E-book
13.65
drukowana A5
29.4
Kiedyś, może nigdy

Bezpłatny fragment - Kiedyś, może nigdy


5
Objętość:
213 str.
ISBN:
978-83-8245-023-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.4

Część pierwsza

Szare volvo wlokło się już trzecią godzinę po drodze krajowej numer 42. Niby można było przyspieszyć, ale po pierwsze Tomkowi nie spieszyło się wcale, a po drugie nigdy nie przekraczał prędkości. Nigdy — to może za dużo powiedziane, ale od wielu lat nie zapłacił żadnego mandatu. Jechał więc rozglądając się na boki, jakby ciekawiły go mijane krajobrazy, a naprawdę nie interesowało go nic. Przez ostatnie dwa lata właściwie rozmyślał tylko o tym, co ze sobą zrobił, dokąd doszedł, gdzie, ile razy popełnił błąd i dlaczego musi zaczynać od początku. Bo to, że musi, było oczywiste, jak i to, że od początku właściwie już niczego nie zacznie, bo przekroczył czterdziestkę, a w tym wieku, jak uważał, niewiele można rozpocząć. Ponure rozmyślania przerwał sms od matki, spojrzał na ekran telefonu i postanowił zlekceważyć drugie podczas ostatniej godziny pytanie: Dojechałeś? Dopytywała, jakby był dzieckiem. Trochę sam w tym wszystkim zawinił, bo kiedy wyprowadził się od Ali i wynajął mieszkanie, bywała w nim prawie codziennie, a on rozbity najpierw roczną separacją, a potem rozwodem, pozwalał jej na to. Wytrzymał jeszcze rok, chodził tymi samymi ulicami, robił zakupy w tym samym markecie, w którym kupowała ona, a nawet pływał w tym samym basenie, i dopiero po kolejnych beznadziejnych miesiącach postanowił wyjechać z miasta, w którym każdy kąt przypominał mu wspólne życie. Nie było to łatwe, początkowo wręcz niemożliwe, zobowiązania formalne i nieformalne stwarzały bariery, które z trudem pokonywał. Potem postawił na jedna kartę: unikał tych, którzy zatrzymywali go, nachodził tych, którzy mogli mu pomóc. Naciskał znajomych bliższych i dalszych, rozpytywał, czy może wiedzą coś o jakimś wakacie, gdzieś daleko od miejsca, które chciał opuścić. Stał się namolny, więc dla świętego spokoju poradzono mu N. Niech będzie i N. prowincjonalna dziura, tam gdzie diabeł mówi dobranoc — pomyślał — gdziekolwiek, byle dalej od niej, od tęsknoty i gniewu.

— Powinieneś to przepracować — powiedziała mu z uśmiechem przed rozprawą rozwodową.

— Niech pan nie szuka winy w całym świecie i traktuje to jako doświadczenie, jeszcze jedno doświadczenie życia — radził mu jej adwokat, bawiąc się w psychologa.

Po co ona go brała — pomyślał rozdrażniony — przecież wiedziała, że zgodzę się na wszystko. Adwokat jakby go usłyszał, zatrzymał się na chwilę przed obrotowymi drzwiami sądu.

— Cieszę się, że nie było problemów. Pani Alicja miała trochę obaw.

Nie chciał rad, ani dobrych, ani mądrych, ani żadnych. Chciał zapomnieć. Zwyczajnie zapomnieć. I nie mógł. Dlatego N. powinno mu się jawić, jako spełnienie marzeń. Jednak nie umiał tak o nim myśleć, traktował je jako dobrowolne wygnanie. Jedynie matka była zadowolona.

— Chciałeś, to masz — powiedziała, gdy oznajmił jej, że się wyprowadza.

— Byłeś przecież tam kiedyś, na jakichś wakacjach u siostry ojca. W klasie maturalnej?

— Nie, po pierwszym roku. I to na obozie studenckim. U nich tylko na obiedzie i musiało być nudno, bo zupełnie o tym zapomniałem.

— Ale jak już będziesz, to powinieneś pójść na cmentarz, nie mieli dzieci, pewnie grób zaniedbany.

Obiecał, że to zrobi. Dlaczego, gdy już przyjedzie do nudnego, małego N., miałby nie odszukać grobu wujostwa? Rano, tego ostatniego dnia starego życia, wrzucił na tylne siedzenie samochodu dwie duże torby, dwie kolejne władował do bagażnika i z tym dwudziestokilkuletnim dorobkiem wyruszył w nieznane. Co za różnica, gdzie będzie beznadziejnie — pomyślał. Jakby wbrew sobie, wyjeżdżając z miasta, zawrócił na starą ulicę i zobaczył ją z daleka, szła z ich wspólnym psem na spacer. No tak, mógł się tego spodziewać. Widok jej szczupłej sylwetki w czarnych obcisłych dżinsach towarzyszył mu przez czterysta kilometrów podróży.


Nawigacja pokazywała jeszcze niecałą godzinę jazdy, gdy na poboczu szosy zobaczył wymachującą ręką dziewczynę. Może minąłby ją, gdyby nie było mu tak beznadziejnie lub gdyby obok siedziała Ala, i jak zwykle przywoływała go do porządku, mówiąc: nie wiadomo kto to, mogła się zastanowić, zanim ruszyła w drogę itp. Może wtedy pojechałby dalej. Jednak tego dnia, tak jak od wielu miesięcy, na siedzeniu obok nie było nikogo i mógł się zatrzymać. Zrobił to właściwie w ostatniej chwili, dość gwałtownie, więc dziewczyna odskoczyła nieco przestraszona. Opuścił szybę i zapytał obcesowo:

— Dokąd?

Nie speszyła się.

— Pan może do N.?

— Tak, wsiada pani?

— No pewnie — odpowiedziała uśmiechając się.

— Proszę zapiąć pasy.

— Już się robi.

Usiadła wygodnie, wyciągając przed siebie szczupłe nogi w krótkich spodenkach.

— Ciepło — westchnęła — dobrze, że ma pan klimatyzację.

— Nie boi się pani tak stopem?

— Dziś pierwszy raz — powiedziała rozbrajająco szczerze.

— Kolega mnie tu podwiózł, skręcał na Warszawę, ale nie czekałam długo. Podjechał pan w dziesięć minut. Z N. wrócę już normalnie, pociągiem.

— Czyli nie jest pani z N.?

— Nie, ja… jadę tam kogoś odwiedzić.

Spojrzał wymownie na jej mały złoty plecaczek, który trzymała na kolanach.

— Tak bez bagażu w te odwiedziny? — raczej stwierdził niż zapytał.

— No tak, bo to niespodzianka i nie mogę z różnych powodów zostać dłużej. Chociaż w N. jest pięknie o tej porze roku — rozmarzyła się.

— Nie mam pojęcia jak jest w N. — mruknął niepotrzebnie, bo to sprowokowało dziewczynę do pytania.

— To pan tam też na krótko?

— Nie, na długo — odburknął.

Chwilę jechali w milczeniu. Tomek rozglądał się po okolicy, słoneczny początek maja spowodował, że krajobraz tonął w zieleni. Kątem oka spojrzał na pasażerkę, miała niewiele więcej niż dwadzieścia lat, grzywka farbowanych na rudo włosów sięgała poza linię brwi. Włosy prawie zatrzymywały się na rzęsach, co zawsze drażniło go u pacjentów. Uśmiechała się lekko ni to do niego ni to do siebie i nerwowo skubała pasek plecaka. Usłyszał cichą melodyjkę komórki. Gwałtownie pociągnęła za suwak zakończony metalowym misiem i wyjęła telefon, ale nie odebrała połączenia, nie spojrzała nawet na ekran. Pomyślał, że zna to misiowe logo, ale nie umiał sobie przypomnieć nazwy.

— Proszę porozmawiać, nie przeszkadza mi — powiedział.

— Nie, to ma być niespodzianka.

— Wie pani kto dzwoni?

— Tak.

— Aha, rozumiem.

Popatrzyła na niego uważniej.

— A pan? Lubi pan niespodzianki?

— Niespecjalnie.

Znów zapanowało milczenie. Pomyślał, że jego odpowiedź sprawiła jej zawód, bo odwróciła twarz w prawą stronę. Wjeżdżali do N.

— Proszę mnie tu wysadzić — powiedziała nagle, zanim zdążył spytać, gdzie chciałaby wysiąść.

— Tu? To chyba dobre kilka minut od centrum — spojrzał na nawigację.

— Tak, będzie dobrze, dziękuję za podwiezienie. Uśmiechnęła się, odgarniając z oczu pomarańczowe włosy. Odwzajemnił uśmiech.

Gdy wysiadła, w lusterku zobaczył, jak wyjmuje komórkę i zagryzając dolną wargę czeka na połączenie. Ruszył przed siebie, naiwnie sądząc, że więcej już jej nie spotka. Nie przypuszczał też, że wkrótce myśl o niej zdominuje jego życie.


****

Miasto powitało go pełnym słońcem. Jechał wolno rozglądając się na boki. Nie, nie poznawał N., było na pewno inne niż przed dwudziestu kilku laty. Właściwie wszystkie wspomnienia z tamtego czasu się zatarły. Wrócił do domu opalony, wypoczęty, z głową w chmurach, jak to zawsze on, niefrasobliwy i radosny. Poznał wówczas jakichś ludzi, ale kontakt z nimi szybko się urwał i dziś już nawet nie wiedział, czy byli to miejscowi, czy też inni uczestnicy wakacyjnego obozu. Gdyby nie nawigacja nie trafiłby na Polną, gdzie przez Internet wynajął mieszkanie. Nie wiedział, ile czasu spędzi w mieście, czy lata, czy miesiące, dlatego nie martwił się, jak będzie wyglądało, zależało mu tylko na miejscu parkingowym. Kierując się głosem lektora skręcił w prawo, przejechał ostatnie trzysta metrów i stanął pod blokiem numer 5, we właściwym miejscu.

Mieszkanie było zupełnie nijakie. Ani ładne ani brzydkie, przeciętne, miał wrażenie, że zapomni jak wygląda, gdy tylko je opuści. W przedpokoju postawił część przywiezionych przez siebie rzeczy. Bez rozpakowywania wrzucił dwie torby do szafy, resztę postanowił przynieść z auta później i poszedł do miasta. W telefonie sprawdził polecane przez trip advisor restauracje i szybko ruszył przed siebie. Knajpka, do której zmierzał, była o kilka przecznic dalej niż jego nowe mieszkanie. Szedł teraz główną ulicą, która prezentowała się całkiem nieźle. Widać było dobrze wydane pieniądze z Unii Europejskiej. Porządna kostka, oświetlenie, odnowione fasady budynków, zadbana zieleń przyciągały oko. Wystawy sklepów kusiły produktami znanych marek. Zdziwił go ruch panujący w centrum. Miasto żyło festynem, który miał, co wynikało z rozwieszonych banerów, rozpocząć się za trzy tygodnie i trwać przez cały weekend. Wszędzie wisiały wielkie afisze, kolorowe bilbordy i plakaty zapraszające na obchody 250 rocznicy nadania N. praw miejskich. Szedł równym krokiem, próbując nie zwracać uwagi na hałaśliwą radość miasta. Śmieszyły go witryny sklepów przystrojone lokalnym herbem. Jacyś ludzie hałaśliwie dyskutowali, gdzie za te kilkanaście dni najlepiej będzie rozłożyć scenę, bardziej w lewą czy prawą stronę. Grupa młodzieży rozstawiała sztalugi, na których, jak się domyślał, miały zawisnąć fotografie N. zmieniającego się na przestrzeni lat. Wokół rynku uwijali się ogrodnicy sadząc nowe kwiaty na gazonach i kosząc trawniki. Te przejawy energii złościły go. On jej nie miał. To, co wydarzyło się w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy, odebrało mu chęć do jakiegokolwiek działania. Pędząca na hulajnodze kilkuletnia dziewczynka zmusiła go do nagłego uskoku. Młodziutka kobieta, która biegła za nią krzyknęła — przepraszam — i popędziła za uciekinierką. Może, gdyby mieli z Alą dzieci, istniałby mimo wszystko jakiś cel. Może wtedy, ze względu na nie, musieliby ze sobą rozmawiać, coś wspólnie ustalać, a może wcale by się nie rozstali. Im dłużej o tym myślał, tym mocniej czuł, że tworzy fikcję. Jakie dzieci? Żadne z nich nie chciało dzieci. Właściwie o tym nie mówili, oprócz jednej jedynej rozmowy na początku związku. Siedzieli wtedy trzymając się z ręce na korytarzu uczelni, czekając na rozpoczęcie wykładu.

— Musimy coś ustalić — powiedziała.

— Co? — spytał, myśląc tylko o tym, czy tego wieczoru też zaprosi go do siebie.

— Żadnych dzieci, nigdy.

Kiwnął potakująco głową, wtedy przyrzekłby jej wszystko. Nie wrócili już do tamtej rozmowy.


Po roku znajomości przedstawił Alę rodzicom.

— Nie żeń się z nią — powiedział mu ojciec, nie jest dla ciebie. Nie sprostasz.

Wtedy te słowa uraziły go głęboko, tak bardzo głęboko, że przez długi czas nie odzywał się do ojca.

Odnalazł wciśnięty między dwie stylowe kamieniczki lokalik. Zamówił obiad i poprzez szyby zaczął znów przypatrywać się miastu.


Pierwszy tydzień, który minął mu w N. zlał się w jeden dzień. Rozpakował do końca walizki, wrzucił byle jak rzeczy do szuflad i szaf, zameldował się w ośrodku zdrowia, gdzie przyjęto go dość serdecznie i rozpoczął pracę. Przychodnia była niewielka, a koledzy wydawali się sympatyczni. Przeciągał godziny przyjmowania pacjentów, bo nie bardzo wiedział, co ma robić z popołudniami. Kilka razy z trudem opanował chęć zadzwonienia do Alicji, ale któregoś wieczoru zatelefonował. Nie odebrała i nie oddzwoniła. W słoneczną sobotę kupił rower i postanowił zwiedzać okolicę. Pierwszego dnia przejechał czterdzieści kilometrów. Na kolejny weekend zaplanował nieco dłuższa trasę. Już wsiadał na rower, kiedy zadzwoniła Ala. Przez chwilę bezmyślnie gapił się na jej imię wyświetlone na ekranie telefonu, potem pojawiła się ciekawość pomieszana z niepokojem, w jakim celu dzwoni.

— Cześć, długo nie odbierałeś, mam sprawę.

— Cześć, nie słyszałem, jaką? — skupił się, by jego głos brzmiał obojętnie. Przez głowę przemknęła mu myśl, czy ona ma ten sam problem.

— Wyjeżdżam na trochę, cztery, pięć tygodni. Zależy, jak się rozwiną badania. Musisz wziąć Leksusa. To także twój pies — jej pouczający ton niemile zabrzmiał mu w uszach.

— Wiem, także mój, dobrze — odpowiedział, zastanawiając się, jak zamknie sześćdziesięcio kilowego psa w małym mieszkaniu.

— Co proponujesz?

— Pół drogi? W przyszły poniedziałek po południu? Napiszę sms, o której.

— Zgoda, sama przyjedziesz? — przełknął nerwowo ślinę.

— Nieee, poproszę Maćka, muszę się pakować. Lecę w środę.

— Aha.

— No i jeszcze jedno, nie zdążyłam go zaszczepić, podam książeczkę…

— Jak to “nie zdążyłaś”? Od kwietnia?

— No nie zdążyłam. Znów zaczynasz? Myślisz, że tylko ty masz coś do zrobienia?

— Miałem chyba trochę więcej, pamiętasz? Wyprowadzałem się.

— I jeszcze nie zabrałeś wszystkiego, nie zdążyłeś ustalić, co robimy z domem, a ja muszę wiedzieć na czym stoję! Nie chciałam o tym teraz mówić, ale musisz się pozbierać i trzeba się wreszcie rozliczyć. Kluczysz już kilka miesięcy.

Ton jej głosu stawał się nieprzyjemny. Pomyślał, że nie ma sił na taką rozmowę. Miała rację, powinni już dawno zakończyć sprawę podziału majątku. Zostawił wszystko do jej dyspozycji na jakiś czas, ale ten okres pewnie niepotrzebnie się przedłużał. Niczego nie zmieni, niczego nie poprawi.

— Masz rację, jak wrócisz ustalimy ostatecznie.

— W porządku, przemyśl sobie. Jeżeli nie zamierzasz tu wracać, spłacę dom.

— Dobrze, pogadamy po twoim powrocie. Podrzuć psa. Cześć.

— No cześć..

— Zniósł rower z powrotem do piwnicy. Chęć na przejażdżkę minęła, postanowił pogapić się w telewizor i napić piwa. Na klatce minął sąsiada, jak mu się zdawało z wyższego piętra. Spotykali się rano pod drzwiami wyjściowymi z bloku, wymieniając uprzejmości.

— Sąsiad już po eskapadzie — zagadnął — wskazując głową na kask.

— Nie, nie, zmieniłem zdanie.

Wydawało mu się, że mężczyzna mierzy go wzrokiem od stóp do głów. Poczuł się niezręcznie.

— Szkoda, dzień ładny… To może zaproszę do siebie? Na balkon? Przy herbacie z cytryną pogadamy — powiedział wskazując głową na reklamówkę z cytrynami i woda mineralną.

— Dziękuję, może innym razem.

— Cóż, trudno, sąsiedzka rozmowa bywa cenna.

— To może pan do mnie wpadnie, jutro, do pracy, bo widzę, jakiś stan zapalny spojówek, a w domu nie mam recept. No i przy okazji sprawdzimy ostrość wzroku.

Mężczyzna speszył się.

— O! Jest pan lekarzem? Skorzystam chętnie z zaproszenia, bo coś z tymi oczami nie tak, dużo siedzę przy komputerze i rzeczywiście od jakiegoś czasu pieką, ale nie miałem wolnej chwili… Tu u nas pan przyjmuje? Na Polnej?

— Nie, na Różanej, ale to przecież niedaleko.

— Całkiem blisko, dla mnie jeszcze lepiej, pracuję naprzeciwko.

— Po drugiej stronie jest chyba komenda policji…

— No właśnie.

— To do zobaczenia.

Tomek uśmiechnął się i zatrzasnął drzwi. Zmarnowany dzień, kiedyś zaakceptowałby tę sytuację i robił swoje, dziś nie potrafił. Dziwiło go, że tak łatwo się poddał. Na skraju młodości, która wciąż była dla niego oczywista, pozwolił omamić się spokojnemu życiu. Odebrało mu czujność, by nagle zniszczyć wszystko. Kiedy zaczęło się dziać źle? Zastanawiał się nad tym tyle razy i nie znalazł odpowiedzi. Analizował, próbował wrócić pamięcią, by znaleźć ten moment, osaczyć go, wyłowić jak brud zatykający swobodny odpływ wody i płynąć dalej. Ale nie mógł go odszukać. Pobrali się tuż po studiach i powoli, systematycznie zaczęli układać wspólne życie. Wydawało mu się, że byli doskonale dobrani: on wesoły, dość niefrasobliwy, mobilizujący się, gdy potrzeba. Ona ambitna i konsekwentna. Podzielili się rolami, on pracował, ona robiła karierę, ale zawsze byli razem, zawsze blisko. Wiedział, że wielu im zazdrości i był dumny ze stworzonego z Alą związku. I nagle, nagle oczywiście dla niego, prawie dwa lata temu, kiedy wracali z ferii, powiedziała przy kolacji, że muszą się rozstać.

Zastygł z widelcem uniesionym do ust.

— Głupi żart — mruknął — nie dowcipkuj w ten sposób..

— Nie żartuję, musimy to obgadać.

Popatrzył na jej twarz, w oczy — była skupiona i poważna.

— Co ty mówisz? O co ci chodzi? — zapytał wciąż jeszcze będąc pewnym idiotycznego żartu.

Wstała od stołu i podeszła do niego z tą nieruchomą twarzą, w której nie dopatrzył się śladu emocji. Zwykle wyglądała tak, gdy była skupiona na pracy. Pochyliła się nad nim i poczuł się jak uczniak.

— Jestem poważna. To koniec, nie utrudniaj mi, nie utrudniaj sobie i spójrz na nas: już od kilku lat nie istniejemy.

— Co? Co ty wygadujesz? Masz kogoś? — krzyknął i nie zawstydził się swego krzyku, bo przemknęła mu myśl, że tak odpędzi demony.

— Nie — była spokojna — po prostu nie mogę już tak dłużej żyć.

— Jak?

— Tak jak dotąd, nie rozwijamy się jako związek, nudzimy się, zjada mnie rutyna.

— I tylko tyle?

— Jakie tylko? To aż tyle! Nie chcę zmarnować życia, stojąc w miejscu. Wybacz, to zabrzmi pewnie zbyt okrutnie, ale czuję, że mi przeszkadzasz.

Zabolało. Wyszedł na zewnątrz, tak jak stał, w podkoszulku. Długo nie potrafił wrócić do hotelowego pokoju, przegoniło go stamtąd dopiero przenikliwe zimno wieczoru. Rano nie odzywając się do siebie wrócili do domu, albo raczej miejsca, w którym do tej pory żyli razem. Po dwóch dniach wyprowadził się.


****

Rower młodszego chłopca zahamował gwałtownie.

— Tam ktoś siedzi — wskazał głową kierunek.

— E, nie...chyba nie — powiedział niepewnie starszy.

— Ja w każdym razie wracam, tu dzisiaj jest okropnie.

Kałuża po wczorajszym deszczu, którą nieostrożnie przejechał ochlapała mu gołe łydki i spodenki. Nieudolnie próbował zetrzeć dłonią błoto z nóg.

— Żartujesz? Dopiero przejechaliśmy 12 kilometrów — starszy spojrzał na licznik przyczepiony do kierownicy — musimy jeszcze drugie tyle, bo przegramy.

— Ale tam naprawdę ktoś siedzi…

Popatrzyli obydwaj w stronę bocznej alejki porośniętej niskimi krzewami przekwitającego bzu. Na jej końcu, w pobliżu wysokiego drzewa majaczyło coś, co przypominało ludzką sylwetkę. Starszy chłopak wsiadł na rower i rzucając pełne złości: zaczekaj, ruszył przed siebie. Tyłem do niego, oparta o pień drzewa siedziała nieruchoma kobieca postać. Serce zaczęło mu bić mocniej, zsiadł z roweru i nie wypuszczając kierownicy z rąk, podszedł kilka kroków naprzód. Kobieta nie ruszyła się. Chłopak przełknął slinę i powściągając chęć ucieczki z tego miejsca zapytał: — Nie potrzebuje pani pomocy? Ponieważ nie uzyskał odpowiedzi, zrobił kilka kroków do przodu. Teraz wyraźnie widział jej głowę opadłą na piersi, pasma rudych włosów oplatające szyję, zaokrąglone plecy rysujące się pod dżinsową kurtką, krótką zieloną spódniczkę, która ledwie zakrywała uda. Widok poraził go i uskrzydlił. Po chwili był już obok brata krzycząc: dzwoń do taty, dzwoń do taty! Po czym wyszarpnął z kieszeni swój telefon i odwracając się w kierunku opuszczonego miejsca zaczął drżeć.


****

Ala zadzwoniła, że jednak przywiezie psa sama. Nie tłumaczyła, dlaczego zmieniła plany, a on nie pytał. Przyjechał dużo wcześniej i czekał. Zgodnie z jego przewidywaniami pojawiła się punktualnie na parkingu. Zanim wysiadł z samochodu patrzył, jak przechyla się odwracając przez ramię, by zapiąć psu smycz, jak drapie go pieszczotliwie za uchem. Opuścił szybę i kiwnął jej na przywitanie głową. Czekał aż podejdzie.

— Cześć, tu masz kaganiec, zapasową obrożę, książeczkę. Legowiska nie przywoziłam — powiedziała szybko, nie patrząc mu w oczy. Pies łasił się do niego radośnie.

— Nie wiem, kiedy wrócę, może kilka tygodni, może trochę dłużej, ale odbiorę go najszybciej, jak będę mogła. Pamiętaj o szczepieniu i spacerach…

— Wiem — przerwał jej — pamiętam.

— No to dobrze — kucnęła przy zwierzęciu i pogłaskała go po łbie.

— Ala…

— Nie zaczynaj — powiedziała szorstko i szybkim krokiem odeszła do swojego auta. Cieniutka sukienka w kwiaty lekko falowała przy każdym jej kroku. Odwrócił się.

— Chodź Lexus, pobiegamy — powiedział do psa i ruszył w stronę łąki za parkingiem. Nie patrzył, jak odjeżdża.

W drodze powrotnej, tuż przy wjeździe do miasta zatrzymał go korek. Pomyślał, że doszło do jakiegoś wypadku, z daleka migały światła karetki, policja przepuszczała samochody jednym pasem, szło opieszale. Właściwie nigdzie mu się nie spieszyło, ale sapiący mu nad głową Leksus i niedawne spotkanie z byłą żoną, powodowały rozdrażnienie. Do tego dołączył parny wieczór. W pewnym momencie zrównał się z blokującą szosę karetką. Nigdzie nie zauważył samochodów, które mogłyby uczestniczyć w kolizji, żadnych aut na poboczu.

— To nie wypadek, coś innego — mruknął do psa i ręką przesunął psią mordę, która zawisła mu nad uchem.

— Siadaj Leksus, bo dostaniemy mandat.

Pies wysunął język i polizał go po szyi, a potem jakby zrozumiał polecenie i wyciągnął się na tylnym siedzeniu. Policja sprawnie kierowała ruchem, więc szło dość szybko. Podjechał kilka metrów bliżej, wydawało mu się, że dostrzega sylwetkę sąsiada ubranego w mundur. Stał tyłem odwrócony do jadących gęsiego aut, wpatrzony w przestrzeń rozciągającą się tuż za szosą, po chwili podszedł do niego inny policjant, w ręku trzymał mały złoty plecak. Wymienili kilka zdań. Policjant uniósł dłoń w rękawiczce do góry, podnosząc plecak na wysokość oczu. Tomek zapatrzył się na ten obrazek. Z zamyślenia wyrwał go krótki klakson: auta przed nim ruszyły, te za nim chciały dostać się do miasta. Szybko odwrócił głowę od sceny po prawej stronie i zastanowił się, dlaczego tak go zaintrygowała.


****

Obraz złotego plecaka nie dawał mu spokoju w następnych dniach. Wiedział, że gdzieś widział podobny, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie. Na pewno takiego nie nosiła Ala, byłby dla niej zbyt tandetny, niepotrzebnie rzucał się w oczy. W garderobie byłej żony stały tylko klasyczne, markowe torebki w stonowanych barwach. Żadnej ekstrawagancji! Więc skąd pewność, że widział już ten złoty kolor? Próbował sobie przypomnieć, jakie torebki nosiły znajome kobiety. Szybko zorientował się, że jednak nie ma o tym pojęcia. Kto mógł mieć coś podobnego, gdzie widział taki plecak? Może na jakiejś sklepowej wystawie, może u którejś z pacjentek? Wieczorem przejrzał w Internecie lokalne wiadomości. Co to był za wypadek? Na internetowej stronie wydarzeń z N. nie odnalazł żadnej informacji. Rozczarowany zamknął laptopa i wyszedł na wieczorny spacer z psem, który zdawał się być osowiały.

— Przyzwyczaisz się — mruknął do psa — jak ja. Po jakimś czasie boli nieco mniej.

Leksus podniósł głowę i popatrzył w oczy Tomka.

— Tak, masz rację piesku, mnie jakoś trudno o niej zapomnieć.


****

Z powodu porannego spaceru z psem Tomek wpadł do pracy w ostatniej chwili. Kątem oka zobaczył, jak pielęgniarki spojrzały po sobie porozumiewawczo. Wasze niedoczekanie — pomyślał — pierwszy i ostatni raz. Uśmiechnął się szeroko.

— Dzień dobry, poproszę o karty, zaczynamy za dwie minuty.

W gabinecie otworzył na oścież okno, wyjął termos z kawą, który towarzyszył mu długie lata na oddziale i pomyślał, że teraz mając go przy sobie, musi się tu jakoś odnaleźć i poczuć, że jest mu dobrze, tak po prostu. Spojrzał na stos równo ułożonych kart i sam wyszedł na korytarz po pierwszego pacjenta.

Około trzynastej pielęgniarka przyniosła jeszcze dwie karty.

— Przyjmie pan, doktorze? — zapytała dokładając je do tych już leżących i zanim zdążył odpowiedzieć, powiedziała tajemniczo:

— Słyszał pan o tej dziewczynie?

— Jakiej?

— No tej, co ją znaleźli wczoraj za parkiem pod N., właściwie tuż za tabliczką, tam gdzie są stawy, wie pan gdzie? Młodzież się tam czasem włóczy…

Kiwnął potakująco głową.

— Nie wiadomo kto to — powiedziała przeciągając sylaby dwóch ostatnich słów i pochylając się nad nim z tajemniczą miną. Poczuł zapach jej słodkich perfum i gwałtownie cofnął głowę, taki zapach powodował w nim mdłości.

— Jakieś dzieciaki ją znalazły, jeździły tam rowerami, no i takie przeżycie. Wyobraża sobie pan?

Była wyraźnie zadowolona, że przekazała nowinę, patrzyła mu w oczy, nie pozwalając, by odwrócił wzrok. Zrozumiał, że teraz jego kolej, że teraz on musi coś powiedzieć.

— Wracałem wczoraj przed wieczorem do miasta. Korek był kilkaset metrów przed rogatką. Karetka, wóz policyjny. Widziałem jakieś wzmożone działania, ale nie miałem pojęcia, co się stało — opowiedział, by dać jej satysfakcję

— No właśnie to — rzekła triumfalnie — ciekawe kim jest ta dziewczyna? Ale już nie przeszkadzam, wołać następnego?

— Tak, tak i proszę mi powiedzieć, gdyby pani wiedziała coś nowego.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Oczywiście, panie doktorze.

Kolejnym pacjentem była kobieta, młoda, ładna, miała przez ramię przewieszoną błyszczącą złotą torebkę. Gdzie ja widziałem ten plecak — pomyślał Tomek i spojrzał w zapuchnięte powieki dziewczyny.


****

Po powrocie do domu Tomek znów sprawdził w Internecie wiadomości z N. Były skąpe. Informowano, że znaleziono martwą kobietę użądloną przez pszczoły, spekulowano, że prawdopodobnie wystąpił u niej wstrząs anafilaktyczny. Podano też, że nie miała przy sobie dokumentów, telefonu i jej tożsamość jeszcze nie jest znana policji. Nie znalazł ani słowa o złotym plecaku. Większość uwagi lokalne media poświęciły uroczystościom związanym z obchodami rocznicy lokowania miasta. Co to mnie odchodzi? — pomyślał i zaczął szukać gabinetów weterynaryjnych. Dwa były stosunkowo blisko, sprawdził opinie, dobre. Zadzwonił do tego firmowanego męskim nazwiskiem, ale przez dłuższą chwilę nikt nie odbierał telefonu. Wybrał kolejny numer. Odebrano natychmiast i zbyt dziewczęcy głos poinformował go, że może przyjść za pół godziny. Zdecydował się, choć Ala twierdziła, że bardziej ufa weterynarzom mężczyznom.


****

Komendant zawsze był podejrzliwy i uwielbiał obserwować, dlatego też, choć czuł się nieco głupio, miał na oku swojego nowego sąsiada. Akurat tego dnia, kiedy ten taszczył z parkingu dwie walizki, Jerzy był w domu, bo rozłożyły go korzonki. Próbował się jakoś rozruszać i łaził z kąta w kąt, najczęściej gapiąc się w okno. Ciekawe dokąd idzie? — pomyślał. Człowiek na podjeździe rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzając, czy jest w dobrym miejscu, a potem pewnym krokiem skierował się w stronę jego bloku. Komendant nie widział rejestracji, czyli w jego ocenie, zabrakło mu istotnej informacji. Którą klatkę wybierze? — zastanowił się, ale już po chwili usłyszał, jak ktoś wnosi jakiś ciężar po schodach. A więc moja — pomyślał z zadowoleniem i przypomniał sobie, że na drugim piętrze, tuż pod nim stoi puste mieszkanie. Właściciele wybudowali na skraju N. dom, nawet był z innym sąsiadami zaproszony na parapetówkę. A więc sprzedali, a może tylko wynajmują, ciekawe komu? No i na jak długo? Wydawało mu się, że w szybie zaparkowanego samochodu odbijają się jeszcze jakieś paczki. Na chwilę zapomniał o bólu i szybszym krokiem odszedł od okna. O tej porze akustyka na klatce pozwalała słyszeć większość otwieranych i zamykanych drzwi mieszkań. Tym razem najpierw usłyszał szczęk klucza, potem nastąpiła krótka przerwa, a po chwili kolejne lekkie trzaśnięcie drzwiami i ktoś prawie zbiegł ze schodów. Szczęściarz — pomyślał komendant podchodząc znów do okna. Tym razem zrobił to już wolniej, bo w lędźwiach uczuł promieniujący ból.

— Młodość, nic mu nie dolega, zlatuje jak szczeniak, który dla dowcipu zadzwonił do czyichś drzwi. Pewnie teraz po resztę rzeczy — zamruczał pod nosem, ciężko wspierając się o parapet. Po chwili pokręcił z niedowierzaniem głową, bo mężczyzna nawet nie popatrzył na auto, tylko od razu skręcił w stronę miasta.

— No wiem, wiem — powiedział do siebie półgłosem — jestem wścibski, ale akurat w moim zawodzie to się przydaje.


****

Kilka dni później komendant zaczepił nowego sąsiada, gdy tamten wnosił rower do piwnicy. Chciał pogadać, ale wyszło jakoś niezręcznie i wtedy okazało się, że mężczyzna jest lekarzem. Umówili się nawet na wizytę w przychodni. Mimo wszystko komendant był zadowolony, zagadka wynajmu mieszkania powoli się rozwiązywała. Po jakimś czasie nowy sąsiad wyszedł na spacer z psem. Komendant nie lubił takich dużych psów, zresztą małych także. Przez kilka lat wiódł o to spór z żoną i dziećmi, jakoś się udało i oprócz chomika i rybek nigdy w jego domu nie było większych zwierząt.

— Miejsce fauny jest na wsi, no może gdybyśmy mieli dom, uległbym tym waszym fanaberiom — mówił, gdy dzieci próbowały go zmusić do zmiany zdania.

Teraz, gdy wyprowadziły się z domu, mają te psy. Starszy syn, który wyjechał z N. ma jeszcze kota, można po prostu zwariować w tej menażerii- myślał komendant i czuł się zadowolony, bo w jego klatce nie było dotąd żadnego psa. Aż tu nagle zobaczył nowego sąsiada ze zwierzęciem o wielkości znacznie przekraczającej jego wyobrażenia o domowych pupilach..

— Nie wiedziałem, że ma pan psa — powiedział, gdy mijali się pod blokiem.

— Od wielu lat — Tomasz uśmiechnął — ale na stałe mieszka z żoną.

— Z żoną? — komendant poczuł bezsens swojego pytania, nim do końca je wypowiedział.

— No tak, psa nie dało się podzielić — zaśmiał się Tomasz. — Widzę, że z oczami wciąż kłopot.

— A tak, jeżeli mogę, zajrzę do pana jutro… Przez te uroczystości miałem i wciąż mam urwanie głowy, wszystko trzeba było zabezpieczyć, kontrolować, wie pan jak to jest…

— Zapraszam, po trzynastej, mam wtedy trochę luzu.

— Pacjenci wracają na obiad? — zażartował komendant.

— Być może. Proszę wybaczyć Leksus domaga się spaceru — Tomek spojrzał wymownie na psa niecierpliwie kręcącego się przy jego nodze.


Komendant usunął się z drogi, a potem pomyślał, że wiedza o ludziach przynosi mu satysfakcję. Rozwiedziony — pomyślał — czyli niedługo przy tak przystojnym facecie — bo komendantowi wydawało się, że lekarz był przystojny — pojawią się kobiety. Znał się na tym zawodowo i wiedział, że często oznacza to problemy. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał za biegnącym truchtem w stronę parku doktorem. Ogromny ten pies — pomyślał z niechęcią i jednocześnie podziwem.


****

— No to mamy nowego sąsiada i jego psa — powiedziała lekko kpiącym tonem Ewa rozsiadając się w fotelu. Wróciła właśnie z pracy i zastanawiała się, kiedy znajdzie siłę na przygotowanie jakiegoś obiadu.

— Wiem, wiem — komendant popatrzył na jej nieco spuchnięte stopy — za dużo stoisz.

— Siedzieć się niestety nie da, a dziś ruch, jak w sezonie grypowym. Wielki ten pies.

— Całe szczęście, że należy także do jego żony, a nasz sąsiad jest rozwiedziony, więc pies zabawi tu niedługo.

— Jerzy, czy ja cię kiedyś zaskoczę jakąś wiadomością? — Ewa pochyliła się w stronę męża i pocałowała go w policzek.

— Będę się starał, żeby ci się to nigdy nie udało.

— A zauważyłeś, że przystojniak z tego naszego sąsiada? Może tego nie spostrzegłeś?

— No, chyba tak. Właściwie — chyba — jest nieodpowiednie. Na pewno przystojniak z niego i wróżę, że tego faktu nie da się ukryć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.4