E-book
2.73
drukowana A5
35.39
Ktoś Inny

Bezpłatny fragment - Ktoś Inny

1000 mil do pracy 10 lat dziwnego życia


Objętość:
227 str.
ISBN:
978-83-8126-073-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 35.39

Wstęp

Dąbrowa Górnicza — miasteczko na zagłębiu będące domem dla około 120000 osób zebranych z przeróżnych zakamarków naszego zarazem pięknego, jak i przerażającego kraju zwanego Polska…

Wśród tych ludzi także moi rodzice z dwóch przeciwległych krańców tejże krainy.

Z tego spotkania powstał owoc o smaku kwaśnym jak śląski dąbrowski zagłębiowski klimat, czyli ja.

Podobnie jak ćwierć wieku moi rodziciele tak samo teraz osobiście miałem się przekonać, czym jest tułaczka po świecie za chlebem.

Dąbrowę lubiłem jak… No dobra nie znosiłem tego miejsca, jedyne co mi się miło kojarzyło to słodko delikatne smakujące przeszywającą przyjemnością usta Anny R. oraz kilka lat Sztygarki, w której spędziłem kilka lat z fajnymi ludźmi.


Toteż decyzja o wyjeździe po kilku latach zmagań z szarą rzeczywistością po pewnych wahaniach nastąpiła znienacka. Tak jadę! -pomyślałem…

Kierunek standardowy tak samo, jak dla całej rzeszy podobnych mi osób, czyli wyspa w kształcie £££££… Wielka Brytania…


Rodzina, głównie wujostwo namawiali mnie na ten wyjazd od dłuższego czasu hasłami typu „Jedź, coś skorzystasz, ciotka mieszkająca tam większość swego życia na pewno kupi ci coś ciekawego…”

Do mnie — świra stawiającego w swoim życiu najpierw być przed mieć — te argumenty raczej średnio do mnie trafiały.

Jako że Anglia jest niejako epicentrum wszystkich większych wydarzeń dotyczących snookera od zarania dziejów tego sportu, toteż zdecydowałem się jako fan rzeczonej gry żyjący nią już od paru lat.

Rozdział Pierwszy
Sutton-in-Ashfield

Pamiętne lato roku 2006. Upalny 22 czerwca.

Poranny wyjazd Fiatem Seicento z Dąbrowy na lotnisko w Balicach pod Krakowem.

Przyjemny ciepły letni już dzień.

Dotarliśmy spokojnie do hali odlotów.

I faktycznie był to odlot w pełni znaczenia tego słowa.

Najpierw bardzo przyjazny cennik w lotniskowym kiosku i nieprzebrany tłum ludzi…

Wyglądało to dla mnie wtedy, jakby połowa Polski chciała wyjechać razem ze mną akuratnie tym samym lotem, a druga połowa przyjechała nas żegnać…

Jednakże z całego tego tłumu wyjeżdżał razem ze mną jedynie mąż kuzynki.

Po pożegnaniu z bliskimi osobami przebrnęliśmy odprawę i stanęliśmy u wrót do nowego świata… Po chwili zamknęły się one i…

Przejechaliśmy autobusem lotniskowym oszałamiający kawałek drogi…

Zanim zdołałem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wielkie jest to lotnisko, że trzeba autobusem je przemierzać, nastąpiło zatrzymanie i pojawiło się kolejne pytanie, czy kierowcy płacą w tej robocie od kilometra…

Tak czy inaczej, znaleźliśmy się w środku. Na ów czas jako miłośnika lotnictwa było to dla mnie ekscytujące wydarzenie.

Dźwięk silników, uśmiechnięte stewardessy usiłujące wytłumaczyć drogi ewakuacji ignorantowi lingwistycznemu, jakim wtedy byłem, zastanawiającemu się, czy seat to chodzi o markę samochodu… To wszystko powodowało napływ miłych emocji poznawczych.

Chciałbym także poznać motywy, które kierowały kuzynką podpowiadającą ciotce Zofii w Anglii, by nam kupić bilety na pod londyńskie lotnisko w Luton zamiast East Midlands w Nottingham.

Pewnie chodziło o to, aby się przejechać, ale dzięki temu mieliśmy od razu wycieczkę krajoznawczą po UK.

Tak też dotarliśmy do naszego pierwszego wyspiarskiego zakwaterowania na Market Street w Sutton-In-Ashfield nieopodal Mansfield. O następujących współrzędnych geograficznych 53°07’29.0"N 1°15’48.9”W


Powitalny wieczór minął spokojnie. Rozpakowaliśmy się w naszym pokoju wraz z Tomkiem, podziwiając widok z okna wprost na parking piętrowy.

Pierwsze dni upłynęły na zwiedzaniu okolicy oraz ustaleniu źródła życiodajnego internetu… W owym czasie biło ono w bibliotece.

Oprócz niej w okolicy była stacja benzynowa, na której u „tubylca” było najprościej załadować telefon oraz kupić mapę co spotkało się z niewiadomych dla mnie powodów z dezaprobatą współmieszkańców.

W 2006 roku nie posiadałem laptopa ani tym bardziej smartfona z nawigacją więc papierowa mapa była moją dobrą przyjaciółką.

W każdym razie pomimo posiadania rogów była do mnie na pewno bardziej przyjaźnie nastawiona niż część rodziny…

Zaraz po przyjeździe oprócz zwiedzania wybraliśmy się z ciotką Zofią do rejestracji w agencjach pracy w Mansfield, niedaleko Sutton-in-Ashfield gdzie zakotwiczyliśmy.

Swoje kroki skierowaliśmy pierwotnie do agencji Ambition, współrzędne tego miejsca są następujące 53°08’42.8"N 1°11’42.8"W.

Obsługiwanej przez ździebko nerwową, aczkolwiek nawet ładną Polkę.

Ogólnie byłem zarejestrowany jeszcze w Thorn Baker 53°08’42.2"N 1°11’47.0”W i Staffline.

Tam też podczas rejestracji obecna była moja kuzynka i o ile Tomaszowi jeszcze była chętna cokolwiek pomóc, to ja mogłem liczyć tylko na szydercze „to, co nie wiesz?”, gdy nie wiedziałem czegoś w dokumentach aplikacyjnych.

W sumie mogę to zrozumieć, w końcu ja byłem z innej wsi…

W sumie ten brak porozumienia zaistniał chyba jakoś w czasach wakacji, które spędzałem u nich w Łukanowicach nieopodal Tarnowa.

Być może wpływ na to miało moje lenistwo powodujące brak chęci do wspólnego wykonywania przydomowych prac gospodarskich.

Brak porozumienia w tamtych latach kończących powoli wiek 20. był tak wielki, że nawet w „państwa-miasta” nie potrafiliśmy zagrać spokojnie, bo dla mnie „Erka” nie była samochodem natomiast „Erf” tak a dla kuzynek odwrotnie… I nie nie mogliśmy tego w latach 90. sprawdzić w internecie…

Dziś to oczywiście budzi uśmiech na twarzy i wspomnienie młodości tak samo głupiej, jak niewinnej i pełnej nadziei oraz wielkich planów na przyszłość, które jakże żartobliwie weryfikuje sobie życie.

Kilka dni po naszym przyjeździe ciotka Zofia miała zaplanowany urlop, więc postanowiliśmy odwiedzić mojego kuzyna Andrzeja, którego Central Club mieścił się tutaj: 53°07’51.2"N 1°15’22.6”W


Jednym z naszych pierwszych zajęć oprócz sprzątania aut było malowanie tego oto powyższego płotu.

Było to jakieś 10 minut od naszego mieszkania, przechodząc w okolicach łąk i angielskiego dość ciekawego supermarketu ASDA.

Z Andrzejem zawsze było o czym porozmawiać, pożartować z rzeczywistości i pograć w bilarda a dokładnie w snookera oraz angielską 8mkę.

Różniącą się od 8mki amerykańskiej praktycznie wszystkim.

Amerykańską znają praktycznie wszyscy, choć na zasadach bardziej barowych niż prawdziwych. Angielska natomiast różni się wielkością stołów, bil, kijów i wykrojami kieszeni oraz zasadami.

W barze u Andrzeja był właśnie taki stół i jak miałem możliwość, to korzystałem, aby zagrać.

Pierwszą partię pamiętam, była ona z Piotrkiem mężem kuzynki Moniki.

Oczywiście i mnie hasło, gdy zmagaliśmy się z ostatnią czarną, że nie jestem aż taki dobry. Przyznaję to bardzo daleko idące wnioski po wbiciu kilku bil.

Aczkolwiek miał sporo racji, ponieważ mistrzem nie jestem, a tylko kocham bilard.

Jednak tą jakże cenną czarną udało mi się wbić i to zakończyło nasze gry.

Graliśmy tam najczęściej z Tomkiem. Do czasu aż wreszcie wygrał ze mną, ten

jeden mecz, jak się okazało ostatni.

Poza tym złoił mi tam skórę jeszcze chyba z 8-letni Anglik no i oczywiście Andrzej. W czasie mojego czteromiesięcznego pierwszego pobytu w UK rozegrałem z nim kilka meczów w snookera w klubie Triple S. 53°08’34.5"N 1°16’02.0"W.

Pierwszego frejma wygrałem, co okazało się partią na otarcie łez, biorąc pod uwagę dalszy bilans naszych gier, czyli na jakieś pięć wygranych przeze mnie frejmów do setki z górką przegranych. Choć tak naprawdę one wszystkie były dla mnie wygrane, gdyż każda chwila spędzona na grze jest droższa od złota, choć w UK jest po dziś dzień taniej niż w PL.!

Przede wszystkim towarzystwo do gry było wyśmienite.

Tak wyśmienite, że któregoś dnia zagraliśmy całe popołudnie, wyszło prawie 8h, czym zasłużyliśmy na słowa uznania na recepcji.

I te wspomnienia kija, który mi się samoczynnie rozkręcał podczas gry albo trudność w zamówieniu Coli… Okazywało się, że gdy powiedziałem Coca-cola, to było to niezrozumiale, dopiero słowo „Kołk” przynosiło szklaneczkę tego czarnego napoju.

Niezwykle miła to podróż wspomnieniami w tamte czasy.

Oprócz rozrywek i przyjemności zwiedzania nastał także czas poszukiwania pracy.

Oprócz rejestracji w agencjach postanowiliśmy we trzech przejść się po strefie przemysłowej i przekonać się co da się załatwić.

W połowie drogi Piotrek będący tam z Moniką już od pół roku zapytał nas jak my się w ogóle mamy zapytać o tą pracę.

Przyznam, że to nie dodało mi otuchy…

Co prawda bawiłem się trochę moderowaniem na stronie z bilardem.

Jednak to nie to samo, bo nawet jeśli potrafiłem coś w miarę sensownego napisać z pomocą słownika, to powiedzieć jest już gorzej. W ogóle jest coś, co myślę sporo osób, może potwierdzić, mianowicie magiczna bariera wręcz pole siłowe zwierające szczęki przy pierwszych słowach wypowiadanych w obcym języku i na obczyźnie.

Jakoś tam pomęczyliśmy kilka osób w zakładach naszą nieznajomością angielskiego.

Ogólnie to nic nie załatwiliśmy.

Z naszych trójkowych wypraw pamiętam jeszcze, jak dumnie wkroczyliśmy na bus station w Mansfield 53°08’38.4"N 1°12’05.6"W celem jazdy do Sutton i…

Wsiedliśmy do taksówki…

W końcu z urlopu wróciła ciotka Zofia a wraz z nią przyszła wiadomość o pierwszej pracy dla Tomka i mnie w fabryce kanapek w Worksop.

Było to niezwykle mistyczne doznanie…

Najpierw trzeba było pojawić się w Mansfield na godzinę 18. Tam czekał na nas już bus, który wiózł nas na 20.

Zanim rozpoczęliśmy naszą pierwszą zmianę, musieliśmy skompletować odzież.

Tych latających w poszukiwaniu elementów wymaganego odzienia od razu rozpoznawali jako wysłanników z Ambition…

Po nałożeniu fartucha i czepka następował moment próby, czyli gumowce…

Buty cholera wie po kim…

Niby odkażone, ale niesmak pojawiający się na stopach eskalował poprzez całe ciało, aż chciał się wydostać wraz z wymiocinami na zewnątrz…

Cóż nadszedł czas udania się na halę po drodze jeszcze jakiś odkażacz do rąk i już tuż za drzwiami staliśmy w kółeczku, czekając na wyrok…

Oczywiście trafiliśmy na linię montażu kanapek.

Składały się one, jak można się domyślać z chleba, majonezu, jakiejś szynki, sałaty i różnych innych cudów, których królem był pomidor… Pełen mokrej zimności zabójca dłoni… Wtedy to pierwszy raz okazało się, że piekło może być zimne i mokre…

Rozpętywało się ono po jakimś kwadransie od momentu rozpoczęcia bieganiny koło taśmy.

Z jednej strony atakowało zimno półproduktów odmrażające dłonie, z drugiej człowiek zaczynał się pocić w tych wszystkich skafandrach od palców stóp gotujących się w gumowym odorze po czubek głowy…

Brak możliwości ocierania potu z czoła była irytująca, choć jeszcze bardziej dobijał nawiew chłodnego powietrza uderzający na linię…

Świadomość, że jest 20.20, a zmiana trwa do 06.00 rano, nie pocieszała…

Były też linie, gdzie praca zdawała się odrobinę łagodniejsza.

Zauważyłem przy jednej z nich kolegę obcokrajowca, który miał katar, o co w tym syfie nie trudno.

Musiał wydmuchać nos, do czego skwapliwie użył jednego z grubych zielonych ręczników do czyszczenia linii, po czym po otarciu rąk w fartuch zajął się dalszym zaciskaniem kromek.

Po jakimś czasie katorgi następowała przerwa, na którą opłacało się pójść, ponieważ była wystarczająco długa, by rozebrać się z kajdanów, posiedzieć chwilę na jadalni pooglądać tv serwujące powtórki meczów z aktualnie rozgrywanych mistrzostw świata w piłce nożnej w Niemczech.

Druga przerwa była tak nonsensownie krótka, że lepiej było ją całą spędzić w miłym fetorze przebieralni bez przebierania oczywiście.


Po tym całym czyśćcu rano następowało wyzwolenie i znowu bus.

Ciężko było w nim nie usnąć.

A uśnięcie powodowało niestety atak twarzą poprzedzającego fotela. I tak z poobijaną mordą szczęśliwy przesiadałem się w Mansfield tym razem już na autobus i około 08. rano już byłem w rejonie łóżka.

Agencje pracy otwierali niestety o 10. rano, to nie było za bardzo co czekać w Mansfield toteż po przybyciu z pracy i krótkiej porannej toalecie i spojrzeniu na parking za oknem jazda z powrotem do Mansfield, żeby zmienić tę pracę na inną niebędącą już kolonią karną. Zanim wróciłem, dochodziło południe. Warto byłoby pójść spać, choć przydałoby się też coś zjeść…

I potem znowu jazda do Worksop.

Zdarzyła się też inna fucha w tej fabryce niż linia z tymi piekielnymi kanapkami. Mianowicie pakowalnia. W porównaniu do tamtego syfu to było fajnie mało ludzi i zimna za to dużo kartonu i kanapek już spakowanych w plastikowe pojemniki. Tak więc już tylko poukładać to w kartony i niech jedzie w świat…

Wysłali nas tam też kiedyś tak, że nie było pracy, to do północy pomagaliśmy człowiekowi na linii sklejającej kartony, a potem do rana odsiadka aż bus się po nas zjawił.

Po zakończeniu tej pracy mój certyfikat uprawniający do pracy w podobnych miejscach wylądował w koszu.


Całą przygodę z kanapkami w Worksop staram się jednak postrzegać przez pryzmat spotkania z pewnym Polakiem podczas pracy w pakowalni.

Ten to miał „tzw. pozytywne ADHD”

Zapytałem skąd w nim tyle werwy, co bierze do pracy w tym kołchozie.

Na to odchylił połę fartucha i wyciągnął piersiówkę zalaną napojem mającym u swego źródła wodę ognistą…

Okazało się, że jest fryzjerem i oceniał, że podczas długiej przerwy ze trzy głowy „opitoliłby” cokolwiek miało to oznaczać…

Zachwalał też jeden z polskich sklepów, jakie to w tamtych czasach zaczęły się pojawiać w UK.

Hasło reklamowe brzmiało „Mój znajomy otworzył tutaj niedaleko polski sklep, są w nim zupki chińskie…”

Spodobało mi się to niezmiernie i ta niby trywialna rozmowa, a jednak pokazała mi poprzez ogólną postawę tego człowieka, że nawet pomimo trafienia w czeluści tej fabryki trzeba zachować w sobie coś pozytywnego i zamiast skupiać się na syfie linii produkcyjnej być sobą i dążyć do jakiegoś większego celu.

W czasie gdy nie miałem pracy, jeździłem z ciotką Zofią po zaopatrzenie do barów. Było to moje ulubione zajęcie oprócz gry w bilarda oczywiście.

Podróżowaliśmy kilka mil do Bookera 53°07’51.5"N 1°13’06.6"W magazynu działającego w stylu podobnym do Makro, czyli dla działalności gospodarczej. Trzeba posiadać swój numer i już można biegać z wózkiem i nakładać czego tylko duszy potrzeba, aby zadowolić klientelę baru.

I tak po kilkudziesięciu minutach biedniejsi o trochę funtów, ale bogatsi w hurtowe ilości alkoholu, cukierki, środki czyszczące i inne dobroci służące konsumpcji, zmierzaliśmy do Morrisona 53°08’05.6"N 1°13’44.6"W angielskiego supermarketu, w którego to przypadku „super” wcale nie było słowem przesadzonym. Moim ulubionym zakupem były paszteciki Kornwalijskie, czyli mięso w cieście.

Kiedyś w tv na jednym z kucharskich programów była przedstawiona legenda ich powstania. Jakoby danie to było tworzone przez Panie domu dla swych mężów pracujących w kopalniach (czyli jeszcze gorzej niż montownia kanapek w Worksop) i oni, aby się posilić mięsem, obierali całość z ciasta, które było jedynie warstwą ochronną i konsumowali kawałek soczystej baraniny.

Tak przynajmniej mówi legenda, mi całość odpowiadała do tego stopnia, że wydawało się, iż mógłbym żywić się jedynie tym…

Następnie powrót jednym z najfajniejszych aut, w jakich miałem okazję podróżować Nissanem X-Trailem. Brzydki do granic przyzwoitości granatowy wszystkowóz, ale jakże fantastyczny. Wjechał, gdzie miał wjechać i wyjechał również, a to wszystko w komfortowych warunkach.

Następnie rozparcelowaliśmy zakupy po barach, a ja z pasztecikami wracałem do naszego wesołego mieszkanka. Paszteciki były bezpieczne, ponieważ nikt poza mną ich nie lubił i dobrze…

W naszym domku panowała z reguły wesoła atmosfera…

Okazuje się, że małżeństwo potrafi się sprzeczać o wszystko.

Szczególnie jeśli jedna strona rządzi, a druga jest… mężczyzną.

Oj nalatał się Piotr za zachciankami mojej kuzynki. Podejrzewam, że biegał tak, bo za cholerę nie mógł znaleźć tak pożądanego przez kobiety krokodyla…

Cóż miłość…

To uczucie strasznie zaślepia.

Któregoś dnia szarpnęła się wydać ciężko wypracowane funty na tuning fryzury.

Wpada do mieszkania i od progu ciska miło zaczepnym pytaniem w stronę Piotra

„i jak?” — na co on spoglądając zaskoczony, nie odparł niczego, co ona chciałaby usłyszeć…

Po chwili konsternacji system pokonał zawieszenie i padł komplement najpiękniejszy z możliwych… „aha byłaś?”

Widać nadal jeszcze zaślepienie miłosne trzymało mocno, że wciąż nie potrafił objąć umysłem nie tylko zmiany we fryzurze, ale i całego szczęścia, jakie go spotkało w osobie Moniki.

Zresztą tak samo nie obejmował prawideł aktualnego mundialu, pytając za każdym razem w pierwszej minucie kolejnego meczu czy też jest rozgrywany w Niemczech…

Na szczęście spalony został mu przez żonę w końcu wytłumaczony.

I tak sobie mieszkaliśmy krótką chwilę we czwórkę, jednak stwierdziliśmy z Tomkiem, że nie ma co przeszkadzać tej codziennej eskalacji miłosnych uniesień głosu i innych rzeczy… tak że postanowiliśmy się przenieść w jakieś spokojniejsze miejsce i ostatecznie z pomocą przyszła nam Sheila znajoma ciotki Zofii. Wynajęliśmy jeden z pokoi, które w owym czasie udostępniała.


Błędny rycerz Piotr raczej zbytnio nie tęsknił za mną, biorąc pod uwagę jak to w pewnym momencie, miał ochotę siłowo rozwiązać ze mną kwestię, kto ma kogo słuchać…

Tylko że ja nie mam w swoim charakterze ani słuchać kogoś, kto nie jest dla mnie żadnym autorytetem, ani nie próbuję dla kogokolwiek takowym być w żadnej dziedzinie życia.

A już na pewno w kwestii tego, czy ja powinienem być w UK, czy też nie, tym bardziej, że gdyby nie wysiłki mojej matki kilkadziesiąt lat temu to również ciotka Zofia nie miałaby do kogo wyjeżdżać w czasach zamierzchłej komuny z Polski.

Tak więc w rozmowie na pięści nastąpił impas…

Podziwiam go jednak bo jest jedyną znaną mi osobą umiejącą otworzyć lodówkę od wewnątrz…

Za pomocą puszki coli schładzanej w zamrażalniku ździebko zbyt długo.

Na szczęście dla nauki porzucił fizykę kuchenną.

I tak zamieszkaliśmy w spokoju za to z telewizorem oraz konsolą do gier.

Mankamentem był brak lodówki, przez co nie dało się mieć zbyt wielu zapasów jedzenia.

Nauczyłem się wtedy, że mikrofalówka jest dobra na wszystko.

Stała sobie w korytarzu w strefie wspólnej.

Do tej strefy zaliczała się także łazienka a w niej magiczny prysznic.

Władał on tajemnymi mocami objawiającymi się tym, że co chwilę częstował wrzątkiem, nad którym nie sposób było zapanować…

Jedynym ratunkiem była natychmiastowa ucieczka poza strefę rażenia.

I tak to zamiast człowiek prysznicem to prysznic człowiekiem rządził.

Prowadziliśmy wręcz z Tomaszem rankingi, kto ile razy podczas jednej kąpieli spierniczał z brodzika.

Po zgłoszeniu problemu nastąpiła naprawa wymiana czy coś tam w każdym razie nastąpił demontaż wszystkiego poza baterią oczywiście…

I jak się można było spodziewać, nadal trzeba było spieprzać szybko spod strugi wrzątku…

Okazało się później, że trzeba było trochę przykręcić zawór.

Ogólnie jednak mieszkało się dobrze. Do ASDY był kawałek, ale za to do baru Andrzeja bliżej i do angielskiej klasyki kulinarnej w postaci Fish&chips.

Dobrze tam było kupić jedzenie, choć zadawali trudne bardzo osobiste pytania o sos itp… jako że nie ogarniałem swym umysłem angielskiego na żadnym ludzko brzmiącym poziomie, to było to prawdziwe pole minowe dla takiego językowego tumana.


I wreszcie stało się, jest kolejna praca.

W fabryce Robinson. To jedyna fabryka, jaką mile wspominam.

Produkowano tam różne plastikowe elementy, opakowania.

Osiem godzin pracy w tym dwie płatne półgodzinne przerwy.

Czas leciał szybko. Praca do wykonania w ludzkim tempie.

Nocna zmiana w tym zakładzie była przyjemnością.

Na początku trafiłem na jakąś przycinającą się maszynę, w której co rusz grzebał jakiś magik albo współtowarzysz, z którym wyłapywaliśmy, to co wypadało z maszyny, gdy działała i łączyliśmy to w jakieś większe całości.

Na innej maszynie spotkałem się po raz pierwszy z polską życzliwością objawiającą się taką poradą, że praktycznie zaciąłem maszynę, bo trzeba było robić na niej czynności w sposób zgoła odwrotny…

Wtedy nasza działowa doznała czegoś na kształt orgazmicznego szoku, ale podeszła z wyrozumiałością i przeniosła mnie na kontrolę jakości, co było jak najbardziej trafioną decyzją z mojej perspektywy, choć dla zakładu niekoniecznie…

Ponieważ jak dla mnie to wszystko, co tam przelatywało, wyglądało dla mnie prześlicznie i postanowiłem nie ingerować…

Najważniejsze to ciepło sucho żadnego kołchozu.

Miałem tam być 7 dni na zastępstwo i tyle byłem.

Weekendową zmianę wspominam najmilej. Mało ludzi i na maszynie gdzie zwykle pracowały trzy osoby, teraz była tylko jedna. Tą osobą byłem ja.

W tygodniu nauczyłem się jak ją odblokowywać, co było ważniejsze niż sama umiejętność pracy na niej, toteż praca szła świetnie.

Odległość do tej pracy też była ok, ponieważ spokojny spacer zajmował nieco ponad pół godziny.

W weekend spotkałem na swej drodze grupkę młodych rozbawionych angielskich nastolatków i otrzymałem dość konkretne pytanie od jednej dziewczyny „Do you want fuck me?”

Cóż wiedza z filmów zrobiła swoje i zrozumiałem dokładnie przesłanie tego zwrotu…

Patrząc w jej pożądliwie uśmiechnięte oczy, odpowiedziałem „Im sorry I don’t have time…”

W sumie jakby popatrzeć szerzej na moje życie to mniej więcej tak układają się właśnie moje relacje z kobietami.


Po tygodniu wypoczynku i rozrywki w tej pracy znowu nastąpiła przerwa w zarabianiu funtów.

Czas ten spędzałem na wizytach w agencjach pracy oraz pomocy przy zakupach do barów, ustawianiem beczek z dostawy piwa oraz graniem w bilarda.

Zdarzyło się także towarzyszyć ciotce Zofii w wycieczce do kasyna.

W tym celu należało odbyć podróż do Nottingham, które wieczorem wygląda naprawdę świetnie. I tak docierając do parkingu jednego z kasyn sieci Gala, wkraczaliśmy w inny świat.

Nie jest to jednak moje środowisko naturalne.

Po zrobieniu zdjęcia i zarejestrowaniu w systemie jako osoba towarzysząca zostałem wpuszczony na salę.

Jestem jedną z niewielu a może nawet jedyną osobą, która pomimo faktu spędzenia paru ładnych godzin wśród kasynowych rozrywek nie obstawiła nigdy niczego…

Za drzwiami witały nas rzędy kilkudziesięciu automatów oraz stoły do ruletki, pokera… A my udawaliśmy się do Black Jacka. Gra szła ze zmiennym szczęściem, jednak mi spodobało się to jak bodajże najstarsza z klientek tego przybytku, w pewnym momencie gry rozkładała swój zestaw i zażywała w największym spokoju swoje codzienne leki. Wyglądało to dość wesoło w tych warunkach.

Czas na grze szybko mijał i tak nad ranem wracaliśmy.

W całej tej przygodzie najbardziej lubiłem jazdę samochodem, przy której okazji można było pozwiedzać Anglię.


Innym typem wycieczek były od czasu do czasu wyjazdy na mecze drużyny Leicester, której odwiecznym fanem był mój kuzyn Andrzej.

Po pokonaniu trasy z Sutton do Leicester należało znaleźć parking.

Na czas meczu powstają wszędzie gdzie ktoś może i chce udostępnić plac.

Przyznaję, że mecze drużyn z wszystkich lig cieszą się wielkim zainteresowaniem.

Pewnie dlatego, że mają prawdziwych kibiców będących z nimi na dobre i na złe, a nie tylko w momentach, gdy mówią o nich dobrze w wiadomościach sportowych.

Wraz z tłumami kibiców dostaliśmy się na trybuny. Przyjemnie jest widzieć jak na trzydziestotysięcznym mocno wypełnionym stadionie, współegzystują ludzie w każdym wieku oraz płci bez strachu o to, czy uda się w całości opuścić obiekt.

Jedynym mankamentem bywała konieczność przepuszczania piechurów chodzących między trybunami gdzieś ciągle z jakąś ważną sprawą…

Niestety wyniku tego meczu akuratnie nie pamiętam.

Jednak warto było tam być choćby dla samego klimatu, zupełnie inne emocje niż przed ekranem telewizora.

Pamiętam natomiast wynik innego meczu, na którym miałem przyjemność być.

A mianowicie 0:0 był to mecz eliminacyjny angielskiej drużyny narodowej do mistrzostw europy na stadionie Old Trafford w Manchesterze.

Obiekt dwa razy pojemniejszy niż ten poznany przeze mnie w Leicester. To też i tłumy jeszcze bardziej nieprzebrane. Pomimo że wynik niezbyt imponujący to jednak poczuć tę moc na trybunach było czymś niesamowitym.

Opuszczanie stadionu po meczu trwało ponad godzinę. Wtedy też kupiłem najdroższą Colę w życiu…

Drogę powrotną pokonaliśmy autostradą. Szybciej, ale o wiele mniej malowniczo niż podczas przejażdżki przez małe angielskie wioski w drodze na mecz.


W końcu nastąpił moment znalezienia kolejnej pracy.

Było to Future fabryka plastikowych okien i drzwi.

Etat ten spowodował, że ciotka Zofia zakupiła rower, abym mógł codziennie pokonywać dystans około 9 mil wśród łąk, stadniny konnej i innych sielankowych klimatów.

Oczywiście nie obywało się bez przygód.

Nie znosiłem porannego wstawania, ale cóż zrobić w końcu to praca, a nie wakacje.

I tak pomimo tego, iż nominalnie zmiana rozpoczynała się o 8, to wstawaliśmy o 6 albo jeszcze wcześniej by zrobić nadgodziny z rana. Niedługo po rozpoczęciu kariery przeze mnie dołączył także Tomek. I tak sobie pociskaliśmy na rowerach do tej pracy przez kilka tygodni.

Wsiadanie na dwukołowca obleczonego w poranną rosę wskazywało, o jak niegodziwej porze w pełnym rynsztunku ruszałem na wojnę z ramami okiennymi i wszelakimi plastikowymi cudami innymi.

Najpierw wyjazd z Sutton-in-Ashfield z ulicy Redcliffe 53°07’52.7"N 1°15’15.7”W wśród zabudowy typowej dla angielskiej wioski, później krótka wspinaczka do świateł 53°08’21.8"N 1°14’39.7”W i zjazd w kierunku obrzeży Mansfield gdzie się znajdowała ta moja „przyszłość” na kilka najbliższych godzin 53°09’46.9"N 1°13’18.7”W

Zdarzyło się, że dowiedziałem się o braku hamulców w momencie hamowania oczywiście… 53°09’23.6"N 1°13’28.7”W

Na szczęście ów brak wystąpił na tylnym kole jedynie. Ciekawostka, że w rowerach w UK hamulce są odwrotnie umiejscowione niż te poznane przeze mnie w Polsce, czyli lewy hamulec obsługiwał tylne koło a prawy przednie.

Dobijającym był też czas, gdy koło zaczęło gubić powietrze.

Jakkolwiek lubiłem jazdę na rowerze, to te dojazdy obrzydziły mi ją totalnie szczególnie po podróży w typowym angielskim deszczyku, który złapał mnie w środku trasy, skutkiem czego przez kolejne dwa dni funkcjonowałem z jeziorem w butach. Do tego pewnego dnia pojechałem tak niefortunnie, że odniosłem kontuzję ręki.

Cała sytuacja była przyczynkiem do zakupu do nieprzemakalnego wdzianka firmy Regata.

W końcu miałem dość jednośladu do tego stopnia, że postanowiłem dojeżdżać do tej pracy autobusem. Co było średnio sensowne, bo nie było spokojnego bezpośredniego połączenia. Trzeba było jechać jedną linią do Mansfield i tam po dłuższym oczekiwaniu wsiąść w kolejną, która co prawda nie dowoziła na samo miejsce, ale miała przystanek dość blisko by sobie dojść w kilka minut.

Te moje dojazdy nie trwały jednak zbyt długo, bo chyba na drugi już dzień podczas spaceru z autobusu trafiłem na Johna, jednego z moich nowych kolegów z pracy jeżdżącego czerwonym pięciodrzwiowym Fordem Focusem.

Był to wyluzowany kierowca i jeździło się z nim dobrze.

Gdy wsiadłem pierwszy raz, utonąłem po kolana w zabawkach, które John woził na a właściwie przed przednim fotelem. Prawdopodobnie miały one związek z fotelikiem dziecinnym widocznym z tyłu.

Następnego dnia coś się stało i wszystko zniknęło. Tak też od tego czasu jeździłem z Johnem za kilka funtów na tydzień.

W pewnym momencie był czas, gdy miałem dostęp do polskiego piwa i dzięki handlowi nim miałem dojazd za darmo z małym naddatkiem.

John był spoko podobnie jak reszta towarzystwa w tej pracy.


Po dotarciu do pracy odbijaliśmy kartę zegarową i udawaliśmy się na miejsca pracy.

Początkowo uprawiałem wkręcanie zawiasów, w czym pomagała oburęczność.

Niektóre ramy bywały dość sporawe. W obracaniu nimi po stole pomagało to, iż konstrukcja blatu wyglądała jak setki szczoteczek do zębów odwróconych włosiem do góry tylko o wiele twardszym i dającym odpowiedni poślizg wszelkim elementom kładzionym na stole.

Mankamentem całego stanowiska był plastikowy pył sypiący się na twarz od sąsiada poprawiającego ramy.

W późniejszym czasie trafiłem na wkręcanie mechanizmów klamek czasem także wywietrzników.

Czas w tej pracy płynął bardzo mozolnie bez względu na stanowisko.

Wkręcanie zawiasów było dość proste, wystarczało przyłożyć w odpowiednie miejsce i przy pomocy wkrętaka na sprężone powietrze przykręcić, by przekazać całą ramę dalej.

Stanowisko przy klamkach odziedziczyłem po Marku jednym ze studentów z Wrocławia.

Mam nadzieję, że po powrocie do Polski udało im się pociągnąć karierę w zamierzonym kierunku.

Faktycznie muszę potwierdzić ich zasłyszane słowa, że pomimo iż w UK dobrze i przyjemnie zarabia się w pracy to gdy już znajdzie się w samolocie do Wrocławia, jest wspaniale.

I tak sobie przeliczałem mozolnie mijające minuty na funty, a potem na złotówki, co dodawało mi wytrwałości w obrabianiu rożków ram okiennych, gdzie maszyna nie dawała rady. Cała maszyna znajdowała się jakieś 10 metrów po lewej stronie od mojego miejsca pracy i zaczynała się od zgrzewarki, która co jakiś czas wypluwała kolejną ramkę. Były one białe zwykłe plastikowe oraz takie same, ale z okleiną drewnopodobną.

Te z okleiną były wyłapywane z taśmy, na której w dalszą podróż udawały się te najzwyklejsze po to, by trafić w objęcia obrabiarki znajdującej się parę metrów dalej mniej więcej w połowie między zgrzewarką a mną.

Następnie przejmowałem je ja i za pomocą dłutka wyrównywałem, ścinając resztki plastiku.

Całkiem małe ramki musiałem obrabiać w całości, ponieważ były nieuchwytne dla obrabiarki.

Uciążliwość tej pracy objawiała się bólem pleców ze względu na nieprzyjemną wysokość stołu powodującą konieczność ciągłego schylania.

Na lewym przedramieniu od dłoni po łokieć miałem jakąś żółtą ochronną tkaninę.

Jednakże od razu dostałem od starszego Anglika przestrogę, żebym uważał, bo tamtejsze szpitale są słabe — niemalże jak mój poziom angielskiego, można by rzec…

Z tego mojego uważania wyszło, tyle że w końcu zajechałem sobie dłutkiem po ręce i Marek miał okazję przetestować swoje umiejętności pielęgniarskie.

Ramki powinny były posiadać także uszczelki, jednak czasem były gołe bądź należało wymienić na grubsze. Lubiłem biegać w poszukiwaniu tego kawałka gumy po zakładzie, ponieważ dawało to chwile wytchnienia od ciągłego schylania.

Czasami trzeba było także przy użyciu pisaka zamalować w ramach z okleiną uszkodzone miejsca.

Tutaj ciekawostka była taka, że markery znajdowały się w biurze i w razie potrzeby biegł po niego manager, a ty mogłeś sobie spokojnie pracować, wykonując inne czynności dalej.

Okna szły w dwóch typach Shield oraz Synergy. Pierwsze kanciaste a drugie zaokrąglone i chyba chodziło w nich o podwójną warstwę szyb, ale tym, co w nie wstawiali, już się nie zajmowałem.

Natomiast wkręcałem w nie zamki do klamek, łatwiejsze w montażu espagi odługości zależnej od wielkości ramy, drugie shootbolty były o wiele bardziej skomplikowane, ponieważ składały się z kilku elementów, które należało ze sobą złożyć, wpuszczając w ramę.

Czasami w ramie trzeba było ręcznie wywiercić wywietrznik.

Bywały z tym problemy, gdy pracownik jeszcze przed zgrzewarką wcisnął do wszystkich elementów ramy taki sam kawałek stali…

Czasami zdarzały się ramy, do których był przytwierdzony zewnętrzny, plastikowy element wywietrznika jednak przelotu nie było żadnego.

Następnie po wykonaniu wszystkich czynności na moim stanowisku pracy odnosiłem skrzydła okienne w miejsce składowania, opisując je stosownym numerem.

Był złoty okres w mojej pracy tam, gdy siadła obrabiarka pomiędzy zgrzewarką a mną, ponieważ trzeba było biegać z ramami na maszynę w głębi hali i po odpowiednim ustawieniu obrabiała rożki.

Zazwyczaj wszelkich nowości w tym zakładzie uczył mnie Darren taki trochę narcystyczny dar niebios przynajmniej w jego mniemaniu. Jednak ogólnie w porządku. Ogólnie rzecz biorąc, jak do końca nie rozumiałem, o co chodzi, to dowiadywałem się w momencie, gdy przybiegał do mnie z jakimś bublem i wypowiadał „never-ever…”

Zaraz koło rzeczonej maszyny, do której tak zawzięcie z radością oderwania się od dłutka biegałem, znajdowało się stanowisko zapychania ram stalą, gdzie pamiętam dwóch pracowników. Jeden nieznanej mi do końca nacji zapychał, jak szło i powtarzał „Stop job go home…” A drugi to był starszy chudy Polak, którego imienia nie pamiętam.

Jednakże utkwiło w mej pamięci to, jak pewnego razu manager kazał nam we dwóch z owym Polakiem powynosić coś z końca hali. No to idziemy i… mój krajan zaprowadził mnie na swoje stanowisko i zaczyna mnie uczyć… Cóż, jako że posiadałem jeszcze mniej wiary w poziom swojego angielskiego niż w poziom swej gry w snookera po sromotnych porażkach z Andrzejem, to pomyślałem, że coś źle zrozumiałem i cisnąłem stal, póki nie przyszedł do nas znowu manager rozbawiony i wskazał już osobiście miejsce, gdzie mieliśmy się udać.

W sumie lubiłem towarzystwo tego Polaka, bo zawsze działo się coś zabawnego.

Przykładowo, gdy na jadalni handlowałem słoniną oraz roztrząsaliśmy bardzo życiowe kwestie, takie jak skąd pochodzi nazwa MG… I tak doszliśmy do wniosku, że skoro GMC to General Motors Company więc MG musi być Motors General…

Jadalnia była w ogóle świetnym miejscem służącym walce o najlepsze miejsce z Darrenem.

Ciekawe też jest to, jak kontrakt zmienia nastawienie człowieka do pracy i otaczającego świata.

Początkowo wspomniany Polak miał takie nastawienie jak piosenka Kuby Sienkiewicza pod tytułem „Wszystko Chuj”

I tak najpierw zachwalanie swojskich kanapek, nabijanie się z wycia współpracowników — faktycznie po dziś dzień nie mam pojęcia, czemu oni tak wyli.

A po otrzymaniu stałej umowy nagle najlepsze okazało się typowe angielskie śniadanie z jajkami, fasolka, wędliną… oraz zaczął wyć tak jak oni…

Po trzynastu tygodniach nastąpił czas czystki poprzez wezwanie do biura i tam manager ku mojej uciesze nie zakwalifikował mnie do grupy z kontraktem.

Żal mi było tylko osób, które na to liczyły, a wśród nich był inny Polak, którego imienia również nie pamiętam.

Któregoś razu chwilę byłem oddelegowany, by popracować wspólnie na jego miejscu pracy polegającym na wprowadzaniu elektroniczną suwmiarką wymiarów całej ramy okiennej, aby

maszyna wycięła odpowiednie elementy do uzupełnienia profilu. I przy moim udziale wyszły takie wycinanki, że brak słów, by to opisać. Jednak ciekawostką jest to, że nikt nie dopatrzył się błędu, a jednak nic nie chciało pasować…

Cóż z talentem trzeba się urodzić…

Wracając jednak do Polaka kontraktowanego, zaraz po rozmowie w biurze manager podszedł do mnie jeszcze i pytał, czy wszystko zrozumiałem. A ja nie chcąc kłamać, przyznałem, że niezbyt. Więc zawołał kontraktowca, by tłumaczył i wyglądało to tak, że manager coś mówił a kontraktowiec do mnie „Rozumiesz…

Rozumiesz…” A na końcu „No to zrozumiałeś i wiesz wszystko teraz?” Tak więc przytaknąłem i rozeszliśmy się w pokoju każdy w swoją stronę.

Nie powiem, kontraktowiec zachował się godnie z okazji otrzymania umowy, zaprosił nas wszystkich do baru na piwo.

Problem w tym, że zajeżdżamy zaraz po pracy w umówione miejsce, a gwiazdy wieczoru nie ma…

Jednakże po jakimś czasie przybył, okazało się, że wytłumaczył nam drogę w inne miejsce, niż planował…

Swoją drogą było to niezłe spotkanie integracyjne na koniec.

Ciekawe jak to potrafi łączyć odrobina zrozumienia.

Akuratnie wtedy miał miejsce bardzo groźny wypadek Richarda Hammonda z angielskiego programu motoryzacyjnego Top Gear znanego dziś na całym świecie.

I nawet Anglik umiejący od czasu do czasu przekląć na nas Polaków spojrzał inaczej gdy zauważył, że wiemy, kto to jest i też nam szkoda, że się rozbił dragsterem.

Jednak na szczęście cała historia prezentera zakończyła się bardzo dobrze.


Tak samo, jak i zakończyła się historia fabryki okien Future w moim życiu.

Co przyjąłem z niemałą radością, biorąc pod uwagę, że nie pasowaliśmy zbytnio do siebie.

Za to pamiętam, że doskonale pasowali do siebie nasz współlokator z górnego pokoju z jakąś nowo poznaną krzykaczką…

Dopasowanie to jednak nie trwało długo, gdyż było złamaniem panującego regulaminu, o czym ktoś skwapliwie poinformował właścicielkę, skutkiem czego spotkałem współlokatora „Banderasopodobnego” następnego dnia pod bramą.

Zasadniczo cały ten wyjazd mijał niestety pod znakiem braku kobiet…


Przyszedł czas krótkiej wizyty w Polsce. Zabrałem w tą podróż laptopa pożyczonego od kuzyna. Była to leciwa Toshiba. W domu było i miło i ogólnie rzecz biorąc, nie chciało mi się już wyjeżdżać, ale wybrałem się chyba głównie po to, by zwrócić rzeczonego laptopa…


Co nie było takie łatwe, bo oczywiście na naszym lotnisku padła bateria emerytka i nie miałem jak podłączyć angielskiego kabla, co zestresowało mnie i służbę lotniskową do tego stopnia, że wraz z odprawiającym mnie pracownikiem zdecydowaliśmy, iż Toshiba poleci w luku bagażowym, by w razie bycia bombą tam też sobie spokojnie eksplodowała…

I tak sobie przylecieliśmy, by przyatakować za jakąś pracą znowu.

Tym razem nie udało się znaleźć nic na tak długi okres, jak w Future, które w tak wdzięczny sposób zajęło mi całe lato 2006, trafiłem na jeden dzień do fabryki żywności znowu… Tym razem w Bilstorphe. Była to niesamowicie wielka składnica jaj. Jak się okazało oprócz mnie, na to jajcarskie popołudnie zaproszenie otrzymał jeszcze jeden Polak Marek oraz Słowak.

Pierwsze wrażenie cały ten zakład zrobił na mnie wielce pozytywne, ponieważ na wejściu recepcja nie była pewna, po co my tam w ogóle jesteśmy. Jednak postanowili nas wpuścić na jadalnie i tam po odczekaniu dłuższej chwili pojawił się jakiś pracownik, po to, by powiedzieć nam, żebyśmy chwilę poczekali. Takie polecenie od zawsze wykonuję z należytą pieczołowitością.

Mógłbym wręcz zostać instruktorem czekania…

Przez ten czas facet wrzucił parę funtów w maszynę stojącą w kantynie i gdy skończył, zaprowadził nas na miejsce pracy. Okazała się nią być naczepa, w której coś nie poszło z mocowaniem towaru czy coś w tym stylu. W każdym razie mieliśmy do przerzucenia ponad połowę naczepy powywracanych palet tworzących masę jajeczną na niezły omlet.

Była to naprawdę świetna praca, ponieważ nikt się już nami nie interesował do samego końca zmiany.

Nasz kolega Słowak poszedł sobie nawet wcześniej, bo jak sam autorytatywnie stwierdził

„Ja ne sem kokot i ne budem tu stat…” i tyle go było.

A my zaczęliśmy zwiedzać fabrykę, bo coś przez połowę zmiany trzeba było robić.

Ostatecznie na odchodne dostaliśmy po kilka opakowań budyniu.

Podczas tego pobytu trafiła mi się jeszcze jedna praca w Synseal. Ze spaceru pamiętałem mniej więcej gdzie owa fabryka była i po otrzymaniu telefonu z agencji od razu chciałem tam iść, ale uparli się, bym pojechał jednak po mapkę do Mansfield, co było kompletnie bez sensu ze względu na to, że było to w przeciwnym kierunku niż praca. No ale mus to mus. Odebrałem papierową nawigację i w drogę.

Zamotałem się trochę, ponieważ zaznaczona trasa była zła. Zaprowadziła mnie do osiedla domków nieopodal fabryki, ale jak się okazało po konsultacji z jednym mieszkańców, musiałem pokonać jeszcze ponad milę. Dotarłem tam gdzieś około czternastej. A i tak dopadły mnie jeszcze dwie krótkie przerwy i jedna długa.

Moja praca tam polegała na układaniu profili plastikowych. Miały one długość kilku metrów. Składaliśmy je na stalowej konstrukcji, która później wywoziły boczne wózki widłowe tuż za naszymi plecami. Zmiany zaczynały się o szóstej rano i trwały do osiemnastej, a i tak dawałem radę, by pomiędzy wybrać się z kuzynem Andrzejem na snookera do Triple S.

W Synsealu przepracowałem ogółem cztery dni. Praca, choć dynamiczna to jednak była spokojna. Poznałem tam kolejnego Słowaka, który zapewnił mi transport do pracy oraz opis tego, co miałem tam robić.


Oprócz niego okazało się, że pracował tam brat jednego z wcześniejszych znajomych jeszcze z Future. Taki to mały ten świat czasami.

Przerw rozmaitej długości mieliśmy tam coś z sześć podczas całej zmiany.

W sumie wywalczyłem sobie sam możliwość przyjścia jeszcze więcej razy niż przez te cztery dni, ale miałem już dość i postanowiłem wracać do domu do Polski.

Zasadniczo dzięki temu wyjazdowi obyłem się trochę z Anglią.

Dziś już niestety z barów, które opisywałem i znałem z roku 2006, nic się już w takiej formie nie zostało. W sumie nic z tamtego życia już się nie zostało oprócz wciąż żywych wspomnień.

Rozdział Drugi
Tesco

W ciągu miesiąca po powrocie do Polski rozpocząłem starania celem rekrutowania się na kolejny wyjazd tym razem do Tesco w związku ze stworzonym w tamtym czasie i prężnie działającym w roku 2006 programie wysyłania z Polski do UK.

Pierwszym etapem po uprzednim zgłoszeniu takiej chęci była wstępna rozmowa telefoniczna z rekruterem.

Jako że udało się ją przejść pomyślnie, otrzymałem wezwanie do Krakowa na dalszy etap rekrutacji.

Pamiętam, że już wtedy ucieszyłem się jak dziecko. Poczułem się, jak gdybym złapał Pana Boga za nogi. W końcu, jeśli się uda to wyjazd do pewnej pracy, a nie latanina po agencjach bez pewności stałego zatrudnienia.

Był to czas w okolicach początku grudnia. Wstałem dość wcześnie i złapałem jeden z pociągów wyłaniających się z porannych ciemności w kierunku Krakowa. Dotarłem spokojnie na miejsce, obserwując przez dziurę w podłodze pociągu kolejne podkłady uciekające pod podwoziem. Następnie przesiadka na autobus wiozący mnie w głąb miasta poprzez rondo Matecznego będące punktem orientacyjnym dla mnie, potem kilka kroków i cel został osiągnięty.

Dużych tłumów nie było.

Otrzymałem krótki test do wypełnienia.

O wynikach miałem się przekonać za chwilę.

Wydawała się ona wiecznością dla osoby takiej jak ja, która cokolwiek pisać po angielsku nauczyła się z czatu na flyordie, będącej stroną z grami bilardowymi i innymi rozrywkami a o gramatyce angielskiej wiedziałem tylko, że istnieje — ze słyszenia…

Jednak jakimś cudownym zrządzeniem losu przeszedłem do części ustnej.

Los pokarał rekrutowaniem mnie sympatyczną i cierpliwą Małgorzatę.

Oczywiście zabrakło mi słów i po radzie wzięcia głębokiego oddechu zacząłem opowiadać coś o snookerze i jakoś się udało.

Na wyjazd przyszło jednak chwilę poczekać.

Dopiero w marcu 2007 roku znalazło się miejsce pracy dla takiej gwiazdy rekrutacji jak ja.

Otrzymałem ofertę wyjazdu do Bedford niedaleko Londynu.

Ucieszyłem się oczywiście.

Najpierw jednak potrzebne były odwiedziny wskazanej przychodni lekarskiej celem wykonania odpowiednich badań oraz opłacenie biletu autokarowego.

Do przychodni mieszczącej się w Katowicach miałem około 30 kilometrów.

Badania oczu, uszu, gardła nie wykazały na szczęście nic niezwykłego, jedynie OB było jakieś podejrzane, ale jak może być inaczej, mieszkając na Śląsku…

Jednakże po dziś dzień miło wspominam pobieranie krwi.

Jako że żyły mam głęboko schowane to od zawsze z tą czynnością jest nie lada problem. Oczywiście zaciskanie dłoni w pięść i gestykulowanie ręka nic nie dawało przez dłuższą chwilę, aż w końcu pielęgniarka będąca ponadprzeciętnie atrakcyjną kobietą siedząca dotąd cierpliwie, chwyciła mnie za rękę i nie wiem, co z nią zrobiła, w każdym razie po sekundzie poczułem jak moje przedramię, mocno przylega do jej uda, zapoznając się ze strukturą spódniczki i pończochy a strzykawka kończy się wypełniać…

To był pierwszy i zapewne ostatni raz, gdy patrząc w oczy kobiecie wysysającej ze mnie krew, odczuwałem taką przyjemność…


Następnym krokiem była wizyta organizacyjna w budynku „Buma”.

Tam dowiedzieliśmy się wszystkiego o życiu w UK oraz wszystkich sprawach organizacyjnych także tych stojących przed nami już na miejscu naszego zamieszkania, oraz pracy.

Wraz ze mną w grupie wysyłanej do Tesco w Bedford były dwie Małgorzaty z Koszalina oraz Krakowa i jeden Karol z okolic Kielc.

W ciągu trzech tygodni poprzedzających wyjazd musiałem jeszcze skompletować sobie wyprawkę w postaci stosownego wdzianka do lansowania się w alejkach mojej nowej pracy.

Czas ten bardzo szybko zleciał i nastąpił trzynasty kwietnia 2007 roku.

Wybraliśmy się rodzinnie autobusem linii „D” z Dąbrowy Górniczej na PKS w Katowicach, gdzie miał się pojawić autokar Polonii wiozący na wyspę kilku dziesięcioro ludzi oraz tony Polski zamknięte w nieprzebranych ilościach walizek…

Po ponad godzinnym opóźnieniu pojawił się w końcu żółty piętrus, w którym był już Karolek i Małgosia.

Tak też zapakowałem się na piętro i opuszczałem z częściowo ciężkim sercem rodziców, zastanawiając się, jak sobie będą radzić oraz nad tym, jak będzie wyglądał cały ten wyjazd.

Po drodze zaliczyliśmy przystanek we Wrocławiu, gdzie było mi szkoda, że to nie cel podróży, gdyż od zawsze lubiłem to miasto, a jakoś tak nigdy nie udało mi się z nim na dłużej związać.

Po kilku godzinach jazdy moja radość z samotności na dwóch fotelach zniknęła wraz z pojawieniem się współtowarzysza podróży narzuconego przez los wraz z przewoźnikiem. Pomału nastał wieczór i gorące tego dnia wiosenne słońce przestało już palić. Muszę przyznać, że i tak miałem szczęście na zajętym miejscu, gdyż ze względu na posiadanie słupka dzielącego szyby zaraz za głową miałem niezłą ochronę oraz byłem niejako dysponentem zasłonek…

Całość niestety psuła uszkodzona dysza klimatyzacyjna, która jak się okazało nocną porą, nie bez powodu była zapchana jakimiś papierami.

Udało mi się jakoś w końcu znaleźć pozycję, w której nie było czuć niewyłączalnego nadmuchu…

Radość tą niweczyła jednak coraz silniejsza potrzeba odwiedzenia toalety…

W końcu powziąłem męską decyzję-Idę zwiedzać dolny pokład wyposażony w kibelek.

Pomimo tego, iż siedziałem praktycznie naprzeciwko schodków, dotarcie do celu wcale nie było takie proste…

Najpierw musiałem ominąć rozłożone oparcie fotela współpasażera przede mną, a następnie lekko obudzić kolegę obok potem labirynt powyciąganych nóg aż wreszcie schody i w końcu są drzwi-brama ulgi… Choć okazało się, że raczej apokalipsy… Jakaś podstępna żmija musiała tam być widocznie krótko przede mną i postawiła minę antywęchową.

Po tym wysiłku otumaniony, ale dumny z wykonania misji usadowiłem się na powrót w mym kokpicie z nadzieją uśnięcia, z czym miałem niebagatelny problem, choć był już środek nocy.

W końcu udało się, ale nie na długo, bo obudziły mnie migające światełka wiodące nas na parking…

Okazało się, że to niemieckie „zozole” postanowiły nam przeprowadzić kontrolę…


Trzepali nasze torby tam, spory kawałek czasu. Mnie nie kazali otwierać walizki, ale też nie miałem tam niczego niedozwolonego ani niczego za dużo, ani za mało…

Jednak sporo osób schwytali.

Później już bez przeszkód jedynie z opóźnieniem dotarliśmy do przeprawy pociągiem pod kanałem La Manche. Tam jak się okazało, trzeba było jeszcze około godzinę poczekać.

No i poczekaliśmy i o mało co nie odjechaliśmy bez naszej Małgosi chwilowo zagubionej w czasie…

Jednak po chwilowym zamieszaniu wpakowaliśmy się do pociągu. Wtedy za pierwszym razem było to dla mnie przyjemną ciekawostką wjechać autobusem do wnętrza wagonu, przynajmniej do czasu aż sobie nie uświadomiłem, ileż to wody jest teraz nade mną, gdy pociąg mknął pod dnem kanału. Można było zostać w autobusie jednak bez włączonej klimatyzacji lub wyjść do wagonu i telepać się przy autobusie. Wybrałem to pierwsze.

Dotarliśmy do Londynu w samo południe z czterogodzinnym opóźnieniem.

Tam czekała już na nas Gosia, która przyjechała innym autobusem, ponieważ była z przeciwległej części kraju w stosunku do nas trojga.

I tak dziewczyna wraz z taksówkarzem zamówionym zgodnie z planem dojazdu przez organizatora naszej tułaczki trwała i kwitła niczym kolczasta róża godzinami, aż wsiedliśmy wszyscy w końcu razem i popędziliśmy pośród londyńskich korków aż do Bedford na Brace Street. 52°08’17.7"N 0°28’15.7”W


Tam powitał nas landlord, czyli właściciel naszego mieszkania Roy.

Ostatnie, na co miałem wtedy chęć było oprowadzanie po czymkolwiek…

Najchętniej poszedłbym spać nawet na podjeździe.

Niemniej jednak należało, zrobić co trzeba.

I tak… Aby wejść do naszego mieszkania, trzeba było pokonać drzwi, a potem schody na górę, tam znajdowały się właściwe drzwi do mieszkania, za którymi był korytarz w nim zaraz po lewej drzwi do łazienki a w niej lustro, zlew, dolnopłuk oraz wanna z osłonką umożliwiającą w miarę spokojne zażywanie kąpieli pod prysznicem. Poza tym plastikowe okno i drzwi rozszerzające się pod wpływem wilgoci.

Idąc dalej korytarzem, napotykamy umeblowaną kuchnię wyposażoną w lodówkę i pralkę oraz mikrofalówkę, a także zestaw naczyń i sztućców. U zwieńczenia korytarza było pomieszczenie gospodarcze z piecykiem gazowym i także rozpoczynał się salon ze stołem oraz sofami i lustrem. Zaraz za nim był dosyć spory pokój z widokiem na ulicę. Z salonu za to był widok na…

A jakże parking piętrowy…

Na przeciwko drzwi przy salonowego pokoju były schody na piętro naszego mieszkanka.

Po wyrobieniu zakrętu na ich szczycie było okno też z widokiem na parking a naprzeciwko niego krótki korytarzyk w kształcie litery L.

Na rogu było wejście do pokoju z dwoma łóżkami oraz po krótkim skręcie wchodziliśmy do drugiego pokoju z widokiem na ulicę i łazienką, który dziewczyny szybko zagarnęły dla siebie. Co z resztą miało swoje plusy, ponieważ nie chciałbym być mimowolnym świadkiem wizyt nowo poznanego kolegi w kiblu. Oraz to, że w naszym pokoju było po prostu ciszej niż od ulicy. No i ten widok na parking znowu… Tym razem był on jednak sporo dalej, a i ja wolałem miejsce pod ścianą, tak że co do widoku było mi wszystko jedno.

I tak zamieszkałem z Karolkiem.

Zaraz po dopadnięciu łóżka i wrzuceniu pod niego walizki poubierałem zestaw powitalny pościeli i poszedłem w końcu spać…

Po odespaniu traumy autobusowej postanowiliśmy się delikatnie zintegrować.

W tym celu również poszliśmy na wycieczkę, sprawdzić jak wygląda nasza trasa do pracy z Brace Street na Cardington Road, gdzie mieściło się i istnieje po dziś dzień Tesco.

52°07’44.0"N 0°27’09.5”W

Zajrzeliśmy oczywiście i do wewnątrz. Będąc na dziale mrożonek, czyli frozen rzekłem do Karolka prorocze słowa, że niedługo będziemy tutaj pracować.

Przez dwa dni dobrze się zintegrowaliśmy i poszliśmy na nasza pierwszą nocną zmianę. I tak też się stało, jak wspominałem, przydzielili nas z Karolkiem na mrożonki, a nasze drogie Panie współlokatorki powędrowały na dział agd/rtv i tyle je widzieliśmy, ponieważ było to po dwóch stronach sklepu.

Na początku pracy najważniejsze było ustalenie, kiedy są przerwy…

Początkowo chodziliśmy na nie w miarę uznaniowo, ale tak, żeby sobie w miarę logicznie rozłożyć jedną przerwę godzinną oraz dwie piętnastominutowe, które zasadniczo łączyliśmy w jedną trzydziestominutową.

Praca na mrożonkach wyglądała zasadniczo tak, że na początku szliśmy na sklepowe zaplecze do naszej lodówki, wypełnionej tym wszystkim, co jeszcze nie znalazło swojego miejsca w lodówkach ekspozycyjnych na naszym dziale.

Zabieraliśmy jak najwięcej produktów i wciskaliśmy je na właściwe miejsca.

W owym czasie sprawiało to spory problem mojej pamięci, by dokładnie zarejestrować odpowiednie lokacje, toteż często stałem długą chwilę, zanim znalazłem miejsce.

I tak nam schodziło, póki nie przyjechała dostawa, bo wtedy szliśmy pomóc ją rozładowywać, wpychając nowe klatki do dużej lodówki na zapleczu. Czasem było ich kilka a czasem ponad dwadzieścia.

Razem z nami na dziale był Abu oraz przybysz z Indii, którego nazywaliśmy wodzem.

Zaglądał do nas również Jason człowiek piorun. Był wszędzie i robił wszystko szybko i dobrze. Zastanawiam się, czy nie posiadał daru bilokacji…

Przerwa przyniosła słodko-gorzkie odkrycie. A mianowicie dowiedziałem się o istnieniu Ani. Ślicznej Łodzianki nic a nic nie irytującej, z którą można było porozmawiać prawie o wszystkim. Prawie, bo spędziłem w jej towarzystwie tylko rok, więc nie udało się poruszyć wszystkich tematów…

Jej urody nie ma sensu opisywać, wystarczy powiedzieć, że Lara Croft to ona… I to była ta

słodsza strona a gorzka to ta, że oczywiście była zajęta…

Cóż trzeba było skupić się na pracy, którą zacząłem od wolnego. Od razu poszedłem kupić sobie mały przenośny telewizorek, aby oglądać snookera, tym bardziej że moment wyjazdu splatał się z terminem rozgrywania mistrzostw świata w tą odmianę bilardu, a ja nie miałem zamiaru tego przegapić.

I tak z dnia na dzień a właściwie z nocy na noc stawałem się coraz to lepszym „Półkownikiem-Wykładowcą…”. Cóż rozpocząłem nowe życie utrzymując się z wykładania towaru w półki.

Pierwsze dwa tygodnie były naprawdę ciężkie, ponieważ… trudno było pogodzić pracę ze spaniem oraz oglądaniem mistrzostw, gdyż ze względu na swoją charakterystykę mecze trwają cały dzień, tak że ciągle chodziłem niedospany.

A jeszcze trzeba było coś jeść w międzyczasie. Opanowałem sobie taki system, że z rana zaraz po przyjściu z pracy spożywałem śniadanioobiadokolację złożoną z ziemniaków w proszku, czyli pure do tego frykadelki z Lidla, czyli kotlet mielony oraz jakąś sałatkę w słoiku bądź kapustę czerwoną albo paprykę.

Przygotowanie tej strawy zajmowało mi w granicach sześciu minut.

Na wieczór przed wyjściem do pracy obowiązkowo pizza o smaku zależnym od fantazji.

Głownie szpinakowa lub z salami.

Początkowo nosiłem do pracy kanapki, ale w późniejszym czasie przerzuciłem się na batony i wodę z dystrybutora zabarwioną tabletką musującą.

W dniach wolnych dla urozmaicenia robiłem sobie inne posiłki. Jednym z nich była sałatka warzywna błyskawiczna dla leniwych. Składająca się z kilogramowego pudełka plastrów gotowanych ziemniaków z sosem majonezopodobnym a do tego wystarczyło wrzucić marchewkę, groszek, fasolkę, kukurydzę i co tylko się chciało z puszek. Zamieszać i gotowe.

Poza tym szeroka gama słodyczy od czekolad poprzez serniki z owocami w galaretce po Pavlową.

Poza tym na wolnym poszliśmy zarejestrować się w bibliotece oczywiście znowu ze względu na internet… Poszedłem tam z Gosią będącą osobą, której ciężko było zaufać dbającą głównie o swój interes. Jednakże mając to na uwadze, można było całkiem normalnie z nią żyć, co niestety było niezbyt możliwe z naszą drugą współlokatorką Margaret. Ta z kolei była warta zaufania, lecz złośliwa mając powód bądź nie… Jednak najlepszy był Karolek wszechwiedzący wszystko ideał w swym mniemaniu oskarżający mnie o trzymanie śmierdzących skarpetek w pokoju. Na szczęście dzięki temu, że po niedługim czasie także jego żona przybyła na wyspę to agencja pozwoliła im zamieszkać razem, na skutek czego na miejsce Karolka pojawił się Sambor, a Karolek zniknął wraz z podejrzanym smrodem z pokoju.

Jednakże wciąż widywałem mojego pierwotnego współlokatora w pracy, ponieważ obsługiwaliśmy ten sam dział, czyli mrożonki. Moim głównym zadaniem było zapełnianie lodówek z gotowcami do mikrofalówki, frytkami, groszkiem, paluszkami rybnymi i innymi cudami a jego zajęciem było robienie lodów.

Czasem było mi, go nawet trochę żal, gdy stawał się obiektem drwin wywoływanych przez bezpodstawnie wywyższający się charakter. Jednak z drugiej strony należało mu się to.

Pamiętam taką sytuację, gdy nagle pojawił się w mojej sekcji i staranował mi klatkę z produktami do wyłożenia, tak że spora część rozsypała się po podłodze i od razu hasło, żebym to pozbierał, bo nie może to tak leżeć i będę miał problemy. Nie wiem jakąż to frustrację, sobie w taki sposób rozładowywał i niech to pozostanie tajemnicą jego upierdliwego wnętrza.

Jednakże przypomniałem mu o tym, że są kamery i jak się pojawi ktoś z pretensją, to poproszę, by przewinęli kawałek… I pomogło.

Inna historia to „Fishknife”, czyli taki sprytny nożyk do rozcinania kartonów z rzeczami do wykładania, tak by ich nie poniszczyć. Zdarzyło mi się uszkodzić swój, jak to z czasem każda rzecz ma jakąś wytrzymałość. Zgłosiłem do naszego teraz już przełożonego Jasona zapotrzebowanie na nowy. Tak też przyniósł mi nowy po niedługim czasie. Traf chciał, że przy uroczystym wręczaniu był także Karolek. I od razu nie z kabaretowym żartem a z pogardą na mój temat do Jasona, że ja pracować nie umiem, skoro zniszczyłem rozcinak. Na to Jason, że to przez to, że tak ciężko pracuję. Oczywiście tego żartu nie wyczuł Karolek. Nie minęło dzień i nie wytrzymał sytuacji, poszedł, połamał swój i zgłosił zapotrzebowanie na nowy tak samo, jak ja…

I tak dumny z nowego oręża do rzezania kartonów przystąpił do pracy.

Dzień w dzień nasza praca wyglądała praktycznie tak samo. Jako że miałem poniedziałek i wtorek wolny, to omijało mnie rozmrażanie lodówek, choć nie było to nic strasznego.

W zasadzie jedyne co się zmieniało to wielkość dostawy.

Najlepsze pod tym względem były nocki weekendowe. Najlepiej płatne i najmniej pracowite do tego nasze 24/7 Tesco było wtedy nieczynne i można było robić dowolny bałagan, nie przejmując się klientami tak jak w tygodniu, gdy było czynne na okrągło.

Zdarzały się sporadyczne wyprawy do innych działów będących w danym momencie mniej obsadzone z różnych powodów. Tam już zazwyczaj towar był „zdropowany”, czyli poukładany w odpowiednich miejscach przed półkami trzeba było jedynie pootwierać opakowania i powykładać należycie w konkretne miejsca.

Pracę na mrożonkach umilała mi sympatyczna koleżanka z Czech imieniem Andrea pracująca vis-a-vis mojego działu na fresh food. Jej wesołość była na tyle zaraźliwa, że poprawiała wszystkim humor a na pewno męskiej części naszej sklepowej załogi…

Pozostanie ona na zawsze miłym wspomnieniem, gdyż dzięki niej oprócz samej pracy także droga z jak i do niej była sympatyczniejsza. No i siłą rzeczy nauczyłem się trochę czeskiego. W ogóle tak na marginesie Czeszka byłaby świetną żoną, bo, jak tutaj się kłócić z kobietą, która nawet krzycząc w tym wesołym języku, bawi do łez… Trochę było szkoda, gdy zamieniła się z Margaret na działy, ponieważ towarzystwo mojej współlokatorki nieopodal nie było niczym miłym ani radosnym i zamiast uśmiechu można było liczyć jedynie na jakąś uszczypliwość. Podobnie jak zresztą w domu. Choć bywały odcinki czasu, gdy kontakt bywał normalny, ale nie potrafiłem się poddać jej racjom, a ona nie szanowała moich, więc nie było, bo nie mogło mocniejszej nici porozumienia.

Miewała do mnie np. pretensje, że potrafię asertywnie grupie powiedzieć nie, a jej to nie wychodzi, gdyż się kończy kłótnią i oprócz tego jeszcze jakieś głęboko zakorzenione, ale o których nawet nie mam pojęcia, istniały, ponieważ potrafiłem dostać ochrzan czasami nawet za to, że byłem w kuchni i się nie odzywałem, gdy ona też coś tam robiła z pretensją, że wtrącam się w jej życie…

Nie mi rozstrzygać co nią kierowało, ale czasami było mi przykro, że tak inteligentna osoba walczy z całym światem.

Przyznam, że też nie bywałem dłużny, jak już mnie wyprowadzała z równowagi i odpowiedziałem coś stosownie do okazji, że potem na kilka dni był spokój.

Jednak teraz z perspektywy czasu wiem, jakie takie sprzeczki są żałośnie małe.

Swoją drogą znajomość z Margaret dostarczyła mi wiele ciekawej wiedzy o stosunkach damsko-męskich skutecznie odstraszając mnie od wchodzenia w jakikolwiek związek.

Pamiętam, był taki moment około dwóch miesięcy od naszego wyjazdu, że po powrocie z wesela w Polsce poczęstowała mnie przywiezioną wódką i tak oglądając film, w salonie robiło nam się coraz cieplej i przyjemniej. Jednak nie potrafiłem się przełamać, by zrobić coś więcej poza przyjemnym przytuleniem, mając świadomość, jak ona mnie na co dzień irytuje. Poza tym domniemam, iż z całej tej sytuacji byłaby wyciągnięta jakaś nowa upierdliwość.

Nie odnoszę też wrażenia, by ona również miała chęć na posunięcie się dalej, bo pewnie tak samo, jak ja wolałaby tam kogoś innego. A nawet gdybyśmy zrobili kiedykolwiek coś więcej to taki seks, który uprawia się z jedną osobą a myśli o innej to lipa. Może jestem zbytnio naiwnym romantykiem, ale nie umiem nawet próbować wykorzystać kobiety, niepociągającej mnie swym typem urody ani charakterem.

Margaret miała jednak taki plus, że kilka razy zagraliśmy razem w bilarda.

Przynajmniej do czasu aż nie zacząłem regularnie grywać w bilarda a konkretnie w jego odmianę — snookera z Karoliną partnerką życiową mojego nowego współlokatora Sambora.

Pojawiła się ona u nas zaraz po tym, jak wyjechała podobnie jak my do tej pracy niedługo po swoim chłopaku.

Była i jest rudowłosym wulkanem pozytywnej energii. Praktycznie od początku mieliśmy dobry kontakt i tak została moją przyjaciółką.

Nominalnie Tesco wysłało ją do Northampton i tam też mieszkała, a na wolnym zaglądała do nas w weekendy.

Jakoś tak wychodziło, że Sambor szedł spać zaraz z rana po pracy, a ja po południu więc wypełniałem Karolinie przedpołudniową lukę.

Czasami był to wspólny film na laptopie, czasami wycieczka do Lidla a w poniedziałek rano tradycją stały się 2—3 godziny snookera w pobliskim klubie Greyfriars. 52°08’12.1"N 0°28’19.1”W

Wynik był drugorzędną sprawą, ponieważ granie z kobietą w bilard jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie pokazał mi świat…

Cieszę się też, że przyczyniłem się, choć odrobinę do szlifowania jej talentu, choć bawiła się kulkami na stole już wcześniej przed meczami ze mną.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 35.39