E-book
14
drukowana A5
39.99
Kretyńska Komedia

Bezpłatny fragment - Kretyńska Komedia


Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8245-550-2
E-book
za 14
drukowana A5
za 39.99

Prolog

Dźwięk obcasów odbijał się głuchym echem od ścian późnorenesansowej budowli, jaką była bazylika świętego Piotra w Watykanie. Światło księżyca wpadało przez wielkie okiennice wprost na ciemny korytarz tej starej, a jednak ponad czasowej konstrukcji. Młoda kobieta po raz kolejny obejrzała się za siebie. Widząc tylko bezdenną ciemność pewnym krokiem ruszyła dalej.

Tym razem musi się udać, pomyślała ściskając małe, tajemnicze zawiniątko i starannie okryła je granatowym płaszczem. Serce biło głośno w piersi, w rytm stawianych kroków, a w szmaragdowych oczach tliły się iskierki strachu. Tym razem nie mogła się pomylić, nie mogła zawieść. Już tyle razy próbowali tego dokonać, tak wiele razy narażali się na złapanie i wieczne potępienie w lochach Watykanu. A teraz najmniejsze potknięcie oznaczało całkowitą zgubę i koniec wszystkiego. Baltazar, Veronika, Aurelia, Napoleon, Juliusz, Enrico, Benito, Giuseppe, Adila, Giovanni i Sawerio, oni wszyscy na nią liczyli. Nie mogła ich zawieść. Wszystko musiało odbyć się według planu.

Jej jasne, miodowe loki wysuwały się spod kaptura. Dłonie mimowolnie trzęsły się z nerwów a oddech przypominał teraz niedziałającą poprawnie pompkę. Każdy cichy szmer wydobywający się zza rogu sprawiał, że kobieta zatrzymywała się i sprawdzała, czy aby na pewno nic jej nie grozi. Byłoby o wiele łatwiej z opuszczoną fabryką czy szkołą, ruinami, ale centrum świata katolickiego? I to jeszcze z tą ważną misją, której nie mogła zawalić? Myślała, że oszaleje. A każda chwila, która przedłużała tę wizytę zdawała się być wiecznością.

— Cholera, gdzie jest wyjście…? — Zielonooka zatrzymała się na rozstaju korytarzy i nerwowo rozejrzała. Z jednej i drugiej strony widniał tylko długi, ciemny korytarz, który prowadził… No właśnie, gdzie?

Podbiegła do okna znajdującego się na przeciw. Bite pięć metrów w dół, na sam plac świętego Piotra, gdzie każdego dnia odbywały się msze prowadzone przez papieża. I co robić? W każdej chwili ktoś mógł ją nakryć.

— Myśl, Izabelle, myśl — powtarzała sobie cicho, dalej szamotając się to w lewą to w prawą. — Co to dla ciebie taka wysokość, miałaś do czynienia z większymi…

Jeszcze raz wyjrzała przez okno, aby rozeznać się w terenie. Plac był pusty, żadnej straży. Nikt by jej nie zauważył, przeszłaby niespostrzeżenie. Całkiem bezpieczna. To była jej szansa.

— Mus, to mus — mruknęła do siebie nerwowo i jednym zwinnym susem wyskoczyła przez okno, aby chwilę później z wielką gracją wylądować na bruku.

Rozejrzała się szybko. Lewo — czysto, prawo — czysto, droga do ucieczki — bez nikogo, kto mógłby jej przeszkodzić. Izabelle zacisnęła mocno chude dłonie na przedmiocie, który zabrała z bazyliki, a następnie rzuciła się do ucieczki. Krew pulsowała w żyłach kobiety, ledwo załapywała chełsty chłodnego, marcowego powietrza.

Udało się, już prawie się udało, mówiła radośnie do siebie w myślach, będąc coraz bliżej wyjścia z placu. Jeszcze chwila, jeszcze jedna chwileczka, już zaraz będzie po wszystkim. Powoli zaczynała uśmiechać się do siebie. Jeszcze jedna, mała chwilka i już będzie po wszystkim — powtarzała. Jeszcze tylko kilka kroków i…

Wtem rozległ się jeden, krótki huk, którego echo rozeszło się po kolumnach budowli. Plac świętego Piotra przedarła kula wystrzelona ze szwajcarskiej broni. Jasnowłosa padła na ziemię z przestrzeloną głową. Czerwona posoka wytrysnęła z czaszki, tworząc wielką, nieregularną plamę. Zawiniątko, które niosła, poturlało się kilka metrów dalej i zniknęło w ciemności.

— Tutaj! Mamy złodzieja! — zawołał ktoś z mocnym szwajcarskim akcentem. Musiał być to ktoś z szwajcarskiej żandarmerii, która miała za zadanie strzec Watykanu.

Chwilę później jeden z żołnierzy podszedł do trupa i schylił się nad nim. Podniósł za włosy i zawołał.

— No, Andrey, nieźle ją załatwiłeś!

Wokół ciała powstało niemałe zbiorowisko straży z północy. Mężczyźni przepychali się między sobą z nadzieją oględzin trupa. Już dawno w Watykanie nie wydarzyło się nic ciekawego. Każdy z nich próbował dopchać się do miejsca zdarzenia. Niektórzy z nich nachylali się nad zabitą kobietą i kręcili głowami z dezaprobatą.

— Odsunąć się — nakazał biskup, który właśnie zjawił się na placu i próbował przedostać się do zwłok. Dotarcie do samego epicentrum wydarzenia kosztowała go wiele wysiłku. A gdy wreszcie znalazł się przed martwym ciałem, najpierw odsapnął zmachany i zza swojego dorodnego brzucha, który uniemożliwiał mu dostrzeżenie własnych stóp, spojrzał w dół. — Przeszukać ją — rozkazał, kiedy ujrzał twarz kobiety.

— Nie znaleźliśmy nic, prócz tego — wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna podał duchownemu pocztówkę, na którym widniał Łuk Triumfalny, stojący w Paryżu; dokładnie ten, który rozpoczynał Pola Elizejskie.

— Cholera, a gdzie jest księga, którą zabrała?! — zaklął gniotąc kartkę pocztową.

Przeszukiwanie najbliższego terenu nic nie dało. Nigdzie nie znaleziono księgi, która została tej nocy wykradziona w watykańskiej biblioteki. Przepadła w ciemnościach okalających plac świętego Piotra. Przepadła, rozpłynęła się w powietrzy tak, jakby nigdy wcześniej nie istniała.

Akt Pierwszy

Niebo

I

— Właśnie, dlatego nienawidzę szkoły — mruczałam niewyraźnie pod nosem, przemierzając wolnym krokiem ulice lądowej części Wenecji, jaką była dzielnica Mestre.

Na mojej twarzy malował się wyraz, który powodował, że inni piesi od razu usuwali mi się z drogi lub jak kto woli — rozstępowali się przede mną jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.

— Cholera, że też przyszło mi się użerać z tym pospólstwem — mówiłam do siebie cicho, co rusz zerkając w stronę osób z mojej klasy, które stały na przystanku.

Wszyscy pogrążeni w radosnych rozmowach i gestykulacji, czekali na transport do domu. Niektórzy z chłopaków stali samotnie z książką przed nosem, choć w rzeczywistości była ona jedynie przykrywką dla kolorowych pisemek ze zdjęciami nagich kobiet. Kilku z nich popalało ukradkiem papierosy a jeszcze inni ostentacyjnie palili blanta.

Oj nie, moja klasa była po prostu beznadziejna. Chłopcy niemal wszyscy, bez wyjątku mieli tylko jedno w głowie, a dziewczyny też nie były od nich lepsze. Kokietowały płeć przeciwną, prowokowały przykrótkimi spódniczkami i mocnym makijażem, który w domu pewnie musiały zdzierać szpachelką. Totalne bezmózgowie, któremu potrzebne do szczęścia były tylko imprezy. No i ja. Czarna owca klasy II c — Julia Russo. Tutejsze popychadło, dziewczynka na posyłki i obiekt kpin klasowej księżniczki — Arianny. Ech, jak ja nienawidzę tego babska z tlenionymi blond włosami… A przepraszam… Tlenioną szopą na głowie. Blondynka stała teraz w towarzystwie umięśnionych gagatków, którzy raczej nie chodzili do naszej klasy.

Arianna gardziła wszystkim i wszystkimi. Ludzie się jej bali, nie tylko przez jej cięty język, ale również przez obstawę mięśniaków, z którymi wszędzie się poruszała — prócz lekcji. Choć mogłabym przysiąc, że gdyby było to możliwe, pewnie ta dwójka stałaby u jej boki nawet w chwili testu z matematyki.

— No nareszcie — burknęłam do siebie, gdy mój transport do morskiej części Wenecji wreszcie raczył przyjechać. — Ile można czekać?

Z wielce naburmuszoną miną weszłam do autobusu miejskiego i posyłając innym pasażerom spojrzenie godne stwierdzenia „pożrę twą duszę i wypluję przeżutą”, odbiłam się kartą magnetyczną, która służyła za bilet miesięczny i usiadłam na wolnym miejscu obok — jak później zauważyłam — śpiącej cyganki. Tak, śpiącej, na jej szczęście, bo gdyby zaraz wyskoczyła z zapytaniem „powróżyć pani?”, dostałaby porządnego gonga w nos. Zupełnie jak ostatnia, która weszła mi w drogę. Nie żebym miała coś do samych Cyganek, w końcu to człowiek jak każdy inny. Denerwowało mnie jedyne natarczywe zachowanie kobiet, które po pierwszej odmowie, narzucały się z dwukrotnie większą siłą.

Co rusz zerkałam na zegarek i drogę. Most, długi i szeroki most łączący dzielnice Mestre z Wenecją. Jedyna droga dojazdu do stu siedemnastu wysp weneckich. No może prawie jedyna. W końcu istniała jeszcze droga morska wraz z vaporetto.

Szybciej, no, krzyczałam w myślach, niecierpliwie stukając palcami w ekran telefonu. Niestety nie należałam do osób cierpliwych a ten ślimaczy pęd autobusu wcale nie ułatwiał mi tego i tak już złego dnia. Działał mi na nerwy.

Nieopodal nas, na tym samym moście właśnie przejechał pociąg. Westchnęłam znużona.

Dziesięć minut jazdy wydawało się być tak długie i monotonne, że prawdopodobnie gdybym nie jeździła tą trasą codziennie, już dawno dostałabym nerwicy.

Gdy tylko pojazd komunikacji miejskiej zatrzymał się na przystanku głównym, na wyspie, wysiadłam jak najprędzej i wkładając dłonie do kieszeni czarnej bluzy, ruszyłam ponuro w głąb wyspy mijając po drodze jedną z głównych symboli miasta kanałów i gondolierów — most Rialto, który wisiał nad Canale Grande. Ludzie snuli legendy, iż Rialto był mostem zakochanych w sobie kochanków. Moim zdaniem o wiele bardziej pasowało do niego określenie mostu samobójców. W historii Wenecji dziesiątki zbłąkanych dusz wybierało to miejsce, aby dokonać nieszczęsnego żywota. Jednak ta opcja nie była aż tak atrakcyjna dla turystów, jak ta pierwsza.

Uroki miasta świętego Marka dla każdego nowo przybyłego turysty będą niewyobrażalne i nadzwyczajne. Każde miejsce będzie magiczne, a każda uliczka taką samą drogą jak tęcza do garnka złota. Każdy kanał będzie tajemniczym tunelem, a gondolier rycerzem na białym koniu. No dobra, gondolier w roli rycerza to coś, przesadzonego. W Wenecji nie ma koni. Załóżmy więc, że jego rolę obrałaby klimatyczna, podłużna łódź będąca gondolą.

W każdym razie Wenecja, który odwiedza to miasto nawet wielokrotnie, zawsze będzie magiczna. A co ma powiedzieć osoba, która mieszka tu już osiemnaście lat?

Nudy!

Kompletne nudy i monotonność dnia codziennego. Nie wspominając już o tym, że po sezonie turystycznym Wenecję lepiej opuścić, albo zaopatrzyć się w kalosze po szyję. Podczas zimy miasto gondolierów niemal całkowicie tonie pod wodą, która wylewa się z kanałów poprzez podniesienie jej poziomu. Zima to też najgorszy czas na zwiedzanie tego miejsca. Większość atrakcji jest zamkniętych, uliczki obumierają a miejscowi albo opuszczają Wenecję na kilka tygodni, aby wrócić, gdy poziom wody wreszcie nie obniży.

A co ja robię, gdy wszystkie chodniki i większość mostów pochłania żywioł? Pakuje manatki i wraz z wujaszkiem przenosimy się do Mestre. Tak, dobrze zrozumieliście — mieszkam z wujkiem. Rodzice? A żebym ja, chociaż znała ich imiona. Szczerze? Nie obchodzi mnie to. Jest dobrze tak, jak jest. Wiem tylko tyle, że odeszli, kiedy jeszcze byłam mała. Wujaszek nigdy specjalnie o nich nie wspominał, a ja nie należałam do ciekawskich dzieci. Mieszkanie z wujaszkiem było dla mnie po prostu normą i nikt nawet nie próbował wyprowadzić z błędu.

— Już jestem — rzuciłam mrukliwie do wujaszka, który właśnie skończył przerwę i szykował się do wyjścia.

Był wysokim, czarnowłosym Włochem o dużych piwnych oczach, które już za pierwszym spojrzeniem potrafiły odczytać wszystko z twarzy drugiej osoby. Posiadał całkiem przydatny dar, dzięki któremu nie mieliśmy przed sobą tajemnic, a nasze relacje zbudowane były na wspólnym zaufaniu. Nawet gdybym próbowała skłamać, to nie było takiej opcji.

— Dobrze. Obiad masz w lodówce, odgrzej sobie. A na stole zostawiłem ciasto miodowe — w drzwiach kuchni stanął Giuseppe Armanni, mający na sobie czarne, długie spodnie, ciasną koszulkę w biało-czarne poprzeczne paski i przewiązaną na szyi czerwoną chustę. Wyglądał niczym rasowy, renomowany gondolier z ulotki promującej turystyczne atrakcje Wenecji.

Zgadza się, wujaszek był gondolierem. Pracował w taki sposób głównie podczas sezonu turystycznego, kiedy kanały nie wylewały. Jednak, gdy woda zalewała miasto przenosiliśmy się do Mestre, gdzie trudnił się w gastronomii. Właściwie pracował jako pomocnik kucharza w restauracji kumpla, którego określałam mianem wujcia Giovanni’ego.

Mogę powiedzieć, że raczej nie byliśmy bogaci, ale zdecydowanie wystarczało nam na produkty pierwszej potrzeby. Nie byłam wymagającą dziewczyną — ku wielkiej uciesze wujaszka i jego portfela — jak moje rówieśniczki. Zbędne mi były kilogramy kosmetyków i ubrania założone tylko raz, kupione przez kaprys, aby się pokazać.

— Spokojnie, poradzę sobie — stwierdziłam i porzuciwszy swoją znoszoną torbę pod kuchenny stół od razu dobrałam się do słodkiego ciasta.

Giuseppe tylko z politowaniem pokręcił głową i założywszy żółtawy kapelusz z czerwonym paskiem, wcisnął się w czarne mokasyny i wyszedł z domu.

— Ciasto dobre, jak zawsze.

Ukroiłam sobie dość spory kawałek, odgrzałam pizzę w ramach obiadu, nalałam mleka do kubka wujka nabytego w jednym ze sklepów z pamiątkami i z takim bufetem zamknęłam się w swoim pokoju. Każdy normalny człowiek powiedziałby, że to bomba dla żołądka i przepis na ból brzucha. Ja jednak byłam do tego przyzwyczajona.

Moje przytulne cztery ściany w kolorze jasnej czerwieni i jedno małe okienko, z którego widoki rozchodziły się na całe miasto. Po lewej stronie łóżko, zawalone ubraniami i niechlujnie wymiętą pościelą, nad którym cała ściana obklejona była pocztówkami i różnymi wycinkami z gazet pochodzących z różnych zakamarków całego świata. Wyglądało to bardzo ciekawie i z tego, co wiedziałam, pamiątki te pozostawiła po sobie żona wujaszka. Nie znałam jej, a sam gondolier nie chciał o niej wspominać. Po prawej stała spora dębowa szafa i biurko, które podobnie jak łóżko, zawalone było wszelkiego rodzaju bibelotami, a wykonane było… Właściwie warstwa śmieci była tak gruba, że nie pamiętałam koloru, który krył się pod ich stertą.

Położyłam sobie moją obiadokolację na jednym z dwóch krzesełek, a następnie usiadłam do laptopa — pierw oczywiście wydobywając klawiaturę spod sterty papierków po cukierkach. Włączyłam sobie jeden z seriali na Netflixie i w taki sposób próbowałam relaksować się przez kolejne godziny.

A no tak! Lekcje, przypomniało mi się, gdy pochłonęłam już pizzę i miałam wziąć się za ciasto.

Nie lubiłam szkolnych zadań, które tak naprawdę nic nie wnoszą do późniejszego życia. Bezużyteczne informacje, bezużyteczna wiedza. Ale cóż było innego zrobić? W dzisiejszych czasach bez jakiegokolwiek wykształcenia nie ma życia, tak krótko mówiąc. Najgorsze było jednak to, że często posiadając dyplom ukończenia studiów i tak lądowało się na kasie w McDonaldzie.

— No nic, trzeba ruszyć dupę i odrobić — wstałam od biurka i leniwym krokiem ruszyłam do kuchni, gdzie zostawiłam torbę.

Słońce chowało się za horyzontem i w domu właściwie panował półmrok. Zegar wskazywał już godzinę ósmą wieczorem. Ależ się zasiedziałam przy laptopie, nie ma, co.

Esej na literaturę, trzy strony zadań z matematyki, kartkówka z historii i rozprawka na francuski. Eh, zapowiadała się długa noc. Wujaszek też pewnie tak szybko nie wróci, bo z rana wspominał coś o turystach, którzy chcą pozwiedzać Wenecję nocą i specjalnie zarezerwowali jego usługi na ten czas.

Wstawiłam wodę, aby zrobić mocną kawę i zajrzałam do lodówki. Niestety, okazało się, że pizzy już nie ma. Zostało mi tylko same ciasto miodowe.

— Co jest? — Słysząc dziwny hałas dobiegający z mojego pokoju, poczułam niepokój, ale gdy zajrzałam do niego, wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku. Więc to zignorowałam i wróciłam do kuchni zaparzyć kawę.

BRZDĘK!!!

Tym razem dobiegł mnie dźwięk spadającej porcelany. To już było trochę dziwne albo… Tak, zdecydowanie byłam zmęczona, a te odgłosy z pewnością były wywołane zmęczenie.

Zrobiłam kawę do końca, zasypałam cukrem i upewniając się, że nic już więcej z kuchni nie potrzebuje, wzięłam torbę i wróciłam do pokoju.

Coś tutaj ewidentnie było nie tak. Rzuciłam torbę przy biurku i odłożyłam kubek z kawą. Już miałam usiąść i zacząć lekcję, ale moją uwagę przykuł pusty talerz po cieście, którego przecież nie ruszałam.

Nie, zdaje mi się. Pewnie zjadłam jak siedziałam przy laptopie, tylko nie pamiętam, bo byłam zajęte wczuwaniem się w fabułę serialu. Pokręciłam głową. Oj, miałam zbyt dużą wyobraźnię, zbyt dużą. Za dużo siedzenia w sieci, zdecydowanie za dużo.

Wzięłam talerzyk, kliknęłam zatwierdzenie wstawienia postu na bloga, który prowadziłam pomiędzy oglądaniem seriali a pisaniem rozprawek na francuski.

Tak, byłam blogerką, choć nieznaną przez moich czytelników pod prawdziwym imieniem, bo zapewne byłby to koniec mojego blogowania. A muszę przyznać, że bardzo wiele osób zaglądało do mnie, nawet osoby z mojej klasy. Wiecie, taka podróbka serialowej Hannah Montana.

Już chciałam wyjść z pokoju po kolejną porcję cista miodowego, gdy nagle okno otworzyło się samoczynnie i prosto w plecy dmuchnął chłodny wiatr. Odwróciłam się, zamknęłam okno, dwa razy upewniając się, że jest odpowiednio domknięte. Wtedy coś świsnęło mi koło uszu.

Chyba wleciało przez okno, przemknęło mi przez myśl, ale zignorowałam to. Gdy już chciałam iść do kuchni, zamarłam w bezruchu. Talerzyk po cieście wypadł mi z rąk i poturlał się pod łóżko.

— O cholera — wymsknęło mi się.

Stałam wyprostowana, wpatrując się niemo w mojego… niespodziewanego gościa?

W pokoju jakby nigdy nic, stał czarnowłosy mężczyzna mający bite dwa metry wzrostu. Przyodziany był w czarne mokasyny, spodnie tego samego koloru zaprasowane w kant, białą koszulę, ciemnobrązowy żakiet i okulary połówki na nosie. Może i nie było by w tym nic dziwnego, nawet nie zwracałabym uwagi na to, w jaki sposób wszedł do domu, gdyby nie fakt, iż zamiast zwykłych ludzkich uszu miał parę czarnych, lisich, a u dołu widniało pięć puchatych, białych, również lisich ogonów. Dopóki mnie nie zauważył, pochłonięty był grzebaniem w mojej szafie. Później jednak spojrzał w moją stronę, podszedł z wielkim bananem na twarzy i nachylił się nade mną. Zaciągnął się dymem z fajki, którą palił.

— Ładny z ciebie puzzelek — powiedział delikatnym głosem i buchnął mi tytoniem prosto w twarz.

Zaczęłam kasłać, oczy szczypały niemiłosiernie. Zaczęły łzawić i poczerwieniały. Miałam wielką ochotę przepędzić to dziwne stworzenie na cztery wiatry!

Lisi człowiek nagle rozpłynął się w powietrzu, tak jakby wcale go tutaj nie było, tylko pozostał ból piekących oczu, otwarta szafa i okruszki po cieście miodowym, którego wcale nie zjadłam.

Kurde, co to za halucynacje, pytałam siebie w myślach, postanawiając już nigdzie nie ruszać się ze swojego pokoju. Za dużo! Zdecydowanie za dużo siedzenia w Internecie na stronach poświęconych zjawiskom paranormalnym i serialom.

Usiadłam na łóżku i zwalając niechlujnie ubrania na podłogę powoli zaczęłam zasypiać z głową opartą o szkolną torbę. Tak, wolałam się porządnie wyspać niż widzieć krasnoludki w szkole ze zmęczenia. Dzisiaj lisi człowiek, jutro krasnoludki a po jutrze szpital psychiatryczny.

II

Spać! Jedyna rzecz prócz blogowania, która wychodzi mi bardzo dobrze i jeszcze nikt mi nic złego na ten temat nie powiedział to głęboki sen. Gdybym tylko mogła, przespałabym cały weekend. Szybko jednak okazało się, że to niemożliwe.

Niedziela, upragniony weekend, zero nauki, zero szkoły, czyli brak klasowych mord przed moimi oczami. Oj, tak, tak mogłoby być każdego kolejnego dnia. Mogłam przede wszystkim dobrze się wyspa…

— Co jest, do jasnej cholery?! — zerwałam się z łóżka zbudzona dźwiękiem rzucanych pudeł i skrzynek.

W drodze do okna potknęłam się o szkolną torbę, prawie uderzając głową o kant biurka. Rzuciłam się do okna i otwierając je na oścież, wydarłam się głośno na tego, kto zakłócił mój święty spokój.

— Ki diabeł odważył się przerwać mój sen?!

— Julka, spokojnie. Pomagam nowym sąsiadom przy przeprowadzce — ujrzałam na dole wujaszka i jakiegoś starszego mężczyznę z siwiejącym wąsem, a obok nich sporą stertę kartonów i bibelotów, które zostały przewiezione na pokładzie niewielkiej łódki przycumowanej przy kanale.

— Moim kosztem! — warknęłam niezadowolona.

— Daj spokój, Julcia — gondolier uśmiechnął się promiennie. — Zejdź do nas. Przyda się każda para rąk do pomocy.

— To chyba jakieś żarty! — zatrzasnęłam okno, a szyby zazgrzytały niebezpiecznie w futrynie.

Co oni sobie myślą? Najpierw mnie budzą a później jeszcze liczą na to, że pomogę im w przenoszeniu gratów do mieszkania obok. Niech radzą sobie sami.

Zakręciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku kuchni. Coś było nie tak jak powinno. Omiotłam pokój spojrzeniem. Torba szkolna przed łóżkiem, biurko ze zdartą grubą warstwą śmieci z bukowego, jasnego drewna. Ubrania zrzucone z łóżka zniknęły, a znalazły się w szafie i to do tego ułożone, a dywan… Właśnie! Ja w ogóle miałam dywan?! Został wydobyty spod sterty papierów i plastikowych pojemników po daniach typu fast food. Wielki, indyjski kawał specjalnego materiału z wymalowanym bogiem Śiwą. Otworzyłam szafę, od góry do dołu przeraził mnie porządek, który tam panował.

— Boże, co tu się stało? — jęknęłam smętnie.

Jeśli wujaszek ruszył, choć jedną z moich rzeczy, to chyba zamorduje go gołymi rękoma. Owszem, czasem burknął coś na temat tego, aby posprzątać, ale sam jeszcze nigdy nie ruszył moich przedmiotów. Bez zastanowienia, dalej przyodziana w piżamę — co również było dziwne, bo przecież nie przebierałam się poprzedniego wieczoru — wyszłam z domu i zbiegłam po schodach na dół, gdzie miałam zamiar opieprzyć za to wujaszka.

— Co to ma być?! — stanęłam przed nim, nie biorąc nawet pod uwagę tego, że obok stoi nowy sąsiad i przygląda mi się uważnie.

— Ale co? — zapytał zdziwiony Giuseppe, ale widząc moje gniewne spojrzenie, dodał: — A, chodzi ci o tę pobudkę.

— Ta barbarzyńska pobudka to nic w porównaniu do tego, co stało się z moim pokojem! — skrzyżowałam ręce na piersi. — Oczekuję wyjaśnień.

— Ale jakich, bo nie rozumiem.

Czarnowłosy Włoch odłożył pudło, które trzymał i wytarł ręce w dresowe spodnie.

— No, wysprzątał wujaszek mój pokój — w moich zielonych oczach pojawił się wyrzut.

— Co takiego? — spojrzał na mnie jak na wariatkę. — Nikt normalny nie jest w stanie uprzątnąć twojego pokoju, dziewczyno.

— Ale ktoś tego dokonał — fuknęłam. — I to na pewno nie ja, a jedyną osobą w domu jesteś jeszcze ty.

Obróciłam się i wściekła wróciłam do domu. A nich go gęś kopnie. Będę chciała to i tak mój bajzel wróci. Nie żebym jakoś specjalnie buntowała się przeciw wujaszkowi, bo to naprawdę poczciwy i porządny facet, ale mój pokój to mój pokój, czyli moja sfera osobista. Nikt, nawet on, nie ma prawa tam grzebać. Z drugiej strony, rzeczywiście, miał rację. Nikt w tak krótkim czasie nie byłby w stanie ogarnąć tego, co było w moim pokoju.

Wcisnęłam się w czerwone spodnie, białą koszulkę i bandanką splotłam długie, jasnorude włosy. Nie lubiłam ich. Gdziekolwiek bym się nie ruszyła, zawsze słyszałam od innych głupie komentarze na ich temat. No, ale co one, komu zrobiły, że się na nie tak uwzięli? Cholerne stereotypy. Dlatego właśnie założyłam bloga, żeby obalić stereotypy i pokazać ludziom, że nie ocenia się książki po okładce. A jak miałam zamiar tego dokonać? Ujawniając tożsamość autorki bloga „Felicita andiamo!” wszystkim czytelnikom, których liczba sięgała — nie chwaląc się — kilkunastu tysięcy, a w mojej szkole czytała go, co druga osoba. A kiedy to zrobię? Gdy uznam, że jest na to czas, a na razie jeszcze nie nadszedł. O czym był blog? O wszystkim i niczym, prowadzony w formie pamiętnika z elementami ze świata fantastyki. Ot, taki wielki misz masz.

Właśnie! Fantasy! Robiąc sobie poranną kawę przypomniałam sobie, co wydarzyło się poprzedniego wieczora. Lisi człowiek w moim pokoju, który dmuchnął mi dymem tytoniowym prosto w twarz.

Ta, i to pewnie on posprzątał mój pokój, pomyślałam ironicznie nie wierząc we własną głupotę. Owszem, może i lubiłam tego typy rzeczy, ale zdecydowanie byłam bardziej sceptycznie nastawiona do takich zjawisk występujących w rzeczywistości. A stwierdzając, że wczorajsza kolacja w składzie pizza, ciasto i mleko była mieszanką wybuchową, postawiłam ją za powód moich wczorajszych halucynacji tudzież bardzo realistycznego snu. W ostateczności również lunatykowania, podczas, którego uprzątnęłam pokój. Na ile ta teoria mogła być prawdziwa? Rzeczywiście, mogłam lunatykować, bo zdarza mi się to kilka razy w miesiącu, ale żeby zaraz sprzątać cały pokój? Uznałam, że nie będę się nad tym dłużej zastanawiać i wybiorę się na długą wycieczkę po Wenecji, podczas, której mogłabym porobić ciekawe zdjęcia budowli i zabytków. Mogłabym je opisać na blogu w sposób krytyczny obalając to, że Wenecja jest taka piękna, jedyna w swoim rodzaju. Cóż, dla mnie Wenecja nie była jakąś turystyczną ikoną Włoch Północnych a miastem, takim jak każde inne.

Nie bawiąc się w jakieś głupie aparaty, kamerki i inne gadżety, wzięłam tylko telefon komórkowy, zasznurowałam na nogach glany i wyszłam z domu. Glany, bardzo mocne i wytrzymałe obuwie. Również ciężkie, więc stabilnie trzymające przy ziemi i.… jako pierwsze pociągnęłyby właściciela na dno kanałów weneckich. Ogólnie wygodne, idealnie spełniające role broni — i już nie jeden tutejszy łotrzyk miał okazję poznać ich siłę.

— Wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę — oznajmiłam, dając klucze od domu wujaszkowi, który wraz z nowym sąsiadem zrobił sobie przerwę na papierosa. Skrzywiłam się, gdy tylko poczułam ich zapach. Ohyda, jęknęłam w myślach. Totalna głupota.

Kończył się maj. Stolica północnej części Italii o tej porze roku przeżywała ogromny napływ masy turystycznej z całego świata. Miasto szczególnie odwiedzało wielu Rosjan i Amerykanów. Jeśli ktoś należał do dobrych słuchaczy, bez problemu mógł usłyszeć w panującym gwarze ich rozmowy. Niestety, im więcej turystów na raz w jednym miejscu, tym trudniej było spacerować po wyspie. Byli całkiem jak rozpierzchnięte po mrowisku mrówki, a co drugi pytał jak nie o godzinę, to o to jak dojść, do tego czy innego zabytku.

A gdyby tak wszystkich ich wrzucić do kanału? nudy przynosiły mi różne dziwne pomysły, których jeszcze nigdy nie przetestowałam i bynajmniej nie miałam zamiaru. No, przynajmniej na razie. Nie miałam pojęcia, co ludzie w tym wszystkim widzieli, bo przecież widok brudnych kanałów, kamienic nasiąkniętych wilgocią i kilku kościołów nie jest czymś nadzwyczajnym. A jednak wprawiało w zachwyt każdego, kto przybywał do miasta.

Mijałam uliczkę jedną za drugą nawet nie czytając drogowskazów. W Wenecji mieszkałam nie od dziś. Każdą z nich znałam jak własną kieszeń, zaczynając od wejścia w nią, kończąc na najciemniejszych zakamarkach. Gdybym musiała, mogłabym przejść całą wyspę z zamkniętymi oczami, nie byłby to żaden problem. W dodatku zapewniam, że nie wpadłabym do żadnego z kanałów.

Nikt z tutejszych mieszkańców, nawet mnie nie zaczepił, nie przywitał się, choć moja twarz była im dobrze znana. Dlaczego tak było? Mój wzrok seryjnego mordercy działał na nich wszystkich odpychająco. I dobrze. Co innego turyści, ale ci od razu słyszeli ode mnie jedno, niezmienne zdanie: „Wypchaj się”. Mają mapę i przewodnik? To niech sobie radzą, a nie zatruwają komuś życie.

Tego dnia czułam się trochę dziwnie — cokolwiek słowo to oznacza — szczególnie chodziło o uczucie ciągłego obserwowania. Za każdym razem, gdy oglądałam się za siebie nie widziałam jednak nikogo podejrzanego w tłumie turystów. Zachowywali się zwyczajnie, to najwyraźniej ze mną było coś nie tak. Za dużo książek, Internetu, seriali i innych głupot, a później człowiek bierze wszystko do siebie i wariuje.

— Idiotka — mruknęłam do siebie krytycznie.

Powinnam odstawić fantastykę na jakiś czas.

Minęła niecała godzinka zwykłego marszu, a doszłam do głównego, wschodniego przystanku skąd na całą Wenecję wypływały gondole i linie tramwajów wodnych — vaporetto. Zazwyczaj kręciło się tutaj mniej ludzi, szczególnie, dlatego że nikomu nie chciało się zasuwać taki kawał drogi, skoro na tramwaje mogli spokojnie poczekać na przystankach, w różnych części wyspy.

Weszłam na nieczynny pomost i usadowiłam się wygodnie. Tutejsza ochrona już dawno dała mi spokój, dochodząc do wniosku, że przeganianie mnie i mandaty — które i tak później sami darli — były pozbawione najmniejszego sensu. Lubiłam to miejsce i wcale nie poskarżyłabym się, gdyby vaporetto i gondole zniknęły skąd na zawsze. Zdecydowanie odwiedzałabym je częściej i na dłużej.

Planowałam posiedzieć tam jakąś godzinkę a później wybrać się do bazyliki świętego Marka porobić zdjęcia.

— Nareszcie święty spokój — położyłam się wygodnie na pomoście i założywszy na nos okulary przeciwsłoneczne, splotłam dłonie pod głową.

Niebo nad Wenecją tego dnia było szczególnie przejrzyste. Ani jednej małej chmurki. Słońce zaczynało grzać powoli, sprawiając, że w mieście zaczynał panował zaduch. W końcu jak powszechnie wiadomo, włoski klimat należał do tych gorętszych. Nad kanałami unosiła się lekka bryza, przez co dziękowałam w duchu na tutejsze oczyszczalnie.

Mogłabym tak leniuchować cały weekend, jak niewiększość swojego życia. Bo człowiek wypoczęty, to przede wszystkim człowiek zdrowy — taka była moja dewiza, choć nijak miała się ona do reszty tego, co robiłam. Mimo wszystko, uczucie obserwacji zostawało, a co więcej, powiększało się z każdą chwilą. Robiło się coraz bardziej drażniące.

— Hej, hej, pobudka, młoda damo — usłyszałam męski głos i zapewne to ten osobnik właśnie przysłonił mi słońce.

Otworzyłam jedno oko. Nade mną sterczał jakiś chłopak, na którego twarzy malował się zawadiacki uśmieszek.

— Zjeżdżaj — burknęłam.

— Ale skąd ta złość? — zapytał spokojnie.

— Zasłaniasz mi słońce.

Chłopak jednak nie odsunął się i dalej przyglądał mi się uważnie, oczywiście zasłaniając mi źródło światła.

— Głuchy jesteś? Spadaj. — warknęłam agresywnie, podrywając się z pomostu.

Stał przede mną szczupły, wysoki Włoch z włosami zabarwionymi na niebiesko i oczami idealnie pasującymi do nich. Karnację miał jak na Włocha bladą — o ile nie białą — a poniżej wargi migotały dwa kolczyki typu snake. Granatowo-fioletowa bluza zwisała na nim jak worek od kartofli, a dłonie włożone miał do kieszeni czarnych dżinsowych spodni, które nie należały do najluźniejszych strojów. Na nogach widniała para czarnych, ciasno zasznurowanych glanów.

Ściągając ciemne okulary omiotłam go wzrokiem pełnym dezaprobaty. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, koleżka wcale nie zwiał, jak zrobiłby to zwykły obywatel, ale zamiast tego szczerzył się do mnie jak głupi do sera.

— No i co się tak gapisz? — prychnęłam niczym rozjuszony kocur.

— A to zabronione? — odpowiedział pytaniem na pytanie a w jego tonie wyczułam ironię.

— Tak — odrzekłam i naburmuszona zeszłam z pomostu mając na celu opuszczenie tego miejsca.

A niech ten debil tylko spróbuje za mną iść, to mu skopię tą chudą dupę tak, że przez tydzień na niej nie usiądzie!

— Już idziesz? — Najprościej w świecie próbował mnie zatrzymać — Myślałem, że pogadamy, poznamy się.

— No chyba cię pochrzaniło! — rzuciłam na odchodnym.

Co on sobie myślał? Że zakłóci mój spokój i jeszcze będę rozmawiać z nim jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi? Chyba za długo przebywał na słońcu albo ktoś bardzo mocno przy grzmocił mu w ten niebieski łeb. Phi, idiota. Nie myślcie sobie, że jestem jakąś maszyną bez serca, która nie potrafi komunikować się z resztą populacji ludzkiej. Jestem po prostu indywidualistką i trochę agresywnie reaguje na to czy tamto.

Poza tym nie rozumiem takich randomowych ludzi. Wtryniają się w cudze życie zupełnie bez jakiegoś większego powodu i myślą, że zostaną jeszcze miło powitani.

III

Drobna, osiemnastoletnia dziewczyna przyodziana w błękitną lolicią sukienkę z białymi koronkami szła wesołym krokiem przez lotnisko Marco Polo. Ciągła za sobą sporą, czarną walizkę i czytała uważnie rozmówki francusko-włoskie. Owszem, była Włoszką, ale tylko w połowie. Włoszką mieszkającą poza granicami Słonecznej Italii przez poprzednie osiemnaście lat. Teraz, po osiągnięciu pełnoletności opuściła rodzinny dom z postanowieniem usamodzielnienia się i zbadania tego, co wzywało ją do Wenecji.

— Tylko teraz, w którą stronę? — szepnęła do siebie, rozglądając się to w prawo, to w lewo.

Taksówki! Musiała znaleźć postój taksówek! To był jedyny sposób, aby dostać się do miasta. Brunetka zaczęła krążyć po parkingu i przystankach, z których najwyraźniej odjeżdżały autobusy. Jej szare oczy powoli badały każde słowo rozkładu jazdy.

Była świecie przekonana, że miejsce to będzie tętnić życiem. Zazwyczaj takie były lotniska. Ludzie powinni być wszędzie. Ci przylatujący, ledwo opuszczający halę przylotów. I ci, którzy dopiero przybywali na lotnisko, aby udać się w podniebną podróż.

— Wenecja Mestre — powoli odczytała napis znajdujący się za szkłem gablotki z rozkładem jazdy poszczególnych autobusów.

Zerknęła na fiołkowy zegarek z wielką tarczą w kształcie kociej głowy.

— Jeszcze zostało trochę czasu — westchnęła i usiadła na swojej walizce.

Czekanie było dla niej czymś naturalnym, cząstką tego wszystkiego, co ją otaczało. Przez wiele lat nauczyła się cierpliwości. Ciotka Konstancja w każde święta powtarzała, że jej rodzice tym razem wrócą z długoletniej podróży. Naczekała się za wsze czasy.

Renee, bo takie właśnie nosiła imię, położyła dłonie na kolanach. Planowała najpierw pojechać do lądowej dzielnicy Wenecji, a następnie na wyspy, gdzie umówiona była na oglądanie mieszkania do kupna. Na całe szczęście pieniądze były czymś, o co zupełnie nie musiała się martwić. Rodzice pozostawili jej po sobie sumkę z ośmioma zerami na końcu. Mogła spokojnie pomieszkać kilka dni w hotelu, a później przenieść się gdzie indziej, na coś swojego. A dlaczego postanowiła wynieść się z francuskiej stolicy do Włoch, do Wenecji? Prócz tego, że czuła potrzebę pojawienia się w tym mieście to również jej ojciec stamtąd pochodził — a przynajmniej tak twierdziła ciotka. Pochodził, pochodzi, w zasadzie nie było wiadome czy jeszcze żyje. Siedemnaście lat temu Enrico i jego żona Charlotte, z pochodzenia Francuzka, zaginęli podczas podróży służbowej. Do dnia dzisiejszego nie było wiadomo, co się z nimi stało. Jednak ich jedyna córka nadal miała nadzieję, że pewnego dnia, choć jedno z nich stanie w drzwiach jej mieszkania. Naprawdę chciała w to wierzyć.

W końcu na przystanek zajechał pomarańczowy autobus, będący transportem pomiędzy lotniskiem Marco Polo a Mestre. Gdy wszyscy wysiedli, Renee zakupiła bilet i zajęła miejsce. Prócz kierowcy była jedyną osobą w autobusie.

— Panienka na wakacje? — zapytał tęgi kierowca odpalając pojazd.

— Nie, na stałe — odrzekła drżącym głosem. Wcale nie uśmiechało jej się wdawać w pogawędkę z kierowcą, ale postanowiła odpowiadać na jego pytania z czystej grzeczności.

— O! A to ciekawe — gruby męski głos odbił się echem po pustym autokarze. — Jakie licho panienkę tu przygnało? A co więcej skąd? Bo akcent nietutejszy.

— Z Paryża, z Francji.

— Mateńko, to dobry kawał świata — pan Antonio, jak informowała tabliczka wsadzona za przednią szybę, uderzył dłonią w kierownice. — Że też się panience chciało.

— Siła wyższa, że tak to ujmę… — Dziewczyna zaczęła bawić się białą koronką przy sukience.

— A nie boi się panienka tak sama, tak daleko od domu?

— Troszkę.

Autokar gwałtownie zahamował a Renee podziękowała sobie, za zapięcie pasów bezpieczeństwa, bo prawdopodobnie w tej właśnie chwili wypadłaby przez przednią szybę. Kierowca zaczął trąbić klaksonem i rzucać pod nosem przekleństwa.

— Cholera, znowu te rude dziadostwo — mówił, a Renee wytężywszy wzrok spojrzała na jezdnię.

Na środku drogi, jakby nigdy nic siedziało rude zwierzątko, nie większe od pospolitego kundla. Co rusz strzygło swoimi szpiczastymi uszkami i wpatrywało się w autobus parą czarnych perełkowych oczu. Lis zdawał się być niewzruszony faktem, iż siedział na środku ulicy i tamował ruch drogowy.

— Panienka patrzy, w Paryżu pewno nie ma takich atrakcji — Antonio nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji, a Renee wcale nie wyczuła tego po tonie ostatniej wypowiedzi kierowcy.

Spojrzała na rudego mieszkańca lasu. Napotkała czarne ślepka zwierzęcia. Zapatrzyła się w nie. Czuła się tak, jakby coś tajemniczego ciągnęło ją w jego stronę. Mimo, że nie było tego widać, wiedziała, że lisek uśmiechał się do niej sympatycznie. Znała to spojrzenie. Wydawało się być bardzo znajome. Zatraciła się w nim całkowicie, niemal jak pod wpływem hipnozy albo dobrego towaru. Ocknęła się dopiero, gdy coś mocno szarpnęło i autokar ponownie ruszył.

— Nienawidzę takich problemów na trasie — zaczął skarżyć się kierowca a jego dłonie coraz rzadziej spoczywały na kierownicy. — Stanie ci takie dzikie zwierzę na drodze i rób, co chcesz! Jakie szczęście, że nie przyszło mi jeździć w Indiach. Tam to dopiero mają przechlapane. No wie panienka, z tymi świętymi krowami. Walnie się taka na środku drogi i co wtedy zrobić, jak nawet ruszyć nie wolno?

— Nic na to nie poradzimy — brunetka wzruszyła ramionami i wbiła wzrok w rozciągający się przed autobusem horyzont.

Na niebie powstawały brzoskwiniowo-truskawkowe pasma przypominające bitą śmietanę. Uciekające promienie słońca muskały delikatnie porcelanową cerę Renee. W oddali majaczyły kontury budynków lądowej dzielnicy Wenecji. Z każdą chwilą powiększały się i były coraz bardziej wyraźne.

— A co tutaj panienka zamierza robić? — dopytywał Antonio, ale nie usłyszawszy odpowiedzi, spojrzał przez ramię.

Renee siedziała oparta o zimną szybę okna. Usnęła zmęczona kilkoma godzinami podróży najpierw z Paryża do Lyonu pociągiem przez zamknięcie lotniska, a później samolotem z Lyonu do Włoch. Może i to tylko siedzenie w fotelu i podziwianie mijanych widoków, ale i tak było okropnie męczące.

— Renee Gattina — Matowe oczy kierowcy po zachodzie słońca rozbłysły niczym oczy kota, a źrenice powiększyły się — cokolwiek byś tam nie robiła, nie uciekniesz przed zapisanym ci przeznaczeniem.

IV

Szłam weneckimi uliczkami skąpanymi w mroku. Kierowałam się do domu, po całym dniu spędzonym w terenie. No tak, jutro szkoła, a ja jeszcze nie odrobiłam lekcji. I zapewne gdybym nie przypomniała sobie o tym w ostatniej chwili, nie byłabym w stanie tego dzisiaj zrobić. Z pewnością wróciłabym do domu grubo po północy, jak miałam to w zwyczaju podczas weekendu.

— Wujaszek chyba śpi — mruknęłam cicho, wchodząc do domu i zapalając światło na przedpokoju, mimowolnie zajrzałam do salonu.

Wujaszek Giuseppe leżał na kanapie pogrążony w głębokim śnie. Na szklanej ławie stała otwarta butelka z niedokończonym winem i półpełny kieliszek. Ściągnęłam buty i cicho, na paluszkach weszłam do salonu, aby okryć go amarantowym kocem z frędzlami. Nie powinien się tak przemęczać. Do południa pewnie pomagał nowemu sąsiadowi, a później jeszcze do późnego wieczora pływał po Wenecji gondolą. Zdecydowanie musiałam znaleźć sobie na wakacje jakąś robotę. Nasze finanse nie mogły obciążać tylko jego, a jakby nie patrzeć byłam już na tyle dorosła, aby dołożyć się do domowego budżetu.

Wzięłam z kuchni pozostawiony mi obiad. Nawet go nie odgrzewałam nie chcąc budzić wujka i nalawszy sobie do tego szklankę mleka, poszłam do swojego pokoju odrobić lekcje na jutro.

— Ech, ten cholerny porządek — westchnęłam odkładając talerz i kubek na biurku.

Zapaliłam małą lampkę i sięgnęłam do mojej torby. Literatura, matematyka, historia i francuski. Gdyby nie matematyka… Nie byłam dobra z przedmiotów ścisłych. Zdecydowanie większą sympatią pałałam do humanistycznych i językowych. Wydobyłam z głębi torby książki, zeszyty i kilka kolorowych długopisów. Zapowiadała się dość długa noc…

Już miałam usiąść do biurka, gdy nagle drzwi od mojej szafy same się otworzyły. Niezbyt zdziwiona tym, podeszłam i zamknęłam je. Coś świsnęło i jak z automatu zaraz otworzyło się okno. Zanim się odwróciłam w celu ich zamknięcia, sięgnęłam po miotłę, która dziwnym trafem znalazłam się w moim pokoju. Za mną nikogo nie było. Zamknęłam okno i już chciałam odstawić przyrząd sprzątający, ale zamiast tego zamachnęłam się nim z całych sił tak, że mój lisi gość w ostatniej chwili odskoczył do tyłu i uchronił się przed uderzeniem.

— Kim jesteś? — warknęłam z gniewem wymalowanym na twarzy.

Posiadacz pięciu białych, lisich ogonów spojrzał na mnie spod swojego czarnego cylindra z brązowym paskiem i przejechał dłonią w białej rękawiczce po jego rondzie. Wąskie usta mężczyzny wygięły się w podejrzany uśmiech.

— Głuchy jesteś? — burknęłam, grożąc mu miotłą. — Ktoś ty?!

Mimo, że lisowaty nie wydał z siebie żadnego dźwięku, usłyszałam cichy, wredny śmiech. W jednej chwili uszaty wykonał salto i wylądował za mną, przy biurku. Zrobiłam obrót o sto osiemdziesiąt stopni, trącając jego dłonie, które chciały dobrać się do mojego obiadu na kolację.

— Ależ ty agresywna — jęknął zachrypniętym a jednocześnie piskliwym głosem, cofając ręce od talerzyka.

Zlustrowałam go wzrokiem jak to miałam w zwyczaju, gdy na mojej drodze pojawiali się intruzi. Choć z trzymaną w rękach miotłą wyglądało to bardziej komicznie niż strasznie. Nic innego nie przyszło mi do głowy. Przecież nie zaproszę nieznanej mi osoby, która nachodzi mnie w domu, a co więcej osoby, która najprawdopodobniej w świecie mogła być wytworem mojej wybujałej wyobraźni. Bo jak logicznie wytłumaczyć to, że mężczyzna był w połowie lisem?

— Ktoś ty? — powtórzyłam zdenerwowana i nadal niezbyt zadowolona z faktu jego bytowania w moim pokoju.

— Jejku, nie dość, że agresywna, to jeszcze ciekawska — stwierdził jakby nigdy nic, jednocześnie zachowując się jakby mnie tu wcale nie było. — Nie mówili ci, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?

Wkurzyłam się. Nie dość, że nie wiedziałam, kim bądź czym jest lisi jegomość, to jeszcze dobrał się do mojej kolacji, a pragnę przypomnieć, że tego dnia nie miałam niczego w ustach. Zamachnęłam się pseudo bronią z zamiarem pozbycie się szkodnika.

— A pójdziesz!

Jednak ten machnął tylko ręką, coś świsnęło a miotła przepołowiła się na dwie nierówne części. Jedna z nich znalazła się na podłodze, a znaczna część trzonka została w moich rękach. To był wystarczający argument za tym, że gość nie powstał w mojej wyobraźni. Zdenerwował mnie tym jeszcze bardziej, co spowodowało, że już chwilę później biegałam za nim po pokoju wymachując trzonkiem miotły. Uciekanie, odskakiwanie przed uderzeniami najwyraźniej dostarczało mu mnóstwo rozrywki, bo tylko szczerzył do mnie swoje białe zęby z dwoma wydłużonymi, ostrymi kłami i chichotał wesoło.

— Oj, głupia, kiedy ty się nauczysz? — pokręcił głową i w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem, przez co z wielkim hukiem uderzyłam w szafę tak, że trzonek — i tak już uszczerbiony — przełamał się w pół i poszybował w górę, trafiając w żyrandol, który wydał z siebie brzdęk i zakołysał się groźnie.

— Mój boże, on zaraz spadnie — jęknęłam przerażona.

Usłyszałam, jak wujaszek wstaje, zapala światło. Pewnie go obudziłam. Klamka się poruszyła, drzwi otworzyły się i stanął w nich Giuseppe opatulony w koc, którym go przykryłam, a jego wyraz twarzy ewidentnie wskazywał na to, że został wybudzony z bardzo głębokiego snu.

— Co się dzieje? — zapytał niemrawo.

— N-nic takiego — podeszłam do niego chowając zniszczoną miotłę za plecami.

— A te hałasy? — ziewnął.

— To nic takiego — uśmiechnęłam się sztucznie, usiłując wyprosić wujaszka z pokoju. — Idź spać, ja tylko dokończę lekcje.

— Dobrze, dobrze — bez dyskusji Włoch wrócił z powrotem do salonu i gdy tylko położył się na kanapie, zasnął.

Odetchnęłam z ulgą. Zdziwiłam się, że gondolier nie zauważył ani kiwającego się żyrandola, a co więcej nieznajomego mężczyzny z pięcioma dużymi, puchatymi ogonami. Trudno było ich nie zauważyć.

— Co jest? — zmarszczyłam czoło nie widząc nigdzie uszatego gościa a także mojej kolacji. — Ta… Przyszedł się najeść… Specjalnie opuścił swój wymiar, aby skosztować czegoś z kuchni Giuseppe — spojrzałam na talerzyk i wypite mleko.

Wetchnęłam ciężko.

Miałam zbyt wybujałą wyobraźnię, zaczynałam wariować albo wokół mnie faktycznie zaczęły dziać się dziwne i nadzwyczaj nieprawdopodobne rzeczy.

Wzięłam się za moje nieszczęsne lekcję a jednocześnie wyszukałam w internecie kilka informacji na temat historii, legend i podań dotyczących ludzi z lisimi atrybutami. Wszystko wydrukowałam, włożyłam do teczki na gumkę i przepakowałam torbę na poniedziałek. Jeszcze dwa tygodnie mozolnej nauki i wreszcie święty spokój! Wielkimi krokami zbliżało się zakończenie roku szkolnego. Ale niestety, na razie trzeba było znosić ludzi ze szkoły i nauczycieli, a lektura, którą przygotowałam była wręcz idealna na nudę pomiędzy lekcjami.

— Czas położyć się spać — ziewnęłam i przebrawszy się w piżamę w kolorowe gwiazdki, wsunęłam się pod czystą, pachnącą pościel. — Chyba polubię ten porządek. Wszystko pachnie tak słodko…

V

— Pieprzony budzik!

Biegłam na oślep przez najlepszy ze skrótów weneckich uliczek, aby dotrzeć wreszcie na główny przystanek autobusowy, skąd codziennie jeździłam do lądowej części Wenecji — Mestre. Co prawda autobusy te kursowały o tej porze roku niemal, co dwadzieścia minut, ale nie miałam najmniejszego zamiaru spóźnić się na francuski. Może nie tyle na francuski, co nie chciałam podpaść nauczycielowi tego przedmiotu. Jakby nie patrzeć będziemy mieć z nim lekcje jeszcze przez trzy kolejne lata.

— Udało się — wysapałam, wpadając do autobusu w ostatniej chwili.

Baltazar Virgo, sześćdziesięciopięcioletni nauczyciel języka francuskiego w Zespole Szkół Technicznych i Licealnych Wenecja Mestre; a także wychowawca klasy trzeciej liceum artystyczno-teatralnego. Wysoki, smukły Włoch o ciemnej karnacji i oliwkowych oczach. Nietolerujący zaniedbania prac domowych, a także spóźnień na lekcje. Najsurowszy z całej kadry pedagogicznej i postrach niejednego ucznia. Muszę przyznać, że wzbudzał taki strach, że wszyscy bali się uciekać z jego lekcji. Wśród znajomych po fachu, uważany był za bardzo dobry przykład, można rzec — autorytet. Nawet sam dyrektor nie miał mu niczego do zarzucenia. Założę się, że byłam jedyną osobą w całej szkole, która z bardzo wielką chęcią i entuzjazmem chodziła na jego lekcje, nie tylko z powodu zamiłowania do języka francuskiego. Stary Virgo wiele czasu lekcji poświęcał na prace pisemne, co również uwielbiałam. A przede wszystkim było w nim coś znajomego. Czasem przypominał mi wujaszka Giuseppe.

— Widzę, że niewielu z was wzięło się za pracę domową porządnie. — Profesor siedział przy swoim biurku przeglądając nasze prace domowe i z rezygnacją kręcił głową. — Wiem, że wakacje za pasem, ale to nie znaczy, że macie się nie przykładać — powiedział — nie ma lepszego stopnia niż 4, prócz jednej pracy — zerknął na mnie. — Gratuluję Julio, otrzymujesz 10. I zwracam się do każdego — jeśli ktoś chce u mnie zdać, niech bierze przykład z tej dziewczyny.

No tak, francuski… Z językami nigdy nie miałam większego problemu, prócz jednego. Angielski od zawsze był dla mnie czarną magią. I choć uczyłam się go od przedszkola, to ledwo potrafiłam się przedstawić. W przypadku francuskiego było zupełnie inaczej. Przez ciągłe pochwały i pozytywne uwagi ze strony starego nauczyciela, zostałam uznana w klasie za jego pupila. Wcale mu się nie podlizywałam ani nic z tych rzeczy. Po prostu na pierwszej lekcji w technikum byłam jedyną osobą, która potrafiła wysłowić się po francusku, odrabiałam zadania domowe… A wcale nie byłam kujonem. Wręcz przeciwnie.

— Za to na przyszłą lekcję macie napisać wypracowanie na temat wymarzonych wakacji, skoro was tak do nich ciągnie — oświadczył nauczyciel pisząc jednocześnie zadanie na tablicy.

W klasie dało się słyszeć smętne pojękiwania uczniów, którzy nie byli najwyraźniej zachwyceni kolejnym sporym zadaniem.

— Praca ma wam zająć, co najmniej dwie strony formaty A5 — dodał równo z dzwonkiem.

W tym też momencie nauczyciel francuskiego był świadkiem tego, z jaką zawrotną prędkością, uczniowie potrafią pakować się i opuszczać klasę. Ja się wcale nie spieszyłam. Powoli spakowałam książki do torby, pozbierałam prace uczniów i położyłam na biurku Virgo.

— Wiesz Julio — mężczyzna zwrócił się do mnie, siadając z powrotem przy biurku. — będę miał do ciebie małą prośbę.

— Słucham — spojrzałam na niego pytająco, całkowicie nie wiedząc, o co może mu chodzić.

— Chciałbym abyś oprowadziła po naszej szkole, mojego dobrego przyjaciela — wyjaśnił krótko splatając dłonie.

— Nie ma problemu, ale kiedy?

— Dzisiaj.

— Zgoda. Kim on jest? — rzuciłam mimowolnie.

— To artysta — odrzekł. — Jest malarzem. Pracuje teraz nad tematem „Drugie oblicze szkoły”.

Artysta? Już sobie go wyobrażam. Wysoki mężczyzna w średnim wieku, przyodziany w czarny obcisły strój i czerwony szalik z Mediolanu, stolicy mody. Do tego hipsterskie okulary i nadzwyczaj oryginalny sposób wysławiania się. Typowy pozer.

— Nie martw się lekcjami. Jeśli nie zdążysz oprowadzić go na przerwie, zwolnię cię z pozostałych zajęć. Bardzo zależy mi na tym, aby Feliks znalazł się w odpowiednich rękach — powiedział, widząc moją niezbyt przekonaną minę.

W tej chwili do sali wpadł zmachany chłopak. Gdy tylko go zobaczyłam, niemalże otworzyłam usta ze zdumienia.

— Wybacz, Baltazarze za spóźnienie, ale nie mogłem tu trafić — ten, który najwidoczniej miał być artystą, którego spodziewał się nauczyciel francuskiego, uśmiechnął się do niego i na powitanie uścisnął mu dłoń.

Patrzyłam na niego jak, na co najmniej osobę, która zmartwychwstała. Przecież to był dokładnie ten sam gość, którego spotkałam poprzedniego dnia w Wenecji, na pomoście.

— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi — oliwkowe oczy Baltazara lśniły radośnie. — Cieszę się, że już jesteś — odchrząknął. — Poznaj moją najlepszą uczennicę, Julie Russo — teraz zwrócił się do mnie — Julio, to jest mój przyjaciel…

— Feliks Misterioso — niebieskowłosy wciął mu się w zdanie i wyciągnął ku mnie dłoń na powitanie. — Miło poznać.

Burknęłam pod nosem coś niezrozumiałego i z ogromną niechęcią uścisnęłam mu dłoń. Zrobiłam tą swoją minę w rodzaju „obrażona na cały świat”, co spowodowało delikatny uśmiech na twarzy artysty. Musiałam wyglądać niezwykle zabawnie.

— No nic, Julia oprowadzi cię po szkole, zobaczymy się później — po tych słowach, profesor pozostawił mnie samą na pastwę losu z tym… cwaniaczkiem.

— Miałem nadzieję, że znów się spotkamy — zachichotał chłopak najwyraźniej zachwycony zaistniałą sytuacją.

— Ja wręcz przeciwnie — mruknęłam pod nosem, krzyżując ręce na piersi.

Obdarowałam go srogim spojrzeniem, co nie wywarło na nim większego wrażenia. Jedyne pytanie, które wówczas przyszło mi do głowy dotyczyło jego wieku — jak taki młody szczyl, mógł przyjaźnić się z moim nauczycielem, któremu lada chwila stuknie siedemdziesiątka. A to, że miałam spędzić z nim trochę czasu było tylko pomyłką. Jedną wielką pomyłką!

— Dobra, chodź — skierowałam się ku drzwiom. — Im szybciej cię oprowadzę, tym szybciej zejdziesz mi z oczu.

— Haha, coś taka agresywna, co? — Chłopak próbował dotrzymać mi wojskowego kroku.

— Agresywna — powtórzyłam ponuro, a Feliks tylko przytakująco skinął głową. — Nigdy nie widziałeś mnie agresywnej i módl się o to, żeby tak pozostało.

VI

Młody chłopak o karmelowych włosach siedział przy biurku. Mała lampka oświetlała jego chudą, bladą twarz i piwne oczy, skupione tylko na jednym. Prawą ręką szybko, ale starannie kreślił w szkicowniku dziwne, zakręcone symbole, które po dłuższym zastanowieniu przypominały jakiś starodawny alfabet. Po lewej stronie kartki widniała mała ikona przedstawiająca psowate zwierzę, którego paciorkowate ślepka urzekały od pierwszego spojrzenia.

— Vincenzo, jesteś zajęty? — Do pokoju chłopaka zajrzał niski, nienależący do najszczuplejszych osób, ksiądz przyodziany w długą, czarną sutannę.

— Nie — młody gwałtownie zamknął szkicownik i wstał od swojej dotychczasowej pracy. — O co chodzi, proszę księdza?

Proboszcz jednej z parafii znajdujących się w Weronie zdjął wielkie okulary i zaczął wycierać ich szkiełka czarną szatą.

— Muszę z tobą porozmawiać — odrzekł. — Przyjdź do salonu.

— Dobrze. Już idę — chłopak wstał od biurka i bez wahania natychmiast skierował się do salonu.

Vincenzo Capputelli, od urodzenia — przez dwadzieścia jeden lat wychowywany był przez proboszcza jednej z parafii znajdujących się w Weronie. Ksiądz traktował go jak własnego syna. Wspaniały uczeń, dobry słuchacz i już niedługo absolwent liceum katolickiego. A także przyszły ksiądz, gdyż złożył już papiery do seminarium. Twierdził, że jego powołanie jest prawdziwe i pochodziło od samego Boga.

Proboszcz Enrico zabrał jeszcze z pokoju podopiecznego szkicownik, w którym pisał i również poszedł do salonu. Vincenzo siedział już tam w burgundowym fotelu naprzeciw starej, dębowej szafy, która mogła pamiętać jeszcze czasy Dantego. Bardzo rzadko był proszony na takie rozmowy, więc czuł, że i tym razem musi to być jakaś poważniejsza sprawa.

— Co się stało, proszę księdza? — zapytał, wodząc oczami za opiekunem, który niespokojnie zaczął przechadzać się po pomieszczeniu.

Salon na plebani nie należał do żadnych małych klitek. Było to ogromne miejsce ze ścianami w kolorze ciemnej zieleni, a na każdej z nich wisiał jeden z wielu malowniczych bożych obrazów. Prócz tego, pod jedną z nich stała szafa, a na środku, na ciemnym dywanie prezentowały się dwa zamszowe, burgundowe fotele i spora, drewniana ława.

— Proszę księdza… — powtórzył Vincenzo, ale zamilkł widząc srogie spojrzenie opiekuna.

— Nie możesz iść do seminarium. — Proboszcz jakby nigdy nic otworzył jedną z szuflad i zaczął czegoś zawzięcie szukać.

— Ale dlaczego? — Oczy chłopaka rozszerzyły się.

— Dlatego — odrzekł ksiądz i trzasnął głośno szufladą, wyciągnąwszy z niej kilka grubych zeszytów i luźnych kartek, rzucił je na ławę wraz ze szkicownikiem chłopaka.

— Nic nie rozumiem — wydukał licealista.

— Przejrzyj te papiery — polecił.

Vincenzo nie wiedząc, o co chodzi, trochę skołowany i zdziwiony takim zachowaniem księdza, zaczął powierzchownie przeglądać papiery. Z każdą przerzuconą kartką stawał się coraz bardziej zdziwiony, bowiem na każdej z nich widniały napisy i inskrypcję zapisane literami, które pojawiały się tego wieczora w jego głowie, a także wiele szkiców, ikon tajemniczych istot i zwierząt.

— Ale co to ma wspólnego z seminarium? — stwierdził z wyrzutem, ciągle nie mając zielonego pojęcia, dlaczego jego notatki i szkice są identyczne jak te, które pokazał mu proboszcz.

— Co wspólnego, co wspólnego — Enrico powtórzył nerwowo. — Ważne jest to, że za kilka lat będziesz tego bardzo żałować.

— I co? Te zeszyty, obrazki, nagle zmieniły księdza zdanie na temat mojego powołania, tak? — Na twarzy młodego chłopaka ukazał się grymas. — Jakieś bezsensowne obrazki, które pewnie gdzieś widziałem. Nie wiem, o co tyle hałasu.

— Nie… Ty niczego nie rozumiesz!

— To, dlaczego ksiądz mi nie wytłumaczy?

— Bo… Ech… — Staruszek westchnął zrezygnowany. — Bo nie mogę.

W salonie zapadła cisza, podczas której ksiądz nie spuszczał wzroku z wychowanka. Było to dość niezręczne, szczególnie dla przyszłego absolwenta liceum.

— Chciałbym żebyś jednak przed swoim wyborem udał się do Wenecji — dodał po chwili milczenia, a widząc, że z ust Vincenzo zaraz posypie się kolejna lawina pytań, wyjaśnił: — Zatrzymasz się u mojej przyjaciółki. Ona wszystko powoli ci wyjaśni i dowiesz się o co chodzi.

— Nie może mi ksiądz powiedzieć teraz?

— Nie — pokręcił głową. — To ona powie ci, dlaczego.

— Całkowicie księdza nie rozumiem — rzucił Vincenzo i jakby nigdy nic wstał z fotela i ruszył do swojego pokoju.

Ksiądz Enrico odprowadził go wzrokiem. W jego głowie kotłowało się pełno myśli, informacji, które chciał przekazać chłopcu. Jednak nie mógł. Zakazano mu. Gdyby nie sutanna i śluby zakonne, już dawno by mu o wszystkim opowiedział, i to bez wahania. Ale bał się. Bał się tego, że przez ujawnienie jednej z tajemnic Watykanu zostanie natychmiast zgładzony.

VII

Stałam na przystanku autobusowym Wenecja Mestre, obrażona na cały świat. Na mojej twarzy widniał wyraz, mówiący wszystkim naokoło, że jeśli im życie miłe, to będzie lepiej, jeśli nie będą chcieli mnie zaczepiać w celu zapytania o godzinę czy cokolwiek innego. Już od samego ranka dzień nie należał do najlepszych. Wczesna pobudka, prawie spóźniłam się na francuski i później ten „wielki” artysta Feliks. Żyć nie umierać!

— Do domu i spać — mruczałam pod nosem już nie mogąc doczekać się nie tyle, co autobusu, co powrotu do domu i rzucenia się na moje łóżko w celu typowo wypoczynkowym.

— Hej, lala, kopsnij szluga — doszedł mnie nagle głośny, piskliwy głos Arianny, tlenionej włoskiej divy, która nieszczęśliwym trafem od dwóch lat była ze mną w jednej klasie.

Zerknęłam w jej kierunku a pierwsze, co zobaczyłam, to oczywiście różowe, rażące ubrania lafiryndy i jej białe kozaczki na platformie. Wokół niej kilku dresów, z głowami ogolonymi na łyso, niezbyt przyjaźnie nastawionych do otoczenia. Cóż, ten osobnik płci żeńskiej, z burzą tlenionego siana na głowie od początku gimnazjum otaczał się szemranym towarzystwem w dresach. Abstrahując od Arianny, moją uwagę przykuła niska, drobna dziewuszka z długimi, brązowymi lokami opadającymi swobodnie do pasa. Miała na sobie białą, delikatnie rozkloszowaną sukienkę, błękitne pantofelki i bolerko, w kolorze butów. Taszczyła za sobą, sporej wielkości walizkę podróżną i na jej ogromne nieszczęście Arianna się do niej odezwała.

— No, co jest, lala? — Blondynka ostentacyjnie podparła się pod boki. — Zabrakło języka w gębie?

Pokręciłam głową. No tak, prócz tego jak bardzo oczy bolały patrząc na nią, a uszy krwawiły, mając ją przed sobą, tak samo nerwy, nawet można było stracić nerwy ze stali. Niestety, Arianna nie należała do osób inteligentnych ani tych, które posiadały, choć trochę zdrowego rozsądku. I choć nie ocenia się książki po okładce, człowieka po wyglądzie, to w tym przypadku nie można było tego zrobić inaczej, niżeli właśnie tak.

— No, co jest, lala? — Różowe czupiradło przyjęło agresywny ton, co ewidentnie nie wróżyło niczego dobrego. — Nie masz fajek to dawaj kasę — wyciągnęła w jej kierunku dłoń, ale kiedy ta przecząco pokręciła głową, Arianna naprawdę się rozsierdziła. — Dawaj kasę albo obijemy ci tą porcelanową twarzyczkę. No już, już.

W ostateczności doszło do przepychanek i lolitka wylądowała na chodniku brudząc sobie jasną sukienkę, co wywołało uśmiech satysfakcji na twarzy divy.

— Zostawcie ją — nie wiem ki diabeł mnie do tego zmusił, ale wstawiłam się za tą małą lolitką, ku wielkiemu zdziwieniu różowej lafiryndy jak i jej goryli. — Znajdź sobie kogoś do poniżania, kto jest na twoim poziomie intelektualnym.

Arianna spojrzała na mnie zaskoczona i już zaczęła coś mówić do swoich goryli, gdy nadjechał nasz mój transport. Jestem pewna, że gdyby w tej chwili nie pojawił się autobus, dostałabym od jej dresów niezły wycisk. Na całe szczęście jednak miałam farta i w drugiej chwili pomagałam już brunetce podnieść się z ziemi.

— Merci — szepnęła wstydliwie.

— Jesteś Francuzką? — Samo nasunęło mi się na usta.

— W połowie… — Jej blade policzki przybrały rumieńców — W drugiej połowie jestem Włoszką.

W jej drżącym głosie trudno było nie dosłyszeć mocnego francuskiego akcentu jak i ogromnej delikatności względem włoskiego, którym tutaj się posługiwała. Zdecydowanie większość swojego życia spędziła gdzieś we Francji. Strój, który miała na sobie, też nie należał do codzienności. Przynajmniej nie tutaj, we Włoszech Północnych.

— Jedziesz na wakacje do Wenecji? — zapytałam mimochodem.

— Nie — spojrzała na mnie niepewnie. — Wprowadzam się.

Bez słowa pomogłam jej wziąć walizkę i zapakować się do środka. Renee, jak się później okazało, była drobną, niezdarną, osiemnastoletnią lolitką. Urodziła w Paryżu a teraz postanowiła wyprowadzić się z dala od rodzinnego domu, do miasta, z którego pochodził jej ojciec. Zdawała się być zamkniętą w sobie, spokojną dziewczyną. W bardzo dużym stopniu przypominała mnie, i być może właśnie to sprawiło, że między nami pojawiła się nić porozumienia, czego bym się wcale po sobie nie spodziewała.

— Będziesz tutaj chodzić do szkoły? Jakieś liceum czy technikum? A może szukasz pracy?

Szłyśmy wolnym krokiem w stronę uliczek, gdzie miało znajdować się mieszkanie, które od dnia dzisiejszego miała zająć. Słońce grzało nam w plecy, tworząc na chodniku przed nami, długie cienie. Renee przykuwała wzrok miejscowych i turystów. Chłopaki zaczepiali ją, posyłali zalotne spojrzenia a nawet prosili o numer telefonu. I mimo iż było to naturalne zachowanie dla Włochów i można było spotkać się z tym na co dzień, sprawiło, że w tym momencie stało się bardziej uciążliwe niż zawsze.

— Nie wiem jeszcze — powiedziała cicho, a czując na sobie moje pytające spojrzenie, dodała: — W Paryżu miałam prywatnych nauczycieli. Nie wiem czy bym się dostosowała. Nie umiem rozmawiać z ludźmi.

— To tak jak ja — wsadziłam dłonie do kieszeni spodni. — Brak znajomych, trudność w porozumiewaniu się z innymi. I co zrobić? — wzruszyłam ramionami. — Trzeba żyć dalej — spojrzałam na malowniczą kamienicę, znajdującą się w północnej części wyspy. — No, jesteśmy na miejscu.

— Wpadnij kiedyś — uśmiechnęła się i wraz ze swoją walizką zniknęła w starych, drewnianych drzwiach.

Renee, miła i nieśmiała Paryżanka, z którą — co dziwne — rozmawiałam zwyczajnie, swobodnie, jakby nigdy nic. I te jej oczy, dwie wielkie błękitne tęczówki dobrze mi znane, jakby znajome. Ale skąd? Nie mogąc sobie tego przypomnieć, zlekceważyłam to i wróciłam wreszcie do domu.

Z słuchawkami na uszach i głośno puszczoną muzyką ska-punkową, manewrowałam szybko pomiędzy cienkimi, uliczkami labiryntu weneckiego. Jak najlepszym skrótem, żeby wreszcie uciąć sobie choćby krótką drzemkę. Musiałam być w końcu przytomna od godziny dwudziestej. Właśnie mniej więcej w tej porze, przez ostatnie dni pojawiał się lisi człowiek. Przeczuwałam, że dzisiejszego wieczoru zapewne się pojawi. Tym razem nie będę zaskoczona i może dowiem się czegokolwiek na jego temat.

Usłyszałam bicie zegara wieży świętego Marka. Godzina osiemnasta. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęły dwie godziny spędzone z Renee. Co innego, cztery długie, męczące godziny oprowadzania tego ciołka po budynku szkoły. A bo „chcę zobaczyć jeszcze bibliotekę”, „a pokaż mi jeszcze raz sale gimnastyczną”. Nie ma żadnej siły, która kazałaby mi to powtórzyć. Stary, młody, artysta, nie artysta; znajomy staruszka Baltazara, czy też nie znajomy. Mnie to nie obchodziło. Feliks był idiotą, koniec i kropka.

— Co tu tutaj robisz?! — Zatrzymałam się gwałtownie przed kamienicą, w której mieszkałam, widząc tego niebieskowłosego pacana, siedzącego sobie jakby nigdy nic, przed nią na ławce z winem i szkicownikiem w dłoni.

— Oj, Julcia, zapomniałem ci powiedzieć — uśmiechnął się do mnie wrednie widząc, że nie jestem zbyt zachwycona z tego faktu. — Jesteśmy sąsiadami.

— Że co proszę?! — wykrztusiłam niemal sparaliżowana tą informacją. — Od kiedy?!

— Od wczoraj — odgarnął grzywkę opadającą mu na oczy. — Twój wujaszek to bardzo miły gość. Ale wcale nie jesteś do niego podobna, choć…

— Ty mi tu nie filozofuj i nie porównuj — burknęłam niezadowolona i zapewne gdybym była tym blond tlenionym czupiradłem, tupnęłabym do tego nogą, ale z racji, że wcale nią nie byłam, odwróciłam się od niego ostentacyjnie i z głośnym trzaskiem drzwi frontowych, wbiegłam schodami na górę, do domu.

Tego było już za wiele! Naszym nowym sąsiadem miał być ten niebieski małpiszon?! No pięknie, lepiej być już nie mogło. Chyba wszystko powoli zaczynało buntować się przeciwko mnie.

VIII

Siedziała ze spuszczoną głową na niebieskim krzesełku przed gabinetem lekarskim. Przed nią rozciągał się długi, zielonkawy, pusty korytarz. Matowe ściany szpitala oświetlały stare lampy trzymające się na ostatnich, cienkich kabelkach. Zza fioletowych drzwi, na których widniała tabliczka z napisem „lekarz psychiatra”, wydobywały się odgłosy żywej rozmowy pomiędzy trójką dorosłych ludzi.

— Możemy dzisiaj zabrać córkę? Chcielibyśmy razem wyjechać na wakacje.

— Oczywiście, myślę, że dłuższa przepustka dobrze jej zrobi — odezwał się gruby męski głos. — Jednak będziecie państwo, musieli dostosować się do zaleceń psychiatry i lekarza prowadzącego. Wykupić odpowiednie leki.

— Ależ naturalnie.

Dziewczyna naciągnęła na dłonie rękawy swojej białej bluzy. Zagryzła wargi a wzrok utkwiła w kremowych trampkach. W jej głowie pojawiało się wiele różnych myśli i to najważniejsze stwierdzenie, czy raczej prośba: „Wyciągnijcie mnie stąd. Wyciągnijcie, abym mogła uciec!”.

— Aniela cierpi na schizofrenię paranoidalną, przez co leki, które jej podajemy są najsilniejsze z tych dostępnych na rynku. Musicie państwo wiedzieć, że leki te mogą spowodować u córki stany lękowe, ataki paniki a nawet halucynacje. Mogą nastąpić również momenty wyłączenia się, podczas których córka będzie często spać, nie odzywać się…

— Ale co może się stać, jeśli zapomni ich wziąć?

Długie miodowe kosmyki włosów osiemnastolatki opadały na jej twarz, zakrywając całkowicie jedno z oczu.

Znowu… znowu rodzice zaczęli wtrącać się w to, w co nie powinni. Niepotrzebnie. Kochała ich, bo przecież nie miała nikogo innego, ale to, co oni robili było zbędne.

Nie jestem chora, powtarzała do siebie w myślach, zaciskając mocno pięści. To oni niczego nie rozumieją i nie będą nigdy rozumieć. Ona miała wpisane w swoje życie przeznaczenie, które musiała wypełnić. I nic, ani nikt nie był w stanie tego powstrzymać, nie ważne jak bardzo by się starał. Prędzej czy później wszystko i tak będzie musiało się wydarzyć.

Od ponad pięciu lat manewrowała pomiędzy domem rodzinnym a zamkniętym zakładem psychiatrycznym niedaleko Turynu, w którym się urodziła. Zaczęło się od wyjawienia rodzicom tego, że bardzo często słyszy i widzi rzeczy, których normalnie nikt nie widzi, nie słyszy. Państwo Firenze posłali córkę do psychologa, a gdy ten skierował ją do psychiatry, dziewczyna całkowicie zamknęła się w sobie. Co jakiś czas miała stany lękowe, odcięła się od otaczającego ją wcześniej świata.

— Aniela może stać się niebezpieczna dla otoczenia. Byłoby dobrze, gdyby państwa córka nie zostawała sama na dłuższy czas, aby sama nie wychodziła na miasto. Niektóre z czynników mogą być dla niej szkodliwe i nie ukrywam, że mogą wywołać napady agresji.

— Rozumiemy — odezwała się matka osiemnastolatki, która dotychczas milczała. — Prosimy o receptę na leki i zabieramy córkę na przepustkę.

Klamka drgnęła i drzwi od gabinetu otworzyły się. Wyszli z niego rodzice Anieli oraz wysoki mężczyzna w białym kitlu. Dziewczyna delikatnie podniosła głowę i spojrzała na rodziców. Franccesca i Romano Firenze. Starsze małżeństwo z długoletnim stażem, które po wielu nieudanych próbach posiadania dziecka, zdecydowało się na adopcję, kilkumiesięcznej wówczas Anieli. Później jednak na jaw wyszła jej choroba. Przeżyli załamanie.

— Anielu, kochanie — szczupła Włoszka w szarym żakiecie, pogłaskała córkę po głowie i siadając obok objęła ramieniem. Ucałowała w czoło. — Pojedziemy na wakacje. Gdzie chciałabyś pojechać, córeczko? Paryż? Praga? Berlin? Moskwa?

— Treviso — szepnęła Aniela, delikatnie gładząc opuszkami palców białe spodnie.

Państwo Firenze spojrzeli po sobie zaskoczeni wyborem dziewczyny, ale bez wahania spełnili jej prośbę. Jeszcze tego samego dnia spakowali walizki, zarezerwowali nocleg w hotelu i wyjechali. Mimo tego, że Aniela nie była ich rodzoną córką, chcieli jej jak najlepiej dogodzić, zawsze dostosować się do tego, co chciała. Najprościej mówiąc, dziewczyna była oczkiem w głowie państwa Firenze.

Treviso, było miastem we Włoszech Północnych, leżącym niedaleko Wenecji, przez co, co roku, odwiedzały je tłumy turystów w drodze do miasta świętego Marka. Treviso słynęło z najlepszych lodów a także sporego lotniska, dla turystów jadących do Wenecji.

Przez otwarte drzwi na taras, wpadało świeże powietrze, muskające białe firanki pokoju hotelowego. Aniela siedziała sama w pokoju apartamentowca, podczas gdy jej rodzice załatwiali do końca sprawy meldunku na kilka dni i kolacji, która miała być już podana.

— Niedługo wszystko się zacznie — wyszeptała do siebie odchylając do tyłu głowę i skierowała swój wzrok na ciemne niebo obsypane migocącymi gwiazdami. Uśmiechnęła się delikatnie. — Wybiła godzina apostolska.

Gwałtownie zerwała się z łóżka i chwytając za pierwszą lepszą kartkę, długopis; napisała list pożegnalny, którego treść brzmiała następująco:


Mamo, tato, wybaczcie, ale odchodzę. Chciałabym wam kiedyś to wszystko wytłumaczyć, ale nie wiem czy byście mi uwierzyli. Pewnie znów zostałabym zamknięta w szpitalu. Nie jestem chora i nigdy nie byłam. Proszę, nie szukajcie mnie. Jeśli mnie kochacie, nie róbcie tego. Obiecuję, że kiedyś wrócę i wam o wszystkim opowiem. Ale teraz żegnajcie. Wasza Aniela


Przyłożyła ucho do drzwi. Cisza. Jeszcze nie wracali. Zostawiła na stoliku list, wzięła swoją białą bluzę i wyszła na taras. Bez problemu przeskoczyła przez barierkę dziękując w duchu, że ich pokój znajdował się na samym parterze i znalazła się w hotelowym ogrodzie. Manewrowała ostrożnie pomiędzy klombami pelargonii i dzikich róż. Kierowała się w stronę wyjścia. Serce biło jej jak młot. Gdyby ktoś ją przyłapał, gdyby ktoś ją zatrzymał nie byłoby za wesoło. Wręcz przeciwnie. Zostałaby od razu wysłana z powrotem do zakładu zamkniętego.

— Wenecjo, nadchodzę. — Opuściwszy teren hotelu, oznajmiła ostentacyjnie i zarzucając kaptur na głowę, wmieszała się w tłum mieszkańców Treviso.

IX

— Cholera! — zaklęłam, gdy po raz kolejny, kubek roztrzaskał się o kuchenną podłogę.

Zdecydowanie nie był to najlepszy dzień, który swoją drogą mógłby się już wreszcie zakończyć. Pełna złości cisnęłam szmatą do podłogi w kąt kuchni i nie zważając na rozbite naczynie, wzięłam się za skończenie dania, które posłużyć miało za przynętę na lisiego człowieka. Dopiero, gdy skończyłam, wzięłam się za uprzątanie rozbitego kubka i wytarcia podłogi.

Za każdym razem, gdy zjawiał się ogoniasty, sam częstował się moją kolacją. Mój plan był taki, aby tego wieczoru poczęstować go dobrym jadłem. Tak, tym razem poczęstować, własnowolnie, aby móc jednocześnie wypytać go o to, kim jest? Skąd pochodzi? A co najważniejsze, dlaczego pokazuje się właśnie mnie?

Mała wskazówka zegarowa powoli przesuwała się do przodu wskazując godzinę, o której pojawiał się lisi znajomek. Siedziałam przy biurku nerwowo stukając w jego blat palcami. W pokoju panowała kompletna cisza, co jeszcze bardziej mnie denerwowało. Moje zielone tęczówki manewrowały swobodnie pomiędzy drzwiami, łóżkiem i ścianą z pamiątkami po żonie wujaszka.

— Cóż to? — zmrużyłam oczy.

Moją uwagę przykuło zdjęcie, którego — przysięgłabym — wcześniej wcale tam nie było. Wstałam z krzesełka i podszedłszy do łóżka, opierając się o nie, zerwałam zdjęcie ze ściany. Widniało na nim dwanaście osób, przyodzianych w niecodzienne stroje, wyciągnięte niemal, z jakiegoś filmu historycznego o Juliuszu Cezarze. Nigdy wcześniej nie widziałam tych ludzi. Choć… Przyjrzałam im się z większą uwagą. Przysięgłabym, że jeden z nich wyglądał całkowicie jak wujaszek Giuseppe, a ten stojący obok niego był identyczny jak mój nauczyciel francuskiego. Zadziwiające podobieństwo.

— Podziwiamy sobie stare fotografie rodzinne, co? — Wtem usłyszałam znany mi już zachrypnięty głos.

Wzdrygnęłam się zaskoczona i powoli odwróciłam się w stronę biurka, gdzie spodziewałam się zobaczyć czarnowłosego mężczyznę z kompletem pięciu puchatych lisich ogonów. I wcale się nie pomyliłam.

— Czekałam na ciebie.

Na blacie biurka siedział wysoki jegomość, którego strój nie różnił się wcale, od tego, w którym pokazał mi się poprzedniego wieczoru. Z nogą założoną na nogę i wielkim uśmiechem wymalowanym na twarzy, wpatrywał się najpierw we mnie a później w talerz z przygotowaną kolacją.

— Częstuj się — rzuciłam krótko, co spowodowało, że gość poczuł się trochę niezręcznie. — Chyba, że wolisz ponowną pogoń z miotłą — burknęłam podpierając się pod boki. — Bierz i jedz, ale w zamian powiedz mi, kim jesteś i co tutaj robisz?

Z poważną miną i wypiekami na twarzy pewnie wyglądałam zabawnie.

— Mhm… Zmądrzałaś — wymruczał oblizując łakomie łyżeczkę po zuccotto. — W najodpowiedniejszej chwili — zachichotał nabierając kolejną łyżeczkę włoskiego przysmaku.

Stałam jak głupia, wpatrując się w lisiego gościa. Dopiero teraz, gdy mogłam mu się przyjrzeć, zauważyłam, że jego nienaturalnie zabarwione na czerwono oczy są okonturowane czarną kredką, tak, jakby został wyciągnięty z cyrkowej areny.

— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła — powiedział spokojnie, wyczuwając, że chcę powtórzyć pytania.

Obdarzyłam go srogim spojrzeniem i powoli usiadłam na skraju łóżka mając już w zasadzie głęboko gdzieś, po co ten dziwny facet odwiedził mnie już trzeci raz z rzędu. Bo najprawdopodobniej chodziło mu tylko o wyśmienitą kuchnię wujaszka Giuseppe.

— Mógłbyś się, chociaż przedstawić — mruknęłam z wyrzutem.

Lisi gość odłożył na biurko pusty talerzyk i oblizawszy się, spojrzał na mnie. Poczułam się strasznie niekomfortowo. We wbitą we mnie parą czerwonych oczu przeszywających na wskroś poczułam, jakby świdrował mnie nie tylko z zewnątrz, ale również przedzierał najciemniejsze zakątki mojej duszy. Zapewne, gdyby był pierwszym lepszym osobnikiem rasy ludzkiej, a bynajmniej nim nie był, dostałby ode mnie, nie zuccotto, a porządnego kopniaka.

— Moje imię na razie nic ci nie powie. O ile w ogóle by coś powiedziało, w co też szczerze wątpię. — Jednym zwinnym ruchem zeskoczył z biurka i przeciągnął się niczym kot po odbytej drzemce. — Ale nie bój się, dowiesz się wszystkiego w swoim czasie — wyciągnął zza pazuchy starą, drewnianą fajkę i nabił ją tytoniem. Przynajmniej miałam nadzieję, że to TYLKO tytoń.

— Jesteś japońskim demonem kitsune, zgadza się? — powołałam się na notatki znalezione poprzedniego wieczoru, w Internecie.

— Oj tam zaraz demonem — machnął ręką — nie nazwałbym tak tego. Nie jestem negatywną postacią.

— To, kim, do jasnej cholery?

— Mówią, że jestem waszym przewodnikiem, ale myślę, że wepchali mi tą fuchę tylko dlatego, że nie znaleźli nikogo odpowiedniego — odrzekł zaciągając się dymem i zaraz pojawił się z drugiej strony pokoju — A ja i tak nie mam co robić, więc zgodziłem się trochę wam pomatkować. Poza tym jestem głównie obserwatorem.

— Wam? Waszym przewodnikiem? Czyli kogo? Jestem tylko jedna!

— Widzisz tamtą wieżę? — podszedł do mojego okna, rozsunął firanki i wskazał gmach weneckiej wieży zegarowej, której tarczę zdobiły złote znaki zodiakalne. Skinęłam głową stojąc obok niego. — Gdy będziecie już w komplecie, tam wszystko się rozpocznie.

Kitsune wypuścił z ust dym tytoniowy wprost na mnie. Zamknęłam piekące oczy i kaszląc, zaczęłam wymachiwać ręką, aby pozbyć się dymu. Podejrzewałam, a raczej byłam święcie przekonana, że gdy znów otworzę oczy, jego już nie będzie, że zniknie tak samo jak ostatnim razem. I wcale się nie pomyliłam.

— Waszym przewodnikiem — powtórzyłam zła. — Kogo, kurna, przewodnikiem?

Miałam jakieś dziwne wrażenie, że już nie szybko będzie mi dane go zobaczyć, a co więcej porozmawiać. Usiadłam na łóżku i jeszcze raz spojrzałam na zdjęcie, które tego wieczora pojawiło się wśród pamiątek żony wujaszka. W myślach nasuwało mi się jedno pytanie — „Czy to zdjęcie i Kitsune mają ze sobą coś wspólnego?”. Odwróciłam je a moim oczom ukazał się pochyły napis „Apostołowie nowego tysiąclecia”.

X

Dziewczyna zakrywała dłońmi twarz, co rusz pociągając nosem i krztusząc się własnymi łzami. Ubrana w długą zieloną sukienkę na ramiączkach, kuliła się pod ścianą.

— I co ryczysz?! — Rozległ się porządny, męski baryton a o ścianę została rozbita kolejna szklana butelka po taniej wódce.

Wysoki, tęgi Włoch chodził nerwowo po małym pokoju, gdzie na podłodze walały się butelki i puszki po tanim alkoholu, a także puste paczki papierosów. Wśród tego bałaganu dało się również zauważyć wymięte, stare ubrania. Zapach, który się tam unosił również nie należał do najprzyjemniejszych.

— Wieczne problemy z tymi pieprzonymi bachorami! — klął pod nosem.

Blondynka się bała. Tak cholernie się go bała. I Fabio doskonale o tym wiedział. Więc, dlaczego zostawił ją samą z tym damskim bokserem, jakim był ich ojczym? Bił, znęcał się nad bliźniaczym rodzeństwem Fabio i Lorettą, od czasu, gdy ich macocha, a jego żona spiła się do granic możliwości z odkręconym w domu gazem, przez co zmarła. Dopóki żyła, Barbados nie podniósł ręki na dzieciaki, później już wcale się nie hamował i korzystał tylko z okazji, aby pokazać, że on tu rządzi.

— Ale już! Poszła do garów! — Mężczyzna cisnął starą szmatą w dziewczynę. — Obiad sam się nie zrobi!

Loretta podniosła się z podłogi, drżącymi rękoma podniosła szary kawałek materiału i znikła w drzwiach kuchni, która wcale nie różniła się od pokoju. Ojczym rodzeństwa rozłożył się na kanapie i otworzywszy kolejne piwo, włączył telewizor.

Fabio, gdzie jesteś? Wróć; błagała w myślach, niezdarnie krzątając się po kuchni. Usiłowała znaleźć coś zdatnego do zrobienia czegoś do jedzenia. Jednak udało jej się tylko wygrzebać z szafy barszcz czerwony z woreczka. Nie był trudny w wykonaniu, a co najważniejsze, nie zajmował wiele czasu w przygotowaniu.

Loretta w milczeniu podała ojczymowi zupę i nie czekając na jakieś komentarze z jego strony, z powrotem postanowiła skryć się w kuchni. Im dalej od Pablo, tym lepiej i bezpieczniej się czuła, nawet, jeśli była to tylko cienka ściana pomiędzy pokojem a kuchnią.

Usiadła na kulawym krzesełku nieopodal okna. Rozsunęła delikatnie szarawą zasłonkę. Florencja. Spore miasto umiejscowione w centralnych Włoszech, w Toskanii. Centrum turystyczne a także jej dom, który kochała a jednocześnie chciała opuścić. Pragnęła uciec z tej meliny. Czemu tego jeszcze nie zrobiła? Nie miała na tyle siły. Bała się. Zwłaszcza teraz, gdy została całkowicie sama a Fabio przepadł.

Usłyszała, jak ojczym wstaje z kanapy, mówi coś niewyraźnie do siebie. Wzdrygnęła się. Dobrze wiedziała, co teraz się stanie. Tylko, co tym razem posłuży za argument do tego, aby mógł ją uderzyć?

— Loretta! — warknął nieprzyjemnie, zjawiając się w kuchennych drzwiach.

Dziewczyna podniosła na niego wielkie, czarne, smutne oczy powoli ponownie wypełniające się łzami. Nie był zadowolony, jego twarz zdobił wielki grymas, jak po zjedzeniu cytryny.

— Gdzie drugie danie?! — fuknął.

— N-nie ma — wydukała cicho.

— Jak to, kurwa, nie ma?!

— N-nie ma, z czego ugo…

— Nie obchodzi mnie to! — Zamachnął się z całej siły, uderzając otwartą dłonią osiemnastolatkę w twarz. — Masz zrobić mi drugie danie na obiad!

Blondynka chwyciła za rozciętą wargę. Policzek powoli zaczął puchnąć. Bolało, a była pewna, że na tym się nie skończy. Za każdym razem, gdy Pablo wszczynał awanturę, nie poprzestawał na jednym ciosie. Dlatego rodzeństwo przestało chodzić na szkoły, wstydząca się tych wszystkich siniaków nabitych przez ojczyma. Zaczęli zachowywać się tak, jakby nie istnieli.

— A-ale nie ma, z czego… — powtórzyła, czując w ustach krew.

— Jak nie rozumiesz, to ci zaraz wytłumaczę — mężczyzna odpiął swój skórzany pasek i wyjął go ze szlufek spodni.

Alkohol wypity tego wieczoru nie był głównym powodem takiego zachowania. Pablo i na trzeźwo potrafił uderzyć pasierbicę, a nawet sprawiało mu to większą satysfakcję. Zamachnął się.

Loretta skuliła się i nakryła rękoma czekając na nieuniknione uderzenie. Zamknęła oczy. Ale nic takiego wcale nie nastąpiło.

— Zostaw ją! — W jednej chwili drzwi od mieszkania otworzyły się z głośnym hukiem, a w drugiej chwili, w kuchni stał osiemnastoletni Włoch z blond włosami zaczesanymi do tyłu i czarnymi oczami, w których skrzył się gniew.

— O, wrócił syn marnotrawny — ojczym bliźniaków zaśmiał się głośno a na jego ustach zagościł wredny uśmiech.

— Stul pysk, szmaciarzu! — W tonie Fabio dało się usłyszeć całą nienawiść, którą darzył Włocha. — Zostaw moją siostrę!

— Bo co mi zrobisz, gówniarzu? — zapytał rozbawiony i odwrócił się w stronę chłopaka, lecz pierwsze, co przed sobą ujrzał to czarną lufę pistoletu, dopiero później pasierba, który mierzył w niego bronią. — Zostaw to, bo jeszcze komuś krzywdę zrobisz — Pablo chciał wytrącić broń z ręki Fabio, lecz bez skutku, gdyż ten przewidziawszy ruch ojczyma, cofnął się o krok.

— Ty mały skurwysynu! Ty i ta szmata jesteście niewdzięcznymi bachorami, które razem z Valentiną zgodziliśmy się przyjąć pod swój dach, a wy się tak odpłacacie?! — Wpadł w szał. — Uciszę was oboje! — Chwyciwszy kuchenny nóż leżący na szafce, chciał najpierw ugodzić chłopaka, ale gdy stwierdził, że ten jest za szybki, odwrócił się do jego siostry.

W tejże chwili rozległ się strzał a ciało Pablo bezwładnie osunęło się na podłogę. Truchło już chwilę potem okrążyła ogromna plama krwi, którą sączyła się obficie z dziury na samym środku głowy. Kula musiała przejść na wylot, gdyż płat czołowy mężczyzny był cały roztrzaskany.

— Fabio! — Blondynka cała zapłakana rzuciła się bratu na szyję i wtuliła się w czarną koszulę.

— Loretto, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy — powiedział chłopak głaszcząc czule siostrę po jasnych włosach. — Musimy się stąd wynieść. Do Wenecji. Nie pytaj teraz — wyprzedził jej jakiekolwiek pytania. — Wyjaśnię ci wszystko po drodze, teraz nie ma na to czasu.

Rodzeństwo spakowało mały plecak. Dziewczyna narzuciła na siebie szaro-białą bluzę i wraz z bratem opuścili dom. Nawet się nie obejrzała. Nie chciała już nigdy oglądać tego miejsca.

Wszędzie lepiej niżeli tutaj, powtarzała sobie w myślach całą drogę do dworca kolejowego, gdzie prowadził ją Fabio. Nie wiedziała, po co, nie wiedziała, dlaczego akurat Wenecja. Nie zadawała pytań. Wystarczało jej to, że Fabio był przy niej.

— Prześpij się — posłał jej delikatny uśmiech, kiedy zajęli przedział w pociągu. — To dobrze ci zrobi — Loretta ujrzała w jego oczach coś dziwnego. Była pewna, że jej brat wiedział coś, z czego ona nie zdawała sobie zielonego pojęcia.

XI

Po szkolnym korytarzu to w jedną, to w drugą stronę podróżowali uczniowie szkół gimnazjalnych, którzy postanowili tego dnia zawitać u nas na dniach otwartych. Niektórzy z nich składali od razu dokumenty zafascynowani ową placówką. Dobrze pamiętam jak sama dwa lata temu niepewnie przechodziłam przez drzwi tej szkoły i decydowałam się na naukę tutaj. Ale tak jak kot, nie lubiłam zmian, więc nowe twarze w technikum czy też liceum nie były dla mnie niczym przyjemnym. A w tych dniach otwartych jedynym dobrym faktem było to, iż odwoływano wszystkie lekcje.

Siedziałam cicho na jednej ze szkolnych ławeczek ustawionych na korytarzu. Przerzucałam z niepokojem strony powieści kryminalnej, którą usiłowałam przeczytać. Moje starania niestety niczego nie przynosiły, bo rozpraszały mnie myśli dotyczące wydarzenia z przed kilku dni. Od tamtego wieczoru, gdy Kitsune powiedział mi o kilku dziwnych rzeczach, nie odwiedził mnie ponownie. Powoli zaczynałam myśleć, że jednak to wszystko mi się wydawało, działało się tylko w mojej głowie. Z drugiej strony było to zdjęcie…

— Co też osoba Julia tutaj robi?

Wychyliłam się zza książki, aby ujrzeć przed sobą artystę i największego indywidualistę, przyszłego baletmistrza, Edwarda. Szarookiego Włocha o średnim wzroście i dość… niecodziennym jak na chłopaka, stroju składającym się z markowych trampek, leginsów i kaszmirowego swetra w biało-granatowe paski.

— Czytam — odrzekłam krótko.

Posiadacz ogromnych okularów i nażelowanych brązowych włosów usiadł na drugim końcu ławki i zakładając nogę na nogę, wyprostował się dumnie.

— Osoba pozwoli, że się przysiądę — użył swojego oryginalnego języka i spojrzał na mnie kontem oka, nawet nie czekając na odpowiedź.

Edward Gusto, uczeń trzeciej klasy artystyczno-teatralnej w liceum, a także jedyna osoba, która tak naprawdę mnie rozumiała. A dlaczego jedyna? Dlatego że znaliśmy się od dziecka, a w okresie zalewania Wenecji dzieliłam z nim pokój u wujaszka Giovanniego. Stary Włoch sprawował nad nim opiekę zaraz po tym, jak rodzice Edwarda zginęli w wypadku samochodowym. I choć odnosiliśmy się do siebie dość oschle, to i tak wszystko o sobie wiedzieliśmy. No prawie wszystko, bo tego, co wydarzyło się jakiś czas temu w moim pokoju było wiadome tylko mnie. Jednak znał mnie na tyle dobrze, aby zauważyć, że coś jest nie w porządku.

— Wszystko ok? — zapytał w końcu. — Osoba coś nie za wyraźnie wygląda.

— Nie, wszystko jest dobrze — pokręciłam głową, wpatrując się bezsensownie w stronice książki.

— Nie jestem do końca taki pewny — skrzyżował ręce na piersi.

Młody tancerz nie należał do osób, które łatwo się poddają, o zmianie zdania już nie wspominając, bo tego u niego nie dało się zmienić. Typowy choleryk, histeryk a także prawdziwy przyjaciel od serca. Szanowany w szkole ze względu na swój ogromny talent i całą gablotę złotych pucharów z wszelakich konkursów tanecznych. Jestem pewna, że gdyby nie to, miałby w szkole nie za ciekawie. Jego odmienny styl bycia i nietypowe zachowanie bardzo często wprowadzało ludzi w błędne przekonanie jakoby Edward miałby być gejem bądź transseksualistą. W rzeczywistości był takim samym hetero jak i ja. Ostatnio ciężko chorował i po miesiącu nieobecności, dopiero kilka dni temu wrócił do szkoły.

— Po prostu nie chcę o tym mówić — zamknęłam książkę.

Wstałam z ławki, ale jak szybko to zrobiłam, tak szybko usiadłam z powrotem. Zakręciło mi się w głowie, przed oczyma pojawiły się czarne mroczki.

— Dobrze się osoba czuje? — poczułam, jak Edward kładzie mi dłoń na ramię.

Spojrzałam w jego stronę. Obraz przed oczami stawał się coraz bardziej zamazany, przechodzący niemal we wzory wyjęte z kalejdoskopu. W ostatnich chwilach słyszałam jeszcze jak brunet dopytuje czy wszystko ze mną w porządku, czy wezwać pielęgniarkę, a później zrobiło mi się głucho. Strasznie nieprzyjemne uczucie. Nogi miałam jak z waty, rękoma wcale nie mogłam ruszać. Nagle poczułam mocne szarpnięcie.

Zamknęłam oczy, a gdy je znów otworzyłam, stałam pośrodku ogromnego, pustego miasta. Widziałam jak na niebie zbierały się ciemne chmury. Ewidentnie zanosiło się na deszcz. Wzmagający się wiatr trzepał włoską flagą, spuszczoną do połowy masztu. Miasto zdawało się być całkowicie opuszczone, ciche, pozbawione życia. To raczej nie było normalne, aby tak ogromna metropolia nagle ucichła.

— Przecież to stolica — stwierdziłam dostrzegając w oddali ruiny Koloseum.

Ruszyłam przed siebie w bliżej nieokreślonym kierunku, bacznie przy tym się rozglądając. Restauracje, hotele, stare kamienice, balkony przystrojone zwiędłymi kwiatami.

— Jak ja się tu znalazłam? — pytałam sama siebie, coraz mocniej się denerwując.

Nogi prowadziły mnie same, a ja tak po prostu dałam się prowadzić. W zaufaniu.

Nigdzie nie zauważyłam żadnego pojazdu, nawet najzwyklejszego roweru, nie wspominając już o samochodzie czy skuterze. Coś w duchu podpowiadało mi, aby się nie bać i nie zatrzymywać. Byłam tam zupełnie sama, a jednak czułam się obserwowana. Ktoś wodził za mną swoimi wielkimi oczami.

— Jest tam ktoś? — odwróciłam się gwałtownie, rozglądając się jednocześnie.

Nikogo nie zauważyłam, ale gdy postanowiłam ruszyć dalej, moją uwagę przykuł widok staruszki siedzącej na bujanym fotelu, który stał na jednych ze schodów kamienic.

— …łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiona… — Podeszłam bliżej słysząc słowa modlitwy.

Przygarbiona kobieta odmawiała koronkę różańca, przebierając jego białe koraliki drżącymi dłońmi. Zdawała się wcale nie zdając sobie sprawy z mojej obecności. Nie reagowała na słowa, na dotyk. Nic, dosłownie nic, jakby wpadła w jakiś trans czy hipnozę. Zamiast patrzeć na swoje dłonie i różaniec, ta wpatrywała się niemo w punkt, daleko przed siebie.

— Co tam jest? — mruknęłam zerkając w tą samą stronę.

Przymrużyłam oczy. Na wprost rozciągała się długa marmurowa droga, na której końcu migotało jasne światło. Postanowiłam bez wahania ruszyć w jego kierunku.

— Cierpliwość to cnota boska — usłyszałam jeszcze za sobą głos kobiety. — Niech ona cię prowadzi, drogie dziecko. Cierpliwość i wiara.

Biegłam wprost w stronę majaczącego w oddali światełka. I wbrew wszystkiemu wcale się nie powiększało. Mijałam kolejne ulice pozostawiając za sobą staruszkę i cały Rzym, jak gdyby wybiegając na obrzeża stolicy, jednocześnie cofając się o kilka stuleci, na co wskazywał ubiór ludzi, którzy pojawiali się, co jakiś czas. Nie wiem, ile czasu to zajęło, ale gdy wreszcie się zatrzymałam wszystko wyglądało zwyczajnie. Na granatowe sklepienie wysypało się wiadro złotych gwiazd, a jasną tarczę księżyca tylko raz po raz przysłaniały chmury. Podniosłam wzrok.

— Watykan — szepnęłam.

Przede mną rozciągał się ogromny plac świętego Piotra i bazylika. Na wprost, trochę wyżej, znajdował się balkon papieski, skąd głowa kościoła katolickiego przemawiała każdego dnia powszedniego. Nagle powietrze przecięła kula.

— Tutaj! Mamy złodzieja! — W jednej chwili znalazłam się w samym centrum wydarzeń, lecz nikt mnie nie widział, nie zwracał na mnie uwagi, jakby mnie tam wcale nie było.

Na placu świętego Piotra zapanowało zamieszanie. Straż szwajcarska zaczęła się krzątać, jeden wołał przez drugiego, a ja próbowałam zrozumieć, o czym mówią, gdyż posługiwali się mieszaniną języka włoskiego z niemieckim, którego szczerze nie lubiłam.

— No, Andrey, nieźle ją załatwiłeś. — Gdy wreszcie straż zebrała się w jednym miejscu, przy bramie wyjazdowej z placu, podeszłam nieco bliżej.

— Odsuńcie się — nakazał biskup, przepychający się pomiędzy żołnierzami. Skorzystawszy z okazji i ja ruszyłam za duchownym. — Przeszukać ją — rozkazał, a ja niemalże straciłam grunt pod nogami.

Na marmurowym chodniku, w ogromnej kałuży szkarłatnej posoki, leżała całkiem młoda kobieta. Jej pozbawione życia ciało wpatrywało się niemo wielkimi szmaragdowymi oczyma w ciemne sklepienie. Jej miodowe loki, pozlepiane krwią straciły swój czar, który zapewne posiadała za życia. Na środku czoła kobiety widniała dość spora krzepnąca dziura wylotowa po naboju broni palnej, posiadającej przez straż szwajcarską.

Zakrywając usta i nie mogąc znieść tego widoku, zaczęłam się cofać.

— Nie znaleźliśmy nic, prócz tego… — Widziałam jak jeden z strażników podaje biskupowi jakąś kartkę, co wywołało na jego twarzy złość.

— Cholera, a gdzie jest księga, którą zabrała? — zaklął ksiądz gniotąc kartkę.

Ta kobieta, była mi tak bardzo bliska, jakbym znała ją od wieków. Cofając się, miałam wrażenie, że odprowadza mnie zielonymi oczami, jakby chciała coś mi przekazać. W końcu nie mogąc tego znieść odwróciłam się na pięcie i wtedy zastygłam jak słup soli.

— Wujaszek Giuseppe? — Otworzyłam usta ze zdumienia.

Naprzeciw mnie stał gondolier, ten sam, który wychowywał mnie od dziecka, ale jakby młodszy o te kilka lat. Jego twarz wskazywała obojętność, gdy przeglądał starą książkę w skórzanej oprawie. Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła, a dłonie zaczynają się mimowolnie trząść.

— Wybacz Izabelle, dopilnuję, aby twoja ofiara nie poszła na marne — schował książkę za pazuchę i zniknął w ciemnościach, niemal rozpływając się w powietrzu.

Stałam chwilę oniemiała, powoli rozumiejąc słowa wypowiedziane przed sekunda przez gondoliera.

— Izabelle… — To imię z trudem przeszło mi przez usta.

Stanęłam nad ciałem kobiety. Tym razem oczy miała zamknięte, delikatnie otwarte usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam przed sobą żonę wujaszka. Dokładnie tą samą, o której nigdy nie chciał wspominać. Izabelle, tak właśnie się nazywała. Została zabita podczas kradzieży w Watykanie. Zabrała jakąś książkę, tyle wiedziałam.

Poczułam jak w oczach powoli zaczynają mi się zbierać łzy. Pozwoliłam na to, aby te swobodnie popłynęły po moich policzkach.

— Kościół… żandarmeria zabiła ciotkę Izabelle… — Zagryzłam wargi i już chciałam stamtąd odejść, gdy ni stąd ni zowąd zjawił się Kitsune, wciskając mi w ręce srebrny zegarek kieszonkowy.

Bez wahania, jakby naturalnie, otworzyłam go. Z wnętrza zegarka wydobyła się delikatna melodyjka, niczym ze starej pozytywki. W tarczy przedmiotu najpierw odbił się księżyc w pełni, a później zobaczyłam wskazówki pokazujące godzinę 11:45.

— Czy to ważne? — zapytałam mojego lisiego znajomka.

Kitsune, choć w tym momencie pozbawiony lisich atrybutów, spojrzał na mnie z góry, oczami, które nie były już czerwone, a były to dwa wielkie dyski przypominające tarczę księżyca w pełni. Skinął głową i gwałtownie uniósł rękę. Pstryknął w palce. Zapadła ciemność.

XII

Rzucił na łóżko swoją walizkę i niechlujnie powrzucał do niej swoje ubrania. Nie grzebał się z tym, tak samo jak nie owijał w bawełnę tego, że odchodzi.

— Luca, dlaczego mi to robisz? — W drzwiach pokoju osiemnastolatka stanęła wysoka dziewczyna z ciemnymi blond włosami.

W jej wielkich, błękitnych oczach widniał wyrzut. Ten jednak nie odpowiedział, tylko dalej się pakował. Pięć lat, pięć długich lat był z Aleksandrą. Z czasem zaczęli snuć plany na przyszłość. Nawet zamieszkali razem, gdy oboje osiągnęli pełnoletność. Luca nie chodził do szkoły. Utrzymywał się z renty po rodzicach, którzy służyli w wojsku. To mu wystarczało.

— To nie tak jak myślisz — rzucił jakby od niechcenia w jej stronę, co wywołało u blondynki złość i żal.

— A co ja mam sobie myśleć, Luca? — Skrzyżowała ręce na piersi czując, że jeszcze chwila a się rozpłacze. — Z dnia na dzień mówisz, że odchodzisz ode mnie. Bez żadnego konkretnego wyjaśnienia, bez powodu.

— Mam powód — odrzekł zapinając walizkę. — Duży powód.

— To jakaś dziewczyna, prawda? — burknęła z oburzeniem.

— Żadna dziewczyna — z walizką pod pachą, wyminął Aleksandrę w drzwiach i wziął kluczyki od białego vana, które wisiały na ciemnym przedpokoju.

— To, co się dzieje?! — Nie dawała za wygraną, jeszcze chciała go zatrzymać, oczekiwała wyjaśnień. — Luca…

— Aleksandro — chłopak chwycił za klamkę i już chciał wychodzić, ale odwróciwszy się, przytulił ją mocno i szepnął do ucha. — Jeśli uda mi się wrócić, pobierzemy się. Zrobię wszystko, czego będziesz chciała, ale teraz muszę iść.

Wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Zostawił ją samą, zrozpaczoną, a co najważniejsze nieświadomą. Otworzył drzwi vana i wrzuciwszy do środka walizkę podróżną, zajął miejsce kierowcy, zapiął pas i odpalił silnik.

— Los nie wybiera — ustawił jeszcze odpowiednio lusterko w aucie.

Zobaczył w nim osiemnastoletniego, wysokiego bruneta, którego oczy pod słońce mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni. Nie był szczęśliwy. Wręcz przeciwnie. Na ustach Gianluci widniał tylko smutek.

— Chciałbym być normalny.

Wyjechał z posesji niemalże potrącając psa sąsiadów. Był roztargniony. Jeszcze kilka dni temu jego życie, życie Gianluci Moriarte nie różniło się niczym od życia każdego innego, zwykłego Neapolitańczyka. Wszystko się zmieniło, niczym w kalejdoskopie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, choć wcześniej tak znane, teraz stały się całkowicie obce, nieznane, tajemnicze. A co najważniejsze — niepewne.

Biały van na włoskich rejestracjach gnał główną autostradą kraju wprost na północ. Za oknami pędzącego pojazdu przelatywał malowniczy krajobraz Słonecznej Italii. W zielonych oczach kierowcy odbijały się matowe znaki drogowe jak i kolorowe karoserie mijanych aut.

— Cholera! — zaklął gwałtownie hamując.

Stracił panowanie nad samochodem, który wpadł w poślizg. Pojazd okręcił się kilka razy wokół własnej osi, po czym zatrzymał się na poboczu. Luca wyszedł z pojazdu, aby się uspokoić.

Nikt. Nawet nikt nie zatrzymał się po to, aby sprawdzić czy kierowcy nic się jest. Kogo to obchodziło? Przecież nikt nie wiedział…

— I nikt się nie dowie — burknął niemrawo uderzając pięścią w drzwi pojazdu. — Nikt nie będzie pamiętać.

XIII

Strasznie kręciło mi się w głowie. Czułam się tak, jakby przejechał mnie czołg a później jeszcze zawrócił, bo czegoś zapomniał. Westchnęłam i wreszcie wybudziłam się z tego dziwnego snu o Watykanie. Najpierw poczułam w cholerę nieprzyjemny zapach szpitala a później zorientowałam się, że leżę w jednym z łóżek w czteroosobowej sali szpitalnej. Przetarłam oczy i na tyle ile mogłam usiadłam na łóżku.

— A ty, co tutaj robisz, jełopie? — Moje pierwsze słowa po przebudzeniu skierowane zostały do niebieskowłosego pseudo artysty, który z niewiadomych powodów siedział obok mojego łóżka i gapił się na mnie, szczerząc się jak głupi do sera.

— Jak ja uwielbiam twoje poczucie humoru — uśmiechnął się jakby nigdy nic, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. — Giuseppe kazał cię przypilnować — dodał po chwili.

— Przy czym? — zapytałam oburzona. — Żebym przypadkiem nie wdała się w bójkę z lekarzem czy aby mnie kosmici nie porwali?!

Ten jednak tylko rozbawiony i pokręcił głową. Gdybym tylko mogła wstać, co niestety nie ułatwiała mi podłączona kroplówka, zdzieliłabym go pierw z liścia w twarz za ten głupi uśmiech, a później podarowałabym mu mocnego kopniaka na dowidzenia.

— Tam są drzwi — wskazałam na wyjście, ale ten na przekór nawet na nie, nie spojrzał.

— Mam tu siedzieć, dopóki twój wujaszek nie wróci — stwierdził najwyraźniej zadowolony z tego faktu.

Cała gotowałam się ze złości, a moje policzki przyozdobiły dwie wielkie czerwone plamy. Niech no ja tylko stąd wyjdę, to tak dam mu popalić, że odechce mu się wtrącać w moje życie. A wujaszkowi przetłumaczę, że nie potrzebuje żadnej niańki. I już chciałam rzucić pod jego adresem długą wiązankę wyszukanych przekleństw, gdy ten, jakby wiedząc, co zamierzam, machnął ręką i stwierdził:

— Dziewczynie nie wypada przeklinać.

— Zamknij się — wycedziłam przez zęby.

Założyłam ręce na piersi. Zaraz do sali wszedł wujaszek Giuseppe a razem z nim pojawiła się wysoka, niebieskooka brunetka w białym kitlu i okularach. Nie była lekarką, co najwyżej praktykantką. Chiara, jak wskazywała na to plakietka, która nosiła, sprawdziła moją kartę i zamieniwszy ze dwa słowa z gondolierem, wyszła z sali wraz z Feliksem, który ewidentnie ją podrywał. Włoch oparł się o metalową barierkę w nogach łóżka i spojrzał na mnie troskliwie, a jednocześnie tak, jakby wiedział, co wiedziałam podczas utraty świadomości. Dopiero po chwili zorientowałam się, że z kieszeni jego marynarki wystaje zdjęcie, nad którym moje myśli krążyły od jakiegoś czasu.

— Kiedy będę mogła stąd wyjść? — rzuciłam krótko, zerkając kontem oka w stronę drzwi, gdzie zniknął niebiesko włosy oszołom wraz z praktykantką. Jakoś niespecjalnie interesowało mnie to, co ten pawian robi i z kim rozmawia, ale jego obecne zachowanie było wręcz żenujące.

— Jutro rano — odparł Giuseppe, a jego oczy zmatowiały. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że coś przed nim ukrywałam. A okłamywanie wujaszka wcale mi się nie podobało. Stwierdziłam jednak, że tym razem sama będę musiała rozwikłać tą sprawę. Tym bardziej po tym, co wiedziałam. — Zostawiają cię jeszcze na obserwację.

Tak! Do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze pobytu w szpitalu. Jedynym tego plusem było to, że będę miała trochę odpoczynku od tego wszystkiego.

— Jutro przyjdę po ciebie z Feliksem…

— Nie chcę go tu widzieć — nawet nie pozwoliłam mu dokończyć. Moje zachowanie wskazywało na brak sympatii względem naszego sąsiada, a stary gondolier jakoś nie mógł tego pojąć — Nie przychodźcie po mnie. Sama wrócę do domu.

Wujek Giuseppe głośno wypuścił powietrze z płuc i już więcej nic nie powiedział, co oznaczało zgodę. Bez pożegnania wyszedł z sali, mijając się z pielęgniarką, która cała w skowronkach przyszła zmierzyć mi ciśnienie. Nie wiem, co ten niebieski głąb jej naopowiadał, ale najwyraźniej jej się to spodobało.

— Miłego masz sąsiada — uśmiechnęła się szeroko, zapisując wyniki. — I wujka, który się o ciebie troszczy.

— To nie twoja sprawa — prychnęłam pogardliwie.

Kolejna baba, która wtrąca się w nieswoje sprawy, tak jakby nie miała własnego życia.

Mimo tego, co o niej myślałam, bardzo szybko między nami utworzyła się w pewnym rodzaju nić porozumienia. Miałam dość sporo czasu, aby porozmawiać z nią na spokojnie i przełamać pierwsze bariery. Oczywiście myliłam się co do Chiary. W jednej chwili ze stażystki i wścibskiej osoby, zmieniła się w całkiem sympatyczną i rozmowną personę, która podzieliła się ze mną historią swojego życia.

Gdy Chiara była jeszcze mała, jej rodzice porzucili ją, a jej wychowaniem zajęła się pewna młoda kobieta, która straciła dziecko. Przygarnęła brunetkę pod swój dach i wychowała jak swoje. Chiara nigdy nie dowiedziała się, dlaczego rodzice zostawili ją samą sobie. Zdziwił mnie fakt, iż nie miała im tego za złe, a wręcz przeciwnie, jeszcze ich broniła.

— Może mieli ciężką sytuację — powiedziała, kończąc swoją historię.

— Ale to ich nie usprawiedliwia — burknęłam i wtedy po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się co stało się z moimi rodzicami. Dlaczego wychowywałam się u wujaszka Giuseppe? Stało się to jeszcze bardziej ciekawsze przez to, co widziałam podczas utraty świadomości i przez samego Kitsune.

W jednej chwili przytoczyłam w myślach historię mojego przyjaciela Edwarda, Francuski Renee, a teraz i Chiary. Naszą czwórkę łączył fakt, iż wychowywaliśmy się u ludzi, którzy wcale nie byli z nami spokrewnieni. Była nas czwórka, czy to o nas mówił Kitsune? Czy on jest naszym przewodnikiem? Jaki ma to związek ze zdjęciem, które znalazłam tamtej nocy? Kitsune wspominał, że to zdjęcie rodzinne, więc czy znajdowali się tam nasi rodzice? Moi rodzice?

Nie, to głupie, zaprzeczyłam sobie.

— Hej, Julio — z rozmyślań wyrwała mnie stażystka, która powoli już kończyła swój dyżur. — Zasnęłaś albo śnisz na jawie.

— Zamyśliłam się — pokręciłam głową.

Prawie całą noc spędziłam na zastanawianiu się i rozmyślaniu nad tą sprawą. Gdzieś pomiędzy szarymi komórkami krążyły pytania bez odpowiedzi, najróżniejsze hipotezy, teorie i ten widok wielkich szmaragdowych oczu martwej kobiety z przestrzeloną na wylot czaszką.

— Izabelle — mruknęłam do siebie gdzieś w środku nocy, gdy wszyscy normalni pacjenci już dawno spali, a pielęgniarki na dyżurce ucięły sobie chwilową drzemkę. — Czy to naprawdę ty byłaś ciocią Izabelle? Żoną wujaszka Giuseppe?

Przysiadłam na łóżku i zajrzałam do szafki szpitalnej, gdzie znalazłam tylko mandarynki. Nie mając zbyt dużego wyboru, zjadłam je i popiłam woda mineralną. Przerzucałam się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie odpowiedniej pozycji. Nie szło zasnąć.

Kiedy wreszcie zrezygnowałam z dalszego przewracania się w tą i we w tą, mój wzrok zatrzymał się na zamkniętym oknie, na którego parapecie po stronie podwórka, siedziało rude zwierzę, z długim puchatym ogonem i dwoma czarnymi paciorkowymi oczami. Zastrzygło szpiczastymi uszami i jakby chciało coś powiedzieć, zaczęło pukać nosem w szybę. Przetarłam oczy upewniając się, że to na pewno nie jest halucynacja wywołana zmęczeniem, a jakby nie patrzeć było już grubo po północy.

— A, daj mi spokój!

Nakryłam głowę kołdrą. Nawet nie spostrzegłam się jak tym razem szybko zasnęłam. Tak jakby lis był czymś w rodzaju leku na bezsenność. A może ja już wcześniej spałam, a on był tylko częścią mojego snu?

XIV

— I cięcie!

Wszystkie kamery, muzyka i mikrofony zostały jednocześnie wyłączone, a młody, zaledwie osiemnastoletni muzyk zwany imieniem Marcello, zszedł z planu swojego najnowszego i jednocześnie pierwszego singla z nowej płyty o tytule „Il mio tempo”. Rudowłosy Szwajcar włoskiego pochodzenia opadł bezwładnie na swoje krzesełko w garderobie i pociągnął łyk zimnej kawy.

— Marcello! To było wspaniałe! Niesamowite! Zarobimy na tym miliony! Nim się spostrzeżesz będziesz międzynarodową gwiazdą, dającą koncerty w USA, Japonii a nawet w Australii — Benito, główny menadżer chłopca, wpadł do jego garderoby niczym huragan, gestykulując z ogromnym entuzjazmem jakby, co najmniej dostał nagrodę Nobla. Jego blond potargane włosy podskakiwały wraz z nim, a oczy migotały radośnie.

— Przesada — chłopak machnął tylko na to ręką i wziął się za zimny deser, który przyniosła mu jedna z osób, odpowiadających na planie za jedzenie.

— Chłopcze, ty jesteś geniuszem muzycznym! — wykrzyknął mężczyzna i już w myślach zaczął przeliczać to wszystko na pieniądze, które mogli zarobić.

Od samego początku kariery muzycznej Marcello, czyli od dwóch lat, odkąd internetowe nagrania chłopaka poniosły wielki rozgłos i sławę, Benito wypromował Marcello, chłopaka wychowywanego w domu dziecka. Od samego początku wspierał go, był niemal jak ojciec. Ale trzeba było przyznać, że blondwłosy Szwajcar łasy był na pieniądze i wykorzystywał każdą okazję, aby tylko zarobić jak najwięcej przy najmniejszym nakładzie pracy.

— Muszę wziąć urlop — te słowa spadły na Benito jak grom z jasnego nieba. Wolał, aby trasa koncertowa chłopaka już się zaczęła.

— No tak. Zasługujesz na odpoczynek — stwierdził bez entuzjazmu. — Tyle czasu spędziłeś nad nową płytą i teledyskiem…

— Cieszę się, że mnie rozumiesz — Marcello uśmiechnął się sztucznie, doskonale zdając sobie sprawę, że nie była to dobra informacja dla menadżera — Postanowiłem wybrać się do Wenecji.

— Na jak długo? — W głosie Benito, Marcello wyczuł prośbę o to, aby jego wakacje trwały jak najkrócej.

Ten jednak tylko uśmiechnął się triumfalnie.

— Dopóki nie uznam, że odpowiednio dobrze wypocząłem.

Już kolejnego wieczoru muzyk czekał przed domem swoim i Benito, na taksówkę, która zawieźć go miała na lotnisko w Zurichu. Właśnie stamtąd miał zarezerwowany lot do weneckiego lotniska Marco Polo. Ku wielkiemu zaskoczeniu menadżera, chłopak nie zabrał ze sobą żadnej dużej walizki podróżnej a zaledwie mały plecak jako bagaż podręczny.

Pewnie długo w takim razie tam nie zabawi, przeszło mu przez myśl.

Marcello wsiadł do taksówki i już chwilę później auto znikło całkowicie z oczu Benito. Menadżer kopnął pustą puszkę po piwie, która leżała nieopodal niego. Czując bardzo dziwny powiew górskiego powietrza, którego na dobry rozum nie powinno tutaj być, odwrócił się na pięcie i schował dłonie w kieszenie spodni.

— Marcello Mussoli — powiedział do siebie, podczas gdy jego oczy zalały się różowym pigmentem, a źrenice wydłużyły się. — Nie mogłem cię zatrzymać. To i tak nic by nie dało. Nie można uciec przed przeznaczeniem.

Czarny samochód będący taksówką, toczył się powoli szwajcarskimi ulicami z celem dotarcia na lotnisko główne w Zurichu. O tej porze dnia wszystkie drogi zagracone były pojazdami dwuśladowymi, a kierowcy jeden przez drugiego trąbili na siebie z niecierpliwością.

— Pan wybaczy, ale chyba nie zdążymy — Taksówkarz burknął niemrawo, wiedząc, że w takim wypadku może stracić premię.

— Nic nie szkodzi — uśmiechnął się Marcello rozkładając się swobodnie na tylnych siedzeniach. — To nie jedyny samolot do Wenecji. Mamy czas.

Chłopak zerknął w lusterko przednie auta, a widząc w nim odbity zadowolony wyraz twarzy kierowcy, dodał:

— A co powie pan na to, aby dowieźć mnie do samej Wenecji? Zapłacę za dziesięciu.

XV

Vincenzo błąkał się całkowicie zdezorientowany po ulicach Mestre dopytując, co drugiego spotkanego przechodnia jak ma dotrzeć do klubu Mio Angelo. Każdy z nich kręcił tylko głową i odpowiadał, że nie słyszał wcale, aby taki klub w ogóle istniał.

— Przecież ksiądz Enrico by mnie nie okłamał — chłopak miliony razy przekręcał mapę miasta, aby upewnić się, że nie pominął przypadkiem jakiegoś najmniejszego zakamarka, gdzie mogło znajdować się jego miejsce docelowe. — A pamiętam jak wyraźnie mówił, że Mio Angelo znajduje się w Mestre a nie na wyspie…

Chłopak, mimo straszliwego bólu nóg, postanowił jeszcze raz przejść całe miasto i zajrzeć w każdą najciemniejszą uliczkę, wejść do każdego klubu czy baru i zapytać, czy w okolicy znajduje się inny klub o takiej właśnie nazwie. Kto, jak kto, ale konkurencja zawsze powinna wiedzieć, z kim ma do czynienia.

Capputelli ciągnął za sobą torbę podróżną wypchaną po brzegi a jej kółeczka hałasowały głośno, jadąc po nierównym bruku chodnika na obrzeżach miasta. Piwne oczy absolwenta liceum katolickiego uważnie przyglądały się każdej kamieniczce, u której dołu znaleźć można było lokal gastronomiczny, gdzie wstąpić można było na mocne espresso czy pizzę. Powolne tępo chłopaka spowodowało, że zanim znalazł to, czego szukał, zastała go noc, a ulice Mestre całkowicie opustoszały.

— Vincenzo, tylko spokojnie — mówił do siebie. — Zadzwonisz do księdza i zaraz wszystko się wyjaśni — wyciągnął w dżinsowej kurtki telefon, po czym w złości cisnął nim o chodnik. — Cholera, bateria rozładowana!? To chyba jakieś żarty!

— Spokojnie, młodzieńcze. Złość nie przystoi takiej osobie, jak ty.

Karmelowłosy chłopczyna uspokoił się, poprawił katanę i zwrócił się w stronę osoby, która przed chwilą się do niego odezwała. Pod pobliską lampą, mętnie oświetlającą ulicę stał wysoki mężczyzna w cylindrze.

— Przyszły ksiądz nie powinien używać takich słów, nie sądzisz? — bąknął zaciągając się tytoniem z fajki.

Vincenzo stal chwilę jak wryty nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, ale gdy tylko oprzytomniał wyrzucił z siebie tylko jedno pytanie, na które odpowiedź była dla niego obecnie najważniejsza:

— Wiesz, gdzie znajduje się klub Mio Angelo?

Nieznajomy wypuścił z ust dym układający się w trzy wielkie obręcze, uśmiechnął się i przejechał dłonią w białej rękawiczce po rondzie cylindra.

— Ależ naturalnie, że wiem — odparł. — Jeśli chcesz, zaprowadzę cię tam.

21-latkowi przez myśl przeszło, że nieznajomy mężczyzna chce nabić go w butelkę, bo przecież żaden obywatel Mestre nie słyszał o takim klubie. A nagle zjawia się on, niczym królik z magicznego kapelusza, wygląda jak jeden z mieszkańców XVIII wiecznego Londynu i do tego chce zaprowadzić go w miejsce, którego szuka od samego rana.

— Mh, chyba podziękuję. Sam znajdę drogę — stwierdził niepewnie, ale zanim zdążył odejść, czarnowłosy mężczyzna znalazł się przed nim i buchnął mu dymem prosto w twarz. Vincenzo zakasłał głośno i przetarł czerwone oczy. — O cholera — zaklął, kiedy ponownie spojrzał na nieznajomego, który teraz w miejsce ludzkich uszu wstawione miał czarne lisie, a przy dolnej części ciała majaczyła piątka, białych, również lisich ogonów.

— Huh, już przecież mówiłem, że takie słownictwo nie przystoi przyszłemu księdzu — westchnął. — No nic — pociągnął go za ramie — musimy iść do tego klubu, bo po północy Michaś z Gabrysiem nie wpuszczają małolatów.

Rzeczony Michaś i Gabryś okazali się ponad dwumetrowymi tęgimi koksami, których całe ręce zdobiły więzienne tatuaże a ich wyrazy twarzy mówiły, że lepiej im nie podskakiwać, jeśli nie chce się mieć kłopotów. Lisi demon swobodnie przeszedł obok nich, ale zaraz wrócił się po swojego towarzysza, który sparaliżowany strachem, nie mógł się ruszyć sprzed wejścia do klubu Mio Angelo.

Wnętrze knajpy prezentowało się bardzo nowocześnie. Brak jakichkolwiek okien uzupełniały świeczniki z kości słoniowej i kuliste lampiony, które zniknęły z wystaw sklepowych w niewyjaśnionych okolicznościach. Ściany były pomalowane na czerwono. Lustrzany sufit odbijał wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, lecz w negatywie. Pod jedną ze ścian, za ciasno ustawionymi krzesełkami i stolikami stało kilka maszyn hazardowych, które wydawały z siebie wkurzającą melodyjkę wraz każdą przegraną.

— I wygrałem!

W głębi klubu postawiony był stół do bilardu i piłkarzyki, przy których mościło się kilku szemranych typów, z których połowa nie przypominała ludzi.

Po lewej od wejścia rozciągał się marmurowy bar, którego obsługa spowodowała, że Vincenzo zaczął się zastanawiać, czy wszyscy pracownicy są żywi. Wraz z Kitsune podszedł do niego.

— Ambrozja dwa razy — polecił lisi człowiek z wielkim uśmiechem na twarzy i fajką w dłoniach. — I proszę wezwać mi szefową.

Zombie powoli chwycił za szklanki i zaczął mozolnie wykonywać swoją pracę.

— O nic nie pytaj, Vincenzo — Kitsune oparł się o blat baru. — Enrico wysłał cię właśnie tutaj.

— On mnie wysłał do… — Chłopak przymrużył oczy w celu lepszego dojrzenia małych literek na karteczce, którą dostał od księdza.

— Do niej.

Drzwi od zaplecza otworzyły się z hukiem i uderzyły w zombiaka, który łapiąc swoją głowę, która chciała odlecieć, wsadził ją na swoje miejsce. Z wnętrza magazynu wydobył się fioletowo-zielony dym, z którego najpierw wyskoczył biały rumak z rogiem na czole, a w drugiej chwili na jego gardle i kopytach zacisnęło się lasso.

— Haha, mam cię — usłyszeli kobiecy głos. — Nie uciekniesz mi schaboszczaku!

Vincenzo w tym momencie wyglądał jak cień człowieka i wpatrywał się niemo w całą tą akcję już nie tyle, co ze zdziwieniem, co z niedowierzaniem, że ksiądz Enrico wiedział o tym wszystkim, co się tutaj dzieje.

A może ja śpię, przeszło mu przez myśl, ale dostając w głowę kawałkiem odczepionej części zombie, utwierdził się w przekonaniu, że wszystko jest autentyczne. Ewentualnie zwariował.

— Vincenzo, poznaj panią Papillon van Helsing — oznajmił lisi demon, gdy dym wreszcie opadł a ich oczom okazała się kobieca sylwetka.

Młoda, żwawa kobietka wyglądająca na góra dwadzieścia lat, z lekko lokowanymi blond włosami i śmiejącym się spojrzeniem podeszła do gości i wytarłszy ręce o czarną falbaniastą sukienkę z wiązaniem gorsetowym, podała Vincenzowi dłoń na powitanie.

— Napoleon Maria Voltaire Narcyza Walentyna Aurelia Aleksandra Oscar Marietta Papillon van Helsing — przedstawiła się — a ty pewnie jesteś Vincent.

— Vincenzo — poprawił ją, ale ta najwyraźniej nie przejęła się swoim błędem, bo ciągła dalej.

— Braciszek Enrico wreszcie postanowił cię do mnie przysłać — przejechała palcem po zakurzonym blacie baru, a barman w końcu obsłużył gości wydając im po szklance płynnej ambrozji. — Długo musiałam się naczekać, ale Enrico zawsze zwlekał z czymkolwiek. Czekaj, kim on tam teraz jest, że nie mógł ci zdradzić tajemnicy…

— Księdzem. A dokładnie probosz…

— A no tak, został starym klechą — pokręciła głową. — Zresztą nic dziwnego. Ale cóż, tutaj jest za dużo osób, aby o tym pomówić, więc zapraszam na zaplecze — skinieniem dłoni zaprosiła Włocha ku drzwiom prowadzącym na tyły klubu.

Vincenzo niespokojnie spojrzał w stronę Kitsune, który jak na razie wydawał mu się najbardziej zwyczajną osobą, jaką spotkał tego wieczora. Mężczyzna tylko skinął głową.

— Nie masz się, czego bać. Papillon jest emerytowanym łowcą demonów. Nic ci nie grozi.

Kandydat na księdza niezbyt przekonany słowami lisiego człowieka, wszedł na zaplecze dość niechętnym krokiem, a za nim poszła Papillon wlokąc za sobą zdobycz w postaci jednorożca.

— Ave! Ty leniu śmierdzący, pomógłbyś mi a nie! — zawołała.

Z kuchni na zapleczu wyleciał niski chłopczyna w okularkach i francuskim berecie na głowie.

— No nie! Ja tego anioła chyba kiedyś naprawdę powieszę za uszy — wymamrotała emerytka. — Żeby mi tutaj wysyłał Il’a to już lekka przesada — zwróciła się do swojego gościa. — Idź tam do końca korytarza i skręć w lewo, ja zaraz do was dołączę. Muszę rozprawić się z moim Aniołem Stróżem.

Jakkolwiek dziwnie brzmiało to, co właśnie usłyszał, Vincenzo posłuchał jej bez żadnego słowa sprzeciwu i już chwilę później stał w drzwiach pokoju, który wyglądał niczym wyjęty z pałacu sułtana Sulejmana Wspaniałego. Przepiękne osmańskie dywany i kanapy ścielone pozłacanym aksamitem, prezentowały się niesamowicie wraz z portretami sułtanów, wiszącymi na ścianach.

— Ym, cześć — przywitał się.

Wokół stolika z kolacją siedziało kilka osób. Na te słowa wszyscy podnieśli głowy i spojrzeli w jego stronę.

— No dobra, moje dziatki — do pokoju weszła Papillon, jednocześnie zapraszając Vincenzo do kolacji. — Chyba nadszedł czas abyście dowiedzieli się, kim i po co tu jesteście. Loretto, Fabio, Luca i Vincenzo — każdego z nich omiotła spojrzeniem. — Posłuchajcie mnie teraz bardzo uważnie…

XVI

Zaraz po odebraniu wypisu ze szpitala, spakowałam swoje manatki i wyniosłam się z tej zatęchłej medycznej placówki. Gdyby jeszcze jeden dzień kazaliby mi tam leżeć, daje sobie rękę uciąć, że wypisałabym się na własne życzenie nie zważając na nieprzyjemne konsekwencję.

— Widzę, że energia cię rozpiera — uśmiechnęła się Chiara, która tego dnia odbierała opinię do szkoły po odbytych praktykach w szpitalu.

— No tak i miejmy nadzieję, że już tak zostanie.

Zjechałyśmy windą na sam dół, a przy drzwiach głównych szpitala potkałyśmy Edwarda, który przejęty sytuacją mojego omdlenia w szkole zeszłego dnia, najwyraźniej koczował tutaj od samego wschodu słońca i czekał na mnie.

— Osobie nic się nie stało? — Oglądał mnie z każdej strony, aby osobiście upewnić się, że jestem cała i zdrowa.

— Prócz uszczerbku na psychice nic mi się nie stało — mruknęłam ironicznie, a moi towarzysze spojrzeli na mnie pytająco. — No tak. Chciałabym wam o czymś powiedzieć, ale zanim to nastąpi, zapraszam was na jakiś chłodny deser do kawiarenki na placu świętego Marka.

Edward i Chiara spojrzeli po sobie całkowicie zbici z tropu. A gdy jeszcze dołączyła do nas Renee, nasza rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.

Jako że najlepiej z ich trojga znałam sto siedemnaście wysp, prowadziłam ich najkrótszą drogą do serca Wenecji, tętniącego o tej porze pełnią życia. Mijaliśmy tysiące turystów z całego świata, wyłapując rozmowy w języku angielskim, rosyjskim, tureckim, japońskim i niemieckim. Wszyscy oni, widząc mnie na czele z miną godną samego seryjnego mordercy, rozstępowali się jak wierni przed papieżem na placu świętego Piotra w Watykanie.

W powietrzu unosiła się delikatna bryza a co jakiś czas do naszych uszu dochodził głośny śpiew gondolierów.

Hm, dziwne, najwyraźniej wujaszek dzisiaj zrobił sobie wolne, pomyślałam nie dostrzegając Giuseppe wśród reszty gondolierów.

Miałam całą noc do rozmyślań i doszłam do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie wyjawienie im tego wszystkiego, czego byłam świadkiem przez ostatnie dni. W najgorszym wypadku wzięliby mnie za ostatnią idiotkę i obłąkaną, jak reszta tego społeczeństwa, z którym przychodziło mi się, na co dzień stawać twarzą w twarz. Jednak chęć sprawdzenia tego, czy Kitsune mówił o nich, była o wiele większa.

Plac świętego Marka oblegany przez tłumy z każdej strony. W wakacje zawsze był najbardziej zatłoczonym miejscem w Wenecji. To właśnie tutaj kręciło się najwięcej kieszonkowców wyczekujących tylko odpowiedniej chwili do buchnięcia portfela.

Zajęliśmy miejsca w jednym z barów szybkiej obsługi i przez chwile w milczeniu obserwowaliśmy pościg jednego z ochroniarzy za opryszkiem, który został zdemaskowany podczas kradzieży.

— Co się dzieje z tymi ludźmi… — Renee pokręciła głową.

— Przestępczość rośnie. Nawet w Wenecji, a trzeba przyznać, że jest tu najmniejsza — stwierdziłam dobrze znając się na rzeczy. — A dlaczego? A przez kanały. Jak powszechnie wiadomo, każdy szanujący się włamywacz wchodzi przez okno, a w Wenecji o to trudno, bo przy ucieczce zazwyczaj taki złodziej lądował w kanale.

— To tekst z jakiegoś bloga — zauważyła Chiara. — Jak mu tam było… Felicita andiamo!

I w tej chwili przypomniało mi się, że od bardzo długiego czasu zaniedbałam mój internetowy pamiętnik, przez co nie tyle, co mogłam stracić czytelników, co wszystko, na co pracowałam od początku gimnazjum, kiedy to powstał blog. W zasadzie powinnam w ogóle się zastanowić czy w tym przypadku prowadzenie go nadal miało jakikolwiek sens.

— Ale niech osoba w końcu zdradzi to, o czym chciała nam powiedzieć — Edward jako jedyny zapamiętał po co właściwie tutaj jesteśmy.

— No tak — skinęłam głową.

Westchnęłam głęboko i nabrałam powietrza w płuca, po czym uraczyłam moich znajomków, długą i szczegółową opowieścią na temat tego, co ostatnimi czasy mi się przytrafiło.

XVII

Wokół kanciastego stołu nakrytego obrusem z minionych świąt bożonarodzeniowych, którego nie miał czasu zdjąć jego właściciel, siedziało czterech mężczyzn. Każdy z nich zerkał na tego drugiego, skrycie i w całkowitym milczeniu. Skaczące płomienie świec powodowały, że ich postacie rzucały cień na wytapetowaną ścianę.

— A więc jednak to prawda — odezwał się tęgi Włoch splatając dłonie na stole. — Prawdą jest to, o czym mówią gwiazdy.

— Owszem, Giovanni, zgadza się — gondolier Armanni skinął głową i wyciągnął zza pazuchy wymięte zdjęcie, na którym znajdowali się oni jak i ośmiu innych, ubranych w długie, białe alby.

Mężczyzna przyjrzał się zdjęciu a jego szare, smutne oczy bardzo dokładnie przyjrzały się widniejącym na nim sylwetką. Zaraz potem przekazał je towarzyszą, aby i oni mogli się z nim zapoznać.

— Mój drogi, jak to się znalazło w twoim posiadaniu? — zapytał.

— Nie w moim, a Julii — Giuseppe spojrzał ponuro na przyjaciela a wiedząc, że zaraz padnie kolejne pytanie, wyprzedził je odpowiedzią. — Nie wiem skąd się u niej znalazło, ale odkryłem to przez przypadek, gdy zabrali ją do szpitala.

— Jesteś pewny, że dopilnowałeś ją odpowiednio, aby nie dowiedziała się o proroctwie? — mruknął ten z siwiejącym wąsem i poważnym wyrazem twarzy.

— Naturalnie. Chyba nie sądzicie, że mógłbym narazić tę tajemnice na ujawnienie — zakręcił winem w kieliszku. — Poza tym nic nie wskazywało na to, aby Pride się jej ukazywał.

Czwarty, wiekowo najstarszy Włoch, którego oliwkowe oczy zabłysły w płomieniu świec, wstał od stolika i wolnym krokiem podszedł do okna, przysłoniętego bordową firanką, na której wisiały lampki świąteczne z poprzedniego roku.

— Chyba zapomniałeś o tym, Giuseppe, że Izabelle potrafiła ukryć to, co widziała — zauważył. — A jakby nie patrzeć to właśnie twoja Julia otrzymała część jej duszy.

Zapadła cisza a wszystkie świeczki równocześnie zgasły i coś głośno zazgrzytało za mahoniową komodą, stojącą w kącie pokoju. Szuflada zaszczebiotała i powoli zaczęła samoczynnie się wysuwać, aby w kolejnej chwili gwałtownie mogła wyskoczyć z szafki i wyrzucić swą zawartość w postaci ostrych sztućców w stronę okna.

— Baltazarze!

Stary Virgo zrobił kilka zacnych uników i łapiąc pomiędzy palce ostatni, najostrzejszy nóż kuchenny lecący wprost w środek jego pomarszczonego czoła, westchnął. Poważny wyraz z twarzy Włocha nie zniknął jednak i odrzucając nóż na stół, utkwił wzrok w meblu, który go zaatakował.

— Bardzo zabawne — powiedział ironicznie. — Giovanni, kogo ty tutaj trzymasz? — spojrzał na gospodarza.

Ten tylko obrócił się na krzesełku i zrobiwszy dziwny ruch rękoma, spowodował, że wszystkie szuflady i drzwi komody otworzyły się i z jej wnętrza wytoczyła się mała, czarna włochata kuleczka z parą czerwonych ślepi i kudłatych uszu.

— Trzymasz w domu Czorta? — Oczy wszystkich trzech gości rozszerzyły się w akcie zaskoczenia i natychmiast utkwione zostały w małym żyjątku z piekła.

Rzeczony Czort otrzepał się niczym pies po kąpieli i wyciągnął spod futerka posklejanego czymś, co w wielkim stopniu przypominało ropę, cztery kościste łapki, z których zwisały części mięśni. Widok ten wzbudził w gondolierze odrazę a także niesmak, przez który w najbliższym czasie na pewno nie tknie mięsnych potraw.

Demoniczne stworzenie podrapało się za uchem i z zielonym jęzorem wywalonym na wierzch, wspiął się na kolana swojego właściciela. Czort ugniótł sobie miejsce na kolanach pana i zdecydował uciąć sobie drzemkę.

— No proszę, były apostoł oswoił bestię z piekła rodem — czwarty, ten, którego imię brzmiało Juliusz odezwał się i zakręcił siwiejącego wąsa. — Co za historia.

— Khm — odchrząknął poskromiciel istot demonicznych z powagą goszczącą na twarzy. — Przypominam wam, że zebraliśmy się tutaj w innym celu, niż ocenianie mojego zwierzyńca.

Przyznali mu rację, a Baltazar Virgo ponownie zajął miejsce przy stoliku. Mężczyźni powrócili do rozmowy poprzedzającej atak sztućców. Stary żyrandol z jelenich poroży zakołysał się delikatnie, kiedy gospodarz ponownie zapalił znajdujące się na nim świeczki.

— Więc powiedźcie mi, moi mili — nauczyciel języka francuskiego splótł dłonie. — na czym, my tak naprawdę stoimy? — spojrzał na gondoliera. — Giuseppe, czy księga jest schowana w bezpiecznym miejscu?

XVIII

Wakacyjne słońce rozgrzewało asfalt niemal do granic możliwości, a wszystkie kanały w lądowej części Veneto — Wenecji Eugejskiej praktycznie powysychały. Łódki pływające po ich tafli, zahaczały podwoziem o muł pozostawiony na dnie. Alpejski wiaterek tylko raz po raz kołysał koronami drzew, których liście i owoce zakwitały, przez co region ten w lecie, zaraz po Sycylii i Toskanii nazywany był Zielonym Regionem.

Rzeka Piave, mająca swoje źródło w Alpach, kierująca się wprost do Morza Adriatyckiego, przepływała swobodnie przez mniejsze i większe miejscowości. Jednym z takich miast było Portogruaro, gdzie nad brzegiem, który był bardzo dobrym miejscem do obserwacji mieszkańców, siedziała młoda blondwłosa dziewczyna.

W mętnej tafli wody powoli posuwającej się na przód, odbijała się jej twarz. Zazwyczaj mająca na sobie kilo makijażu, teraz całkowicie pozbawiona maski, z którą pokazywała się ludziom w szkole, wpatrywała się w listki serfujące po rzece. Trzymając w dłoni cienki patyk, grzebała nim w wodzie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14
drukowana A5
za 39.99