E-book
4.1
drukowana A5
69.24
Germinal

Bezpłatny fragment - Germinal


Objętość:
612 str.
ISBN:
978-83-8245-494-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 69.24

Część pierwsza

Rozdział I

Po otwartej równinie, pod bezgwiezdnym niebem, ciemnym i gęstym jak atrament, samotnie szedł autostradą z Marchiennes do Montsou, prostą brukowaną drogą o długości dziesięciu kilometrów, przecinającą pola buraków. Nie mógł nawet zobaczyć przed sobą czarnej ziemi, a jedynie ogromny płaski horyzont podmuchów marcowego wiatru, szkwały tak silne jak na morzu i zamarznięte od rozległych mil bagien i nagiej ziemi. Na niebie nie było widać żadnego drzewa, a droga rozwijała się prosto jak molo pośród oślepiającej mgły ciemności.


Mężczyzna wyruszył z Marchiennes około drugiej po południu. Szedł długimi krokami, drżąc pod znoszoną bawełnianą kurtką i sztruksowymi bryczesami. Mała paczuszka zawiązana w kraciastą chusteczkę bardzo go niepokoiła i przyciskał ją do boku, czasem jednym łokciem, czasem drugim, tak że mógł wsunąć do kieszeni dno obu zasuszonych dłoni, które krwawiły pod rzęsami. wiatru. Jedna myśl zapadła mu w głowie — pusta głowa robotnika bez pracy i bez mieszkania — nadzieja, że po wschodzie słońca zimno będzie mniej dotkliwe. Szedł tak przez godzinę, kiedy po lewej stronie, dwa kilometry od Montsou, zobaczył czerwone płomienie, trzy ogniska płonące na świeżym powietrzu i najwyraźniej zawieszone. Na początku zawahał się, na wpół przestraszony. Wtedy nie mógł się oprzeć bolesnej potrzebie rozgrzania dłoni przez chwilę.


Stroma droga prowadziła w dół i wszystko zniknęło. Mężczyzna zobaczył po prawej stronie blachę, ścianę z grubych desek zamykającą się w linii szyn, a po lewej stronie wznosiło się trawiaste zbocze, zwieńczone pomieszanymi szczytami, wizję wioski z niskimi, jednolitymi dachami. Przeszedł około dwustu kroków. Nagle na zakręcie drogi pożary ponownie pojawiły się blisko niego, chociaż nie mógł zrozumieć, jak płonęły tak wysoko na martwym niebie, jak zadymione księżyce. Ale na równej ziemi uderzył go inny widok. Była to ciężka masa, niski stos budynków, z którego wyrastała sylwetka fabrycznego komina; od czasu do czasu w brudnych oknach pojawiały się błyski, pięć lub sześć melancholijnych lampionów wisiało na zewnątrz w ramach z poczerniałego drewna, które niejasno zarysowywały profile gigantycznych scen; i od tego fantastycznego zjawy, utonął w nocy i dymie,


Wtedy mężczyzna rozpoznał jamę. Wróciła jego rozpacz. Co było dobre? Nie będzie pracy. Zamiast odwracać się w stronę budynków, postanowił wreszcie wejść na nasyp, na którym w żelaznych koszach spalono trzy ogniska węglowe, które dawały światło i ciepło do pracy. Robotnicy przy cięciu musieli pracować do późna; nadal wyrzucali bezużyteczne śmieci. Teraz usłyszał, jak lądowniki pchają wozy na scenach. Mógł rozróżnić żywe cienie przewracające się nad tramwajami lub wannami w pobliżu każdego ogniska.


— Dzień dobry — powiedział, podchodząc do jednego z koszy.


Odwracając się plecami do ognia, samochód stał wyprostowany. Był to stary człowiek ubrany w dzianinową fioletową wełnę z czapką ze skóry królika na głowie; podczas gdy jego koń, wielki żółty koń, czekał w bezruchu z kamienia, aż opróżnili sześć pociągów, które narysował. Robotnik zatrudniony przy wywrotce, rudowłosy chudy facet, nie spieszył się; zaspaną ręką nacisnął dźwignię. A w górze wiatr przybrał na sile — lodowaty północny wiatr — a jego potężne, regularne oddechy mijały jak uderzenia kosy.


„Dzień dobry” — odpowiedział starzec. Zapadła cisza. Mężczyzna, który czuł, że ktoś na niego patrzy podejrzliwie, od razu powiedział, jak się nazywa.


— Nazywam się Étienne Lantier. Jestem mechanikiem. Masz tu jakąś pracę?


Płomienie go rozpaliły. Mógł mieć około dwudziestu jeden lat i był bardzo ciemnym, przystojnym mężczyzną, który mimo szczupłych kończyn wyglądał na silnego.


Tak uspokojony samochód pokręcił głową.


— Pracować dla mechanika? Nie, nie! Wczoraj przyjechało dwóch. Nic.


Podmuch uciął ich mowę. Wtedy Étienne zapytał, wskazując na ponury stos budynków u podnóża peronu:


— Otchłań, prawda?


Starzec tym razem nie mógł odpowiedzieć: udusił go gwałtowny kaszel. W końcu odkrztusił, a jego odkrztuszanie pozostawiło czarną plamę na fioletowej ziemi.


— Tak, dół. Voreux. Tam! Osada jest dość blisko.


Z kolei wyciągniętą ręką wskazał w nocy wioskę, której młody człowiek mgliście widział dachy. Ale sześć tramwajów było pustych, a on jechał za nimi, nie strzelając biczem, z nogami zesztywniałymi od reumatyzmu; podczas gdy wielki żółty koń szedł sam, ciągnąc się ciężko między szynami pod wpływem nowego podmuchu, który najeżył się na jego sierść.


Voreux wynurzał się teraz z mroku. Étienne, który zapomniał się przed piecem, rozgrzewając swoje biedne, krwawiące ręce, rozejrzał się i zobaczył każdą część dołu: szopę zasypaną przesiewami, ramę studzienki, obszerną komorę maszyny do nawijania, kwadratową wieżyczkę pompa wydechowa. Wydawało mu się, że ten dół, spiętrzony na dnie zagłębienia, z przysadzistymi ceglanymi budynkami, unoszący komin jak groźny róg, ma złowrogą minę żarłocznej bestii przyczajonej tam, by pożreć ziemię. Badając to, pomyślał o sobie, o swojej włóczęgowskiej egzystencji przez te osiem dni, kiedy szukał pracy. Ponownie zobaczył siebie w swoim warsztacie na kolei, zadającego cios swojemu brygadziście, pędzonemu z Lille, pędzonym zewsząd. W sobotę przybył do Marchiennes, gdzie powiedzieli, że w Kuźniach będzie praca, i nie było nic, ani w kuźniach, ani w Sonneville. Niedzielę musiał spędzić ukryty pod drewnem dziedzińca wózkarza, z którego stróż właśnie go wypędził o drugiej nad ranem. Nie miał nic, ani grosza, ani nawet skórki; co powinien zrobić, włócząc się po drogach bez celu, nie wiedząc, gdzie schronić się przed wiatrem? Tak, z pewnością był to dół; sporadyczne latarnie oświetlały plac; Drzwi, które nagle się otworzyły, pozwoliły mu dostrzec piece w jasnym świetle. Mógł wytłumaczyć nawet ucieczkę pompy, ten gruby, długi oddech, który trwał bez przerwy i który wydawał się być utrudnionym oddychaniem potwora. Niedzielę musiał spędzić ukryty pod drewnem dziedzińca wózkarza, z którego stróż właśnie go wypędził o drugiej nad ranem. Nie miał nic, ani grosza, ani nawet skórki; co powinien zrobić, włócząc się po drogach bez celu, nie wiedząc, gdzie schronić się przed wiatrem? Tak, z pewnością był to dół; sporadyczne latarnie oświetlały plac; Drzwi, które nagle się otworzyły, pozwoliły mu dostrzec piece w jasnym świetle. Mógłby wyjaśnić nawet ucieczkę pompy, ten gruby, długi oddech, który trwał bez przerwy i który wydawał się być utrudnionym oddychaniem potwora. Niedzielę musiał spędzić ukryty pod drewnem dziedzińca wózkarza, z którego stróż właśnie go wypędził o drugiej nad ranem. Nie miał nic, ani grosza, ani nawet skórki; co powinien zrobić, włócząc się po drogach bez celu, nie wiedząc, gdzie schronić się przed wiatrem? Tak, z pewnością był to dół; sporadyczne latarnie oświetlały plac; Drzwi, które nagle się otworzyły, pozwoliły mu dostrzec piece w jasnym świetle. Mógł wytłumaczyć nawet ucieczkę pompy, ten gruby, długi oddech, który trwał bez przerwy i który wydawał się być utrudnionym oddychaniem potwora. błąka się po drogach bez celu, nie wiedząc, gdzie schronić się przed wiatrem? Tak, z pewnością był to dół; sporadyczne latarnie oświetlały plac; Drzwi, które nagle się otworzyły, pozwoliły mu dostrzec piece w jasnym świetle. Mógł wytłumaczyć nawet ucieczkę pompy, ten gruby, długi oddech, który trwał bez przerwy i który wydawał się być utrudnionym oddychaniem potwora. błąka się po drogach bez celu, nie wiedząc, gdzie schronić się przed wiatrem? Tak, z pewnością był to dół; sporadyczne latarnie oświetlały plac; Drzwi, które nagle się otworzyły, pozwoliły mu dostrzec piece w jasnym świetle. Mógłby wyjaśnić nawet ucieczkę pompy, ten gruby, długi oddech, który trwał bez przerwy i który wydawał się być utrudnionym oddychaniem potwora.


Robotnik, wyprostowany plecami do przechylanej kołyski, nawet nie spojrzał na Étienne’a, a ten miał właśnie podnieść swoje zawiniątko, które spadło na ziemię, kiedy skurcz kaszlu oznajmił powrót karmana. Powoli wynurzył się z ciemności, a za nim żółty koń ciągnący sześć kolejnych załadowanych tramwajów.


— Czy w Montsou są fabryki? — zapytał młody człowiek.


Starzec odkrztusił się, po czym odpowiedział na wietrze:


— Och, to nie brakuje fabryk. Powinienem był to zobaczyć trzy, cztery lata temu. Wszystko wtedy huczało. Nie było dość ludzi; nigdy nie było takich zarobków. A teraz znowu zaciskają brzuchy. Nic oprócz nędza w kraju, wszyscy są odesłani, warsztaty zamykane jeden po drugim. Może to nie wina cesarza, ale dlaczego miałby jechać i walczyć w Ameryce? Nie licząc, że bestie umierają na cholerę, jak ludzie.”


Potem, w krótkich zdaniach iz przerwanym oddechem, obaj dalej narzekali. Étienne opowiedział o swoich próżnych wędrówkach z ostatniego tygodnia: czy w takim razie trzeba umrzeć z głodu? Wkrótce drogi będą pełne żebraków.


„Tak” — powiedział starzec — „to źle się skończy, bo Bóg nie pozwala wyrzucić tak wielu chrześcijan na ulicę”.


„Nie mamy codziennie mięsa”.


„Ale gdyby ktoś miał chleb!”


„To prawda, gdyby ktoś miał tylko chleb”.


Ich głosy ucichły, podmuchy wiatru niosły słowa w melancholijnym wycie.


„Tutaj!” ponownie zaczął bardzo głośno samochód, kierując się na południe. — Tam jest Montsou.


Wyciągając ponownie rękę, wskazał na niewidoczne plamy w ciemności, kiedy je nazywał. Poniżej, w Montsou, cukrownia Fauvelle nadal działała, ale cukrownia Hoton właśnie odprawiała ręce; był tylko młyn do mąki Dutilleul i trasa linowa Bleuze dla kabli kopalnianych, która utrzymywała się. Następnie dużym gestem wskazał północną połowę horyzontu: warsztaty Sonneville nie otrzymały dwóch trzecich ich zwykłych zamówień; paliły się tylko dwa z trzech wielkich pieców Marchiennes Forges; wreszcie w hucie szkła Gagebois groził strajk, bo mówiono o obniżce płac.


„Wiem, wiem” — odpowiadał młody człowiek przy każdym wskazaniu. „Byłem tam.”


„U nas tu teraz dzieje się teraz” — dodał Carman; „ale kopalnie zmniejszyły swoją wydajność. I patrz obok, w Victoire są też tylko dwie baterie pieców koksowniczych”.


Wykrztusił i ruszył za swoim śpiącym koniem, po zaprzęgnięciu go do pustych tramwajów.


Teraz Étienne mógł nadzorować cały kraj. Ciemność pozostała głęboka, ale ręka starca niejako wypełniła ją wielkimi nieszczęściami, które młody człowiek odczuwał w tej chwili nieświadomie wokół siebie wszędzie w bezkresnym obszarze. Czyż to nie okrzyk głodu, że marcowy wiatr przetoczył się przez tę nagą równinę? Szkwały były wściekłe: wydawało się, że przyniosły śmierć pracy, głód, który zabiłby wielu ludzi. I błądzącymi oczami próbował przebić cienie, dręczony od razu pożądaniem i strachem przed wzrokiem. Wszystko było ukryte w nieznanych głębinach ponurej nocy. Dostrzegł tylko, bardzo daleko, wielkie piece i piece koksownicze. Ci drudzy, z setkami kominów posadzonych ukośnie, tworzyli linie czerwonego płomienia; podczas gdy dwie wieże, bardziej na lewo, płonęły błękitem na tle pustego nieba, jak gigantyczne pochodnie. Przypominało to melancholijną pożogę. Na groźnym horyzoncie nie wzniosły się żadne inne gwiazdy, z wyjątkiem nocnych pożarów w krainie węgla i żelaza.


— Może należysz do Belgii? ponownie zaczął samochód, który wrócił za Étienne.


Tym razem przywiózł tylko trzy tramwaje. Te przynajmniej można było przewrócić; wypadek, który przydarzył się klatce, czyli złamana nakrętka, przestał działać na dobry kwadrans. Na dnie nasypu panowała cisza; lądowniki nie wstrząsały już scenami z przedłużającą się wibracją. Z dołu słychać było tylko odległy dźwięk uderzającego młotka w żelazną płytę.


„Nie, pochodzę z Południa” — odpowiedział młody człowiek.


Robotnik po opróżnieniu tramwajów usiadł na ziemi, zadowolony z wypadku, zachowując dziką ciszę; po prostu podniósł swoje duże, zamglone oczy na samochód, jakby zirytowany tyloma słowami. Ten ostatni rzeczywiście zazwyczaj nie mówił tak długo. Twarz nieznanego mężczyzny musiała go zadowolić, że jedno z tych swędzeń powinno go zabrać ze względu na pewność siebie, która czasami sprawia, że starzy ludzie mówią głośno, nawet gdy są sami.


„Należę do Montsou,” powiedział, „Nazywam się Bonnemort”.


„Czy to pseudonim?” — zapytał zdumiony Étienne.


Starzec skrzywił się z satysfakcji i wskazał na Voreux:


— Tak, tak; trzykrotnie wyciągnęli mnie z tego, podartego na strzępy, raz z poparzonymi wszystkimi włosami, raz z żołądkiem pełnym ziemi, a innym razem z brzuchem spuchniętym od wody jak żaba. A potem, kiedy zobaczyli, że nic mnie nie zabije, nazwali mnie Bonnemort dla żartu.”


Jego radość wzrosła, jak skrzypienie źle nasmarowanego koła pasowego, a skończyła się degeneracją w straszliwy skurcz kaszlu. Ognisty kosz teraz wyraźnie oświetlał jego wielką głowę, z rzadkimi siwymi włosami i płaską, siną twarzą, poplamioną niebieskawymi plamami. Był niski, z ogromną szyją, wystającymi łydkami i piętami oraz długimi ramionami, z masywnymi dłońmi opadającymi na kolana. Zresztą, podobnie jak jego koń, który stał nieruchomo, nie cierpiąc wiatru, wydawał się być z kamienia; nie wydawał się czuć ani zimna, ani podmuchów, które świszczały mu w uszach. Kiedy kaszlnął, jego gardło rozdarło głębokie chrapanie; splunął w stopę kosza i ziemia była poczerniała.


Étienne spojrzał na niego i na ziemię, którą w ten sposób zabrudził.


„Czy długo pracujesz w kopalni?”


Bonnemort rozłożył obie ręce.


„Długo? Myślę, że tak. Nie miałem ośmiu lat, kiedy zszedłem do Voreux, a teraz mam pięćdziesiąt osiem. Rozumiem to! Byłem tam wszystkim; najpierw trammer, potem putter, kiedy miałem siłę na kołach, potem pikinier przez osiemnaście lat, a potem, z powodu moich przeklętych nóg, wsadzili mnie w rąbanie ziemi, aby pochylić się i łatać, aż musieli mnie wychować, bo lekarz powiedział, żebym tam został na stałe. A potem, po pięciu latach, zrobili ze mnie karma. Ech? W porządku — pięćdziesiąt lat w kopalni, czterdzieści pięć na dole.


Kiedy mówił, odłamki płonącego węgla, które od czasu do czasu spadały z kosza, oświetlały jego bladą twarz swoim czerwonym odbiciem.


— Mówią mi, żebym odpoczął — ciągnął — ale nie zamierzam, nie jestem taki głupi. Mogę wytrzymać jeszcze dwa lata, do sześćdziesiątki, żeby dostać emeryturę jednego sto osiemdziesiąt franków. Gdybym dziś życzył im dobrego wieczoru, daliby mi sto pięćdziesiąt na raz. Są przebiegłymi, żebrakami. Poza tym jestem zdrowy, z wyjątkiem nóg. Widzisz, to woda, która ma dostałem się pod skórę przez to, że zawsze byłem mokry w sadzonkach. Są dni, kiedy nie mogę ruszyć łapą bez krzyku”.


Ponownie przerwał mu skurcz kaszlu.


— I to sprawia, że kaszlesz tak? powiedział Étienne.


Ale energicznie potrząsnął głową. Wtedy, kiedy mógł mówić:


— Nie, nie! Miesiąc temu przeziębiłem się. Nigdy nie kaszlałem; teraz nie mogę się go pozbyć. A dziwne jest to, że pluję, pluję…


Znowu usłyszał chrapanie w gardle, po którym nastąpiło czarne odkrztuszanie.


„Czy to krew?” — zapytał Étienne, w końcu odważywszy się go przesłuchać.


Bonnemort powoli wytarł usta wierzchem dłoni.


— To węgiel. Mam dość tuszy, żeby mnie ogrzać, aż umrę. A minęło pięć lat, odkąd postawiłem stopę poniżej. Wygląda na to, że przechowałem go, nie wiedząc o tym; utrzymuje cię przy życiu!


Zapadła cisza. Odległy młot uderzał regularnymi uderzeniami w dół, a wiatr przeszedł z jękiem, jak krzyk głodu i zmęczenia dochodzący z głębin nocy. Zanim płomienie przygasły, starzec szedł cicho, ponownie przeżuwając swoje dawne wspomnienia. Ach, z pewnością: to nie wczoraj on i jego zaczęli walić w szew. Rodzina pracowała dla przedsiębiorstwa górniczego Montsou od samego początku, czyli dawno temu, sto sześć lat temu. Jego dziadek, Guillaume Maheu, wówczas piętnastoletni jeż, znalazł bogaty węgiel w Réquillart, pierwszej kopalni Firmy, starej opuszczonej kopalni, która dziś znajduje się poniżej, w pobliżu cukrowni Fauvelle. Wiedział o tym cały kraj, a na dowód, znaleziony szew nazwano Guillaume, od imienia jego dziadka. Nie znał go — mówiono, że był to wielki facet bardzo silny, który zmarł ze starości w wieku sześćdziesięciu lat. Potem jego ojciec, Nicolas Maheu, nazwał Le Rouge, gdy zaledwie czterdzieści lat zmarł w wykopywanym w tym czasie dole: obsunięcie się ziemi, całkowite zsuwanie się, a skała wypiła jego krew i połknęła jego kości. Dwaj jego wujowie i trzej bracia później również zostawili tam swoje skóry. On, Vincent Maheu, który wyszedł prawie cały, z wyjątkiem tego, że jego nogi były raczej trzęsące się, był postrzegany jako wiedzący facet. Ale co można było zrobić? Trzeba pracować; pracowało się tu od ojca do syna, tak jak przy czymkolwiek innym. Jego syn, Toussaint Maheu, pracował tam teraz na śmierć, jego wnukowie i wszyscy jego ludzie, którzy mieszkali naprzeciwko w osadzie. Sto sześć lat górnictwa, młodzi po starych, dla tego samego mistrza. Ech? było wielu burżuazji, którzy nie potrafili tak dobrze oddać swojej historii!


— W każdym razie, kiedy się wystarczy! mruknął ponownie Étienne.


— To właśnie mówię. Dopóki ma się chleb do jedzenia, można żyć.


Bonnemort milczał; a jego oczy zwróciły się w stronę osady, gdzie po kolei pojawiały się światła. W wieży Montsou uderzyła godzina czwarta i mróz stał się ostrzejszy.


„A czy twoja firma jest bogata?” — zapytał Étienne.


Starzec wzruszył ramionami, a potem pozwolił im spaść, jakby przytłoczony lawiną złota.


„Ach, tak! Ach, tak! Może nie tak bogaty jak jej sąsiad, Kompania Anzin. Ale miliony i miliony jednakowo. Nie mogą tego policzyć. Dziewiętnaście dołów, trzynaście w pracy, Voreux, Victoire, Crévecœur, Mirou, St. Thomas, Madeleine, Feutry-Cantel i jeszcze więcej, i sześć do pompowania lub wentylacji, jak Réquillart. Dziesięć tysięcy pracowników, koncesje sięgające ponad sześćdziesięciu siedmiu gmin, produkcja pięciu tysięcy ton dziennie, kolej dołączając do wszystkich boksów, warsztatów i fabryk! Ach, tak! ach, tak! Tam są pieniądze!”


Kołysanie tramwajów na scenach sprawiło, że wielki żółty koń nadstawił mu uszu. Najwyraźniej klatka została naprawiona poniżej, a lądowniki znów musiały działać. Kiedy zaprzęgał swoją bestię do ponownego zejścia, karman dodał łagodnie, zwracając się do konia:


— Nie mam zamiaru gadać, leniwy na nic! Gdyby Monsieur Hennebeau wiedział, jak marnujesz czas!


Étienne w zamyśleniu spojrzał w noc. On zapytał:


— A więc monsieur Hennebeau jest właścicielem kopalni?


„Nie” — wyjaśnił starzec — „Monsieur Hennebeau jest tylko dyrektorem generalnym; zarabia tak samo jak my”.


Młody człowiek gestem wskazał w ciemność.


— W takim razie do kogo to wszystko należy?


Ale Bonnemort był przez chwilę tak zduszony nowym i gwałtownym skurczem, że nie mógł złapać oddechu. Potem, odkrztusił się i otarł z ust czarną pianę, odpowiedział na wietrze:


„Eh? Wszystko, do czego należy? Nikt nie wie. Do ludzi”.


I ręką wskazał w ciemności na niejasne miejsce, nieznane i odległe miejsce, zamieszkane przez ludzi, dla których Maheus wbijał się w pokład od ponad wieku. Jego głos przybrał ton religijnego podziwu; to było tak, jakby mówił o niedostępnym przybytku zawierającym nasyconego i przykucniętego boga, któremu oddali całe swoje ciało i którego nigdy nie widzieli.


„W każdym razie, jeśli uda się dostać dość chleba do jedzenia” — powtórzył Étienne po raz trzeci, bez widocznej zmiany.


— Rzeczywiście, tak; gdybyśmy zawsze mogli dostać chleb, byłby zbyt dobry.


Koń ruszył; samochód z kolei zniknął wraz z krokiem inwalidy. W pobliżu przechylanej kołyski robotnik nie poruszył się, zebrał się w kłębek, chowając brodę między kolanami, z wielkimi mrocznymi oczami utkwionymi w pustce.


Étienne, kiedy podniósł swoje zawiniątko, nadal pozostał w tym samym miejscu. Poczuł, jak podmuchy zamrażają mu plecy, podczas gdy jego pierś płonęła przed wielkim ogniem. Być może mimo wszystko byłoby dobrze, gdyby zapytał w dole, stary człowiek mógłby nie wiedzieć. Potem zrezygnował; przyjąłby każdą pracę. Dokąd ma się udać i co się z nim stanie w tym głodnym z braku pracy kraju? Czy musi zostawić swoje zwłoki za ścianą, jak zagubiony pies? Ale niepokoiła go jedna wątpliwość, strach przed Voreux pośrodku tej płaskiej równiny, utonął w tak gęstej nocy. Przy każdym podmuchu wiatr zdawał się wzmagać, jakby wiał z coraz szerszego horyzontu. Żaden świt nie wybielił martwego nieba. Same wielkie piece płonęły, a piece koksowe, sprawiając, że ciemność stała się bardziej czerwona, nie oświetlając nieznanego. A Voreux, na dnie swojej dziury,

Rozdział II

Pośrodku pól pszenicy i buraków osada Deux-Cent-Quarante spała pod czarną nocą. Można było niejasno rozróżnić cztery ogromne bloki małych domów, ustawione tyłem do siebie, baraki lub bloki szpitalne, geometryczne i równoległe, oddzielone trzema dużymi alejami, które były podzielone na ogrody jednakowej wielkości. A na równinie pustyni słychać było tylko jęk szkwałów przez połamane kraty ogrodzeń.


W domu Maheusów pod numerem 16 w drugim bloku nic się nie ruszało. Pojedyncze pomieszczenie zajmujące pierwsze piętro tonęło w gęstej ciemności, która zdawała się przytłaczać swym ciężarem sen istot, które czuło się, że są w masie, z otwartymi ustami, ogarniętymi zmęczeniem. Pomimo przenikliwego mrozu na zewnątrz, w ciężkim powietrzu unosił się żywy upał, ta gorąca duszność nawet najlepiej utrzymanych sypialni, zapach ludzkiego bydła.


Zegar w pokoju na parterze wybił godzinę czwartą, ale jeszcze nic się nie poruszyło; jeden słyszał ciche oddechy, którym towarzyszyły dwie serie donośnych chrapań. I nagle Catherine wstała. W swoim znużeniu, jak zwykle, policzyła cztery pociągnięcia podłogi, nie mając siły, by się całkowicie obudzić. Potem, wyrzucając nogi spod pościeli, pomacała, w końcu zapaliła zapałkę i zapaliła świecę. Ale ona nadal siedziała, z głową tak ciężką, że opadła z powrotem między ramiona, próbując wrócić do stołu.


Teraz świeca oświetliła pokój, kwadratowy pokój z dwoma oknami i trzema łóżkami. Widać było szafkę, stół i dwa stare krzesła z orzecha włoskiego, których przydymiony odcień tworzył twarde, ciemne plamy na ścianach, pomalowane na jasnożółty kolor. I nic więcej, tylko ubrania zawieszone na gwoździach, dzbanek postawiony na podłodze i czerwona patelnia, która służyła jako miska. W łóżku po lewej stronie, Zacharie, najstarszy, dwudziestoletni młodzieniec, spał ze swoim bratem Jeanlinem, który skończył jedenastą klasę; w prawym łóżku dwóch jeżowców, Lénore i Henri, pierwsze sześć lat, drugie cztery, spały w swoich ramionach, podczas gdy Catherine dzieliła trzecie łóżko ze swoją siostrą Alzire, tak małą jak na dziewięć lat, że Catherine nie chciała czułem ją blisko niej, gdyby nie garb małego kaleki, który wciskał się w jej bok. Szklane drzwi były otwarte; można było dostrzec hol podestu, rodzaj wnęki, w której ojciec i matka zajmowali czwarte łóżko, przy którym musieli ustawić kołyskę ostatniej przybyłej Estelle, mającej zaledwie trzy miesiące.


Jednak Catherine podjęła desperacki wysiłek. Przeciągnęła się, poruszyła dwiema dłońmi w rudych włosach, które pokrywały jej czoło i szyję. Szczupła jak na piętnaście lat, wszystko, co pokazywało jej kończyny poza wąską pochwą jej koszulki, to jej niebieskawe stopy, jakby wytatuowane węglem, i jej drobne ramiona, których mleczna biel kontrastowała z ziemistym odcieniem jej twarzy, już zepsuty przez ciągłe mycie czarnym mydłem. Ostateczne ziewnięcie otworzyło jej dość duże usta wspaniałymi zębami na tle chlorotycznej bladości dziąseł; podczas gdy jej szare oczy płakały w walce ze snem, z wyrazem bolesnego niepokoju i zmęczenia, które zdawały się rozprzestrzeniać po całym jej nagim ciele.


Ale z podestu dobiegł warknięcie i gruby głos Maheu jąkał;


— Diabeł, weź to! Już czas. Czy to ty zapalasz, Catherine?


— Tak, ojcze, właśnie uderzył w dół.


— W takim razie szybko, leniwie. Gdybyś mniej tańczył w niedzielę, obudziłbyś nas wcześniej. Wspaniałe leniwe życie!


I dalej narzekał, ale wrócił mu sen. Jego wyrzuty były zdezorientowane i gasły w nowym chrapaniu.


Młoda dziewczyna w koszuli, z nagimi stopami na podłodze, poruszała się po pokoju. Przechodząc obok łóżka Henriego i Lénore’a, odłożyła na miejsce narzutę, która się zsunęła. Nie obudzili się, zagubieni w mocnym śnie dzieciństwa. Alzire, z otwartymi oczami, bez słowa odwróciła się, by zająć ciepłe miejsce swojej starszej siostry.


— Mówię teraz, Zacharie — a ty, Jeanlin; mówię, teraz! — powtórzyła Katarzyna, stojąc przed swoimi dwoma braćmi, którzy wciąż tarzali się z nosami w poduszce.


Musiała chwycić starszego za ramię i potrząsnąć nim; potem, kiedy mruczał obelgi, przyszło jej do głowy, by je odkryć, wyrywając prześcieradło. Wydało jej się to zabawne i zaczęła się śmiać, gdy zobaczyła dwóch chłopców walczących z nagimi nogami.


— Głupcze, zostaw mnie w spokoju — warknął Zacharie w złym humorze, siadając. — Nie lubię sztuczek. Dobry Boże! Powiedz, że czas wstawać?


Był szczupły i słabo zbudowany, miał długą twarz i brodę, na której widać było ślady wyrastającej brody, żółte włosy i anemiczną bladość, która należała do całej jego rodziny.


Koszula podwinęła mu się do brzucha i opuścił ją nie ze skromności, ale dlatego, że nie było mu ciepło.


„Uderzył na dół” — powtórzyła Catherine; „Chodź! Wstań! Ojciec jest zły”.


Jeanlin, który się zwinął, zamknął oczy, mówiąc: „Idź i powiesić się; idę spać”.


Znowu się zaśmiała, jak śmiech dobrodusznej dziewczyny. Był tak mały, jego kończyny tak cienkie, z ogromnymi stawami, powiększonymi skrofulami, że wzięła go w ramiona. Ale on się kręcił, jego małpa twarz, blada i pomarszczona, z zielonymi oczami i wielkimi uszami, pobladła z wściekłości słabości. Nic nie powiedział, ugryzł ją w prawą pierś.


„Beastly man!” mruknęła, powstrzymując płacz i kładąc go na podłodze.


Alzire milczała, z prześcieradłem pod brodą, ale już nie poszła spać. Spojrzeniem inteligentnego kaleki podążała za siostrą i dwoma braćmi, którzy teraz się ubierano. Wokół patelni wybuchła kolejna kłótnia, chłopcy popędzili młodą dziewczynę, ponieważ tak długo się myła. Wokół latały koszule: a gdy jeszcze na wpół zasypiały, uspokajały się bez wstydu, ze spokojną satysfakcją miotu szczeniąt, które dorastały razem. Catherine była gotowa pierwsza. Włożyła bryczesy górnika, potem płócienną kurtkę i zapięła niebieską czapkę na splątane włosy; w tych czystych poniedziałkowych ubraniach wyglądała jak mały człowieczek; nie pozostało nic, co wskazywałoby na jej płeć, z wyjątkiem lekkiego przechylenia bioder.


— Kiedy starzec wróci — powiedział złośliwie Zacharie — będzie chciał znaleźć niepościelone łóżko. Wiesz, że powiem mu, że to ty.


Starcem był dziadek Bonnemort, który pracując w nocy, spał w dzień, tak aby w łóżku nigdy nie było zimno; zawsze ktoś tam chrapał. Nie odpowiadając, Catherine zabrała się za ułożenie pościeli i ułożenie jej. Ale w ostatnich chwilach za ścianą w sąsiednim domu dobiegały odgłosy. Te ceglane budynki, ekonomicznie wzniesione przez Kompanię, były tak cienkie, że słychać było przez nie najmniejszy oddech. Więźniowie mieszkali tam, łokcie w łokieć, od jednego końca do drugiego; i żaden fakt z życia rodzinnego nie pozostawał ukryty, nawet przed młodymi. Po schodach wdarł się ciężki stopień; potem nastąpił rodzaj miękkiego upadku, po którym nastąpiło westchnienie satysfakcji.


„Dobry!” — powiedziała Catherine. „Levaque upadł, a Bouteloup przybył, by dołączyć do kobiety Levaque”.


Jeanlin uśmiechnęła się; nawet oczy Alzire błyszczały. Każdego ranka wyśmiewali się z gospodarstwa trzech sąsiadów, pikiniera, który zakwaterował robotnika w wycince, zgodnie z umową, która dawała kobiecie dwóch mężczyzn, jednego w nocy, drugiego w dzień.


„Filomena kaszle” — zaczęła ponownie Catherine, po wysłuchaniu.


Mówiła o najstarszej Levaque, dużej dziewiętnastoletniej dziewczynie i kochance Zachariego, z którą miała już dwoje dzieci; jej klatka piersiowa była tak delikatna, że była tylko przesiewaczem w jamie, nigdy nie będąc w stanie pracować poniżej.


— Puchatek! Philoméne! — odpowiedział Zacharie. — Bardzo jej zależy, śpi. Śpiąca jest do szóstej.


Zakładał spodnie, kiedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł i otworzył okno. Na zewnątrz, w ciemności, osada budziła się, światła świeciły jeden po drugim między listwami okiennic. I był inny spór: wychylił się, aby zobaczyć, czy nie widzi, wychodząc z naprzeciwka Pierrona, kapitana Voreux, który został oskarżony o spanie z kobietą Pierron, podczas gdy jego siostra wołała go, że od wczoraj mąż był na dziennym dyżurze i że z pewnością Dansaert nie mógł tam spać tej nocy. Podczas gdy powietrze weszło lodowatym powiewem, oboje, wpadając w złość, utrzymywali prawdę o swoich własnych informacjach, dopóki nie wybuchły krzyki i łzy. To była Estelle w kołysce, poirytowana zimnem.


Maheu obudził się nagle. Co w takim razie dostał w kości? Tutaj znowu zamierzał zasnąć jak na nic. I przysiągł tak energicznie, że dzieci uspokoiły się. Zacharie i Jeanlin skończyli pranie z powolnym zmęczeniem. Alzire, ze swoimi dużymi, otwartymi oczami, nieustannie się gapiła. Dwaj młodzi, Lénore i Henri, trzymający się w ramionach, nie poruszyli się, oddychając tak samo cicho pomimo hałasu.


„Catherine, daj mi świecę” — zawołał Maheu.


Skończyła zapinać kurtkę i zaniosła świecę do szafy, zostawiając braci, by szukali swoich ubrań przy świetle wpadającym przez drzwi. Jej ojciec wyskoczył z łóżka. Nie zatrzymała się, ale zeszła na dół w swoich grubych wełnianych pończochach, szukając jej drogi, i zapaliła kolejną świecę w salonie, aby przygotować kawę. Wszystkie saboty rodziny były pod kredensem.


— Czy będziesz cicho, robactwo? zaczął Maheu, znowu zirytowany krzykami Estelle, które wciąż trwały.


Był niski, jak stary Bonnemort i przypominał go, ze swoją silną głową, płaską, bladą twarzą i bardzo krótko ściętymi żółtymi włosami. Dziecko krzyczało bardziej niż kiedykolwiek, przestraszone tymi wielkimi wiązanymi ramionami, które trzymano nad nią.


— Zostaw ją w spokoju, wiesz, że nie będzie spokojna — powiedziała jego żona, przeciągając się na środku łóżka.


Właśnie się obudziła i narzekała, jak obrzydliwe było to, że nigdy nie skończyła nocy. Czy nie mogli odejść cicho? Pochowana w ubraniu pokazywała tylko swoją pociągłą twarz z dużymi rysami ciężkiej urody, zniekształconą już w wieku trzydziestu dziewięciu lat przez jej nędzne życie i siedmioro dzieci, które urodziła. Z oczami w suficie mówiła powoli, podczas gdy jej mężczyzna się ubierał. Oboje przestali słyszeć malutką, która dusiła się krzykiem.


„Ech? Wiesz, że nie mam ani grosza, a to dopiero poniedziałek: jeszcze sześć dni przed końcem dwóch tygodni. To nie może trwać. Wy wszyscy przynieście tylko dziewięć franków. kontynuować? Jest nas dziesięciu w domu.”


„Och! 9 franków!” zawołał Maheu. — Ja i Zacharie trzy: to daje sześć, Catherine i ojciec, dwa: to daje cztery: cztery i sześć, dziesięć, a Jeanlin jeden, czyli jedenaście.


— Tak, jedenaście, ale są niedziele i dni wolne. Wiesz, nigdy więcej niż dziewięć.


Nie odpowiedział, zajęty szukaniem w ziemi swojego skórzanego paska. Potem powiedział, wstając:


— Nie mogę narzekać. Brzmię jednakowo. Więcej niż jeden w wieku czterdziestu dwóch lat jest poddawany łataniu.


— Może, staruszku, ale to nie daje nam chleba. Skąd mam go wziąć, co? Nie masz nic?


„Mam dwa miedziaki.”


— Zatrzymaj je na pół litra. Dobry Boże! Skąd mam to wziąć? Sześć dni! To się nigdy nie skończy. Jesteśmy winni sześćdziesiąt franków Maigrat, który wyrzucił mnie z domu przedwczoraj. To nie przeszkodzi że nie pójdę go znowu zobaczyć. Ale jeśli on nadal będzie odmawiał…


Maheude mówiła dalej swoim melancholijnym głosem, nie ruszając głową, tylko od czasu do czasu zamykając oczy w słabym świetle świecy. Powiedziała, że szafka jest pusta, maluchy proszą o chleb i masło, nawet kawa jest gotowa, a woda wywołuje kolkę, a długie dni mijały w oszukiwaniu głodu gotowanymi liśćmi kapusty. Była zmuszona stopniowo podnosić głos, bo krzyki Estelle zagłuszyły jej słowa. Te krzyki stały się nie do zniesienia. Wydawało się, że Maheu od razu je słyszy iz wściekłością wyrwał malucha z kołyski i rzucił go na łóżko matki, jąkając się z wściekłości:


— Proszę, weź ją; zrobię dla niej! Cholerne dziecko! Nic nie chce: jest do bani i narzeka głośniej niż cała reszta!


Estelle faktycznie zaczęła ssać. Ukryta pod ubraniem i uspokojona ciepłem łóżka, jej płacz przeszedł w chciwy dźwięk jej ust.


— Czy ludzie z Piolaine nie kazali ci iść i ich zobaczyć? — zapytał ojciec po chwili milczenia.


Matka przygryzła wargę z wyrazem zniechęcenia.


— Tak, spotkali mnie; nosili ubrania dla biednych dzieci. Tak, zabiorę im dziś rano Lénore i Henriego. Jeśli tylko dadzą mi kilka pensów!


Znowu zapadła cisza.


Maheu był gotowy. Przez chwilę pozostał w bezruchu, po czym dodał głuchym głosem:


— Czego chcesz? Niech sprawy się potoczą i przyjrzyj się zupie. Nie jest dobrze mówić, lepiej pracuj na dole.


— To prawda — odparł Maheude. „Zdmuchnij świecę: nie muszę widzieć koloru moich myśli”.


Zdmuchnął świecę. Zacharie i Jeanlin już schodzili; poszedł za nimi, a drewniane schody skrzypiały pod ich ciężkimi stopami, odzianymi w wełnę. Za nimi w szafie i w pokoju znów było ciemno. Dzieci spały; nawet powieki Alzire’a były zamknięte; ale matka pozostała teraz z otwartymi oczami w ciemności, podczas gdy Estelle mruczała jak kociak, ciągnąc się za swą pierś, zwisającą pierś wyczerpanej kobiety.


Na dole Catherine zajęła się najpierw ogniem, który płonął na żelaznym ruszcie, otoczonym dwoma piecami. Spółka co miesiąc rozdawała każdej rodzinie po osiem hektolitrów zebranego w korytarzach węgla kamiennego. Paliło się powoli, a młoda dziewczyna, która co noc układała w stosy ognisko, musiała go tylko mieszać rano, dodając kilka kawałków miękkiego węgla, starannie wyselekcjonowanego. Następnie, po postawieniu czajnika na ruszcie, usiadła przed kredensem.


Było to dość duże pomieszczenie, zajmujące cały parter, pomalowane na zielono jabłka i flamandzkiej czystości, z dobrze umytymi flagami i pokrytymi białym piaskiem. Oprócz kredensu z lakierowanego mebla składał się ze stołu i krzeseł z tego samego drewna. Na ścianach przyklejone były kolorowe odbitki, portrety cesarza i cesarzowej wydane przez Kompanię, żołnierzy i świętych nakrapianych złotem, kontrastujących z prostą nagością pomieszczenia; Poza tym na kredensie nie było żadnej innej ozdoby poza pudełkiem różowej tektury na kredensie i zegarem z umazaną twarzą i głośnym tykaczem, który zdawał się wypełniać pustkę tego miejsca. W pobliżu drzwi klatki schodowej kolejne drzwi prowadziły do piwnicy. Pomimo czystości zapach gotowanej cebuli, zamkniętej od poprzedniej nocy, zatruł gorąco,


Catherine przed kredensem zamyśliła się. Pozostał tylko koniec bochenka, ser w dużej ilości, ale ledwie kawałek masła; i musiała zapewnić chleb i masło dla czterech osób. W końcu zdecydowała, pokroić w plasterki, wziąć jedną i przykryć serem, drugą posmarować masłem i skleić; to była „cegła”, kanapka z chlebem i masłem, którą każdego ranka zabierano do dołu. Wkrótce cztery cegły znalazły się na stole, w rzędzie, pocięte z surową sprawiedliwością, od dużej dla ojca do małej dla Jeanlin.


Catherine, która wydawała się pochłonięta obowiązkami domowymi, musiała jednak myśleć o opowieściach Zachariego o głównym kapitanie i kobiecie Pierron, ponieważ uchyliła drzwi frontowe i wyjrzała na zewnątrz. Wiatr wciąż gwizdał. Na niskich frontach osady znajdowało się wiele plamek światła, z których dochodziło niejasne drżenie przebudzenia. Już zamykano drzwi, a czarne akta robotników przeszły w noc. To było głupie z jej strony, żeby się przeziębić, ponieważ portier w dole z pewnością spał, czekając na swoje obowiązki o szóstej. Jednak została i spojrzała na dom po drugiej stronie ogrodów. Drzwi się otworzyły i rozbudziła się jej ciekawość. Ale mógł to być tylko jeden z małych Pierronów, Lydie, wyruszający do dołu.


Syczący dźwięk pary sprawił, że się odwróciła. Zamknęła drzwi i pospieszyła z powrotem; woda gotowała się i gasiła ogień. Nie było więcej kawy. Musiała zadowolić się dodaniem wody do ścieków zeszłej nocy; następnie osłodziła dzbanek brązowym cukrem. W tym momencie jej ojciec i dwaj bracia zeszli na dół.


„Wiara!” zawołał Zacharie, kiedy włożył nos do swojej miski, „oto coś, co nie wejdzie nam do głowy”.


Maheu wzruszył ramionami z wyrazem rezygnacji.


„Bah! Jest gorąco! Mimo wszystko jest dobre”.


Jeanlin zebrała kawałki chleba i zrobiła z nich maczkę. Po wypiciu Catherine skończyła, opróżniając dzbanek do puszek. Wszyscy czterej, stojąc w przydymionym świetle świecy, pospiesznie połykali posiłki.


„Czy jesteśmy na końcu?” powiedział ojciec; „można by powiedzieć, że byliśmy ludźmi majątkowymi”.


Ale głos dochodził ze schodów, których drzwi zostawili otwarte. To Maheude, który zawołał:


„Weź cały chleb: mam wermiszel dla dzieci”.


„Tak, tak” — odpowiedziała Catherine.


Ułożyła ognisko na stosie, wciskając garnek, w którym znajdowały się resztki zupy, w róg rusztu, żeby dziadek mógł się rozgrzać, kiedy wszedł o szóstej. Każdy wyjął swoje saboty spod kredensu, przełożył sznurek cyny przez ramię i położył cegłę na plecach, między koszulą a marynarką. I wyszli, mężczyźni pierwsi, dziewczyna, która przyszła ostatnia, zdmuchnęła świecę i przekręciła klucz. W domu znów zrobiło się ciemno.


„Ach! Ruszamy razem” — powiedział mężczyzna, który zamykał drzwi do następnego domu.


To był Levaque ze swoim synem Bébertem, dwunastoletnim urwisem, wielkim przyjacielem Jeanlin. Zaskoczona Catherine stłumiła śmiech Zachariego:


— Dlaczego! Bouteloup nawet nie czekał, aż mąż odejdzie!


Teraz światła w osadzie zgasły i trzasnęły ostatnie drzwi. Wszyscy znowu zasnęli; kobiety i maluchy ponownie zasypiają w szerszych łóżkach. A od zgaszonej wioski do ryczącego Voreux nastąpiło powolne wypełnienie cieni pod szkwałami, odejście górników do pracy, pochylone ramiona i poruszone rękami, skrzyżowane na piersiach, podczas gdy cegła za nimi utworzyła garb. na każdym plecach. Ubrani w cienkie kurtki drżeli z zimna, ale bez pośpiechu, włócząc się po drodze z włóczęgą trzody.

Rozdział III

Étienne w końcu zszedł z platformy i wszedł do Voreux; rozmawiał z ludźmi, których spotkał, pytając, czy jest coś do zrobienia, ale wszyscy pokręcili głowami, mówiąc mu, żeby zaczekał na kapitana. Pozwolili mu swobodnie wędrować po słabo oświetlonych budynkach, pełnych czarnych dziur, mylących z ich skomplikowanymi historiami i pokojami. Po wejściu na ciemną i na wpół zniszczoną klatkę schodową znalazł się na chwiejnym pomoście dla pieszych; następnie przeszedł przez szopę, która była pogrążona w tak głębokiej ciemności, że szedł z rękami przed sobą, aby się chronić. Nagle dwa ogromne, żółte oczy przeszyły ciemność przed nim. Znajdował się pod ramą szybu w pokoju przyjęć, na samym wejściu do szybu.


Kapitan, ojciec Richomme, potężny mężczyzna o twarzy dobrodusznego żandarma, z prostym, szarym wąsem, szedł w tej chwili w stronę gabinetu syndyka.


— Czy chcą tu mieć rękę do jakiejkolwiek pracy? — zapytał ponownie Étienne.


Richomme już miał odmówić, ale zmienił zdanie i odpowiedział jak inni, odchodząc:


„Poczekaj na Monsieur Dansaert, główny kapitan.”


Umieszczono tam cztery latarnie, a reflektory, które rzucały całe światło na szyb, żywo oświetlały żelazną szynę, dźwignie sygnalizatorów i pręty, belki prowadnic, po których przesuwały się dwie klatki. Reszta rozległego pomieszczenia, podobnie jak nawa kościoła, była ciemna i zaludniona przez wielkie, unoszące się cienie. Na drugim końcu świeciła tylko kabina, podczas gdy w gabinecie odbiorcy mała lampka wyglądała jak gasnąca gwiazda. Praca miała zostać wznowiona, a na żelaznym chodniku rozlegał się nieustanny grzmot, bez przerwy toczyły się tramwaje z węglem, a lądowniki z długimi, wygiętymi plecami można było rozróżnić pośród ruchu tych wszystkich czarnych i hałaśliwych rzeczy., w nieustannym wzburzeniu.


Przez chwilę Étienne stał bez ruchu, ogłuszony i oślepiony. Czuł się zmrożony przez prądy powietrza wpadające ze wszystkich stron. Następnie przeszedł kilka kroków, zwabiony silnikiem, z którego mógł teraz dostrzec lśniącą stal i miedź. Znajdował się dwadzieścia pięć metrów za szybem, w wyższej komnacie i tak solidnie osadzony na ceglanym fundamencie, że chociaż działał z pełną prędkością, przy całej swojej czterystu konnej mocy, ruch ogromnej korby wynurzał się i opadał z tłusta miękkość, nie nadawała drgań ścianom. Stojący na swoim stanowisku mechanik nasłuchiwał dzwonienia sygnałów, a jego oko nigdy nie odrywało się od wskaźnika, na którym znajdował się wał, z jego różnymi poziomami, przez pionowy rowek, przez który przecinał strzał wiszący na strunach, co przedstawiało klatki; i przy każdym wyjeździe,


„Uważaj, tam!” — zawołało trzech lądowników, którzy ciągnęli ogromną drabinę.


Étienne uniknął zmiażdżenia; jego oczy wkrótce znalazły się bardziej w domu i obserwował, jak liny poruszają się w powietrzu, ponad trzydzieści metrów stalowej taśmy, która wleciała w ramę szybu, gdzie przeszła przez koła pasowe, aby zejść prostopadle do szybu, gdzie były przymocowane do klatek. Żelazna rama, podobnie jak wysokie rusztowanie dzwonnicy, podtrzymywała koła pasowe. Przypominało to szybowanie ptaka, bezgłośne, bez słoja, ten szybki lot, ciągłe przylatywanie i odchodzenie nici o ogromnej wadze, zdolnej unieść dwanaście tysięcy kilogramów z prędkością dziesięciu metrów na sekundę.


— Uwaga, na miłość boską! zawołały ponownie lądowniki, popychając drabinę na drugą stronę, aby wspiąć się na lewy rowek. Powoli Étienne wrócił do sali przyjęć. Ten gigantyczny lot nad jego głową odebrał mu oddech. Trzęsąc się w strumieniach powietrza, obserwował ruch klatek, a jego uszy były ogłuszane przez dudnienie tramwajów. W pobliżu szybu działał sygnał, ciężki młotek ciągnięty od dołu przez linkę i pozwalający uderzać w blok. Jeden cios, aby się zatrzymać, dwa w dół, trzy w górę; był nieustanny, jak uderzenia maczugą dominujące w zgiełku, któremu towarzyszył czysty dźwięk dzwonu; podczas gdy lądownik kierując pracą jeszcze bardziej wzmagał hałas, wykrzykując trąbkę do maszynisty. Klatki na środku pustej przestrzeni pojawiały się i znikały,


Zrozumiał dobrze tylko jedną rzecz: szyb połykał ludzi po dwudziestu lub trzydziestu łykach i tak łatwym haustem, że wydawało się, że nic nie spada. Od czwartej zaczęło się schodzenie robotników. Przyszli do szopy z bosymi stopami i lampami w dłoniach, czekając w małych grupkach, aż przybyła wystarczająca liczba. Bez dźwięku, z miękkim skurczem nocnej bestii, żelazna klatka podniosła się z nocy, zaklinowała się na zasuwach czterema pokładami, z których każdy zawierał dwa tramwaje pełne węgla. Lądowniki na różnych peronach wyciągały tramwaje i zastępowały je innymi, pustymi lub już załadowanymi przyciętymi drewnianymi podpórkami; W pustych tramwajach robotnicy tłoczyli się po pięciu, do czterdziestu. Kiedy napełnili wszystkie przedziały, z trąbki nadszedł rozkaz — głuchy, niewyraźny ryk — podczas gdy sznurek sygnałowy został pociągnięty cztery razy od dołu, „dzwoniąc mięsem”, aby ostrzec przed brzemieniem ludzkiego mięsa. Następnie, po lekkim skoku, klatka opadła cicho, spadając jak kamień, pozostawiając jedynie wibrujący lot liny.


„Czy to jest głębokie?” — zapytał Étienne o górnika, który czekał obok niego z senną miną.


— Pięćset pięćdziesiąt cztery metry — odparł mężczyzna. — Ale są cztery poziomy, pierwszy na trzystu dwudziestu. Obie milczały, wpatrzone w powracający kabel. Étienne powiedział ponownie:


— A jeśli się zepsuje?


„Ach! Jeśli się zepsuje…”


Górnik zakończył gestem. Nadeszła jego kolej; klatka pojawiła się ponownie z jej łatwym, niewyczerpanym ruchem. Przykucnął w nim z kilkoma towarzyszami; opadł w dół, po czym wzleciał ponownie w niecałe cztery minuty, aby połknąć kolejny ładunek ludzi. Przez pół godziny szyb pożerał w ten sposób, mniej lub bardziej chciwymi łykami, zgodnie z głębokością poziomu, do którego schodzili ludzie, ale bez zatrzymywania się, zawsze głodny, z gigantycznymi jelitami zdolnymi do strawienia narodu. Ciągle się wypełniał i nadal wypełniał, a ciemność pozostała martwa. Klatka wyszła z pustki w tej samej żarłocznej ciszy.


Étienne został wreszcie ponownie ogarnięty przez tę samą depresję, której doświadczył w pit-stopie. Jaki był pożytek z wytrwania? Ten główny kapitan odesłałby go jak innych. Nagle ogarnął go niejasny strach: odszedł, zatrzymując się tylko przed budową maszynowni. Szeroko otwarte drzwi ukazały siedem kotłów z dwoma paleniskami. Pośród białej pary i gwizdania ucieczek palacz był zajęty układaniem jednego z pieców, którego ciepło było wyczuwalne aż do progu; a młody człowiek zbliżał się, zadowolony z ciepła, kiedy spotkał nową grupę collierów, która właśnie przybyła do dołu. To był zestaw Maheu i Levaque. Kiedy zobaczył Catherine na czele, z jej łagodną chłopięcą miną, przesądny pomysł skłonił go do zaryzykowania kolejnego pytania.


— Mówię, kolego! Czy oni chcą tu mieć rękę do jakiejkolwiek pracy?


Spojrzała na niego zaskoczona, raczej przestraszona tym nagłym głosem wydobywającym się z cienia. Ale Maheu za nią usłyszał i odpowiedział, rozmawiając przez chwilę z Étienne. Nie, nikt nie był poszukiwany. Zainteresował go ten biedny diabeł człowieka, który zgubił się tutaj. Kiedy go zostawił, powiedział do innych:


— Ech! Łatwo można takim być. Nie narzekać: nie każdy ma szansę zapracować się na śmierć.


Grupa weszła i poszła prosto do szopy, obszernej sali z grubsza zabetonowanej i otoczonej szafkami zamykanymi na kłódki. Pośrodku żelazny kominek, rodzaj zamkniętego pieca bez drzwi, jarzył się czerwienią i był tak wypchany płonącym węglem, że jego fragmenty wylatywały i staczały się po wydeptanej ziemi. Salę oświetlał tylko ten piec, z którego promieniste refleksy tańczyły po tłustej drewnianej konstrukcji aż po sufit, poplamioną czarnym pyłem. Kiedy Maheus wszedł w upał, rozległ się śmiech. Około trzydziestu robotników stało wyprostowanych, plecami do ognia, piekąc się z radością. Przed zejściem wszyscy przybyli tutaj, aby trochę ogrzać swoje skóry, aby mogli stawić czoła wilgoci dołu. Ale tego ranka było dużo rozbawienia: żartowali z Mouquette, osiemnastoletniej dziewczyny z miotacza, której ogromne piersi i boki przebijały się przez jej starą kurtkę i spodnie. Mieszkała w Réquillart ze swoim ojcem, starym panem młodym Mouque, i Mouquet, jej bratem, lądownikiem; ale ich godziny pracy nie były takie same; szła do dołu sama, a latem pośrodku pola pszenicy lub zimą pod ścianą sprawiała przyjemność swemu ukochanemu tygodnia. Wszyscy w kopalni mieli swoją kolej; była to wieczna runda towarzyszy bez dalszych konsekwencji. Pewnego dnia, gdy zarzucono jej gwoździarkę Marchiennesa, była wściekła i wściekła, wykrzykując, że za bardzo szanuje samą siebie, że odetnie sobie rękę, jeśli ktokolwiek będzie mógł się pochwalić, że widział ją z kimś innym, jak tylko z collierem. pan młody i Mouquet, jej brat, lądownik; ale ich godziny pracy nie były takie same; szła do dołu sama, a latem pośrodku pola pszenicy lub zimą pod ścianą sprawiała przyjemność swemu ukochanemu tygodnia. Wszyscy w kopalni mieli swoją kolej; była to wieczna runda towarzyszy bez dalszych konsekwencji. Pewnego dnia, gdy zarzucano jej gwoździarkę Marchiennesa, była wściekła i wściekła, wykrzykując, że za bardzo szanuje samą siebie, że odetnie sobie rękę, jeśli ktokolwiek będzie mógł się pochwalić, że widział ją z kimś innym, jak tylko z collierem. pan młody i Mouquet, jej brat, lądownik; ale ich godziny pracy nie były takie same; szła do dołu sama, a latem pośrodku pola pszenicy lub zimą pod ścianą sprawiała przyjemność swemu ukochanemu tygodnia. Wszyscy w kopalni mieli swoją kolej; była to wieczna runda towarzyszy bez dalszych konsekwencji. Pewnego dnia, gdy zarzucano jej gwoździarkę Marchiennesa, była wściekła i wściekła, wykrzykując, że za bardzo szanuje samą siebie, że odetnie sobie rękę, jeśli ktokolwiek będzie mógł się pochwalić, że widział ją z kimś innym, jak tylko z collierem. była to wieczna runda towarzyszy bez dalszych konsekwencji. Pewnego dnia, gdy zarzucono jej gwoździarkę Marchiennesa, była wściekła i wściekła, wykrzykując, że za bardzo szanuje samą siebie, że odetnie sobie rękę, jeśli ktokolwiek będzie mógł się pochwalić, że widział ją z kimś innym, jak tylko z collierem. była to wieczna runda towarzyszy bez dalszych konsekwencji. Pewnego dnia, gdy zarzucono jej gwoździarkę Marchiennesa, była wściekła i wściekła, wykrzykując, że za bardzo szanuje samą siebie, że odetnie sobie rękę, jeśli ktokolwiek będzie mógł się pochwalić, że widział ją z kimś innym, jak tylko z collierem.


— Czy to nie jest teraz taki wielki Chaval? — powiedział uśmiechnięty górnik; „Czy ten mały facet miał cię? Musiał potrzebować drabiny. Widziałem cię za Réquillartem, znak, że stanął na kamieniu milowym”.


„Cóż”, odpowiedział Mouquette z dobrym humorem, „co to ma wspólnego z tobą? Nie poproszono cię o popychanie”.


I ten obrzydliwy, dobroduszny żart wzmagał śmiech mężczyzn, którzy wyprostowali ramiona, na wpół ugotowani na piecu, podczas gdy ona sama, wstrząśnięta śmiechem, okazywała pośród nich nieprzyzwoitość swojego stroju, zawstydzająco komiczną, z jej masy ciała przesadzone prawie do choroby.


Ale wesołość ustała; Mouquette powiedział Maheu, że Fleurance, wielka Fleurance, nigdy więcej nie wróci; została znaleziona zeszłej nocy sztywna w łóżku; niektórzy mówili, że to jej serce, inni, że był to kufel dżinu, który wypiła zbyt szybko. Maheu był zrozpaczony; kolejny pech; jeden z najlepszych jego putterów zniknął bez szansy na natychmiastową wymianę. Pracował w zestawie; w jego cięciu uczestniczyło czterech pikinierów, on sam, Zacharie, Levaque i Chaval. Gdyby Catherine była sama na kołach, praca by ucierpiała.


Nagle zawołał:


„Mam to! Był tam ten człowiek, który szukał pracy!”


W tym momencie Dansaert przeszedł przed szopą. Maheu opowiedział mu tę historię i poprosił o upoważnienie do zaangażowania mężczyzny; podkreślił, że firma chce zastępować kobiety mężczyznami, tak jak w Anzinie. Kapitan najpierw się uśmiechnął; ponieważ schemat wykluczania kobiet z wykopu zwykle nie był dobrze przyjmowany przez górników, którzy martwili się o umieszczenie swoich córek i nie mieli większego wpływu na kwestie moralności i zdrowia. Ale po pewnym wahaniu wydał pozwolenie, zastrzegając ratyfikację dla inżyniera Monsieur Négrel.


„Wszystko bardzo dobrze!” zawołał Zacharie; „do tego czasu mężczyzna musi już być daleko”.


— Nie — powiedziała Catherine. „Widziałem, jak zatrzymywał się przy kotłach”.


— A więc za nim leniwy — zawołał Maheu.


Młoda dziewczyna pobiegła do przodu; podczas gdy tłum górników szedł do szybu, oddając ogień innym.


Jeanlin, nie czekając na ojca, poszedł też po lampę, razem z Bébertem, dużym, głupim chłopcem i Lydie, dziesięcioletnim dzieckiem. Mouquette, która była przed nimi, zawołała w czarnym korytarzu, że to brudne bachory, i zagroziła, że jeśli ją uszczypną, zatkną im uszy.


Étienne faktycznie przebywał w budynku kotłowni i rozmawiał z palaczem, który ładował węgiel do pieców. Na myśl o nocy, w którą musi wrócić, było mu bardzo zimno. Decydował się jednak wyruszyć, gdy poczuł rękę na swoim ramieniu.


„Chodź”, powiedziała Catherine; „jest coś dla ciebie”.


W pierwszej chwili nie mógł zrozumieć. Potem poczuł skurcz radości i energicznie ścisnął dłonie młodej dziewczyny.


— Dzięki, stary. Ach! Jesteś dobrym facetem, jesteś!


Zaczęła się śmiać, patrząc na niego w czerwonym świetle pieców, które je rozpalały. Bawiło ją, że wziął ją za chłopca, wciąż szczupłego, z kosmykiem włosów schowanym pod czapką. On też się śmiał, z satysfakcją, i przez chwilę pozostali, obaj śmiejąc się w swoje twarze z promiennymi policzkami.


Maheu, kucając przed swoim pudełkiem w szopie, zdejmował saboty i grube wełniane pończochy. Kiedy Étienne przyjechał, wszystko zostało ustalone w trzech lub czterech słowach: trzydzieści su dziennie, ciężka praca, ale praca, której łatwo się nauczył. Pikinier poradził mu, żeby zatrzymał buty i pożyczył mu starą czapkę, skórzany kapelusz dla ochrony czaszki, środek ostrożności, którym ojciec i jego dzieci gardzili. Narzędzia wyjęto ze skrzyni, w której znaleziono również łopatę Fleurance. Potem, kiedy Maheu zamknął ich saboty, pończochy, a także zawiniątko Étienne, nagle zniecierpliwił się.


— Po co ten leniwy Chaval? Inna dziewczyna, która upadła na kupę kamieni? Jesteśmy spóźnieni o pół godziny.


Zacharie i Levaque cicho piekli ramiona. Ten pierwszy powiedział w końcu:


— Czekasz na Chavala? Przyszedł przed nami i natychmiast zszedł na dół.


— Co! Wiedziałeś o tym i nic nie powiedziałeś? Chodź, chodź, patrz ostro!


Catherine, która rozgrzewała ręce, musiała podążać za zespołem. Étienne pozwolił jej przejść i poszedł za nią. Ponownie wędrował przez labirynt klatek schodowych i ciemnych korytarzy, w których ich nagie stopy wydobywały miękki dźwięk starych kapci. Ale kabina z lampami lśniła — szklany dom, pełen haków w rzędach, z setkami lamp Davy’ego, obejrzany i umyty poprzedniej nocy i zapalony jak świece w kaplicy grobowej. Przy szlabanie każdy robotnik stawiał swój własny, ostemplowany swoim numerem; potem obejrzał go i sam zamknął, podczas gdy marker, siedzący przy stole, zapisywał w rejestrach godzinę zejścia. Maheu musiał interweniować, aby zdobyć lampę dla swojego nowego miotacza, a był jeszcze jeden środek ostrożności: pracownicy skalali się przed egzaminatorem, który upewniał się, że wszystkie lampy są prawidłowo zamknięte.


— Kurcze! Tu nie jest ciepło — mruknęła Catherine, drżąc.


Étienne zadowolił się skinieniem głowy. Znajdował się przed szybem, w środku ogromnej sali, w której unosiły się prądy powietrza. Z pewnością uważał się za dzielnego, ale czuł nieprzyjemne uczucie w piersi pośród tego grzmotu tramwajów, głuchych dźwięków sygnałów, stłumionego wycie trąbki, ciągłego lotu tych kabli, rozwijanych i toczonych z pełną prędkością przez bębny silnika. Klatki unosiły się i opadały w szybującym ruchu nocnej bestii, zawsze pochłaniającej ludzi, których gardło dziury zdawało się pić. Teraz była jego kolej. Był bardzo zimny i zachował nerwową ciszę, która sprawiła, że Zacharie i Levaque się uśmiechnęli; ponieważ obaj byli przeciwni zatrudnieniu tego nieznanego mężczyzny, zwłaszcza Levaque, który poczuł się urażony, że nie skonsultowano się z nim.


„Spójrz! Nad klatką spadochron z żelaznymi hakami, które w razie stłuczenia zaczepiają się o prowadnice. Czy to działa? Och, nie zawsze. Tak, szyb podzielony jest na trzy przegrody, zamknięte deskami od góry do dołu; pośrodku klatki, po lewej przejście dla drabin — —”


Ale on przerwał narzekanie, starając się nie podnosić głosu.


— Po co tu utknęliśmy, niech to szlag? Jakie mają prawo zamrozić nas w ten sposób?


Kapitan Richomme, który sam schodził w dół, z nagą lampą przymocowaną gwoździem do skóry czapki, usłyszał go.


„Ostrożnie! Uważaj na uszy” — mruknął po ojcowsku, jako stary górnik z czułym uczuciem do towarzyszy. „Robotnicy muszą robić, co mogą. Trzymaj się! Oto jesteśmy; wchodź ze swoimi towarzyszami”.


Klatka, zaopatrzona w żelazne opaski i kratownicę o małych oczkach, faktycznie czekała na nich na prętach. Maheu, Zacharie i Catherine wsiedli do tramwaju poniżej, a gdy cała piątka musiała wejść, Étienne z kolei wszedł, ale dobre miejsca zostały zajęte; musiał przycisnąć się do młodej dziewczyny, której łokieć wcisnął się w jego brzuch. Jego lampa zawstydziła go; poradzili mu, aby przymocował go do dziurki od guzika swojej marynarki. Nie słysząc, niezgrabnie trzymał go w dłoni. Zaokrętowanie kontynuowało, powyżej i poniżej, zagmatwane pakowanie bydła. Nie wyruszyli jednak. Co się wtedy działo? Wydawało mu się, że jego niecierpliwość trwa przez wiele minut. W końcu poczuł szok i światło przygasło, wszystko dookoła niego zdawało się latać, podczas gdy on odczuwał oszołomiony lęk spowodowany upadkiem skurczącym jego wnętrzności. Trwało to tak długo, jak długo mógł dojrzeć światło przez dwie opowieści z przyjęcia, pośród wirującego rusztowania. Potem, wpadając w czerń dołu, był oszołomiony, nie mając już wyraźnego postrzegania swoich wrażeń.


— Teraz ruszamy — powiedział cicho Maheu.


Wszyscy czuli się swobodnie. Czasami zadawał sobie pytanie, czy idzie w górę czy w dół. Od czasu do czasu, gdy klatka szła prosto, nie dotykając prowadnic, wydawało się, że nie ma żadnego ruchu, ale potem dochodziło do gwałtownych wstrząsów, swego rodzaju tańca pośród legarów, które sprawiały, że bał się katastrofy. Poza tym nie potrafił rozróżnić ścian szybu za kratownicą, do której przycisnął twarz. Lampy słabo oświetlały masy ciał u jego stóp. Jedynie nagie światło kapitana w sąsiednim tramwaju świeciło jak latarnia morska.


„Ma cztery metry średnicy”, kontynuował Maheu, pouczając go. „Tubbing chce się powtórzyć, bo woda wchodzi wszędzie. Stop! Dochodzimy do dna: słyszysz?”


W rzeczywistości Étienne zadawał sobie teraz pytanie, co to znaczy ten odgłos padającego deszczu. Z początku kilka dużych kropli zabrzmiało na dachu klatki, jak początek prysznica, a teraz deszcz wzmógł się, spływając w dół, przechodząc w końcu w potop. Dach musiał być pełen dziur, bo nić wody spływała mu po ramieniu i mocząc go do skóry. Zimno stało się lodowate i zostali pochłonięci czarną wilgocią, kiedy przeszli przez nagły błysk światła, wizję jaskini, w której poruszali się ludzie. Ale już wpadli z powrotem w ciemność.


Maheu powiedział:


— To pierwszy główny poziom. Jesteśmy na trzystu dwudziestu metrach. Sprawdź prędkość.


Podnosząc lampę, zapalił belkę z prowadnic, które mijały jak szyna pod pociągiem jadącym z pełną prędkością; i dalej, jak poprzednio, nic nie było widać. W błyskach światła minęli trzy inne poziomy. Ogłuszający deszcz nadal przedzierał się przez ciemność.


„Jakie to głębokie!” mruknął Étienne.


Ta jesień zdawała się trwać godzinami. Cierpiał z powodu ciasnej pozycji, którą przyjął, nie śmiał się ruszyć, a zwłaszcza był torturowany łokciem Catherine. Nie odezwała się ani słowem; czuł ją tylko przy sobie i to go rozgrzewało. Kiedy klatka w końcu zatrzymała się na dnie, na wysokości pięciuset pięćdziesięciu czterech metrów, ze zdumieniem dowiedział się, że zejście trwało dokładnie jedną minutę. Ale odgłos zamykających się śrub, wrażenie solidności pod spodem, nagle go rozweselił; i żartował, mówiąc do Katarzyny:


— Co masz pod skórą, żeby było tak ciepło? Na pewno mam twój łokieć w brzuchu.


Potem też wybuchnęła śmiechem. Głupie z jego strony, nadal brać ją za chłopca! Czy jego oczy były wyjęte?


„To w twoim oku, że masz mój łokieć!” — odpowiedziała w środku burzy śmiechu, której zdumiony młody człowiek nie mógł wyjaśnić.


Klatka uwolniła od ciężaru robotników, którzy przeszli przez salę dołka, komnatę wykutą w skale, sklepioną murem i oświetloną trzema dużymi lampami. Po żelaznej podłodze tragarze przejeżdżali gwałtownie załadowanymi tramwajami. Ze ścian wydobywał się przepastny zapach, świeżość saletry, w której mieszały się gorące oddechy z sąsiedniej stajni. Ziewnęły tu otwory czterech galerii.


— Tędy — powiedział Maheu do Étienne. — Jeszcze cię tam nie ma. Nadal są dwa kilometry.


Robotnicy rozdzielili się i zginęli w grupach w głębi tych czarnych dziur. Około piętnastu weszło w to po lewej, a Étienne szedł ostatni, za Maheu, którego poprzedzali Catherine, Zacharie i Levaque. Była to duża galeria dla wagonów, przechodząca przez podłoże z litej skały, które wymagało jedynie murowania tu i tam. W jednym szeregu nadal szli bez słowa, przy maleńkim płomieniu lamp. Młody człowiek potykał się na każdym kroku i zaplątał stopy w poręcze. Na chwilę zaniepokoił go głuchy dźwięk, odgłos odległej burzy, której gwałtowność zdawała się wzrastać i dochodzić z trzewi ziemi. Czy był to grzmot osuwiska, który uderzył w ich głowy ogromną masę, która oddzieliła ich od światła? Błysk przeszył noc, poczuł drżenie skały, a kiedy stanął blisko ściany, podobnie jak jego towarzysze, ujrzał tuż przed twarzą dużego białego konia zaprzężonego w pociąg wagonów. Na pierwszym, trzymając lejce, siedział Bébert, podczas gdy Jeanlin, z rękami opartymi na krawędzi ostatniego, biegł boso z tyłu.


Znowu rozpoczęli spacer. Dalej doszli do skrzyżowania, gdzie otworzyły się dwie nowe galerie i zespół ponownie się podzielił, pracownicy stopniowo wchodzili na wszystkie stragany kopalni.


Teraz chodnik był zbudowany z drewna; drewniane podpory podtrzymywały dach, a dla kruchej skały zasłonę rusztowania, za którą widać było połyskujące miką płyty łupków i gruboziarniste masy matowego, szorstkiego piaskowca. Pociągi wanien, pełne lub puste, nieustannie mijały, przecinając się grzmotem, niesione w cieniu przez niewyraźne bestie kłusujące jak zjawy. Na podwójnej drodze toru manewrowego spał długi, czarny wąż, zatrzymany pociąg, z parskającym koniem, którego skorupa wyglądała jak klocek spadający z dachu. Drzwi wentylacyjne powoli się otwierały i zamykały. A gdy szli dalej, galeria stawała się coraz węższa i niższa, a dach nieregularny, zmuszając ich do ciągłego zginania pleców.


Étienne mocno uderzył się w głowę; bez skórzanej czapki złamałby sobie czaszkę. Jednak uważnie śledził najmniejsze gesty Maheu, którego ponury profil widać było na tle blasku lamp. Żaden z robotników się nie zapukał; najwyraźniej znali każdego szefa, każdy sęk drewna lub zgrubienie w skale. Młody człowiek cierpiał również na śliską ziemię, która stawała się coraz bardziej wilgotna. Czasami przechodził przez prawdziwe kałuże, widoczne tylko przez błotnisty plusk jego stóp. Ale tym, co go szczególnie zdziwiło, były nagłe zmiany temperatury. Na dnie szybu było bardzo zimno, aw galerii wagonowej, przez którą przechodziło całe powietrze kopalni, wiał lodowaty wiatr z gwałtownością burzy między wąskimi ścianami. Potem,


Maheu nie otworzył ponownie ust. Odrzucił kolejną galerię po prawej, mówiąc po prostu do Étienne, nie rozglądając się:


„Szew Guillaume.”


To był szew, który zawierał ich rozcięcie. Na pierwszym kroku Étienne zranił się w głowę i łokcie. Spadzisty dach opadał tak nisko, że po dwudziestu lub trzydziestu metrach musiał iść zgięty podwójnie. Woda sięgała mu do kostek. Po dwustu metrach zobaczył, jak Levaque, Zacharie i Catherine znikają, jakby przelecieli przez wąską szczelinę, która była otwarta przed nim.


„Musimy się wspinać”, powiedział Maheu. „Przymocuj lampę do dziurki na guzik i powiesić na drewnie”. On sam zniknął, a Étienne musiała iść za nim. Ten korytarz kominowy pozostawiony w pokładzie był zarezerwowany dla górników i prowadził do wszystkich przejść drugorzędnych. Miał mniej więcej grubość pokładu węgla, zaledwie sześćdziesiąt centymetrów. Na szczęście młody człowiek był chudy, ponieważ, ponieważ wciąż był niezręczny, podniósł się bezużytecznym wysiłkiem mięśni, spłaszczając ramiona i biodra, posuwając się naprzód siłą nadgarstków, przywiązując się do desek. Piętnaście metrów wyżej dotarli pierwszym drugorzędnym przejściem, ale musieli kontynuować, ponieważ cięcie Maheu i jego towarzyszy było w szóstym przejściu, w piekle, jak powiedzieli; co piętnaście metrów przejścia były umieszczane jeden na drugim w niekończącej się kolejności przez tę szczelinę, który zdrapał plecy i klatkę piersiową. Étienne jęknął, jakby ciężarem kamieni wbiło się w jego kończyny; z podartymi rękami i posiniaczonymi nogami cierpiał również na brak powietrza, tak że wydawało się, że krew przepływa mu przez skórę. Jak przez mgłę zobaczył w jednym przejściu dwie kucające bestie, dużą i małą, pchające tramwaje: były to Lydie i Mouquette, które już pracowały. A musiał jeszcze wspiąć się na wysokość dwóch sadzonek! Był oślepiony potem i rozpaczał, by dogonić innych, których zwinne kończyny słyszał, jak ocierały się o skałę długim szybującym ruchem. duży i mały, pchający tramwaje: Lydie i Mouquette już pracowali. A musiał jeszcze wspiąć się na wysokość dwóch sadzonek! Był oślepiony potem i rozpaczał, by dogonić innych, których zwinne kończyny słyszał, jak ocierały się o skałę długim szybującym ruchem. duży i mały, pchający tramwaje: Lydie i Mouquette już pracowali. A on jeszcze musiał wspiąć się na wysokość dwóch sadzonek! Był oślepiony potem i rozpaczał, by dogonić innych, których zwinne kończyny słyszał, jak ocierały się o skałę długim szybującym ruchem.


„Rozchmurz się! Oto jesteśmy!” — powiedział głos Catherine.


W rzeczywistości przybył i inny głos zawołał z dołu cięcia:


— Cóż, czy to jest sposób na traktowanie ludzi? Mam dwa kilometry na piechotę od Montsou i jestem tutaj pierwszy. To był Chaval, wysoki, szczupły, kościsty mężczyzna w wieku dwudziestu pięciu lat, o silnie zaznaczonych rysach, który był w złym humorze, że musiał czekać. Kiedy zobaczył Étienne, zapytał z pogardliwym zaskoczeniem:


„Co to jest?”


A kiedy Maheu opowiedział mu historię, którą dodał między zębami:


„Ci mężczyźni jedzą chleb dziewcząt”.


Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, rozświetlone jedną z tych instynktownych nienawiści, które nagle wybuchają. Étienne poczuła zniewagę, jeszcze jej nie rozumiejąc. Zapadła cisza i zabrali się do pracy. W końcu wszystkie szwy zostały stopniowo wypełnione, a nacięcia poruszały się na każdym poziomie i na końcu każdego przejścia. Pożerający szyb pochłaniał swoją codzienną porcję ludzi: prawie siedemset rąk, które teraz pracowały na tym gigantycznym mrowisku, wszędzie robiąc dziury w ziemi, wiercąc ją jak stary, zżarty przez robaki kawałek drewna. A w środku ciężkiej ciszy i miażdżącego ciężaru warstw można było usłyszeć, przykładając ucho do skały, ruch tych ludzkich owadów przy pracy, od lotu liny, która poruszała klatką w górę iw dół, do gryzienie narzędzi wycinających węgiel na końcu straganów. Étienne, odwracając się, znów znalazł się blisko Catherine. Ale tym razem dostrzegł rozwijające się krzywizny jej piersi: nagle zrozumiał ciepło, które go przeniknęło.


— A więc jesteś dziewczyną! — zawołał oszołomiony.


Odpowiedziała w swój wesoły sposób, nie rumieniąc się:


— Oczywiście. Nie spieszyłeś się, żeby się tego dowiedzieć!

Rozdział IV

Czterech pikinierów rozłożyło się jeden nad drugim na całej powierzchni cięcia. Oddzielone deskami, zahaczone dla zatrzymania spadającego węgla, każdy z nich zajmował około czterech metrów pokładu, a ten szew był tak cienki, w tym miejscu miał zaledwie pięćdziesiąt centymetrów grubości, że wydawało się, że są spłaszczone między dachem a ściany, ciągnąc się za kolana i łokcie i niezdolni do obrócenia się bez miażdżenia ramion. Aby zaatakować węgiel, musieli leżeć na bokach ze skręconymi szyjami i podniesionymi rękami, wymachując w pochyłym kierunku swoimi krótkimi kilofami.


Na dole był najpierw Zacharie; Levaque i Chaval byli na powyższych etapach, a na samym szczycie był Maheu. Każdy pracował przy łuskowatym łożu, które odkopał ciosami kilofa; następnie wykonał dwa pionowe nacięcia w łóżku i odłączył blok, zakopując w jego górnej części żelazny klin. Węgiel był bogaty; blok pękał i toczył się we fragmentach wzdłuż brzucha i ud. Kiedy te fragmenty, zatrzymane przez deskę, zebrały się wokół nich, pikinierzy zniknęli, pogrzebani w wąskiej szczelinie.


Maheu ucierpiał najbardziej. Na szczycie temperatura wzrosła do trzydziestu pięciu stopni, a powietrze stało w stagnacji, tak że na dłuższą metę stało się śmiertelne. Aby zobaczyć, był zmuszony przymocować swoją lampę do gwoździa blisko jego głowy, a ta lampa, blisko jego czaszki, jeszcze bardziej podgrzewała jego krew. Ale jego udrękę szczególnie potęgowała wilgoć. Skała nad nim, kilka centymetrów od jego twarzy, spływała wodą, która spadała dużymi, ciągłymi, gwałtownymi kroplami z czymś w rodzaju upartego rytmu, zawsze w tym samym miejscu. Na próżno przekręcał głowę lub odchylał szyję. Upadli mu na twarz, opadając nieustannie. W ciągu kwadransa był przemoczony, a jednocześnie pokryty potem, paląc jak gorąca para z prania. Dziś rano kropla uderzająca go w oko sprawiła, że zaklął. Nie zostawiłby swojego wyboru,


Nie wymieniono ani słowa. Wszyscy walili; słychać było tylko te nieregularne uderzenia, które wydawały się zawoalowane i odległe. Dźwięki miały dźwięczną chrypkę, bez echa w martwym powietrzu. I wydawało się, że ciemność była nieznaną czernią, zagęszczoną przez unoszący się w powietrzu pył węglowy, cięższą od gazu, który ciążył na oczach. Knoty lamp pod ich metalowymi bibułkami były tylko czerwonawe. Nic nie można było odróżnić. Cięcie otwierało się w górze jak duży komin, płaski i ukośny, w którym sadza z dziesięciu lat zgromadziła głęboką noc. Poruszały się w nim widmowe postacie, blask światła pozwalał dojrzeć zaokrąglone biodro, sękate ramię, energiczną głowę, obleczoną jak na zbrodnię. Czasami bloki węgla lśniły nagle, gdy się odrywały, oświetlone krystalicznym odbiciem. Potem wszystko z powrotem zapadło w ciemność, kilofy zadały wielkie, puste ciosy; słychać było tylko dyszące piersi, stękanie niewygody i zmęczenia pod ciężarem powietrza i deszczu źródeł.


Zacharie, z ramionami osłabionymi przez szaleństwo poprzedniej nocy, wkrótce porzucił swoją pracę, udając, że konieczne jest dalsze oszalowanie. To pozwoliło mu zapomnieć o sobie w cichym gwizdaniu, a jego oczy niejasno spoczywały w cieniu. Za pikinierami było prawie trzy metry pokładu, a oni nie podjęli jeszcze środków ostrożności, by podeprzeć skałę, ponieważ stracili czujność i skąpili swoich czasów.


„Masz puchnięcie”, zawołał młody człowiek do Étienne, „podaj trochę drewna”.


Étienne, który uczył się od Catherine, jak zarządzać łopatą, musiał podnosić drewno podczas cięcia. Niewielki zapas pozostał z wczoraj. Zwykle wysyłano go każdego ranka w postaci gotowej do dopasowania do łóżka.


„Pośpiesz się tam, do cholery!” — krzyknął Zacharie, widząc, jak nowy miotacz unosi się niezgrabnie pośród węgla, z rękami zawstydzonymi czterema kawałkami dębu.


Zrobił dziurę w dachu swoim kilofem, a potem kolejny w ścianie i wbił w dwa końce drewna, które w ten sposób podtrzymywały skałę. Po południu robotnicy przy ścinaniu ziemi zabrali śmieci pozostawione na dnie chodnika przez pikinierów i uprzątnęli wyczerpany fragment pokładu, w którym zniszczyli drewno, uważając tylko na dolną i górną drogę dla transport.


Maheu przestał jęczeć. W końcu zdjął blokadę i wytarł rękaw w rękaw. Martwił się tym, co robi Zacharie za nim.


„Niech tak będzie”, powiedział, „zobaczymy po śniadaniu. Lepiej róbmy dalej, jeśli chcemy nadrobić część tramwajów”.


„To dlatego, że tonie” — odpowiedział młody człowiek. — Spójrz, jest pęknięcie. Może się poślizgnąć.


Ale ojciec wzruszył ramionami. Ach! nonsens! Poślizg! A gdyby tak było, nie byłby to pierwszy raz; wyjdą z tego dobrze. W końcu się rozgniewał i wysłał syna na przód cięcia.


Jednak teraz wszyscy się rozciągali. Levaque, spoczywający na plecach, przeklinał, badając swój lewy kciuk, który otarł się o upadek kawałka piaskowca. Chaval w furii zdjął koszulę i pracował z nagą klatką piersiową i plecami dla ochłody. Były już czarne od węgla, nasączone drobnym pyłem rozcieńczonym potem, który spływał strumieniami i kałużami. Maheu najpierw zaczął ponownie uderzać młotkiem niżej, z głową na poziomie skały. Teraz kropla uderzyła go w czoło tak uparcie, że wydawało się, że przebija dziurę w kości czaszki.


„Nie masz nic przeciwko” — wyjaśniła Catherine do Étienne — „oni zawsze wyjdą”.


I jak dobroduszna dziewczyna kontynuowała lekcję. Każdy załadowany tramwaj dojeżdżał na szczyt w takim samym stanie, w jakim opuścił cięcie, oznaczony specjalnym metalowym żetonem, aby odbiorca mógł go wystawić do rozliczenia stoiska. Trzeba było więc bardzo uważać, aby go napełniać, a tylko pobierać czysty węgiel, w przeciwnym razie odmówiono go w urzędzie odbiorczym.


Młody człowiek, którego oczy przyzwyczaiły się teraz do ciemności, spojrzał na nią, wciąż bladą z jej chlorotyczną cerą, i nie potrafił określić jej wieku; myślał, że musi mieć dwanaście lat, wydawała mu się taka drobna. Jednak czuł, że musi być starsza, ze swoją chłopięcą swobodą, prostą zuchwałością, która go trochę zdezorientowała; nie podobała mu się: pomyślał, że jest zbyt łobuzerska ze swoją bladą pierrotą głową, obramowaną na skroniach czapką. Ale tym, co go zdziwiło, była siła tego dziecka, nerwowa siła połączona z dużą dozą umiejętności. Napełniła tramwaj szybciej niż on, szybkimi, małymi, regularnymi pociągnięciami łopaty; potem pchnęła go na pochyłość jednym powolnym pchnięciem, bez problemu, z łatwością przechodząc pod niskimi skałami. Rozerwał się na kawałki, zsunął z szyn i popadł w rozpacz.


Z pewnością nie była to dogodna droga. To było sześćdziesiąt metrów od wykopu do podniesienia, a przejście, którego górnicy jeszcze nie powiększyli, było zwykłą rurą z bardzo nieregularnym dachem spuchniętym przez niezliczone występy; w niektórych miejscach załadowany tramwaj mógł tylko przejechać; miotacz musiał się rozpłaszczyć, naciskać na kolana, aby nie złamać głowy, a poza tym drewno już się ugięło i ugięło. Można było zobaczyć, jak pęka w środku długimi, bladymi pęknięciami jak zbyt słaba kula. Trzeba było uważać, żeby się nie otrzeć w tych pęknięciach; a pod powolnym miażdżeniem, które powodowało pękanie kęsów dębu tak dużych jak udo, trzeba było ślizgać się prawie na brzuchu z sekretnym strachem, że nagle usłyszymy, jak pękają mu plecy.


„Jeszcze raz!” — powiedziała Catherine ze śmiechem.


Tramwaj Étienne wypadł z torów w najtrudniejszym miejscu. Nie mógł toczyć się prosto po tych szynach, które zapadły się w wilgotną ziemię, i przeklinał, wpadał w złość i zaciekle walczył na kołach, których nie mógł przywrócić na miejsce pomimo przesadnych wysiłków.


— Poczekaj chwilę — powiedziała młoda dziewczyna. „Jeśli się zdenerwujesz, to nigdy nie odejdzie”. Zręcznie zsunęła się w dół i wepchnęła pośladki pod tramwaj, a kładąc ciężar na lędźwiach, podniosła go i założyła na miejsce. Waga wynosiła siedemset kilogramów. Zaskoczony i zawstydzony wyjąkał wymówki.


Była zobowiązana pokazać mu, jak okrakiem jego nogi i oprzeć stopy o deskę po obu stronach galerii, aby zapewnić sobie solidniejszy punkt podparcia. Ciało musiało być zgięte, ramiona sztywne tak, aby napierały wszystkimi mięśniami barków i bioder. Podczas podróży podążał za nią i patrzył, jak idzie z napiętymi plecami, z pięściami tak nisko, że zdawała się truchtać na czworakach, jak jedna z tych krasnoludów występujących w cyrkach. Pociła się, dyszała, pękały jej stawy, ale bez narzekania, z obojętnością zwyczaju, jak gdyby życie w takim zgięciu było powszechną nędzą. Ale nie udało mu się zrobić tak dużo; męczyły go buty, jego ciało wydawało się złamane przez chodzenie w ten sposób z opuszczoną głową. Pod koniec kilku minut ta pozycja stała się torturą, nieznośną udręką,


Potem na początku było więcej pracy. Nauczyła go, jak szybko zapełniać tramwaj. Na górze i na dole tej pochyłej płaszczyzny, która obsługiwała wszystkie ścinki z jednego poziomu na drugi, znajdował się trammer — hamulec na górze, odbiornik na dole. Te łajdaki w wieku od dwunastu do piętnastu lat wykrzykiwały do siebie obrzydliwe słowa i aby ich ostrzec, trzeba było krzyczeć jeszcze gwałtowniej. Następnie, gdy tylko pojawił się pusty tramwaj do odesłania, odbiorca dał sygnał i miotacz wsiadł do swojego pełnego tramwaju, którego ciężar spowodował, że drugi wjechał w górę, gdy hamulec zwolnił hamulec. Niżej, w dolnej galerii, utworzono pociągi, które konie wciągały do szybu.


— Tutaj, przeklęte łajdaki — zawołała Katarzyna w pochylony sposób, wyłożony drewnem, długi na około sto metrów, który rozbrzmiewał jak gigantyczna trąba.


Trammery musieli odpoczywać, bo żaden z nich nie odpowiedział. Na wszystkich poziomach transport zatrzymał się. W końcu przenikliwy głos dziewczyny powiedział:


— Pewnie jeden z nich musi być na Mouquette!


Rozległ się ryk śmiechu, a puttery całego szwu trzymały się za boki.


„Kto to jest?” — zapytał Étienne z Catherine.


Ta ostatnia nazwała małą Lydie, łajdaczkę, która wiedziała więcej, niż powinna, i która mimo ramion lalki pchała swój tramwaj tęgą jak kobieta. A jeśli chodzi o Mouquette, to była całkiem zdolna do bycia z oboma trammerami jednocześnie.


Ale rozległ się głos słuchawki, krzyczącej, żeby załadować. Niewątpliwie pod nim przechodził kapitan. Transport rozpoczął się ponownie na dziewięciu poziomach i słychać było tylko regularne okrzyki trammerów i parskanie putterów przybywających w górę i parujących jak przepełnione klacze. To był żywioł bestialstwa, który wdychał w dole, nagłe pożądanie mężczyzny, kiedy górnik spotkał jedną z tych dziewcząt na czworakach, z jej bokami w powietrzu i biodrami pękającymi przez spodnie chłopca.


Podczas każdej podróży Étienne ponownie odkrywał na dnie duszność cięcia, wydrążoną i złamaną kadencję toporów, głębokie, bolesne westchnienia pikinierów, którzy wytrwali w swojej pracy. Wszyscy czterej byli nadzy, zmieszani z węglem, nasiąknięci po brzegi czarnym błotem. W pewnym momencie trzeba było uwolnić dyszącego Maheu i usunąć deski, aby węgiel mógł wpaść do przejścia. Zacharie i Levaque byli wściekli na szew, który był teraz twardy, jak powiedzieli, i który sprawiłby, że stan ich konta byłby katastrofalny. Chaval odwrócił się, leżąc przez chwilę na wznak, znęcając się nad Étienne, którego obecność zdecydowanie go irytowała.


— Rodzaj robaka; nie ma siły dziewczyny! Napełnisz swoją wannę? To, żeby oszczędzić ci ramiona, co? Cholera, jeśli nie zatrzymam dziesięciu su, jeśli jedna odmówi nam!


Młody człowiek unikał odpowiedzi, obecnie zbyt szczęśliwy, że znalazł pracę tego skazańca i zaakceptował brutalne rządy robotnika przez mistrza robotniczego. Ale nie mógł już chodzić, jego stopy krwawiły, kończyny poszarpane okropnymi skurczami, ciało uwięzione w żelaznym pasie. Na szczęście była dziesiąta i stoisko zdecydowało się zjeść śniadanie.


Maheu miał zegarek, ale nawet na niego nie spojrzał. Na dnie tej bezgwiezdnej nocy nigdy nie był na pięć minut. Wszyscy zakładają koszule i kurtki. Następnie, schodząc z cięcia, przykucnęli, łokciami po bokach, pośladkami na piętach, w tej pozycji tak zwyczajnej dla górników, że utrzymują ją nawet poza kopalnią, nie odczuwając potrzeby kamienia ani belki siedzieć na. A każdy, wyjąwszy cegłę, poważnie ugryzł gruby kawałek, wypowiadając od czasu do czasu słowa o porannej pracy. Catherine, która nadal stała, w końcu dołączyła do Étienne, który wyciągnął się dalej, po szynach, oparty plecami o pomost. Było tam prawie suche miejsce.


„Nie jesz?” — powiedziała do niego z pełnymi ustami i cegłą w dłoni.


Wtedy przypomniała sobie, że ten młodzieniec, błąkający się po nocy bez duszy, może nie miał ani kawałka chleba.


— Podzielisz się ze mną?


A gdy odmówił, oświadczając, że nie jest głodny, a jego głos drżał od ściskania w żołądku, ciągnęła wesoło:


„Ach! Jeśli jesteś wybredny! Ale tutaj, ugryzłem tylko tę stronę. Dam ci to”.


Już połamała chleb i masło na dwie części. Młody człowiek, biorąc swoją połowę, powstrzymał się od pożarcia wszystkiego na raz i położył ręce na udach, żeby nie widziała, jak drży. Ze swoją cichą atmosferą dobrego towarzystwa leżała obok niego, na całej długości na brzuchu, z brodą w jednej ręce, powoli jedząc drugą. Ich lampy, umieszczone między nimi, oświetlały ich twarze.


Catherine patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu. Musiała uważać go za przystojnego, z delikatną twarzą i czarnymi wąsami. Uśmiechnęła się niejasno z przyjemnością.


— A więc jesteś maszynistą i odesłali cię z kolei. Dlaczego?


— Ponieważ uderzyłem mojego wodza.


Pozostała oszołomiona, przytłoczona swoimi dziedzicznymi ideami podporządkowania i biernego posłuszeństwa.


— Powinienem powiedzieć, że piłem — ciągnął, a kiedy piję, wściekam się — mogłem się pożreć i pożreć innych ludzi. Tak; Nie mogę połknąć dwóch małych szklanek, nie chcąc kogoś zabić. Potem jestem chory przez dwa dni.”


— Nie możesz pić — powiedziała poważnie.


— Ach, nie bój się. Znam siebie.


Potrząsnął głową. Nienawidził brandy nienawiścią do ostatniego dziecka z rasy pijaków, które cierpiało na ciele tych wszystkich przodków, przemoczonych i doprowadzonych do szaleństwa alkoholem do tego stopnia, że najmniejsza kropla stała się dla niego trucizną.


„To z powodu matki nie lubiłem, gdy wyrzucano mnie na ulicę” — powiedział po przełknięciu kęsa. — Matka nie jest szczęśliwa, a od czasu do czasu wysyłałem jej pięciofrankową figurę.


— A gdzie ona jest, twoja matka?


— W Paryżu. Pralnia, Rue de la Goutte-d’or.


Zapadła cisza. Kiedy pomyślał o tych rzeczach, drżenie przyciemniło jego ciemne oczy, nagłą udrękę z powodu rany, którą poniósł w swej wspaniałej młodzieńczej sile. Przez chwilę pozostał ze swoim wyglądem pogrążonym w ciemnościach kopalni; i na tej głębokości, pod ciężarem i duszeniem ziemi, znów ujrzał swoje dzieciństwo, swoją matkę wciąż piękną i silną, porzuconą przez ojca, a potem ponownie zabraną po ślubie z innym mężczyzną, mieszkającym z dwoma mężczyznami, którzy ją zrujnowali tarzając się z nimi po rynsztoku w napoju i święcie. To było na dole, przypomniał sobie ulicę, szczegóły wróciły do niego; brudną bieliznę na środku sklepu, pijackie hulanki, od których śmierdziało w domu, i uderzenia łamiące szczękę.


— Teraz — zaczął znowu powolnym głosem — nie mam nawet trzydziestu su, żeby zrobić jej prezenty. Z pewnością umrze z nieszczęścia.


Wzruszył ramionami z rozpaczą i ponownie ugryzł swój chleb z masłem.


„Będziesz pić?” — zapytała Catherine, otwierając puszkę. — Och, to kawa, nie zaszkodzi. Wysycha się, gdy się tak je.


Ale on odmówił; wystarczyło, by wziąć połowę jej chleba. Jednak uparła się dobrodusznie i powiedziała w końcu:


— Cóż, wypiję przed tobą, bo jesteś taki uprzejmy. Tylko że teraz nie możesz odmówić, to byłoby niegrzeczne.


Podała mu puszkę. Uklękła i zobaczył ją całkiem blisko siebie, oświetloną dwoma lampami. Dlaczego uznał ją za brzydką? Teraz, kiedy była czarna, z twarzą upudrowaną drobnym węglem drzewnym, wydawała mu się wyjątkowo czarująca. Na tej otoczonej cieniem twarzy, zęby w szerokich ustach lśniły bielą, a oczy wydawały się duże i błyszczały zielonkawym odbiciem, jak oczy kota. Lok rudych włosów, który wysunął się z czapki, łaskotał ją w ucho i rozśmieszał. Nie wydawała się już taka młoda, mogła mieć czternaście lat.


— Aby cię zadowolić — powiedział, pijąc i oddając jej puszkę.


Powiedziała, że przełknęła drugi kęs i zmusiła go do wzięcia jednego, chcąc się podzielić; i ta mała puszka, która przechodziła od jednej ust do drugiej, bawiła ich. Nagle zadał sobie pytanie, czy nie powinien brać jej w ramiona i całować jej w usta. Miała duże usta bladoróżowego koloru, ożywione węglem, który dręczył go coraz większym pożądaniem. Ale nie odważył się, onieśmielony przed nią, poznał tylko dziewczyny najniższego rzędu na ulicach Lille i nie zdawał sobie sprawy, jak należy się zachowywać z dziewczyną z pracy, która wciąż mieszka z rodziną.


— Więc musisz mieć około czternastu lat? — zapytał po powrocie do swojego chleba. Była zdumiona, prawie zła.


— Co? Czternaście! Ale ja mam piętnaście! To prawda, że nie jestem duży. Dziewczyny nie rosną szybko z nami.


Ciągle ją przesłuchiwał, a ona powiedziała wszystko bez odwagi i wstydu. Co do reszty, nie ignorowała mężczyzny i kobiety, chociaż czuł, że jej ciało jest dziewicze, z dziewictwem dziecka opóźnionego w dojrzewaniu płciowym przez środowisko złego powietrza i znużenia, w którym żyła. Kiedy mówił o Mouquette, aby ją zawstydzić, opowiedziała okropne historie cichym głosem, z wielkim rozbawieniem. Ach! zrobiła kilka wspaniałych rzeczy! A gdy zapytał, czy ona sama nie ma kochanków, odpowiedziała żartem, że nie chce drażnić swojej matki, ale musi to kiedyś nastąpić. Jej ramiona były zgięte. Zadrżała trochę od chłodu jej nasiąkniętych potem szat, z łagodną, zrezygnowaną miną, gotowa poddać się rzeczom i mężczyznom.


„Ludzie mogą znaleźć kochanków, kiedy wszyscy mieszkają razem, prawda?”


„Jasne!”


— A potem nikogo to nie boli. Nikt nie mówi o tym księdzu.


— Och! Kapłan! Nie dbam o niego! Ale jest Czarny Człowiek.


— Co masz na myśli, Czarnego Człowieka?


„Stary górnik, który wraca do dołu i wykręca szyje niegrzecznym dziewczynom”.


Spojrzał na nią, bojąc się, że naśmiewa się z niego.


— Wierzysz w te głupie rzeczy? Więc nic nie wiesz.


— Tak, rozumiem. Umiem czytać i pisać. To nam się przydaje; w czasach ojca i matki niczego się nie nauczyli.


Z pewnością była bardzo czarująca. Kiedy skończyła chleb z masłem, brał ją i całował w jej duże, różowe usta. Było to rozwiązanie nieśmiałości, myśli o przemocy, która dławiła mu głos. Te ubrania chłopca — ta kurtka i te spodnie — na ciele dziewczyny podniecały go i niepokoiły. Przełknął ostatni kęs. Napił się z puszki i oddał jej do opróżnienia. Teraz nadeszła chwila działania i rzucił niespokojne spojrzenie na górników dalej. Ale galerię zasłonił cień.


Chaval stał przez chwilę i patrzył na nich z daleka. Podszedł, upewniwszy się, że Maheu go nie widzi; a gdy Catherine siedziała na ziemi, chwycił ją za ramiona, cofnął jej głowę i spokojnie zmiażdżył jej usta brutalnym pocałunkiem, udając, że nie zauważa Étienne. W tym pocałunku był akt opętania, rodzaj zazdrosnego postanowienia.


Jednak młoda dziewczyna była obrażona.


— Puść mnie, słyszysz?


Trzymał ją za głowę i patrzył jej w oczy. Jego wąsy i mała ruda broda płonęły w jego czarnej twarzy z wielkim orle nosem. Wreszcie pozwolił jej odejść i odszedł bez słowa.


Dreszcz zmroził Étienne. Czekanie było głupie. Z pewnością nie mógł jej teraz pocałować, bo być może pomyślałaby, że on chciałby się zachowywać jak tamten. W swojej zranionej próżności doświadczył prawdziwej rozpaczy.


— Dlaczego skłamałeś? — powiedział cicho. „On jest twoim kochankiem.”


— Ale nie, przysięgam — zawołała. — Nie ma tego między nami. Czasami lubi żartować; nawet tu nie pasuje; minęło sześć miesięcy, odkąd przybył z Pas-de-Calais.


Obie wzrosły; praca miała zostać wznowiona. Kiedy zobaczyła go tak zimnego, wydawała się zirytowana. Niewątpliwie uważała go za przystojniejszego od drugiego; być może wolałaby go. Myśl o jakimś przyjaznym, pocieszającym związku zaniepokoiła ją; a kiedy młody człowiek ze zdziwieniem zobaczył, że jego lampa płonie na niebiesko z dużym bladym pierścieniem, spróbowała przynajmniej go rozbawić.


— Chodź, coś ci pokażę — powiedziała przyjaźnie.


Kiedy zaprowadziła go na dno rąbka, wskazała mu szczelinę w węglu. Wydobyło się z niej lekkie bulgotanie, cichy dźwięk przypominający świergotanie ptaka.


— Połóż tam rękę, poczujesz wiatr. Jest wilgotny od ognia.


Został zaskoczony. Czy to wszystko? Czy to była straszna rzecz, która wszystko wysadziła? Roześmiała się, powiedziała, że dziś jest tego sporo, by płomień lamp był tak niebieski.


— A teraz, jeśli skończyłeś gadać, leniwe głupki! — zawołał szorstki głos Maheu.


Catherine i Étienne pospiesznie wypełnili swoje tramwaje i popchnęli ich na wyżyny z usztywnionymi plecami, czołgając się pod władczym dachem korytarza. Nawet po drugiej podróży spływał z nich pot, a stawy zaczęły pękać.


Pikinierzy wznowili pracę przy cięciu. Mężczyźni często skracali śniadanie, aby nie zmarznąć; a ich cegły, zjedzone w ten sposób, z dala od słońca, z cichą żarłocznością wypełniały ich żołądki ołowiem. Wyciągnięci na bokach młotkowali głośniej, mając jeden ustalony pomysł zapełnienia dużej liczby tramwajów. Każda myśl zniknęła w tej wściekłości na zysk, na który tak trudno było zarobić. Nie czuli już wody, która na nich spływała i puchła im kończyn, skurczów wymuszonych postaw, duszenia się ciemności, w której pobladli, jak rośliny postawione w piwnicy. Jednak w miarę upływu dnia powietrze stawało się bardziej zatrute i rozgrzane dymem lamp, zarazą ich oddechów, duszeniem ognistej wilgoci — oślepiając oczy jak pająki”. sieci — które tylko wietrzenie nocy mogło zmieść. Na dnie kretowiska, pod ciężarem ziemi, bez oddechu w zapalnych płucach, walili dalej.

Rozdział V

Maheu, nie patrząc na zegarek, który zostawił w kurtce, zatrzymał się i powiedział:


— Bezpośrednio o pierwszej. Zacharie, czy to już zrobione?


Młody człowiek był właśnie przy pomoście. W trakcie porodu leżał na plecach z rozmarzonymi oczami, myśląc o meczu hokeja z poprzedniego wieczoru. Obudził się i odpowiedział:


— Tak, wystarczy; zobaczymy jutro.


I wrócił, aby zająć swoje miejsce przy cięciu. Levaque i Chaval również zrezygnowali ze swoich typów. Wszyscy odpoczywali. Wytarli twarze nagimi ramionami i spojrzeli na dach, na którym pękały łuskowate masy. Mówili tylko o swojej pracy.


— Kolejna szansa — mruknął Chaval — że dostanie się na luźną ziemię. Nie wzięli tego pod uwagę przy okazji.


„Dranie!” — warknął Levaque. „Chcą nas w nim tylko pogrzebać”.


Zacharie zaczął się śmiać. Niewiele dbał o pracę i resztę, ale bawiło go słuchanie nadużyć w Firmie. Maheu na swój spokojny sposób wyjaśnił, że natura gleby zmienia się co dwadzieścia metrów. Trzeba być sprawiedliwym; nie mogli wszystkiego przewidzieć. Potem, kiedy dwaj pozostali zaczęli rozmawiać z mistrzami, stał się niespokojny i rozejrzał się wokół.


„Cicho! Wystarczy.”


— Masz rację — powiedział Levaque, również ściszając głos; „to nie jest zdrowe”.


Chorobliwy strach przed szpiegami prześladował ich, nawet na tej głębokości, jakby węgiel akcjonariuszy, znajdujący się jeszcze w pokładzie, mógł mieć uszy.


— To mi nie przeszkodzi — dodał głośno Chaval w wyzywający sposób — przed złożeniem cegiełki w brzuchu tego przeklętego Dansaerta, jeśli będzie ze mną rozmawiał tak jak poprzedniego dnia. Nie będę mu przeszkadzał, Nie zrobię tego, kupując ładne dziewczyny o białej skórze”.


Tym razem Zacharie wybuchnął śmiechem. Miłość głównego kapitana do Pierronne była ciągłym żartem w boksie. Nawet Catherine spoczęła na łopatce u dołu rąbka, trzymając ją za boki iw kilku słowach opowiedziała Étienne’owi żart; podczas gdy Maheu wpadał w złość, ogarnięty strachem, którego nie mógł ukryć.


— Czy będziesz się trzymać języka, co? Poczekaj, aż będziesz sam, jeśli chcesz wpaść w kłopoty.


Wciąż mówił, gdy w górnej galerii rozległy się kroki. Niemal natychmiast inżynier kopalni, mały Négrel, jak nazywali go między sobą robotnicy, pojawił się na szczycie wykopu w towarzystwie Dansaerta, głównego kapitana.


„Czy nie powiedziałem tego?” mruknął Maheu. „Zawsze jest tam ktoś, kto podnosi się z ziemi”.


Paul Négrel, bratanek pana Hennebeau, był młodym mężczyzną w wieku dwudziestu sześciu lat, wytwornym i przystojnym, z kręconymi włosami i brązowym wąsem. Spiczasty nos i błyszczące oczy nadawały mu minę sympatycznej fretki o sceptycznej inteligencji, która zmieniła się w nagły autorytatywny sposób w stosunkach z robotnikami. Był tak ubrany jak oni i tak jak oni posmarowani węglem; aby sprawić, by go szanowali, wykazał się śmiałą odwagą, przechodząc przez najtrudniejsze miejsca i zawsze jako pierwszy, gdy dochodziło do obsunięć ziemi lub wybuchów wilgotnych od ognia.


— Tutaj jesteśmy, prawda, Dansaert? on zapytał.


Główny kapitan, Belg o szorstkiej twarzy, z dużym, zmysłowym nosem, odpowiedział z przesadną grzecznością:


— Tak, monsieur Négrel. Oto człowiek, którego zabrano dziś rano.


Obaj zsunęli się w środek cięcia. Zmusili Étienne do wyjścia. Inżynier podniósł lampę i spojrzał na niego bez zadawania pytań.


— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale nie lubię, gdy nieznani mężczyźni są zabierani z drogi. Nie rób tego ponownie.


Nie słuchał udzielanych mu wyjaśnień, konieczności pracy, chęci zastąpienia kobiet do transportu mężczyznami. Zaczął oglądać dach, podczas gdy pikinierzy znów sięgnęli po kilofy. Nagle zawołał:


— Mówię tam, Maheu; czy nie obchodzi cię życie? Na niebiosa! Wszyscy zostaniecie tutaj pochowani!


„Och, jest solidne” — odpowiedział spokojnie robotnik.


„Co! Solidne! Ale skała już się poddaje, a ty sadzisz rekwizyty na więcej niż dwa metry, jakbyś miał do tego żal! Ach! Wszyscy jesteście do siebie podobni. Pozwolisz swojej czaszce zostać spłaszczona, zamiast opuszczać szew, aby dać Wymagany czas do szalowania! Muszę cię prosić o natychmiastowe podparcie. Podwójne oszalowanie — rozumiesz?”


A w obliczu niechęci górników, którzy dyskutowali o tym, mówiąc, że są dobrymi sędziami ich bezpieczeństwa, rozgniewał się.


„Idźcie dalej! Kiedy wasze głowy zostaną zmiażdżone, czy to wy będziecie musieli ponieść konsekwencje? Wcale nie! To Firma będzie musiała wypłacać wam emerytury, ty lub wasze żony. Powtarzam, że wiemy ty; żeby dostać dwa dodatkowe tramwaje do wieczora, sprzedałbyś swoje skóry.”


Maheu, pomimo gniewu, który stopniowo go opanowywał, wciąż odpowiadał miarowo:


„Jeśli zapłacili nam wystarczająco dużo, powinniśmy to lepiej wspierać”.


Inżynier wzruszył ramionami, nie odpowiadając. Zszedł z cięcia i powiedział na koniec tylko z dołu:


— Macie godzinę. Do roboty wszyscy; daję wam znać, że stoisko jest ukarane mandatem w wysokości trzech franków.


Te słowa powitał niski warkot pikinierów. Siła samego systemu powstrzymywała ich, ten system wojskowy, który, od trammera do głównego kapitana, uziemiał jeden pod drugim. Jednak Chaval i Levaque wykonali wściekły gest, podczas gdy Maheu powstrzymał ich jednym spojrzeniem, a Zacharie wzruszył ramionami z pogardą. Ale Étienne był być może najbardziej dotknięty. Odkąd znalazł się na dnie tego piekła, narastał w nim powolny bunt. Spojrzał na zrezygnowaną Catherine z opuszczonymi plecami. Czy można było się zabić w tej ciężkiej pracy, w tej śmiertelnej ciemności, a nawet nie zarobić kilku pensów na chleb powszedni?


Jednak Négrel odszedł z Dansaertem, który był zadowolony z aprobaty ciągłym ruchem głowy. I znów podniosły się ich głosy; właśnie zatrzymali się jeszcze raz i oglądali oszalowanie na galerii, którą pikinierzy musieli pilnować przez dziesięć metrów za rąbkiem.


— Czy nie mówiłem ci, że nic ich to nie obchodzi? — zawołał inżynier. — A ty! Dlaczego, na diabła, nie obserwujesz ich?


— Ale ja… mam — wyjąkał główny kapitan. „Męczą się powtarzanie rzeczy”.


Négrel zawołał głośno:


„Maheu! Maheu!”


Wszyscy zeszli. On wyszedł na:


„Widzisz to? Czy to wytrzyma? To konstrukcja za dwa i pół pensa! Oto belka, której słupy jeszcze nie niosą, została zrobiona tak pospiesznie. Na Jowisza! Rozumiem, jak to jest, że naprawa nas tak kosztuje wiele. To wystarczy, prawda? jeśli będzie trwać tak długo, jak będziesz się nim opiekował, a potem może ulec zniszczeniu, a Kompania jest zobowiązana do posiadania armii naprawiaczy. Spójrz na to tam na dole; to po prostu nieudacznik!”


Chaval chciał się odezwać, ale uciszył go.


„Nie! Wiem, co powiesz. Pozwól im zapłacić więcej, co? Bardzo dobrze! Ostrzegam, że zmusisz kierowników do zrobienia czegoś: oni zapłacą Ci oddzielnie za pomost i proporcjonalnie obniżą cenę tramwaje. Zobaczymy, czy w ten sposób zyskasz! Tymczasem podeprzyj to jeszcze raz, od razu; przejdę jutro.”


Pośród konsternacji wywołanej tym zagrożeniem odszedł. Dansaert, który był tak pokorny, pozostał kilka chwil w tyle, by brutalnie powiedzieć mężczyznom:


— Doprowadzisz mnie do kłótni, ty tutaj. Dam ci coś więcej niż trzy franki w porządku, dam. Uważaj!


Potem, kiedy odszedł, Maheu wybuchł z kolei:


„Na Boga! Co jest sprawiedliwe, to sprawiedliwe! Lubię, gdy ludzie są spokojni, bo to jedyny sposób, aby się dogadać, ale w końcu doprowadzają do szału. Słyszałeś? Tramwaj opuszczony, a pomost osobno! Inny sposób płacenia nas mniej. Na Boga!”


Szukał kogoś, na kogo mógłby wyładować swój gniew, i zobaczył Catherine i Étienne wymachujące rękami.


— Przyniesiesz mi po prostu trochę drewna! Jakie to ma dla ciebie znaczenie? Wbiję gdzieś w ciebie stopę!


Étienne poszedł nieść go bez urazy za tę szorstką przemowę, tak wściekły na mistrzów, że uważał górników za zbyt dobrodusznych. Co do pozostałych, Levaque i Chaval znaleźli ulgę w mocnym języku. Wszyscy, nawet Zacharie, szaleli wściekle. Przez prawie pół godziny słychać było tylko skrzypienie drewna wpychanego przez uderzenia młota.


Nie rozmawiali już dłużej, parsknęli, wściekli się na kamień, który gdyby mogli, szarpnęliby i odepchnęli siłą ramion.


— Wystarczy — powiedział w końcu Maheu, wyczerpany złością i zmęczeniem. — Półtorej godziny! Świetny dzień pracy! Nie dostaniemy pięćdziesięciu su! Odpadam. To mnie brzydzi.


Chociaż zostało jeszcze pół godziny pracy, ubrał się. Inni go naśladowali. Sam widok cięcia rozwścieczył ich. Gdy miotacz wracał do spedycji, zawołali ją, zirytowani jej zapałem: niech węgiel sam się zatroszczy. A szóstka, z narzędziami pod pachą, ruszyła pieszo dwa kilometry wstecz, wracając do szybu przy porannej drodze.


Przy kominie Catherine i Étienne spóźniły się, podczas gdy pikinierzy zsunęli się w dół. Spotkali małą Lydie, która zatrzymała się w galerii, żeby ich przepuścić, i opowiedziała im o zniknięciu Mouquette, której nos krwawił tak bardzo, że nie było jej przez godzinę i gdzieś kąpała się, nikt nie wiedział gdzie. Potem, kiedy ją zostawili, dziecko znowu zaczęło pchać swój tramwaj, zmęczone i zabłocone, usztywniając swoje owadopodobne ręce i nogi jak chuda czarna mrówka walcząca z ładunkiem, który był na nią zbyt ciężki. Położyli się na plecach, spłaszczając ramiona ze strachu przed podrapaniem skóry na czole i podeszli tak blisko wypolerowanej skały z tyłu straganów, że musieli od czasu do czasu trzymać się stolarki., żeby ich tyłki nie zapalały się, jak żartowali.


Poniżej znaleźli się sami. Czerwone gwiazdy znikały w oddali na zakręcie przejścia. Ich radość opadła, zaczęli iść ciężkim krokiem zmęczenia, ona z przodu, on z tyłu. Ich lampy były poczerniałe. Ledwo ją widział, zatopioną w jakiejś dymnej mgle; a myśl, że jest dziewczyną, niepokoiła go, ponieważ uważał, że głupotą jest jej nie przytulać, a jednak powstrzymało go wspomnienie drugiego mężczyzny. Z pewnością go okłamała: drugi był jej kochankiem, leżeli razem na tych wszystkich stosach łupkowego węgla, ponieważ miała luźny kobiecy chód. Nadąsał się bez powodu, jakby go oszukała. Ona jednak co chwila odwracała się, ostrzegała go przed przeszkodami i zdawała się zachęcać go do czułości. Byli tu tak zagubieni, że tak łatwo byłoby śmiać się razem jak dobrzy przyjaciele! W końcu weszli na dużą galerię transportową; była ulgą dla niezdecydowania, z powodu którego cierpiał; podczas gdy ona znów miała smutny wyraz, żal za szczęściem, którego już więcej nie odnajdą.


Teraz podziemne życie toczyło się wokół nich z nieustannym przemijaniem kapitanów, przyjeżdżającymi i odjeżdżającymi tramwajami ciągniętymi przez kłusujące konie. Wszędzie w nocy świeciły lampy. Musieli ocierać się o skałę, aby zostawić ścieżkę wolną dla mrocznych ludzi i bestii, których oddech uderzał w ich twarze. Jeanlin, biegnąc boso za swoim tramwajem, wykrzykiwała im coś niegrzecznego, którego nie mogli usłyszeć pośród grzmotu kół. Ciągle szli dalej, ona teraz milczała, on nie rozpoznawał porannych zakrętów i dróg i wyobrażał sobie, że prowadzi go coraz głębiej w ziemię; a tym, co go szczególnie dręczyło, było zimno, narastające zimno, które odczuwał wychodząc z cięcia, i które powodowało, że drżał, im bardziej zbliżali się do szybu. Pomiędzy wąskimi ścianami wiał teraz jak burza kolumna powietrza. Był zrozpaczony, że kiedykolwiek dobiegnie końca, kiedy nagle znaleźli się w sali oczodołów.


Chaval zerknął na nich z ukosa, jego usta zacisnęły się podejrzliwie. Pozostali tam byli, zlani potem w lodowatym prądzie, milczący jak on, połykający swoje pomruki wściekłości. Przybyli zbyt wcześnie i przez pół godziny nie dało się ich zabrać na szczyt, tym bardziej, że przy opuszczaniu konia wykonywano skomplikowane manewry. Tragarze nadal toczyli tramwaje z ogłuszającym dźwiękiem poruszającego się starego żelaza, a klatki unosiły się w górę, znikając w deszczu, który spadł z czarnej dziury. Poniżej miska, głęboka na dziesięć metrów szambo, wypełniona tą płynącą wodą, również wydychała mulistą wilgoć. Mężczyźni nieustannie poruszali się wokół szybu, ciągnąc za sznury sygnałowe, naciskając na ramiona dźwigni, w środku tego rozprysku, w którym nasiąknięto ich ubraniami.


Maheu podjął ostatni wysiłek. Podszedł do Pierrona, który o szóstej wyszedł na służbę.


— Tutaj! Równie dobrze możesz nas puścić.


Ale portier, przystojny facet o mocnych kończynach i łagodnej twarzy, odmówił przerażonym gestem.


— Niemożliwe: zapytaj kapitana. Ukaraliby mnie.


Świeże warczenie zostało stłumione. Catherine pochyliła się i powiedziała Étienne do ucha:


— No to chodź i zobacz stajnię. To wygodne miejsce!


I musieli uciec niezauważeni, bo tam było zabronione. Znajdował się po lewej stronie, na końcu krótkiej galerii. Dwadzieścia pięć metrów długości i prawie cztery wysokie, wykute w skale i sklepione cegłami, mogło pomieścić dwadzieścia koni. W rzeczywistości było tam wygodnie. Było przyjemne ciepło żywych zwierząt, przyjemny zapach świeżej i dobrze utrzymanej ściółki. Jedyna lampa rzucała spokojne promienie nocnego światła. Były tam konie odpoczywające, które odwracały głowy dużymi, dziecięcymi oczami, po czym bez pośpiechu wracały na swoje siano, jak tłuste, dobrze utrzymane robotnice, kochane przez wszystkich.


Ale kiedy Catherine czytała na głos ich imiona zapisane na cynkowych tabliczkach nad żłobami, wydała cichy okrzyk, widząc, jak coś nagle się przed nią podnosi. To była Mouquette, która wyłoniła się przerażona ze sterty słomy, w której spała. W poniedziałek, kiedy była przemęczona niedzielnym szaleństwem, zadała sobie gwałtowny cios w nos i zostawiła swoje cięcie pod pretekstem szukania wody, aby pogrzebać się tutaj z końmi w ciepłej ściółce. Jej ojciec, będąc z nią słaby, pozwolił na to, ryzykując wpadnięciem w kłopoty.


Właśnie wtedy wszedł Mouque, ojciec, niski, łysy, zmęczony mężczyzna, ale wciąż tęgi, co jest rzadkością u starego górnika po pięćdziesiątce. Odkąd został panem młodym, żuł do tego stopnia, że dziąsła krwawiły w jego czarnych ustach. Widząc tych dwoje z córką, rozgniewał się.


— Co tu robicie, wszyscy? Chodźcie! W górę! Jadeity, przyprowadzają tu człowieka! Fajnie jest przyjść i robić swoje brudne sztuczki w słomie.


Mouquette uznała to za zabawne i trzymała się za boki. Ale Étienne, czując się niezręcznie, odsunęła się, podczas gdy Catherine uśmiechnęła się do niego. Kiedy wszyscy trzej wrócili do pit-eye, Bébert i Jeanlin przybyli tam również z pociągiem wanien. Nastąpiła przerwa w manewrowaniu klatkami, a młoda dziewczyna podeszła do ich konia, pogłaskała go ręką i opowiedziała o tym swojej towarzyszce. To był Bataille, nestor kopalni, biały koń, który mieszkał poniżej dziesięciu lat. Przez te dziesięć lat mieszkał w tej dziurze, zajmując ten sam róg stajni, wykonując to samo zadanie wzdłuż czarnych galerii, nigdy nie widząc światła dziennego. Bardzo gruby, z lśniącą sierścią i dobrodusznym powietrzem, wydawał się prowadzić egzystencję mędrca, chronionego przed złem świata w górze. Również w tej ciemności stał się bardzo przebiegły. Korytarz, w którym pracował, wydał mu się tak znajomy, że mógł otwierać drzwi wentylacyjne głową i opuścił się, aby uniknąć uderzeń w wąskie miejsca. Bez wątpienia liczył też swoje obroty, bo kiedy odbył regulaminową liczbę podróży, nie chciał już robić więcej i musiał być prowadzony z powrotem do żłóbka. Teraz, gdy zbliżała się starość, jego kocie oczy były czasami przygaszane melancholią. Może niejasno ujrzał znowu, w głębi swoich niejasnych snów, młyn, w którym się urodził, niedaleko Marchiennes, młyn umieszczony na skraju Skarpy, otoczony dużymi polami, nad którymi zawsze wiał wiatr. Coś płonęło w powietrzu — ogromna lampa, której dokładny wygląd umknął pamięci jego bestii — i stał z opuszczoną głową, drżąc na starych nogach, bezcelowo usiłując przypomnieć sobie słońce.


W międzyczasie manewry trwały w szybie, młot sygnalizacyjny zadał cztery uderzenia, a konia opuszczano; w takich chwilach zawsze panowało podniecenie, bo zdarzało się, że bestię ogarnął taki strach, że lądował martwy. Po włożeniu do sieci na górze walczyła zaciekle; potem, kiedy nie czuł już ziemi pod sobą, pozostawał jak skamieniały i znikał bez drżenia skóry, z powiększonymi i nieruchomymi oczami. Ponieważ zwierzę było zbyt duże, aby przejść między prowadnicami, podczas zaczepiania go pod klatką konieczne było ściągnięcie głowy i przymocowanie do boków. Zejście trwało prawie trzy minuty, a silnik był na wszelki wypadek zwalniany. W dole podniecenie narastało. Co wtedy? Czy miał zostać pozostawiony na drodze, wisi w ciemności? W końcu pojawił się w swoim kamiennym bezruchu, z okiem utkwionym i rozszerzonym z przerażenia. Był to ledwie trzyletni koń gniady, zwany Trompette.


„Uwaga!” — zawołał ojciec Mouque, który miał ją przyjąć. — Przyprowadź go tutaj, jeszcze go nie cofaj.


Trompette wkrótce został umieszczony na metalowej podłodze w masie. Wciąż się nie poruszył: wydawał się koszmarem w tej niejasnej nieskończonej dziurze, w tej głębokiej sali odbijającej się echem od zgiełku. Zaczęli go odpinać, kiedy Bataille, który właśnie został odpięty, podszedł i wyciągnął jego szyję, by poczuć zapach towarzysza, który leżał na ziemi. Robotnicy żartobliwie powiększyli krąg. Dobrze! jaki przyjemny zapach w nim znalazł? Ale Bataille, głuchy na kpiny, ożywił się. Prawdopodobnie odnalazł w nim dobry zapach pod gołym niebem, zapomniany zapach słońca na trawie. I nagle wybuchnął dźwięcznym westchnieniem, pełnym muzycznej radości, w którym zdawało się, że zapanował szloch. Było to pozdrowienie, radość z tych starożytnych rzeczy, których podmuch dotarł do niego, melancholia jeszcze jednego więźnia, który nie wzniesie się ponownie aż do śmierci.


— Ach! To zwierzę Bataille! krzyczeli robotnicy, rozbawieni wybrykami swojego ulubieńca, „rozmawia z kolegą”.


Trompette był niezwiązany, ale nadal się nie poruszył. Pozostał na boku, jakby wciąż czuł, jak sieć go powstrzymuje, duszona strachem. W końcu podnieśli go biczem, oszołomiony, a jego kończyny drżały. Ojciec Mouque wyprowadził te dwie bestie, bratając się razem.


— Tutaj! Czy jest już gotowe? zapytał Maheu.


Trzeba było oczyścić klatki, a poza tym było jeszcze dziesięć minut przed godziną wejścia na górę. Stopniowo stragany opróżniały się, a górnicy wracali ze wszystkich galerii. Było tam już około pięćdziesięciu mężczyzn, wilgotnych i drżących, a ich rozpalone piersi dyszały ze wszystkich stron. Pierron, pomimo swojej jadowitej twarzy, uderzył swoją córkę Lydie, ponieważ opuściła cięcie przed czasem. Zacharie chytrze uszczypnął Mouquette’a, żartując, że się rozgrzewa. Ale niezadowolenie wzrosło; Chaval i Levaque opowiedzieli o groźbie inżyniera, obniżeniu ceny tramwaju i osobnej zapłacie za pomost. I okrzyki powitały ten plan, w tym małym zakątku, prawie sześćset metrów pod ziemią, kiełkował bunt. Wkrótce nie mogli powstrzymać swoich głosów; ci ludzie, splamieni węglem i zmarznięci przez opóźnienie, oskarżył Firmę o zabicie połowy swoich pracowników na dole, a drugą połowę o śmierć z głodu. Étienne słuchała, drżąc.


„Szybko szybko!” — powtórzył kapitan Richomme do tragarzy.


Przyspieszył przygotowania do wejścia, nie chcąc być trudnym, udając, że nie słyszy. Jednak szmery stały się tak głośne, że musiał je zauważyć. Wołali za nim, że to nie będzie trwało zawsze i że pewnego pięknego dnia cała sprawa zostanie zniszczona.


— Jesteś rozsądny — powiedział do Maheu; „Niech trzymają języki. Kiedy nie ma się mocy, trzeba mieć rozsądek”.


Ale Maheu, który uspokajał się i wreszcie stał się niespokojny, nie przeszkadzał. Nagle głosy ucichły; Négrel i Dansaert, wracając z inspekcji, weszli z galerii, obaj spoceni. Nawyk dyscypliny sprawił, że mężczyźni stali w rzędach, podczas gdy inżynier bez słowa przechodził przez grupę. Wsiadł do jednego tramwaju, a główny kapitan do drugiego, sygnał rozbrzmiewał pięć razy, dzwoniąc o mięso rzeźnika, jak powiedzieli dla mistrzów; a klatka uniosła się w powietrze pośród ponurej ciszy.

Rozdział VI

Wspinając się w klatce, w której znajdowały się cztery inne osoby, Étienne postanowił kontynuować swoją wygłodniałą drogę po drogach. Równie dobrze można było umrzeć od razu, jak zejść na dno tego piekła, gdzie nie można było nawet zarobić na chleb. Catherine w tramwaju nad nim nie była już u jego boku z jej przyjemnym, uspokajającym ciepłem; wolał unikać głupich myśli i odejść, gdyż dzięki szerszemu wykształceniu nie czuł rezygnacji tego stada; skończyłby uduszeniem jednego z mistrzów.


Nagle został oślepiony. Wznoszenie było tak szybkie, że był oszołomiony światłem dziennym, a jego powieki drżały w blasku, do którego już się przyzwyczaił. Mimo wszystko z ulgą poczuł, jak klatka osiada na prętach. Lądownik otworzył drzwi iz tramwajów wyskoczyła fala robotników.


— Mówię, Mouquet — szepnął Zacharie do ucha lądownika — czy dziś w nocy lecimy do wulkanu?


Volcan był koncertem w kawiarni w Montsou. Mouquet mrugnął lewym okiem z cichym śmiechem, który sprawił, że jego szczęki rozwarły się. Niski i tęgi jak jego ojciec, miał zuchwałą twarz człowieka, który pożera wszystko, nie dbając o jutro. Właśnie wtedy wyszedł z kolei Mouquette, który z braterską czułością uderzył ją potężnie w bok.


Étienne ledwo rozpoznał wyniosłą nawę sali przyjęć, która wcześniej wyglądała imponująco w dwuznacznym świetle latarni. Był po prostu nagi i brudny; przez zakurzone okna wpadało przytłumione światło. Sam silnik na końcu świecił miedzią; Dobrze nasmarowane stalowe kable poruszały się jak wstęgi nasączone atramentem, a krążki nad nimi, olbrzymie rusztowanie, które je podtrzymywało, klatki, tramwaje, cała ta cudowność metalu sprawiała, że sala wydawała się ponura dzięki ich twardym, szarym odcieniom starego żelaza. Bez przerwy dudnienie kół wstrząsnęło metalową podłogą; podczas gdy z tak uruchomionego węgla powstał drobny proszek węgla drzewnego, który sproszkował na czarno ziemię, ściany, a nawet legary wieży.


Ale Chaval, spojrzawszy na stół z ladami w małym przeszklonym gabinecie odbiorcy, wrócił wściekły. Odkrył, że dwa z ich tramwajów zostały odrzucone, jeden, ponieważ nie zawierał przepisowej ilości, a drugi, ponieważ węgiel nie był czysty.


„To kończy dzień” — zawołał. — Znowu dwadzieścia su mniej! To dlatego, że walczymy z leniwymi łotrami, którzy używają ramion tak, jak świnia robi ogon!


Jego spojrzenie z ukosa na Étienne’a dopełniło jego myśli.


Ten ostatni był kuszony, by odpowiedzieć ciosem. Potem zadał sobie pytanie, jaki byłby pożytek, skoro wyjeżdżał. To zdecydowało o nim absolutnie.


„Nie da się tego zrobić dobrze pierwszego dnia”, powiedział Maheu, aby przywrócić pokój; — jutro będzie lepiej.


Wszyscy byli jednak zgorzkniali i zaniepokojeni potrzebą kłótni. Kiedy szli do kabiny z lampami, aby oddać swoje lampy, Levaque zaczął znęcać się nad lamparzem, którego oskarżył o niewłaściwe czyszczenie lampy. Zwolnili tylko trochę w szopie, gdzie wciąż płonął ogień. Był nawet zbyt mocno spiętrzony, bo piec był czerwony, a rozległy pokój bez okna wydawał się płonąć, do tego stopnia, że odbicie sprawiało, że ściany krwawiły. I rozległy się pomruki radości, wszystkie grzbiety pieczono z daleka, aż dymiły jak zupa. Kiedy ich boki płonęły, gotowali swoje brzuchy. Mouquette spokojnie opuściła spodnie, żeby wysuszyć koszulę. Niektórzy chłopcy naśmiewali się z niej; wybuchają śmiechem, ponieważ nagle pokazała im swoją tylną,


— Wychodzę — powiedział Chaval, który zamknął swoje narzędzia w swoim pudełku.


Nikt się nie poruszył. Tylko Mouquette pospieszył i wyszedł za nim pod pretekstem, że obaj wracają do Montsou. Ale inni dalej żartowali; wiedzieli, że nie będzie miał z nią nic wspólnego.


Jednak Catherine, która wydawała się zajęta, mówiła cicho do swojego ojca. Ten ostatni był zaskoczony; potem zgodził się skinieniem głowy; i dzwoniąc do Étienne, aby oddał mu swój pakiet:


„Słuchaj”, powiedział, „nie masz duszy; będziesz miał czas na głód przed końcem dwóch tygodni. Czy spróbuję zdobyć gdzieś zasługę?”


Młody człowiek stał przez chwilę zdezorientowany. Właśnie miał odebrać trzydzieści su i odejść. Ale wstyd powstrzymał go przed młodą dziewczyną. Spojrzała na niego nieruchomo; może pomyśli, że uchyla się od pracy.


— Wiesz, że nie mogę ci nic obiecać — ciągnął Maheu. — Mogą nam tylko odmówić.


Wtedy Étienne zgodził się. Odmówiliby. Poza tym to by go z niczym nie związało, po zjedzeniu wciąż mógłby odejść. Potem był niezadowolony, że nie odmówił, widząc radość Katarzyny, ładny śmiech, spojrzenie przyjaźni, szczęśliwą, że była dla niego użyteczna. Co było w tym wszystkim dobrego?


Kiedy włożyli saboty i zamknęli pudła, Maheus opuścił szopę, podążając za swoimi towarzyszami, którzy wychodzili jeden po drugim po ogrzaniu się. Étienne poszedł z tyłu. Levaque i jego urwis dołączyli do zespołu. Ale kiedy przechodzili przez salę projekcyjną, zatrzymała ich scena przemocy.


Znajdował się w ogromnej szopie, z belkami poczerniałymi od prochu i dużymi okiennicami, przez które wiał stały strumień powietrza. Węglowe tramwaje przybyły prosto z sali przyjęć, a następnie zostały przewrócone przez wywrotki na leje samowyładowcze, długie żelazne zjeżdżalnie; a po prawej i lewej stronie tych przesiewaczy, zamontowanych na stopniach i uzbrojonych w łopaty i grabie, oddzielili kamień i zgarnęli razem czysty węgiel, który następnie spadał przez lejki do wagonów kolejowych pod szopą.


Była tam Philoméne Levaque, chuda i blada, z owczą twarzą dziewczyny, która pluła krwią. Z głową osłoniętą kawałkiem niebieskiej wełny i rękami i ramionami czarnymi do łokci, zasłaniała się pod starą wiedźmą, matką Pierronne, Brulé, jak ją nazywano, z okropnymi oczami sowy i ustami wciągniętymi do środka. jak torebka skąpca. Wykorzystywali się nawzajem, młoda oskarżyła starszą o grabienie jej kamieni, żeby nie mogła dostać kosza w dziesięć minut. Płacili im koszyk, a kłótnie te nieustannie narastały. Włosy latały, a ręce rysowały czarne ślady na czerwonych twarzach.


„Daj jej to cholernie dobrze!” — zawołał Zacharie z góry do swojej kochanki.


Wszyscy operatorzy roześmiali się. Ale Brulé zwrócił się gwałtownie do młodego mężczyzny.


— A więc, brudna bestio! Lepiej mieć dwójkę dzieciaków, którymi ją zapełniłeś. Spójrz na to, poślizg osiemnastu, którzy nie mogą stać prosto!


Maheu musiał powstrzymać swojego syna przed zejściem, aby zobaczyć, jak powiedział, kolor skóry tej tuszy.


Podszedł brygadzista i grabie znów zaczęły przesuwać węgiel. Można było tylko zobaczyć, wzdłuż wszystkich skoczków, okrągłe plecy kobiet kłócących się nieustannie o kamienie.


Na zewnątrz wiatr nagle ucichł; z szarego nieba spadał wilgotny chłód. Collierzy wyciągnęli ramiona, założyli ręce i ruszyli nieregularnie, toczącym krokiem, który sprawiał, że ich wielkie kości wyróżniały się pod cienkimi ubraniami. W świetle dnia wyglądali jak banda Murzynów wrzuconych w błoto. Niektórzy z nich nie ukończyli swoich cegieł; a resztki chleba niesionego między koszulą a kurtką sprawiły, że zrobili się garbaty.


— Cześć! Jest Bouteloup — powiedział Zacharie, szczerząc się.


Levaque bez przerwy zamienił dwa zdania ze swoim lokatorem, wysokim, ciemnym, trzydziestopięcioletnim mężczyzną o łagodnej, uczciwej minie:


— Czy zupa jest gotowa, Louis?


„Myślę, że tak.”


— W takim razie żona jest dziś wesoła.


„Tak, myślę, że jest.”


Pojawili się inni górnicy zmierzający do wykopu, nowe bandy, które jedna po drugiej były pochłaniane w dole. Było to zejście o trzeciej, więcej ludzi do pożarcia do dołu, gangi, które miały zastąpić zestawy pikinierów na dole korytarzy. Kopalnia nigdy nie odpoczywała; dzień i noc ludzkie owady wykopały skałę sześćset metrów pod polami buraków.


Jednak młodzi poszli naprzód. Jeanlin zwierzyła się Bébertowi ze skomplikowanego planu zdobycia tytoniu o wartości czterech su na kredyt, podczas gdy Lydie szła za nim z szacunkiem na odległość. Catherine przyjechała z Zacharie i Étienne. Żaden z nich się nie odezwał. Dopiero przed zajazdem Avantage dołączyli do nich Maheu i Levaque.


„Oto jesteśmy”, powiedział pierwszy do Étienne; „wejdziesz?”


Rozdzielili się. Catherine stała przez chwilę bez ruchu, wpatrując się jeszcze raz w młodego mężczyznę dużymi oczami pełnymi zielonkawej przejrzystości jak źródlana woda, kryształ pogłębiał się tym bardziej przez jej czarną twarz. Uśmiechnęła się i zniknęła wraz z innymi na drodze prowadzącej do osady.


Karczma znajdowała się pomiędzy wsią a kopalnią, na skrzyżowaniu dwóch dróg. Był to dwukondygnacyjny ceglany dom, bielony od góry do dołu, ożywiony wokół okien szeroką bladoniebieską obwódką. Na kwadratowej tablicy przybitej gwoździami nad drzwiami widniał napis żółtymi literami: A l’Avantage, licencja udzielona Rasseneurowi. Za nim rozciągała się kręgielnia otoczona żywopłotem. Kompania, która zrobiła wszystko, by wykupić posiadłość położoną na jej rozległym terytorium, rozpaczała z powodu tej gospody na otwartych polach, przy samym wejściu do Voreux.


— Wejdź — powiedział Maheu do Étienne.


Mały salon był całkiem pusty, z białymi ścianami, trzema stołami i tuzinem krzeseł, blatem mniej więcej wielkości kuchennej komody. Było najwyżej tuzin szklanek, trzy butelki likieru, karafka, mały cynkowy zbiornik z cynowym kranem do przechowywania piwa; i nic więcej — ani figurka, ani stolik, ani gra. W metalowym kominku, który był jasny i wypolerowany, cicho palił się węgiel. Na flagach cienka warstwa białego piasku wchłaniała stałą wilgoć tej przesiąkniętej wodą krainy.


„Kieliszek” — rozkazał Maheu od dużej, jasnej dziewczyny, córki sąsiada, która czasami zajmowała się lokalem. — Czy jest Rasseneur?


Dziewczyna odkręciła kran, odpowiadając, że mistrz wkrótce wróci. Górnik długim, powolnym haustem opróżnił połowę szklanki, aby usunąć kurz, który wypełnił mu gardło. Nie zaoferował nic swojemu towarzyszowi. Jeszcze jeden klient, wilgotny i osłupiały górnik, siedział przed stołem, popijając piwo w milczeniu, w atmosferze głębokiej medytacji. Trzeci wszedł, został obsłużony w odpowiedzi na gest, zapłacił i odszedł bez słowa.


Ale teraz pojawił się tęgi mężczyzna w wieku trzydziestu ośmiu lat, z okrągłą, ogoloną twarzą i dobrodusznym uśmiechem. Był to Rasseneur, były pikinier, którego Kompania zwolniła trzy lata temu po strajku. Bardzo dobry robotnik, potrafił dobrze mówić, stanął na czele każdej opozycji i wreszcie stał się szefem niezadowolonych. Jego żona miała już licencję, podobnie jak żony wielu górników; a kiedy wyrzucono go na ulicę, sam stał się karczmarzem; Znalazłszy pieniądze, postawił swoją gospodę przed Voreux jako prowokację do Kompanii. Teraz jego dom prosperował; stał się ośrodkiem i był wzbogacony niechęcią, którą stopniowo podsycał w sercach swoich starych towarzyszy.


— To chłopak, którego zatrudniłem dziś rano — powiedział od razu Maheu. — Masz wolny jeden z twoich dwóch pokoi i czy dasz mu kredyt na dwa tygodnie?


Szeroka twarz Rasseneura nagle wyrażała wielkie podejrzenie. Obejrzał Étienne spojrzeniem i odpowiedział, nie zadając sobie trudu, by wyrazić żal:


— Moje dwa pokoje są zajęte. Nie mogę tego zrobić.


Młody człowiek spodziewał się tej odmowy; ale mimo to go zraniło i był zaskoczony nagłym żalem, jakiego doznał podczas wyjazdu. Bez znaczenia; pójdzie, gdy dostanie trzydzieści su. Górnik, który pił przy stole, wyszedł. Inni, jeden po drugim, nadal wchodzili, aby odchrząknąć, po czym ruszyli w drogę tym samym zgarbionym krokiem. Było to zwykłe łykanie bez radości i namiętności, ciche zaspokojenie potrzeby.


„Więc nie ma żadnych wiadomości?” — zapytał Rasseneur specyficznym tonem Maheu, który kończył swoje piwo małymi haustami.


Ten ostatni odwrócił głowę i zobaczył, że tylko Étienne jest w pobliżu.


— Było więcej sprzeczek. Tak, o szalowanie. Opowiedział historię. Twarz karczmarza poczerwieniała, spuchła z emocji, które płonęły w jego skórze i oczach. W końcu wybuchł:


„Cóż, cóż! Jeśli zdecydują się obniżyć cenę, za którą są skończeni”.


Étienne go zmusił. Jednak szedł dalej, rzucając ukośne spojrzenia w jego kierunku. Były też powściągliwości i implikacje; mówił o menadżerze, panu Hennebeau, swojej żonie, o swoim siostrzeńcu, małym Négrelu, nie wymieniając ich, powtarzając, że to nie może dalej trwać, że pewnego z tych pięknych dni musi się to skończyć. Nędza była zbyt wielka; i mówił o zamykanych warsztatach, robotnikach, którzy wyjeżdżali. W ciągu ostatniego miesiąca wydawał dziennie ponad sześć funtów chleba. Przedwczoraj słyszał, że pan Deneulin, właściciel sąsiedniej szybu, z trudem mógł iść dalej. Otrzymał również list z Lille pełen niepokojących szczegółów.


„Wiesz,” szepnął, „to pochodzi od osoby, którą widziałeś tutaj pewnego wieczoru”.


Ale mu przeszkodzono. Weszła z kolei jego żona, wysoka kobieta, szczupła i bystra, z długim nosem i fioletowymi policzkami. Była znacznie bardziej radykalnym politykiem niż jej mąż.


— List Plucharta — powiedziała. — Ach! Gdyby ten gość był mistrzem, wkrótce sprawy potoczyłyby się lepiej.


Étienne nasłuchiwała przez chwilę; rozumiał i ekscytował się tymi ideami nędzy i zemsty. To imię, wypowiedziane nagle, spowodowało, że zaczął. Powiedział głośno, jakby wbrew sobie:


— Znam go — Pluchart.


Spojrzeli na niego. Musiał dodać:


— Tak, jestem mechanikiem: był moim brygadzistą w Lille. Zdolny człowiek. Często z nim rozmawiałem.


Rasseneur zbadał go na nowo; na jego twarzy pojawiła się szybka zmiana, nagła sympatia. W końcu powiedział do swojej żony:


— To Maheu przyprowadza mi tego dżentelmena, jednego z jego putterów, aby sprawdzić, czy jest dla niego miejsce na górze i czy możemy mu dać kredyt na dwa tygodnie.


Następnie sprawa została rozstrzygnięta w czterech słowach. Był pokój; lokator wyszedł tego ranka. A karczmarz, który był bardzo podekscytowany, mówił swobodniej, powtarzając, że żądał tylko możliwości od mistrzów, nie żądając, jak wielu innych, rzeczy zbyt trudnych do zdobycia. Jego żona wzruszyła ramionami i zażądała bezwzględnej sprawiedliwości.


— Dobry wieczór — przerwał Maheu. — Wszystko to nie powstrzyma ludzi przed upadkiem, a tak długo, jak idą, będą ludzie zapracowywani na śmierć. Spójrz, jaka jesteś świeża, przez te trzy lata, kiedy nie mogłeś się z tym pogodzić.


— Tak, czuję się znacznie lepiej — oznajmił zadowolony Rasseneur.


Étienne podszedł do drzwi, dziękując górnikowi, który wychodził; ten jednak skinął głową, nie dodając ani słowa, a młody człowiek patrzył, jak z bólem wspinał się po drodze do osady. Madame Rasseneur, zajęta obsługą klientów, poprosiła go, aby poczekał minutę, kiedy pokaże mu jego pokój, w którym będzie mógł się umyć. Czy powinien zostać? Znów poczuł wahanie, dyskomfort, który sprawił, że pożałował wolności na otwartej drodze, głodu pod słońcem, znoszonego z radością bycia własnym panem. Wydawało mu się, że żył lata od przybycia do nasypu, pośród burzy, do godzin spędzonych pod ziemią na brzuchu w czarnych korytarzach. I skurczył się od początku; to było niesprawiedliwe i zbyt trudne. Duma jego człowieka buntowała się na myśl o zostaniu zmiażdżoną i oślepioną bestią.


Podczas gdy Étienne debatował w ten sposób sam ze sobą, jego oczy, wędrując po ogromnej równinie, stopniowo zaczęły ją widzieć wyraźnie. Został zaskoczony; nie wyobrażał sobie, że horyzont jest taki, kiedy stary Bonnemort wskazywał mu go w ciemności. Przed sobą wyraźnie widział Voreux w fałdach ziemi, z drewnianymi i ceglanymi budynkami, smołowaną szopą, pokrytą łupkiem wieżą, maszynownią i wysokim, jasnoczerwonym kominem, wszystko razem z tym. złe powietrze. Ale wokół tych budynków przestrzeń rozciągała się i nie wyobrażał sobie, że jest tak duża, przekształcona w atramentowe morze przez wznoszące się fale sadzy węglowej, najeżone wysokimi kozłami, które dźwigały szyny kładek, obciążone w jednym rogu dostawy drewna, które wyglądały jak zbiory z skoszonego lasu. Po prawej stronie pit-bank zasłaniał widok, kolosalna jak barykada olbrzymów, już w starszej części porośnięta trawą, z drugiej strony strawiona przez wewnętrzny ogień, który od roku płonął gęstym dymem, pozostawiając na powierzchni pośrodku bladoszarego łupki i piaskowce długie ślady krwawiącej rdzy. Potem rozwinęły się pola, niekończące się pola pszenicy i buraków, nagie o tej porze roku, bagna o skąpej roślinności, poprzecinane kilkoma skarłowaciałymi wierzbami, odległe łąki oddzielone smukłymi rzędami topoli. Bardzo odległe, blade plamki wskazywały na miasta, Marchiennes na północy i Montsou na południu; podczas gdy las Vandame na wschodzie graniczył z horyzontem fioletową linią bezlistnych drzew. A pod jaskrawym niebem, w słabym świetle tego zimowego popołudnia, wydawało się, że cała czerń Voreux,


Étienne spojrzał, a tym, co go szczególnie zdziwiło, był kanał, kanał Scarpe, którego nie widział w nocy. Od Voreux do Marchiennes ten kanał biegł prosto, jak matowa srebrna wstęga długa na dwie mile, aleja otoczona dużymi drzewami, wzniesiona nad niską ziemią, wbijająca się w przestrzeń z perspektywą zielonych brzegów, bladej wody, w którą ślizgała się woda. cynobrowy z łodzi. W pobliżu jednego dołu znajdowało się nabrzeże z zacumowanymi statkami, które ładowane były bezpośrednio z tramwajów przy kładkach dla pieszych. Następnie kanał zakrzywił się, opadając przez bagna; a cała dusza tej gładkiej równiny zdawała się leżeć w tym geometrycznym strumieniu, który przemierzał ją jak wielka droga, wioząc węgiel i żelazo.


Spojrzenie Étienne’a powędrowało od kanału do osady zbudowanej na wysokości, której dostrzegł tylko czerwone płytki. Potem jego oczy ponownie spoczęły na dnie glinianego zbocza, w kierunku Voreux, na dwóch ogromnych masach cegieł wykonanych i wypalonych na miejscu. Oddział linii kolejowej Kompanii przejeżdżał za balustradą, na użytek wyrobiska. Musieli posyłać ostatnich górników na wykopy. Tylko jedna przenikliwa notatka pochodziła z ciężarówki pchanej przez mężczyzn. Nie czuło się już nieznanej ciemności, niewytłumaczalnego grzmotu, płomienia tajemniczych gwiazd. W oddali wielkie piece i piece koksownicze zbladły o świcie. Pozostała tylko, nieustannie, ucieczka pompy, zawsze oddychająca tym samym grubym, długim oddechem, oddech ogra, którego teraz widział szarą parę i której nic nie mogło nasycić.


Wtedy Étienne nagle podjął decyzję. Być może zdawał się znowu widzieć jasne oczy Catherine, tam w górze, przy wejściu do osady. Być może był to raczej wiatr buntu, który przyszedł z Voreux. Nie wiedział, ale chciał znowu zejść do kopalni, cierpieć i walczyć. I zaciekle myślał o ludziach, o których mówił Bonnemort, o przykucniętym i nasyconym bogu, któremu dziesięć tysięcy głodujących mężczyzn oddało swoje ciała, nie wiedząc o tym.

Część druga

Rozdział I

Posiadłość Grégoires, Piolaine, znajdowała się dwa kilometry na wschód od Montsou, przy drodze Joiselle. Dom był dużym, kwadratowym budynkiem, bez stylu, pochodzącym z początku ubiegłego wieku. Z całej ziemi, która kiedyś do niej należała, pozostało tylko około trzydziestu hektarów, otoczonych murami i łatwych do utrzymania. Wszędzie mówiono zwłaszcza o sadzie i ogrodzie kuchennym, który słynął z najlepszych owoców i warzyw w kraju. Dla reszty nie było parku, tylko mały lasek. Aleja starych lip, długa na trzysta metrów sklepienie liści, sięgająca od bramy do ganku, była jedną z ciekawostek tej nagiej równiny, na której można było policzyć wielkie drzewa między Marchiennes i Beaugnies.


Tego ranka Grégoire’owie wstali o ósmej rano. Zwykle nie mieszali się wcześniej niż godzinę później, będąc ciężkimi śpiochami; ale burza zeszłej nocy przeszkodziła im. A gdy jej mąż od razu poszedł sprawdzić, czy wiatr nie spowodował spustoszenia, pani Grégoire zeszła do kuchni w kapciach i flanelowym szlafroku. Była niska i tęga, miała około pięćdziesięciu ośmiu lat i zachowała szeroką, zaskoczoną, lalką twarz pod olśniewającą bielą włosów.


— Mélanie — powiedziała do kucharki — przypuśćmy, że masz zrobić bułeczkę dziś rano, bo ciasto jest gotowe. Mademoiselle nie wstanie jeszcze przez pół godziny i może zjeść ją ze swoją czekoladą. Ech? będzie niespodzianką”.


Kucharka, szczupła stara kobieta, która służyła im od trzydziestu lat, zaśmiała się.


— To prawda! To będzie słynna niespodzianka. Mój piec się pali, a piekarnik musi być gorący, a wtedy Honorine może mi trochę pomóc.


Honorine, dziewczyna w wieku około dwudziestu lat, która została przyjęta jako dziecko i wychowana w domu, była teraz pokojówką. Oprócz tych dwóch kobiet jedynym innym służącym był woźnica Franciszek, który podjął się ciężkiej pracy. Ogrodnik z żoną zajmowali się warzywami, owocami, kwiatami i drobiarstwem. A ponieważ służba była tu patriarchalna, ten mały świat żył razem, jak jedna wielka rodzina, na bardzo dobrych stosunkach.


Madame Grégoire, która zaplanowała niespodziankę bułeczki w łóżku, czekała, aż ciasto zostanie wstawione do piekarnika. Kuchnia była bardzo duża i można było przypuszczać, że jest najważniejszym pomieszczeniem w domu, z uwagi na jej wyjątkową czystość oraz arsenał rondli, przyborów kuchennych i garnków, które ją wypełniały. Sprawiał wrażenie dobrego karmienia. Zapasów było mnóstwo, wiszących na hakach lub w szafkach.


— I niech będzie dobrze przeszklone, prawda? — powiedziała Madame Grégoire, przechodząc do jadalni.


Mimo pieca na gorące powietrze, który ogrzewał cały dom, kominek ożywił ten pokój. Pod innymi względami nie wykazywał luksusu; duży stół, krzesła, kredens mahoniowy; tylko dwa głębokie fotele zdradzały zamiłowanie do komfortu, długie szczęśliwe godziny trawienia. Nigdy nie weszli do salonu, przebywali tu w kręgu rodzinnym.


W tej samej chwili wrócił pan Grégoire ubrany w gruby barchan; był też rumiany jak na swoje sześćdziesiąt lat, z dużymi, dobrodusznymi, uczciwymi rysami pod śniegiem kręconych włosów. Widział woźnicę i ogrodnika; nie było żadnych poważnych uszkodzeń, tylko przewrócona nasada komina. Każdego ranka lubił spoglądać na Piolaine, który nie był na tyle duży, by wywoływać u niego niepokój i z którego czerpał całe szczęście posiadania.


— A Cécile? — zapytał — czy ona jeszcze nie wstała?


„Nie mogę tego zrozumieć” — odpowiedziała jego żona. — Wydawało mi się, że słyszałem, jak się porusza.


Stół był nakryty; na białym obrusie były trzy filiżanki. Wysłali Honorine, żeby zobaczyła, co się stało z mademoiselle. Ale wróciła natychmiast, powstrzymując śmiech, tłumiąc głos, jakby wciąż była na piętrze w sypialni.


— Och! Gdyby monsieur i madame mogli zobaczyć mademoiselle! Śpi; och! Śpi jak anioł. Nie można sobie tego wyobrazić! Patrzenie na nią to przyjemność.


Ojciec i matka wymienili czule spojrzenia. Powiedział, uśmiechając się:


„Czy przyjdziesz i zobaczysz?”


„Biedne kochanie!” mruknęła. „Przyjdę.”


I razem poszli na górę. Pokój był jedynym luksusowym w całym domu. Było udrapowane niebieskim jedwabiem, a meble były lakierowane na biało z niebieskimi maswerkami — zepsutym dziecięcym kaprysem, z którego ucieszyli się jej rodzice. W niewyraźnej bieli łóżka, w półmroku, który wpadał przez zasłonę, spała dziewczyna z policzkiem opartym na nagim ramieniu. Nie była ładna, zbyt zdrowa, w zbyt silnym stanie, w pełni rozwinięta w wieku osiemnastu lat; ale miała wspaniałe ciało, świeżość mleka, kasztanowe włosy, okrągłą twarz i mały rozmyślny nosek zagubiony między policzkami. Narzuta zsunęła się, a ona oddychała tak cicho, że jej oddech nawet nie podniósł jej już dobrze rozwiniętego biustu.


„Ten okropny wiatr musiał przeszkodzić jej w zamknięciu oczu” — powiedziała cicho matka.


Ojciec gestem wymusił ciszę. Oboje pochylili się i patrzyli z uwielbieniem na tę dziewczynę, w jej dziewiczej nagości, której tak długo pragnęli i która przyszła tak późno, kiedy już jej nie spodziewali. Uważali ją za idealną, wcale nie za grubą i nigdy nie mogli jej wystarczająco karmić. I dalej spała, nie czując ich blisko siebie, z ich twarzami przy swojej. Jednak lekki ruch zakłócił jej nieruchomą twarz. Obawiali się, że ją obudzą, i wyszli na palcach.


„Cicho!” powiedział pan Grégoire przy drzwiach. „Jeśli nie spała, musimy ją zostawić śpiącą”.


— Tak długo, jak jej się podoba, kochanie! zgodziła się Madame Grégoire. „Poczekamy.”


Zeszli na dół i usiedli na fotelach w jadalni; podczas gdy służący, śmiejąc się z głębokiego snu mademoiselle, bez narzekania trzymali czekoladę na kuchence. Wziął gazetę; zrobiła na drutach dużą wełnianą kołdrę. Było bardzo gorąco iw cichym domu nie było słychać żadnego dźwięku.


Majątek Grégoires, około czterdziestu tysięcy franków rocznie, został w całości zainwestowany w udział w kopalniach Montsou. Z satysfakcją opowiadali o jego pochodzeniu, które datuje się od samego powstania Spółki.


Na początku ubiegłego wieku między Lille a Valenciennes trwały szalone poszukiwania węgla. Sukces tych, którzy posiadali koncesję, która później miała stać się Kompanią Anzin, odwrócił wszystkie głowy. W każdej gminie grunt był testowany; powstały społeczeństwa, a ustępstwa wyrosły w ciągu jednej nocy. Ale spośród wszystkich upartych poszukiwaczy tamtej epoki baron Desrumaux z pewnością pozostawił reputację najbardziej bohaterskiej inteligencji. Przez czterdzieści lat walczył, nie ustępując, pośród nieustannych przeszkód: wczesne poszukiwania nie powiodły się, nowe doły opuszczone pod koniec długich miesięcy pracy, obsunięcia ziemi, które zapełniły otwory, nagłe powodzie, które zatopiły robotników, setki tysięcy franków. wrzucony w ziemię; potem kłótnie kierownictwa, panika akcjonariuszy, walka z panami ziemi, którzy byli zdecydowani nie uznawać koncesji królewskich, jeśli wcześniej nie zawarto z nimi traktatu. W końcu założył stowarzyszenie Desrumaux, Fauquenoix i Co. w celu wykorzystania koncesji Montsou, a kopalnie zaczęły przynosić niewielki zysk, gdy dwie sąsiednie koncesje, należąca do hrabiego de Cougny i Joiselle, należący do Cornille and Jenard Company, prawie przytłoczył go straszliwym atakiem ich konkurencji. Na szczęście 25 sierpnia 1760 r. Pomiędzy trzema koncesjami zawarto traktat, łącząc je w jedną. Powstała firma górnicza Montsou, taka, jaka istnieje do dziś. Przy podziale podzielili cały majątek, stosownie do standardu ówczesnego pieniądza, na dwadzieścia cztery su, z których każdy został podzielony na dwanaście denarów, co daje dwieście osiemdziesiąt osiem denarów; a ponieważ denar był wart dziesięć tysięcy franków, kapitał reprezentował sumę prawie trzech milionów. Desrumaux, umierający, ale triumfujący, otrzymał w tej dywizji sześć su i trzy denary.


W tamtych czasach baron posiadał Piolaine, do którego należało trzysta hektarów, i miał w służbie jako steward Honoré Grégoire, chłopaka z Pikardii, pradziadka Léona Grégoire, ojca Cécile. Kiedy zawarto traktat z Montsou, Honoré, który zgromadził oszczędności w wysokości około pięćdziesięciu tysięcy franków, z drżeniem poddał się niezachwianej wierze swego pana. Wyjął dziesięć tysięcy franków w pięknych koronach i wziął denara, choć w obawie, że okradnie swoje dzieci z tej sumy. W rzeczywistości jego syn Eugéne otrzymał bardzo małe dywidendy; a ponieważ stał się burżuazyjnym i był na tyle głupi, że wyrzucił pozostałe czterdzieści tysięcy franków z ojcowskiego dziedzictwa w towarzystwie, które popadło w rozpacz, żył dość skąpo. Ale zainteresowanie deniera stopniowo rosło. Fortuna zaczęła się od Félicien, który był w stanie zrealizować marzenie, którym jego dziadek, stary zarządca, opiekował się swoim dzieciństwem — zakup rozczłonkowanej Piolaine, którą nabył jako własność narodową za śmieszną sumę. Jednak nastąpiły złe lata. Trzeba było czekać na zakończenie rewolucyjnych katastrof, a potem krwawego upadku Napoleona; i to właśnie Léon Grégoire skorzystał w oszałamiającym tempie postępu dzięki nieśmiałej i niespokojnej inwestycji swojego pradziadka. Te biedne dziesięć tysięcy franków rosło i mnożyło się wraz z dobrobytem Spółki. Od 1820 roku przywieźli w stu procentach dziesięć tysięcy franków. W 1844 roku wyprodukowali dwadzieścia tysięcy; w 1850 roku czterdzieści. W ciągu dwóch lat dywidenda osiągnęła zdumiewającą liczbę pięćdziesięciu tysięcy franków; wartość denara notowana na giełdzie w Lille na milion,


Pan Grégoire, któremu doradzono, aby sprzedał się, gdy osiągnięto milion, odmówił z jego uśmiechniętą ojcowską miną. Sześć miesięcy później wybuchł kryzys przemysłowy; Denier spadł do sześciuset tysięcy franków. Ale on wciąż się uśmiechał; niczego nie żałował, gdyż Grégoire’owie utrzymywali zaciekłą wiarę w swoją moją. To znowu się podniesie: sam Bóg nie był tak trwały. Następnie z jego wiarą religijną łączyła się głęboka wdzięczność za inwestycję, która przez stulecie wspierała rodzinę w nic nie robieniu. To było jak ich własne bóstwo, które otaczał ich egoizm swoistym kultem, dobroczyńca ogniska domowego, kołyszący ich w wielkim łożu lenistwa, tuczący przy żarłocznym stole. Trwało to od ojca do syna. Po co ryzykować niezadowolenie losu, wątpiąc w to? A u podstaw ich wierności tkwił zabobonny strach, obawa, że milion negacjonistów może nagle rozpłynąć się, gdyby zdali sobie z tego sprawę i włożyli do szuflady. Wydawało im się, że jest bardziej chroniony w ziemi, z której rasa górników, pokolenia głodujących ludzi, wydobywała go dla nich, trochę każdego dnia, tak jak tego potrzebowali.


Co do reszty, szczęście padało na ten dom. M. Grégoire, gdy był bardzo młody, ożenił się z córką aptekarza Marchiennes, prostą dziewczyną bez grosza przy duszy, którą uwielbiał i która odwdzięczyła mu się szczęściem. Zamknęła się w swoim domu i oddała cześć mężowi, nie mając innej woli niż jego. Nie dzieliła ich żadna różnica gustów, ich pragnienia mieszały się w jednej idei komfortu; w ten sposób żyli przez czterdzieści lat, oddając się miłości i niewielkiej wzajemnej służbie. Było to dobrze uregulowane życie; czterdzieści tysięcy franków wydano po cichu, a oszczędności wydano na Cécile, której spóźnione narodziny na chwilę naruszyły budżet. Nadal zaspokajali wszystkie jej zachcianki — drugi koń, dwa kolejne powozy, toalety przysłane z Paryża. Ale zasmakowali w tej jeszcze jednej radości; nie uważali nic za dobrego dla swojej córki, chociaż okazywali taką grozę popisu, że zachowali modę swojej młodości. Każdy nieopłacalny wydatek wydawał im się głupi.


Nagle drzwi się otworzyły i zawołał donośny głos:


„Hallo! Co teraz? Zjedz śniadanie beze mnie!”


To była Cécile, która właśnie wyszła z łóżka, z oczami pełnymi snu. Po prostu upięła włosy i narzuciła biały wełniany szlafrok.


„Nie? Nie!” powiedziała matka; „Widzisz, wszyscy czekamy. Ech? Czy wiatr nie przeszkadzał ci spać, biedna kochana?”


Młoda dziewczyna spojrzała na nią ze zdziwieniem.


— Czy było wietrznie? Nic o tym nie wiedziałem. Nie ruszałem się przez całą noc.


Wtedy pomyśleli, że to zabawne i wszyscy trzej zaczęli się śmiać; słudzy, którzy przynosili śniadanie, również wybuchali śmiechem, tak rozbawieni był pomysł, że mademoiselle spała od dwunastu godzin od razu. Widok brioszek dopełnił ekspansji ich twarzy.


— Co! Więc jest ugotowane? powiedział Cécile; „To musi być dla mnie niespodzianka! Teraz będzie dobrze, na gorąco, z czekoladą!”


W końcu usiedli do stołu z dymiącą czekoladą w filiżankach i długo rozmawiali o niczym innym, jak tylko o bułce. Mélanie i Honorine pozostały, aby podać szczegóły gotowania i patrzyły, jak napychają się tłustymi ustami, mówiąc, że przygotowanie ciasta to przyjemność, gdy widać, że mistrzowie tak bardzo się nim cieszą.


Ale psy zaczęły głośno szczekać; być może ogłosili mistrzynię muzyki, która przyjeżdżała z Marchiennes w poniedziałki i piątki. Przyjechał też profesor literatury. Cała edukacja młodej dziewczyny była więc kontynuowana w Piolaine w szczęśliwej ignorancji, z jej dziecięcymi kaprysami, wyrzucając książkę przez okno, gdy tylko coś ją zmęczyło.


— To pan Deneulin — powiedziała Honorine, wracając.


Za nią bez ceremonii pojawił się Deneulin, kuzyn pana Grégoire; swoim donośnym głosem i szybkimi gestami wyglądał jak stary oficer kawalerii. Chociaż miał ponad pięćdziesiąt lat, jego krótkie włosy i gęste wąsy były czarne jak atrament.


— Tak! To ja. Dzień dobry! Nie przeszkadzajcie sobie.


Usiadł wśród okrzyków rodziny. W końcu wrócili do swojej czekolady.


— Czy masz mi coś do powiedzenia? — zapytał pan Grégoire.


— Nie! Zupełnie nic — pośpieszył do odpowiedzi Deneulin. — Przyjechałem na koniu, żeby trochę zetrzeć rdzę, a kiedy mijałem twoje drzwi, pomyślałem, że po prostu zajrzę do środka.


Cécile wypytywała go o Jeanne i Lucie, jego córki. Byli doskonale, pierwszy był zawsze przy jej malowaniu, drugi, starszy od rana do wieczora ćwiczył swój głos przy fortepianie. W jego głosie było lekkie drżenie, niepokój, który ukrył pod wybuchami wesołości.


M. Grégoire zaczął ponownie:


„I wszystko idzie dobrze w boksie?”


„Cóż, jestem zdenerwowany tym brudnym kryzysem. Ach! Płacimy za lata prosperity! Zbudowali zbyt wiele warsztatów, zlikwidowali zbyt wiele linii kolejowych, zainwestowali zbyt dużo kapitału z myślą o dużym zysku, a dziś pieniądze śpi. Nie mogą już dłużej działać, aby wszystko działało. Na szczęście sprawy nie są zdesperowane; jakoś się z tego wydostanę.


Podobnie jak jego kuzyn odziedziczył denara w kopalniach Montsou. Ale będąc przedsiębiorczym inżynierem, dręczony pragnieniem królewskiej fortuny, pośpieszył się sprzedać, gdy denier osiągnął milion. Od kilku miesięcy dojrzał plan. Jego żona posiadała, za pośrednictwem wuja, małą ulgę Vandame, w której otwarte były tylko dwa doły — Jean-Bart i Gaston-Marie — w opuszczonym stanie, z tak wadliwym materiałem, że produkcja ledwo pokryła koszty. Teraz medytował nad naprawą Jean-Barta, wymianą silnika i powiększeniem wału, aby ułatwić zejście, zachowując Gastona-Marie tylko w celu wyczerpania. Powiedział, że powinni móc tam wyrzucać złoto. Pomysł był rozsądny. Wydano na to tylko milion, a ten przeklęty kryzys przemysłowy wybuchł w momencie, gdy duże zyski pokazałyby, że miał rację. Poza tym był złym menadżerem, z grubsza życzliwością wobec swoich robotników, a od śmierci żony pozwolił się splądrować, a także dał wodzę swoim córkom, z których starsza mówiła o wyjściu na scenę, podczas gdy młodsi mieli już trzy pejzaże odrzucone w Salonie, oba radosne pośród upadku i pokazujące w biedzie umiejętność dobrego gospodarowania domem.


— Widzisz, Léonie — ciągnął wahającym się głosem — pomyliłeś się, nie sprzedając w tym samym czasie, co ja; teraz wszystko idzie w dół. Ryzykujesz, a jeśli powierzyłeś swoje pieniądze ja byś zobaczył, co powinniśmy zrobić w Vandame w naszej kopalni!”


Pan Grégoire bez pośpiechu skończył czekoladę. Odpowiedział spokojnie:


„Nigdy! Wiesz, że nie chcę spekulować. Żyję cicho i byłoby zbyt głupio zamartwiać głowę sprawami biznesowymi. A jeśli chodzi o Montsou, to może się dalej pogarszać, zawsze będziemy zarabiać na życie”. Nie warto być tak diabolicznie chciwym! W takim razie posłuchaj, to ty pewnego dnia ugryziesz się w palce, bo Montsou znów powstanie, a wnuki Cécile nadal wyciągną z tego biały chleb.”


Deneulin słuchał z powściągliwym uśmiechem.


— W takim razie — mruknął — gdybym poprosił cię o włożenie stu tysięcy franków w moją sprawę, odmówiłabyś?


Ale widząc zaniepokojone twarze Grégoire'ów, pożałował, że posunął się tak daleko; odłożył pomysł pożyczki, zastrzegając ją do czasu, gdy sprawa była rozpaczliwa.


— Och! Nie do tego doszedłem! To żart. Dobry Boże! Może masz rację; pieniądze, które inni ludzie dla ciebie zarabiają, najlepiej nadają się do tuczenia.


Zmienili rozmowę. Cécile znowu mówiła o swoich kuzynach, których gusta interesowały, a jednocześnie ją szokowały. Madame Grégoire obiecała, że pierwszego pięknego dnia zabierze córkę do tych kochanych maluchów. Jednak pan Grégoire z roztargnieniem nie śledził rozmowy. Dodał głośno:


— Gdybym był na twoim miejscu, nie upierałbym się już dłużej; leczyłbym się z Montsou. Oni tego chcą, a ty odzyskasz swoje pieniądze.


Nawiązał do starej nienawiści, która istniała między ustępstwem Montsou i Vandame. Pomimo niewielkiego znaczenia tego ostatniego, jego potężny sąsiad był wściekły, widząc zamkniętą w swoich sześćdziesięciu siedmiu gminach tę ligę kwadratową, która do niego nie należała, i po bezskutecznym usiłowaniu zabicia planował ją kupić w niska cena w złym stanie. Wojna trwała bez rozejmu. Każda ze stron zatrzymywała swoje galerie dwustu metrów od drugiej; był to pojedynek do ostatniej kropli krwi, chociaż menadżerowie i inżynierowie utrzymywali ze sobą uprzejme stosunki.


Oczy Deneulina zapłonęły.


„Nigdy!” zawołał z kolei. „Montsou nigdy nie dostanie Vandame tak długo, jak ja żyję. Zjadłem obiad w czwartek w Hennebeau i widziałem, jak fruwa wokół mnie. Jesienią ubiegłego roku, kiedy wielcy ludzie przybyli do budynku administracyjnego, zrobili dla mnie różnego rodzaju zaliczki. Tak tak, znam ich — te markizy, książęta, generałowie i ministrowie! Bandyci, którzy zabraliby ci nawet koszulę na rogu lasu.”


Nie mógł przestać. Poza tym p. Grégoire nie bronił administracji Montsou — sześciu stewardów ustanowionych traktatem z 1760 r., Którzy rządzili kompanią w sposób despotyczny, i których pięciu ocalałych wybierało nowego członka spośród potężnych i bogatych akcjonariuszy po każdej śmierci. W opinii właściciela Piolaine, z jego rozsądnymi pomysłami, panowie ci czasami byli raczej nieumiarkowani w swojej przesadnej miłości do pieniędzy.


Mélanie przyszła posprzątać ze stołu. Na zewnątrz psy znowu szczekały, a Honorine szła do drzwi, kiedy Cécile, duszona upałem i jedzeniem, odeszła od stołu.


„Nie, nieważne! To musi być na moją lekcję”.


Deneulin również się podniósł. Patrzył, jak młoda dziewczyna wychodzi, i uśmiechając się zapytał:


— Cóż! A małżeństwo z małym Négrelem?


„Nic nie zostało ustalone” — stwierdziła Madame Grégoire; „to tylko idea. Musimy się zastanowić”.


„Bez wątpienia!” — ciągnął z wesołym śmiechem. — Myślę, że siostrzeniec i ciotka… Zaskoczyło mnie to, że pani Hennebeau rzuciła się tak na szyję Cécile.


Ale pan Grégoire był oburzony. Tak wybitna dama i czternaście lat starsza od młodzieńca! To było potworne; nie lubił żartować na takie tematy. Deneulin, wciąż się śmiejąc, uścisnął mu dłoń i wyszedł.


— Jeszcze nie — powiedziała Cécile, wracając. — To ta kobieta z dwójką dzieci. Wiesz, mamo, żona górnika, którą poznaliśmy. Czy mają tu przyjść?


Zawahali się. Czy były bardzo brudne? Nie, niezbyt; i zostawiali swoje saboty na werandzie. Ojciec i matka wyciągnęli się już w głębi swoich dużych foteli. Tam trawili. Zdecydował ich strach przed zmianą powietrza.


— Pozwól im wejść, Honorine.


Wtedy Maheude i jej maluchy weszli zmarznięci i głodni, ogarnięci strachem, że znaleźli się w tym pokoju, który był tak ciepły i tak ładnie pachniał brioszką.

Rozdział II

Pokój pozostawał zamknięty, a okiennice pozwalały, aby stopniowo smugi światła dziennego tworzyły wentylator na suficie. Zamknięte powietrze oszołomiło ich tak, że kontynuowali nocny sen: Lénore i Henri w ramionach, Alzire z odchyloną głową, leżąca na jej garbie; podczas gdy ojciec Bonnemort, mając przy sobie łóżko Zachariego i Jeanlin, chrapał z otwartymi ustami. Z szafy, w której Maheude ponownie zasnął, karmiąc Estelle, z piersią zwisającą z boku, dzieckiem leżącym na brzuchu, wypchanym mlekiem, nie wydobywał się żaden dźwięk, również opanowany i duszący się w miękkim ciele piersi.


Zegar poniżej wybił szóstą. Wzdłuż frontu osady słychać było odgłos drzwi, potem stukot sabotów po chodnikach; badające kobiety szły do dołu. I znów zapadła cisza do siódmej. Potem odsunięto okiennice, przez ściany dało się słyszeć ziewanie i kaszel. Długo szurał młynek do kawy, ale w pokoju nikt się nie obudził.


Nagle odległy odgłos ciosów i krzyków sprawił, że Alzire usiadł. Zdawała sobie sprawę z upływu czasu i biegła boso, żeby potrząsnąć matką.


„Mamo, mamo, już późno! Musisz wyjść. Uważaj, miażdżysz Estelle”.


I uratowała dziecko, na wpół zduszone pod ogromną masą piersi.


„Dobry Boże!” — wyjąkała Maheude, przecierając oczy. — Jestem tak podekscytowana, że mogłem spać cały dzień. Ubierz Lénore i Henri, zabiorę ich ze sobą; i możesz zająć się Estelle; nie chcę jej ciągnąć ze sobą ze strachu, że ją skrzywdzę, pogoda tego psa.”


Pospiesznie się umyła i włożyła starą niebieską spódnicę, najczystszą, i luźną kurtkę z szarej wełny, w której poprzedniego wieczoru uszyła dwa łaty.


— I zupa! Dobra łaskawa! mruknęła ponownie.


Kiedy jej matka upadła, wszystko zdenerwowała, Alzire wróciła do pokoju, zabierając ze sobą Estelle, która zaczęła krzyczeć. Ale była przyzwyczajona do wściekłości małego; w wieku ośmiu lat miała całą kobiecą przebiegłość w uspokajaniu i rozbawianiu jej. Delikatnie położyła ją w swoim jeszcze ciepłym łóżku i ponownie położyła do snu, pokazując jej palec do ssania. Nadszedł czas, bo teraz wybuchło kolejne zamieszanie i musiała pogodzić się z Lénorem i Henrim, który w końcu się obudził. Te dzieci nigdy nie mogły się ze sobą dogadać; Dopiero gdy spali, obejmowali się nawzajem ramionami. Sześcioletnia dziewczynka, gdy tylko się obudziła, rzuciła się na chłopca, jej młodszego o dwa lata, który otrzymywał jej ciosy, nie oddając ich. Obaj mieli taką samą głowę, która była dla nich za duża, jakby wydmuchana, z nieuporządkowanymi, jasnymi włosami. Alzire musiała ciągnąć siostrę za nogi, grożąc zerwaniem skóry z jej pośladków. Następnie tupano po praniu i po każdej szacie, którą na nich włożyła. Okiennice pozostały zamknięte, aby nie zakłócać snu ojca Bonnemorta. Chrapał dalej wśród strasznego brzęku dzieci.


— Jest gotowe. Idziesz tam na górze? krzyknął Maheude.


Odsunęła rolety i rozpaliła ogień, dodając do niego trochę węgla. Miała nadzieję, że starzec nie przełknął całej zupy. Ale stwierdziła, że rondel jest suchy i ugotowała garść wermiszelu, który trzymała w rezerwie przez trzy dni. Mogli to połknąć wodą, bez masła, bo z poprzedniego dnia nie mogło już być, i ze zdziwieniem stwierdziła, że Catherine, przygotowując cegły, dokonała cudu, zostawiając kawałek wielkości orzecha. Ale tym razem szafka była rzeczywiście pusta: nic, ani skórka, ani dziwny fragment, ani kość do gryzienia. Co się z nimi stanie, jeśli Maigrat będzie upierał się przy ograniczaniu ich kredytu i jeśli lud Piolaine nie da im pięciu franków? Kiedy mężczyźni i dziewczyna wrócili z dołu, chcieli zjeść,


— Zejdź na dół, dobrze? krzyknęła, wpadając w złość. — Powinienem przez to zniknąć!


Kiedy Alzire i dzieci tam byli, podzieliła makaron na trzy małe porcje. Powiedziała, że ona sama nie jest głodna. Chociaż Catherine wylała już wodę na resztki kawy poprzedniego dnia, zrobiła to jeszcze raz i połknęła dwie duże szklanki kawy tak słabej, że wyglądała jak zardzewiała woda. To by ją utrzymało.


„Słuchać!” powtórzyła do Alzire. „Musisz pozwolić swojemu dziadkowi spać; musisz uważać, aby Estelle nie uderzyła się w głowę; a jeśli się obudzi, albo jeśli za bardzo wyje, to tutaj! Weź tę odrobinę cukru, rozpuść ją i daj jej łyżkami. Wiem że jesteś rozsądny i sam tego nie zjesz”.


— A szkoła, mamo?


„Szkoła! Cóż, to trzeba zostawić na inny dzień: chcę cię”.


— A zupa? Chcesz, żebym ją przyrządził, jeśli wrócisz późno?


„Zupa, zupa: nie, poczekaj, aż przyjdę”.


Alzire, z przedwcześnie rozwiniętą inteligencją małej niepełnosprawnej dziewczynki, potrafił bardzo dobrze przyrządzać zupę. Musiała to zrozumieć, bo nie nalegała. Teraz cała osada nie spała, bandy dzieci szły do szkoły, a słychać było dobiegający hałas chodaków. Wybiła ósma i narastający szmer paplaniny rozległ się po lewej stronie, wśród ludu Levaque. Kobiety zaczynały dzień przy dzbanach z kawą, z pięściami na biodrach, ich języki obracały się bez przerwy jak kamienie młyńskie. Wyblakłą głowę, z grubymi wargami i spłaszczonym nosem, przyciśnięto do szyby, wołając:


— Mam jakieś wiadomości. Zatrzymaj się trochę.


„Nie, nie! Później” — odpowiedział Maheude. „Muszę wyjść.”


I w obawie przed propozycją szklanki gorącej kawy popchnęła Lénore’a i Henriego i wyruszyła z nimi. W górze ojciec Bonnemort nadal chrapał z rytmicznym chrapaniem, które wstrząsało domem.


Na zewnątrz Maheude ze zdziwieniem stwierdził, że wiatr już nie wiał. Nastąpiła nagła odwilż; niebo było koloru ziemi, ściany lepkie od zielonkawej wilgoci, a drogi pokryte błotem przypominającym smołę, specjalnym rodzajem błota charakterystycznego dla kraju węgla, tak czarnym jak rozcieńczona sadza, wystarczająco gęstym i wytrwałym, aby się oderwać jej saboty. Nagle zafascynowała Lénore’owi uszy, bo mała bawiła się układaniem błota na jej chodakach jak na końcu łopaty. Opuszczając osadę, przeszła wzdłuż nasypu i podążyła drogą prowadzącą do kanału, skręcając na skróty przez popękane ścieżki, przez nierówną okolicę zamkniętą omszałymi palami. Szopy następowały po sobie, długie budynki warsztatowe, wysokie kominy wypluwające sadzę i brudzące to spustoszone przedmieście dzielnicy przemysłowej. Za kępą topoli stary dół Réquillart ukazał swoją rozpadającą się wieżę, której sam wielki szkielet stał prosto. Skręcając w prawo, Maheude znalazła się na głównej drodze.


— Przestań, przestań, brudna świnio! Nauczę cię robić mięso mielone.


Teraz to Henri wziął garść błota i zaczął go formować. Dwoje dzieci miało bezstronnie zakryte uszy i uporządkowano je, spoglądając kątem oka na zrobione przez siebie placki z błota. Wlekli się, już wyczerpani próbami zdejmowania butów na każdym kroku.


Po stronie Marchiennes droga rozwinęła dwie mile chodnika, które rozciągały się prosto jak wstęga nasiąknięta smarem wozowym między czerwonawymi polami. Ale po drugiej stronie wiódł w dół przez Montsou, które zostało zbudowane na zboczu dużego pofałdowania równiny. Te drogi na północy, ciągnące się jak sznur między miastami produkcyjnymi, z ich lekkimi zakrętami, powolnymi podjazdami, stopniowo zapełniają się domami i sprawiają, że departament jest pracowitym miastem. Małe ceglane domki, pomalowane, aby ożywić klimat, jedne żółte, inne niebieskie, inne czarne — ostatnie bez wątpienia, aby osiągnąć od razu ich ostateczny odcień — wiły się w dół, w prawo i w lewo, na dno nachylenie. Kilka dużych dwupiętrowych willi, mieszkań szefów warsztatów, tworzyło luki w zwartej linii wąskich fasad. Kościół, również z cegły, wyglądał jak nowy model dużego pieca, którego kwadratowa wieża była już poplamiona unoszącym się pyłem węglowym. A wśród cukrowni, powroźniczych i młynów wyróżniały się sale balowe, restauracje i piwnice, których było tak wiele, że na każdy tysiąc domów przypadało ponad pięćset zajazdów.


Zbliżając się do Stoczni Firmy, rozległej serii magazynów i warsztatów, Maheude zdecydowała się wziąć Henriego i Lénore za rękę, jednego po prawej, a drugiego po lewej. Dalej znajdował się dom dyrektora, M. Hennebeau, rodzaj ogromnej chaty, oddzielonej od drogi kratą, a potem ogród, w którym rosły chude drzewa. Właśnie wtedy powóz zatrzymał się przed drzwiami i wysiadł dżentelmen z dekoracjami i damą w futrzanym płaszczu: goście właśnie przybyli z Paryża na stację Marchiennes, bo Madame Hennebeau, która pojawiła się w cieniu werandy, wydawała okrzyki. zaskoczenia i radości.


— No to chodźcie, włóczędzy! — warknął Maheude, ciągnąc dwoje maluchów, które stały w błocie.


Kiedy przybyła do Maigrat, była bardzo podekscytowana. Maigrat mieszkał blisko kierownika; tylko ściana oddzielała ziemię tego ostatniego od jego własnego małego domu i miał tam magazyn, długi budynek wychodzący na drogę jak sklep bez frontu. Trzymał tam wszystko, sklep spożywczy, gotował mięso, owoce, sprzedawał chleb, piwo i rondle. Niegdyś nadzorca w Voreux, zaczął od małej kantyny; potem, dzięki ochronie jego przełożonych, jego biznes się rozrósł, stopniowo zabijając handel detaliczny Montsou. Scentralizował towary, a znaczny zwyczaj osadniczy pozwolił mu sprzedawać taniej i udzielać dłuższego kredytu. Poza tym pozostał w rękach Kompanii, a oni zbudowali jego mały dom i sklep.


— Znowu jestem, monsieur Maigrat — powiedział z pokorą Maheude, znajdując go stojącego przed jego drzwiami.


Spojrzał na nią bez odpowiedzi. Był tęgim, zimnym, uprzejmym człowiekiem i szczycił się tym, że nigdy nie zmienił zdania.


— Teraz nie odeślesz mnie ponownie, jak wczoraj. Musimy mieć chleb od teraz do soboty. Oczywiście, jesteśmy ci winni sześćdziesiąt franków za te dwa lata.


Wyjaśniła krótkimi, bolesnymi zdaniami. To był stary dług zaciągnięty podczas ostatniego strajku. Dwadzieścia razy obiecywali załatwić sprawę, ale nie byli w stanie; nie mogli mu nawet dać czterdziestu su na dwa tygodnie. A potem nieszczęście wydarzyło się dwa dni wcześniej; musiała zapłacić dwadzieścia franków szewcowi, który zagroził, że skonfiskuje ich rzeczy. I dlatego byli bez duszy. W przeciwnym razie mogliby trwać do soboty, tak jak inni.


Maigrat z wystającym brzuchem i założonymi rękami potrząsał głową przy każdym błaganiu.


— Tylko dwa bochenki, monsieur Maigrat. Jestem rozsądna, nie proszę o kawę. Tylko dwa trzyfuntowe bochenki dziennie.


— Nie — krzyknął w końcu na całe gardło.


Pojawiła się jego żona, żałosne stworzenie, które całe dnie spędzało nad księgami, nie śmiejąc nawet unieść głowy. Odsunęła się, przestraszona widokiem tej nieszczęsnej kobiety, która skierowała w jej stronę swoje żarliwe, błagalne oczy. Mówiono, że oddała łoże małżeńskie putterom wśród klientów. Wiadomo było, że kiedy górnik chciał przedłużyć swój kredyt, musiał tylko wysłać córkę lub żonę, zwyczajną lub ładną, nie miało to znaczenia, pod warunkiem, że byli grzeczni.


Maheude, wciąż błagając Maigrat swoim spojrzeniem, czuła się nieswojo pod bladością jego małych oczu, które zdawały się ją rozbierać. To ją rozgniewało; zrozumiałaby, zanim miała siedmioro dzieci, kiedy była mała. I odeszła, gwałtownie ciągnąc Lénore’a i Henriego, którzy byli zajęci zbieraniem łupin orzechów z rynsztoka, w którym prowadzili dochodzenie.


— To nie przyniesie szczęścia, monsieur Maigrat, pamiętaj!


Teraz pozostał tylko lud Piolaine. Gdyby te nie rzuciły jej pięciofrankowej figury, równie dobrze mogłaby się położyć i umrzeć. Skręciła w lewą ulicę Joiselle. Na rogu ulicy znajdował się budynek administracyjny, prawdziwy ceglany pałac, do którego każdej jesieni przyjeżdżali wielcy ludzie z Paryża, książęta, generałowie i członkowie rządu, aby wydawać obfite obiady. Idąc, wydawała już pięć franków, najpierw chleb, potem kawę, potem ćwierć masła, buszel ziemniaków na poranną zupę i wieczorny gulasz; na koniec może trochę świńskich kiełbasek, bo ojciec potrzebował mięsa.


Proboszcz z Montsou, Abbé Joire, przechodził obok, unosząc sutannę, z delikatną miną tłustego, dobrze odżywionego kota, który boi się zmoczyć swoje futro. Był łagodnym człowiekiem, który udawał, że się niczym nie interesuje, żeby nie drażnić ani robotników, ani mistrzów.


„Dzień dobry, Monsieur le Curé”.


Nie zatrzymując się, uśmiechnął się do dzieci i zostawił ją na środku drogi. Nie była religijna, ale nagle wyobraziła sobie, że ten ksiądz coś jej da.


A podróż zaczęła się ponownie przez czarne, lepkie błoto. Zostały jeszcze dwa kilometry do przejścia, a maluchy ciągnęły się za sobą bardziej niż kiedykolwiek, bo były przestraszone i już się nie bawiły. Po prawej i lewej stronie ścieżki rozwijał się ten sam niejasny krajobraz, otoczony omszałymi palisadami, te same budynki fabryczne, brudne od dymu, najeżone wysokimi kominami. Następnie płaska kraina rozciągała się na ogromnych otwartych polach, jak ocean brązowych brył, bez pnia drzewa, aż do fioletowej linii lasu Vandame.


— Noś mnie, mamo.


Niosła je jedna po drugiej. Kałuże zrobiły dziury w ścieżce, a ona podciągnęła swoje ubranie, bojąc się, że nadejdzie zbyt brudna. Trzy razy omal nie upadła, tak lepki był ten pomieszany chodnik. A kiedy w końcu dotarli przed werandę, dwa ogromne psy rzuciły się na nich, szczekając tak głośno, że maluchy wrzeszczały ze strachu. Woźnica musiał przynieść im bat.


— Zostawcie swoje saboty i wejdźcie — powtórzyła Honorine. W jadalni matka i dzieci stali bez ruchu, oszołomieni nagłym upałem i bardzo skrępowani spojrzeniem tej starszej pani i dżentelmena, wyciągniętych na swoich fotelach.


„Cécile”, powiedziała starsza pani, „wypełnij swoje małe obowiązki”.


Grégoires oskarżyli Cécile o ich organizacje charytatywne. To była część ich idei dobrej edukacji. Trzeba być miłosiernym. Sami mówili, że ich dom jest domem Bożym. Poza tym schlebiali sobie, że z inteligencją okazywali swoje miłosierdzie i żyli w ciągłym strachu, że nie zostaną oszukani, i dlatego zachęcają do występku. Więc nigdy nie dawali pieniędzy, nigdy! Nie dziesięć, nie dwa, bo powszechnie wiadomo, że jak tylko biedak dostanie dwa sosy, wypija je. Dlatego ich jałmużna była zawsze w naturze, zwłaszcza w ciepłej odzieży, rozdawanej zimą potrzebującym dzieciom.


„Och! Biedne kochane!” — zawołała Cécile — „jacy blady są od zimna! Honorine, idź i poszukaj paczki w szafie”.


Słudzy również patrzyli na te nieszczęsne stworzenia z litością i niejasnym niepokojem dziewcząt, które nie mają żadnych problemów z własnymi obiadami. Kiedy pokojówka szła na górę, kucharka zapomniała o swoich obowiązkach, zostawiając resztę bułki na stole i stała, wymachując pustymi rękami.


— Wciąż mam dwie wełniane sukienki i kołdry — ciągnęła Cécile; „zobaczycie, jakie będą ciepłe, biedne kochane!”


Wtedy Maheude odnalazł jej język i wyjąkał:


— Dziękuję bardzo, mademoiselle. Jest pani zbyt dobra.


Łzy wypełniły jej oczy, myślała, że jest pewna pięciu franków i była zajęta tylko tym, w jaki sposób poprosiłaby o nie, gdyby jej nie zaoferowano. Pokojówka nie pojawiła się ponownie i nastąpiła chwila zakłopotanej ciszy. Spod spódniczek matki maluchy szeroko otworzyły oczy i spojrzały na brioszkę.


„Masz tylko te dwa?” — zapytała madame Grégoire, aby przerwać ciszę.


— Och, madame! Mam siedem.


Pan Grégoire, który wrócił do swojej gazety, usiadł oburzony.


„Siedem dzieci! Ale dlaczego? Dobry Boże!”


— To nierozważne — mruknęła starsza pani.


Maheude wykonał niejasny gest przeprosin. Co masz? W ogóle się o tym nie myśli, przychodzą całkiem naturalnie. A potem, kiedy dorosną, coś przynoszą i to sprawia, że domownicy odchodzą. Weź ich walizkę, mogliby kontynuować, gdyby nie dziadek, który robił się dość sztywny, a jeśli nie to, że wśród tej grupy tylko dwóch jej synów i najstarsza córka byli na tyle dorośli, by zejść do jamy. Mimo wszystko trzeba było nakarmić maluchy, które nic nie wnoszą.


— W takim razie — powiedziała madame Grégoire — długo pracowałaś w kopalni?


Cichy śmiech rozjaśnił bladą twarz Maheude.


„Ach, tak! Ach, tak! Zszedłem na dół do dwudziestego roku życia. Lekarz powiedział, że powinienem zostać na stałe po tym, jak zostałem uwięziony po raz drugi, bo wydaje się, że coś mi w środku poszło nie tak. potem wyszłam za mąż i miałam dość pracy w domu. Ale widzicie, ze strony męża są tam od wieków. Od dziadka do dziadka nie wiadomo, jak daleko wstecz, całkiem od początku, kiedy po raz pierwszy wybrali kilof w Réquillart”.


Monsieur Grégoire w zamyśleniu kontemplował tę kobietę i te żałosne dzieci, z ich woskowatym ciałem, ich odbarwionymi włosami, degeneracją, która ich karłowaciła, gryzącą anemią i melancholijną brzydotą głodówek. Znowu zapadła cisza i słychać było tylko płonący węgiel wydający strumień gazu. Wilgotny pokój miał ciężki komfort, w którym drzemią nasze zakamarki szczęścia z klasy średniej.


„Co ona robi potem?” — zawołała niecierpliwie Cécile. — Melanie, idź na górę i powiedz jej, że paczka jest na dole szafy, po lewej stronie.


W międzyczasie p. Grégoire powtórzył głośno refleksje zainspirowane widokiem tych głodujących.


„Na tym świecie jest zło, to prawda; ale, moja dobra kobieto, trzeba też powiedzieć, że robotnicy nigdy nie są roztropni. Dlatego zamiast odkładać na bok kilka su, jak nasi chłopi, górnicy piją, popadają w długi, i skończyć z tym, że nie mają wystarczających środków na utrzymanie swoich rodzin.”


— Monsieur ma rację — odparł stanowczo Maheude. „Nie zawsze trzymają się właściwej ścieżki. To jest to, co zawsze mówię niegrzecznym, kiedy narzekają. Miałam szczęście; mój mąż nie pije. w niedzielne święta upija się czasem za dużo, ale dalej nigdy nie idzie. Tym milszy z jego strony, bo przed naszym małżeństwem pił jak świnia, błagając o wybaczenie. A jednak, wiesz, to nie pomaga Nam bardzo, że jest tak rozsądny. Są takie dni jak dziś, kiedy można wyjąć wszystkie szuflady w domu i nie znaleźć ani grosza.”


Chciała im zasugerować pomysł na pięciofrankowy kawałek i kontynuowała cichym głosem, wyjaśniając fatalny dług, najpierw mały, potem duży i przytłaczający. Płacili regularnie przez wiele dwutygodniowych. Ale pewnego dnia zostali z tyłu, a potem wszystko się skończyło. Nigdy więcej nie mogli ich dogonić. Zatoka się poszerzyła, a mężczyźni byli zniesmaczeni pracą, która nie pozwalała im nawet płacić za swoje pieniądze. Zrobić, co mogli, do śmierci nie było nic prócz trudności. Poza tym trzeba zrozumieć, że kopalnia potrzebowała szklanki do zmywania kurzu. Tam się zaczęło, a potem zawsze był w gospodzie, kiedy pojawiały się zmartwienia. Bez narzekania nikomu może się zdarzyć, że robotnicy nie zarabiają tyle, ile powinni.


— Myślałam — powiedziała Madame Grégoire — że Kompania zapewniła panu zakwaterowanie i strzelanie?


Maheude zerknął z ukosa na płonący węgiel w kominku.


— Tak, tak, dają nam węgiel, niezbyt wielki, ale się spala. Jeśli chodzi o zakwaterowanie, to kosztuje tylko sześć franków miesięcznie; to brzmi jak nic, ale często jest to dość trudne do zapłacenia. Dziś mogą ciąć mnie na kawałki, nie wyciągając ze mnie dwóch su. Tam, gdzie nie ma nic, nie ma nic.”


Dama i dżentelmen milczeli, delikatnie wyciągnięci i stopniowo zmęczeni i zaniepokojeni przejawieniem tej nędzy. Bała się, że ich zraniła, i dodała z powagą praktycznej kobiety:


„Och! Nie chciałem narzekać. Tak jest i trzeba się z tym pogodzić; tym bardziej, że walka nie jest dobra, może nie powinniśmy niczego zmieniać. starać się żyć uczciwie w miejscu, w którym umieścił nas dobry Bóg?”


M. Grégoire aprobował to stanowczo.


„Z takimi uczuciami, moja dobra kobieto, jest się ponad nieszczęściem”.


Honorine i Mélanie w końcu przyniosły paczkę.


Cécile odpięła go i wyjęła dwie sukienki. Dodała kołdry, nawet pończochy i rękawiczki. Wszystkie pasowałyby pięknie; pośpieszyła i zmusiła sługi do owijania wybranych szat; bo właśnie przybyła jej mistrzyni muzyki; i pchnęła matkę i dzieci w kierunku drzwi.


„Jesteśmy bardzo niscy” — wyjąkał Maheude; „gdybyśmy mieli tylko pięć franków…”


Fraza została zduszona, ponieważ Maheusowie byli dumni i nigdy nie błagali. Cécile spojrzała niespokojnie na ojca; ale ci ostatni zdecydowanie odmówili, z wyrazem obowiązku.


„Nie, to nie jest nasz zwyczaj. Nie możemy tego zrobić”.


Wtedy młoda dziewczyna, poruszona przytłoczoną twarzą matki, zapragnęła zrobić wszystko, co w jej mocy dla dzieci. Wciąż wpatrywali się w bułkę; przecięła go na pół i podała im.


„Tutaj! To jest dla ciebie.”


Następnie, zabierając fragmenty, poprosiła o starą gazetę:


„Czekaj, musisz podzielić się z braćmi i siostrami”.


I pod czułym spojrzeniem rodziców w końcu wypchnęła ich z pokoju. Biedne wygłodniałe jeżowce odeszły, trzymając z szacunkiem brioszkę w odrętwiałych małych rączkach.


Maheude ciągnęła swoje dzieci drogą, nie widząc ani pustynnych pól, ani czarnego błota, ani wielkiego, jaskrawego nieba. Przechodząc przez Montsou, weszła stanowczo do sklepu Maigrat i błagała tak uparcie, że w końcu zabrała dwa bochenki, kawę, masło, a nawet jej pięciofrankowy kawałek, ponieważ mężczyzna pożyczał pieniądze na tydzień. Nie jej chciał, tylko Catherine; zrozumiała to, kiedy poradził jej, by wysłała córkę po zapasy. Zobaczą to. Catherine zatkałaby mu uszy, gdyby podszedł zbyt blisko jej nosa.

Rozdział III

O jedenastej wybiła mały kościółek w osadzie Deux-Cent-Quarante, ceglana kaplica, do której Abbé Joire przychodził w niedzielę, aby odprawiać mszę. W szkole obok, również z cegły, słychać było chwiejne głosy dzieci, mimo zamkniętych okien przed zimnem na zewnątrz. Szerokie korytarze, podzielone na małe ogrody, ustawione tyłem do siebie, pomiędzy czterema dużymi blokami jednolitych domów, były puste; i te ogrody, zniszczone przez zimę, ukazywały nędzę ich marglistej gleby, zbitej i nakrapianej przez ostatnie warzywa. Robili zupę, dymiły kominy, w odległych odstępach na frontach pojawiła się kobieta, otworzyła drzwi i zniknęła. Z jednego końca do drugiego, na chodniku, rury kapały do kadzi, chociaż już nie padało, więc szare niebo było naładowane wilgocią. A wioska


Kiedy Maheude wróciła, zrobiła wszystko, co w jej mocy, by kupić ziemniaki od żony nadzorcy, którego plony jeszcze się nie wyczerpały. Za zasłoną chorowitych topoli, jedynymi drzewami w tych płaskich rejonach, znajdowała się grupa izolowanych budynków, czterech domów ustawionych razem i otoczonych ogrodami. Gdy Kompania zarezerwowała ten nowy eksperyment dla kapitanów, robotnicy nazwali ten zakątek wioski osadą Bas-de-Soie, tak jak nazywali swoją własną osadę Paie-tes-Dettes, w radosnej ironii ich nędzy..


„Ech! Oto jesteśmy”, powiedział Maheude, załadowany paczkami, wpychając się do Lénore i Henri, pokryty błotem i dość zmęczony.


Estelle krzyczała przed ogniem, kołysząc się w ramionach Alzire’a. Ten ostatni, nie mając już cukru i nie wiedząc, jak ją uspokoić, postanowił udawać, że daje jej pierś. Ten podstęp często się udawał. Ale tym razem na próżno rozpinała suknię i przyciskała ustami do szczupłej piersi ośmioletniej inwalidy; dziecko było wściekłe, że gryzie skórę i nic nie rysuje.


„Podaj mi ją”, zawołała matka, gdy tylko poczuła się wolna; „nie pozwala nam powiedzieć ani słowa”.


Kiedy zdjęła z gorsetu pierś ciężką jak skórzana butelka, na której szyję zawisł awanturnik, nagle ucichł, wreszcie mogli mówić. W przeciwnym razie wszystko szło dobrze; mała gospodyni podtrzymywała ogień, zamiatała i urządzała pokój. A w ciszy usłyszeli na górze chrapanie dziadka, to samo rytmiczne chrapanie, które ani na chwilę nie ustało.


„Co za dużo rzeczy!” — mruknął Alzire, uśmiechając się do przepisów. — Jeśli chcesz, mamo, zrobię zupę.


Stół był obciążony: paczka ubrań, dwa bochenki, ziemniaki, masło, kawa, cykoria i pół funta wieprzowiny.


„Och! Zupa!” — powiedział Maheude z wyrazem zmęczenia. „Musimy zebrać trochę szczawiu i wyrwać kilka porów. Nie! Później zrobię kilka dla mężczyzn. Zagotuj ziemniaki; zjemy je z odrobiną masła i kawą, co? Kawa!”


Ale nagle pomyślała o bułeczce. Spojrzała na puste dłonie Lénore i Henriego, którzy walczyli na podłodze, już wypoczęci i żywi. Te żarłoki chytrze zjadły bułeczkę na drodze. Zatknęła im uszy, podczas gdy Alzire, który podpalał rondel, próbował ją uspokoić.


— Pozwól im, mamo. Gdyby bułka była dla mnie, wiesz, że nie mam nic przeciwko. Byli głodni, chodzili tak daleko.


Udało się południe; słyszeli chodaki dzieci wychodzących ze szkoły. Ziemniaki były ugotowane, a kawa, zagęszczona dobrą połową cykorii, przepływała przez perkolator ze śpiewem wielkich kropel. Jeden róg stołu był wolny; ale matka tylko tam jadła. Trójka dzieci była zadowolona ze swoich kolan; a mały chłopiec przez cały czas z cichą żarłocznością patrzył, nic nie mówiąc, na ćwierkanie, podekscytowany tłustym papierem.


Maheude popijała kawę małymi łykami, trzymając ręce wokół szklanki, żeby je podgrzać, kiedy zszedł na dół ojciec Bonnemort. Zwykle wstawał późno, a śniadanie czekało na niego przy ognisku. Ale dziś zaczął narzekać, bo nie było zupy. Potem, gdy synowa powiedziała mu, że nie zawsze można robić to, co się lubi, zjadał ziemniaki w milczeniu. Od czasu do czasu wstawał, żeby pluć w popiół dla czystości, i usiadł na krześle, toczył jedzenie w ustach, z opuszczoną głową i tępymi oczami.


— Ach! Zapomniałem, mamo — powiedział Alzire. „Sąsiad przyszedł…”


Jej matka jej przerwała.


„Ona mi przeszkadza!”


Kobieta Levaque była głęboko urażona, która poprzedniego dnia błagała o ubóstwo, żeby jej nie pożyczać czegokolwiek; podczas gdy wiedziała, że właśnie wtedy czuła się komfortowo, ponieważ jej lokator, Bouteloup, zapłacił mu za dwa tygodnie z góry. W osadzie zwykle nie pożyczali od gospodarstwa domowego.


— Tutaj! Przypominasz mi — powiedział Maheude. — Zawiń młynek kawy. Zaniosę to Pierronne; jestem jej to winien od przedwczoraj.


A kiedy córka przygotowała paczkę, dodała, że wróci natychmiast, żeby włożyć męską zupę do ognia. Potem wyszła z Estelle w ramionach, zostawiając starego Bonnemorta, by spokojnie żuł ziemniaki, podczas gdy Lénore i Henri walczyli o leżące okrawki.


Zamiast iść dookoła, Maheude przeszedł prosto przez ogrody, w obawie, że żona Levaque nie zadzwoni do niej. Jej ogród znajdował się tuż obok ogrodu Pierronów, aw zrujnowanej kratownicy, która ich oddzielała, znajdowała się dziura, przez którą się bratali. Stała tam wspólna studnia, obsługująca cztery gospodarstwa domowe. Obok niej, za kępą słabych bzów, znajdowała się szopa, niski budynek pełen starych narzędzi, w którym hodowano króliki, które jadano w święta. Wybiła pierwsza; nadeszła pora na kawę, a za drzwiami i oknami nie było widać nikogo. Tylko robotnik należący do rąbania ziemi, czekający godzinę na zejście, bez podnoszenia głowy odkopał swój skrawek ziemi warzywnej. Ale kiedy Maheude przybył naprzeciw drugiego bloku budynków, ze zdziwieniem ujrzała przed kościołem dżentelmena i dwie damy. Zatrzymała się na chwilę i rozpoznała ich; to madame Hennebeau przyprowadzała swoich gości, odznaczonego dżentelmena i damę w futrzanym płaszczu, aby obejrzeć osadę.


„Och! Dlaczego zadałeś sobie taki trud?” — zawołał Pierronne, kiedy Maheude oddał kawę. „Nie było pośpiechu.”


Miała dwadzieścia osiem lat i uważano ją za piękną osadę, ciemną, z niskim czołem, dużymi oczami, prostymi ustami i zalotną; z zadbaniem kota i dobrą sylwetką, bo nie miała dzieci. Jej matka, Brulé, wdowa po pikinierze, który zginął w kopalni, po wysłaniu córki do pracy w fabryce, przysięgając, że nigdy nie powinna poślubić colliera, nigdy nie przestała się złościć, odkąd wyszła za mąż, nieco późno, Pierron, wdowiec z ośmioletnią dziewczynką. Jednak domownicy żyli bardzo szczęśliwie, pośród paplaniny, skandali, które krążyły wokół narzekania męża i kochanków żony. Żadnych długów, mięso dwa razy w tygodniu, dom tak czysty, że można było zobaczyć się w garnkach. Jako dodatkowe szczęście, dzięki przysługom, Firma upoważniła ją do sprzedaży bon-bons i herbatników, których słoje wystawiała, na dwóch deskach, za szybami okiennymi. To było sześć lub siedem su dziennie, a czasami dwanaście w niedziele. Jedynym mankamentem całego tego szczęścia była Matka Brulé, która krzyczała z wściekłością starego rewolucjonisty, który musiał pomścić śmierć swojego mężczyzny na mistrzach, oraz mała Lydie, która w postaci częstych ciosów schowała do kieszeni namiętności. z rodziny.


„Jak duża ona już jest!” — powiedział Pierronne, wrzeszcząc w Estelle.


„Och! Kłopoty, jakie to stwarza! Nie mów o tym!” powiedział Maheude. — Masz szczęście, że ich nie masz. Przynajmniej możesz zachować czystość.


Chociaż w jej domu wszystko było w porządku, a szorowała w każdą sobotę, spoglądała zazdrosnym okiem gospodyni na ten czysty pokój, w którym była nawet pewna kokieteria, złocone wazony na kredensie, lustro, trzy oprawione obrazy.


Pierronne już miała sama wypić kawę, a wszyscy jej ludzie byli przy dole.


— Będziesz miał ze mną szklankę? powiedziała.


— Nie, dzięki; właśnie połknąłem swoją.


„Co to ma za znaczenie?”


Właściwie to nic nie znaczyło. I obaj zaczęli powoli pić. Pomiędzy słojami z biszkoptami i bon-bons ich wzrok spoczął na przeciwległych domach, z których małe zasłony w oknach tworzyły rząd, odsłaniając swoją większą lub mniejszą bielą zalety gospodyń domowych. Te z Levaques były bardzo brudnymi, prawdziwymi kuchennymi szmatami, które zdawały się wycierać dna rondli.


„Jak mogą żyć w takim brudzie?” — mruknął Pierronne.


Potem Maheude zaczął i nie przestawał. Ach! gdyby miała lokatora takiego jak ten Bouteloup, zmusiłaby domostwo do odejścia. Gdy się wiedziało, jak to zrobić, lokator był doskonałą rzeczą. Tylko jeden nie powinien z nim sypiać. A potem mąż zaczął pić, bił żonę i biegał za śpiewakami na koncertach w kawiarni w Montsou.


Pierronne przybrał wyraz głębokiego obrzydzenia. Ci śpiewacy zapadali na różnego rodzaju choroby. W Joiselle był jeden, który zaraził całą jamę.


— Zaskakuje mnie to, że pozwoliłeś swojemu synowi iść z ich dziewczyną.


„Ach, tak! Ale po prostu przestańcie! Ich ogród jest obok naszego. Zacharie zawsze był tam latem z Philoméne za bzami, a oni nie wychodzili na szopę; nie można było czerpać wody w dobrze, nie zaskakując ich”.


To była zwykła historia rozwiązłości osady; chłopcy i dziewczęta zepsuli się razem, rzucając się na plecy, jak mówili, na niski, spadzisty dach szopy, gdy nastał zmierzch. Wszyscy putterowie dostali tam swoje pierwsze dziecko, kiedy nie zadali sobie trudu, aby udać się do Réquillart lub na pola kukurydzy. Nie miało to żadnego znaczenia; pobrali się później, tylko matki były wściekłe, kiedy ich chłopcy zaczęli zbyt wcześnie, bo chłopak, który się ożenił, nie wniósł już nic do rodziny.


— Na twoim miejscu bym to zrobił — powiedział rozsądnie Pierronne. — Twój Zacharie już dwukrotnie ją zapełnił, a oni pójdą dalej i zostaną spleceni. Tak czy inaczej, pieniądze przepadły.


Maheude była wściekła i podniosła ręce.


— Posłuchaj tego: przeklnę ich, jeśli zostaną splatani. Czy Zacharie nie jest nam winien szacunku? Coś nas kosztował, prawda? Bardzo dobrze. Musi to zwrócić, zanim powierzy mu żonę. Co się z nami stanie, jeśli nasze dzieci natychmiast zaczną pracować dla innych?


Jednak uspokoiła się.


— Mówię ogólnie; zobaczymy później. Twoja kawa jest dobra i mocna; doprawiasz ją odpowiednią.


A po kwadransie spędzonym nad innymi opowieściami uciekła, krzycząc, że zupa dla mężczyzn jeszcze się nie przyrządziła. Na zewnątrz dzieci wracały do szkoły; kilka kobiet pokazywało się pod ich drzwiami, spoglądając na Madame Hennebeau, która podniesionym palcem wyjaśniała swoim gościom rozliczenie. Ta wizyta zaczęła poruszać wioskę. Tnący ziemię na chwilę przestał kopać, a dwa zaniepokojone ptaki przestraszyły się w ogrodach.


Kiedy Maheude wróciła, pobiegła przeciwko kobiecie z Levaque, która wyszła, by powstrzymać doktora Vanderhaghena, lekarza Kompanii, małego, spiesznego mężczyznę, przytłoczonego pracą, który udzielał rad, gdy szedł.


„Proszę pana”, powiedziała, „nie mogę spać; wszędzie czuję się chory. Muszę panu o tym opowiedzieć”.


Rozmawiał z nimi wszystkimi znajomo i odpowiedział bez przerwy:


— Zostaw mnie w spokoju, pijesz za dużo kawy.


„A mój mąż, proszę pana”, powiedziała z kolei Maheude, „musi pan przyjść i go zobaczyć. On zawsze ma te bóle w nogach”.


— To ty wyciągasz z niego zbyt wiele. Po prostu zostaw mnie w spokoju!


Obie kobiety wpatrywały się w cofające się plecy lekarza.


— W takim razie wejdź — powiedziała kobieta z Levaque, wymieniając z sąsiadką pełne rozpaczy wzruszenie ramionami. — Wiesz, jest coś nowego. I weźmiesz trochę kawy. Jest całkiem świeża.


Maheude odmówił, ale bez energii. Dobrze! kropla w każdym razie, aby nie zdyskwalifikować. I weszła.


Pokój był czarny od brudu, podłoga i ściany poplamione tłuszczem, kredens i stół lepki od brudu; a smród źle utrzymanego domu chwycił cię za gardło. W pobliżu ognia, z łokciami na stole i nosem w talerzu, Bouteloup, szeroki, tęgi, łagodny mężczyzna, wciąż młody od trzydziestu pięciu lat, kończył resztki swojej gotowanej wołowiny, stojąc przed nim, mały Achille., Pierworodny Filoméne, który miał już trzeci rok, patrzył na niego cichym, błagalnym sposobem żarłocznego zwierzęcia. Lokator, bardzo miły za swoją wielką brązową brodą, od czasu do czasu wpychał sobie do ust kawałek mięsa.


— Poczekaj, aż go osłodzę — powiedziała kobieta Levaque, wkładając wcześniej trochę brązowego cukru do dzbanka do kawy.


Sześć lat starsza od niego, była ohydna i zmęczona, z biustem wiszącym na brzuchu i brzuchem na udach, ze spłaszczonym pyskiem i siwymi włosami zawsze nie uczesanymi. Wziął ją naturalnie, bez wyboru, tak samo jak zupę, w której znalazł włosy, czy łóżko, w którym prześcieradło wytrzymywało trzy miesiące. Była częścią kwatery; mąż lubił powtarzać, że dobre rachunki zawierają dobrych przyjaciół.


— Miałam zamiar ci powiedzieć — ciągnęła — że Pierronne widziano wczoraj kręcącego się po stronie Bas-de-Soie. Dżentelmen, którego znasz, czekał na nią za Rasseneura i poszli razem wzdłuż kanału. Ech! To miłe, prawda? Mężatka!”


„Łaskawy!” powiedział Maheude; — Pierron, zanim się z nią ożenił, dawał kapitanowi króliki; teraz pożyczenie żony kosztuje go mniej.


Bouteloup zaczął się ogromnie śmiać i wrzucił do ust Achille’a kawałek pieczonego chleba. Obie kobiety nadal odprężały się w stosunku do Pierronne — flirtowała, nie ładniejsza od innych, ale zawsze zajęta dbaniem o każdy pieg na jej skórze, myciem się i nakładaniem pomady. W każdym razie to była sprawa męża, jeśli lubił takie rzeczy. Byli ludzie tak ambitni, że ocieraliby mistrzom tyłki, żeby usłyszeć, jak ci dziękują. Przerwało im tylko przybycie sąsiada, który przywiózł dziewięciomiesięcznego małego urwisa Désirée, najmłodszego z Filomeny; Philoméne, zjadając śniadanie w szopie, zaaranżowała, że przywieziemy jej maleństwo na dół, gdzie je ssała, siedząc przez chwilę na węglu.


„Nie mogę opuścić swojego ani na chwilę, ona krzyczy bezpośrednio”, powiedziała Maheude, patrząc na Estelle, która spała w jej ramionach.


Ale nie udało jej się uniknąć sprawy domowej, którą przeczytała w oczach drugiej osoby.


— Mówię, teraz powinniśmy to załatwić.


Początkowo obie matki, nie chcąc o tym mówić, zgodziły się nie zawierać małżeństwa. Jeśli matka Zachariego chciała jak najdłużej otrzymywać pensję swojego syna, matka Philoméne była wściekła na myśl o rezygnacji z pensji córki. Nie było pośpiechu; druga matka wolała nawet zatrzymać malucha, o ile była tylko jedna; ale kiedy zaczął rosnąć i jeść, a przyszedł kolejny, stwierdziła, że przegrywa, i wściekle popychała małżeństwo, jak kobieta, która nie chce wyrzucić swoich pieniędzy.


— Zacharie narysował swój los — ciągnęła — i nic nie stoi na przeszkodzie. Kiedy to nastąpi?


— Poczekaj, aż ładna pogoda — odparł z uporem Maheude. — Te sprawy są uciążliwe! Jakby nie mogli się doczekać ślubu przed pójściem razem! Moje słowo! Udusiłbym Catherine, gdybym wiedział, że to zrobiła.


Druga kobieta wzruszyła ramionami.


— Zostaw! Zrobi się jak inni.


Bouteloup, ze spokojem mężczyzny, który jest w domu, szukał na komodzie chleba. Warzywa na zupę Levaque’a, ziemniaki i pory, leżały na rogu stołu, do połowy obrane, wzięte i upuszczone kilkanaście razy pośród ciągłych plotek. Kobieta miała zamiar znowu z nimi ruszyć, kiedy odrzuciła je na nowo i stanęła przed oknem.


— Co tam jest? Dlaczego, jest Madame Hennebeau z kilkoma ludźmi. Idą do Pierronne’s.


Od razu obaj ponownie rozpoczęli temat Pierronne. O! Zawsze, gdy Towarzystwo przyprowadzało gości do osady, zawsze udawali się oni prosto do niej, ponieważ była czysta. Bez wątpienia nigdy nie opowiadali im historii o głównym kapitanie. Można sobie pozwolić na czystość, kiedy ma się kochanków, którzy zarabiają trzy tysiące franków, są zakwaterowani i ogrzewani, nie licząc prezentów. Jeśli był czysty na górze, nie był czysty pod spodem. I cały czas, gdy goście stali naprzeciwko, rozmawiali.


— Tam wychodzą — powiedziała w końcu kobieta Levaque. — Chodzą dookoła. Spójrz, moja droga… Myślę, że idą na twoje miejsce.


Maheude ogarnął strach. Kto wie, czy Alzire zakrył stół gąbką? A także jej zupę, która nie była jeszcze gotowa! Jąkała się na dobry dzień i bez spojrzenia uciekła do domu.


Ale wszystko było jasne. Alzire, bardzo poważnie, z szmatką przed sobą, zabrała się do robienia zupy, widząc, że jej matka nie wróciła. Wyciągnęła ostatnie pory z ogrodu, zebrała szczaw i właśnie wtedy czyściła warzywa, podczas gdy duży kocioł na ogniu podgrzewał wodę do kąpieli mężczyzn, kiedy mieli wrócić. Henri i Lénore choć raz byli dobrzy, pochłonięci podarciem starego almanachu. Ojciec Bonnemort w milczeniu palił fajkę. Kiedy Maheude łapała oddech, zapukała Madame Hennebeau.


— Pozwolisz mi, prawda, moja dobra kobieto?


Wysoka i szczupła, trochę ciężka w swojej wspaniałej czterdziestoletniej dojrzałości, uśmiechała się z uprzejmym wysiłkiem, nie okazując zbyt wyraźnego strachu przed zabrudzeniem brązowej jedwabnej sukni i czarnego aksamitnego płaszcza.


„Wejdźcie, wejdźcie” — powiedziała do swoich gości. — Nikomu nie przeszkadzamy. Czyż nie jest znowu tak czysto! A ta dobra kobieta ma siedmioro dzieci! Wszystkie nasze gospodarstwa domowe są takie. Powinienem ci wyjaśnić, że Firma wynajmuje im dom za sześć franków miesięcznie. Duży pokój na parterze, dwa pokoje wyżej, piwnica i ogród.”


Udekorowany dżentelmen i dama w futrzanej pelerynie, przybyli tego ranka pociągiem z Paryża, otworzyli mgliste oczy, ukazując na twarzach zdziwienie wszystkimi tymi nowościami, które wyrwały ich z żywiołu.


„I ogród!” powtórzyła pani. „Można by tu mieszkać! To urocze!”


„Dajemy im więcej węgla, niż mogą spalić” — ciągnęła Madame Hennebeau. „Lekarz odwiedza ich dwa razy w tygodniu, a kiedy są starsi, otrzymują emerytury, chociaż nic nie jest wstrzymane z ich pensji”.


„Thebaid! Prawdziwa kraina mleka i miodu!” mruknął dżentelmen z zachwytem.


Maheude pospieszył, by zaoferować krzesła. Panie odmówiły. Madame Hennebeau już się męczyła, przez chwilę szczęśliwa, mogąc bawić się w znużeniu wygnania, odgrywając rolę wystawiania bestii, ale natychmiast zniesmaczona mdłym zapachem nędzy, pomimo szczególnej czystości domów, do których zaryzykowała. Poza tym powtarzała tylko dziwne zdania, które usłyszała, nie martwiąc się już więcej o tę rasę robotników, którzy pracowali i cierpieli obok niej.


„Jakie piękne dzieci!” — mruknęła dama, która uważała je za ohydne, z dużymi głowami ukrytymi pod krzaczastymi, słomianymi włosami.


A Maheude musiał podać ich wiek; zadawali jej również pytania o Estelle z grzeczności. Ojciec Bonnemort z szacunkiem wyjął fajkę z ust; ale nie mniej był przedmiotem niepokoju, tak wyczerpanego czterdziestoma latami przebywania pod ziemią, z jego sztywnymi kończynami, zdeformowanym ciałem i ziemistą twarzą; a gdy zabrał go gwałtowny skurcz kaszlu, wolał wyjść i pluć na zewnątrz, myśląc, że jego czarne odkrztuszanie sprawi, że ludzie poczują się nieswojo.


Alzire otrzymał wszystkie komplementy. Cóż za wspaniała mała gospodyni w swoim ubraniu! Gratulowali matce posiadania córeczki tak rozsądnej jak na jej wiek. I nikt nie mówił o garbie, chociaż spojrzenia pełne niespokojnego współczucia były nieustannie zwracane ku biednemu małemu inwalidowi.


„Teraz!” podsumowała Madame Hennebeau, „jeśli zapytają cię o nasze osiedla w Paryżu, będziesz wiedział, co odpowiedzieć. Nigdy więcej hałasu niż to, patriarchalne maniery, wszyscy szczęśliwi i zamożni, jak widzisz, miejsce, do którego możesz przyjechać, aby trochę zwerbować, ze względu na dobre powietrze i spokój.”


„To jest cudowne, cudowne!” — zawołał dżentelmen w ostatnim wybuchu entuzjazmu.


Wyszli z tym zaczarowanym powietrzem, z jakim ludzie wychodzą z budki na jarmarku, a towarzyszący im Maheude pozostał na progu, podczas gdy oni odchodzili powoli, rozmawiając bardzo głośno. Ulice były pełne ludzi i musieli przejść przez kilka grup kobiet, zwabionych wiadomością o ich wizycie, którą krążyły od domu do domu.


Właśnie wtedy Levaque, stojąc przed jej drzwiami, zatrzymał Pierronne, którego przyciągnęła ciekawość. Obaj sprawili bolesną niespodziankę. Co teraz? Czy ci ludzie kładli się spać u Maheusa? Ale nie było to zbyt zachwycające miejsce.


„Zawsze bez duszy, za wszystko, na co zarabiają! Panie! Kiedy ludzie mają wady!”


— Właśnie usłyszałem, że poszła dziś rano żebrać do Piolaine, a Maigrat, który odmówił im chleba, coś im dał. Wiemy, jak Maigrat płaci sobie!


— Na nią? Och, nie! To wymagałoby trochę odwagi. Poszukuje Catherine.


— Dlaczego, nie miała teraz odwagi powiedzieć, że udusiłaby Catherine, gdyby do tego doszła? Jakby wielki Chaval od tak dawna nie położył jej tyłka na szopie!


„Cicho! Oto oni!”


Następnie Levaque i Pierronne, spokojnie i bez niegrzecznej ciekawości, poprzestali na obserwowaniu gości kątem oka. Potem gestem szybko zawołali Maheude, która wciąż trzymała w ramionach Estelle. Cała trójka bez ruchu patrzyła, jak dobrze ubrane plecy madame Hennebeau i jej gości powoli znikają. Kiedy byli jakieś trzydzieści kroków od nich, plotki wznowiły się ze zdwojoną energią.


— Noszą na skórze mnóstwo pieniędzy; być może warte więcej niż oni sami.


— Ach, jasne! Drugiego nie znam, ale ta, która należy tutaj, nie dałbym jej czterech su, mimo że jest duża. Opowiadają historie…


— Ech? Jakie historie?


— Cóż, ona ma mężczyzn! Najpierw inżynier.


— To szczupłe, małe stworzenie! Och, jest za mały! Zgubiłaby go w pościeli.


„Co to ma za znaczenie, skoro ją to bawi? Nie ufam kobiecie, która nabiera tak dumnej miny i nigdy nie wydaje się być zadowolona z miejsca, w którym jest. Spójrz tylko, jak macha zadem, jakby czuła pogardę dla nas wszystkich. Czy to miłe?”


Zwiedzający szli dalej w tym samym powolnym tempie, wciąż rozmawiając, kiedy powóz zatrzymał się na drodze przed kościołem. Wysiadł z niej dżentelmen około czterdziestu ośmiu lat, ubrany w czarny surdut, o bardzo ciemnej karnacji i autorytatywnym, poprawnym wyrazie twarzy.


— Mąż — mruknął Levaque, ściszając głos, jakby ją słyszał, ogarnięty tym hierarchicznym strachem, jaki kierownik wzbudził w dziesięciu tysiącach robotników. — Ale to prawda, że on ma głowę rogacza, ten człowiek.


Teraz cała osada była na zewnątrz. Wzrosła ciekawość kobiet. Grupy zbliżyły się do siebie i wtopiły się w jeden tłum; podczas gdy bandy jeżowców z nieotartymi nosami i otwartymi ustami kręciły się po chodnikach. Przez chwilę bladą głowę nauczyciela widać było również za żywopłotem szkolnego domu. Wśród ogrodów kopał mężczyzna z jedną nogą na łopatce i okrągłymi oczami. A szmer plotek narastał stopniowo, z dźwiękiem grzechotek, jak podmuch wiatru wśród suchych liści.


Tłum był najgęstszy zwłaszcza przed drzwiami Levaques. Zgłosiły się dwie kobiety, potem dziesięć, potem dwadzieścia. Pierronne roztropnie milczał teraz, kiedy wokół było zbyt wiele uszu. Maheude, jedna z rozsądniejszych, również poprzestała na patrzeniu; Aby uspokoić Estelle, która nie spała i krzyczała, spokojnie wyciągnęła pierś swojego ssącego zwierzęcia, która kołysała się, jakby ciągnięta w dół przez ciągły strumień mleka. Kiedy pan Hennebeau posadził panie w powozie, który odjechał w kierunku Marchiennes, nastąpiła ostateczna eksplozja klekotliwych głosów, a wszystkie kobiety gestykulowały i rozmawiały sobie w twarzach pośród zgiełku jak mrówka. -wrót w rewolucji.


Ale wybiła trzecia. Robotnicy robót ziemnych, Bouteloup i inni, wyruszyli. Nagle dookoła kościoła pojawili się pierwsi collierzy wracający z dołu z czarnymi twarzami i wilgotnymi szatami, z założonymi rękami i wyprostowanymi plecami. Potem wśród kobiet zapanowało zamieszanie: wszystkie zaczęły uciekać do domu z przerażeniem gospodyń, które dały się zwieść zbyt dużej ilości kawy i zbyt dużej ilości bełkotu, a nie słyszało się nic więcej niż ten niespokojny płacz, brzemienny w kłótnie:


„Dobry Boże, moja zupa! I moja zupa, która nie jest gotowa!”

Rozdział IV

Kiedy Maheu wszedł po opuszczeniu Étienne u Rasseneura, zastał Catherine, Zacharie i Jeanlin siedzących przy stole i kończących zupę. Po powrocie z dołu byli zawsze tak głodni, że jedli w wilgotnych ubraniach, nawet się nie myjąc; i nikt nie był wyczekiwany, stół zastawiony był od rana do wieczora; zawsze był tam ktoś, kto połykał jego porcję, stosownie do szansy na pracę.


Gdy wszedł przez drzwi, Maheu zobaczył zapasy. Nic nie powiedział, ale jego niespokojna twarz rozjaśniła się. Przez cały ranek dręczyła go pustka kredensu, myśl o domu bez kawy i bez masła; wspomnienie dotarło do niego boleśnie, gdy wbijał w szew, zduszony na dole nacięcia. Co by zrobiła jego żona i co by się z nimi stało, gdyby wróciła z pustymi rękami? A teraz było wszystko! Opowie mu o tym później. Zaśmiał się z satysfakcją.


Catherine i Jeanlin wstali i pili kawę stojąc; podczas gdy Zacharie, bez zupy, pokroił sobie dużą kromkę chleba i posmarował ją masłem. Chociaż zobaczył pisklęta na talerzu, nie dotknął ich, gdyż mięso było dla ojca, gdy starczyło tylko na jedno. Wszyscy popijali zupę dużym kubkiem świeżej wody, dobrego, czystego napoju końca dwóch tygodni.


„Nie mam piwa” — powiedział Maheude, gdy ojciec z kolei usiadł. — Chciałem zatrzymać trochę pieniędzy. Ale jeśli chcesz trochę, maluch może pójść i przynieść kufel.


Spojrzał na nią ze zdumieniem. Co! ona też miała pieniądze!


„Nie, nie”, powiedział, „Wypiłem szklankę, wszystko w porządku”.


I Maheu zaczął połykać powolnymi łyżkami pastę z chleba, ziemniaków, porów i szczawiu ułożoną w misce, która służyła mu za talerz. Maheude, nie kładąc Estelle, pomógł Alzire’owi dać mu wszystko, czego potrzebował, przysunął do niego masło i mięso oraz włożył kawę do ognia, żeby była całkiem gorąca.


W międzyczasie przy ognisku zaczęli się myć w połowie beczki zamienionej w balię. Catherine, która przyszła pierwsza, napełniła go ciepłą wodą; rozebrała się spokojnie, zdjęła czapkę, kurtkę, spodnie, a nawet koszulę, przyzwyczajona do tego od ósmego roku życia, dorastając, nie widząc w tym żadnej krzywdy. Odwróciła się tylko żołądkiem do ognia, po czym energicznie potarła się czarnym mydłem. Nikt na nią nie patrzył, nawet Lénore i Henri nie byli już ciekawi, jak została stworzona. Kiedy była czysta, weszła po schodach całkiem naga, zostawiając wilgotną koszulę i inne ubrania na stosie na podłodze. Ale między dwoma braćmi wybuchła kłótnia: Jeanlin pospiesznie wskoczyła do wanny pod pretekstem, że Zacharie nadal je; i ten ostatni pociągnął go, żądając swojej kolejki i wołając, że jest na tyle uprzejmy, by pozwolić Catherine najpierw się umyć, ale nie życzył sobie płukania młodych jeźdźców, tym mniej, że kiedy Jeanlin była w środku, wystarczyłoby kałamarz szkolny. Skończyli się umywając razem, zwracając się w stronę ognia, a nawet pomagali sobie nawzajem, pocierając się nawzajem po plecach. Potem, podobnie jak ich siostra, zniknęli nago po schodach.


„Co za bałagan!” — mruknął Maheude, podnosząc ich ubrania z podłogi, by wysuszyć. „Alzire, po prostu trochę pogłębić.”


Ale niepokój po drugiej stronie ściany przerwał jej przemówienie. Słychać było przekleństwa mężczyzny, płacz kobiety, całą gorączkę bitwy z głuchymi ciosami, które brzmiały jak szok pustej tykwy.


— Łapie go żona Levaque — spokojnie stwierdził Maheu, drapiąc łyżką dno miski. — To dziwne; Bouteloup stwierdził, że zupa jest gotowa.


— Ach, tak! Gotowy — powiedział Maheude. „Widziałem warzywa na stole, nawet nie oczyszczone”.


Krzyki podwoiły się i nastąpiło straszne pchnięcie, które wstrząsnęło ścianą, po czym nastąpiła całkowita cisza. Następnie górnik, połykając ostatnią łyżkę, zakończył w atmosferze spokojnej sprawiedliwości:


„Jeśli zupa nie jest gotowa, można to zrozumieć”.


A po wypiciu szklanki wody zaatakował pisklęta. Pociął kwadratowe kawałki, wbił w nie czubek noża i zjadał je na swoim chlebie bez widelca. Nie było rozmowy, kiedy ojciec jadł. On sam był głodny w ciszy; nie rozpoznał zwyczajowego smaku przepisów Maigrat; to musi pochodzić z innego miejsca; nie zadał jednak żadnych pytań swojej żonie. Zapytał tylko, czy starzec nadal śpi na górze. Nie, dziadek wyszedł na zwykły spacer. I znowu cisza.


Ale zapach mięsa sprawił, że Lénore i Henri podnieśli głowy z podłogi, gdzie bawili się robieniem strumieni z rozlanej wody. Oboje podeszli i usadowili się w pobliżu swojego ojca, małego z przodu. Ich oczy podążały za każdym kęsem, pełne nadziei, gdy wypłynął z talerza iz wyrazem konsternacji, gdy został pochłonięty ustami. W końcu ojciec zauważył żarłoczne pragnienie, które sprawiło, że ich twarze zbladły, a usta zwilgotniały.


— Czy dzieci to miały? on zapytał.


A gdy jego żona zawahała się:


— Wiesz, że nie lubię niesprawiedliwości. Zabiera mi apetyt, gdy ich tam widzę, błagających o kawałki.


„Ale oni trochę go mieli,” wykrzyknęła ze złością. — Gdybyś ich posłuchał, mógłbyś im dać swój udział i innym; napełnią się, aż wybuchną. Czy nie jest prawdą, Alzire, że wszyscy mieliśmy trochę?


— Oczywiście, mamo — odparł mały garbus, który w takich okolicznościach potrafiłby mówić kłamstwa o opanowaniu dorosłej osoby.


Lénore i Henri stali bez ruchu, zszokowani i zbuntowani wobec takiego kłamstwa, kiedy sami byli biczowani, jeśli nie mówili prawdy. Ich małe serca zaczęły puchnąć i pragnęli zaprotestować i powiedzieć, że w każdym razie ich nie było, gdy inni mieli trochę.


„Dogaduj się z wami”, powiedziała matka, prowadząc ich na drugi koniec pokoju. „Powinieneś się wstydzić, że zawsze jesteś na talerzu swojego ojca; a nawet jeśli był jedynym, który go miał, czy on nie działa, podczas gdy wszyscy wy, wiele narzeczeńców, nie możecie nic zrobić ale wydawaj! Tak, a im więcej, tym jesteś większy.”


Maheu oddzwonił. Posadził Lénore na lewym udzie, Henri na prawym; potem skończył chitterlingi, bawiąc się z nimi na kolacji. Ciął małe kawałki i każdy miał swój udział. Dzieci zjadały z zachwytem.


Skończywszy, powiedział do żony:


— Nie, nie podawaj mi kawy. Najpierw umyję się; po prostu daj mi rękę, żebym wyrzucił tę brudną wodę.


Chwycili za uchwyty wanny i opróżnili ją do rynny przed drzwiami, kiedy Jeanlin zeszła w suchych ubraniach, bryczesach i wełnianej bluzce, zbyt dużej dla niego, która była zmęczona blaknięciem na plecach jego brata. Widząc, jak wymyka się przez otwarte drzwi, matka go powstrzymała.


„Gdzie idziesz?”


„Tam.”


— Gdzie? Posłuchaj mnie. Idź i zbierz sałatkę z mniszka lekarskiego na ten wieczór. Ech, słyszysz? Jeśli nie przyniesiesz sałatki, będziesz musiał sobie ze mną poradzić.


„W porządku!”


Jeanlin wyruszył z rękami w kieszeniach, ciągnąc za sabotami i garbąc się, ze swoimi smukłymi lędźwiami dziesięcioletniego urwisa, jak stary górnik. Z kolei Zacharie zszedł na dół, starannie ubrany, jego ciało przykryła czarna wełniana kurtka z dzianiny w niebieskie paski. Ojciec zawołał go, żeby nie wracał późno; i wyszedł, kiwając głową z fajką w zębach, nie odpowiadając. Wanna ponownie została napełniona ciepłą wodą. Maheu już powoli zdejmował marynarkę. Na jedno spojrzenie Alzire wyprowadził Lénore’a i Henriego na zewnątrz, aby grać. Ojciec nie lubił mycia się w domu, co było praktykowane w wielu domach w osadzie. Nikogo jednak nie obwiniał; powiedział po prostu, że dzieciom dobrze jest bawić się razem.


„Co ty tam robisz?” — zawołał Maheude, wchodząc po schodach.


„Naprawiam sukienkę, którą wczoraj rozdarłam” — odpowiedziała Catherine.


— W porządku. Nie schodź, twój ojciec się myje.


Potem Maheu i Maheude zostali sami. Ta ostatnia zdecydowała się posadzić Estelle na krześle i cudem, znajdując się w pobliżu ognia, dziecko nie krzyczało, lecz zwróciło się w stronę rodziców mglistymi oczami małej, pozbawionej inteligencji istoty. Przykucnął przed wanną całkiem nagi, najpierw zanurzył w niej głowę, dobrze potarty tym czarnym mydłem, którego ciągłe używanie odbarwiło i żółknęło włosy rasy. Następnie wszedł do wody, namydlił klatkę piersiową, brzuch, ramiona i uda, energicznie drapiąc je pięściami. Jego żona, stojąca obok, obserwowała go.


— No więc — zaczęła — widziałem twoje oczy, kiedy wszedłeś. Martwiłeś się, co? I to ci ulżyło, te przepisy. Fancy! Ci ludzie z Piolaine nie dali mi dupy! Och! dość uprzejmy; ubierali maluchy i wstydziłem się ich prosić, bo krzyknie mnie prosić o coś.”


Przerwała sobie na chwilę, by wcisnąć Estelle w krzesło, żeby się nie przewróciła. Ojciec dalej pracował nad skórą, nie spiesząc się pytaniem o interesującą go historię, cierpliwie czekając na światło.


„Muszę ci powiedzieć, że Maigrat mi odmówiła, och! Prosto! Jakby ktoś wyrzucił psa z domu. Zgadnij, gdybym był na szaleństwie! Ogrzewają, wełniane ubrania, ale nic nie wkładają do żołądka, eh!”


Uniósł głowę, wciąż milcząc. Nic u Piolaine, nic u Maigrata: więc gdzie? Ale, jak zwykle, podciągała rękawy, żeby umyć jego plecy i te części, do których sam nie mógł łatwo dotrzeć. Poza tym lubił, gdy go myła, pocierała go wszędzie, aż prawie złamała sobie nadgarstki. Wzięła mydło i odgarnęła jego ramiona, podczas gdy on trzymał się sztywno, by oprzeć się szokowi.


„Potem wróciłem do Maigrata i powiedziałem mu: ach, powiedziałem mu coś! I że nie warto mieć serca i że zło by mu się przytrafiło, gdyby istniała jakakolwiek sprawiedliwość. To go niepokoiło; on odwrócił oczy i chciałby uciec.”


Od tyłu zeszła do pośladków i wciskała się w fałdy, nie pozostawiając żadnej części ciała bez omijania go, dzięki czemu lśnił jak jej trzy rondle w soboty po dużym czyszczeniu. Tylko ona zaczęła się pocić z tym ogromnym wysiłkiem ramion, tak wyczerpana i zdyszana, że jej słowa były zdławione.


— W końcu nazwał mnie starym kłopotem. Chleb będziemy mieli do soboty, a najlepsze jest to, że pożyczył mi pięć franków. Mam od niego masło, kawę i cykorię. Miałem nawet zamiar dostać mięso i tam ziemniaki, tylko ja widziałem, że narzekał. Siedem su za pisklęta, osiemnaście za ziemniaki, a mam jeszcze trzy franki siedemdziesiąt pięć na ragout i zupę mięsną. Ech, nie sądzę. Zmarnowałem mój poranek!”


Teraz zaczęła go wycierać, zatykając ręcznikiem części, które nie miały wyschnąć. Czując się szczęśliwy i nie myśląc o przyszłym długu, wybuchnął śmiechem i wziął ją w ramiona.


— Zostaw mnie w spokoju, głupcze! Jesteś wilgotny i moczysz mnie. Obawiam się, że Maigrat ma pomysły…


Miała zamiar porozmawiać o Catherine, ale przestała. Po co mu przeszkadzać? Doprowadziłoby to tylko do niekończącej się dyskusji.


„Jakie pomysły?” on zapytał.


— Cóż, pomysły na okradanie nas. Catherine będzie musiała dokładnie zbadać rachunek.


Wziął ją ponownie w ramiona i tym razem nie pozwolił jej odejść. Kąpiel zawsze kończyła się w ten sposób: ożywiała go mocnym pocieraniem, a potem ręcznikami, które łaskotały włosy na jego ramionach i klatce piersiowej. Zresztą wśród wszystkich jego współmieszkańców z osady była to godzina głupoty, kiedy sadzono więcej dzieci, niż chciano. W nocy cała rodzina była w pobliżu. Popchnął ją w stronę stołu, żartując jak godny człowiek, który cieszył się jedyną dobrą chwilą dnia, nazywając to biorąc deser i deser, który nic go nie kosztuje. Ona, ze swoją luźną sylwetką i piersią, trochę walczyła dla zabawy.


— Jesteś głupi! Mój panie! Jesteś głupi! Estelle patrzy na nas. Poczekaj, aż odwrócę jej głowę.


„Och, rany! W wieku trzech miesięcy; jakby zrozumiała!”


Kiedy wstał, Maheu po prostu włożył suche spodnie. Kiedy był czysty i cieszył się swoją żoną, lubił przez jakiś czas pozostać nagi. Na jego białej skórze biel anemicznej dziewczyny, zadrapania i rany po węglu pozostawiły ślady tatuaży, przeszczepów, jak nazywali je górnicy; był z nich dumny i pokazywał swoje wielkie ramiona i szeroką pierś lśniącą jak żyłkowany marmur. Latem wszystkich górników można było zobaczyć w takim stanie u ich drzwi. Udał się tam nawet na chwilę, pomimo deszczowej pogody, i wykrzyczał szorstki dowcip do towarzysza, którego pierś również była naga, po drugiej stronie ogrodu. Pojawili się też inni. A dzieci, idąc ścieżkami, podniosły głowy i także śmiały się z zachwytu z tego całego zmęczonego ciała robotników wystawionego na świeżym powietrzu.


Popijając kawę, nie założywszy jeszcze koszuli, Maheu opowiedział żonie o złości inżyniera z powodu pomostu. Był spokojny i nieugięty iz aprobatą słuchał rozsądnych rad Maheude’a, który w takich sprawach wykazywał dużo zdrowego rozsądku. Zawsze mu powtarzała, że walcząc z Kompanią nic nie da się zyskać. Następnie opowiedziała mu o wizycie madame Hennebeau. Nie mówiąc tego, oboje byli z tego dumni.


— Czy mogę już zejść? — zapytała Catherine ze szczytu schodów.


— Tak, tak; twój ojciec się wyciera.


Młoda dziewczyna włożyła swoją niedzielną sukienkę, starą suknię z szorstkiej niebieskiej popeliny, już wyblakłą i wytartą w fałdach. Miała na sobie bardzo prosty czepek z czarnego tiulu.


„Hallo! Jesteś ubrany. Gdzie idziesz?”


— Jadę do Montsou, żeby kupić wstążkę do mojej maski. Zdjąłem starą; była zbyt brudna.


— W takim razie masz pieniądze?


— Nie! Ale Mouquette obiecał pożyczyć mi pół franka.


Matka pozwoliła jej odejść. Ale przy drzwiach zawołała ją z powrotem.


— Tutaj! Nie idź i nie kupuj tej wstążki u Maigrata. Okradnie cię i pomyśli, że tarzamy się w bogactwie.


Ojciec, który kucał przed ogniem, żeby szybciej osuszyć szyję i ramiona, poprzestał na dodaniu:


„Staraj się nie marudzić w nocy po drodze”.


Po południu Maheu pracował w swoim ogrodzie. Już zasiał ziemniaki, fasolę i groszek; a teraz zabrał się do ponownego sadzenia kapusty i sałaty, które zachował świeże od poprzedniej nocy. Ten kawałek ogrodu dostarczył im warzyw, z wyjątkiem ziemniaków, których nigdy nie mieli dość. Znał bardzo dobrze ogrodnictwo, potrafił nawet uprawiać karczochy, co sąsiedzi traktowali jako zwykły pokaz. Przygotowując łóżko, Levaque właśnie wyszedł, aby zapalić fajkę na swoim placu, patrząc na sałaty rzymskie, które Bouteloup posadził rano; bo bez energii lokatora w kopaniu nie wyrosłoby tam nic prócz pokrzywy. I nad kratą toczyła się rozmowa. Levaque, odświeżony i podekscytowany biciem żony, na próżno próbował zabrać Maheu do Rasseneura. Dlaczego, czy bał się szklanki? Mogli pobawić się w kręgle, posiedzieć chwilę z kumplami, a potem wrócić na obiad. Taki był sposób na życie po wyjściu z dołu. Bez wątpienia nie było w tym nic złego, ale Maheu był uparty; jeśli nie posadzi ponownie sałaty, jutro wyblakną. W rzeczywistości odmówił, kierując się zdrowym rozsądkiem, nie chcąc prosić żony ani grosza o zmianę pięciofrankowej figury.


Piąta była uderzająca, kiedy Pierronne dowiedziała się, czy to z Jeanlin wyjechała jej Lydie. Levaque odpowiedział, że to musi być coś podobnego, bo Bébert też zniknął, a te łajdaki zawsze krążyły razem. Kiedy Maheu uspokoił ich, mówiąc o sałatce z mniszka lekarskiego, on i jego towarzysz zaczęli żartować z młodej kobiety z grubiaństwem dobrodusznych diabłów. Była zła, ale nie odeszła, w rzeczywistości łaskotana mocnymi słowami, które sprawiły, że krzyknęła z rękami po bokach. Z pomocą przyszła jej szczupła kobieta, jąkając się ze złości jak gdakająca kura. Inni w oddali na progach swoich drzwi wyznawali swoje alarmy. Teraz szkoła była zamknięta; a wszystkie dzieci biegały wkoło, był rój małych stworzeń krzyczących, przewracających się i walczących; podczas gdy ojcowie, których nie było w karczmie, odpoczywali w grupach po trzy lub cztery osoby, kucając na piętach, tak jak to robili w kopalni, paląc fajki, od czasu do czasu wypowiadając słowo w osłonie ściany. Pierronne wybuchła wściekłością, kiedy Levaque chciała poczuć, czy jej uda są jędrne; a on sam postanowił udać się sam do Rasseneura, ponieważ Maheu wciąż sadził.


Nagle nastał zmierzch; Maheude zapaliła lampę, zirytowana, że ani jej córka, ani chłopcy nie wrócili. Mogła się tego domyślić; nigdy nie udało im się spożyć jedynego posiłku w ciągu dnia, przy którym mogli zasiąść dookoła stołu. Potem czekała na sałatkę z mniszka lekarskiego. Cóż on mógł zbierać o tej porze, w tej czerni pieca, ten kłopot dziecka! Sałatka tak dobrze pasowałaby do gulaszu, który gotował się na ogniu — ziemniaki, pory, szczaw, smażone na patelni ze smażoną cebulą. Cały dom pachniał tą smażoną cebulą, tym dobrym zapachem, który tak szybko się rdzewieje i który przenika przez cegły osady taką infekcją, że wyczuwa się ją daleko na wsi, gwałtowny smak kuchni biedaka.


Maheu, wychodząc o zmroku z ogrodu, od razu upadł na krzesło z głową opartą o ścianę. Gdy tylko usiadł wieczorem, położył się spać. Zegar wybił siódmą; Henri i Lénore właśnie rozbili talerz, uparcie pomagając Alzire, który nakrywał do stołu, kiedy ojciec Bonnemort wszedł pierwszy, spiesząc się, by zjeść obiad i wrócić do dołu. Wtedy Maheude obudził Maheu.


„Przyjdź i zjedz! Tym gorzej! Są wystarczająco duże, żeby znaleźć dom. Uciążliwością jest sałatka!”

Rozdział V

U Rasseneura, po zjedzeniu zupy, Étienne wrócił do małej komnaty pod dachem, twarzą do Voreux, którą miał zajmować, i zmęczony padł na łóżko ubrany tak jak był. Od dwóch dni nie spał przez cztery godziny. Kiedy obudził się o zmierzchu, przez chwilę był oszołomiony, nie rozpoznając otoczenia; i czuł taki niepokój, a jego głowa była tak ciężka, że wstał z bólem na myśl o zaczerpnięciu świeżego powietrza przed kolacją i pójściem spać na noc.


Na dworze pogoda stawała się łagodniejsza: okopcone niebo przybierało barwę miedzi, obciążone jednym z tych ciepłych deszczy z północy, których zbliżanie się czuje wilgotne ciepło powietrza, a noc zapadała mgły, które zatopiły odległy krajobraz równiny. Nad tym ogromnym morzem czerwonawej ziemi niskie niebo zdawało się rozpływać w czarny pył, bez tchnienia wiatru, który ożywiał ciemność. To była blada i śmiertelna melancholia pogrzebu.


Étienne szedł przed siebie na chybił trafił, nie mając innego celu, jak tylko otrząsnąć się z gorączki. Kiedy przeszedł przed Voreux, mrocznym już na dnie dziury i bez świecącej jeszcze z niego latarni, zatrzymał się na chwilę, by obserwować odejście dziennych robotników. Bez wątpienia wybiła szósta; Lądownicy, tragarze i stajenni odchodzili w zespołach, zmieszani z niewyraźnymi i roześmianymi postaciami dziewcząt w cieniu.


Na początku był to Brulé i jej zięć Pierron. Wykorzystywała go, ponieważ nie wspierał jej w kłótni z nadzorcą o jej liczenie kamieni.


— Dobrze się dogaduj! Cholera na nic! Czy nazywasz siebie mężczyzną, który zniża się w ten sposób przed jedną z tych bestii, która nas pożera?


Pierron szedł za nią spokojnie, nie odpowiadając. W końcu powiedział:


„Przypuszczam, że powinienem wskoczyć na szefa? Dziękuję za pokazanie mi, jak dostać się w bałagan!”


— W takim razie zegnij do niego tyłek — krzyknęła. „Na Boga! Gdyby moja córka mnie posłuchała! Nie wystarczy im zabić ojca. Może chciałbyś, żebym powiedział„ dziękuję”. Nie, najpierw będę miał ich skórki!”


Ich głosy zaginęły. Étienne widziała, jak znika, z orlim nosem, rozwianymi białymi włosami i długimi, smukłymi ramionami, które gestykulowały wściekle. Ale rozmowa dwóch młodych ludzi z tyłu sprawiła, że posłuchał. Rozpoznał Zachariego, który tam czekał i do którego właśnie zwrócił się jego przyjaciel Mouquet.


„Jesteś tu?” powiedział ten ostatni. „Będziemy mieli coś do jedzenia, a potem ruszymy na Wulkan.”


— Bezpośrednio. Mam coś do załatwienia.


„Co wtedy?”


Lądownik odwrócił się i zobaczył Philoméne wychodzącego z szopy. Myślał, że zrozumiał.


— Bardzo dobrze, jeśli tak jest. W takim razie idę dalej.


„Tak, dogonię cię.”


Kiedy odchodził, Mouquet spotkał swojego ojca, starego Mouque, który również wychodził z Voreux. Dwaj mężczyźni życzyli sobie po prostu dobrego wieczoru, syn szedł główną drogą, podczas gdy ojciec szedł kanałem.


Zacharie już popychał Philoméne pomimo jej oporu na tę samą samotną ścieżkę. Spieszyła się, innym razem; a ci dwaj kłócili się jak starzy współlokatorzy. Nie było przyjemności widzieć się tylko na dworze, zwłaszcza zimą, kiedy ziemia jest wilgotna i nie ma pól pszenicy, na których można by leżeć.


— Nie, nie, to nie to — szepnął niecierpliwie. — Mam ci coś do powiedzenia. Prowadził ją delikatnie, obejmując ramieniem jej talię. Następnie, kiedy znaleźli się w cieniu banku, zapytał, czy ma jakieś pieniądze.


„Po co?” zażądała.


Potem był zdezorientowany, mówił o długu w wysokości dwóch franków, który doprowadził jego rodzinę do rozpaczy.


— Trzymaj się za język! Widziałem Mouquet’a; znowu jedziesz z nim do Volcan, gdzie są te brudne piosenkarki.


Bronił się, uderzył się w pierś, dał słowo honoru. Potem, kiedy wzruszyła ramionami, powiedział nagle:


— Chodź z nami, jeśli cię to rozbawi. Widzisz, że mnie nie wyrzucasz. Co ja chcę zrobić z piosenkarzami? Przyjdziesz?


— A ten mały? odpowiedziała. „Jak można poruszyć się z dzieckiem, które zawsze krzyczy? Pozwólcie mi wrócić, myślę, że nie radzą sobie w domu”.


Ale trzymał ją i błagał. Widzieć! chodziło tylko o to, żeby nie wyglądać głupio przed Mouquetem, któremu obiecał. Człowiek nie mógł co wieczór kłaść się spać jak ptactwo. Została pokonana i podciągnęła spódnicę swojej sukni; paznokciem przecięła nić i wyciągnęła z rogu rąbka kilka półfranków. W obawie przed okradzeniem przez matkę ukrywała tam zysk z nadgodzin, które wykonywała przy wykopie.


„Mam pięć, widzisz,” powiedziała, „Dam ci trzy. Tylko ty musisz przysiąc, że sprawisz, że twoja matka zdecyduje się pozwolić nam się pobrać. Mamy dość tego życia na otwartej przestrzeni powietrze. A matka wyrzuca mi każdy kęs, który jem. Najpierw przysięgnij.”


Mówiła miękkim głosem dużej, delikatnej dziewczyny, bez namiętności, po prostu zmęczonej życiem. Zaklął, wykrzyknął, że to święta obietnica; potem, kiedy dostał te trzy części, pocałował ją, połaskotał, rozśmieszył i doprowadziłby do skrajności w tym kącie nasypu, który był zimową komnatą ich domu, gdyby to zrobiła. nie odmówił ponownie, mówiąc, że nie sprawi jej to żadnej przyjemności. Wróciła sama do osady, podczas gdy on przecinał pola, by dołączyć do swojego towarzysza.


Étienne podążał za nimi mechanicznie, z daleka, bez zrozumienia, uważając to za zwykłe spotkanie. Dziewczęta w dołach były przedwcześnie rozwinięte; przypomniał sobie dziewczyny z pracy z Lille, na które czekał za fabrykami, te bandy dziewcząt, skorumpowanych w wieku czternastu lat, porzucających swoją nędzę. Ale kolejne spotkanie bardziej go zaskoczyło. Zatrzymał się.


Na dnie nasypu, w zagłębieniu, do którego wśliznęło się kilka dużych kamieni, mała Jeanlin gwałtownie piętnowała Lydie i Bébert, siedząc jednego po jego prawej stronie, drugiego po lewej.


— Co powiesz? Ech? Uderzę każdego z was, jeśli chcecie więcej. Kto o tym pomyślał pierwszy, co?


W rzeczywistości Jeanlin wpadła na pomysł. Po godzinnej wędrówce po łąkach, wzdłuż kanału, zbierając mlecze z dwoma innymi, przed tym stosem sałatek przyszło mu do głowy, że nigdy nie zjedzą tego wszystkiego w domu; zamiast wracać do osady, udał się do Montsou, pilnując Béberta, sprawiając, że Lydie dzwoni do domów i ofiarowuje mlecze. Miał wystarczająco dużo doświadczenia, by wiedzieć, że, jak powiedział, dziewczyny mogą sprzedawać to, co im się podoba. W gorączce interesu cały stos zniknął; ale dziewczyna zyskała jedenaście su. A teraz, mając puste ręce, cała trójka dzieliła zyski.


„To niesprawiedliwe!” — oświadczył Bébert. — Trzeba podzielić na trzy. Jeśli zatrzymasz siedem su, będziemy mieli tylko dwa.


„Co? Niesprawiedliwe!” odpowiedziała z wściekłością Jeanlin. „Przede wszystkim zebrałem więcej”.


Drugi zwykle poddawał się z nieśmiałym podziwem i łatwowiernością, co zawsze czyniło go naiwnym. Choć starszy i silniejszy, pozwolił sobie nawet na uderzenie. Ale tym razem widok tych wszystkich pieniędzy podniecił go do buntu.


— Okradał nas, Lydie, prawda? Jeśli się nie podzieli, powiemy jego matce.


Jeanlin od razu wsunęła pięść pod nos drugiej osoby.


— Powiedz to jeszcze raz! Pójdę i powiem do twojego domu, że sprzedałeś sałatkę mojej matki. A potem, głupia bestio, jak mogę podzielić jedenaście su na trzy? Po prostu spróbuj i zobacz, czy jesteś taki sprytny. Tutaj to twoje dwa su. Po prostu wyglądaj ostro i weź je, albo włożę je do kieszeni.”


Bébert został pokonany i przyjął dwie suki. Lydie, która drżała, nic nie powiedziała, bo z Jeanlin doświadczyła strachu i czułości trochę pobitej kobiety. Kiedy wyciągnął do niej dwie sous, wyciągnęła rękę z uległym śmiechem. Ale nagle zmienił zdanie.


„Ech! Co z tym wszystkim zrobisz? Twoja matka je złapie, na pewno, jeśli nie wiesz, jak je przed nią ukryć. Lepiej zachowam je dla siebie. Jeśli chcesz pieniędzy, możesz mnie zapytać dla tego.”


A dziewięć sous zniknęło. Żeby zamknąć jej usta, ze śmiechem objął ją ramionami i tarzał się z nią po nadbale. Była jego małą żoną i w ciemnych zakamarkach próbowali razem poznać miłość, którą słyszeli i widzieli w swoich domach za ściankami działowymi, przez szczeliny w drzwiach. Wiedzieli wszystko, ale nie byli w stanie nic zrobić, byli zbyt młodzi, grzebali godzinami i bawili się w gry wściekłe szczenięta. Nazywał to graniem u taty i mamy; a kiedy ją gonił, uciekała i dała się złapać rozkosznemu drżeniu instynktu, często wściekłego, ale zawsze ustępującego w oczekiwaniu na coś, co nigdy nie nadeszło.


Ponieważ Bébert nie został dopuszczony do tych gier i dostawał kajdanki za każdym razem, gdy chciał dotknąć Lydie, zawsze był ograniczony, poruszony złością i niepokojem, gdy dwaj pozostali bawili się, czego nie wahali się robić w jego obecności. Dlatego jedyny jego pomysł polegał na tym, żeby ich przestraszyć i przeszkadzać, wołając, że ktoś ich widzi.


„Wszystko gotowe! Mężczyzna patrzy”.


Tym razem powiedział prawdę; to Étienne zdecydował się kontynuować swój spacer. Dzieci podskoczyły i uciekły, a on minął brzeg, idąc kanałem, rozbawiony przerażeniem tych małych łobuzów. Bez wątpienia było za wcześnie w ich wieku, ale widzieli i słyszeli tak dużo, że trzeba było ich wiązać, żeby ich powstrzymać. Jednak Étienne zasmuciło się.


Sto kroków dalej natknął się na więcej par. Przybył do Réquillart i tam, wokół starej zrujnowanej kopalni, włóczyły się wszystkie dziewczyny z Montsou ze swoimi kochankami. Było to powszechne spotkanie, odległe i opuszczone miejsce, do którego putterowie przybywali po swoje pierwsze dziecko, kiedy nie odważyli się ryzykować szopy. Połamane bariery otwierały się przed każdym starym podwórkiem, teraz stały się niczym nie wyróżniającym się kawałkiem ziemi, zasłoniętym przez ruiny dwóch szop, które się zawaliły, i przez szkielety ogromnych przypór, które wciąż stoją. Wokół leżały zrujnowane tramwaje i stosy starego, gnijącego drewna, podczas gdy gęsta roślinność odbudowywała ten zakątek ziemi, odsłaniając się w gęstej trawie i wyrastając wśród młodych, już krzepkich drzew. Każda dziewczyna znalazła się tutaj jak w domu; dla wszystkich były ukryte dziury; ich kochankowie umieścili je na belkach, za belkami, w tramwajach; nawet kładli się łokciem przy łokciu, nie przejmując się sąsiadami. I wydawało się, że wokół tego zgaszonego silnika, w pobliżu tego szybu, zmęczonego wyrzucaniem węgla, była zemsta stworzenia w wolnej miłości, która pod batem instynktu sadziła dzieci w brzuchach tych dziewcząt, które jeszcze nie były kobietami.


A jednak mieszkał tam dozorca, stary Mouque, któremu Kompania oddała, prawie pod zniszczoną wieżą, dwa pomieszczenia, którym nieustannie groziło zniszczenie w wyniku spodziewanego upadku ostatnich ścian. Był nawet zobowiązany do podparcia części dachu i mieszkał tam bardzo wygodnie z rodziną, on i Mouquet w jednym pokoju, Mouquette w drugim. Ponieważ okna nie miały już jednej szyby, zdecydował się je zamknąć, przybijając deski; nie widać było dobrze, ale było ciepło. Co do reszty, ten dozorca nie dbał o nic: poszedł opiekować się swoimi końmi w Voreux i nigdy nie martwił się o ruiny Réquillart, których tylko zachował się szyb, aby służyć jako komin do ognia, który wentylował sąsiednią szybę.


W ten sposób ojciec Mouque pośród miłości kończył starość. Odkąd miała dziesięć lat, Mouquette leżała we wszystkich zakamarkach ruin, nie jako nieśmiała i wciąż zielona mała urwiska jak Lydie, ale jako już duża dziewczynka i partnerka dla brodatych chłopaków. Ojciec nie miał nic do powiedzenia, ponieważ była taktowna i nigdy nie wprowadzała kochanka do domu. Potem był przyzwyczajony do tego rodzaju wypadków. Kiedy szedł do Voreux, kiedy wracał, za każdym razem, gdy wychodził ze swojej nory, ledwie mógł postawić nogę, nie nadepiąc na parę w trawie; i gorzej było, gdyby chciał zebrać drewno do podgrzania zupy lub poszukać łopianu dla swojego królika po drugiej stronie zagrody. Potem zobaczył jeden po drugim zmysłowe nosy wszystkich dziewcząt z Montsou wznoszących się wokół niego, podczas gdy musiał uważać, aby nie uderzyć w kończyny wyciągnięte na równi ze ścieżkami. Zresztą te spotkania stopniowo przestały przeszkadzać albo temu, który po prostu uważał, żeby się nie potknąć, albo dziewczętom, którym pozwolił dokończyć swoje sprawy, odchodząc dyskretnymi małymi krokami, jak godny człowiek, który był w zgodzie z naturą.. Dopiero tak, jak go teraz znali, on w końcu też ich znał, tak jak znamy łajdackie sroki, które zepsuły się na gruszach w ogrodzie. Ach! młodość! młodość! jak to się dzieje, jakie to dzikie! Czasami potrząsał brodą z cichym żalem, odwracając się od hałaśliwych psotników, którzy zbyt głośno oddychali w ciemności. Tylko jedna rzecz go wystraszyła: dwoje kochanków nabrało złego zwyczaju obejmowania się poza jego ścianą. Nie chodziło o to, że nie przeszkadzało mu to zasnąć,


Każdego wieczoru stary Mouque odwiedzał swojego przyjaciela, ojca Bonnemorta, który regularnie przed obiadem odbywał ten sam spacer. Dwóch starców niewiele mówiło, ledwie wymieniając dziesięć słów w ciągu pół godziny, które spędzili razem. Ale w ten sposób dodawało im otuchy myślenie o dawnych czasach, przeżuwanie na nowo swoich wspomnień bez potrzeby o nich mówić. W Réquillart usiedli na belce obok siebie, wypowiadając słowo, a potem pogrążając się w snach, z twarzami pochylonymi ku ziemi. Bez wątpienia znów stawali się młodzi. Wokół nich kochankowie przewracali swoje ukochane; był szmer pocałunków i śmiechu; ciepły zapach dziewcząt unosił się w świeżości wydeptanej trawy. Minęło czterdzieści trzy lata, odkąd ojciec Bonnemort zabrał żonę za dół; była putterem, tak drobną, że wsadził ją do tramwaju, żeby ją przytulić. Ach! to były piękne dni. I dwaj starzy mężczyźni, potrząsając głowami, w końcu odchodzili od siebie, często nie mówiąc dobranoc.


Jednak tego wieczoru, gdy przybył Étienne, ojciec Bonnemort, który wstawał z belki, aby wrócić do osady, powiedział do Mouque:


— Dobranoc, staruszku. Mówię, znałeś Roussie?


Mouque milczał przez chwilę, kołysał ramionami; następnie wracając do domu:


„Dobranoc, dobranoc, staruszku”.


Z kolei Étienne przyszedł i usiadł na belce. Jego smutek narastał, chociaż nie potrafił powiedzieć dlaczego. Starzec, którego znikanie obserwował, przypomniał sobie swoje przybycie rano i potok słów, które przenikliwy wiatr wyciągnął z jego milczenia. Co za nędza! I wszystkie te dziewczyny, zmęczone zmęczeniem, które wieczorami były jeszcze na tyle głupie, by wymyślać maleństwa, oddając ciało do pracy i cierpienia! To nigdy by się nie skończyło, gdyby zawsze wypełniały się głodem. Czy nie byłoby lepiej, gdyby zamknęli brzuchy i zacisnęli uda, jak w obliczu nieszczęścia? Być może te ponure myśli budziły się w nim zdezorientowany tylko dlatego, że był sam, podczas gdy wszyscy inni o tej porze rozkoszowali się parami. Łagodna pogoda trochę go dusiła, od czasu do czasu krople deszczu spadały na jego rozgorączkowane dłonie. Tak, wszyscy do tego doszli; to było coś silniejszego niż rozum.


Właśnie wtedy, gdy Étienne siedział nieruchomo w cieniu, para, która zeszła z Montsou, szeleściła przeciwko niemu, nie widząc go, gdy weszli na nierówny teren Réquillart. Dziewczyna, z pewnością dziewica, walczyła i opierała się cichym, szeptanym błaganiem, podczas gdy chłopak w milczeniu popychał ją w ciemność rogu szopy, wciąż wyprostowanej, pod którą leżały stosy starego, spleśniałego sznura. To była Katarzyna i wielki Chaval. Ale Étienne nie rozpoznał ich przelotnie i podążył za nimi wzrokiem; czekał na koniec opowieści, wzruszony zmysłowością, która zmieniła bieg jego myśli. Dlaczego miałby się wtrącać? Kiedy dziewczyny odmawiają, to dlatego, że wolą być najpierw zmuszane.


Opuszczając osadę Deux-Cent-Quarante, Katarzyna udała się drogą do Montsou. Od dziesiątego roku życia, odkąd zarabiała na życie w kopalni, sama podróżowała po kraju, całkowicie wolna od rodzin górników; a jeśli żaden mężczyzna nie opętał jej w wieku piętnastu lat, to z powodu późnego przebudzenia jej dojrzewania, którego kryzys jeszcze nie nadszedł. Kiedy znalazła się przed stoczniami firmy, przeszła przez ulicę i weszła do pralki, gdzie z pewnością znalazła Mouquette; bo ta ostatnia przebywała tam od rana do wieczora, wśród kobiet, które dookoła częstowały się kawą. Ale była rozczarowana; Mouquette właśnie wtedy raczyła ich z kolei tak mocno, że nie była w stanie pożyczyć obiecanego półfranka. Aby ją pocieszyć, na próżno podali szklankę gorącej kawy. Nie chciała nawet, aby jej towarzysz pożyczał od innej kobiety. Przyszła jej do głowy idea ekonomii, rodzaj przesądnego strachu, pewności, że ta wstążka przyniesie jej pecha, jeśli kupi ją teraz.


Pospieszyła, aby odzyskać drogę do osady i dotarła do ostatnich domów Montsou, gdy mężczyzna stojący u drzwi Piquette Estaminet zawołał ją:


— Ech! Catherine! Gdzie idziesz tak szybko?


To był chudy Chaval. Była zirytowana nie dlatego, że jej się nie podobał, ale dlatego, że nie miała skłonności do żartów.


— Wejdź i napij się. Mała szklanka słodyczy, prawda?


Odmówiła grzecznie; zbliżała się noc, spodziewali się jej w domu. Podszedł do niej i cicho błagał ją na środku drogi. Od dłuższego czasu wpadł na pomysł, aby przekonać ją, by podeszła do pokoju, który zajmował na pierwszym piętrze Estaminet Piquette, ładnego pokoju dla gospodarstwa domowego, z dużym łóżkiem. Czy on ją przestraszył, że zawsze odmawiała? Zaśmiała się dobrodusznie i powiedziała, że pewnego dnia przyjdzie na świat, kiedy dzieci nie dorosną. Potem, jedna rzecz prowadząca do drugiej, powiedziała mu, nie wiedząc jak, o niebieskiej wstążce, której nie była w stanie kupić.


— Ale zapłacę za to — wykrzyknął.


Zarumieniła się, czując, że najlepiej będzie ponownie odmówić, ale ogarnęła ją silna chęć posiadania wstążki. Wrócił do niej pomysł pożyczki iw końcu zgodziła się pod warunkiem, że zwróci mu to, co na nią wydał. Znowu zaczęli żartować: ustalono, że jeśli nie będzie z nim spać, powinna zwrócić mu pieniądze. Ale była inna trudność, kiedy mówił o pójściu do Maigrat.


— Nie, nie Maigrat; matka mi nie pozwala.


— Dlaczego? Czy jest potrzeba mówić, dokąd się udaje? Ma najlepsze wstążki w Montsou.


Kiedy Maigrat zobaczył chudego Chavala i Catherine przychodzących do jego sklepu jak dwoje kochanków, którzy kupują im prezenty zaręczynowe, stał się bardzo czerwony i pokazał swoje kawałki niebieskiej wstążki z wściekłością człowieka, z którego się naśmiewa. Następnie, kiedy służył młodym ludziom, stanął przed drzwiami, aby patrzeć, jak znikają o zmierzchu; a kiedy jego żona przyszła, aby zadać mu pytanie nieśmiałym głosem, rzucił się na nią, znęcając się nad nią i wołając, że pewnego dnia sprawi, że będą pokutować, brudne stworzenia, które nie miały wdzięczności, kiedy wszyscy powinni być na ziemia liże jego stopy.


Lanky Chaval towarzyszył Catherine w drodze. Szedł obok niej, machając rękami; tylko on pchnął ją za biodro, prowadząc ją, nie wyglądając na to. Nagle spostrzegła, że zmusił ją do zejścia z chodnika i że jadą wąską drogą Réquillart. Ale nie miała czasu na złość; jego ramię obejmowało już jej talię i oszołomił ją nieustanną pieszczotą słów. Jaka była głupia, że się bała! Czy chciał skrzywdzić taką małą kochankę, która była miękka jak jedwab, tak delikatna, że mógłby ją pożreć? Oddychał za jej uchem, w jej szyję, tak że dreszcz przeszedł przez skórę całego jej ciała. Czuła się zduszona i nie miała nic do odpowiedzi. To prawda, że wydawał się ją kochać. W sobotnie wieczory po zdmuchnięciu świecy zadała sobie pytanie, co by się stało, gdyby wziął ją w ten sposób; potem, kładąc się spać, śniła, że nie będzie już odmawiała, całkowicie ogarnięta przyjemnością. Dlaczego więc przy tym samym pomyśle czuła dziś odrazę i coś w rodzaju żalu? Kiedy łaskotał ją w szyję wąsami tak delikatnie, że zamknęła oczy, cień innego mężczyzny, chłopca, którego widziała tego ranka, przemknął przez ciemność jej zamkniętych powiek.


Catherine nagle się rozejrzała. Chaval wprowadził ją do ruin Réquillart, a ona, drżąc, cofnęła się z ciemności upadłej szopy.


„O! Nie! O nie!” szepnęła: „Proszę, pozwól mi odejść!” Ogarnął ją strach przed mężczyzną, ten strach, który usztywnia mięśnie w odruchu obrony, nawet jeśli dziewczęta są chętne i czują zwycięskie nadejście mężczyzny. Jej dziewictwo, którego nie mogła się nauczyć, przeraziło ją jak groźny cios, którego rana obawiała się nieznanego bólu.


— Nie, nie! Nie chcę! Mówię ci, że jestem za młody. To prawda! Innym razem, kiedy jestem całkiem dorosły.


Warknął cicho:


— Głupi! Nie ma się czego bać. Co to ma znaczenie?


Ale nie mówiąc więcej, chwycił ją mocno i wepchnął pod szopę. I upadła na plecy na stare liny; przestała protestować, ustępując mężczyźnie przed czasem, z tą dziedziczną uległością, która od dzieciństwa wyrzuciła na zewnątrz wszystkie dziewczyny jej rasy. Jej przerażone jąkanie osłabło i słychać było tylko żarliwy oddech mężczyzny.


Jednak Étienne słuchał bez ruchu. Kolejny, który wykonał skok! A teraz, gdy obejrzał komedię, wstał, ogarnięty niepokojem, rodzajem zazdrości podniecenia, w którym była odrobina złości. Już się nie powstrzymywał; przeszedł przez belki, gdyż ta dwójka była teraz zbyt zajęta, by im przeszkadzać. Był więc zaskoczony, kiedy przeszedł sto kroków ścieżką i stwierdził, że już wstali i wydawało się, że podobnie jak on wracają do osady. Mężczyzna ponownie objął dziewczynę ramieniem w talii i ściskał ją z wyrazem wdzięczności, wciąż mówiąc jej w szyi; i to ona wydawała się spieszyć, pragnąc szybko wrócić i zirytowana opóźnieniem.


Potem Étienne’a dręczyło pragnienie zobaczenia ich twarzy. To było głupie, więc przyśpieszył kroki, aby się temu nie poddać; ale nogi mu opadły z własnej woli i przy pierwszej latarni ukrył się w cieniu. Był przerażony, kiedy rozpoznał Catherine i chudego Chavala. Z początku zawahał się: czy to rzeczywiście ona, ta młoda dziewczyna w surowej niebieskiej sukience, w tym czepku? Czy to był ten urwis, którego widział w spodniach, z głową w płóciennej czapce? Dlatego mogła przejść tak blisko niego, a on jej nie rozpoznał. Ale już nie wątpił; znowu zobaczył jej oczy z zielonkawą przejrzystością źródlanej wody, tak przejrzystą i tak głęboką. Co za dziewka! I doświadczył wściekłej chęci pomszczenia się na niej z pogardą, bez żadnego powodu. Poza tym nie lubił jej jako dziewczynki: była straszna.


Catherine i Chaval minęli go powoli. Nie wiedzieli, że byli obserwowani. Trzymał ją, by pocałować ją za ucho, a ona zaczęła zwalniać kroki pod jego pieszczotami, co ją rozśmieszyło. Pozostawiony w tyle Étienne musiał podążać za nimi, zirytowany tym, że zagrodził im drogę i wbrew sobie musiał być świadkiem tych rzeczy, które go irytowały. Było więc prawdą, co mu przysięgła rano: nie była niczyją kochanką; i ten, który jej nie uwierzył, który się jej pozbawił, aby nie postępować jak tamten! i który pozwolił wziąć ją pod nos, posuwając swoją głupotę tak daleko, że był brudno rozbawiony ich widokiem! To go wkurzyło! zacisnął ręce, mógł pożreć tego człowieka w jednym z tych odruchów zabijania, w których widział wszystko czerwone.


Spacer trwał pół godziny. Kiedy Chaval i Catherine zbliżyli się do Voreux, jeszcze bardziej zwolnili kroku; zatrzymali się dwa razy nad kanałem, trzy razy wzdłuż nasypu, teraz bardzo wesoły i zajęty małymi delikatnymi zabawami. Étienne był zmuszony zatrzymać się również wtedy, gdy się zatrzymali, z obawy, że zostanie zauważony. Starał się czuć tylko brutalny żal: to nauczyło go traktowania dziewcząt z rozwagą poprzez dobre wychowanie! Następnie, po minięciu Voreux i wreszcie swobodnemu pójściu na obiad do Rasseneura, nadal podążał za nimi, towarzysząc im do osady, gdzie stał w cieniu przez kwadrans, czekając, aż Chaval opuści Catherine, aby wejść do jej domu. A gdy był całkiem pewien, że już ich nie ma, wyruszył na nowy spacer,


Dopiero w godzinę później, około godziny dziewiątej, Étienne ponownie minął osadę, mówiąc sobie, że musi jeść i spać, jeśli ma wstać o czwartej nad ranem. Wioska już spała i wyglądała na całkiem czarną w nocy. Zamknięte okiennice nie błyszczały, fronty domów spały, ciężki sen chrapliwych baraków. Przez puste ogrody uciekł tylko kot. To był koniec dnia, upadek robotników ze stołu na łóżko, pokonany zmęczeniem i jedzeniem.


U Rasseneura, w oświetlonym pokoju, pili maszynista i dwóch pracowników dziennych. Ale zanim pojechałem do Étienne, zatrzymałem się, by rzucić ostatnie spojrzenie w ciemność. Znów ujrzał ten sam czarny bezmiar, co rano, gdy przybył na wiatr. Przed nim kucał Voreux, wyglądający jak złowroga bestia, a jego mrok przeszywany był kilkoma latarniami. Trzy paleniska na brzegu płonęły w powietrzu jak krwawe księżyce, od czasu do czasu ukazując ogromne sylwetki ojca Bonnemorta i jego żółtego konia. A dalej, na płaskiej równinie, wszystko pogrążyło cienie, Montsou, Marchiennes, las Vandame, ogromne morze buraków i pszenicy, w którym świeciły, jak odległe latarnie morskie, niebieskie ognie wielkich pieców i czerwone ogniska w piecach koksowniczych. Stopniowo nadeszła noc, teraz deszcz padał powoli, nieprzerwanie, pogrzebując tę pustkę w jej monotonnym strumieniu. Wciąż słychać było tylko jeden głos, gęsty, powolny oddech silnika pompującego, oddychający zarówno w dzień, jak iw nocy.

Część trzecia

Rozdział I

Następnego dnia i kolejnych dni Étienne kontynuował pracę przy kopalni. Przyzwyczaił się do tego; jego życie zostało uregulowane tą pracą i tymi nowymi nawykami, które z początku wydawały mu się tak trudne. Tylko jeden epizod przerwał monotonię pierwszych dwóch tygodni: lekka gorączka, która trzymała go w łóżku przez czterdzieści osiem godzin z bolącymi kończynami i pulsującą głową, śniąc w stanie na wpół delirium, że pcha swój tramwaj w korytarzu, który był tak wąski, że jego ciało nie mogło przejść. Było to po prostu wyczerpanie terminem, nadmiar zmęczenia, z którego szybko się otrząsnął.


I dni po dniach, aż minęły tygodnie i miesiące. Teraz, podobnie jak jego koledzy, wstał o trzeciej, wypił kawę i zabrał podwójną kromkę chleba z masłem, którą Madame Rasseneur przygotowała mu poprzedniego wieczoru. Regularnie, idąc każdego ranka do dołu, spotykał starego Bonnemorta, który szedł do domu spać, a wychodząc po południu przechodził przez Bouteloup, który szedł do swojego zadania. Miał czapkę, spodnie i płócienną kurtkę, zadrżał i ogrzał plecy w szopie przed wielkim ogniem. Potem przyszło oczekiwanie z bosymi stopami w sali przyjęć, omiatane przez wściekłe prądy powietrza. Ale silnik, ze swoimi wielkimi stalowymi kończynami, z gwiazdami błyszczącymi w cieniu miedzią, nie przyciągał już jego uwagi, ani kable, które przelatywały czarnym i cichym ruchem nocnego ptaka, ani klatki unoszące się i opadające nieustannie pośród szumu sygnałów, wykrzykiwanych rozkazów, tramwajów trzęsących metalową podłogą. Jego lampa paliła się ciężko, ten przeklęty lamparz nie mógł jej wyczyścić; obudził się dopiero wtedy, gdy Mouquet pozbył się ich wszystkich, szelmowsko bijąc dziewczyny po bokach. Klatka została odpięta i spadła jak kamień na dno dziury, nie zmuszając go nawet do podniesienia głowy, aby zobaczyć, jak światło dzienne znika. Nigdy nie myślał o możliwym upadku; poczuł się jak w domu, gdy zanurzył się w ciemności pod padającym deszczem. W dole, w dole, kiedy Pierron wyładowywał je z aurą obłudnej łagodności, zawsze było to samo tupanie jak stado, każdy z dworców odchodził do jego rozcięcia po długich krokach. Znał teraz kopalnie lepiej niż ulice Montsou; wiedział, gdzie musi się zwrócić, gdzie musi się schylić, a gdzie musi ominąć kałużę. Tak przyzwyczaił się do tych dwóch kilometrów pod ziemią, że mógł je przemierzyć bez lampy, z rękami w kieszeniach. I za każdym razem odbywały się te same spotkania: kapitan oświetlający twarze przechodzących robotników, ojciec Mouque prowadzący konia, Bébert prowadzący parskającego Bataille’a, Jeanlin biegnąca za tramwajem, aby zamknąć drzwi wentylacyjne, a duży Mouquette i chuda Lydie pchają ich tramwaje.


Po pewnym czasie Étienne znacznie mniej cierpiał z powodu wilgoci i bliskości cięcia. Komin lub przejście do góry wydawały mu się wygodniejsze do wspinaczki, jakby się stopił i mógł przejść przez szczeliny, w których wcześniej nie ryzykowałby ręki. Oddychał pyłem węglowym bez trudności, widział wyraźnie w mroku i pocił się spokojnie, przyzwyczaił się do wrażenia mokrego ubrania na ciele od rana do nocy. Poza tym nie marnował już swojej energii lekkomyślnie; nabrał umiejętności tak szybko, że zdziwił całe stoisko. W ciągu trzech tygodni został uznany za jednego z najlepszych putterów w jamie; nikt nie pchał tramwaju szybciej do góry, ani potem nie ładował go tak poprawnie. Jego mała figura pozwalała mu się wszędzie ślizgać i chociaż jego ramiona były delikatne i białe jak u kobiety, wydawały się być zrobione z żelaza pod gładką skórą, tak energicznie wykonywali swoje zadanie. Nigdy nie narzekał, bez wątpienia z dumy, nawet gdy dyszał ze zmęczenia. Jedyne, co mieli przeciwko niemu, to to, że nie mógł żartować i złościł się, gdy tylko ktoś nadepnął mu na palce. Pod każdym innym względem był akceptowany i postrzegany jako prawdziwy górnik, stopniowo zredukowany pod wpływem tego nawyku do maszyny.


Maheu traktował Étienne’a ze szczególną przyjaźnią, ponieważ szanował dobrze wykonaną pracę. Potem, podobnie jak inni, poczuł, że ten chłopak ma więcej wykształcenia niż on sam; widział, jak czyta, pisze i rysuje małe plany; słyszał, jak mówił o rzeczach, o których sam nie wiedział nawet o istnieniu. Nie zdziwiło go to, gdyż górnicy to prymitywni ludzie, którzy mają grubsze głowy niż mechanicy; ale był zaskoczony odwagą tego małego chłopaka i radosnym sposobem, w jaki ugryzł węgiel, żeby nie umrzeć z głodu. Nigdy nie spotkał robotnika, który przyzwyczaiłby się do tego tak szybko. Kiedy więc rąbanie było pilne, a nie chciał przeszkadzać pikinierowi, oddał je młodzieńcowi, będąc pewnym staranności i solidności swojej pracy. Szefowie zawsze niepokoili go tym cholernym pytaniem o deski; obawiał się co godzinę pojawienia się inżyniera Négrela, za którym podążał Dansaert, krzyczącego, dyskutującego, nakazującego wykonanie wszystkiego od nowa i zauważył, że oszalowanie jego miotacza daje większą satysfakcję tym panom, mimo że ich aura nigdy nie była zadowolona. z czymkolwiek i ich powtarzającymi się zapewnieniami, że firma pewnego dnia podejmie radykalne kroki. Sprawy ciągnęły się dalej; W dole wzniecało głębokie niezadowolenie, a sam Maheu, pomimo swego spokoju, zaczynał zaciskać pięści. oraz ich powtarzające się zapewnienia, że firma pewnego dnia podejmie radykalne kroki. Sprawy ciągnęły się dalej; W dole wzniecało głębokie niezadowolenie, a sam Maheu, pomimo swego spokoju, zaczynał zaciskać pięści. oraz ich powtarzające się zapewnienia, że firma pewnego dnia podejmie radykalne kroki. Sprawy ciągnęły się dalej; W dole wzniecało głębokie niezadowolenie, a sam Maheu, pomimo swego spokoju, zaczynał zaciskać pięści.


Na początku była pewna rywalizacja między Zacharie i Étienne. Pewnego wieczoru nawet dochodziło do ciosów. Ale ten pierwszy, dobry chłopak, choć nie dbał o wszystko oprócz własnej przyjemności, szybko został uspokojony przyjazną propozycją kieliszka i wkrótce uległ wyższości nowoprzybyłego. Levaque również był z nim w dobrych stosunkach, rozmawiając o polityce z putterem, który, jak powiedział, miał własne pomysły. Jedynym mężczyzną, do którego czuł głęboką wrogość, był chudy Chaval: nie żeby byli sobie nawzajem chłodni, wręcz przeciwnie, stali się towarzyszami; tylko wtedy, gdy żartowali, ich oczy zdawały się pożerać. Catherine nadal poruszała się wśród nich jako zmęczona, zrezygnowana dziewczyna, odchylona do tyłu, pchająca tramwaj, zawsze dobroduszna ze swoim towarzyszem w stawianiu, który jej z kolei pomagał, i uległa życzeniom swojego kochanka, którego pieszczoty teraz otrzymywała otwarcie. Była to akceptowana sytuacja, uznany układ domowy, na który rodzina sama przymykała oczy do tego stopnia, że Chaval co wieczór wyprowadzał puttera za pit-bank, a potem przyprowadzał ją z powrotem pod drzwi rodziców, gdzie w końcu się obejmował. ją przed całą ugodą. Étienne, który uważał, że pogodził się z sytuacją, często drażnił ją z tych spacerów, robiąc surowe uwagi w ramach żartu, jak chłopcy i dziewczęta będą na dole wycinków; a ona odpowiedziała tym samym tonem, opowiadając z dumą, co jej kochanek jej zrobił, ale zaniepokojona i bledsza, gdy oczy młodego mężczyzny przypadkowo spotkały jej. Wtedy obaj odwracali głowy, być może więcej nie mówiąc, przez godzinę,


Nadeszła wiosna. Pewnego dnia wychodząc z dołu, Étienne poczuł na twarzy ciepły kwietniowy wietrzyk, przyjemny zapach młodej ziemi, delikatnej zieleni, rozległego otwartego powietrza; a teraz za każdym razem, gdy wchodził, wiosna pachniała słodko, bardziej go rozgrzewała, po dziesięciu godzinach pracy w wiecznej zimie na dnie, w środku tej wilgotnej ciemności, której żadne lato nigdy nie rozproszyło. Dni stawały się coraz dłuższe; w końcu w maju zszedł na dół o wschodzie słońca, kiedy cynobrowe niebo oświetliło Voreux mgłą świtu, w której białe opary silnika pompowego przybrały kolor różowy. Nie było już dreszczy, po równinie wiał ciepły oddech, a skowronki śpiewały wysoko w górze. Potem o trzeciej po południu oślepiło go palące się teraz słońce, które podpaliło horyzont i zaczerwienił cegły pod brudem węgla. W czerwcu pszenica była już wysoka, o niebieskiej zieleni, która kontrastowała z czarną zielenią buraków. Był to niekończący się widok falujący w najlżejszym wietrze; widział, jak z dnia na dzień rozprzestrzenia się i rośnie, i czasami był zdziwiony, jakby wieczorem stwierdził, że jest bardziej nasycony zielenią niż rano. Topole wzdłuż kanału układały się w pióropusze liści. Trawa wdzierała się do dołu, kwiaty pokrywały łąki, całe życie kiełkowało i wypływało z tej ziemi, pod którą jęczał z nędzy i zmęczenia. jak gdyby stwierdził, że wieczorem jest bardziej spuchnięta zielenią niż rano. Topole wzdłuż kanału układały się w pióropusze liści. Trawa wdzierała się do dołu, kwiaty pokrywały łąki, całe życie kiełkowało i wypływało z tej ziemi, pod którą jęczał z nędzy i zmęczenia. jak gdyby stwierdził, że wieczorem jest bardziej spuchnięta zielenią niż rano. Topole wzdłuż kanału układały się w pióropusze liści. Trawa wdzierała się do dołu, kwiaty pokrywały łąki, całe życie kiełkowało i wypływało z tej ziemi, pod którą jęczał z nędzy i zmęczenia.


Kiedy Étienne wyszedł teraz na spacer wieczorem, nie przestraszył już kochanków za pit-bankiem. Mógł podążać ich śladem w pszenicy i odgadnąć gniazda ich rozpustnych ptaków przez wiry pośród żółkniętych ostrzy i wielkich czerwonych maków. Zacharie i Philoméne wrócili do tego ze starego domowego nawyku; Matka Brulé, zawsze depcząca Lydie po piętach, nieustannie polowała na nią z Jeanlin, pogrzebana tak głęboko, że trzeba było po nich deptać, zanim zdecydowali się wstać; A jeśli chodzi o Mouquette, to leżała wszędzie — nie można było przejść przez pole, nie widząc, jak jej głowa opadła w dół, podczas gdy tylko jej stopy wyłoniły się, gdy leżała na całej długości. Ale wszystko to było całkiem darmowe; młody człowiek nie znalazł tam nic winnego, z wyjątkiem wieczorów, kiedy spotykał Catherine i Chavala. Dwukrotnie zobaczył, jak zbliżając się, spadają na środek pola, gdzie nieruchome łodygi pozostały martwe. Innym razem, gdy szedł wąską ścieżką, jasne oczy Catherine pojawiły się przed nim, równe z pszenicą i natychmiast zatonęły. Wtedy ogromna równina wydała mu się zbyt mała i wolał spędzić wieczór u Rasseneura w Avantage.


— Daj mi szklankę, madame Rasseneur. Nie, nie wychodzę dziś wieczorem; nogi mam zbyt sztywne.


I zwrócił się w stronę towarzysza, który zawsze siedział przy dolnym stole z głową opartą o ścianę.


— Souvarine, nie będziesz miał takiego?


— Nie, dzięki, nic.


Étienne poznała Souvarine’a mieszkając tam obok siebie. Był mechanikiem w Voreux i zajmował umeblowany pokój na piętrze obok swojego. Musiał mieć około trzydziestu lat, był blady i szczupły, z delikatną twarzą otoczoną gęstymi włosami i lekką brodą. Jego białe spiczaste zęby, wąskie usta i nos, z różową cerą, nadawały mu dziewczęcy wygląd, aurę upartej łagodności, na którą szare odbicie jego stalowych oczu rzucało dzikie błyski. W pokoju jego biednego robotnika nie było nic oprócz pudełka z papierami i książkami. Był Rosjaninem i nigdy nie mówił o sobie, więc na jego temat krążyło wiele historii. Collierowie, którzy są bardzo podejrzliwi wobec obcych, domyślając się z jego małych, mieszczańskich rąk, że należał do innej kasty, z początku wyobrażali sobie romans, jakieś zabójstwo i że uniknął kary. Ale potem zachowywał się z nimi w tak braterski sposób, bez żadnej dumy, rozdając młodym mieszkańcom wszystkie sous w kieszeniach, że teraz go przyjęli, uspokajani określeniem „uchodźca polityczny”, które krążyło wokół niego… niejasny termin, w którym widzieli usprawiedliwienie nawet dla zbrodni i niejako towarzystwo w cierpieniu.


W pierwszych tygodniach Étienne uważał go za nieśmiałego i powściągliwego, więc dopiero później odkrył swoją historię. Souvarine był najmłodszym urodzonym w szlacheckiej rodzinie w rządzie Tula. W Petersburgu, gdzie studiował medycynę, socjalistyczny entuzjazm, który porywał całą młodzież w Rosji, skłonił go do nauczenia się rzemiosła, zawodu mechanika, aby mógł mieszać się z ludźmi, aby ich poznać. i pomóż im jak bratu. I właśnie z tego zawodu żył teraz po ucieczce w wyniku nieudanej zamachu na cara: przez miesiąc mieszkał w piwnicy owocnika, drążąc minę pod drogą i ładując bomby, używając ciągłe ryzyko wysadzenia w powietrze wraz z domem. Wyrzeczony przez rodzinę, bez pieniędzy, wyrzucony z francuskich warsztatów jako obcokrajowiec, którego uważano za szpiega, umierał z głodu, gdy w chwili nacisku firma Montsou wreszcie go zaatakowała. Pracował tam przez rok jako dobry, trzeźwy, cichy robotnik, jeden tydzień pracując w dzień, aw następnym w nocy, tak regularnie, że mistrzowie traktowali go jako przykład dla innych.


„Czy nigdy nie jesteś spragniony?” — powiedział do niego Étienne, śmiejąc się.


A on odpowiedział swoim łagodnym głosem, prawie bez akcentu:


„Pragnę, kiedy jem”.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 69.24