E-book
2.73
drukowana A5
11.38
Klątwa cienia

Bezpłatny fragment - Klątwa cienia


5
Objętość:
36 str.
ISBN:
978-83-8245-378-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 11.38

Nieprzenikniona ludzkim okiem czerń nocy panowała niepomiernie w lesie. Nocne drapieżniki wyruszały na łowy. Przez gęste gałęzie drzew sowa dostrzegła uciekającą leśną mysz. Jej oczy zabłysły, otworzyły się jej szerzej źrenice, rozprostowała skrzydła, podrywając ciało do lotu. Nabrała prędkości i zanurkowała, z łatwością szybując w gęstym listowiu. Dopadła i przydusiła ofiarę szponami do ziemi. Rozglądnęła się dookoła i poczęła rozrywać krótkimi szarpnięciami żywe zwierzę. Zapach gorącej krwi tryskającej z żył rozszedł się w powietrzu. Gdzieś w pobliżu zawył wilk, wołając swych towarzyszy. Między drzewami przemknęła kuna leśna, a za nią stary lis. Dwieście metrów dalej na niewielkim wzniesieniu na skraju lasu stał człowiek. Był to wątłej postury mężczyzna, odziany w długą opończę, opasaną plecionym w runy sznurem maga, rozpoznawalny znak tylko dla gildii. Siwe włosy sięgały mu do ramion. Twarz miał przystojną o twardych rysach, lekko ozdobioną zmarszczkami. Jego oczy miały kolor błękitu. Skupiony wpatrywał się w wioskę położoną u stóp wzgórza. Schowany w ciemności i osłonięty drzewami był niewidoczny. Jego wzrok spoczywał na chacie leżącej na obrzeżach wioski. Miała kształt półkuli, w całości wykonana była z drewna, a jej dach przykrywały szerokie liście kakaowca. Pomiędzy szparami w ścianach sączyło się słabe światło bijące od palącego się wewnątrz ogniska.

Jego słuch był równie wyostrzony jak wzrok. Wsłuchiwał się w dochodzące z chaty krzyki rodzącej kobiety.

Dziewczyna ta została zgwałcona w ruinach starej świątyni boga Akhotepa. Ten, kto to zrobił, nie był podobny do żadnego z ludzi. Mówiła, że jego oblicze było czarne niczym noc, jedynie oczy jarzyły się światłem. Zostawił ją na wpółprzytomną, wyczerpaną i przerażoną, ale na szczęście żywą. Odnalazł ją przypadkiem pasterz szukający zaginionej owcy. Zapędził się za nią aż w pobliże ruin, gdzie znalazł dziewczynę. Zaniósł ją do domu ku uciesze i ogromnej radości rodziny. Wezwany medyk opatrzył jej rany i podał zioła, aby usnęła.

Po kilku tygodniach częste poranne wymioty, bóle piersi i spóźniająca się miesiączka dały jej poznać, że jest w ciąży. Coś w jej umyśle nakazywało jej urodzić to dziecko i wychować je. Nie miała męża, jedynie matkę i siostrę, z którymi mieszkała. Ale postanowiła przyjąć to wyzwanie i urodzić. I właśnie dziś miało nastąpić rozwiązanie.

Mag, wciąż pozostając w bezpieczniej odległości, rzucił zaklęcie dalekowidzenia, aby mógł zajrzeć do środka. Ujrzał rodzącą na macie nagą kobietę oraz akuszerkę między jej szeroko rozwartymi nogami. U jej wezgłowia kucała młoda dziewczyna, trzymając ją za rękę i ocierając co chwilę pot z czoła. Poród przebiegał szybko i bez komplikacji. Nagle krzyki rodzącej przerwał płacz dziecka. Na świat przyszedł chłopak. Mag jeszcze przez chwilę wpatrywał się w niemowlę i rzekł do siebie: „W tobie cała nadzieja, przyjdź do mnie, by wypełniło się przeznaczenie”, po czym wstał i zniknął w ciemności.

Malcowi dano na imię Arinak. Rósł szybko, był silny i zdrowy. Równie prędko nauczył się chodzić i mówić. Matka i młodsza siostra pracowały w polu jak dawniej, a Salomea zajmowała się swoim synem.

Gdy chłopiec miał pół roku, zaczęła go zabierać ze sobą do lżejszych prac przy uprawie ryżu. Czyniąc tak, mogła go pilnować i zarabiać na życie.

Arinak zaczął dobrze chodzić dwa razy szybciej niż jego rówieśnicy. Niestety matka niedługo cieszyła się swoim synem. Gdy miał pięć lat, ktoś z wioski zauważył coś dziwnego w tym chłopcu.

Z czasem coraz więcej ludzi zwracało uwagę na to, że dziecko nie rzuca cienia. Od tej pory nastały ciężkie chwile dla całej rodziny. Niekończące się plotki, oszczerstwa, pokazywanie palcami dawały im się ostro we znaki. Salomea postanowiła trzymać syna z dala od ludzi, lecz ci nawet w domu nie dawali im spokoju. Po kolejnych dwóch latach zdecydowała, że pójdzie po pomoc do mnicha ze starej świątyni. Mieszkał na odludziu w wykutej w skale jaskini. Dostępu do niej bronił krąg starożytnych kamieni. Mieszkańcy wierzyli, iż żyją w nich duchy starożytnych bogów i nigdy tam nie chodzili.

— Tu nikt nie będzie ci dokuczał — powiedziała do synka, prowadząc go śmiało pośród głazów.

Sepron był już pięćdziesięcioletnim mężczyzną, niegdyś mistrzem ceremonii. Wysłuchał prośby młodej matki i zgodził się przyjąć liczącego siedem wiosen chłopca do siebie. Mieszkali odtąd razem w surowych warunkach, śpiąc w jaskini na twardych matach. Ale tu przynajmniej mieli spokój, nikt ich nie napastował ani nie nagabywał. Jedzenie, które codziennie spożywali, zdobywali w lesie, polując na dziką zwierzynę. Od pierwszych dni Arinak uczył się polować, rozpoznawać wszelkie zioła i ich właściwości oraz tego, jak z nich robić wywary. Sepron wprowadzał go w arkana walki mieczem, co chłopak szybko opanował. Nauczyciel z czasem coraz silniej dostrzegał ścisły związek między jego zdolnościami a brakiem cienia. Z wielkim niepokojem obserwował, jak jego uczeń staje się morderczo skuteczny w zadawaniu ciosów.

Z wiekiem chłopak stawał się inteligentniejszy, sprawniejszy i coraz bardziej samodzielny. Często sam wybierał się na nocne polowania do lasu. Mając siedemnaście lat i dziesięć lat treningu za sobą, przewyższał swego nauczyciela szybkością i techniką zadawania ciosów. Matka co jakiś czas odwiedzała syna, aż w końcu przestała. Poskarżyła się mistrzowi, że syn nie okazuje jej już tak gorących uczuć jak kiedyś, a nawet odsuwa ją od siebie. Sepron widział, że dzieje się coś niedobrego i pewnej nocy postanowił iść za nim na polowanie. Arinak poruszał się, bezszelestnie przemykając między drzewami. Spędzał tu tak wiele czasu, że wiedział, gdzie leży każda uschnięta gałązka, która, pękając pod jego nogą, mogłaby wystraszyć ofiarę. Dzięki temu omijał je z wielką dokładnością. Ciemność dawała mu idealne zamaskowanie, a wyostrzony wzrok i słuch oraz węch czyniły go jeszcze bardziej skutecznym. Kątem oka dostrzegł poruszający się krzak, wyczuł gorącą krew płynącą w żyłach zwierzęcia. Powoli zaczął się skradać. Sepron był tuż za nim, ani przez chwilę nie zdradzając swej obecności. Obserwował swego podopiecznego z ukrycia. Sporych rozmiarów odyniec wyskoczył z krzaków, uciekając przed myśliwym. Oczy Arinaka zabłysły. Ruszył pędem za swą ofiarą. Przeskakiwał zwalone pnie, wystające korzenie i konary drzew, z gracją dzikiego kota. Wciąż przyspieszał, doganiając dziką świnię. Nie chciał korzystać z łuku, który szybko zakończyłby to polowanie. Z pochwy przymocowanej do pasa dobył długi nóż. Szerokie ostrze zalśniło swym blaskiem. Był o parę kroków od swej zdobyczy. Wyskoczył w górę, wznosząc rękę do zadania ciosu. Wylądował na grzbiecie biegnącego zwierza, przyduszając go do ziemi. Mocno wbił ostrze w rdzeń kręgowy. Ciszę nocną przerwał przeraźliwy kwik zarzynanego odyńca. Wydobył nóż z mlaśnięciem. Tryskająca krew zrosiła mech dookoła. Odwrócił ofiarę na grzbiet i jednym cięciem noża rozpłatał jej klatkę piersiową, odsłaniając żebra. Zanurzył w nich dłoń.

Wziął do ręki drgające jeszcze w spazmach serce, ścisnął mocno i wyrwał, donośnie krzycząc:

— Aaaa!!! — Wzniósł je do góry, trzymając w wyprostowanej ręce, na znak swojego zwycięstwa. Ukryty w gęstwinie leśnej mag przyglądał się w milczeniu scenie rozgrywającej się parę metrów przed nim. Ani Arinak, ani Sepron nie wiedzieli, że są obserwowani.


Herodot był zadowolony, wiedział, że chłopak jest już gotowy, by mógł wypełnić swą misję. Arinak przebywał u swego mistrza jeszcze dwa lata. W dniu swych urodzin po uroczystej kolacji, na którą zaproszono też jego rodzinę, oznajmił wszystkim, iż czas, aby opuścił rodzinne strony. Lament i płacz matki nie pomógł, pożegnał się z nią czule i z ciotką. Babka zmarła ostatniej zimy. Sepron przeczuwał od jakiegoś czasu, iż to nastąpi, nie był zdziwiony, więc nie prosił, aby został. Uścisnął tylko chłopca mocno i serdecznie. Ten podziękował mu za wszystkie lata opieki i nauki. Chwycił spakowany tobołek i wyszedł z chaty.

Wziął głęboki oddech, patrząc w usiane gwiazdami niebo i z uśmiechem na ustach wyruszył w nieznane. Ruszył w świat szukać przygód i nowych doświadczeń, chciał też znaleźć odpowiedź, jak pozbyć się swego piętna.

Choć Sepron przeczuwał, że jego uczeń stanie niedługo do najpoważniejszej walki w swoim życiu, nie mógł mu tego powiedzieć w dniu pożegnania. Czuł, że chłopak sobie poradzi.


Arinak wędrował po ojczyźnie przez pustkowia nie napotykając żywej duszy. Wszystko, co mógł ogarnąć wzrokiem, było wyschniętą ziemią bez śladów życia. Szedł tak przez parę dni i nocy, zatrzymując się jedynie, by zjeść i chwilę wypocząć. Zaczął już tracić nadzieję, że trafi na jakąkolwiek osadę.

Pewnego popołudnia zobaczył na swej drodze pokaźnej wysokości wzniesienie stojące pośrodku pustyni. Zdziwienie i ciekawość nie pozwoliły mu czekać ani chwili i od razu postanowił wdrapać się na nie. Chciał też zorientować się, jak długą trasę już przebył i jak długa jest jeszcze droga przed nim. Słońce schowało już się za horyzontem, gdy Arinak zaczął wspinać się na wzgórze. Droga okazała się trudna i uciążliwa, gdyż zbocze było strome.

W pewnej fazie musiał już iść na czworaka, bowiem tylko ta pozycja pozwalała mu zachować równowagę. Grunt pod nogami, na przemian miękki i twardy, sprawiał, że czasem osuwały mu się stopy, co zwalniało tempo posuwania się ku szczytowi. Gdy już stanął na górze, na którą tak pieczołowicie się wspinał, wielce się zdziwił. Na szczycie stał szałas. Otrzepał ubranie z kurzu i podszedł w jego kierunku. Przed wejściem paliło się ognisko. Palenisko było obłożone kamieniami, by ogień nie mógł wydostać się na zewnątrz. Dopiero po chwili dostrzegł siedzącą przy ogniu postać. Zastanawiał się, dlaczego nie zauważył dymu z ogniska podczas wspinaczki. Było w tym coś tajemniczego. Zrobił jeszcze parę kroków w kierunku ogniska i zatrzymał się.

— Kim jesteś, starcze? — zapytał, mierząc go wzrokiem.

Postać pozostała nieruchoma, nie odpowiadając.

— Zadałem ci pytanie! — Rozgniewany Arinak zrobił krok w jego stronę.

— Zwą mnie Madar, jestem pustelnikiem — odparł starzec, unosząc swą głowę ozdobioną siwymi włosami.

— A ty? Jak masz na imię, wojowniku?

— Skąd wiesz, że jestem wojownikiem?

— Mam oczy — odparł.

— Myślałem, żeś ślepy — zadrwił chłopak.

— Moje oczy sięgają daleko poza to, co dostrzegalne.

— A sięgają tak daleko, aby dojrzeć moją przyszłość? — zapytał niepozbawionym drwiny głosem. W jednej chwili chmury gęsto przysłoniły niebo i ogarnął ich mrok. Ledwo tlący się ogień dawał słabe światło.

— Dorzuć drew do ognia i usiądź, proszę, przy mnie — zaproponował.

— Dlaczego sam tego nie zrobisz? Ja jestem utrudzony wędrówką, chętnie spocznę przy Tobie — odparł trochę buńczucznie i już miał siadać, gdy nieznajomy wyciągnął rękę z kawałkiem pieczonego mięsa, chłopak uśmiechnął się i chętnie po niego sięgnął. Po pierwszym ugryzieniu, gdy słodkie mięso wpadło do przełyku, rozpromienił się i skończywszy obgryzać kość, odezwał się:

— Ooo tak, tak, znacznie lepiej, widzę, że wiesz, jak witać gości. Noszę imię Arinak i pozdrawiam cię, Madarze! — Uczynił gest pojednania, dotykając wewnętrzną częścią dłoni ust, a potem czoła, po czym sięgnął po drwa i dorzucił do ognia. Usiadł obok starca i ciężko wzdychając, rzekł:

— Wędruję od wielu dni i od tyluż samych nie miałem takich słodkości w ustach, masz tego więcej? — zapytał uprzejmie.

— Proszę — rzekł starzec, podając mu kolejny kawałek, który pożarł równie łapczywie.

— Na jakim pustkowiu przyszło nam żyć? Czy moja osada jest ostatnia na tym świecie, a ty jedynym człowiekiem? Nikogo nie spotkałem na swej drodze, odkąd opuściłem wiele dni temu swoją wioskę — rzekł, oblizując do czysta kość z mięsa.

— Spotkałeś mnie — powiedziawszy to, pustelnik uniósł głowę.

— Tak, ale czy oprócz ciebie ktoś jeszcze tu mieszka?

— Opowiem ci, a nawet pokażę — rzekł starzec, sięgając pod poły swej tuniki. Wyciągnął spod niej garść proszku i wrzucił w ogień. Płomień buchnął wysoko w górę, w jego białym blasku chłopak dojrzał wyraźnie swego rozmówcę — starczą twarz pokrytą zmarszczkami, którą zdobiły niesamowicie żywe i szklące się zielenią oczy. Ubrany był skromnie, jak typowy pustelnik, szare szaty i sandały. Nagle ten czysty obraz przesłoniły opary dymu, otoczyła ich złota mgła o zapachu goździków i cynamonu.

Arinakowi zdawało się, iż lata ponad ziemią niczym ptak. Mijał góry, jeziora, szerokie rozlewiska rzek i bagna, widział też żyzne pola, leżące odłogiem, lasy pełne zwierzyny. Nigdzie jednak nie dostrzegał ludzkich osad. W miarę jak posuwał się w głąb lądu zaczęły się pojawiać pierwsze wioski, jak się później okazało, skupione wokół kamiennych i murowanych fortów. Przelatywał też nad pięknymi zamkami i majątkami, strzeżonymi przez mrowie wojska. Wizja rozwiała się, gdy przelatywał na mroczną twierdzą z czarnego kamienia.

— Co to? Khem, khem. Co widziałem? — zapytał, krztusząc się dymem.

— To nasz kraj — odparł i kontynuował: — Zamieszkały jest tylko w połowie, mnóstwo tu porzuconych osad. Większość ludzi skupiła się przy miastach, twierdzach, bogatych folwarkach. Ty nie miałeś szczęścia, urodziłeś się w chacie na pustkowiu, a wybierasz się do samego centrum, jak mniemam, a to daleka droga.

— Jak daleka? — przerwał mu chłopak.

— Trzy konie byś zamęczył na śmierć i byłoby mało. Masz, napij się. — Podał mu bukłak z winem.

— Mocne! Czemu mieszkaliśmy tak daleko? — Trunek mu posmakował, bo pociągnął jeszcze jeden łyk.

— Twoja wioska to osada uchodźców. Władcą kraju jest okrutny król Herdot — opowiadał dalej. — Ja też przed nim uciekłem, znalazłszy schronienie na tej górze. Gdy się dowiedział, że posiadam magiczną moc, kazał mnie zgładzić. Jego żołnierze pojmali mnie i spalili na stosie. — ostatnie wyznanie wprawiło chłopaka w taki szok, że zakrztusił się winem.

— Khem jakkk kehm khem… Jak to, przecież jesteś tu cały i zdrowy? — Wojownik nie mógł uwierzyć w jego słowa.

— Jestem magiem, jak już ci wspominałem, choć tylko duchem, którego wywołał twój mistrz Sepron, ale wciąż władającym magią duchem. Pojawiłem się tu, aby cię ostrzec, iż czeka cię wielkie wyzwanie.

— Dlaczego zatem sam się tu nie pojawił? — zapytał Arinak.

— Ponieważ nie umie się teleportować jak ja, poza tym wie o tym, iż nie wysłuchałbyś go, bo uważasz się za kogoś lepszego i wyjątkowego. — Głos starca przybrał karcący ton.

— On już nie jest mi potrzebny, ani on, ani jego rady. Uczeń przerósł mistrza — rzucił buńczucznie.

— Ale mądrością mu jeszcze daleko do nauczyciela.

— Starcze, uważaj na swe słowa! — pogroził.

— Wybacz. Spróbuj teraz tego wina, lepszy rocznik — zaproponował miękkim głosem Madar.

— Mądry z ciebie starzec — rzekł to jakby ze wzgardą i sięgnął po bukłak. Po pierwszym łyku poczuł palący ogień w przełyku i żołądku.

— Co mi dałeś khe khe ubije jak psa — groził, wstając, ale zatoczył się i padł na ziemię bez czucia. Wtedy pojawiły się wizje, obrazy, których nie pamiętał z dzieciństwa. Zobaczył matkę troszczącą się o niego, poświęcającą mu każdą chwilę. Pomimo ciężkiej pracy w polu wciąż znajdującą siłę, aby się nim zająć. Zobaczył i poczuł jej matczyną miłość.

— Mamo — zdołał wyszeptać i łzy wypełniły mu oczy. Nie wiedział, ile trwał w tym stanie, ale gdy wróciły mu wszystkie zmysły, znowu siedział przy ognisku naprzeciw Madara. Czuł się, jakby przysnął, ale pamiętał jedynie przebłyski obrazów.

— Usnąłem? — zapytał, czując się lekko skołowany.

— Nie, ale chyba wino zaczęło uderzać ci do głowy — zaprzeczył starzec i poddał mu poprzedni bukłak.

— Dzięki — rzekł i pociągnął spory łyk. Otarł usta i odezwał się znacznie milszym tonem.

— Może rzeczywiście byłem trochę zadufany w sobie — przyznał chłopak. To wynika z pewności siebie, jaką zbudowałem przez lata treningu ze swoim mistrzem. Teraz wyruszyłem w świat, by stawiać czoła wyzwaniom i nie sądzę, abym jakiemuś nie sprostał. — Pociągał kolejny łyk i podał bukłak Madarowi.

— Hmm, wiara w siebie rzeczywiście jest ważna, bylebyś się nie przecenił — przyznał mag.

— Znam swe możliwości, ale będę uważał, dziękuję za cenne rady.

— Wiesz, jak daleka droga cię czeka?

— Wiem, dlatego zamierzam położyć się już teraz i wyruszyć z samego rana.

— A zatem nie zdajesz sobie sprawy, jak daleko jest najbliższa osada.

— Dzień, dwa dni drogi?

— A masz konia albo ukryty powóz? — zadrwił Madar.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 11.38