E-book
20.48
drukowana A5
24.72
Granica

Bezpłatny fragment - Granica


Objętość:
89 str.
ISBN:
978-83-8126-104-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 24.72

Nie byłbym w stanie cię zapomnieć

Ars amandi


Pewnie znacie to uczucie, kiedy zakochujecie się. Nie mówię teraz o przelotnym zauroczeniu, które po pierwszej lepszej kłótni znika i zostawiacie daną osobę. Mówię o zakochaniu się.

Jeżeli nie doświadczyliście nigdy tego uczucia, to postaram się wam opisać, co czuje się w takim momencie. Pierwsza rzecz: to nie wygląda, jak w filmach. NIGDY nie wygląda, jak w filmach. Nie ma takiej sytuacji, gdzie piękna dziewczyna w mini spódniczce z nogami zgrabnymi, jak u modelki, z odsłoniętym, płaskim brzuchem, wchodzi przez drzwi, a wy nagle myślicie tylko o niej. O jej blond, długich włosach, idealnych rysach twarzy, czystej cerze, dużych, błękitnych oczach, prostym nosie i pełnych ustach. Nie ma sytuacji, gdzie spotykacie swoje spojrzenia, nagle jesteście w innym świecie i wydaje wam się, że to miłość do końca życia. Jeżeli tak wam się zdarzyło, to przykro mi, to nie była miłość, tylko zauroczenie.

Także właściwe pytanie, to kiedy się zakochujemy? To wbrew pozorom jest bardzo proste do rozpoznania. Na początku ta osoba może ci się podobać, a możesz też na nią nie zwracać uwagi. Potem zaczynacie rozmawiać i nagle zauważasz, że ta rozmowa idzie niesamowicie gładko i z łatwością skaczecie z tematu na temat. Nawet nie zauważasz, że minęła właśnie trzecia godzina i musisz już wracać do domu. Musisz też wiedzieć, że gdy się zakochasz to zdajesz sobie sprawę z wad tego człowieka. Tak samo, jak wiesz co cię wkurza u twojego najlepszego przyjaciela. Może to być mlaskanie przy jedzeniu albo to, że nigdy nie rozumie twoich dziwnych żartów. W momencie zauroczenia, ignorujemy wady tego człowieka. Kiedy jesteś zakochany to akceptujesz całą osobę, nie jej część.

Potem zaczynasz dostrzegać, jak bardzo nie idealny jest ten człowiek. Już pomińmy te wady. Porównujesz tę osobę do o sto procent lepszej dziewczyny albo do przystojniejszego chłopaka. Jednak coś nadal cię ciągnie do tego braku ideału. Widzisz zepsute od farby włosy, worki pod oczami, brak stylu (lub styl, który ci się w ogóle nie podoba), czasami smutną twarz i przejęcie w zaczerwienionych od jakiś używek oczach. Wtedy następuje moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo chcesz pomóc tej osobie. Chcesz pomóc mu lub jej zacząć ubierać się inaczej, jednak nadal by ta osoba czuła się komfortowo. Szukasz różnych kremów, odżywek i polecasz je, tak jakbyś znał ich efekt(chyba, że akurat rzeczywiście znasz ich efekt i nie wyczytałeś w Internecie, że jest to dobre). Odradzasz picie alkoholu, ćpanie, palenie. W zasadzie nawet nie wiesz dlaczego to robisz, bo nikt nigdy nie wtrąca się w cudze życie, ale ty masz po prostu taki odruch do tej osoby. Próbujesz pokazać się z bohaterskiej strony, ale czasami wolisz pokazać się, jako ktoś kto też potrzebuje pomocy. Zaczynacie spędzać ze sobą coraz więcej czasu i czasami gdy patrzysz na tę osobę, zaczynasz czuć coś więcej niż potrzebę pomocy. Zaczynasz dostrzegać perfekcje w braku perfekcji. Nagle patrząc na najlepsza modelkę świata, nie jesteś w stanie nawet pomyśleć, że jest piękniejsza od twojej wybranki. Widzisz jej nieśmiały uśmiech i te niepewne ruchy w twoją stronę. Zdajesz sobie sprawę, że czujecie to samo i zaczyna cię to przerażać. Boisz się momentu, gdy opiekowanie się sobą nawzajem zmieni się w coś bardziej romantycznego. Chcesz tego, ale strach, że wszystko zepsujesz paraliżuje cię.

Muszę jednak wspomnieć o tym, że w pewnym momencie pożądanie przejmuje stery. Znamy ten moment, kiedy znów jesteśmy sami z tą osobą i po prostu nie myślisz o niczym innym niż o tych nieperfekcyjnych ustach, nieperfekcyjnym ciele. O tej nieperfekcyjnej osobie. Wtedy zbliżacie się do siebie i dochodzi do pocałunku. I (niestety) tutaj musze się zgodzić z filmami. Wszystko wokół znika. Czujesz, jak dziwnie przyjemna trema ściska cię w środku i ciężko ci powstrzymać drżące palce, które przeczesują jej już mniej zepsute włosy. Dotykasz jej tali, wiedząc, że nie dotkniesz samych kości obleczonych skórą, lecz będziesz czuł jej zaokrąglenia, które ci nie przeszkadzają. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że nie chcesz przestać całować tej osoby. Wiesz, że jest to najlepsze uczucie i nie chcesz go przerywać.

Później zostajecie parą. Nic się za bardzo nie zmienia oprócz częstszego przytulania się, całowania, dotykania. Jednak nadal dużo rozmawiacie, podziwiacie swój brak perfekcji(w ciszy bądź nie, różnie bywa), dbacie o siebie. Kłócicie się. Niektórzy częściej, niektórzy mniej. Jednak nadal się kłócicie. Tak to bywa, chociaż jest to jakaś oznaka miłości, a nie zauroczenia. Kiedy jesteś kimś zauroczony, ciągle przytakujesz tej osobie, mówisz kłamstwa, byleby ta osoba była szczęśliwa i żebyście nie spędzili źle czasu. Natomiast kiedy się kogoś kocha, to jest się brutalnie szczerym, ma się odwagę powiedzieć inne zdanie, zaprzeczyć… i właśnie między innymi dlatego się kłócicie… Moim zdanie to nie oddala o ile godzicie się po tej burzy.

Mijają tygodnie, miesiące, lata, a wy nadal uwielbiacie swoje towarzystwo. Miłość trochę zmienia się w przyzwyczajenie. Jednak wiecie, że gdyby jednego z was zabrakło, nie czulibyście pustki przez przyzwyczajenie, a przez miłość, a właściwie przez złamane serce. Wtedy właśnie chcecie podjąć decyzje, by zamieszkać razem.

— Ej! — krzyknął policjant, opierając się o metalowy stół, naprzeciw mnie. Podskoczyłem delikatnie, ze strachu, po czym wypuściłem cicho powietrze. — Słuchasz mnie?

Spojrzałem na niego spod byka, będąc coraz bardziej zdenerwowanym. Nie chciałem już tam siedzieć.

— Zrobiłeś to, czy nie? — dopytywał policjant, patrząc na mnie surowo.

Chciał żebym się przyznał. Mieliby sprawę z głowy, złapanego przestępcę i mogliby wrócić do papierkowej roboty. Jednak nie miałem zamiaru brać odpowiedzialności, za kogoś innego.

— Już powiedziałem, że nic nie zrobiłem. — zacząłem spokojnie. — Tracicie na mnie czas, zamiast szukać prawdziwego mordercy.

— Masz jakieś alibi? — zapytał i usiadł naprzeciw.

— Tak. Wczoraj byłem w klubie ze znajomymi. Około dwudziestej pierwszej albo dwudziestej drugiej wróciłem do domu, bo źle się czułem, potem obudziłem się rano i dowiedziałem się o wszystkim od matki Jenny… W moim telefonie jest numer do Matthewa Smitha, był ze mną… Jest zapisany jako Rudy. — Powiedziałem i oparłem się o krzesło.

Tamtego dnia trzymali mnie na komisariacie dwie godziny. Gdy moje alibi było potwierdzone, w końcu mogłem wrócić do domu. Zapewne, jak już się domyśliliście, byłem w ciężkim szoku, gdy trzymali mnie na komendzie. Na śmierć Jenny zareagowałem, jak bardzo daleki znajomy, który przez przypadek akurat widział się z nią dnia jej śmierci.

Pewnie zadajecie sobie pytanie: „Czy on wcześniej mówił tak o Jenny?” „Czy Jenny to jego dziewczyna?” Odpowiedź jest prosta…: Tak, Jenny była moją miłością i została brutalnie zamordowana.

Szok trzymał mnie do następnego poranka, gdy piłem kawę i odruchowo chciałem zadzwonić do Jenny. Kiedy nie odebrała za trzecim razem, byłem w stanie uwierzyć, że to prawda. Moja kochana Jenny została zamordowana i nigdy jej nie zobaczę. Przez pierwsze parę minut czułem się, jakbym śnił najgorszy koszmar. Następnie pustka w sercu rozrastała się na całe moje ciało. Wtedy po raz pierwszy od mojego dzieciństwa zacząłem płakać. Oparłem łokcie na blacie i ryczałem może nawet gorzej niż małe dziecko. Nie mogłem sobie wyobrazić moich wieczorów bez niej. Bez smsów z żałośnie nie śmiesznymi żartami, które dostawałem, kiedy byłem w pracy. Bez jej śmiechu, który sprawiał, że się uśmiechałem, bez jej dotyku, głosu. Dotarło do mnie, że zniknęła. Na zawsze. Miłość nie filmowa, perfekcyjna w swoim braku perfekcji, idealna w swojej ułomności, przepadła i nie wróci.

Mój szef od zawsze był złamasem, dlatego nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy odmówił mi paru dni wolnego. W dodatku od razu po złożeniu kondolencji, dołożył mi dwie nocne zmiany. Poniedziałek i wtorek minęły mi bardzo szybko. Wszystko wykonywałem automatycznie, a myślami byłem przy zmarłej Jenny. Pogrzeb odbył się we wtorek popołudniu i nie dostałem zgody, żeby wyjść na niego. To dobiło mnie jeszcze bardziej i właśnie po wtorkowym popołudniu dostałem parę dość nieprzyjemnych wiadomości od przyjaciółek Jenny. „Kochała cię tak bardzo, a ty nawet nie przyszedłeś na jej pogrzeb, dupku!” — Właśnie tą wiadomość pamiętam najlepiej, bo była najkrótsza i do rzeczy, a nie rozwodziła się na wszystkie filozofie świata. One nie rozumiały, że chciałem pójść na ten pogrzeb, nie rozumiały jakie to było dla mnie ważne. Pocieszałem się jednak w głowie, że Jenny, by zrozumiała i gdyby mogła przeniosłaby datę pogrzebu, tylko po to żebym mógł na nim być.

Gdyby mój szef wiedział, o tym co zrobiłem w tamten wtorek, zwolniłby mnie od razu. Po tych gniewnych wiadomościach, które jedynie pogłębiły mój smutek, ledwo wytrzymałem do dziewiątej wieczorem. Moje dłonie cały czas się trzęsły, a oczy piekły mnie od łez. Dziwne spojrzenia ludzi mnie nie obchodziły. Nie mogłem powstrzymać mojej żałoby. Pięć minut po dziewiątej już nie wytrzymałem. Zamknąłem monopolowy, wziąłem dobrą whiskey i usiadłem przy ladzie. Myślałem, że alkohol pomoże mi uśnieżyć ból i chociaż na chwilę zapomnieć o brutalnej rzeczywistości. Było jednak zupełnie na odwrót. Płakałem więcej, moje ciało całe się trzęsło, pustka pogłębiła się, zacząłem mówić do siebie… Może nie do końca do siebie, a do zmarłej Jenny. Nie wiele pamiętam, bo naprawdę nie mam dobrej głowy do alkoholu i parę łyków whiskey mi wystarczyło, by kompletnie odpłynąć. Jedyne co pamiętam z mojego prawdopodobnie długiego monologu to, to że nie mogłem przestać ją przepraszać. Za wszystko. Bardzo dobrze pamiętam jedną rzecz. Zanim zasnąłem widziałem przez chwilę cień na środku sklepu. Jedynie przez ułamek sekundy przed zaśnięciem. Mógłbym dać sobie rękę odciąć, że to był cień Jenny.

Rano obudziło mnie głośne walenie w drzwi. Otworzyłem ciężkie, opuchnięte od płaczu powieki i zobaczyłem zza szklanych drzwi, zasłoniętych w niektórych miejscach plakatami, czerwoną ze złości twarz mojego szefa. Tak, zwolnił mnie.

Gdy tylko przyszedłem do domu, chciałem położyć się spać, ale mój telefon zaczął dzwonić. Przygotowałem się na kolejną dawkę nienawistnych komentarzy w moją stronę, jednak na ekranie wyświetliło się zdjęcie mojego dobrego kumpla.

— Halo? — powiedziałem lekko zdartym głosem.

— Cześć, stary, jak się trzymasz? — zapytał smutno.

— W ogóle się nie trzymam. — Wziąłem głęboki oddech, żeby powiedzieć coś więcej niż jedno zdanie. — Nie poszedłem na pogrzeb Jenny przez pracę, z której i tak mnie wywalili.

Mój kumpel powiedział mi, że wpadnie tego samego dnia z wizytą. Tak też się stało. Miał ze sobą ciasto, które upiekła jego żona specjalnie dla mnie. Chyba tylko oni mnie w jakimś stopniu potrafili zrozumieć.

Pogadaliśmy chwilę, jak za czasów studiów, a potem mój przyjaciel musiał iść. Odprowadziłem go do drzwi, zamknąłem je na klucz, schowałem ciasto do lodówki, po czym poszedłem spać.

Śniła mi się ona. Mówiła, żebym o niej nigdy nie zapomniał, ale żebym też mógł ruszyć dalej. Trzymała moje dłonie i głęboko spoglądała mi w oczy. Mówiła, jak bardzo mnie kocha, jak bardzo żałuje niektórych decyzji. Wybaczyła mi wszystkie moje błędy i na koniec mnie pocałowała.

Obudziłem się momentalnie. W środku rozrywało mnie z tęsknoty, niedowierzania, bólu i cierpienia. Chciałem krzyczeć, ale jedyne co zrobiłem, to wstałem z kanapy, chwyciłem za mały stoliczek do kawy i rzuciłem nim o ścianę. Ciężko oddychałem, czując się kompletnie bezradnym w tej beznadziejnej sytuacji.

Była może dziesiąta wieczorem, gdy postanowiłem odnaleźć mordercę Jenny… Nie… źle to powiedziałem… Była może dziesiąta wieczorem, gdy dochodziłem powoli do wniosku, że chcę odnaleźć mordercę Jenny. Zanim jednak zdążyłem zdecydować, czy rzeczywiście odnaleźć tego brutala, ktoś zadzwonił pięć razy do moich drzwi.

Lekko skonsternowany wstałem i powolnym krokiem udałem się w stronę wejścia. Gdy potworzyłem drzwi, zobaczyłem mojego przyjaciela. Na jego twarzy było wymalowane zdziwienie, niedowierzanie wymieszane z odrobiną strachu.

— Myślałem, że jak powiedziałeś, że będziesz mnie co jakiś czas sprawdzać to miałeś na myśli co parę dni, a nie co parę godzin. — próbowałem zażartować, ale to zdanie brzmiało w moich ustach bardzo poważnie.

Pamiętam, jak mój przyjaciel spojrzał mi w oczy i pokręcił delikatnie głową. Wyciągnął kajdanki, powiedział formułkę o zachowaniu milczenia, wyprowadził mnie z domu i pojechaliśmy na komendę.

Po raz drugi byłem podejrzany o morderstwo Jenny. To było oczywiste dla mnie, że tego nie zrobiłem. Nie wiedziałem, dlaczego zbierają mój oraz swój czas.

Byłem sam, zakuty w kajdanki, w tym okropnym pomieszczeniu. Wiedziałem, że obserwują mnie przez lustro weneckie, jednak to był mój najmniejszy problem. Z jakiegoś powodu uznali mnie za mordercę… znowu. Przecież nigdy nie byłbym w stanie skrzywdzić Jenny.

Kiedy już siedziałem w specjalnym pokoju, a do niego wszedł jakiś inny policjant, delikatnie wyprostowałem się. Mężczyzna usiadł naprzeciw mnie z kamienną twarzą.

— Przejdźmy do rzeczy… — zaczął mundurowy i oparł się o metalowy stół. — W domu zamordowanej na klamce znaleźliśmy krew… Twoją krew. — Na te słowa otwarłem szerzej oczy ze zdziwienia. Nie rozumiałem jak to się mogło zdarzyć. — Jeżeli teraz przyznasz się do zbrodni to możliwe, że twój wyrok będzie krótszy… chociaż wątpię.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. Nie dochodziło do mnie co się dzieje.

— Ale… — zacząłem niepewnie. — Przecież to jest niemożliwe. N-nie było mnie tego dnia u Jenny. Byłem w klubie ze znajomymi, źle się poczułem i pojechałem do domu. Poza tym nie mógłbym zabić Jenny, nie byłbym w stanie!

— Spokojnie. — upomniał mnie od razu, po czym wrócił do przesłuchania. — To jak wytłumaczysz swoją krew w jej mieszkaniu? To przecież niemożliwe, że wyfrunęła z twoich żył i w magiczny sposób znalazła się na klamce.

Zaczęły trząść mi się ręce i musiałem zrobić dwa głębsze oddechy, żeby się uspokoić.

— Już powiedziałem, że nie wiem, jak to się stało. Może… Może badania dały zły wynik. Przecież to jest możliwe…

— Średnio. — przerwał mi policjant. — A jeszcze wracając do twojego alibi… „Rudy” powiedział, że gdy już miałeś wyjść z klubu, powiedziałeś do niego, że musisz coś jeszcze załatwić.

Nie wiedziałem, o czym mówił ten policjant. Ktoś próbował mnie wrobić i to było dla mnie oczywiste. Moje dłonie znów zaczęły się trząść, a gorąca fala zalała moje ciało, przez co zacząłem się pocić.

— Co? Nie. — zacząłem. — To niemożliwe. Siedzieliśmy w tym klubie chyba dwie godziny i zaczęło mi się kręcić w głowie. Powiedziałem chłopakom, że źle się czułem, ubrałem się, byłem w aucie i obudziłem się następnego dnia w domu.

Policjant przez chwilę patrzył na mnie dziwnie.

— Słuchaj… — pochylił się trochę w moją stronę. — możesz mi opisać twoją drogę do domu i co robiłeś w nim, jak przyjechałeś?

— Co to za pytanie? Wsiadłem do samochodu, pojechałem do domu i poszedłem spać.

— Od razu poszedłeś spać? Nie wziąłeś prysznica?

— Oczywiście, że wziąłem.

— Jakimi ulicami jechałeś?

— N-nie wiem.

— Nie wiesz? A może to dlatego, że nie pojechałeś do siebie do domu, tylko do Jenny.

— Nie! — podniosłem głos. Byłem za bardzo zdenerwowany. Czułem, jak gniew buzuje we mnie. — Jeżeli wsiadłem do tego pieprzonego samochodu i obudziłem się w domu, to chyba oznacza, że do niego pojechałem, tak?!

Policjant siedział ze mną jeszcze chwilę, po czym wyszedł. Nawet nie miałem dość dużo czasu, żeby się uspokoić, bo do pokoju weszła jakaś kobieta, która kazała mi wypełniać jakieś testy. Tamtą noc spędziłem w areszcie. Tak samo jak i następny dzień. W tym samym czasie, gdy mówili mi wyniki testów, byłem przygotowywany do postawienia się przed sądem. Ponoć chorowałem na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości.

Kiedy prowadzili mnie na salę sądową, nadal nie mogłem w to uwierzyć. Rzeczywiście nie pamiętałem drogi powrotnej, ani tego co robiłem w domu. Jednak wiedziałem, że na pewno nie pojechałem do Jenny. To nie mogłem być ja i nawet choroba nie jest dla mnie dobrym wytłumaczeniem. Byłem pewny, że żadna część mnie nie byłaby w stanie zabić Jenny.

Siedziałem na ławie oskarżonych. Kiedy sąd wszedł wszyscy wstali, a następnie usiedli. Sędzia coś mówił, ale nie potrafiłem się na tym skupić. W mojej głowie była tylko Jenny i na pewno nie jej martwe ciało. Widziałem jej zdrowe, piękne ciało oczami wyobraźni i żałowałem, że nie mogę jej dotknąć.

Prokurator wstał i zaczął coś mówić, jednak dopiero po chwili zacząłem słuchać:

— …Oskarżony został wpuszczony do domu panny Jenny, po czym bezpodstawnie zaczął uderzać jej głową o ścianę, dopóki kobieta nie umarła. Następnie oskarżony zaniósł ciało do łazienki, położył je w wannie i nożem kuchennym poćwiartował ofiarę. Przebrał się w wcześniej przygotowane, czyste ubranie, skaleczył się nożem i gdy wychodził zostawił na klamce ślady krwi.

Odruchowo spojrzałem na wewnętrzną stronę mojej prawej dłoni. Przez jej środek była przeprowadzona cienka, lekko zaczerwieniona rana. Mój żołądek zacisnął się w supeł. Wiedziałem, że tę ranę miałem już wcześniej. Myślałem, że wtedy w pracy, gdy się schlałem jak świnia, coś sobie zrobiłem. Jednak z tyłu głowy miałem oskarżenia i wykrytą chorobę.

Sędzia poprosił mnie, bym wstał i tak też zrobiłem.

— Przyznaje się pan do popełnionego czynu? — Zapytał sędzia.

Ostrożnie podniosłem na niego załzawione oczy. Miałem dość tej całej sytuacji.

— Nie, wysoki sądzie. — Odpowiedziałem bez krzty uczuć. — N-nie byłbym w stanie… — przerwałem na chwilę, czując rosnąca gulę w gardle. — …nie skrzywdziłbym jej. — wyszeptałem.

Sprawa przebiegła szybko. Uznano mnie za mordercę, co według mnie było absurdem, dokładnie tak wielkim, jak moja choroba. Teraz siedzę zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Chyba jestem tutaj drugi tydzień… może trzeci. Nie mogę do tej pory uwierzyć w jej śmierć. W to, że ja ją zabiłem. Była zbyt piękna, zbyt perfekcyjna w swoim braku perfekcji.

— Proszę pana…

Usłyszałem kobiecy głos i odwróciłem do niego głowę. To była moja pielęgniarka. Trzymała w jednej dłoni plastikowy kubeczek, a w drugim trzy tabletki.

— Czas na pana leki. — powiedziała miłym głosem.

Już miałem wziąć od niej tabletki, kiedy zrobiło mi się czarno przed oczami. Nie wiem ile byłem w ciemnościach. Może pięć minut, może pięć godzin. Naprawdę nie wiem. W każdym razie, gdy wybudziłem się z tego dziwnego stano, byłem związany w kaftanie bezpieczeństwa z specjalną maską na ustach. Czułem, jak moje serce powoli uspokaja się, a mięśnie rozluźniają się. Błądziłem oczami po pokoju i widziałem, jak dwóch mężczyzn pomaga wyjść pielęgniarce. Trzymała się za policzek, który krwawił. Na ziemi leżała rozlana woda, a w niej tabletki. Spojrzałem na mężczyznę, który trzymał mnie kurczowo.

— Czy ja to zrobiłem…? — zapytałem lekko drżącym głosem.

Mężczyzna przez chwile patrzył na mnie surowo, po czym posmutniał i odwrócił wzrok.

Pomógł mi wstać i prowadził mnie do specjalnego pokoju z materacami zamiast ścian. Wtedy zacząłem płakać. Tak jak w momencie, gdy doszła do mnie śmierć Jenny. Nie płakałem nad moim losem. Płakałem, bo pojąłem w jakim stanie się znajduję. Płakałem, bo wiedziałem, że to zrobiłem. Wiedziałem, że zabiłem jedyną osobę, którą kochałem.

Mieszkanie z psychopatą

‘Nawet psychopaci mają słabe strony’

Katzenbach John

Siedziałam na dworze z moim notatnikiem w ręku. Odgarnęłam włosy ze spoconego czoła i ciężko wypuściłam powietrze. Oparłam głowę o równie ciepłą ścianę za mną. Podwinęłam lekko nogi, czując dyskomfort zbyt krótkiej bluzki i spodenek, które ledwo zasłaniały mi pośladki. Mocniej ścisnęłam długopis w mojej spoconej dłoni i spróbowałam napisać kolejne zdanie, ale wkład był ewidentnie wyczerpany.

Ptaki świergotały, a pies znajdujący się w budzie, na drugim końcu placu, patrzył na mnie spode łba. Wyglądał na wymęczonego, ale przynajmniej nie musiał siedzieć w tym skwarze. Pociamkałam głośno, marząc o chociaż małej kropelce wody. Spojrzałam, na rozkładające się pola… a właściwie na resztkę zapewne kiedyś pięknych pól. Teraz była to prawie pustynia. Trawa, na której siedziała, była sucha i zżółknięta. Nawet pod najmniejszym ruchem szeleściła, jak zgniatany papier.

Obleciałam wzrokiem cały dom. Ze ścian schodził żółtawy kolor, a okna były brudne i ledwo było widać zza nich firankę. Tak wygląda tylko tylna część budynku. Przednia jest zadbana i sąsiedzi — tak, jakimś cudem, na tej okropnej pustyni, mieszka więcej niż jedna osoba — niczego nie podejrzewają.

Na końcu budynku była drewniana toaleta, która była największą zmorą tego domu. Zaniedbana i śmierdząca, ale nie miałam zbyt dużego wyjścia. Albo to albo będę się fajdać w gacie.

Odwróciłam głowę w stronę wejścia do sieni. Drzwi były otwarte, do górnej framugi były wbite trzy gwoździe, a na nich wisiała firanka, żeby wymienić powietrze w środku. Nawet przez prowizoryczną zasłonę, byłam w stanie zobaczyć jego ślepia. Wzdrygnęłam się na myśl, że mógłby sobie robić dobrze na mnie patrząc.

Odwróciłam głowę i zamykając oczy znów oparłam się wygodniej o ścianę za mną. Wygodniej… O ile można tak to nazwać… Stały plan wykonywany przeze mnie, niezależnie od pogody. To nie był mój plan, a jego… Jednak nie miałam za dużo do roboty, a nawet jeśli, to nie miałam wyboru.

Jak to się stało, że siedzę na środku niczego i nawet nie jestem w stanie schować się przed słońcem? Proste, a jednak niezrozumiałe… Pewnego wieczoru, gdy wracałam z butelką taniego wina w dłoni do domu, byłam święcie przekonana, że moje życie traci sens. Wszyscy po kolei mnie opuścili. Chłopak mnie rzucił dla jakiejś młodszej zdziry, rodzina była na drugim końcu kraju, a znajomi zapomnieli o mnie tak szybko, jak mój szef zwolnił mnie z pracy. Dozorca wywalił mnie z domu, bo kamienicę będą wyburzać i wracałam do mieszkania spakować swoje rzeczy. Potem mogłam oficjalnie schlać się, jak najgorszy żul. Jednak zanim doszłam do kamienicy, w której mieszkałam, ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy. Obudziłam się ze związanymi rękami. Podskakiwałam w bagażniku na każdych wybojach, a w dodatku uderzałam o czyjeś ciało. Leżałam plecami do tej osoby i myślałam, że porywacz zamknął mnie z czyimiś zwłokami… ale wtedy poznałam się z Kylie. Powiedziała mi, że wracała właśnie od klienta, ale zanim udało jej się przejść przez parking, została uprowadzona, tak jak ja. Tak, Kylie była prostytutką, ale okazała się mózgiem całej operacji, która wtedy prawie nam wyszła.

Gdy samochód się zatrzymał, czekałyśmy wystraszone, aż osoba, która nas porwała, w końcu nas wyciągnie z bagażnika. Słyszałyśmy, jak zamyka drzwi i podchodzi do nas. Po chwili już bagażnik był otwarty, a porywacz okazał się mężczyzną w białej masce, która miała jedynie dziurki na oczy. Kylie zaczęła obsypywać go serią pytań i właśnie dlatego szybko ją zakneblował drewnianym kołkiem, a mnie dla bezpieczeństwa zakleił usta taśmą. Do sznurów, którymi miałyśmy skrępowane dłonie, przypiął dwie smycze, po czym pomógł nam wyjść z samochodu. Oczywiście nie dbał o to, czy nas to boli. Kylie jęknęła, gdy ciągnął ją za włosy na zewnątrz i puścił na ziemię, tak, że upadła na nią z gruchotem. Skrzywiłam się, gdy usłyszałam ten dźwięk. Nawet nie chcę wiedzieć, jak bardzo ją to musiało boleć. Mnie mocno chwycił za przedramię i postawił przed sobą. Gdy nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, przekrzywił delikatnie głowę i spojrzał mi w oczy. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Widziałam w jego wzroku szaleństwo i delikatne zdziwienie. Puścił mnie, utrzymując kontakt wzrokowy. Gdy Kylie wstała, mężczyzna obleciał ją szybko wzrokiem, po czym odwrócił się i zaczął iść w stronę dość ładnego domu, z którego okna wydawały z siebie światło na zewnątrz. Weszliśmy do środka i przeciągnął nas przez zadbaną część domu, aż do ciemnego pomieszczenia. Tak mocno szarpnął smyczą, że straciłyśmy równowagę i upadłyśmy na ziemie. Leżałam chwilę na Kylie, która wydała z siebie przytłumiony krzyk. Szybko i niezdarnie przewróciłam się na ziemię, uderzając plecami o niższy stopień, po czym obróciłam się wokół własnej osi i znów uderzyłam o niższy stopień. Cicho jęknęłam z bólu. Okazało się, że rzucił nas na kamienne schody — bez cienia wątpliwości. Nie potrzebowałam światła, by to wiedzieć. — a ja właśnie z nich się stoczyłam. Usłyszałam, jak dziewczyna kładzie coś obok siebie.

— Wszystko w porządku? — Zapytała mnie Kylie, a ja oparłam się na łokciach i spróbowałam wstać, nadal nic nie widząc.

Wiedziałam, że już się „odkneblowała”. Zerwałam z ust taśmę i wykrzywiłam twarz w dziwnym grymasie.

— Jeżeli mogę być w porządku, po tym jak jakiś psychol mnie porwał i właśnie stoczyłam się ze schodów, gdzie mogłam sobie coś złamać, to tak… jest w porządku. — Powiedziałam sarkastycznie, wstając.

— Ile stopni? — Zapytała, ignorując moje niemiłe zachowanie.

— Dwa… chyba. — Odpowiedziałam, nadal czując okropny ból pleców.

Powoli człapałam przed siebie, uważając, żeby na coś nie wejść. Moje oczy nie chciały przyzwyczaić się do ciemności.

— Kimkolwiek jesteś, nie ruszaj się.

Usłyszałam nagle męski, stanowczy głos. Stanęłam w miejscu. Moje serce biło jak szalone. Przez chwile myślałam, że to porywacz, ale nikt nie wszedł do pomieszczenia. Nie byłyśmy same w tym bagnie.

Kylie nic nie mówiła i zapewne usłyszawszy nieznajomy głos, nie ryzykowała wstaniem.

— Odwróć się w prawo. — Poinstruował mnie mężczyzna.

Zrobiłam to, co mi kazał.

— Zrób parę kroków do przodu i uważaj na ścianę. — Powiedział i tak też zrobiłam. Wymacałam dłońmi ścianę. — Znajdź włącznik.

Zajęło mi to trochę, ale w końcu znalazłam pstryczek i kliknęłam na niego. W sekundę całe miejsce wypełniło się światłem. Zmrużyłam oczy i powoli odwróciłam się, by spojrzeć na pomieszczenie. Było małe i prawie puste. Przy ścianie na lewo znajdowała się kanapa, na której leżała nieprzytomna dziewczyna o długich, pięknych blond włosach. Na podłodze, wyłożonej gumolitem, leżało dwóch mężczyzn, w tym jeden nieprzytomny i kobieta, również nieprzytomna. Mężczyzna przygnieciony ciałem chłopca, który był trochę masywniejszy, kiwnął w moją stronę i wolną dłonią, która nie była przygnieciona, nakazał mi podejść.

— Pomóż mi, proszę. — Powiedział żałośnie i spojrzał na mnie oczami zbitego psiaka.

Lekko wystraszona podeszłam do niego i chwyciłam trzęsącymi się dłońmi jego nadgarstek. Zaczęłam ciągnąć go w moją stronę i z wielkim trudem udało mi się go wydostać. Opadłam na plecy, chłopak położył się obok mnie.

— Witam w piekle. — Wyszeptał, a mnie przeleciały ciarki.

Wtedy jeszcze do mnie nie docierało, w jak poważnej i posranej sytuacji się znajduję. Chwilę później usłyszałam, jak Kylie przewraca się na schodach. Nie miałam nawet siły, żeby na nią spojrzeć.

— Chyba złamałam sobie nogę… — Wyjęczała przez zaciśnięte zęby.

Odwróciłam się na brzuch, przeczołgałam się, żeby być bliżej niej, i spojrzałam na nią. Zwijała się z bólu i mimo, że przed chwilą ją poznałam, to było mi jej szkoda. Podeszłam do niej na czworakach i zerknęłam na jej nogę. Wyglądała normalnie.

— Może ci się wydaje…

— Nie wydaję mi się! — syknęła, przerywając mi. — Boli jak cholera.

Wyjęczała z bólu i znów zrobiło mi się jej żal. Kątem oka dostrzegłam, jak chłopak, któremu pomogłam, przeczołguje się, by być obok nas.

— Nie chcę być niemiły, ale błagam, zamknijcie się. — szeptał. — On może przyjść w każdej chwili, a nie znacie go jeszcze na tyle dobrze, żebyście doświadczyły jego gniewu.

Patrzyłam na niego oniemiała.

— Kogo? — Zapytałam.

— Tego kolesia w masce. Kimkolwiek jest, jest sadystą i…

Przerwał i nagle usłyszeliśmy powolne, głośne kroki. Mężczyzna wstał i szybko zgasił światło, po czym położył się obok mnie, naciskając na moje plecy, żeby zrobiła to co on.

— Udawajcie, że śpicie. — Wyszeptał i w tym samym momencie zamknęłam oczy.

Usłyszałam, jak drzwi powoli się otwierają. Skrzypnęły cicho, po czym porywacz wszedł do pokoju. Poczułam jego bliskość, gdy przechodził obok mnie. Jednak to nie równało się z niczym, jak z bliskością podczas „nocnego piekła”.

Z szybko bijącym sercem, powoli otworzyłam oczy, by zobaczyć gdzie mniej więcej znajduje się porywacz. Stał przede mną. Dreszcz przeszedł moje ciało, a strach mnie kompletnie sparaliżował. Kucnął obok mnie i przekrzywił głowę. Z jego oczu biło coś co mnie przerażało i to nie było szaleństwo. Nie mogłam tego nazwać, ale jego błękitne oczy, były tak zimne, tak okropne, że na sam ich widok, nie chciałam już żyć. Wyciągnął ku mnie swoją dłoń, którą chciał położyć na moim policzku.

Zanim zdążył mnie dotknąć, usłyszeliśmy cichy jęk. Mężczyzna szybko wstał i spojrzał na kobietę leżącą na kanapie. Powoli budziła się. Porywacz chwycił ją za włosy i zaczął ciągnąć do wyjścia. Piszczała niemiłosiernie, a przez moje ciało przeszły ciarki.

— Kurwa, tym razem umrze… — Wyszeptał mężczyzna powoli siadając na kanapie.

Spojrzałam na Kylie i chciałam ją szturchnąć, ale wyglądała jakby naprawdę zasnęła. Niewiarygodne… — pomyślałam. Nie rozumiałam, jak można zasnąć, wiedząc, że jakiś psychopata jest z tobą w pomieszczeniu.

Spojrzałam na mężczyznę, któremu pomogłam. Ubrany był w siwy podkoszulek i jeansy. Na lekko umięśnionych rękach miał liczne sińce i krwiaki. Wyglądał na niesamowicie zmęczonego.

— Nie daje nam jeść już drugi dzień… — zaczął szeptać, a ja usiadłam obok niego. — Wody dostajemy odrobinkę… Codziennie nas torturuje… Mam dość…

Patrzyłam na niego smutno, zaczynając coraz bardziej bać się o swoje życie.

— Torturuje? — dopytałam nie do końca wiedząc, czy chcę wiedzieć, co dokładnie robi porywacz.

Mężczyzna spojrzał mi w oczy i dostrzegłam w nich strach, wielkie zmęczenie oraz wstyd.

— On jest… — zaczął, ale przerwał sam sobie, tak jakby samo mówienie o tym sprawiało mu ból. — Zobaczysz jutro.

Te dwa słowa powiedział z lekką chrypką w głosie, a jego spojrzenie stało się na ułamek sekundy puste. Ciarki przeleciały moje ciało i musiałam na chwilę odwrócić od niego wzrok.

— Ile już tu jesteś? — Nieśmiało zapytałam.

Chłopak oparł głowę o kanapę i ciężko westchnął.

— Tydzień. — wyszeptał.

Przełknęłam ślinę, gdy to usłyszałam. Już miałam pytać o więcej, ale chłopak spojrzał na mnie błagalnym i wymęczonym wzrokiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 24.72