na zboczu, pozbyła kapelusza i wtuliła twarz w trawę.

Było wiele rzeczy, na które była ślepa i niewrażliwa, i miała niejasną świadomość tego faktu. Ale każda kropla jej krwi reagowała na wszystko, co było światłem i powietrzem, zapachem i kolorem. Kochała szorstkość suchych górskich traw pod palcami, woń tymianku, który uwierał jej policzki, wiatr, który rozczesywał włosy i targał bawełnianą bluzkę, i skrzypienie modrzewi, próbujących stawić mu opór.

Często wspinała się na wzgórze i leżała tam dla samej przyjemności czucia wiatru i dotyku szorstkiej trawy na policzkach. Zwykle w takich chwilach o niczym nie myślała, po prostu leżała, pławiąc się w niewyartykułowanym zadowoleniu. Dziś dobre samopoczucie potęgowała radość z ucieczki z biblioteki. Lubiła, gdy ktoś do niej wpadał na pogaduszki, ale nienawidziła zajmować się książkami. Dlaczego miałaby pamiętać, gdzie stoją, skoro tak rzadko ktoś o nie prosi? Od czasu do czasu jakąś powieść pożyczała Orma Fry, a jej brat Ben lubił to, co nazywał „gieografią”, no i książki dotyczące handlu i księgowości. O nic więcej jednak nie pytano, z wyjątkiem może Chaty wuja Toma lub Opening of a Chestnut Burr*, czy Longfellowa. Miała je zawsze pod ręką i mogła znaleźć po ciemku, ale bardziej wymyślne zamówienia zdarzały się tak rzadko, że drażniły ją jak niesprawiedliwość.

Młody człowiek jej się podobał, i jego krótkowzroczność, i ten dziwny sposób mówienia, niby obcesowy, a jednak miękki, podobnie jak opalone żylaste dłonie, o paznokciach gładkich jak u kobiety.

Jego włosy też wyglądały jak spalone słońcem, a może raczej jak paprocie wybielone mrozem; jego szare oczy były interesująco krótkowzroczne, uśmiech skromny, ale nie pozbawiony pewności siebie, jak gdyby jego właściciel wiedział rzeczy, o których ona nawet nigdy nie marzyła, a mimo to za żadne skarby nie chciał jej dać odczuć tej wyższości. A jednak odczuła ją i lubiła to uczucie, bo było dla niej nowym doznaniem. Mimo że biedna i nieokrzesana, i tego świadoma, najskromniejsza z pokornych nawet w North Dormer, gdzie pochodzenie z Góry było najgorszym wstydem, to ona ustalała zasady w swoim własnym, ciasnym świecie. Po części wynikało to z faktu, że adwokat Royall był „największym człowiekiem North Dormer”; w rzeczywistości o wiele za dużym dla tego miasteczka. W rezultacie niezorientowani ludzie z zewnątrz zawsze zastanawiali się, co go tu trzyma. Adwokat Royall rządził w North Dormer, nie licząc się z nikim, nawet z panną Hatchard. A w domu Royalla rządziła Charity. Nigdy nie myślała o tym w takich kategoriach, ale była świadoma władzy, jaką posiada, wiedziała, gdzie jest jej źródło i tego nienawidziła. Ku jej zaskoczeniu ten młody człowiek w bibliotece sprawił, że po raz pierwszy poczuła słodycz zależności.

Usiadła, wyczesała drobiny trawy z włosów i spojrzała w dół na dom, którym rządziła. Stał niedaleko, ponury i zaniedbany, z wyblakłym czerwonym frontonem, odgrodzony od ulicy podwórkiem ze ścieżką obsadzoną krzakami agrestu, głazem obrośniętym klematisem i chorowitym krzakiem pnącej róży wspartym na wachlarzowatej podporze, który pan Royall przywiózł dla niej kiedyś z Hepburn. Za domem jakieś wertepy z rozciągniętymi sznurkami do suszenia bielizny, przyczepionymi do kamiennego muru, a za murem poletko kukurydzy i kilka rzędów ziemniaków, bezładnie zaplątanych w przyległy ugór kamieni i paproci. Charity nie mogła sobie przypomnieć, kiedy zobaczyła dom po raz pierwszy. Powiedziano jej, że kiedy przywieziono ją tu z Góry, gorączkowała; pamiętała jedyne, że pewnego dnia obudziła się w łóżeczku stojącym w nogach łóżka pani Royall i spojrzała na zimną schludność pokoju, który obecnie należał do niej.

Pani Royall zmarła siedem czy osiem lat później. To właśnie sprzed jej śmierci pochodziła większość tego, co Charity wiedziała o sobie. Pamiętała, że pani Royall była smutna, nieśmiała i słaba, że pan Royall był szorstki i brutalny, i jeszcze słabszy od żony. Wiedziała, że ochrzczono ją (w białym kościele na drugim końcu miasteczka) imieniem Charity, aby upamiętnić fakt, że „sprowadzenie jej” nie było dla pana Royalla żadnym interesem oraz po to, aby wzmóc rodzące się w niej uczucie zależności. Wiedziała, że pan Royall jest jej opiekunem, ale chociaż nigdy jej nie adoptował, wszyscy mówili o niej Charity Royall. Wiedziała też, dlaczego wrócił do North Dormer, zamiast prowadzić praktykę w Nettleton, gdzie rozpoczynał swą prawniczą karierę.

Po śmierci pani Royall mówiło się trochę o wysłaniu jej do szkoły z internatem. Zasugerowała to panna Hatchard, która odbyła w tej sprawie długą naradę z panem Royallem. Ten zaś, postępując zgodnie z jej planem, udał się pewnego dnia do Starkfield, by odwiedzić szkołę, którą mu poleciła. Wrócił następnej nocy chmurny jak burza gradowa. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a przecież Charity miała już pewne doświadczenie w tym względzie.

Kiedy zapytała go, kiedy zaczyna, odpowiedział: „Nie jedziesz” i zamknął się w pokoju, który nazywał gabinetem. Następnego dnia pani, która prowadziła szkołę w Starkfield, napisała, że obawia się, że „w tych okolicznościach” nie zdoła znaleźć miejsca dla jeszcze jednej uczennicy.

Charity była rozczarowana, ale rozumiała. To nie pokusy Starkfield zniechęciły pana Royalla, ale myśl, że może ją utracić. Był bardzo samotnym człowiekiem; wiedziała to, ponieważ sama też była samotna. On i ona, sami w tym smutnym domu, zgłębiali otchłań izolacji i choć Charity nie żywiła dlań żadnego szczególnego uczucia ani najmniejszej wdzięczności, to jednak było jej go żal, bo rozumiała, że był lepszy od otaczających go ludzi, a ona była jedyną istotą oddzielającą go od osamotnienia.

Dlatego, kiedy dzień czy dwa później panna Hatchard wezwała ją do siebie na rozmowę o szkole w Nettleton i oznajmiła, że tym razem „poczyniła niezbędne ustalenia” za pośrednictwem jakiejś swojej przyjaciółki, Charity przerwała jej, oświadczając, że postanowiła zostać w North Dormer.

Panna Hatchard uprzejmie zakwestionowała jej decyzję, ale bez skutku, bo Charity zwyczajnie oświadczyła:

— Myślę, że pan Royall jest zbyt samotny.

Panna Hatchard zamrugała ze zdumienia zza okularów, a wszystkie zmarszczki jej długiej wiotkiej twarzy podkreślały to zdziwienie. Wsparła dłonie na poręczach mahoniowego fotela i pochyliła się do przodu z wyraźnym zamiarem powiedzenia czegoś, co powinno zostać powiedziane.

— To uczucie dobrze o tobie świadczy, moja droga.

Rozejrzała się po bladych ścianach swego salonu, jakby szukając porady w rodowych dagerotypach i dydaktycznych makatkach, ale one tylko utrudniały sformułowanie wypowiedzi.

— Rzecz w tym, że nie chodzi… Nie chodzi tylko o korzyści. Są też inne powody. Jesteś zbyt młoda, by zrozumieć…

— Och, wcale nie — powiedziała Charity szorstko i panna Hatchard zaczerwieniła się po cebulki swych jasnych włosów. Musiała jednak poczuć coś w rodzaju ulgi z takiego nagłego ucięcia jej wyjaśnień, bo zakończyła, znowu wodząc z nadzieją wzrokiem po dagerotypach:

— Oczywiście zawsze będę ci pomocna. I gdybyś… w przypadku… wiedz, że zawsze możesz zwrócić się do mnie.

Prawnik Royall czekał na Charity na werandzie. Ogolił się i odpylił swój czarny surdut i wyglądał jak wspaniały posąg mężczyzny. W takich chwilach naprawdę go podziwiała.

— To jak, wszystko obgadane?

— Tak, obgadane. Nie jadę.

— Nie do szkoły w Nettleton?

— Nigdzie.

Przełknął ślinę i zapytał zdawkowo:

— Dlaczego?

— Raczej nie mam ochoty — powiedziała, wymijając go w drodze do swego pokoju. To właśnie w następnym tygodniu przywiózł jej z Hepburn pnącą różę z podpórką w kształcie wachlarza. Nigdy wcześniej nic jej nie podarował.

Kolejne niezwykłe wydarzenie w jej życiu miało miejsce dwa lata później, gdy miała siedemnaście lat. Adwokat Royall, który nie znosił Nettleton, został tam wezwany w związku z jakąś sprawą. Nadal prowadził praktykę zawodową, ale obszar jego działania skurczył się do North Dormer i okolicznych mieścin, dlatego kiedy pojawiła się ta sposobność, nie mógł sobie pozwolić na odmowę. Spędził trzy dni w Nettleton, wygrał sprawę i wrócił w znakomitym humorze. Było to rzadkie wydarzenie i dał mu wyraz pełną gestykulacji opowieścią przy kolacji o „gorącym powitaniu”, jakie zgotowali mu dawni koledzy.

— Byłem kompletnym głupcem, że opuściłem Nettleton — zakończył konfidencjonalnie. — To pani Royall namówiła mnie do tego.

Charity natychmiast się domyśliła, że musiała go spotkać jakaś przykrość i stara się zatrzeć to wspomnienie gadulstwem. Poszła do siebie na górę wcześnie, zostawiając go z jego kapryśnym humorem, opartego łokciami na rozłożonej na stole ceracie. Po drodze na górę wyjęła z kieszeni jego surduta klucz do szafki, w której stała butelka whiskey.

Obudził ją hałas pod drzwiami pokoju, więc wyskoczyła z łóżka. Usłyszała głos pana Royalla, przyciszony i rozkazujący. Otworzyła drzwi, w obawie, że coś się stało. Żadna inna myśl nie przyszła jej do głowy, ale kiedy zobaczyła go w drzwiach, ze zmienioną twarzą w świetle jesiennego księżyca, zrozumiała.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, ale kiedy przestąpił próg, wyciągnęła rękę i zatrzymała go.

— Ani kroku dalej — powiedziała tak stanowczo, że sama się zdziwiła — nie dostaniesz dziś tego klucza.

— Charity, pozwól mi wejść. Nie chodzi o klucz. Jestem taki samotny — zaczął głębokim głosem, który czasami ją poruszał.

Jej serce zabiło gwałtownie, ale powstrzymała go z pogardą:

— No cóż, domyślam się, że się pomyliłeś. To już nie jest pokój twojej żony.

Nie bała się, po prostu czuła głęboki wstręt. Być może wyczuł to lub wyczytał z jej twarzy, bo chwilę stał nieruchomo, po czym odwrócił się i odszedł. Z uchem przytkniętym do dziurki od klucza nasłuchiwała, jak ostrożnie schodzi po ciemnych schodach i kieruje się do kuchni. Oczekiwała trzasku drzwiczek do szafki, ale zamiast tego usłyszała, że otwiera drzwi domu, a po chwili poprzez ciszę nocy dotarły do niej jego ciężkie kroki po ścieżce. Podkradła się do okna i ujrzała w świetle księżyca jego zgarbioną sylwetkę na drodze. Wraz ze świadomością odniesionego zwycięstwa pojawił się spóźniony strach; przemarznięta do szpiku kości wśliznęła się do łóżka.

Dzień czy dwa później zmarła nagle na zapalenie płuc biedna Eudora Skeff, która od dwudziestu lat zajmowała się biblioteką Hatcharda. Na drugi dzień po pogrzebie Charity odwiedziła pannę Hatchard i poprosiła o posadę bibliotekarki. Wydaje się, że żądanie to zaskoczyło pannę Hatchard, która powątpiewała w kwalifikacje kandydatki.

— Ależ, no nie wiem, moja droga. Czy nie jesteś za młoda? — powiedziała z ociąganiem.

— Chcę zarobić trochę pieniędzy — odpowiedziała Charity szczerze.

— Czy pan Royall nie daje ci, ile potrzeba? W North Dormer nie ma bogaczy.

— Chcę mieć tyle pieniędzy, by stąd wyjechać.

— Wyjechać? — wyrażające zdziwienie zmarszczki panny Hatchard pogłębiły jeszcze bardziej i przez chwilę trwała rozpaczliwa cisza. — Chcesz opuścić pana Royalla?

— Tak. Albo niech zamieszka ze mną jeszcze jakaś inna kobieta — rezolutnie odpowiedziała Charity.

Panna Hatchard zacisnęła nerwowo dłonie na poręczach fotela. Poszukała wzrokiem wyblakłych twarzy na ścianach i, kaszlnąwszy niezdecydowanie, dodała z naciskiem:

— Sprawia ci trudność… zajmowanie się domem, jak sądzę?

Charity poczuła wewnętrzny chłód. Zrozumiała, że panna Hatchard nie pali się do pomocy i że czeka ją niełatwa przeprawa. Opanowało ją poczucie głębokiego osamotnienia; poczuła się niezmiernie stara. „Trzeba do niej mówić jak do dziecka”, pomyślała ze współczuciem dla przewlekłej niedojrzałości panny Hatchard.

— Otóż to, właśnie tak — odpowiedziała. — Praca w domu strasznie mnie męczy: tej jesieni dużo kasłałam.

Zauważyła natychmiastowy skutek tej sugestii. Panna Hatchard zbladła na wspomnienie niedawnego odejścia biednej Eudory i obiecała, że zrobi, co w jej mocy. Są wszakże ludzie, z którymi musi się skonsultować: duchowny, radni North Dormer i daleki krewny w Springfield.

— Gdybyś chociaż miała jakąś szkołę! — westchnęła.

Odprowadziła Charity do drzwi i tam, w zaciszu sieni, spojrzała na nią z ledwie uchwytną prośbą w oku:

— Ja wiem, że pan Royall czasami… próbuje… Jego żona jakoś to znosiła. No, ale musisz jednak pamiętać, że to pan Royall sprowadził cię tu z Góry.

Charity wróciła do domu i otworzyła drzwi do gabinetu pana Royalla. Siedział przy piecu, czytając przemówienia Daniela Webstera. W czasie tych pięciu dni, które minęły od nocy, gdy do niej przyszedł, spotykali się przy posiłkach i szła u jego boku na pogrzebie Eudory, ale nie zamienili ani słowa.

Zaskoczony uniósł wzrok, gdy weszła; zauważyła, że się nie golił i wyglądał nadzwyczaj staro, ale zawsze myślała o nim jako o starym człowieku i zmiana w jego wyglądzie jej nie poruszyła. Oznajmiła, że była u panny Hatchard i wyjaśniła, w jakiej sprawie. Dostrzegła, że był zdziwiony, ale milczał.

— Powiedziałam jej, że prace domowe męczą mnie za bardzo i chcę zarobić, by płacić służącej. Ale nie mam zamiaru jej płacić — ty to zrobisz. Chcę mieć trochę pieniędzy dla siebie.

Czarne, krzaczaste brwi pana Royalla zmarszczyły się, a jego pobrudzone atramentem paznokcie bębniły o blat biurka.

— Po co ci pieniądze? — zapytał.

— Żeby móc wyjechać, kiedy zechcę.

— Dlaczego chcesz wyjechać?

Dała upust swej pogardzie.

— Czy sądzisz, że ktokolwiek chciałby zostać w North Dormer, gdyby miał inną możliwość? Z pewnością nie ty, jak powiadają!

Opuścił głowę i zapytał przyciszonym głosem:

— Dokąd byś pojechała?

— Wszędzie tam, gdzie mogę zarobić na życie. Najpierw spróbuję tu, a jeśli się nie uda, pojadę gdzie indziej. Jeśli będę musiała to nawet na Górę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.7