E-book
6.83
drukowana A5
33.53
Krakowscy Kryminalni

Bezpłatny fragment - Krakowscy Kryminalni


3
Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8189-771-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.53

— Wstawaj Kazik- wszystko dzwoni i nie zamierza przestać. -Co za facet. Nic go nie rusza.

— Czego chcesz? Laura! -Która to godzina? Zwariowałaś? -Kobieto ty mnie wykończysz. Wróciłem po północy.-Odwracam się w stronę mojej ślubnej.

— To nie ja jestem tyranem. Odbierzesz wreszcie ten telefon?

Gramolę się z łóżka. Niech to wszystko jasny piorun strzeli. Nie dają człowiekowi pospać. Do poniedziałkowego poranka jeszcze troche godzin pozostało.

— Czego tam? -warczę do telefonu.

— Panie Komisarzu! -Dochodzi mnie głos aspiranta Norberta Zerwińskiego. -Trupa mamy. Leży sobie za Leninem. Psiakrew. Za Sędzimirem. Znaczy się…

— Zdecyduj się wreszcie Bercik.-Gdzie leży ten nieboszczyk? Całego Krakowa nie zamierzam zwiedzać. Co ja turysta? Zresztą pora zwiedzania odstrasza.

— Panie komisarzu. On leży za dawnym pomnikiem. Obok huty. Znaczy się w Nowej Hucie.

— Znaczy to Bercik, że radiowóz już po mnie jedzie?

— Będzie za pięć minut.

Odkładam nieszczęsny telefon. Ruszam do łazienki. Twarz w lustrze przypomina jakieś monstrum.Niby mam czterdzieści dwa lata. Spoglądając w lustro, czuję się jakbym miał dwa razy tyle.

Co ty ze sobą zrobiłeś? Biedny ty Kaziu jesteś. Wszyscy czegoś od ciebie wymagają.

Jak nie ślubna żoneczka. To nieślubny zawodowy wspólnik.

Użalając się nad sobą wykonuję poranną toaletę. Moze to, choć trochę pomoże mojemu steranemu ciału.

Użalając się nad sobą wychodzę z mieszkania. Samochód czeka. Tego zawsze jestem pewien. Dokładność posterunkowego Janka Cieślika przeszła do legendy już dawno temu.

Brakuje mu tylko wpisu do księgi Guinnessa.

— Nieźle się zaczyna. Prawda panie Komisarzu? -dochodzi mnie zadowolony głos Cieślika. -Dawno porządnego trupa nie mieliśmy.

— Rany boskie? Cieślik! Co ty gadasz? Dopiero znaleźliśmy mordercę tego Kuchcika.

Był nieporządny? Jakie są twoje kryteria wyboru? Dziel i dziel? Dziel i łącz. Może dziel i co nas to obchodzi?

Na takie argumenty jedyną odpowiedzią staje się włączenie koguta. Przyspieszamy. Spoglądam na mijane miejsca. Kraków na wyciągnięcie ręki. Piękny, tajemniczy. Puste ulice o tej porze roku. Jakżeby inaczej.

Po kilkunastu minutach widzę tłumek ciekawskich. Skąd tacy się biorą o trzeciej nad ranem?

Podchodzę do stojącego przy postumencie mojego partnera Bercika. Na mój widok pokazuje ręką gdzie leży nieboszczyk.

Podchodzę i widzę pochylonego nad denatem doktora Kajetana Kosmę.

— Co tam masz doktorku? -pytam pochylając się nad denatem.

Biedny ten nasz patolog. Najlepszy na świecie. Wciąż zaganiany. Ten to dopiero nie ma się kiedy porządnie wyspać.

— Na pierwszy rzut? — Odpowiada.- Ktoś nieźle go walnął. -Na drugi rzut-wygląda na to, że sam się walnął, o kant cokołu. Nie ustalę bez sekcji zwłok. Tak na moje oko to zginął jakieś trzy lub cztery godziny temu. Nie wydaje mi się jednak, aby to było bezpośrednią przyczyną śmierci. Mamy jednak nazwisko. Mateusz Bielczyk. Lat czterdzieści sześć. Zamieszkały na Ruczaju.

— Czekaj no doktorku. Bielczyk mówisz? Znam to nazwisko.

Spoglądam na martwego faceta. Nie poznaję człowieka. Jakieś 180 centymetrów, ciemny blondyn. Elegancki garnitur. Nazwisko jednak nie jest mi obce.

Podchodzę do podkomisarza.

— Słuchaj Bercik.- Bielczyk Mateusz to kto? -Chcę wiedzieć.

— Ten denat tak się nazywa? -Pyta zdumiony. -Jesteś pewny?

— Doktorek jest. To chyba wystarczy.

— Zdumiewasz mnie komisarzu- Słyszę w odpowiedzi.- Powinieneś znać człowieka. Twoja żona wiecznie o nim ostatnio mówiła.

— Moja Laura zna tego faceta? -Zdumienie na mojej twarzy mówi wszystko.

Odchodzę w spokojniejsze miejsce. Dzwonię do mojej szanownej małżonki. Już ja jej amory z głowy powybijam. Popamięta mnie na długi czas. Dam ja jej gachów w marynarkach.

— Czego chcesz? -Zaspany głos Laury wprawia mnie w jeszcze większą wściekłość.

— Czego ja chcę? Chcę wiedzieć kim dla ciebie jest niejaki Mateusz Bielczyk. Kochasia masz?

— Jakiego kochasia? Ty idioto! Dzwonisz o nieludzkiej godzinie i zarzucasz mi zdradę?

— Ten Bielczyk to facet od satelity i internetu. Wszystko nam jego firma zakładała. Wszystko padło. Wciąż powtarzam. Zrób z tym porządek. W końcu gliną jesteś.-Wbija mi szpilę.-Na własną małżonkę, potrafisz się bez powodu wydrzeć. Na szemranego szefa od międzygalaktycznych łączy, to nie potrafisz słów znaleźć? O tej godzinie masz zamiar go dopaść? -pyta mnie ciekawie.

— Jakie dopaść? Kochana! Znaleźliśmy trupa, w Nowej Hucie. To Bielczyk.

— Wiesz co, specu od rozwiązać? -Przerywa mi brutalnie.

— Mnie już nic nie zdziwi. Podobno komu, co założył, to padło. Szukaj wrogów wśród jego odbiorców. Omiń tylko swoją ukochaną żonę. Jestem niewinna. Planowałam zabójstwo w przyszłym tygodniu. Ten mam całkowicie zajęty. Daj jeszcze trochę pospać.

Laura kończy rozmowę, nie zamierzając wdawać się w żadne dyskusje.

— Co ja mam z tą moją ślubną. Potrafi nieźle za skórę zaleźć. O moje sprawy zawodowe pyta przy każdym posiłku. Drąży i nęka. Chce być jak ten Sherlock Holmes. Tylko w spódnicy. Ciekawe, dlaczego ten denat nie jest w kręgu jej zainteresowań? Musi być niedospana. Z tymi myślami wracam na Komendę. Pora na pierwsze spostrzeżenia. Zanim reszta ekipy się zejdzie, będę miał pierwsze przemyślenia.

Wchodząc na teren swojego miejsca pracy wciąż nie mogę się nadziwić. Wszystko wokoło tak pięknie odnowione. Trochę niefortunnie umiejscowione to nasze miejsce pracy. Widoki na drogi szybkiego ruchu.Nie ma czego podziwiać, spoglądając przez okna, w godzinach pracy.

Szybkim tempem pokonuję schody. Trzeba utrzymać formę. Na bieganie i wszelkie inne rozrywki siłowe, nie mam czasu. Wciąż coś stoi na przeszkodzie.

Mój pierwszy osobisty gabinet. Ciasny, ale własny. Odziedziczyłem to pomieszczenie po swoim poprzedniku. Awans otrzymałem niespodziewanie. Z poprzedniego miejsca pracy zabrałem swojego partnera, Bercika. Po naszym ostatnim sukcesie, przełożeni nie stawiali żadnych przeszkód.

Sięgam po telefon. Doktor Kosma przekazuje mi pierwsze wnioski.

— Ten Bielczyk, przed śmiercią nieźle sobie dogodził. Zawartość żołądka wskazuje na posiłek zjedzony w jakiejś orientalnej knajpie. Alkoholu również sobie nie żałował. Jak wcześniej mówiłem, zginął koło północy. Uraz czaszki nie był bezpośrednią przyczyną zgonu. Szukamy dalej.-Nie wiem, która knajpa wchodzi w rachubę. Pan, komisarzu musi to ustalić. Reszta będzie w raporcie. Jutro otrzymacie pełną wersję.

Dziękuję doktorowi za informację. Siadam za biurkiem i zapisuję pierwsze wnioski.

Denat był majętnym człowiekiem. Koneser wszelkiego dobra. Według mojej żony, to kanciarz z najwyżej półki. Jeżeli oszukał większość swoich klientów? Znalezienie zabójcy nie będzie takie proste. Wręcz przeciwnie.

Zaczynam przeglądać wiadomości z internetu. Nie nastrajają optymizmem. Denat miał więcej wrogów, niż włosów na głowie. Tych ostatnich mu nie brakowało. Jedynie zakola świadczą o tendencji do łysienia.

Moje przemyślenia przerywa wtargnięcie Bercika.

— Mamy potężny problem-rzuca od progu.-Denat to niezła szuja. Ten cały Bielczyk. On nie tylko kantował swoich klientów. Ponoć nie popuścił żadnej spódniczce. Nieważne czyją partnerką była. W firmie aż huczy. Nie wiadomo, co było motywem zabójstwa. Niby był prezesem, ale miał nad sobą nadzór. Drugim wspólnikiem jest jego była żona. Ona ma większościowy pakiet. Po rozwodzie przestała zaglądać do firmy. Wystarczyły jej pieniądze, przesyłane na konto. Najbliżsi pracownicy twierdzą, ze firma była na granicy upadłości. Wszyscy czekali na ostateczny termin. Myślę, że była żona też miała powód. To co robimy? -pyta.

— Weźmiesz Zenka i pojedziecie do miejsca zamieszkania. Popytacie sąsiadów. Oni dużo zazwyczaj wiedzą. Niech nasza cudowna panienka od komputerów i wszelkich internetowych przekrętów, przyjrzy się tej firmie. Karolina ma nosa. Potrafi znaleźć winnych, nawet tam, gdzie ich nie ma.Naślijcie także urząd skarbowy. Tak dla towarzystwa.

— A właściwie, gdzie jest Karolina? -pytam.

Powinna dawno siedzieć za swoim biurkiem.

— Przecież poszła do dentysty.-Wczoraj mówiła, że ma termin. Zapomniałeś? -spogląda na mnie ze zdziwieniem.

— Faktycznie! Mówiła. -Przez tę moją żonę, to mi umknęło.

— Co Twoja żona ma do zębów naszej Karoli? -pyta.-Z tego co mi wiadomo nie chodzą do tego samego dentysty.-odpowiada.

— Skąd to wszystko wiesz? -pytam zdziwiony. -Taki damski fan club założyliście? Mnie chodziło o to, że moja żona zarzuca mi brak zaangażowania w sprawy domowe. Denat namieszał też w moim prywatnym życiu. Telewizor i internet nie działają. To moja wina. Zamiast popytać o najlepsze rozwiązania? Poszedłem na łatwiznę. Pierwsza reklama i podpisałem umowę. Do końca życia mi tego nie daruje.

— E tam! -odpowiada Bercik, machając ręką. -Twoja żona to skarb. Wybaczy. Za jakiś czas-dodaje, śmiejąc się głośno.

— To ja już jadę do domu denata. Gdzie on mieszka? Na Ruczaju? -Idę, już idę. Wychodzi, widząc moją minę. Nietęgą.

Jakich to pracowników sobie dobrałem? Przemądrzałe gnojki, ale skuteczne.

Moje niewesołe myśli przerywa inspektor Rudzik. Nasz szef.

Bez zbędnych słów ruszam do jego gabinetu. Dwa piętra wyżej. Spoglądam na osobistą asystentkę naszego przełożonego. Jej mina wskazuje na zły humor pryncypała. Oboje dobrali się w korcu maku. Bez słowa, pokazuje drzwi. Wchodzę. Co ma być, to będzie. Przecież nic nie mamy na sumieniu. Praktycznie wszystkie stare sprawy są dopięte na ostatni guzik.

— Wreszcie raczyłeś się zjawić? -słyszę na dzień dobry. Sarkastycznie.

— Szefie! Dopiero dziewiąta godzina na zegarze. Tyle już się zdarzyło.-odpowiadam.

— O to zdarzenie właśnie mi chodzi-przerywa brutalnie. -Będzie się działo. Nikt nie zostawi na nas suchej nitki. Prasa już węszy. Od rana telefony się urywają. Nasz denat zrobił się jeszcze popularniejszy. Psiakrew! Sam mam z tej jego szemranej firmy instalacje telewizyjne i internetowe. -Jak myślisz, komisarzu? Kto jest w kręgu podejrzeń? Wszyscy. Podobno od jakiegoś czasu były skargi na tego Bielczyka -dorzuca zbulwersowany. -Na policję przychodziły poszkodowane osoby. Co my z tym zrobiliśmy? Nic.

— To nie moja działka. Przekręty.-przerywam Inspektorowi. -Niech odpowie wydział, który prowadzi tę sprawę. Co mnie do tego?

— Więcej, niż ci się wydaje- odpowiada.-Naczelnik wydziału przestępstw i przekrętów, gdzieś zniknął. Nie ma z nim kontaktu od wczorajszego poranka. Jego podwładni właśnie mi o tym donieśli. Podobno umarzał te sprawy, koncertowo. Wszystkie, co do jednej. Mała szkodliwość czynu. Teraz polecą głowy. Możesz mi wierzyć- dorzuca. -Dostaniesz kilku ludzi, do pomocy. Macie prowadzić obie sprawy, równolegle. Bez względu na środki. Codziennie proszę o meldunek. To wszystko! -Tymi słowami kończy się moje spotkanie.

Wychodzę. Asystentka Jola, kiwa smętnie głowa. Wręcza mi stos teczek.

— To są częściowe sprawy, dotyczące tego denata. Reszta w późniejszym terminie. Nie zazdroszczę panu, panie komisarzu. Coś mi się wydaje, że wszyscy zamieszkamy na terenie komendy. Do czasu rozwikłania tej sprawy.

Objuczony jak wielbłąd ruszam do swojego gabinetu. W środku czeka Karolina. Przegląda swojego laptopa.

— Wiem już wszystko-mówi.

— Nic nie wiesz! -odpowiadam, wkurzony. -Właśnie wracam od naszego szefa. Ta cała sprawa ma swoje drugie dno, policyjne. Zniknął Roman Dębniak, naczelnik Wydziału Przestepstw Gospodarczych. Miał prowadzić śledztwo przeciwko naszemu denatowi, a wszystko umarzał. Jak myślisz? Kto ma zająć się obiema sprawami?

My! Jak spieprzymy! Polecimy. -Jakieś propozycje, moja Geniuszko?

— Gdzie podziewa się Bercik? -pyta.

— Jak to gdzie? -Pojechał z Zenkiem do domu denata. Oni jedyni pracują na swoją pensję. Ja muszę biegać po dywanikach. Ty, moja Mądralo! Siedzisz po dentystach. Kto zatem ma pracować? Oboje mają pochodzić po sąsiadach. Wątpię jednak w ich skuteczność. Jak ten Bielczyk był taką szują, to i wśród sąsiadów. Nikt nie zechce rozmawiać. Zatem ustalimy oboje dalszy plan. Szef doda nam kilku orłów. Cokolwiek to znaczy. Byle nie mieli za bardzo podciętych skrzydeł.

— Komisarzu! -po co nam dodatkowi, obcy? -Niech będą nasi. Szymon wraca jutro ze szkolenia. Energia go rozpiera. Może pan wystąpić o awans dla Janka Cieślika. Niech też dołączy. Przysłużył się podczas poprzedniego śledztwa. Wystarczy. Jak kogoś będzie potrzeba? Wówczas poprosi pan o posiłki.

Spoglądam na tę naszą najmądrzejszą policjantkę. Ma trochę racji. Przecież im nas będzie więcej, tym robota nie będzie się kleiła. Sami tworzymy najlepszą atmosferę. Potrafimy działać skutecznie. Nikt obcy nie będzie patrzył na nasze działania.

— Masz rację! Tak zrobimy. Zadzwoń teraz do naszych chłopaków. Może potrzebna im dodatkowa pomoc. Sam wracam do szefa. Na gorąco po ciosać kołki na głowie. O Janka.

Ruszam znowu do gabinetu. Zdziwiona Jolanta szybko powiadamia szefa.

— Z czym przychodzisz? -pyta na wstępie.-Nie chcesz powiedzieć komisarzu, że obie sprawy znalazły swoje rozwiązanie? Nawet dla waszej grupy, to za szybkie tempo.

— Szefie! Proszę o Cieślika i nikogo więcej. Może go pan przenieść. Resztę papierów w późniejszym terminie. Nikogo więcej nie potrzebujemy.-To jak będzie. Zgadza się szef na takie rozwiązanie?

Po namyśle uznaje, że to dobry pomysł. Sam poruszy wszystkie sznurki, aby przenieść Cieślika do naszego wydziału. Cieślik może już dzisiaj zacząć pracę. Jego telefon przerywa nasze spotkanie. Wychodzę zadowolony z gabinetu.

— Pani Jolu! -zwracam się do najlepiej zorientowanej osoby.-Szef przenosi Janka Cieślika do nas. Zadba pani o papiery?

Teraz mój telefon przerywa mi wizytę. Odbieram będąc w sekretariacie.

Co tam, panie komisarzu. Mów!

Bercika nie trzeba zachęcać do zdawania raportu.

— Szefie! Tam nikt, nic nie chce mówić. Sąsiedzi zamykają nam drzwi przed nosem, dosłownie. Drzwi domu denata zamknięte. Nie mamy klucza.

— Z tego, co mi wiadomo-przerywam.-Niczego przy denacie nie znaleziono. Doktor Kosma coś by powiedział. Był tylko portfel, dokumenty i niewielka suma pieniędzy. Klucze musiał zabrać zabójca. Ciekawe do czego są mu potrzebne. Trzeba zorganizować obserwację tego domu. Dyskretnie.

— Bercik! -Zostaw wszystko. Wracaj.

Po powrocie do swojego gabinetu, dzwonię do Cieślika. Ma się stawić za godzinę. Spoglądam na wiszący zegar. Naraz zrobiło się południe. Kiedy ten czas przeleciał? Dla pewności, dzwonię do prosektorium. Doktor potwierdza, kluczy nie znaleziono.

Do gabinetu wchodzą jednocześnie wszystkie zainteresowane osoby. Zabieram swoje papiery i zapraszam do salki konferencyjnej. Tam zazwyczaj robimy sobie pranie mózgu. Wygodny pokój, z którego korzystają wszyscy, gdy rozwiazują wielkie sprawy. Tam mało kiedy ktoś zagląda. Miejsca sporo.

— Siadajcie wygodnie-zwracam się do moich kolegów.-Obecny tutaj Janek Cieślik, jest od teraz członkiem naszej ekipy. To załatwione. Jutro wraca Szymon. Tylu na razie powinno wystarczyć. Jakieś pytania? -spoglądam na nich. Uśmiechają się zadowoleni. Najbardziej Cieślik.

— Rany! Szefie! Dziękuję! Nie wiem, co powiedzieć…

— Nic nie mówcie-znowu przerywam.-Mamy robotę.-Oto wasze plany.

Podkomisarz Zerwiński! -Poszuka kluczy i ustali, gdzie spędził swoje ostatnie godziny, nasz denat.

— St.Aspirant, Karolina Polińska pojedzie z Jankiem Cieślikiem do firmy. Nakaz odbierzecie w dyżurce. Aspirant Zenon Dydak ruszy do pokoi przekrętów. Wszystko o stosunkach tam panujących, ma zdobyć. -Zabierzcie dodatkowo osobę, z informatycznej sekcji.

Sam pojadę do domu naszego zaginionego kolegi, umówiłem się z jego żoną. Mam złe przeczucia.-Jutro dołączy Szymon.-Już z nim rozmawiałem. Oboje zaczniemy drążyć sprawę zaginięcia Romana Dębniaka. Na razie to wszystko. Na wasze efekty czekam jeszcze dzisiaj. To tyle.

Wychodzę z sali. Jeszcze tylko chwila w gabinecie i ruszam na Olszę. Do mieszkania Dębniaka. Byłem u niego wiele razy. Przed laty wspólnie zaczynaliśmy pracę w policji. Oboje po studiach. Ja z dyplomem psychologa. On socjolog.Starszy o cztery lata. Spotkaliśmy się w szkole Policyjnej w Szczytnie. Potem nasze drogi się rozeszły. On otrzymał przydział na Pomorzu, ja wróciłem do Krakowa. Przez te wszystkie lata, byliśmy w kontakcie. Kiedy zaproponowano mu pracę w Krakowie, nie wahał się ani chwili. Jego żona była bardzo zadowolona. Otrzymali mieszkanie na szóstym piętrze w wieżowcu. Widok na zieloną okolicę. Za Cmentarzem Rakowickim.

Jadąc autobusem, spoglądam wokoło. Wiele zmieniło się w ciągu ostatnich dwóch lat. Cała okolica wyładniała. Zrobiło się bardziej kolorowo. Przeciwnie do naszych stosunków. Romek otrzymał awans na Naczelnika. Niby więcej obowiązków, ale… Sam borykałem się z wpadką w sprawie kradzieży u pewnego jubilera. „Góra „była bardzo niezadowolona. Miało to swoje konsekwencje służbowe. Dopiero rozwiązanie skomplikowanej sprawy Kuchcika, pozwoliło mi awansować.

Wysiadam z autobusu, przy dawnej restauracji. Wchodzę w uliczkę, kierując się w stronę bloku. Zazdroszczę siedzącym na ławkach spacerowiczom.

Wchodzę do bloku. Czekam na windę. Co zastanę za drzwiami mieszkania?

— Dzień dobry! Agnieszko! -Moje pierwsze słowa po otwarciu przez nią drzwi. Wchodzę i przytulam ją spontanicznie. Średniego wzrostu, szczupła, ciemnowłosa kobieta. Mnie kojarzyła się zawsze z kruchą porcelanową figurką. Obecnie bardzo zaniedbana. Spoglądam na nią bez słowa. Gdzie ta piękność? Przecież od wczorajszego dnia nie mogła, aż tak się zmienić.-Dumam zaskoczony.

— Witaj, Kaziu! -odpowiada. -kawy, herbaty czy czegoś innego? -pada na wstępie.

Odwraca się plecami, kieruje w stronę kuchni. Włącza czajnik. W tej kuchence, tak malutkiej, nie ma miejsca dla dwóch osób.

— Poproszę kawę! -odpowiadam, opierając się o futrynę drzwiową.

— Co u was słychać? -pytam- dawno z Romkiem nie rozmawiałem. Wszystko u was w porządku? Nie pokazał się w pracy. Szef zaczyna się martwić.

Spogląda na mnie ze smutną miną.

— Niby w porządku, ale wiesz jak jest. Czasy się zmieniają, starzejemy się wszyscy. Mamy inne zapatrywania na codzienne życie.

— Dalej jesteś tłumaczką książek? -pytam.

— Co bym miała innego robić? — Kocham swoją prace. Dobrze wiesz, że nie mamy dzieci. Z takich czy innych powodów. Romek całe dnie, a nawet noce spędza w pracy. To jego miłość. Ja dawno przestałam być na pierwszym miejscu.

— Wiesz, gdzie on może być? Zaczynam się martwić.-dorzuca cicho. Wyszedł w sobotni poranek. Często w wolne dni znikał. Kiedy jednak nie wrócił, aby pójść do pracy? Dawno przestał ze mną rozmawiać…

Zalewa wrzątkiem kubki z kawą. Cofam się do przedpokoju. Robię jej przejście. Wchodzimy do salonu. Przepiękny. Widać w nim rękę Agnieszki. Stare, przedwojenne meble. Odnowione. Kontrastują z nowymi, szklanymi blatami. Wszystko tworzy magiczną całość. Piękne bibeloty. Niech no tylko zobaczy to moja małżonka. Spokoju nie będę miał. Rozsiadamy się przy malutkim stoliczku. Wygodne fotele zachęcają do drzemki.

— Wiesz, że jestem tutaj służbowo? Wszyscy szukają Twojego męża. To nie wszystko. Na dodatek mamy zwłoki. To Mateusz Bielczyk. Znasz tego człowieka?

Przytakuje. Spuszcza głowę.

— On nie żyje? -pyta piskliwym głosem. -Jak zginął? Chcę wiedzieć. -Gdzie ten Romek? -powoli dostaje histerii. -Wiesz, że oni się znali? Mateusz bywał tu często ze swoją żoną, Laurą. Dopiero od niedawna są po rozwodzie. Co teraz będzie? -Powiedz mi Kaziu! -Gdzie jest mój mąż?

— Agnieszko! Sam chciałbym to wiedzieć. Na obecną chwilę nie mam żadnych wiadomości. Mogę jedno obiecać. Dowiesz się jako pierwsza. Przyszedłem, abyś rzuciła jakieś światło na te ostatnie wydarzenia. W końcu jesteś jego żoną.

— Co z tego-przerywa mi brutalnie. -Jaka żona. -Od kilku lat nie chce mieć wiele wspólnego ze mną. -Powiem ci tylko, że tobie zazdrościł wszystkiego. Porządnego awansu, wspaniałej żony i cudownych bliźniąt. Jak wiesz, ja nie mogę mieć dzieci. Kiedyś mieliśmy oboje wspólne plany i marzenia. Niestety! Nic nie pozostało. Każde poszło swoją drogą. Romek postanowił zostać bogaty i sławny. Nie pytaj o kolejność. W jego życiu dawno mnie nie ma. Dzielimy tylko mieszkanie i rachunki.

— Jak poznał Bielczyka? -pytam.

— Poznaliśmy się wiele lat temu. Jego firma zakładała nam łącza. Potem widywaliśmy się od czasu do czasu. Mateusz i Maryla, to była wspaniała para. Przebojowa i bardzo towarzyska.- On po elektronice, a ona była księgową. Tworzyli niezły duet, w swoim zawodowym i prywatnym życiu. Do czasu. Nie znam szczegółów. Wiem jedno! Pieniądz niczego dobrego nie przynosi. Władza korumpuje. Tam, gdzie władza i pieniądze idą w parze? -Tam nic dobrego z tego nie wyniknie.

O co naprawdę Maryla miała żal do swojego męża? — Sam ją zapytaj.

Nie widziałam jej często. Od ich rozwodu. Sama trochę chorowałam. Miałam też za dużo pracy. Właściwie odcięłam się od zewnętrznego świata.Nie lubię bywać w tłumie. Wiesz o tym najlepiej.

— Powiedz mi Agnieszko! -Czy Romek mógł wpakować się w jakieś kryminalne kłopoty?

— Nie mam pojęcia. -W układy z kobietami, w to uwierzę.- Co do kryminalnych? -To wasza robota. Sprawdzaj.

Niczego tak naprawdę nie powiedziała. O tych plotkach, sam co nieco słyszałem. Jedne mogą być prawdziwe. Inne wyssane z palca. Pożegnałem się z nią. Serdecznie. Obiecałem wszelkie informacje.

Po wyjściu z ich mieszkania, postanowiłem przejść jeden przystanek. Pomyśleć. Cała ta sprawa jest nie do przyjęcia. Jak ktoś, kto miał chronić i bronić, może wpakować się w takie szemrane interesy? Znałem Romana. Mam w to uwierzyć? Porozmawiam ze swoją żoną. Ona ma to coś. Wspaniałą intuicję. Rzadko kiedy ją zawodzi. W końcu to była policjantka.

Wsiadam w nadjeżdżający autobus. Wracam na komendę. Moje orły czekają.

— Szefie! -Rozpoczyna Bercik. -Wróciłem w okolice mieszkania denata. Rozmawiałem z kilkoma sąsiadami. wiele mi nie powiedzieli, ale tego co między wierszami… ho, ho. Ten nasz denat, to bardzo rozrywkowy gość. Po wyprowadzce żony, dnia nie było bez balangi. Jakie tam samochody podjeżdżały? Wszystko potrafili zatarasować. Potrafili balować do samego rana. Policja raczyła tylko raz interweniować. Potem nawet nie reagowali. Dlaczego? -Okazało się, że częstym gościem był nasz naczelnik, zaginiony Roman Dębniak. Ponad rok imprezowania i co? Nikt nie zareagował. Taka to prawda. Szefie! -gdybym miał stawiać ostatni grosz na tego, kto zabił? -Wszyscy mieli powody. Sąsiedzi wreszcie się wyśpią.-dorzuca filozoficznie.

— My także wiele się nie dowiedzieliśmy-relacjonuje Karolina. W tej firmie to jedynie martwią się tym, czy nie zostaną wyrzuceni na zbity pysk.

— Zapytałem -Dlaczego na zbity? -wtrąca Cieślik.-Odpowiedzieli, że to ulubione powiedzenie denata. Dotyczyło wszystkiego. Od spapranej roboty, po pytanie o podwyżkę. Firma działa. Wszyscy czekają na byłą żonę i współwłaścicielkę. Miała dzisiaj dotrzeć.

— Jutro wezwaliśmy ją na przesłuchanie-dorzucam.

Spoglądam w stronę Zenona. Rozumie, że teraz ma zdawać swoją relację. Z pobytu w sekcji przestępstw gospodarczych.

— Ze mną też nie chcieli wiele rozmawiać-zaczyna swoje sprawozdanie.-Nie chcą nikomu szkodzić. Znają prawdę. Wiedzą, że jest powiązanie między ich szefem a denatem. Mają nadzieję na powrót szefa. Jedyne, czego się dowiedziałem, to to, że ich szef więcej siedział w terenie, niż za biurkiem. Poza tą jedną sprawą, wszystkie inne były w miarę rozwiązywania, zamykane. Mieli niezłe wyniki. O tej konkretnej firmie? Nie chcą mówić. Pytają, kto będzie ich sprawdzał.

Spogląda na mnie z uwagą.

— Podejrzewam, że Wydział Wewnętrzny. Pytanie, czy nasz, czy z Warszawy.-odpowiadam.

— Na dzisiaj dosyć. Wracajcie do domów, odpocząć. Może do tego czasu znajdzie się ten nasz zaginiony. Może była żona denata wniesie coś nowego. Odmarsz!

Opuszczają pomieszczenie. Dochodzi osiemnasta. Sam wracam do domu.

— Tata! Tata! -krzyczy od drzwi mój syn Paweł. Tatuś! -Dokłada swoje Alinka.

Podbiegają do mnie z rozpostartymi rączkami. Biorę je czule w objęcia. Moje największe skarby. Ośmioletnie bliźniaki.

— Myć ręce i do stołu-dobiega z kuchni głos Laury.-Musztra byłej policjantki działa.

Spoglądamy na siebie z uśmiechem. W naszym domu rządzi jedna osoba. Wszyscy muszą się podporządkować. Po wyjściu z łazienki zasiadamy przy kuchennym stole. Gołąbki pachną. Zupa grzybowa przebija jednak wszystko. Pora posiłku to najlepszy czas na rodzinne sprawy. Nic innego nie ma znaczenia. Dzieci opowiadają co działo się w szkole. Laura dorzuca swoje przemyślenia. Ta godzina to magiczne chwile.

— Dzieci do mycia. Potem możecie obejrzeć telewizję-stanowczy głos Laury kończy naszą kolację.

— Tatuś musi odpocząć-Dołączy do was później.

Bliźniaki nie wdają się w słowne utarczki. Wiedzą, że do piątku mają rygor natychmiastowej wykonalności. Swoboda zaczyna się w weekendowe dni. Wychodzą bez szemrania.

— Wiem już o zaginięciu Romka-rzuca Laura podchodząc do mnie. -Przytula się mocno.-Miałeś ciężki dzień. Przepraszam za poranek. Miałeś prawo dzwonić.

— To ja przepraszam.-Odwzajemniam pieszczoty.

— Nic mnie nie usprawiedliwia.-Skąd wiesz o Romku? -pytam z ciekawości.

— Agnieszka dzwoniła. Płakała przez telefon.-Wiesz, trochę żałuję, że nasze kontakty uległy rozluźnieniu.

— To nie nasza wina-odrzucam zarzuty. -Roman tak postanowił. Mieliśmy na siłę ciągnąć nasza znajomość? -To działa w obie strony.

— Agnieszki mi szkoda.-wtrąca Laura.- Zawsze pragnęła zostać matką. Zazdrościła nam naszych maluchów. Z drugiej strony. Nie wiem, jaka była przyczyna. Nigdy o tym nie mówiła.

— Powiedz mi, Lauro, co sądzisz o ich małżeństwie? -wiesz, jak liczę się z Twoją opinią.

— Nigdy o to nie pytałeś? -spogląda na mnie ze zdumieniem.-Co się naraz zmieniło?

— Podejrzewamy, że denat, ten nasz instalator i Roman, byli wspólnikami. Romek zniknął z jakiegoś, tylko sobie znanego powodu. Obawiam się, że jest bardziej umoczony, niż nam się wydaje.

— Powiem ci Kaziu, że Romkowi zawsze zależało na jednym. Chciał być lepszy od ciebie. We wszystkim. On Tobie zazdrości. Gdyby sam się nie usunął? -To ja bym interweniowała. Dla spokoju naszej rodziny.-dorzuca z przekonaniem.

— Pierwszy raz mówisz tak źle o jednym z moich kolegów. Dlaczego wcześniej nie podzieliłaś się swoimi wątpliwościami?

— Widziałam, jak przeżywałeś odrzucenie. Przecież on był twoim jedynym przyjacielem. No, prócz mnie-dorzuca. -Miałam mącić? -Niedoczekanie. Kiedy Romek wreszcie się odnajdzie? -Sam z nim porozmawiasz. Mnie nie pytaj. Wierzę w to, że wdał się w szemrane interesy. Niedawno spotkałam na mieście Agnieszkę. Zaciągnęła mnie do ich mieszkania. Widziałeś te meble, ozdoby? Ten ich cały blichtr? To wszystko kosztuje majątek. Jak z pensji gliniarza można sobie na to pozwolić? Nawet Agnieszka nie zarabia tak dobrze. Stać ich było ostatnio na zagraniczne wojaże. Przy każdej okazji.-sam sobie odpowiedz.-mówi, wstając z moich kolan.

— Pora z dziećmi porozmawiać.

Wychodzi z kuchni, pozostawiając mnie w zadumie. Co ze mnie za śledczy? Sam powinienem dojść do takich wniosków. Widziałem dzisiaj to mieszkanie. Nie przyszło mi do głowy, że tyle jest warte. Jutro muszę pogrzebać w jego dochodach. Jak znalazł, sprawa dla Karoliny.

Zbieram się i dołączam do mojej cudownej rodziny.

Następny dzień zaczyna się od tragicznej wiadomości. Znaleziono porzuconą w rowie walizę. Obok kamieniołomu. To nawet nie był rów. Takie niewielke zapadlisko. W walizce poćwiartowane ciało naczelnika Romana Dębniaka. Na zwłoki natrafili bezdomni, szukający miejsca na odpoczynek. Waliza leżała przykryta wyrwanymi krzakami. Kamieniołom od wielu lat jest ogrodzony. Ze względów bezpieczeństwa. Woda kusiła do kąpieli. Niejednego.

W ten majowy poranek, znowu zostałem obudzony bardzo wcześnie. Po kilku minutach siedziałem w czekającym radiowozie. Nowy kierowca nie był rozmowny. Wykonałem podstawowe telefony. Do wszystkich moich podwładnych. Mieli dotrzeć na miejsce. Jak najszybciej. Nawet Szymon.

Pierwsi na miejscu znaleźli się nasz patolog, doktor Kosma oraz Karolina. Po ich minach zrozumiałem, że to nie był głupi żart.

Po przywitaniu, doktor zaczął snuć swoje pierwsze teorie.

— Podejrzewam, że zginął w tym samym czasie, co ten wczorajszy.-zaczyna.-nie zdziwi mnie nawet to, że wcześniej oboje razem ucztowali. U tego Bielczyka znalazłem serwetkę z logo knajpy. To niedaleko stąd. „Pod smoczym łbem”.Nie wiem dlaczego podają tam orientalne potrawy. Powinny być tylko nasze, krakowskie.

— Skąd wiadomo, że byli tam oboje? -pytam.

A, stąd, że Dębniak też miał taką samą serwetkę. Na dodatek musiał się oblać jakimś śmierdzącym jadłem. Koszula w kolorach śmierdziucha. Resztę, jak zwykle po sekcji. Ściągnąłem patologów z Katowic i Cieszyna. Będą mi potrzebni. Nasze laboratorium ma za zadanie odłożyć wszystko inne. Ta sprawa ma pierwszeństwo. -No, to żegnam.- Wasi policjanci niech szybko zrobią zdjęcia. Zabieram go ze sobą.

Odchodzi w stronę swojego samochodu.

— To się porobiło- słyszę dochodzący głos Karoliny.-Nikt nam nie popuści. Będziemy na celowniku wszystkich.-Jak pan myśli? -Jeden zabójca, ten sam, czy w kilka osób załatwili?

— Nie teraz, Karolina. Idź do naszych chłopaków. Zróbcie te zdjęcia. Bez zbędnych dyskusji. Potem pogadamy.

Odchodzę w stronę otwartej walizy. Przełykam ślinę. Przecież nie tego się spodziewałem. Nawet w najgorszych koszmarach. Doczekać takiego końca? Co za podły los. Spoglądam na szczątki. Tego widoku nigdy nie zapomnę. Koszmary będą nam wszystkim śniły się po nocach. Całe ciało zmasakrowane. Poćwiartowane, tylko głowa przypomina, że to człowiek. Znajomy. Kiedyś bardzo bliski.

Oddalam się z miejsca. Ze smutkiem. Dlaczego doszło do tak haniebnej zbrodni? To jedyne na czym obecnie się skupiam. Odnaleźć potwora.

Wracam na komendę. Pierwsze kroki do szefa. Dzwonił nieustannie. Ignorowałem telefony. Gdzie te czasy, kiedy mieliśmy więcej swobody?

— Dlaczego nie odbiera pan telefonów?.-słyszę od progu. -Asystentka szefa wkurzona.-Wyładowany?

— Nie. Wcale. Pani Jolu! To nie było na telefon. Przykro mi! -odpowiadam smętnie.-Szef u siebie?

Pokazuje drzwi, ręką. Bez słowa. Chyba rozumie, co sam czuję. Kiwam głową i wchodzę do jaskini lwa.

— Jesteś wreszcie! -Inspektor Rudzik na powitanie. -Czemu nie odbierałeś telefonu?

Spoglądam na niego bez słowa. Kiedy nasz szef, zwraca się do podwładnych po imieniu? To świadczy o dwóch rzeczach. Albo jest wkurzony, albo tak przejęty. Podejrzewam jednak, że dziś, to jedno i drugie. Nałożyło się na siebie. Kumulacja. Psiakrew! Tylko miliona brak.

— Szefie! -zaczynam zdawać raport.-gdyby szef widział, to co my. -Nie da się opisać. Nasz kolega skończył tak marnie, nie pamiętam, kiedy widziałem kogoś, aż tak sponiewieranego.

— Chcesz koniaku? -rzuca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.53