E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
22.71
Jeniec Życia

Bezpłatny fragment - Jeniec Życia


Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8221-574-8
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 22.71

Pobierz bezpłatnie

Z upływem czasu oddech przyspieszał. Nierówny grunt przysypany głazami boleśnie odznaczał się na ciele. Promienie słoneczne kąsały przepocone czoło, co jakiś czas chowając się w odmętach chmur. Błękitne niebo bardziej już przypominało szary dywan. Spojrzał w górę. Zanosiło się na deszcz. Mimo dreszczu euforii, jaki przebiegł po ciele, zachował względny spokój. Burza nie oznaczała jeszcze przeżycia.

Kiedy woda rytmicznie stukała w dziurawy dach, postanowił ruszyć. W szopce znajdowało się jedno okno, zbyt wąskie by ktokolwiek się przez nie przecisnął. Gwałtowne poruszenie się, wywołałoby głośny dźwięk, toteż postanowił przeczołgać się do wroga. Stał bokiem, jednak światło padało na oko zwrócone na wnętrze budynku. Była jednak nadzieja. Słońce unosiła się już całkiem nisko. Ledwie kilka godzin do nadejścia ciemności. Co tu zrobić? Po chwili można było dojść do wniosku, iż jedynym wyjściem z sytuacji był szybki atak. Jednakże jak go wykonać mając pod ręką jedynie stertę głazów? Nagle w głowie pojawił się plan. Zawsze po zmierzchu następowała zmiana warty. Jedyny odpowiedni czas na ucieczkę. Trzeba tylko wybrać moment, gdy stary strażnik już nie patrzy, a nowego jeszcze nie ma. Tak, to mogło się udać. Mogło się udać, gdyby nie młody kupiec, biegnący czym prędzej. Kiedy był już kilkaset metrów od jedynego wojskowego, ten zakrzyknął:

— Gdzie to panicz się wybiera?!

— Jestem… jestem kupcem z południa, miałem pojechać, sprzedać towary, gdy zobaczyłem jakichś jeźdźców, wymachujących mieczami.

— Sytuacja jest, jaka jest. Proszę uciekać jak najdalej stąd. — Wskazał ręką daleki horyzont.

— A wy kim do diabła jesteście? — spytał, coraz bardziej odsuwając się.

Jednak z ust strażnika nie padło żadne słowo. Wskazał tylko na herb na piersi. Wielki, majestatyczny lew lśnił w czerwonym świetle. Wzrok kupca podążał za ręką cudzoziemca. W pewnym momencie dostrzegł jakiś dziwny obiekt leżący w pilnowanej przez mężczyznę budce.

— Czego pan tak pilnuje? — Ugryzł się w język. — Co ja wyprawiam? — pomyślał.

— Odważny jesteś, to ci powiem. — Wyksztusił sztuczny uśmiech wyższości. — W okolicy kręci się wiele parszywych osób, a ta budka przyda się na różne wojskowe przedmioty, jeśli wiesz, o czym mówię? — Zrobił kolejny krok ku kupcowi.

— Chyba. A ten leżący pan to jeniec, tak? — Wskazał na nieregularny kształt.

Wtedy się zaczęło. Strażnik zaczął wrzeszczeć co tchu. Mężczyzna w sianie wstał, wiedząc, co go może czekać. Wziął głaz i jednym ruchem powalił agresora. Skupił się tylko na nim. Przed tym, jak zdobył prawdziwą broń, podniósł wzrok. Kupiec. Ten jednak uciekł na samą myśl stoczenia walki z kimś, kto powalił uzbrojonego kamieniem.

— Dobrze — pomyślał, zakładając obcą zbroję — przynajmniej jego mogę oszczędzić.

Udał, że stoi na warcie. Ucieczka nie wchodziła w grę. W promieniu kilkunastu kilometrów nie znajdował się żaden przyjazny oddział wojsk. Natomiast wroga było bez liku. Wolał nawet nie rozmyślać nad tym, co by go spotkało, gdyby spotkał nieprzyjaciela.

.

Czas mijał powoli, wydawało się, iż całkowicie zatrzymał. Spojrzał w górę. Słońce było już w połowie zakryte przez horyzont. Nie zostało za wiele. Od dłuższego czasu leżał, rozmyślając o ostatnich wydarzeniach. Czemu ktoś miałby atakować jego kraj? Na to pytanie, mimo usilnych starań, nie znalazł odpowiedzi. Być może była to zwykła, ludzka rządzą posiadania lub chęć uszczypnięcia swojego brata w nos. Jak wszyscy doskonale wiedzieli, król Emett święty nie był. Do tradycji przeszły już wyprawy łupieżcze na malutkie, bezbronne wyspy. Jego brat był całkowitym przeciwieństwem. Odznaczył się w wielu bitwach, był rozważny i rozumny. Służył przede wszystkim ludziom, nie sobie. Jednak i tak został brutalnie potraktowany przez członka swojej najbliższej rodziny.

— Ktoś idzie. — Wyjrzał zza budki.

Mężczyzna odziany w płaszcz szedł swobodnym krokiem w kierunku zachodzącego słońca. Jego rysy stawały się coraz bardziej widoczne. Można było dostrzec zmarszczki, zajmujące większość twarzy oraz szare, rzadkie włosy. Jego mina wskazywała na znużenie, jakie przeżywał, wykonując swoją pracę. Nagle, w odległości, którą zdrowy mężczyzna przebiegłby w kilka chwil, zza pleców tajemniczej postaci wyrośli wielcy jak drzewa żołnierze. Każdy z nich wyposażony był we włócznie, hełm oraz napierśnik.

— Niedobrze. — Chciał uciekać, lecz nogi ze względu na długi brak bodźców niemiłosiernie go bolały.

Kiedy podeszli do niego, najstarszy z nich wyjął zapisany po brzegi pergamin.

— … jest pan oskarżony o czynności w charakterze zwiadowczym przeciw Lacympu. Karą będzie powieszenie lub ścięciem mieczem. A tymczasem, zabierzcie go do króla, polecił zbrojnym.

.

Nagle zrobiło się ciemno. Został obezwładniony ciosem w potylicę. Miał stanąć przed królewskim majestatem, więc według tradycji musiał być należycie ubrany. Kiedy był już gotowy, a sługa zostawił go pod wielkimi, dębowymi drzwiami, rozległ się głos:

— Wejść. — To zdecydowanie był król.

Mocno pociągnął za klamkę, pewnym krokiem wszedł przez salę zdobioną kamieniami oraz najróżniejszymi obrazami. Nie zdążył zobaczyć wszystkich, lecz jeden szczególnie przykuł jego uwagę. Złotowłosy chłopak jeżdżący na koniu siekał mieczem mroczne stwory. Wydawało się, iż sztuka się rusza. Oderwał wzrok.

— Ładne, co? — spytał miły tonem władca — Jak się nie mylę, to ten obraz jest dziełem…

— Mistrza Orwella. — Natychmiast pożałował odezwania się.

— Widzę, że jesteś obyty z takimi rzeczami, czyż nie? — Podniósł krzaczaste brwi.

— Podczas mojej nauki często widziałem takie obrazy.

Gestem król zachęcił go do zbliżenia się. Jego wyraz twarzy przedstawiał całą sytuację. Wpierw będzie dla niego miły, proponując najlepszą ugodę, a skończy się dość niemiłym akcentem, najpewniej w ciemnych lochach.

— Kłaniam się przed majestatem królewskim. — Powitał uroczyście króla, dosadnie wymachując rękoma.

Jednak na twarzy monarchy dominował grymas obojętności, wymieszanej z odrobiną współczucia i gniewu. Po kilku ciężkich dniach Lacymp objął zwycięskie tereny. Król z chęcią przyjął pałac swojego brata. Wielu poległo tego dnia i nocy. Później, gdy stare cywilizacje upadły, ta noc będzie nazywana czerwoną, nie tylko w związku z krwią przelanych żołnierzy, ale także z czerwonym, wielkim księżycem.

— Zaraz się zacznie — pomyślał, lecz król przerwał jego rozważania.

— Jak się nazywasz? — spytał nie tak już łagodnie — Co tu robisz?

— Nazywam się… — Zmarszczył czoło — przybywam w pokoju, by przekazać informację od mojego władcy.

— Aha, więc posłaniec. — Zamyślił się głęboko — No już, jaka to wieść?

— Król Hentii wyraża podziw i uznanie dla majestatu wojska Lacympu. Jednocześnie informuje, iż oddaje te tereny w zgodzie i bez żądzy zemsty. — Przerwał na chwilę — Pomimo iż takie zachowanie uchodzi według jego majestatu za barbarzyńskie, oddaje te ziemię w zamian za wyższą rację.

— To ciekawe — spojrzał na swój pozłacany bat — Mam nadzieje, że twój król wie o liczebności mojej armii, tak? Gdybym chciał, cały kontynent miałbym pod swoimi stopami. Czemuż to mam nie niepokoić mojego starego, głupiego braciszka? — Sam odpowiedział sobie na to pytanie. — Otóż nie, najlepszy jest atak, tak, silny, brutalny, lecz przynoszący wiele korzyści.

Twarz posłańca pobladła. Nawet gdyby jego kraj zmobilizował się, to rezultat nie byłby zgoła odmienny. Jedynie małe grupki żołnierzy, napawanych patriotyzmem walczyły. Niestety z marnym skutkiem.

— A teraz powiesz mi. — Władca wziął głęboki oddech — A teraz powiesz mi, gdzie ukrywa się mój braciszek.

.


To było jak uderzenie lodowatej wody. Obudził się w mokrej, ciemnej celi. Miał nadzieje, że ten czarny jak słoma płyn koło niego to woda. Stracił poczucie rzeczywistości po trzecim zemdleniu. Nie mogło minąć jednak zbyt wiele czasu, ponieważ krew na jego ciele nie zaschła całkiem. Kiedy próbował stanąć, zakręciło mu się w głowie. Upadając, uderzył leżące niedaleko wiadro. Cała zawartość wylała się na niego i podłogę. Nie miał wątpliwości. To były jego odchody. Momentalnie uciekł od przybierającej na powierzchni plamie. Oparł się o ścianę. Wymiotował długo i obficie.

W tym samym momencie strażnik grający w kości, poszedł sprawdzić, co jest nie tak. Miał ze sobą małą świeczkę, niestety światło było dla więźnia niezwykle mocne. Zmarszczył czoło i obrócił się, by choć na chwile oderwać się od źródła. Żołnierz podszedł bliżej i zawołał:

— Co ty zrobiłeś!? — Śmiał się, jakby nic się nie liczyło — Ej, Dean chodź tu, coś ci pokaże.

— Zostaw go, wystarczająco oberwał — krzyknął.

Momentalnie mężczyzna trzymający świeczkę podszedł do swojego kompana. Rzucił podstawkę. Gdy był już w odległości stopy, wylał cały wosk na twarz współpracownika. Więzień nie wiedział, co się dzieje. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że to jego król przyszedł go uwolnić. Tymczasem do zamku celi podszedł Lacympian, rozwiewając jego przypuszczenia. Wyjął z kieszeni długie, stalowe klucze. Gdy był już w środku, zapiął skazanemu smycz za kajdanki. Wiedział, że jest bezpieczny. Przecież człowiek obok miał skute nogi i ręce, a każdy ruch szyją kończył się wbiciem kolców.

— Już, już, ja cię umyję. — Przeszli przez kolejną furtkę, i kolejną, i kolejną.

Gdy wyszli na podwórze, księżyc wył przenikliwym blaskiem. Minęli ogrody królewskie, niegdyś pod panowaniem Hentii, teraz w rękach Lacympu. Skutemu mężczyźnie na widok tak często odwiedzanego przez niego pałacu, napłynęły łzy. Czemu to mnie spotyka, pomyślał. Był jednym z wielu zwiadowców, toteż dziwne, że tylko jego złapali. Może jednak sprzedali króla, a on teraz milczy na nic. Nie, stwierdził stanowczo. To się nie mogło wydarzyć. Nie w Hentii, nie teraz. Hentia w tym czasie rosła w siłę jak nigdy dotąd. W każdej z elitarnych grup szkolono praktycznej sztuki zamykania ust na klucz.

Minęło kilka minut, kiedy dotarli do rzeki. Był koniec jesieni, toteż po powierzchni wody pływało wiele kier. Strażnik miał okazje sam się o tym przekonać, gdy ostry kawałek lodu boleśnie ukąsił jego dłoń.

— To wszystko przez ciebie! — Podszedł bliżej do więźnia, trzymając się za obolałą rękę. Palnął go drugą w policzek. Pojawiła się stróżka krwi. — O nie! Czekaj, ja ci to wytrę. — Wziął go za łachmany i jednym, płynnym ruchem wrzucił go do płytkiej rzeki. Woda była przeraźliwie zimna, czuł, jakby całe ciało z wyjątkiem skóry zwiększyło się, napinając ją do granic możliwości.

Starał się nie patrzeć wkoło, na jasne światła pochodni ustawionych na murze, lecz raz, ten jeden raz nie zdołał przezwyciężyć ciekawości. Spojrzał na swojego oprawcę. Ten już nabierał wody do wiadra, gdy jakaś ciemna, wielka osoba na myśl przywodząca niedźwiedzia podeszła do niego od tyłu. W ręce trzymała wielki pień drzewa. Strażnik prawdopodobnie nic nie czuł. Został powalony jednym ruchem, jednak jego pierś unosiła się rytmicznie. Żył.

.

— Tylko uważaj na siebie. — Pocałowała go na pożegnanie — Nie daj się sprowokować. — Patrzyła mu teraz prosto w oczy. — Musisz być silniejszy.

Drzwi powoli zamknęły się, jednak jego wzrok był ciągle na nich skupiony. Dopiero po upływie kilku dłuższych chwil, zdecydował się ruszyć. Była piękna, mroczna i pociągająca noc. Gwiazdy świeciły mocniej niż zwykle, a owady jakby łagodniej żądliły. Pomyślał, jak bardzo wolałby być teraz ze swoją żoną i dziećmi. Niestety musieli z czegoś żyć. Od czasu rozpoczęcia wojny, większość ich oszczędności poszła na obowiązkowe opłaty na rzecz wojska. Mimo iż ostatnie walki zakończyły się w tamtym cyklu księżyca, to i tak nie powodziło im się. Z musu zamieszkali całą, czteroosobową rodziną w czyimś, pozostawionym domku. Mieszkańcy Hentii, którzy zdołali czmychnąć, podczas ucieczki podpalali, co się dało. Domy, pola, stajnie, czy nawet liczne pałace. Sytuacja była szczególnie trudna dla żołnierzy, którzy w przeważającej większości nie mieli środków do życia. Jakby tego było niewystarczająco, to ceny wszystkiego wzbiły się w góry, daleko od zasięgu zwykłego wojska. Jeśli chodzi o jedzenie, żeby je zdobyć, trzeba było szukać w lesie, który jak prawie wszystko paliło się teraz, dogasającym ogniem. Podczas starć nikt nie zawracał sobie głowy byle pożarem. Dopiero później zorientowali się, iż jest to ogromny problem, mogący przeszkodzić w zdobyciu Hentii.

Nikt nie miał wątpliwości co do planów władcy. Najpierw przejmie dawne tereny państwa Hentińczyków, pod byle pretekstem; następnie zagarnie coraz, coraz więcej, aż w końcu wymorduje wszystkich z kontynentu z wyjątkiem jego rodu. W większości taki obraz sytuacji był dość lubiany, choć w początkach ludzie bali się, że przegrają, zostawiając się tym samym na pastwę losu.

.

Miał pełnić wartę przy głównej bramie pałacu, oddalonego o około dziesięć minut drogi. Oczywiście pieszo. W tym rejonie konia dosiadał wyłącznie król. Sytuacja prezentowała się nie najgorzej, bowiem sam pałac usadowiony był na delikatnym wzgórzu, z którego mógł obserwować chatkę swojej rodziny, co było ważne w tych niespokojnych czasach. Miejsce bez duszy, pomyślał, patrząc na smutne budynki.

Był już przed bramą, gdy przełożony kazał mu przenieść się do lochów, by pomóc w przeszukaniu dezertera. Gdy otrzymał odpowiedź, z kim będzie przeprowadzał przesłuchanie, jego czoło skurczyło się, a oczy mocno wytrzeszczyły. Na sam dźwięk tego imienia splunął zdrowo pod swoje lśniące buty. Przełożony Deana’a był empatycznym i wyrozumiałym człowiekiem. Na w miarę ciepłą posadkę zapracował sobie, walcząc w wielu bitwach. W czasie jednej z nich odparował bełt lecący w stronę kolegi. Ten był tak wdzięczny, że jak sam mówił, oddałby mu żonę, psa i całą posiadłość. Tak, można powiedzieć, że kierownik małej grupki był człowiekiem dobrym. Niestety musiał podjąć ciężką decyzję, kogo wyznaczyć do pracy z tym amoralnym psychopatą, Rickiem. Padło właśnie na Dean ‘a. Lubię go, jednak… o czym ja myślę, przecież to zwykły dzień pracy z trochę innym człowiekiem, nie widzisz go po raz ostatni, pomyślał, lecz mimowolnie uścisnął kompana silnym, męskim uściskiem.

— Powodzenia — rzekł jeszcze pod nosem, gdy strażnik zagłębił się w lochy, rozświetlając chwilowo te smutne mury.

.

Nie był zdolny do wykonania żadnego ruchu. Po prostu stał i patrzył, jak sylwetka staje się coraz większa. Cień rzucany przez ciało obcego zasłoniło całą rzekę. Stał pod księżyc, toteż bardzo trudno było dostrzec jakiś szczegół, choćby długość włosów. Czas płynął, a nic się nie wydarzyło. Więzień co prawda nie miał już tych uciążliwych kajdanków, lecz i tak był bezbronny w porównaniu do tego wielkiego czegoś. W końcu zdobył się na chwilę odwagi. Gdy zdołał wykrztusić z siebie pierwsze słowa, nieznajomy zatrzymał go ruchem ręki. Jednym, dużym krokiem przeszedł na drugą stronę wody i stanął przed wymęczonym mężczyzną. Z tej odległości mogło wydawać się, iż człekopodobna istota jest bóstwem lub czymś, z kim nikt nie chciałby mieć do czynienia. Zrobił kilkanaście kroków w tył, jednak przybysz przebył tę odległość dwoma szybkimi ruchami.

Po kilku chwilach strach minął, a jego miejsce zajęło zaciekawienie zaistniałą sytuacją. Gdy znalazł się blisko stwora, rozpoznał znaną jemu woń. Królewskie perfumy. Ale jak to? Najwyraźniej władca rozgryzł myśli więźnia i posłał mu drobny uśmiech. Prawie łysa głowa, teraz odsłonięta, odbijała imponującą ilość światła.

— Co tu się stało, ha? — zapytał sarkastycznym tonem.

— Właściwie… nie wiem. Chyba chciał mnie zabić — dopowiedział po chwili, krztusząc się niemiłosiernie.

Oblicze króla pociemniało. To on był odpowiedzialny za rekrutacje straży. Mógł wiele lat temu zwolnić kłopotliwego pracownika, lecz tego nie zrobił. Czuł się winny, z drugiej zaś strony surowy chłop był potrzebny. Żadnej słabości, pomyślał.

— Chodź ze mną, zabiorę cię w lepsze miejsce.

Z dozą niepewności ruszył za wodzem. Przyznał, choć z niechęcią, że obcy król, obcego państwa uratował go z opresji, a ten nie miał ani jednego powodu, by się temu sprzeciwić.

.

Trafili do wiecznie otwartej karczmy w środku grodu. Przed wojną przebywali tu sami Hentińczycy, a teraz popatrzcie. Tu lew, tam lew; na ścianach, drzwiach zbrojach. Przed wejściem król ponownie założył kamuflujący go strój. Kiedy szedł, monety dźwięcznie stukotały, lecz teraz przełożył połowę do innej kieszeni.

W karczmie było może dwudziestu ludzi, głównie młodziki wojska. Oblicze karczmarza nagle spochmurniało, a usta wykrzywiły się nieznacznie, gdy wielka i zarazem tajemnicza postać zbliżyła się do lady.

— Co podać? — spytał zwykłym głosem — Mamy świetne ryby i grzyby ze…

— Dwa kufle ciemnego, jeśli łaska. — Karczmarz momentalnie przeszedł do odosobnionego pokoiku, by po chwili wrócić z dwoma szklanicami wypełnionymi piwem.

— Tutaj. — Podniósł rękę, wskazując niezdarnemu karczmarzowi drogę. — A te rybki to dobre są? — Kiwnął głową, a właściciel lokalu pobiegł czym prędzej po potrawkę. — Dziękujemy — powiedział, gdy karczmarz ponownie przybył do jego stolika.

— Coś jeszcze? — miły głos zaczął ustępować strachowi.

— Chyba nie. — Spojrzał na mężczyznę obok — To wszystko.

Kiedy król miał pewność, że nikt go nie podsłucha, zaczął mówić o swoich planach odnośnie kontynentu. Opowiadał, jak to całe rody będą mu słały pokłony. Na ten moment wszystko idzie bez zarzutu, powiedział, skupiając wzrok na sylwetce obcej kobiety. No ale mniejsza z tym, jak myślisz, czemu tu jesteś? Jednak z ust więźnia nie wydobyło się żadne słowo, a jedynie ciche westchnięcie. Emmet wykazał się w tej sytuacji anielską cierpliwością, pozwalając sobie stłamsić rywala wzrokiem.

— Z tego, co wiem, myślicie, że jestem jakimś szpiegiem czy coś. — Starał się utrzymywać obojętny ton, na razie z marnym skutkiem. — Jest to nie prawda, ponieważ nazywam się Rob i jestem tutejszym rolnikiem.

— Jak więc wytłumaczysz, że podczas, gdy ja omawiałem plan, ty stałeś na koronie drzewa z pełnym kołczanem oraz długim łukiem, no? — Głos był zdenerwowany, lecz twarz pozostawała w wyrazie wyższości.

Mężczyzna prawie o dwie głowy niższy od swojego towarzysza nie odezwał się. Prawdę mówiąc, był w szoku, że ktoś go zauważył. Przecież tyle lat spędził na szkoleniu. Zawsze był najlepszy, lecz to nie wystarczyło. A może po prostu usnął i spadł z drzewa? Nie mógł sobie przypomnieć. Równie dobrze jakiś ptaszek mógł podlecieć i przestraszyć go gwałtownym dźwiękiem. Mniejsza z tym, ważne jest tu i teraz. W drodze do karczmy obmyślał plany, jednak żaden nie był wystarczającą dobry. Postanowił, że musi coś powiedzieć.

— Polowałem na zająca, gdy was zobaczyłem… to znaczy szanownego króla. — Nawet dawał radę — Tak żem się przestraszył, to na drzewo uciekłem. Rychło w czas, bo ledwo co wszedłem na gałąź, a waszej mości eskorta była już pode mną! Bałem się, że mi coś zrobicie! — Ostatnie zdanie było czymś pomiędzy rykiem wściekłości, a przerażeniem.

W tej chwili wydarzyło się coś bardzo niespodziewanego. Rodzony Lacympian z najwyższego rodu wstał i zwyczajnie odszedł. Bez słowa czy gestu. Gdy przekroczył próg, karczmarz odetchnął z ulgą. Nagle do siedzącego przy stoliku mężczyzny dotarło, iż nie ma czym zapłacić. Nie chciał robić sobie długów, a tym bardziej zostać pobitym przez nieuprzejmego właściciela. Tego już za wiele, pomyślał. Humor więźnia poprawił się nieco, gdyż ujrzał na stoliku obok garść złotych monet i krótki liścik. Przeczytał go powoli i dokładnie.

Widzę cię chwilę po zachodzie u mnie w pałacu. Powiedz strażnikom, że przesyła cię Trobit, zrozumieją od razu. Nie spóźnij się. Nie słynę z cierpliwości. Przesyłam również garść monet za kolację. Resztę oddaj karczmarzowi, wydaj na alkohol, czy co tam chcesz. Nie obchodzi mnie to.

Szykowały się kłopoty. Coś musiało być naprawdę na rzeczy. Sam król zaprosił go na wizytę. Może coś od niego chciał, a może znał jego czułe punkty. Nie miał takich, pomyślał, z wyjątkiem jego miłości życia. Ale nie, nikt o niej nie wie. Rozstał się z nią kilka lat przed rozpoczęciem przygody, która odmieniła jego życie.

Postanowił dojeść i czym prędzej udać się do twierdzy. Wolałby nie myśleć o konsekwencjach nieprzyjścia. Wyobraził sobie, mimo szczerej niechęci, siebie rozrywanego przez tajemniczego wodza

— No i co. Chciało się oszukiwać, ha? Nie, nie, mnie nie da się oszukać, po prostu się nie da.

Uciekł od tej myśli. Jednak jedna rzecz nie dawała mu spokoju. O co do diabła chodzi z tym Trobitem? To jakieś imię, miasto czy może rzeka? A może bilet na śmierć z ręki gwardzistów? Nie znalazł odpowiedzi na to pytanie. Nie zawracając sobie więcej głowy, ruszył ku przeznaczeniu. Do króla, znaczy się.

.

Przed wejściem wartę pełniło dwóch umięśnionych strażników. Nad nimi błyskało białe światło pochodni, mające na celu osłabienie wzroku potencjalnych najeźdźców. Skupił się teraz dokładnie na postaciach. Ten po lewej był niezwykle wysoki i szczupły. W ręku trzymał równie długą włócznię, zdolną przebić nawet najtwardszą zbroję. Powszechnie wiadomo, że siedziba króla Hentii obfitowała w najlepszej jakości broń, więc armia wroga miała zapewniony dostęp do broni, przynajmniej do końca potyczek. Drugi był przeciętnego wzrostu, lecz jego muskulatura przewyższała wszystkich innych. Kiedy znalazł się już blisko ochroniarzy, ci skrzyżowali włócznie, uniemożliwiając tym samym wejście do komnat.

— Kim jesteś, czego chcesz, do kogo przychodzisz? — powiedział bez najmniejszego zająknięcia ten wyższy.

— Przychodzę do Trobita…

— Proszę za mną — przerwał momentalnie, gdy usłyszał znajomą nazwę. — Szybciej, jeśli łaska.

Więzień dostał jedną, małą pochodnię, toteż musiał nadążać za szybko idącym, wysokim mężczyzną. Raz to światło słabło i więzień miał wrażenie, że został zupełnie sam. Zazwyczaj wtedy zaczynał biec i sytuacja się powtarzała. Aż dotąd. Kiedy światło ponownie zniknęło, a wystająca część ozdoby szturchnęła nieprzygotowanego na to człowieka, ten z głuchym łupnięciem runął na ceglaną ścianę. Na szczęście upadek nie okazał się zbyt groźny. Jedyną pamiątką po nim był rozlany wosk oraz drobny siniak na lewej ręce. Mimo iż więźniowi wydawało się, że ciemniej już być nie może, pociemniało mu jeszcze bardziej. Jak wcześniej był wstanie dostrzec obiekty najbliżej niego, tak teraz zupełnie nic nie widział. Przez moment miał wrażenie, że oślepł, lecz nie wydało mu się to przerażającą wizją. Z rozważań do życia przywrócił go zbrojny, który dopiero po kilku dłuższych chwilach zauważył czyiś brak. Trzymał pochodnie wysoko w górze tak, by oświetlić jak najwięcej.

Mury zamku nosiły ze sobą przenikliwe zimno. W tym momencie cegły oddawały część tego zimna biednemu człowiekowi, który leżał na podłodze.

— Wstawaj, nie mamy czasu. — Anielska cierpliwość coraz bardziej wyczerpywała się.

Jednak on nie wstawał, a jedynie przewrócił się na drugi bok. Pomimo niskiej temperatury było mu przyjemnie jak nigdy wcześniej. Zasnął. Przyśniły mu się beztroskie dni dzieciństwa, kiedy to latał wesoło po polanie bez zmartwień czy żalów. Ponownie do życia przywołał go krzyczący teraz strażnik.

.

Puk, puk, puk.

— Kto tam?

— Jon.

— Kto?

— Szef Dean’a.

Nastąpiło ciche otwarcie frontowych drzwi.

— Jest środek nocy. — Przerwała na moment — Co tu robisz? — Oczy przestały ciążyć jak dwa kowadła, teraz ważniejszym problemem był powód jego wizyty.

— Pozwolisz, że powiem wprost? — Pokiwała głową, więc kontynuował — Ten stary dziad zabił Dean ‘a. Wylał na biedaka wosk, a ten zginął kilka godzin później. Nie miał szans. Przykro mi to mówić, ale ja nigdy nie owijałem w bawełnę. Przepraszam za najście. Z Bogiem.

.

To było jak kubeł zimnej wody wylany na ciepłe ciało. Najpierw przyszło zaskoczenie wraz ze strachem, później dreszcz, a na końcu obojętność wymieszana z pewnego rodzaju ulgą. Tak. Można powiedzieć, że śmierć bliskiego sprawiła jej pewną radość. To jak wyrywanie zęba. Jak się już skończy, to ulga jest spora. Zawsze obawiała się, jak przeżyje stratę ukochanego, a tu proszę! Siedzi cicho, patrząc się na malutkie dziecko. Pierwotny smutek został zamieniony na sztuczną obojętność, lecz teraz obojętność wymieniła się miejscami z żądzą zemsty. Chciała tego. Potrzebowała tego. Znała się z tym starociem. Wiedziała, gdzie mieszka, chodzi w nocy.

Tyle wystarczyło, by zaczęła wdrażać swój plan w życie. Wyjęła ze schowka lekki, jednoręczny mieczyk i schowała go za pasem. Nie myślała w tym momencie za dużo. Dziecko zostało same w domu, jednak mama miała ważniejsze sprawy. Znała rozkład strażników. Jej mężczyzna wracał, gdy niebo robiło się już jasnoniebieskie. Miała lojalnego męża, więc zazwyczaj szedł najkrótszą drogą do domu. W przypadku starego Ricka sprawa była zgoła odmienna. Nie posiadał żony, dziecka, czy nawet dalekiej rodziny. Z braku innych możliwości swoje życie przeznaczył pracy, coraz bardziej popadając w obłęd. Wszystko zaczęło się u niego, kiedy schorowana wtedy mama wróciła do domu. Zastała jego ojca na środku korytarza. Malec nie zdążył nawet ostrzec mamusi. Jednak było to bardzo dawno i daleko stąd. Teraz można by rzec, że nie tyle jabłko nie spadło daleko od jabłoni, co nawet z tej jabłoni nigdy nie spadło, jedynie trzymało się na gałązce zwanej zaburzeniem psychicznym. Tak, był szaleńcem z chorobliwym podejściem do innych. Tak, zabił jej męża, ale czuła względem niego pewien rodzaj empatii.

Sądziła, że odnajdzie cel w domu jakieś dziewczyny, zajętego swoimi sprawami. Nie myliła się zbytnio. Kiedy przyszła do drugiego co do wielkości budynku w mieście, spostrzegła go przepitego, o chwiejnym kroku. Łatwa robota, pomyślała. I wtedy rozległ się paskudny krzyk:

— I tak tam wrócę, a wtedy żaden człowiek cię nie pomoże. — Przez chwilę myślała, że słowa te były skierowane do niej, lecz na szczęście myliła się, a adresatem była młodziutka kobieta, wyglądająca zza okna.

Postanowiła iść dalej. Robiło się w miarę jasno, toteż przyspieszyła. Kiedy znalazła się naprawdę blisko, serce waliło jej jak wielki dzwon. Starała się dopasować tempo kroków do ofiary. Był już na wyciągnięcie sztyletu, gdy biedna wdowa potknęła się o nierówność chodnika. Nie musiała długo czekać na pierwsze słowa.

— O! Jednak wróciłaś! — Najwyraźniej wziął ją za tamtą dziewczynę. — Chodź tu do mnie! Jak ja ci pokażę…

Nigdy nie dowiedziała się, co miał jej pokazać. Jednym ruchem, choć niezbyt zręcznym, wbiła mu sztylet w szyję. Kiedy tamten leżał już w kałuży, wyciągnęła miecz i zaczęła się prawdziwie bawić. Zaczęło się od nóg. Obcięła po jednym palcu u każdej kończynie. Na brzuchu napisała, Za Dean’a i przeszła dalej.

— Oj, teraz ja ci coś pokażę. — Chwyciła mocniej sztylet i obcięła biedakowi genitalia. Widziała, że cierpi, jednak nie wzbudziło to w niej żadnych emocji. Wbiła mu jeszcze mieczyk w tryskające krwią miejsce i uciekła. Jak gdyby nigdy nic.

.

— Wstawaj, bo skopię jak psa. — Wziął zamach, jednak tamten wstał czym prędzej.

Schodzili po schodach już od dłuższego czasu, więc mięśnie coraz bardziej pulsowały bólem. Wcześniej błogosławiona pochodnia strażnika stała się teraz przekleństwem, bowiem przez światło mało widział, co stało się bezpośrednią przyczyną wielu bolesnych upadków. Kiedy minęli mały obrazek wiszący na jakimś pręcie, olbrzym zatrzymał się. Zdjął obraz, a pręt okazał się klamką do przeraźliwie ciężkich drzwi.

— Chodź tu, pomóż! — Ciężko było sobie wyobrazić opór, jaki wywołały drzwi. Dwóch silnych mężczyzn nie dało sobie radę z taką na pozór błahostką.

Kiedy po raz trzeci próbowali otworzyć drzwi, poczuli ulgę, zupełnie tak, jakby ktoś ciągnął je od środka. Tak też było i kiedy weszli do środka, ujrzeli króla. Ten z wyrazem niecierpliwienia czekał, aż przybyli odpoczną pod ścianą. Na ukrytą komnatę składał się jeden pokój z trzema drzwiami. W środku połyskiwał pięknie wypolerowany stół z najwyższej jakości drewna, od najlepszych stolarzy w kraju. Iście depresyjny nastrój wprowadzały wielkie kraty w jednym z pomieszczeń.

— To tyle, możesz już iść. — Wskazał na drzwi, z których otwarciem żołnierz miał wcześniej problem.

Jeszcze znalazł czas na pomoc w zamknięciu małego pokoju, by potem chwycić za szmaty przetrzymywanego w nim mężczyznę. Wyglądał wtedy nie jak rozważny władca, lecz jak obłąkany szaleniec.

— Od początku wiedziałem, że kręcisz! — Coraz szerzej się uśmiechał. — Brak imienia, jakiś biedny kupiec, rolnik, czy co tam jeszcze innego! Tak, ty jesteś królewskim zwiadowcą! Domyślasz się, skąd wiem? — Patrzył prosto w oczy, nawet na chwile nie odrywając wzroku.

Po jego głowie biegały najróżniejsze myśli. Że zaraz zabije go w szale, że skończy powieszony za ręce w celi, nawet myślał, iż nie jest mu tutaj aż tak źle. Najgorsze jednak było w tym wszystkim konieczność słuchania i oglądania wściekłego możnowładcy. Każde słowo próbował zanalizować na wiele sposobów, być może w tym monologu kryło się jakieś drugie dno. Cokolwiek by się sprawdziło i tak musiał słuchać.

— Jak tak jęczałeś i marudziłeś na swój ciężki los, zobaczyłem, że masz bardzo rozbudowany prawy mięsień, o tutaj. — Wskazał palcem na okolice barku. — Tylko zwiadowcy posługiwali się tak silnymi łukami, prawda? Nieważne. Z tego, co wiem, wielu łuczników ma zdeformowane plecy przez ten wasz kawałek sznurka na patyku, ale tylko wy macie, aż tak zniszczone oba barki! Tak, to widać. Nawet taki ślepota jak ja może to dostrzec, jeśli chce. No dobrze, jak ustaliliśmy, jesteś tym elitarnym gońcem, znasz tajemnice mojego brata, wiesz, jak walczyć, umiesz się skradać i tak dalej… Taki ktoś byłby dla mnie bardzo cenny. Co o tym sądzisz?

.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 22.71

Pobierz bezpłatnie