E-book
24.57
drukowana A5
54.96
drukowana A5
Kolorowa
84.2
Krok za Krokiem

Bezpłatny fragment - Krok za Krokiem

wydanie drugie


Objętość:
359 str.
ISBN:
978-83-8189-586-6
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 54.96
drukowana A5
Kolorowa
za 84.2

Trudno doprawdy w to uwierzyć, ale w istocie alkoholicy mogą stać się na nowo ludźmi szczęśliwymi, poważanymi i użytecznymi społecznie. Czyż można się wydobyć z tak wielkiej nędzy, beznadziejności, zmienić tak złą opinię o sobie? Odpowiadamy: skoro stało się to z nami może udać się i tobie. — „Anonimowi Alkoholicy”

WSTĘP

Zbliżają się szczególnie ważne wydarzenia: obchody 40-lecia Wspólnoty Anonimowych Alkoholików w Polsce, będące jednocześnie Zlotem Radości — Świętem „Zdroju” także dla przyjaciół z Grup Rodzinnych Al-Anon (w tym Alateen) i Grup DDA oraz 23 Światowy Mityng Służb AA, który po raz pierwszy w historii odbędzie się w Polsce. Z tych okazji w 2014 roku przyjadą do Warszawy (zapewne nie tylko) alkoholicy z całego kraju, a nawet świata, od Ameryki Południowej przez Tobago po Grenlandię. Oznacza to, że Anonimowi Alkoholicy, zachowując osobistą anonimowość, będą w Polsce coraz wyraźniej widzialni, coraz lepiej słyszalni, a to — dla tych, którzy wciąż jeszcze cierpią z powodu alkoholizmu — stanowi szansę na usłyszenie i zrozumienie, że istnieje rozwiązanie, że jest nadzieja.

Chciałbym i ja dołożyć do tego przedsięwzięcia trochę własnej pracy, zaangażowania i wysiłku, i stąd właśnie pomysł na kolejną publikację.


My, Anonimowi Alkoholicy, znamy tysiące mężczyzn i kobiet, którzy byli w stanie równie beznadziejnym jak Bill i Bob. Wielu z nich powróciło do zdrowia, dzięki temu, że rozwiązali problem alkoholizmu[1].


Ano, właśnie… dobra wiadomość jest taka, że jest rozwiązanie, jest sposób, jest nadzieja. A zła? Zmiana jakości życia alkoholika, dokonująca się na drodze duchowego przeżycia, doświadczenia, przebudzenia, wymaga działania, determinacji, wiary i odwagi.


Teksty zawarte w książce zebrałem i ułożyłem w taki sposób, by czytelnikowi ułatwić znalezienie odpowiedzi na kilka pytań; pytań — być może — nawet jeszcze nie zadanych, wątpliwości nieuświadomionych, obaw niesprecyzowanych, np.: Czym jest alkoholizm? Czy wystarczy przestać pić? Jak rozumiem anonimowość? Jaka jest różnica pomiędzy programem duchowym, a religijnym? Kim we Wspólnocie AA jest sponsor i czy każdy alkoholik sponsora potrzebuje? Jak rozumiem poszczególne Kroki Programu Dwunastu Kroków? W jaki sposób w moim życiu spełniły się obietnice? Będzie też mowa o Bogu, o Tradycjach Wspólnoty AA i jej historii, o modzie, o przebudzeniu duchowym, o utopii, o strachu i miłości… Teksty te mają formę esejów, co oznacza, że ja — nie reprezentując Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, ani jakiejkolwiek organizacji czy instytucji — prezentuję w nich jedynie swoje własne, osobiste, doświadczenia i przeżycia, prywatne przekonania i poglądy.

NOWE

Rozdział ten zawiera artykuły i eseje nowsze, które powstały już po napisaniu książki pod tytułem „Alkoholizm zobowiązuje” (wyd. WAM, Kraków, 2012). Wyjątek stanowi tekst „Alkoholik trzeźwy czy zdrowy”, dotyczący moich rozważań na temat możliwości całkowitego wyleczenia się z choroby alkoholowej, tj. z alkoholizmu, który uważam za ważny na tyle, by go tutaj powtórzyć; zwłaszcza, że temat ten, różne wątpliwości z nim związane i pytania, od dziesiątków już lat pojawiają się co pewien czas jak bumerang.

Do paru zagadnień, najważniejszych według mnie, wracam po dwa-trzy razy. Nie jest to przypadek czy przeoczenie, a wręcz przeciwnie: pełna premedytacja. Z własnego, ale nie tylko, doświadczenia wiem już, że często muszę wysłuchać albo przeczytać pewne treści kilka razy zanim je rzeczywiście usłyszę. I jeszcze parę, zanim je w pełni zrozumiem.

Jestem alkoholikiem

Alkoholik — przez ostatnich dziesięć lat używałem tego określenia zdecydowanie częściej niż nazwiska. Jestem alkoholikiem — co stwierdzenie to oznacza dla mnie dzisiaj, teraz? Jak zmieniało się to w czasie? Bo przecież nie zawsze było tak samo…

W dzieciństwie wydawało mi się, że alkoholik to taki bardziej zdegenerowany pijak, a pojęcie nałóg wiązałem głównie z papierosami (moja matka paliła nałogowo), jednak wiele uwagi temu zagadnieniu nie poświęcałem, bo i cóż mnie ono wtedy obchodziło?


Całe życie dużo czytałem, przez wiele lat byłem też zapalonym kinomanem, tak więc, jako starszy nastolatek i później, z alkoholizmem i alkoholikami zacząłem stykać się w książkach i filmach — pamiętam na przykład powieść „Pilot” Roberta Davisa i na jej podstawie nakręcony film z Cliffem Robertsonem, czy polski film „Nie będę cię kochać” Janusza Nasfetera. Doświadczenia te okazały się z czasem bardzo pomocne, oszczędziły mi wiele cierpień. Przyjaciele opowiadają czasem, jak to rozpaczliwie walczyli z samym określeniem alkoholik, nie chcieli zgodzić się na to, według nich, poniżające piętno i plugawe wyzwisko, a więc i na określone konsekwencje, które wynikają z uznania się za alkoholika, czyli konieczność leczenia odwykowego i/lub uczestniczenia w spotkaniach AA. Ja wiedziałem od dawna, że alkoholizm to jest choroba, że to się leczy, że są jacyś Anonimowi Alkoholicy (wydawało mi się wtedy, że to coś w rodzaju klubu abstynenta). Dzięki temu szybciej gotów byłem się poddać, zaoszczędziłem sobie zapewne parę lat pijanego obłędu. Tym niemniej w tamtym okresie wydawało mi się jeszcze, nawet byłem święcie przekonany, że cały problem tkwi w alkoholu i jego nadużywaniu.


Świadkiem jakiegoś mojego pijackiego wyczynu była znajoma, Al-anonka[2] po terapiach. Diagnozę postawiła mi bezbłędnie i pożyczyła książki na temat uzależnienia. Z jednej z nich dowiedziałem się, że problemem alkoholika nie jest alkohol, że chyba chodzi tu jednak o coś więcej, o coś jeszcze. W tym czasie była to wiedza, z której nic dla mnie nie wynikało, której nie potrafiłem wykorzystać jednak, jak widać, informację tę jakoś tam zapamiętałem. Choć piłem jeszcze ze trzy-cztery lata, i to coraz bardziej destrukcyjnie, a może nawet kasacyjnie, w końcu mi się ona przydała, okazała przydatna i pomocna.


Znalezienie odpowiedzi na pytanie: jeśli nie alkohol, to co w takim razie jest moim, jako alkoholika, głównym problemem? — zajęło mi wiele lat. Nie pomogła w tym psychoterapia odwykowa, nie pomogła mityngowa liturgia słowa (problemy i radości, i ceremonialnie odczytywane długaśne teksty zawarte w scenariuszach). Pomógł Program AA i literatura Wspólnoty — w głównej mierze, bo oczywiście także sponsorzy, różne warsztaty, pierwsi podopieczni, a nawet pozornie przypadkowe mityngowe wypowiedzi na temat Kroków.


Czwarty i Piąty Krok[3] realizowałem kilka razy — z powodów, które w tym momencie nie są ważne — z różnymi ludźmi, w różnych miejscach, w różny sposób. Za pierwszym razem odkryłem, że istotę moich błędów stanowi głównie egocentryzm i egoizm. Nie zaskoczyło mnie to jakoś, bo przecież w WK wyraźnie napisano: Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!… To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów[4]. Jednak za drugim razem zorientowałem się, że jest tu jeszcze głębsze dno, bo ten egocentryzm i egoizm wynikał ze strachu i lęku. Kiedy w 12x12 przeczytałem: Głównym motorem naszych wad był samolubny lęk, że możemy utracić coś co już posiadamy, albo że nie uda nam się zdobyć czegoś, czego pragniemy[5] — wiedziałem już, że to ja, że to o mnie, że o to właśnie chodzi: kradłem przedmioty, rzeczy, bo bałem się, że nie będę miał tego, na co mam ochotę, czego potrzebuję, co wydawało mi się niezbędne oraz starałem się zniewolić, przywiązać ludzi z obawy przed odrzuceniem i samotnością.


Znowu minąć musiały lata, zanim zadałem sobie kolejne niewygodne pytanie: dlaczego się bałem? Właśnie tak! Dlaczego się bałem, a nie czego się bałem, bo czego się bałem, to przecież już wiedziałem. Czyli po prostu: skąd wziął mi się ten strach czy też lęk?

Nie jestem socjopatą, nie wychowałem się w pustyni i w puszczy, gdzie dobry uczynek to jak Kali komuś ukraść krowy. Przecież dobrze wiedziałem i zdawałem sobie sprawę, że cudzołóstwo, kłamstwo, kradzież, są to zachowania i postępowanie moralnie naganne, ale… Ale ilekroć musieliśmy wybierać między charakterem a przyjemnością, troska o szlachetność charakteru ginęła w pogoni za urojonym szczęściem[6]. Cóż z tego, że miałem jakieś zasady, jeśli permanentnie brakowało mi siły, by żyć zgodnie z nimi!? Jaka była geneza mojego strachu i lęku? Wreszcie zrozumiałem, że strach (lęk, obawa, panika itp.) wynika ze słabości, z braku siły. Boją się słabi i bezsilni. Głównym naszym problemem okazał się kompletny brak siły duchowej[7].

Czyli kolejno: najbardziej rzucające się w oczy spektakularne picie — niżej egoizm i egocentryzm — jeszcze niżej strach i jego odmiany — wreszcie na samym dole to, co najważniejsze… brak siły duchowej. W taki właśnie sposób, coraz głębiej, sięgałem do źródeł swoich problemów, do ich prawdziwej natury czy istoty.


Opisane na kilku stronach wydaje się to proste, ale w rzeczywistości zajęło mi całe lata. Jednak chyba nawet nie to jest najbardziej irytujące, ale fakt, że odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości, i rozwiązanie problemu alkoholizmu miałem cały czas pod nosem, w dwóch książkach. Koziołek Matołek też musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko, tylko dlaczego wydawało mi się, że jestem od niego bardziej roztropny? Wydawało mi się… właśnie — tylko wydawało.


Jestem alkoholikiem — rozumiem już, że alkohol nie był głównym problemem w moim życiu (Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jej rozwojowi[8]). Różne moje problemy ujawniały się i potęgowały właśnie wtedy, kiedy przestawałem pić. A tak, tak! Bo kiedy piłem, byłem po prostu pijany. To właśnie podczas przerw w piciu podejmowałem decyzje o… następnym piciu i to pomimo koszmarnych konsekwencji poprzedniego picia (także wiele innych, równie absurdalnych). Dlatego sądzimy, że człowiek, który uważa iż tylko wystarczy nie pić nie przemyślał wszystkiego[9]. Do czasu alkohol nie tylko nie był problemem — był nawet rozwiązaniem. Żyjąc pod presją wiecznie niezaspokojonych wymagań, pozostawaliśmy w stanie chronicznego rozdrażnienia i rozczarowań[10] — w tych stanach alkohol przynosił ulgę. Inny potwierdzający ten fakt cytat pochodzi z WK: Bez alkoholu są niespokojni, skorzy do gniewu i rozgoryczenia, dopóki nie doznają uczucia ulgi i uspokojenia, które przychodzi wraz z wypiciem kilku kieliszków…[11].

„Terror szybkiej ulgi” (znakomity tytuł artykułu Miki Dunin — do dzisiaj nie mogę jej wybaczyć, że to nie ja go wymyśliłem) — dokładnie tak! Szybkiej ulgi, która skutecznie niweczy każdą szansę na osiągnięcie satysfakcjonujących, długofalowych efektów.


Pewnego dnia nie będzie umiał wyobrazić sobie życia ani z alkoholem, ani bez niego. Wtedy dopiero, jak mało kto, pozna co to jest samotność. Wówczas uświadomi sobie, że znalazł się na skraju przepaści. Będzie życzył sobie już tylko śmierci[12].

Tak, to ja, to także o mnie.


Anonimowi Alkoholicy… rozwiązali problem alkoholizmu[13]. To rozwiązanie zapewne usłyszeć można na każdym mityngu AA, bo zawarte jest w Drugim Kroku: Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie. Także w Wielkiej Księdze znaleźć można jasne stwierdzenie: Koniecznością dla nas stało się znalezienie takiej siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Musiała to być SIŁA POTĘŻNIEJSZA NIŻ NASZA WŁASNA[14].


Być może tu właśnie należy szukać źródeł popularności opolskiej grupy „Wsparcie”, zorientowanej głównie na nowicjuszy i początkujących, której mityngowe tematy nie wychodzą poza problematykę pierwszych trzech Kroków (Krok 1 — precyzuje problem, Krok 2 — określa rozwiązanie, Krok 3 — to postanowienie). Alkoholicy — z różnym stażem abstynenckim i płci obojga — przychodzą tu, żeby usłyszeć o skutecznym rozwiązaniu. Resztę zrobią już ze swoimi sponsorami. Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem[15]. Sponsor — dla tych, którzy tego nie wiedzą — to po prostu alkoholik z większym doświadczeniem, który z pomocą i pod kierunkiem swojego sponsora poznał już i zrealizował w swoim własnym życiu Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików i teraz bezinteresownie pomaga swojemu podopiecznemu odnaleźć tę Siłę, o której była mowa wcześniej oraz pokazuje, jak czerpać z jej zasobów.

Przekleństwo „Zamiast”

Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia[16] — sporo uciechy miałem, kiedy natrafiłem w jakiejś książce na te słowa. Jednak frajda nie trwała zbyt długo, bo przywołała zdecydowanie przykre skojarzenia i wspomnienia.


Zamiast — jedno z przeklętych słów, mniej lub bardziej obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to całymi latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na następne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Wydawało mi się, że wyjątkowo upiłem się, bo piłem na pusty żołądek (albo byłem zmęczony, miałem gorszy dzień itp.), wyjątkowo tylko dostałem torsji, bo pewnie grzybki mi zaszkodziły (tatar był nieświeży, gospodarz upierał się przy mieszaniu alkoholi itp.), wyjątkowo nie dotrzymałem słowa, spóźniłem się do pracy, zapomniałem…


Wreszcie sięgnąłem swego dna i przestałem pić, jednak zamiast nie zniknęło z mojego życia, uległo tylko pewnej… modyfikacji. Zamiast realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, przez prawie rok w terapii DDA, przez pół roku w warsztatach z duchowości, regularnie chodziłem na mityngi AA… Pewnego razu usłyszałem, że choroba alkoholowa inteligentnieje wraz ze mną i zapewne coś w tym jest, bo moje zamiast robiło się coraz bardziej wyrafinowane. Bo czy jest coś złego w leczeniu odwykowym albo w warsztatach rozwoju osobistego? Skądże! Tyle tylko, że zorientowałem się (po latach), że podejmuję te działania zamiast tego, co faktycznie powinienem zrobić. To tak jak z uczniem, który zamiast odrabiać zadanie domowe albo pilnie się uczyć (zbliża się klasówka), zaczyna sprzątać swój pokój, porządkować szafki, nawet czyścić buty. Przez kilka miesięcy mieszkałem w akademiku i do dziś pamiętam, jak przed sesją egzaminacyjną wpadliśmy na genialny pomysł, że właśnie teraz musimy koniecznie wyprać wykładzinę w naszym pokoju. Notabene egzaminów nie zdałem.


W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem (gdyby szef poradni odwykowej nie powiedział mi pewnego razu, że nie mają mi już nic do zaoferowania, nie wiem, ile by to jeszcze trwało), więc moje zamiast przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby. Czy jest coś złego w służbach w AA? Ależ skądże! Problem w tym, że zaufany sługa może być dla swojej grupy, intergrupy, regionu, realnie bardzo przydatny, a nawet chwalony, jednak dla niego samego działania podejmowane zamiast (rzetelnej realizacji Programu na przykład) mogą okazać się jakby nieco mniej korzystne.

Następne moje zamiast wiązało się już z poważnym zaangażowaniem w życie religijne i kościelne. I znowu mógłbym spytać, czy w obrzędach religijnych i liturgii jest coś złego i natychmiast, zgodnie z prawdą odpowiedzieć, że przecież nie, nie jest, ale… Byłem coraz bardziej zmęczony nieskutecznymi działaniami i cierpieniem, więc po trzech-czterech latach abstynencji poprosiłem o pomoc drugiego alkoholika.


Perfidia zamiast polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania problemu. Chodzi tu o brak gotowości (albo nie wiem, co zrobić, jak zrobić i kiedy, albo po prostu i zwyczajnie nie chcę zrobić tego, co powinienem), jak i uczciwości wobec siebie. Co najgorsze — wcale nie musi to być w pełni świadome i prawdopodobnie często faktycznie nie jest.

Pamiętam jak kiedyś sporo wysiłku kosztowało mnie uświadomienie sobie, że nie muszę właśnie dziś sprzątać piwnicy — tak naprawdę chodziło o strach przed planowaną wizytą u dentysty. Jeszcze moment i pewnie skutecznie wmówiłbym sobie, że ja naprawdę nie mogę iść dziś do dentysty, bo muszę sprzątać piwnicę. W rozpoznawaniu takich sytuacji pomocne okazuje się stare powiedzenie: kto chce — szuka sposobów, kto nie chce — szuka powodów. Przydaje się też dowcip o pijaku, który zgubionej monety szukał pod latarnią, bo jasno, a nie tam, gdzie faktycznie ją zgubił, czyli w ciemnym zaułku. A na mityngach (czyli po prostu spotkaniach) AA usłyszeć można powiedzenie: rąbiesz nie to drzewo.


Czy od zamiast jestem w stanie uwolnić się całkowicie i na zawsze? Przybiera ono tak różne formy, że zapewne nie, ale to oznacza jedynie potrzebę nieustannej czujności i pracy. O doświadczeniu duchowym Bill W. pisał w WK: Będziemy je przeżywać tak długo dopóki zachowamy odpowiedni stan ducha[17]. Dopóki! Czyli nawet tym, którzy już go doświadczyli, nie jest ono dane raz na zawsze i bezwarunkowo, i to ja muszę dbać o odpowiedni stan ducha, który jest (także) wynikiem równowagi. W ten właśnie sposób i dzięki temu wreszcie zrozumiałem słowa: Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich[18].


Może warto czasem zatrzymać się w biegu i w ciszy zapytać samego siebie, czy gromadę podopiecznych mam, bo jestem w stanie im pomóc i mam takie możliwości, czy może są to działania, jakie podejmuję zamiast rozwiązywania problemów w swojej rodzinie? Czy kolejne warsztaty w tym roku organizuję w interesie potrzebujących, czy może zamiast pracy, którą sam powinienem podjąć w ramach Kroku Szóstego albo Dziesiątego?


Mogłoby się wydawać, że jeśli trzeźwy alkoholik chce, dla wspólnego dobra, poświęcać własną rodzinę, zdrowie, może trzeźwość, to w końcu jego sprawa, jest dorosły, wie co robi, a więc wszystko jest w porządku, ale czy rzeczywiście? Czy w taki sposób powinno się traktować (czytaj: wykorzystywać) przyjaciół? Krótkotrwałe zyski, czy długofalowe efekty? — dla trzeźwego alkoholika wybór nie powinien stanowić problemu, ale może już nie tylko o swoje długofalowe efekty powinienem dbać i zabiegać? Na takie wątpliwości i pytania usłyszałem pewnego razu odpowiedź: jeśli ktoś chce dawać, to przecież nic mi do tego. No, nie wiem… A jeśli nawet tak jest, to zastanawiam się, czy alkoholik, który — być może — pogubił się w swoim życiu, bo dopuścił do poważnego zachwiania równowagi (duchowej, emocjonalnej, społecznej), ma jeszcze co dawać? I jaka, ewentualnie, jest jakość tego, co w tych warunkach, choć w dobrej wierze, stara się rozdawać innym?


Ludzie trzeźwo myślący mają przekonania zbudowane na bazie wiedzy i doświadczenia. Alkoholicy (ludzie nietrzeźwi) mają często przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

Przebudzenie duchowe alkoholika

Wciąż jeszcze ubolewam nad tym, że weterani tego ruchu zrezygnowali ze słowa „doświadczenie” na rzecz słowa „przebudzenie”[19].


Jak zawsze, prezentuję tylko swoje własne doświadczenia, przekonania i przemyślenia. Nie ma potrzeby się z nimi zgadzać albo nie zgadzać. Może tylko warto przymierzyć je do swoich potrzeb i własnych dotychczasowych doświadczeń i sprawdzić, czy przypadkiem nie okażą się przydatne. Jeśli nie — proszę odrzucić bez wahania.


Przez lata niepicia zgromadziłem całkiem pokaźną kolekcję fantazji na temat duchowego przebudzenia. Pamiętam, że w pierwszej wersji myliło mi się ono z objawieniem, czy też religijnym nawróceniem i wyprodukowałem sobie (na bazie mityngowych wypowiedzi) przekonanie, że jeśli nie stanę się gorliwym katolikiem i nie będę regularnie uczestniczył w niedzielnej mszy świętej, to nici z przebudzenia, a tym samym z dalszego skutecznego trzeźwienia. Wprawdzie dość szybko zrozumiałem, że duchowość mylę z religijnością, jednak dużo dłużej nie potrafiłem wyobrazić sobie przebudzenia duchowego inaczej, niż w postaci wielce spektakularnego wydarzenia typu światło i dźwięk. Odrobinę zawinił tu zapewne Anthony De Mello i jego „Przebudzenie”, największym jednak problemem — jak to oceniam z perspektywy czasu — było chyba samo określenie przebudzenie, które zakłada stan zero-jedynkowy, bo w końcu albo śpię, albo nie. Pozostałość czarno-białego postrzegania świata po prostu i alkoholowej tendencji do operowania skrajnościami.


Na trzecią rocznicę dostałem od grupy książkę „Uwierzyliśmy” (mniej więcej wtedy też pojawił się w moim życiu drugi sponsor) i choć za pierwszym razem czytałem ją może bez wielkiego zapału i na pewno nie wszystko w niej zrozumiałem, to jednak wiele mi pomogła, a zwłaszcza takie oto fragmenty:


Podobnie jak wielu innym uczestnikom AA, i mnie nie było dane zaznać doniosłego i świadomego przeżycia duchowego, i czułam się trochę tego pozbawiona, tak jakby coś mnie ominęło. Ale — jak zauważył współzałożyciel AA Bill W. — „nasz Program jest lepszy niż myślimy”. Dzięki Programowi uwierzyłam, choć proces ten rozpoznałam dopiero wtedy, gdy spojrzałam na niego z perspektywy czasu[20].


Dowiedziałam się, że wielu innych nie przeżywa „elektryzującego momentu” i że im skrzydła wyrastają wolniej — lecz mimo to są one mocne i piękne[21].


W każdym razie dowiedziałem się wtedy i zrozumiałem, że to przebudzenie duchowe, tak pożądane przez miliony anonimowych alkoholików, może być też nazwane — i to bez szkody dla jakości — przeżyciem duchowym albo doświadczeniem duchowym. Zacząłem, początkowo bardzo powoli i opornie, budować swoje trzeźwienie na realnym gruncie, łapać jakiś kontakt z rzeczywistością, zamiast chaosu przekonań, wyobrażeń, marzeń, oczekiwań i fantazji.


W „Uwierzyliśmy” znalazłem także stwierdzenie Billa W. (Czy niepicie to wszystko, czego mamy się spodziewać po przebudzeniu duchowym? Nie; abstynencja to zaledwie sam początek — to tylko pierwszy dar pierwszego przebudzenia. Jeśli mamy otrzymać ich więcej, proces przebudzenia musi postępować naprzód[22]), z którego wynikało, że całe to przebudzenie duchowe nie musi być wydarzeniem jednorazowym i spektakularnym, że trzeźwienie alkoholika może zbudowane być na bazie całego szeregu przebudzeń nieco mniejszego kalibru. Dzięki pierwszemu z nich przestałem upierać się, że to świat ma problem, bo ja piję jak wszyscy, a w ogóle to świetnie poradzę sobie sam, ze wszystkim zresztą. Po nim nastąpiły kolejne… przebudzenia, doświadczenia i przeżycia duchowe, które nazywam kamieniami milowymi swojego trzeźwienia i osobistego rozwoju.


Po pewnym czasie, co zresztą prędzej czy później nastąpić musiało, pojawił się problem odróżniania przebudzenia duchowego od wzruszeń, egzaltacji i innych takich zaburzeń równowagi emocjonalnej. Wykombinowałem, że przebudzenie musi, z założenia, wiązać się ze zmianą i… utknąłem w martwym punkcie, ale nie na długo, bo wkrótce przyszedł mi z pomocą Bill jednym prostym zdaniem: Jest tylko jeden pewny sprawdzian wartości jakiegokolwiek doświadczenia duchowego: „Po owocach ich poznacie ich”[23]. A więc nie chodzi o ekstatyczne przeżycia czy przejmujące doznania, ale po prostu o realne, namacalne efekty. Albo też ich brak. Zawartość, a nie atrakcyjne opakowanie. Treść, a nie ekscytująca forma.


Powoli zaczynały się wyjaśniać tajemnice z przeszłości, z czasów picia, a nawet jeszcze wcześniejszych. Wiele razy zastanawiałem się, czy jestem może człowiekiem opętanym, jakimś demonem zła, socjopatą, niezdolnym do odróżnienia dobra od zła? Dokonywałem przecież czynów — delikatnie mówiąc — moralnie nagannych. Dlaczego? Przyznam też, że nigdy nie trafiała mi do przekonania terapeutyczna koncepcja dobrego człowieka, który robi złe rzeczy. Bo jak to, jestem uczciwy, tylko czasem kradnę? Ona jest wierna i lojalna, ale ma pecha, bo wyszła za mąż za rogacza i wiecznie zdradza? Coś tu było nie tak…

Podczas pracy nad Czwartym i Piątym Krokiem AA zorientowałem się, że istotą moich błędów jest egoizm i egocentryzm. Kiedy robiłem je po raz kolejny, odkryłem drugie dno, bo okazało się, że egoizm i egocentryzm wynikał ze strachu i lęku (wybitnie dokuczliwa okazała się jego odmiana zwana egocentrycznym lękiem). Ale dowiedziałem się również, że nie jest prawdą, jakobym nie miał żadnego systemu wartości duchowych, żadnych priorytetów, żadnego kręgosłupa moralnego. Cóż więc się działo???


W każdym razie dopiero rozważania nad istotą przebudzenia duchowego pozwoliły mi pojąć, że już od dzieciństwa miałem jasno określone normy moralne, całkiem sensowny i wbrew pozorom wcale nie zdegenerowany świat wartości, w którym oczywiste było, że kłamstwo jest złe, a prawdomówność dobra, że złodziejstwo jest złe, a uczciwość dobra, że zdrada jest zła… Tak, zawsze wiedziałem, rozumiałem i czułem, że zdrada małżeńska jest czynem nagannym, ale przecież kiedy nadarzyła się okazja, skorzystałem z niej bez chwili wahania. I wcale nie chodziło o to, że nie mogłem opanować napięcia seksualnego (pożądania), bo mogłem; jeszcze całkiem nieźle to wydarzenie pamiętam.

Tak, miałem cały system zasad, miałem komplet wartości moralnych i przekonań, ale też ewidentny niedobór siły duchowej, która pozwalałaby mi żyć zgodnie z nimi.


W ten oto sposób odkryłem drugi niezbędny element doświadczenia czy przebudzenia duchowego — jest nim siła ducha, dzięki której mogę żyć zgodnie ze swoimi wartościami. Podczas psychoterapii mówili, że jest ona we mnie, trzeba tylko ją odnaleźć, ewentualnie zbudować, jednak w tym przypadku, wierzę raczej wieloletniemu doświadczeniu AA i tej Siły szukam (i odnajduję) poza sobą. Jest ona niewątpliwie większa niż moja własna; nawet jeśli …żaden z nas nie potrafił precyzyjnie określić ani pojąć tej Siły, która jest Bogiem[24].


Mijają lata. Inaczej czuję, myślę, wierzę, rozumiem; inna jest moja postawa wobec Boga, życia i ludzi; nareszcie jestem w stanie żyć w harmonii ze światem duchowych wartości. Nastąpiła zmiana. Przebudzenie (doświadczenie, przeżycie) duchowe dokonało się, nie jedno zresztą, mam też wiarę i nadzieję, że nie ostatnie — rozwój duchowy nie ma kresu. Czy w takim razie czas na… święto? Niestety nie. Nadszedł czas na wiadomość najgorszą: to nie wystarczy, to wszystko za mało. Bo przebudzenie duchowe, choćby nie wiem jak widowiskowe i przejmujące, ma wartość, powiedziałbym… teoretyczną, potencjalną. Może ono zmienić moją postawę, przekonania, sposób myślenia i emocje, ale nie zapewni mi realnego doświadczenia oraz praktycznych umiejętności. Jeżeli czegoś nie robiłem jeszcze nigdy w życiu albo też nigdy bez alkoholu, to muszę się tego nauczyć — po prostu. Oczywiście, przebudzenie duchowe może mi w tym dopomóc, bo to i inne nastawienie, i gotowość, i mniejszy poziom lęku itd., ale pewne umiejętności zdobywa się tylko w działaniu, dzięki codziennej praktyce. A na to trzeba pewnego czasu…


Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że przebudzenie, czy też doświadczenie duchowe nie zawsze wystarczy, że jest ono niewątpliwie szansą i nadzieją, ale jednak nie gwarancją, że odtąd właściwie wszystko w moim życiu będzie się działo samo, bez mojego udziału, zaangażowania, wysiłku, a zwłaszcza bez cierpienia, zacząłem pełniej pojmować głęboki sens słów: Dowiedziałam się, że wielu innych nie przeżywa „elektryzującego momentu” i że im skrzydła wyrastają wolniej — lecz mimo to są one mocne i piękne. Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich[25].


Przebudzenie, doświadczenie, przeżycie duchowe jest łaską i darem i jeśli w ogóle zależy od nas, to w stopniu minimalnym. Jest darem, który tak łatwo jest przegapić, oczekując i wypatrując wielkiego BUM! Jest darem, który można zmarnotrawić, próbując zachować tylko dla siebie, nie przekazując dalej albo po prostu nie realizując swojej części zadania, nie robiąc tego, co powinniśmy zrobić sami. Jest darem, talentem, który zobowiązuje…

Alkoholik — trzeźwy czy zdrowy?

Czy możliwe jest całkowite wyleczenie?


W biuletynie „Mityng” przeczytałem kiedyś, że alkoholik to takie cacuszko, co to aby żyć, musi mieć problemy, a jak ich nie ma, to sobie wymyśli, a jak już wymyśli, to musi je rozwiązywać, a jak nie potrafi, to użala się nad sobą. Ja dodałbym jeszcze, że często też zawraca głowę tymi swoimi wydumanymi problemami każdemu, kogo dopadnie.


Przeciętnie raz na kilka-kilkanaście miesięcy stykałem się z wątpliwościami i pytaniem, czy alkoholizm jest chorobą (bo może jest tylko grzechem?), a jeżeli już chorobą, to czy faktycznie nieuleczalną? Odpowiadałem zwykle, a była to odpowiedź poważnie przeze mnie traktowana, osobista, prawdziwa, po prostu bardzo moja, w sposób następujący: A jakie to ma znaczenie? Czemu powinno mnie to obchodzić? — i to najczęściej zupełnie wystarczało. Jednak w ostatnim okresie pytania tego typu posypały się wręcz lawinowo; zadawali je różni ludzie, w różnych miejscach i okolicznościach, w rozmaity sposób i zupełnie niezależnie od siebie. Na dokładkę, moja standardowa odpowiedź, raz czy drugi, nie została zrozumiana zgodnie z moimi intencjami, spotkałem się nawet z zarzutem, że lekceważę sobie ważny temat, zbywam rozmówcę itp. Wprawdzie od razu przypomniało mi się to żartobliwe określenie alkoholika znalezione w „Mityngu”, ale… dobrze, niech i tak będzie; postaram się zaprezentować tutaj swoje zdanie raz jeszcze, wyczerpująco i tak poważnie, jak tylko potrafię, choć może bez wielkiego zapału, bo uważam, że jest to temat ważny dla lekarzy, albo językoznawców, w każdym razie dla profesjonalistów, do których sam siebie nie zaliczam.


Czy alkoholizm jest chorobą? Oczywiście — jest. Dlaczego? Ano, po prostu dlatego, że opisany jest, pod numerem F10.2, w dziesiątej edycji Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD 10), opracowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO — World Health Organization). I to wszystko. Jeżeli kogoś w tym momencie rozczarowałem, to przykro mi, ale takie wyjaśnienie w zupełności mi wystarcza i w pełni satysfakcjonuje. Bo, jako człowiek trzeźwy, nie sprzeczam się z faktami. Nie uważam też, bym miał kompetencje, doświadczenie albo wiedzę, upoważniające mnie do negowania, czy choćby tylko polemizowania z opinią i decyzją Światowej Organizacją Zdrowia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 54.96
drukowana A5
Kolorowa
za 84.2