E-book
2.73
drukowana A5
32.43
Ktoś Inny

Bezpłatny fragment - Ktoś Inny

1000 mil do pracy 10 lat dziwnego życia


Objętość:
227 str.
ISBN:
978-83-8126-073-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 32.43

Wstęp

Dąbrowa Górnicza — miasteczko na zagłębiu będące domem dla około 120000 osób zebranych z przeróżnych zakamarków naszego zarazem pięknego, jak i przerażającego kraju zwanego Polska…

Wśród tych ludzi także moi rodzice z dwóch przeciwległych krańców tejże krainy.

Z tego spotkania powstał owoc o smaku kwaśnym jak śląski dąbrowski zagłębiowski klimat, czyli ja.

Podobnie jak ćwierć wieku moi rodziciele tak samo teraz osobiście miałem się przekonać, czym jest tułaczka po świecie za chlebem.

Dąbrowę lubiłem jak… No dobra nie znosiłem tego miejsca, jedyne co mi się miło kojarzyło to słodko delikatne smakujące przeszywającą przyjemnością usta Anny R. oraz kilka lat Sztygarki, w której spędziłem kilka lat z fajnymi ludźmi.


Toteż decyzja o wyjeździe po kilku latach zmagań z szarą rzeczywistością po pewnych wahaniach nastąpiła znienacka. Tak jadę! -pomyślałem…

Kierunek standardowy tak samo, jak dla całej rzeszy podobnych mi osób, czyli wyspa w kształcie £££££… Wielka Brytania…


Rodzina, głównie wujostwo namawiali mnie na ten wyjazd od dłuższego czasu hasłami typu „Jedź, coś skorzystasz, ciotka mieszkająca tam większość swego życia na pewno kupi ci coś ciekawego…”

Do mnie — świra stawiającego w swoim życiu najpierw być przed mieć — te argumenty raczej średnio do mnie trafiały.

Jako że Anglia jest niejako epicentrum wszystkich większych wydarzeń dotyczących snookera od zarania dziejów tego sportu, toteż zdecydowałem się jako fan rzeczonej gry żyjący nią już od paru lat.

Rozdział Pierwszy
Sutton-in-Ashfield

Pamiętne lato roku 2006. Upalny 22 czerwca.

Poranny wyjazd Fiatem Seicento z Dąbrowy na lotnisko w Balicach pod Krakowem.

Przyjemny ciepły letni już dzień.

Dotarliśmy spokojnie do hali odlotów.

I faktycznie był to odlot w pełni znaczenia tego słowa.

Najpierw bardzo przyjazny cennik w lotniskowym kiosku i nieprzebrany tłum ludzi…

Wyglądało to dla mnie wtedy, jakby połowa Polski chciała wyjechać razem ze mną akuratnie tym samym lotem, a druga połowa przyjechała nas żegnać…

Jednakże z całego tego tłumu wyjeżdżał razem ze mną jedynie mąż kuzynki.

Po pożegnaniu z bliskimi osobami przebrnęliśmy odprawę i stanęliśmy u wrót do nowego świata… Po chwili zamknęły się one i…

Przejechaliśmy autobusem lotniskowym oszałamiający kawałek drogi…

Zanim zdołałem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wielkie jest to lotnisko, że trzeba autobusem je przemierzać, nastąpiło zatrzymanie i pojawiło się kolejne pytanie, czy kierowcy płacą w tej robocie od kilometra…

Tak czy inaczej, znaleźliśmy się w środku. Na ów czas jako miłośnika lotnictwa było to dla mnie ekscytujące wydarzenie.

Dźwięk silników, uśmiechnięte stewardessy usiłujące wytłumaczyć drogi ewakuacji ignorantowi lingwistycznemu, jakim wtedy byłem, zastanawiającemu się, czy seat to chodzi o markę samochodu… To wszystko powodowało napływ miłych emocji poznawczych.

Chciałbym także poznać motywy, które kierowały kuzynką podpowiadającą ciotce Zofii w Anglii, by nam kupić bilety na pod londyńskie lotnisko w Luton zamiast East Midlands w Nottingham.

Pewnie chodziło o to, aby się przejechać, ale dzięki temu mieliśmy od razu wycieczkę krajoznawczą po UK.

Tak też dotarliśmy do naszego pierwszego wyspiarskiego zakwaterowania na Market Street w Sutton-In-Ashfield nieopodal Mansfield. O następujących współrzędnych geograficznych 53°07’29.0"N 1°15’48.9”W


Powitalny wieczór minął spokojnie. Rozpakowaliśmy się w naszym pokoju wraz z Tomkiem, podziwiając widok z okna wprost na parking piętrowy.

Pierwsze dni upłynęły na zwiedzaniu okolicy oraz ustaleniu źródła życiodajnego internetu… W owym czasie biło ono w bibliotece.

Oprócz niej w okolicy była stacja benzynowa, na której u „tubylca” było najprościej załadować telefon oraz kupić mapę co spotkało się z niewiadomych dla mnie powodów z dezaprobatą współmieszkańców.

W 2006 roku nie posiadałem laptopa ani tym bardziej smartfona z nawigacją więc papierowa mapa była moją dobrą przyjaciółką.

W każdym razie pomimo posiadania rogów była do mnie na pewno bardziej przyjaźnie nastawiona niż część rodziny…

Zaraz po przyjeździe oprócz zwiedzania wybraliśmy się z ciotką Zofią do rejestracji w agencjach pracy w Mansfield, niedaleko Sutton-in-Ashfield gdzie zakotwiczyliśmy.

Swoje kroki skierowaliśmy pierwotnie do agencji Ambition, współrzędne tego miejsca są następujące 53°08’42.8"N 1°11’42.8"W.

Obsługiwanej przez ździebko nerwową, aczkolwiek nawet ładną Polkę.

Ogólnie byłem zarejestrowany jeszcze w Thorn Baker 53°08’42.2"N 1°11’47.0”W i Staffline.

Tam też podczas rejestracji obecna była moja kuzynka i o ile Tomaszowi jeszcze była chętna cokolwiek pomóc, to ja mogłem liczyć tylko na szydercze „to, co nie wiesz?”, gdy nie wiedziałem czegoś w dokumentach aplikacyjnych.

W sumie mogę to zrozumieć, w końcu ja byłem z innej wsi…

W sumie ten brak porozumienia zaistniał chyba jakoś w czasach wakacji, które spędzałem u nich w Łukanowicach nieopodal Tarnowa.

Być może wpływ na to miało moje lenistwo powodujące brak chęci do wspólnego wykonywania przydomowych prac gospodarskich.

Brak porozumienia w tamtych latach kończących powoli wiek 20. był tak wielki, że nawet w „państwa-miasta” nie potrafiliśmy zagrać spokojnie, bo dla mnie „Erka” nie była samochodem natomiast „Erf” tak a dla kuzynek odwrotnie… I nie nie mogliśmy tego w latach 90. sprawdzić w internecie…

Dziś to oczywiście budzi uśmiech na twarzy i wspomnienie młodości tak samo głupiej, jak niewinnej i pełnej nadziei oraz wielkich planów na przyszłość, które jakże żartobliwie weryfikuje sobie życie.

Kilka dni po naszym przyjeździe ciotka Zofia miała zaplanowany urlop, więc postanowiliśmy odwiedzić mojego kuzyna Andrzeja, którego Central Club mieścił się tutaj: 53°07’51.2"N 1°15’22.6”W


Jednym z naszych pierwszych zajęć oprócz sprzątania aut było malowanie tego oto powyższego płotu.

Było to jakieś 10 minut od naszego mieszkania, przechodząc w okolicach łąk i angielskiego dość ciekawego supermarketu ASDA.

Z Andrzejem zawsze było o czym porozmawiać, pożartować z rzeczywistości i pograć w bilarda a dokładnie w snookera oraz angielską 8mkę.

Różniącą się od 8mki amerykańskiej praktycznie wszystkim.

Amerykańską znają praktycznie wszyscy, choć na zasadach bardziej barowych niż prawdziwych. Angielska natomiast różni się wielkością stołów, bil, kijów i wykrojami kieszeni oraz zasadami.

W barze u Andrzeja był właśnie taki stół i jak miałem możliwość, to korzystałem, aby zagrać.

Pierwszą partię pamiętam, była ona z Piotrkiem mężem kuzynki Moniki.

Oczywiście i mnie hasło, gdy zmagaliśmy się z ostatnią czarną, że nie jestem aż taki dobry. Przyznaję to bardzo daleko idące wnioski po wbiciu kilku bil.

Aczkolwiek miał sporo racji, ponieważ mistrzem nie jestem, a tylko kocham bilard.

Jednak tą jakże cenną czarną udało mi się wbić i to zakończyło nasze gry.

Graliśmy tam najczęściej z Tomkiem. Do czasu aż wreszcie wygrał ze mną, ten

jeden mecz, jak się okazało ostatni.

Poza tym złoił mi tam skórę jeszcze chyba z 8-letni Anglik no i oczywiście Andrzej. W czasie mojego czteromiesięcznego pierwszego pobytu w UK rozegrałem z nim kilka meczów w snookera w klubie Triple S. 53°08’34.5"N 1°16’02.0"W.

Pierwszego frejma wygrałem, co okazało się partią na otarcie łez, biorąc pod uwagę dalszy bilans naszych gier, czyli na jakieś pięć wygranych przeze mnie frejmów do setki z górką przegranych. Choć tak naprawdę one wszystkie były dla mnie wygrane, gdyż każda chwila spędzona na grze jest droższa od złota, choć w UK jest po dziś dzień taniej niż w PL.!

Przede wszystkim towarzystwo do gry było wyśmienite.

Tak wyśmienite, że któregoś dnia zagraliśmy całe popołudnie, wyszło prawie 8h, czym zasłużyliśmy na słowa uznania na recepcji.

I te wspomnienia kija, który mi się samoczynnie rozkręcał podczas gry albo trudność w zamówieniu Coli… Okazywało się, że gdy powiedziałem Coca-cola, to było to niezrozumiale, dopiero słowo „Kołk” przynosiło szklaneczkę tego czarnego napoju.

Niezwykle miła to podróż wspomnieniami w tamte czasy.

Oprócz rozrywek i przyjemności zwiedzania nastał także czas poszukiwania pracy.

Oprócz rejestracji w agencjach postanowiliśmy we trzech przejść się po strefie przemysłowej i przekonać się co da się załatwić.

W połowie drogi Piotrek będący tam z Moniką już od pół roku zapytał nas jak my się w ogóle mamy zapytać o tą pracę.

Przyznam, że to nie dodało mi otuchy…

Co prawda bawiłem się trochę moderowaniem na stronie z bilardem.

Jednak to nie to samo, bo nawet jeśli potrafiłem coś w miarę sensownego napisać z pomocą słownika, to powiedzieć jest już gorzej. W ogóle jest coś, co myślę sporo osób, może potwierdzić, mianowicie magiczna bariera wręcz pole siłowe zwierające szczęki przy pierwszych słowach wypowiadanych w obcym języku i na obczyźnie.

Jakoś tam pomęczyliśmy kilka osób w zakładach naszą nieznajomością angielskiego.

Ogólnie to nic nie załatwiliśmy.

Z naszych trójkowych wypraw pamiętam jeszcze, jak dumnie wkroczyliśmy na bus station w Mansfield 53°08’38.4"N 1°12’05.6"W celem jazdy do Sutton i…

Wsiedliśmy do taksówki…

W końcu z urlopu wróciła ciotka Zofia a wraz z nią przyszła wiadomość o pierwszej pracy dla Tomka i mnie w fabryce kanapek w Worksop.

Było to niezwykle mistyczne doznanie…

Najpierw trzeba było pojawić się w Mansfield na godzinę 18. Tam czekał na nas już bus, który wiózł nas na 20.

Zanim rozpoczęliśmy naszą pierwszą zmianę, musieliśmy skompletować odzież.

Tych latających w poszukiwaniu elementów wymaganego odzienia od razu rozpoznawali jako wysłanników z Ambition…

Po nałożeniu fartucha i czepka następował moment próby, czyli gumowce…

Buty cholera wie po kim…

Niby odkażone, ale niesmak pojawiający się na stopach eskalował poprzez całe ciało, aż chciał się wydostać wraz z wymiocinami na zewnątrz…

Cóż nadszedł czas udania się na halę po drodze jeszcze jakiś odkażacz do rąk i już tuż za drzwiami staliśmy w kółeczku, czekając na wyrok…

Oczywiście trafiliśmy na linię montażu kanapek.

Składały się one, jak można się domyślać z chleba, majonezu, jakiejś szynki, sałaty i różnych innych cudów, których królem był pomidor… Pełen mokrej zimności zabójca dłoni… Wtedy to pierwszy raz okazało się, że piekło może być zimne i mokre…

Rozpętywało się ono po jakimś kwadransie od momentu rozpoczęcia bieganiny koło taśmy.

Z jednej strony atakowało zimno półproduktów odmrażające dłonie, z drugiej człowiek zaczynał się pocić w tych wszystkich skafandrach od palców stóp gotujących się w gumowym odorze po czubek głowy…

Brak możliwości ocierania potu z czoła była irytująca, choć jeszcze bardziej dobijał nawiew chłodnego powietrza uderzający na linię…

Świadomość, że jest 20.20, a zmiana trwa do 06.00 rano, nie pocieszała…

Były też linie, gdzie praca zdawała się odrobinę łagodniejsza.

Zauważyłem przy jednej z nich kolegę obcokrajowca, który miał katar, o co w tym syfie nie trudno.

Musiał wydmuchać nos, do czego skwapliwie użył jednego z grubych zielonych ręczników do czyszczenia linii, po czym po otarciu rąk w fartuch zajął się dalszym zaciskaniem kromek.

Po jakimś czasie katorgi następowała przerwa, na którą opłacało się pójść, ponieważ była wystarczająco długa, by rozebrać się z kajdanów, posiedzieć chwilę na jadalni pooglądać tv serwujące powtórki meczów z aktualnie rozgrywanych mistrzostw świata w piłce nożnej w Niemczech.

Druga przerwa była tak nonsensownie krótka, że lepiej było ją całą spędzić w miłym fetorze przebieralni bez przebierania oczywiście.


Po tym całym czyśćcu rano następowało wyzwolenie i znowu bus.

Ciężko było w nim nie usnąć.

A uśnięcie powodowało niestety atak twarzą poprzedzającego fotela. I tak z poobijaną mordą szczęśliwy przesiadałem się w Mansfield tym razem już na autobus i około 08. rano już byłem w rejonie łóżka.

Agencje pracy otwierali niestety o 10. rano, to nie było za bardzo co czekać w Mansfield toteż po przybyciu z pracy i krótkiej porannej toalecie i spojrzeniu na parking za oknem jazda z powrotem do Mansfield, żeby zmienić tę pracę na inną niebędącą już kolonią karną. Zanim wróciłem, dochodziło południe. Warto byłoby pójść spać, choć przydałoby się też coś zjeść…

I potem znowu jazda do Worksop.

Zdarzyła się też inna fucha w tej fabryce niż linia z tymi piekielnymi kanapkami. Mianowicie pakowalnia. W porównaniu do tamtego syfu to było fajnie mało ludzi i zimna za to dużo kartonu i kanapek już spakowanych w plastikowe pojemniki. Tak więc już tylko poukładać to w kartony i niech jedzie w świat…

Wysłali nas tam też kiedyś tak, że nie było pracy, to do północy pomagaliśmy człowiekowi na linii sklejającej kartony, a potem do rana odsiadka aż bus się po nas zjawił.

Po zakończeniu tej pracy mój certyfikat uprawniający do pracy w podobnych miejscach wylądował w koszu.


Całą przygodę z kanapkami w Worksop staram się jednak postrzegać przez pryzmat spotkania z pewnym Polakiem podczas pracy w pakowalni.

Ten to miał „tzw. pozytywne ADHD”

Zapytałem skąd w nim tyle werwy, co bierze do pracy w tym kołchozie.

Na to odchylił połę fartucha i wyciągnął piersiówkę zalaną napojem mającym u swego źródła wodę ognistą…

Okazało się, że jest fryzjerem i oceniał, że podczas długiej przerwy ze trzy głowy „opitoliłby” cokolwiek miało to oznaczać…

Zachwalał też jeden z polskich sklepów, jakie to w tamtych czasach zaczęły się pojawiać w UK.

Hasło reklamowe brzmiało „Mój znajomy otworzył tutaj niedaleko polski sklep, są w nim zupki chińskie…”

Spodobało mi się to niezmiernie i ta niby trywialna rozmowa, a jednak pokazała mi poprzez ogólną postawę tego człowieka, że nawet pomimo trafienia w czeluści tej fabryki trzeba zachować w sobie coś pozytywnego i zamiast skupiać się na syfie linii produkcyjnej być sobą i dążyć do jakiegoś większego celu.

W czasie gdy nie miałem pracy, jeździłem z ciotką Zofią po zaopatrzenie do barów. Było to moje ulubione zajęcie oprócz gry w bilarda oczywiście.

Podróżowaliśmy kilka mil do Bookera 53°07’51.5"N 1°13’06.6"W magazynu działającego w stylu podobnym do Makro, czyli dla działalności gospodarczej. Trzeba posiadać swój numer i już można biegać z wózkiem i nakładać czego tylko duszy potrzeba, aby zadowolić klientelę baru.

I tak po kilkudziesięciu minutach biedniejsi o trochę funtów, ale bogatsi w hurtowe ilości alkoholu, cukierki, środki czyszczące i inne dobroci służące konsumpcji, zmierzaliśmy do Morrisona 53°08’05.6"N 1°13’44.6"W angielskiego supermarketu, w którego to przypadku „super” wcale nie było słowem przesadzonym. Moim ulubionym zakupem były paszteciki Kornwalijskie, czyli mięso w cieście.

Kiedyś w tv na jednym z kucharskich programów była przedstawiona legenda ich powstania. Jakoby danie to było tworzone przez Panie domu dla swych mężów pracujących w kopalniach (czyli jeszcze gorzej niż montownia kanapek w Worksop) i oni, aby się posilić mięsem, obierali całość z ciasta, które było jedynie warstwą ochronną i konsumowali kawałek soczystej baraniny.

Tak przynajmniej mówi legenda, mi całość odpowiadała do tego stopnia, że wydawało się, iż mógłbym żywić się jedynie tym…

Następnie powrót jednym z najfajniejszych aut, w jakich miałem okazję podróżować Nissanem X-Trailem. Brzydki do granic przyzwoitości granatowy wszystkowóz, ale jakże fantastyczny. Wjechał, gdzie miał wjechać i wyjechał również, a to wszystko w komfortowych warunkach.

Następnie rozparcelowaliśmy zakupy po barach, a ja z pasztecikami wracałem do naszego wesołego mieszkanka. Paszteciki były bezpieczne, ponieważ nikt poza mną ich nie lubił i dobrze…

W naszym domku panowała z reguły wesoła atmosfera…

Okazuje się, że małżeństwo potrafi się sprzeczać o wszystko.

Szczególnie jeśli jedna strona rządzi, a druga jest… mężczyzną.

Oj nalatał się Piotr za zachciankami mojej kuzynki. Podejrzewam, że biegał tak, bo za cholerę nie mógł znaleźć tak pożądanego przez kobiety krokodyla…

Cóż miłość…

To uczucie strasznie zaślepia.

Któregoś dnia szarpnęła się wydać ciężko wypracowane funty na tuning fryzury.

Wpada do mieszkania i od progu ciska miło zaczepnym pytaniem w stronę Piotra

„i jak?” — na co on spoglądając zaskoczony, nie odparł niczego, co ona chciałaby usłyszeć…

Po chwili konsternacji system pokonał zawieszenie i padł komplement najpiękniejszy z możliwych… „aha byłaś?”

Widać nadal jeszcze zaślepienie miłosne trzymało mocno, że wciąż nie potrafił objąć umysłem nie tylko zmiany we fryzurze, ale i całego szczęścia, jakie go spotkało w osobie Moniki.

Zresztą tak samo nie obejmował prawideł aktualnego mundialu, pytając za każdym razem w pierwszej minucie kolejnego meczu czy też jest rozgrywany w Niemczech…

Na szczęście spalony został mu przez żonę w końcu wytłumaczony.

I tak sobie mieszkaliśmy krótką chwilę we czwórkę, jednak stwierdziliśmy z Tomkiem, że nie ma co przeszkadzać tej codziennej eskalacji miłosnych uniesień głosu i innych rzeczy… tak że postanowiliśmy się przenieść w jakieś spokojniejsze miejsce i ostatecznie z pomocą przyszła nam Sheila znajoma ciotki Zofii. Wynajęliśmy jeden z pokoi, które w owym czasie udostępniała.


Błędny rycerz Piotr raczej zbytnio nie tęsknił za mną, biorąc pod uwagę jak to w pewnym momencie, miał ochotę siłowo rozwiązać ze mną kwestię, kto ma kogo słuchać…

Tylko że ja nie mam w swoim charakterze ani słuchać kogoś, kto nie jest dla mnie żadnym autorytetem, ani nie próbuję dla kogokolwiek takowym być w żadnej dziedzinie życia.

A już na pewno w kwestii tego, czy ja powinienem być w UK, czy też nie, tym bardziej, że gdyby nie wysiłki mojej matki kilkadziesiąt lat temu to również ciotka Zofia nie miałaby do kogo wyjeżdżać w czasach zamierzchłej komuny z Polski.

Tak więc w rozmowie na pięści nastąpił impas…

Podziwiam go jednak bo jest jedyną znaną mi osobą umiejącą otworzyć lodówkę od wewnątrz…

Za pomocą puszki coli schładzanej w zamrażalniku ździebko zbyt długo.

Na szczęście dla nauki porzucił fizykę kuchenną.

I tak zamieszkaliśmy w spokoju za to z telewizorem oraz konsolą do gier.

Mankamentem był brak lodówki, przez co nie dało się mieć zbyt wielu zapasów jedzenia.

Nauczyłem się wtedy, że mikrofalówka jest dobra na wszystko.

Stała sobie w korytarzu w strefie wspólnej.

Do tej strefy zaliczała się także łazienka a w niej magiczny prysznic.

Władał on tajemnymi mocami objawiającymi się tym, że co chwilę częstował wrzątkiem, nad którym nie sposób było zapanować…

Jedynym ratunkiem była natychmiastowa ucieczka poza strefę rażenia.

I tak to zamiast człowiek prysznicem to prysznic człowiekiem rządził.

Prowadziliśmy wręcz z Tomaszem rankingi, kto ile razy podczas jednej kąpieli spierniczał z brodzika.

Po zgłoszeniu problemu nastąpiła naprawa wymiana czy coś tam w każdym razie nastąpił demontaż wszystkiego poza baterią oczywiście…

I jak się można było spodziewać, nadal trzeba było spieprzać szybko spod strugi wrzątku…

Okazało się później, że trzeba było trochę przykręcić zawór.

Ogólnie jednak mieszkało się dobrze. Do ASDY był kawałek, ale za to do baru Andrzeja bliżej i do angielskiej klasyki kulinarnej w postaci Fish&chips.

Dobrze tam było kupić jedzenie, choć zadawali trudne bardzo osobiste pytania o sos itp… jako że nie ogarniałem swym umysłem angielskiego na żadnym ludzko brzmiącym poziomie, to było to prawdziwe pole minowe dla takiego językowego tumana.


I wreszcie stało się, jest kolejna praca.

W fabryce Robinson. To jedyna fabryka, jaką mile wspominam.

Produkowano tam różne plastikowe elementy, opakowania.

Osiem godzin pracy w tym dwie płatne półgodzinne przerwy.

Czas leciał szybko. Praca do wykonania w ludzkim tempie.

Nocna zmiana w tym zakładzie była przyjemnością.

Na początku trafiłem na jakąś przycinającą się maszynę, w której co rusz grzebał jakiś magik albo współtowarzysz, z którym wyłapywaliśmy, to co wypadało z maszyny, gdy działała i łączyliśmy to w jakieś większe całości.

Na innej maszynie spotkałem się po raz pierwszy z polską życzliwością objawiającą się taką poradą, że praktycznie zaciąłem maszynę, bo trzeba było robić na niej czynności w sposób zgoła odwrotny…

Wtedy nasza działowa doznała czegoś na kształt orgazmicznego szoku, ale podeszła z wyrozumiałością i przeniosła mnie na kontrolę jakości, co było jak najbardziej trafioną decyzją z mojej perspektywy, choć dla zakładu niekoniecznie…

Ponieważ jak dla mnie to wszystko, co tam przelatywało, wyglądało dla mnie prześlicznie i postanowiłem nie ingerować…

Najważniejsze to ciepło sucho żadnego kołchozu.

Miałem tam być 7 dni na zastępstwo i tyle byłem.

Weekendową zmianę wspominam najmilej. Mało ludzi i na maszynie gdzie zwykle pracowały trzy osoby, teraz była tylko jedna. Tą osobą byłem ja.

W tygodniu nauczyłem się jak ją odblokowywać, co było ważniejsze niż sama umiejętność pracy na niej, toteż praca szła świetnie.

Odległość do tej pracy też była ok, ponieważ spokojny spacer zajmował nieco ponad pół godziny.

W weekend spotkałem na swej drodze grupkę młodych rozbawionych angielskich nastolatków i otrzymałem dość konkretne pytanie od jednej dziewczyny „Do you want fuck me?”

Cóż wiedza z filmów zrobiła swoje i zrozumiałem dokładnie przesłanie tego zwrotu…

Patrząc w jej pożądliwie uśmiechnięte oczy, odpowiedziałem „Im sorry I don’t have time…”

W sumie jakby popatrzeć szerzej na moje życie to mniej więcej tak układają się właśnie moje relacje z kobietami.


Po tygodniu wypoczynku i rozrywki w tej pracy znowu nastąpiła przerwa w zarabianiu funtów.

Czas ten spędzałem na wizytach w agencjach pracy oraz pomocy przy zakupach do barów, ustawianiem beczek z dostawy piwa oraz graniem w bilarda.

Zdarzyło się także towarzyszyć ciotce Zofii w wycieczce do kasyna.

W tym celu należało odbyć podróż do Nottingham, które wieczorem wygląda naprawdę świetnie. I tak docierając do parkingu jednego z kasyn sieci Gala, wkraczaliśmy w inny świat.

Nie jest to jednak moje środowisko naturalne.

Po zrobieniu zdjęcia i zarejestrowaniu w systemie jako osoba towarzysząca zostałem wpuszczony na salę.

Jestem jedną z niewielu a może nawet jedyną osobą, która pomimo faktu spędzenia paru ładnych godzin wśród kasynowych rozrywek nie obstawiła nigdy niczego…

Za drzwiami witały nas rzędy kilkudziesięciu automatów oraz stoły do ruletki, pokera… A my udawaliśmy się do Black Jacka. Gra szła ze zmiennym szczęściem, jednak mi spodobało się to jak bodajże najstarsza z klientek tego przybytku, w pewnym momencie gry rozkładała swój zestaw i zażywała w największym spokoju swoje codzienne leki. Wyglądało to dość wesoło w tych warunkach.

Czas na grze szybko mijał i tak nad ranem wracaliśmy.

W całej tej przygodzie najbardziej lubiłem jazdę samochodem, przy której okazji można było pozwiedzać Anglię.


Innym typem wycieczek były od czasu do czasu wyjazdy na mecze drużyny Leicester, której odwiecznym fanem był mój kuzyn Andrzej.

Po pokonaniu trasy z Sutton do Leicester należało znaleźć parking.

Na czas meczu powstają wszędzie gdzie ktoś może i chce udostępnić plac.

Przyznaję, że mecze drużyn z wszystkich lig cieszą się wielkim zainteresowaniem.

Pewnie dlatego, że mają prawdziwych kibiców będących z nimi na dobre i na złe, a nie tylko w momentach, gdy mówią o nich dobrze w wiadomościach sportowych.

Wraz z tłumami kibiców dostaliśmy się na trybuny. Przyjemnie jest widzieć jak na trzydziestotysięcznym mocno wypełnionym stadionie, współegzystują ludzie w każdym wieku oraz płci bez strachu o to, czy uda się w całości opuścić obiekt.

Jedynym mankamentem bywała konieczność przepuszczania piechurów chodzących między trybunami gdzieś ciągle z jakąś ważną sprawą…

Niestety wyniku tego meczu akuratnie nie pamiętam.

Jednak warto było tam być choćby dla samego klimatu, zupełnie inne emocje niż przed ekranem telewizora.

Pamiętam natomiast wynik innego meczu, na którym miałem przyjemność być.

A mianowicie 0:0 był to mecz eliminacyjny angielskiej drużyny narodowej do mistrzostw europy na stadionie Old Trafford w Manchesterze.

Obiekt dwa razy pojemniejszy niż ten poznany przeze mnie w Leicester. To też i tłumy jeszcze bardziej nieprzebrane. Pomimo że wynik niezbyt imponujący to jednak poczuć tę moc na trybunach było czymś niesamowitym.

Opuszczanie stadionu po meczu trwało ponad godzinę. Wtedy też kupiłem najdroższą Colę w życiu…

Drogę powrotną pokonaliśmy autostradą. Szybciej, ale o wiele mniej malowniczo niż podczas przejażdżki przez małe angielskie wioski w drodze na mecz.


W końcu nastąpił moment znalezienia kolejnej pracy.

Było to Future fabryka plastikowych okien i drzwi.

Etat ten spowodował, że ciotka Zofia zakupiła rower, abym mógł codziennie pokonywać dystans około 9 mil wśród łąk, stadniny konnej i innych sielankowych klimatów.

Oczywiście nie obywało się bez przygód.

Nie znosiłem porannego wstawania, ale cóż zrobić w końcu to praca, a nie wakacje.

I tak pomimo tego, iż nominalnie zmiana rozpoczynała się o 8, to wstawaliśmy o 6 albo jeszcze wcześniej by zrobić nadgodziny z rana. Niedługo po rozpoczęciu kariery przeze mnie dołączył także Tomek. I tak sobie pociskaliśmy na rowerach do tej pracy przez kilka tygodni.

Wsiadanie na dwukołowca obleczonego w poranną rosę wskazywało, o jak niegodziwej porze w pełnym rynsztunku ruszałem na wojnę z ramami okiennymi i wszelakimi plastikowymi cudami innymi.

Najpierw wyjazd z Sutton-in-Ashfield z ulicy Redcliffe 53°07’52.7"N 1°15’15.7”W wśród zabudowy typowej dla angielskiej wioski, później krótka wspinaczka do świateł 53°08’21.8"N 1°14’39.7”W i zjazd w kierunku obrzeży Mansfield gdzie się znajdowała ta moja „przyszłość” na kilka najbliższych godzin 53°09’46.9"N 1°13’18.7”W

Zdarzyło się, że dowiedziałem się o braku hamulców w momencie hamowania oczywiście… 53°09’23.6"N 1°13’28.7”W

Na szczęście ów brak wystąpił na tylnym kole jedynie. Ciekawostka, że w rowerach w UK hamulce są odwrotnie umiejscowione niż te poznane przeze mnie w Polsce, czyli lewy hamulec obsługiwał tylne koło a prawy przednie.

Dobijającym był też czas, gdy koło zaczęło gubić powietrze.

Jakkolwiek lubiłem jazdę na rowerze, to te dojazdy obrzydziły mi ją totalnie szczególnie po podróży w typowym angielskim deszczyku, który złapał mnie w środku trasy, skutkiem czego przez kolejne dwa dni funkcjonowałem z jeziorem w butach. Do tego pewnego dnia pojechałem tak niefortunnie, że odniosłem kontuzję ręki.

Cała sytuacja była przyczynkiem do zakupu do nieprzemakalnego wdzianka firmy Regata.

W końcu miałem dość jednośladu do tego stopnia, że postanowiłem dojeżdżać do tej pracy autobusem. Co było średnio sensowne, bo nie było spokojnego bezpośredniego połączenia. Trzeba było jechać jedną linią do Mansfield i tam po dłuższym oczekiwaniu wsiąść w kolejną, która co prawda nie dowoziła na samo miejsce, ale miała przystanek dość blisko by sobie dojść w kilka minut.

Te moje dojazdy nie trwały jednak zbyt długo, bo chyba na drugi już dzień podczas spaceru z autobusu trafiłem na Johna, jednego z moich nowych kolegów z pracy jeżdżącego czerwonym pięciodrzwiowym Fordem Focusem.

Był to wyluzowany kierowca i jeździło się z nim dobrze.

Gdy wsiadłem pierwszy raz, utonąłem po kolana w zabawkach, które John woził na a właściwie przed przednim fotelem. Prawdopodobnie miały one związek z fotelikiem dziecinnym widocznym z tyłu.

Następnego dnia coś się stało i wszystko zniknęło. Tak też od tego czasu jeździłem z Johnem za kilka funtów na tydzień.

W pewnym momencie był czas, gdy miałem dostęp do polskiego piwa i dzięki handlowi nim miałem dojazd za darmo z małym naddatkiem.

John był spoko podobnie jak reszta towarzystwa w tej pracy.


Po dotarciu do pracy odbijaliśmy kartę zegarową i udawaliśmy się na miejsca pracy.

Początkowo uprawiałem wkręcanie zawiasów, w czym pomagała oburęczność.

Niektóre ramy bywały dość sporawe. W obracaniu nimi po stole pomagało to, iż konstrukcja blatu wyglądała jak setki szczoteczek do zębów odwróconych włosiem do góry tylko o wiele twardszym i dającym odpowiedni poślizg wszelkim elementom kładzionym na stole.

Mankamentem całego stanowiska był plastikowy pył sypiący się na twarz od sąsiada poprawiającego ramy.

W późniejszym czasie trafiłem na wkręcanie mechanizmów klamek czasem także wywietrzników.

Czas w tej pracy płynął bardzo mozolnie bez względu na stanowisko.

Wkręcanie zawiasów było dość proste, wystarczało przyłożyć w odpowiednie miejsce i przy pomocy wkrętaka na sprężone powietrze przykręcić, by przekazać całą ramę dalej.

Stanowisko przy klamkach odziedziczyłem po Marku jednym ze studentów z Wrocławia.

Mam nadzieję, że po powrocie do Polski udało im się pociągnąć karierę w zamierzonym kierunku.

Faktycznie muszę potwierdzić ich zasłyszane słowa, że pomimo iż w UK dobrze i przyjemnie zarabia się w pracy to gdy już znajdzie się w samolocie do Wrocławia, jest wspaniale.

I tak sobie przeliczałem mozolnie mijające minuty na funty, a potem na złotówki, co dodawało mi wytrwałości w obrabianiu rożków ram okiennych, gdzie maszyna nie dawała rady. Cała maszyna znajdowała się jakieś 10 metrów po lewej stronie od mojego miejsca pracy i zaczynała się od zgrzewarki, która co jakiś czas wypluwała kolejną ramkę. Były one białe zwykłe plastikowe oraz takie same, ale z okleiną drewnopodobną.

Te z okleiną były wyłapywane z taśmy, na której w dalszą podróż udawały się te najzwyklejsze po to, by trafić w objęcia obrabiarki znajdującej się parę metrów dalej mniej więcej w połowie między zgrzewarką a mną.

Następnie przejmowałem je ja i za pomocą dłutka wyrównywałem, ścinając resztki plastiku.

Całkiem małe ramki musiałem obrabiać w całości, ponieważ były nieuchwytne dla obrabiarki.

Uciążliwość tej pracy objawiała się bólem pleców ze względu na nieprzyjemną wysokość stołu powodującą konieczność ciągłego schylania.

Na lewym przedramieniu od dłoni po łokieć miałem jakąś żółtą ochronną tkaninę.

Jednakże od razu dostałem od starszego Anglika przestrogę, żebym uważał, bo tamtejsze szpitale są słabe — niemalże jak mój poziom angielskiego, można by rzec…

Z tego mojego uważania wyszło, tyle że w końcu zajechałem sobie dłutkiem po ręce i Marek miał okazję przetestować swoje umiejętności pielęgniarskie.

Ramki powinny były posiadać także uszczelki, jednak czasem były gołe bądź należało wymienić na grubsze. Lubiłem biegać w poszukiwaniu tego kawałka gumy po zakładzie, ponieważ dawało to chwile wytchnienia od ciągłego schylania.

Czasami trzeba było także przy użyciu pisaka zamalować w ramach z okleiną uszkodzone miejsca.

Tutaj ciekawostka była taka, że markery znajdowały się w biurze i w razie potrzeby biegł po niego manager, a ty mogłeś sobie spokojnie pracować, wykonując inne czynności dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 32.43