E-book
6.83
drukowana A5
41.57
drukowana A5
Kolorowa
66.23
Głos serca

Bezpłatny fragment - Głos serca


3.2
Objętość:
201 str.
ISBN:
978-83-8189-972-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.57
drukowana A5
Kolorowa
za 66.23

Dla Elizy Morawskiej — Ty wiesz najlepiej czemu.

Część I

Listopad. Według Rafała nie było chyba gorszej pory roku niż jesień. Deszcz siekał ulice, bezlitośnie uderzając o głowy i parasole ludzi stojących na chodnikach, przystankach i kolejkach, w których stali za swoimi sprawami. Sam deszcz nie był najgorszy. Lubił, gdy padało. Krople wody spadające z nieba, wraz z szarymi, ciężkimi chmurami odzwierciedlały stan jego duszy. Najgorszy był silny wiatr, który od kilku dni towarzyszył tym opadom. Od jakiegoś czasu nie opuszczał mieszkania. Bo i po co? Nie miał niczego, za czym mógłby pędzić. Trzy miesiące temu stracił pracę, nie miał żadnych większych perspektyw na życie, a od innych ludzi wolał trzymać się na dystans. Wystarczyło, że musiał codziennie rano schodzić na dół do sklepu po coś do jedzenia. Gdy tylko opuszczał klatkę schodową, natarczywy wiatr wdzierał się we wszystkie szczeliny w jego ubraniach, by zaatakować ciało dokuczliwymi dreszczami zimna. Siedział właśnie na wielkim parapecie okna, spoglądając na śpieszących się gdzieś ludzi. Każdy gdzieś biegł. Jedni starali się zdążyć przed zamknięciem placówek pocztowych, by odebrać zawizowaną przesyłkę, inni chcieli opłacić rachunki, a jeszcze inni chcieli po prostu znaleźć się już w domu. Jako że sam nie opuszczał praktycznie swojego, dobrze ich rozumiał. Świat na zewnątrz jest okrutny. Tak samo jak zamieszkujący go ludzie. Niby uśmiechali się do ciebie, klepali cię po ramieniu, dawali przyjazne sygnały, ale gdy tylko odwróciłeś się do nich plecami, wbijali w nie nóż. Rafał osobiście doświadczył tego już tak wiele razy, że jakiś czas temu postanowił się po prostu poddać. Pogrążył się w myślach. Jeszcze pół roku temu był pełnym optymizmu dwudziestoczteroletnim chłopakiem, dla którego nie było rzeczy niemożliwych. Miał wspaniałą pracę w jednym z największych biurowców w Łodzi. Codziennie od ósmej do szesnastej spędzał tam czas analizując wiele zmiennych w korporacyjnej tabelce. Mimo, iż musiał w tej pracy wysilać swój umysł na więcej niż sto procent, to uwielbiał ją. Cieszyło go nawet to psychiczne wycieńczenie pod koniec dnia. Wiedział, że jakby ten dzień nie był męczący i podły, to mimo wszystko po powrocie do domu, ktoś tam na niego czeka. Tak było, dopóki nie dowiedział się, że jego partnerka ma zamiar go zostawić. Wtedy właśnie coś w nim pękło. Miał marzenie. Zawsze chciał zostać znanym gitarzystą i mieć własny zespół rockowy. Codziennie wieczorem poświęcał przynajmniej pół godziny na treningi gry. Jego gitara — Epiphone Les Paul II, z której był niezwykle zadowolony, zawsze pozwalała mu zapomnieć o wszystkich smutkach. Do czasu. Teraz instrument leżał oparty o ścianę przy łóżku, nieużywany i zapomniany. Nie pamiętał już, kiedy ostatnim razem z niego korzystał. Znajomi z zespołu często do niego dzwonili z pytaniem jak się trzyma, zapewniając, że nadal mają dla niego miejsce w grupie. On jednak wolał żyć tak, jak teraz. Jako samotnik, który z dnia na dzień pogrąża się w własnej beznadziejnej egzystencji. To było jego obecne życie. Brak pracy, perspektyw i chęci do życia. Niebawem miał też dołączyć brak pieniędzy. Zabawnym wydawało mu się jak szybko człowiek może zamienić się z dnia na dzień. Był królem życia, teraz niczym więcej jak wrakiem dawnego siebie. Sińce pod oczami, wywołane bezsennością, która męczyła go od dłuższego czasu wyraźnie odznaczały się na tle bladej skóry twarzy. Niegdyś dobrze zbudowany, teraz wychudzony i wynędzniały. Dwa razy już próbował popełnić samobójstwo. Za pierwszym razem zabrakło mu odwagi, by połknąć tabletki nasenne. Przy kolejnej próbie połknął kilka i popił alkoholem, jednak jego pech chciał, że w tym momencie odwiedziła go matka i widząc co robi, od razu zadzwoniła na pogotowie. Zabrano go wbrew jego woli do najbliższego szpitala, niemal natychmiast robiąc mu płukanie żołądka. Później przez kilka dni był pod stałym nadzorem bliskich. Wszyscy doradzali mu rozpoczęcie leczenia. Wmawiali mu, że rozmowa z lekarzem i lekarstwa pomogą mu odbić się od dna.

— Gówno prawda — mruknął, robiąc łyk piwa z butelki.

Nikt nie potrafił go zrozumieć. Żadne z nich nie widziało tej rosnącej w nim pustki, która codziennie stawała się coraz większa, by pewnego dnia pożreć go od środka. Czuł ją, gdy rozchodziła się od serca na całe ciało, próbując wyrwać się na światło dzienne niczym obcy kosmita z tych starych filmów fantastycznych. Wbrew wszystkiemu wiedział, że jego egzystencja może skończyć się tylko w jeden sposób. Jedyne co go zastanawiało, to czy skończy sam ze sobą, czy szybciej wykończy go brak snu i apetytu. Jadał też coraz mniej. Jedzenie, które kupował każdego ranka w sklepie, coraz częściej lądowało w koszu, a nie w jego żołądku. Jedyne co mu dobrze wchodziło to alkohol. W dzień piwo, wieczorem wódka, która pomagała mu zagłuszyć myśli i chociaż na dwie godziny otulić się kokonem snu. Alkohol zagłuszał mu też sny. Z początku nie potrafił zasnąć, ponieważ to ich najbardziej się obawiał. Gdy tylko zamykał oczy przychodziły do niego. Wdzierały się do zmęczonego umysłu i podsuwały wizje najgorsze z możliwych. Widział w nich swój własny upadek, widział siebie leżącego w brudnych szmatach, gdzieś w bocznej uliczce albo grzebiącego w koszu, poszukującego puszek na sprzedaż. Cóż… Jeszcze trochę a zapewne właśnie tak skończy. Powodem jego depresji nie było tylko odejście partnerki. Złożyło się na nią wiele czynników, mniej lub bardziej ważnych. Tak już bywa. Pewnego dnia do misy wpada o kropla za dużo i wtedy zaczyna się z niej przelewać. Tak właśnie było z nim. Wystarczył o jeden problem za dużo i w końcu życie złamało go z bezlitosną siłą huraganu. Po próbie samobójczej zabrano mu wszystkie leki ułatwiające sen. Ale przecież było tyle innych sposobów… Noże w kuchni, sznur od prania w łazience, mieszkał na dziesiątym piętrze. Wystarczyłby przecież jeden krok z parapetu… Nie, jeszcze mam trochę siły w sobie. Tak przynajmniej próbował sobie wmówić. Z rozmyślań wyrwał go klakson samochodu. Spojrzał na ulicę w dole. Jakaś staruszka weszła na ulicę w niedozwolonym miejscu. Kierowca, który zapewne wracał właśnie z pracy, niemiłosiernie wydzierał się na nią. Czemu to nie mogę być ja, zamiast tej staruszki? Tylko, że wtedy samochód mógłby się nie zatrzymywać. Mógłby wpaść na niego, miażdżąc mu kości i czaszkę. Szybka śmierć i wolność od tego podłego świata. Zamknął oczy i wyobraził sobie tą scenę. Na twarzy pojawił mu się wyraz ulgi, gdy pod jego powiekami rozpędzone auto uderzało w niego, wyrzucając w powietrze. Widział, jak upada na mokry od deszczu asfalt. Wziął ze stolika pod oknem kolejne piwo. Otworzył i napił się. Po drugiej stronie ulicy zauważył młodą dziewczynę, która stała pod baldachimem sklepu, chroniąc się przed deszczem. Nie był pewien z tej odległości, lecz wydawało mu się, że ma bardzo smutny wyraz twarzy. Dopił piwo i położył się na łóżku. Patrząc na sufit ujrzał metalowy haczyk, który wkręcił tam kiedyś w celu umieszczenia ramy na doniczki. Jego dziewczyna zabrała je, tego dnia, gdy odeszła. Pomyślał jeszcze, że ten haczyk i tak by go nie utrzymał, po czym zapadł w niespokojny sen.


Monika stała pod niewielkim baldachimem sklepu obuwniczego. Mimo, iż do domu miała już niedaleko, to jednak wolała poczekać tutaj aż przestanie padać. Nienawidziła wracać z wykładów w taką pogodę. Sama aura, która roztaczała się wokół sprawiała, że człowiek był nie do życia. Do tego dochodziły problemy z nauką. Zawaliła ważny egzamin. Co prawda niebawem będzie mogła przystąpić do poprawki, jednak nie podchodziła do niej z entuzjazmem. Do samego kierunku, który studiowała także nie czuła większych emocji. Wybrała germanistykę, z której w tym roku miała robić licencjat. A raczej wybrała ją jej matka. Nalegała, by córka ukończyła ten kierunek, ponieważ według niej pozwoli to Monice na lepsze życie. Matka wyobrażała sobie ją w jakiejś wielkiej korporacji, na kluczowym stanowisku związanym z ekspansją na niemieckie rynki. Właśnie. Ona sobie wyobrażała. Odkąd tylko pamięta, mama zawsze wiedziała co dla niej będzie najlepsze. Nie to gimnazjum, to ma za słaby poziom. Nie to liceum, ma nie za dobre opinie. Ten kierunek mi się nie podoba, nie gwarantuje dobrej pracy, nie ten chłopak, pochodzi ze złej rodziny… I tak bez przerwy. Żadna decyzja nie należała tak naprawdę do niej samej. To zawsze matka podejmowała je za nią. Kilka razy próbowała się zbuntować, ale nic to nie dało. Jej rodzicielka obrażała się na cały świat i nie chciała przyjąć żadnych przeprosin, dopóki Monika nie zgodziła się przystać na jej warunki. Kilkukrotnie dostawała zaproszenia na spotkanie od chłopaków, jednak wiedziała, że gdy tylko matka się dowie o potencjalnym kandydacie na partnera dla swojej córki, od razu go prześwietli od góry do dołu. Koniec końców okaże się nieodpowiedni. Raz czy dwa próbowała pogadać z ojcem na ten temat, ten jednak zbył ją krótkim: „Mama chce dla ciebie dobrze”, po czym wracał do oglądania telewizji. Od tego roku udało jej się wyrwać trochę wolności. Znalazła dorywczą pracę w jednym z klubów na Piotrkowskiej. Pieniądze, które zarobiła wraz ze stypendium pozwoliły jej na wynajęcie mieszkania w Łodzi i w miarę samodzielne życie. Czasem zdarzało się, że bieda pod koniec miesiąca zmuszała ją, by prosić rodziców o pomoc, jednak zdarzało się to nadzwyczaj rzadko. Nauczyła się kupować tylko to, co jest jej najbardziej potrzebne. Ubrania kupowała w najtańszych punktach, czasami nawet grzebiąc w koszach z rzeczami używanymi. Nie wstydziła się tego. Przestało jej robić różnicę czy chodzi w markowych ubraniach, czy w takich za kilka groszy. Dzięki swojej mamusi i tak nie miała na kim robić wrażenia. Kosmetyki też kupowała tylko z promocji. Czasem stawała w drogeriach przy półce z markowymi tuszami do rzęs czy perfumami i pochłaniała je zachłannie wzrokiem. Kilka razy nawet kusiło ją, by kupić jedną z tych drogich rzeczy, jednak chłodna rzeczywistość szybko jej przypominała o tym, że tuszem do rzęs się nie naje. Odchodziła wtedy ze smutkiem od takiej półki i zazdrośnie obserwowała inne kobiety, które nie musiały sobie niczego żałować. W poprzednim miesiącu udało jej się zaoszczędzić trochę pieniędzy, więc postanowiła wybrać się do fryzjera. Zmieniła kolor włosów na czarny oraz przycięła końcówki, które były już w fatalnym stanie. Ot, taka mała ekstrawagancja w jej wykonaniu. Po części wiedziała, dlaczego mama stara się tak ułożyć jej życie. Chciała, by jej córka osiągnęła to, czego jej samej się nie udało. By odniosła sukces, którego ona nie osiągnęła przez małżeństwo i ciążę w młodym wieku. Wykreowała sobie obraz własnej córki, która stoi na szczycie, ma bogatego męża i której niczego w życiu nie brakuje. Szkoda tylko, że nie brała pod uwagę tego, czego chce sama Monika. Uniosła głowę i zobaczyła autobus stojący na przystanku. Z okna pojazdu pomachał jej jakiś chłopak z promiennym uśmiechem. Odwzajemniła uśmiech, lecz nic, poza tym. Nie widziała sensu w tym, by odwzajemniać gest. Powoli przestawało padać, więc postanowiła ruszyć do wynajmowanego mieszkania. Od dwóch dni nie miała ochoty tam wracać. Przedwczoraj jej współlokatorka przyprowadziła do nich swojego chłopaka. Niby nie przeszkadzało to jej w niczym, jednak gdy słyszała radosny śmiech przepełniony szczęściem z pokoju Kamili, robiło jej się jakoś smutno. To samo uczucie nawiedzało ją, gdy widziała ich razem w kuchni, przygotowujących obiad lub kolację. Monika nie uważała się za brzydką dziewczynę. Miała gęste włosy sięgające połowy pleców, intensywnie zielone oczy, mały, lecz zgrabny nosek i cerę bez śladu trądziku czy krost. Pełne usta, które często wykrzywiały się w ładnym uśmiechu dopełniały obrazu. Miała wielu adoratorów, ale co z tego, jeśli matka ich wszystkich po kolei skreślała ze swojej listy? Myślała, żeby zacząć spotykać się z kimś w tajemnicy przed nią, jednak odrzuciła ten pomysł. W końcu i tak musiałaby to ujawnić a wtedy mama mogłaby nie być zadowolona. Starałaby się na siłę zakończyć ten związek, nie licząc się z uczuciami córki. Przez ten czas zapewne przywiązałaby się do swojego partnera i po wszystkim czułaby tylko wielki ból. Szła powoli chodnikiem szurając lekko przemokniętymi tenisówkami po kostce. Jesienny płaszcz w czerwono-czarną kratkę, który kupiła na wyprzedaży w markecie lekko powiewał na silnym wietrze. Ukryła część twarzy w szalu, natomiast ręce schowała do kieszeni. Czuła się nadzwyczaj samotna. W obawie przed matką starała się nawet nie utrzymywać zbyt bliskich kontaktów ze znajomymi z kierunku. Oni też mogliby dla mamy okazać się nieodpowiednim towarzystwem. Co za życie… Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek telefonu. Zaczęła grzebać w swojej torebce pomiędzy notatkami a długopisami, aż w końcu znalazła komórkę. Spojrzała tylko na to, kto dzwoni i odebrała:

— Tak, mamo?

— Cześć, Moniko. Chciałam tylko się dowiedzieć, jak sobie radzisz? Nie potrzebujesz pomocy?

— Daje sobie radę. A co słychać u was?

— Wszystko po staremu, córciu. Kiedy do nas zajrzysz?

— Myślałam o tym, by przyjechać w weekend. Chciałabym zabrać z domu jeszcze kilka rzeczy i w ciszy popracować nad pracą licencjacką. Tata jest w domu?

— Tak. Właśnie wrócił z pracy. Chcesz z nim porozmawiać?

— Nie, tak tylko pytałam.

— A jak na uczelni?

— Dobrze, mamo. Zawaliłam jeden egzamin, ale poprawię go w kolejnym terminie. Obiecuję.

Wiedziała, że teraz matka przestanie być zadowolona. Za chwilkę będzie musiała wysłuchiwać pretensji i niezadowolenia. Przyzwyczaiła się do tego. Był to element jej życia.

— Moniko, zamiast zajmować się zbędnymi pierdołami, powinnaś zająć się nauką. Dobrze wiesz, że chodzi tylko o twoją przyszłość. Chcesz skończyć jak ja? Czym byłaś taka zajęta, że brakło ci czasu na przygotowania do egzaminu? Jakiś chłopak? Na mężczyzn jeszcze będziesz miała czas.

— Nie, mamo. Nie chodzi o chłopaka. Dobrze wiesz, że pracuję. Uczyłam się, jednak egzamin był trudniejszy niż myślałam. Przecież obiecałam, że go poprawię.

— Nie podoba mi się to, że pracujesz. Nauka powinna być dla ciebie teraz najważniejsza. O pieniądze nie musisz się martwić. Możesz wrócić do domu i tutaj się w spokoju uczyć. Po co ci to mieszkanie? U rodziców będziesz miała wszystko, co ci potrzebne.

— Chcę się nauczyć trochę samodzielności. Poza tym nie chcę was dodatkowo obciążać. Wiem, że odkąd zaczęłam studia jest wam ciężko. Poradzę sobie jakoś. Wystarcza mi ta pomoc, którą nieraz od was otrzymuję na koniec miesiąca.

Monika dotarła do bloku, w którym wynajmowała mieszkanie. Dzisiaj chłopak Kamili miał wrócić do domu, więc w mieszkaniu znów zapanuje spokój i cisza. Jej współlokatorka zajmie się na powrót przygotowaniami do egzaminów, a ona sama będzie mogła się skupić na nauce. Miała teraz dwa dni wolne od pracy. Musi wykorzystać ten czas, ponieważ potem ma trzy dni pod rząd pracujące i wątpliwym jest, czy będzie miała siłę i czas na nadrobienie materiału.

— No jak sobie życzysz — odpowiedziała matka. — Pamiętaj jednak, że zawsze z ojcem służymy ci pomocą.

— Dobrze, mamo. Muszę kończyć. Jestem już przed blokiem. Zadzwonię jeszcze do ciebie wieczorem.

— Rozumiem. W takim razie będę czekać na telefon. Pa.

— Pa, mamo.

Wrzuciła telefon z powrotem do torby i z kieszeni płaszcza wyciągnęła klucze. Otworzyła drzwi, zabrała ze skrzynki ulotki, po czym ruszyła na górę. Mieszkała na drugim piętrze, więc rzadko korzystała z windy. Wolała wejść po schodach, tak było zdecydowanie zdrowiej. Poza tym szybciej wchodzi po schodach niż jedzie windą. Zazwyczaj trzeba było ją ściągać z ostatnich pięter, więc trochę się schodziło. Weszła do mieszkania, w którym było przyjemnie ciepło i sucho. Mokry płaszcz rzuciła na kaloryfer w skromnie urządzonym pokoju, po czym zdjęła z nóg przemoczone buty i ułożyła je tuż pod płaszczem. Przeszła do kuchni, by wstawić wodę na herbatę. Na stole leżała kartka od Kamili: Wrócę późno. Nie była to żadna nowa wiadomość. Kamila była typem imprezowiczki. Często po zajęciach wychodziła ze znajomymi na miasto: do klubów, na obiad, do galerii handlowych czy po prostu do któregoś znajomego na piwo. Pewnie głównie, dlatego jej współlokatorka musiała poprawiać niemal każdy egzamin. Czasami przychodziła do niej z pytaniem, czy wybierze się z nimi. Za każdym razem odmawiała. Nie chciała obracać się w takim towarzystwie. Tym razem także ze względu na matkę. Głośny gwizd czajnika wyrwał ją z rozmyślań. Z kubkiem gorącej herbaty wróciła do pokoju, zamykając drzwi. Chciała poświęcić się nauce.


Rafała zbudziło pukanie do drzwi. Podnosząc się, próbował pobudzić do życia swój język. Te kilka wypitych piw przed snem wywołało nieznośną suchość w ustach. Pukanie nie ustawało. Zaspany, niemal pijackim krokiem podszedł do drzwi i przyłożył oko do judasza. Na klatce stał jego najlepszy przyjaciel, a zarazem członek ich zespołu — Daniel. Otworzył drzwi i wpuścił kolegę do środka. Gestem ręki wskazał mu przejście do salonu. Usiedli wygodnie na fotelach, po czym Rafał łapczywie zaczął pić sok prosto z butelki.

— Nie za dobrze wyglądasz, przyjacielu — rzekł Daniel.

Odstawiając butelkę za fotel, chłopak przyjrzał się swojemu rozmówcy. Odkąd udało im się wypromować zespół na tyle, by był znany w całym regionie, ich status materialny nieco się polepszył. A co za tym idzie stopa życiowa. Widać to było zwłaszcza po wydatnym brzuszku, który zaczął się u Daniela pojawiać. Długie włosy miał związane w koński ogon, długa twarz poznaczona pryszczami aż nadto mówiła, że jeszcze przez długi czas nie znajdzie sobie kobiety. Miał na sobie czarny T-shirt z logiem Linkin Park oraz modne spodnie z dziurami na kolanach. Był nadzwyczaj uzdolnionym perkusistą, jednak z jakichś powodów Bóg poskąpił mu urody. Daniel położył rękę na swojej kurtce, którą przerzucił przez podłokietnik fotela.

— Jakbym źle nie wyglądał, to i tak o sto razy lepiej od ciebie — odpowiedział siląc się na uśmiech.

Rafał miał rację. Jemu akurat nie poskąpiono ani talentu, ani urody. Był przystojny. Dłuższe, jasne włosy nosił zawadiacko ułożone na lewą stronę, tak by nie zasłaniały mu jasnoniebieskich oczu. Twarz, pomimo swojej obecnej bladości i podkrążonych oczu, także prezentowała się zniewalająco. Mocno zarysowana szczęka i bystre spojrzenie przywodziło na myśl amerykańskie gwiazdy z pop punkowych zespołów. Zawsze, gdy po próbach wychodzili na miasto, by napić się piwa, to właśnie za nim oglądało się najwięcej dziewczyn. Jeszcze zanim związał się ze swoją już byłą dziewczyną, nie było weekendu, którego spędzał by samotnie. Zawsze przyprowadzał do mieszkania jakąś kobietę poznaną w klubie. I na weekendzie się te znajomości kończyły. Ale nie z nią.

— Ja mam brzydki ryj, a ty matkę — odpowiedział wesoło Daniel.

Rafał nie mógł powstrzymać śmiechu. Taki właśnie był jego przyjaciel. W jak wielki dołek by nie wpadł, Daniel zawsze potrafił sprawić, że śmiał się do upadłego.

— Moja matka nie leci na takie beztalencia — odszczeknął.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie.

— Chcesz piwo?

— Pytasz się dzika czy sra w lesie? — odpowiedział pytaniem Daniel.

Rafał poszedł do lodówki i po chwili wrócił z dwoma butelkami piwa. Złapał otwieracz pozostawiony na parapecie i rzucił go przyjacielowi. Otworzyli napoje i przez kilka chwil siedzieli w milczeniu.

— Co cię do mnie sprowadza? — przerwał ciszę gospodarz.

— Zastanawiamy się wszyscy, co u ciebie — odpowiedział Daniel.

— Jak widać. Żyję nadal, chociaż czasami mam ochotę wyskoczyć z tego okna. Ale już mi trochę lepiej. Jeszcze w tym tygodniu mam zamiar poszukać nowej pracy.

— Więc wracasz do gry? Poradziłeś sobie z tym. Mówiliśmy ci, że będzie wszystko dobrze.

— Nie do końca. Nadal wszystko zżera mnie od środka, ale nie chcę siedzieć tutaj w tych czterech ścianach sam. To mnie niszczy jeszcze bardziej. Są wieczory, gdy czuję się bardzo dobrze, nawet wierzę w to, że jest już po wszystkim. Jednak czasem dopadają mnie bezsenne noce, w które ciężko mi uwierzyć, że jeszcze cokolwiek mi się w życiu ułoży. Wtedy mam właśnie ochotę skończyć z sobą. Staram wmawiać sobie, że wszystko będzie jednak dobrze, że rano wstanie nowy dzień z nowymi możliwościami i inne brednie z broszurek, które leżą w ośrodkach dla ludzi z myślami samobójczymi. Mogę powiedzieć jednak, iż jest dużo lepiej niż wcześniej.

— Bardzo mnie to cieszy, stary. Wszyscy na ciebie liczymy. Ja, Kamil, Milena, Kuba i Robert. Wierzymy w ciebie. No może poza Robertem, bo jeśli wrócisz to on robi wypad z zespołu.

Rafał ponownie się zaśmiał.

— Też mi was brakuje. Może przyjdę na najbliższe próby zobaczyć, jak wam idzie. W sumie też chciałbym zobaczyć się z pozostałymi. Milena nadal udaje, że potrafi grać na basie?

— Mało tego. Jest święcie przekonana, że jest wirtuozem gitary basowej.

Oboje wybuchli śmiechem. Ze smutkiem przypomniał sobie, jak Milena za każdym razem denerwowała się, gdy jej dogryzali. Prawda była taka, iż dziewczyna faktycznie miała niezwykły talent do gry na tym instrumencie. W niedługim czasie potrafiła stworzyć lub dostosować dźwięki pasujące do już stworzonego podkładu. Nie zmieniało to faktu, że wielokrotnie jej docinali w kwestii gry, tylko po to, by zobaczyć jak się na nich denerwuje, ganiając ich po całym garażu. Tak było przynajmniej wcześniej. Teraz z tego, co wiedział grupa grała w wynajętym studiu. Tak… Musi się pozbierać do kupy i do nich wrócić.

— Kiedy macie próbę?

— Jutro. Śmiało, wpadaj. Pozostali na pewno się ucieszą, gdy cię zobaczą. Chociaż na kwiatki i czerwony dywan bym raczej nie liczył. Mimo to będzie dla nich niezłym szokiem fakt, że się pojawisz. Nic im nie powiem o tym. To dopiero będzie niespodzianka!

Daniel z podniecenia klasnął w dłonie. Faktycznie, gdyby się tam pojawił niezapowiedziany reszta zespołu na pewno byłaby nieźle zaskoczona. Uśmiechnął się widząc w wyobraźni zaskoczone miny przyjaciół.

— Myślę, że mógłbym się tam jutro pojawić.

— Świetnie. Więc ustalone. Próba jest o szesnastej w studiu na Zachodniej. Będę czekał. A widziałeś ostatni mecz Manchesteru?

— Nie, a było na co popatrzeć?

— Stary, żałuj. Jakie emocje. Cały mecz nic, a w doliczonym czasie Lukaku wsadził taką bramę, że szok. Cała dzielnica mnie chyba słyszała…

Daniel pogrążył się w opowieści o meczu, natomiast Rafał odpłynął myślami zupełnie gdzieś indziej. Lubił, gdy przyjaciel do niego przychodził. Zawsze podnosił go na duchu. Pamiętał, jak poznali się jeszcze w szkole średniej. Z początku zupełnie sobie obcy ludzie w niedługim czasie stali się najlepszymi przyjaciółmi. Pierwszego dnia w liceum, gdy Rafał przyszedł do nowej szkoły, gdzie nikogo nie znał na jednej z lekcji podszedł do niego wysoki, szczupły chłopak z pytaniem czy może obok niego usiąść w ławce. Zgodził się. W końcu w niczym mu to nie szkodziło, a już tym bardziej nie pomagało. Rzucił wtedy szybkie spojrzenie na swojego rozmówcę. Pierwsze co mu już wtedy przyszło do głowy, to fakt, iż Daniel nie zostanie gwiazdą balu maturalnego. Jedyna różnica w jego wyglądzie kilka lat temu polegała na tym, że miał krótsze włosy. Okazało się, że lekcja była jedną z tych, które odbywają się na najwyższym luzie. Nauczycielka rozmawiała z uczniami o wszystkim i o niczym. Niezainteresowany tym Rafał wyciągnął wtedy z plecaka tabulatury i zaczął je przeglądać w poszukiwaniu utworów, których mógłby pouczyć się grać wieczorem. Daniel widząc to od razu zapytał:

— Grasz na gitarze?

— Tak, a przynajmniej staram się nauczyć jakoś sensownie na niej grać.

— Super! — entuzjazm kolegi z ławki był bardzo widoczny. — Ja gram na perkusji. Mamy garaż przy bloku, a że mój ojciec zostawia auto na parkingu to właśnie tam sobie trenuje. Chciałbym kiedyś grać w jakimś zespole.

Rafał dopiero w tej chwili zainteresował się swoim rozmówcą.

— Tak? Ja też mam takie plany — rzekł chowając arkusze papieru z powrotem do plecaka. — Chciałbym mieć swój zespół rockowy. Taki z prawdziwego zdarzenia.

— I grać na największych imprezach.

— No dokładnie.

Rozmawiali tak przez całą lekcję, a potem przez kolejną. Z czasem nawet sami nie zauważyli, że stali się najlepszymi kumplami. Rozprawiali o swoich ulubionych zespołach, drużynach piłkarskich i dziewczynach. Pewnego dnia, tuż przed maturą Daniel przyszedł do niego, gdy ten uczył się w domu. Usiadł przy stoliku w salonie i dziwnie podnieconym głosem zapytał:

— A może założylibyśmy zespół? Mamy gitarę elektryczną i perkusję. Znajdźmy jeszcze basistę, klawiszowca, drugiego gitarzystę i będziemy mogli zaczynać.

Rafał opluł się herbatą, którą właśnie zaczynał pić.

— Że co?

— To co słyszysz, kretynie. Ja mam garaż, w którym moglibyśmy ćwiczyć. Damy ogłoszenie w necie, że szukamy członków zespołu. Na pewno ktoś się odezwie.

— Ty serio myślisz o tym zespole?

— A ty nie? Marzenia są po to, by je spełniać. Chłopie, nie ma na co czekać. Sam zobaczysz, że będziemy mieli same hity.

— Sam nie wiem. Na to potrzeba bardzo dużo czasu. Mamy teraz matury, sporo nauki.

— Daj spokój. Dwie godziny dziennie jakoś damy radę znaleźć na próby. Na początku możemy grać jakieś covery. Wiesz o co chodzi, nie?

Rafał w końcu uległ koledze. Jeszcze tego samego dnia zamieścili na stronie miasta ogłoszenie o poszukiwaniu kandydatów do grupy rockowej. Nadeszły matury, a do nich nikt się nie zgłosił. Już stracili nadzieję, gdy pewnego sierpniowego dnia zadzwoniła dziewczyna, która przedstawiła się jako Milena. Oświadczyła mu, że umie bardzo dobrze grać na gitarze basowej i jest zainteresowana graniem w ich zespole. Jeszcze tego samego dnia spotkali się w garażu Daniela, by przesłuchać kandydatkę. Po kilku minutach zbierali swoje szczęki z podłogi. Nie mogli uwierzyć w talent, który posiadała ta dziewczyna. Od razu jednocześnie zgodzili się na przyjęcie jej do zespołu. Jakiś tydzień później mieli już całą obsadę. Ćwiczyli wieczorami. W końcu nadszedł dzień ich pierwszego publicznego występu. Udało im się wepchnąć w program pewnego pikniku, który odbywał się na rynku Manufaktury. Zagrali kilka znanych kawałków zaczynając od hitu „What I’ve Done” grupy Linkin Park a skończyli na spokojnym „Zabiorę Cię” Kancelarii. Zrobili spore wrażenie na słuchaczach. Potem szło im coraz lepiej. Nagrali kilka swoich własnych utworów, które spodobały się słuchaczom. Z czasem odkryli, że Milena oprócz niezwykłej gry na basie posiada też całkiem niezły talent wokalny, więc wykorzystali go w kilku utworach. Było coraz lepiej. Aż w końcu nadszedł jego kryzys. Zespół mocno na tym ucierpiał, ponieważ oprócz gitarzysty, stracili też wokalistę. Mało brakowało a grupa, by się rozpadła. Udało im się znaleźć na szybko zastępstwo dla Rafała. Jednak ludzie nie przychodzili już tak licznie na ich występy. Większość twierdziła, że The Crash już nie jest tym samym zespołem bez Rafała. Wszyscy mocno ucierpieli. Grupa stanęła w końcu na nogach za skutkiem ich nowego przeboju pod tytułem: „Stay with me”. Zwykła, smutna ballada rockowa pozwoliła odbić się The Crash od dna. Jednak nie mogło to trwać wiecznie. Potrzebowali Rafała, by mogli dalej ruszyć z miejsca. I on dobrze o tym wiedział. Nie mógł jednak się przemóc, by wrócić na scenę. Jeszcze nie teraz. Zrobi wszystko, co w jego mocy, by uchronić zespół przed upadkiem. Za jakiś czas.

— Słuchasz mnie? — zapytał Daniel, machając mu ręką przed oczyma.

— Tak, tak. Słucham.

— To powtórz, co powiedziałem przed chwilą?

— „Słuchasz mnie?”

— Dupek. Mówiłem, że derby Manchesteru zapowiadają się całkiem nieźle.

— Manchester to cieniasy — odpowiedział, śmiejąc się. — Dostaną niezły wpierdol.

— Chyba mówisz o swoim Juventusie.

— Chcesz jeszcze piwa?

— Nie odmówię.

Wyszedł ponownie do kuchni, by po chwili wrócić z naręczem butelek. Postawił je na stoliku i powiedział:

— Czym chata bogata.

— Nie dam rady potem wrócić do domu — zaśmiał się Daniel.

— Możesz przenocować u mnie.

Rafał otworzył swoje piwo i stanął przy oknie.

— Wiesz? — powiedział po chwili. — Wrócę do zespołu. Niebawem. Możesz powiedzieć Robertowi, żeby pakował torby.

Daniel zaśmiał się.

— Witamy z powrotem.

Uniósł butelkę w toaście i wypił połowę dużymi łykami.


Monika siedziała skupiona nad książkami i notatkami. Czytane zdania, które powinny zostać w jej głowie, ulatywały gdzieś w niebyt pamięci. Nie potrafiła się w ogóle skupić. Miała tylko kilka dni na wyuczenie się materiału do poprawki egzaminu. Wiedziała, że jeśli tym razem obleje, to matka nie da jej żyć. Całą siłą woli starała się zatrzymać przeczytane zdania w głowie. Skup się. Skup. Jednak myśli uciekały zupełnie gdzieś indziej. Do pracy, do rówieśników, do problemów finansowych, do współlokatorki, która właśnie wróciła do domu i zaszyła się w swoim pokoju. Z głośnym westchnięciem odłożyła materiały na bok i usiadła wygodnie w swoim fotelu. Po kilku minutach bezczynnego wpatrywania się w okno wstała i poszła do kuchni, by uzupełnić porcję kofeiny w organizmie. Oparta o stół kuchenny czekała, aż zagotuje się woda w czajniku. Głośny gwizd wywabił jej współlokatorkę z pokoju.

— Hej, Monika. Robisz kawę? — zapytała, wychylając się ze swojego lokum.

Dziewczyna spojrzała na nią. Wysoka, długie blond włosy z modnie cieniowanymi końcówkami, zawsze ubrana w najmodniejsze ubrania z najlepszych sklepów w galeriach handlowych. Ze smutkiem stwierdziła, że były jak niebo i ziemia. Dwa różne, odległe od siebie światy.

— Tak — potwierdziła Monika.

Kamila weszła do kuchni. Wyciągnęła swój kubek z szafki i nasypała do niego kawy.

— Wiesz, też mi się przyda. Czeka nas długa noc nad książkami, co?

— Ehe — wyrzuciła bez przekonania.

— Trochę więcej optymizmu, dziewczyno! Pesymiści nic w życiu nie osiągają. A zdaje się, że ty mierzysz bardzo wysoko, prawda?

— Czy ja wiem… Chcę ukończyć kierunek i znaleźć jakąś dobrą pracę.

A przynajmniej moja matka tego chce. Ona sama wolałaby teraz spędzić wieczór z kimś bliskim. Z kimś, kto by ją przytulił do siebie i zapewnił, że będzie wszystko dobrze. Spędzić z kimś, kto wywołałby szczery uśmiech na twarzy. Z kimś, przy kim czułaby się bezpieczna. Ale nikt taki nie istniał.

— Też tego chcę. Chyba jak każdy. Mogę na chwilę do ciebie wejść? — zapytała Kamila, trzymając w ręku kubek z parującym naparem.

— Muszę się uczyć…

— Daj spokój. Tylko na kilka minut. Porozmawiamy sobie. Poobgadujemy chłopaków, którzy nam się podobają, pośmiejemy się a później każda z nas wróci do nauki. Mieszkamy razem, a praktycznie ze sobą nie rozmawiamy. Jesteś na studiach. Powinnaś żyć, bawić się, szaleć i nie przejmować niczym, poza zaliczeniem egzaminów!

Monika zgodziła się dla świętego spokoju. Rozsiadły się na fotelach, które stały po obu stronach starej ławy. Dziewczyna włączyła telewizję, w której leciał jakiś durny show.

— No więc jak?

Dziewczyna spojrzała na nią nie do końca wiedząc o co chodzi rozmówczyni.

— Z czym?

— Masz kogoś na oku?

— Nie. Nie mam czasu na facetów. Tylko praca i nauka. Na szukanie swojego księcia z bajki przyjdzie jeszcze czas.

Kolejne słowa jej matki.

— Serio? Gdybym ja miała twoją twarz, to sprawiłabym, że faceci latali by za mną jak psy z wywieszonymi jęzorami. Dziwi mnie, że laska z taką urodą jak ty jest samotna.

— Mi to odpowiada. Poza tym nie ma jeszcze nawet odpowiedniego kandydata. Faceci chcą teraz tylko jednego.

— A my nie? Weź… Przecież o to chodzi, prawda? Teraz jest czas na to, by się nimi bawić.

— Nie potrafię tak. Jeśli zdecyduję się na związek z kimś, to na pewno nie ze względu na seks. Chciałabym mieć normalny, szczęśliwy związek z facetem, którego najzwyczajniej w świecie kocham.

— Miłość? Miłość nie istnieje. Jest tylko najzwyczajniejsze w świecie zauroczenie, które po jakimś czasie przemienia się w rutynę. Ot, kilka chemicznych reakcji ciała na osobę, która nam się podoba. I choć czasem wiemy, że ta ‘miłość’ wciąga nas w coraz większe bagno, to uparcie w nim tkwimy. Nie wiem czemu. Może po prostu ludzie boją się oddać w ręce pustej, chłodnej i mrocznej samotności.

— Ja jednak w nią wierzę. Może to naiwne, ale wiem, że w końcu poznam tego jedynego. Dla którego będę całym światem.

Kamila roześmiała się. Monika odwróciła wzrok od ekranu telewizora, by przyjrzeć się koleżance. Upiła łyk gorącej kawy, po czym postanowiła nic nie odpowiadać. Przez chwilę trwała niezręczna cisza. Dziewczyna miała już oświadczyć swojej współlokatorce, że nadszedł czas by wrócić do notatek, gdy ta odezwała się dziwnie smutnym głosem:

— Myślę, żeby odejść od Marcina.

Ręka Moniki, trzymająca kubek zatrzymała się w połowie drogi do ust.

— Czemu?

— Ostatnio poświęca mi coraz mniej czasu. Siedzi tylko z kumplami w domu i grają w te głupie gry. Poza tym kilka razy przyłapałam go, jak rozglądał się za innymi dziewczynami. Nasze zauroczenie wypaliło się, nim zdążyło przeobrazić się w przyzwyczajenie. Teraz, gdy był u mnie przez te dwa dni, praktycznie cały czas spędzał z nosem w telefonie. Gdy pytałam się o co chodzi, to wmawiał mi, że rozmawia z kolegami. Stanowczo odmówił, gdy poprosiłam, by pokazał mi rozmowę.

Monika nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć. Do tej pory była tylko w jednym związku, który zakończył się po tygodniu za sprawą jej matki. Gdy do niej przyszedł, matka sama powiedziała mu, że ma nie robić jej córce wody z mózgu i się wynosić. Po wszystkim chciała go przeprosić, jednak ten nawet nie chciał z nią rozmawiać. Nie miała żadnego doświadczenia w sprawach sercowych. Czy raczej jak określiła to Kamila — w sprawach „przyzwyczajenia”.

— Może faktycznie tylko pisał z kolegą? — zasugerowała ostrożnie.

— Ehe. Ten kolega ma pewnie długie, blond włosy i szparę między nogami. Monika, przestań. Nie żyjemy w idealnym świecie. Ja wiem, że ma kogoś na boku. Dlatego chcę z nim zerwać.

— Jeśli tak ci mówi serce, to tak zrób.

Kamila dopiła kawę.

— Dzięki za przyjemną rozmowę — rzuciła na powrót przybierając wesołą minę. — Wracam do nauki. Tobie też to radzę.

Monika uśmiechnęła się i przyciągnęła do siebie notatki. Oczyściła umysł ze wszystkich myśli i zaczęła czytać. Po kilku chwilach zauważyła, że idzie jej coraz lepiej. Była w stanie zapamiętać kilka kartek, jednak po kilku godzinach zmógł ją sen. Zasnęła nad notatkami, a rano obudziła się ze strasznym bólem w karku.


Rafał obudził się ze strasznym bólem głowy. Piwa, które wypili razem z Danielem obijały się teraz boleśnie po jego czaszce. Uniósł się na ramieniu i od razu ból zaatakował ze zdwojoną siłą uderzając w skronie niczym wściekły taran. Wstał z łóżka, czując mdłości i zawroty w głowie. Skierował swoje kroki do kuchni i łapczywie wypił szklankę wody. W brzuchu niemiłosiernie mu zabulgotało. Zajrzał do salonu. Daniel spał jeszcze, trzymając w dłoni skrawek rozkopanego koca. Czuł jak w salonie unosi się odór przetrawionego alkoholu. Podszedł do okna i lekko je uchylił. Wszedł do łazienki, wziął gorący prysznic i wyszczotkował zęby. Ubrał się w workowate jeansy, luźną podkoszulkę z jakimś dziwnym wzorkiem, a na nią założył długi, ciepły sweter. Ostrożnie obudził przyjaciela. Daniel otworzył oczy, lecz ciężkie powieki po chwili opadły mu ponownie. Dopiero po trzeciej próbie Rafałowi udało się dobudzić kolegę.

— Będę rzygał — rzucił Daniel, po czym pobiegł do toalety.

Rafał starał się nie zwracać uwagi na dźwięki dobiegające z łazienki. Sam starał się utrzymać zawartość żołądka tam, gdzie jego miejsce. Po chwili Daniel wrócił do salonu.

— To były o trzy piwa za dużo — mruknął, trzymając się za brzuch.

— A ty jeszcze chciałeś iść do nocnego po więcej. Nie wiem czy dzisiaj bylibyśmy w stanie cokolwiek zdziałać, gdybym cię posłuchał.

— Marudzisz. Nie takie boje wygrywaliśmy. Pamiętasz fetę po koncercie na urodzinach miasta? Cała załoga na drugi dzień rzygała jak koty. Łącznie z tobą i organizatorem.

Rafał zaśmiał się.

— Pamiętam. Pamiętam też, jak próbowałeś wyrwać jedną z tancerek tego gościa od disco polo. Niezła awantura z tego wyszła. Musiała odciągać cię ochrona. Mina gościa była bezcenna, gdy darłeś się do niego, by przestał grać z playbacku a zaczął pokazywać swoje prawdziwe beztalencie. Mówiłeś też coś, że powyrywasz mu wszystkie te pedalskie kłaki z głowy.

Daniel uśmiechnął się krzywo.

— Tego akurat nie musiałeś mi przypominać. To była porażka. Chociaż gość ewidentnie jechał z taśmy. Zwracałem uwagę na ruchy jego ust. Kilka razy układały się inaczej niż słowa piosenki. Poza tym był sam na scenie a w wokalu słychać było chórek.

— Na tym polega ta muzyka. Tworzysz tekst, śpiewasz, poprawiasz komputerowo a na koniec lecisz z playbacku na koncertach. Taki tego urok. Nie wiele w tym talentu, ale najlepiej się przy tym człowiek bawi.

— To fakt.

Ubrali się w kurtki i wyszli z mieszkania, by kupić coś na śniadanie. Rafałowi udało się namówić przyjaciela, by ten został na poranny posiłek. Wsiedli do windy, przyglądając się sąsiadowi z góry, który wybierał się na spacer ze swoim psem. Często irytowało go głośne szczekanie dobiegające z mieszkania wyżej. Kilka razy zwracał mężczyźnie uwagę na to, w czasach, gdy jeszcze pracował i chciał porządnie się wyspać. Na zewnątrz było pochmurnie i zimno, jednak nie padało. Wiatr także jakby się uspokoił. Szli wolnym krokiem. Oboje zapalili papierosy. Rafał starał się nie palić, jednak czasem potrzebował w swojej krwi nikotyny, która uspokajała mu nerwy. A przynajmniej tak mu się wydawało. Weszli do jednego z marketów typu express. Przechodząc się pomiędzy półkami wsadzali do koszyka produkty na śniadanie. Po chwili zastanowienia wzięli też sobie napoje energetyczne. Kolejna trucizna. Jednak dzisiaj potrzebowali jej w końskich dawkach. Idąc w stronę kasy, potrącił jakąś dziewczynę. Odwrócił się z zamiarem przeproszenia poszkodowanej i wtedy zamarł. To była ta dziewczyna, którą wczoraj widział z okna. Osłupiały wpatrywał się w kobietę, która rozmasowywała sobie obolały bark. Była piękna. Wczoraj dzieliła ich odległość kilku pięter i dwupasmowej ulicy, więc nie potrafił tego dostrzec dokładnie, jednak dzisiaj z czystym sumieniem mógł stwierdzić, że dziewczyna jest oszałamiająco piękna. Uniosła wzrok na niego i nieśmiało się uśmiechnęła. Wiedział, że powinien przeprosić, że powinien wydukać z siebie kilka słów, być może w ramach rekompensaty zaprosić ją na kawę, jednak jej uroda całkowicie odebrała mu mowę. Dziewczyna przykucnęła, by podnieść paczkę najtańszej herbaty, którą upuściła w chwili zderzenia. Z małym rumieńcem na policzkach podniosła się.

— Masz jakieś imię? — zapytał w końcu.

Stojący obok Daniel znacząco odchrząknął. Zignorował kolegę, nadal wpatrując się w postać przed sobą. Kobieta jeszcze bardziej się zarumieniła.

— Monika — odbąknęła.

— Może byś tak ją przeprosił najpierw — wtrącił jego kolega.

— A tak, przepraszam. Możesz już iść do kasy — odpowiedział.

— Nie mnie, imbecylu. Dziewczynę, którą dopiero co potrąciłeś.

Dopiero w tej chwili jakby się ocknął. Dziewczyna stała nadal tuż przed nim, trzymając w rękach kilka produktów. Dotarło do niego, że zachował się właśnie jak palant. Wpadł na nią i zamiast pomóc jej zebrać z podłogi upuszczone rzeczy oraz przeprosić, to wyjąkał tylko pytanie o imię.

— Przepraszam, Moniko — wymamrotał niezgrabnie.

Rumieniec objął już całą twarz Moniki.

— Nic… Nic się nie stało — odparowała. — To ja powinnam uważać. Chodzę jakbym spała.

— Nie, wcale nie. To ja się zamyśliłem. W każdym razie przepraszam cię bardzo.

Monika uśmiechnęła się, a jego serce przyśpieszyło.

— Przyjmuję przeprosiny. Muszę już iść.

Odwróciła się i podeszła do regału z przecenionymi produktami. Rafał szturchnął przyjaciela, który miał bardzo wymowny uśmiech na twarzy i ruszył do kasy. Zapłacili za zakupy, po czym opuścili sklep. Przez całą drogę powrotną, w swojej głowie widział twarz napotkanej dziewczyny. Czemu do cholery jasnej nie zaprosił jej nigdzie? Mógł chociaż poprosić o numer telefonu. Zadręczając się tymi myślami, wszedł do mieszkania. Przy pomocy Daniela zaczął robić śniadanie, na które miała składać się jajecznica i herbata.

— Myślisz o tej lasce ze sklepu? — zapytał przyjaciel.

— Tak. Była niezwykła — odpowiedział mieszając w patelni.

Daniel z uśmiechem na ustach zaparzył herbatę. Była jeszcze nadzieja dla Rafała. Wyglądało na to, że jego kumpel powoli staje na nogach.


Monika wyszła ze sklepu. Ten chłopak… Widziała jeszcze jego plecy, gdy przechodził przez ulicę kawałek dalej. Gdy tak stali w sklepie, skupiając swoje spojrzenia na sobie czuła, jak oblewa się rumieńcem. Musiała wyglądać jak idiotka. Sama przed sobą przyznała, że zrobił na niej ogromne wrażenie. Patrząc mu w oczy, widziała w nich jakąś dziwną pustkę i ból. Widziała już takie oczy. Posiadali je ludzie, którzy wiele w życiu wycierpieli. Cokolwiek spotkało tego chłopaka, musiało to być coś niezwykle smutnego. Nawet nie zapytała o jego imię. Serce biło jej nienaturalnie szybko, a ręce drżały z nieznanych przyczyn. Coś było nie tak. I ta radość. Czemu cieszyła się tak na widok faceta, którego widziała pierwszy raz na oczy? Fakt, był przystojny, lecz nie znaczyło to, że ma się zachowywać jak jakaś roztrzepana gimnazjalistka. Cały czas miała przed oczami jego zakłopotaną twarz. I za każdym razem, gdy sobie go przypominała serce przyśpieszało. Mimo, iż zazwyczaj nie interesowała jej opinia ludzi, gdy grzebała w rzeczach przecenionych, to tym razem zrobiło się jej niezwykle głupio z tego powodu. Coś w jej wnętrzu unosiło się i opadało niczym statek na wysokich falach. Ciepło rozchodziło się od serca po całym organizmie, tworząc coś na wzór ochronnego płaszcza przed depresyjną aurą jesieni. Czuła się niezwykle lekko. W myślach zaczęła rozważać różne scenariusze dzisiejszego spotkania. Każdy kolejny był coraz bardziej śmiały i niezwykły. Widziała jeszcze raz jak na nią wpada, potem pochyla się wyciągając dłoń, by pomóc jej wstać. Na twarzy ma miły i topiący serce uśmiech. Podnosi rzeczy, które upuściła i odprowadza ją do kasy. Prosi o numer telefonu, po czym zaprasza na obiad… Nie… To i tak nie mogło się tak skończyć. W myślach usłyszała głos własnej matki — „To nie jest mężczyzna dla ciebie, córciu”. Ten sam głos zapewne usłyszałaby, gdyby doszło do sytuacji z jej wyobraźni. Wtedy by odmówiła. Z zaskoczeniem stwierdziła, że odczuwa złość na myśl o matce. Czemu nie mogła być jak każda inna dziewczyna w jej wieku? Mieć wolną wolę i móc robić to, na co ma ochotę? Wiecznie tylko nakazy i zakazy. Mogła się co prawda zbuntować, jednak nie chciała mieć mamy przeciwko sobie. Nie potrafiłaby tak żyć. Będąc już w mieszkaniu zrobiła sobie śniadanie, które zjadła z niezbyt sporym apetytem. Spakowała torbę i stwierdziła, że już czas wyjść na wykłady.


— Jak dzisiaj samopoczucie?

Uniosła głowę znad telefonu. Przeglądała stronę z ofertami pracy. Chciała znaleźć coś innego. Praca w barze ją wykańczała powoli, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Dość miała pijanej klienteli, która proponowała jej wspólne wyjście do toalety w celach relaksacyjnych lub nachalnych samotników, którzy próbowali jej zaimponować na przeróżne sposoby. Pytanie zadał chłopak, którego widziała ostatnio na zajęciach. Zauważyła, że przez cały wykład bezczelnie się w nią wpatrywał.

— Znamy się? — zapytała.

— Pamiętasz jak miesiąc temu wyszliśmy razem po zajęciach na obiad? To znaczy ja, ty i kilka innych osób. Przyjemnie nam się rozmawiało wtedy. Mówiłaś, że twoje samopoczucie ostatnio nie jest najlepsze.

Teraz sobie przypomniała. Rozmawiała z nim wtedy przez całe popołudnie. Zwierzyła mu się ze swoich problemów, a on ją wysłuchał i dodał otuchy. Próbował chyba nawet ją poderwać, ale wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie szuka chłopaka. Starała sobie przypomnieć jego imię. Grzesiek?

— Już trochę lepiej.

Nie kłamała. Cały dzień myślała o spotkanym w sklepie chłopaku. Myśl o nim od razu poprawiała jej humor. Za każdym razem, gdy przypominała sobie jego twarz, czuła jak w brzuchu zbiera jej się wielka radość. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. I nie chciała. Ważnym dla niej było tylko to, że ten chłopak istniał. Oraz to, że była ogromna szansa na ponowne spotkanie. Robił zakupy spożywcze w tym markecie o wczesnej porze, więc Monika była przekonana, że musi mieszkać gdzieś niedaleko.

— Cieszę się — odpowiedział, siadając obok niej. — Jest jakiś szczególny powód poprawy twojego nastroju?

— Wolałabym zatrzymać go dla siebie. A u ciebie co słychać?

— Wszystko po staremu. Obserwowałem cię na zajęciach. Pięknie wyglądasz w tej koszuli.

Rano założyła koszulę w drobną, biało-czarną kratkę. Była to jedna z tych bardziej eleganckich kreacji w jej szafie, jednak nie wiedziała co ma założyć do czarnych spodni, które zakładała tylko na specjalne okazje. Przyznała się samej sobie, że ubrała się tak, tylko dla cichej nadziei, że spotka tego chłopaka jeszcze raz.

— Dziękuję. Chciałam dzisiaj wyglądać elegancko. Czasem trzeba zaszaleć, prawda?

— Oczywiście. Sądzę, że chciałaś tak wyglądać dla kogoś, co?

— Można tak powiedzieć.

— No właśnie widzę. Ładnie ubrana, makijaż nieco mocniejszy niż zwykle i znaczna poprawa nastroju. Kobiety się tak odwalają tylko wtedy, gdy chcą się dowartościować lub gdy chcą się komuś spodobać. Ty nie musisz się dowartościowywać, więc wniosek jest prosty. Kim jest szczęściarz?

Monika wstała, zarzucając sobie torebkę na ramię.

— Nie twoja sprawa. I wiesz co? Gówno wiesz o kobietach.

Zaskoczony Grzesiek wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę koleżanki.


Rafał ubrał się w T-shirt z logiem Supermana i stare, wytarte jeansy. Zarzucił na siebie kurtkę i już miał wychodzić z domu, gdy jego wzrok zatrzymał się na gitarze opartej o ścianę. Po chwili zastanowienia wyciągnął z szafy pokrowiec, zapakował w niego gitarę i zarzucił sobie sprzęt na plecy. Na zewnątrz zaczynało już się ściemniać. Było nieznośnie zimno, jednak on z jakiegoś powodu czuł szczęście, gdzieś w okolicach przepony. Wiedział z jakiego powodu. Dziewczyna w sklepie. Idąc raźnym krokiem na przystanek tramwajowy cicho nucił pod nosem „Leave out all the rest” Linkin Park. Zatrzymał się przy biletomacie, by kupić bilet. Po zajrzeniu do portfela, poczuł pierwsze ukłucie smutku. Pieniądze. Powoli się kończyły. Musiał znaleźć pracę. I to dość szybko. Jego myśli na powrót zalało wspomnienie dziewczyny, którą rano spotkał i zapomniał o swoich problemach finansowych. Wsiadł do zapełnionego tramwaju. Podłączył słuchawki i załączył swoją playlistę, na której znajdowało się praktycznie wszystko. Od starych, klasycznych rockowych brzmień, po nowe eksperymentalne kawałki. Właśnie zaczął lecieć utwór, który był mu nadzwyczaj bliski: „Chory na wszystko” formacji Strachy na Lachy. Identyfikował się z tą piosenką. „…Polska przychodzi do mnie tylko po autograf, dla miłości zaś jestem złudzeniem…”. Wtórował wokaliście nucąc w myślach aż do ostatniego słowa w piosence. Dlatego właśnie lubił muzykę. W jednym utworze można było odnaleźć całe swoje życie. Zmusić się do refleksji nad nim. Dwie zwrotki, czasem trzy i refren. Kilka wersów, dające nadzieję na lepsze życie. Lub ją odbierające. Starał się nie dołować bardziej smutnymi piosenkami, lecz czasem one same pojawiały się w jego głowie. Wtedy nie mógł zwalczyć w sobie pokusy, by załączyć ją na głośniku. Ostatnio leżąc w ciemnym pokoju, nie wiadomo skąd przyszedł mu do głowy utwór „Taką wodą być” autorstwa Happysad. Załączył go na swoim telefonie, zapętlając i słuchając w nieskończoność. Piosenka, która miała zmusić słuchacza do głębokiej refleksji, jego tylko bardziej pogrążyła. Cała noc upłynęła mu na ponurych myślach i patrzeniu w sufit. W końcu dotarł na Zachodnią. Wysiadł i ruszył pod adres, w którym znajdowało się studio. Tuż przed wejściem do środka wziął głęboki oddech. Chwycił za klamkę, czując, jak serce wali mu w piersi. Adrenalina gwałtownie uderzyła w jego ciało, wywołując szum w głowie. To było wspaniałe uczucie. Uwielbiał je. Czuł to samo, za każdym razem, gdy miał wyjść na scenę. Zza ściany dobiegał dźwięk jakiejś spokojnej rockowej melodii. Znał ją, jednak nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie ją ostatnim razem słyszał. Otworzył drzwi, stając w progu. Instrumenty ucichły w jednym momencie. Przez chwilę było słychać jeszcze gitarę basową, jednak gdy tylko Milena zauważyła go w drzwiach, także przestała grać. Cała grupa wpatrywała się w niego z wyrazem kompletnego niedowierzenia. W niezręcznej ciszy, która zapadła słychać było tylko szmer jarzeniówek. Jako pierwszy z transu zaskoczenia przebudził się Daniel. Rafał zauważył, iż mimo swojej obietnicy kolega wątpił w jego przybycie. Zaczął uderzać w bębny wygrywając cyrkowy rytm, mający obwieszczać wielkie napięcie. Przekroczył próg, zrzucił z pleców pokrowiec z gitarą i uśmiechnął się słabo.

— Uszczypnijcie mnie, bo chyba widzę ducha — powiedział Kamil, wytrzeszczając oczy. Nadal trzymał palce na strunie gitary elektrycznej, którą zamierzał uderzyć.

Milena ściągnęła przerzuconą przez głowę gitarę na podłogę i podbiegła do niego zarzucając ramiona na jego szyję. Mocno go uścisnęła i powiedziała tylko jedno słowo:

— Nareszcie.

Po kilku chwilach puściła go i odsunęła się na kilka kroków. Była na swój sposób piękna. Brązowe włosy miała zwiewnie uczesane, a jej gęsta grzywka była zaczesana na prawą stronę. Niezwykle szczupła i drobna sylwetka z wyraźnie zaznaczoną talią mogła robić duże wrażenie na mężczyznach. Zza oprawek dużych okularów wpatrywały się w niego szare oczy. Oczy, w których dostrzegł łzy.

— Gdzie byłeś przez ten czas, głupku? — wyrzuciła ze ściśniętego płaczem gardła.

W jej ślady poszła reszta zespołu. Po kolei wymieniał z przyjaciółmi uściski i ciepłe słowa. Jedynie Robert trzymał się na uboczu z ponurą miną. Nie miał do niego pretensji o to. Powrót Rafała oznaczał dla niego koniec przygody z The Crash. Chciał mu powiedzieć, że nie musi się martwić, że zostanie członkiem zespołu jako alternatywny wokalista, że nie zostawią go na pastwę losu. Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj chciał być tutaj, wraz z swoimi przyjaciółmi. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu był naprawdę szczęśliwy. Kamil i Kuba poklepywali go po ramieniu i zaprowadzili w stronę małego stolika w kącie, na którym stało kilka butelek piwa. Robert w milczeniu otworzył jedno z nich i mu podał. Z wyrazem wdzięczności przyjął podarunek.

— Cieszymy się, że do nas wracasz — rzucił Kuba.

— O, tak. Bardzo nam ciebie brakowało — dodał Kamil.

— Dzięki — odpowiedział Rafał — Mi was też. Nie potrafię opisać radości, którą czuję na wasz widok.

Milena wpatrywała się jego gitarę, pozostawioną przy wejściu do studia. Upiła łyk piwa, stojąc oparta o stolik i rzuciła:

— Przyniosłeś wiosło. Chcesz dzisiaj z nami zagrać?

Chłopak uśmiechnął się do niej.

— Zastanawiałem się nad tym, jednak nie wiem, czy dam radę.

— Dasz. Niewielu rzeczy jestem w życiu pewna, jednak tego akurat tak. Jesteś naszym liderem. Bez ciebie, ten zespół nie ma żadnych szans.

Odstawiła butelkę na stolik i krzyknęła do wszystkich:

— Hej, panowie! Wskakujemy na instrumenty! Niech Rafał sobie przypomni stare czasy!

Wszyscy przyznali jej chórem rację. Zaskoczony popatrzył na nią.

— No co się tak gapisz? — rzuciła z uśmiechem. — Masz ten sprzęt dla ozdoby? Łap za wiosło i wskakuj za mikrofon.

Podszedł do wyjścia, przez chwilę rozważając, czy nie chwycić gitary i nie uciec najszybciej jak może. Wiedział jednak, że byłoby to i tak na nic. Zapewne jeszcze dzisiaj wieczorem wparowaliby do jego mieszkania robiąc mu ogromną awanturę. Podejrzewał, że nawet zarobiłby w twarz od Mileny. Wziął gitarę i wyciągając ją, wrócił do przyjaciół. Wprawnym ruchem podpiął instrument do wzmacniacza, wprowadził drobne regulacje, po czym delikatnie szarpnął za struny. Już czuł to przyjemne mrowienie w palcach.

— Co gramy? — zapytała dziewczyna, przekładając basówkę zaczepioną na pasie przez głowę.

Rafał chwilę się zastanowił. Miał ochotę zagrać jeden z kawałków, które ostatnio dodał do swojej playlisty. Mimo, że tekst tej piosenki był niezwykle smutny, to sam utwór w jakiś niewytłumaczalny sposób potrafił dodać mu otuchy. Zaczął przypominać sobie tekst. Brzmienie utworu, które usłyszał w swojej głowie powoli wizualizowało mu się przed oczami. Już wiedział, jak ma grać.

— Znacie „Just stay” grupy A Skylit Drive?

— Ciekawy wybór — skwitował krótko Daniel.

Reszta grupy potwierdziła krótkim skinieniem głowy. Pierwsze nuty piosenki zabrzmiały w idealnie wyciszonym pomieszczeniu. Rafał delikatnym głosem zaczął śpiewać, jednocześnie delikatnie szarpiąc struny:

— I won’t see you for miles, hoping every day you find the strength to stay with me…

Czuł się jakby powrócił do domu po długiej podróży. Po kilku chwilach dotarł do refrenu, który zaśpiewał z większą energią:

— Another life I’d always be there, another night of barely breathing…

drugiej zwrotce swoim wokalem dołączyła Milena, wprowadzając delikatny element do piosenki:

— …I need for you to believe, it if were up to me we’d live out every day the same…

Czuł się świetnie. Euforia rosnąca w nim, sprawiła miłe uczucie lekkości. Dotarli do końca piosenki. Ostatnie dźwięki jeszcze rozchodziły się w ciszy pomieszczenia, gdy Rafał opuścił ramiona wzdłuż ciała. Zamknął oczy i rozkoszował się tą chwilą. Miał wokół siebie cały wszechświat. Planety, gwiazdy i inne całkiem odległe światy wirowały wokół jego postaci. Poczuł znajomy zapach, który przywiódł najpiękniejsze wspomnienia. Zapach nadziei i obietnicy, złożonej dawno temu. Słodkie, lecz nienachalne perfumy Mileny. Wszechświat ustąpił miejsca wspomnieniu. Stali w kręgu. Wokół nich wirował kurz unoszący się w powietrzu i tańczący w promieniach słońca. On, Daniel i Milena. Wyciągnęli ku sobie zaciśnięte w pięść dłonie, obiecując, że cokolwiek by się nie stało, oni zawsze będą trzymać się razem. Wtedy po raz pierwszy poczuł jej zapach. Nuty cynamonu, jabłka i czegoś jeszcze bliżej nieokreślonego, lecz równie słodkiego. Otworzył oczy. Reszta grupy wpatrywała się w niego, czekając w napięciu na kolejny jego krok. Uśmiechnął się, po czym opuścił głowę. Stał tak przez chwilę, chcąc by to uczucie nigdy się nie skończyło.

— Jesteście jak zwykle wspaniali — powiedział w końcu.


Każdy z nich zbierał się już do domu, niemal godzinę później. Rafał zadeklarował zebranym, że oficjalnie powraca do The Crash. Starał się też poruszyć temat dalszej kariery Roberta w grupie, jednak zauważył Daniela, który pokręcił lekko głową. To była rozmowa na inną okazję. Rozliczyli się z właścicielem studia i we trójkę wyszli na ulicę. Jak za starych dobrych czasów. Trójka przyjaciół, których połączyła wspólna miłość do muzyki. Mieli piątek, który zmierzał ku końcowi. A raczej jak to bywa w wielkich miastach ku początkowi. Na ulicach zaczynało rodzić się nocne życie. Grupki studentów zmierzały do klubów, by zostawić tam resztę pieniędzy ze stypendiów, samotni ludzie wychodzili w nadziei, że dzisiaj odnajdą kogoś, kto będzie w stanie zapełnić ich pustkę. Oni sami ruszyli do swojego ulubionego baru, by wypić piwo i porozmawiać jak dawniej. Szli ulicami, głośno rozmawiając, śmiejąc się i wygłupiając. W tej chwili Rafał był królem swojego życia, wypędzając resztki swojej depresji poza krąg światła, który wnosili do jego życia Daniel z Mileną. Niech ten wieczór trwa w nieskończoność. Dotarli na miejsce. Wchodząc do zatłoczonego już baru i śmiejąc się z głupich żartów Daniela, wzbudzili ogólne zainteresowanie klienteli. Nic dziwnego. W końcu byli dosyć rozpoznawalni. Kilka dziewczyn, które sączyły drinki przy barze, posłały Rafałowi uśmiechy. Tam i ówdzie dostrzegł, jak ktoś im macha. Usiedli przy wolnym stoliku, położonym w głębi lokalu. Daniel poszedł zamówić piwo. Milena przyglądała mu się z wesołym błyskiem w oku.

— Bardzo mnie cieszy, że w końcu odżyłeś — powiedziała. — Zawsze wiedziałam, że sobie poradzisz.

— Dziękuję — odpowiedział. — Gdyby nie wy, pewnie nie dałbym rady. Wasze wsparcie dawało mi siłę. A zwłaszcza twoje i Daniela.

— Nie masz za co dziękować. W końcu od tego są przyjaciele, prawda? To był bardzo ciężki okres dla nas. Bez ciebie w zespole, mieliśmy problemy, by go utrzymać. Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałam.

Ostatnie słowa wypowiedziała z poważną i smutną miną. Daniel nadal stał w dość długiej kolejce, czekając za napojami. Rafał położył swoją dłoń na dłoni Mileny.

— Wiem. Zdaję sobie sprawę, że was zawiodłem. I przepraszam. Wiele musieliście przejść, podczas gdy ja tylko się użalałem nad sobą. Obiecuję jednak, że to więcej się nie powtórzy. Mam was, mam zespół, o którym zawsze marzyłem i kilka nadziei na przyszłość. Teraz będzie już tylko lepiej.

— Oby.

Po chwili uśmiechnęła się, ukazując białe, równe zęby.

— Ale fakt. Byłeś samolubnym dupkiem.

Rafał zaśmiał się.

— Zdaje sobie z tego sprawę.

Zapadła chwila ciszy. Znali się już od dłuższego czasu. Nie potrzebowali słów, by się zrozumieć. Chłopak zabrał swoją dłoń i zaczął bawić się ściągaczem przy rękawie kurtki. Milena wpatrywała się w niego tym swoim hipnotycznym wzrokiem. Poczuł, że zrobiło mu się okropnie gorąco. Rozebrał się z wierzchniego okrycia i położył obok siebie. Nie wiedział czemu jej spojrzenie tak na niego działało. Przypomniał sobie pewną sytuację, sprzed pół roku. Tuż przed tym, jak pozwolił objąć się krzywdzącymi ramionami depresji. To było tuż po jednej z prób, tydzień po tym jak odeszła od niego Żaneta. Wygłupiali się, wzbudzając ogólne zainteresowanie całej grupy. Milena siedziała na dużej kanapie, zabierając się za ciastko, pokryte ogromną ilością bitej śmietany. Rafał z Danielem pod wpływem niewielkiej ilości procentów zabawiali ich, udając rycerzy Jedi i tocząc zacięty pojedynek na miecze świetlne, które z dużym powodzeniem zastępowały im kije od szczotek. Daniel uderzył w Rafała trochę za mocno, co sprawiło, że ten się zachwiał i wpadł na Milenę, która właśnie odpakowała swoje ciastko. Uderzenie w plecy sprawiło, że ta wylądowała nosem w swoim posiłku. Przez dłuższą chwilę panowała kompletna cisza. Nikt nie śmiał się odezwać. Dziewczyna uniosła twarz, ubrudzoną w kremie i bitej śmietanie. Po pomieszczeniu rozległ się dźwięk drewna uderzającego o podłogę. To Daniel upuścił swój kij. Wiedzieli co teraz nastąpi. Znając Milenę, za chwilę powinno rozpętać się piekło. Wyprostowała się, a spod grubej warstwy kremu na jej twarzy przedzierał się wyraz kompletnego zaskoczenia, które powoli zamieniało się w czystą furię.

— Który to zrobił? — wysyczała.

Zarówno Rafał, jak i Daniel skurczyli się w sobie i wycofali nieco w tył. Miła i sympatyczna zazwyczaj dziewczyna, właśnie przeobrażała się w demona.

— Pytałam, który to zrobił?

Reszta zespołu nawet nie próbowała się zaśmiać. Nikomu nie było do śmiechu, nikt nawet nie starał się odezwać. Żaden rozsądny człowiek nie gasi ognia benzyną. Rafał nieśmiało uniósł dłoń i cichym głosem powiedział:

— Ja.

Milena wstała, wycierając twarz chusteczką higieniczną. Podeszła do niego i Rafał zauważył, że bita śmietana znalazła się nawet na jej grzywce. W zakamarkach oprawek, których nie zdołała doczyścić nadal widać było białe pozostałości ciasta. Zaczerwieniła się, wpatrując w niego i na wpół gniewnym, na wpół delikatnym głosem rzuciła:

— Ty debilu! Masz mi odkupić to ciastko!

Wszyscy łącznie z Rafałem przybrali wyraz totalnego osłupienia. Spodziewali się ognistej reprymendy, za włożenie jej twarzy w deser, natomiast ona nakazała mu tylko odkupić ciastko? Jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, gdy tak wpatrywał się w nią z otwartymi ustami.

— Na co się gapisz? — wybąknęła zmieszana.

Jako pierwszy ciszę przerwał Daniel, zanosząc się szczerym i niewymuszonym śmiechem.

— Wyglądasz jak te cukierkowe księżniczki na tortach dla dzieci — śmiał się. — Tylko, że one nie są czterookie.

I to był jeden z największych błędów w jego życiu. Pierwszego ciosu nawet nie zauważył. Zaskoczony zasłaniał się ramionami przed kolejnymi ciosami, które Milena posyłała mu otwartą dłonią po całym ciele. Uciekając przed nią po całym studiu, przepraszał za swoje słowa. Dziewczyna goniąc winowajcę krzyczała na całe gardło:

— Czterooka księżniczka?! Wracaj tu! Idiota! Tak ci nakopię do dupy, że twoja rodzona matka cię nie pozna.

Teraz cała grupa śmiała się już do upadłego. Rafał obserwował całą scenę, podpierając się o kanapę, by nie upaść ze śmiechu. Przebiegając obok stolika, Milena złapała resztę ciastka i gdy w końcu udało się jej dopaść Daniela w kącie pomieszczenia, wysmarowała mu pozostałym deserem całą głowę.

— Kretyn! — warknęła wracając na swoje miejsca, a z oczu sypały jej się iskry.

Daniel ostrożnie podszedł do Rafała.

— Dlaczego to mi się oberwało, skoro to ty zawiniłeś? — pożalił się.

I wtedy na jego twarzy pojawił się wyraz oświecenia.

— Ona na ciebie leci! — rzucił wesoło, jednak gdy zobaczył porażające spojrzenie swojej przyjaciółki, natychmiast wycofał się, by wytrzeć głowę z kremu.

Rafał przyjrzał jej się. Pomimo gniewu, dziewczyna zarumieniła się po uwadze Daniela.

Teraz siedzieli w tym barze, czekając aż Daniel wróci z piwami. Milena wpatrywała się w niego z delikatnym uśmiechem na ustach. Wiedział, że robił wrażenie na kobietach i bez problemu udawało mu się zdobywać te, na które miał ochotę, lecz nie potrafił myśleć o Milenie inaczej, niż tylko jak o przyjaciółce. Domyślał się, że jeśli zdecydowałby się na związek z przyjaciółką, to w razie niepowodzenia, cała ich przyjaźń tego nie przetrwa. Tak samo jak i zespół. Poza tym była jeszcze kwestia tej dziewczyny, którą spotkał dzisiaj rano.

— Poznałem dzisiaj kogoś — zaczął. — A raczej spotkałem.

W oczach Mileny pojawił się dziwny błysk.

— Ach, tak?

Rafał delikatnie skinął głową.

— Dzisiaj rano. Podczas zakupów. Zrobiła na mnie spore wrażenie. Była zjawiskowa. Chciałbym ją jeszcze kiedyś spotkać. Na imię miała Monika. Widziałem ją drugi raz w życiu. Wczoraj widziałem ją z okna.

— Nie zaprosiłeś jej nigdzie?

— Byłem zbyt zaskoczony. Dopiero później uświadomiłem sobie, że nie poprosiłem jej nawet o numer telefonu.

Do stolika wrócił Daniel, niosąc trzy szklanki piwa. Usiadł obok nich i z zadowoloną miną rzucił:

— Opowiada ci o tej lasce?

Dziewczyna potwierdziła.

— Zabujał się od pierwszej chwili. Potrącił ją, a potem stał jak kołek i się tylko w nią wpatrywał.

— Byłem w szoku.

— Tak, tak. Ona też. Gdyby nie moja interwencja, to byś nawet jej nie przeprosił.

— Spadaj. W końcu bym się ocknął.

Milena wpatrywała się w niego dziwnym wzrokiem. Rafał pogrążył się w przyjacielskiej kłótni z Danielem, natomiast ona sama nie wiedziała, co ma robić. Sączyła piwo zastanawiając się nad swoją rolą w jego życiu.


Milena przeglądała strony internetowe o tematyce muzycznej. Szukała ogłoszeń zespołów poszukujących basisty. Jak na złość większość potrzebowała perkusistów i gitarzystów. Bez większej nadziei, odwiedziła jeszcze stronę miasta. I wtedy je zobaczyła. Ogłoszenie dodane przez niejakiego Rafała. Pisał w nim, że wraz z przyjacielem, chcą założyć zespół rockowy o nazwie The Crash. Poszukiwali klawiszowca, basisty oraz drugiego gitarzysty. Z uśmiechem spojrzała na swoją gitarę basową, zawieszoną na ścianie nad łóżkiem. Wdzięcznie prezentowała się na tle kremowej farby ściennej. Yamaha RBX 270 JBL. Jej duma. Nie była to może gitara z najwyższej półki, jednak jej w zupełności wystarczała. Korpus z olchy i klonowy gryf. Idealnie leżała w jej dłoniach. Dwadzieścia cztery progi, na których można było stworzyć prawdziwą magię. I ten czarny, błyszczący lakier. Nigdy nie lubiła wyszukanych kolorów, jeśli chodziło o instrumenty. Gitara, instrumenty perkusyjne czy każdy inny… Dla niej odpowiednim kolorem zawsze była czerń. Sięgnęła po blok samoprzylepnych karteczek i zapisała numer. Zadzwoni od razu, gdy wróci z pracy. Ściągnęła z siebie pidżamę, w której nadal chodziła po domu i ubrała się w czarny T-shirt, na którym znajdowała się nadrukowana pięciolinia z losowo porozrzucanymi nutami. Do tego jeansy i tenisówki. Pracowała w barze na Piotrkowskiej, w którym podawano desery i napoje mleczne. Lubiła swoje obowiązki. Przyjmując zamówienia, obserwowała swoich klientów, którą większą częścią byli studenci i osoby przyjeżdżające do Łodzi w celach służbowych. Wyszła z mieszkania i ruszyła raźno chodnikiem, w kierunku najbliższego przystanku. Po kilku minutach stwierdziła, iż założenie na siebie dzisiaj czerni, było zdecydowanie złym pomysłem. W dniu dzisiejszym, pomimo wczesnej godziny, słońce dawało się mocno we znaki. Bezlitośnie zalewało budzące się do życia łódzkie ulice, swoimi gorącymi promieniami. Wsiadając do autobusu, co chwilę poprawiała okulary, które zjeżdżały po mokrym nosie. Zanotowała sobie w pamięci, żeby odwiedzić optyka. Ostatnio oprawki stały się zbyt luźne i zdarzało się, że opadały z oczu bez większego powodu. Jak zwykle w swojej pracy, zbierała zamówienia, rozmawiała z klientami i współpracownikami. Śmiała się z głupich żartów na zapleczu. Dzień minął szybko i przyjemnie, jednak dosyć często wracała myślami do ogłoszenia. Czyżby w końcu miała wykorzystać swój talent? Gdy tylko wróciła do domu, od razu wyciągnęła z kieszeni spodni komórkę i wybrała zapisany numer. Po kilku sygnałach odezwał się delikatny męski głos:

— Rafał Trzciński, słucham?

— Witam — odpowiedziała. — Nazywam się Milena Krawiecka. Dzwonię w sprawie ogłoszenia. Podobno szukacie członków zespołu rockowego, tak? Czy to aktualne?

— Oczywiście — w głosie mężczyzny usłyszała zainteresowanie. — Na jakim instrumencie grasz?

Bezpośrednie przejście na „ty”. Z jakiegoś powodu jej to nie przeszkadzało. W końcu, jeśli mieli grać w tej samej drużynie, to i tak mówiliby do siebie po imieniu. Poza tym sądząc po głosie byli w podobnym wieku.

— Jestem basistką. Gram na gitarze basowej.

Chłopak się roześmiał.

— Wiem na czym gra basista. Masz jakieś doświadczenie?

Tego pytania obawiała się najbardziej.

— Nie bardzo. Do tej pory grałam sama dla siebie i swojej satysfakcji. Jednak wiele osób twierdzi, że mam prawdziwy talent.

— Rozumiem. Kiedy mogłabyś przyjść na ewentualne przesłuchanie?

Serce jej przyśpieszyło. Był zainteresowany?

— Jeśli masz czas, to jeszcze dziś.

— Osiemnasta?

— Będę.

— Więc jesteśmy umówieni.

Rozłączyli się. Przez chwilę stała z telefonem w dłoni i głową opuszczoną w dół. Po chwili jednak, jakby coś w nią wstąpiło, zaczęła skakać po całym pokoju, wrzeszcząc na całe gardło. Rozpierała ją od środka taka radość, że nie potrafiła jej zatrzymać w sobie. Z mieszkania niżej dobiegło pukanie w sufit. Teraz do niej dotarło jakiego rabanu narobiła. Usiadła na łóżku z ogromnym uśmiechem na twarzy. Nie potrafiła uwierzyć w swoje szczęście. Fakt, jeszcze nie została przyjęta do grupy, jednak była dobrej myśli. Musi się udać.


Tuż przed osiemnastą stanęła przed garażem, w którym byli umówieni. Na plecach miała pokrowiec, w którym skryta była jej gitara basowa. Przyjemny ciężar. Złapała kilka głębokich oddechów i ostrożnie przekroczyła przez uchylone, metalowe wrota. Wnętrze oświetlone było jarzeniową lampą, umieszczoną nad lewą ścianą. Naprzeciw niej, po prawo stało dwóch mężczyzn, obaj oparci o szafkę z narzędziami. Jeden z nich miał długie włosy, związane w kucyk i niezbyt zachęcającą twarz. Wysoki i chudy. Pierwsze, co jej przyszło na myśl, to fakt, iż zapewne nie jest zbyt popularny wśród kobiet. Natomiast ten drugi… Od razu zrobiło jej się miękko na sercu. Krótkie, jasne włosy zaczesane ku górze wraz z grzywką, twarz amerykańskiego idola z zespołów punk rockowych, nie za wysoki — mógł mieć jakiś metr siedemdziesiąt pięć, jednym słowem: przystojny. Nieśmiało stanęła przed nimi, nie wiedząc, gdzie ma podziać wzrok. Nie chciała się zbyt bezczelnie wpatrywać w tego chłopaka.

— Podejrzewam, że to ty jesteś Milena? — zapytał ten brzydszy.

Kiwnęła potwierdzająco głową. Ten przystojny wyraźnie ziewnął.

— Ja mam na imię Daniel, natomiast to jest Rafał. To z nim rozmawiałaś przez telefon.

Dopiero teraz odważyła się umieścić swój wzrok na nim. Z niezbyt dużym zainteresowaniem zmierzył ją od góry do dołu.

— Ok, zobaczmy co potrafisz — rzekł Rafał, pokazując jej przygotowany sprzęt.

Położyła pokrowiec na zagraconym stole i wyciągnęła gitarę, po czym zajęła się podłączeniem. Zżerał ją stres. Nie wiedzieć czemu obecność Rafała tylko go powiększyła. Oni sami usiedli na rozkładanych krzesełkach i przyglądali się jak przygotowuje sprzęt. Przełożyła pasek gitary przez głowę i starając nie patrzeć się na swoich obserwatorów wzięła kilka głębokich oddechów.

— Zżera ją stres — zauważył cicho Daniel.

Rafał kiwnął głową, obserwując uważnie dziewczynę.

— Słyszałam — mruknęła speszona.

Zaśmiali się. Jeszcze jeden głęboki oddech i położyła palce na gryfie, przyciskając struny do progów. Kilka razy uderzyła bez celu w struny, by sprawdzić czy wszystko działa. Gdy tylko usłyszała basowe dźwięki od razu wróciła w nią wiara we własne możliwości. Zaczęła grać intro do kawałka Ozzy’ego Osbourne’a — „Crazy Train”. Już po pierwszych nutach zauważyła, że zrobiła na nich wrażenie. Zwłaszcza na Rafale, który z zaciekawieniem uniósł głowę i z ciekawością śledził jej palce na strunach. Gdy skończyła, postanowiła ich zszokować jeszcze bardziej i od razu, bez zapowiedzi zaczęła grać kolejną linię basową. Pod koniec na twarzach Rafała i Daniela malowało się kompletne osłupienie. Zadowolona z siebie odłożyła basówkę na bok i podeszła do nich. Nie mogła powstrzymać się przed szerokim uśmiechem.

— I jak?

Rafał miał zamyślony wyraz twarzy, natomiast Daniel wypalił bez zastanowienia:

— Szału nie było…

Sama nie wiedziała czemu to zrobiła. Jej pięść poleciała w kierunku jego ramienia, uderzając mocno w kość.

— A to za co? — zapytał, rozcierając ramię i krzywiąc się.

Zaskoczony Rafał zaczął się śmiać.

— Nie wiem jak ty, ale ja jestem za przyjęciem jej.

— W sumie ja też — odpowiedział. — O ile nie będzie więcej mnie bić.

Milena podskoczyła z głośnym piskiem, po czym rzuciła się jednemu i drugiemu na ramiona dziękując. Śmiejąc się, przygotowali dla niej krzesło.

— Powiedz nam coś o sobie — poprosił Rafał.

— No cóż… — zaczęła. — Jestem studentką drugiego roku polonistyki. Pracuję dorywczo. Na basie gram od ukończenia ósmego roku życia. Dostałam pierwszą gitarę pod choinkę od chrzestnego. Od tamtej pory gram do dziś. Uwielbiam muzykę, film, gry i komiksy.

— Kobieta idealna — rzekł Daniel, wlepiając w nią oczy.

Zaśmiała się.

— Nie jesteś w moim typie — odpowiedziała, pokazując mu język.

— A kto by chciał być z taką jędzą — odpowiedział ponownie bez zastanowienia.

— A jaki rodzaj muzyki lubisz najbardziej? — zapytał szybko Rafał, widząc iskry w oczach Mileny.

— Głównie rock. Szeroko rozumiany. Najczęściej jednak słucham j-rocka. Wiecie… ONE OK ROCK, The Gazette, AN CAFE, NoGoD, Screw, Miyavi… Długo by wymieniać.

— J-rock — powtórzył Rafał. — No proszę. Czasem zdarza mi się posłuchać, jednak jakimś wielkim fanem nie jestem. Wolisz bardziej styl indie czy visual kei? Ja zdecydowanie jestem za tym drugim.

— To zależy. Głównie od mojego nastroju. Ale chyba częściej jest to visual kei.

— A jakieś inne zespoły? Spoza Japonii? — wtrącił Daniel.

Milena zamyśliła się.

— Lubię Linkin Park, Nickelback, Seether…

— Czyli tradycyjnie — uśmiechnął się Daniel.

Resztę wieczoru spędzili na rozmawianiu o kierunku, który miałby obrać ich zespół. Doszli do wniosku, że nie chcą zamykać się na jeden konkretny gatunek, a grać to, co będą uważać za dobre. Daniel z Rafałem opowiedzieli jej trochę o sobie. Ucieszyła się, gdy usłyszała, że Rafał nie ma nikogo. Podobał jej się. Chociaż początkowo zrobił na niej wrażenie gbura i kogoś niezbyt miłego, to okazało się, że jest wspaniałym facetem. Jeszcze długo po powrocie do domu wspominała rozmowę z nim, jak i jego samego. Zdecydowanie był facetem, z którym mogłaby się związać. Inny niż reszta. Większość chłopaków, których znała lub z którymi się spotykała, myślała tylko o tym, by zaciągnąć ją do łóżka. Nie chcieli wplątywać się w poważniejsze związki. Byli niedorośli, a w głowie pustki. Często żartowała, że myślą główką, nie głową. To był mężczyzna, na którego czekała. A przynajmniej tak czuła. Gdy udało im się skompletować zespół i zaczęli próby, pewnego dnia przyszedł do garażu i oświadczył, że od dziś może mieć trochę mniej czasu na grę w zespole, ponieważ ma kogoś. Milena poczuła w sobie dziwny ból i uczucie pustki. Jakby ktoś wyrwał z niej fragment jej osoby. Starając się udawać radość, pogratulowała mu poklepując po plecach. Wracając do domu ze smutną miną, pogrążona w ponurych myślach i nie za bardzo wiedząc, co ma ze sobą teraz zrobić, weszła do sklepu monopolowego i kupiła butelkę Malibu. Zadzwoniła do swojej przyjaciółki, która prawie natychmiast do niej przyjechała. Opowiedziała jej o wszystkim. Obie spędziły prawie całą noc na rozmowie i opróżnieniu butelki alkoholu. Przyjaciółka pocieszała ją. Mówiła, że jeszcze nie jeden taki się znajdzie, żeby nie płakała za nim, skoro nie potrafił docenić tak wspaniałej kobiety, którą miał cały czas na wyciągnięcie ręki. Położyła się do łóżka z głową ciężką od drinków i myśli. To nie była prawda, że alkohol pomaga zapomnieć. Wręcz przeciwnie. Wspomnień było o wiele więcej. Odkładając okulary na szafkę przy łóżku, poczuła na policzkach gorące łzy. Po kilku minutach poduszka była już od nich cała mokra. W końcu udało się jej zasnąć, a po przebudzeniu na pościeli nie było nawet śladu po słonych kroplach. Z czasem jej przeszło. Pogodziła się z tym, że Rafał wybrał kogoś innego. Uczucia odżyły w niej na nowo, dopiero gdy dowiedziała się o rozstaniu Rafała ze swoją już wówczas narzeczoną. Ponownie rosła w niej nadzieja. Aż w końcu przyszedł jego kryzys. Gdy dowiedziała się o jego próbie samobójczej, od razu pojechała do szpitala, w którym go zatrzymano. Nie miała odwagi go odwiedzić. Przyglądała się tylko przez otwarte drzwi jak śpi. Wtedy nie było w nim nic z człowieka, którego poznała w garażu Daniela. Wychudzony, blady, jednym słowem cień dawnego siebie. Jednak i tak wiedziała, że jest tym jedynym. Zacisnęła pięści i obiecała sobie, że jeśli wyjdzie z tego, to powie mu co do niego czuje. Cokolwiek się wtedy wydarzy, przyjmie to z godnością. Teraz siedziała naprzeciw niego i znów usłyszała, że ma kogoś innego na oku. Nie wiedziała co ma zrobić. Jeśli był zapatrzony w inną, to czy był sens mówić mu o swoich uczuciach?

— Coś ci jest? — zapytał Daniel, wpatrując się w nią z troską.

— Nie. Nic — uśmiechnęła się do niego. — Zamyśliłam się.

Chłopak pokiwał głową i oświadczył, że musi wyjść do łazienki. Znów zostali sami. Raz się żyje. Postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i powiedzieć jak się sprawy mają. Musi to wiedzieć, nawet jeśli nie będzie zainteresowany związaniem się z nią.


Daniel wszedł do łazienki. Nie wiedział co ma o tym wszystkim sądzić. Nie potrafił ukryć przed samym sobą, że pokochał Milenę. Wiedział o tym już od dawna, jednak dopiero stosunkowo niedawno odważył się do tego przyznać samemu sobie. Już pierwszego dnia, gdy ją zobaczył, jego serce wiedziało, że mogłoby zamieszkać w jej rękach. Później z dnia na dzień coraz bardziej się w niej zakochiwał. Ona jednak wolała Rafała. Zawsze tak było. Gdy obok niego stał przyjaciel, on zawsze odchodził w cień. Za każdym razem dziewczyny widziały tylko Rafała. Żadna nie zwracała uwagi na niego. Przystojny wokalista i gitarzysta dobrze zapowiadającego się zespołu robił na nich większe wrażenie, niż pryszczaty perkusista o urodzie poniżej przeciętnej. Pochylił się nad umywalką, podpierając się rękoma o jej krawędzie i spojrzał na swoją twarz w lustrze. Wiele razy, gdy nocą leżał samotnie w swoim łóżku fantazjował o Milenie. W myślach widział jak leżała obok niego, tuląc się do jego piersi. Widział jak ich usta łączą się w namiętnym pocałunku. I równocześnie wiedział, że te wizje nie wyjdą poza jego wyobraźnie. Nie miał żadnych szans u kobiet takich jak Milena lub ta Monika, którą spotkali rano w sklepie. W sumie podejrzewał, że nie ma szans u żadnej kobiety. Brakowało mu bliskości drugiej osoby. Chciałby w końcu zapełnić tą rozrastającą się w nim pustkę i ból serca. Obmył twarz zimną wodą. Stojąc w kolejce za piwami widział, jak Milena chwyta dłonie Rafała. Z czułością i delikatnością, której jemu nie było dane nigdy zaznać. Widział, jak patrzy na niego z miłością w oczach. Dziewczyna znowu będzie cierpieć. Rafał był ślepcem. Nie widział, że Milena jest w nim zakochana, że robi, co może by zwrócić na siebie jego uwagę. Westchnął i zakręcił kurek kranu. Wrócił do przyjaciół. I wtedy ją zobaczył w tłumie. To była ta dziewczyna.


Monika właśnie pakowała swoje rzeczy do dużej, podróżnej walizki. Jutro z samego rana miała jechać autobusem do domu. Wszak do Aleksandrowa Łódzkiego nie było daleko, lecz nie chciała mieć zmarnowanego dnia. Postanowiła pojechać najwcześniejszym autobusem komunikacji miejskiej, by spokojnie porozmawiać z rodzicami, a potem przez resztę dnia popracować nad licencjatem. Rozległo się pukanie do drzwi jej pokoju.

— Proszę — zawołała, nie przerywając pakowania.

W drzwiach stanęła Kamila. Ubrana w krótką spódniczkę — za krótką jak na taką pogodę — oraz różową bluzkę idealnie pasującą do małej torebki na ramieniu. Uśmiechnęła się do Moniki i powiedziała:

— Idę z przyjaciółkami na piwo. Chcesz się dołączyć?

Monika odwróciła się do współlokatorki.

— Chętnie, ale może innym razem. Muszę się spakować i chciałabym pozaznaczać sobie fragmenty do pracy licencjackiej.

— Daj spokój. Zdążysz. Zabawić się też trzeba. Chodź będzie super.

— No nie wiem…

— Wrócę za dziesięć minut. Bądź gotowa do wyjścia.

Dziewczyna ponownie została sama. Zastanawiała się nad propozycją Kamili. W sumie co jej szkodziło? Wzięła z szafy czyste i świeże ubrania, po czym przebrała się w nie. Nie zamierzała długo z nimi siedzieć. Wróci za jakieś dwie godziny, nawet jeśli jej współlokatorka zostanie dłużej. Wypije jakiegoś drinka, porozmawia z nimi i trochę odpocznie psychicznie od tego wszystkiego. Kamila wróciła, gdy Monika wiązała buty.

— Gotowa?

— Tak.

— Więc chodźmy.

Zeszły po schodach na dół i wyszły z klatki w mrok nocy, rozproszony ulicznymi latarniami. Było cieplej niż przypuszczała. Deszcz przestał padać, a wiatr się uspokoił. Wokół panowała wesoła atmosfera piątkowego wieczoru. Zewsząd docierały do nich radosne rozmowy i śmiechy przyjaciół, którzy wybierali się na imprezę. Kamila wytłumaczyła jej, że wybierają się do mało znanej knajpy na Piotrkowskiej. Twierdziła, iż puszczają tam fajną muzykę i można spotkać wielu ciekawych ludzi. Pod barem mają też dołączyć do nich przyjaciółki Kamili. Wsiadły do autobusu, który był wypchany po brzegi w większości młodymi ludźmi. Czasem poczuła na sobie wzrok jakiegoś chłopaka, czasem zauważyła uśmiech na twarzy innego. Zaczynała się zastanawiać, czy dobrze zrobiła zgadzając się na to wyjście, gdy dobiegł ją głos współlokatorki:

— Może uda ci się coś wyrwać dzisiaj.

Monika spojrzała na Kamilę. Miała poważny wyraz twarzy, jednak w jej oczach można było dostrzec wesołe iskierki, które świadczyły, że koleżanka nie mówi poważnie.

— Całkiem możliwe — odpowiedziała, chcąc kontynuować rozpoczętą grę.

— Jakiegoś wysokiego blondyna o jasnoniebieskich oczach, dobrze zbudowanego, miłego i bogatego — rozmarzyła się Kamila.

— Z własnym mieszkaniem i samochodem — dodała Monika.

— Tak, dokładnie.

Śmiech towarzyszki sprawił, że Kamila zwróciła na nią swoje spojrzenie.

— No co?

— Nie, nic. Przepraszam.

Uśmiechnęła się od ucha do ucha. Wysiadły z autobusu i powoli ruszyły chodnikiem. Na tej najbardziej rozpoznawalnej ulicy w Łodzi właśnie zaczynało się nocne życie. Pomimo nie za dobrej pogody, wiele osób zmierzało w obie strony ulicy.

— To tutaj — wskazała na nierzucający się w oczy, mały bar. Obok wejścia stała grupka dziewczyn, które zaczęły machać im wesoło na przywitanie. Kamila przedstawiła Monikę pozostałym, po czym weszli do ciepłego wnętrza baru. Pierwszym, co uderzyło dziewczynę była grana tutaj muzyka. W większości podobnych przybytków zazwyczaj była to muzyka klubowa, służąca do zabawy i tańca. Tutaj można było usłyszeć rockowe brzmienia. Monika nie miała swojego ulubionego gatunku muzycznego, po prostu słuchała tego, co jej wpadło w ucho. Znała jednak utwór, który właśnie puszczano. Czasem słyszała go w radiu, jednak nie darzyła go jakoś większą sympatią. Happysad wraz ze swoim słynnym „Zanim pójdę”. Skierowała swe kroki za towarzyszkami w stronę baru. Zamówiły na początek po piwie. Usiadły przy stoliku obok kontuaru i pogrążyły się w rozmowie. Starając odpowiadać na pytania, Monika rozglądała się po wnętrzu lokalu. Na ścianach wisiało sporo plakatów, przedstawiających znane zespoły rockowe — zarówno te polskie jak i zagraniczne. Zauważyła też kilka instrumentów muzycznych, które dumnie spoczywały na specjalnych podestach, prezentując swoją szlachetność. Gitara, znowu gitara i kolejna… Wiedziała, że każda z nich jest inna, jednak nie potrafiła jednoznacznie powiedzieć, czym się od siebie różnią. Wiedziała tylko, że jedna z nich jest elektryczna, druga akustyczna (chyba). W pewnym momencie jej wzrok padł na jedną osobę. Siedział przy stoliku z jakąś dziewczyną, która nosiła okulary. Śmiał się z czegoś, co powiedziała jego towarzyszka. Serce zabiło jej mocno. Nie mogła się mylić. To był ten chłopak, którego spotkała rano w sklepie. Tuż obok niego stał pokrowiec na gitarę. A więc grał. Co ma zrobić? Podejść do niego? A jeśli, kobieta, z którą przyszedł jest jego dziewczyną? Wypiła łyk piwa. Jej towarzyszki rozmawiały o czymś wesoło, w ogóle nie zwracając na nią uwagi. Do stolika podszedł jego kolega, z którym był rano w sklepie. Rozejrzał się, a ich spojrzenia się spotkały. Poznał ją. Już nie było odwrotu.


Rafał rozmawiał właśnie z Mileną o planach na przyszłość, gdy Daniel powrócił z toalety. Chwilę stał spoglądając gdzieś w tłum, po czym usiadł obok Rafała. Ten właśnie tłumaczył przyjaciółce, że od jutra będzie szukał nowej pracy. Milena spuściła wzrok, wzięła głęboki oddech i zaczęła:

— Muszę coś ci powiedzieć.

Rafał poczuł natarczywe, delikatne uderzenia łokciem w ramię. Ze zmarszczonym czołem zwrócił uwagę na Daniela, jednocześnie pokazując Milenie, by chwilę zaczekała.

— Co chcesz? — zapytał rozdrażniony.

— Popatrz tam — wskazał głową stolik nieopodal baru.

Chłopak szybkim spojrzeniem przyjrzał się grupce dziewczyn, które tam siedziały. Zauważył ją. To była Monika. Na jej widok serce znowu mu przyśpieszyło, a przez ciało przelała się fala przyjemnego ciepła. Ich spojrzenia się spotkały. Dziewczyna uśmiechnęła się i nieśmiało mu pomachała.

— Milena, czy nasza rozmowa może zostać dokończona później? — zapytał nie odrywając wzroku od Moniki. Nie potrafił się oderwać od jej widoku. Wyglądała jak anioł.

— Oczywiście — odpowiedziała smutnym tonem, widząc na kogo patrzy Rafał.

— Dzięki.

Wstał i podszedł do Moniki. Daniel i Milena zostali sami.

— Wygląda na to, że nasz wokalista znowu się zakochał.

— Tak, dokładnie na to wygląda — zgodziła się smutnie.

Daniel przyjrzał się przyjaciółce. W jej oczach zalśniły łzy. Wiedział, że ponownie cierpi.

— Więc to ona? — zapytała spoglądając na Monikę, która właśnie śmiała się z czegoś, co powiedział Rafał.

Od razu wiedziała, że nie może z nią rywalizować. Dziewczyna była bardzo piękna. Pomimo skromnego ubioru, prezentowała się nadzwyczaj dobrze. Mało tego, skromność na swój sposób dodawała jej piękna. A ona? Różowa koszula w turkusową kratkę i przetarte na kolanach jeansy prezentowały się średnio. Okulary i gęsta grzywka zaczesana na bok nadawały jej wygląd typowej kujonicy. Zwykłego nerda z zadatkami na bycie emo. Westchnęła z całych sił próbując powstrzymać łzy, które cisnęły się do oczu.

— Tak — odpowiedział Daniel. — To Monika, którą spotkaliśmy rano w sklepie. Milena?

Dziewczyna zwróciła swoje oblicze ku niemu, a wtedy zauważył na jej twarzy samotną łzę, która spływała po policzku.

— Przepraszam — mruknęła, wycierając słoną kroplę z twarzy. — To po prostu tak cholernie boli.

Chłopak usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Milena nie protestując, oparła głowę o jego bark. Potrzebowała w tej chwili bliskości drugiej osoby, kogoś kto ją pocieszy, powie, że jeszcze wszystko się ułoży.

— Chcę już iść do domu — stwierdziła, czując łzy, których nie potrafiła już powstrzymywać.

— Jasne. Chodź. Odprowadzę cię.

Wstali. Daniel pomógł założyć jej płaszcz, po czym wyszli na zewnątrz. Po ulicy nadal kręciło się wielu ludzi, jednak gdy tylko znaleźli się w bocznej uliczce, nie mogąc już wytrzymać, wypuściła spod powiek strumyki łez. Chłopak nie wiedział co powinien teraz powiedzieć. Zatrzymał się i przytulił ją do siebie. Wtuliła twarz w jego kurtkę, pozostawiając mokre ślady od łez na rękawie.

— Przepraszam cię — wyłkała. — Nie powinieneś oglądać mnie w takim stanie.

— Nic się nie stało. Mam propozycję. Mieszkam bliżej niż ty. Mam w domu pół litra dobrej whisky. Trochę szkoda, by tak się marnowała. Posiedzimy, wypłaczesz się, napijemy. Prześpisz się u mnie a rano wszystko wróci do normy i zapomnimy o całej sytuacji. Nic tak nie leczy złamanego serca jak kilkuletni alkohol.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.57
drukowana A5
Kolorowa
za 66.23