E-book
10.24
drukowana A5
25.82
Kumulacja

Bezpłatny fragment - Kumulacja


Objętość:
167 str.
ISBN:
978-83-8221-409-3
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 25.82

Przedmowa dla ciebie czytelniku

Warto wiedzieć, że książka w twoich rękach jest zbiorem trzech odrębnych historii z tymi samymi dwoma bohaterami. Pierwsza część pt. Kumulacja Cierpień jest moim debiutanckim opowiadaniem, które okazało się drukiem w 2011 roku. Kolejna część pt. Kumulacja Gniewu została wydana rok później, a ostatnia trzecia część Kumulacja Nienawiści, która została ukończona w 2017 roku, znajduje się po raz pierwszy właśnie tutaj. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ istnieje przepaść pomiędzy debiutem, a ostatnią częścią. Sześć lat to bardzo dużo, a ja jak każdy pisarz rozwijam się, i rok po roku mam lepszy warsztat. Dlatego też uprzedzam, że jest znaczna różnica pomiędzy częścią pierwszą, a ostatnią. Kumulacja Cierpień została poprawiona, jednak starałam się ograniczyć, aby zachowała się oryginalna forma.

Tak więc życzę Ci drogi czytelniku miłej lektury i dziękuję, że Kumulacja trafiła w twoje ręce.

Pozdrawiam serdecznie,

Monika Fudali

I
Kumulacja Cierpień

Kilka ton stali jednym uderzeniem rozniosło w drzazgi drewnianą ścianę domu państwa Becker.

— Jeszcze trochę tej podstawy z kamienia i wystarczy! — wrzasnął brodaty kierownik budowy.

— Spoko, szefie! — odezwał się młodzik, niosący kilka sztuk rurek do rusztowania. — Siergiej ma najlepszego cela.

— Mimo to lepiej, aby wiedział, co ma burzyć, bo jak rozpieprzy fundamenty, albo ścianę nośną to cała ta rudera runie jak domek z kart — burknął w odpowiedzi, zapalając papierosa i zaciągając się głęboko.

— Co oni chcą z tego zrobić? — zainteresował się młody.

Kierownik popatrzył na to co zostało z obszernej sypialni i wzruszył ramionami.

— Ki pieron! — krzyknął nagle. — Paolo! Co ty do cholery robisz z tą ciężarówką?! Rozjechałeś pół warzywniaka świętej pamięci pani Becker! — rzucił ledwo nadpalony papieros w trawnik i szybkim krokiem ruszył przed siebie, przeklinając każdego po drodze.

Jego asystent stojący obok zaśmiał się cicho i spokojnie dopił kawę. Ubrany był w modne jeansy wycierane z przodu i obcisły biały tank top. Był wysokim przystojnym brunetem z krótko ściętymi włosami, o ciemnych oczach. Dobrze zbudowany, dzięki regularnym wypadom z kolegami na siłownię, przyciągał wzrok mijających go kobiet. Miał dwadzieścia siedem lat, dobrze płatną pracę, żonę w ciąży i miłego teścia. Nie narzekał na życie, co najwyżej na zbyt wysokie ceny papierosów.

Już miał iść po plany domu, gdy coś nagle przykuło jego uwagę. Wydawało mu się, że dostrzegł ruch pomiędzy zwalonymi deskami ściany. Odłożył kubek po kawie na krawężnik i podszedł do gruzów.

Coś zachrobotało. Odsunął drewnianą płytę, w której cieniu siedziała skulona popielica. Futerko miała pokryte brudem i kurzem, a jej wielkie onyksowe ślepia wpatrywały się w niego z przerażeniem.

— Chyba rozwaliliśmy ci mieszkanko — powiedział do niej. — Zalecam przeprowadzkę w inne miejsce. Państwo Becker kopnęli w kalendarz, a na ich miejsce wprowadzają się młodzi, którzy na pewno nie tolerują dzikich lokatorów.

Zwierzątkiem niespodziewanie targnął konwulsyjny skurcz. Gwałtownie zaczęło drapać pazurkami o chodnik z taką siłą, że te momentalnie popękały i zaczęły krwawić. Popielica dławiła się, wydając z siebie gardłowe skrzeki.

Mężczyzna odskoczył jak oparzony widząc, jak żółć wylewa jej się z pyska. Konwulsje wzmogły się, przybierając niemal rytmiczne ruchy — od żołądka do gardła zwierzęcia. Ze śliną popłynęła krew, zalewając śluzowatą mieszanką chodnik.

Poczuł, że robi mu się niedobrze, a śniadanie niebezpiecznie podeszło mu do gardła.

Popielica przestała skrzeczeć, wydawane przez nią odgłosy przeistoczyły się w dziwne bulgotanie. Chwyciła się łapkami za głowę i zaczęła w panice zdzierać sobie skórę z pyska resztkami pazurów, które wbiły się w powieki i rozdarły delikatne błony. Z oczodołów, przez zakrwawione rany wypływał miąższ.

Nagle coś pojawiło się w paszczy popielicy. Błysnął złotawy i nieregularny kształt. Zwierzę w bólu i cierpieniu rozrywanego ciała zaczęło szarpać ową rzecz łapkami. Z okropnym trzaskiem łamanych zębów oraz piskiem rozpaczy, popielica wyszarpnęła przedmiot z jamy ustnej. Fuknęła krwią i z furią wybiegła na ulicę wprost pod koła nadjeżdżającej wywrotki.

Paolo zgrzytnął hamulcem.

— Co to do cholery było, Danny?! — zapytał, wysiadając i przyglądając się zwłokom rozmazanym na kole. — Głupie dachowce. Nie mają oczu czy co?!

Brunet odetchnął ciężko i uspokoił serce. Nigdy nie widział czegoś tak okropnego.

— Chłopie, wszystko porządku? — Paolo przyjrzał mu się z troską. — Nie wyglądasz najlepiej.

— Dobrze… nic mi nie jest. Jestem po prostu zmęczony — odpowiedział wymijająco, starając się nie patrzeć na krew i śluz pod swoimi nogami. — Jedź już z tym gruzem, bo kierownik się wkurzy.

Poczekał, aż kolega wejdzie do ciężarówki i odjedzie, po czym schylił się po przedmiot wypluty przez popielicę. Ku jego zaskoczeniu była to dziesięciocentymetrowa szpilka do włosów. Wyglądała jakby była wykonana ze złota. Nie umiał stwierdzić czy ze szczerego. Jej kształt był dziwny. Miał formę człowieka z czterema dłońmi, okrytego płaszczem z kapturem naciągniętym na głowę. Na plecach odzienie było rozcięte, a skóra postaci wytatuowana była napisami w niezrozumiałym dla niego języku. Cztery dłonie postaci uchwycone zostały w odmiennych gestach. Prawa górna wznosiła palec wskazujący ku niebu, natomiast druga trzymana była poziomo. Lewe ręce były odwrotnością prawych, ta na górze tkwiła w poziomie, a dolna wskazywała ziemię.

Szpilka została pięknie wykonana, lecz równocześnie było w niej coś przerażającego.

— Hej, Danny! — zawołał jeden z robotników. — Szef cię szuka!

Brunet niewiele myśląc, schował szpilkę do kieszeni i zaraz o niej zapomniał.

***

Rebecca podekscytowana rozkładała na stole talerze i sztućce. Nie mogła się doczekać powrotu męża. Chyba po raz setny spojrzała na teczkę leżącą na komodzie. Dzisiaj odebrała wyniki badania USG od lekarza. Z uśmiechem pogładziła pokaźny już brzuch, okryty białą koronkową tuniką. Danny będzie szczęśliwy, to już na pewno chłopiec, pomyślała uradowana.

Usłyszała szczęk otwieranego zamka. Prędko skierowała się ku wejściu i padła w objęcia męża.

— Kochanie, ostrożnie. Nie chcę zgnieść dziecka — powiedział, całując żonę.

— Nic mu nie będzie, a ja się stęskniłam! — zrobiła urażoną minkę.

Danny pogładził kasztanowe loki opadające na śliczną okrągłą twarz jego wybranki. Jej duże zielone oczy o długich jak miotełki czarnych rzęsach skrzyły się wesoło.

— Pięknie dzisiaj wyglądasz — zauważył, muskając jej malinowe usta.

— Przecież zaraz będą goście… — zachichotała.

— Tak? To dziś wtorek? — zapytał zaskoczony.

— Oczywiście, że wtorek, głuptasie! Ściągaj prędko to śmierdzące potem ubranie i biegnij się umyć. W łazience przygotowałam ci wszystko co potrzebne.

Mężczyzna zrzucił z siebie spodnie oraz koszulę, raz jeszcze ucałował żonę i zniknął za drzwiami łazienki. Rebecca poszła do pralni. Przeszukując kieszenie spodni męża przed włożeniem do pralki, natrafiła na coś ostrego. Szybko cofnęła rękę. Z palca popłynęła szkarłatna stróżka krwi. Zatamowała krwawienie chusteczką i już ostrożniej wyciągnęła przedmiot.

Z uwagą przyjrzała się szpilce do włosów. Nie wiedziała, skąd Danny wytrzasnął coś takiego, ale spodobało się jej. Zauważyła, że spod poły płaszcza postaci wystają dwie uzbrojone w szpony stopy jakiegoś zwierzęcia.

— Kochanie — krzyknął z łazienki Danny. — Ktoś puka do drzwi!

Podbiegła do lustra i zręcznie umocowała nową ozdobę w upiętym na szybko grubym koku. Zatrzymała dłonie, gdy dostrzegła za sobą jakiś cień, lecz kiedy się obróciła, już go nie było. Pokręciła głową, tłumacząc sobie to jako przywidzenie i poszła otworzyć gościom drzwi.

***

Keisuke, co się stało? — zapytał Sato, podchodząc do okna, przez które uporczywie wyglądał jego starszy brat.

— Burzą siedlisko śmierci — odpowiedział cicho. — Żal przelewa się w jedność i staje się demonem.

— Nie rozumiem… — Sato zerknął na niego zaskoczony.

Keisuke usiadł ciężko w fotelu, nie siląc się na wyjaśnienia. Miał okrągłą twarz z blisko osadzonymi, typowymi dla Azjatów brązowymi oczami. Był lekkiej budowy, średniego wzrostu oraz rzucającymi się w oczy długimi palcami, jakby stworzonymi do gry na pianinie, które tymczasem obrastało kurzem w ich holu. Kruczoczarne włosy miał równo przystrzyżone do linii karku, ale grzywka zdecydowanie domagała się podcięcia. Wyglądał na zaniepokojonego.

Sato był już przyzwyczajony do pewnych dziwnych zachowań brata. Przesiadywał w swoim pokoju mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa lub odprawiał wielogodzinne medytacje, czasem też znikał na kilka dni nie podając jasnego powodu. Sato nie był do końca pewny co dokładnie wykłada na uniwersytecie w którym pracuje, podobno coś na temat religii.

Niekiedy, tak jak dzisiaj, mówił od rzeczy o jakichś duszach czy wahaniach energii. Sato nic z tego nie rozumiał, monolog brata kojarzył mu się ze spirytyzmem, ale jego wiedza w tej materii ograniczała się do kilku usłyszanych historii o duchach i filmie Egzorcysta. Nie raz i nie dwa, pytał go, co ma na myśli, ale ten nigdy nie odpowiadał, jakby te słowa w ogóle nie powinny być przez Sato usłyszane. Rodzice też nie chcieli nic mówić. Owiewali wszystko aurą tajemnicy. Dlatego też wykorzystywał każdą nadarzającą się okazję, aby spróbować wyciągnąć z Keisuke jakieś informacje na ten temat.

— Coś nie tak z domem państwa Becker? — zapytał, siląc się na obojętność. — Przecież oni byli starzy, a to, że umarli w tym samym czasie, to się po prostu zdarza.

Starszy brat popatrzył na niego zza gęstej grzywki kruczoczarnych włosów, jakby coś rozważając. Spokojnym gestem przebiegł palcami po srebrnym łańcuszku, chowającym się pod jego szarą koszulką z białym poziomym pasem po środku piersi, a następnie potarł otwartą dłonią czarne spodnie.

Odezwał się po dłuższej chwili:

— Sato… państwo Becker nie do końca umarli. Oni są uwięzieni.

— Jak to?! Przecież widziałem, jak ich wynoszą w workach — oświadczenie brata zszokowało go.

Keisuke odkaszlnął. Ponownie zlustrował wzrokiem młodszego brata. Wysoki, gibki i energiczny. Skory do pomocy, niekiedy naiwny, ale o czystym sercu. Zawsze taki był. Nigdy mu się nie narzucał, gdy on sam milczał. Jedynie łowił skrawki wiedzy pozornie przypadkowymi pytaniami. Wiedział do czego teraz zmierza. Wyczuwał w nim pragnienie poznania prawdy. Był przepełniony pytaniami, na które tyle lat nie otrzymywał odpowiedzi. Jemu samemu milczenie nie przychodziło z łatwością. Ufał Sato od maleńkości i okłamywanie go przez pół życia, zatruwało mu sumienie. Już najwyższy czas, pomyślał. Rodzice zrozumieją, to już dorosły człowiek.

— Ten dom jest stary — zaczął spokojnie Keisuke. — A domy są jak ludzie. Kumulują w sobie wszystko, co złe. Zapewne mieszkało w tym domu wiele rodzin. Tych szczęśliwych, i tych mniej. Ciągle nowi ludzie i ich uczucia, które wyładowywali w tych murach, przez długi czas wchłaniane były przez ściany. Smutki, cierpienia i złości mieszkańców kumulowały się nad tym miejscem. W ten sposób umiera dom. Staje się zimny i nieprzyjemny, smutny i zapomniany. Nieszczęściem jest, gdy w takim domu umiera człowiek. Dom nie pozwala odejść duszy zmarłego. Więzi ją w klatce cierpień, które skumulował. Gdy takie miejsce zostaje zburzone, wtedy ta — powiedzmy — „dusza domu” materializuje się w postaci przedmiotu o kształcie swojego zła, a to zło staje się demonem o tych cechach. Nie jest to bezcelowe. w ten sposób demon chce przenieść się do ciała przypadkowego człowieka, opętać go, często zabić i zasiedlić kolejny dom.

Sato w zamyśleniu obracał swoją skórzaną bransoletką i spojrzał na dźwig burzący kolejną ścianę domu państwa Becker. Długo rozważał jego słowa. Wypowiedź brata wydawała mu się czymś abstrakcyjnym, a równocześnie czymś bardzo realnym. Nie był typem osoby, która automatycznie neguje sprawy wykraczające ponad normę. Zresztą trochę się tego spodziewał.

— Czy oni nie byli szczęśliwi? — nasunęło mu się pytanie. Bardzo chciał zapytać Keisuke, skąd on to wszystko wie, ale bał się, że ten przestanie mówić i zwyczajnie go spławi.

— Kiedyś na pewno byli, lecz z czasem, gdy życie podkłada nam kłody pod nogi, stajemy się coraz bardziej zgorzkniali. Oni byli związani ze sobą bardzo długo. Zapomnieli o pielęgnowaniu swojej miłości. Nie kochali siebie już od dawna, ale byli za starzy na samotność i w złości znosili swoje towarzystwo. Umarli razem, ale ich dusze nie zaznały spokoju. Dom ich uwięził, a teraz go burzą i całe jego zło przeistacza się w demona.

— Czy ten demon jest niebezpieczny? Mówiłeś, że może opętać człowieka i zmusić go do znalezienia nowego domu — zapytał instynktownie, mocno odczuwając nienaturalność tego pytania.

— Demon częściowo manipuluje człowiekiem, którego opętał. Zmienia go, podsuwa złe myśli i żeruje na jego dezorientacji. Jest zdolny do wszystkiego. Może swobodnie zabijać, żywić się strachem czy cierpieniem innych, a przede wszystkim swojego nosiciela. Nie może jednak zostać w tym ciele na zawsze. Musi ponownie zamieszkać w murach nowego domu. Jednak wtedy jest już o wiele silniejszy. Wszystko zależy od ilości dusz zabitych przez niego ofiar. Jego potęga może być tak wielka, że samodzielnie mógłby zabijać w murach swojej siedziby.

— To straszne — wykrztusił Sato.

Wierzył w zło, ale nie był świadomy takich rzeczy, ani nie wiedział o istnieniu demonów żywiących się negatywnymi emocjami. Z niepokojem powiódł wzrokiem po okalających ich ścianach. Kwadratowy pokój w stylu nordyckim wyposażony w jasne drewniane meble, nie wydawał się złowrogi. Keisuke uprzedził jego pytanie.

— Bez obaw, nasz dom jest czysty. To bardzo skrajne przypadki, ale niestety zdarzają się.

Sato wyraźnie uspokojony, otworzył okno i oparł się o framugę. Przez chwilę obserwował krzątaninę robotników, po czym zaryzykował pytanie:

— Czy to dlatego właśnie nie chciałeś iść ze mną do nich w odwiedziny, po tym jak się tu przeprowadziliśmy? Bo… czułeś tą złą duszę domu?

Keisuke nie odpowiedział od razu. Popatrzył na niewielki posążek Buddy otrzymany od kuzynki. W jego spokojnym obliczu szukał potwierdzenia słuszności swojego dokonanego dziś wyboru. Wyszeptał krótkie:

— Tak.

Sato rzucił mu spojrzenie pełne niemej prośby.

— Zauważyłem to, gdy byłem dzieckiem — zaczął niepewnie Keisuke, ale po chwili jego głos zyskał na sile. — W każdym domu odczuwałem inną aurę. Niektóre były tak silne, że sprawiały mi duchowy ból. Spostrzegałem cienie, białe postacie w lustrze. Były to zbłąkane w świecie żywych dusze. Dlatego wyjechałem na trzy lata do Japonii gdzie opiekowała się mną babcia. Wiem, że rodzice mówili ci również o mojej szkole za granicą. Częściowo było to kłamstwem, owszem uczyłem się, ale i pobierałem nauki w różnych świątyniach. Mądrzy ludzie nauczyli mnie technik pozwalających na pomaganie tym duszom, a także wskazali, jak się przed nimi chronić. Ich chęć powrotu do ciała jest niekiedy dla mnie niebezpieczna — Poruszył się niespokojnie na siedzisku. — Niestety, nie mogłeś o tym wiedzieć. Tego życzyli sobie rodzice. Bali się, że powiedziałbyś o tym komuś i moje zdolności wyszłyby na jaw. Wielu ludzi pragnęłoby porozmawiać ze swoimi zmarłymi rodzinami. Podobne rytuały szybko wyczerpują duchową moc medium i mogłyby mnie zabić. Jednak podejrzewam, że tak naprawdę chcieli oszczędzić tobie oraz mnie wytykania palcami. Mało osób wierzy w świat równoległy, a jeszcze mniej w niepokojące demony zagnieżdżające się w domach…

Sato przez dłuższą chwilę układał to wszystko sobie w głowie. Odwieczne zachowanie brata i rodziców, teraz miało sens. Pamięta jak przez mgłę, że mając sześć lat, brat niespodziewanie wyjechał do babci. Wrócił dziwne zamknięty i mniej skory to zabawy. Chodził do szkoły, ale często znikał, a mama tłumaczyła, że wysłała go na kurs podciągający go w nauce bo miał tyły. Nie bardzo jej wierzył, ponieważ brat zawsze pomagał mu przy zadaniach domowych.

Westchnął. Chociaż wciąż miał wiele pytań, to poczuł dziwną ulgę, jakby bycie „poza” prawdą przez te wszystkie lata, utworzyło dziwny ciężar na jego sercu. Teraz wydawał się lżejszy. Zaskakujący był fakt, że nie miał do nikogo żalu. Argumenty którymi kierowali się jego rodzice, miały po prostu mocne podstawy.

— To co mi powiedziałeś wiele dla mnie znaczy — powiedział Sato, obracając twarz ku niemu.

Miał duże brązowe oczy o europejskim kształcie. Nie ma się czemu dziwić, ich ojcem był Polak, który podczas stażu w szpitalu bez opamiętania zakochał się w ich matce Japonce. Pomimo, że był młodszy o sześć lat, jego miłość została odwzajemniona. Pobrali się i byli szczęśliwym małżeństwem po dzień dzisiejszy. Sato odziedziczył po ojcu nie tylko wzrost, ale też szczupłą twarz. Podbródek miał wąski, nos zgrabniejszy i mniej płaski niż Azjaci. Jednak rysy i czarne jak węgiel włosy nadal uwydatniały jego Japońską krew.

Sato ponownie skierował wzrok na teren budowy. Mężczyzna, którego obserwował, nagle pochylił się nad gruzami domu, po czym gwałtownie odskoczył. Po chwili coś błysnęło na ziemi, a jakieś zwierzę wybiegło z ruin wprost pod ciężarówkę. Kierowca zatrzymał się, porozmawiał chwilę z mężczyzną i odjechał. Ten schylił się po migocący kształt, leżący między deskami.

— Keisuke, jaki to może być przedmiot? — zapytał niepewnie, czując narastającą adrenalinę płynącą we krwi.

Brat zerwał się i przypadł do okna. Podążył za jego wzrokiem i wnikliwie popatrzył na mężczyznę. W jego dłoni coś wyraźnie błyszczało złotem.

— Całość odwzorowuje dusze pochłonięte przez demona — wyjaśnił.

— Wiesz, że państwo Becker byli skąpi? — retorycznie zapytał Sato, nerwowo zaciskając palce na framudze okna. — Chyba ktoś właśnie znalazł ten przedmiot — zaniepokoił się.

Keisuke uspokajająco położył dłoń na jego ramieniu, mówiąc:

— Mogę to powstrzymać, ale potrzebuję kilku rzeczy.

***

Rebecca obudziła się, czując dziwny posmak w ustach. Zwlekła się z łóżka i poszła do łazienki aby je przepłukać, po czym skierowała się do kuchni. W zlewie leżało kilka brudnych naczyń zostawionych przez Danny’ego po śniadaniu. Ziewając, otworzyła niską lodówkę w poszukiwaniu soku pomarańczowego. Słonawy posmak jednak powrócił. Próbowała zabić go dwiema szklankami zimnego napoju, lecz nie dało to pożądanego efektu.

Niespodziewanie coś utknęło jej w przełyku. Kaszlnęła, ale nie pomogło, wręcz przeciwnie, coś szczelniej wypełniło jej przełyk. Coś chropowatego i drażniącego. Szarpnął nią dławiący kaszel. Odebrało jej dech w piersiach. Podbiegła do umywalki, włożyła palec do ust i zwymiotowała. Z ulgą napełniła płuca tlenem. W resztkach jeszcze niestrawionej kolacji leżała kulka zbitych, kędzierzawych włosów. Rebecca o mało nie zwymiotowała powtórnie na samą myśl o tym, że to ohydztwo znalazło się w jej przełyku.

Wzięła obrzydlistwo przez papierowy ręcznik i wyrzuciła. Czaszka jej pulsowała. Nie chciała wiedzieć, skąd wzięło się w niej coś takiego. w głowie nie znalazła na to żadnego logicznego wyjaśnienia. Chciała jedynie jak najszybciej o tym zapomnieć.

Ciszę przedarł dźwięk dzwonka u drzwi. Kto jest na tyle nienormalny, żeby przychodzić do mnie tak wcześnie rano?!, pomyślała poirytowana.

Otworzyła drzwi. W progu stała niska starsza kobieta.

— Mamo! Co ty tu robisz?! — powiedziała zaskoczona, a w myślach dodała: No właśnie, to jest jedyna osoba do tego zdolna.

— Wracam właśnie ze wsi i pomyślałam, że przydadzą się wam świeże warzywa — odpowiedziała z uśmiechem, wchodząc bezceremonialnie do mieszkania.

— Nie musiałaś z tego powodu nadkładać dodatkowych dwóch godzin jazdy — Rebecca skrzywiła się niezadowolona. Po to się wyprowadziliśmy tak daleko, żebyś zostawiła nas samych. Inaczej nigdy byśmy nie dorobili się dziecka, żaliła się w myślach.

— Czego się nie robi dla wnusia — matka poklepała ją po brzuchu. — Musi mieć dużo siły.

Ale nie nadwagę, odparowała w głowie.

— To może kawy, mamo? Na pewno jesteś zmęczona — zaproponowała Rebecca.

— Herbaty, broń Boże kawy! Jakby mi ciśnienie podskoczyło, to bym trupem tu padła!

To może dwie kawusie?

Usiadły w kuchni i staruszka zaczęła trajkotać o tym, co się nawinie, zaczynając od swojej trasy pielgrzymek.

— Specjalnie kupiłam pięć różańców, poświęconych przez biskupa — pochwaliła się, wyciągając dwa pudełeczka i podsuwając córce pod nos. — Jeden dla dziecka pod poduszkę, a drugi dla ciebie. Oczywiście nie mam dla Danny’ego, ale ja się wciąż modlę o jego nawrócenie, kochanie — zapewniła. — Do Najświętszej Panienki, rano i wieczorem.

Kobieta wykonała żarliwy znak krzyża.

— Uhm… dziękuję, mamo — Rebecca starała się udawać zadowoloną z prezentu. — To naprawdę nietypowy podarunek.

Pięknie będzie wyglądać na dnie szafy, pomyślała zjadliwie.

Już miała chwycić pudełko z herbatą, ale zatrzymała rękę. Dlaczego tak bardzo ją dziś irytuje? Przecież już dawno uodporniła się na jej gadanie, po tylu latach wspólnego. Skąd ta złość i rozdrażnienie? Rebecca poczuła się nieswojo sama ze sobą.

— Powąchaj, on pachnie jabłkami! — staruszka wyciągnęła różaniec i wcisnęła jej do ręki.

Rebecca wrzasnęła, czując okropny ból. Upuściła różaniec odruchowo przyciskając dłoń do piersi.

— Matko Boska, co się stało?! — krzyknęła matka, podnosząc z namaszczeniem rzucony różaniec.

Rebecca nie słuchała jej. Powoli otworzyła dłoń, wywołując tym samym falę piekącego bólu. Na palcach i po wewnętrznej stronie dłoni wypalone były czerwone znamiona paciorków różańca. Oparzenia już zaczęły podchodzić krwią.

Prędko włożyła dłoń pod zimną wodę.

— Skaleczyłaś się? — zaniepokoiła się matka.

— To tylko draśnięcie — skłamała.

Te dziwne dwa wypadki zaniepokoiły ją. Teraz naprawdę się bała. Nie potrafiła ich sobie racjonalnie wytłumaczyć. Przecież takie rzeczy nie przydarzają się ludziom. Nikt nie zostaje poparzony tandetnym różańcem.

***

Co, do cholery!? — syknął Danny, porażony nagłym odrętwieniem ręki. Upuścił kubek z kawą. Przyjrzał się dziwnym bliznom na lewej dłoni.

Paolo spojrzał mu przez ramię. Jak zwykle mocno śmierdział tytoniem.

— Dziurawy kubek po kawie? — zasugerował.

— Nie wydaje mi się, żeby gorąca kawa zostawiała aż takie oparzenia. Szczególnie, że nie mam ani odrobinki wrzątku na skórze — odparł zdziwiony Danny.

Kumpel wzruszył ramionami.

— To nie wiem.

— Nieważne, ale boli jak cholera — złościł się Danny, dmuchając na obrażenia. — Do tego mam dzisiaj rocznicę ślubu i wybieram się z Rebeccą do restauracji. Ostatnio chodzi podenerwowana zbliżającym się porodem, chce aby to był dla niej romantyczny wieczór.

— Posmaruj to czymś, może trochę zejdzie do wieczora — poradził kumpel.

— No mam nadzieję.

— Nadzieja jest matką głupich — zarechotał Paolo, pukając się w czoło.

— Nie masz nic lepszego do roboty? — ironicznie odparował Danny.

Podniósł upuszczony kubek i wrzucił do kosza za swoimi plecami. Zauważył Azjatę opartego o ich kontener biurowy.

— Przepraszam, ale to teren budowy — powiedział do niego.

Mężczyzna oderwał się od blaszanej ściany, unosząc dłonie w geście poddania. Ubrany był w beżową koszulkę z dekoltem w serek, rozpiętą czarną marynarkę oraz bordowe eleganckie spodnie i czarne skórzane mokasyny.

— Przepraszam, ale czekam na kierownika — usprawiedliwił swoją obecność.

— Przykro mi, ale dzisiaj ma wolne. Może mogę w czymś pomóc? Jestem jego asystentem.

— Miał mnie oprowadzić po trenie — powiedział.

Danny uniósł brwi.

— Oprowadzić? Po tym pobojowisku? — wskazał otwartą dłonią, praktycznie strzępy domostwa Beckerów.

— Dokładnie — odparł mężczyzna nie wdając się w szczegóły i podał mu stosowny dokument.

Danny przebieg po nim wzrokiem, ze zdziwieniem stwierdzając, że pozwolenie pochodzi z policji. Cóż, nie miał zamiaru tego lekceważyć. Sprawdził jego tożsamość, porównując dane z tymi w treści dokumentu.

— Pan Keisuke Kurokawa, tak? Dobrze wymawiam? Jest pan Japończykiem?

— Pół-Japończykiem, i tak, dobrze pan wymawia panie…

Asystent speszony własną gafą wyciągnął dłoń:

— Danny Ruger — Uścisnął mu dłoń i skinął na biuro. — Pożyczę panu kask, bez tego nigdzie nie wejdziemy.

Zniknął za obskurnymi drzwiami blaszaka i wrócił z wściekle czerwonym kaskiem budowlanym. Na głowie miał już taki sam tyle że biały.

— Proszę, może nie jest to szczyt mody, ale ratuje życie — podał jeszcze jaskrawo-żółtą kamizelkę. — To do kompletu.

Keisuke posłusznie uzbroił się w oba gadżety i wspólne ruszyli udeptaną przez pracowników ścieżką.

Budynek był wyburzony do połowy. Ostała się przednia część z zaniedbanym gankiem i frontowymi drzwiami. Można było dostrzec wybebeszoną z wszelakich sprzętów kuchnię, fragment mahoniowych schodów wiodących już do nicości oraz część salonu. Reszta stała się tylko kupą gruzu, wypłowiałych i połamanych desek oraz rur, czy kabli instalacyjnych.

— Dopiero zaczynamy zwożenie gruzu, więc proszę uważać pod nogi — ostrzegł Danny. — Co konkretnie chce pan zobaczyć?

Keisuke nie odpowiedział. Kucnął i musnął palcami pobliski fragment starej tapety, która zapewne wypełniała wnętrze niegdysiejszego salonu. Nikły prąd połaskotał jego palce. Odsunął dłoń. Aura w tym miejscu była gęsta od negatywnych emocji. Bezpośredni kontakt tylko wzmagał te doznania. Cokolwiek z tego powstało było na wskroś złe.

— Możemy się przejść dookoła domu? — zapytał asystenta.

— Oczywiście, proszę za mną.

Gdy szli, Keisuke zagadnął.

— Ładna kawałek ziemi prawda? — wysilił się na kłamstwo, gdyż każdy krok bliżej ściany domu przyprawiał go o dreszcze. Ten typ aury odpychał jego zmysły niczym minusowy magnes z szorstkością papieru ściernego. Wzmocnił bariery w swoim umyśle, aby zagłuszyć te oddziaływania. — Chciałby pan mieć coś podobnego?

Mężczyzna parsknął.

— Pewnie, ale nie mam takich pieniędzy. Kto by nie chciał mieć własnego domu? Moja żona byłaby zachwycona, a i dziecko miało by gdzie pobiegać. Ech, niestety to jeszcze dla nas nie osiągalne — westchnął, poprawiając kask.

— Ma pan dzieci? — Keisuke starał się ukryć napięcie w głosie. — Można zapytać ile mają lat?

Danny zatrzymał się i obrócił do niego. Dumę miał wypisaną na przystojnej twarzy.

— Jeszcze w drodze, ale już wiem, że to chłopczyk.

— Moje gratulacje — Keisuke wyciągnął dłoń w szczerym geście, którą on uścisnął z szerokim uśmiechem.

— Dziękuję, ale czy to nie kobiety wykonują najtrudniejszą pracę w tym wszystkim? — ruszył dalej.

— Każdy ma swój wkład.

— Święte słowa, zapamiętam i przekażę żonie jak będzie mówić, że nic nie robię — roześmiał się krótko. — No to zrobiliśmy kółeczko — oświadczył, gdy wrócili do punktu z wyjścia.

Keisuke udawał, że ocenia całość posiadłości, po czym powiedział:

— Dziękuję, to mi wystarczy.

— Proszę bardzo.

Oddał mu sprzęt, pożegnał się i ruszył w dół ulicy. Po tej rozmowie wiedział już jaka jest stawka. Trzy dusze są w niebezpieczeństwie.

***

Rebecca zagryzła wargi w niemej frustracji. Od kilku minut próbowała zapiąć suwak zielonej aksamitnej sukienki, a wąska jak trumna przebieralnia utrudniała to zadanie. Opuściła drętwiejące już ręce. obróciła tyłem do lustra i zerknęła za siebie.

— Ale ze mnie idiotka — szepnęła do siebie.

Odkryła przyczynę kłopotu. Była za ciasna. Jej blade okryte krostami plecy, prawie wylewały się z ciasno przylegającego materiału. Na ten widok zrobiło jej się niedobrze.

Zobaczyła w sobie tłustą spasioną świnię.

Jej oczy wypełniły się łzami. Drżąc, popatrzyła na wystający niczym balon brzuch. Miała ochotę ryczeć jak bóbr i bić pięściami w okoliczne tekturowe ściany. Jedynie obecność w sklepie powstrzymała ją przed tym aktem.

Odetchnęła kilkakrotnie próbując się opanować. Ponownie wykręciła ręce za siebie i zaczęła walkę z zamkiem. Chciała jak najszybciej pozbyć się z siebie tej krępującej zbroi. Jednak suwak ani drgnął. Zaczął ślizgać jej się miedzy palcami. Zdesperowana kobieta chwyciła ząbki nad suwakiem i próbowała je odchylić, licząc na to, że zacięty materiał puści. Wszystko to robiła po omacku, z ogromnym trudem swojej nabrzmiałej sylwetki.

Niespodziewanie poczuła ostry jak brzytwa ból. Krzyknęła.

— Proszę Pani? Czy wszystko w porządku? — usłyszała zaniepokojony głos ekspedientki obsługującej numerki do przebieralni.

— Tak, przepraszam — odpowiedziała odruchowo.

Ponownie obejrzała się za siebie. Nic nie było w porządku.

Momentalnie zaschło jej w ustach, a serce przyspieszyło w piersi. Na plecach widniało pięć nieregularnych pręg. Rany były świeże, ale na tyle płytkie, że nie sączyła się z nich krew.

Rebecca z trudem łapiąc powietrze, przylgnęła do przeciwległej ściany. Popatrzyła na swoje paznokcie. Były czyste, zresztą nie byłaby wstanie zadać sobie takiego ciosu. Jej rozum krzyczał, nie, bił na alarm, że coś jest nie tak. Że coś z nią tu jest!

Ułożyła usta do krzyku, do błagalnego wzywania pomocy, ale nagle jej umysł zakrył całun otępienia. Poczuła totalny spokój. Już nie potrzebowała wytłumaczenia dla tej sytuacji. Cokolwiek przygasiło świadomość, pozwoliło jej na wyciszenie. Był to mrok.

Kiedy się ocknęła, była już poza sklepem i nie wiedzieć czemu nie mogła sobie przypomnieć, co przed chwilą przymierzała. Odniosła wrażenie, że ma lukę w pamięci. Bardzo nieprzyjemną i niepokojącą lukę. Otrząsnęła się z tego niekomfortowego odczucia i zrzuciła go na poczet zmęczenia. Poprawiła złotą spinkę wpiętą we włosy i ruszyła do domu.

***

Keisuke zwinął dywan pod ścianę i na gołych deskach parkietu, wokoło białej świecy rozłożył pięć przedmiotów: kawałek gruzu z fundamentów domu państwa Becker, różaniec, złotą obrączkę, pukiel włosów zarówno pana i pani Becker oraz kilka kropel jego własnej krwi. Rzeczy miały określone położenie. Gdyby pociągnąć między nimi linię i połączyć je w odpowiedniej kolejności, powstałby pentagram. Właśnie ten znak miał w jakiś stopniu ochronić go przed złem, podczas próby przywołania demona, a w razie konieczności pomóc utrzymać go w ryzach. Ponadto przedmioty były ściśle powiązane z duszami staruszków, aby ułatwić kontakt z tymże właśnie demonem, a nie przypadkowym pomiotem. Kamień z fundamentów był esencją i symbolem duszy domu, różaniec łączył się z panią Becker, która — jak się dowiedział — była mocno wierząca. Złoto symbolizowało ich chciwość, włosy były mostem łączącym ich z ciałem fizycznym, a jego krew potrzebna była do zwabienia i utrzymania połączenia z demonem.

Keisuke obejrzał się na brata, który przysnął na jego łóżku, po czym zapalił świecę. Naciął kciuk srebrnym sztyletem i przygasił płomień swoją krwią. Zamknął oczy i oczyścił umysł, aby myśleć tylko o jednym. O duszach państwa Becker.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 25.82