E-book
20.48
drukowana A5
71.34
Królestwo  Trollandii

Bezpłatny fragment - Królestwo Trollandii

Objętość:
136 str.
ISBN:
978-83-8126-729-8
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 71.34

,,Miłość to tworzywo, z którego możemy modelować najbardziej wyjątkowe i piękne sytuacje.

Wystarczy tylko kochać”



Książkę tę dedykuję moim ukochanym Wnuczętom

Matiemu, Oliwci, Maxikowi i Majusi.


,,W życiu ważne jest żeby przebywać z ludźmi, którzy słuchają tego o czym mówisz, i słuchają nie z grzeczności, ale po to, aby cię zrozumieć.”


Historię tę zna wielu ludzi, tych którzy byli na miejscu zdarzenia i tych którzy o niej czytali, więc być może słyszeliście o niej.

Nie wiecie jednak co tak naprawdę wówczas się wydarzyło i o tym chcę wam opowiedzieć.


Mateusz, Max, Oliwia i Maja mieszkali w małym, spokojnym i atrakcyjnie położonym miasteczku Bretten, w Badenii- Wittembergii. Od kiedy pamiętają było tam wiele pięknych i ciekawych miejsc.

Rynek, nad którym pochylały się stare, nawet ponad dwustuletnie stylowe kamienice tonące w czerwonych kwiatach, wąskie uliczki gdzie w witrynach maleńkich sklepików (które aż uśmiechały się do dzieci), podziwiać można było ręcznie wykonane lalki, maskotki, klocki, pociągi i mnóstwo innych, ciekawych rzeczy, z których zawsze jakąś dostawali od swoich matek.

W słoneczne dni Rynek tętnił życiem wyjątkowo. W ogródkach kawiarenek i cukierni było gwarno i wesoło, a unoszące się zapachy tortów, ciast, ciasteczek, ulubionych przez dzieci precli i lodów, przyjemnie łaskotały nozdrza, zapraszając w swoje progi. Po wybrukowanym Rynku rodzice wozili swoje pociechy na ciężkich, drewnianych, połączonych łańcuchami i osadzonych na kamiennych kołach rzeźbionych psach, które skrzypiały i mocno stukały o bruk. Trzeba było nie lada siły, żeby powozić taką czwórkę dzieci, dla których te przejażdżki każdorazowo były ogromną frajdą.

Wokół na małych klombach i w donicach kwitło mnóstwo wszelkiego kwiecia, którego intensywny zapach pomieszany z aromatem smakołyków, dawał ten jeden jedyny, nie spotykany nigdzie indziej zapach szczęścia i ukojenia.

Rynek ozdabiały zabytkowe fontanny, przy których dzieciaki spędzały wiele czasu, usiłując złapać do rąk jedną ze złotych rybek.

Jednak było jeszcze coś bardziej wyjątkowego w ich miasteczku. Czekali na to przez cały rok. Otóż Bretten słynie z przepięknych obchodów. Rokrocznie organizowany jest kilkudniowy Festyn w rocznicę imienin Piotra i Pawła. Dzieci szalały z radości. Bretten na cztery dni zamieniało się w średniowieczne miasto, w którym tętniło życie płynące tak jak przed wiekami. Mieszkańcy przywdziewali piękne stroje przypominające minione epoki. Rzemieślnicy ustawiali swoje warsztaty, gospodarze zagrody ze zwierzętami, osady, gospody, karczmy i wyszynki oferowały potrawy i napitki, a mieszczanie i arystokraci dumnie przechadzali się w swoich wytwornych strojach. Na wielu straganach można było zakupić wiele wspaniałych pamiątek, ale także i smakołyków, których na co dzień nie znajdziecie w sklepach.

Dzieci uwielbiały podpłomyki, pieczone mięsiwa, czy prażone orzechy przygotowywane na wiele sposobów. Najbardziej lubili te mocno cukrowane. Festyn rozpoczynała parada, w której brało udział setki osób reprezentujących różne klasy społeczne. Jechały wozy, prowadzono bydło, muzykanci grali dawną muzykę, żebracy prosili o grosz, rycerze i żołnierze prezentowali piękne stroje z kilku epok. Dzieci uwielbiały jeździć na drewnianym wózku ciągniętym przez rodziców. Przepadali za oglądaniem walk rycerskich na prawdziwe, wielkie i ciężkie miecze i zgodnie obiecywali sobie, że jak tylko trochę podrosną, to również nauczą się fechtunku. Wszystko było proste, szorstkie, zwykłe ale jakże piękne i pouczające.

Na samym Rynku odbywało się wiele występów, na które czekało się cały rok. Po drugiej stronie Rynku w nowoczesnej już atmosferze można było bawić się na karuzelach, autach, zjeżdżalniach i innych, w przygotowanym na te dni Wesołym Miasteczku.

Dobrze mieszkało się w Bretten, gdzie wszystko — można by powiedzieć — było tak akurat.

Zimą, gdy wszędzie szalały śnieżyce i zamiecie śnieżne, tutaj na trawnikach rosły stokrotki.

Temperatura była wprawdzie niższa, ale śniegu akurat tyle, żeby dzieci mogły ulepić bałwana i przejechać się na sankach, a cała zima ze śniegiem trwała zaledwie kilka dni.

Latem schronienie przed upalnym słońcem dawały korony pięknych drzew i cienie kamienic z dumą spoglądające na rozrastające się z roku na rok miasto.

Życie w Bretten płynęło spokojnie, ale nie nudno, natomiast statecznie bez szaleństwa wielkomiejskiego hałasu.

Zmieniające się mody, napływ wszelkich nowości i tego miasta nie ominął. Młode pokolenie i nie tylko, zachwycone coraz to nowocześniejszymi odkryciami techniki, głównie komputerowej, albo

myślało o tym jak szybko uciec do większego miasta, albo owładnięte mocą wszechmogącego

internetu, zupełnie odcinało się od ludzi i realnego świata. I tak wiele dzieci dorastając pomiędzy komputerem a szkołą, bez zabaw z rówieśnikami na podwórku, stawało się coraz bardziej samotnymi, a co za tym idzie egoistycznymi i samolubnymi ludźmi, skupionymi tylko na samych sobie.

Starszych ludzi martwiły takie zmiany, ale ich głosu już prawie nikt nie chciał słuchać.

Tak wolnym krokiem z roku na rok odchodziły do lamusa te piękne czasy, kiedy to ludzie spotykali się ze sobą, rozmawiali, pomagali sobie i wspierali się wzajemnie.

Wszelkie osiągnięcia i postęp naukowy to cenna i ważna sprawa, ale większość ludzi pochłonęła bez reszty. Rodzice zaczęli wpajać dorastającym dzieciom, że najważniejsze w życiu to kariera zdobycie wysokiej pozycji społecznej i zgromadzenie majątku.

Niewiele już było takich rodzin, które podtrzymywały tradycje i uczyły, że najcenniejsze w życiu to pozostać dobrym człowiekiem, szczerym, szlachetnym, odpowiedzialnym i wrażliwym na krzywdę innego człowieka, a także pełnym wiary w drugiego człowieka. Niewielu też potrafiło nauczyć, że nie dobra materialne, a miłość, szczęście i poczucie bezpieczeństwa, to wartości największe i dopiero na nich należy budować przyszłość.

I tak życie pędziło do przodu niszcząc wokół siebie zbyt wiele, a ludzie nie potrafili się już zatrzymać ani na chwilkę.


Mati z braciszkiem i kuzynkami często bawili się w parku, gdzie zabierały ich mamy.

Karolina i Agnieszka były siostrami i bardzo się kochały. Widywały się codziennie, dzięki czemu ich dzieci były ze sobą zżyte i łączyła je ogromna więź.

Dzieciaki wychowywane w wielkiej miłości i z pełnym oddaniem rodziców rosły szczęśliwie w dobrym, tradycyjnym domu, mając wpajane zasady, nauczone odróżniania dobra od zła i znające wartości jakie powinny dominować w ich życiu.

Nie sprawiali rodzicom większych kłopotów, chociaż lubili porozrabiać, a ich pomysły czasami bywały zaskakujące.

Tego wiosennego dnia Mati, Maxik i Oliwcia biegali po parku bawiąc się w berka. Majusia dopiero uczyła się chodzić, więc siedziała w wózeczku i przyglądała się rodzeństwu machając rączkami i próbując wydostać się z wózka, zupełnie nie zainteresowana swoimi zabawkami.

Mamy siedziały na ławce i co jakiś czas przypominały dzieciom, żeby nie odchodzili zbyt daleko, ponieważ na ulicy przy parku trwały prace drogowe i ziemne, w związku z czym znajdowało się tam wiele ogromnych maszyn budowlanych. Dzieci wiedziały jednak, że nie wolno im się tam zbliżać, a poza tym nawet nie zamierzały tego robić, gdyż bały się samego widoku tych maszyn, a jeszcze bardziej hałasu jaki robiły te wszystkie urządzenia. Dobiegali więc tylko do bezpiecznych granic parku.

Mati coraz częściej spoglądał w stronę żywo zainteresowanej ich zabawą Majusi. Podszedł w końcu do siedzących mamy i cioci i zapytał:

— Czy mógłbym wziąć Maję, bo ona aż z wózka chce wyskoczyć, tak jej się podoba nasza zabawa?

— Mati — odpowiedziała mama Maji-ja specjalnie trzymam ją jeszcze w wózku, żebyście mogli się pobawić, a jak ty będziesz bawił się w berka z wózkiem?

— Dam radę, mam pomysł — powiedział Mati i pchając przed sobą wózek już biegł w stronę Maluchów. Tak nazywano Oliwię i Maxa, pomiędzy którymi było tylko dwa tygodnie różnicy wiekowej.

Tak więc dzieci nadal biegały, śmiały się i przekomarzały, doskonale się bawiąc.

W pewnym momencie Mati zamiast gonić Maluchy zatrzymał się, przyciągnął do siebie wózek z Mają i zdziwionym wzrokiem spoglądał na trawnik.

Maluchy nie zwracały uwagi na jego wołanie, przeczuwając że to podstęp, aby mógł ich szybciej

złapać, ale widząc że Mati nadal stoi w tym samym miejscu i bacznie w coś się wpatruje, ruszyły w jego stronę.

Matiego zainteresowało dziwne wgłębienie w trawniku, które nagle się tu pojawiło. Wyglądało to jak miękka pierzynka z trawy, która lekko jak chmurka coraz głębiej chowa się pod ziemię.

Mati zwrócił uwagę na pracę młota pneumatycznego na ulicy i skojarzył, że to pewnie on wywołując drgania spowodował, że trawnik się zapada. Spojrzał w stronę mamy i cioci, które widząc zaniepokojonego chłopca wstały z ławki i zaczęły przywoływać dzieci.

Mati instynktownie poczuł niebezpieczeństwo i krzyknął:

— Max, Oliwia, nie podchodźcie tutaj, uciekamy!

Jednak rozbawione Maluchy zupełnie nie zrozumiały o co mu chodzi i nadbiegały z przeciwka.

Mati stojący po drugiej stronie szybko tworzącej się dziury w ziemi, chciał ją obiec i powstrzymać Maluchy. Skręcił wózkiem i zdążył zawołać:

— uciekajcie! — kiedy ziemia z wielkim łoskotem zaczęła się zapadać, wciągając dzieci w otchłań ciemności.

— W tym momencie na ułamek sekundy zapadła głucha cisza, którą przerwał przeraźliwy, pełen rozpaczy krzyk matek.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, że chociaż wokół byli ludzie, to jednak nikt nie zdążył zareagować. Wszyscy zamarli z przerażenia.

— dzieci… — szeptali — porwało dzieci…

Wśród śpiewu ptaków i łagodnego powiewu wiosennego wiatru słychać było tylko łoskot nadal osuwającej się ziemi. Nagle ucichło, a ziemia jakby wypełniając swoją miarę zatrzymała się i przestała zsypywać.

Przerażone matki nawoływały dzieci i błagały o pomoc. Rzuciły się w zapadlinę i rękoma zaczęły odkopywać ziemię. Przybiegli robotnicy, przechodnie i powstało wielkie zamieszanie. Ludzie otaczali zawalisko, odciągali oszalałe z rozpaczy matki. Ktoś próbował zaprowadzić porządek odciągając gapiów od niebezpiecznej strefy, ktoś dzwonił po pomoc, inni do swoich bliskich i znajomych żeby przekazać czego byli świadkami. Panował ogólny chaos.

Rozpacz i bezsilność zawisły nad wielką jamą, która pochłonęła dzieci.


Dzieci spadały w czarną pustkę popychane zwałami ziemi, a nad nimi zamykało się sklepienie i gasł ostatni promyk słońca. Spadały w wielką dziurę, która po chwili zmieniła się w wąski lej.

Leciały na mokre i skaliste dno jamy. W pewnym momencie, wózek w którym leżała przerażona Maja zablokował się w gardle leja i zwały ziemi zaczęły zasypywać krzyczące dziecko, ale siła napierających grud przepchnęła wózek i Maja nie wypadając z niego opadła na dół. W tej chwili ziemia zablokowała się w szczelinie skalnej i przestała opadać.

Najbardziej ucierpiał Mati ponieważ spadł pierwszy uderzając plecami o twarde, kamieniste podłoże. To jednak ochroniło Maluchy, które spadły na niego.

Było ciemno i zimno, i przerażone dzieci nie uświadamiały sobie nawet do końca tego, co się dzieje.

Mati w każdej części ciała czuł ogromny ból i płakał nie mogąc się ruszyć. Max i Oliwia trzymali się go kurczowo wołając:

— mama, mama, ja chcę do mamy!

Majusia miała wiele szczęścia, ponieważ kiedy ziemia zablokowała lej i zaczęła przygniatać dziecko, przesunął się dach wózka i nieco powstrzymał napór ziemi, chroniąc dziewczynkę. Maja miała przykryte kocem nóżki i ten zsunął się jej na buzię ratując przed zaduszeniem ziemią, a na koniec — nie wypadła z wózka, a siła odrzutu przy uderzeniu o podłoże jamy do której spadli, wyrzuciła ziemię z wózka i odsunęła koc z twarzy dziecka, dzięki czemu mogła ona normalnie oddychać.

Dzieci długo płakały wzywając pomoc, ale nikt ich już nie słyszał.

Mati obudził się pierwszy i zauważył, że nie ogarnia ich już ta nieprzenikniona ciemność, ale jakiś szklisty półmrok. To dodało mu odrobinę otuchy.

Bazaltowe ściany jamy w której się znajdowali, ociekające miejscami błotem, dawały granatowe, połyskujące światło. Po chwili obudzili się Oliwia i Max, i tuląc się do Matiego płakali wołając swoje mamy. Mati też czuł łzy spływające gęstą strugą po policzkach i prosił w duchu:

— mamusiu przyjdź i zabierz nas do domku…

— mamusiu, tatusiu gdzie jesteście! — wołały dzieci szlochając, a ich serduszka pękały z przerażenia.

Mijał czas i nadal trwała cisza, nie było słychać kompletnie nic, jakichkolwiek odgłosów, które wskazywałyby na to, że dzieci są poszukiwane i za chwilę nadejdzie pomoc.

Mati zapadł w zadumę. Patrząc zapłakanymi oczyma w ciemność, tulił do siebie Maluchy, które rozpaczając prosiły:

— pić, mama, pić…

W tej chwili obudziła się Majusia popłakując coraz bardziej.

Do Matiego zaczęła docierać straszliwa rzeczywistość......rodziców tutaj nie ma i w tej chwili nikt im nie pomoże! To przecież on jest najstarszy i to on musi zaopiekować się dziećmi!

Mati miał dwanaście lat, Maluchy po cztery latka, a Majusia roczek. Chłopiec pocieszał się myślą, że przecież to wszystko nie potrwa długo, gdyż rodzice i ciocia z wujkiem zrobią wszystko, żeby ich stąd jak najszybciej uwolnić. Jednak kiedy tylko spojrzał w górę na straszliwe zwały czarnej masy zatykającej lej, która do tego wyglądała tak, jakby za chwilę ponownie miała runąć w dół, serce biło mu mocniej, a strach zaciskał gardło.

Pomału wstał, wyjął Majusię z wózka i usiadł na kamieniu, a Maluchy natychmiast do nich przylgnęły. Przytulił dzieci i powiedział po cichu:

— no już dobrze...nie płaczcie, Mati jest z wami....Niedługo znajdą nas rodzice i wszystko będzie dobrze....no cichutko, już dobrze, dobrze, bardzo was kocham i będę się wami opiekował z całych sił…

Dzieci jeszcze mocniej przytuliły się do Matiego i w końcu przestały płakać prosząc tylko:

— pić, Mati daj pić…

Chłopiec bezradnie rozejrzał się wokół, też czuł ogromne pragnienie i chociaż bardzo się bał, powiedział:

— Maja, przytul Oliwię i Maxa, a ja rozejrzę się — po czym wstał pojękując i kiedy próbował się przeciągnąć i wyprostować, zobaczył kilka metrów dalej docierające ze ściany, jaśniejsze światło.

Ostrożnie stawiając stopy i przesuwając dłoń po bazaltowej ścianie, szedł w kierunku światła. Już po kilku krokach jego oczom ukazał się jasny korytarz, po ścianach którego wąskimi strużkami spływała woda.

— Max, Oliwia, Maja, chyba znalazłem wodę do picia! — zawołał głośno wracając po dzieci.

Maluchy zerwały się na nogi podtrzymując nie mniej zaciekawioną Maję.

Mati wziął na ręce Maję, a Maluchy wózek. Weszli w korytarz i zdziwieni tym odkryciem rozglądali dokoła.

— Może tu jest jakieś wyjście na górę — głośno zastanawiał się Mati.

— Napijmy się — zdecydował — i pójdziemy się rozejrzeć.

Dzieci już przykładały usta do wody, gdy Mati ostrzegł:

— zaczekajcie! Może najpierw ja spróbuję…

Maluchy natychmiast odsunęły się wystraszone, a Mati nabierając na język kilka kropel wody, czekał aż rozpłyną się w ustach.

— dobra w smaku — powiedział — chyba możemy się napić.

Dzieci rzuciły się w stronę ściany i naśladując Matiego, wsysały spływające strużki wody, połykając łapczywie.

Maja była zbyt mała żeby napić się samodzielnie, więc Mati natychmiast ruszył z pomocą.

— Majusiu zaczekaj, w wózku powinna być twoja butelka — powiedział niepewnie, biorąc pod uwagę fakt, że mogła wypaść podczas spadania.

Wyjmował rzeczy z wózka wytrzepując przy okazji ziemię, której było jeszcze sporo. Pod podusią znalazł butelkę.

— jak dobrze, że nie wypadła — pomyślał.

Butelka była prawie pełna napoju i dziewczynka napiła się do syta. Mati ułożył wszystko w wózku i wsadził zadowoloną Maję.

— a teraz się rozejrzymy — postanowił — tylko trzymajcie się wózka i nigdzie nie odchodźcie!

Maluchy natychmiast, bez sprzeciwu wykonały polecenie.


Korytarz był dość szeroki i z ich prawej strony, na przeciwległej ścianie do tej, z której spływała woda, dość ciemny. Kiedy podeszli bliżej zauważyli, że na całej długości korytarza strop jest ścięty i tworzy skos, aż do podłoża. Natomiast kilkanaście kroków przed sobą dzieci spostrzegły otwór w ścianie skalnej tworzący wyjście, które dawało takie wrażenia, jakby było oświetlone.

Była to jedyna droga, gdyż tak samo w jamie do której spadli, jak i w korytarzu, wokół otaczała ich lita skała.

Kiedy doszli do otworu w ścianie skalnej zobaczyli ogromną grotę. Była zadziwiająco piękna.

Miała kształt kuli. Nie była oczywiście tak gładka, ani idealna jak kula, ale stojąc u wejścia, dzieciom wydawało się, jakby wchodziły do wielkiej bańki mydlanej, której ściany postrzępione są przez wystające odłamki skał, a miejscami udekorowane wręcz, półokrągłymi półkami skalnymi, mieniącymi się wszystkimi barwami na palecie kolorów.

Grota była tak olbrzymia, że nie było widać jej końca. Dzieci pomału posuwały się do przodu, co jakiś czas wydając okrzyk zachwytu.

— Zobacz, zobacz Mati jakie to piękne! — zachwycała się Oliwia podziwiając strukturę ściany, obok której przechodzili.

— Zobaczcie — kontynuowała — to jakieś ogromne brylanty!

— Mati, możemy dotknąć? — pytał równie zauroczony Max

— No nie wiem… — wahał się Mati — no dobrze, tylko ostrożnie! — zgodził się w końcu niepewnie.

Mati postawił przy ścianie także Maję, która usilnie domagała się uczestniczenia w zwiedzaniu groty, a do tego chciała już wydostać się z wózka.

Dzieci dotykały powierzchni, która choć na pozór wydawała się ostra i kanciasta, jednak po dotknięciu okazała się delikatna jak jedwab i gładka jak aksamit. Biło od niej tak jasne światło, że było widno jak w dzień na ziemi.

Teraz cała gromadka przeszła na drugą stronę, gdzie utworzyły się półki skalne tak doskonale równe, jakby zostały wykonane specjalistycznymi narzędziami przez najświetniejszych kamieniarzy. Każda z półek miała inny odcień i nieco chropowatą strukturę. Max i Oliwia zaczęli się wspinać. Najpierw szmaragdowa, następna rubinowa, kryształowa, szafirowa i kolejne — ametystowe, turkusowe, koralowe, aż po samo bardzo wysokie sklepienie, gdzie z tej odległości nie było już można dojrzeć pojedynczych kolorów, a tylko mieniącą się niesamowitymi barwami tęczę.

Półki ciągnęły się od podłoża poprzez ścianę, aż daleko, daleko, wślizgując się na strop. Miejscami powstał prawie saturiański krajobraz, którego piękno zapierało dech w piersiach.

Mati nagle opamiętał się:

— Hej, Maluchy, schodźcie stamtąd natychmiast! Chcecie pospadać i zrobić sobie krzywdę?!

W innych okolicznościach Maluchy na pewno nie posłuchałyby Matiego, teraz jednak westchnęli tylko i pomału zaczęli schodzić w dół.

Wrócili znowu na drugą stronę groty, bo jednak tamtędy prowadziła łagodniejsza i mniej wyboista droga.

Właśnie skończyła się brylantowa ściana, kiedy ujrzeli inny, równie niesamowity widok.

Za krótkim odcinkiem zwykłej, kamiennej powierzchni ściany zobaczyli owalne, zielonkawe, tej samej wielkości kamienie, którymi jakby ktoś wyłożył powierzchnię. Widok był oszałamiająco piękny. Pod tymi zielonymi, świecącymi kamieniami spływała woda, malując obrazy łagodnych fal i kolistych zamieci, mieniąc się przy tym wszystkimi możliwymi odcieniami jasnej, ciepłej zieleni. Woda która płynęła pod kamieniami nigdzie jednak nie rozlewała się, a spokojnie i ospale spływała do wąskiej rynienki tuż przy podłożu, skąd odpływała w nieokreślonym kierunku, znikając gdzieś pod ziemią.

Dzieci zafascynowane tym przepięknym, zmieniającym się krajobrazem, na długi czas zapomniały o swoim położeniu i o tym przez co przeszły w ciągu ostatnich godzin.

Wędrowali już tylko jedną stroną groty, ponieważ dalej w innych miejscach, podłoże było zbyt nierówne, a do tego naszpikowane odłamkami skalnymi.

Szli bardzo wolno gdyż nadal otaczało ich tyle piękna, że nie sposób było przejść obok niego obojętnie. W oddali, w tej części do której nie mieli dojścia, miały miejsce niewiarygodne zjawiska.

W pewnym momencie zobaczyli u sklepienia stropu tworzącą się, ognistą spiralę, która zaczynając od małego, prawie niewidocznego punktu kręciła się powoli, rozrastając do kilkunastu metrów średnicy. Na krótki moment zatrzymywała się w całej swojej okazałości, jakby chciała żeby można ją podziwiać i nasycić się tym cudownym widokiem, aż w końcu kręcąc się coraz szybciej, zwijała i malała do poprzedniej wielkości, by po chwili zacząć wszystko od początku.

Już po kilkunastu metrach przebytej dalej drogi, dzieci zobaczyły w oddali spływającą po ścianach, wzburzoną, różową pianę, która co jakiś czas wypluwała z siebie połyskujące srebrem kamyki o nieregularnych kształtach, przypominające nieco gwiazdy. Kamyki opadając na podłoże strzelały srebrnymi iskrami i upadając gasły.

Przemierzając grotę minęli miejsce strumieni wodnych. Woda cienkimi strumieniami wypływała z otworów w stropie i części ściany z ogromną prędkością i wpadała gdzieś do otworów w podłożu.

Najciekawsze w tym zjawisku było to, że woda ze stropu spadała idealnie prostopadle w otwory w podłożu, tworząc na kilka chwil wodny sznurek łączący strop z podłożem, o kształcie klatki dla papug, którą opryskiwała woda ze ścian. Po kilkunastu sekundach woda wracała na miejsce i można by pomyśleć że odpoczywała, po czym w ten sam sposób pojawiała się znowu. Zaskakujące było również to, że nawet jedna, najmniejsza kropelka nie spadła nigdzie obok.

Dzieci szły coraz wolniej. Majusia chociaż zdążyła już nawet przespać się w wózku, zaczęła jednak marudzić. Mati próbował coś jej opowiadać, kołysał wózkiem, ale nic nie pomagało. Wziął ją więc na ręce i dopiero wtedy się uspokoiła. Maluchy też już narzekały, że bolą ich nóżki i nie mają siły dalej iść, a i Mati poza zmęczeniem, czuł bardzo uciążliwy ból. Zaproponował więc postój. Zatrzymali się i zaczęli rozglądać za miejscem, gdzie można by chociaż usiąść, ale nigdzie nie było nawet kawałeczka gładkiej powierzchni, na której mogliby zmieścić się razem.

— Mati, a gdzie my usiądziemy? — zaczął Max.

— A gdzie będziemy spali? — dorzuciła Oliwia.

Mati rozejrzał się dookoła i odpowiedział bezradny:

— Nie wiem, a skąd ja mam wiedzieć…

Widząc jednak smutek na buziach Maluchów, zebrał się w sobie i powiedział:

— Już wiem, pójdziemy jeszcze kawałeczek i tam na pewno znajdziemy jakieś miejsce do spania.

Sam nie wierzył w to co powiedział, ale nie chciał żeby Maluchy znowu zaczęły płakać i myślał również o tym, ażeby zyskać na czasie i zastanowić się jak zorganizować nocleg.

I tak nadal choć bardzo ociężale i wolno, ale jednak posuwali się do przodu, rozglądając za miejscem do spania. W oddali widzieli ogromny, wielkości sporego budynku filar, który- wydawało się — podtrzymuje sklepienie groty. Wyglądał jak potężny, szary słoń, uginający się pod ciężarem.

Kiedy zbliżali się do skalnego filara usłyszeli szum wody.

— O jak dobrze — pomyślał Mati — napijemy się!

— Woda, woda, picie! — wołały uradowane dzieciaki.

— Tylko zaczekajcie, najpierw ja spróbuję! — przypominał Mati, po czym zbliżył usta do maleńkiego wodospadu i nabrał niewielki łyk.

— Jest pyszna, możecie pić — powiedział zadowolony.

Uradowane Maluchy biegały od jednego do drugiego wodospadu, przepychając się i żartując piły wodę, bawiąc się przy tym doskonale.

Tymczasem Mati zmęczony nie tylko wędrówką, ale nadal męczącym bólem w plecach i dźwiganiem Majusi, posadził dziewczynkę w wózku, napełnił wodą jej butelkę, po czym sam powoli zaspokoił pragnienie. Czuł głód, burczało mu w brzuchu i wiedział, że i Maja i Maluchy też są głodni i odruchowo rozglądał się dokoła z nadzieją, że znajdzie coś, co nadawałoby się do zjedzenia.

Rzeczywiście, Maluchy kiedy tylko zaspokoiły pragnienie, przestały ich bawić wodospady i zaczęły pytać:

— Mati, a kiedy nas znajdą? — zaczęła Oliwia — ja jestem już bardzo głodna, a Majusia też musi coś zjeść, ona jest malutka…

— Wiem, wiem, myślicie że ja nie czuję głodu? Też bym coś zjadł, ale skąd mam wziąć?! Cieszmy się, że mamy chociaż wodę do picia — odparł Mati.

Spojrzał na Maluchy i Maję i zobaczył jak wielkie łzy zaczynają spływać im po policzkach, więc szybko dodał:

— Słuchajcie, teraz jesteśmy bardzo zmęczeni, więc szybko zaśniemy, a jak się wyśpimy, to będziemy mieli dużo siły i zaczniemy szukać czegoś do jedzenia. Chodźmy jeszcze kawałeczek — zachęcał.

Minęli filar, kiedy zobaczyli długo wyczekiwane miejsce. Niewielki stawik, którego jeden z brzegów stanowiła duża, gładka, równiutka skała, wyglądająca jak ogromne łoże.

— A widzicie jakie mamy szczęście! — zawołał uradowany Mati — to jest nasze miejsce do spania!

Dotarli do skały.

— Będzie twardo i zimno — pomyślał Mati — ale… miejsce jest dobre.

Spojrzał na Maluchy i uśmiechnął się. Kiedy dzieci biegały po parku było im za ciepło, więc ich mamy zdjęły im bluzy i przewiązały nimi dzieci w pasie, a szczęśliwie podczas spadania pod ziemię bluzy się nie odwiązały.

— To macie na czym spać — stwierdził zadowolony Mati — odwiążcie bluzy i połóżcie się na nich.

Maluchy szybko wykonały polecenie, odwiązali bluzy i wygodnie się na nich ułożyli. Zasnęli prawie natychmiast. Mati zdążył jeszcze ostrzec, żeby pod żadnym pozorem nie zbliżali się do stawu, ponieważ woda w nim może być głęboka.

Maja nie mogła zasnąć. W końcu Mati postanowił, że raz jeszcze przeszuka wózek, który miał mnóstwo kieszeni, a ciocia zawsze w którejś z nich, miała dla dzieci coś pysznego. Chłopiec przeszukiwał kolejną kieszeń, ale niczego nie mógł znaleźć. Wziął więc Maję na ręce i przytulił do siebie mówiąc:

— zaśnij Majusiu, może jak się obudzimy, to nas już znajdą.

Wyciągnął kocyk z wózka chcąc okryć dziecko i naraz zobaczył wystającą spod materacyka butelkę z kaszką na mleku.

— To niemożliwe — pomyślał — przecież trzepałem rzeczy z wózka…

Nie rozwodził się jednak nad tym, jak mógł nie zauważyć butelki, ważne było, że Maja zje, a on był zbyt zmęczony, żeby teraz rozmyślać o butelce mleka.

Karmiąc Maję czuł ostrą kolkę w żołądku, czuł jak śliny napływają mu do ust i męczył go ogromny

głód, ale rozumiał, że Maja jest najmniejsza i nie potrafi się o nic upomnieć, będzie po prostu cierpiała i płakała, więc to o nią muszą najbardziej dbać.

Dziewczynka z wielkim apetytem zjadła całą porcję i usnęła Matiemu na rękach z uśmiechem na buzi. Mati przysunął się do Maluchów, położył Maję, okrył wszystkich kocem i momentalnie zasnął.

Pomimo tego, że poszedł spać ostatni, to obudził się pierwszy i nie otwierając oczu pomyślał:

— Ale miałem straszny sen…

I w tym samym momencie poczuł ból pleców i mięśni. Cóż upadek z tak dużą siłą, wędrówka i teraz kilka godzin snu na twardym podłożu, dawały o sobie znać. Chłopiec otwarł oczy i powiedział szeptem:

— Mamusiu, tatusiu, uratujcie nas…

Wstał po cichu żeby nie obudzić dzieci i ruszył w stronę wodospadów. Zmoczył dłonie, umył twarz i zaczął pić wodę. Nagle poczuł jakby grota zadrżała. Wystraszony chłopiec rozejrzał się i pomyślał:

— Co się dzieje?! A może dokopali się już do nas, może mama i tata już idą i uratują nas!

Chciał natychmiast pobiec obudzić dzieciaki, kiedy poczuł kolejne tąpnięcie i odgłos jakiś uderzeń.

— Nie, niech śpią, sam szybko pobiegnę i przyprowadzę tu rodziców — pomyślał.

Spojrzał tylko na śpiące dzieci i zaczął biec w kierunku wejścia do groty, do miejsca skąd przyszli.

Biegł co sił, ale droga przed nim była daleka. Był już w połowie, kiedy usłyszał ten sam odgłos co wcześniej. Tak, już skojarzył, to odgłos spadającej ziemi — pomyślał — i biegł zmęczony dalej.

Zaschło mu w gardle i brakowało tchu, ale nie zwalniał, chciał jak najprędzej dotrzeć do celu, gdzie spodziewał się spotkać rodziców i ratowników. Jednak po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się zdyszany.

— Odpocznę chwilkę, tylko chwilkę — tłumaczył w duchu sam siebie.

Tymczasem w grocie właśnie budziły się dzieci. Oliwia otwarła oczy i pomyślała:

— Dzisiaj już na pewno mamusia i tatuś nas znajdą, musimy tylko jeszcze trochę wytrzymać.

Szarpiąc Maxa lekko za rękaw wyszeptała:

— Wstawaj Max, pić mi się chce!

Max przetarł oczy i zapytał:

— A gdzie Mati?

— Nie wiem, może poszedł poszukać czegoś do jedzenia — odpowiedziała Oliwia.

— Chyba tak, bo przecież nie zostawiłby nas samych — odparł Max rozglądając się dokoła.

— Ale na pewno zaraz przyjdzie — podsumowała Oliwia i dodała — chodź, idziemy się napić.

Wypoczęte dzieci piły wodę i jak to zwykle oni, ochlapywali się śmiejąc coraz głośniej.

— Oliwia, zobacz jakie fajne skały! — zawołał Max wskazując kierunek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 71.34