Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Blanca

Natalia Pyszka

Oślepiło ją bardzo jasne światło. Nie było to jednak słońce, ale coś z podobną siłą rażenia. Tyle że było jaśniejsze, wręcz białe. Po chwili zaczęło się rozpraszać, pozostały już tylko białe smugi, coś jak zasłona dymna. Niebo miało dziwny odcień. Biel mieszała się z błękitem, a miejscami przedzierały się różowe promyczki, czy też pomarańczowe. Wokół roztaczał się niebiański zapach kwiatów. Była w jakimś ogrodzie? A może łące? Rozejrzała się dookoła, starając się scalić przed oczami rozmyty obraz. Na szczęście jej ostrość wzroku powróciła niebawem i otaczająca ją kraina stała się bardzo wyraźna. Musnęła palcem płatki bladoniebieskiej róży, a ta natychmiast zwinęła się w kłębek. Zaskoczona, odskoczyła od niespotykanego dla niej okazu.

— I jak ci się tu podoba?

Usłyszała ten głęboki, dobrze jej znany w tym wymiarze głos. Spojrzała w bok i dostrzegła wysokiego, postawnego mężczyznę. Jego białe włosy kontrastowały z jego przystojną twarzą. Nie był ani młody ani stary. Wyglądał podejrzanie znajomo, lecz nie mogła sobie przypomnieć, kim on jest. Była pewna, że gdzieś go już widziała, ale gdzie…

— Niesamowite miejsce — szepnęła, patrząc mu w jego błękitne, przejrzyste oczy.

Nie odczuwała strachu. Nieznajomy na pozór mężczyzna nie wzbudzał w niej negatywnych emocji. Kiedy się do niej uśmiechnął, poczuła niewiadomego pochodzenia ciepło na sercu.

— Chodź, pokażę ci coś — dodał, nie spuszczając z niej wzroku.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale poszła za nim. Mijali ogromne fontanny z wymyślnymi rzeźbami, grządki kolorowych kwiatów, głównie róż i tulipanów. Było tam tak pięknie, jak w raju. I jeszcze ten upojny, słodki zapach roztaczający się wokół niej.

— Co to za miejsce? — zapytała cicho, jakby bojąc się, że spłoszy te niesamowite okazy zwierząt i roślin.

— Nasz ogród.

— Nasz? Nie znam tego miejsca.

Uśmiechnął się pobłażliwe, ale nic nie powiedział.

Oboje unosili się parę centymetrów nad ziemią. Tajemnicza postać nagle zatrzymała się przy jednej ze srebrnych ławeczek, ozdobionej fantastycznymi wzorami. Wokół niej rosły tylko białe róże. Wydawało jej się, że nie są tu jednak sami. Wyłapała drgania powietrza, sugerujące, że ktoś się zbliża. Po chwili zlokalizowała czyjś głos. Obcy, męski głos. Zbliżał się do nich od tyłu. Wykonała gwałtowny odwrót i nim oślepiło ją jasne światło, jak na początku, zobaczyła młodzieńca z blond włosami, ale niewyraźnymi rysami twarzy. Znów popadała w letarg. Wszystko zaczęło się oddalać…

Zerwała się z łóżka w mgnieniu oka. Znowu miała ten dziwny sen. Ostatnio śnił się jej coraz częściej. Tylko kim był ten człowiek, który oprowadzał ją po ogrodzie? Tam czuła, jakby znała go od zawsze, ale w rzeczywistości nigdy go nie spotkała. O co tu chodziło? Zawsze towarzyszyło jej pewne niemiłe uczucie, kiedy się budziła. Nie wiedziała, jak ma to wyjaśnić. To było coś, jakby nagle przekroczyła jakąś granicę, skakała pomiędzy dwoma wymiarami. Wiedziała, że od zawsze była inna. Dokładnie taka jak w swoim śnie. Powietrze było jej znacznie bliższe, niż całej reszcie ludzkości. Od dziecka potrafiła nim władać, w małym stopniu co prawda, ale i tak było to przerażające. Wiedziała o tym tylko jej matka. Nawet Diana, siostra bliźniaczka, nie wiedziała o jej przypadłości. Czasem się zastanawiała, dlaczego tylko ona ma tę moc. Była młodsza o kilka minut, a jednak to ona została tym napiętnowana. I wcale jej się to nie podobało. Z ciężkim westchnieniem, odrzuciła kołdrę i wygramoliła się z łóżka. Wsunęła na stopy białe kapcie i podreptała do wyjścia. Zanim jednak opuściła swój pokój, odwróciła dłoń od zewnątrz do podłogi, po czym wykonała szybki ruch, odwracając dłoń wewnętrzną stroną ku dołowi. Tym prostym sposobem nie musiała cofać się, żeby doprowadzić swoją pościel do ładu. Kołdra uniosła się i opadła równo na łóżko. Nie oglądając się za siebie, zbiegła po schodach w dół.

W kuchni już krzątała się Carolyn, jej matka. Była zjawiskową kobietą. Mimo swojego wieku, wciąż wyglądała młodo i świeżo. Blanca żałowała, że nie odziedziczyła po niej urody. W porównaniu do swojej rodzicielki wypadała blado. Z resztą obie siostry, były jak dwie krople wody, więc nie miały się czym martwić, że jedna jest piękniejsza od drugiej.

— Cześć mamo! — Cmoknęła kobietę w policzek, po czym usadowiła się przy stole.

— Dzień dobry, córciu — odparła Carolyn.

— Gdzie Diana? — zapytała, przeżuwając kawałek spieczonego tosta.

Zdziwiła ją nieobecność siostry. Zawsze zjawiała się na czas.

— Wyszła już. Dziś chciała być w szkole szybciej.

— Ale po co? — Nie potrafiła zrozumieć zapału siostry do nauki. Upiła łyk soku pomarańczowego i uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie, że Diana go nie znosiła. To była chyba jedyna różnica pomiędzy nimi, nie liczą przypadłości Blanci.

— Niektórzy w tym domu cenią sobie wykształcenie — mruknęła kobieta, przyglądając się córce. Była bardzo podobna do ojca. Szkoda, że nigdy go nie pozna…

— A niektórzy cenią sobie sen — odparowała i wgryzła się z kolejnego tosta.

— Twoja starsza siostra przykłada się do nauki, mogłabyś wziąć z niej przykład.

— Starsza o pięć minut — skorygowała. Nie znosiła tego określenia. Starsza. A guzik prawda, te kilka minut nie powinny być tak znaczące.

— Ale starsza — Carolyn posłała młodszej z pociech promienny uśmiech.

— Wiesz, znowu miałam ten dziwny sen… — odparła po chwili. — O co w tym chodzi? To dlatego, że jestem dziwadłem?

— Nie jesteś dziwadłem! Posiadasz cenny dar, doceń to.

— Wolałabym być normalna…

— Kochanie, to, że potrafisz robić coś nadzwyczajnego, nie czyni z ciebie odmieńca.

— Co jest ze mną nie tak?! Kim był nasz ojciec?

Kobieta wstała od stołu ze spuszczonym wzrokiem i zaczęła zbierać brudne naczynia. To było dla niej bardzo trudne. Życie okrutnie ją potraktowało. Ale miała na szczęście dwie wspaniałe córki, których nie oddałby nigdy i nikomu.

— Dlaczego unikasz tego tematu? — Balnca zirytowana poderwała się z miejsca i wlepiła wzrok w matkę.

— Prawie go nie znałam. Zauroczył mnie swoją wyjątkowością. Wyszło jak wyszło i okazało się, że jestem w ciąży. On nie mógł tu zostać. Pochodził z innego wymiaru. Jako ich przywódca, musiał wrócić. Chciał was zabrać ze sobą po porodzie, ale się nie zgodziłam. Odszedł i nigdy już się nie zobaczyliśmy. Wasze narodziny miały być naszą tajemnicą. Dla waszego bezpieczeństwa.

— Właściwie, to dobrze, że odszedł.

— Nawet nie wiem, czy żyje… Nic nie wiem. Zostawił mi na pamiątkę swój medalion. To wszystko, co mam.

— Jaki medalion?

— Powiedział, że może mi się kiedyś przydać, jeśli chciałabym go zobaczyć. Nie wyjaśnił na jakiej zasadzie działa, więc na nic mi on. To zwykły kawałek metalu.

— A co z Dianą? — zapytała po chwili namysłu. — Dlaczego tylko ja potrafię władać powietrzem?

— Ostrzegał, że jedna z was odziedziczy po nim umiejętności. Dlatego chciał was zabrać. Ale postanowiłam, że nawet jeśli jedna z was będzie inna, dla mnie to nie będzie przeszkodą. Kocham was takie, jakie jesteście.

— To Diana powinna mieć te dziwne moce. Jest starsza, silniejsza i na pewno poradziłaby sobie z nimi lepiej niż ja. One mnie niszczą… Nie chcę ich… Czuję się osłabiona przez to.

— To dlatego, że żyjesz tu, a nie tam. Najwyraźniej istnieje jakiś powód, dla którego to ty potrafisz to, co ojciec.

— To wszystko jest bez sensu… Ciekawe, czy istnieje jakiś sposób, na pozbycie się tego.

— Myślę, że musisz po prostu zaakceptować siebie. A teraz zbieraj się już do szkoły, bo późno się zrobiło.

Diana

Anna Jakimczuk

To był ponury dzień, pełen deszczu. Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, Diana pożegnała się ze znajomymi i opuściła szkołę. Oby nie było korków, pomyślała. Chciała jak najszybciej wrócić do domu. Ostatnio męczyła ją chandra. Miała dziwny nastrój, mimo iż w jej życiu nie działo się nic złego. To było jak zła wróżba, obce przeczucie zagrożenia. W autobusie usiadła na schodkach, by uniknąć tłoku. Pojazd powoli sunął zamglonymi uliczkami miasta. Dziewczyna nie miała daleko do przystanku, już po kilkunastu minutach mogła odetchnąć świeżym powietrzem. Poprawiła plecak na ramieniu i ruszyła przed siebie. Park był pusty, panowała tu mroczna cisza. W pewnym momencie poczuła, że szura sznurówką po ziemi. Ukucnęła, by zawiązać trampki. Nagle uczucie zaniepokojenia wzmożyło się. Wstała i poczęła rozglądać się. Nikogo tu nie ma, to tylko jakieś omamy, tłumaczyła sobie przyśpieszając kroku. Kiedy wróciła do domu, prędko zapomniała o złym samopoczuciu. Wieczór minął jej na nauce z siostrą. Wciąż rozbawiona pogawędką z Blancą, wyszła spod prysznica. Owinięta w ręcznik przysiadła na miękkiej pościeli.

— Nie ruszaj się. — Męski głos rozniósł się po jej pokoju. Diana przerażona powoli podniosła ręce ku górze, była pewna że w jej pokoju jest włamywacz.

— Błagam, nie rób mi krzywdy…

— Nie mogę cię skrzywdzić. Chodź ze mną.

Diana odwróciła się. Jej oczom ukazała się szczupła, chłopięca sylwetka, odziana w czarny płaszcz. Usta nieznajomego zasłaniała maska, znad której widać było tylko dwoje niesamowicie błękitnych oczu. Dopiero po chwili dostrzegła, że chłopak w ręce dzierży długi miecz. Zmrużyła oczy zaskoczona tym faktem.

— Nie chcesz nic z domu?

— Nie zadawaj pytań. Ubieraj się i chodź ze mną. — Napastnik zdjął kaptur, spod którego wypłynęły kaskady białych włosów, sięgających mu za uszy.

— Nigdzie z tobą nie pójdę!

— Nie każ mi tego robić.

— Czego?

W tej chwili białowłosy zbliżył się do Diany i nim się spostrzegła, jej ciało zwisało bezwiednie na jego prawym ramieniu.


Kiedy otworzyła oczy, oślepiło ją światło. Poczuła powiew chłodnego powietrza na twarzy.

— Obudziłaś się księżniczko. — Wciąż nie do końca łącząc wszystkie wątki, przeniosła wzrok na wysokiego blondyna, pochylającego się nad nią. Widząc jego przystojną twarz, zarumieniła się jak dziecko. Nieznajomy wpatrywał się w nią niezwykłymi oczami, a co w nich było tak niesamowitego? Jedno posiadało zieloną barwę, zaś drugie było błękitne.

— Gdzie ja jestem? — szepnęła.

— W swoim domu.

Diana powoli usiadła i rozejrzała się wokół siebie. Nie, to na pewno nie był jej dom. Niebo miało różowawą barwę, trawa byłą jasnozielona, świeża i pachnąca, a ludzie wysocy i piękni. Obraz ten nijak pasował do jej miasteczka.

— Nie kłam! — krzyknęła, zrywając się na nogi — Chcę wrócić do domu i to już! Pozwę was za porwanie!

— Spokojnie panienko. Za chwilę weźmiesz udział w ważnej bitwie, chcemy tylko, abyś użyła swojej siły i pomogła nam zabić wroga. Później pozwolimy ci odejść.

— Czy wy jesteście nienormalni? — Diana odsunęła się od blondyna.

— Rozumiem, że możesz czuć się urażona naszym nagłym wtargnięciem do twojego świata, lecz musisz nas zrozumieć. Twój ojciec dał nam wskazówki…

— Jaki ojciec? — przerwała — Nie mam ojca.

Rycerz zmarszczył brwi, nic z tego nie rozumiał.

— Jestem Taelin, syn generała królewskiego. — Pochylił się w geście szacunku.

— To nic nie zmienia. Chcę wrócić do domu.

— Nie możesz. Twój ojciec…

— Ile razy mam ci powtarzać, że nie mam ojca? Co to w ogóle za miejsce?

Diana zrobiła kilka kroków przed siebie. Przed nią rozpościerało się wielkie pole namiotowe. Ludzie krzątali się we wszystkie strony czyszcząc zbroje i przygotowując konie. Wyglądało to niczym inscenizacja jakiejś wielkiej, średniowiecznej bitwy.

— To twoje królestwo.

— Co?

— A to twoja broń.

Taelin wcisnął dziewczynie do rąk srebrny miecz. Diana, ku jego zaskoczeniu, ugięła się pod ciężarem królewskiej broni.

— Po co mi to dajesz? Przecież nie będę tego za ciebie nosiła.

Ten zamiast odpowiedzieć, pochylił się by spojrzeć jej głęboko w oczy.

— Nie ma mowy o pomyłce. Wyglądasz jak król — stwierdził po chwili.

— Jesteś chory. — Speszona odepchnęła chłopaka.

— No cóż, skoro nie chcesz teraz ujawnić nam swojej mocy, to dam ci szansę wykazać się w boju.


Czuła jak krew odpływa jej z twarzy. Dźwigała w rękach potężny miecz, starała się go nie upuścić, mimo że brakowało jej już sił. To było jak zły sen, koszmar. Stała naprzeciwko tysięcznej armii. Na nic zdały się wszelkie tłumaczenia. To był jej koniec. Spojrzała na zaróżowione niebo i uśmiechnęła się. Szkoda, że Blanca mnie teraz nie widzi, pomyślała. W tym momencie do jej uszu dotarł tętent kopyt. W jej kierunku zmierzała czarna postać na potężnym rumaku. Diana zadrżała, nie była w stanie się obronić, nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Zamknęła oczy, nie chcąc widzieć swojego końca, lecz zamiast bólu poczuła jak coś unosi ją nad ziemią.

— Trzymaj się mnie mocno.

Męski głos sprawił, że wróciła na ziemię. Instynktownie objęła w pasie nieznajomego. Pędzili teraz w stronę przeciwnika. Przerażona, chciała krzyczeć, lecz zimne powietrze podrażniło jej gardło, nie miała już siły. Jej głowa opadła na barki porywacza. Czuła ciepło i przyjemny zapach ciała jeźdźcy.

Yeon popędzał Barona, nie był pewien ile czasu minie, nim armia królewska zorientuje się, co tu zaszło. Sam zachował się impulsywnie, plan porwania księżniczki wpadł mu do głowy, gdy pierwszy raz upuściła miecz. Byłą słaba i to była ich jedyna szansa. Wzdrygnął się czując jak dziewczyna mocno go obejmuje. Brzydził się nią, brzydził się krwią jej ojca.

— Wycofujemy się!

Jego krzyk rozniósł się po całym polu. Dał znak generałowi, że ma to być błyskawiczne rozproszenie. Armia czarnych wierzchowców rozbiegła się w różnych kierunkach. Nie było szans na to, by go złapali. Teraz otoczony przybocznymi strażnikami, pędził w stronę domu.

Kruczoczarne włosy zasłaniały część jego twarzy. Nie wiedziała czy jest młody, czy stary. Powolnym ruchem poprawił maskę zasłaniającą jego usta. Nie tak wyobrażał sobie księżniczkę, córkę wielkiego króla. Ta mała istotka nie była w stanie podnieść się z kolan, a co dopiero nieść brzemię władzy. Dziewczyna przerażonym wzrokiem wodziła po twarzach zebranych, starała się przebić przez mrok panujący w tym cuchnącym miejscu.

— Jesteś dzieckiem Delina?

Diana skupiła się na głosie nieznajomego.

— Kogo? — Nie ukrywała zaskoczenia. Nikt nie odpowiedział. Yeon zmrużył oczy, studiując dokładnie jej rysy twarzy. Musiała być jego córką, to nie mogła być pomyłka, lecz dlaczego nie miała mocy?

Blanca

Obudziła się ze złym przeczuciem. Jej spokojny sen coś zakłóciło. Czuła, jak jej serce bije w szalonym rytmie. Dziwne mrowienie w kończynach sprawiło, że nie mogła się swobodnie poruszać. Ciężko oddychała, miała wrażenie, że coś uciska jej klatkę piersiową. Po paru minutach wszystko wróciło do względnej normy. Udało jej się zasnąć. Oczy otworzyła dopiero rano, ale wciąż miała złe przeczucia. Niepokój jej nie opuszczał. Tylko jakie było jego źródło?

Szybko się ubrała i przygotowała do wyjścia. Zeszła na dół do kuchni, ale nikogo tam nie zastała. Matka musiała iść już do pracy. Tknięta przeczuciem, udała się do pokoju siostry. Zapukała do drzwi, jednak odpowiedziała jej głucha cisza. Ostrożnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Pokój był pusty. Zamarła, widząc otwarte okno i kilka rzeczy porozrzucanych w nieładzie. Diana nigdy nie zostawiłaby pokoju w takim stanie. Poza tym, przenigdy nie otwierałaby okna na całą noc. W środku było tak zimno, że świeże powietrze na pewno miało dostęp do pomieszczenia przez dłuższy czas. Ogarnęło ją przerażenie, na myśl o zniknięciu siostry. Czy to miało coś wspólnego z wczorajszym przebudzeniem i niespotykanym dotąd u niej stanem niepokoju? Wyczuwała dziwną aurę dookoła siebie. Zamknęła oczy, skupiła się na wspomnieniach o siostrze i wykonała kilka powolnych ruchów dłonią, na wysokości swoich ramion. Kreśląc w powietrzu okręgi i fale, scalała cząsteczki powietrza tak, że była w stanie wyczuć, kiedy jej siostra przepadła. Drgania były słabe, czyli stało się to kilka, kilkanaście godzin temu. Unosił się też tu jakiś obcy zapach. Ktoś jeszcze tu był. I to on stoi za porwaniem jej siostry. Wściekła, machnęła ręką, nie panując nad swoimi ruchami. Ku jej zaskoczeniu, pospadały wszystkie obrazki ze ścian z hukiem na podłogę, wskutek jej działań. Jeszcze nigdy jej moc nie objawiła się z taką siłą. Dopiero zauważyła, że kilka mebli również zmieniło swoje położenie o kilka centymetrów. Przerażona, szybko wróciła do swojego pokoju. Zacisnęła drżące dłonie i opadła na łóżko. Kiedy udało jej się jakoś opanować emocje, powoli wstała. Wyprostowała się i stanęła przed szafą. Wyciągnęła dłoń naprzeciw siebie, zacisnęła palce i odetchnęła. Gwałtownie je wyprostowała i w tym monecie szafa z impetem się otworzyła. Powylatywały z niej wszystkie ubrania, tworząc bałagan na podłodze. Szeroko otworzone oczy Blanci i rozdziawione usta idealnie odzwierciedlały jej stan. Szok i niedowierzanie.

— Chryste… Co mi się stało? Jakim cudem to się nasiliło?! Dlaczego?!

Opadła na kolana i zakryła twarz dłońmi. Ze złości uderzyła otwartą dłonią o podłogę. Krzyknęła przerażona, kiedy wszystko, co znajdowało się w pobliżu niej, uniosło się w górę po czym z hukiem opadło z powrotem na swoje miejsce.

— Nie… Proszę, nie! Nie chcę być jeszcze większym dziwolągiem… To wszystko przez ojca. Muszę go odnaleźć. Medalion…

Wybiegła na korytarz i wpadła do pokoju matki jak błyskawica. Przeszukała wszystkie szuflady, aż w końcu natknęła się na ten wisiorek. Nie wyglądał za ciekawie. Ot, zwykły, okrągły kawałek metalu z ciemnym nalotem powstałym od upływu czasu. Kiedy jednak miała go już w ręce, zaczął się poruszać. W końcu uniósł się ponad jej dłoń i zaczął powoli się otwierać. Ze środka wydobywały się jasne promyki. Dopiero, gdy zaprezentował się w pełni, smugi światła rozpoczęły swój szaleńczy taniec. To rozpraszały się ku dołowi, to ku górze. Po chwili wirowały w zawrotnym tempie. Wytwarzały fale powietrza, które rozwiewały jej ciemne, kręcone włosy na wszystkie możliwe strony. Jej jasnoniebieskie oczy zalśniły, kiedy tajemnicze światło opuściło medalion i zatrzymało się tuż przed nią. Zaczęło się powiększać, aż utworzył się portal. Białe światło biło z przeciwnej strony. Kiedy w końcu przestało razić ją w oczy, dostrzegła ten sam ogród, co w swoich snach. Zaabsorbowana tym widokiem postąpiła krok na przód. Powoli, wciąż czując pewne obawy, ostrożnie wyciągnęła dłoń naprzeciw siebie. Opuszkami palców zetknęła się z portalem, a ten natychmiast wciągnął ją do środka i błyskawicznie się zamknął. Medalion upadł na podłogę i został w sypialni matki. Jeszcze wtedy nie wiedziała, ile będzie ją to kosztowało.

Przerażona, zaczęła niezgrabnie podnosić się z kamiennego chodniczka. Na początku nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, że tutaj jest lżejsza niż w normalnym świecie. Niepewnie, stawiała małe kroczki na przód. Kiedy w końcu przywykła, mogła się rozejrzeć. Niesamowite! To ten sam ogród, który tak często jej się śnił! Czy może spotka tu tego nieznajomego, który ją oprowadzi i wyjaśni, co się dzieje? Nie zdążyła nawet przejść dziesięciu metrów, a już wyczuła, że nie jest sama. Ktoś się zbliżał i to z zwrotną szybkością. Zaczęła się gorączkowo rozglądać za jakąś kryjówką. Zobaczyła grządki tulipanów i róż. Westchnęła zrezygnowana, nie widząc innej szansy. Wskoczyła pomiędzy tulipany. Na jej szczęście były bardzo gęsto posadzone. Wcisnęła się pomiędzy nie i czekała. Po chwili ktoś przeszedł obok, zatrzymał się na chwilę, po czym znów się oddalił. Odetchnęła z ulgą, myśląc, że jest już bezpieczna. Cóż, pomyliła się. Atak nastąpił z niespodziewanej strony. Te przeklęte kwiaty zaczęły coś szeptać. Tak, kwiaty! Z krzykiem wybiegła spomiędzy nich, przewracając się o własne nogi, wylądowała na samym środku chodniczka. Ciężko oddychając, nie mogła pozbierać myśli. Co tu się do diabła działo?! Gadające kwiaty?!

— Skąd się tu wzięłaś? Uciekłaś?

Podskoczyła, słysząc męski głos. Siedząc na zimnych kamyczkach, szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w wysokiego i nieziemsko przystojnego mężczyznę. Ale to jego oczy były czymś, co niezaprzeczalnie przykuwały uwagę. Prawe miało odcień błękitnego nieba, a lewe czystej zieleni. Jego blond włosy swobodnie tańczyły wokół smukłej twarzy.

— Słucham? — wydukała przerażona.

— To jakaś twoja taktyka? Jak to zrobiłaś?

— Ale co? Kim ty w ogóle jesteś?! Co ja tutaj robię?!

— Księżniczko, dobrze się czujesz? — Podał jej rękę, ale nawet na nią nie spojrzała.

— Ja wyśmienicie, lepiej zapytam się, czy z tobą wszystko gra?

— Chodźmy do zamku, tam porozmawiamy.

Chciał chwycić ją za rękę i pomóc jej się podnieść z ziemi, ale ta natychmiast się odsunęła, wstała i zrobiła kilka kroków wstecz.

— Proszę mnie nie dotykać.

Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc jej postawy. Coś tu mu nie pasowało. Tamta poprzednia była bardziej przerażona i nie potrafiła władać mocą poprzedniego władcy. A ta? Zrobił kilka kroków na przód. Zanim jednak zdołał się do niej zbytnio zbliżyć, w jej oczach pojawiło się coś, co zmusiło go do zatrzymania się. Ich wyraz był dokładnie taki sam, jak u króla. Machnęła ręką przed sobą, patrząc na niego groźnie. Poczuł jak potężna fala powietrza uderza w niego i odrzuca go.

— Nie zbliżaj się, ty popaprańcu! Gdzie Diana?! Wiem, że jakoś się tu znalazła! Oddajcie mi moją siostrę!

A więc to tak. Bliźniaczki. Ciekawie. Jedna jest zwyczajna, druga jest dziedziczką. Jak mogli nie wziąć tego pod uwagę?

— Nie wiem o czym mówisz — odparł bezbarwnym głosem.

Odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać. Musi znaleźć Dianę i jak najszybciej stąd się ewakuować. To miejsce przyprawiało ją o ciarki na całym ciele. Z zaskoczeniem odkryła, że jakaś tajemnicza siła wpadła na jej plecy i przygwoździła ją do podłoża.

— Nie wierć się tak… Nie chcę zrobić ci krzywdy.

— Złaź ze mnie zboczeńcu!!!

Wierzgała się jak rozjuszony tygrys. Udało jej się wytworzyć kilka fal powietrza i zrzucić z siebie napastnika. Wstała i znów zaczęła atakować. Ku jej zaskoczeniu, tym razem uniknął wszystkich jej ciosów. W mgnieniu oka znalazł się może centymetr od niej i przeszywając ją swoim zabójczym spojrzeniem, skrępował jej ręce za plecami.

— To dla bezpieczeństwa, księżniczko. Nie gniewaj się.

— Nie nazywaj mnie tak! Nie jestem żadną księżniczką! Mam na imię Blanca. Tylko i wyłącznie Blanca. Rozumiesz to?

— Miło mi cię poznać, wasza wysokość. Jestem Taelin. — Ukłonił się szarmancko, ale na jego ustach nie zagościł nawet cień uśmiechu.

— Jesteś nienormalny. Uwolnij mnie!

— Nie mogę.

— Gdzie ja w ogóle jestem? Co to za miejsce?

— Twój dom. Chodź ze mną.

— Nie zamierzam. Masz mnie natychmiast uwolnić i zniknąć mi z oczu. — Patrzyła na niego z taką pogardą, że o mało się nie roześmiał. Była fascynująca, doprawdy. Ciekawe jak długo będzie zadzierała nosa. Już on zadba o to, żeby to długo nie potrwało. Ta mała istota nie miała pojęcia, z kim na do czynienia. Pociągnął ją za ramię, zmuszając, do ruszenia się z miejsca.

— Nie traktuj mnie jak jakieś popychadło! — warknęła, rozzłoszczona.

— To się nie opieraj.

Prychnęła pod nosem, ale poddała się. Dalsza walka nie mała sensu. Zaprowadził ją do ogromnego zamku. Wchodząc do środka, miała wrażenie, że wkracza do innego świata. Było tu pięknie, jak z bajki. Przepych i bogactwo, to widziała. Złoto, srebro, porcelana, diamenty. O mało nie otworzyła ust ze zdziwienia. Nigdy nie widziała czegoś równie pięknego. Oglądała nowe miejsce z zaciekawieniem. Liczne obrazy, małe rzeźby i wiele innych ozdób dopełniały wspaniałość tego miejsca.

— Podoba ci się tu?

Kiwnęła głową, zbyt przejęta oglądaniem, żeby odpowiadać.

— Taelin! — Po korytarzu rozniósł się donośny krzyk.

Odwróciła się i dostrzegła mężczyznę w średnim wieku. Mierzył młodzieńca ognistym spojrzeniem. Ubrany był w nietypową zbroję. Zapewniała mu swobodę ruchu. Nie była nigdzie scalona, tylko swobodnie opadała na jego ciało. Wyglądał na ważną osobę.

— Witaj ojcze.

— Co ty wyprawiasz?! Natychmiast ją rozwiąż! Traktujesz ją jak więźnia?! Oszalałeś?!

— Nie miałem innego wyjścia… Chciała mnie zmieść z powierzchni ziemi.

— I szkoda, że się nie udało… — mruknęła pod nosem. — Na co czekasz?! Zdejmij ze mnie to żelastwo!

Starszy z mężczyzn zachichotał pod nosem i odparł:

— Masz charakter ojca, to świetnie.

— Ja nie mam ojca…

Taelin wykonał kilka zwinnym ruchów za jej plecami i już była wolna. Rozmasowała bolące nadgarstki i posłała mu nienawistne spojrzenie.

— Nie wiesz kim jesteś? — zapytał zaskoczony.

— Nie jestem wariatką! Wiem kim jestem, to wy macie jakieś urojenia! Bierzecie mnie za kogoś, kim nie jestem!

— Jestem Somal, dowódca wojsk królewskich. Mam obowiązek wyprowadzić cię z błędu.

— To nic nie da ojcze, próbowałem, ale mnie nie słucha — wtrącił blondyn, mierząc ją srogim spojrzeniem.

— Powiem to ostatni raz. Jestem Blanca. Nie wiem jak tu się znalazłam, ale chcę stąd się wydostać. Przed tym muszę odnaleźć siostrę.

— Siostrę? — Ojciec chłopaka zbladł.

Taelin wykonał kilka ostrzegawczych ruchów za jej plecami, błagalnie patrząc na ojca.

— Tak. Diana. Gdzie ona jest?

— Nie mam pojęcia, moja droga. Możemy pomóc ci ją znaleźć, ale pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Ty pomożesz załatwić nam jedną sprawę.

— To znaczy?

— Pewnie zauważyłaś, że posiadasz nadzwyczajne umiejętności?

— Ciężko tego nie zauważyć…

— No właśnie. Odziedziczyłaś je po ojcu. Zmarł kilka lat temu i od teraz mamy problemy z buntownikami. Pomóż nam ich uciszyć, a my pomożemy tobie.

— Niby jak mam to zrobić? Potrafię tylko wytworzyć fale powietrza i tyle. Marny ze mnie wojownik.

— Tak ci się tylko wydaje. Trening zapewni ci odpowiednie wyszkolenie. Poza powietrzem masz w sobie zapieczętowane też inne moce. Woda, ziemia, ogień. To wszystko jesteś w stanie opanować.

— Co? — wydukała ledwie słyszalnym głosem. To znaczy, że nie pozbędzie się tego przeklętego daru, a na dodatek jest w stanie opanować inne żywioły? To chyba jakiś żart. Poczuła, że ziemia usuwa się spod jej stóp. Straciła kontakt z rzeczywistością.


Z początku mogła usłyszeć tylko niewyraźne głosy. Poczuła przyjemną woń roztaczającą się wokół niej. Czyżby ktoś był obok? I pochylał się nad nią? Nie musiała otwierać oczu, żeby mieć pewność. Czyjś delikatny oddech owiewał jej twarz. Ostrożnie otworzyła oczy i dostrzegła dziecięcą buźkę kilka centymetrów od swojej twarzy. Dziecko szeroko się uśmiechnęło, widząc, że Blanka się ocknęła.

— W końcu się obudziłaś! — Dziewczęcy głosik rozniósł się po całym pokoju. — Dziwnie wyglądasz… — skrzywiła się, widząc podkrążone oczy i wybladłą cerę dziewczyny. — Co się stało z twoimi włosami? — Dotknęła pokręconych pasm.

Blanca dopiero teraz zauważyła, że dziewczynka jest po prostu prześliczna. Jej proste blond włosy, jasne oczy i porcelanowa cera wyraźnie górowały nad zwyczajną urodą starszej dziewczyny.

— Lilian, nie męcz naszego gościa. — Zza pleców dziecka wyłonił się Taelin. — Idź do swojego pokoju. — Dziewczyna kiwnęła głową i po chwili już jej nie było. — Jak się czujesz? — dodał, kiedy zostali sami.

— Co się stało? — Dotknęła dłonią czoła. — Chyba o coś się uderzyłam.

— Upadłaś, zanim ktokolwiek zdążył zareagować i ci pomóc.

Była niemal pewna, że kłamie. A to kanalia! Stał może ze dwa kroki od niej. Rzeczywiście, szmat drogi do przebycia. Specjalnie pozwolił jej wyrżnąć o podłogę.

— Ach tak — odparła z pogardą. — W takim razie byłabym wdzięczna, gdybyś się z łaski swojej odsunął. Stoisz stanowczo za blisko. — Machnęła ręką, na znak, żeby się oddalił. Nie spodziewała się, że znów użyje przez przypadek swoich mocy. Gdyby się porządnie nie zaparł, upadłby. Jego włosy gwałtownie zostały odgarnięte do tyłu.

— Przestań to robić.

— Niechcący — odpowiedziała ze skruchą, zgodnie z prawdą.

— Oczywiście — sarknął z ironią.

— Naprawdę nie chciałam!

— Ostrzegam, że ci kiedyś oddam — szepnął konspiracyjnie, pochylając się nad nią.

Cofnęła się zarumieniona tą nagłą bliskością.

— Synu, odsuń się.

Młodzieniec posłusznie wykonał rozkaz. Stanął obok łóżka, na którym leżała i uważnie przyglądał się jej rysom twarzy. Była inna, niż tutejsze kobiety. Nieciekawa uroda i niski wzrost. Nic specjalnego. Westchnął, słysząc pytanie ojca:

— Blanco, podjęłaś decyzję?

— Chcę odzyskać siostrę. Za wszelką cenę.

— Doceniam poświęcenie i odwagę. To znaczy, że się zgadzasz?

— Tak. Naucz mnie, jak mam to opanować.

— Będę zaszczycony. Najpierw musisz oswoić się ze swoją najmocniejszą stroną. Powietrze, na nim się teraz skupimy.

— Dobrze, ale…

— Tak?

— Nie, już nic. Zacznijmy od razu. Nie mam czasu do stracenia. Diana… ona mnie potrzebuje. — Zacisnęła pięści, czując nadchodzącą falę płaczu. Jaką miała pewność, że jej siostra w ogóle jeszcze żyje? Przecież w tym świecie była bezbronna.

— Spokojnie, na pewno ją uratujesz.

— Obym miała kogo ratować… Jeśli coś jej się stało… Zabiję tego, który do tego dopuścił. — W jej oczach zapłonął płomień żądzy mordu. Dokładnie taki sami, jak w oczach Daelina, ojca Blanci.

— Masz dobrą motywację. Dziś jeszcze odpocznij, ale jutro z samego rana zaczniemy trening. Osobiście będę cię trenował.

— Ojcze, jesteś pewien, że da radę? Spójrz tylko na nią. To jakaś pomyłka!

— Jak śmiesz?! — Poderwała się z miejsca, słysząc jego niepochlebną uwagę. — Jeśli zechcę, to wyślę cię na sam koniec tego świata, ty przemądrzały egoisto!

— Tak? To spróbuj.

Ich wściekłe spojrzenia się skrzyżowały. Miała wrażenie, że w jego niesamowitych oczach dostrzegła prawdziwe płomyki. Tak, na pewno tak było. Zacisnął pięści, które natychmiast zapłonęły żywym ogniem. A więc taką miał moc. Władał ogniem.

— Taelin, uspokój się. Nie zachowujesz się jak przystało. Od kiedy to jesteś taki arogancki?

Prychnął niezadowolony, że ojciec broni tej wywłoki.

— Irytuje mnie to, że skaczecie wokół niej, choć jest do niczego.

Blanca wzięła głęboki oddech. Już ona mu pokaże, co potrafi. Wokół niej powoli zaczęła tworzyć się aura powietrza. Uniosła się kilka centymetrów nad ziemię, a jej oczy stały się całkowicie niebieski, zanikły źrenice i białka oka. Wszystko zapełniło się błękitem. Włosy wirowały wokół jej twarzy, a od jej sylwetki biła niezwykła moc.

— Do niczego, powiadasz? — Jej głos stał się aksamitny i odbijał się echem od ścian pokoju. — Pożałujesz!

W mgnieniu oka wykonała kilka gwałtownych ruchów dłonią i wytworzyły się małe trąby powietrze, które zaczęły siać spustoszenie w całym pokoju. Celowała w młodzieńca, ale nie bardzo jej to wychodziło. Mierzył ją rozwścieczonym wzrokiem.

— Przestań! Jesteśmy w zamku! Oszalałaś?! — warknął.

— Blanco, proszę uspokój się. To nic nie da — wtrącił się Somal.

— Zapłaci mi za te bezczelne uwagi! — Jej stopy dotknęły podłogi, ale aura pozostała.

Patrzył na nią obojętnym wzrokiem. Taki żółtodziób jak ona, nie miała z nim najmniejszych szans. Chyba pora to udowodnić.

— Śmiało — celowo ją prowokował.

Zbliżyła się do niego i próbowała powalić go atakami z dystansu. Widząc jednak, że to nic nie daje, uznała, że może spróbować walki wręcz. Zamachnęła się nogą, ale z łatwością zablokował jej cios. Odtrącił ją tak, że o mało nie upadła. Teraz nadeszła jego kolej. Wytworzył kilka niegroźnych kul ognia i posłał jej w jej kierunku. Każda ją trafiła. Wykończona, opadła na podłogę, a jej moc ją opuściła. Znów była tylko zwykłą, wystraszoną dziewczyną. Jednym zwinnym ruchem podniósł ją z klęczek i potrząsnął nią.

— Teraz rozumiesz? Nie masz żadnych szans. Nawet nie musiałem używać swoich broni. Atakujesz chaotycznie, nie przemyślanie i łatwo cię rozszyfrować.

— Zabierz ręce… — wykrztusiła, wciąż zmachana.

— Słucham?

— Zabieraj łapy! — Tym razem odepchnęła go od siebie jak zarazę. — Nie życzę sobie, żebyś mnie dotykał. Wyjdź stąd. Nie chcę na ciebie patrzeć.

— Będziesz musiała się przyzwyczaić. Tak się składa, że będę poniekąd twoim opiekunem, kiedy ojca nie będzie. A często go nie ma.

— Po moim trupie!

— Da się załatwić — posłał jej złośliwy uśmieszek i chciał poklepać ją po głowie. Ona jednak natychmiast odskoczyła.

— Mówiłam, że masz mnie nie dotykać!

— Boisz się, że cię czymś zarażę? — zakpił.

— Owszem. A tego co słyszałam, idiotyzm może być zaraźliwy, więc się nie zbliżaj.

— Słuchaj no, kruszynko. Nie radzę ci robić sobie ze mnie wroga. To złe posunięcie.

— Nie jestem żadną kruszynką! To ty jesteś jakiś przerośnięty.

Dopiero teraz zauważyła, że są sami. Ojciec Taelina chyba zwątpił i po prostu odszedł.

— Tutaj każdy jest mniej więcej w moim wzroście. I kto tu jest odmieńcem, co? Spójrz na siebie. Rozczochrane włosy, szara cera, oczy bez blasku i do tego wzrost poniżej przeciętnego.

Wiedziała to, nie musiał jej tego mówić. Sprawił jej przykrość tymi słowami. Nie była piękna, to fakt, ale nie musiał tego tak podkreślać. Zrobiło jej się naprawdę przykro. Odwróciła się do niego plecami i przycupnęła na skrawku łóżka.

— Jeśli już skończyłeś, to zostaw mnie samą. Chcę nabrać sił na jutrzejszy dzień.

Głos zaczął jej drżeć, więc nic więcej nie powiedziała. Poczuła tylko kilka łez na policzku. Wyszedł, nie odpowiadając.

Co za nadęty burak! — pomyślała. — Nie chcę tu być. Ale muszę to zrobić dla Diany. Odnajdę ją, choćby nie wiem co.

Leżała bez ruchu przez jakiś czas. Nie miała pojęcia, co tutaj w ogóle robi. Nic nie wiedziała o tym świecie. Znalazła się tu znikąd, a oni chcą, żeby dla nich walczyła. To śmieszne. Miała ryzykować życie, dla czegoś, co nie miało dla niej wartości? Gdyby nie Diana, już dawno by jej tu nie było. Ale musi uratować siostrę. Gdzie ona w ogóle jest? Dlaczego nikt nie chce jej nic powiedzieć?

Wstała i udała się do wyjścia. Uznała, że rozeznanie się w terenie będzie

dobrym posunięciem. Zebrała w sobie całą swoją odwagę i podeszła do drzwi. Uchyliła je i o mało nie wpadła na białowłosego młodzieńca. Spojrzał na nią, jak na ducha.

— To ty żyjesz?

— Słucham?

— Jakim cudem? Myślałem, że cię zabili.

Nie rozumiała tych ludzi. O co im wszystkim chodziło?

— Tak, żyję i mam się dobrze. A teraz z łaski zejdź mi z drogi, bo chcę przejść.

Na jego ustach zaczaił się szelmowski uśmieszek. Chciała przejść? Nie tak szybko.

— Najpierw powiesz mi, co robiłaś w mojej komnacie.

— Twojej? — zdziwiła się. — To ten cholerny kolorowy bufon mnie tam ulokował.

— Kto?

— Chyba ma na myśli mnie. — Zza filaru wyłonił się Taelin, uśmiechając się łobuzersko.

— Co ona robi w moim pokoju? — warknął białowłosy.

— Posłuchaj mnie dzieciaczku — spojrzała na niego wyniośle. Byli podobnego wzrostu, co ją zaskoczyło. Pewnie miał jeszcze przed sobą dorastanie. Wyglądał na młodszego od niej i taki też pewnie był. — Też tu jestem i masz mówić do mnie, jak chcesz się czegoś dowiedzieć.

— Jak mnie nazwałaś? — Jego nieskazitelnie niebieskie oczy zalśniły groźnym blaskiem.

— Tak jak usłyszałeś.

Tealin zaśmiał się donośnie i wtrącił:

— Jak na prawdziwe rodzeństwo przystało, od początku drzecie ze sobą koty.

— Co?! — Oboje spojrzeli na niego, jak na kogoś, kto postradał zmysły.

— Fajnie, że mi mówisz. Ciekawe czego jeszcze się dowiem. Nie dość, że podobno mój ojciec był tu królem, mam jego moce, to jeszcze poza Dianą mam rodzeństwo?! — niemal to wykrzyczała. Była roztrzęsiona. To było za wiele jak na jeden dzień.

— Tak, to twój brat, Cristian. — Wskazał na białowłosego. — A to jest Blanca, twoja starsza siostra. — Tym razem jego słowa były skierowane do młodzieńca.

— Rozumiem — odparł po chwili Cristian, kiedy dotarło do niego, jak bardzo się pomylił. Porwał nie tę, co trzeba było, wyśmienicie…

— Za to ja nic nie rozumiem. Teraz mi wybaczcie, idę stąd.

Odchodząc, szerokim łukiem ominęła Taelina, posyłając mu wymowne spojrzenie. Ten uniósł jedną brew i nie zamierzał odpuścić. Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie sprawnym ruchem, zupełnie tak, jakby była jakiś przedmiotem.

— Puszczaj! — krzyknęła.

— Nie przywitałaś się odpowiednio z bratem. Gdzie twoje maniery?

Udało jej się odepchnąć go od siebie. Wzdrygnęła się, czując na sobie jego dotyk.

— Zostały po drugiej stronie, razem z moim życiem.

Posłała mu jedno nienawistne spojrzenie i odeszła.

— To niby ma być moja siostra? — zapytał Cristian, kiedy zostali sami.

— Niestety… Jak widać, do niczego się nie nadaje. Twój ociec popełnił błąd przechodząc do innego wymiaru. Teraz my płacimy za jego wybryki.

— Dziwnie wygląda…

— Też mnie to zastanawia. Ma geny ojca, więc powinna olśniewać, a tym czasem nie ma na czym zawiesić oka. Poza tym, jej matka podobno jest piękna. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

— Niby jest jakieś podobieństwo pomiędzy nami, ale nie ma w sobie tego blasku.

— Nie przejmujmy się tym. Ma tylko nam pomóc pozbyć się Brudnego Anioła. Po tym może iść, gdzie jej się żywnie podoba.

— A jeśli się nie zgodzi? Przecież ta Diana… Ona…

— Wiem. Popełniliśmy błąd, nie upewniając się, że mamy właściwą osobę, ale trudno. Co się stało, to się nie odstanie. Ona o niczym nie wie i się nie dowie. Jej siostra zapewne już nie żyje, bo po co mieliby ją trzymać. Jest jeszcze bardziej bezużyteczna, niż Blanca.

— Powinniśmy spróbować ją odbić. To w końcu też moja rodzina. I to ja ją w to wpakowałem — skrzywił się.

— Wiem o tym. Planujemy to, choć nie wiem, czy to ma jakiś sens, skoro nie mamy żadnej pewności, że żyje.

— Wyślemy szpiegów.

— Dobry plan. Chodźmy skonsultować to z moim ojcem, on zadecyduje.

Diana

Przez siedem dni trzymał ją w lochu. Kazał traktować ją dobrze, lecz sam nie był w stanie na nią patrzeć, to przywoływało bolesne wspomnienia. Delin był bestią, a ona miała w sobie jego krew.

— Panie. — Yeon otworzył oczy, wybudzony z drzemki. — Więzień gorzej się czuje.

Generał Asha stała umundurowana tuż nad fotelem swojego dowódcy. Jej długie, platynowe włosy delikatnie muskały jego twarz.

— Ucisz ją i tyle.

— Lepiej będzie, jeżeli tam pójdziesz i zakończysz całą sprawę…

— Zamilcz — przerwał jej. — Nie będziemy jej zabijać.

— Jak sobie życzysz. — Kobieta usunęła się w cień, pozwalając Brudnemu Aniołowi przejść.

Kiedy dotarł do lochów, usłyszał szloch. Pozostał w cieniu, nie chcąc by Diana zauważyła jego obecność. Dziewczyna kurczowo zaciskała dłonie na kratach, miała bladą, zakrwawioną twarz i podkrążone oczy. Jej łzy sunęły strumieniami ku ziemi.

— Jesteś córką króla?

Podniosła głowę przerażona, widząc jak z ciemności wychodzi męska sylwetka, odsunęła się pod ścianę.

— Nie, nie jestem niczyją córką. — Jej głos był pewny. Yeon podszedł pod kraty, do jego nozdrzy doszedł zapach potu.

— Nie wiesz kim jestem?

— Nie wiem gdzie jestem — zaśmiała się histerycznie. — Nie wiem kim jesteś, dlaczego mnie głodzisz, dlaczego bijesz?

Yeon zaklął w myślach. Zakazał strażnikom dotykania księżniczki.

— Jesteś córką króla, a my…

— Wy jesteście potworami! — syknęła podnosząc się z ziemi.

— Nie, mylisz się. Jesteśmy prostym ludem, który uciekł od władzy twego ojca.

— Nie mam ojca. Mój ojciec odszedł.

— Król zginął parę lat temu.

— Nie znam żadnego króla, nie jestem nawet stąd.

Mężczyzna pokręcił głową i delikatnie ściągnął maskę z twarzy. Dziewczyna ujrzała mroczny uśmiech, czający się w kącikach jego ust. Chciała mu się przyjrzeć, lecz mrok wciąż stanowił dla niej przeszkodę nie do pokonania.

— Pójdziesz zaraz się wykąpać i odziać.

— Czekaj! — Księżniczka przylgnęła do krat, chwytając kraniec szaty Yeona. — Powiedz mi gdzie jestem.

— W moim królestwie.


Krępy człowiek w masce poprowadził ją wąskim korytarzem do drewnianych drzwi. Uchylił wrota, wówczas oślepiło ją jaskrawe światło. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do panującej tam aury, dostrzegła, że znajduje się w jasnym korytarzu. Wielkie witraże wpuszczały do pomieszczenia promienie słoneczne, które kaskadami opadały na jej twarz.

— Tutaj. — Odwróciła głowę, słysząc damski głos. Pod marmurową kolumną, stała szczupła kobieta. Platynowe włosy nieznajomej kontrastowały z jej ciemnymi oczami. Wierciła Dianę wzrokiem niczym największego wroga.

— Tak jest, pani generał. — Strażnik pchnął księżniczkę w stronę kobiety.

— Jestem generał Asha i od dzisiaj będziesz pod moją pieczą. Radzę ci nie próbować niczego głupiego.

Diana wzruszyła ramionami, nie kryjąc, iż to wszystko wydaje jej się beznadziejną paranoją. Kroczyła teraz za Ashą rozglądając się dookoła. Miejsce te było naprawdę urocze. Wydawało się świeże i piękne. Zieleń za oknami kołysała się pod wpływem lekkiego wiaterku, słońce raz po raz ukazywało się pomiędzy niewielkimi chmurami. Sam budynek robił kolosalne wrażenie, Diana nie wiedziała jak długo szły, lecz po drodze mijały wiele drzwi i korytarzy. W końcu dotarły do celu.

— Zostawiasz mnie samą? — Zaskoczona księżniczka spojrzała na panią generał, opuszczającą pomieszczenie łaźni.

— Chyba nie muszę uczyć cię używania wody?

— Chyba nie…

— Masz piętnaście minut. — Asha zamknęła wrota.

Wszystko w tym pomieszczeniu wydawało się jakieś inne, dziwne i niezrozumiałe. Wanna była wielkości małego basenu, nie miała kranu, zaś woda w niej była lazurowa. Diana ociągała się ze zdejmowaniem ubrań. Każdy mięsień dawał jej o sobie znać. Rany na jej ciele bolały nieznośnie. Tęskniła za swoją łazienką, za mamą i Blancą. Nie chciała tu być, to była jakaś pomyłka.

Dotknęła stopą podejrzanej cieczy, ta zaś okazała się przyjemnie ciepła. Nie myśląc więcej, zanurzyła się w niej po samą szyję. Błogi spokój spłynął na jej ciało. Ból odszedł, niczym za dotknięciem magicznej różdżki.


Yeon związał wilgotne włosy, wciąż myślał o tej słabej dziewczynie. Jak to było możliwe, że potomkini króla nie potrafiła unieść prostego miecza? Co teraz mógł z nią począć? Nadawała się tylko jako zakładniczka, nic więcej. Z westchnieniem dokończył swoją herbatę i wyszedł z pokoju. Nie miał dzisiaj humoru na książki ani treningi, chciał skupić się na bieżących problemach. W wiosce zaczynało brakować koni.

Odziany w czarny płaszcz kroczył jasnym korytarzem. W pewnym momencie zatrzymał się. Tknęło go dziwne przeczucie. Stał obok łaźni, którą ofiarował jako prywatną, tylko dla zakładniczki. Gdzie była Asha? Nikt nie pilnował drzwi, mimo to był w stanie wyczuć wewnątrz czyjąś obecność. Przez chwilę wahał się, lecz w końcu uchylił wrota. Wkroczył do zaparowanej łazienki. Nigdzie nie dostrzegł swojej pani generał, za to w wannie znad wody wystawała czyjaś głowa. Cicho podszedł bliżej. Widząc, co się dzieje, prędko chwycił Dianę pod ramiona i wyciągnął z wody. Dziewczyna kaszlnęła wypluwając wodę, Yeon puścił ją na posadzkę, by doszła do siebie.

— Mogłaś zginąć, głupia! — krzyknął. Ta nie odpowiedziała, zamrugała oczami i ponownie opadła na ziemię, straciła przytomność. Mężczyzna pokręcił głową i chwycił za ręcznik. Przykrył szczelnie jej pachnące ciało. Nie wiedział co począć dalej. Został sam z podtopioną, nagą kobietą, córką największego wroga. Delikatnie podniósł Dianę i opuścił łaźnię. Szedł prędko, bocznymi korytarzami, by nikt go nie zobaczył.

— Cholerna Asha — przeklinał podwładną za niesubordynację. Idąc tak, przyjrzał się śpiącej dziewczynie, była wyczerpana. Nie wyglądała jak mieszkańcy jego świata, miała szorstką, szarawą skórę i niesforne włosy. Byłą także o wiele od niego niższa. Tylko twarz, przypominająca delikatne lico króla wydawała się poniekąd urocza.

W końcu dotarł do swojej sypialni. Położył księżniczkę na dużym, miękkim łożu. Nie miał w tym momencie wolnego pokoju, który mógłby jej dać, a była zbyt cenna by spać w lochu, nie ufał już swoim strażnikom. Uderzył pięścią w ścianę, lecz nawet to nie zakłóciło żelaznego snu Diany. Zrezygnowany usiadł w skórzanym fotelu i chwycił w rękę książkę. Nie mógł znów zostawić jej samej, a po Ashy nie było śladu.


Potarła zaspane oczy i wyciągnęła się. Było jej tak wygodnie. Miękki materac uginał się przy każdym jej ruchu. Dopiero po chwili dotarło do niej, że baldachim zwisający nad jej głową nie mógł znajdować się w jej pokoju. Podniosła się przerażona i wpadła w głębokie spojrzenie Yeona. Nie mogła oderwać wzroku od jego fioletowych niczym ametyst źrenic. Jak to było możliwe? Dlaczego miały tak niespotykany kolor?

— Okryj się lepiej. — Na ziemię sprowadził ją jego głęboki głos. Zdezorientowana zerknęła na swoje nagie ciało.

— Ty zboczeńcu! — Z krzykiem schowała się pod kołdrą. — Oddaj mi moje ubrania!

— Nie mogę, są całe we krwi.

— Co mi zrobiłeś jak spałam? — Jej głos zmienił się w szloch.

— Nic sobie nie wyobrażaj. Kijem bym cię nie dotknął, jedyne co zrobiłem, to uratowałem cię przed śmiercią.

— Nie wierzę ci!

— Ubrania leżą tutaj. — Yeon poklepał ręką pufę, na której poskładane leżały ciuchy.

Diana wciąż owinięta kołdrą, przyglądała się jego przystojnym rysom twarzy. Obojętna mina nijak pasowała do delikatnej fizjonomii chłopaka. Czarne włosy spiął w luźny kucyk, co sprawiło iż wyglądał nieziemsko. Potrząsnęła głową, by wyrwać się z jego uroku.

— Możesz wyjść? Chciałaby się ubrać — szepnęła.

— Oczywiście, będę czekał pod drzwiami.

Odłożył książkę i wyszedł. Diana prędko wyskoczyła z łóżka. Stanęła całkiem naga przed lustrem. Na myśl, że nieznajomy oglądał ją w takim stanie, spłonęła rumieńcem.

— Co za cholerny zboczeniec…

Chwyciła ubrania przygotowane dla niej przez Yeona. Pachniały jak on, stwierdziła wciąż zawstydzona. Wciągnęła na siebie prostą, błękitną sukienkę, do kolan. Była zaskakująco wygodna. Do tego dobrał jej miękkie, skórzane balerinki. Okręciła się wokół władnej osi, śmiejąc się do siebie. Ta absurdalna sytuacja nie mogła być już gorsza, przynajmniej tak jej się wydawało. Rozczesała palcami loki, nie miała tutaj żadnego innego wyjścia.

— Już? — W pokoju rozległo się pukanie.

— Jeszcze nie — odfuknęła. Podeszła do okna i rozsunęła ciężkie zasłony, by wpuścić tam trochę słońca. Pokój ten był wystarczająco ponury i zakurzony.

— Wchodzę. — Drzwi skrzypnęły. Diana odwróciła się by obrzucić nieznajomego złowrogim spojrzeniem.

— Nie rozumiesz, że dama potrzebuje więcej czasu?

— To mój pokój. Nie życzę sobie tutaj żadnych takich. — Yeon z powrotem zasłonił okna.

— Nawet mi się nie przedstawiłeś bufonie.

— Nie musisz znać mojego imienia. Jesteś moim więźniem, zakładnikiem. Co ty sobie wyobrażasz?

— A ja jestem Diana, miło mi panie, „Co ty sobie wyobrażasz?” — dygnęła teatralnie, jednak mina chłopaka nie wskazywała na to, że spodobał mu się ten żart.

— Słuchaj no… — wykierował palcem w jej kierunku.

— Nie, to ty słuchaj. Miej za grosz kultury i przedstaw się!

Yeon cofnął się zaskoczony jej tonem głosu. Zamrugał prędko, gdy na jej miejscu, jak z pod ziemi pojawił się król Daelin. Oszołomiony chwycił się biblioteczki, by nie upaść. Przestraszona Diana chwyciła go za ramię, lecz ten prędko odtrącił jej dłoń.

— Nie dotykaj mnie, nigdy — warknął.

Dziewczyna poczuła ukłucie w sercu. Cofnęła się o dwa kroki.

— Jak chcesz. — Odwróciła się w stronę okna. Nie chciała, by widział teraz jej twarz.

— Nazywam się Yeon i jestem władcą tego miejsca. Twój ojciec był królem naszego świata. Odpowiedzialny jest za śmierć wielu moich pobratymców.

— Nic mi o tym nie wiadomo.

— Domyśliłem się. Nie zmienia to faktu, że jesteś jego córką. Posiadasz jakąś wartość.

— Dlaczego mnie porwaliście? — Zerknęła na niego.

— Masz rodzeństwo?

— Mam siostrę, bliźniaczkę.

— Ta banda idiotów nie rozeznała się dobrze. Myśleli, że jesteś twoją siostrą.

— Co?! Blanca jest w niebezpieczeństwie?! — krzyknęła przerażona.

— Lepiej martw się o siebie. Jeśli moje podejrzenia się sprawdzą, okaże się że jesteś bezużytecznym wyrzutkiem. — Yeon położył dłoń na klamce od komnaty.

— I co wówczas? — Diana poczuła powiew zimnego powietrza na karku.

— Wówczas cię zabiję.


Siedziała na brzegu łóżka, wpatrując się w okno. Na zewnątrz zmierzchało. Gniotąc w ręku fałdek sukienki rozmyślała nad słowami Yeona. Ten piękny mężczyzna skrywał w sobie wiele tajemnic. Czy jej ojciec go skrzywdził? Co takiego dusił? Nie mogła pozwolić mu na skrzywdzenie siostry. Nie myślała o własnej śmierci, była tu mniej ważna.

Odwróciła się słysząc skrzypnięcie drzwi. Do pokoju wkroczyła dziewczyna z tacą.

— Pan przesyła jedzenie. Ma panienka to zjeść. — Postawiła przed nią jedzenie.

— Nie chce tego. — Diana nawet na nią nie spojrzała.

— Jeśli panienka tego nie zje, to źle się dla panienki skończy.

— Powiedziałam już, nie zjem tego.

— Posłuchaj mnie. — Księżniczka poczuła jej dotyk na swojej dłoni. Podniosła głowę zaskoczona. Młoda dziewczyna wpatrywała się w nią troskliwym wzrokiem.

— Nie chce nic jeść…

— Jeśli tego nie zjesz, on tu przyjdzie i sam wepchnie ci to do gardła. — Służąca uśmiechnęła się ponuro. Dianie natychmiast przed oczami stanęła twarz rozgniewanego Yeona. Przeszedł ją zimny dreszcz.

— Niech tu przyjdzie — odrzekła. — Jeśli jest odważny, to zapraszam.

Młoda pokojówka nie odpowiedziała. Ukłoniła się i wyszła posłusznie. Diana natychmiast zerwała się z łóżka i podbiegła do okna. Chciała uchylić szybę, lecz nie miała tyle siły. Zerknęła na dół, komnata znajdowała się na pierwszym piętrze budynku, nie było wysoko. Ostatecznie dorwała się do drzwi. Szarpnęła za klamkę i ku jej zdziwieniu, wrota otwarły się bez żadnego oporu.

— Chwila — szepnęła do siebie. Nie wierzyła w łut szczęścia. Rozejrzała się po korytarzu, na którym leciutkie światło dawały tylko niewielkie świeczniki. Nie miała innego wyjścia. Zebrała się w sobie i pobiegła przed siebie. Skórzane pantofelki sprawiały, iż jej krok stał się niemal niesłyszalny. Po drodze nie spotkała nikogo, widocznie o tej porze cała służba jadła kolację, tylko gdzie w takim razie był pan domu?

Skradała się schodami w dół. Na ścianach widziała wiele obrazów, ozdobnych dywanów i herbów. Jak bogaty był Yeon? Skąd miał pieniądze? Wszystkie te myśli zaprzątały jej głowę. Wkroczyła do dużej biblioteki. Ostatnie promienie słońca oświetlały jej drogę. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje i jak którędy dojść do wyjścia. Ukucnęła za jednym z regałów, gdy poczuła szarpnięcie za włosy.

— Myślałaś, że zdołasz mi uciec?! — Przerażona stanęła twarzą w twarz z Yeonem. Oczy chłopaka jarzyły się złowrogo w ciemności, niczym u rozgniewanego kota. Trzymał ją za kęp loków, na wysokości swojej twarzy. Diana piszczała miotając się i histerycznie próbując dosięgnąć nogami do ziemi.

— Puść mnie! — jej krzyk rozniósł się po całym pomieszczeniu.

— Nie rozumiesz prostych poleceń? Miałaś tylko zjeść kolację. Dlaczego opuściłaś pokój?!

— Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Nie masz prawa mnie tu przetrzymywać!

— Jesteś zwykłym narzędziem, którego użyję do zniszczenia księcia! — Yeon rzucił nią o ziemię. Dziewczyna upadła z hukiem. Poczuła jak w kącikach jej oczu pojawiają się łzy.

— Jak możesz mówić, że mój ojciec był bestią, skoro sam nią jesteś? — szepnęła.

— Nic o mnie nie wiesz.

W ty momencie drzwi biblioteki otwarły się z hukiem. Do pokoju wpadła Asha w towarzystwie dwóch strażników.

— Panie! Nic ci nie jest?! — Kobieta w panice podbiegła do swojego przywódcy.

— Nie zadawaj głupich pytań. Jak ta dziewczyna mogłaby cokolwiek mi zrobić?

— Jest już późno, nie powinien pan się przemęczać.

Diana podniosła głowę, nie wiedząc o czym mówi generał. Jak ten podły człowiek mógłby się przemęczać? Dyskretnie spojrzała w jego kierunku. Yeon dyszał ciężko, oparty o jeden z regałów. Pod jego oczami pojawiły się szare cienie.

— Wstawaj! — Jeden ze strażników podniósł ją na nogi. Diana wciąż oszołomiona obrazem swojego oprawcy została wywleczona z biblioteki. Ostatnim co zdołała dostrzec, była generał Asha, która troskliwym ruchem otaczała ramionami Yeona.


Dwa dni spędziła w komnacie, bez wody ani jedzenia. Dopiero trzeciego ranka w drzwiach pojawiła się służąca z tacą przysmaków. Diana, niczym wygłodniałe zwierze, rzuciła się na tacę z dziwnie wyglądającym jedzeniem. Kleiste kuleczki, smakujące jak słodkie niebo, wypełniły jej żołądek po sam brzeg. Wszystko to popiła błękitnym napojem.

— Chciałaby pani się wykąpać? — służąca spojrzała na jej wygniecioną sukienkę.

— Tak.

Znów zaprowadzono ją do tej samej łaźni. Tym razem nie zasnęła, nie chciała wpaść znów w podłe ramiona pana domu. Nucąc wesoło myła włosy, gdy nagle za oknem dostrzegła człowieka, odzianego na czarno. Postać biegła po dachu jednego z budynków. Dziewczyna wyszła z wody i prędko ubrała się w ubrania zostawione przez służącą. Tym razem nie była to kolorowa sukienka. Szara szata sięgała aż pod szyję dziewczyny. Rękawy okazały się przydługie, musiała podwinąć je, by móc chwycić cokolwiek. Ten to wie jak zniszczyć mi nastrój, przemknęło jej przez myśl. Wyszła z łazienki chcąc dać służącej pranie, lecz ku jej zaskoczeniu, przed drzwiami stał nie kto inny Yeon. Mężczyzna czekał na nią oparty plecami o ścianę, związane na plecach włosy, znów delikatnie opadały mu na twarz. Tym razem zrezygnował z długiego płaszcza, na rzecz lekkiej zbroi. Otworzył przymknięte jak dotąd oczy, by omieść wzrokiem Dianę.

— Jak podoba ci się sukienka? — zapytał.

— Nie podoba. Jak możesz gustować w tak mrocznych ubraniach?

— Dzisiaj wybierzemy się na zewnątrz. Twoja skóra ma inną barwę niż nasza, to zwróciłoby uwagę wszystkich.

— Po co wychodzimy?

— Musisz o wszystko tak pytać? — przewrócił oczami zirytowany.

— Tak, jesteś winien mi pewne wyjaśnienia. Nie wszystko załatwisz siłą, wiesz?

Nie odpowiedział. Ruszył przed korytarzem przed siebie. Diana z westchnieniem ruszyła za nim.

— Musisz zamknąć oczy. — odrzekł po chwili — Radzę ci nie podglądać, bo i tak dowiem się jeśli będziesz próbowała to zrobić. Spłynęła na ciebie moja łaska, nie będę cię wiązał, powinnaś się cieszyć.

— Tryskam radością. — odrzekła zaciskając powieki. Nie miała ochoty na kolejne przepychanki. Poczuła jak jakaś obca siła zawładnęła jej ciałem, stała się lekka niczym piórko. Kroczyła mimowolnie, pomimo iż nie wiedziała dokąd. Było to niespotykanie doświadczenie, jakby chodziła po chmurach.

— Możesz otworzyć oczy.

Zamrugała by oswoić się ze światłem. Stali na kamiennej ścieżce, w środku miasteczka. Wokół panował gwar. Rozejrzała się zafascynowana pięknem kamieniczek.

— Gdzie jesteśmy?

— Wciąż w moim domu. — Yeon narzucił kaptur na głowę. Szli powoli przez ryneczek pełen pięknych istot, ich skóra jakby lśniła w świetle słonecznym.

— Po co mnie tu zabrałeś?

— Wiesz kim był twój ojciec?

— Z tego co mi powiedziałeś wynika, iż był królem.

— Był królem tego świata. Władał czterema podstawowymi żywiołami: ogniem, wodą, powietrzem i ziemią. W królestwie każda rodzina posiada jakąś moc przewodnią, opanowaną w różnym stopniu. Niektórzy rodzą się bez mocy, co też jest normalne. Niestety bywają przypadki, gdy dziecko rodzi się z pewnym defektem. Taki człowiek dorastając odkrywa, iż jego moc odstaje od reszty. Zostaje napiętnowany mianem odmieńca. — Yeon szedł przed siebie, nie patrząc na Dianę — Twój ojciec wydał prawo, które głosiło że każdy odmieniec m zostać zabity, założył nawet specjalną jednostkę łowców, trudniącą się w zabijaniu takich dzieci.

— Nie wierzę… — Diana przystanęła — Dlaczego miałby to robić?

— Odmieńcy stanowili dla niego zagrożenie. Ich moce potrafiły być naprawdę potężne.

— Ale to nie była przecież ich wina! To tylko dzieci!

— Tak, masz rację. Wszystkie te dzieci są teraz tutaj. Niektóre dorosły, a inne wciąż przybywają.

— Ci wszyscy ludzie? — do dziewczyny powoli wszystko docierało — Ty…

— Tak, ja też jestem odmieńcem. Ci ludzie to rodzice, dzieci, rodzina.

Dziewczyna kręciła głową nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. Widziała pociechy, beztrosko biegające po wiosce, słyszała śmiech tych ludzi.

— Teraz rozumiesz? — Yeon wpatrywał się w nią swoimi fioletowymi ślepiami. Diana spuściła głowę bez słowa. Mimo ponurych nastrojów kontynuowali wycieczkę. Powietrze było rześkie.

— Co się stało z moim ojcem? — po jakimś czasie księżniczka przerwała milczenie.

— Zabiłem go.

Przystanęła przerażona zimnym tonem Yeona. Chłopak odwrócił się i uśmiechnął kpiąco w jej stronę.

— Jak mogłeś? — szepnęła.

— Szybko, jednym ruchem, rozprułem jego zakłamane gardło. Został mi jeszcze twój brat.

— Kto? — Diana nie rozumiała jego słów.

— Książę, syn twego ojca. Tylko on stoi mi na drodze.

— Drodze do czego?! Chcesz władzy?! Tronu skropionego cudzą krwią?!

— Milcz głupia! — zamachnął się chcąc ją uderzyć, lecz zatrzymał się tuż przed jej twarzą. Coś nie pozwoliło mu na przekroczenie granicy.

— Śmiało! Uderz mnie! — Diana stała niewzruszona. Fioletowooki znów przed oczami miał sylwetkę króla.

— Czy wiesz ilu ludzi ginie przez twoja rodzinę?! Twój brat nie zamierza zatrzymać tej fali, jest spaczony ideologią twego ojca!

— Wracam do pokoju! Nie chcę dłużej słuchać twoich kłamstw.

Księżniczka odwróciła się i pomaszerowała w stronę rynku.

Parła przed siebie, pomimo iż nie miała pojęcia jak wrócić do pokoju. Słyszała za sobą ciężkie kroki Yeona. Nie odwróciła się, nie chciała już z nim rozmawiać, to nie miało sensu.

— Masz zamiar tak kręcić się w kółko? — zadrwił w końcu młodzieniec.

— Możesz się do mnie nie odzywać?

— Jak sobie życzysz.

Kiedy piąty raz minęła tę samą fontannę, zrezygnowana usiadła na jej brzegu. Zakryła twarz dłońmi. Yeon skrzyżował ręce na piersi, wzdychając teatralnie. Nie miał ochoty na zajmowanie się rozpieszczoną dziewczyną. Ogólnie nie bawiło go zwracanie uwagi na kogokolwiek, a co dopiero na córkę największego z wrogów. Słońce chylące się ku zachodowi delikatnie oświetlało lico dziewczyny, jej niebieskie oczy wydawały się wręcz cyjanowe. Mężczyzna otrząsnął się z dziwnej zadumy. Przyłapał się na wpatrywaniu się w jej smutną postać.

— Możesz zaprowadzić mnie do domu? — Diana starała się panować nad głosem.

— Nie chcesz wykorzystać tych ostatnich chwil wolności? Jutro powrócą moi szpiedzy, wówczas dowiem się czy jesteś coś warta.

— Muszę spacerować z tobą? Nie mogłeś wysłać tu jakiegoś strażnika lub tą blondynkę?

— Jeśli tego pragniesz, to mogę zamienić się z kimkolwiek, jednak nie wiem czy wtedy zdołasz przeżyć ten spacer.

Dziewczyna przygryzła dolną wargę, poczuła w ustach smak krwi.

— Zaprowadź mnie do domu.

Dłużej nie dał się prosić. Kazał zamknąć jej oczy.


Zmęczony powrócił do pałacu. Usiadł w bibliotece. Odkąd jego pokój był zamieszkały, musiał urzędować właśnie tam. Jednym ruchem zrzucił ze stołu papierzyska i oparł się o blat.

— Już jesteś, panie.

Nawet nie spojrzał w stronę Ashy, nie miał siły się podnieść.

— Przynieś mi wodę.

— Pomogę ci. — Kobieta powoli zdjęła mu płaszcz i podniosła jego koszulkę. Widząc głębokie blizny na plecach starała się nie rozpłakać. Opuszkami palców przejechała po ranach.

— Nie dotykaj! — Yeon syknął z bólu.

— Zaraz wrócę.

Blondynka ukłoniła się i wyszła. Nikogo tak nie szanowała jak swojego mistrza. Mimo młodego wieku, był ich prawdziwym przywódcą. Bijący od niego chłód był zaledwie maską, którą ukrywał cierpienie, jakie musiał dźwigać.

W ogrodzie nabrała wody z fontanny. Wiedziała, że tylko to może mu pomóc. Kiedy wróciła do biblioteki, Yeon spał. Uśmiechnęła się pod nosem, powoli polewając blizny.

— Powinienem zabrać się do pracy. — Ledwo słyszalny mruk mężczyzny sprawił, że jej serce zabiło mocnej.

— Nie przemęczaj się.

— Nie mogę siedzieć bezczynnie…

W tym momencie w pałacu rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Oboje zerwali się z miejsc, by podbiec do okna. Cały ogród wypełniony był wojownikami w białych płaszczach. Yeon zaklął głośno. Doskonale wiedział kim byli wrogowie.

— Zajmę się wioską. — Asha bez słów rozumiała swoje obowiązki. W jej ręku natychmiast zmaterializował się potężny miecz. Drobna kobieta, wbrew pozorom, była mistrzynią walki bronią dużych gabarytów. Nie myśląc więcej, wybiegła.

Yeon mimo bólu podniósł się z miejsca. Zebrał się w sobie i ruszył ku komnacie Diany. Nie mógł dopuścić do jej odbicia. Oddychał głęboko, musiał prędko odzyskać siły.


Diana leżała na łóżku, próbując zasnąć. Otarła ostatni raz mokrą od łez twarz. Miała mętlik w głowie. Nie znała ojca, a mimo to wieść o jego morderstwie wstrząsnęła nią mocno. Uświadomiła sobie, że w głębi duszy cały czas miała nadzieję na to, że kiedyś go pozna.

— Wychodzimy. — Dziewczyna zerwała się z łóżka słysząc głos Yeona. Mężczyzna naciągnął na dłonie skórzane rękawiczki i chwycił ją za ramię.

— Naprawdę aż tak brzydzisz się mnie dotykać?

— Ruszaj się! — agresywnie szarpnął jej wątłą sylwetką. Naciągnął na twarz maskę, a jej kazał nałożyć swój płaszcz. Biegli ciemnymi korytarzami, w powietrzu unosiły się krzyki i odgłosy walki. Przerażona Diana nic z tego nie rozumiała. Mimowolnie zacisnęła dłoń na krawędzi bluzy Yeona. W pewnym momencie oboje zostali otoczeni przez białe płaszcze. Zupełnie odcięci od wyjścia zbliżyli się do siebie.

Fioletowooki zasłonił Dianę swoim ciałem i uśmiechnął się ponuro w stronę przeciwników.

— Poddaj się wyrzutku. Cała twoja wioska jest osaczona. — jeden z mężczyzn wyszedł przed szereg.

— Czy to ty, drogi Cristianie? Czy spłynął na mnie ten zaszczyt?

Biały płaszcz zdjął kaptur i ściągnął maskę. Diana ujrzała delikatną, chłopięcą buzię. Błękitne oczy wpatrywały się w nią bez wyrazu.

— Oddaj nam dziewczynę.

— A co mi w zamian dasz?

— Nie igraj ze mną. — w tym momencie jego stopy oderwały się od ziemi. Chłopak pojawił się jak znikąd tuż przy twarzy Yeona. Diana krzyknęła przerażona, jednak jej obawy były niesłuszne. Brudny anioł zareagował natychmiast. Jego miecz nie potrzebował dużo czasu na materializację. W ostatnim momencie zablokował cios Cristiana.

— Biedny, opuszczony chłopcze. — Yeon odepchnął Dianę i odbił się od posadzki by dosięgnąć wroga. Brzdęk kling słychać było teraz w całym pałacu. Zagubiona dziewczyna obserwowała walkę. Nie mogła uwierzyć w szybkość ich ruchów. Wyglądali jakby tańczyli w powietrzu. Co chwila ich stopy opierały się o ściany budynku. Odbijali się od siebie, po to by za chwilę znów z pasją zaatakować. Oczy Yeona wręcz jarzyły się w ciemności, jak kot marszczył nos próbując rozpruć chłopaka. Białowłosy był lżejszy, jego ruchy wydawały się bardziej finezyjne. W rękach dzierżył dwa miecze, które co raz zderzały się z czarną bronią Yeona.

W pewnym momencie Diana poczuła jak coś chwyta ją od tyłu. Jeden z osiłków zarzucił ją sobie na plecy. Wrzasnęła, jednak Yeon nie był w stanie usłyszeć jej wołania.


Kiedy otworzyła oczy, ujrzała ciemność. Poczuła obok siebie czyjeś ciepło, jednak ta osoba nie pachniała jak Yeon.

— Obudziłaś się! — zamrugała zaskoczona, przed jej twarzą pojawiła się twarz białowłosego nieznajomego. Uśmiechał się do niej przyjaźnie.

— Gdzie ja jestem?

— Czekamy na posiłki. Trochę odcięli nam drogę do wyjścia, ale spokojnie, nie z takich miejsc uciekałem. — roześmiał się. Miał miły głos. Diana odgarnęła delikatnie jego grzywkę, widząc krew sączącą się z czoła.

— Jesteś ranny! — pisnęła.

— Shhh… — zakrył jej usta dłonią — Nie mogą nas znaleźć.

— Nic ci nie jest?

— O to się nie martw. Prawdziwy kłopot wciąż nas szuka.

— Yeon! — Diana chciała się zerwać z miejsca, lecz chłopak pociągnął do siebie i usadził pomiędzy swoimi kolanami. Objął ją w pasie i szybko wtulił twarz w jej szyję.

— Jesteś mięciutka. — szepnął. Diana poczuła, że cała się czerwieni. Gorąco uderzyło jej do twarzy, nigdy nie była tak blisko żadnego osobnika płci męskiej.

— Kim jesteś?

— Nazywam się Cristian, resztę wyjaśnię ci w domu.

— W domu?

— Chyba nie chciałaś zostać tu do końca życia?

— Nie! Nigdy!

— To fajnie! — nagle zerwał się z miejsca i pomógł jej wstać — Mamy szansę.

— Co ty… — nim zdążyła zaprotestować, chwycił ją mocno i uniósł do góry.

— Będę cię nosił jak prawdziwą księżniczkę. — na jego przystojnej twarzy znów zagościł zawadiacki uśmiech. Nic nie odpowiedziała. Nie mogła uwierzyć w to, że tak wątły chłopak zdoła przejść z nią chociażby parę kroków, jakże się myliła. Cristian odbił się od ziemi. Przerażona dziewczyna mocniej zacisnęła dłonie na jego ramionach.

— Co ty wyprawiasz?!

— Zamknij swoje piękne usta i daj się ponieść chwili.

Przemieszczał się z niesamowitą prędkością. Diana czuła tylko zimne powiewy wiatru na twarzy. Kiedy podniosła wzrok, ujrzała nad sobą niebo pełne gwiazd.

Po jakimś czasie dostrzegła światło. Cristian powrócił na ziemię.

— Nie wierzę… — szepnął.

— W co? — dziewczyna próbowała zobaczyć cokolwiek. W tym momencie coś odrzuciło chłopaka do tyłu. Z hukiem uderzył o wysokie drzewo. Upadł na ziemię plując krwią.

— Myślałeś, że mi uciekniesz? — z ciemności wyszedł Yeon. Oczy mężczyzny jarzyły się przeraźliwie. Jego włosy unosiły się bezwładnie wokół, wykrzywionej w grymasie złości, twarzy.

— Nie rób tego! — Diana chciała do niego podbiec, lecz poczuła jak coś chwyta ją za nadgarstek. Odwróciła się i ujrzała Cristiana, znów znajdował się przy niej, całą twarz pokrytą miał ziemią i krwią.

— Nie pozwolę, by cię skrzywdził. — w mgnieniu oka chwycił ją w ramiona, znów unieśli się w powietrzu. Dziewczyna miała poczucie, że czas stanął w miejscu, tam u góry, pod tysiącem gwiazd. Wpatrywała się w profil młodzieńca. Jego marmurowo biała skóra lśniła w blasku księżyca. Wydawał się delikatny, tylko bojowa mina zdradzała jego mordercze zamiary. Diana zadrżała, gdy stanęli znów na jakiejś gałęzi.

— Gdzie uciekamy? — szepnęła.

— Już nigdzie. — w powietrzu rozniósł się znajomy dla dziewczyny głos.

— Co się stało? — białowłosy odwrócił się w stronę, z której dochodził dźwięk.

— Nie damy rady Cristianie, jesteśmy otoczeni. Musimy ją tu zostawić.

Z ciemności wyłonił się Taelin. Blondyn był cały brudny i poobijany.

— Nie możemy tego zrobić! — chłopak mocniej ścisnął dłoń dziewczyny.

— Chcesz tu zginąć? Tak bez sensu oddać życie?

— Ale Tae…

— Nie — przerwał starszy — Postaw ją.

Białowłosy zmiął w ustach przekleństwo i powoli posadził Dianę na gałęzi.

— Wybacz mi, obiecuję że po ciebie wrócę — szepnął jej do ucha nim zniknął z Taelinem. Pozostał po nim jedynie przyjemny zapach.


Obudził ją zimny powiew powietrza. Przekręciła się w stronę okna, miała wrażenie że śniło jej się coś potwornego. Kiedy spała, ktoś uchylił okiennicę. Wygramoliła się z łóżka i przeciągnęła leniwie. Gdy podeszła do okna, z przerażeniem odkryła zadrapania na swoim ciele. Podbiegła do lustra, by tam z włosów wyciągnąć kilka listków.

— Nie, to niemożliwe… — usiadła na ziemi.

— Coś się stało? — podniosła głowę i wpadła głębię fioletowych oczu.

Yeon stał plecami oparty o drzwi. Nie miała pojęcia, kiedy dostał się do pokoju.

— Co działo się tej nocy? — Diana powoli podniosła się z dywanu.

— Zapomnij o tym. To wszystko było tylko złym snem, marą nocną. Lepiej będzie, jeśli nikt więcej nie będzie próbował powtórzyć tych wybryków.

— Co chcesz zrobić? — dziewczyna zaczęła się cofać widząc jak w dłoni mężczyzny materializuje się srebrny sztylet.

— Muszę dopilnować, by mój dom znów był nienaruszalny. — chwycił ją za włosy i uniósł ku górze. Jednym ruchem uciął jej długie loki. Diana opadła na ziemię.

— Co ty robisz?! — krzyknęła — Oddawaj je! — z płaczem rzuciła się w stronę czarnowłosego.

— To mały prezencik dla twojej siostry. — Yeon pchnął ją na łóżko i wyszedł.

Płakała przez kilka godzin, nim znów usnęła. Nie zorientowała się, gdy w jej pokoju pojawił się obcy. Obserwował spokojną twarz dziewczyny. Była taka podobna do swego ojca. Chciał jej dotknąć, lecz w tym momencie Diana otworzyła oczy. Nie przestraszyła się. Twarz mężczyzny, siedzącego naprzeciw niej, wyglądała jak przyjazna forma Yeona. Uśmiech na pięknie wykrojonych ustach, sprawiał że w jej sercu zagościło ciepło.

— Kim jesteś? — szepnęła.

— Wybacz, że zakłóciłem twój spokój. Nazywam się Gin i jestem bratem Yeona.

— Bratem? — zerwała się z łóżka.

— Spokojnie, nie jestem taki jak on. Nie pragnę niczyjej śmierci, a już tym bardziej twojej. Mój brat jest o wiele młodszy ode mnie. Kiedy zamordowano naszych rodziców, ja już dawno byłem żonaty.

Diana poczuła dziwne uczucie zazdrości. Nie znała tego mężczyzny, jednak jego przystojna twarz i przyjemny głos, a także zapach podobny do woni Yeona, sprawiały iż nie chciała by ją opuszczał. Widziała w nim szansę na wolność.

— Pomożesz mi?

— Nie, nie przybyłem tutaj w tym celu. Chce pomóc bratu. Kocham go i zawsze będę stawał w jego obronie.

Gin poprawił niesforny kosmyk swoich długich, kruczoczarnych włosów. Sięgały one aż do pasa i niesamowicie kontrastowały z białym odcieniem skóry mężczyzny. Jedyną rzeczą, jaką różniła go od młodszego brata, oprócz łagodniejszego wyrazu twarzy, były ciemne jak węgiel oczy.

— Dlaczego mnie nie wypuścisz?! Skoro mówisz, że nie chcesz nikogo zabijać…

— Nie chcę, ale kiedy przychodzi na to pora, zmuszony jestem dobyć miecza. Postaram się, aby Yeon już więcej nie czynił ci krzywdy, ale nie mogę zrobić nic więcej.

— Dlaczego w takim razie mi pomagasz? — Diana nic z tego nie rozumiała.

— Powiedzmy, że mam do tego pewne rodzinne powody. Teraz pozwól, że udam się do brata.

— Zaczekaj! Nie zostawiaj mnie samej!

— Przyjdę jutro rano i zabiorę cię na spacer, co ty na to? — uśmiechnął się ukazując urocze dołeczki w policzkach. Księżniczka pokiwała głową rumieniąc się jak brzoskwinia.

Kiedy mężczyzna opuścił jej komnatę, podwinęła kolana pod brodę i w takiej pozycji rozpoczęła rozmyślania. W tym świecie mężczyźni wydawali się tacy pociągający. Najpierw tajemniczy blondyn, potem słodki białowłosy, a teraz dużo straszy i żonaty Gin, co jeszcze mogło ją spotkać? Kwintesencją tego wszystkiego był fakt, iż ona sama wydawała się przy nich brzydka niczym strach na wróble.

— Głupia Diano. — szepnęła zaciskając powieki — W co oni cię wpakowali?


Następnego dnia, koło południa, do jej komnaty zawitał Gin. Mężczyzna odziany w błękitną szatę zaprowadził ją do łazienki.

— Ubrania znajdziesz w środku. Tym razem ja je wybierałem, więc mam nadzieję że będą ci pasowały. — rzekł uchylając jej drzwi.

— Teraz ty zostałeś moją służącą?

— Nazwałbym to raczej rolą opiekunki.

— Zabawne. — szepnęła Diana, znikając w łaźni.

Wyszła po kilkunastu minutach, odziana w różową sukienkę. Materiał, z którego została zrobiona był przezroczysty i tylko różane ornamenty osłaniały nagość dziewczyny.

— Co o tym sądzisz? — Gin był z siebie niemal dumny.

— Trochę to śmiałe. — Diana narzuciła na głowę wianek, który był dodatkiem do całej kreacji.

— Naprawdę? Masz piękne ciało i nie powinnaś się go wstydzić.

— Skoro tak mówisz.

Powoli ruszyli w stronę wyjścia do ogrodu. Gin był wyższy od dziewczyny o ponad pól metra, co sprawiało iż czuła się przy nim nieswojo.

— Jak ci się tu podoba? — mężczyzna przerwał ciszę.

— Nie podoba, siedzę tylko w tym ciemnym pokoju.

— Przykro mi, że mój brat nie przydzielił ci innej komnaty. Musisz mu wybaczyć, ma bardzo złe wspomnienia związane z twoim ojcem.

— Słyszałam, że go zabił. — podążali alejką pełną egzotycznych roślin. Ich kolorów nie dało opisać się ludzkimi słowami.

— On zabił naszych rodziców. Yeon nie jest bestią, nie postrzegaj go w taki sposób…

— Uważasz, że zemsta jest odpowiednią karą? — przerwała mu.

— Nie, nie powiedziałem że pochwalam jego decyzję. Chcę tylko, abyś spróbowała dostrzec w nim cząstkę ludzkości.

— Starałam się, lecz on skutecznie zniechęca mnie w dążeniu do tego.

— Yeon miał osiem lat, gdy twój ojciec napadł na tę wioskę. Wymordowano wówczas wszystkich, którzy posiadali „brudne” moce. Mój brat ukrył się, lecz rodziców spotkała śmierć, za wydanie na świat takich potworów jak ja i on.

— Ty? — Diana poczuła jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach.

— Kiedyś dowiesz się o czym mówię.

Usiedli na kamiennej ławeczce pod drzewem.

— Dlaczego przybyłeś dopiero teraz?

— Mam rodzinę i nie mieszkam tutaj. Z Yeonem łączą mnie ciężkie relacje, przez co nie mieliśmy kontaktu przez ostatnie lata, jednak na wieść o napadzie na nasze posiadłości, przybyłem.

— Ciężkie relacje?

— Ciekawska z ciebie istota. — westchnął mężczyzna.

— Chce wiedzieć, czego mogę się po tobie spodziewać, jeśli masz mnie od dzisiaj prowadzać do łazienki.

Gin uśmiechnął się pod nosem.

— Nie popierałem ruchu oporu mojego brata. Chciałem żyć w spokoju. Dlatego Yeon uważa, że wyparłem się i jego i rodziców.

— To dlaczego pozwala ci tu teraz być?

— Jesteśmy braćmi, mimo wszystko, a ja jestem starszy. Nie wiem jak to działa u was, jednak tutaj starszy ma większą rolę. Mój brat musi się mnie słuchać, nigdy tego nie wykorzystywałem, bo uważałem że to jego życie i jego wybory, jednak teraz chce pomóc mu wygrzebać się z tego bagna.

— Ładnie z twojej strony. — Diana uśmiechnęła się w jego kierunku. Twarz Gina w promieniach słońca wydawała się wręcz nieludzka. Czy mógł być na świecie ktoś przystojniejszy?

— Masz ochotę na jakieś słodycze?

— Słucham? — księżniczka została wyrwana z zamysłu.

— Lubisz słodycze? Ja kocham.

— Owszem, lubię.

— Chodźmy do kuchni. Może zostało tam coś po śniadaniu?

Chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę pałacu. Diana pod wpływem jego dotyku zadrżała. Długie włosy Gina, rozwiane przez wiatr, musnęły ją po twarzy.

— Mówiłeś, że masz żonę — zaczęła nieśmiało. — Czemu nie przyjechała z tobą?

— Yeon jej nie poważa. Wolę nie igrać z ogniem.

W kuchni znaleźli ciasteczka. Pochłonęli wszystkie w kilka minut. Diana dobrze czuła się w towarzystwie Gina. Mężczyznę otaczała aura dobroci i opiekuńczości. Oparła łokieć na marmurowym blacie i poczęła przyglądać się poczynaniom swojego nowego przyjaciela, ten niczym niewzruszony buszował w spiżarce.

— Wciąż jesteś głodny? — ziewnęła.

— Nigdy nie mam dość słodkości.

— Wyjesz mi całe zapasy!

Oboje podskoczyli ze strachu, słysząc głos Yeona. Chłopak stał w wejściu do kuchni, z morderczym uśmieszkiem na ustach.

— Bracie, nie posiadasz tu nic z naszego tradycyjnego menu. — Gin przybrał poważny ton głosu.

— Od kiedy to tęsknisz za rodzimymi potrawami? Jakoś wcześniej nie byłeś łaskaw przybyć do mnie na obiad.

— Daleka droga dzieli mnie od ciebie, dobrze o tym wiesz.

— Dlaczego Diana nie siedzi w pokoju? — Yeon prędko zmienił temat.

— Zabrałem księżniczkę na mały spacer. Nie powinieneś trzymać kobiety w tak ciemnym pomieszczeniu.

— Najchętniej zamknąłbym tam was oboje.

— Właśnie miałem ją odprowadzić. Może zrobimy małą zamianę? Oddam Dianie pokój w którym ja śpię.

— Nie zgadzam się.

— Bracie, nie zmuszaj mnie do podejmowania negocjacji.

Oboje mierzyli się wzrokiem. Diana zadrżała, widząc żądzę mordu w oczach Yeona. Nie chciała narażać Gina.

— Rób co chcesz. — Fioletowooki, ku zaskoczeniu dziewczyny, odwrócił się i wyszedł.

— Wspaniale. — Starszy z braci zatarł ręce. — W takim razie, zaprowadzę cię do nowej komnaty.

— Jak to zrobiłeś? Dlaczego się zgodził? — Księżniczka wciąż nic nie rozumiała.

— Mówiłem ci, musi mnie słuchać.

Nie wyjaśniając nic więcej, pociągnął ją w stronę wyjścia. Niemal biegli przez puste korytarze i zakurzone saloniki, aż w końcu dotarli do wysokich schodów. Gin zatrzymał się tuż przed nimi.

— Nie idziesz? — Diana obejrzała się za siebie.

— Na wieży znajduje się tylko jeden pokój. Mam nadzieję, że będzie ci się podobał. Ja udam się teraz do brata.

— Dlaczego mnie zostawiasz? — Dziewczyna nie dawała za wygraną, samotność zbyt jej doskwierała by znów stracić partnera do rozmowy.

— Wrócę do ciebie wieczorem. — Gin odszedł.

Księżniczka wzięła głęboki oddech i pobiegła schodami do góry. Po chwili stanęła przed ciężkimi drzwiami. Pchnęła je, a te z łatwością się uchyliły. Wnętrze komnaty wręcz oślepiło ją swoją jasnością. Beżowe ściany i duże okna sprawiały, iż pokój wydawał się niezwykle przestrzenny. Podeszła do okrągłego łoża, miękki materac ugiął się pod jej ciężarem. Komnata ta była przeciwieństwem szaroburej groty Yeona. Diana z nieukrywaną radością oglądała złote ozdoby, gustowne meble i kolorowe obrazy. Jeden z nich zaintrygował ją szczególnie. Przyjrzała się postaciom na płótnie. Mężczyzna siedzący na fotelu, trzymał za rękę stojącą za nim kobietę, obok niej widniał wysoki młodzieniec, a na ziemi siedziało dziecko.

— Tak, to Gin. — Diana z przerażeniem odskoczyła od malowidła. Odwróciła się i dostrzegła Yeona, siedzącego na balkonowej balustradzie. Drzwi na zewnątrz były otwarte, zimne powietrze sprawiło, iż sukienka dziewczyny zatańczyła wokół jej zgrabnych nóg.

— Co ty tutaj robisz? — szepnęła.

— Lepszym pytaniem byłoby, co ty tutaj robisz? Dlaczego mój brat oddał komuś takiemu jak ty tę komnatę?

— Nie prosiłam go o to. Nie miej do mnie pretensji…

— Wiesz chociaż, gdzie jesteś? — przerwał jej.

Księżniczka rozejrzała się dookoła.

— Skąd mam wiedzieć? Wciąż nie wiem, w jakim świecie jestem, a ty pytasz o jakiś pokój — prychnęła.

— Ta komnata należała do mojej matki. — Yeon zszedł na ziemię. Jego fioletowe oczy na wskroś przeszywały teraz Dianę.

— Nie wiedziałam.

— Nie obchodzi mnie to. — Zbliżył się niebezpiecznie blisko. Diana chciała się odsunąć, lecz na jej drodze stanęło łóżko.

— Nie…

— Myślisz, że kim jesteś? — Yeon pchnął ją. Upadła na materac i nim zdążyła zareagować, została przygnieciona jego ciałem. Zaniemówiła widząc jego twarz, tuż nad swoją.

— Puść mnie. — Próbowała się wyrwać, lecz ten przytrzymał jej ręce.

— Nie sądzisz, że jesteś przy mnie tylko małym, miękkim króliczkiem?

Czuła jego ciepło, słodki zapach, jednak nic nie było w stanie zamaskować nienawiści, jaka biła mu z oczu. Odwróciła głowę, by się nie rozpłakać. Nie miała siły by się przed nim bronić.

— Nie rób mi krzywdy — szepnęła.

Yeon uważnie przyjrzał się jej twarzy, małym ustom i zaciśniętym powiekom. Wydawała mu się komiczna, z tym swoim strachem. Powoli zwolnił uścisk na szczupłych nadgarstkach dziewczyny.

— Nie rozśmieszaj mnie. Myślisz, że upadłem aż tak nisko, żeby cię zgwałcić? Obrzydzasz mnie. — Podniósł się i otrzepał szatę.

Diana otworzyła oczy. Czuła jak jej policzki robią się całe czerwone. Nie wstała, nie chciała go widzieć.

— Możesz mnie zostawić? — Jej głos wydawał się obcy.

— Pamiętaj, że wszystko w tej komnacie ma pozostać nienaruszone, inaczej stracisz swoje delikatne rączki.

Trzask drzwi balkonowych oznajmił jej koniec żenującej wizyty. Zwinęła się w kłębek i pogrążyła w płaczu.

Blanca

Wciąż nie mogła przywyknąć do tej atmosfery. Tu było zupełnie inaczej, niż u niej, w jej świcie. Wolno szła przed siebie, starając się nie rozpłakać. Bardzo brakowało jej Diany. Czuła, że ktoś odebrał jej jakąś cząstkę duszy. Zacisnęła pięści i pokonała łzy. Musi być silna, dla siostry. Tyle, że to zawsze Diana się nią opiekowała… Jak ma ją uratować, skoro sama nie potrafi zadbać o siebie? Powalił ją jednym ruchem. Żałosne. Nie miała pojęcia, jak ma to wszystko opanować. Obawiała się, że nie będzie w stanie tego zrobić. Dlaczego taki ciężar musiał spaść na nią?

Blanca uśmiechnęła się delikatnie i wystawiła twarz do słońca. Było przerażająco jasne, niemal białe, ale nie raziło w oczy. Zastanawiała się nad tym, co zrobi, jeśli okaże się, że nie potrafi opanować pozostałych technik. W jej przypadku było to bardziej niż prawdopodobne. Nie wierzyła w to, że może jej się udać. Nabrała powierza do płuc i powoli je wypuściła. Pora wracać. Jeszcze natknie się na…

— Co tutaj robisz?

O mało nie zeszła na zawał. Zerwała się z miejsca, słysząc głos Taelina. Skąd on się tu do diabła wziął?! Nie słyszała, jak się zbliżał. Jest jakimś ninja czy co?!

— Podobno to moje ogrody, więc lepszym pytaniem będzie, co ty tutaj robisz?

Ciężko westchnął i odparł:

— Chyba nie zauważyłaś, ale służę w oddziałach królewskich. Jako dowódca mam obowiązek kontrolowania terenu. Czyli innymi słowy, mogę chodzić, gdzie mi się żywnie podoba.

Miała wrażenie, że traktuje ją jak jakąś niedorozwiniętą. Na usta cisnęły jej się same obelgi, ale nie mała odwagi wykrzyczeć mu ich w twarz. Miał taką groźną minę, że aż się wzdrygnęła. Poza tym jego wzrost ją przytłaczał. Miał z metr dziewięćdziesiąt. Kimże była przy nim ze swoim niecałym metrem siedemdziesiąt? Czuła się przy nim nikim. Totalnym zerem. Przewyższał ją we wszystkim. Jak miała go niby pokonać?! To niedorzeczne.

— Pójdę już… — szepnęła cicho.

— Nie tak prędko. — Chwycił ją za przedramię, kiedy chciała go wyminąć.

Wzrok miała wlepiony w podłoże. Już wiedziała, co to za uczucie, które jej towarzyszy za każdym razem, kiedy on jest w pobliżu. Paniczny strach. Mógł ją powalić jednym ciosem, gdyby zechciał. A w tej chwili miał taką minę, jakby to właśnie zamierzał. O mało się nie rozpłakała.

— Pu-ść — zająknęła się.

Zmarszczył brwi, widząc wyraz jej twarzy. Wystraszył ją. Co za ciamajda… Jak taki ktoś miał walczyć u jego boku przeciw nieczystym? To się nie może udać…

— Uwierz w siebie, ty bekso! Myślisz, że coś zdziałasz swoim brakiem odwagi?!

Skuliła się jeszcze bardziej. Czuła, że zaczyna drżeć. Spojrzała na niego błagalnie, ale w jego oczach dostrzegła pogardę. Zacisnęła powieki, hamując łzy. Ostatkiem sił wyswobodziła się z potrzasku i czmychnęła tak szybko, jak tylko była w stanie.

Przepłakała całą noc. To było okropne. Nie mogła tu zostać. Przecież on jej wręcz nienawidzi! Ma ją za nic nie wartego śmiecia. Traktuje ją z pogardą. Co takiego mu zrobiła, że tak nią pomiata? Ocknęła się nad ranem z opuchniętymi od płaczu oczami. Pora wstawać. Czas na pierwszy trening. Może to ją jakoś podniesie na duchu.

Po kilku godzinach chciała zapaść się pod ziemię. Zniknąć, odjeść jak najdalej. Nie potrafiła opanować najprostszych ćwiczeń. Polegało to na przenoszeniu kawałków drewna w określone miejsce, z odległości kilku metrów. Nie miała nawet takiego zasięgu, a co dopiero siły przenoszenia czegoś. Po kolejnej porażce upadła na kolana i opuściła głowę.

— To na nic, jestem beznadziejna. Nie uda mi się.

— Z takim podejściem na pewno nie. Posłuchaj mnie uważnie. Skup się na wytworzeniu potrzebnej ci energii w postaci fali powierza. Później stopniowo ją powiększaj, aż uda ci się dosięgnąć drewna. Po tym ostrożnie owiń przedmiot i przesuń go.

Ojciec Taelina był cierpliwy. Wiedział, że dziewczyna to potrafi, tylko nie umiała się przełamać. Coś ją blokowało.

Powoli napełniła płuca powietrzem i skupiła się. Zamknęła oczy i odcinając się od wszystkiego, czuła, że tworzyła potrzebną jej energię. Powoli materializowała się przed nią i powiększała swój zasięg. Otworzyła oczy, które zdawały się być niemal lazurowe i wykonała kilka ruchów ręką. Wszystkie kawałki drewna poszybowały w górę i opadły tam, gdzie powinny. Zaskoczona swoim małym sukcesem, promiennie się uśmiechnęła.

— I widzisz? Mówiłem, ze dasz radę.

— W końcu nasz spłoszony kociak coś z siebie wykrzesał.

Cała moc ją opuściła, gdy tylko go usłyszała. Taelin wyłonił się znikąd i stanął przed nią. Znów poczuła się taka maleńka.

— Synu, po co tu przyszedłeś? — Somal nie był zachwycony jego obecnością. Spłoszył dziewczynę i znów straciła pewność siebie.

— Chciałem zobaczyć jak to beztalencie sobie radzi.

Zacisnęła zęby, słysząc jego bezczelną uwagę. Jak śmiał…?

— Nie jest beztalenciem — syknął starszy z mężczyzn. — Jeszcze pożałujesz tych słów, kiedy rozłoży cię na łopatki.

Młodzieniec zaśmiał się szyderczo i odparł:

— W takim razie czekam na to. — Pochylił się nad Blancą, przybrał diabelską minę, a w jego oczach znów pojawił się prawdziwy ogień. — Bu — wyszeptał, a z jego oczu wydostało się kilka iskierek.

Przerażona, odskoczyła w tył, a ten znów się zaśmiał kpiąco.

— Taelin! Daj jej spokój! — warknął Somal, wytrącony z równowagi.

Ten nie zwrócił uwagi na słowa ojca i odszedł równie szybko, co się pojawił.

— Dlaczego mnie tak traktuje? Co mu zrobiłam? Przecież nie jestem dla niego żadną rywalką…

— A właśnie, że jesteś. I on dobrze o tym wie. Masz większy potencjał mocy, niż my razem wzięci. Jesteś w stanie opanować wszystkie cztery żywioły. To da ci potężną moc.

— To mi zajmie lata… Nie mamy tyle czasu.

— Jeśli w siebie uwierzysz, to pójdzie to o wiele szybciej. Nie daj się zbić z tropu. Mu o to właśnie chodzi. Czuje się pokrzywdzony, trenował całe życie, jest wyśmienitym wojownikiem i opanował swoją moc do perfekcji. A nagle zjawiasz się ty, nic nie potrafisz, ale w przeciągu kilku dni jesteś w sanie opanować co najmniej dwa żywioły, poza dominującym. Myślę, że to właśnie ogień sprawi ci najwięcej kłopotów. Jesteś z natury delikatna i łagodna. A ogień jest uosobieniem wybuchowości i temperamentu.

— Rozumiem. Proszę, naucz mnie jak mam to opanować.

— No i w końcu mówisz, jak na mojego ucznia przystało. Zaczynajmy.

Trenowała do utraty sił. Pod koniec dnia, ledwie trzymała się na nogach, ale była z siebie dumna. Udało jej się sporo nauczyć. Potrafiła już bez problemu przenieść różne przedmioty, a nawet ludzi. Tak samo mogła nimi dowolnie manewrować. Wytwarzanie potężnych kul powietrznych do ataków też udało jej się udoskonalić. Miała problemy z przenoszeniem siebie w powietrzu. Poza tym, jej celność była zaskakująco dobra. Była w stanie unieść noże i wycelować je w sam środek celu i to ze znacznej odległości. Zadziwiająca szybkość z jaką opanowała nowe techniki nie zaskoczyła tylko jej. Sam Somal nie sądził, że tak sprawnie to wszystko się potoczy. Musiała poćwiczyć manipulowanie powietrzem, ale to był już wyższy poziom.

Książę

Oliwia Pleszewska

Rose pobiegła do kuchni, by zająć się śniadaniem. Była pewna, że cały pałac wciąż śpi.

— Moja różyczko! — poczuła, że coś ciągnie ją za włosy.

— Spadówa! — uderzyła Taelina po dłoni — Wynoś się z kuchni.

— Dlaczego jesteś taka oschła? Miałaś jakieś koszmary? — w jego głosie słychać było prawdziwą troskę.

— Nie, po prostu to jeszcze nie czas na śniadanie. Dopiero rozpalam piec. Możesz sprawdzić czy są już bułki?

— Co się stało? — Chłopak zagrodził jej drogę na podwórko.

— Znów miałam ten sen. Strasznie tęsknię za nimi… — rozkleiła się jak dziecko. Taelin przyciągnął ją do siebie i począł gładzić po głowie. Nie wiedział co powiedzieć, sam także przeżył ich śmierć.

— Przepraszam, że przeszkadzam. — Oboje odwrócili się jak oparzeni słysząc damski głos. W drzwiach stanęła Blanca. Dziewczyna odziana jeszcze w koszulę nocną skrzyżowała ręce na piersi.

— Panienko! — Rose natychmiast zerwała się z miejsca. — Nie można tak.

Wypchnęła ją prędko na korytarz.

— Jak? — księżniczka nic nie rozumiała.

— Przecież nie może panienka nago chodzić po pałacu!

— To sięga mi do kostek.

— Nie! Nie tak panienko! — Służąca ciągnęła ją w stronę swojego pokoju. Gdy już się tam znalazły, zamknęła drzwi na klucz.

— Nie mam innych ubrań. — Blanca potarła zaspane oczy.

— Zaraz coś zaradzimy. Nie dam panience swoich ubrań, bo to nie są książęce jedwabie…

— Nie chcę żadnych jedwabi — przerwała niebieskooka. –Nie po to tu jestem.

Rose pokręciła głową.

— Zaraz wrócę.

Pędem pobiegła do garderoby zmarłej królowej. Zabrała stamtąd jedną z luźniejszych sukienek. Złożyła niski pokłon przy jej obrazie i szybko wróciła do księżniczki.

— Naprawdę mam to ubrać? — Blanca podejrzliwie przyglądała się białej sukni.

— Już służę. — Rose swoimi zgrabnymi palcami zrzuciła z dziewczyny koszulę i nim ta się zorientowała, stała odziana w piękną szatę. Służąca nie próżnowała, gdy Blanca w zadumie oglądała jedwabny strój, ta zaplotła jej długie włosy w piękny, luźny warkocz.

— Wyglądam… — księżniczce brakowało słów. To co zrobiła Rose, było niczym sen.

— Polecam się na przyszłość. — Ku zaskoczeniu dziewczyny, pokojówka ukłoniła się i uciekła.

Nie miała czasu na rozmowy, musiała jeszcze nakarmić głodną hołotę. Wchodząc do kuchni usłyszała łomot sztućców i krzyk.

— My chcemy jeść! My chcemy jeść!

Przestraszona wkroczyła do jadalni a tam przy stole wspólnie skandowali Cristian i Taelin.

— Już wam coś dam…

— Gdzie ty byłaś?! Znów musiałem sam się ubrać! — Książę podniósł się z krzesła.

— Ktoś tu nie potrafił zapiąć paska. — Syn generała zmrużył oczy, wystawiając przy tym język do białowłosego.

— Przepraszam. — Dziewczyna spuściła głowę i znów ukryła się w kuchni.

— Mam już tego po dziurki w nosie. — Cristian obracał w dłoni srebrny nóż.

— Nie bądź dziecinny. Twój siostra jest ostatnią sierotą, nie dziwię się że Rose ma tyle na głowie. — Taelin włożył do ust lukrowane ciasteczko, jednak prędko dostał po łapach.

— Nie objadać się słodyczami przed śniadaniem. — Służąca poruszała się niczym ninja.

— Gdzie ona jest?

— Powinna dojść jak tylko podam do stołu.

W tym momencie do jadalni, niczym promień słońca, wkroczyła Blanca. Jej skóra wydawała się marmurowa, zwiewna sukienka podkreślała wszystko co powinna.

Książę upuścił sztuciec. Z otwartymi ustami obserwował ruchy siostry. Kątem oka zerknął na przyjaciela. Taelin zrobił się czerwony na twarzy.

— Ktoś tu strzelił buraczka. — Białowłosy nie mógł przepuścić takiej okazji.

Syn generała wstał prędko.

— Idę pomóc Rose. — Z prędkością światłą wybiegł do kuchni. Blanca usiadła obok brata, nie starając się nawet zrozumieć zachowania swojego nauczyciela.

— Jak ci się spało? — Cristian, jak nakazywała etykieta, ucałował jej śnieżnobiałą dłoń.

— Bardzo wygodnie.

— Piękne szaty, skąd je masz?

— Twoja służąca kazała mi to ubrać, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. — Dziewczyna wiedziała, iż ma na sobie ubrania zmarłej matki chłopaka. Nie chciała w żaden sposób go zranić.

— Nie, idealnie do ciebie pasują.

Rose, wraz z drugą służką, wniosła do sali pachnące bułeczki. Pierwszego oczywiście poczęstowała swojego księcia, później obsłużono Blance i na końcu Taelina. Chłopak wciąż starał się nie patrzeć w stronę księżniczki, co nie umknęło jej uwadze.

Wszyscy jedli w kłopotliwym milczeniu.

— Książę, czeka na pana kilka obowiązków. — Rose wniosła do jadalni czerwoną poduszeczkę, na której spoczywał książęcy diadem, wykonany z białego złota, a jednocześnie niezwykle delikatny w swej prostocie. Blanca z zachwytem przyglądała się ozdobie.

— Może tobie też taki zrobię? — Cristian przerwał jej zadumę.

— Nie! — pokręciła głową spanikowana — Nie chcę żadnej korony!

— Taelin, jak zjesz to idź proszę załatwić jej taką samą.

— Jak sobie życzysz, młokosie.

— Powiedziałam, że nie chcę…

— Nie sprzeciwiaj się moim rozkazom. — Chłopak wycelował widelcem w jej stronę, umilkła obrażona. Taelin zaśmiał się w duszy, nie było mowy o braku pokrewieństwa między tymi dwoma.

— Widać, że jesteście rodzeństwem. — westchnął — Tyle, że Blanca musi nadrabiać za ciebie urodą.

— Może od razu zaproś ją do siebie na miły wieczór. — Szatański uśmiech zagościł na twarzy księcia.

— Wasza wysokość! — pisk Rose rozniósł się po pokoju. Dziewczyna z czerwoną twarzą wpatrywała się w swojego pana.

— Odpuść mu, to ciężki wiek. Nieprzyzwoite dowcipy są domeną niedojrzałych dzieciaków.

— Ty! — Cristian zerwał się z miejsca i już po chwili wraz z Tallinem stali naprzeciw siebie z mieczami wycelowanymi w swoje gardła.

— Błagam was, czy każde śniadanie musi tak się kończyć… — Rose nie była w stanie przebić się przez wrzeszczących na siebie mężczyzn.

— Zamknąć się! — stanowczy ton Blanki postawił ich na baczność. Dziewczyna z wściekłością podniosła się z miejsca. Taelin zasłonił się mieczem widząc, iż księżniczka z morderczym wyrazem twarzy, zmierza w jego kierunku.

— Błagam, miej litość — zakpił.

— Zachowujcie się! — Blanca machnęła dłonią. Potężny powiew powietrza posłał ich obu na sąsiednią ścianę budynku. Srebrna zastawa pospadała ze stołu.

— Księżniczko! — Rose biegała jak oparzona, próbując ratować naczynia.

— Musicie od rana psuć mój nastrój? Wystarczy mi patrzenie na wasze twarze.

Dziewczyna odwróciła się na pięcie i wyszła. Cristian okrągłymi oczyma patrzył się w stronę sylwetki odchodzącej siostry.

— W co ja cię wpakowałem… — szepnął do przyjaciela.


Po jakże udanym śniadaniu, Cristian pochylił się przed Rose, pozwalając jej założyć na swej głowie diadem.

— Co dzisiaj przed nami? — zatarł ręce.

— Doglądanie ogrodów, doglądanie przygotowań do balu, wybranie stroju na bal…

— Dlaczego ja muszę to robić? Nienawidzę takich pierdoł.

— Należy cię księciu trochę odpoczynku.

— Rose — czuły uśmiech zagościł na twarzy chłopaka. — Ile my się znamy?

Twarz dziewczyny pokryła się rumieńcem.

— Od dziecka, wasza wysokość — szepnęła.

— Więc przestań mi tak nadskakiwać. — Białowłosy sprzedał jej pstryczka w nos. Zgaszona dziewczyna otworzyła przed nim drzwi do ogrodu. Tam zaczęło się prawdziwe przedstawienie. Kurtyzany, damy dworu i ich córki już od samego rana czekały na pojawienie się księcia. W powietrzu uniósł się pisk. Cristian stawiał dumne kroki, tak przynajmniej wydawało się zakochanym po uszy małolatom, prawda byłą taka iż książę przez cały spacer nie zwraca na żadną z nich uwagi. W jego głowie kłębiły się nowe projekty broni, rozmyślał też nad tym, jak najskuteczniej rozpruć komuś klatkę piersiową. Z zadumy wyrwał go czyjś głos.

— Czy wie już książę, z kim pójdzie na bal? — Przed sobą ujrzał niziutką blondyneczkę. Dziewczyna wpatrywała się w jego błękitne oczy z uwielbieniem.

— Nie, nie mam pojęcia. Rose, odpowiedz proszę na pytania. — Zakłopotany zasłonił się swoja służącą.

— Książę jest bardzo zajęty. Jego siostra, jako najstarsza z rodu będzie w obowiązku wybrać mu narzeczoną — odpowiedziała zgodnie z prawdą różowowłosa.

Cristian zachłysnął się własną śliną. Upadł na kolana próbując złapać oddech.

— Rose — jego szept był ledwie słyszalny. — Co to ma znaczyć?

Dziewczyna pomogła mu wstać.

— Taka była wola królowej.

— Co? Mojej matki?

— Nie, to tradycja przekazywana każdej królowej, dotyczy synów. Wymyśliła ją książęca prababka. Starsze z rodzeństwa pomaga młodszemu.

— Nonsens! — Cristian z wściekłością wybiegł z ogrodu. Parł przed siebie, nie zważając na wołanie Rose. — Taelin!

Książę wpadł jak oparzony do pokoju przyjaciela. Syn generała podniósł głowę z nad książki.

— A tobie co?

— Dlaczego? Dlaczego to ona ma mną dyrygować?!

— Nie rozumiem o co ci chodzi! — mężczyzna wyrwał się z uścisku młodszego.

— Ta cholerna dziewucha! Ma wybrać mi żonę! Nie chcę baby, po co mi to?!

— Jaka dziewucha?

— Moja siostra, ot co!

Blondyn podrapał się po głowie.

— Pierwsze słyszę o czymś takim, no ale nie urzęduję długo na tym świecie. Wątpię, że Blanca zrobi coś wbrew tobie. — niewzruszony powrócił do lektury.

— Skąd ta pewność? — książę z nadętą miną przyglądał się obrazowi na ścianie rycerza. Trzy urocze damy, siostry i matka Tealina uśmiechały się do niego zza ramy.

— Jest mądra i nie zna zasad rządzących tym światem. Sądzę, że na razie i tak jest wystarczająco zagubiona, ma inne rzeczy na głowie. Jesteś dla niej teraz jak latarnia, więc po co miałaby gasić w niej światło?

— Może masz rację. To wszystko przez Rose, przestraszyła mnie. Za karę będzie dzisiaj czyściła mojego konia.

— Nie wyręczaj się nią. — Taelin łypnął groźnie na przyjaciela.

Blanca

Kolejne dni upłynęły w podobnym rytmie. Na całe szczęście, Taelin się do niej nie zbliżał. Pod koniec treningu, zadowolony Somal uznał:

— Świetnie ci idzie. Już opanowałaś podstawy wody. Jutro przyjdzie kolej na ziemię.

— Całkiem łatwa ta woda — odparła z uśmiechem.

Faktycznie, dobrze jej to poszło. Wytwarzanie małych ilości wody już potrafiła. Na razie to musiało wystarczyć. Ważne było, żeby zaczerpnęła każdego żywiołu choćby odrobinę. Wtedy jej moc wzrośnie.

— Woda jest bardzo bliska powietrzu, to dlatego. No, to ostatni raz pokaż co potrafisz.

Kiwnęła głową, złożyła dłonie i skierowała czubki palców pod brodę. Pochyliła głowę i zaczęła gromadzić małe cząsteczki wody wokół siebie. Poczuła w sobie jakiś nagły przypływ mocy. Miała wrażenie, że woda ją przepełnia, jak powietrze. Nieświadomie połączyła te dwa żywioły i uniosła ręce. Wokół niej roztrysnęły się strumienie wody, unoszone częściowo przez powietrze, tworząc różne wzory, a w całości coś podobnego do fontanny. Piękny widok. Somalowi stanęły łzy w oczach. Pamiętał, że król potrafił wykonać dokładnie to samo. Zadowolona z siebie szeroko się uśmiechnęła. W tym momencie bił od niej jakiś blask. Skóra zdawała się stać niezwykle gładka i jednolita, a oczy błyszczały jak dwie gwiazdy na niebie. Włosy nie były już rozczochrane, tylko układały się w cudowne fale. Biała sukienka, którą dostała, wirowała wokół jej zgrabnych nóg. Opuściła ręce i z trudem, ale udało jej się utrzymać wodę w powietrzu. Posłała nauczycielowi zawadiacki uśmiech i powiedziała:

— Chyba mi wyszło.

Za swoimi plecami usłyszała powolne klaskanie w dłonie. Zaniepokojona, odwróciła się. Jak przypuszczała, stał za nią Taelin.

— Brawo, udało ci się opanować dziecinne sztuczki. Moje gratulacje.

Zaczął ją powoli irytować. Opanowała strach i odważnie popatrzyła mu w oczy. Nie spłoszyła się, udało jej się utrzymać energię. Groźnie zmrużyła oczy i posłała w jego kierunku kilka strumieni. Zaskoczony jej atakiem, nie zdążył uniknąć wszystkich ciosów. Jedna fala roztrysnęła się na jego twarzy, mocząc go od czubka głowy aż po szyję.

— Jak widać, te dziecinne sztuczki wcale nie są takie niegroźne — oparła głośno i wyraźnie.

— Ty… — jego głos aż ociekał jadem.

Otarł twarz, otrząsnął się z wody i po chwili był już suchy. No tak. Ogień. Ależ był irytujący.

— Ostrzegałem cię — Somal zakrztusił się śmiechem, widząc minę syna.

— Jeszcze się za to policzymy. — Posłał w jej kierunku ostrzegawcze spojrzenie.

Zginę. Taka była jej pierwsza myśl, widząc jego minę.

— Masz do mnie jakąś sprawę? — Straszy mężczyzna zmarszczył brwi, wiedząc, że jego syn nie przyszedłby tu bez powodu.

— Tak. Mamy małe problemy przy granicy. Mogę tam pojechać i to załatwić.

— Nie. Ja to zrobię. Ty zostaniesz z nią i przejmiesz moje obowiązki.

— Co?! — Oboje wydali z siebie okrzyk zaskoczenia.

— Mówię, że od teraz on mnie zastąpi.

— Nie zgadzam się! — zaprotestowała Blanca.

— I tak miałem go o to prosić. Musisz nauczyć się władać bronią. On jest mistrzem w walce na miecze. Przekaże ci odpowiednią wiedzę i oczekuję, że po moim powrocie nie będę zawiedziony efektami. Nie mamy czasu do stracenia.

— Ale… Jeszcze nie opanowałam wszystkich żywiołów! — Próbowała się bronić ostatnimi argumentami.

— To może poczekać. Bez umiejętności walki wręcz jesteś i tak bezużyteczna na polu bitwy.

— Świetnie… — mruknął pod nosem blondyn. — Teraz to ja mam ją niańczyć.

— Wierz mi, że mi to też nie odpowiada — natychmiast się odgryzła.

— Jak będziesz się lenić, to zafunduję ci niezły obóz przetrwania.

— Nie lenię się! — oburzyła się nie na żarty.

— Zobaczymy… — mruknął i odwrócił się na pięcie. — Jutro o świcie widzę cię tu zwartą i gotową — rzucił na odchodnym.


Drżała na samą myśl o pierwszym treningu z Taelinem. Jak ona ma niby podołać jego wymaganiom? Patrzył się na nią takim wzrokiem, że miała ochotę uciec. Nie powinna była go drażnić, ale sam się o to wręcz prosił. Miała dość jego kpin. Może i wciąż nie była wystarczająco dobra, ale starała się. Poza tym, on miała lata na opanowanie swojego żywiołu i doskonalenie fechtunku. A ona? Od kilku dniu wiedziała o swoich zdolnościach. Jeszcze nawet nie potrafiła korzystać z nich na zawołanie.

Na szczęście w końcu dostała własną komnatę i nie musiała już lokować się u księcia, jej brata. Energicznie rozczesywała włosy, chcąc je jakoś ugładzić. Wszyscy byli tu tacy urodziwi, a ona? Gorzej, niż szara myszka. Ciężko westchnęła zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, w której tkwiła. Nauka z Somalem nie była łatwa, a co dopiero z Taelinem. To nie będzie przyjemne, ani miłe. Była pewna, że będzie jej dokuczał przy każdej okazji.

Drgnęła, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

— Proszę.

Do środka weszła służąca z poskładanymi, czystymi ubraniami. Położyła je na łóżku, ukłoniła się i chciała odejść.

— Co to za rzeczy? — zapytała Blanca.

— Panicz Taelin je przysyła. Powiedział, że będą jutro księżniczce potrzebne.

Blanca wstała i ostrożnie podeszła do ubrań. Niepewnie uniosła białą koszulę leżącą na wierzchu, złożoną w schludną kostkę. Uważnie obejrzała ją z każdej strony.

— Coś nie tak? — zapytała zaniepokojona pokojówka.

— To się okaże. Jeśli to od niego, nie wiem, czy mogę czuć się bezpiecznie.

Dalej uważnie oglądała podarunek.

— Szuka tam panienka czegoś? — Młoda dziewczyna była zaskoczona i rozbawiona zachowaniem Blanci.

— Jakiegoś węża, czy jadowitego pająka… — mruknęła pod nosem.

Służąca ledwie powstrzymała atak śmiechu.

— Myślę, że nie ma się czego bać. Panicz Taelin nie załatwia spraw w ten sposób — odparła, delikatnie się uśmiechając.

— Czyli najwyżej poderżnie mi gardło, albo zadźga czymś?

— Nie jest taką osobą. Może mi księżniczka nie wierzyć, ale zasługuje na miano wspaniałego przyjaciela.

— Raczej nie dla mnie — westchnęła.

Nie ma co się oszukiwać. Nie chcieli jej tu. Była im potrzebna, a raczej jej moc. I tyle.

— Możesz już iść, dziękuję — dodała Blanca i zapatrzyła się w okno.

Dziewczyna odeszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

Została sama i postanowiła wykorzystać ten czas. Somal radził jej, żeby trenowała swoje zdolności przy każdej okazji. Tak więc też zrobiła. Usiadła na chłodnej podłodze i dała się ponieść w stan absolutnego skupienia. Oczyściła umysł i wyrównała oddech. Woda i powietrze to spokojne żywioły z natury. Harmonia i opanowanie były podstawą, jeśli chciało się je sobie podporządkować. W głowie zrodził jej się pewien pomysł. Nie ruszając się z miejsca, udało jej się wytworzyć małe kuleczki wody, które swobodnie unosiły się na wysokości jej twarzy. Rozdrobniła je tak, że teraz przypominały spore krople deszczu. Za pomocą dłoni zaczęła nimi dowolnie sterować. Jej włosy zaczęły wirować wokół jej twarzy, gdy powietrze przejęło nad nią kontrolę. Delikatnie uniosła się w górę. Zawisła kilka centymetrów nad ziemią. Stopniowo wznosiła się coraz wyżej. Kiedy była już na wysokości około metra, wystraszona, zachwiała się i upadła.

— Cholera — zaklęła pod nosem.

Musiała jeszcze się sporo nauczyć i przyswoić żywioły. Nawet z jej wrodzonym talentem nie było to łatwe. Wstała i spróbowała ponownie. Skończyło się fiaskiem. Setki następnych prób kończyły się podobnym skutkiem. Obolała, wstała i pokuśtykała do łóżka. Opadła na nie wyczerpana. Mogła próbować robić to nad łóżkiem, wtedy miałaby zapewnione miękkie lądowanie. Ale Somal wpoił jej, że musi nauczyć się odwagi i nie iść na łatwiznę. Do osiągnięcia pełnej mocy nie prowadzą żadne skróty. Musi nauczyć się poprzez doświadczenie i determinację kontrolować swoje ruchy. Zamknęła oczy i powoli odpłynęła. Po upływie kilkunastu minut przez okno zaczęło wdzierać się światło słoneczne. Nawet to jej nie obudziło. Ćwiczyła wytrwale przez całą noc, nie myśląc o tym, żeby być wypoczętą rankiem. Tym sposobem, z trudem uniosła powieki i dostrzegła, że już świata. Zerwała się z łóżka i zachwiała się. O mało nie upadła. Za bardzo wczoraj się przyłożyła. Teraz nie miała nawet siły na to, żeby stabilnie chodzić. Rozmasowała zesztywniały kark i z niesmakiem spojrzała na sińce powstałe w wyniku licznych upadków. Już dawno nie była tak poobijana. Westchnęła i chwyciła ubrania, żeby się przebrać. Zanim jednak zdążyła zrzucić nocną koszulę, do jej komnaty wparowała Rose.

— Musi księżniczka się pośpieszyć, Taelin już wychodzi.

— Cudownie — mruknęła pod nosem.

— Pomogę z ubraniem.

— Nie trzeba. Dziękuję, poradzę sobie sama.

— Ależ księżniczko…

— Nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz. Mogłabyś używać mojego imienia? Byłabym ci wdzięczna.

— Ale tak nie wypada…

— Rose, dla mnie jesteś kimś więcej, niż pomocą pałacową. Proszę, mów mi po imieniu.

— Skoro nalegasz, niech tak będzie. Pójdę już w takim razie.

Ukłoniła się i wyszła.

Blanca była gotowa już po kilku minutach. Pędem rzuciła się do wyjścia, nie chcą się spóźnić.

Nieśmiało zbliżyła się do wysokiego i smukłego młodzieńca. Patrzył na nią przenikliwym wzrokiem mówiącym: „Zniszczę cię.” Przełknęła ślinę i stanęła kilka kroków przed nim. Wolała się zbytnio nie zbliżać.

— Podobają ci się ubrania? — zapytał, taksując jej sylwetkę wzrokiem.

Popatrzyła na białą koszulę i dopasowane spodnie z jakiegoś nieznanego jej materiału. Były w odcieniu szarości i miała wrażenie, że są jak druga skóra. W ogóle ich nie czuła. Miała pełną swobodę ruchu.

— Są wygodne, odpowiadają mi — odparła wymijająco. — Dziękuję.

— Świetnie. Możemy zaczynać.

— Już? — zdziwiła się. Sądziła, że zaczną od teorii, czy czegoś w ten deseń.

— Tak. Chcę zobaczyć, na jakim jesteś poziomie.

Jego oczy zaczęły się iskrzyć. Wokół niego powstały płomienne kręgi. Scalił je w ogniste kule i wzniósł cały rząd na wysokości swojej twarzy. Warto podkreślić, że nie wykonał żadnego ruchu. W pełni nad nimi panował, wyłącznie dzięki swojemu umysłowi.

— Czekaj! — krzyknęła przerażona.

— Pokaż mi co potrafisz!

Kule zaczęły się niebezpiecznie szybko zbliżać. Ogarnęła ją panika. Wciąż czuła ból we wszystkich partiach swojego drobnego ciała. Nie miała pojęcia, co robić. Skrzywiła się, kiedy spróbowała unieść rękę. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Była zmęczona, a jej reakcje były opóźnione. Jeszcze nie uczyła się o obronie, tylko o wytwarzaniu i opanowaniu żywiołów. Udało jej się uspokoić oddech. Przykucnęła i dotknęła dłonią ziemi. Była w niej woda. Wydobyła na powierzchnię potrzebne jej strumienie i za pomocą powietrza nakierowała je na ogniste kule. Udało jej się trafić w dziewięć z dwunastu. Przed tymi ocalałymi musiała wykonać unik. Krzywiąc się niemiłosiernie, odskoczyła na bok, zaliczając kolejne twarde lądowanie. Poczuła, jak zbite miejsca pulsują w wyniku uderzenia. Ledwie trzymając się na nogach, udało jej się zebrać w sobie i wstać.

— Dlaczego to zrobiłeś?! — oburzyła się. — Mogłeś mnie zabić!

— Nie przesadzaj. To były najsłabsze ataki, jakie tylko jestem w stanie wykonać.

Jej oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Najsłabsze? A ona ledwie uszła z życiem! Podniosła się z piachu i odparła:

— Następnym razem chociaż mnie ostrzeż

— Myślisz, że wróg będzie cię ostrzegał? Zabije cię bez wahania.

— Dzięki za pocieszenie… — mruknęła pod nosem.

— Nie marudź. Widzę, że masz całkiem niezły refleks. To dobrze. Mam coś dla ciebie.

Rzucił jej pod nogi drewniany mieczyk. Podniosła go i zmierzyła krytycznym wzrokiem. Miał może z pół metra długości.

— Poważnie? — westchnęła, parząc na niego. — To jakiś żart?

— Nie. I tak nie dasz rady z czymś konkretniejszym.

W mgnieniu oka w jego dłoni zmaterializował się ogromny, srebrny miecz. Bez problemu się z nim poruszał. Z zazdrością patrzyła na jego pełne gracji ruchy. Stanął obok niej i przyjął postawę obronną.

— Naśladuj mnie — rzucił krótko w jej kierunku, nawet na nią nie patrząc.

Wykonał kilka szybkich ruchów, a ona nawet nie zauważyła, kiedy się przemieścił. Teraz stał twarzą do niej i natarczywie wpatrywał się w dziewczynę. Stała sztywno, nie wiedząc co robić. To spojrzenie odbierało jej zdolność mówienia.

— Zrób to samo — zażądał.

Gwałtownie zamrugała powiekami, powoli łącząc wątki.

— Ale… Nie zapamiętałam tego. — Spuściła wzrok zawstydzona.

Znów wykonał kilka błyskawicznych ruchów i nagle znalazł się tuż za jej plecami. Jego ręce objęły ją w talii. Powoli przesunął dłonie na jej biodra i pociągnął ją ku sobie, zmieniając jej pozycję.

— Nogi trochę szerzej, musisz utrzymać na nich cały ciężar swojego ciała — polecił.

Wykonała jego polecenie jak zahipnotyzowana. Kiedy stała tak, jak chciał, chwycił ją za nadgarstki. Jeden z nich schował za jej plecy, uginając rękę w łokciu. Drugim zaś wykonał kilka płynnych ruchów. Przycisnął jej ciało do siebie i razem przemieścili się o dwa kroki w przód, wykonując atak.

— I tak to ma wyglądać — powiedział bezbarwnym głosem.

Czerwona jak piwonia, odsunęła się od młodzieńca. Speszona, nerwowo odgarnęła kosmyk włosów za ucho i odparła:

— Rozumiem. Już wiem, jak to robić.

— Świetnie, zaczynaj.

Skinęła głową i zaczęła w uwagą wykonywać zapamiętane kroki i ruchy. On był taki zwinny… Poruszał się z łatwością, mimo swojej okazałej postury. Nie był nawet jakoś specjalnie umięśniony, ale jego wzrost przytłaczał. Rzekłaby, że właściwie to jest smukłej budowy. Był taki przystojny, jak większość mężczyzn tutaj. Ale to jego oczy ją urzekły. Do tego te wspaniałe blond włosy w wiecznym nieładzie, a może raczej układające się według własnych zasad. Mimo tego wyglądał zjawiskowo. Zasmuciła się na myśl o tym, że urodą nigdy mu nie dorówna. Jedyna nadzieja była w walce. Jeśli uda jej się znaleźć się na wysokim poziomie, może w końcu ją zaakceptuje.

Wytrwale trenowała cały dzień. Wiedziała, że musi się starać. Jej ciało był jednak wykończone. Wszystko migało jej przed oczami. Miała nadzieję, że to tylko chwilowe. Jednak kiedy wykonała kolejnych kilka ataków, poczuła rwący ból w ramieniu. Upadła na ziemię, zaciskając zęby. Wszystkie mięśnie ją bolały i na dodatek wciąż czuła skutki nocnych ćwiczeń.

— No wstawaj! Na co czekasz? Jeszcze nie skoczyliśmy. — Taelin zdenerwował się. Miał wrażenie, że dziewczyna wcale się nie przykłada.

— Ja… już nie mam siły… — wyszeptała, ledwie łapiąc oddech.

Rękawy koszuli podwinęły się i oczom młodzieńca ukazały się wielkie sińce na jej rękach. W mgnieniu oka znalazł się przy niej i bliżej przyjrzał się jej obitym miejscom. Zmarszczył gniewnie brwi. To nie były efekty ich pracy. Zauważyłby to.

Pobladł, widząc jej delikatne ciało tak bardzo posiniaczone. Jak to się mogło stać? Przecież nie chciał, żeby zrobiła sobie krzywdę.

— Co ci się stało? — zapytał przejęty jej stanem.

— To nic — odparła, odwracając wzrok.

Z wyczuciem uniósł jej rękę i przytrzymał dziewczynę za łokieć, kiedy chciała się odsunąć.

— Kiedy to sobie zrobiłaś?

— Mówię przecież, że to nic takiego. Ćwiczmy dalej.

Chciała wstać, ale drżące nogi jej to uniemożliwiły. Gdy tylko się uniosła, od razu upadła bezsilnie na ziemię.

— Nie bagatelizuj tego! — warknął.

Posłała mu rozzłoszczone spojrzenie. Teraz się przejmował?! Teraz, kiedy postanowiła dać z siebie wszystko?!

— Nie powinno cię to obchodzić. Dobrze wiem, że masz mnie gdzieś.

— Musisz być zdrowa, żeby walczyć. Twoja głupota może sprawić, że będziesz bezużyteczna — stwierdził sucho, gniewnie na nią patrząc.

No tak… Nie obchodziła go ona sama, jako osoba, ale tylko i wyłącznie jej możliwości.

— Nie traktuj mnie jak jakiś przedmiot! — zezłościła się.

Ciężko westchnął, widząc jej zaciętą minę. Uparta dziewucha.

— Pytałem, co się stało. — Jego głos był wyprany z jakichkolwiek emocji.

— Kiedy się ćwiczy, czasem tak bywa, że nabijesz sobie kilka siniaków. To nic takiego.

— Co robiłaś? — zdziwił się.

— Trenowałam w pokoju…

— Zgłupiałaś do reszty?! — krzyknął rozwścieczony.

Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc jego reakcji. Sam chciał, żeby była lepsza, więc?

— Jaki masz z tym problem? — Jej szorstki ton głosu nie zapowiadał niczego dobrego.

— Ty się jeszcze pytasz?! Te ćwiczenia są tak ułożone, że nie powinnaś mieć siły na to, żeby się ruszać, a ty jeszcze dodatkowo wykańczasz swój organizm w nocy, kiedy powinnaś się regenerować?! Nic dziwnego, że jesteś dziś nieprzytomna!

— Sam chciałeś, żebym szybko to opanowała! — W kącikach jej oczu zatańczyły pojedyncze łzy.

— Ale nie takim kosztem! W takim razie to nie ma w ogóle sensu, skoro zamierzasz robić takie rzeczy.

— Ale ja chciałam…

— Dość. Jeśli mało ci tu ćwiczeń, zadbam o to, żebyś nie była w stanie dziś dojść do zamku o własnych siłach.

— Co? — Przeraziła się nie na żarty. Już teraz ledwie była w stanie się poruszać.

— Masz trzy sekundy, żeby wstać.

Zacisnęła pięści i zebrała resztki swoich sił. Nie da mu sobą pomiatać.

— Walka wręcz. Przyda ci się. — Taelin zmierzył jej sylwetkę gardzącym wzrokiem.

To będzie bułka z masłem — pomyślał. — Jest tak wątłej budowy, że nawet dzieci ją powalą na ziemię w mgnieniu oka.

— Nie sądziłam, że aż tak bardzo różnisz się od swojego ojca — uznała po chwili.

— Co ty możesz o mnie wiedzieć? — zdenerwował się.

— Nigdy mu nie dorównasz… Wiesz dlaczego? Bo on wie, kiedy przestać. Ty nie masz zahamowań.

Zaskoczony jej słowami, szeroko wytrzeszczył oczy.

— Ty mała… — głos uwiązł mu w gardle. — Zamknij się!

— Tylko tak potrafisz mnie uciszyć? Żałosne… Nie wszystko da się załatwić siłą, Taelinie, zapamiętaj to sobie.

— Nie będziesz mnie pouczać. — Jego oczy przybrały mroczny wraz.

Ledwie powstrzymała chęć ucieczki. Był przerażający. Struchlała, kiedy w mgnieniu oka znalazł się przy niej i płonącą dłonią wykonał cios w jej żebra. Czując tak potężne uderzenie, jęknęła z bólu. Odrzuciło ją kilka metrów do tyłu. Upadła na twardą ziemię, mając wrażenie, że połamała sobie wszystkie kości. Odkaszlnęła i z przerażeniem odkryła, że wypluła odrobinę krwi.

— Ty potworze! — Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

— Sama tego chciałaś. — Znów w zabójczą prędkością znalazł się obok niej.

Kopnęła go w piszczel najmocniej jak tylko potrafiła. Zużywając resztki energii, z całej siły uwięziła go w objęciach fal powietrza i rzuciła nim o podłoże. Widząc, jak zamierza znów atakować ogniem, ukucnęła. Jej oczy zalśniły nieznajomym dotąd blaskiem. Zza jej pleców wyłoniły się dwa ogromne wodne bąble. Wykonała takie ruchy, jakby rzucała w niego piłką. Tyle, że zamiast piłki, trafiły go wodne bomby. Przemoczyły go doszczętnie. Szybko otrząsnął się z tego niespodziewanego ataku. Nie sądził, że ma ona jeszcze tyle energii, żeby wykonać tak celne uderzenie.

— Nie doceniłem cię… Ale ty również nie masz pojęcia, z kim walczysz.

Nie minęła sekunda, a on już był suchy. Jego włosy wirowały wokół jego twarzy niczym płomienie wokół ogniska. Wciągnął ręce naprzeciw siebie i szybko złożył dłonie. Dokładnie w tym samym momencie dwa słupy ognia uwięziły Blancę w żelaznym uścisku. Nie parzyły, co ją zaskoczyło. Były jak dwie gigantyczne dłonie, ściskające ją tak, że nie mogła się ruszyć. Uniósł ją nad ziemię i przyciągnął ku sobie.

— Przegrałaś — oznajmił krótko.

— Puszczaj mnie! — Wierciła się nieprzerwanie, mając nadzieję, że to coś da.

Zaśmiał się, widząc jej nieudolne próby uwolnienia się.

— Jeśli sama nie odkryjesz, jak się uwolnić, będziemy tu siedzieć tak długo, aż na to wpadniesz.

— Że co? Odbiło ci?

— Nie — wyszczerzył się uroczo.

Speszyła się, widząc jego olśniewający uśmiech. Przed chwilą rzucił się na nią i o mało jej nie zabił, a teraz się uśmiecha?

— Nie rozumiem cię… — westchnęła.

Zaczęła myśleć nad tym, jak pozbyć się tego ognia. Nie mogła wykonać żadnego ruchu ręką, więc woda odpadała. Pozostało tylko powietrze. Jako jej żywioł dziedziczny, był najsilniejszy, więc mogła spróbować zdziałać coś siłą woli. Zamknęła oczy i spróbowała wcielić swój plan w życie. Udało jej się wytworzyć potężne wiry, ale nawet one nie dały rady zniszczyć ognistych słupów.

— Chcesz jakąś podpowiedź? — Uśmiechnął się kpiąco.

— Sama sobie poradzę — warknęła.

Szamotała się tak długo, aż kompletnie opadła z sił. Zaczęło się już ściemniać, a ona wciąż tkwiła w pułapce.

— Pamiętaj, że ty jesteś powietrzem. A ono tobą.

Zmarszczyła brwi, słysząc jego słowa.

— Rzeczywiście, bardzo mi pomogłeś. Przestań bawić się w filozofa i wypuść mnie stąd!

— Nie ma mowy. Sama się uwolnij.

— Taelin! — jej krzyk rozniósł się po całym placu.

Ledwie dyszała, a on kazał jej walczyć z tym przeklętym ogniem. Zaraz, ale w sumie, to czy musiała walczyć? Czuła, że zaraz opadnie z sił i zemdleje. Kumulując ostateczne cząsteczki, jakie tylko była w stanie wytworzyć, otoczyła nimi całe swoje ciało. Wyślizgnęła się spomiędzy mocnego uścisku i upadła na piasek. Jej utrapienie znikło, a ona nie mając już na nic siły, bezwładnie osunęła się na ziemię. Nie straciła jednak przytomności. Po porostu była tak wyczerpana, że nie mogła już się poruszyć.

Poczuła, jak młodzieniec bierze ją na ręce i przyciska do swojej piersi. Po raz pierwszy była tak blisko niego. Upajała się jego boskim zapachem. Nie potrafiła go określić, ale był wręcz zniewalający. Taki męski i obezwładniający zmysły. Nie miała nawet siły na to, żeby uchylić powieki. Musiała zdać się na niego.

— Jesteś podobna do mnie — szepnął, będąc przekonanym, że go nie słyszy. — Też zawsze chciałem być najlepszy i trenowałem do całkowitego wyczerpania. Tyle, że ty masz o wiele większe możliwości.

Z jej gardła wydobył się cichy jęk.

Ból nie ustępował ani na chwilę. W końcu położył ją na jej łóżku i zawołał Rose.

— Obmyj ją i przebierz w jakieś inne rzeczy.

— Dobrze.

— I… zrób coś z jej ranami. Musi gdzieś tu być jakiś specyfik na nie.

— Rany? — Rose szeroko wytrzeszczyła oczy.

— Zdarza się — wzruszył ramionami i odszedł.

Blanca po chwili poczuła, jak Rose lekko musnęła jej policzek dłonią.

— Moje biedactwo, nie nadajesz się do takich warunków. Jesteś na to za delikatna.

Delikatna. Delikatna. Delikatna…

To słowo brzmiało w jej uszach dopóki nie zasnęła. Musiała przestać być taka delikatna, bo ją tu zniszczą, a tego nie chciała. Musiała stać się silniejsza. Nieważne jakim kosztem.


Zawinięta w kłębek smacznie spała, gdy nagle ktoś wpadł do jej oazy spokoju. Leniwie otworzyła jedno oko i dostrzegła blond czuprynę Taelina. Uśmiechał się rozbawiony jej stanem. Wyglądała, jak mały kociak z tymi przymkniętym okiem.

— Taelin! — krzyk Rose rozniósł się po komnacie. — Co ty tutaj robisz?! Natychmiast stąd wyjdź!

— Co? — zaspana Blanca wciąż nie kontaktowała. Z trudem otworzyła drugie oko. — Co wy wyrabiacie? — wymamrotała.

— Wstawaj leniu! Czas wychodzić! — Młodzieniec chciał zerwać z niej okrycie, ale mu na to nie pozwoliła. Stanowczo przytrzymała swoją ochronę przed chłodem.

— Nie zmierzam. Idź stąd — warknęła.

Rose zirytowana śmiałym zachowaniem Taelina wygoniła go z komnaty księżniczki.

— Masz dziesięć minut! — krzyknął, nim dziewczyna zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

— Co za nieokrzesany osobnik — westchnęła służąca.

— Nie chcę z nim iść… — jęknęła Blanca. Wciąż wszystko ją bolało.

— Nie martw się. Nie zrobi nic głupiego. — Odsłoniła okna i pozwoliła promieniom słońca swobodnie wpadać do środka.

— Po tym, co było wczoraj, nie mam żadnej pewności, że nie zechce mnie wywieźć i porzucić — uznała zniesmaczona.

Rose uśmiechnęła się pod nosem. Nie zazdrościła Taelinowi tego, że księżniczka tak go postrzega. Jak tylko dziewczyna osiągnie pełnię mocy, młodzieniec będzie w opałach.

— Nie wiem jakie ma plany, ale zapewniam cię, że jeśli zobaczę choć jeden dodatkowy siniak na twoim ciele, będzie jadł przypalone śniadania do końca życia.

Blanca uśmiechnęła się blado. Na szczęście chociaż ktoś tu ją lubił.

— Dziękuję ci. Gdyby nie ty, już dawno bym się poddała.

— Nie zrobiłabyś tego. Masz siostrę do uratowania.

— Wiem… Ale jak mam to zrobić? Jestem taka słaba…

— Nie jesteś. Słyszałam, że podobno wczoraj Taelina oberwał od ciebie.

— Miałam szczęście i tyle. Poza tym, on załatwił mnie tak, że nie byłam w stanie się ruszać, więc nie widzę powodów do dumy.

— Pewnie dziwi cię to, że tak często cię atakuje, prawda?

— Trochę. U nas przyjęło się, że kobiet się nie bije. Tutaj ta zasada nie funkcjonuje.

— Zauważ, że nie jesteś zwyczajna. Nie chcę go bronić, ale jeśli on cię nie przygotuje, to nie masz żadnych szans z naszymi wrogami. Nawet sobie nie wyobrażasz, jacy są okrutni…

— Wy też tacy jesteście.

— Nieprawda. Ktoś w ogóle mówił ci, o co dokładnie chodzi?

— Nie. Chcą zrobić ze mnie maszynę do zabijania…

— Pozwól, że ci wyjaśnię. Jak już wiesz, żyją tu osoby, które potrafią władać nad konkretnym żywiołem. Są też zwykli ludzie, którzy nie mają mocy. Ale zdarza się, że rodzą się odmieńcy. Mają oni nieznane moce. Są niebezpieczni, więc król kazał ich eliminować.

— Eliminować? Chyba zabijać.

— Nie miał innego wyjścia. Byli zagrożeniem. Oczywiście są też buntownicy. To ci skażeni. Żyją za naszymi granicami. Yeon jest ich dowódcą i to on zabił twojego ojca. Boimy się ich, bo nie wiemy do czego są zdolni. Chcą zemsty, więc będą chcieli nas wszystkich ukarać. Zabijając nas, oczywiście.

— A co oni takiego potrafią?

— Mają zupełnie inne moce. Niektórzy nawet potrafią zamienić się w zwierzę. Yeon jest najgroźniejszy. Potrafi władać grawitacją. Jeśli znajdziesz się w pobliżu niego, już po tobie. Nie zdążysz nawet pomyśleć, jak uciec.

— Nie łatwiej byłoby się z nimi dogadać? Po co te bitwy?

— Oni są dzikusami. Nie uznają żadnych praw. Są nieobliczalni i dlatego nie możemy żyć razem. Tacy jak oni… zabili moich rodziców… Gdyby nie król, zginęłabym na ulicy. Dzięki niemu żyję i mam u twojej rodziny wielki dług.

— Nie popieram agresji, ale rozumiem, że nie ma innego wyjścia. Postaram się pomścić wszystkie niewinne ofiary. Obiecuję.

— Robisz to dla mnie? — Oczy Rose zrobiły się okrągłe jak spodki.

— Dla przyjaciół robi się wszystko.


Ciągle czuła na sobie kpiący i poniżający wzrok swojego brata. On też za nią nie przepadał. Jeszcze się do niej szczerze nie uśmiechnął. Cały czas ignorował jej istnienie. Smutne. Powinni czuć ze sobą jakąś nić powiązania, ale tak nie było. Potrafił tak się na nią spojrzeć, że miała ochotę odwrócić się i odejść. Zasępiła się, kiedy wychodząc na korytarz, natknęła się na Cristiana.

— Dzień dobry — grzecznie się przywitała i posłała mu serdeczny uśmiech. Chciała chociaż spróbować być miała.

Zmierzył ją taksującym wzrokiem i odparł:

— Współczuję Taelinowi, że musi zmarnować cały cenny dzień na zabawy z tobą.

Gniewnie zmarszczyła brwi, czują nagły przypływ złości.

— A ja współczuję Rose. Musi być załamana faktem, że ktoś w twoim wieku nie potrafi nawet sam się ubrać. Żenujące.

Sam się o to prosił. Nie zamierzała tolerować takich odzywek.

— Licz się ze słowami, wyrzutku.

— Mów za siebie, bachorze. Jestem starsza i bardziej utalentowana, więc nie rób sobie ze mnie wroga.

Nie przemyślała tych słów. To fakt, może i miała większy potencjał, ale to on był wyszkolony. Zachowywała się jak mistrz ringu, choć mógłby ją powalić jednym skinięciem. Ale trudno. Nie cofnie wypowiedzianych słów.

— Myślisz, że jak pierwsza się urodziłaś, to jesteś lepsza? Tutaj ludzie trenują całe życie, żeby osiągnąć wymagany poziom. A ty zjawiasz się od tak i myślisz, że kilka dni ci wystarczy? Na bitwie zmiotą cię z powierzchni, zanim zdążysz pomyśleć o wykonaniu swoich głupich sztuczek!

Jego rozgoryczenie sięgnęło zenitu. Nie mógł tego przeboleć, że to, na co pracował całe życie, ona ma dostać od ręki.

— W takim razie radźcie sobie sami! Na mnie nie liczcie! — krzyknęła, dotknięta jego słowami.

Po jej twarzy stoczyło się kilka łez. Prędko je otarła, wyminęła brata i uciekła. Musi się stąd wydostać. Odnajdzie Dianę sama, bez pomocy tych osobników.

Patrzył przez chwilę w ślad za nią. Przesadził, dopiero teraz to do niego dotarło. Powinien był trzymać język za zębami. Potrzebowali jej i jej siły. Specjalnie zaczął ją poniżać. Tak bardzo go irytowało to, że prawdopodobnie jest lepsza od niego, tylko o tym jeszcze nie wie. Ciężko westchnął, ganiąc się za swoje zachowanie. Bądź co bądź była dziewczyną i to delikatną. A on zdeptał jej pewność siebie. Chyba w końcu musi przywyknąć do tego, że ma siostrę.

Biegła przed siebie, nie zważając na nic. Miała dość. Dłużej tego nie wytrzyma. Łzy ograniczał jej widoczność. Obraz był rozmyty, ale nie zwracała na to żadnego uwagi. Kilka razy na kogoś wpadła. W końcu udało jej się dobiec do wyjścia. Zanim jednak przekroczyła próg, potknęła się i upadła. Zdarła sobie kolano i łokieć. Syknęła z bólu, czując pieczenie. Powoli się podniosła i otarła oczy. Nie jest jakąś ciamajdą, żeby rozczulać się nad takimi otarciami. Zacisnęła zęby i wstała.

— Księżniczko!

Krzyk Rose zmusił ją do zatrzymania się.

— Tak? — zapytała, wciąż łkając.

— Nie biegaj jak szalona! Zrobisz sobie krzywdę!

— A kogo to obchodzi… — mruknęła pod nosem.

— Mnie i całą resztę również. Chodź ze mną, opatrzę ci te rany.

Zakryła ręką łokieć.

— Nic mi nie jest. Mojemu bratu na pewno jest obojętne, co ze mną będzie. Taelinowi z resztą też.

— Cóż za głupoty księżniczka wygaduje? Jesteś naszym wybawieniem. Proszę, chodź ze mną.

— Nie chcę… Nie chcę tu być. — Opuściła głowę, a jej oddech stał się urywany.

Rose nieśmiało podeszła do Blanci i niepewnie objęła ją ramieniem. Ta dziewczyna potrzebowała czyjegoś wsparcia. Musiała czuć się bardzo samotnie. Własny brat jej nie akceptował, jej siostra przepadła. Wyobcowanie wymalowane w jej oczach ściskało Rose za serce. Nie mogła przejść obojętnie, wobec cierpienia księżniczki.

— Chodźmy. Porozmawiamy u mnie. Chciałabym lepiej poznać osobę, która z pewnością uratuje ten kraj.

Blanca przylgnęła do służącej, jak do swojej ostatniej deski ratunku. Pozwoliła się zaprowadzić do jej pokoiku. Rose była pierwszą, która ją tu zaakceptowała. Nie zwracała uwagi na to, że jest tu pracownicą. Dla niej była kimś znacznie więcej.


— Taelin!

Krzyk księcia rozniósł się po całym polu. Kolorowooki młodzieniec odwrócił się zaabsorbowany. Cristian pędził w jego stronę jak szalony. Coś musiało się stać… Poza tym, gdzie znowu była ta dziewucha? Trening powinien się już dawno zacząć. Już on jej da, spóźniać się.

— Co jest? — mruknął, czyszcząc swoje miecze do walki.

— Znikła — wyspała. — Nie ma jej!

— Co? — Gniewnie zmarszczył brwi.

— Uciekła, nie mogę jej znaleźć.

— Ale o czym ty mówisz?

— O Blance!

— Co?! Jak to uciekła?! Dlaczego?!

— Pokłóciliśmy się…

— Cristian! Kretynie! Mówiłem ci, żebyś tego nie robił! — Wściekłość była wymalowana w jego niesamowity oczach.

— Nie nazywaj mnie tak. — Jego chłodny ton głosu sprawił, że jego przyjaciel przymrużył powieki. — Jestem księciem, więc licz się ze słowami.

— A jak inaczej mam cię nazwać, geniuszu? — zakpił. — Wystraszyłeś ją, a dobrze wiesz, że bez niej sobie nie poradzimy.

— Wiem. Ale ty też nie jesteś dla niej za miły. — Zaplótł ręce na piesi, mierząc Taelina złowrogim spojrzeniem.

Blondyn speszył się i ciężko westchnął.

— Dobra, oboje jesteśmy idiotami. Musimy ją znaleźć.

Cristian kiwnął głową i z prędkością błyskawicy ruszyli na poszukiwania księżniczki.

Oboje wykończeni po kilku godzinach bezowocnych działań, opadli ciężko dysząc. Sprawdzili już wszystkie miejsca. A co jeśli udało jej się wymknąć do wroga? Przecież oni zabiją ją, zanim zdąży coś powiedzieć. Wspaniale, po prostu świetnie.

— Zginiemy za to oboje — westchnął Cristian.

— Cholera! — Taelin uderzył pięścią w pobliską ścianę. — Nie mogła rozpłynąć się w powietrzu!

— A tu bym się pokłócił… Pamiętam, że mój ojciec to potrafił…

— Ale ona jeszcze nie jest na takim poziomie. Wiem, bo uważnie ją obserwuję. Jak na razie, to całkiem nieźle jej idzie, ale jest jeszcze słaba. I fizycznie i psychicznie.

— I co my teraz zrobimy?

— Słuchaj… A czy ty przypadkiem nie możesz jej jakoś namierzyć? — zapytał blondyn, tknięty nagłą myślą. — Przecież jesteście rodzeństwem, z zapieczętowanym powietrzem. A powietrze jest wszędzie.

— Racja! Że też wcześniej na to nie wpadłem!

Cristian wstał, wykonał kilka zwinnych ruchów rękoma. Wokół niego powstało sześć powietrznych kręgów. Zacieśniły się, a oczy księcia zalśniły metaliczną szarością. Zaraz jednak zmieniły barwę na bladoniebieską. Skupił się na brzmieniu jej głosu i opuścił powieki. Bardzo dobrze to pamiętał. Jeśli dziewczyna jest w zamku, wyczuje to.

— I jak? — szepnął Taelin.

— Daj mi chwilę… — Skupił się jeszcze bardziej. Kręgi się powiększyły. — Jest!

— Gdzie?

— Jakieś dwieście metrów od nas. Zaraz… Pokój Rose? Jest tam…?

— Chodźmy!

Książę otworzył oczy, a kręgi znikły. Pobiegli do wskazanego miejsca z prędkością błyskawicy. Wpadli do środka, o mało nie depcząc siebie nawzajem. Odetchnęli z ulgą, kiedy dostrzegli w środku swoją zgubę.

— Nie wiecie, że się puka? — zapytała rozdrażniona Rose. Księżniczka wszystko jej opowiedziała. Traktowali ją karygodnie.

— W końcu cię znaleźliśmy! Jak mogłaś tak uciec?! — Taelin postąpił krok na przód.

Zdenerwowana Rose stanęła pomiędzy nim, a Blancą.

— Sami ją do tego zmusiliście! Zachowujecie się jak niewdzięczne bachory! Jesteście dla niej okropni, czym sobie na to zasłużyła?! Jak możecie?! Uważałam was za dojrzałych, ale najwidoczniej się pomyliłam. — W jej oczach lśniła furia.

Obaj cofnęli się.

— Uważasz, że robimy to bezpodstawnie? — książę zmierzył swoją służąca wściekłym spojrzeniem.

— Uważam, że robicie to niesprawiedliwie. Cristianie, to jest twoja siostra.

— Wcale o nią nie prosiłem!

Dziewczyna zamilkła. Nie spodziewała się takiej bezduszności po swoim przyjacielu dzieciństwa. Zawsze był taki dobry, a teraz?

— Rose, dziękuję za wszytko. Pójdę już, nie chcę sprawiać ci kłopotu — odezwała się Blanca.

Wstała i z godnością spojrzała w oczy nieproszonych gości.

— Blanca… — Taelin się zamyślił — ja…

— Nie wysilaj się. Zawieśmy nasze treningi do czasu, aż twój ojciec wróci. Nie mogę na ciebie patrzeć.

— Wedle życzenia — wysyczał przez zaciśnięte zęby i wyszedł.

— A co do ciebie bracie, albo raczej osobo ze mną spokrewniona, mam prośbę. Nie wchodźmy sobie w drogę. Zapomnij o mnie, choć pewnie i tak nigdy nie postrzegałeś mnie w jakiś specjalny sposób. Rób swoje, a ja swoje. Pomogę wam, a później stąd odejdę, tak szybko, jak tylko będę w stanie.

Wyminęła go i wyszła z dumnie uniesioną głową.


Przyjazd oddziału z brakiem dowódcy na czele, nie wróżył niczego dobrego. Ojciec Taelina został poważnie ranny. Nie było wiadomo czy w ogóle przeżyje. Miał być to tylko zwykły wypad na zwiady, ale natknęli się na wroga w dużej ilości. Byli zbyt silni i nie zdołali stłumić ich ataku. Musieli ratować się ucieczką.

Rose biegała jak oparzona. Taelin chodził jak struty i wcale mu się nie dziwiła. Cristian wręcz wyrywał się do odwetu. Szanował Somala i poprzysiągł zemstę na tych, którzy zranili przyjaciela jego ojca. Blanca kręciła się w kółko, nie mogąc się zdecydować, co zrobić. W końcu uznała, że zajrzy do ojca Taelina.

Wyglądał paskudnie. Miał poranioną twarz i obandażowany brzuch. Ciężko oddychał, a jego oczy były zamknięte. Usiadła obok niego i wpatrywała się w jego umęczoną twarz. Nie mogła nic dla niego zrobić. Ta bezczynność była dołująca. Delikatnie chwyciła mężczyznę za rękę i pogładziła kciukiem jego szorstką skórę.

— Proszę, szybko wracaj do zdrowia. Potrzebuję cię. — Jej głos drżał. Była bliska płaczu.

— To, że tu siedzisz, nie pomaga.

Gwałtownie się odwróciła, słysząc wściekły głos Taelina.

— Ale ja tylko…

— Gdybyś nie była taką niezdarą, mógłbym pojechać z nim.

— Obwiniasz mnie? — szepnęła, załamana.

— Mówię, jak jest.

Chciała wstać i wyjść, ale poczuła, że straszy mężczyzna mocniej ścisnął jej dłoń.

— Zostań tu, Blanco — wychrypiał Somal.

Dziewczyna posłała Taelinowi przepraszające spojrzenie i nie ruszyła się z miejsca.

— Ojcze, dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą? — Taelin podszedł do łoża, na którym odpoczywał chory.

— Synu, to był wypadek. Musimy przede wszystkim chronić ją. Bez niej nie mamy żadnych szans — odarł słabym głosem.

— Ale nie poświęcaj siebie! — wtrąciła się Blanca. — Nie chcę, żebyś cierpiał przeze mnie. — Jej oczy zalśniły od łez.

— Dziecko, nie przejmuj się mną. To ty tutaj jesteś najważniejsza.

— Nie! — przerwała mu ostro i zerwała się z miejsca. Obaj popatrzyli na nią z zaskoczeniem. — Każdy człowiek jest tyle samo warty! Nie życzę sobie, żebyście traktowali mnie jakiś specjalnie. Jeśli jeszcze ktoś ucierpi z mojej winy, rezygnuję.

— Blanco, jesteś księżniczką. To robi z ciebie kogoś, dla kogo warto poświęcić życie. — Somal nie dawał za wygraną.

— Nawet nie mów takich rzeczy! Nikt nie będzie poświęcał dla mnie swojego życia.

— To nie jest temat do dyskusji.

— Nie zgadzam się. Albo zaczniecie mnie traktować jak równą sobie, ale zapomnijcie, że będę dla was walczyć — odparła butnie i zaplotła ręce na piersiach. Mierzyła ich zdecydowanym i twardym wzrokiem.

— Tu obowiązują inne zasady, niż w twoim świecie. Przywyknij do tego.

— Odmawiam. — Nie ustępowała ani na krok.

— Dziewczyno, chcesz z własnej woli pozbawić się tytułu królewskiego? — zapytał Taelin.

— Dla mnie on nic nie znaczy. Macie mnie traktować jak zwykłą osobę.

— Jesteś tego pewna? Dopóki masz ten tytuł, jesteś chroniona przede mną.

— Co? — nie zrozumiała go.

— Jeśli będziesz zwykłą dziewczyną, będę mógł bez żadnych zahamowań wykorzystać swoją przewagę i uwieść cię.

Jej oczy zrobiły się okrągłe jak spodki.

— Że co?! Ty bezczelny psie! — Wycelowała w niego palec. — Jak śmiesz?!

— I teraz mówisz jak księżniczka — uśmiechnął się złośliwie.

— Dobrze, skoro tak, niech będzie. Pozostaję księżniczką.

— Świetnie.

— Ale w takim razie rozkazuję wam traktować mnie jak sobie równą. Nie życzę sobie żadnych poświęceń z waszej strony. Rozumiemy się?

Obaj mężczyźni o mało nie otworzyli ust ze zdziwienia. Była jak rzadki okaz kwiatu, który ukazywał się raz na parę set lat i olśniewał swoim ukrytym wdziękiem.

— W porządku. — Somal skierował na nią swoje spojrzenie. — Ja nie jestem w stanie dalej cię trenować. Musisz pozostać pod opieką Taelina.

Nie miała nawet pomysłu na to, jakby się tu sprzeciwić i zaprotestować. Widziała, jak młodzieniec patrzy na nią wyczekująco. Wzięła głęboki oddech i odparła:

— W takim razie do jutra. — Odwróciła się na pięcie i wyszła.

Nie zdążyła nawet przejść kilku metrów, a już została zatrzymana. Ktoś mocno chwycił ją za przegub i zmusił, żeby przystanęła. Odwróciła się, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Taelin mierzył ją przenikliwym spojrzeniem.

— Po co to robisz? Dobrze wiem, że tak naprawdę cię nie obchodzimy.

Jego raniące słowa utwierdziły ją w przekonaniu, że zadawanie się z nim jest błędem.

— Nic nie robię. — Wyszarpała swoją rękę. — Wyrażam własne zdanie i tyle. Nie rozumiem, jaki masz znowu problem. Tak ciężko jest ci uwierzyć, że jednak nie jestem taka zła?

— Owszem. Nie lubię cię. Mam nadzieję, że to szybko się skończy.

— To po co chcesz mnie trenować? Lubisz patrzeć, jak cierpię?

— Nie o to mi chodzi. Po prostu według mnie, to Cristian powinien być dziedzicem. Nie ty.

Cofnęła się. Był okrutny. Jeszcze nikt nigdy tak jej zranił.

— W takim razie przepraszam, że się urodziłam.

Szybko się odwróciła i pobiegła do swojej komnaty.

Nie mogła uwierzyć, że to powiedział. Na dodatek po drodze się potknęła i upadła na zimne płytki. Kilka łez opadło na podłogę, a ona drżąc na całym ciele, wstała. Urywany oddech i zapłakana twarz sprawiły, że wyglądała tak żałośnie i krucho jak nigdy. Czuła się pusta w środku. Za taką też ją miał. Dla niego była nic nie wartą ludzką powłoką, mającą posłużyć jak źródło mocy. Tylko to w niej widział. Nie człowieka, a rzecz. Krzyknęła przerażona, kiedy zza rogu wyłoniła się zamaskowana postać. Mężczyzna był ubrany cały na czarno i widać było tylko jego błękitne oczy, spoglądające na nią groźnie.

Już po mnie — pomyślała. — Przyszli po mnie. Zginę tu.

— Blanca? Co ty wyrabiasz?

O mało nie otworzyła ust ze zdziwienia, słysząc znajomy głos. Tajemniczy osobnik zsunął z twarzy maskę i jej oczom ukazała się urodziwa twarz jej brata.

— Ja?! — załkała. Wciąż nie mogła opanować łez. — To ty chodzisz ubrany jak jakiś skrytobójca!

— Może dlatego, że nim jestem?

— Co? Zabijasz ludzi?!

— Jeszcze nie zauważyłaś, że jesteś w innym świecie?

— Ale ty?! Masz dopiero szesnaście lat!

— I co z tego? Szkolimy się tu od dziecka. Muszę potrafić się bronić, jeśli pochodzę z królewskiego rodu. Nie rozumiem twojej paniki. Poza tym, czemu płaczesz?

— Wcale nie płaczę… — ukradkiem otarła ostatnią łzę z policzka.

Cristian przewrócił oczami i chwycił ją za rękę.

— Co ty… — słowa zamarły jej na ustach, kiedy poczuła, jak jego klatka piersiowa do niej przylgnęła.

— Powiedz mi. — Pogłaskał ją po głowie i mocniej do siebie przytulił.

Jej zgromadzone dotąd obawy ją opuściły. Miała wrażenie, że mur jakim każde z nich się otoczyło, runął. W końcu zachowywali się jak rodzina. Wtuliła twarz w jego koszulę i szepnęła:

— Nic takiego. Już jest dobrze.

Odsunął ją od siebie na odległość ramienia i uważnie przyjrzał się jej bladej twarzy. Zmarszczył brwi, widząc na jej policzku kilka zadrapań. Delikatnie potarł je kciukiem i już wiedział skąd je ma. I dlaczego ciągle chodzi zapłakana.

Taelin, zapłacisz mi za to — pomyślał wściekły. Nie wiedzieć czemu, nagle poczuł silną więź porozumienia z Blancą.

— Idź do swojego pokoju. Musisz być wypoczęta.

Skinęła głową i chciała odejść, ale zawahała się. Słowa Taelina wciąż dudniły w jej głowie.

— Cristianie, powiedz mi, czy ty mnie nienawidzisz za to, że jestem twoją siostrą?

— Słucham?

— Przecież, gdyby nie ja, to ty byłbyś tym najważniejszym w królestwie…

— To fakt. Z początku tak było, ale nic nie poradzimy na to, że nasz ojciec tak nas urządził.

— Nie chcesz być królem? Przecież od zawsze byłeś wychowywany do tej roli, a tu nagle zjawiam się ja i wszystko psuję.

— Nie powiem, żeby mnie to cieszyło, ale to ty jesteś dziedziczką. Nie mogę być królem, jeśli nigdy nie będę w stanie osiągnąć pełni mocy i w razie czego obronić kraju.

— Wątpię, żebym ja była w stanie to zrobić… Poza tym, jak tylko zrobię to, czego chcecie, odejdę. Tron zostawiam tobie.

— Naprawdę uważasz, że pozwolimy ci odejść?

— Słucham? — Na chwilę znieruchomiała i oblał ją zimny pot.

— Nie odejdziesz stąd. To tutaj jest twoje miejsce. Masz pewne zobowiązania…

— Milcz! — przerwała mu stanowczo. — Zrobię co zechcę, a wam nic do tego! — Jej oczy ciskały w niego gromy. Miała tu zostać? Jeszcze czego! Nigdy w życiu się na to nie zgodzi. Nigdy!

— Co się tu dzieje? — Nagle jakby znikąd pojawił się Taelin. Wyjrzał z zza rogu i zmierzył ich spojrzeniem swych nieziemsko pięknych oczu.

— Nie wtrącaj się, wstrętny ochłapie. — Blanca spiorunowała go wzrokiem. Nie zmuszą jej, żeby tu została już na zawsze.

— Że co proszę?

— To co słyszałeś! — Jej dotąd spokojny głos aż ociekał jadem.

— Co z tobą jest nie tak? Jeszcze przed chwilą zdawałaś się niemal mdleć, a teraz jesteś taka wojownicza?

— To wy tak na mnie działacie. Przez was czuję, że zaraz nie wytrzymam i kogoś poważnie uszkodzę i najprawdopodobniej to będziesz ty! — Wycelowała palec w blondyna.

— W takim razie czekam. Jutro na treningu pokażesz, jak bardzo mną gardzisz.

— Z wielką chęcią! — Odwróciła się i odmaszerowała z zadartą głową.

Co za bezczelny człowiek! — piekliła się w myślach. — Jak śmieli?! Jak?! Ich zachowanie jest oburzające. Muszę coś z tym zrobić. Nie dam tak sobą pomiatać. O nie!

Choć z natury była bardzo łagodną osobą, czasem zdarzało jej się wpaść w złość. Głównie za sprawą Taelina. Aczkolwiek jeszcze nie zdenerwował jej tak, żeby poczuła tę dziwną energię, którą przepełniała ją, kiedy przechodziła do tego świata. Miała wrażenie, że może zrobić wszystko. To uczucie jednak szybko ustąpiło. Musi na nowo je jakoś z siebie wykrzesać, inaczej będzie z nią krucho.

Młodzieniec z blond włosami bacznie obserwował jej szybkie kroki. Zirytowali ją, to dobrze. Musi pozbyć się tej łagodności, jeśli nie chce zginąć. Osobiście nie rozumiał, skąd w niej tyle dobra. Nie, wcale nie dobra. Ewentualnie współczucia. Nie robiła tego pod wpływem głosu serca, a rozumu. Nie liczyli się dla niej. Nie mogła być kimś, kto kiedykolwiek zostanie uznany przez niego za przyjaciela. Poza tym, nie mógł sobie wyobrazić, jak niby ta kruszynka ma ich wszystkich uratować. Przegrywa z nim, podczas, kiedy on używa tylko podstaw. A i tak nie dorasta mu do pięt. Porażka. Niby opanowała sporo, ale nie na wystarczającym poziomie. Westchnął, myśląc o jutrzejszym treningu. To nie mogło się udać. Nie tą metodą. Jak wspomniała, siłą nie wszystko da się załatwić. I miała rację. Chyba już wiedział, co powinien zrobić. Ale to jutro. Tak, jutro wszytko się rozstrzygnie…


Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi, bezsilnie opadła na łóżko. Zakręciło jej się w głowie, mimo że leżała. Miała wrażenie, że powierzchnia materaca znikła, a ona dryfuje ma tafli wody. Było to jednak nieprzyjemne uczucie. Chciała otworzyć oczy, ale nie była w stanie się do tego zmusić. Wydawało jej się, że coś uciska jej klatkę piersiową, jakaś nieznana siła oplata jej gardło, a ona nie może złapać tchu. Na jej skroniach zalśniły kropelki potu. Oddychała ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Jej ręce stały się ciężkie jak z ołowiu, a nogi przeszył rwący ból. Kilka łez stoczyło się po jej bladym policzku, wiedząc, że coś jest nie w porządku, a ona nie może nic zrobić, nawet krzyknąć. Straszne uczucie. Zaczęła drżeć, kiedy poczuła parzące języki ognia na swoim ciele. Wnikały do jej wnętrza, a towarzyszył temu nieziemski ból. O mało nie zemdlała. Jakimś cudem udało jej się to wytrzymać. Jej bezwładne ciało uniosło się i wtedy nastąpiło najgorsze. Nieznanego pochodzenia pnącze przebiły jej dłonie, brzuch i głowę. Najdziwniejsze było to, że w skutek tego nie powstały żadne rany, tylko ciało obce wtopiło się w nią. Niemniej jednak, spowodowało to straszliwe cierpienie. Powietrze zgromadziło się wokół niej, tworząc barierę. Po chwili uderzyły w nią ogromne fale wody. Była uwięziona w wodnej kuli otoczona powietrzem. Ciecz jednak okazała się być ukojeniem. Po pnączach nie było już śladu, wszelkie obrzęki znikły. Nawet siniaki, które miała na cały ciele. Była jak nowo narodzona. Na całe szczęście wszystko się już skoczyło, a ona znów opadła na zimną pościel. Nie miała siły, żeby wykonać najmniejszy ruch. Wszystko wróciło do porządku, a ona zapadła w głęboki sen.

Obudziła się obolała i bardziej zmęczona, niż była. Ciężko westchnęła, zdając sobie sprawę, że dziś również czeka ją dzień pełen wrażeń. Taelin jej nie odpuści. Poza tym… to co się stało w nocy? Czyżby był to tylko sen? Nie, ten ból był zbyt realistyczny. Potarła dłońmi twarz, chcąc zetrzeć z siebie zmęczenie, ale niewiele to dało. Wciąż czuła się paskudnie.

Zamarła w bezruchu, kiedy dostrzegła coś dziwnego na swojej dłoni. Jej palce od wewnątrz byłby pokryte jakimiś czarnymi znakami. Przypominały płomienie ognia. Po trzy małe symbole na każdy palec, pionowo usytuowane. Spanikowała. Co jej się stało?! Spróbowała zetrze te znaki, ale były jak tatuaże. Zwlekła się z łóżka i o mało nie upadła. Na prawej ręce od nadgarstka aż po łokieć pojawiły się symbole pnączy roślin, oplatały jej całe przedramię. Upadła na kolana, nie widząc, co robić.

— Moment… — szepnęła. — To dokładnie te miejsca, gdzie w nocy przebiły mnie te rośliny.

Podbiegła do lustra i szeroko wytrzeszczyła oczy, widząc kolejny znak na swoim czole. Dwa romby. Jeden większy, drugi mniejszy. Pierwszy miał tylko czarne obwódki, drugi zaś był cały czarny i znajdował się w środku dużego. Poczuła kłucie w brzuchu, które było tak silne, że aż upadła. Podwinęła koszulę i ujrzała kolejne naznaczenie. Dwie pętle zwijające się wokół siebie, zapoczątkowane i zakończone wyraźnym punktem.

Cała się trzęsła, jak w febrze. Jej przerażone spojrzenie odbijało się od lustra i spoglądało na nią z trwogą.

— Co to jest? — wychrypiała wciąż zszokowana.

Nikt jej nie uprzedzał o takim czymś, więc nie jest to normalne. Postanowiła zataić fakt istnienia tych znamion. Brzuch i prawa ręka nie sprawię jej problemu z ukryciem. Na czole może zawiązać przepaskę. Ale co zrobi z lewą dłonią? Nie założy przecież rękawiczek. Podeszła do szuflady i przeszukała jej zawartość. Jedyne co znalazła, to bandaże.

— Chyba nie mam wyjścia…

Zawinęła każdy palec osobno i resztę dłoni, aż do nadgarstka. Musiała zdążyć się ubrać przed przyjściem Rose. Przed nią nie ukryje niczego.

Szybko przebrała się w odpowiednie ubrania i ruszyła do wyjścia. Syknęła przez zęby, gdy znamię na brzuchu zaczęło ją niemiłosiernie piec.


Taelin czekał na nią kilka kroków od jej komnaty. Stał oparty o ścianę i bacznie ją obserwował.

— Już chciałem wołać Rose. Jednak czasem potrafisz coś sama zrobić.

Łypnęła na niego groźnym spojrzeniem.

— W przeciwieństwie do was, mnie nikt nie musi ubierać. Potrafię zrobić wiele rzeczy sama. Nie to co wy. Tutaj najlepiej noszony by was na rękach. U mnie to tak nie działa. Każdy dba o siebie i jest dobrze. I właśnie dlatego, Taelinie, przestań sugerować, że jestem nieporadna i niesamodzielna. Z samego początku może i tak było, ale w wyniku szoku, jaki przeżyłam.

— Moja droga — podjął grę. — Tak się składa, że mnie również nikt nie musi ubierać, chyba że jakaś miała dama sama wyświadczy mi tę przysługę. — W jego oczach zatańczyły psotne ogniki.

Blanca oblała się krwistym rumieńcem. Cóż za nieprzyzwoitość!

— Jak dla mnie możesz mieć cały harem. Nie obchodzi mnie co i z kim robisz.

— Świetnie — zabłysnął zębami w olśniewającym uśmiechu. — Zbierajmy się.

Nie czuła się najlepiej, ale wolała mu o tym nie mówić. Pewnie uznałby, ze chce się wykręcić od ćwiczeń, a na to nie mogła sobie pozwolić. Czas był na wagę złota. Liczyła się każda sekunda.

Ku jej zaskoczeniu, nie zaprowadził jej na plac, tylko do ogrodów królewskich. Co on znowu wymyślił? Może zamierzał ją tu zostawić i samej kazać znaleźć drogę powrotną? To miejsce było jak labirynt, szczególnie wtedy, gdy wkroczyli na teren, którego jeszcze nie widziała.

— Nie wiedziałam, że są jeszcze takie ogrody. Są piękniejsze, niż te poprzednie.

Na jego ustach zabłąkał się nikły uśmiech.

— Te należą do mojej rodziny.

— Naprawdę?

— Tak. Moja matka dba o nie, jak o własne potomstwo.

— Cudowne miejsce… — szepnęła cicho.

Uważnie obserwowała wszystkie egzotyczne okazy roślin, nie mogąc nasycić się ich upajającym zapachem i nieziemskim wyglądem. Na jej twarzy zagościł promienny uśmiech. Już dawno nie była w tak magicznym miejscu. Właściwie, to nigdy. Tu było jak w raju. Nie chciała wracać. Podeszła do pojedynczego kwiatu, samotnie rosnącego na uboczu. Nie odstawał jednak od reszty, był tak samo piękny. Kusiło ją, żeby go dotknąć, ale zawahała się w ostatnim momencie. Chciała cofnąć dłoń, ale poczuła na nadgarstku czyjś uścisk. Spojrzała zdziwiona na swojego towarzysza.

— Śmiało, nie krępuj się. Możesz go dotknąć.

— Ale… co jeśli go uszkodzę? Nie chcę, żeby…

— Nic mu nie będzie.

Przez chwilę patrzyła w jego oczy, po czym zawstydzona ich bliskością, znów skierowała spojrzenie na roślinę. Taelin puścił ją i się odsunął. Blanca ostrożnie musnęła opuszką palca delikatne płatki. Z przerażeniem dostrzegła, że roślina usycha. Łzy zatańczyły w jej oczach i zerwała się na równe nogi. Spojrzała z wyrzutem na Taelina, który się złośliwie uśmiechał.

— Jak mogłeś?

— Teraz musisz go ożywić.

— Niby jak? Woda nic tu nie pomoże…

— Ziemia. Nią się posłuż.

— Ale przecież jeszcze nie próbował niczego związanego z tym żywiołem!

— Czas najwyższy to zmienić.

— Nienawidzę cię… — wyszeptała przez łzy.

Ukucnęła przy umierającej roślinie i położyła dłonie na ziemi.

Uratuję cię kwiatku. Nie dam ci zginać — pomyślała ze smutkiem.

Jej oczy zalśniły i poczuła nieprzyjemne mrowienie w prawej ręce. Dokładniej to w miejscu, gdzie znajdowało się znamię. Nie przerwała. Wciąż koncentrowała się na wydobyciu potrzebnej jej energii. Starała się wyczuć, gdzie znajdują się korzenie okazu, czyli źródło jego życia. W końcu udało jej się nawiązać połączenie z ledwie żywym kwiatem. Powoli regenerowała jego komórki, aż w końcu stan rośliny zaczął się poprawiać. Łodyga i liście znów nabrały zielonego koloru, a płatki odżyły i z brązu przybrały barwę jasnoróżową. Odetchnęła, widząc, że jej udało jej się to zrobić. Zaraz jednak o mało nie upadła, widząc, że kiedy tylko jej moc przestała działać, kwiat na powrót opadł. Zacisnęła pięści ze złości. Przeklęty Taelin! Wyciągnęła rękę naprzeciw siebie i wyprostowała palec wskazujący i środkowy. Uniosła je na wysokość swoich oczu i czując przepełniającą ją furię, jej włosy zaczęły szybko wirować wokół jej twarzy. Czuła, że jest gotowa. Odwróciła się twarzą do młodzieńca i wycelowała w niego złączone palce. Ogromna tafla wody uderzyła wprost w niego i odrzuciła go kilka metrów w tył. Na dokładkę posłała w jego kierunku kilka silnych fal powietrza. Unieruchomiło go to na jakiś czas, więc korzystając z okazji, uciekła. Nie chciała go już dziś widzieć. Był okropny. Jak taki ktoś miał być jej nauczycielem? To niedorzeczne. Biegła tak długo, aż dotarła do pałacu. Wyczuła, że Taelin się zbliża. Odwróciła się i to ją uratowało. Syn generała z żądzą mordu w oczach biegł za nią, a w jego dłoniach skrzyły się kule ognia. Kiedy posłał je w jej kierunku, zwinnym ruchem dłoni stworzyła wodną ścianę przed sobą. Para, która powstała w wyniku zderzenia się ognia i wody okazała się gorąca. Szybko rozwiała ją podmuchem zimnego powietrza i biegła dalej. Dzięki temu, że było tu wiele zakrętów i korytarzy, nie mógł dalej atakować.

— Zatrzymaj się! I tak mi nie uciekniesz! Znam ten zamek jak własną kieszeń!

Jego dzikie wrzaski o dziwo jej nie przestraszyły, tylko dały siłę do dalszej ucieczki. Jeśli ją dorwie, będzie po niej. Jest wściekły, a ona nie zamierza się przed nim płaszczyć. Wolała na jakiś czas po prostu zniknąć mu z oczu, ale on nie zamierzał jej na to pozwolić. Próbowała się uspokoić i zacząć myśleć. Powietrze już prawie opanowała. Musi to wykorzystać. Po drodze mijała wiele szklanych przedmiotów, ale nie była pewna, czy zniszczenie ich jest dobrym pomysłem. Chciała wymyślić coś innego, ale Taelin był już bardzo blisko. Dosłownie jeszcze krok, a będzie miał ją w zasięgu ręki. Nie miała czasu na zastanawianie się. Wybiła się z całej siły i poszybowała kilka metrów do przodu. W locie uniosła kilka wazonów i jak tylko jej stopy zetknęły się z twardą powierzchnią, pchnęła je w kierunku przeciwnika. Ten z przerażeniem zaczął je łapać, starając się ich nie uszkodzić. To był diamenty i kryształy! A ona od tak używa ich jako broni?! Dzięki temu jednak udało jej się go spowolnić. Nakreśliła w powietrzu krąg i wykonując odpowiednie gesty, powstały przed nią dwie kule. Jedna z powietrza, druga z wody. Połączyła je i wycelowała w młodzieńca. Była górą, jak na razie. Musiała szybko to zakończyć, bo zaraz wyczerpią jej się pomysły, a on dwa razy nie da się złapać na to samo. Szybko skręciła w bok i mając pewność, że jej nie widzi, wpadła do komnaty, która była najbliżej. Zamknęła za sobą drzwi i opadła wyczerpana na kolana. Z trudem łapała oddech. Już dawno tak szybko nie biegła. Zamarła, kiedy usłyszała jego kroki. Nie mógł przecież wiedzieć, gdzie jest. Oblał ją zimny pot, gdy dostrzega na ścianie obraz przedstawiający kobietę i dwie dziewczynki. Jedna z nich była na pewno siostrą Taelina. Poznała ją od razu.

Cholera, tylko mi nie mówcie, że jestem w jego komnacie — pomyślała ze zgrozą.

Ledwie zdążyła podnieść się z ziemi, a drzwi otworzyły się w impetem. Widząc uciekinierkę, na jego twarzy zagościł przerażający uśmiech.

— A więc tu się ukryłaś… — jego głos był tak niski i zmysłowy, że odebrało jej zdolność poruszania się.

— Nie podchodź! — Wyciągnęła ręce na przeciw siebie i w tym samym momencie jego oczom ukazały się dwie kule powietrzne.

— Tak zamierzasz mnie pokonać? — zakpił.

Gniewnie zmarszczyła brwi i zaatakowała go, on jednak praktycznie się nie ruszając z miejsca, uniknął jej ciosów.

— Sam zacząłeś! Jak mogłeś to zrobić?! Ten kwiat był taki piękny, a przez ciebie go zniszczyłam! — Jej głos zadrżał.

— Gdybyś tak pochopnie mnie nie osądzała, zobaczyłabyś co zdziałałaś.

— Nic nie zdziałałam! Widziałam na własne oczy, jak umiera!

— Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Chcesz mnie zamordować z zimną krwią, bo zwiądł kwiat?

Słowa uwięzły jej w gardle, kiedy uświadomiła sobie absurdalność tej sytuacji. Miał rację, ale to nie zmieniało faktu, że zrobił jej na złość.

— Mniemam, iż ten kwiat był o wiele więcej warty, niż twoja pokraczna gęba! — warknęła wściekła.

— Odezwała się królowa piękności.

Mierzyła go rozgniewanym spojrzeniem. Nawet nie drgnęła, gdy nagle stanął krok przed nią i patrzył na nią swymi niesamowitymi oczami. Zacisnęła usta w wąską linię, starając się opanować drżenie warg. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało.

— Nie musiałeś tego robić. Jaki miałeś w tym cel? Dobrze wiedziałeś, że spodobał mi się ten kwiat.

— Właśnie dlatego.

— Jesteś okropny! — Uderzyła go pięścią w pierś. Jednak ten delikatny cios nie mógł mu wyrządzić większej krzywdy. Prychnął, widząc jej zaciętą minę.

— Może dasz mi skończyć?

— Co? — Nieświadomie zrobiła uroczą minę.

— Spodobał ci się ten kwiat, co oznaczało, że bardziej postarasz się, żeby go uratować, niż gdyby było to coś wybranego przeze mnie. Czyż nie?

— No… Niby tak…

— Dlatego też to przeze mnie zwiądł. To nie ty swoim dotykiem to zrobiłaś, tylko ja mocą ognia.

— Ale dlaczego nie mogłeś zrobić tego w inny sposób? Tak jak z resztą?

— Ziemia różni się od reszty. Wywodzi się z uczuć. Niektórzy geniusze, którzy mają dar władania nad tym żywiłem i opanowali go do perfekcji, są w stanie uzdrawiać ludzi. To coś innego, niż woda. Nie wyuczysz się tego siłą, jak w innych przypadkach. Tu musisz się postarać o wiele bardziej.

— Rozumiem… — odparła zawstydzona. — Ale i tak mi się nie udało…

— Przeciwnie. — Posłała mu zaskoczone spojrzenie. — Gdybyś od razu nie zaczynała mnie atakować, zauważyłabyś, że na miejscu tego utraconego, powstało kilka nowych, równie okazałych.

— Poważnie? — Uśmiechnęła się promiennie.

— Nie ciesz się tak, to nie znaczy, że już to potrafisz. Przed tobą jeszcze wiele ćwiczeń.

— A ty jak zwykle swoje… — prychnęła zniesmaczona.

Pochylił się nad nią i odparł:

— Nie pozwolę ci popaść w samo zachwyt.

— To mi akurat nie grozi. — Skrzywiła się, czując nagły ból w każdym naznaczonym miejscu. Miała wrażenie, że zaraz upadnie.

— Co ci jest? — zapytał zdziwiony, widząc jak jej twarz wykrzywia się w grymasie bólu.

— Nie, nic… To tylko przez zmęczenie.

— Tak w ogóle, to o co chodzi z tymi bandażami na twojej dłoni i przepaską na czole?

— Nadwyrężyłam kilka palców i uznałam, że lepiej będzie je usztywnić. A przepaska jest po to, żeby włosy nie spadały mi w oczy.

Przez chwilę mierzył ją przenikliwym spojrzeniem. Nie przekonała go.

— Pokaż mi te palce.

Chwycił ją za rękę i chciał odwiązać bandaże. Szybko wyrwała mu swoją dłoń i warknęła:

— Zostaw mnie!

— Albo mi powiesz prawdę, ale sam to sprawdzę.

Jej oczy zmieniły się w wąskie szparki.

— A tylko spróbuj…

— Jak chcesz.

Szybkim ruchem złapał ją za nadgarstek, ale ona nie zamierzała się tak szybko poddawać. Szarpała się z nim, aż oboje stracili równowagę i upadli. Albo raczej to ona zaliczyła twarde lądowanie na podłodze. Taelin leżał na niej jak kłoda i najwyraźniej nie zamierzał się ruszyć z miejsca. Przygniatał ją swoim ciężarem, nie miała żadnej możliwości ruchu. Chociaż nawet gdyby miała, to w tym momencie i tak nie byłaby w stanie tego zrobić. Jego oczy ją wręcz zahipnotyzowały. Leżała w bezruchu, wpatrując się w niego jak zaczarowana. Jego twarz była tak blisko… Wydawał się być jeszcze bardziej przystojny, niż z daleka. Miała wrażenie, że czaruje ją tym spojrzeniem. On jednak nie był tak zachwycony, jak ona. Odchrząknął, wstał i bez słowa opuścił swoją komnatę, zostawiając ją oniemiałą.


Drgnęła niespokojnie, gdy tylko usłyszała jego głos. Od czasu, kiedy znaleźli się zbyt blisko siebie, jej serce biło w szalonym rytmie, gdy tylko wyczuła obecność Taelina. Właśnie wracała od Rose i już miała wchodzić do swojej komnaty, gdy zza rogu wyłonił się blondyn. Zamarła, gdy dostrzegła, że nie jest sam. Towarzyszyła mu bardzo wytworna i piękna dama. Poczuła nieznośne ukłucie zazdrości. Jeszcze się tak cudownie uśmiechał. Blanci jeszcze nie obdarzył takim uśmiechem. Chciała zniknąć z ich pola widzenia, nim ją zobaczą. Niestety, nie udało się.

— Jutro masz być gotowa o świcie. Wyruszasz z nami na kilkudniową wyprawę. — Rzucił w jej kierunku, nawet nie uraczając jej spojrzeniem. Jego wzrok był wbity w olśniewająca nieznajomą.

— Jaką wyprawę?

— Jutro się dowiesz. — Łaskawie na chwilę zwrócił na nią swe oczy. — Jak się spóźnisz, nie ręczę za siebie.

— Nigdy się nie spóźniam — syknęła przez zaciśnięte zęby.

— Nie za bardzo wygadana jest ta służąca? — Przesłodzony głosik młodej piękności, podział na Blancę, jak płachta na byka.

— Służącą? — Uśmiechnęła się sztucznie.

Na ustach Taelina pojawił się cień szyderczego uśmiechu.

— To księżniczka, Aurelio.

— Ach tak — prychnęła ślicznotka, mierząc Blancę gardzącym spojrzeniem swych zielonych oczu.

— Musimy już iść, żegnam. — Taelin posłał jej ostrzegawcze spojrzenie.

Wzdrygnęła się, widząc je. Było to jak niema groźba.

— Miłego dnia. — Pożegnała ich możliwie najuprzejmiej jak tylko potrafiła.

Oddaliła się szybkim krokiem, kierując się ku wyjściu. Już nie chciała odpoczywać w swojej komnacie. Czuła, że wszystko w niej buzuje. Musiała jakoś wyładować nadmiar energii.

Najlepszym pomysłem wydało jej się udanie do ogrodów. Tam czuła, że może uspokoić swoje skołatane nerwy. Nie wiedziała dlaczego, ale to miejsce wydawało jej się znajome. Czuła się tam prawie tak dobrze, jak w domu. Dziwne…

Nikły uśmiech znikł z jej twarzy, kiedy dostrzegła, że nie tylko ona postanowiła odwiedzić królewskie ogrody. Chciała pobyć sama, a tym czasem…

— O, Blanca. Co tutaj robisz? — Cristian stanął przed nią i bacznie ją obserwował.

— Chciałam pobyć przez chwilę sama. Ale widzę, że tutaj samotności nie znajdę. Wybacz, że przeszkodziłam.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku wyjściu. Musiała znaleźć sobie inne miejsce do przemyśleń. Może po prostu pospaceruje po dziedzińcu? Zamek był ogromy, a tereny do niego przynależne również zachwycały swym urokiem. Serce podskoczyło jej do gardła, gdy poczuła czyjś uścisk na swoim nadgarstku. Zwróciła swój przerażony wzrok na oprawcę.

— Cristian?! Oszalałeś?! Chcesz, żeby tu padła na zawał?! Skąd się tu wziąłeś?

— Nie ubliżaj mi, moja droga. Pragnę ci przypomnieć, iż jestem również dziedzicem krwi królewskiej. Ja też potrafię posługiwać się powietrzem, tyle że robię to lepiej niż ty. — Widząc, jak jego siostra wywraca oczami, delikatnie się uśmiechnął.

Była urocza, to musiał przyznać. Wcześniej tego nie zauważył, ale miała kilka piegów na nosie. Jej oczy spoglądały na niego ze smutkiem. Musiało być jej tu niesamowicie ciężko…

— Możesz zostawić mnie samą?

Otrząsnął się, słysząc jej pytanie.

— A mogę ci potowarzyszyć?

— Co? — zdziwiła się. — Przecież mnie nie lubisz. Nie martw się, nie czuj się zobowiązany.

— Tak się składa, że jesteśmy rodzeństwem, głupku. — Dał jej lekkiego pstryczka w nos. — To co chcesz zobaczyć?

Stała jak rażona piorunem. O mało nie otworzyła ust ze zdziwienia. Co mu się nagle stało? Może i jego mina nie wyrażała radości, ale czuła, że zaczął widzieć w niej członka rodziny. Na jego twarzy malowało się znudzenie i nostalgia, ale zaproponował jej swoje towarzystwo. Dobre tyle.

— Mogę cię o coś zapytać? — zaczęła nieśmiało.

— Słucham.

— Mógłbyś… poradzić mi coś?

— Co do czego?

— No wiesz… Jak mam posługiwać się powietrzem. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam. Masz dla mnie jaką radę?

— Ja mam cię uczyć? Przecież masz Taelina.

— No tak… Ale on preferuje… jakby to powiedzieć… nieco brutalne metody.

— Proszę?!

— Nie znęca się nade mną, ale woli mnie zmusić, żeby sama wpadła na to, jak się mam obronić. Nie podpowie mi nic. Tak to u was działa? Zero teorii?

— Niczego ci nie wyjaśniał? Od razu kazał ci walczyć?

Kiwnęła głową. W głosie brata wykryła nutkę złości.

— To jak będzie? Możesz mnie czegoś nauczyć? — zapytała cicho.

Widziała, że chłopak się waha. Nie wiedziała jednak, nad czym tak intensywnie myśli. Gdyby potrafiła czytać w myślach, przeraziłaby się nie na żarty. A to dlatego, że jej braciszek, o anielskiej urodzie, zastanawiał się, czy najpierw rozłupać Taelinowi czaszkę, czy też go poćwiartować. Nie mógł uwierzyć, że jego „przyjaciel” tak traktował jego siostrę. Bardzo im potrzebną, szczególnie teraz.

— Tak, mogę. Powiedz mi, potrafisz sama unieść się w powietrzu?

— Mam z tym problem… — przyznała niechętnie.

— Rozumiem. Pewnie dlatego, że masz wewnętrzne opory przed tym, żeby zawisnąć nad ziemią. Pomogę ci się ich pozbyć.

Zanim zdążyła zapytać, co właściwie ma na myśli, zwinnym ruchem wziął ją na ręce i odbił się od podłoża. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. Mocno przytuliła się do brata, czując, jak szybko bije jej serce. Byli już jakieś dziesięć metrów nad ziemią. Odważyła spojrzeć się w dół i w pierwszym odruchu, mocniej zacisnęła dłonie na karku Cristiana. Zaśmiał się cicho, widząc jej reakcję.

— Nie bój się. Będzie dobrze.

Okręcił się z nią wokół własnej osi i zaczął wirować w powietrzu. Wykonywał jakieś zawiłe ruchy. Najgorzej natomiast było, kiedy zaczął celowo spadać z nią głową skierowaną ku dołowi.

— Cristian! — pisnęła przerażona, kiedy o mało nie zderzyli się z ziemią.

On jednak doskonale wyczuł odpowiedni moment, zmienił ich pozycję tak, że ich stopy prawie dotykały twardej powierzchni. Zaraz jednak znów wzbili się w powietrze. Tym razem jednak już się nie bała. Podziwiała widoki, czuła się jak wolny ptak. Wspaniałe uczucie.

— I jak się czujesz? — zapytał po chwili.

— Jest cudownie! — odparła z radosnym uśmiechem.

— To może teraz spróbujesz sama?

— Sama?

— Tak, zaraz cię puszczę, a ty utrzymasz się sama.

— Co?! Nie! Cristian, jesteśmy dobre dwadzieścia metrów nad ziemią! Oszalałeś?!

— Uspokój się. Dasz sobie radę.

Poczuła tylko, jak jego ręce nagle gdzieś znikły. Zamarła w bezruchu, będąc przekonana, że spadnie i się zbije. Ku jej zaskoczeniu, jednak tak się nie stało. Wciąż wisiała w powietrzu. A Cristian był jakiś dwa metry od niej.

— Spróbuj ustawić się tak, żeby twoje stopy były skierowane idealnie ku dołowi. Wtedy łatwiej będzie ci utrzymać równowagę. Jak na razie, to ja utrzymuję się w górze.

Posłuchała go i po chwili niepewnie, wciąż się chwiejąc, mogła uznać, że „stoi” w powietrzu.

— Zacznę stopniowo zmniejszać natężenie cząsteczek pod tobą, więc zacznij już kumulować potrzebną ci energię.

— Postaram się.

Tak jak mówił, opór pod nią zaczął maleć. Skupiła się i koncertując się tylko na sobie, owinęła się powietrzem. Nie umieściła go tylko pod sobą, ale wokół całej siebie.

— Za dużo energii, użyj jej mniej, bo za szybko się zmęczysz.

Spróbowała to zrobić, ale gdy tylko zmniejszyła napływ cząsteczek, poczuła, jak zaczyna spadać.

— Cholera! — syknęła przez zaciśnięte zęby i spanikowała.

— Blanca! — krzyk Cristiana przywrócił jej trzeźwość myślenia.

Zanim ją złapał, stworzyła pod sobą wir, który zadziałał jak trampolina. Odbiła się od niego i poszybowała w górę. Tym razem udało jej się utrzymać w pionie, zużywając minimalną, ale wystarczającą ilość energii.

— Było blisko — szepnęła, gdy jej serce spowolniło uderzenia.

— Nie pozwoliłbym ci spaść. Panowałem nad tym.

Posłała mu wdzięczne spojrzenie i odparła:

— Wiem, gdyby ci nie ufała, nie powierzałabym ci swojego życia.

— Wracajmy już. Niedługo opadniesz z sił.

— Jak to? Ale czuję się świetnie!

— Dopiero zaczynasz. I szybko się męczysz. Nie czujesz tego, ale tak jest.

— Nie rozumiem…

— Chodzi o to, że będąc w powietrzu nie czujesz zmęczenia, ale w końcu cię dopadnie. A wtedy zaczniesz spadać i nic nie będziesz mogła zrobić, bo twoje wszystkie siły będą wyczerpane.

— Poważnie? Dlatego tak się dzieje?

— Jesteśmy poniekąd zrodzeni z powietrza. Czujemy się tu jak ryba w wodzie. Nasze ciała wbijają się w rytm powietrza, nasze zwyczajne ludzkie bodźce są przyćmione. Dlatego nie jesteś w stanie fizycznie odczuć zmęczenia. Ocenienie swoich możliwości nie jest takie proste. To wymaga dobrego zmysłu obserwacji i orientacji. Mi to zajęło parę lat. W tym momencie daję ci jeszcze jakąś minutę, a zaczniesz spadać. Lepiej wracajmy.

Powoli analizowała jego słowa. Czyli tak to działa. Męczysz się, ale tego nie czujesz. Ma to swoje plusy, ale i minusy.

— Dobrze.

— Zacznij delikatnie się opuszczać w dół. Zmniejszaj napór powietrza, ale bardzo powoli. Jeśli przesadzisz, runiesz na ziemię jak kłoda. Prędkość schodzenia w dół jest zależna od twojej siły fizycznej. Ty lepiej nie szarżuj, bo nie dasz razy zatrzymać się w odpowiednim momencie. No, chyba że opanujesz powietrze do perfekcji, wtedy możesz robić co chcesz.

Posłuchała jego rady i zaczęła powolutku zbliżać się ku dołowi. Zostało jej jeszcze jakieś dziesięć metrów, aż nagle poczuła pieczenie na czole. Pod opaską uaktywniło się jedno ze znamion. Miała wrażenie, że płonie tam żywy ogień. Cała moc nagle ją opuściła, zupełnie tak, jakby od tak wyparowała. Straciła przytomność i bezwiednie zaczęła spadać w dół.

Cristian obserwujący ją z pewnej odległości, na początku nie zorientował się w powadze sytuacji. Był przekonany, że Blanca po prostu przyśpieszyła. Szybko jednak rozumiał swój błąd. Dziewczyna spadała zbyt szybko, żeby mógł uznać to za przypadek. I do tego jej ciało nagle stało się wiotkie. Był za daleko, żeby móc dosięgnąć ją za pomocą jakichkolwiek kombinacji z powietrzem. Wytężył swe siły do maksimum i jak torpeda ruszył w ślad za nieprzytomną siostrą. Miał tylko kilka sekund, zanim dziewczyna roztrzaska się o twarde podłoże. Już prawie ją miał, brakowało mu zaledwie parę centymetrów. Udało mu się złapać ją za nadgarstek, dosłownie pół metra nad ziemią. Pociągnął ją ku górze i mocno do siebie przytulił. Tak niewiele, a straciłby ją na zawsze. Po raz pierwszy w życiu tak się poczuł. Wtedy, gdy spadała, a on nie widział, czy zdąży na czas, jego serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. Sądził, że nigdy jej nie polubi. A tym czasem pokochał tę małą istotę, jakby była z nim od zawsze. Czuł, że musi ją chroni, choć był młodszy. Ona była zbyt krucha i delikatna. Ale za to w jej sercu nie było miejsca na nienawiść. Była oazą spokoju i dobroci. Widział już jaka jest, kiedy się zdenerwuje, ale dzieje się tylko dlatego, że dopiero tutaj jest w stanie opanować wszystkie żywioły i każdy z nich wywiera na niej określony wpływ. Ogień sprawia, że robi się niebezpieczna. Powietrze, które miała w sobie od zawsze, jest definicją dobra. Woda działa na nią niczym ukojenie. Ziemia dawała mądrość.

— Blanca? Słyszysz mnie? — Delikatnie ułożył ją na trawie i zamartwiony pogładził ją po bladym policzku.

— Co się stało?

W oczach Cristiana zapłonął ogień gniewu, kiedy usłyszał głos Taelina zza swoich pleców.

— A obchodzi cię to czy pytasz z czystej ciekawości? — warknął wściekły.

— Słucham? O co ci chodzi?

Książę zerwał się z miejsca i zasłonił siostrę swoim ciałem. Kiedy dostrzegł, że blondyn nie jest sam, tylko z jakąś ślicznotką, zacisnął pięści ze złości. Blanca musiała się na nich natknąć przed nim, więc dlatego była taka smutna.

— Nie będę o tym z tobą teraz rozmawiał przy damie. Policzymy się kiedy indziej. Pani wybaczy — ukłonił się, jak musiał. — Mam nadzieję, że nie czuje się pani urażona. A teraz proszę o wybaczenie, ale musze zająć się siostrą.

Nim ktokolwiek mu odpowiedział, zwinnym ruchem zgarnął Blancę z ziemi i ruszył do zamku.

— Książę Cristianie! — Niechętnie przystanął, słysząc słodziutki głosik nieznajomej.

— Tak? — Odwrócił się powoli.

— Jeśli sobie życzysz, mogę pomóc. Mój ród specjalizuje się w lecznictwie. Ziemia jest naszą domeną. Mogę pomóc tej biedaczynie.

Poczuł wściekłość. Nie wiedział dlaczego, ale w tym momencie najchętniej by udusił tę wypindrzoną lalunię.

— Nie jest żadną biedotą. Jest księżniczką, prawowitą dziedziczką tego królestwa. I moją siostrą. Nikt nie będzie obrażał mojej rodziny. — Posłał jej gardzące spojrzenie.

— Cristian! Ty niewychowany… — urwał, przypominając sobie, że nie są sami. — Chce pomóc, nie rozumiesz tego?

— Wezwę prawdziwego lekarza. Moja siostra zasługuje na to, co najlepsze.

— Przepraszam, jeśli cię uraziłam książę. Źle się wyraziłam, po prostu zrobiło mi się żal księżniczki. — Nawet idiota by zauważył, że ostatnie słowo wypowiedziała z wyraźnym trudem i niechęcią. — Jestem jedną z najlepszych z mojej rodziny, więc proszę, pozwól mi się nią zająć. Zrobię to jak najlepiej. Z tego co widzę, ona nie ma wiele czasu. Spójrz na kolor jej skóry. Jest trupio blada i nie oddycha.

O mało nie upadł, kiedy zauważył, że Blanca faktycznie jest na wpół martwa. Wciąż nie ufał tej podejrzanie pięknej nieznajomej. Jednak nie miał wyboru. Ostrożnie położył Blancę na trawie i ułożył jej głowę na swoich kolanach. Odgarnął kosmyki kręconych włosów z jej twarzy i zbladł, kiedy poczuł, jak zimna jest jej skóra. Dama podeszła do nieprzytomnej księżniczki i wyciągnęła nad nią dłonie. Po chwili zmarszczyła brwi i ukucnęła obok. Dotknęła dłonią czoła dziewczyny zerwała z niego przepaskę. Szeroko otworzyła oczy, widząc dziwne znamię na ciele przyszłej władczyni.

— Co to jest?! — zirytował się Cristian.

— Nie mam pojęcia — szepnęła. — Wygląda jak… symbol powietrza…

— Jaki symbol?

— Czytałam kiedyś o tym, ale to niemożliwe, żeby to miała na sobie…

— Jak widać, jednak możliwe. Skąd to się wzięło na jej czole?

— Została naznaczona. Ten symbol oznacza, że jest w stanie w pełni korzystać z mocy powierza, nie ucząc się tego. Pozostaje jej tylko panowanie tego i posłużenie się. Nie musi z siebie tego wykrzesywać. Ma to już w sobie. Nikt, oprócz jednej osoby tego nie miał.

— Jakiej osoby?

— Nie pamiętam imienia, ale był to wasz przodek. Jeden z pierwszych władców. Podobno posiadał niewyobrażalną moc, ale…

— Ale co? — Księciu zadrżał głos.

— Ale zwariował po jakimś czasie. Ogarnęła go obsesja na punkcie zwiększenia mocy. Ten symbol sprawia, że człowiek zamienia się w potwora. Nie wiem, jak mam jej pomóc.

— Ale co jej jest?

— Nie wiem. Nie wyczuwam żadnego uszczerbku na zdrowiu. Jej serce pracuje w normalnym rytmie.

— Ale nie oddycha!

— Wiem to. Mimo tego, nic jej nie jest. Mogę spróbować coś zrobić, ale nie wiem, czy to coś da.

Objęła smukłymi dłońmi szyję Blanci. Po chwili wokół głowy nieprzytomnej dziewczyny pojawiły się małe, zielone promyczki. Wnikały do jej wnętrza. Skóra księżniczki odzyskała normalny kolor. Jednak wciąż nie oddychała.

— Musimy jakoś przywrócić jej oddech. Jest w jakimś transie. Zupełnie tak, jakby spała i tylko wielki wstrząs może ją obudzić. Ma ktoś jakiś pomysł? Jest coś, czego nie znosi, lub czegoś się boi?

— Obawiam się, że spełniam oba warunki. — W końcu odezwał się Taelin, do tej pory milczący i zamyślony.

— Nawet nie próbuj jej dotknąć — warknął Cristian.

— Nie wiem, o co ci chodzi, ale możemy policzyć się później. Teraz trzeba pomóc twojej siostrzyczce — zakpił.

— Pożałujesz każdego słowa przeciw niej, obiecuję ci to.

— Tak, tak. A teraz bądź łaskaw się odsunąć.

Przez chwilę myślał, co powinien zrobić. Wiedział jednak, że będzie musiał się postarać. Miał jeden pomysł, ale nie był co do niego w pełni przekonany. Jeśli go zrealizuje, a nie uda mu się, Cristian gotów będzie go zamordować w mgnieniu oka, nie zważając na obecność młodej damy. Ale cóż… Nie było innego wyjścia.

— Wybacz… — szepnął cicho, pochylając się nad księżniczką.

Jego oczy zapłonęły żywym ogniem tak samo jak i dłonie. To ją bardzo zaboli, ale niestety, było to konieczne. Skupiając całą swoją moc, przyłożył ręce do ciała dziewczyny. Przymrużył powieki, przeklinając się w myślach. Musiał użyć tego ciosu. Bardzo silnego i niezwykle bolesnego. W ogniu czaiła się niewyobrażalna moc. Użył jej, wyładowując ją całą w drobne i delikatne ciało Blanci.

— Co ty… — Cristianowi głos się załamał.

Widział jak ciało jego siostry wygina się w łuk i opada z powrotem. Towarzyszył temu podejrzany zgrzyt kości. Popatrzył z przerażeniem na Taelina, ale ten tylko wpatrywał się w Blancę. Klatka piersiowa dziewczyny zaczęła się miarowo unosić.

— Udało ci się. Ale obawiam się, że złamałeś jej kilka żeber — uznała Aurelia.

— Zauważyłem… — Nie wiedział dlaczego, ale czuł się z tym paskudnie. Przecież mu na niej nie zależało, więc skąd to uczucie?

— Pomogę jej. — Młoda piękność z łaską pochyliła się nad Blancą.

Uleczenie złamań zajęło jej parę sekund. Byłą w tym naprawdę dobra.

— Trzeba ją zanieść do zamku. — Cristian nie patrząc na nikogo, przygarnął pokiereszowane ciało siostry do siebie.

Diana

Przez następne dni nie wychodziła na spacery. Gin próbował w każdy sposób poprawić jej humor, jednak nic nie było w stanie rozweselić księżniczki.

— Diano, nie możesz się tak pogrążać w rozpaczy. — Brat Yeona nalał jej herbaty do filiżanki, Siedzieli razem na balkonie, oglądając zachód słońca.

— Chciałabym wiedzieć, co się ze mną stanie? — Dziewczyna wzięła głęboki wdech.

— Nie mam pojęcia. Nie pozwolę by mój brat cię zabił, o to nie musisz się martwić.

— A co jeśli zrobi to bez twojej wiedzy?

— W tym kraju nic nie dzieje się bez mojej wiedzy.

— Dlaczego? — Spojrzała na niego z wyrzutem. — Kim ty tak właściwie jesteś?

— Czy to ważne?

— Tak! — Jego stoicki spokój zaczynał ją denerwować. — Spędzasz ze mną całe dnie, a ja tak właściwie nic o tobie nie wiem! Co ty z tego wszystkiego masz? Dlaczego mnie chronisz?!

Gin nie odpowiedział od razu. Popił herbatę czekając aż Diana trochę ochłonie.

— Jestem twoją rodziną — westchnął. — Siostra twego ojca to moja żona.

— Słucham?! — Księżniczka zerwała się z krzesła. — Jesteś moim wujem?!

— Powiedzmy, że tak. W naszym świecie to jest postrzegane trochę inaczej, lecz według waszych zasad, owszem. Usiądź proszę i posłuchaj mnie.

— Gdzie moja ciotka? Dlaczego mi nie pomoże?

— Nie jest to w jej mocy.

— A ty? Skoro to twoja żona, powinieneś chyba uratować jej bratanicę przed tym psychopatą?

— Mówiłem ci już, że nie będę walczył z bratem. Oalia robi co w jej mocy, by pomóc twojej siostrze. Przybyłem tu na jej prośbę…

— Boli mnie głowa — przerwała mu. — Muszę się położyć.

Gin pomógł jej wstać, widząc ja ta się chwieje. Zaprowadził ją do łóżka.

— Nie myśl nad tym za wiele. To co się tutaj dzieje nie zależy od ciebie, powinnaś dać działać innym.

Pogłaskał ją po kręconych włosach. Była delikatna i niewinna. Nie miała wpływu na bieżące wydarzenia, wszystko spoczęło teraz w rękach jej siostry.

Gdy zasnęła, udał się do ogrodu. Spoczął na swojej ulubionej ławce, wśród białych kwiatów. Rośliny przypominały mu o żonie. Nie widział jej od dawna. Frapowało go, czy poradziła sobie z podróżą. Oalia, siostra Daelina nie należała do słabych kobiet, gdy trzeba było, zamieniała się w prawdziwego potwora, jednak mimo wszystko była tylko niewiastą. Gin był w stanie zabić, za choćby jeden siniak na jej delikatnej skórze. Całe królestwo o tym wiedziało. W końcu należał do rodu katów, cichych morderców, którymi król posługiwał się do mordowania przeciwników politycznych. Gin od dziecka szkolony był w zabijaniu, jego ojciec był mistrzem w swoim fachu, a on przejął po nim tę posadę.

— Gin. — Podniósł wzrok wyrwany z zamysłu. Przed nim stał Yeon.

— Bracie, siadaj proszę.

— Nie przyszedłem tu, by wąchać z tobą kwiatki — warknął.

— To może ułożymy jakieś haiku?

— Zmuszałeś mnie to tego przez całe dzieciństwo, więc pozwól iż podziękuję.

— Więc po cóż do mnie przyszedłeś?

— Chcę abyś przygotował księżniczkę do balu.

— Balu? — Gin podrapał się po brodzie, udając że nic nie rozumie.

— Zabieram ją do pałacu.

— Oszalałeś?

— Nie musisz wiedzieć więcej, po prostu ma dobrze wyglądać i zachowywać się według tego, co jej rozkażę, inaczej zginie. Rozumiesz mnie?

— Bal maskowy? Czy ty aby nie przesadzasz, bracie? To duże ryzyko…

— Nie ruszę twojej żony. Nie mógłbym tego zrobić. — Yeon wpatrywał się w oczy Gina.

— Dobrze, że pamiętasz o długach, jakie masz wobec jej osoby.

— Wobec jej owszem, lecz wobec króla nie wiąże mnie nic.

Odwrócił się i zniknął w mgnieniu oka.

Diana musiała wstać bardzo wcześniej. Nikt nic jej nie chciał wyjaśnić. Gin odmrukiwał jej coś, gdy próbowała wyciągnąć z niego informacje przy śniadaniu. Po posiłku zaprowadzono ją do łaźni. Przy kąpieli pomagały jej nieznane, młode kobiety. Diana nie lubiła ich dotyku, nie chciała tego. Milczące boginie przeczesywały palcami jej krótkie włosy i tylko kręciły głowami z dezaprobatą. W końcu pozwoliły Ginowi wejść do łaźni.

— Powiesz mi w końcu co tu się dzieje? — Diana w końcu nie wytrzymała. Nie zniosła widoku Gina, obchodzącego ją dookoła niczym dzieło sztuki w muzeum.

— Dzisiaj czeka cię bardzo ważne wydarzenie.

— Może coś jaśniej?

Starszy brat Yeona podał jej ramię i zaprowadził dziewczynę do jej sypialni.

— Chciałbym cię zabrać na spacer nim znikniesz.

— Zniknę? Wrócę do domu?!

— Nie. — Gin podniósł rękę, gasząc tym jej entuzjazm — Znikniesz tylko na moment, jednak chciałbym zachować pewne środki ostrożności.

— Nic nie rozumiem.

Mężczyzna bez słowa porwał z ziemi księżniczkę. Dziewczyna pisnęła zaskoczona, jednak nim zdążyła cokolwiek dodać, Gin stał już na barierce balkonu.

— Lepiej zamknij oczy — ostrzegł.

— Przestań! Puść mnie! — Diana wierzgała nogami, próbując wyrwać się z ramion przyjaciela.

— Trzymaj się mocno

Runęli w dół. Księżniczka krzyczała na całe gardło, w uszach świszczał jej pęd powietrza. Nie chciała umierać, nie była na to gotowa. Dlaczego Gin to zrobił? Co go do tego podkusiło? Zamknęła oczy, gdy zbliżyli się do ziemi…

— Możesz już się uspokoić.

Drżącymi nogami dotknęła podłoża. Przetarła oczy, nie wiedząc czy może ufać własnym zmysłom.

— Nie rób mi tak więcej… — szepnęła, chwytając się kawałka szaty Gina, by nie upaść.

— Wybacz. — Ten natychmiast ją podtrzymał. — Sądziłem, że to będzie dobry żart.

W dalszą drogę ruszyli dopiero po chwili. Spacerowali powoli leśną ścieżynką. Diana nie była tu wcześniej. Czuła się tego dnia jakoś nieswojo w towarzystwie Gina, był on milczący i pochmurny. Nigdy nie zachowywał się tak w jej towarzystwie. Bez słowa wyjaśnienia porwał ją do jakiejś głuszy, prowadził przed siebie jak małe dziecko.

— Możesz mi powiedzieć, dokąd zmierzamy? — Nie wytrzymała w końcu.

— Dokąd? — nawet nie maskował udawanego zdziwienia — Na spacer.

— Zabrałeś mnie na spacer po kąpieli, w sukience i pantoflach?

— Mówiłem, że dzisiaj gdzieś się udasz, nie możesz wyglądać jak obwieś.

— Nie kłam. Widzę, że coś kręcisz.

Obserwowała jego na pozór spokojne kroki. Doskonale wiedziała, iż tak naprawdę całe jego ciało było spięte. Długie szaty delikatnie szeleściły na wietrze. W tym momencie do jej uszu dobiegł znajomy dźwięk.

— Nie denerwuj się. — Gin ścisnął jej dłoń.

— Co tam się dzieje?

— Zobaczysz.

Weszli na pagórek, z którego rozciągał się widok na dużą polanę. Diana ujrzała ledwie widoczną postać, poruszającą się jak cień między rozstawionymi w różnej odległości manekinami. Krótki trzask i głowy kukiełek spadały na zieloną trawę. Nieznajomy jakby tańczył w powietrzu. Jego kroki wydawały się dla niej czymś magicznym.

— Kto to jest? — szepnęła.

W tym momencie przed jej twarzą pojawiła się „magiczna istota”. Fioletowe ślepia płonęły gniewem. Yeon ściągnął z głowy kaptur i wycelował mieczem w gardło dziewczyny.

— Co ona tu robi? — warknął.

Diana nie była w stanie się ruszyć. Bała się go. Ginowi też nie mogła zaufać, po co ją tu przyprowadził? Sama zadawała sobie to pytanie.

— Opuść broń bracie. Mam do ciebie ważną sprawę.

Gin uśmiechnął się porozumiewawczo w stronę brata. Miecz młodszego rozpłynął się w powietrzu niczym iluzja.

— Słucham? — rozłożył ręce czekając.

W mgnieniu oka w dłoni Gina pojawiła się srebrna katana, przebijając fioletowookiego. Diana wrzasnęła osuwając się od krwawiącego Yeona. Jego twarz zamarła w przerażeniu. Drżącymi rękoma chwycił ostrze brata, jednak nie zdołał nic z siebie wydusić.

— Twoje ego niesamowicie wzrosło, kochany. — Gin schował broń i z mrocznym uśmieszkiem na ustach, powalił swojego wychowanka na kolana.

— Ty zdrajco. — niemal niesłyszalny szept Yeona sprawił, że w oczach Diany pojawił się łzy.

— Ucisz się szczeniaku! — Gin kopniakiem przywołał młodszego do porządku.

— Przestań! — księżniczka dopadła jego ramienia — Jak możesz to robić?! Kim ty jesteś?? Nie jesteś Ginem!

— Ależ jestem, skarbie. — na jego twarz powrócił dawny spokój i gdyby nie umierający w kałuży krwi Yeon oraz czerwona plama na szacie Gina, byłaby gotowa przyznać mu rację.

— Jesteś mordercą! — upadła na kolana przed bladym jak ściana Yeonem. Chciała mu pomóc, lecz ten odtrącił jej dłoń.

— Nie waż się mnie dotykać. — westchnął krzywiąc się.

— Albo tu zginiesz, albo pozwolisz jej sobie pomóc, wybór należy do ciebie, bracie.

— A więc o to ci chodziło? — chciał się uśmiechnąć, lecz wyszedł mu z tego brzydki grymas.

— Wybieraj, nie mam czasu na wychowywanie cię.

— Pozwól mi pomóc! Błagam! Obiecuję, że już nigdy cię nie dotknę!

Po jej policzkach ciekły strumienie łez. Yeon nic z tego nie rozumiał. O co chodziło tej kobiecie?

— Zostawiam was samych. — nim ktokolwiek zdołał zareagować, Gin rozpłynął się w powietrzu.

— Nie! Gin! Wracaj tu, ty potworze! — Diana zerwała się z ziemi.

— Dlaczego chcesz mi pomóc, głupia?

— A dlaczego nie?

Dziewczyna wydarła kawałek sukienki by przyłożyć go do krwawiącej rany. Yeon znów chciał odtrącić jej rękę, lecz był już za słaby.

— Powinnaś mnie nienawidzić, tak jak ja ciebie.

— Jesteś bardzo rozgadany jak na umierającego. — prychnęła.

Nie mówił nic więcej. Wiedział, że to jego koniec. W promieniach słońca obserwował twarz Diany. Widział każdą niedoskonałość, zmarszczki na nosie, gdy nim pociągała, długie rzęsy, spod których wyglądały zapuchnięte od płaczu oczy. Delikatne i szczupłe dłonie, zakończone długimi palcami, bez wytchnienia uciskały jego ranę.

— Głupia jesteś. — westchnął.

— Ty jesteś jeszcze głupszy. Umierasz jak jakiś słaby idiota.

— Ty…

— Zaniosę cię do zamku. Skoro umierasz tak długo, to wytrzymasz jeszcze trochę. — Diana podniosła się z ziemi, wciąż nie puszczając opatrunku.

— To nie ma sensu. Nie doniesiesz mnie tam. Musiałabyś puścić ucisk i tachać moje ciało całą tę drogę. — skrzywił się z bólu.

— Masz pas. Zaraz ci go ściągnę i wszystko da się zrobić.

Otarła spocone czoło i prędko przystąpiła do działania.

— Nie… Nie dotykaj mnie…

Nie zwracała uwagi na ciężki oddech Yeona. Nie liczyło się teraz nic, poza uratowaniem jego życia.

— Przestań zachowywać się jak dzieciak!

Podciągnęła jego bluzkę i dostrzegła pięknie wyrzeźbiony brzuch chłopaka. Jedną ręką majstrowała przy klamrze. Jej ręce drżały, co nie ułatwiało zadania. Nagle poczuła czyjś ciepły dotyk. Uspokoiła się i dopiero po chwili dotarło do niej, że to ręka Yeona kieruje jej dłonią. Dwoma ruchami rozpięli pasek, jednak on wciąż jej nie puszczał…

Chłodna skóra pod jego szorstkimi placami, wydawała się delikatna jak papier. Miał zamknięte oczy, jednak wiedział iż zrobiła się cała czerwona. Coś dziwnego przebiegło po jego ciele. Czym było te uczucie? Ból rozrywał mu wnętrzności, jednak on nie myślał już o tym. Trzymał w dłoni swoje życie.

Diana starała się nie myśleć o tym co robi Yeon. Stracił dużo krwi, musiał majaczyć. Zrobiła prowizoryczny opatrunek uciskowy, dzięki czemu zyskała na czasie.

— Dasz radę się podnieść? — klepnęła chłopaka po policzku, widząc jego zamknięte powieki.

— Tak. — otworzył jedno oko, łypiąc na nią fioletowym ślepiem. Spuściła głowę, nie wiedząc co o tym myśleć. Czyżby był za słaby, żeby zabić ją wzrokiem?

— A więc wezmę cię na barana.

— Chyba żartujesz, dziewczynko. — prychnął — Jesteś malutka jak konik polny. Nie dość, że ja zginę to jeszcze zgniotę ciebie.

— Wskakuj. — Diana ignorując jego wywód pochyliła się.

Yeon westchnął ciężko. Ta dziewucha nie miała pojęcia na co się porywa. Spojrzał w niebo, zastanawiając się nad tym czy da radę jej pomóc. W końcu oparł się na jej plecach i zaciskając zęby zmniejszył ciężar swojego ciała. Manipulacja grawitacją, wymagała od niego skupienia i siły, co spowodowało że nie mógł zrobić wiele.

Diana ugięła się pod ciężarem chłopaka. Czuła jak napina się każdy jej mięsień. Mimo bólu kroczyła przed siebie. Nad koronami drzew widziała swoją wieżę. Nie mogła teraz się poddać.

— Dlaczego to robisz? — Ciszę, która między nimi panowała, przerwał szept Yeona.

— Nie zadawaj głupich pytań. — fuknęła.

— To zwykłe pytanie. Gdyby nie ja, byłabyś wciąż w domku z siostrą.

Nie otrzymał odpowiedzi. Oparł brodę o jej ramię. Czuł zapach jej skóry.

— Twoje włosy gilgoczą mnie w twarz.

— Nie zmieniaj tematu.

— Mam cię tutaj zostawić?

Przygryzł usta obrażony. Energia, którą zużywał na zmniejszanie swojej wagi powoli go wykańczała. Po kilku minutach marszu, przed oczami miał już tylko ciemność.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę