E-book
20.48
drukowana A5
41.09
LATO

Bezpłatny fragment - LATO

przekład Monika I. Betley


Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8104-619-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 41.09

EDITH WHARTON

LATO

przekład Monika I. Betley

Rozdział I

Z DOMU PRAWNIKA ROYALLA, na końcu głównej ulicy North Dormer, wyszła dziewczyna i zatrzymała się na progu.

Było czerwcowe popołudnie. Niebo, przejrzyste jak wiosną, spuściło deszcz słońca na dachy miasteczka oraz otaczające je pastwiska i modrzewiowe zarośla. Wśród białych puszystych chmur spoczywających na ramionach wzgórz uwijał się lekki wiaterek, pchając ich cienie w poprzek pól i wzdłuż trawiastej drogi, która po wejściu do North Dormer przybierała nazwę ulicy. Ponieważ miejscowość leży wysoko i na otwartej przestrzeni, na próżno szukać w niej głębokiego cienia znanego z innych, lepiej wyposażonych przez naturę miasteczek Nowej Anglii. Kępa wierzb płaczących nad stawem dla kaczek i grupa świerków na wprost bramy Hatchardów były niemal jedynymi źródłami cienia na drodze łączącej dom prawnika Royalla z tym miejscem na przeciwnym krańcu miasteczka, w którym droga mija kościół i nadal idąc w górę, okrąża ścianę choin górskich otaczających cmentarz.

Lekki powiew czerwcowego wiatru potrząsnął zwieszonymi gałęziami świerków u Hatchardów, jakiemuś młodemu człowiekowi, który pod nimi przechodził, zerwał słomkowy kapelusz z głowy i cisnął nim na drugą stronę drogi, prosto do stawu dla kaczek.

Kiedy młodzieniec pobiegł, aby go wyłowić, dziewczyna na progu domu prawnika Royalla dostrzegła, że to ktoś obcy, że nosi się po miejsku, oraz że śmieje się serdecznie, jak mają to w zwyczaju ludzie młodzi i beztroscy.

Poczuła lekki skurcz serca, który zdarzał się jej, gdy widziała ludzi o takich promiennych obliczach, i który kazał jej wrócić do domu i udawać, że szuka klucza, choć wiedziała, że leży bezpiecznie w jej kieszeni. W przedpokoju wisiało wąskie zielonawe lustro z pozłacanym orłem i dziewczyna przejrzała się w nim krytycznie. Po raz tysięczny poczuła żal, że nie ma niebieskich oczu Annabel Balch, która czasami przyjeżdżała na tydzień ze Springfield do starej panny Hatchard, po czym poprawiła wypłowiały kapelusz nad swą szczupłą opaloną twarzą i ponownie wyszła na słońce.

— Jak ja tego wszystkiego nienawidzę! — zamruczała pod nosem.

Młody człowiek wszedł na posesję Hatcharów i miała ulicę dla siebie. North Dormer zawsze świeci pustkami, a w ten czerwcowy dzień, o trzeciej po południu, nieliczni sprawni mężczyźni miasteczka byli albo w polu, albo w lesie, zaś kobiety oddawały się z ociąganiem domowym zajęciom.

Dziewczyna ruszyła ulicą, obracając klucz na palcu i obserwując miasto z uwagą wyostrzoną pojawieniem się nieznajomego. Ciekawiło ją, co mogą myśleć o North Dormer ludzie z innych stron świata?

Ona sama mieszkała tu od piątego roku życia i długo uważała, że to miejscowość o sporym znaczeniu. Jednakże mniej więcej rok temu pan Miles, nowy anglikański duchowny z Hepburn, który co drugą niedzielę (pod warunkiem przejezdności dróg) zajeżdżał do North Dormer, aby odprawić mszę, zaproponował w napadzie misjonarskiego zapału, że zabierze miejscową młodzież aż do Nettleton na bogato ilustrowany wykład o Ziemi Świętej. W rezultacie kilkanaścioro dziewcząt i chłopców — całą przyszłość North Dormer — zapakowano na farmerskie wozy, przetransportowano przez wzgórza do Hepburn, umieszczono w pociągu i powieziono do Nettleton.

W trakcie tego niesamowitego dnia Charity Royall, po raz pierwszy i jak dotąd jedyny, miała okazję podróżować koleją, zajrzeć do sklepów ze szklanymi witrynami, spróbować ciasta kokosowego, siedzieć w teatrze, a wreszcie wysłuchać jakiegoś dżentelmena mówiącego różne niezrozumiałe rzeczy na tle fotografii, które nawet by się jej podobały, gdyby nie te jego wyjaśnienia, skutecznie uniemożliwiające zrozumienie, co właściwie przedstawiają.

Inicjacja ta uświadomiła Charity, że North Dormer to mała miejscowość, i rozbudziła głód informacji, którego nie wywołała w niej nawet funkcja bibliotekarki, sprawowana od niedawna. Na miesiąc czy dwa pogrążyła się w gorączkowym i chaotycznym wertowaniu zakurzonych tomów lokalnej Biblioteki imienia Hatcharda. Z czasem wrażenia z Nettleton wyblakły, a jej samej wygodniej było uznać North Dormer za powszechną normę niż kontynuować studiowanie książek.

Widok nieznajomego ożywił wspomnienia z Nettleton i North Dormer znów skurczyło się do swojej rzeczywistej wielkości. Ogarnąwszy całe miasteczko wzrokiem, od wyblakłego czerwonego domu prawnika Royalla na jednym końcu do białego kościoła na drugim, bezlitośnie oceniła jego prawdziwe znaczenie. Oto jest, ogorzałe, położone na wzgórzach, zapomniane przez ludzi, omijane przez linie kolejowe, niedostępne dla tramwajów, telegrafu i wszystkich innych zdobyczy, które we współczesnych społecznościach stanowią pomost łączący życie różnych ludzi.

Nie było tu sklepów, nie było teatrów, żadnych wykładów, żadnego centrum biznesowego. Jedynie kościół, który otwierano co drugą niedzielę, jeśli pozwalał na to stan dróg, no i biblioteka, do której od dwudziestu lat nie kupowano nowych książek i w której stare woluminy próchniały bezużytecznie na wilgotnych półkach. A mimo to Charity Royall nieustannie słyszała od innych, że powinna uważać za przywilej, że los rzucił ją do North Dormer.

Zdawała sobie sprawę z tego, że w porównaniu z miejscem, z którego pochodziła, North Dormer oferowało wszelkie wyrafinowane cywilizacyjne błogosławieństwa. Odkąd przywieziono ją tu w dzieciństwie słyszała to z ust wszystkich mieszkańców miasteczka. Nawet stara panna Hatchard powiedziała jej, w pewnym okropnym momencie jej życia: „Moje dziecko, nie zapomnij nigdy, że to pan Royall sprowadził cię tu z Góry”.

Sprowadzono ją z Góry — z tego pooranego bliznami urwiska, które wznosiło się groźnymi ścianami nad niższymi stokami Eagle Range i stanowiło niezmiennie ponure tło dla ich samotnej doliny. Góra była dobre piętnaście mil stąd, ale tak nagle wyrastała spośród niższych wzniesień, że wydawało się, jakby jej cień padał też na North Dormer. Była niczym wielki magnes, wpierw ściągający chmury, a potem, w trakcie burzy, rozpraszający je po całej dolinie. Jeśli nad North Dormer pojawiła się jakakolwiek smuga oparów, nawet na najczystszym letnim niebie, to dryfowały one potem ku Górze jak statek w stronę wiru, a utknąwszy wśród skał, poszarpane i rozmnożone, spływały w dół deszczem i ciemnościami.

Charity nie znała Góry, ale wiedziała, że ma złą reputację i że pochodzić z niej jest wstydem. Niezależnie od tego, co ją spotka w North Dormer, nie wolno jej, zdaniem panny Hatchard, zapominać, skąd została sprowadzona, i powinna uważać na słowa, oraz być wdzięczna. Rozmyślając o tym, spojrzała na Górę i jak zwykle spróbowała być wdzięczna. Ale obraz młodego mężczyzny przechodzącego bramę posiadłości panny Hatchard obudził wspomnienie migotliwych ulic Nettleton, wstyd z powodu starego, wypłowiałego kapelusza i złość na North Dormer. No i zazdrość, że gdzieś, daleko stąd, Annabel Balch ze Springfield otwiera swe niebieskie oczy, aby oglądać cuda jeszcze większe niż te w Nettleton.

— Jak ja tego wszystkiego nienawidzę — powtórzyła.

W połowie ulicy zatrzymała się przy bramie wiszącej na słabych zawiasach. Weszła przez nią, a potem ruszyła chodnikiem do małej ceglanej świątyni z białymi drewnianymi kolumnami, które podpierały fronton z wytartym złotym napisem: „Biblioteka im. Honoriusa Hatcharda, 1832”.

Honorius Hatchard był ciotecznym dziadkiem starej panny Hatchard, choć ona sama pewnie przestawiłaby to zdanie i uwydatniła, jako jedyną rzecz naprawdę wartą wyróżnienia, że to ona jest jego cioteczną wnuczką. Faktem jest, że w pierwszych latach XIX wieku gwiazda Honoriusa Hatcharda nie świeciła zbyt jasno. Marmurowa tablica we wnętrzu biblioteki informowała rzadkich gości, że posiadał wybitne zdolności literackie, napisał serię artykułów pod tytułem Samotnik z Eagle Range, cieszył się znajomością z Washingtonem Irvingiem i Fitz-Greene Halleckiem oraz że zmarł w kwiecie wieku na gorączkę, którą złapał we Włoszech. Był to jedyny związek North Dormer z literaturą, związek z pietyzmem upamiętniony wzniesieniem budowli, w której każdego wtorkowego i czwartkowego popołudnia Charity Royall siadała przy biurku, pod upstrzonym stalorytem wyobrażającym zmarłego autora, zastanawiając się, kto czuje się bardziej martwy, on w grobie, czy ona w jego bibliotece. Wszedłszy apatycznie do swego więzienia, zdjęła kapelusz i powiesiła na gipsowym popiersiu Minerwy. Otworzyła okiennice, wychyliła się, aby zobaczyć, czy są jakieś jaja w jaskółczym gnieździe nad jednym z okien, i w końcu, sadowiąc się za biurkiem, wyciągnęła zwitek bawełnianej koronki i stalowe szydełko. Nie była mistrzynią robótek ręcznych i wyprodukowanie pół metra wąskiej koronki, którą trzymała teraz nawiniętą na płócienny grzbiet jakiegoś zdezintegrowanego egzemplarza Latarnika, zabrało jej wiele tygodni. Ale był to jedyny sposób na zdobycie koronki potrzebnej do wykończenia letniej bluzki, a odkąd Ally Hawes, najbiedniejsza dziewczyna w miasteczku, pokazała się w kościele w budzących zazdrość przezroczystościach na ramionach, szydełko Charity poruszało się jakby trochę szybciej. Dziewczyna rozwinęła koronkę, wbiła haczyk w pętelkę i ze zmarszczonymi brwiami pochyliła się nad swym dziełem.

Nagle drzwi się otworzyły i jeszcze przed podniesieniem wzroku Charity wiedziała, że do biblioteki wszedł młody człowiek, którego widziała przechodzącego przez bramę posiadłości Hatchardów.

Nie zwracając na nią uwagi, z rękami założonymi do tyłu, zaczął powoli spacerować po długim, podobnym do grobowca pokoju, wodząc wzrokiem krótkowidza w górę i w dół rzędów podniszczonych okładek. W końcu dotarł do biurka i zapytał:

— Macie tu może jakiś katalog kartkowy? — zapytał przyjemnie rzeczowym głosem, a absurdalność jego słów spowodowała, że Charity upuściła robótkę.

— Czy co mamy?

— No wie pani… — nagle urwał, a ona uświadomiła sobie, że dopiero teraz ją zauważył, ponieważ kiedy wszedł i ogarnął wnętrze swym krótkim wzrokiem, zaliczył ją prawdopodobnie do wyposażenia biblioteki.

Nie uszedł jej uwagi fakt, że odkrycie jej obecności zbiło go z pantałyku. Opuściła wzrok i uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech.

— Nie, nie sądzę, żeby pani wiedziała — poprawił się. — Właściwie to nawet byłoby szkoda.

Miała wrażenie, że słyszy w jego głosie lekki protekcjonizm i zapytała sucho:

— A dlaczego?

— Bo w takiej małej bibliotece jak ta, dużo przyjemniej jest myszkować samodzielnie, z pomocą bibliotekarza.

Ostatnią frazę podkreślił z takim szacunkiem, że zmiękła, a potem dodała z westchnieniem:

— Obawiam się, że niewiele będę mogła panu pomóc.

— Czyżby? — dał wyraz swemu zdziwieniu, a ona wyjaśniła, że ten księgozbiór nigdy nie liczył wielu książek, a i tak przeczytała z niego tylko nieliczne.

— Za to wzięły się do nich robaki — dodała ponuro.

— Naprawdę? Jaka szkoda, bo widzę tu kilka ciekawych pozycji.

Sprawiał wrażenie, jakby stracił całe zainteresowanie rozmową. Znów zaczął spacerować, najwyraźniej zapomniawszy o jej istnieniu. Obojętność gościa ubodła ją, więc wróciła do robótki, zdecydowana nie służyć mu nawet najmniejszą pomocą. On jednak raczej jej nie potrzebował, ponieważ stał długi czas plecami do niej, zdejmując z wysokiej półki kolejne tomy pokryte pajęczyną.

— A nie mówiłem! — zawołał nagle.

Podniosła wzrok i zobaczyła, jak wyciąga chusteczkę do nosa i starannie wyciera brzegi trzymanej książki. Uznała to za nieuzasadniony przytyk do sposobu, w jaki sprawowała pieczę nad książkami, i powiedziała z irytacją:

— To nie moja wina, że są brudne.

Odwrócił się i spojrzał na nią ze wzmożonym zainteresowaniem.

— Ach, więc to nie pani jest bibliotekarką?

— Oczywiście, że ja, ale nie mogę przecież odkurzać tych wszystkich książek. Poza tym teraz, kiedy teraz panna Hatchard jest zbyt słaba by tu przychodzić, nikt nigdy ich nie ogląda.

— Pewnie jest tak, jak pani mówi.

Odłożył książkę, którą wycierał, i stał w milczeniu. Charity zastanawiała się, czy to panna Hatchard wysłała go, by zorientował się, czy dobrze zajmuje się biblioteką, i to podejrzenie zwiększyło jej irytację.

— Widziałam przed chwilą, jak wchodził pan do jej domu, czy się mylę? — spytała, unikając wymieniania nazwisk, w typowy dla Nowej Anglii sposób. Postanowiła, że dowie się, dlaczego ten człowiek grzebie w jej książkach.

— Ma pani na myśli dom panny Hatchard? No cóż, to moja krewna i mieszkam u niej — odpowiedział młody człowiek, dodając, jakby chciał rozładować dające się wyczuć napięcie:

— Nazywam się Harney. Lucius Harney. Być może kiedyś o mnie napomknęła.

— Nie, nie napomknęła — powiedziała Charity, żałując, że nie może powiedzieć „Tak, mówiła”.

— No cóż — roześmiał się kuzyn panny Hatchard, a po krótkiej przerwie, w czasie której Charity uświadomiła sobie, że jej odpowiedź nie była zachęcająca, zauważył:

— Mam wrażenie, że nie jest pani mocna w architekturze.

Jej zdumienie było całkowite: im bardziej chciała pokazać, że go rozumie, tym bardziej niezrozumiałe były jego uwagi. Przypominał jej tego mężczyznę z Nettleton, który miał im objaśnić zdjęcia; znów skuliła się pod ciężarem własnej ignorancji jak pod kirem.

— To znaczy, nie widzę, żeby miała pani tutaj jakieś książki na temat starych domów. Przypuszczam, że jeśli o to chodzi, to ta część kraju nie została jeszcze zbadana. Wszyscy zajmują się Plymouth i Salem. To głupie. Dom mojej kuzynki, na przykład, jest niezwykły. Ta miejscowość musi mieć jakąś przeszłość, musi być czymś więcej niż zwykłym miejscem.

Urwał, z rumieńcem nieśmiałego człowieka, który usłyszawszy swoje słowa, lęka się, czy aby nie jest zbyt gadatliwy.

— Widzi pani, jestem architektem i poluję na stare domy w tej okolicy.

Patrzyła zdumiona.

— Stare domy? Ależ w North Dormer wszystko jest stare. W każdym razie ludzie na pewno.

Zaśmiał się i znów się oddalił.

— Czy nie ma pani czegoś w rodzaju historii tego miasta? Mam wrażenie, że napisano coś takiego koło tysiąc osiemset czterdziestego roku. Jakaś książka lub broszura o pierwszej tutejszej osadzie — powiedział, tym razem z drugiego końca pokoju.

Przycisnęła szydełko do warg i myślała. Wiedziała, że gdzieś była taka książka: North Dormer i pierwsze miasteczka Eagle County. Czuła do niej szczególną niechęć, bo była to wiotka publikacja w miękkiej oprawie, która zawsze albo spadała z półki, albo się przewracała, albo w ogóle znikała, wciśnięta między inne tomy, które miały ją podtrzymywać. Przypomniała sobie, że kiedy ostatni raz miała ją w ręce, zastanawiała się, komu w ogóle mogło przyjść do głowy, aby napisać książkę o North Dormer i sąsiadujących z nim miejscowościach: Dormer, Hamblin, Creston i Creston River. Znała je wszystkie, kolejne zgrupowania domów zanurzonych w fałdy odludnych pagórków: Dormer, do którego z North Dormer jeździło się po jabłka; Creston River z szarymi ścianami starej papierni niszczejącymi nad strumieniem; wreszcie Hamblin, w którym śnieg zaczynał padać najwcześniej. Właśnie tym się mogły pochwalić.

Wstała i zaczęła się niepewnie przesuwać między półkami. Właściwie nie miała pojęcia, gdzie odłożyła tę książkę ostatnio, a coś jej mówiło, że zamierza ona wyczyniać swe normalne sztuczki, bawiąc się w chowanego. To nie był jeden z jej szczęśliwych dni.

— To może być gdzieś tutaj — powiedziała, aby dowieść swej gorliwości, ale nie brzmiała przekonująco i czuła, że tymi słowami jej nie dowiodła.

— Ach, no cóż — powiedział raz jeszcze. Czuła, że zbiera się do wyjścia i bardziej niż kiedykolwiek chciała znaleźć tę książkę.

— Znajdzie się następnym razem — dodał i wręczył jej wolumin, który wcześniej odłożył na biurko.

— Przy okazji, trochę powietrza i słońca dobrze mu zrobi, to dość cenna pozycja.

Pożegnał ją lekkim skinieniem głowy i uśmiechem, po czym wyszedł.

Rozdział II

W BIBLIOTECE HATCHARDA dyżur bibliotekarki trwał od trzeciej do piątej, a obowiązkowość Charity Royall trzymała ją zwykle przy biurku prawie do wpół do piątej.

Nigdy jednak nie zauważyła, aby cokolwiek dobrego wynikało z tej skrupulatności, czy to dla North Dormer, czy to dla niej samej. Dlatego nie miała żadnych oporów, aby zamykać bibliotekę nawet godzinę wcześniej, gdy jej to pasowało. Właśnie taką decyzję podjęła kilka minut po odejściu pana Harneya: odłożyła swą koronkę, zamknęła okiennice i przekręciła klucz w drzwiach świątyni wiedzy.

Ulica, na którą wyszła, nadal była pusta. Zerknęła w górę i w dół chodnika, po czym zaczęła iść w kierunku domu, ale zamiast do niego wejść, minęła go i poszła polną dróżką biegnącą w stronę pastwiska na wzgórzu. Otworzyła furtkę, przeszła wzdłuż zmurszałego muru okalającego pastwisko i zatrzymała się dopiero na wzniesieniu porośniętym kępą modrzewi, które powiewały na wietrze frędzlami gałęzi. Położyła się na zboczu, pozbyła kapelusza i wtuliła twarz w trawę.

Było wiele rzeczy, na które była ślepa i niewrażliwa, i miała niejasną świadomość tego faktu. Ale każda kropla jej krwi reagowała na wszystko, co było światłem i powietrzem, zapachem i kolorem. Kochała szorstkość suchych górskich traw pod palcami, woń tymianku, który uwierał jej policzki, wiatr, który rozczesywał włosy i targał bawełnianą bluzkę, i skrzypienie modrzewi, próbujących stawić mu opór.

Często wspinała się na wzgórze i leżała tam dla samej przyjemności czucia wiatru i dotyku szorstkiej trawy na policzkach. Zwykle w takich chwilach o niczym nie myślała, po prostu leżała, pławiąc się w niewyartykułowanym zadowoleniu. Dziś dobre samopoczucie potęgowała radość z ucieczki z biblioteki. Lubiła, gdy ktoś do niej wpadał na pogaduszki, ale nienawidziła zajmować się książkami. Dlaczego miałaby pamiętać, gdzie stoją, skoro tak rzadko ktoś o nie prosi? Od czasu do czasu jakąś powieść pożyczała Orma Fry, a jej brat Ben lubił to, co nazywał „gieografią”, no i książki dotyczące handlu i księgowości. O nic więcej jednak nie pytano, z wyjątkiem może Chaty wuja Toma lub Opening of a Chestnut Burr*, czy Longfellowa. Miała je zawsze pod ręką i mogła znaleźć po ciemku, ale bardziej wymyślne zamówienia zdarzały się tak rzadko, że drażniły ją jak niesprawiedliwość.

Młody człowiek jej się podobał, i jego krótkowzroczność, i ten dziwny sposób mówienia, niby obcesowy, a jednak miękki, podobnie jak opalone żylaste dłonie, o paznokciach gładkich jak u kobiety.

Jego włosy też wyglądały jak spalone słońcem, a może raczej jak paprocie wybielone mrozem; jego szare oczy były interesująco krótkowzroczne, uśmiech skromny, ale nie pozbawiony pewności siebie, jak gdyby jego właściciel wiedział rzeczy, o których ona nawet nigdy nie marzyła, a mimo to za żadne skarby nie chciał jej dać odczuć tej wyższości. A jednak odczuła ją i lubiła to uczucie, bo było dla niej nowym doznaniem. Mimo że biedna i nieokrzesana, i tego świadoma, najskromniejsza z pokornych nawet w North Dormer, gdzie pochodzenie z Góry było najgorszym wstydem, to ona ustalała zasady w swoim własnym, ciasnym świecie. Po części wynikało to z faktu, że adwokat Royall był „największym człowiekiem North Dormer”; w rzeczywistości o wiele za dużym dla tego miasteczka. W rezultacie niezorientowani ludzie z zewnątrz zawsze zastanawiali się, co go tu trzyma. Adwokat Royall rządził w North Dormer, nie licząc się z nikim, nawet z panną Hatchard. A w domu Royalla rządziła Charity. Nigdy nie myślała o tym w takich kategoriach, ale była świadoma władzy, jaką posiada, wiedziała, gdzie jest jej źródło i tego nienawidziła. Ku jej zaskoczeniu ten młody człowiek w bibliotece sprawił, że po raz pierwszy poczuła słodycz zależności.

Usiadła, wyczesała drobiny trawy z włosów i spojrzała w dół na dom, którym rządziła. Stał niedaleko, ponury i zaniedbany, z wyblakłym czerwonym frontonem, odgrodzony od ulicy podwórkiem ze ścieżką obsadzoną krzakami agrestu, głazem obrośniętym klematisem i chorowitym krzakiem pnącej róży wspartym na wachlarzowatej podporze, który pan Royall przywiózł dla niej kiedyś z Hepburn. Za domem jakieś wertepy z rozciągniętymi sznurkami do suszenia bielizny, przyczepionymi do kamiennego muru, a za murem poletko kukurydzy i kilka rzędów ziemniaków, bezładnie zaplątanych w przyległy ugór kamieni i paproci. Charity nie mogła sobie przypomnieć, kiedy zobaczyła dom po raz pierwszy. Powiedziano jej, że kiedy przywieziono ją tu z Góry, gorączkowała; pamiętała jedyne, że pewnego dnia obudziła się w łóżeczku stojącym w nogach łóżka pani Royall i spojrzała na zimną schludność pokoju, który obecnie należał do niej.

Pani Royall zmarła siedem czy osiem lat później. To właśnie sprzed jej śmierci pochodziła większość tego, co Charity wiedziała o sobie. Pamiętała, że pani Royall była smutna, nieśmiała i słaba, że pan Royall był szorstki i brutalny, i jeszcze słabszy od żony. Wiedziała, że ochrzczono ją (w białym kościele na drugim końcu miasteczka) imieniem Charity, aby upamiętnić fakt, że „sprowadzenie jej” nie było dla pana Royalla żadnym interesem oraz po to, aby wzmóc rodzące się w niej uczucie zależności. Wiedziała, że pan Royall jest jej opiekunem, ale chociaż nigdy jej nie adoptował, wszyscy mówili o niej Charity Royall. Wiedziała też, dlaczego wrócił do North Dormer, zamiast prowadzić praktykę w Nettleton, gdzie rozpoczynał swą prawniczą karierę.

Po śmierci pani Royall mówiło się trochę o wysłaniu jej do szkoły z internatem. Zasugerowała to panna Hatchard, która odbyła w tej sprawie długą naradę z panem Royallem. Ten zaś, postępując zgodnie z jej planem, udał się pewnego dnia do Starkfield, by odwiedzić szkołę, którą mu poleciła. Wrócił następnej nocy chmurny jak burza gradowa. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a przecież Charity miała już pewne doświadczenie w tym względzie.

Kiedy zapytała go, kiedy zaczyna, odpowiedział: „Nie jedziesz” i zamknął się w pokoju, który nazywał gabinetem. Następnego dnia pani, która prowadziła szkołę w Starkfield, napisała, że obawia się, że „w tych okolicznościach” nie zdoła znaleźć miejsca dla jeszcze jednej uczennicy.

Charity była rozczarowana, ale rozumiała. To nie pokusy Starkfield zniechęciły pana Royalla, ale myśl, że może ją utracić. Był bardzo samotnym człowiekiem; wiedziała to, ponieważ sama też była samotna. On i ona, sami w tym smutnym domu, zgłębiali otchłań izolacji i choć Charity nie żywiła dlań żadnego szczególnego uczucia ani najmniejszej wdzięczności, to jednak było jej go żal, bo rozumiała, że był lepszy od otaczających go ludzi, a ona była jedyną istotą oddzielającą go od osamotnienia.

Dlatego, kiedy dzień czy dwa później panna Hatchard wezwała ją do siebie na rozmowę o szkole w Nettleton i oznajmiła, że tym razem „poczyniła niezbędne ustalenia” za pośrednictwem jakiejś swojej przyjaciółki, Charity przerwała jej, oświadczając, że postanowiła zostać w North Dormer.

Panna Hatchard uprzejmie zakwestionowała jej decyzję, ale bez skutku, bo Charity zwyczajnie oświadczyła:

— Myślę, że pan Royall jest zbyt samotny.

Panna Hatchard zamrugała ze zdumienia zza okularów, a wszystkie zmarszczki jej długiej wiotkiej twarzy podkreślały to zdziwienie. Wsparła dłonie na poręczach mahoniowego fotela i pochyliła się do przodu z wyraźnym zamiarem powiedzenia czegoś, co powinno zostać powiedziane.

— To uczucie dobrze o tobie świadczy, moja droga.

Rozejrzała się po bladych ścianach swego salonu, jakby szukając porady w rodowych dagerotypach i dydaktycznych makatkach, ale one tylko utrudniały sformułowanie wypowiedzi.

— Rzecz w tym, że nie chodzi… Nie chodzi tylko o korzyści. Są też inne powody. Jesteś zbyt młoda, by zrozumieć…

— Och, wcale nie — powiedziała Charity szorstko i panna Hatchard zaczerwieniła się po cebulki swych jasnych włosów. Musiała jednak poczuć coś w rodzaju ulgi z takiego nagłego ucięcia jej wyjaśnień, bo zakończyła, znowu wodząc z nadzieją wzrokiem po dagerotypach:

— Oczywiście zawsze będę ci pomocna. I gdybyś… w przypadku… wiedz, że zawsze możesz zwrócić się do mnie.

Prawnik Royall czekał na Charity na werandzie. Ogolił się i odpylił swój czarny surdut i wyglądał jak wspaniały posąg mężczyzny. W takich chwilach naprawdę go podziwiała.

— To jak, wszystko obgadane?

— Tak, obgadane. Nie jadę.

— Nie do szkoły w Nettleton?

— Nigdzie.

Przełknął ślinę i zapytał zdawkowo:

— Dlaczego?

— Raczej nie mam ochoty — powiedziała, wymijając go w drodze do swego pokoju. To właśnie w następnym tygodniu przywiózł jej z Hepburn pnącą różę z podpórką w kształcie wachlarza. Nigdy wcześniej nic jej nie podarował.

Kolejne niezwykłe wydarzenie w jej życiu miało miejsce dwa lata później, gdy miała siedemnaście lat. Adwokat Royall, który nie znosił Nettleton, został tam wezwany w związku z jakąś sprawą. Nadal prowadził praktykę zawodową, ale obszar jego działania skurczył się do North Dormer i okolicznych mieścin, dlatego kiedy pojawiła się ta sposobność, nie mógł sobie pozwolić na odmowę. Spędził trzy dni w Nettleton, wygrał sprawę i wrócił w znakomitym humorze. Było to rzadkie wydarzenie i dał mu wyraz pełną gestykulacji opowieścią przy kolacji o „gorącym powitaniu”, jakie zgotowali mu dawni koledzy.

— Byłem kompletnym głupcem, że opuściłem Nettleton — zakończył konfidencjonalnie. — To pani Royall namówiła mnie do tego.

Charity natychmiast się domyśliła, że musiała go spotkać jakaś przykrość i stara się zatrzeć to wspomnienie gadulstwem. Poszła do siebie na górę wcześnie, zostawiając go z jego kapryśnym humorem, opartego łokciami na rozłożonej na stole ceracie. Po drodze na górę wyjęła z kieszeni jego surduta klucz do szafki, w której stała butelka whiskey.

Obudził ją hałas pod drzwiami pokoju, więc wyskoczyła z łóżka. Usłyszała głos pana Royalla, przyciszony i rozkazujący. Otworzyła drzwi, w obawie, że coś się stało. Żadna inna myśl nie przyszła jej do głowy, ale kiedy zobaczyła go w drzwiach, ze zmienioną twarzą w świetle jesiennego księżyca, zrozumiała.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, ale kiedy przestąpił próg, wyciągnęła rękę i zatrzymała go.

— Ani kroku dalej — powiedziała tak stanowczo, że sama się zdziwiła — nie dostaniesz dziś tego klucza.

— Charity, pozwól mi wejść. Nie chodzi o klucz. Jestem taki samotny — zaczął głębokim głosem, który czasami ją poruszał.

Jej serce zabiło gwałtownie, ale powstrzymała go z pogardą:

— No cóż, domyślam się, że się pomyliłeś. To już nie jest pokój twojej żony.

Nie bała się, po prostu czuła głęboki wstręt. Być może wyczuł to lub wyczytał z jej twarzy, bo chwilę stał nieruchomo, po czym odwrócił się i odszedł. Z uchem przytkniętym do dziurki od klucza nasłuchiwała, jak ostrożnie schodzi po ciemnych schodach i kieruje się do kuchni. Oczekiwała trzasku drzwiczek do szafki, ale zamiast tego usłyszała, że otwiera drzwi domu, a po chwili poprzez ciszę nocy dotarły do niej jego ciężkie kroki po ścieżce. Podkradła się do okna i ujrzała w świetle księżyca jego zgarbioną sylwetkę na drodze. Wraz ze świadomością odniesionego zwycięstwa pojawił się spóźniony strach; przemarznięta do szpiku kości wśliznęła się do łóżka.

Dzień czy dwa później zmarła nagle na zapalenie płuc biedna Eudora Skeff, która od dwudziestu lat zajmowała się biblioteką Hatcharda. Na drugi dzień po pogrzebie Charity odwiedziła pannę Hatchard i poprosiła o posadę bibliotekarki. Wydaje się, że żądanie to zaskoczyło pannę Hatchard, która powątpiewała w kwalifikacje kandydatki.

— Ależ, no nie wiem, moja droga. Czy nie jesteś za młoda? — powiedziała z ociąganiem.

— Chcę zarobić trochę pieniędzy — odpowiedziała Charity szczerze.

— Czy pan Royall nie daje ci, ile potrzeba? W North Dormer nie ma bogaczy.

— Chcę mieć tyle pieniędzy, by stąd wyjechać.

— Wyjechać? — wyrażające zdziwienie zmarszczki panny Hatchard pogłębiły jeszcze bardziej i przez chwilę trwała rozpaczliwa cisza. — Chcesz opuścić pana Royalla?

— Tak. Albo niech zamieszka ze mną jeszcze jakaś inna kobieta — rezolutnie odpowiedziała Charity.

Panna Hatchard zacisnęła nerwowo dłonie na poręczach fotela. Poszukała wzrokiem wyblakłych twarzy na ścianach i, kaszlnąwszy niezdecydowanie, dodała z naciskiem:

— Sprawia ci trudność… zajmowanie się domem, jak sądzę?

Charity poczuła wewnętrzny chłód. Zrozumiała, że panna Hatchard nie pali się do pomocy i że czeka ją niełatwa przeprawa. Opanowało ją poczucie głębokiego osamotnienia; poczuła się niezmiernie stara. „Trzeba do niej mówić jak do dziecka”, pomyślała ze współczuciem dla przewlekłej niedojrzałości panny Hatchard.

— Otóż to, właśnie tak — odpowiedziała. — Praca w domu strasznie mnie męczy: tej jesieni dużo kasłałam.

Zauważyła natychmiastowy skutek tej sugestii. Panna Hatchard zbladła na wspomnienie niedawnego odejścia biednej Eudory i obiecała, że zrobi, co w jej mocy. Są wszakże ludzie, z którymi musi się skonsultować: duchowny, radni North Dormer i daleki krewny w Springfield.

— Gdybyś chociaż miała jakąś szkołę! — westchnęła.

Odprowadziła Charity do drzwi i tam, w zaciszu sieni, spojrzała na nią z ledwie uchwytną prośbą w oku:

— Ja wiem, że pan Royall czasami… próbuje… Jego żona jakoś to znosiła. No, ale musisz jednak pamiętać, że to pan Royall sprowadził cię tu z Góry.

Charity wróciła do domu i otworzyła drzwi do gabinetu pana Royalla. Siedział przy piecu, czytając przemówienia Daniela Webstera. W czasie tych pięciu dni, które minęły od nocy, gdy do niej przyszedł, spotykali się przy posiłkach i szła u jego boku na pogrzebie Eudory, ale nie zamienili ani słowa.

Zaskoczony uniósł wzrok, gdy weszła; zauważyła, że się nie golił i wyglądał nadzwyczaj staro, ale zawsze myślała o nim jako o starym człowieku i zmiana w jego wyglądzie jej nie poruszyła. Oznajmiła, że była u panny Hatchard i wyjaśniła, w jakiej sprawie. Dostrzegła, że był zdziwiony, ale milczał.

— Powiedziałam jej, że prace domowe męczą mnie za bardzo i chcę zarobić, by płacić służącej. Ale nie mam zamiaru jej płacić — ty to zrobisz. Chcę mieć trochę pieniędzy dla siebie.

Czarne, krzaczaste brwi pana Royalla zmarszczyły się, a jego pobrudzone atramentem paznokcie bębniły o blat biurka.

— Po co ci pieniądze? — zapytał.

— Żeby móc wyjechać, kiedy zechcę.

— Dlaczego chcesz wyjechać?

Dała upust swej pogardzie.

— Czy sądzisz, że ktokolwiek chciałby zostać w North Dormer, gdyby miał inną możliwość? Z pewnością nie ty, jak powiadają!

Opuścił głowę i zapytał przyciszonym głosem:

— Dokąd byś pojechała?

— Wszędzie tam, gdzie mogę zarobić na życie. Najpierw spróbuję tu, a jeśli się nie uda, pojadę gdzie indziej. Jeśli będę musiała to nawet na Górę.

Po tej groźbie przerwała, a widząc, że odniosła skutek, dodała: — Chcę, żebyś skłonił pannę Hatchard i radnych, aby wzięli mnie na bibliotekarkę. I chcę, żeby tu ze mną mieszkała jakaś kobieta — powtórzyła.

Twarz pana Royalla robiła się z każdą chwilą bledsza. Kiedy Charity skończyła mówić, podniósł się z wysiłkiem, wspierając o biurko. Krótką chwilę mierzyli się wzrokiem.

— Wiesz — powiedział przeciągle, formułując zdania jakby z wysiłkiem — wiesz, jest coś, co ci chciałem powiedzieć. Powinienem był to zrobić już dawno. Chcę, żebyś mnie poślubiła.

Dziewczyna patrzyła nań w bezruchu.

— Chcę, żebyś mnie poślubiła — powtórzył, przełykając ślinę. — Pastor będzie tu w przyszłą niedzielę i wtedy możemy to załatwić. Albo zawiozę cię do Hepburn, do sędziego, i tam to zrobimy. Zrobię tak, jak będziesz chciała.

Opuścił wzrok pod wpływem jej bezlitosnego spojrzenia i z trudem przestąpił z nogi na nogę. Kiedy tak stał przed nią, niezgrabny, niedbały, nieuporządkowany, z sinymi żyłami na dłoniach opartych na biurku, z podbródkiem oratora drżącym wskutek wysiłku, jaki sprawiło mu to wyznanie, wydawał się żałosną parodią człowieka, którego zawsze znała.

— Poślubić ciebie? Ja? — wybuchła pogardliwym śmiechem. — Czy to właśnie chciałeś mi powiedzieć tamtej nocy? Zastanawiam się, co ci przyszło do głowy? Kiedy ty się ostatni raz przeglądałeś w lustrze?

Wyprostowała się z bezczelną świadomością swej młodości i siły.

— Przypuszczam, że twoim zdaniem taniej będzie mnie poślubić niż nająć jakąś dziewczynę. Wszyscy wiedzą, że jesteś najoszczędniejszym człowiekiem w Eagle County, ale zgaduję, że nawet ty nie chciałbyś naszywać nowej łaty na starą dziurę.

Pan Royall stał w bezruchu, kiedy mówiła, z twarzą poszarzałą i drżącymi brwiami, zupełnie jakby poraził go nagły wybuch jej niechęci. Kiedy skończyła, uniósł dłoń i powiedział:

— Wystarczy! Już wystarczy.

Zrobił zwrot w stronę drzwi i wziął kapelusz z wieszaka. Na progu zatrzymał się na chwilę.

— Ludzie nie są w porządku w stosunku do mnie; nigdy nie byli — powiedział i wyszedł.

Kilka dni później North Dormer dowiedziało się ku swemu zaskoczeniu, że Charity podjęła pracę w bibliotece Hatcharda, z wynagrodzeniem osiem dolarów miesięcznie, a w domu prawnika Royalla ma zamieszkać, jako pomoc domowa, stara Verena Marsh z przytułku w Creston.


* Powieść amerykańskiego pisarza Edwarda Paysona Roe (1838—1888) — przyp. tłum.

Rozdział III

PAN ROYALL NIE PRZYJMOWAŁ swych nielicznych interesantów w gabinecie w czerwonym domu. Zawodowa godność i męska niezależność kazały mu wynajmować prawdziwe biuro, pod innym dachem, a jego pozycja jedynego prawnika North Dormer wymagała, aby był to ten sam dach, który przykrywał również ratusz i pocztę.

Pan Royall miał w zwyczaju udawać się do pracy dwa razy dziennie, rano i po południu. Biuro znajdowało się na parterze, miało osobne wejście i wyblakłą tabliczkę na drzwiach. Przed rozpoczęciem urzędowania pan Royall wychodził na pocztę po korespondencję, co zwykle było tylko pustym ceremoniałem, zamieniał dwa słowa z urzędnikiem, który siedział w bezruchu po drugiej stronie korytarza, a następnie wstępował do sklepu, znajdującego się w przeciwległym narożniku domu, w którym sklepikarz Carrick Fry miał dla niego zarezerwowane krzesło. Tam zawsze spotykał jednego lub dwóch radnych wspartych na długim kontuarze, w atmosferze wymieszanych woni lin, skór, smoły i ziaren kawy. Pan Royall, tak rzadko rozmowny w domu, nie miał nic przeciwko temu, aby pod wpływem pewnych nastrojów dzielić się swymi poglądami z innymi obywatelami miasta; możliwe też, że nie chciał, aby jego nieliczni klienci zaskakiwali go, jak bezczynnie siedzi w pustym i zakurzonym biurze. W każdym razie jego biurowe dyżury nie był ani dłuższe, ani bardziej regularne niż pobyt Charity w bibliotece. Poza nimi był albo w sklepie, albo w podróży po kraju w interesach firm ubezpieczeniowych, które reprezentował, albo zwyczajnie siedział w domu, czytając Historię Stanów Zjednoczonych Bancrofta lub przemówienia Daniela Webstera.

Od chwili, gdy Charity powiedziała mu, że życzy sobie zająć stanowisko Eudory Skeff, ich stosunki zmieniły się w sposób nieokreślony, ale wyraźny. Pan Royall sprostał zadaniu, pozyskując dla niej miejsce kosztem, jak się domyślała, jakichś skomplikowanych dyplomatycznych zabiegów. Wywnioskowała to z liczby kandydatów i oschłości Ormy Fry i starszej panny Targatt, które miały jej to za złe jeszcze niemal rok później. Namówił też do przyjazdu wdowę Verenę Marsh z Creston, zdziecinniałą i niezaradną, która, jak podejrzewała Charity, zgodziła się dla nich gotować za samo utrzymanie. Pan Royall był zbyt oszczędnym człowiekiem, aby płacić dolar dziennie jakiejś sprytnej dziewczynie, jeśli mógł nająć za darmo głuchawą biedaczkę. Tak czy inaczej Verena zamieszkała na poddaszu, tuż nad pokojem Charity, dla której fakt jej głuchoty nie miał większego znaczenia.

Charity wiedziała, że to, co zdarzyło się tej okropnej nocy, nigdy się nie powtórzy. Pomimo odrazy, jaką czuła dla pana Royalla, wiedziała, że on sam gardził sobą jeszcze bardziej. Fakt, że zażyczyła sobie innej kobiety w domu, w znacznie mniejszym stopniu służył jej bezpieczeństwu niż jego poniżeniu. Nie potrzebowała nikogo do obrony: jego sponiewierana duma była jej najlepszym zabezpieczeniem. Nigdy jej nie przeprosił, nigdy nie próbował się tłumaczyć — zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Konsekwencje incydentu trwały jednak w utajeniu w każdej wymianie słów, w instynktownie unikających się spojrzeniach. Nie było już nic, co mogłoby zachwiać jej władzą w czerwonym domu.

W noc po spotkaniu z kuzynem panny Hatchard Charity leżała w łóżku z rękami założonymi pod głowę i rozmyślała o nim. Przypuszczała, że planował dłuższy pobyt w North Dormer. Mówił, że interesują go stare domy w okolicy i choć nie wiedziała dlaczego, ani w ogóle po co mogą być komuś potrzebne stare budynki, skoro tyle ich stoi bezczynnie po obu stronach drogi, to rozumiała, że potrzebował do tego książek i postanowiła następnego dnia zapolować na tę, której nie mogła znaleźć, a także inne, o zbliżonej tematyce.

Jeszcze nigdy nieznajomość życia i literatury nie ciążyła jej tak bardzo jak w tej krótkiej chwili konsternacji. „Nie ma co próbować być kimś w miejscu takim jak to”, mruknęła do poduszki i skurczyła się na myśl o odległych metropoliach, migotliwych super-Nettletonach, gdzie dziewczyny ubrane lepiej niż Bella Balch płynnie konwersują o architekturze z młodymi mężczyznami o dłoniach Luciusa Harneya. Potem przypomniała sobie milczenie, które nagle zapadło, gdy podszedł do biurka i po raz pierwszy ją zobaczył. Jej widok sprawił, że zapomniał, co chciał powiedzieć. Przypomniała sobie zmianę wyrazu jego twarzy i boso podbiegła do toaletki, namacała zapałki, zapaliła świecę i podniosła ją do lustra wiszącego na bielonej ścianie. Jej drobna twarz, zwykle ponuro blada, płonęła jak róża w delikatnej otoczce światła, a oczy patrzące spod potarganej czupryny wydawały się głębsze i większe niż za dnia. Może to jednak był błąd życzyć sobie, by były niebieskie. Niebielona koszula nocna, wykończona rozciągniętym ściągaczem z guzikami, była zapięta po samą szyję. Rozpięła ją, oswobodziła drobne ramiona i ujrzała siebie jako pannę młodą w satynowej sukni z dekoltem, prowadzoną przez Luciusa Harneya do ołtarza. A po wyjściu z kościoła by ją pocałował… Opuściła świecę i przykryła twarz dłońmi, jakby próbując zatrzymać pocałunek. W tej chwili usłyszała kroki pana Royalla, który wchodził po schodach, zmierzając do swej sypialni, i wezbrała w niej fala obrzydzenia. Dotychczas tylko nim gardziła, teraz jednak jej serce wypełniła głęboka nienawiść. Stał się dla niej odrażającym starcem.

Nazajutrz, kiedy pan Royall wrócił na kolację, jak zwykle siedzieli naprzeciw siebie w milczeniu. Milczenie usprawiedliwiała obecność Vereny, choć jej głuchota z pewnością pozwalała na każdą wymianę uwag. Tym razem jednak, kiedy po skończonym posiłku Charity wstała, by pomóc staruszce sprzątnąć ze stołu, pan Royall odezwał się do niej.

— Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać — powiedział, a ona zaciekawiona poszła za nim korytarzem.

Usiadł w fotelu obitym czarnym materiałem z końskiego włosia, a Charity obojętnie oparła się o futrynę okna, w duchu pragnąc jak najszybciej pójść do biblioteki, żeby zapolować na książkę o North Dormer.

— A więc — zaczął — dlaczego nie ma cię w bibliotece w dniach, kiedy powinnaś tam być?

Pytanie, które brutalnie zakłóciło jej nastrój błogiego rozmarzenia, na chwilę pozbawiło ją mowy.

— Kto mówi, że mnie nie ma?

— Wygląda na to, że były na ciebie skargi. Dziś rano wezwała mnie panna Hatchard.

Uraza, tląca się w sercu Charity, wybuchła nagłym płomieniem.

— Jasne! Orma Fry i ta ropucha Targatt, i pewnie Ben Fry. Kręci się koło niej. Podli donosiciele — zawsze wiedziałam, że będą chcieli mnie wygryźć! Zupełnie jakby ktokolwiek w ogóle chodził do biblioteki.

— Ktoś wczoraj był, a ciebie tam nie było.

— Wczoraj? — zareagowała śmiechem na radosne wspomnienie. — I o której to godzinie mnie tam wczoraj nie było, mogłabym wiedzieć?

— Około czwartej.

Ucichła. Była tak przepełniona onirycznymi reminiscencjami wizyty młodego Harney’a, że fakt opuszczenia stanowiska pracy zaraz po jego wyjściu zupełnie jej wyleciał z głowy.

— Kto przyszedł o czwartej?

— Panna Hatchard.

— Panna Hatchard? Przecież od kiedy podupadła na zdrowiu nigdy tam nie bywa. Nawet gdyby spróbowała, to nie byłaby w stanie wejść po schodach.

— Sądzę, że może wejść z czyjąś pomocą. Tak czy inaczej była tam wczoraj, z młodzieńcem, który u niej mieszka. Widział się z tobą, jak sądzę, wcześniej, a potem wrócił do domu i powiedział pannie Hatchard, że książki są w kiepskim stanie i trzeba o nie zadbać. Zdenerwowała się i pojechała tam na wózku. I zastała drzwi zamknięte. Dlatego posłała po mnie, powiedziała mi o tym, a także o innych skargach. Twierdzi, że zaniedbujesz swoje obowiązki i że ma zamiar zatrudnić na to stanowisko kogoś wykwalifikowanego.

W czasie, gdy mówił, Charity stała w bezruchu, z głowa opartą o futrynę okna, rękami zwieszonymi po bokach i palcami tak mocno zaciśniętymi, że nieświadoma przyczyny bólu, czuła, jak ostre krawędzie paznokci wbijają się w skórę jej dłoni.

Ze wszystkiego, co powiedział pan Royall, w głowie zostało jej tylko „powiedział, że książki są w kiepskim stanie”. Co ją obchodziły wszystkie pozostałe oskarżenia? Kłamstwa czy prawdy, gardziła nimi tak samo jak samymi krytykami. Ale żeby zdradził ją ten obcy, do którego czuła tak tajemniczy pociąg? Żeby dokładnie w tej chwili, gdy ona uciekła na wzgórze, by rozkoszować się rozmyślaniem o nim, on spieszył do domu z donosem o jej zaniedbaniach! Pamiętała, jak w ciemności swojego pokoju ukryła twarz w rękach, aby przycisnąć mocniej jego wyimaginowany pocałunek. I jej serce zbuntowało się przeciw niemu, że stracił okazję.

— Dobrze, pójdę — powiedziała nagle. — Zaraz sobie pójdę.

— Skąd pójdziesz? — dosłyszała w słowach pana Royalla nutę zaniepokojenia.

— No cóż, z tej ich starej biblioteki; od razu, i moja noga więcej tam nie stanie. Niech sobie nie myślą, że będę tam siedzieć i czekać, aż mnie zwolnią!

— Charity, Charity Royall, posłuchaj — zaczął, wstając ciężko z fotela, ale ona zignorowała jego słowa i wyszła.

Na górze wzięła klucz do biblioteki z miejsca, w którym zawsze go chowała — pod poduszeczką do szpilek. Ktoś mówił coś o niedbałości? Założyła kapelusz, zbiegła po schodach i wypadła na ulicę. Jeżeli pan Royall słyszał, jak wychodzi, to nie zrobił nic, by ją zatrzymać. Prawdopodobnie gwałtowność jego własnego charakteru sprawiła, że zdawał sobie sprawę z jałowości ewentualnego sprzeciwu.

Doszła do ceglanego sanktuarium, otworzyła drzwi i otoczyło ją lodowate światło.

— Cieszę się, że już nigdy nie będę siedziała w tej starej krypcie, kiedy inni ludzie chodzą w słońcu! — powiedziała głośno, kiedy przeszył ją dobrze znany chłód. Spojrzała z odrazą na długie, obskurne rzędy książek, Minerwę z nosem owcy na czarnym biurku i przyszpiloną na ścianie podobiznę młodego człowieka o łagodnej twarzy i w halsztuku. Miała zamiar wziąć z szuflady zwitek koronki i rejestr biblioteczny i pójść prosto do panny Hatchard, by zakomunikować jej swą rezygnację. Nieoczekiwanie ogarnął ją smutek i usiadła, opierając głowę o blat biurka. Jej serce pustoszyło najokrutniejsze życiowe odkrycie: pierwsza istota, która wyszła ku niej z cienia, przyniosła jej cierpienie zamiast radości. Nie płakała; łzy przychodziły jej z trudem, a sztormy jej serca nie wylewały się na zewnątrz. Ale kiedy tam siedziała w tym swoim otępiałym żalu, czuła, że jej życie jest zbyt samotne, zbyt brzydkie i zupełnie niemożliwe do zniesienia.

— Co ja zawiniłam, że musi mnie tak boleć? — jęknęła, przyciskając pięściami powieki, pod którymi zaczęły wzbierać łzy. — Nie, nie pójdę tam, nie, kiedy wyglądam tak koszmarnie! — zaburczała pod nosem. Wstała energicznie, odrzucając włosy do tyłu, zupełnie jakby to one ja pętały. Otworzyła szufladę, wyciągnęła rejestr i skierowała się do wyjścia. W tej chwili drzwi się otworzyły i pogwizdując wszedł do środka młody człowiek od panny Hatchard.

Rozdział IV

ZATRZYMAŁ SIĘ I UNIÓSŁ kapelusz z nieśmiałym uśmiechem.

— Bardzo panią przepraszam — powiedział. — Myślałem, że nikogo tu nie ma.

Charity stała w przejściu.

— Nie może pan wejść. Biblioteka w środy jest nieczynna.

— Wiem o tym, ale kuzynka dała mi swój klucz.

— Panna Hatchard nie ma prawa użyczać klucza osobom postronnym, w każdym razie nie bardziej niż ja. Jestem bibliotekarką i znam przepisy. To moja biblioteka.

Młody człowiek wyglądał na kompletnie zaskoczonego.

­ — Ależ wiem doskonale. Przykro mi tylko, że sprzeciwia się pani mojej obecności.

— Domyślam się, że przyszedł pan zobaczyć, co jeszcze może jej na mnie naskarżyć? Ale zbędny trud: dzisiaj to jeszcze moja biblioteka, ale jutro o tej porze już nie będzie. Właśnie idę zwrócić jej klucz i rejestr.

Na posmutniałej twarzy Harneya nie dostrzegła poczucia winy, którego szukała.

— Nie rozumiem — powiedział. — To chyba jakieś nieporozumienie. Dlaczego miałbym skarżyć na panią do panny Hatchard czy do kogokolwiek innego?

Wyraźna pokrętność odpowiedzi sprawiła, że Charity wybuchła oburzeniem.

— A czy ja wiem, dlaczego? Mogłabym zrozumieć Ormę Fry, bo zawsze chciała mnie stąd wyrzucić, od pierwszego dnia. Nie wiem za co, skoro ona ma swój własny dom, a jej ojciec na nią pracuje; to samo z Idą Targatt, która zaledwie zeszłego roku dostała spadek po swym przyrodnim bracie. Wszystkie jednak mieszkamy w tym samym miejscu, a ponieważ tym miejscem jest North Dormer, to wystarczy tylko chodzić codziennie tą samą ulicą, by zacząć się nienawidzić. Ale pan tu nie mieszka. Nie wie pan o nas nic, więc po co się pan wtrąca? Myśli pan, że inne dziewczyny lepiej zajmowałyby się książkami? Skąd! Orma Fry z trudem odróżniłaby książkę od żelazka. Co z tego, że nie zawsze siedziałam tu bezczynnie do chwili, aż kościelny zegar wybije piątą? Kogo obchodzi, czy biblioteka jest otwarta, czy zamknięta? Czy sądzi pan, że tu ktokolwiek przychodzi po książki? Owszem, lubiłyby tu przychodzić, by spotykać się ze swoimi chłopakami, gdybym im pozwoliła. Ale ja nie pozwoliłabym Billowi Sollasowi ze wzgórza czekać na małą Targattównę, ponieważ znam go… i już. Nawet jeśli nie znam się na książkach tyle, ile powinnam.

Zamilkła, czując dławienie w gardle. Drżała ze zdenerwowania i oparła się o brzeg biurka, aby nie dostrzegł jej słabości.

Zdawał się być pod wrażeniem tego, co zobaczył, ponieważ poczerwieniał pod swą opalenizną i wyjąkał:

— Ależ panno Royall, zapewniam panią… Zapewniam…

Jego zmieszanie wzmogło jej złość i odzyskała głos, by odparować:

— Na pana miejscu miałabym przynajmniej dość odwagi, by trzymać się tego, co powiedziałam!

Szyderstwo przywróciło mu trzeźwość myślenia.

— Też bym miał, gdybym tylko wiedział, o co chodzi. Ale nie wiem. Najwyraźniej stało się coś nieprzyjemnego, za co pani zdaniem jestem winien. Ale nie wiem, co to jest, bo od samego rana byłem w terenie.

— Nie wiem, gdzie pan był dzisiaj, ale wiem, że był pan w bibliotece wczoraj. I to właśnie pan poszedł do domu i powiedział swej kuzynce, że książki są w złym stanie, i przywiózł ją tutaj, by zobaczyła, jak bardzo je zaniedbałam.

Pan Harney wyglądał na szczerze przejętego.

— Czy tak właśnie to pani przedstawiono? Nie dziwię się, że jest pani zła. Książki są w kiepskim stanie, a ponieważ niektóre są ciekawe, to szkoda. Powiedziałem pannie Hatchard, że szkodzi im wilgoć i brak powietrza. I zabrałem ja tu, by pokazać, jak łatwo można by to miejsce przewietrzyć. Powiedziałem też pannie Hatchard, że potrzebuje pani kogoś do pomocy przy odkurzaniu i wietrzeniu. Bardzo mi przykro, jeśli ktoś przedstawił pani inną wersję moich poczynań. Ale jestem miłośnikiem starych książek i raczej wolałbym je zobaczyć płonące na stosie niż pozostawione na pastwę grzybów jak tutaj.

Charity czuła, że zbiera się jej na płacz i spróbowała powstrzymać go słowami.

— Nie obchodzi mnie, co pan jej powiedział. Wiem tylko, że ona uważa, że to wszystko moja wina, i mam stracić pracę, a pragnęłam jej bardziej niż ktokolwiek inny w miasteczku, ponieważ ja nie mam nikogo, tak jak inni ludzie siebie mają. Wszystko, czego chciałam, to odłożyć tyle pieniędzy, aby któregoś dnia stąd uciec. Czy sądzi pan, że siedziałabym w tej starej krypcie dzień po dniu, gdyby chodziło o coś innego?

Z jej wypowiedzi wybrał tylko ostatnie zdanie.

— Fakt, to stara krypta, ale czy musi nią być? O to chodzi. I wygląda na to, że właśnie to pytanie skierowane do mej kuzynki jest przyczyną całego zamieszania.

Zmierzył wzrokiem melancholijne mroki długiej, wąskiej sali, zatrzymując go na krostowatych ścianach, rzędach wypłowiałych książek i palisandrowym biurku zwieńczonym portretem młodego Honoriusa.

— Oczywiście, niełatwo zrobić coś z budynkiem tak wciśniętym we wzgórze jak to dziwaczne mauzoleum: nie da się tu zrobić porządnego przeciągu bez wydrążenia dziury w zboczu. Ale istnieje sposób na przewietrzenie tego miejsca, i na wpuszczenie słońca. Jeśli pani zechce, pokażę jak to zrobić.

Wizja prac modernizacyjnych usunęła w cień zmartwienia Charity. Młody architekt podniósł laskę i objaśniając, wycelował nią w gzyms. Ponieważ jednak jej milczenie wyraźnie sugerowało, że wietrzenie biblioteki ją nie obchodzi, odwrócił się i wyciągając do niej ręce, powiedział:

— I co — czy nadal pani myśli to, co powiedziała? Naprawdę pani sądzi, że chodziło o to, by panią zranić?

Nowy ton jego głosu ją rozbroił: nikt nigdy tak do niej nie przemawiał.

— Och, to po co pan to zrobił, co? — jęknęła.

Trzymał jej dłonie w swoich i czuła ich delikatny dotyk, który wyobraziła sobie dzień wcześniej, leżąc na wzgórzu.

Ścisnął lekko jej dłonie, po czym je puścił.

— No cóż, po to żeby pani było przyjemniej, no i lepiej książkom. Przykro mi, jeśli moja kuzynka przekręciła moje słowa. Jest pobudliwa i przejmuje się drobiazgami: powinienem był o tym pamiętać. Niech mnie pani nie karze, pozwalając jej sądzić, że bierze ją pani poważnie.

To było cudowne słuchać, że mówi o pannie Hatchard jak o rozkapryszonym dziecku. Pomimo nieśmiałości miał w sobie siłę, którą dała mu pewnie znajomość wielkich miast. To właśnie czas spędzony w Nettleton uczynił prawnika Royalla, pomimo jego słabości, najsilniejszym mężczyzną w North Dormer. Charity była pewna, że ten młody człowiek bywał w miastach o wiele większych od Nettleton.

Czuła, że jeśli pozostanie przy swym oskarżycielskim tonie, to on zaklasyfikuje ją w duszy razem z panną Hatchard i ta myśl nagle ją rozluźniła.

— Pannę Hatchard nie obchodzi, co o niej myślę. Pan Royall mówi, że planuje zatrudnić przeszkoloną bibliotekarkę, a ja prędzej zrezygnuję niż pozwolę, by miasto mówiło, że mnie wyrzuciła.

— To zrozumiałe. Ale jestem przekonany, że ona nie ma takiego zamiaru. W końcu, czy nie lepiej, bym dowiedział się pierwszy i panią poinformował? Jeśli się mylę, zawsze zdąży pani zrezygnować.

Poczerwieniała na samą myśl o tym, że mógłby interweniować w jej sprawie.

— Nie chcę, aby ktokolwiek namawiał ją, żeby mnie zostawiła, jeśli jej nie odpowiadam.

On też się zaczerwienił.

— Obiecuję, że tego nie zrobię. Proszę tylko poczekać do jutra, dobrze?

Spojrzał jej w oczy swym nieśmiałym, szarym spojrzeniem.

— Może mi pani ufać, zaręczam, naprawdę.

Poczuła jak znikają wszystkie pretensje, które do niego miała. Nie patrząc na niego, wymamrotała niewyraźnie:

— Och, poczekam.

Rozdział V

TAKIEGO CZERWCA JESZCZE w Eagle County nie było. Zwykle czerwcowa pogoda była zmienna i oscylowała między spóźnionymi przymrozkami i letnimi upałami. Tego roku każdy następny dzień przynosił piękną, umiarkowaną pogodę. Każdego ranka od wzgórz nadciągał lekki powiew wiatru, a w miarę zbliżania się południa niebo zasnuwało się ochronną warstwą białych chmur, które rzucały na pola i lasy chłodny cień. Przed zachodem słońca chmury się rozpływały i dolina znów pławiła się w niezmąconym potoku ciepłego światła.

W takie popołudnie Charity Royall leżała na szczycie wzgórza powyżej plamy słońca, z twarzą wtuloną w ziemię, czując przyjemne zjednoczenie z otaczającymi ją trawami. W polu widzenia miała gałąź jeżyny z wątłymi białymi kwiatami i niebieskawozielonymi liśćmi na tle nieba. Tuż za nią, pośród migoczących traw, wypuszczał pędy krzak komptonii, nad którym połyskiwał jak plamka światła jakiś motylek. To było wszystko, co widziała, ale nad sobą i dokoła czuła determinację, z jaką sie budziły do życia buki porastające wzgórze, zaokrąglały jasnozielone szyszki na gałęziach świerków, pierzaste liście komptonii wdzierały w szczeliny skał pod lasem, korzenie wiązówek i irysów tłoczyły na pastwisku poniżej wzgórza. Całe to bulgotanie soków, pączkowanie, pękanie kwiatowych kielichów docierało do niej na fali pomieszanych woni. Każdy liść i pąk, każdy pęd trawy zdawał się mieć swój udział w tej przenikającej słodyczy, w której świeżość świerków dominowała nad ziołowym zapachem tymianku i delikatną nutą komptonii, a wszystko to łączyło się w woń ziemi, wilgotną jak oddech jakiegoś wielkiego, rozgrzanego słońcem zwierzęcia.

Charity trwała już od dłuższego czasu w bezruchu, bierna i rozgrzana słońcem jak zbocze, na którym leżała, gdy nagle przed jej oczami, i przed tańczącym motylem, pojawił się męski but, zniszczony i powalany czerwonym błotem.

— Och, nie! — zawołała, unosząc się na łokciu i wyciągając ostrzegawczo rękę.

— A co? — zapytał szorstki głos nad jej głową.

— Nie depcz tych kwiatów jeżyn, ty głupku! — odparła, zrywając się na kolana. But zatrzymał się, a następnie niezdarnie opadł na kruchą gałązkę. Podniósłszy oczy, ujrzała nad sobą skonsternowane spojrzenie przygarbionego mężczyzny o rzadkim płowym zaroście i bladych ramionach prześwitujących spod podartej koszuli.

— Czy ty nigdy NIC nie widzisz, Liffie Hyatt? — zaatakowała go, gdy stał przed nią, bezradnie jak człowiek, który wdepnął w gniazdo os.

Wyszczerzył się w uśmiechu.

— Panienkę żem widział! Dlatego tum zeszedł.

— Skąd zszedłeś? — zapytała, zbierając płatki, które rozrzucił butem.

Wskazał kciukiem w stronę wzgórza.

— Ciołem drzewa dla Dana Targatta.

Charity przysiadła na piętach i spojrzała na niego w zamyśleniu. Ani trochę nie bała się biednego Liffa Hyatta, choć „pochodził z Góry” i niektóre dziewczęta na jego widok uciekały. Te mądrzejsze uważały go za coś w rodzaju ogniwa między góralami i ludźmi cywilizowanymi, istotę nieszkodliwą, którą od czasu do czasu, gdy brakowało rąk do pracy, farmerzy wynajmowali do wyrębu. Poza tym wiedziała, że żaden góral nigdy jej nie skrzywdzi: sam Liff jej to powiedział, gdy była małą dziewczynką i pewnego dnia spotkała go na skraju pola prawnika Royalla.

— Jakby ku nim zaszła panienka kiedy, nie ukrzywdzą. Ale też pewnikiem nie zajdzie — dodał filozoficznie, patrząc na jej nowe pantofelki i czerwoną wstążkę, którą pani Royall związała jej włosy.

W rzeczy samej, Charity nigdy nie czuła potrzeby odwiedzenia miejsca swego pochodzenia. Nie zależało jej, by wiedziano, że pochodzi z Góry, i nie chciała, by widziano, jak rozmawia z Liffem Hyattem. Dziś jednak jego widok nie sprawił jej przykrości. Wiele rzeczy się wydarzyło od chwili, kiedy Lucius Harney przekroczył próg biblioteki Hatcharda. Żadna z nich nie była jednak tak zaskakująca, jak to, że komitywa z Liffem Hyattem sprawia jej przyjemność. Z ciekawością wpatrywała się w jego piegowatą, ogorzałą twarz, chorobliwie zapadnięte policzki i blade spojrzenie łagodnego zwierzęcia. „Ciekawe, czy jesteśmy spokrewnieni?” pomyślała i wzdrygnęła się na samą myśl o tym.

— Mieszka tam kto w tym brązowym domu nad bagnem pod Porcupine? — spytała nagle obojętnym tonem.

Przez chwilę patrzył na nią zaskoczony, po czym podrapał się w głowę i przeniósł ciężar ciała z jednej dziurawej podeszwy na drugą.

— Od lat te same ludzie mieszkają w tym brązowym domu — powiedział z bladym uśmiechem.

— Stamtąd, tak jak ty?

— Nazywają się tak jak ja — przytaknął z wahaniem.

Charity wciąż badała go spojrzeniem.

— Wiesz, chciałabym tam kiedyś pojechać i zabrać ze sobą pewnego pana, który się u nas stołuje. Przyjechał tu rysować.

Nie wysilała się, aby to lepiej wyjaśnić. Taka próba nic by nie dała, bo zrozumienie tego przekraczało możliwości Liffa Hyatta.

— Chciałby zajść do brązowego domu i go sobie dobrze obejrzeć — ciągnęła.

Liff znów przeczesał palcami włosy w kolorze słomy.

— Czy to ten facet z miasta? — zapytał.

— Tak. Rysuje różne przedmioty. Teraz jest w miasteczku i szkicuje dom Bonnerów.

Wskazała komin ledwie widoczny ponad polem poniżej lasu.

— Dom Bonnerów? — powtórzył z niedowierzaniem.

— Tak. Nie zrozumiesz tego. I to nie ma znaczenia. Chodzi mi tylko o to, że za dzień czy dwa wybiera się do Hyattów.

Liff wyglądał na coraz bardziej zakłopotanego.

— Bash po południu bywa wredny.

Odrzuciła głowę do tyłu, patrząc z uwagą na Liffa.

— Powiedz mu, że ja też będę.

— Panience ta nic nie zrobią, nie Hyattowie. Ale po co brać obcego ze sobą?

— Już ci powiedziałam, nie słyszałeś? Masz to powiedzieć Bashowi.

Skierował wzrok na niebieskie wzgórza na horyzoncie, a potem opuścił na czubek komina poniżej pola.

— On tam jest teraz?

— Tak.

Znów przestąpił z nogi na nogę, skrzyżował ramiona i kontynuował badanie odległego krajobrazu.

— No, to na razie — powiedział bez przekonania, odwrócił się i powlókł w górę zbocza. Zatrzymał się na półce powyżej i zawołał:

— Ale w niedzielę to bym tam nie szedł!

Wspinał się, aż zasłoniły go drzewa, po czym Charity usłyszała dochodzący z góry dźwięk siekiery.

Leżała na ciepłym zboczu, snując rozważania, które obudził w niej widok drwala. Nie wiedziała nic o swoim wczesnym dzieciństwie i nigdy nie była tego ciekawa, wręcz przeciwnie, czuła głęboką niechęć do badania tego zakątka pamięci, w którym zalegały niewyraźne obrazy przeszłości. Jednakże wydarzenia ostatnich kilku tygodni poruszył ją do głębi. Nagle sama dla siebie stała się obiektem absorbującej ciekawości, w której centrum było wszystko, co miało związek z jej przeszłością.

Fakt pochodzenia z Góry stał się dla niej bardziej nieznośny niż kiedykolwiek. A tym samym przestał być czymś obojętnym. Wszystko, co w jakikolwiek sposób jej dotyczyło, stało się ważne i żywotne, nawet rzeczy okropne, ponieważ stanowiły jej cząstkę.

„Ciekawe, czy Liff Hyatt wie, kto jest moją matką?”, pomyślała. Myśl, że jakaś kobieta, kiedyś młoda i smukła, w której żyłach krew krążyła szybko jak u niej, nosiła ją, a potem obserwowała ją śpiącą, wywołała w niej dreszcz zaskoczenia. Zawsze myślała o matce jako o kimś, kto już dawno nie żyje, czymś nie więcej niż bezimiennej szczypcie ziemi. Teraz jednak zdała sobie sprawę, że ta kiedyś młoda kobieta wciąż może żyć, może pomarszczona i z włosami w nieładzie, jak ta widywana czasami w drzwiach brązowego domu, który chciał narysować Lucius Harney. Myśl o tym sprawiła, że Harney znów znalazł się w centrum jej rozważań, usuwając w cień hipotezy, które wywołała obecność Liffa Hyatta. Dywagacje na temat przeszłości nie mogły na długo przykuć jej uwagi, kiedy teraźniejszość była taka bogata, przyszłość tak różowa, a Lucius Harney o kilka kroków od niej, pochylony nad swym szkicownikiem, marszczący brwi, obliczający, mierzący i w końcu prostujący się z nagłym uśmiechem, który rozjaśniał wszystko dookoła.

Podniosła się, ale widząc, że Lucius idzie w górę po polu, usiadła na trawie, aby na niego poczekać. Kiedy rysował i wymierzał jeden ze „swoich domów”, jak je nazywała, często wędrowała samotnie do lasu lub na wzgórza? Częściowo wynikało to z nieśmiałości, poczucia niedopasowania, które opanowywało ją, gdy jej towarzysz, zaabsorbowany pracą, zapominał o brakach w jej wykształceniu, jej niezdolności do wyczucia robionych przezeń drobnych aluzji, i pogrążał się w monologu na temat sztuki i życia. Aby uniknąć niezręczności takiego bezmyślnego uczestnictwa, a także zdziwionych spojrzeń mieszkańców domów, przed którymi zdarzało mu się gwałtownie ściągnąć lejce i sięgnąć po szkicownik, Charity trzymała się na uboczu, w jakimś miejscu, z którego mogła niezauważona obserwować go przy pracy, albo przynajmniej widzieć dom, który rysował.

Z początku nie miała nic przeciw temu, by North Dormer i jego otoczenie dowiedziało się, że wozi kuzyna panny Hatchard po okolicy powozem wynajętym przezeń od prawnika Royalla. Zawsze trzymała się na uboczu, stroniąc od śmiesznych małomiasteczkowych miłostek, nie wiedząc nawet, czy ta zacięta duma wynika z niewiadomego pochodzenia, czy może z przeczucia, że czeka ją coś lepszego.

Czasem zazdrościła innym dziewczętom ich sentymentalnych rozterek, długich spacerów w milczeniu z jednym z tych kilku młodych ludzi, którzy jeszcze pozostali w miasteczku, ale kiedy wyobraziła sobie, że mogłaby kręcić włosy lub ozdabiać kapelusz nową wstążką dla Bena Frya czy któregoś z młodych Sollasów, jej ekscytacja znikała i na powrót zamieniała się w obojętność.

Teraz rozumiała sens tej niechęci i powściągliwości. Poznała swą wartość, gdy Lucius Harney, patrząc na nią po raz pierwszy, zapomniał języka w ustach i oparł się zaczerwieniony o jej biurko. Ta nowa sytuacja zrodziła w niej jednak całkiem inny rodzaj niepewności: lęk przed narażaniem świętego skarbu jej szczęścia na jakieś pospolite niebezpieczeństwa.

Nie przeszkadzało jej, że sąsiedzi gadają, że „wozi się” z jakimś młodym mężczyzną za miasto, nie chciała jednak, by wszyscy wiedzieli, ile godzin w czasie tych długich czerwcowych dni z nim spędza. Najbardziej obawiała się, że nieuniknione komentarze dotrą do pana Royalla. Charity instynktownie wyczuwała, że niewiele rzeczy jej dotyczących uchodzi uwadze tego milczącego człowieka, pod którego dachem mieszkała. Zawsze wiedziała, że pomimo pobłażania, z jaką North Dormer przyjmowało flirty młodzieży, w dniu, w którym zbyt otwarcie przejawi swe preferencje, pan Royall każe jej za to, jak to określała, „zapłacić”.

Jak? Nie wiedziała, ale obawa była tym większa, że niezdefiniowana. Gdyby przyjęła zaloty jednego z młodzieńców z miasteczka, jej obawy byłyby mniejsze: takiej decyzji o małżeństwie pan Royall nie mógłby zapobiec.

Ale każdy wiedział, że chodzenie z miastowym to inna sprawa, znacznie poważniejsza. Prawie każde miasteczko mogło wskazać przynajmniej jedną ofiarę takiego niebezpiecznego przedsięwzięcia.

Lęk przed interwencją pana Royalla wzmagał radość godzin spędzanych z Harneyem, a jednocześnie sprawiał, że wolała się z nim nie pokazywać.

Kiedy podszedł, uniosła się na kolana, wyciągając ręce nad głową w leniwym geście, który był jej sposobem wyrażania dobrego samopoczucia.

— Mam zamiar zabrać cię do tego domu pod Porcupine — oznajmiła.

— Jakiego domu? Ach, tej ruiny w pobliżu bagien, wokół której kręcą się ludzie o wyglądzie Cyganów. Ciekawe, że w takim miejscu powstał dom z cechami prawdziwej architektury. Ale ci ludzie wyglądają ponuro — myślisz, że nam pozwolą wejść?

— Zrobią to, co im powiem — powiedziała z przekonaniem.

Padł na ziemię obok niej.

— Czyżby? — kontynuował z uśmiechem. — Cóż, oczywiście chciałbym zobaczyć to, co zostało w środku domu. I chciałbym porozmawiać z tymi ludźmi. Ktoś mi mówił, że oni zeszli z Góry?

Charity spojrzała na niego z ukosa. Pierwszy raz mówił o Górze w kontekście innym niż krajobrazowy.

Co jeszcze wiedział o tym miejscu, a także o jej z nim związkach?

Instynktowny opór, którym reagowała na każdy wyimaginowany afront, wywołał gwałtownie bicie serca.

— Góra? Nie obawiam się Góry.

Wyraźnie ton buntu w jej słowach umknął jego uwadze.

Leżał na brzuchu, łamiąc gałązki tymianku i przyciskając je do warg. W oddali, nad fałdami pobliskich wzgórz, na tle żółtej tarczy słońca, wznosiła się groźna sylwetka Góry.

— Muszę się tam kiedyś wybrać. Chciałbym to zobaczyć — powiedział.

Jej serce zwolniło i znów zerknęła w bok, na jego profil.

Nic nie wskazywało na to, że ma jakieś nieprzyjazne zamiary.

— Po co chcesz iść na Górę?

— No cóż, to musi być dość ciekawe miejsce. Jest tam coś w rodzaju kolonii, no wiesz, taka poza prawem, jakby niezależne królestwo. Oczywiście słyszałaś, co o nich mówią, ale powiedziano mi, że nie mieszają się do spraw ludzi z dolin, zupełnie jakby patrzyli na nich z góry. Myślę, że to ludzie szorstcy, ale charakterni.

Nie bardzo wiedziała, co miał na myśli, mówiąc, że są charakterni, ale ton jego głosu wyrażał podziw i wzmógł jej ciekawość.

Nagle pomyślała, że to dziwne, że tak mało wie o Górze. Nigdy sama nie pytała, a nikt nie kwapił się, by ją oświecić. Dla North Dormer Góra po prostu była, niechęć do niej wyrażano intonacją głosu, a nie jawną krytyką.

— No wiesz, to dziwne — ciągnął — że tam, na szczycie tego wzgórza, jest garstka ludzi, którzy mają resztę w nosie.

Te słowa nią wstrząsnęły. Wydawały się być kluczem do jej własnych buntów i sprzeciwów. Zapragnęła, by powiedział coś więcej.

— Nie wiem o nich zbyt wiele. Czy zawsze tam byli?

— Nikt nie wie dokładnie od kiedy. Kiedyś w Creston powiedziano mi, że pierwszymi tutejszymi kolonistami byli robotnicy pracujący na linii kolejowej, która czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu połączyła Springfield i Nettleton. Część z nich zaczęła pić lub miała problemy z policją i odeszła — zniknęli w lesie. Rok czy dwa później doniesiono, że zasiedlili Górę. Potem, jak sądzę, dołączyli do nich inni, urodziły się dzieci. Mówi się, że teraz jest tam ponad sto osób. Wydaje się, że są całkiem poza jurysdykcją panującą w dolinach. Żadnej szkoły, kościoła, a i szeryf też tam nie zajeżdża, by zobaczyć, co się u nich dzieje. Ale czy mieszkańcy North Dormer nigdy o nich nie rozmawiają?

— Nie wiem. Mówi się, że są źli.

Roześmiał się.

— A są? Pojedziemy i sprawdzimy, co?

Zaczerwieniła się na te słowa i odwróciła twarz do niego.

— Nie słyszałeś pewnie, że jestem stamtąd. Przywieźli mnie tu, gdy byłam mała.

— Ty? — uniósł się na łokciu, patrząc na nią z nagłym zainteresowaniem. — Ty pochodzisz z Góry? Niesamowite! Przypuszczam, że to dlatego jesteś taka inna.

Fala szczęścia oblała ją od stóp do głów. Chwalił ją i to dlatego, że przybyła z Góry.

— Jestem inna? — jej triumf był podszyty niepewnością.

— Bezapelacyjnie! — ujął jej opaloną dłoń i złożył na niej pocałunek.

— Chodź — powiedział — zbierajmy się.

Wstał i otrzepał swoje luźne, szare ubranie z trawy.

— Co za udany dzień! Gdzie mnie zabierzesz jutro?

Rozdział VI

TEGO WIECZORA PO KOLACJI Charity siedziała sama w kuchni i słuchała jak pan Royall i Lucius rozmawiają na ganku.

Kiedy sprzątnęły ze stołu i stara Verena pokuśtykała do łóżka, ona wolała zostać na dole. Okno kuchni było otwarte, a Charity siedziała tuż obok, z dłońmi złożonymi kolanach. Wieczór był chłodny i bezwietrzny. W dali, za czarnymi wzgórzami bursztynowy zachód z wolna przechodził w bladą zieleń, a następnie głęboki błękit, na tle którego wisiała wielka gwiazda. Przez zmrok przebijało się miękkie pohukiwanie pójdźki, a w przerwach słychać było wznoszące się i opadające męskie głosy.

Pan Royall perorował z satysfakcją. Sporo czasu minęło od dnia, kiedy mógł porozmawiać z kimś na poziomie Luciusa Harneya. Charity domyślała się, że młody człowiek symbolizuje całą jego zmarnowaną i nieodżałowaną przeszłość. Kiedy panna Hatchard została wezwana do Springfield, do pielęgnowania chorej owdowiałej siostry, Lucius, który w tym czasie na poważnie podjął się narysowania i wymierzenia wszystkich starych domów między Nettleton i granicą New Hampshire, zasugerował, że pod nieobecność kuzynki mógłby się stołować w czerwonym domu. Charity drżała z obawy, że pan Royall odmówi. Nikt nie brał pod uwagę przyjęcia młodego człowieka pod dach; po prostu nie było dla niego pokoju.

Ale przecież mógł mieszkać w domu panny Hatchard, pod warunkiem, że pan Royall zezwoli, by stołował się w czerwonym domu. Po całym dniu zastanawiania pan Royall się zgodził.

Charity podejrzewała, że był zadowolony z okazji zarobienia kilku groszy. Miał reputację człowieka chciwego, ale Charity zaczęła się domyślać, że prawdopodobnie jest biedniejszy niż powszechnie uważano. Jego praktyka była już prawie wyłącznie legendą, ożywianą od czasu do czasu jakimś wezwaniem do Hepburn lub Nettleton. Wyglądało na to, że utrzymuje się głównie ze skromnej produkcji swojej farmy oraz prowizji od kilku miejscowych agencji ubezpieczeniowych, które reprezentował. W każdym razie skwapliwie zgodził się, gdy Harney zaproponował półtora dolara dziennie za wynajęcie powozu. Dał zresztą wyraz swemu zadowoleniu dość nieoczekiwanie, pod koniec pierwszego tygodnia, kiedy Charity siedziała przerabiając swój stary kapelusz, a on rzucił jej na kolana czek na dziesięć dolarów.

— Masz, kup sobie wyjściowy czepek, żeby wszystkie dziewczyny pękły z zazdrości — powiedział, patrząc na nią z nieśmiałym błyskiem w głęboko osadzonych oczach, a ona od razu domyśliła się, że ten nieoczekiwany prezent — jedyny dar pieniężny, jaki od niego otrzymała — był pierwszą zapłatą od Luciusa.

Jednakże przybycie tego młodego człowieka przyniosło panu Royallowi również korzyści niematerialne, a mianowicie po raz pierwszy od wielu lat męskie towarzystwo. Wprawdzie Charity miała tylko mgliste pojęcie o potrzebach opiekuna, ale wiedziała, że czuł się lepszym od ludzi, wśród których żył, co więcej, dostrzegła, że Lucius Harney też go za takiego uważa. Była zaskoczona, że w obecności słuchacza, który go rozumiał, potrafił tak dobrze opowiadać; równie silnie poruszyło ją pełne szacunku zachowanie Luciusa.

Rozmawiali głównie o polityce, ale też o innych rzeczach, a dziś poruszyli szczególnie interesującą ją kwestię, bo mówili o Górze.

Cofnęła się trochę, żeby nie widzieli, że nasłuchuje.

— Góra? — usłyszała głos pana Royalla. — No cóż, Góra to skaza — właśnie tym jest, szanowny panie, skazą. Z tymi szumowinami już dawno powinniśmy się uporać — i pewnie tak by się stało, gdyby miejscowi się ich nie bali. Góra należy do tego miasteczka i to wina North Dormer, że mieszka tam ten gang złodziei i ludzi wyjętych spod prawa, na naszych oczach i wbrew prawom naszego kraju. No cóż, nie odważył się tam zapuścić ani szeryf, ani poborca podatkowy, ani koroner. Kiedy mowa o kłopotach na Górze, miejscowi urzędnicy patrzą w innym kierunku i zajmują się środkami pieniężnymi na odrestaurowanie miejskiej pompy. Jedynym człowiekiem, który tam chodzi, jest pastor, a i to tylko dlatego, że po niego przysyłają, gdy któreś z nich umiera. O chrześcijańskich pogrzebach na Górze jeszcze pamiętają, nigdy jednak nie słyszałem, by potrzebowali pastora do ślubu. Nigdy też nie kłopotali się wzywaniem sędziego pokoju. Żyją tam w stadzie, jak poganie.

Pan Royall ciągnął swój wywód, wyjaśniając nieco technicznym językiem, w jaki sposób tej małej kolonii nielegalnych osadników udaje się unikać prawa, a Charity, płonąc z niecierpliwości, czekała na komentarz Luciusa. Wyglądało jednak na to, że młodemu człowiekowi bardziej zależy na poznaniu poglądów pana Royalla niż na wyrażaniu własnych.

— Przypuszczam, że nigdy pan tam nie był? — zapytał po chwili.

— A właśnie, że byłem — odpowiedział pan Royall z pogardliwym śmiechem. — Różni tutejsi mądrale mnie przestrzegali, że nie wrócę, bo tamci mnie załatwią, ale nikt nie podniósł na mnie nawet palca. A ja dopiero co posadziłem jednego z nich na siedem lat.

— I pojechał pan tam zaraz po tym?

— Tak, mój panie, zaraz po tym. Ten typ zszedł do Nettleton i dostał białej gorączki, to im się zdarza. Kiedy kończą wycinkę, schodzą w doliny i szastają pieniędzmi na lewo i prawo. Ten się dopuścił nieumyślnego spowodowania śmierci. To ja go oskarżałem, bo tych z Góry bali się nawet tam, w Nettleton. No i właśnie wtedy zdarzyło coś dziwnego. Facet posłał po mnie, abym przyszedł do niego do więzienia. No to poszedłem, a on na mój widok mówi: „Ten dureń, który mnie bronił, to był tchórzliwy skurczybyk, i w ogóle. Mam coś do załatwienia tam, na Górze, a pan jesteś jedyny, który w tym sądzie wyglądał na takiego, co mógłby to zrobić.” Powiedział mi, że ma tam dziecko, czy raczej małą dziewczynkę. No i chciał ją sprowadzić na dół, żeby wyrosła na chrześcijankę. Było mi tego człowieka żal, więc pojechałem tam i zabrałem dzieciaka.

Zamilkł, a Charity słuchała z bijącym sercem.

— To jedyny raz, kiedy tam byłem — podsumował.

Przez chwilę było cicho, po czym odezwał się Lucius:

— A to dziecko, czy ono nie miało matki?

— A jakże, była i matka. Ale wyraźnie się ucieszyła, że ją zabieram. Oddałaby ją każdemu. To nawet nie są półludzie. Myślę, że dziś jej matka już nie żyje, zważywszy na tryb życia, jaki wiodła. Tak czy inaczej, nigdy od tego dnia o niej nie słyszałem.

— Mój Boże, co za upiorna historia — mruknął Lucius, a Charity, dusząc się z upokorzenia, zerwała się na równe nogi i pobiegła na górę.

W końcu się dowiedziała! Dowiedziała się, że jest dzieckiem skazanego pijaka i matki nie zasługującej nawet na miano półczłowieka, która cieszyła się, że ją oddaje. Do tego historię swego pochodzenia usłyszała po raz pierwszy wtedy, gdy relacjonowano ją jedynej istocie, w której oczach chciała uchodzić za kogoś lepszego od otaczających ją ludzi. Zauważyła, że pan Royall nie wymienił jej imienia, starał się nawet unikać aluzji, które mogłyby ją utożsamić z dzieckiem przywiezionym z Góry. Domyśliła się, że robi to ze względu na nią. Ale co jej po tym, skoro wcześniej tego samego popołudnia, zmylona zainteresowaniem, jakie wzbudziła u Luciusa ta kolonia wyrzutków, zdążyła się już pochwalić pochodzeniem z Góry? Teraz każde usłyszane słowo ukazywało jej przepaść, jaką stwarza między nimi jej pochodzenie.

Podczas dziesięciu dni pobytu w North Dormer Lucius Harney ani razu nie wspomniał o uczuciach. Owszem, wstawił się za nią u kuzynki i nawet przekonał pannę Hatchard, co do jej zalet jako bibliotekarki, był to jednak zwykłe oddanie jej sprawiedliwości, ponieważ to z jego winy te zalety zakwestionowano. Niby poprosił ją, aby obwoziła go po okolicy, kiedy brał powóz Royalla na swe wyprawy do domów, które miał naszkicować, ale to też było zupełnie naturalne, jako że zupełnie nie znał terenu. Wreszcie, kiedy jego kuzynka została wezwana do Springfield, poprosił pana Royalla, by mógł się u nich stołować, ale gdzie, jakie inne miał możliwości w North Dormer? Przecież nie mógł jeść u Carricka Fry’a, którego żona była sparaliżowana i którego liczna rodzina mrowiła się przy zatłoczonym stole. Nie u Targattów, którzy mieszkali kilka kilometrów stąd, ani nie u biednej starej pani Hawes, która, od kiedy opuściła ją najstarsza córka, z trudem gotowała dla samej siebie, gdy Ally była zajęta zarabianiem na życie jako krawcowa. Dom pana Royalla był jedynym miejscem w North Dormer, w którym młody człowiek mógł oczekiwać przyzwoitego posiłku. Zatem w całym przebiegu ich znajomości nie było nic, co mogłoby budzić w piersi Charity nadzieje, od których drżała. A jednak pod tymi jawnymi zdarzeniami wynikającymi z przyjazdu Luciusa Harneya płynął też jakiś podskórny nurt — tak tajemniczy i silny jak ten, który sprawia, że las wybucha liśćmi, zanim stopnieje lód na jeziorach.

Interes, który ściągnął tu Luciusa, był prawdziwy: Charity widziała list od wydawcy z Nowego Jorku, który upoważniał go do zbadania osiemnastowiecznych domów w mniej znanych dystryktach Nowej Anglii. Cała sprawa była dla niej dość niezrozumiała i trudno jej było pojąć, dlaczego Lucius zastygał w zachwycie przed niektórymi zaniedbanymi i obdrapanymi domami, podczas gdy te odnowione i poprawione przez lokalnych budowniczych w ogóle nie przyciągały jego wzroku. Mogła jedynie domniemywać, że hrabstwo Eagle County wcale nie jest tak bogate architektonicznie, jak twierdził, i czas jego pobytu (ustalony na miesiąc) ma jakiś związek ze spojrzeniem, którym ją obrzucił, gdy po raz pierwszy stanął przed nią w bibliotece. Miała wrażenie, że wszystko, co się potem wydarzyło, wynikało właśnie z tego spojrzenia: jego sposób mówienia do niej, lotność, z jaką chwytał jej myśl, wyraźna chęć przedłużania ich wspólnych wycieczek i skwapliwe korzystanie z każdej okazji przebywania w jej towarzystwie.

Jego zachowanie było tak odmienne od wszystkiego, co kiedykolwiek widziała w North Dormer, że choć objawy jego sympatii były wystarczająco oczywiste, to trudno było odgadnąć, jak wiele znaczyły. Wprawdzie był bardziej bezpośredni i bardziej uległy od tych, których znała, ale czasem to właśnie ta bezpośredniość najsilniej podkreślała dzielący ich dystans. Różnice w wykształceniu i możliwościach tworzyły między nimi przepaść, której nie byłaby w stanie pokonać nawet największym wysiłkiem. Nawet wtedy, gdy zbliżała ich do siebie jego młodość i zachwyt, jakieś przypadkowe słowo, jakaś aluzja, przenosiły ją natychmiast na drugi brzeg ziejącej między nimi otchłani.

Jeszcze nigdy dzielący ich dystans nie był tak duży, jak wtedy, gdy uciekła do swojego pokoju, unosząc ze sobą echo opowieści pana Royalla. Pierwszym odruchem było pragnienie, aby już nigdy więcej nie widzieć Luciusa Harneya. Myśl, że wysłuchał tej opowieści bezstronnie i beznamiętnie, była nie do zniesienia. — Chciałabym, żeby wyjechał: żeby jutro wyjechał i nigdy nie wrócił — jęknęła w poduszkę i leżała tak do późna w nocy, w pogniecionej sukni, z sercem rozdartym z żalu za nadziejami i marzeniami, które obróciły się w niwecz jak zamki na lodzie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 41.09