E-book
Bezpłatnie
Kryształowa góra

Bezpłatny fragment - Kryształowa góra


5
Objętość:
105 str.
ISBN:
978-83-8155-559-3

Pobierz bezpłatnie

Bezimienny stał na skraju lasu. Wiedział, że dla niego to są ostatnie chwile w tym świecie. Jaki będzie następny świat? Tego nie wiedział nikt. Odprowadzał go cały klan. Ród możny i stary. Jeden z ważniejszych rodów cesarstwa, które mimo licznych wojen trwało już kilka eonów. Odłożył miecz. Wysłużony w wielu bojach, mający na swoim koncie wiele dusz. Wielu widziało i podziwiało talent z jakim bezimienny, jak jeszcze był kimś, kto miał imię, fechtował na turniejach. Pod jego władaniem miecz nie odebrał żadnej duszy. Właśnie dlatego bezimienny nie nadawał się na pierwszego na Sowim Dworze i stracił imię. Odpinał zbroję. Jego serce znało tylko spokój, a ten świat dojrzewał dopiero przez epokę wojen. Dlatego postanowił porzucić wszystkich, wszystko i odejść w las. Musiał odnaleźć odpowiedź, do czego był potrzebny światu. Nie warto działać nie poznawszy swojej mocy.

Wizja

Ariel zerwał się z łóżka. Przejął pęd snu. Nawet nie próbował sobie niczego przypominać. Ufał swojej intuicji. Nie na darmo był zbierającym grzyby w plemieniu. Dziś jednak nie czekały go, ani leniwy spacer po lesie, ani wieczorne opowieści przy ogniu. Uprzedzone snem wyzwanie mogło przyjść w każdej chwili. Postanowił odnaleźć Lunę. Zostawiła go już dawno temu i nadal była mu szczera. Widział to każdego dnia. Jej mógł zaufać. Umiała patrzeć na synchronizację wydarzeń ucząc się z niej. Nie wierzyła w przypadki. Ogrodniczka z milionem hobby. Jej ogród nie był daleko. Kiedy nadchodził, wyplatała wiklinowy koszyk na wieczorny podarunek. Gospodarka plemienia bazowała na barterze, dzielili się przedmiotami w miarę potrzeb. Widząc nadchodzącego Ariela wstała.


Spojrzał jej głęboko w oczy. Zobaczyła w nich kaktusa na pustyni. Jedyną pustynię jaką znała, widziała na ekranie interaktywnym. Leśne plemię żyło w obfitej relacji z planetą i od pokoleń nie musiało podróżować. Wyprawa zapowiadała się bardzo daleko. Kaktus znikł i zobaczyła sześć twarzy. Niektóre znała, ale i one miały w sobie nową cechę charakteru. Zobaczyła jeszcze wysoką samotną górę, oraz ognistorudy, pyzaty księżyc. Ciekawe ile dni trzeba iść, żeby tam dotrzeć. Niepokój powrócił. Nie mają zbyt wiele czasu.


Twarze, które przypomniały jej się pierwsze, należały do Epli i Maui. Epli w wizji była zmysłowa i kobieca. Mieszkała na skraju wioski, blisko lasu. Miała dom z wieżyczką, na której szczycie umocowany był olbrzymi teleskop i najprawdopodobniej najbogatszą bibliotekę w osadzie. Nigdy nikt nie zauważył w niej nic z uwodzicielki. Oblicze Maui też nie miał wiele wspólnego z rzeczywistością. Pogodny przepraszający uśmiech i nieobecny wzrok znikły. Zobaczyła nieznaną jej twardość charakteru i puste spojrzenie. W wizji, nawet niewidomy Maui potrafił opowiadać oczami. Ten, którego ujrzała, nie był kimś, kogo pozwoliłaby sobie zlekceważyć. Nieswojo jej będzie go teraz zobaczyć.


Wizja, wiadomo mus. Poszli z Arielem do Maui. Maui lubił się przytulać. Rzadko przychodził do wspólnego ognia. Mieszkał i pracował w kamieniołomie. Jego podarunki były zbyt ciężkie, więc każdy potrzebujący bruku lub cegieł, przychodził do niego. Maui nie korzystał ze wzroku, tak więc podarunki znajdowane przy wymianie w większości były mu zbędne. Zamiast tego odbiorcy kamienia realizowali jego zamówienia. Był bardzo dobry w swoim fachu. Pasjonował go każdy kamień. W każdym rozpoznawał minerał i jego moc.


Jeszcze nie zeszli z trawy na żwirek, kiedy usłyszał ich kroki. Lunę poznał od razu, ale Ariel nie był tu częstym gościem. Usłyszał w jego kroku zaczepkę i współzawodnictwo charakterystyczne dla kilku długodystansowców, których znał. Byli podobni do siebie, ale nie tacy sami. Kolejny z tych, którzy mają kozactwo w sposobie bycia i nie mają czasu dla takich jak on. „Ciekawe czy szuka pieca, czy chodnika przed domem?” Zastanowił się, czy kiedyś odgadnie po krokach powód wizyty. Zastali go pochylonego nad kryształową konstrukcją. Pieścił ją delikatnie, zmieniając kierunek i głębokość masowania przy każdym kamieniu. Skupiony, darował sobie powitania.


— To działo kwarcytowe, które kumuluje promienie słoneczne na grządki rzepy.


Goście oglądali jego dzieło. Rzepa rosła bujniej, niż w innych ogrodach, a słońce pieściło ją nie tylko od góry, ale i przy ziemi. Działo kwarcytowe kumulowało promienie słoneczne, delikatnie oświetlając bez dogrzewania.


— Kwarcyt krystaliczny, morion i awenturyn stanowią wnętrze działa, które ściąga promienie słońca i naciąga je jak cięciwę, nasilając ich natężenie. Napięte promienie poruszają się wewnątrz działa po spirali, której ostateczną kumulacją jest umieszczone na końcu lufy tygrysie oko. Ono wysyła blask prosto na rzepę.


Nie zrozumiała nic, poza ostatnim zdaniem. Nie miała pojęcia co odpowiedzieć. Wydawało się jej, że pochwalenie rzepy nie będzie dokładnie tym, co go ucieszy najbardziej. Spojrzała na zwichrowaną minę przyjaciela. Znała tę minę. Oznaczała ona, że Ariel też nie ma pojęcia, o co chodzi Maui, ale za nic w świecie się do tego nie przyzna. Za to zaraz palnie coś głupiego. Nie zawiódł jej.


— Maui, wiesz dlaczego chciałbym mieć niską dziewczynę? Dlatego, że gdyby wieloryb brał ją od tyłu, to mógłbym, całując ją, równocześnie robić mu laskę.

— O to ty, Arielu. Słyszę, że podoba ci się mój wynalazek. Dziękuję.


Luna zadrżała dwukrotnie. Głupotę Ariela znała, ale absorpcja zapodanej treści zajmowała jej więcej czasu niż było to warte, więc już przed laty od niego odeszła. Zaakceptowała, że mówił czasem tak kretyńskie teksty. Był bardzo sprawnym zbieraczem. Najwidoczniej porozumiewał się z lasem jakimś własnym językiem, który znało tylko ich dwoje. Za to Maui, bardziej przypominał jej dziś tego z wizji. Zaimponował jej ripostą. Może tak mówi w męskim kręgu? W ich plemieniu zarówno mężczyźni jak i kobiety mieli swoje kręgi. Tam dzielili się wsparciem w tematach wspólnej fizjologii pozwalając sobie na nieskrępowaną rozmowę, pozbawioną zbędnej ekscytacji i konkretną dla wszystkich jej uczestników. Zastanawiała się, czy bez wspólnej fizjologii istnieje jakakolwiek możliwość wytłumaczenia ślepcowi czym jest wizja.


— Maui, jak ty śnisz? — zapytała.

— Pytasz o moje sny. Czyli nie przyszliście z żadnym zamówieniem. Nie śnię. Po prostu dowiaduję się kiedy przyjdzie impuls. Chwilę wcześniej nie wiedziałem, a potem już wiem. Podobnie mam dotykając kamieni, ale sny przychodzą z innego źródła. Z wewnątrz.


Przytuliła go. Nie pytając o zgodę, pod wpływem impulsu. Maui zatonął w jej uścisku, a potem niespodziewanie szarpnął i powiedział:


— To daleko stąd. Za lasami od wschodniej strony są tereny wypasających trzody i rwąca rzeka. A wzdłuż rzeki mogą się zacząć ludzkie tereny. I trochę potrwa zanim zobaczymy górę. To będzie tak daleko, że żadna łasica nie będzie chciała nas tam zabrać.

— Może popłyniemy rzeką? — spytał Ariel.

— Nie damy rady. To pod prąd.


Luna łączyła układankę. To co definiowała jako wygodę, skutecznie dyskwalifikowało wyprawy w nieznane. A skoro już chodziło o jej strefę komfortu, to zaraz czekało ją kolejne wyzwanie. Jeszcze nie byli u Epli. Dwie zmieniające wszystko rozmowy tego samego dnia i obciążenie świadomości nieuchronnością zobaczonej w oczach Ariela wizji. Epli wspaniale pasowała kolejną jazdę bez trzymanki po strefie komfortu. Westchnęła ciężko i przejęła inicjatywę.


— Idziemy do Epli, Ariel. Dziękuję Maui. Już wiesz, że też czas się szykować. Wrócimy po ciebie.

— Jasne, dozo. Ale wam się wędrowiec trafił. Zobaczysz Ariel, zamiast igraszek z wielorybem będziesz się musiał zadowolić byciem połączonym ze mną sznurem. Jak pępowiną, mamciu.


Teraz Ariel westchnął. Miał nadzieję, że sen nie przyniesie mu większych dyskomfortów. Miał też przeczucie, że akurat ta nadzieja jest płonna. W końcu szli spotkać się z Epli. Biorąc pod uwagę cechy jakich Ariel poszukiwał w kobiecie, Epli zdecydowanie przypomniała nadzieję pochowaną, zanim się jeszcze w pełni zamanifestuje. Zaskoczyła go łatwość, z jaką Maui zaakceptował wyprawę. Może myśli, że znajdzie tam takie cuda, dzięki którym nie tylko rzepa, ale i dęby wokół wioski będą większe i jeszcze bardziej majestatyczne? To bardzo prawdopodobne. Będzie przywiązany do ślepca z plecakiem pełnym kamieni. Znakomicie. Aż mu się śnić odechciało.


Drzwi do domu Epli były otwarte. Weszli do sieni pełnej suszonych muchomorów i przetworów z jabłek. Przyrządzane przez nią jabłka były cennym podarkiem przy ognisku. Zastali ją w okrągłej sali w wieży. Na środku stał duży dębowy stół zawalony gwiezdnymi mapami, a ściany zasłaniały półki pełne opasłych tomów. Siedziała przy stole i gryzmoliła coś na jednej z map, w skupieniu wysuwając koniuszek języka. Jak zwykle wiało od niej sterylną aseksualnością. W odróżnieniu od Maui, Epli nie miała najmniejszego pojęcia o ich obecności. Nie mieli odwagi jej przerwać, więc stali przez dłuższą chwilę, aż podniosła wzrok znad notatek i zobaczyła dwie wpatrujące się w nią pary oczu. Wierzgnęła do tyłu i skrzywiła się.


— Czego tu szuka ten chłopczyk, który nadal korzysta z matczynego garnuszka? Zawsze ci powtarzałam Luno, że warto odpowiedzialnie dobierać sobie przyjaciół.

— Przyjaciół kocha się takimi jacy są, — odparowała Luna. — Skoro wiesz lepiej, to ciekawe dlaczego nie masz ani jednego?


Wyglądało na to, że wylecą stąd, zanim uda im się wytłumaczyć co ich sprowadza, więc wpadający na wspaniałe obiady do matki grzybiarz, postanowił ratować sytuację.


— Jeśli przeszkadza ci moja obecność to wyjdę, ale poproszę wysłuchaj tego, co Luna ma ci do powiedzenia

— Wiem, wiem. Przyszliście z wizją. Wyliczyłam już dawno temu, że dziś ma nadejść jej pora. Jak powiedziałem o niej Cratesowi, uznał mnie za idiotkę. Dureń. Spodziewałam się gości, ale akurat wy? To mnie rozczarowało. No tak. Ascendenty się zgadzają. Mogłam przewidzieć i taką wersję. Dlaczego tego nie obliczyłam? A no tak, nie obliczyłam, sezon był na muchomory i mnie jeden pajac w lesie wystraszył. Za grzybiarza się uważa, a szacunku nie ma za grosz! Możesz zostać jak się nie będziesz odzywać Arielu. Muszę się skupić, żeby znaleźć to, o czym miałam wam powiedzieć.


Przerwała zrzędzenie i zaczęła się przekopywać przez leżące na stole mapy i notatki. Zapomniała o ich istnieniu. Cisza jaka zapadła po wybrzmieniu jej ostrych słów była idealnie taka sama jak ta, przy której tu weszli. Znalazła jakiś pokryty gęstymi notatkami wykres i zaczęła go studiować wysuwając koniuszek języka. Gdyby nie Luna, której uśmiech zgasł jak oderwana od płomienia świeca, Ariel miałby wrażenie deja vu. Luna dotarła w końcu do poszukiwanych papierów i poukładała je przed sobą.


— Za pięć dni będzie pełnia. Tyle to i wy wiecie. Nie zwyczajna pełnia. Ziemia znajdzie się między księżycem i słońcem, zasłaniając swoim cieniem księżyc. Najpierw będzie on wyglądał jak nadgryzione ciastko, potem zniknie, a potem powróci i stanie się cały czerwony. To jest pierwszy raz, kiedy mamy okazję zaobserwować takie widowisko.


Góra i rudy księżyc. Luna już wiedziała, że mają tylko pięć dni, żeby dotrzeć na miejsce. Nie wiedziała co będzie mniej przyjemne. Poinformowanie o tym Ariela i Maui, czy powiedzenie Epli, że też ma z nimi jechać. Postanowiła zrzucić z siebie wszystkie ciężary jednocześnie… Kto wie, może, dzięki temu, to nie niej jej przyjdzie zdołować Maui…


— Widziałam górę i rudy księżyc, czyli znamy już miejsce i czas. A Maui zna drogę.


Epli wzdrygnęła się po raz kolejny. Tym razem wstała od stołu i zaczęła przepychać ich w kierunku wyjścia.


— Czyli dlatego do mnie przyszliście… A niech z was topole całą energię wyciągną… Ślepy przewodnik, chłopiec i tania wieszczka. Wynocha stąd. Nic mnie nie obchodzi wasza wizja, ja nigdzie nie idę. Moją rolą było tylko odczytać wam moje obliczenia i na tym koniec. Koniec! Do widzenia.


Zatrzasnęła za nimi drzwi i zamknęła na nie używany od lat haczyk. Nabrała głęboko powietrza próbując się uspokoić i wypuściła je ze świstem. Stała tak sapiąc z gniewu, aż otaczające ją sznury schnącej amanity nie przypomniały jej, że pora opuścić sień. Trzeba zapewnić grzybom wymaganą dla dojrzewania ich mocy ciemność.


Szamani plemion, traktujących wizje jako czynnik naturalnie oddziałujący na świat realny, zazwyczaj bywali bipolarni. Żyli w świecie sprawności fizycznej i w świecie wizji. Ich wizje nie były osobiste, dotyczyły pytań z którymi przychodzili do nich członkowie plemienia. Dbanie o równowagę między tymi dwoma fazami życia było ich głównym zadaniem. Dzięki dobrze wykonanej pracy ci, którzy przychodzili do nich po informacje, znajdowali potwierdzenie własnych przeczuć i radę. Plemię Luny nie było żadnym wyjątkiem. Crates, właśnie usiłował pozbierać do kupy wizje z dzisiejszej nocy, poprzez agresywną serię pompek. Pompki zawsze były dobre na samym początku, pozwalały ochłonąć po prędkości, z jaką informacje przychodziły obrazami ze świata snów i przetłumaczyć je na język mówiony. Plank po pompkach skutecznie opróżniał umysł i oddawał intuicji cenne chwile, na właściwy montaż otrzymanych informacji. Crates już dawno temu nauczył się, że w jego pracy dystans emocjonalny do tego co widzi, jest niezbędny. Czytał kiedyś o plemionach, w których dobrowolnie kastrujący się mężowie pełnili funkcję szamanów. Jego zdaniem pracę nad równowagą energii seksualnej zastępowali pracą nad uwolnieniem się od uzależnienia od cukru, przynajmniej w większości. Pożądanie może mieć wiele kierunków, a opanowanie go jest możliwe tylko od wewnątrz. Tak samo jak w każdej kulturze, tylko nieskazitelność może pomóc wojownikowi wypełniać swe zadanie. Wstał i podszedł do sztangi. Potrzebował kilku serii przysiadów, zanim się spotka z wojownikami, którzy dziś do niego przyjdą. Szykowała się przed nimi ciekawa awantura. Pierwsza zewnętrzna wizja osady w jego szamańskiej karierze. Pierwsza, która nie przyszła do niego, a więc będzie miała ważkie znaczenie dla ogółu, a nie dla przychodzącego po radę petenta. Wsłuchał się w swój krwiobieg, dopieszczający delikatnie nadrywające się włókna mięśniowe. Fala skumulowanego wysiłkiem testosteronu ustawiała w logicznej kolejności najprostsze z zapamiętanych obrazów. Dzięki temu wizja nie była przeszłością, tylko działa się nadal. Do końca treningu pojawi mu się pełna jasność przekazu, ale już teraz wiedział, że porozmawia z dzisiejszymi gośćmi w szałasie potów.


Kiedy Luna, Ariel i Maui weszli do szałasu, oprócz Cratesa siedziała tam także Maja. Wojowniczka plemienia. Specjalizowała się w walkach, oraz w celebracji Matki Ziemi. Wojowniczką, w dzień pierwszej krwi, stawała się każda dziewczyna w plemieniu i pozostawała w tym kręgu tak długo, aż dojrzała przed siostrami do kolejnego życiowego wyboru. Maja opiekowała się młodszymi dziewczętami i uczyła je strzelać z łuku. W odróżnieniu od Epli, mężczyźni nie byli jej obcy, ale żyła życiem wojowniczki już od wielu wiosen. Ariela znała jak własną kieszeń. Co prawda tylko na poziomie fizycznym, ale to też była przydatna wiedza. Zresztą okres, kiedy przyjemności z mężczyzną otępiały jej koncentrację miała już za sobą i od dawna nie spotkała wyzwania dla swego serca. Na obecnym etapie życia ćwiczenia i ceremonie dawały jej wystarczająco dużo satysfakcji. Maui praktycznie nie znała, był jej obojętny. Za to Luna irytowała ją. Nigdy nie była zbyt dobra w walce, ale za to potrafiła porozumiewać się ze zwierzętami i z mężczyznami, która to umiejętność zdecydowanie była dla Mai wyzwaniem.


Nago usiedli wokół gorących kamieni i czekali, aż Crates powie, co już wie. Ten podał im mały interaktywny ekran, na którym wyświetlało się zdjęcie góry. Luna już poznała tę górę. Maja znała ją od dawna.


— Nie wiem, po co macie tam jechać, — zaczął Crates, — ale zarówno kierunek jak i skład wyprawy znamy. Przynajmniej częściowo. Wy i Epli.

— Nie widziałam Mai w swojej wizji, — zaczęła Luna…

— W dupie byłaś, gówno widziałaś, — odpowiedziała Maja. — Trzeba się było skupiać, a nie egzaltować, że przyszło na ciebie widzenie.

— Widziałam Epli, Maui i cztery twarze z innych plemion. Z trzech plemion, para była od wypasających trzody.

— A reszta? — spytał Crates.

— Ona miała podobne ozdoby jak nasze kolczyki, takie jak kapłanki noszą na podziękowanie za plony, tylko mniej jasne i o bardziej zabarwionych kątach. O mężczyźnie, mogę tylko powiedzieć, że miał bardzo bladą twarz. Pierwszy raz widziałam takie rysy. Na pewno nie należy do żadnego, ze znanych mi plemion.

— Te kolczyki, czy wyglądały tak? — Maja narysowała je na piasku.

— Tak, to te same.

— To plemię z którego wywodzi się moja babka. Musiało opuścić swoje rodzinne tereny i ruszyć w drogę. Wielu z jej współplemieńców wybrało życie wypasających trzody lub uprawiających proso, ale moja babka dotarła aż tutaj. To jej ozdoby wzbogaciły nasze kapłańskie szaty na święto plonów, podobnie jak od niej pochodzi kilka pieśni. Dlatego uważam, że to ją widziałaś, w jej plemiennych szatach.


Luna oglądała rysunek na piasku. To co zobaczyła w oczach Ariela, dzięki nadchodzącym wydarzeniom, spotykało się ze stałą weryfikacją. Pasujące elementy serce akceptowało bez zastrzeżeń. Ciekawie było obserwować tę nową umiejętność. Uczucie, że się obserwuje samą siebie było nowe, a emocje rezonowały z podejmowanymi decyzjami. Mogła nie przepadać za Mają, ale przyznanie jej racji nie bolało.


— Czyli ruszasz z nami Maju. Ale Epli, którą rozpoznałam, powiedziała, że nigdzie nie idzie.

— Pójdzie, — zaśmiał się Crates, — Tam mała wścieklica nie jarzy zbyt szybko, ale wiedza do której ma dostęp potrafi zweryfikować jej działania w ciągu kilku sekund. Ona po prostu jeszcze nie wie, że idzie.

— Chyba wolałabym, żeby nie szła, — wtrąciła Maja. — Zresztą Epli to nasz najmniejszy problem. Dużo bardziej niepokoi mnie, że nie znamy ani drogi, ani celu dla którego idziemy na tę górę.

— Drogę zna Maui — powiedział Ariel. — Mamy czas do pełni, czyli całe pięć dni, żeby tam dotrzeć i odkryć po co nas tam niesie.

— Technicznie mamy szansę zdążyć, — stwierdził Maui.

— Dopóki Luna będzie z wami, cel wyprawy z pewnością poznacie. — Na ustach Cratesa wykwitł szelmowski uśmiech. — Wiem, że da z siebie wszystko, więc o to się nie boję. Dużo większym niepokojem napełnia mnie sama podróż. Ludzkie tereny to niebezpieczne miejsca. Te zapatrzone w kolorową stronę życia istoty rzadko zauważają i pracują nad tym, co w nich mroczne. Nie wierzą w sny. Wokół nich krąży wiele ciemności, której nie widzą. Za to ich ciemność może widzieć nas, więc musicie być przygotowani na ewentualną konfrontację. Musicie się pilnować przez cały czas. A czasu na tę podróż za wiele nie macie, nawet jak poprowadzi was tak wytrawny tropiciel jak Maui. I czy ktoś z was wie, dlaczego babka Mai musiała porzucić tamte obszary? Kto, lub co przegnało stamtąd jej plemię? Chcecie to coś konfrontować dążąc do celu? Oszaleliście? — roześmiał się jak czterolatek.


Świecili się od potu. Zrobiło się bardzo gorąco. Crates zaczął nucić mantry, wkrótce dołączyła do niego Maja i po niej reszta. Śpiew wirował pod kopułą szałasu i mieszało się w nim zwątpienie, lęk, męstwo, poświęcenie i nadzieja. Dźwięki powoli wytracały swój bagaż emocjonalny, skupiając się na harmonii i czystości brzmienia. Nastąpił odpowiedni moment w procesie oczyszczania. Crates wylał wodę na rozgrzane kamienie i szałas szczelnie wypełniła zapierająca dech w piersiach, gorąca para.


Siedzieli przed szałasem, gdzie delikatny chłód zmierzchu pieścił ich rozgrzane ciała. Należało im się pełne odprężenie przed nadchodzącą drogą. Crates grał na didgeridoo, a pozostali słuchali, jak wibracje roztrząsają w nich nawet najmniejsze oznaki napięcia. Tym razem nie grał długo. Odłożył instrument i popatrzyli na prześlizgujące się między czerniejącymi igłami sosen gwiazdy. Dookoła osady rosło wiele kochanych drzew, a tutaj królowały sosny, które potrafią koić nerwy zapachem.


— Mogę wam zrobić kanapki na drogę, ale zostaję w wiosce, — parsknął Crates. — Pamiętajcie, zero elektroniki. Będziecie szli przez ludzkie tereny. Oni nieświadomie włączyli maszyny do swojego przepływu. Otaczają się urządzeniami, które generują więcej fal niż ich mózgi. Nasza elektronika mogłaby im zaszkodzić lub, co gorsza, przechwycona przysłużyć się powstaniu jeszcze większych głupot. Wystarczy radio. Najprostsze możliwych.

— Będziemy mieli kontakt. Ja się tym zajmę.

— Pamiętaj Maju najprostsze radio. Zrobimy wam oddzielną częstotliwość.

— Elektronika, to połowa mojego ekwipunku.

— Właśnie dlatego byłabyś dla nas taka niebezpieczna, gdyby cię odkryto lub przechwycono. Oni tam mają chmury, blutufy, wifi i inne syfy na każdym kroku. Już nie wiadomo, czy to oni sterują elektroniką, czy elektronika nimi. Połączenie się z takimi częstotliwościami nie byłoby dla ciebie przyjemne, a ich reakcje trudno przewidzieć. Pewna możesz być tylko tego, że dojdą do wniosku, że warto nas naprawić zgodnie z ich poziomem świadomości. Zbadanie naszych gadżetów może odebrać nam niewidzialność, a na to nie jesteśmy gotowi. Ani my, ani oni.

— Za wschodnimi lasami są pola wypasających trzody, a za nimi rwąca rzeka, — zaczął Maui. — Wzdłuż rzeki daleko, zanim w ogóle zobaczymy górę. Mamy pięć dni na odległość, której nie znam.

— Bobry zawsze wam pomogą. Zgodnie z mapą, do brzegu rzeki macie co najmniej dwa dni drogi. Dalszej trasy nie znamy. Możliwe, że ludzkie tereny. Siedzimy tu już tak długo, że odechciało nam się rysować dokładniejsze mapy.

— I nie możemy wziąć głupiego drona… — skrzywiła się Maja.

— Myślę, droga Maju, że teraz czeka was dużo mniej przyjemne zadanie, niż rozpaczanie nad ekwipunkiem bez elektroniki. Czeka was kolejna rozmowa z Epli…

— Lepiej pomyśl o pieśniach, które mogą się nam przydać w tę pełnię, — dodał Ariel. — Co powiesz na „Choć nie posiadasz cyców, piękny jesteś księżycu!”?

— Debil.


Szli do Epli. Rozluźnieni czuli się pewniej, nawet jeśli przekonanie upartej astrolożki miało się okazać bardzo trudne. Maja i Maui zostali uprzedzeni jak zareagowała, zrozumiawszy swój udział w wizji. Biorąc pod uwagę siłę tych emocji, trudno było doszukiwać się w nich akceptacji i komunikacji. Cała czwórka intensywnie główkowała, jak jej nie wściec, zanim usłyszy wszystkie logiczne argumenty. Co do tego, że Epli wcześniej czy później i tak się wścieknie, nikt nie miał złudzeń. Epli, z ponurą miną, siedziała na ganku i patrzyła się na nadchodzących z pretensją. Też wiedziała, że przyjdą. Właśnie dlatego ich zadanie, było aż tak beznadziejne.


— Jakaś góra i jakieś zaćmienie! To wszystko wasza wina.

— Wiesz z tego samego źródła co i my, więc wiesz, — zaczął Maui.

— Przetworami muszę się zająć. Nie wiecie, kiedy wrócimy.

— Musimy tam dotrzeć za pięć dni, więc jeśli przeżyjemy, to nawet wracając bez zbędnego pośpiechu, piętnaście dni przetworom nie zaszkodzi. Szczególnie jak są już zrobione, — łagodnie powiedziała Luna.

— Amanita mnie woła, za dwa dni mam mieć spotkanie z siostrami Hekken.

— Doskonale wiem, że to nie Amanita tylko szalone Hekken cię wołają, więc mnie tego kitu nie wciśniesz, — Maja była wyjątkowo spokojna. — A poza tym nawet one nie są aż tak szalone, żeby uznać się za ważniejsze od wizji.

— To prawda. Tak szalona to jesteś tylko ty, — zakończył jej wywód Ariel. Nie wiedział skąd wie, jak patrzą się kobiety na gówno chorego szczura, ale wszystkie teraz właśnie tak na niego patrzyły. Jak skończyły, Epli zabrała głos.

— Swój rozum mam. Gwiazdy znają odpowiedź. Od nich się dowiem, czy biorę udział w wyprawie.

— Spotykamy się przed świtem przy kamieniołomie. Ruszamy z pierwszym słońcem, — dodał Maui.


Niebem prawie całkowicie zawładnęła ciemność. Jeszcze tylko na najbardziej zachodnim jego skrawku delikatna szarość informowała, że to jest jeszcze bardzo młoda noc. Epli weszła do domu, tym razem delikatnie domykając drzwi. Pozostali też ruszyli spać. Następnego dnia czekała ich wyprawa w nieznane. Nabrać sił i wcześnie wstać. Powoli pęczniejący księżyc działał lepiej od wszystkich zegarków świata. Był wystarczająco duży, żeby zrobiło się jasno. Już niedługo stanie się okrągły jak piłka nożna.


Epli nie zapała światła. Ustawiła sobie teleskop i zasiadła do obserwacji. Pełnia zbliżała się przednia. Wyjątkowe zjawisko astronomiczne, jedno z tych, które bardzo lubiła. Zapatrzyła się w gwiazdy, a umysł łączył je, jak rysunek z ponumerowanych kropek. Często sama bywała rysownikiem. Ale dzisiaj intuicja wskazywała jej inne kierunki niż zwykle. Dużo bardziej skomplikowane wzory, wyzwania do których nie przywykła. Gwiazdy opowiadały o górze, na której musiał się odbyć jakiś nieznany jej rytuał i co gorsza, miał się odbyć według pewnych ustalonych zasad. Zasad nie potrafiła nigdzie wypatrzyć. Jeśli rytuał się nie odbędzie lub zasady te zostaną złamane, to brak równowagi na świecie pogłębi się jeszcze bardziej. Napotkała Pluton. To mroczna planeta. Kierunek, z którego nadchodziła ciemność. Wizja okazała się nie tylko wezwaniem dla ich grupy, ale ważnym elementem przepływu energii planety. Krzyż Południa, cztery pary, albo brak równowagi. Na szali wagi mierzącej obfitość planety mieszkali najbliżej zewnętrznej. Tu gdzie najdostatniej. Nierównowagę logicznie wskazywały wieści ze znanego świata. Westchnęła. Prognoza tego, jak zaniedbanie podziała na ziemskie istoty, szczególnie na ludzi była oczywista. Chaos i wojna. Niszczenie lasów, łąk i pól. Migracje. Migracje. Tereny wypasających trzody za lasem wschodnim, wcale nie były tak daleko, zaledwie dzień drogi. Migracje. Zagrożenie dla wioski. Bycie na skraju szali wagi po stronie obfitości było z pewnością bardzo komfortowe dla przebywającej tam jednostki, ale spaść z krawędzi jest równie łatwo po każdej stronie. Nie ma bata, musi z nimi iść.


Poszła do kuchni. Znowu nie zapalała światła. Była na swoim terenie i rutynowa czynność wydała się jej zbyt banalna, żeby wymagać od kociego wzroku wsparcia fotonów. Parzenie ziół na wzmocnienie bardziej traktowała jako obowiązek wobec siebie, niż jako rytuał celebrujący ich moc. Delikatne drzewo herbaciane i autochtoniczna dla jej osady werbena pospolita, zamiast starannego odmierzenia, zostały po sporej szczypcie wyciągnięte z niedomkniętych opakowań. Jedno z nich nie zawierało werbeny. W ogóle nie powinno go tam być i gdyby nie spadło z górnej półki, nie miałoby szans, aby się tam znaleźć. Gdybanie jest świetne, kiedy sprawy już nieodwołalnie potoczyły się swoim torem, a lgnie się do komfortu z przeszłości. Wizja nie pozwala na takie błędy. Szczypta ubulawu dla tej, która jeszcze nie zdążyła poznać się z medycyną odległych plemion Zulu i Xhosa, z właściwą tej medycynie determinacją, postanowiła znaleźć się w mieszance ziołowej Epli. Niektórzy łudzą się, że to przypadek. Ubulawu bardzo spodobało się, że przygotowuje się je w ciemności. Amanita, siostrzana medycyna, autochtoniczna dla terenów na których teraz Ubulawu przebywało, też lubiła ciemność. Ubulawu jest mieszanką ziół, tak więc powitało z radością nowy składnik, drzewo herbaciane, wzmacniające efekty działania pozostałych roślin. Epli z wielką dymiącą filiżanką wróciła do okrągłego stołu. Wypiła kilka łyków i odstawiając kubek błyskawicznie zasnęła. Nie przeszkadzał jej nawet dyskomfort twardego dębu pod policzkiem. Zasnęła snem magicznym i głębokim. Wszystko, czego się dowiedziała tatuowało się na jej DNA, podczas gdy śniła. Zazwyczaj jej umysł upierał się przy swojej wersji snu, ale teraz była zbyt głęboko, żeby potrzebować o tym świadomie pamiętać.

Dzień pierwszy

Nie wiedział skąd się wziął. Nie pamiętał swoich korzeni. Nic nie pamiętał. Nie wiedział jak powstał, kiedy, wiedział tylko, że jest tu i teraz. Zamieszkiwał dziuplę w drzewie na bagnach. Niby było stabilnie, ale nie wiedział, czy płynie, czy stoi w miejscu. Trudno to było wyczuć. Raczej był tutaj już wczoraj, ale to wcale nie było takie pewne. Może tydzień temu też? Albo rok, albo sto lat? Pojęcia nie miał, czasu nie liczył, znał tylko wrażenie. Tu i teraz były najważniejsze. Najważniejsze, ale mało atrakcyjne. Przygnębiający smutek. Wyciszone, przynoszące rozpacz otępienie. Schemat. Skoro istniał, musiała istnieć i miłość, która go stworzyła. Od tego uczucia był odłączony tak bardzo, że nawet nie mógł sobie wyobrazić, że jest coś, co go na zawsze z tą stwórczą miłością łączyły. Ogniwo prawie niewidoczne, a jednak realne, nawet w tej ciemnej dziupli.


Poza dziuplą mieszkała sowa, która go nigdy nie atakowała. Nie wiedział dlaczego. Polowała na inne istoty, ale jego zawsze zostawiała w spokoju. Widział, że jest za wolny, żeby się przed nią ukryć, a jednak był bezpieczny. Nie wiedział, że zwierzęta nigdy nie polują na jego rasę, chyba że samemu się o to poprosi. Czuł się źle. Otępiony smutkiem siedział w dziupli gapiąc się w ścianę i wychodząc tylko po nurzybób, jedyne jedzenie jakie znał. Dojmująca rozpacz nie pozwalała mu przypomnieć sobie, jak długo tkwi w tym kruchym puncie. Słyszał tylko bolesne wycie planety. Miał dosyć. Mroki jego nocy męczyły go tak bardzo, że chciał tylko, żeby się skończyły. Nie wiedział dlaczego mieszka na bagnach. Jego naturalne przystosowania różniły się od tych, które mieli jego obecni sąsiedzi. Sąsiedztwo trudno było nazwać sukcesem popularności. Sprzyjało rozkojarzeniu i osamotnieniu, a on siedział w dziupli i gapił się w ścianę. Stukoczące wycie planety wykańczało go, ale dalej żył. Coraz częściej się zastanawiał dlaczego i po co. Domyślał się, że jak utonie w bagnie, to wycie tej planetarnej ciszy się skończy.


Najboleśniejsze w tej teraźniejszości było przeczucie, że istniał już wcześniej. Wielokrotnie docierał do tej czarnej myśli. Na razie bał się zimna bardziej, niż wskoczenia w bagno, ale proces podejmowania decyzji jeszcze się nie zamknął. Kiedy lęk zastąpiło zrozumienie, że jeśli się nie ruszy to stukot nigdy się nie skończy, zmienił się układ wewnętrznych sił. Głęboko w sercu podjął decyzję — to życie jest złe, niech więc je pochłonie mrok bagna. Wyszedł z dziupli. Zobaczył jadącą na rowerze. Miała ten sam zestaw przystosowań co on i też nie pasowała do tego miejsca. Wyprostowana, smukła jak zawodowa baletnica. Na ułamek sekundy oślepiła go błyskiem reflektora, a chwilę po nim jeszcze stadko nietoperzy, które piszcząc przeleciało jej koło włosów. A potem wjechała prosto w bagno. Nie było w tym ani wahania, ani determinacji. Wyglądało bardziej na ignorancję. Widok był tak niecodzienny, że dłuższą chwilę zajęło mu zrozumienie, że ona nie tańczy, tylko tonie. „Ironiczne”, pomyślał, „dzieje się z nią dokładnie to samo, co ja chcę ze sobą zrobić. Tylko ona nie wygląda na taką, która to wybrała. Tymczasem ja siedzę tu na drzewie, a ona tam tonie”. Epli walczyła dzielnie przyspieszając swoje zanurzenie. Widział walkę, potrafił się utożsamić z tą czynnością. W końcu coś się wydarzyło, wycie planety przycichło. Dziewczyna przestała się ruszać.


***


Kamieniołom przed świtem miał najciekawszy kolor. Kwarcyty uziemiały światło pozwalając mu tylko na delikatne blednięcie pod różnymi kątami. Wojownicy wyglądali jak cienie. Epli nie przyszła. Przyszedł za to Crates z kruczym piórem i kanapkami na drogę. Pokłonili się sobie nawzajem i wyruszyli.


— Znam ścieżkę, — powiedział Ariel, obserwując jak przywiązany do niego liną Maui węszy jak irbis śnieżny, kiedy napotka nową aurę. — Najszybciej przejdziemy las, jak będziemy się jej trzymać. Jak narzucimy sobie dobre tempo, to do pól wypasających trzody dojdziemy jeszcze przed zmrokiem. Lepiej nie marudzić i nie zostawać w lesie na noc. Nie wszędzie jest przyjaznym miejscem.


Ariel prowadził, szli gęsiego, Luna ostatnia. Myślała o swoim ciepłym łóżku i o kołdrze. Teraz powrót do formy stawał się główną dewizą tej drogi. Zaniedbała kondycję. Obliczała, że pełną, dostępną jej mobilność, będzie miała dopiero jutro. I nie obejdzie się bez kilku bólów mięśni po drodze, o ile nie wywali ze łba tego wyrka i nie skupi się na tym, co ma przed nosem. Patrzyła na Maję i energię zaczajoną w jej ruchach. Wyglądała na znudzoną i nieświadomą swego powabu. Bardzo ją zachwyciła ta prawdziwość. Maja myślała o Epli. Wiedziała, że bez sensu jest bez niej iść, mając tylko nadzieję, że wizja będzie miała swoje sposoby na rozwiązanie tego problemu. Powoli dochodzili lasu, do pierwszych modrzewi. „Niedaleko jest mój mały, prywatny, borowikowy zagajnik” myślał Ariel. „W najbardziej widocznym miejscu, dzięki czemu jest perfekcyjnie niewidzialny. Prawie perfekcyjnie, bo ja go znalazłem.” Teraz wolał nawet nie zezować w tamtą stronę, żeby nie przyciągnąć niczyjej uwagi. Pożegnalne spojrzenie kątem oka musiało mu wystarczyć. Zapatrzył się w wyrastającą przed nim gęstą, zwartą ścianę wysokich sosen. Kochał te drzewa. Blade światło w oddalającym się coraz bardziej kamieniołomie zastąpił róż. Las przypominał olbrzymią salę taneczną, pełną strzelistych kolumn podpierających zielony sufit, z którego aż do ziemi opadała sieć rdzawych jak konfetti promyków. Zatrzymali się między dużym mrowiskiem i kępą dojrzałych jagód. Tu zaczynała się ścieżka.


Nie była zbyt szeroka. Gęsiego weszli w ścianę lasu. Ariel, po kilku etiudach ruchowych, zgrał się z z Maui i narzucili żwawy rytm. Luna zaczęła nucić pieśń, ale przestała. Nie chciała konkurować z ptakami, które koncertowały w koronach drzew, dziękując za kolejny piękny dzień. Mieli dużo siły, byli rześcy, więc droga umykała im spod stóp. Piękna pogoda pozwoliła zapomnieć o czasie. Ptasie trele ucichły koło południa. Las stał się ciemniejszy i gęstszy. Zaroiło się od komarów. Ariel pociągnął nosem. Był zaskoczony.


— Pachnie bagnem. Przecież jesteśmy we wschodnim, a nie południowym lesie. Nie rozumiem. Konarów więcej, drzewa niższe i mniej ptaków. Tak nie było ostatnio w tej strefie lasu.

— Nie niższe tylko zapadnięte… — sprostowała Maja. — Jesteś pewien, że ścieżka, którą idziemy nie jest skierowana łukiem na południe?

— Słońce mówi, że nie.


Ciszę, w której kontemplowali tę zmianę, przeciął trzmiel. Wyprzedził wędrowców i wylądował na suchym patyku. Patyk zapadł się w grząski grunt i zanim trzmiel zdążył na nowo poderwać do lotu swój ciężkawy odwłok, już go wessało. Do kałuży, która powstała w miejscu gdzie znikł, wprowadziła się pierwsza pijawka. Luna wzdrygnęła się.


— Im prędzej się stąd wyniesiemy, tym lepiej dla nas. Wygląda na to, że przyszła zmiana. Kiedy byłeś na tych terenach ostatnio, Ariel?

— Las północny w ostatnim sezonie był bardzo hojny. Nawet nie byłem zwiadowcą w tych okolicach, tutaj chodził Gorszczyca. Zwiad był wiosną. Wtedy mogło tu jeszcze tego nie być, albo nie dotarł tak daleko. Pierwsza wersja wydaje mi się bardziej prawdopodobna. Oglądaliśmy grzybnię w każdym lesie i masowaliśmy ją. Wtedy dowiedzieliśmy się, żeby w tym roku zbierać w lesie północnym.

— Grzybnia! Pokierowała was najprostszą ścieżką, suka jedna, — skwitowała Maja. — Dogaduje się pod naszymi stopami na olbrzymie odległości i zamiast przysłać ostrzeżenie, kieruje do pełnej michy. Od tego przystawiania do cycka wszystkich korzeni drzew w głowie jej się poprzewracało.

— Chyba tobie, — Luna wylała na nią szklankę lodowatych dźwięków. — Skoro to bagno tu jest, najwyższa pora zacząć z nim pracować.


***


Słońce stało wysoko na niebie, kiedy Epli udało się otworzyć oczy. Bolała ją głowa i jakby tego było mało, piekły naczynka skóry odciśniętej na kościach twarzy. Pamiątka po twardym, dębowym blacie. Głowę miała bardzo ciężką i niejasne wrażenie, że coś ważnego trzeba zrobić. Nie miała pojęcia co. Resztki ziół, które udało jej się wylać przez sen, skutecznie skleiły mapy i notatki. Nie poznała zapachu, który docierał do jej nozdrzy, ale nie skupiła się na tym. Obecność Ubulawu pozostała aktywna i bezimienna. Takie działanie bardzo odpowiadało tej medycynie. Praca z podświadomością bez niepotrzebnych zawirowań ze strony umysłu… Decyzja wizji. Epli poderwała się z krzesła, ale nie potrafiła sobie wytłumaczyć skąd i po co jej pośpiech. Rozmazała resztki ekstraktu po podłodze. „Spóźniona jestem, muszę ich dogonić. Rower! Wezmę rower.” Nie pakowała się. Wychodząc zobaczyła tylko mały, podręczny teleskop w futerale podróżnym. Zarzuciła go przez plecy i pobiegła po rower. Rower rdzewiał w szopie już od dłuższego czasu. Przegląd techniczny ograniczyła do napompowania opon. Ruszyła w kierunku lasu. Już nieźle rozpędzona w ostatniej chwili ominęła idącą jej naprzeciw Mandragorę. Wielka i silna kobieta sapiąc odskoczyła i ciężko przysiadła na ziemi. Jak się podniosła, Epli już nie było.


Nic nie pamiętała z poprzedniego dnia, towarzysze i astrologiczne odkrycia ukryły się za snami, a sny za imperatywem działania. Teoretycznie mogła już zacząć analitycznie myśleć, ale praktycznie wybrała pozostać w inercji. Droga oczarowywała swoim pięknem. Ptasi koncert, kolorowe grzyby, kwiaty i motyle uczyniły las sielskim. Inercji było to jak najbardziej na rękę, poczuciu kierunku już mniej. Kierująca się zamiast na wschód na południowy wschód ofiara własnego pośpiechu zaczęła rysować swoją ścieżką elipsy, które szybko przeniosły się w głąb lasu południowego. Inercja pozostawiła Epli w przyjemności jazdy na rowerze, a prokrastynacja pomogła przegapiać logiczne sygnały, określające prawidłowy kierunek. Szusowała tak do zachodu słońca, który zauważyła dopiero, jak musiała zacząć wypatrywać ścieżki. To był szybki zmierzch. Las, dotąd zielony i wesoły, zmienił się. Kolorowe motyle znikły, zamilkł śpiew ptaków. Drzewa też się zmieniły. Nie tylko dlatego, że zgasły promienie słońca. Wjechała na inne tereny. Korony drzew już nie były strzeliste, stały się bardziej przysadziste i o bujniejszym listowiu. Ich korzenie raz na jakiś czas przecinały ścieżkę, zmuszając rower do podskoków. Podskakiwała, aż futerał teleskopu zsunął się przeciążając lewy bok. Najwyższa pora, żeby umysł zaobserwował inercję nadeszła, ale proces był powolny jak wybudzanie z pooperacyjnej komy. Zamiast poprawić futerał, wpadła na pomysł, żeby przyspieszyć jeszcze bardziej. Byle jak najszybciej wydostać się z lasu. Nie przeszkadzało jej, że niewiele widzi. Sięgnęła do przodu do lampki. Teleskop przechylił się jeszcze bardziej i odebrał jej równowagę. Włączona lampka spłoszyła stado ssaków. Z piskiem frunęły prosto na rower i na pasażera. Epli wrzasnęła, zamknęła oczy i puściła kierownicę. Teleskop zadyndał i rower zjechał prosto w bagno.


***


Bagna zalały połowę wschodniego lasu. Ariel z trudem rozpoznawał drogę, w wielu miejscach musieli szukać nowych ścieżek. Dopóki udawało mu się znaleźć bezpieczną ziemię wokół kałuż większych od ścieżki, Maui pozostawał w tyle. Jeśli droga stawała się trudniejsza, Ariel musiał być bliżej, bo lawirowanie przy napiętej linie myliło kierunki. To, że liną zawsze będzie można wyciągnąć Maui, jeśli zrobi zdradliwy krok, nie należało do planowanych rozwiązań. Skupiali się na wyszukiwaniu odpowiednich traw i korzeni drzew. Droga stała się żmudna i powolna. Przed południem nadrobili trochę czasu, ale perspektywa nocowania na bagnach zmuszała ich do pośpiechu. Bezpieczeństwo wymagało, aby ten pośpiech był bardzo powolny. Odetchnęli i poczuli się lepiej dopiero, kiedy wyszli na nieco suchszy odcinek. Nawet komary zelżały. Postanowili zatrzymać się na krótki odpoczynek. Końca lasu nie było widać, a bagna przypominały wszystkim, że droga będzie pełna niespodzianek. Miłych również. Takich jak polana ze starą lipą, rosnącą na jej środku. Kiedy do niej dotarli, zastały ich ostatnie promienie słońca. Nie wiedząc, jak daleko jest koniec lasu, postanowili się zatrzymać. W nocy woleli się nie szwendać po podmokłych terenach, nawet jeśli to oznaczało opóźnienie w dotarciu do celu. Usiedli pod gościnnym drzewem i rozpakowali kanapki od Cratesa. Udało im się zapomnieć na chwilę o bagnie i o czekającej ich drodze. Lipa potrafi otworzyć serce i dodać odwagi, kiedy jest umiejętnie przytulana. Maui zaczął nasłuchiwać. Otaczała ich cisza, jedne ptaki już dawno zamilkły, a drugie jeszcze nie wstały. Wszyscy patrzyli na Maui, który przymknął oczy i słuchał.


— Jakaś para zbliża się w naszą stronę.


Bojaźliwi nie byli, ale ostrożni. Niektórzy widzieli dziś po raz pierwszy bagno i to w miejscu, w którym miało go nie być. Całodzienny marsz nie sprzyjał myśleniu. Zmęczeni, na nieznanym terytorium, złapali dawno nie odczuwaną nerwicę. Napięcie jakie wywołały słowa Maui stało się namacalne.


— Już nie idą. Wyczuły nas i teraz skradają się. Są zaraz za kręgiem drzew.

— Na lipę, — odzyskała spokój Maja. — Teraz.


Błyskawicznie wspięli się na drzewo, po drodze chwytając zapasy. Luna syknęła, ale było już za późno. Zostawili kilka papierów po kanapkach. Z drugiej strony, każdy wytrawny tropiciel i tak rozpoznałby ich obecność, a każda dysponująca podobnym słuchem jak Maui istota, a takich w lesie było wiele, już dawno wiedziała, że tu są. Zamarli. Nadchodzący musieli mieć dobry słuch ponieważ chwilę potrwało, zanim do polany podkradły się dwa króliki. Ostrożnie, węsząc i nasłuchując, zbliżyły się do drzewa. Były duże, silne i uzbrojone. Zwiadowcy stada. Arielowi wrócił rezon.


— Witajcie zające.


Króliki spojrzały na lipę i dla odmiany one zamarły. Ze zdziwienia. Gapili się tak na siebie nawzajem, aż jednemu z królików udało się zamknąć rozdziawiony pyszczek i przemówić.


— Popatrz Reede, oni istnieją naprawdę — powiedział pierwszy.

— Nie dość, że istnieją, to jeszcze nie potrafią tak uciec, żeby nie zostawić po sobie śladów. Myślałem, że są bystrzejsi. A śmiecą jak ludzie, — odpowiedział Reede.

— Przepraszam za tego bęcwała, drogie króliki, — Luna przejęła inicjatywę. — Witajcie. Mieszkamy po drugiej stronie lasu i wizja nas prowadzi. Jestem Luna, ci tutaj to Maja i Maui, a ten, co nie potrafi odróżnić zająca od królika, to Ariel.

— Witajcie, — uśmiechnął się królik. — Jestem Hesli, a imię Reede już znacie. Nie bójcie się, nic wam nie zrobimy, w końcu jesteśmy roślinożerni. Możecie już zejść z tego drzewa.

— Wizja ich prowadzi, wyobrażasz to sobie? — dodał Hesli. — Ciekawe co by się stało z naszym stadem, gdyby sen zwalniał każdego z obowiązków i jeszcze pozwalał mu iść na wycieczkę z kumplami? System by nam padł w kwadrans.

— Wizje to nie taka prosta sprawa, — zaripostowała stając na ziemi Luna, — i na szczęście zdarzają się dużo rzadziej, niż co kwadrans. Skoro nas jeszcze nigdy nie widzieliście, to sami widzicie, że też wolimy siedzieć w domach, a nie ganiać po świecie jak wariaci. A wy co tutaj robicie? Dochodzimy do waszych terytoriów?

— No niezupełnie, — skrzywił się Hesli. — Daleko stąd nie mieszkamy, ale na co dzień nie zapuszczamy się w te rejony. Łąki nas karmią, więc nie ma powodu, żeby chodzić tak daleko od nory. Tylko ostatnio, zaczęło się u nas pojawiać coraz więcej saren. Twierdzą, że zostają wypychane na nasze łąki, bo las się kurczy. Przyszliśmy sprawdzić, co się dzieje.

— Obawiam się, że mają rację, — powiedział Ariel. — Widzieliśmy bagno, które pochłania las. Najprawdopodobniej wiosną jeszcze go tam nie było.

— Rozlewisko, — zmartwił się Hesli. — Grozi nam coś gorszego niż inwazja saren. Musimy to sprawdzić, zanim wrócimy do swoich.

— Czyli już wyszliśmy z podmokłych terenów, — ucieszył się Ariel. Widząc zaskoczone miny królików dodał, — pokażę wam, to niedaleko. Chodźcie ze mną. Zaraz wracamy.


Zostawił towarzyszy i zniknął z królikami na ścieżce. Luna zaczekała, aż długie uszy będą na tyle blisko, żeby ich jeszcze słyszeć i już na tyle daleko, żeby uważać, że Luna myśli, że jej nie słyszą.


— A więc są w trasie, a nie koło domu. Mam nadzieję, że jak wrócą, to przynajmniej uprzejmie potowarzyszą nam do tych swoich łąk. Swoją drogą, skoro widzieli nas po raz pierwszy, to wypasający trzody muszą być jeszcze daleko stąd.

— Skraj lasu jest już niedaleko. Słyszę stąd wiatr hulający po polach i jaskółki. Mniej więcej podwójna odległość od tej, którą teraz mamy do bagien, — zauważył Maui. — Króliki zawsze trzymają się blisko domu.

— Brak wieści o wypasających trzody, zalany bagnem las wschodni… — oblicze Mai stygło w oczach, — już wiem dlaczego Crates zrobił nam kanapki. Stary pajac chciał po prostu przypomnieć, że ta cała wizja ma niewiele wspólnego z piknikiem.


Maui z Luną usiedli i kontynuowali piknik. Kanapki były wyśmienite. Po chwili dołączyła do nich Maja. Wiadomość, że bagno się skończyło i wyjdą z lasu przed nocą, pozwoliła im czekać na zwiadowców w pełnym rozluźnieniu. Znaleźli chwilę na zdrowy popas. Ariel wrócił z przygnębionymi królikami.


— Możliwe, że ich stado będzie musiało migrować. Jutro przyjdzie więcej zwiadowców ocenić zagrożenie. Teraz zapraszają nas do siebie na nocleg, a rano ruszamy dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie