E-book
13.65
drukowana A5
32.19
Kiedyś, może nigdy

Bezpłatny fragment - Kiedyś, może nigdy


5
Objętość:
213 str.
ISBN:
978-83-8245-023-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.19

Część pierwsza

Szare volvo wlokło się już trzecią godzinę po drodze krajowej numer 42. Niby można było przyspieszyć, ale po pierwsze Tomkowi nie spieszyło się wcale, a po drugie nigdy nie przekraczał prędkości. Nigdy — to może za dużo powiedziane, ale od wielu lat nie zapłacił żadnego mandatu. Jechał więc rozglądając się na boki, jakby ciekawiły go mijane krajobrazy, a naprawdę nie interesowało go nic. Przez ostatnie dwa lata właściwie rozmyślał tylko o tym, co ze sobą zrobił, dokąd doszedł, gdzie, ile razy popełnił błąd i dlaczego musi zaczynać od początku. Bo to, że musi, było oczywiste, jak i to, że od początku właściwie już niczego nie zacznie, bo przekroczył czterdziestkę, a w tym wieku, jak uważał, niewiele można rozpocząć. Ponure rozmyślania przerwał sms od matki, spojrzał na ekran telefonu i postanowił zlekceważyć drugie podczas ostatniej godziny pytanie: Dojechałeś? Dopytywała, jakby był dzieckiem. Trochę sam w tym wszystkim zawinił, bo kiedy wyprowadził się od Ali i wynajął mieszkanie, bywała w nim prawie codziennie, a on rozbity najpierw roczną separacją, a potem rozwodem, pozwalał jej na to. Wytrzymał jeszcze rok, chodził tymi samymi ulicami, robił zakupy w tym samym markecie, w którym kupowała ona, a nawet pływał w tym samym basenie, i dopiero po kolejnych beznadziejnych miesiącach postanowił wyjechać z miasta, w którym każdy kąt przypominał mu wspólne życie. Nie było to łatwe, początkowo wręcz niemożliwe, zobowiązania formalne i nieformalne stwarzały bariery, które z trudem pokonywał. Potem postawił na jedna kartę: unikał tych, którzy zatrzymywali go, nachodził tych, którzy mogli mu pomóc. Naciskał znajomych bliższych i dalszych, rozpytywał, czy może wiedzą coś o jakimś wakacie, gdzieś daleko od miejsca, które chciał opuścić. Stał się namolny, więc dla świętego spokoju poradzono mu N. Niech będzie i N. prowincjonalna dziura, tam gdzie diabeł mówi dobranoc — pomyślał — gdziekolwiek, byle dalej od niej, od tęsknoty i gniewu.

— Powinieneś to przepracować — powiedziała mu z uśmiechem przed rozprawą rozwodową.

— Niech pan nie szuka winy w całym świecie i traktuje to jako doświadczenie, jeszcze jedno doświadczenie życia — radził mu jej adwokat, bawiąc się w psychologa.

Po co ona go brała — pomyślał rozdrażniony — przecież wiedziała, że zgodzę się na wszystko. Adwokat jakby go usłyszał, zatrzymał się na chwilę przed obrotowymi drzwiami sądu.

— Cieszę się, że nie było problemów. Pani Alicja miała trochę obaw.

Nie chciał rad, ani dobrych, ani mądrych, ani żadnych. Chciał zapomnieć. Zwyczajnie zapomnieć. I nie mógł. Dlatego N. powinno mu się jawić, jako spełnienie marzeń. Jednak nie umiał tak o nim myśleć, traktował je jako dobrowolne wygnanie. Jedynie matka była zadowolona.

— Chciałeś, to masz — powiedziała, gdy oznajmił jej, że się wyprowadza.

— Byłeś przecież tam kiedyś, na jakichś wakacjach u siostry ojca. W klasie maturalnej?

— Nie, po pierwszym roku. I to na obozie studenckim. U nich tylko na obiedzie i musiało być nudno, bo zupełnie o tym zapomniałem.

— Ale jak już będziesz, to powinieneś pójść na cmentarz, nie mieli dzieci, pewnie grób zaniedbany.

Obiecał, że to zrobi. Dlaczego, gdy już przyjedzie do nudnego, małego N., miałby nie odszukać grobu wujostwa? Rano, tego ostatniego dnia starego życia, wrzucił na tylne siedzenie samochodu dwie duże torby, dwie kolejne władował do bagażnika i z tym dwudziestokilkuletnim dorobkiem wyruszył w nieznane. Co za różnica, gdzie będzie beznadziejnie — pomyślał. Jakby wbrew sobie, wyjeżdżając z miasta, zawrócił na starą ulicę i zobaczył ją z daleka, szła z ich wspólnym psem na spacer. No tak, mógł się tego spodziewać. Widok jej szczupłej sylwetki w czarnych obcisłych dżinsach towarzyszył mu przez czterysta kilometrów podróży.


Nawigacja pokazywała jeszcze niecałą godzinę jazdy, gdy na poboczu szosy zobaczył wymachującą ręką dziewczynę. Może minąłby ją, gdyby nie było mu tak beznadziejnie lub gdyby obok siedziała Ala, i jak zwykle przywoływała go do porządku, mówiąc: nie wiadomo kto to, mogła się zastanowić, zanim ruszyła w drogę itp. Może wtedy pojechałby dalej. Jednak tego dnia, tak jak od wielu miesięcy, na siedzeniu obok nie było nikogo i mógł się zatrzymać. Zrobił to właściwie w ostatniej chwili, dość gwałtownie, więc dziewczyna odskoczyła nieco przestraszona. Opuścił szybę i zapytał obcesowo:

— Dokąd?

Nie speszyła się.

— Pan może do N.?

— Tak, wsiada pani?

— No pewnie — odpowiedziała uśmiechając się.

— Proszę zapiąć pasy.

— Już się robi.

Usiadła wygodnie, wyciągając przed siebie szczupłe nogi w krótkich spodenkach.

— Ciepło — westchnęła — dobrze, że ma pan klimatyzację.

— Nie boi się pani tak stopem?

— Dziś pierwszy raz — powiedziała rozbrajająco szczerze.

— Kolega mnie tu podwiózł, skręcał na Warszawę, ale nie czekałam długo. Podjechał pan w dziesięć minut. Z N. wrócę już normalnie, pociągiem.

— Czyli nie jest pani z N.?

— Nie, ja… jadę tam kogoś odwiedzić.

Spojrzał wymownie na jej mały złoty plecaczek, który trzymała na kolanach.

— Tak bez bagażu w te odwiedziny? — raczej stwierdził niż zapytał.

— No tak, bo to niespodzianka i nie mogę z różnych powodów zostać dłużej. Chociaż w N. jest pięknie o tej porze roku — rozmarzyła się.

— Nie mam pojęcia jak jest w N. — mruknął niepotrzebnie, bo to sprowokowało dziewczynę do pytania.

— To pan tam też na krótko?

— Nie, na długo — odburknął.

Chwilę jechali w milczeniu. Tomek rozglądał się po okolicy, słoneczny początek maja spowodował, że krajobraz tonął w zieleni. Kątem oka spojrzał na pasażerkę, miała niewiele więcej niż dwadzieścia lat, grzywka farbowanych na rudo włosów sięgała poza linię brwi. Włosy prawie zatrzymywały się na rzęsach, co zawsze drażniło go u pacjentów. Uśmiechała się lekko ni to do niego ni to do siebie i nerwowo skubała pasek plecaka. Usłyszał cichą melodyjkę komórki. Gwałtownie pociągnęła za suwak zakończony metalowym misiem i wyjęła telefon, ale nie odebrała połączenia, nie spojrzała nawet na ekran. Pomyślał, że zna to misiowe logo, ale nie umiał sobie przypomnieć nazwy.

— Proszę porozmawiać, nie przeszkadza mi — powiedział.

— Nie, to ma być niespodzianka.

— Wie pani kto dzwoni?

— Tak.

— Aha, rozumiem.

Popatrzyła na niego uważniej.

— A pan? Lubi pan niespodzianki?

— Niespecjalnie.

Znów zapanowało milczenie. Pomyślał, że jego odpowiedź sprawiła jej zawód, bo odwróciła twarz w prawą stronę. Wjeżdżali do N.

— Proszę mnie tu wysadzić — powiedziała nagle, zanim zdążył spytać, gdzie chciałaby wysiąść.

— Tu? To chyba dobre kilka minut od centrum — spojrzał na nawigację.

— Tak, będzie dobrze, dziękuję za podwiezienie. Uśmiechnęła się, odgarniając z oczu pomarańczowe włosy. Odwzajemnił uśmiech.

Gdy wysiadła, w lusterku zobaczył, jak wyjmuje komórkę i zagryzając dolną wargę czeka na połączenie. Ruszył przed siebie, naiwnie sądząc, że więcej już jej nie spotka. Nie przypuszczał też, że wkrótce myśl o niej zdominuje jego życie.


****

Miasto powitało go pełnym słońcem. Jechał wolno rozglądając się na boki. Nie, nie poznawał N., było na pewno inne niż przed dwudziestu kilku laty. Właściwie wszystkie wspomnienia z tamtego czasu się zatarły. Wrócił do domu opalony, wypoczęty, z głową w chmurach, jak to zawsze on, niefrasobliwy i radosny. Poznał wówczas jakichś ludzi, ale kontakt z nimi szybko się urwał i dziś już nawet nie wiedział, czy byli to miejscowi, czy też inni uczestnicy wakacyjnego obozu. Gdyby nie nawigacja nie trafiłby na Polną, gdzie przez Internet wynajął mieszkanie. Nie wiedział, ile czasu spędzi w mieście, czy lata, czy miesiące, dlatego nie martwił się, jak będzie wyglądało, zależało mu tylko na miejscu parkingowym. Kierując się głosem lektora skręcił w prawo, przejechał ostatnie trzysta metrów i stanął pod blokiem numer 5, we właściwym miejscu.

Mieszkanie było zupełnie nijakie. Ani ładne ani brzydkie, przeciętne, miał wrażenie, że zapomni jak wygląda, gdy tylko je opuści. W przedpokoju postawił część przywiezionych przez siebie rzeczy. Bez rozpakowywania wrzucił dwie torby do szafy, resztę postanowił przynieść z auta później i poszedł do miasta. W telefonie sprawdził polecane przez trip advisor restauracje i szybko ruszył przed siebie. Knajpka, do której zmierzał, była o kilka przecznic dalej niż jego nowe mieszkanie. Szedł teraz główną ulicą, która prezentowała się całkiem nieźle. Widać było dobrze wydane pieniądze z Unii Europejskiej. Porządna kostka, oświetlenie, odnowione fasady budynków, zadbana zieleń przyciągały oko. Wystawy sklepów kusiły produktami znanych marek. Zdziwił go ruch panujący w centrum. Miasto żyło festynem, który miał, co wynikało z rozwieszonych banerów, rozpocząć się za trzy tygodnie i trwać przez cały weekend. Wszędzie wisiały wielkie afisze, kolorowe bilbordy i plakaty zapraszające na obchody 250 rocznicy nadania N. praw miejskich. Szedł równym krokiem, próbując nie zwracać uwagi na hałaśliwą radość miasta. Śmieszyły go witryny sklepów przystrojone lokalnym herbem. Jacyś ludzie hałaśliwie dyskutowali, gdzie za te kilkanaście dni najlepiej będzie rozłożyć scenę, bardziej w lewą czy prawą stronę. Grupa młodzieży rozstawiała sztalugi, na których, jak się domyślał, miały zawisnąć fotografie N. zmieniającego się na przestrzeni lat. Wokół rynku uwijali się ogrodnicy sadząc nowe kwiaty na gazonach i kosząc trawniki. Te przejawy energii złościły go. On jej nie miał. To, co wydarzyło się w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy, odebrało mu chęć do jakiegokolwiek działania. Pędząca na hulajnodze kilkuletnia dziewczynka zmusiła go do nagłego uskoku. Młodziutka kobieta, która biegła za nią krzyknęła — przepraszam — i popędziła za uciekinierką. Może, gdyby mieli z Alą dzieci, istniałby mimo wszystko jakiś cel. Może wtedy, ze względu na nie, musieliby ze sobą rozmawiać, coś wspólnie ustalać, a może wcale by się nie rozstali. Im dłużej o tym myślał, tym mocniej czuł, że tworzy fikcję. Jakie dzieci? Żadne z nich nie chciało dzieci. Właściwie o tym nie mówili, oprócz jednej jedynej rozmowy na początku związku. Siedzieli wtedy trzymając się z ręce na korytarzu uczelni, czekając na rozpoczęcie wykładu.

— Musimy coś ustalić — powiedziała.

— Co? — spytał, myśląc tylko o tym, czy tego wieczoru też zaprosi go do siebie.

— Żadnych dzieci, nigdy.

Kiwnął potakująco głową, wtedy przyrzekłby jej wszystko. Nie wrócili już do tamtej rozmowy.


Po roku znajomości przedstawił Alę rodzicom.

— Nie żeń się z nią — powiedział mu ojciec, nie jest dla ciebie. Nie sprostasz.

Wtedy te słowa uraziły go głęboko, tak bardzo głęboko, że przez długi czas nie odzywał się do ojca.

Odnalazł wciśnięty między dwie stylowe kamieniczki lokalik. Zamówił obiad i poprzez szyby zaczął znów przypatrywać się miastu.


Pierwszy tydzień, który minął mu w N. zlał się w jeden dzień. Rozpakował do końca walizki, wrzucił byle jak rzeczy do szuflad i szaf, zameldował się w ośrodku zdrowia, gdzie przyjęto go dość serdecznie i rozpoczął pracę. Przychodnia była niewielka, a koledzy wydawali się sympatyczni. Przeciągał godziny przyjmowania pacjentów, bo nie bardzo wiedział, co ma robić z popołudniami. Kilka razy z trudem opanował chęć zadzwonienia do Alicji, ale któregoś wieczoru zatelefonował. Nie odebrała i nie oddzwoniła. W słoneczną sobotę kupił rower i postanowił zwiedzać okolicę. Pierwszego dnia przejechał czterdzieści kilometrów. Na kolejny weekend zaplanował nieco dłuższa trasę. Już wsiadał na rower, kiedy zadzwoniła Ala. Przez chwilę bezmyślnie gapił się na jej imię wyświetlone na ekranie telefonu, potem pojawiła się ciekawość pomieszana z niepokojem, w jakim celu dzwoni.

— Cześć, długo nie odbierałeś, mam sprawę.

— Cześć, nie słyszałem, jaką? — skupił się, by jego głos brzmiał obojętnie. Przez głowę przemknęła mu myśl, czy ona ma ten sam problem.

— Wyjeżdżam na trochę, cztery, pięć tygodni. Zależy, jak się rozwiną badania. Musisz wziąć Leksusa. To także twój pies — jej pouczający ton niemile zabrzmiał mu w uszach.

— Wiem, także mój, dobrze — odpowiedział, zastanawiając się, jak zamknie sześćdziesięcio kilowego psa w małym mieszkaniu.

— Co proponujesz?

— Pół drogi? W przyszły poniedziałek po południu? Napiszę sms, o której.

— Zgoda, sama przyjedziesz? — przełknął nerwowo ślinę.

— Nieee, poproszę Maćka, muszę się pakować. Lecę w środę.

— Aha.

— No i jeszcze jedno, nie zdążyłam go zaszczepić, podam książeczkę…

— Jak to “nie zdążyłaś”? Od kwietnia?

— No nie zdążyłam. Znów zaczynasz? Myślisz, że tylko ty masz coś do zrobienia?

— Miałem chyba trochę więcej, pamiętasz? Wyprowadzałem się.

— I jeszcze nie zabrałeś wszystkiego, nie zdążyłeś ustalić, co robimy z domem, a ja muszę wiedzieć na czym stoję! Nie chciałam o tym teraz mówić, ale musisz się pozbierać i trzeba się wreszcie rozliczyć. Kluczysz już kilka miesięcy.

Ton jej głosu stawał się nieprzyjemny. Pomyślał, że nie ma sił na taką rozmowę. Miała rację, powinni już dawno zakończyć sprawę podziału majątku. Zostawił wszystko do jej dyspozycji na jakiś czas, ale ten okres pewnie niepotrzebnie się przedłużał. Niczego nie zmieni, niczego nie poprawi.

— Masz rację, jak wrócisz ustalimy ostatecznie.

— W porządku, przemyśl sobie. Jeżeli nie zamierzasz tu wracać, spłacę dom.

— Dobrze, pogadamy po twoim powrocie. Podrzuć psa. Cześć.

— No cześć..

— Zniósł rower z powrotem do piwnicy. Chęć na przejażdżkę minęła, postanowił pogapić się w telewizor i napić piwa. Na klatce minął sąsiada, jak mu się zdawało z wyższego piętra. Spotykali się rano pod drzwiami wyjściowymi z bloku, wymieniając uprzejmości.

— Sąsiad już po eskapadzie — zagadnął — wskazując głową na kask.

— Nie, nie, zmieniłem zdanie.

Wydawało mu się, że mężczyzna mierzy go wzrokiem od stóp do głów. Poczuł się niezręcznie.

— Szkoda, dzień ładny… To może zaproszę do siebie? Na balkon? Przy herbacie z cytryną pogadamy — powiedział wskazując głową na reklamówkę z cytrynami i woda mineralną.

— Dziękuję, może innym razem.

— Cóż, trudno, sąsiedzka rozmowa bywa cenna.

— To może pan do mnie wpadnie, jutro, do pracy, bo widzę, jakiś stan zapalny spojówek, a w domu nie mam recept. No i przy okazji sprawdzimy ostrość wzroku.

Mężczyzna speszył się.

— O! Jest pan lekarzem? Skorzystam chętnie z zaproszenia, bo coś z tymi oczami nie tak, dużo siedzę przy komputerze i rzeczywiście od jakiegoś czasu pieką, ale nie miałem wolnej chwili… Tu u nas pan przyjmuje? Na Polnej?

— Nie, na Różanej, ale to przecież niedaleko.

— Całkiem blisko, dla mnie jeszcze lepiej, pracuję naprzeciwko.

— Po drugiej stronie jest chyba komenda policji…

— No właśnie.

— To do zobaczenia.

Tomek uśmiechnął się i zatrzasnął drzwi. Zmarnowany dzień, kiedyś zaakceptowałby tę sytuację i robił swoje, dziś nie potrafił. Dziwiło go, że tak łatwo się poddał. Na skraju młodości, która wciąż była dla niego oczywista, pozwolił omamić się spokojnemu życiu. Odebrało mu czujność, by nagle zniszczyć wszystko. Kiedy zaczęło się dziać źle? Zastanawiał się nad tym tyle razy i nie znalazł odpowiedzi. Analizował, próbował wrócić pamięcią, by znaleźć ten moment, osaczyć go, wyłowić jak brud zatykający swobodny odpływ wody i płynąć dalej. Ale nie mógł go odszukać. Pobrali się tuż po studiach i powoli, systematycznie zaczęli układać wspólne życie. Wydawało mu się, że byli doskonale dobrani: on wesoły, dość niefrasobliwy, mobilizujący się, gdy potrzeba. Ona ambitna i konsekwentna. Podzielili się rolami, on pracował, ona robiła karierę, ale zawsze byli razem, zawsze blisko. Wiedział, że wielu im zazdrości i był dumny ze stworzonego z Alą związku. I nagle, nagle oczywiście dla niego, prawie dwa lata temu, kiedy wracali z ferii, powiedziała przy kolacji, że muszą się rozstać.

Zastygł z widelcem uniesionym do ust.

— Głupi żart — mruknął — nie dowcipkuj w ten sposób..

— Nie żartuję, musimy to obgadać.

Popatrzył na jej twarz, w oczy — była skupiona i poważna.

— Co ty mówisz? O co ci chodzi? — zapytał wciąż jeszcze będąc pewnym idiotycznego żartu.

Wstała od stołu i podeszła do niego z tą nieruchomą twarzą, w której nie dopatrzył się śladu emocji. Zwykle wyglądała tak, gdy była skupiona na pracy. Pochyliła się nad nim i poczuł się jak uczniak.

— Jestem poważna. To koniec, nie utrudniaj mi, nie utrudniaj sobie i spójrz na nas: już od kilku lat nie istniejemy.

— Co? Co ty wygadujesz? Masz kogoś? — krzyknął i nie zawstydził się swego krzyku, bo przemknęła mu myśl, że tak odpędzi demony.

— Nie — była spokojna — po prostu nie mogę już tak dłużej żyć.

— Jak?

— Tak jak dotąd, nie rozwijamy się jako związek, nudzimy się, zjada mnie rutyna.

— I tylko tyle?

— Jakie tylko? To aż tyle! Nie chcę zmarnować życia, stojąc w miejscu. Wybacz, to zabrzmi pewnie zbyt okrutnie, ale czuję, że mi przeszkadzasz.

Zabolało. Wyszedł na zewnątrz, tak jak stał, w podkoszulku. Długo nie potrafił wrócić do hotelowego pokoju, przegoniło go stamtąd dopiero przenikliwe zimno wieczoru. Rano nie odzywając się do siebie wrócili do domu, albo raczej miejsca, w którym do tej pory żyli razem. Po dwóch dniach wyprowadził się.


****

Rower młodszego chłopca zahamował gwałtownie.

— Tam ktoś siedzi — wskazał głową kierunek.

— E, nie...chyba nie — powiedział niepewnie starszy.

— Ja w każdym razie wracam, tu dzisiaj jest okropnie.

Kałuża po wczorajszym deszczu, którą nieostrożnie przejechał ochlapała mu gołe łydki i spodenki. Nieudolnie próbował zetrzeć dłonią błoto z nóg.

— Żartujesz? Dopiero przejechaliśmy 12 kilometrów — starszy spojrzał na licznik przyczepiony do kierownicy — musimy jeszcze drugie tyle, bo przegramy.

— Ale tam naprawdę ktoś siedzi…

Popatrzyli obydwaj w stronę bocznej alejki porośniętej niskimi krzewami przekwitającego bzu. Na jej końcu, w pobliżu wysokiego drzewa majaczyło coś, co przypominało ludzką sylwetkę. Starszy chłopak wsiadł na rower i rzucając pełne złości: zaczekaj, ruszył przed siebie. Tyłem do niego, oparta o pień drzewa siedziała nieruchoma kobieca postać. Serce zaczęło mu bić mocniej, zsiadł z roweru i nie wypuszczając kierownicy z rąk, podszedł kilka kroków naprzód. Kobieta nie ruszyła się. Chłopak przełknął slinę i powściągając chęć ucieczki z tego miejsca zapytał: — Nie potrzebuje pani pomocy? Ponieważ nie uzyskał odpowiedzi, zrobił kilka kroków do przodu. Teraz wyraźnie widział jej głowę opadłą na piersi, pasma rudych włosów oplatające szyję, zaokrąglone plecy rysujące się pod dżinsową kurtką, krótką zieloną spódniczkę, która ledwie zakrywała uda. Widok poraził go i uskrzydlił. Po chwili był już obok brata krzycząc: dzwoń do taty, dzwoń do taty! Po czym wyszarpnął z kieszeni swój telefon i odwracając się w kierunku opuszczonego miejsca zaczął drżeć.


****

Ala zadzwoniła, że jednak przywiezie psa sama. Nie tłumaczyła, dlaczego zmieniła plany, a on nie pytał. Przyjechał dużo wcześniej i czekał. Zgodnie z jego przewidywaniami pojawiła się punktualnie na parkingu. Zanim wysiadł z samochodu patrzył, jak przechyla się odwracając przez ramię, by zapiąć psu smycz, jak drapie go pieszczotliwie za uchem. Opuścił szybę i kiwnął jej na przywitanie głową. Czekał aż podejdzie.

— Cześć, tu masz kaganiec, zapasową obrożę, książeczkę. Legowiska nie przywoziłam — powiedziała szybko, nie patrząc mu w oczy. Pies łasił się do niego radośnie.

— Nie wiem, kiedy wrócę, może kilka tygodni, może trochę dłużej, ale odbiorę go najszybciej, jak będę mogła. Pamiętaj o szczepieniu i spacerach…

— Wiem — przerwał jej — pamiętam.

— No to dobrze — kucnęła przy zwierzęciu i pogłaskała go po łbie.

— Ala…

— Nie zaczynaj — powiedziała szorstko i szybkim krokiem odeszła do swojego auta. Cieniutka sukienka w kwiaty lekko falowała przy każdym jej kroku. Odwrócił się.

— Chodź Lexus, pobiegamy — powiedział do psa i ruszył w stronę łąki za parkingiem. Nie patrzył, jak odjeżdża.

W drodze powrotnej, tuż przy wjeździe do miasta zatrzymał go korek. Pomyślał, że doszło do jakiegoś wypadku, z daleka migały światła karetki, policja przepuszczała samochody jednym pasem, szło opieszale. Właściwie nigdzie mu się nie spieszyło, ale sapiący mu nad głową Leksus i niedawne spotkanie z byłą żoną, powodowały rozdrażnienie. Do tego dołączył parny wieczór. W pewnym momencie zrównał się z blokującą szosę karetką. Nigdzie nie zauważył samochodów, które mogłyby uczestniczyć w kolizji, żadnych aut na poboczu.

— To nie wypadek, coś innego — mruknął do psa i ręką przesunął psią mordę, która zawisła mu nad uchem.

— Siadaj Leksus, bo dostaniemy mandat.

Pies wysunął język i polizał go po szyi, a potem jakby zrozumiał polecenie i wyciągnął się na tylnym siedzeniu. Policja sprawnie kierowała ruchem, więc szło dość szybko. Podjechał kilka metrów bliżej, wydawało mu się, że dostrzega sylwetkę sąsiada ubranego w mundur. Stał tyłem odwrócony do jadących gęsiego aut, wpatrzony w przestrzeń rozciągającą się tuż za szosą, po chwili podszedł do niego inny policjant, w ręku trzymał mały złoty plecak. Wymienili kilka zdań. Policjant uniósł dłoń w rękawiczce do góry, podnosząc plecak na wysokość oczu. Tomek zapatrzył się na ten obrazek. Z zamyślenia wyrwał go krótki klakson: auta przed nim ruszyły, te za nim chciały dostać się do miasta. Szybko odwrócił głowę od sceny po prawej stronie i zastanowił się, dlaczego tak go zaintrygowała.


****

Obraz złotego plecaka nie dawał mu spokoju w następnych dniach. Wiedział, że gdzieś widział podobny, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie. Na pewno takiego nie nosiła Ala, byłby dla niej zbyt tandetny, niepotrzebnie rzucał się w oczy. W garderobie byłej żony stały tylko klasyczne, markowe torebki w stonowanych barwach. Żadnej ekstrawagancji! Więc skąd pewność, że widział już ten złoty kolor? Próbował sobie przypomnieć, jakie torebki nosiły znajome kobiety. Szybko zorientował się, że jednak nie ma o tym pojęcia. Kto mógł mieć coś podobnego, gdzie widział taki plecak? Może na jakiejś sklepowej wystawie, może u którejś z pacjentek? Wieczorem przejrzał w Internecie lokalne wiadomości. Co to był za wypadek? Na internetowej stronie wydarzeń z N. nie odnalazł żadnej informacji. Rozczarowany zamknął laptopa i wyszedł na wieczorny spacer z psem, który zdawał się być osowiały.

— Przyzwyczaisz się — mruknął do psa — jak ja. Po jakimś czasie boli nieco mniej.

Leksus podniósł głowę i popatrzył w oczy Tomka.

— Tak, masz rację piesku, mnie jakoś trudno o niej zapomnieć.


****

Z powodu porannego spaceru z psem Tomek wpadł do pracy w ostatniej chwili. Kątem oka zobaczył, jak pielęgniarki spojrzały po sobie porozumiewawczo. Wasze niedoczekanie — pomyślał — pierwszy i ostatni raz. Uśmiechnął się szeroko.

— Dzień dobry, poproszę o karty, zaczynamy za dwie minuty.

W gabinecie otworzył na oścież okno, wyjął termos z kawą, który towarzyszył mu długie lata na oddziale i pomyślał, że teraz mając go przy sobie, musi się tu jakoś odnaleźć i poczuć, że jest mu dobrze, tak po prostu. Spojrzał na stos równo ułożonych kart i sam wyszedł na korytarz po pierwszego pacjenta.

Około trzynastej pielęgniarka przyniosła jeszcze dwie karty.

— Przyjmie pan, doktorze? — zapytała dokładając je do tych już leżących i zanim zdążył odpowiedzieć, powiedziała tajemniczo:

— Słyszał pan o tej dziewczynie?

— Jakiej?

— No tej, co ją znaleźli wczoraj za parkiem pod N., właściwie tuż za tabliczką, tam gdzie są stawy, wie pan gdzie? Młodzież się tam czasem włóczy…

Kiwnął potakująco głową.

— Nie wiadomo kto to — powiedziała przeciągając sylaby dwóch ostatnich słów i pochylając się nad nim z tajemniczą miną. Poczuł zapach jej słodkich perfum i gwałtownie cofnął głowę, taki zapach powodował w nim mdłości.

— Jakieś dzieciaki ją znalazły, jeździły tam rowerami, no i takie przeżycie. Wyobraża sobie pan?

Była wyraźnie zadowolona, że przekazała nowinę, patrzyła mu w oczy, nie pozwalając, by odwrócił wzrok. Zrozumiał, że teraz jego kolej, że teraz on musi coś powiedzieć.

— Wracałem wczoraj przed wieczorem do miasta. Korek był kilkaset metrów przed rogatką. Karetka, wóz policyjny. Widziałem jakieś wzmożone działania, ale nie miałem pojęcia, co się stało — opowiedział, by dać jej satysfakcję

— No właśnie to — rzekła triumfalnie — ciekawe kim jest ta dziewczyna? Ale już nie przeszkadzam, wołać następnego?

— Tak, tak i proszę mi powiedzieć, gdyby pani wiedziała coś nowego.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Oczywiście, panie doktorze.

Kolejnym pacjentem była kobieta, młoda, ładna, miała przez ramię przewieszoną błyszczącą złotą torebkę. Gdzie ja widziałem ten plecak — pomyślał Tomek i spojrzał w zapuchnięte powieki dziewczyny.


****

Po powrocie do domu Tomek znów sprawdził w Internecie wiadomości z N. Były skąpe. Informowano, że znaleziono martwą kobietę użądloną przez pszczoły, spekulowano, że prawdopodobnie wystąpił u niej wstrząs anafilaktyczny. Podano też, że nie miała przy sobie dokumentów, telefonu i jej tożsamość jeszcze nie jest znana policji. Nie znalazł ani słowa o złotym plecaku. Większość uwagi lokalne media poświęciły uroczystościom związanym z obchodami rocznicy lokowania miasta. Co to mnie odchodzi? — pomyślał i zaczął szukać gabinetów weterynaryjnych. Dwa były stosunkowo blisko, sprawdził opinie, dobre. Zadzwonił do tego firmowanego męskim nazwiskiem, ale przez dłuższą chwilę nikt nie odbierał telefonu. Wybrał kolejny numer. Odebrano natychmiast i zbyt dziewczęcy głos poinformował go, że może przyjść za pół godziny. Zdecydował się, choć Ala twierdziła, że bardziej ufa weterynarzom mężczyznom.


****

Komendant zawsze był podejrzliwy i uwielbiał obserwować, dlatego też, choć czuł się nieco głupio, miał na oku swojego nowego sąsiada. Akurat tego dnia, kiedy ten taszczył z parkingu dwie walizki, Jerzy był w domu, bo rozłożyły go korzonki. Próbował się jakoś rozruszać i łaził z kąta w kąt, najczęściej gapiąc się w okno. Ciekawe dokąd idzie? — pomyślał. Człowiek na podjeździe rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzając, czy jest w dobrym miejscu, a potem pewnym krokiem skierował się w stronę jego bloku. Komendant nie widział rejestracji, czyli w jego ocenie, zabrakło mu istotnej informacji. Którą klatkę wybierze? — zastanowił się, ale już po chwili usłyszał, jak ktoś wnosi jakiś ciężar po schodach. A więc moja — pomyślał z zadowoleniem i przypomniał sobie, że na drugim piętrze, tuż pod nim stoi puste mieszkanie. Właściciele wybudowali na skraju N. dom, nawet był z innym sąsiadami zaproszony na parapetówkę. A więc sprzedali, a może tylko wynajmują, ciekawe komu? No i na jak długo? Wydawało mu się, że w szybie zaparkowanego samochodu odbijają się jeszcze jakieś paczki. Na chwilę zapomniał o bólu i szybszym krokiem odszedł od okna. O tej porze akustyka na klatce pozwalała słyszeć większość otwieranych i zamykanych drzwi mieszkań. Tym razem najpierw usłyszał szczęk klucza, potem nastąpiła krótka przerwa, a po chwili kolejne lekkie trzaśnięcie drzwiami i ktoś prawie zbiegł ze schodów. Szczęściarz — pomyślał komendant podchodząc znów do okna. Tym razem zrobił to już wolniej, bo w lędźwiach uczuł promieniujący ból.

— Młodość, nic mu nie dolega, zlatuje jak szczeniak, który dla dowcipu zadzwonił do czyichś drzwi. Pewnie teraz po resztę rzeczy — zamruczał pod nosem, ciężko wspierając się o parapet. Po chwili pokręcił z niedowierzaniem głową, bo mężczyzna nawet nie popatrzył na auto, tylko od razu skręcił w stronę miasta.

— No wiem, wiem — powiedział do siebie półgłosem — jestem wścibski, ale akurat w moim zawodzie to się przydaje.


****

Kilka dni później komendant zaczepił nowego sąsiada, gdy tamten wnosił rower do piwnicy. Chciał pogadać, ale wyszło jakoś niezręcznie i wtedy okazało się, że mężczyzna jest lekarzem. Umówili się nawet na wizytę w przychodni. Mimo wszystko komendant był zadowolony, zagadka wynajmu mieszkania powoli się rozwiązywała. Po jakimś czasie nowy sąsiad wyszedł na spacer z psem. Komendant nie lubił takich dużych psów, zresztą małych także. Przez kilka lat wiódł o to spór z żoną i dziećmi, jakoś się udało i oprócz chomika i rybek nigdy w jego domu nie było większych zwierząt.

— Miejsce fauny jest na wsi, no może gdybyśmy mieli dom, uległbym tym waszym fanaberiom — mówił, gdy dzieci próbowały go zmusić do zmiany zdania.

Teraz, gdy wyprowadziły się z domu, mają te psy. Starszy syn, który wyjechał z N. ma jeszcze kota, można po prostu zwariować w tej menażerii- myślał komendant i czuł się zadowolony, bo w jego klatce nie było dotąd żadnego psa. Aż tu nagle zobaczył nowego sąsiada ze zwierzęciem o wielkości znacznie przekraczającej jego wyobrażenia o domowych pupilach..

— Nie wiedziałem, że ma pan psa — powiedział, gdy mijali się pod blokiem.

— Od wielu lat — Tomasz uśmiechnął — ale na stałe mieszka z żoną.

— Z żoną? — komendant poczuł bezsens swojego pytania, nim do końca je wypowiedział.

— No tak, psa nie dało się podzielić — zaśmiał się Tomasz. — Widzę, że z oczami wciąż kłopot.

— A tak, jeżeli mogę, zajrzę do pana jutro… Przez te uroczystości miałem i wciąż mam urwanie głowy, wszystko trzeba było zabezpieczyć, kontrolować, wie pan jak to jest…

— Zapraszam, po trzynastej, mam wtedy trochę luzu.

— Pacjenci wracają na obiad? — zażartował komendant.

— Być może. Proszę wybaczyć Leksus domaga się spaceru — Tomek spojrzał wymownie na psa niecierpliwie kręcącego się przy jego nodze.


Komendant usunął się z drogi, a potem pomyślał, że wiedza o ludziach przynosi mu satysfakcję. Rozwiedziony — pomyślał — czyli niedługo przy tak przystojnym facecie — bo komendantowi wydawało się, że lekarz był przystojny — pojawią się kobiety. Znał się na tym zawodowo i wiedział, że często oznacza to problemy. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał za biegnącym truchtem w stronę parku doktorem. Ogromny ten pies — pomyślał z niechęcią i jednocześnie podziwem.


****

— No to mamy nowego sąsiada i jego psa — powiedziała lekko kpiącym tonem Ewa rozsiadając się w fotelu. Wróciła właśnie z pracy i zastanawiała się, kiedy znajdzie siłę na przygotowanie jakiegoś obiadu.

— Wiem, wiem — komendant popatrzył na jej nieco spuchnięte stopy — za dużo stoisz.

— Siedzieć się niestety nie da, a dziś ruch, jak w sezonie grypowym. Wielki ten pies.

— Całe szczęście, że należy także do jego żony, a nasz sąsiad jest rozwiedziony, więc pies zabawi tu niedługo.

— Jerzy, czy ja cię kiedyś zaskoczę jakąś wiadomością? — Ewa pochyliła się w stronę męża i pocałowała go w policzek.

— Będę się starał, żeby ci się to nigdy nie udało.

— A zauważyłeś, że przystojniak z tego naszego sąsiada? Może tego nie spostrzegłeś?

— No, chyba tak. Właściwie — chyba — jest nieodpowiednie. Na pewno przystojniak z niego i wróżę, że tego faktu nie da się ukryć.

— I mówisz, że rozwiedziony?...To może o czymś trzeba pomyśleć?

— To już twoje Ewuniu zadanie, ale moim zdaniem sam sobie poradzi.

— Odrobina pomocy nie zaszkodzi — Ewa uniosła się z fotela — idę coś zrobić do jedzenia.

— Obrałem ziemniaki i ogórki. Jak prosiłaś — komendant wolnym krokiem poszedł za żoną do kuchni.


****

Do weterynarza Tomasz wybrał się piechotą. Drzwi otworzyła wysoka dziewczyna w białym kitelku. Wyglądała tak, jakby przed chwilą opuściła licealną ławkę i prawdę mówiąc przez moment chciał zawrócić. Leksus popatrzył mu w oczy, przekazując panu, że też ma taki pomysł. Dziewczyna uśmiechnęła się, jakby odczytała ich myśli.

— Zapraszam. Mimo wszystko.

Wbrew obawom Tomasza była bardzo konkretna. Dokładnie zbadała Leksusa, przyjrzała się śladom na łapie.

— To pozostałość z bezpańskiego życia — powiedział.

— O, nie tylko ta, tu za uchem jest zabliźniona rana, swoje przeszedł na pewno, ale widać, że to czasy, o których dawno zapomniał.

Dotykała psa, a on wydawał się być zadowolony. Pierwsze wrażenie minęło. Leksus rozglądał się ciekawie i ani drgnął przy szczepieniu.

— Źle panią oceniłem — przez twarz Tomasza przemknął uśmiech zawstydzenia — obawiałem się, że nie poradzi sobie pani z tak dużym psem.

— Nie pan pierwszy — zaśmiała się — niektórzy myślą, że powinnam leczyć tylko koty i chomiki, a jak jest taka potrzeba kuruję też konie i krowy. Praktyki miałam w zoo.

Tomasz uśmiechał się. Jakoś nagle minęła mu ochota wyjścia z tego gabineciku. Rozejrzał się, jak sądził dyskretnie, ale dziewczyna zauważyła jego wzrok.

— Większość sprzętów na kredyt, chyba będę spłacała ze dwadzieścia lat, resztę odkupiłam od doktora Kroplika, zaczęłam pracę u niego, a po kilku miesiącach on odszedł na emeryturę i ja tu zostałam. Zna pan doktora?

— Niestety, nie jestem stąd.

— Aha, wygląda pan na tutejszego — powiedziała oglądając łapę Leksusa — ma drzazgę, starą drzazgę, muszę usunąć. Proszę podejść bliżej, nie będzie bolało, ale niech czuje się bezpiecznie.

— A pani od zawsze tu mieszka? — zapytał, sam nie wiedząc po co.

— Tak, urodziłam się tutaj, moja mama jest z N, dziadkowie, wszyscy od pokoleń. Pan przejazdem?

— Nie, myślę, że na dłużej, a Leksus tylko na kilka tygodni. Na stałe mieszka z moją żoną. Byłą — poprawił się zły, że mówi niepotrzebnie tak wiele.

— No to zanim wyjedzie — zapraszam, gdyby się coś działo.

— Oczywiście. Dlaczego powiedziała pani, że wyglądam na tutejszego?

Uśmiechnęła się podając mu paragon.

— Sama nie wiem, tak jakoś mi się wydawało.

— Byłem tu kiedyś, na obozie studenckim, nad jeziorem. Dawno, jakieś dwadzieścia kilka lat temu. Ale N. się zmieniło, właściwie nie rozpoznałem miasta.

— Może się pan mu wtedy nie przyjrzał.

— Może — powiedział zapinając smycz Leksusowi.


Wieczorem pojechał z Leksusem na skraj miasta. W miejscu, gdzie kilka dni temu znaleziono martwą dziewczynę, wszystko wyglądało normalnie. Można byłoby przysiąc, że wśród starych drzew, do których prowadziły nieco zaniedbane alejki, nigdy nic złego się nie wydarzyło.


W domu Tomek znów zajrzał na stronę internetową miejscowego dziennika. Nie znalazł żadnych interesujących wiadomości.


Następnego dnia tuż przed końcem pracy pielęgniarka z tajemniczą miną zaanonsowała nieplanowanego pacjenta.

— Panie doktorze, komendant policji jest za drzwiami, mówi, że się z panem umówił.

— Tak, tak, niech wejdzie — powiedział Tomasz i uniósł się zza biurka, by go przywitać. W zaciemnionym gabinecie wydał mu się młodszy niż na ich wspólnej klatce schodowej.

— Nareszcie do pana dotarłem doktorze — uśmiechał się, mocno ściskając dłoń Tomasza. — Jak już mówiłem, przez te uroczystości miałem urwanie głowy, wszystko trzeba było dopilnować, sprawdzić, zatwierdzić…

— I jeszcze ta dziewczyna — Tomasz wszedł mu w słowo.

— No tak — komendant popatrzył uważniej na lekarza, jakby podejmując decyzję, czy może z nim o tym mówić — dziwna historia, niby wstrząs anafilaktyczny.

— Niby?

— Na pewno, tylko… — komendant zawahał się — co ona tu robiła? W takim miejscu, gdzie nic się ciekawego tego dnia się nie działo, właściwie już za miastem? Prawdopodobnie nie mieszkała w okolicy N.

— Może nie przyjechała na festyn? Ja też nie uczestniczyłem w tych uroczystościach.

— Taką wersję przyjęliśmy, ale mimo to — komendant potarł ręką czoło naznaczone zmarszczkami — niech pan sobie wyobrazi: młodzi ludzie, tacy jak ona, bawią się przecież na rynku, tam gdzie dużo się dzieje, a ta dziewczyna idzie jakieś dwa kilometry od tego miejsca, po co? Żeby napić się coli? Dręczy mnie to.

— A krew? Miała alkohol we krwi albo jakieś inne substancje?

Tomek zadał pytanie, ale pomyślał, że przekroczył granicę. To nie były jego sprawy. Mimo to komendant odpowiedział.

— Czysta. Leżała przy niej butelka z colą, nie do końca wypita, a w niej utopiony owad… No i wciąż nie wiemy, kim ona jest….

— A telefon komórkowy? Udało się coś z niego odczytać?

— Nie miała telefonu.

— No to już naprawdę wygląda dziwnie — Tomasz — dzisiaj ludzie się z nim nie rozstają, zwłaszcza młodzi.

— Tylko młodzi? A pan rozstaje się z telefonem? — komendant wysunął dolną wargę w zamyśleniu i spojrzał nieco kpiąco. Tomek był pewien, że ma chęć puścić do niego oko, ale nic takiego się nie stało.

— Rzadko — odpowiedział, choć nie była to prawda. Od rozwodu zdarzało mu się dość często zapominać o aparacie, przecież Ala już nie dzwoniła.

— Może zgubiła, może ktoś jej ukradł. Tłumy wtedy były w N. Ale doktorze, nie ma co o tym mówić — Komendant usiadł na wskazanym przez Tomasza miejscu i z założonym na oczy foropterem zaczął odczytywać litery wypisane na tablicy. Ten obcy mu człowiek, którego znał właściwie tylko z widzenia, budził w nim sympatię, a komendant nie lubił szybko się zaprzyjaźniać.


****

Kilka następnych upalnych dni Tomasz spędził na spacerach z psem, dopełniał je jazdą na rowerze i zwiedzaniem okolicy. Nie podobało mu się w N., tęsknił za dawnym życiem i czuł się samotny. Odmawiał jednak, gdy któryś z obecnych kolegów próbował go do siebie zaprosić, tłumaczył się Leksusem, potrzebą rozpakowania gratów, które — tłumaczył — przywiózł w nadmiernej ilości. Nie była to jednak prawda, wszystko rozpakował, poukładał równiuteńko, pilnował tego porządku, jakby za chwilę miała wpaść Ala i zganić go za porozrzucane książki i filiżanki po kawie. — Człowieku — mówiła zwykle lekko poirytowanym tonem — kiedy ty nauczysz się porządku, nie mogę myśleć w takim bałaganie! Drażniło go, że wciąż zastanawia się, co by powiedziała, jak zareagowała. Wyprowadzała go z równowagi świadomość, że choć już minął ponad rok, odkąd wyniósł się z domu, wciąż jest od niej uzależniony. Przezwyciężał też w sobie chęć zatelefonowania do pozostawionych znajomych, dawnej pracy, którą w przeciwieństwie do tej, tak lubił. Jednak pewnego popołudnia, gdy zadzwonił jego dawny szef, po prostu nie odebrał. Czuł niestosowność tej decyzji, ale nie mógł się zmusić. Oddzwonię później, kiedy pobiegam — pomyślał i zawiązał adidasy. Jeszcze wtedy nie wiedział, że to popołudnie odmieni jego życie.


****

Kasia zastanawiała się, ile uda jej się odłożyć w te wakacje. Odkąd trzy lata temu powiększyła lokal o letni ogródek, było dużo lepiej. W ciepłych miesiącach mogła też pozwolić sobie na zatrudnienie dodatkowej kelnerki. Kiedy Julka była jeszcze studentką, pomagała jej w każdym wolnym czasie, teraz musiała pilnować swojej pracy, a Kasia uparła się, że pomoże jej spłacić kredyt.

— Mnie też wspierali dziadkowie, nie ma o czym mówić, poza tym kawiarnia prosperuje całkiem nieźle.

— Mamo, nie jesteś moją babcią, a ja teraz rzadko mogę ci pomagać.

— Oczywiście, poza tym nie potrzebuję pomocy. Kręci się, dbaj o swoją przyszłość, a ja troszkę cię jeszcze wesprę. Spłacisz ten kredyt i obiecuję, że nie dostaniesz ode mnie ani złotówki — Kasia przytuliła córkę.

— Mamo, ale ja tak nie mogę. To już za długo trwa. Mówiłyśmy, że kiedy zacznę pracować, będziesz mogła odpocząć, zrobić sobie wolne. Urlop by ci się przydał! Taki prawdziwy, nie wyjście wieczorem nad jezioro — Julka wpatrywała się w matkę z napięciem.

— Dobrze, jak poczuję taką potrzebę, obiecuję. No, co tak się na mnie patrzysz? Powiedz lepiej, jak ci wczoraj poszło? Miałaś jakiś trudny przypadek?


Podobną rozmowę przeprowadzały co jakiś czas. Kasia nie chciała i nie potrafiła inaczej. Przez lata nauczyła się ignorować własne potrzeby i było jej tak dobrze. Poza tym uważała, że po prostu jej się poszczęściło i musi tym dzielić się z córką. Miała swoją kawiarenkę, stałych bywalców, i jakoś przez kilka lat wystarczyło, by utrzymać Julkę na studiach, a teraz pomagać w spłacie kredytu. Było dobrze i nie oczekiwała niczego więcej.

Ostatni klienci, a było ich jeszcze wielu późnym wieczorem tej soboty, nie kwapili się do wyjścia. Oficjalnie kawiarnia była otwarta do 22.00, ale gdy tylko zaczynały się ciepłe noce, goście siedzieli znacznie dłużej. Kasia po paru godzinach snu przychodziła rankiem, by dokładniej posprzątać i zaczynała nowy pracowity dzień. Kilka dobrych lat pracowała na popularność kafejki, którą nazwała z przekorą “Latający dywan”. Przez długi czas sama obsługiwała gości, sprzątała, odnawiała wnętrze, docierała do właściwych dostawców ciast i ciasteczek, ostatnio też dla wegetarian i wegan. Po jakimś czasie lokalik zaczął być modny, Kasia organizowała słodkie wieczorki panieńskie, radosne imieniny, bardziej lub mniej gorzkie urodziny i marzyła, że któregoś dnia tajemniczy ktoś, zachwycony przyjęciem, jakie mu zorganizowała, zapłaci jej zrolowanym czarodziejskim dywanem, na którym odleci w świat, daleko od N. i tego, co ją w nim uwięziło.


****

Tak więc mijał jeden z pierwszych sobotnich czerwcowych wieczorów w “Latającym dywanie”. Katie Melua nuciła cichutko, nie przeszkadzając rozmowom przy stolikach. Kasia zza baru spojrzała na gości. Pod oknem siedziały dwie młode dziewczyny, pewnie w wieku Julki, szepczące sobie do ucha i co jakiś czas pokazujące zdjęcia w telefonie. Wybuchały tłumionym śmiechem i wydawały się szczęśliwe. Obok dyskutowało trzech młodych mężczyzn, co jakiś czas zerkali na dziewczyny, ale mimo to wydawali się być pochłonięci jakąś istotną dla nich rozmową biznesową. Do Kasi docierały skrawki zadań. “Aż tyle?”, “To się nie uda, za drogo”, “Nie ma sensu obniżać”, “VAT za wysoki”. Uśmiechnęła się do siebie, dobrze znała te wątpliwości. W rogu sali siedziała pani z panem znani jej z widzenia, w loży trzy pary świętowały jakąś sobie znaną uroczystość. Przed chwilą Kasia doniosła im dodatkowe drinki, dwa stoliki poprosiły o rachunek, kilka osób zajęło miejsca na zewnątrz i Kinga — kelnerka — co chwilę biegała z napojami.

— Szefowo, będzie premia? — spytała mrugając do Kasi — już prawie północ.

Po chwili wróciła z butelką cydru i wodą w psiej misce.

— Przyszedł jakiś staruszek z psem, nie śmiałam mu odmówić — szepnęła pochylając się nad Kasią i wymownie spoglądając na miskę.

— Staruszek? — Kasia wysunęła głowę, by spojrzeć na rozświetlony solarnymi lampkami ogródek.

— No tak, ma ze czterdzieści lat — rozbawiona własnym żartem kelnerka szeroko uśmiechnęła się do szefowej.

A więc kręci się — pomyślała kolejny raz tego dnia Kasia i dyskretnie rzuciła okiem do szufladki kasy. To dobrze, bo po sezonie trzeba będzie pomalować i odnowić przynajmniej cztery stoliki, których zniszczone blaty teraz pokrywały serwety. Nie wiadomo też, czy wszystkie parasole doczekają końca wakacji. Dobrze chociaż, że gabinet Julki pachniał świeżością. Spojrzała na telefon. Córka przesyłała jej buziaki z koncertu. Odwzajemniła i znów wyjrzała na ogródek. Tym razem wychyliła się mocniej. Mężczyzna w sportowej koszulce z rozwichrzonymi włosami w jednej ręce trzymał szklankę z cydrem, drugą gładził po grzbiecie siedzącego mu u nóg dużego psa. Wydał jej się zupełnie młody i… przystojny. Szybko odwróciła wzrok. Ona nie interesowała się mężczyznami.


****

Tego popołudnia padało od rana, w kawiarni nie było nikogo i Kasia postanowiła pozwolić sobie na czytanie. Wyjęła kupioną kilka tygodni temu książkę i pogładziła jej okładkę. Gdzie te czasy, kiedy mogła pomarzyć przy książce, a nie czytać ukradkiem, zastanawiając się, czy na pewno niczego ważniejszego nie ma do roboty. Jak to się stało, że kilkadziesiąt minut beztroski przed wielu laty sprowadziło na nią ciągły przymus rozliczania się dziś z każdej chwili? Nie lubiła wspominać tamtego czasu, odpychała każdą myśl, która do niego powracała. Tak było i teraz. Otworzyła pierwszą stronę książki w tym samym momencie, w którym szarpnięto energicznie drzwi do kawiarni. Pojawiły się w nich trzy rozentuzjazmowane starsze panie.

— Ale pada — oznajmiły Kasi, która podeszła z koszem na parasole. Strząsały krople wody z włosów i poprawiały cieniutkie sweterki, nie przerywając dość głośnej rozmowy.

— Szkoda, taka młoda, piękna.

— I podobno wciąż nie znają jej nazwiska.

— Na pewno nie była z N. Tak powiedział komendant policji.

— Takie historie się zdarzają, ale żeby tu? Unas? W N.?

Nagle jedna z kobiet zwróciła się do Kasi:

— Słyszała pani o tej tragedii?

Najwyraźniej jej twarz musiała wyrażać zdumienie, bo kobiety popatrzyły porozumiewawczo po sobie.

— Znaleziono martwą dziewczynę. Wstrząs anafilaktyczny.

Kasia poczuła jak krew odpływa jej z serca.

— Kiedy? — spytała głośniej niż należało.

— To chyba było w zeszły poniedziałek, prawda? — jedna z pań zwróciła się w stronę pozostałych.

— Albo we wtorek, a w każdym razie przed kilkoma dniami. Po festynie.

Krew powoli wracała na swoje miejsce. Idiotka ze mnie — pomyślała Kasia.

— Jakoś mi umknęła ta wiadomość, przyniosę karty.

Uśmiechnęła się serdecznie i poszła w kierunku baru. Zanim przygotowała zamówienie, włączyła laptopa. Wiadomości były skąpe. Miejscowa telewizja internetowa zrobiła wywiad z chłopcami, którzy znaleźli ciało, poproszono o komentarz komendanta policji, który zaapelował o spokój i nieprzekazywanie niesprawdzonych wiadomości. Potwierdził, że to najprawdopodobniej wstrząs anafilaktyczny, że prokuratura prowadzi dochodzenie. Na koniec poprosił tych, którzy wiedzą coś o denatce, by skontaktowali się z policją. Kasia wyczuła w jego głosie skrywaną irytację. Znała go od dawna, był fajnym człowiekiem. Miał poczucie humoru i dobrze się z nim współpracowało. Kilka razy przygotowywała catering na jakieś policyjne uroczystości, zawsze mając poczucie, że nie tylko zarabia ale i ma kilka chwil oddechu podczas rozmowy, jaką inicjował — połączenie idealne, które jednak zdarzało się nieczęsto. Poza tym dramatycznym wypadkiem wiadomości skupiły się na niedawnych uroczystościach związanych z rocznicą nadania N. praw miejskich i nadchodzących wyborach nowego burmistrza. Zdjęcia głównego kandydata w otoczeniu tutejszych biznesmenów, mieszkańców miasta, młodzieży szkolnej i przedszkolaków ukazywały się regularnie od kilku tygodni. Kasi wydawało się, że nie ma dnia, by nie pojawił się gdzieś, nie wsparł czegoś, nie wypowiedział się o czymś, nie uścisnął czyjejś dłoni, jednocześnie eksponując garnitur idealnie równych zębów. Człowiek orkiestra — pomyślała i zaniosła do stolika kolejne porcje nieśmiertelnego przeboju — ciepłej szarlotki z lodami.


****

Godzinę później zadzwoniła do niej Iwona. Kasię zdziwił ten telefon, bo nie kontaktowały się od trzech czy czterech lat. Mimo to od razu rozpoznała jej głos.

— Hej, to ja, Iwona!

— Poznaję, głos ci się nie zmienił.

— Zaskoczyłam cię, prawda?

Iwona nie czekała na odpowiedź, zrobiła dość krótką pauzę i kontynuowała.

— Mam prośbę, chociaż tak naprawdę to prośba Wiktora. Wiesz, on wydał tę książkę o naszym regionie. Zresztą może to zbyt duże słowo — książka — zaśmiała się — raczej taki przewodnik, no i zależy mu na spotkaniu z czytelnikami. Kasia właściwie nie musiała czekać na dalsze słowa, wiedziała, o co jej chodzi.

— I stąd prośba do ciebie. Bo miał już spotkanie w bibliotece miejskiej i — wyobraź sobie, że udostępnili mu czytelnię, przyszło tyle osób, że część się nie zmieściła, może widziałaś zdjęcia w sieci? — spytała, ale nie czekała na odpowiedź.

— No i teraz chciałby zrobić spotkanie w ”Latającym dywanie”. Pomyślałam, że to dobry pomysł. Reklama dla was obojga, co ty na to?

— Wiktora to chyba reklamować nie trzeba, bywa wszędzie.

Kasia pozwoliła sobie na uszczypliwość i wcale tego nie pożałowała. Iwona była jej dawną szkolną przyjaciółką, która nie sprawdziła się w potrzebie. Po latach znów czasem się ze sobą kontaktowały i choć dawnej serdeczności już nie było, nikły cień sympatii pozostał.

— Oczywiście, że tak, na kiedy planuje to spotkanie?

— Wpadnę jutro koło południa to omówimy sprawę, dobrze?

— Czekam na ciebie — Kasia uśmiechnęła się do słuchawki.


Następnego dnia Iwona przyszła do “Latającego dywanu"z kilkoma plakatami, prosząc o powieszenie w oknach. Patrzyła z nich nieco podretuszowana twarz Wiktora trzymającego w ręku „Przewodnik po N. i okolicy dla mieszkańców i turystów”.

— Byłam sceptyczna wobec jego pomysłu kandydowania na burmistrza — powiedziała Iwona zanurzając usta w piance macchiato — ale zmieniłam zdanie. Wiktor jest kreatywny, kipi pomysłami. Spójrz na przewodnik, przecież nawet nie pomyślałabym, że aż tak tu u nas jest ciekawie!

Przewertowała kilka stron, odnajdując właściwą i stuknęła palcem w kolorową fotografię starego wiatraka, który dawno już stracił wszystkie skrzydła.

— O, na przykład młyn ma taką ciekawą historię! Ten typ to ”koźlak”, budowano go na specjalnej podstawie, która trzyma cały korpus. Wiedziałaś o tym?

Kasia najpierw spojrzała na kartkę książki, a potem na wypielęgnowaną dłoń Iwony, pięknie pomalowane rubinowe paznokcie, elegancki pierścionek z połyskliwym oczkiem. Dyskretnie schowała swoje ręce pod blat stolika. Zawstydziła się swojego zaniedbania, krótkich paznokci, które wciąż musiała pokrywać odżywką, bo inaczej rozdwajały się niemiłosiernie.

— Ten młyn jest też na fotografii w albumie Filipa. Ale historii nie słyszałam.

Iwona bliżej podsunęła Kasi właściwą stronę.

— Przeczytaj, to tylko kilkanaście linijek. O może ten akapt, jest w nim główna myśl.

Kasia posłusznie pochyliła głowę, żeby posłusznie przeczytać krótki opis.

— Ciekawe, a jak udało mu się odkryć tę tajemnicę?

— Nie było to takie proste — Iwona uśmiechnęła się szelmowsko — jest pomysłowy, czegoś tam posłuchał, coś tam dodał i mamy legendę naszego młyna. Świetnie, prawda?

Kasia postanowiła nie odpowiadać, skupiła się na wertowaniu przewodnika.

— To kiedy Wiktor planuje spotkanie?

— Może w przyszłą środę o siedemnastej? Trzeba by wypisać datę na plakatach.

— Dobrze, przygotujemy część sali, masz jeszcze jakieś specjalne życzenia?

— Nie, jesteśmy ci wdzięczni, że się zgadzasz. Te spotkania zwiększają jego szanse w wyborach. I pokazują, jakim jest człowiekiem. Czyli związanym z miastem, tutejszą historią, po prostu kimś stąd, działającym dla tej lokalnej społeczności.

Iwona recytowała jak wyuczoną lekcję, uniosła się z fotela, jakby dla nabrania powietrza w płuca, poprawiła spódniczkę i znów usiadła.

— To nie tylko inżynier, działacz społeczny, ale też humanista — Iwona uśmiechnęła się rozbrajająco, Kasia znów jej pozazdrościła, tym razem wielkiej miłości połączonej z wiarą w mężczyznę, z którym wiodła życie. I znów się zawstydziła.

— Jesteś świetnym managerem Wiktora. Zresztą, zawsze taka byłaś, to przecież ty zrobiłaś mu kampanię na przewodniczącego szkoły.

— Och, stare dzieje, chociaż to prawda — Kasi wydało się, że pod warstwą makijażu dostrzegła rumieniec — ale wtedy to było łatwiejsze. Dziś liczą się profesjonalne umiejętności, nie ma miejsca na spontaniczne działania. No i bezcenne jest wsparcie przyjaciół!

Kasia uśmiechnęła się, akurat ta uwaga spowodowała bolesne ukłucie w sercu.

— W porządku, zaraz porozwieszam plakaty, ale chyba dwa wystarczą — rozejrzała się oceniając potencjalny efekt. — Na drzwiach i w oknie po prawej stronie, po lewej zasłaniłyby je parasole.

— Jak uważasz, na wszelki wypadek zostawię jeszcze dwa. A co u Julki? Słyszałam, że jest już na swoim — spytała.

— Dobrze, radzi sobie.

— Sama?

— Prawie, właściwie dałaby radę, ale zależy mi, by było jej łatwiej, więc trochę pomagam.

— Wiesz, że nie chcę ci radzić, ale może powinnaś jej dać już samodzielnie podejmować decyzje?

— Podejmuje je, ja tylko ją wspieram.

— No tak, na pewno wiesz co robisz, zawsze wiedziałaś — powiedziała z przekąsem — zresztą — wzruszyła ramionami — ja nic nie wiem o dzieciach, więc staram się nie zabierać głosu.

Iwona pochyliła głowę, żeby wyjąć z torebki okulary przeciwsłoneczne. Założyła je na moment, przeglądając się w odbiciu szyby.

— Więc jak mówiłam, nie zabieram głosu w sprawie wychowania dzieci, ale starej przyjaciółce mogę powiedzieć przecież, co myślę.

Kasia usłyszała w jej głosie ton, którego nie potrafiła zdefiniować. Pomyślała też o zwrocie „stara przyjaciółka” i poczuła, że rozmowa z Iwoną powinna się już zakończyć.

— Nie mówisz niczego złego, przeciwnie — uśmiechnęła się — mam nadzieję, że w kwestii spotkania Wiktora z czytelnikami ustaliłyśmy już co potrzeba i będziecie zadowoleni.

— Nie traktuj tego tak chłodno, te działania oprócz osobistego celu Wiktora mają szersze znaczenie, miasto potrzebuje wizjonera.

— Jestem pewna, że sobie poradzi — Kasia uniosła się z krzesełka i wzięła z rąk Iwony plakaty.

— Zadzwonię jeszcze do Pawła, powiem mu, że wszystko ustalone, ucieszy się. Pamiętasz Pawła, młodszego brata Wiktora?

Kasia przecząco pokręciła głową

— No tak, nie było cię już wtedy w liceum. Och, mam nadzieję, że cię nie uraziłam? — Iwona zrobiła przestraszona minę.

— Pewnie, że nie — Kasia uśmiechnęła się szeroko — co z nim?

— Jest takim nieformalnym szefem kampanii, wspiera Wiktora. W liceum był najlepszy, wróżono mu karierę, ale jakoś nic z tego nie wyszło — Iwona na kilka sekund zawiesiła głos — zawirowania osobiste. Nie będę o tym mówić, bo to prywatne sprawy Pawła. Kilka dobrych lat w stolicy, a teraz wrócił do N. Można powiedzieć — wybrał najlepszy moment.


Chwilę jeszcze stały w drzwiach “Latającego dywanu”, Iwona wygładzała wąską szafirową spódniczkę, poprawiała apaszkę przy dekolcie bluzki. Wyglądała pięknie.

— No to lecę — dotknęła ramienia Kasi, jakby wahając się, czy powinna ją uściskać. W końcu powiedziała tylko “do zobaczenia”- i wyszła z kawiarni. Kasia przez moment patrzyła, jak odchodzi w stronę auta. Nie zmieniła się przez te lata — pomyślała — wciąż ma nienaganną sylwetkę. Długie nogi na cienkich obcasach lekko chwiały się, gdy wsiadała do samochodu, a jasne włosy falowały, jak wtedy, przed dwudziestu kilku laty, gdy zatkała ręką usta i szybko wyszła z jej pokoju. Tej opuszczającej ją Iwony nigdy nie umiała zapomnieć.


****

Iwona w samochodzie wyciągnęła komórkę, ale przez chwilę tylko trzymała ją w ręku, jakby nie mogąc się zdecydować, co z nią zrobić. Nikt nie wiedział, jak bardzo spotkanie z Kasią wytrąciło ją z równowagi. Walczyły w niej sprzeczne uczucia, z jednej strony sympatia do dziewczyny, z którą spędzała jako nastolatka prawie każdą chwilę, z drugiej strony zazdrość pomieszana z lękiem, że to Kaśka była pierwszą sympatią Wiktora. Może nawet miłością. I mimo upływu lat, ta myśl dręcząca jak stara dziecięca melodyjka, przypływała do niej co jakiś czas. Dziś przyjrzała się Kasi dokładnie. Długie ciemne włosy miała związane w koński ogon, rzęsy ledwie muśnięte tuszem, odrobina koloru na powiekach. Podkoszulek i dżinsy uzupełniały styl sportowy, którego oboje z Wiktorem nie znosili. Coś pomiędzy “chciałabym” a “nie mam czasu”. Zmieniła się — pomyślała Iwona — przez te lata zmieniła się nie do poznania. Kiedyś razem wertowały “Burdę”, przyglądały się aktorkom w kolorowych czasopismach, żeby coś u nich podpatrzeć, żeby być “na bieżąco”, w każdej dziedzinie, bez zbędnych kilogramów i prowincjonalnych ciuchów. Trzymały się razem, bo były inne, kolorowe i roześmiane, jedyne takie w całym liceum. Dziś łączyło je chyba tylko to, że z całej klasy właśnie one nie skończyły studiów. Ale to Iwona co miesiąc zasilała swoje konto w banku pokaźną sumą i została żoną Wiktora. Ta myśl dodawała jej skrzydeł. Iwona popatrzyła krytycznie na swoje odbicie w lusterku kierowcy i pociągnęła szminką usta. Uśmiechnęła się do siebie: dużo lepiej. Samopoczucie też poprawiło jej się natychmiast i w końcu zadzwoniła. Wiktor nie odbierał. Odczekała jeszcze chwilę i zatelefonowała ponownie, w końcu nagrała się na sekretarkę.

— No, załatwiłam wszystko. Tak jak chciałeś, w środę. Do zobaczenia w domu.

Kilkanaście minut później zadzwoniła do Pawła i dokładnie omówiła z nim dalszą strategię. Ustalili, że on wpadnie do “Latającego dywanu"w środę do południa i sprawdzi, czy wszystko zostało właściwie przygotowane.


****

Ten dzień zdawał się należeć do tych, które sprzyjają realizacji planów. Pacjenci nie szturmowali gabinetu i Tomek mógł wyjść z pracy w odpowiednim czasie. Wracał do domu z myślą, że zje obiad, który ugotował sobie poprzedniego dnia, wyjdzie na spacer z Leksusem, a potem wsiądzie na rower i objedzie porządnie okolicę od zachodniej strony miasta. Rower przywracał mu równowagę, pozwalał spokojnie pomyśleć. Postanowił, że w drodze powrotnej wstąpi na kolację do przyjemnej knajpki, którą odkrył przed kilku dniami, wracając z długiego wieczornego spaceru z Leksusem. Tamtego razu rozsiadł się wygodnie w wiklinowym fotelu na zewnątrz i popatrzył na to, co działo obok. Miła kelnerka przyniosła wodę dla psa. Goście siedzieli jedząc i pijąc, choć godzina zamknięcia lokalu dawno minęła. Czuć było, że nikomu nie chciało się opuszczać ani towarzystwa ani tego sympatycznego miejsca. Tomek przez chwilę poczuł się samotnie, ale potem, pijąc drugą butelkę cydru, zajął się obserwacją siedzących w kawiarnianym ogródku ludzi. Oświetleni nikłym blaskiem padającym z wnętrza kawiarni i jarzącymi się ciepło lampkami solarnymi wydali mu się na wpół rzeczywiści. Może to tylko zły sen — pomyślał o swoim życiu — może wszystko się jeszcze ułoży. Podrapał Leksusa po szyi. Pies radośnie zamerdał ogonem, próbując polizać jego rękę. Jesteś jedynym elementem łączącym mnie z przeszłością — szepnął do niego i poprosił kelnerkę o rachunek. Nieoczekiwanie ta miła dziewczyna wydała mu się podobna do Alicji.


****

Ścieżki rowerowe wokół miasta były imponujące. To jak na razie, jedyna zaleta N. Może zauważę inne — pomyślał, gdy opierał rower przy wielkiej donicy z jakimiś kwiatkami tuż przy metalowym stoliku na zewnątrz “Latającego dywanu”. Zanim usiadł, z ciekawością zajrzał do wnętrza, którego jeszcze nie widział. Na ścianie, tak jak się tego spodziewał, wisiał dość pokaźny perski dywan.

— Przyleciał sam? — zażartował zwracając się do dziewczyny przy barze. O nie, nie była już dziewczyną, choć na pierwszy rzut oka sprawiała takie wrażenie.

— Przelatywał i musiałam się natrudzić, żeby go złapać — odpowiedziała z uśmiechem.

— Pewnie było warto…

— Jeszcze nie wiem, ale liczę, że kiedyś na nim odlecę — zaśmiała się.

Popatrzył na nią uważniej. Miała typ urody, który kiedyś tam mu się podobał. Wieki temu.

— Podać panu coś?

— Usiadłem na zewnątrz. Podobno macie jakieś wegańskie przekąski?

— Tak, to nowość, ale cieszy się powodzeniem.

Wrócił do stolika i rozejrzał wokół. Na drzwiach i szybie kawiarni wisiały wielkie plakaty reklamujące jakieś spotkanie z autorem przewodnika po N. Może warto posłuchać, co ma do powiedzenia — pomyślał, gdy kelnerka podawała mu kartę. Pamiętał ją, przyniosła Leksusowi wodę. Był jednak rozczarowany, że nie podeszła do niego dziewczyna zza baru.


****

Zobaczył ją ponownie w środę, gdy przyszedł na spotkanie z autorem reklamowanego przewodnika. Spóźnił się nieco i kiedy pojawił w kawiarni, stoliki ustawione bliżej autora były już zajęte. Usiadł na fotelu przy drzwiach i jak to miał w zwyczaju rozejrzał wokół. Dziewczyna zza baru wpatrywała się w perorującego autora z natężeniem. Koński ogon kołysał się leciutko, jakby w rytm jego słów. Tomek miał wrażenie, że gdyby przed nią stanął, w ogóle by go nie zauważyła. Pomyślał nawet, że zrobi taki mały eksperyment i już unosił się z fotela, gdy podeszła do niego kelnerka.

— Czego się pan napije? Proponuję wodę, colę, sprite — stawia przyszły burmistrz — ruchem głowy skinęła w stronę męskiego głosu, który cytował jakiś fragment swojego dzieła.

— Ach tak — powiedział zaskoczony — ale nie wiem jeszcze, czy kupię przewodnik i czy będę głosował — zażartował — więc proszę o espresso.

Kiedy po chwili postawiła przed nim filiżankę i szklaneczkę wody, zapytał: — Koleżanka nie pracuje?

— Jaka koleżanka? — zdziwiła się.

Popatrzył wymownie w stronę baru na nieruchomą postać, wskazując jej kierunek.

— Pracuje, zwykle aż za bardzo, ale to szefowa, nie koleżanka.


Po pół godzinie był przekonany, że marnuje czas. Facet rozdawał uśmiechy niby ciepłe bułeczki, modulował głos, jak ksiądz na ambonie, żonglował “achami” i “ochami”, co chyba podobało się publiczności. Na Tomku jednak wywarło fatalne wrażenie. Są jakieś granice podlizywania się — pomyślał, dopijając kawę. Dziewczyna, o której przed kilkunastu minutami dowiedział się, że jest właścicielką kawiarni, a która jeszcze chwilę temu wydawała mu się interesująca, straciła także w jego oczach. Stała sztywno, bez ruchu, zasłuchana i wpatrzona w krygującego się jak panienka do wzięcia kandydata na burmistrza. Magia wielkiego człowieka. Czego ja się mogłem spodziewać — pomyślał sarkastycznie. Postanowił wyjść i poszukał wzrokiem kelnerki, żeby zapłacić, ale wtedy zauważył czubek głowy swojego sąsiada. Wychylił się, by spojrzeć uważniej. Tak, to był komendant. I on tutaj? — zdziwił się. Zaciekawiło go, co myśli. Postanowił zostać do końca. Popatrzył jeszcze raz w kierunku szefowej “Latającego dywanu”. Jej twarz wciąż wyrażała skupienie i uwagę. Tak chyba wygląda uwielbienie — pomyślał i poprosił przechodzącą kelnerkę o kieliszek czerwonego wytrawnego wina.


Komendant wyszedł ze spotkania jako jeden z ostatnich. Tomasz obserwował spod drzwi, jak rozmawia z kilkoma osobami, a potem jeszcze zatrzymuje się przy barze. Tym razem to on zaskoczył komendanta.

— Dobry wieczór, czekałem, aż pan wyjdzie.

— O! I pan tutaj doktorze?

— Ano tak, przyszedłem, bo miałem nadzieję, że usłyszę, gdzie warto pojeździć rowerem.

— No o to trzeba było spytać mnie. Tu chyba pan się niczego szczególnego nie dowiedział.

— Właśnie, mam wrażenie, że cel tego spotkania był trochę inny. Wyszedłbym dużo wcześniej, ale chciałem się spotkać z panem.

Komendant zatrzymał się i popatrzył mu w oczy.

— Pan samochodem, rowerem, czy piechotą?

— Piechotą.

— To tak jak ja, chodźmy więc.

Przez krótką chwilę szli w milczeniu.

— To czego chciał się pan ode mnie dowiedzieć — zapytał komendant.

— Co pan, mieszkaniec i jak sądzę wielbiciel N., myśli o przewodniku, ciekawy?

Komendant wzruszył ramionami.

— A — Tomasz uśmiechnął się i zawiesił głos — co pan sądzi o jego autorze. Jak rozumiem to kandydat na burmistrza. Z jakiej partii?

— Niezależny. Podobno. No cóż, ja nie będę na niego głosował, ale ma spore poparcie, działa jak zawodowiec, sztab, pieniądze, otacza się rodziną. Żona jest właścicielką SPA nad jeziorem, ta biała willa po prawej stronie od molo, zna pan to miejsce?

Tomasz pokręcił przecząco głową. Komendant zamilkł na chwilę, jakby nad czymś się zastanawiał.

— W mieście ma jeszcze gabinet odnowy biologicznej. Widział pan ją? Cały czas stała obok. Piękna kobieta, oglądają się za nią na ulicy. Wspiera różnego rodzaju akcje, podczas obchodów rocznicy nadania praw miejskich miała kilka stoisk, gdzie można było za darmo zrobić sobie masaż, manicure, czy coś tam. Żona mi mówiła, że kolejki się ustawiały, a ona roznosiła wodę mineralną i piwo z sokiem. Samo patrzenie na nią było przyjemne.

— I mimo to nie odda pan mu swojego głosu — zaśmiał się Tomasz.

— Może właśnie dlatego — Komendant filuternie mrugnął okiem do Tomka. — Nie, panie doktorze, on mi się nie podoba. Nie wiem dlaczego, ale nie podoba. A w przewodniku powypisywał jakieś głupstwa!

— A ten z prawej? Nie odstępował go na krok. Kto to?

— To jego brat, zupełnie inny człowiek. Naukowiec. Spokojny, akuratny. Mówi tylko przemyślane rzeczy. Gdyby to on startował, dałbym głos.

— Ale innym chyba się podobało, słuchali z zapartym tchem, na przykład szefowa kawiarni.

— Kasia? Świetna dziewczyna. To skomplikowana historia, wiem co nieco, bo córka mojej starszej siostry, Agata, chodziła z nią do jednego liceum. Ten nasz kandydat był jej jakąś miłością, czy coś tam podobnego, ale potem takie rzeczy się wydarzyły… Nie będę powtarzał, bo to nie moje sprawy, wystarczy, że wtedy pół miasta plotkowało. Nie dali dziewczynie żyć.

Komendant znów się zamyślił i zwolnił kroku, jakby myślenie upośledzało czynność chodzenia.

— A inni — odezwał się po chwili — sam pan wie doktorze, jacy są ludzie. Troszkę soczystej marcheweczki, ukrycie kija za plecami i już biją brawa. Szkoda nerwów.

— Przyszedł pan jednak posłuchać.

— Lubię wiedzieć, co się dzieje. Zawodowo i nie tylko, taki już jestem.

Mijali bramę parku, obok której na słupie reklamowym wisiał plakat z podobizną Wiktora i hasłem z kampanii: Całym sercem z N. Spojrzeli na niego w tym samym momencie.

— Ech, to to głupstwo. Wciąż myślę o tej rudej dziewczynie.

— Jakiej? — Tomasz zapytał bardziej z grzeczności niż ciekawości. Jeszcze tylko jedna przecznica dzieliła ich od domu. Pomyślał, że Leksus pewnie od godziny waruje przy drzwiach.

— Tej, którą znaleziono w parku. Nie daje mi to spokoju.

— Była ruda? — Tomasz zatrzymał się gwałtownie.

— A ma to jakieś znaczenie? Była młoda i nie powinno jej się nic takiego przydarzyć. Miała przed sobą kawał życia. Taki pech.

Tomek poczuł gwałtowne uderzenie serca.

— Wiadomo już, czy była stąd?

— Tak, wiadomo. Kilka dni zeszło, żeby to odkryć, wygląda na to, że nie miała znajomych w N., więc nikt z mieszkańców nam nie pomógł, mimo, że rozgłosiliśmy w lokalnych mediach. Mieszkała kilkadziesiąt kilometrów dalej. Kosmetyczka z zawodu. Oj, nie czyta pan tutejszej prasy. Pisali o tym.

— Nie czytam — powiedział wolno Tomasz i z roztargnieniem pożegnał się z komendantem. Chciał zostać sam i zebrać myśli.


****

Środa obudziła Kasię bólem głowy i wątpliwościami, czy powinna uczestniczyć w spotkaniu z Wiktorem. Ale po chwili ta pierwsza myśl wydała jej się śmieszna, lata świetlne minęły od czasu, kiedy ostatni raz z nim rozmawiała, widziała go też tylko z daleka i to jedynie dwa razy. Był obcy. Poprzedniego dnia kilka osób zatelefonowało z pytaniem, czy na pewno odbędzie się spotkanie, punktualnie o siedemnastej Wiktor wraz ze swoją świtą pojawił się w “Latającym dywanie”. Przywitał ją protekcjonalnie, żartując, że wybrał jej lokal nie tylko ze względu na sympatię do właścicielki, ale też z powodu nazwy, która wiele mówi o nim samym.

— Staram się bywać wszędzie — rozejrzał się z uśmiechem po sali, a kilka osób zawtórowało mu radosnym chichotem. — Oczywiście zawsze jest to kosztem rodziny — mówił dalej ni to do Kasi ni do schodzących się z wolna ludzi. — Ale… są równie istotne sprawy, jak kolacja z żoną, prawda kochanie? — uśmiech, który przesłał Iwonie oczarował wszystkich.

Kasia milczała, zresztą nikt nie oczekiwał od niej żadnych słów. Zachowanie Wiktora wydawało jej się irytujące, idąc do stolika z równo poukładanymi w trzy stosiki przewodnikami, wskazała mu przygotowane miejsce, za co wylewnie jej podziękował. Rozpoczęło się spotkanie z czytelnikami. Wiktor opowiadał ze swadą gdzie był, co widział, z kim interesującym się spotkał. Ktoś, w kim Kasia domyśliła się jego młodszego brata, rozłożył rzutnik i pokazywał slajdy z miejsc, które były inspiracją do napisania przewodnika. O ile Wiktor wydał jej się śmieszny, o tyle młodszy brat poważny i skupiony, zrobił na niej dobre wrażenie. Spotkanie przeciągnęło się, Wiktor rozdawał autografy i uśmiechy, ściskał ręce i odpowiadał na pytania zupełnie nie związane z przewodnikiem. Niespodziewanie przerodził się, czy przepoczwarzył w kogoś innego niż wielbiciel N. Najwyraźniej ci, którzy przyszli dziś do “Latającego dywanu” wiedzieli o roli, jaką chciał odegrać w ich mieście i byli zachwyceni przemianą.

— Wybory za dwa miesiące, a on już tak się przemęcza. Aż się martwię, czy da radę na pełnych obrotach jeszcze przez te kilka tygodni — Iwona podeszła i szeptała Kasi do ucha, jednocześnie nie spuszczając wzroku z męża. — Dobrze, że brat mu pomaga.

— Paweł? No tak, stara się ogromnie. Zawsze podziwiał Wiktora. Ale sama rozumiesz, to Wiktor jest na pierwszej linii.


****

Tomek prawie wszedł na Leksusa, kiedy otworzył drzwi. Pies nie zamierzał się ruszyć. Merdał ogonem, ale leżał w drzwiach, jakby chciał okazać Tomkowi niezadowolenie.

— No już dobrze — nachylił się nad zwierzęciem — daj smycz, idziemy.

Lexus skoczył na równe nogi i przyniósł w pysku leżącą na kanapie smycz. Wyszli, a właściwie zbiegli po schodach, a potem dalej na parking, w kolejną przecznicę, następną, aż znaleźli się na ulicy, którą najczęściej spacerowali.

— Spokojnie Lexus — Tomek skrócił smycz — muszę się zastanowić, bo wiruje mi w głowie.

Rozmowa z komendantem spowodowała mętlik w jego myślach. Dziewczyna o rudych włosach, złoty plecak. Teraz już wiedział, gdzie to wszystko widział. Podwoził tę dziewczynę do N., jechał z nią swoim samochodem przez jakieś czterdzieści kilometrów. O czymś rozmawiali. O czym? Nie pamiętał. A jeśli to nie ona? Jeśli pamięć go zawodzi?

Pies szarpał smycz, bo Tomek zwolnił kroku. Przyspieszyli i nagle znaleźli się w miejscu, które opuścił godzinę wcześniej. Przed “Latającym dywanem"siedzieli ludzie, rozkoszując się drinkami i ciepłem wieczoru. Podszedł bliżej.

— Co Lexus, siadamy? Ja zamawiam piwo, a ty wodę!

Nie zwracając uwagi na opór psa usadowił się przy ostatnim wolnym stoliku. Kelnerka, którą znał z widzenia, widocznie poznała go również, bo od razu przyniosła miskę wody dla psa i uśmiechnęła się radośnie.

— Witamy stałego klienta, co podać?

Zamówił piwo i jedną z wegańskich przekąsek, wyjątkowo mu tu smakowały. Pomyślał, o swoim pechu. Najpierw rozwód z Alą, a tak naprawdę rozstanie z życiem, które znał i lubił. Wszystko mu się w nim podobało, a przynajmniej tak chciał o tym myśleć. Odpędzał od siebie wszelkie wątpliwości, ale i wspomnienia. A teraz skomplikowało się jeszcze bardziej. Ta dziewczyna, którą wiózł tamtego popołudnia mogła być tą, którą znaleziono martwą i chyba powinien o tym powiedzieć komendantowi.


****

Goście powoli opuszczali “Latający dywan”, kilka osób podeszło do baru, żeby zapłacić, kelnerki zaczęły robić porządki wewnątrz, na zapleczu i wokół budynku. Kasia sprawdziła stan zapasów, wysłała sms do kucharza i zamyśliła się. Dzisiejsze spotkanie z Wiktorem uświadomiło jej, że być może nie wszystko w jej życiu potoczyło się głupio. Mężczyzna, który przed dwudziestu kilku laty ze łzami w oczach zarzucił jej niewdzięczność, jednocześnie wyznając miłość, niewiele miał już wspólnego z tamtym chłopakiem. Pewny siebie Wiktor protekcjonalnym tonem dziękujący jej za zgodę na zorganizowanie spotkania, zupełnie nie przypominał chłopaka, z którym umówiła się kilka razy w ostatniej klasie liceum. Namawiał ją na spotkanie od wielu tygodni, a ona nie mogła się zdecydować. Podobał jej się, owszem, ale chciała być wolna. Dziewczyny, które znała, zmieniały się pod wpływem chłopców, co ją drażniło. Gdy im mówiła, że nagła zmiana zainteresowań jest po prostu śmieszna, zaprzeczały.

— Nie, to nie tak, po prostu lubię te mecze piłki ręcznej — mówiły z roztargnieniem, sprawdzając, czy lakier na paznokciach równo wysechł.

— W niedzielę nie mogę, coś mi wypadło — słyszała od przyjaciółek. Krygowały się, by za chwilę dodać z triumfującą miną: wiesz, jestem umówiona.

Tylko Iwona była inna. Zawsze znajdowała czas, i choć uchodziła za piękność, nie miała nikogo na stałe. Wybrzydzała, przebierała i wciąż mogła spędzać popołudnia z Kasią. Aż w końcu Kasia uległa — dała się zaprosić Wiktorowi na randkę i kiedy wydawało jej się, że się w nim zakochuje, świat zahamował.

Skłamałaby, gdyby zaprzeczyła, że nie myślała o nim potem, w pierwszych trudnych latach nawet często. Zastanawiała się, co by było, gdyby wtedy nie poszła na plażę, nie okłamała matki, czyli zachowała się odpowiedzialnie, jak potoczyłaby się jej znajomość z Wiktorem, może byliby razem szczęśliwi?

To “może” prześladowało ją przez długi czas, spokój i ukojenie znalazła dopiero tu, w “Latającym dywanie”, małej kawiarence, którą wciąż rozwijała w starym niewielkim domu dziadków. Odziedziczyła go po nich, z niewielką pomocą rodziców i kredytem bankowym — odremontowała. Stał blisko jeziora i kilka razy, na początku, gdy kredyt zjadał prawie sto procent zarobionych pieniędzy, gdy nadrabiała miną i całymi miesiącami odmawiała sobie wszystkiego, walczyła z pokusą sprzedania domu. Położenie przyciągało inwestorów, namawiano ją, kuszono. Sama już nie wiedziała, co powstrzymało ją przed desperacką sprzedażą, ale dziś gratulowała sobie tej decyzji. Jedynym minusem było to, że zajmując małe mieszkanko na górze — tak naprawdę prawie nigdy nie opuszczała pracy. Odruchowo pogłaskała blat starego kredensu. W dzieciństwie sięgał jej do brody, teraz stał się idealnym barem, przy którym spędzała wiele godzin.

Wiktor wychodząc pochwalił wystrój kawiarni i smak kawy.

— Nie wiedziałem, że tak zgrabnie urządziłaś to wnętrze — powiedział rozglądając się dookoła. — Gratuluję — uczynił ruch, jakby chciał ją uścisnąć.

Kasia bezwiednie cofnęła się o krok. Zauważył to i uśmiechnął się z pobłażaniem.

— Chciałem tylko podarować ci kilka egzemplarzy przewodnika. Znajdziesz dla nich miejsce na półce? — wskazał ręką małą biblioteczkę, z której korzystali goście.

— Oczywiście, dziękuję — odpowiedziała, marząc, żeby on i jego świta wreszcie wyszli.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.19