drukowana A5
38.99
drukowana A5
Kolorowa
70.29
Francuski sen

Bezpłatny fragment - Francuski sen


Objętość:
269 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8221-095-8
drukowana A5
za 38.99
drukowana A5
Kolorowa
za 70.29

OPOWIEŚĆ O JEDNOŚCI

Miłość jest tylko jedna

Przedmowa

Wszystko jest energią. Ja wierzę, że ta energia jest Bogiem, który patrzy przez nasze oczy i dotyka naszymi dłońmi. Wierzę, że Bóg jest każdym drzewem i każdym powiewem wiatru. Każdą decyzją i brakiem decyzji.


Wierzę, że poprzez nas i poprzez nasze doświadczenia Bóg dotyka sam siebie, sam siebie odkrywa, doświadczalnie, na nowo. I sam gra z sobą na kruchych deskach teatru złudzeń.


Wierzę, że Bóg jest wszystkim, a jednocześnie czymś większym od wszystkiego.


Wierzę, że każda z naszych dusz, które łączą się w jedną duszę z bijącym sercem Wszechświata wybrała miejsce i okoliczności, w których chce się urodzić. Oraz aspekty siebie, którym chce się przyjrzeć.


Wierzę, że każde zło rozkwita, by wrócić do siebie i zostać przetransformowane w dobro, czyli tą najczystrzą esencję Nas. Że pomaga nam ono w powrocie do Prawdy, więc na głębszym poziomie ono nawet nie istnieje.


Ta książka opisuje moją ponad trzyletnią drogę przez francuskie uliczki, ale nade wszystko drogę w głąb siebie.


Chciałabym podzielić się z Wami tym, czego się dowiedziałam, nauczyłam, lub po prostu… sobie przypomniałam poprzez liczne doświadczenia i ludzi, których spotkałam na swojej drodze.


Historia opisana w tej książce jest prawdziwa. Jednak w tym wszystkim nie chodzi o moją historię, lecz o Waszą historię, którą tkacie każdego dnia na mocy podjętych wyborów, myśli, działań, otwartości, lub jej braku.


Chciałabym powiedzieć Wam, byście kochali swoją historię i tą pozornie kruchą, zagubioną czasami istotę, którą jesteście.

Tak naprawdę ona ma tylko Was.

Bo nie istnieje nic innego, niż Wy.


Tym tekstem chciałabym przekazać Wam wartość otwartości i zaufania. Opowiedzieć o tym, że prawdziwą odwagą jest czasami “nie wiedzieć” i zaprosić do refleksji na temat celu i motywu “drogi” oraz tego, co jest dla Was naprawdę ważne w życiu, czym warunkujecie swoją wartość i wartość swoich doświadczeń, swojej historii.


Mam nadzieję, że mi się to uda.


W książce znajduje się dużo moich przemyśleń odnośnie Boga i duchowości. Jeżeli temat ten z Tobą nie rezonuje, możesz je pominąć przechodząc od razu do CZĘŚCI PIERWSZEJ.


Wiem, że nie zaczyna się zdań od “ale”, jednak ja często zaczynam, ponieważ ma to dla mnie inny wydźwięk.

To samo z przecinkami, nie tnę wszędzie, bo pocięte według zasad zdanie często mi po prostu — jako mi, nie pasuje. Mam nadzieję, że nie będzie Wam to przeszkadzać.


Życzę wszystkim dobrej lektury,


Agnieszka Chaberek

O wyrażaniu się w świecie form i stracie

A więc opuściliśmy dom by wybrać się do uwarunkowanego, fizycznego świata i doświadczać poprzez siebie.

Tańcząc na kruchych deskach przywiązań zapragneliśmy w JA by to co tu zdobędziemy lub stworzymy w formie dane nam było “na zawsze”. “Na zawsze”… Czymże to jest? I przecież to niemożliwe. Zamykamy serce na siebie, na drugiego człowieka z lęku przed przed bólem, bo uwierzyliśmy, że emocjonalny ból utraty czegoś, do czego przywiązał się umysł jest czymś, z czym możemy się utożsamić. Zablokowaliśmy naturalny przepływ ekspresji bo uwierzyliśmy, że musimy walczyć i domagać się by przetrwać. A w rzeczywistości jesteśmy wieczni. Nauczyliśmy się, że miłość jest prawdziwa lecz tożsama z bólem, a miarą miłości nazywamy imaginację dopełnienia i obietnicę spokoju darowaną na zewnątrz nas zapominając, że zewnętrzne nie istnieje. Nasze ja popadło w nałogi, kompulsje, obsesje i destrukcje chcąc uciec przed czymś, czemu niegdyś nadało moc swojej uwagi. Nasze ja nauczyło się pragnienia posiadania, deklaracji i ich wypełniania, obietnic, słuszności zobowiązań bo zapomniało że jest wolne, a Bóg nie zmieści się w ciasnej klatce. Zapomnieliśmy czym jesteśmy. Nauczyliśmy się szarpać z weszechświatem wierząc, że gdy odziera nas z iluzji by zbliżyć nas do siebie samych, staje się wrogiem i okrutnikiem. Zabłądziliśmy. Wciąż próbując wrócić do esencji zapominając, że wciąż w niej jesteśmy a ona jest w nas, na dnie naszych serc. Że ona nie potrzebuje, nie domaga się, nie walczy, lecz akceptuje i kocha bez względu na treść. Bo taka jest prawdziwa miłość. Nie ma twarzy, preferencji. Cierpie bo tego nie posiadam, bo moja rola jest bez tego wybrakowana. Rola nie jest wybrakowana. Ona po prostu jest. Tak misterna i krucha w teatrze złudzeń, nadana ręką miłości. Czy wyrazimy się poprzez te role, czy przyjmemy nauki jakie z nich płyną, czy w kołowrotku bez końca warunkować będziemy wszystko czym nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy…? Jakiż to dar cudny i jedno z narzędzi nam danych, nasz dar wyboru…❤

Tragi-komedia

I ileż jeszcze warunków przyjdzie nam spełniać, by zasłużyć? Co jeszcze trzeba osiągnąć, mieć, jak bardzo się… nie zgubić, by w grze porównań powiedzieć sobie — zasługuję? By w wyścigu o nieistniejące trofeum zagrać widoczną rolę? Sprzedając serce w imię iluzji, okruchu sztywnego oklasku widowni i ile razy odłużonym fajerwerkami, obietnicą węża, gubiąc uważność, upuścić je na ziemię? Masz, bierz, wyciągnięte z piersi wciskać innym w przydrożnych uliczkach? Zapominając, że to trofeum jest tym co tak daleko od siebie w dłoniach jest trzymane… naszych dłoniach, nasze serce. I idziemy my ludzie a w dłoni daleko od siebie trzymamy swe serca malując na niebiesko, zielono i żółto, by znalazł się kupiec. A kupiec tylko patrzy czy wystarczająco żywotne i kolorowe, by jego sercu trochę pędu nadać, bo jego też coś kurde, kiepsko hula, ściśnięte sztywną wstążką lęku. Idzie dziecko Boga… Idzie całość, bez warunków piękna. Jedno serce niesie, w wielu formach jednego ciała.

Niewinność i delikatność

Czasem zdarza się, że spotykamy osobę dziecinnie niewinną, czystą, dobrą i delikatną, pielęgnującą wartości wewnętrzne, dbającą o swoje serce dla siebie, dla swoich bliskich i pośrednio — dla nas wszystkich. Takie spotkania to są zawsze święte spotkania. Mi zdarzyło się takie odbyć. I napełniły mnie one wzruszeniem oraz nadzieją, że na mojej drodze spotkam jeszcze więcej takich ludzi. W dzisiejszym świecie, w sposób wypaczony zbyt często nazywamy wrażliwość i delikatność — słabością, niewinność — naiwnością zapominając, a często nie wiedząc, że w tym właśnie tkwi siła … i potencjał, który gubi się, gdy ruszamy wyścigiem szczurów i zaczynamy “walczyć” na każdym z życiowych pól. “Cóż za odwaga!” — tak często nazywamy tego typu działania. “Cóż za siła!”. Ah, nie. Jeśli czujesz, że musisz zbroić się i walczyć oraz ścigać każdego dnia, szarpać się z życiem — to to właśnie jest słabość. Pokazuje jak czujesz się niepewnie, jak się boisz, jak brak Ci zaufania do siebie, tego świata, Wszechświata.


Tak, to jest pewna forma kalectwa.

Kalectwa, które nasza cywilizacja rozsiewa niczym epidemię. Mimo wszystko nie jesteśmy skazani, zawsze mamy wybór. Czasem wręcz nie mogę uwierzyć, jak wielu wspaniałych ludzi z ogromnymi sercami neguje siebie. Krzywdzi siebie — myślą, słowem, brakiem zaufania do swojej własnej istoty. W gwoli ścisłości — mi też się to zdarza. Łapię się na tym w ostatnim czasie częściej, niż bym chciała. Rodzimy się piękni, czyści, samoświadomi, nie boimy się podejmować prób, upadać i wstawać, kochać bez granic. Towarzystwo dzieci zawiera w sobie światło (spróbuj nie uśmiechnąć się do bobasa, który wyciąga do Ciebie swoje małe rączki). To światło mamy w sobie wszyscy, ale zasypaliśmy je destrukcyjnym przekonaniem, że trzeba się bać, ciągle zbroić, że nie warto kochać i ufać. Nauczyliśmy się tego w słowach, później — doświadczeniach. Lecz trudne doświadczenia to jak kolejny upadek dziecka, które uczy się chodzić. Upadajmy tyle ile trzeba, lecz potem zawsze wstawajmy odbierając wszystkie zdarzenia jakie miały miejsce jako doświadczenie na naszej drodze, ale nie zatracajmy miłości, bądźmy w ciągłym kontakcie ze sobą, ze swoją najczystszą esencją, zawsze ze sobą, zawsze ze wsparciem dla siebie, zawsze z akceptacją tego co i tak już jest. To miłość jest najważniejsza i to miłość transformuje, to miłość buduje.


To jak, wstajemy dzisiaj? Ja tak. Zobaczymy co przyniesie ten dzień, a moją uwagę chcę skierować na to, co najlepsze.


Wykorzystajmy go na realizację marzeń, budowanie harmonii wewnętrznej, wykorzystajmy go na miłość.

Opowieści umysłu

“Dopóki nie patrzy się na ludzi, ludzie nie istnieją, ukazują się jak postacie na ekranie telewizora, dopiero wtedy, gdy człowiek skieruje na nich wzrok. I żyją w jego myślach, aż nie zastąpi ich nowy obraz. /Jerzy Kosiński.


Umysł tworzy opowieści. Te same odcinki opowieści mogą zmieniać się 5 razy na minutę i stawać zupełnie czym innym. Poprzez interpretacje i koncentrację uwagi. Niby każdy to wie, niby ja to wiem, ale tak teraz z tym …


zabawnie mi.

“Bo ty jesteś taka duchowa”

“Bo ty jesteś taka duchowa” — mówią ludzie. Owszem, czuję bardzo silną łączność z Bogiem, ze żródłem. Automatycznie niesie mnie w kieruku czucia, otwartości, w przestrzenie poza formą. Ale, no wlaśnie. Jestem “zesrana” w materię i latam. Moja droga znajoma zawsze śmieje się w kwestii ugruntowania energetycznego podkreślając -" najpierw dupa (czakra podstawy) — potem reszta”. Ja od kiedy pamętam miałam pięknie aktywny ośrodek serca, korony, gardła. swobodę przepływu. Ale podstawę i splot pełen śmieci, z dysharmoniami wszelkimi, mocno odczuwalnymi nawet w momentach takich jak leżenie, czy mycie zębów.


Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, wszystkie moje koleżanki chciały zostać aktorkami, piosenkarkami, lub księżniczkami, a ja… chciałam być zakonnicą. Gdy biegły na podwórko grać w klasy i skakać na skakance, ja prosto ze szkoły szłam do kościoła, żeby pogadać z szefem. Umiejscawiałam go wtedy tak jak większość ludzi, w niebie, a jego domem nazywałam kościół. Musiało minąć sporo czasu, zanim odnalazłam go w sercu każdego człowieka.


Co więcej, urodziłam sie ze zwichniętym bioderkiem i jedną krótszą nóżką, która musiała być trzymana w szynie do momentu, zanim się wyrównała. Bardzo długo też brzydziły mnie ludzkie stopy. Nogi, stopy odpowiadają za kontakt z ziemią, materią, życiem w materii.. myślę, że w jakiś sposób zawsze takie życie odrzucałam. Nigdy nie byłam konkretna, ani dobrze do niego dostosowana.


Każdy z nas ma coś z czym się boryka. Czemu przyszedł się przyjrzeć w szczególny sposób.


Myślę, że jednym z moich wyborów była chęć oswojenia materii i zrozumienie, a przede wszystkim pełne doświadczalne odczucie, że nie jest ona niczym od duchowości odrębnym. Wciąż jestem w tym procesie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Francuski sen

Bóg kocha bez warunków żadnych. I słucha, kiedy się do niego mówi. Otula w miłości. Kiedy przeprowadziłam się do Marsylii miałam zdecydowanie duże problemy z mieszkaniem i pracą.


Moim pierwszym miejscem była cudowna kawalerka w dzielnicy uznanej za najlepszą, z pięknym, wielkim oknem balkonowym zajmującym całą ścianę. Uwielbiałam moją kawalerkę. Ale wrosłam w moją sytuację, która mimo pięknej otoczki, nie była kolorowa.


Zacznijmy od początku.


Zamieszkałam we Francji, bo to było moje marzenie. Nie dlatego, że musiałam, nie dlatego, że chciałam zarobić fajne pieniądze, tylko dlatego, że po prosu ciągnęło mnie do tego miejsca. Ciągnęło mnie sercem i pewnego rozaju fascynacją. Kiedy po półrocznym pobycie w Nowym Jorku wreszcie postawiłam stopy na mojej wyśnionej “ziemi obiecanej” wszystko miało być już łatwe. Otaczał mnie mój ukochany język francuski, piękna natura, czułam ogromną ekscytację. Miałam serce gorące, trochę pieniędzy i wizję. Będę pić kawę w uroczych, francuskich kafejkach, szaleć w morzu, znajdę fajną pracę i będę się rozwijać, tylko piąć się do góry. Tylko moje “do góry”, różniło się bardzo od “góry”, które obrał dla mnie Wszechświat, a najpewniej również dusza. Tak naprawe na początku chciałam mieszkać w Paryżu. Jeszcze w Polsce mój pokój przypominał pokój nastolatki zafascynowanej aktorem, czy muzykiem. Tylko, że ja nie byłam zafascynowana aktorem, ani muzykiem, lecz Francją, ze wskazaniem na Paryż. Wieża Eiffla była wszędzie — na ścianie, półkach, stoliku, przemiennie z Katedrą Notre Dame. Na głównej ścianie, przed komputerem, powiesiłam wielką mapę Paryża, którą wzięłam z hotelu podczas ostatniego wyjazdu do “miasta miłości”. Płyty z muzyką francuskojęzyczną spoczywały na półeczce niczym relikwie. A kiedy szłam do nielubianej pracy i mówiąc kolokwialnie chciało mi się rzygać, dodawała mi sił wielka Wieża Eiffla na jednej z półek. Dostawało się taką Wieżę za wystarczającą liczbę naklejek. Najki z kolei otrzymywało się za konkretną ilość pieniędzy wydanych w sklepie. ‘“To twój cel” — mówiłam sobie patrząc na Wieżę. — “Nie martw się, jeszcze tylko trochę”. Kiedy zmieniłam pracę i pracowałam po 10–12 godzin na nocki poza Wrocławiem i wracałam do miasta rano, zamiast pójść spać pędziłam na lekcje francuskiego. Pędziłam i buzia sama się śmiała — kolejny krok do realizacji mojego marzenia i nowej wizji siebie. Poza tym tak uwielbiałam uczyć się tego pięknego języka!


Lubiłam moją nową pracę. Była lekka, łatwa i przyjemna, ale gdy zaproponowano mi umowę na czas nieokreślony z wielką radością odpowiedziałam — Nie, nie wezmę jej. Zostaję tu jeszcze dwa miesiące. Potem jadę do Francji.


Kiedy wymienialiśmy pożegnalne uściski z ekipą czułam, że kończy się pewien etap i nic już nie będzie takie samo.

Pragnienie

Każde pragnienie i każda “niemoc” rodzi się w umyśle, karmi uwagą oraz identyfikacją z tym, co przychodzi. I gdy nie dostaje pożywienia, w tym samym umyśle — umiera. Każde pragnienie więc jest naszym wyborem doświadczania tego pragnienia. A każda “niemoc” jest wyborem doświadczania tej “niemocy”. Każda opozycja wobec tych słów jest również tylko myślą o tym, co jest i identyfikacja z tą myślą. Bajer na resorach. Myśl. I pustka, biglove. Wszystko. I wszystko. My. I my. Ty i ja. My w sobie. Jedno.

Francuski sen. Przystanek NY.

Następnie wyjechałam do Nowego Jorku. Najpierw, żeby pobyć z tatą, potem zostałam, aby zarobić trochę pieniędzy na moje początki w kraju docelowym i zaczęłam szukać kawalerki. Wysyłałam dziennie po kilkadziesiąt propozycji wynajęcia małego mieszkanka w Paryżu. No, ale nie miałam tam jeszcze zorganizowanej pracy, francuskiego gwaranta, nic. I każda wysyłana przeze mnie prośba spotykała się z odmową. Potem rozszerzyłam moje poszukiwania na Lyon. “Najwyżej potem się przeprowadzę” — mówiłam. Dalej bez efektu.


Będąc w trakcie poszukiwań, pewnej nocy miałam sen. Śniło mi się mieszkanko z wielkim oknem i widokiem na górę. Zobaczyłam mewę. Przyleciała i zczęłam się z nią bawić, wtulać się w nią czule. A ona z miłością muskała mnie swoim dzióbkiem. No, ale nagle usłyszałam z tyłu głosy moich bliskich bym była ostrożna, bo przecież może wydłubać mi oko. Przytulałam ją dalej, ale już ostrożniej. Popatrzyłam w bok. Ptzy białym stoliku siedział mój francuski znajomy, na tamten moment bardzo, bardzo mi bliski. On mieszkał w Marsylii. Uśmiech zszedł mi z twarzy. Był blisko, ale jednocześnie bardzo daleko.


Obudziłam się i to, co zostało we mnie to to uczucie, bliskości i odległości. Dziwne — pomyślałam. Mieliśmy w tamtym okresie wspaniały kontakt i emocjonalne, wzajemne zrozumienie. Ta bliskość wylewała się z każdej zapisanej linijki. Kiedyś, w ciężkim stanie ducha, gdy obudziły się we mnie wewnętrzne demony, poprosiłam go:


“Obiecaj, że nigdy nie odejdziesz”.


“Obiecuję. Nigdzie się nie wybieram” — odpowiedział.


I pojawił się we mnie spokój.


Nie zawracałam sobie głowy odczuciem ze snu. Rano poszłam do pracy, do sklepu z winami, gdzie każda alejka opatrzona była nazwą kraju, z którego dane wina pochodzą. Na wprost znajdowała się “Francja” co wprawiało mnie w bardzo dobry humor. Po powrocie do domu, znów zasiadłam do poszukiwań.


Mijały dni.

Rozmowy z aniołem

Wybrałam się na plażę Long Beatch i moim oczom ukazał się taki widok.


Wspaniała chmura. Wygląda jak anioł. I rozmawiałam z nią, jak rozmawia się z aniołem…


Gdy patrzę na te cuda stworzenia — chmury, wodę, nieprawdopodobne piękno tego, co nas otacza moje serce ogarnia takie wzruszenie, że chce mi się tylko płakać z wdzięczności, że mogę tu być, że to istnieje. Że moje oczy widzą…


Jakże to niewysłowiony dar: widzieć…

Francuski sen. Niespodziewana zmiana planów

Przeglądając kolejne kawalerki na popularnie stronie pap.fr naszło mnie zniechęcenie i zwątpienie. Aż oczom ukazało się zdjęcie. “Oh, jakie ładne mieszkanko!” — pomyślałam. Marsylia. Akurat rozmawiałam z mamą przez komunikator.


— Zobacz, jakie ładne! — wysłałam jej link.


— A tak..


— Ale to Marsyliaaa — wystukałam na klawiaturze, wpisując bardzo dużo liter A na końcu słowa.


— Oj, weź przestań. Marsylia jest bardzo ładna. Poza tym zawsze możesz się przeprowadzić.


Pomyślałam, że ma rację. Przecież nic nie jest definitywne. Poza tym już mała różnica, czy Lyon, czy Marsylia. Marsylia faktycznie jest bardzo ładna. I nic mnie nigdzie nie trzyma na siłę.


Wysłałam maila i.. mój wniosek został zaakceptowany.


“W porządku, proszę zrobić przelew kaucji, resztę zapłaci pani na miejscu.” — otrzymałam wiadomość tekstową.


Czytałam ją po pięćdziesiąt razy.


— AAAAAAAA.. wspaniale! — zakrzyknął mój wieloletni przyjaciel Kuba. — No to zaczyna się przygoda. Pamiętasz ten teledysk Indili do piosenki Derniere Dance? Ja cię tak widzę w tej Marsylii.


— Małpa jesteś! — odpowiedziałam, śmiejąc się przy tym do rozpuku.


//Dzięki ci, szefie!// — skakałam po łóżku wykrzykując raz po raz w przestrzeń.


Ani ja, ani Kuba nie wiedzieliśmy jeszcze, że jego osadzenie mnie w roli szwendającej się po ulicach Indilii z małą walizką trzymaną w ręce nie będzie wcale zbyt dalekie od rzeczywistego stanu rzeczy.

Zatrzymać obraz

Popatrzyłam za okno i zamarłam w zachwycie z powodu widoku nocnego nieba. Automatycznie chwyciłam aparat, aby uchwycić, zatrzymać to piękno. Aparat okazał się na to zbyt słaby, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet niebo przypomina nam, ze zmiana jest naturalnym, życiowym procesem. Można próbować się jej opierać, lecz nie zatrzymasz księżyca. On jutro będzie inny. Równie piękny. Inaczej piękny. Nie dostrzeżesz tego płacząc za wczorajszym niebem, które zniknęło bo wypełniło już swoją rolę w naszym świecie. Zachwyciło. Obezwładniło. Podziękujmy mu za to i pozwólmy się urzec nowym kolorom. Żaden dzień nie będzie nam dany drugi raz — jak niebo, które chociaż często podobne, za każdym razem różni się od siebie… jeśli zechcemy w nie spojrzeć… każdy dotyk, każde spojrzenie również różnią się od siebie. Czerpmy, żyjmy, czas biegnie.

A my mamy tu coś do zrobienia.

Francuski sen. Chez moi a Marseille

— Słuchaj, nie uwierzysz! Mam ją.

Ale będę mieszkać... w Marsylii! Tam dostałam akceptację. Czujesz to?


— Gdzie??!


— W Marsylii!


— Tak, ale gdzie konkretnie?? — przyszło natychmiastowe pytanie.


Z zapałem wysłałam mu link do ogłoszenia.


— Super! Rue Paradis. To bardzo dobra dzielnica. Gratulacje!! :)


— Teraz będziemy się częściej widzieć. I liczę na to, że jak przyjadę to prędko przyjdziesz na kawę.


— Oczywiście, że tak! I teraz już będziemy mieć do siebie

blisko (…)


Odniosłam wrażenie, że on też bardzo cieszy się z tego sukcesu.


Kiedy przyjechałam, osłupiałam.

Widziałam zdjęcia tego mieszkania w internecie, ale teraz patrząc przez szybę wielkiego balkonu, za którą rozpościerała się majestatyczna góra uświadomiłam sobie, że to było mieszkanie z mojego snu.

Łzy spłynęły mi po policzkach. Jestem tu. Jestem we Francji. Jestem w domu.


Dziś, pisząc te słowa uśmiecham się w sercu do dziewczyny, którą wtedy byłam. Pełną pasji, uroczo naiwną, mającą jasną wizję szczęścia i tego, jak ma ono dla mnie wyglądać.


Najpierw rozpoczęły się kwestie związane z codziennym życiem. Francja jest pełna paradoksów. Żeby mieć pracę, musisz mieć konto w banku. Żeby mieć konto w banku, musisz mieć pracę. Poza tym papierologia wylewa się z każdej dziury. I różne kwestie tego typu. Trudno było to wszystko pogodzić i zorganizować. Przy mojej marnej znajomości języka każde wejście do kolejnego urzędu przypominało przeprawę z torem pszeszkód. Byłam jednak stu procentowo zdeterminowana. Nagle mój francuski znajomy przestał się zupełnie odzywać. Mieliśmy wcześniej małą przerwę, ale wszystko zdawało się wrócić do normy. Byłam bardzo zdziwiona. Znaliśmy się od około dwóch lat, może trochę mniej, przy czym ostatnie pół roku rozmawialiśmy niemal codziennie. I teraz nagle jakby zapadł się pod ziemię. Wiedziałam, czułam, że coś jest nie tak. Postanowiłam więc wybrać się na jedną z jego prezentacji i porozmawiać.


“Nie będziemy się już kontaktować” — usłyszałam od niego.


I wstrzymałam powietrze. Przez ostatnie miesiące był najbliższą mi osobą, z którą dzieliłam swoje myśli “bez znieczulenia”. Która rozumiała mnie jak nikt i po prostu ją uwielbiałam. Stał się jednym z elementów mojego świata. Zrozumiałam wyjaśnienia, które usłyszałam. Zrozumiałam, dlaczego tak zdecydował. Nie miałam do niego żadnych pretensji. Chciałam, by dalej realizował się i układał swoje życie. Poczłuam jednak silny przypływ emocji i łzy napływające do oczu. Szybko je stłumiłam i zamknęłam wszystko w sobie. Podświadomie miałam nadzieję, że jeszcze jednak zmieni zdanie. Był to jednak cios i zderzenie z tym, czego bałam się najbardziej — lękiem przed opuszczeniem. Nie pozwalałam sobie na pełne przeżycie moich emocji, bo przecież wszystko było tak racjonalne, a ja miałam swoje życie do życia. I byłam taki wielki “chojrak”. Tak naprawdę zaczęłam przeżywać te emocje w pełni dopiero po około dwóch latach po tym zdarzeniu. Póki co, na tamtą chwilę, otrzymałam pierwszy i to dość mocny cios w kolano, udając przed sobą, że przecież nic się nie stało. A więc kolejny raz odpychając moje wewnętrzne dziecko, które poczuło się naprawdę zranione.


Moglibyśmy sobie to wszystko powiedzieć


Gdzie indziej jak w kafejce na dole


Że miałaś może odejść


I być może nawet nie wrócić


Ale w każdym razie, co jest pewne


Że mogliśmy się z tego pośmiać


A wiec rozstaniemy się tak


Jak durni przed kafejką na dole


Jak w serialu typu B ( drogorzędnego)


Jesteśmy oboje źli


Naśmiewaliśmy się tyle razem


Z ludzi którzy postępowali tak samo


Chciałem ci jednak powiedzieć dziekuję


Za całe zło którego nie powiedzieliśmy sobie


Niektórzy śmieją się już z tego


Mam gdzieś, nie lubiłem ich


Wyglądaliśmy za dobrze


Ale nie znajduję refrenu do naszej historii


Wszystkie słowa jakie mi przychodzą są nieznaczące


Wiem dobrze że za dużo ci powiedziałem


Ale mimo wszystko ci powiem (…) …


Patrick Bruel, J’te l’dis quand meme

Duchowe koncepty

Dużo mówimy o integracji cienia, wielu ludzi zmęczonych duchowymi konceptami i drogą wyzbywania się pragnień oraz przywiązań na której w końcu napotykają mur w postaci nie odczuwania niczego, odrzucajacych czucie życia i relacji poprzez totalne nieutożsamienie widząc uwarunkowanie w każdej z tych sfer. I tak jest. Bo żyjemy w świecie uwarunkowanym.


Każda decyzja jest uwarunkowana, warunkowa. Nawet taka, żeby się nie utożsamiać. I większość z nich powstaje na bazie chęci unikania bólu.


To, że ta osoba jest dla ciebie bardziej ważna od innej, jest uwarunkowane. To, że chcesz wyzbyć się pragnień jest czymś uwarunkowane. To, że chcesz jechać na wycieczkę jest uwarunkowane czymś. To, że wybierasz sok jabłkowy a nie pomarańczowy determinowane również. A gdy odrzucimy to zatapiając się w niebycie, prostym “rozpłynięciu” ta decyzja powoduje, że faktycznie się rozpływamy. I przestajemy czuć cokolwiek bo odmawiamy uczuciom racji. Traktujemy je z nie-miloscią poprzez negację i nie-przyjęcie, również w wolnym przepływie przez ciało. Stajemy się oddzielni od innych, iluzji, Boga (umiejscawianego w sobie, we władzy formy, co daje poczucie kontroli)a wiec od siebie, prawdy, miłości. Jesteśmy każdą z przejawionych rzeczy. I tak bardzo chcemy od tego uciec. Ciemnanoc napisała ostatnio świetny post o oczyszczaniu z uwarunkowań, karmy, który bardzo ze mną zarezenował. Siedziałam i śmiałam się jak głupia powtarzając do siebie “dokładnie”, “dokładnieee”, “si si”. . Ona napisała, że gdybyśmy chcieli totalnie oczyścić się z karmy, warunkowego bólu poprzez uczucia pokoleń doszlibyśmy w końcu do czyszczenia pamięci o traumach nie tylko linii rodowej, ale także wszystkich innych linii, dochodząc do pamięci pokoleniowej innych ludzi w końcu zwierząt, roślin, każdego mikroorganizmu. Bez końca, bez kresu. Bo jesteśmy każdym z przejawów. Cudowna refleksja. Gdy jednak koncentrujemy się na władzy przejawianej przez konkretną formę czyli mnie Agnieszki na przykład, czy ciebie Kasi, przypisując sobie bezkresną wladzę, popadamy w iluzję oddzielenia od reszty bytu, od Boga jako całości. Posuwamy się czesto jeszcze dalej określając go jako bezrozumną masę energii, która ugnie się globalnie przed jedną formą, czy poprzez nią. Ale nie jest tak.


Gdy zobaczysz niedźwiedzia, spróbuj afirmować i podejść go przytulić wierząc, że cię nie zaatakuje, nie zje. A będąc jedzonym mów sobie, że nie cierpisz, że wszystko to nie ma znaczenia, traktując siebie z nie-miłością, żeby podeprzeć koncepty. Albo spróbuj uciekać co będzie znów uwarunkowane ucieczką od bólu. Żyjemy we współzależności od siebie i myslę, że warto się z tym wreszcie pogodzić.


Mamy decyzje, mamy emocje, wszystko uwarunkowane, a naszą mocą jako kreatorów poprzez jednostkę jest wybór siebie, reakcji i postrzegania w tu i teraz. Energii puszczonej w obieg tu i teraz.


I pojawia się pytanie, taki wątek, który poruszyl mój kochany francuski przyjaciel — Czy nie jest tak, że ból jest potrzebny? Czy nie jest tak, że światło nie jest do końca dobre, a cień nie jest do końca zły? Moim zdaniem i światło i mrok prowadzą nas zawsze poprzez siebie i do siebie, a także w sobie, tylko inaczej. Czy zło jest złem? I tu was zaskoczę bo twierdzę, że i tak i nie.


Czy jesteśmy skazani na życie w tym przenikaniu się warunkowań?


Cóż, wybraliśmy taki teatr. I wybieramy go każdego dnia. Czy możemy to zmienić? Może, gdy każda cząstka Boga wybierać będzie więcej miłości z pola serca ten świat się transformuje. Ale czy faktycznie tak wybieramy, kochając siebie, obejmując cień? A może nic nie jest takim, jakim to widzimy? A może w “wiem, że nic nie wiem” i prostym akcie kochania i obejmowania wszystkiego zawiera się to do czego prowadzi serce? To, bijące w formie o imieniu Agnieszka tak to czuje na dziś dzień. Mam odwagę nie wiedzieć i mam odwagę czuć w prostej obecności i byciu bez negacji.

Kuba gryzie pieroga

Kuba je pierogi.


Ja: Pójdzie po mojej myśli, mówię ci, nie ma zmiłuj, nie ma mocnych! Opracowałam plan. Jestem pewna, że nie wyjadę stamtąd bez łupu!


<Kuba gryzie pieroga>


Ja: Będzie cudnie, pięknie i wspaniale. I będę płakać. Poza tym wszystko się uda! Uda, uda, uda! Do kwadratu! Do sześcianu! <szalony entuzjazm>


<Kuba znów gryzie pieroga>


Ja: Dlaczego nic o tym nie powiesz?


K: Chciałem powiedzieć, że nie wątpię, ale uznałem, że wolę sobie zakąsić.


<3

Francuski sen. Długa droga pod górę

Potem było już tylko gorzej. Przyszedł czas na poszukiwanie pracy. To był priorytet. Codziennie maszerowałam po ulicach miasta z całym plikiem cv pod pachą.


Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy niepodal Starego Portu próbowałam zlokalizować hotel, który znalazłam wcześniej w internecie. Szłam i cały plik dokumentów wypadł mi z rąk. Pojawił się przede mną mężczyzna.


— Pomogę ci zbierać — powiedział, podając część papierów, które zebrał.


— Dziękuję — odpowiedziałam szczerze, z wielkim uśmiechem na twarzy.


— Szukasz czegoś? — zapytał pewnie.


— Tak, szukam tego hotelu — wskazałam nazwę miejsca widniejącą na ekranie telefonu.


— Chodź, to tam — powiedział, gaworząc wesoło.


Zaczęłam iść z nim, ale moja nawigacja wskazywała, że to nie ten kierunek. — Oh, to nie tu, to tam! — wykrzyknęłam, odwracając się w przeciwną stronę.


Głos mężczyzny stwardniał.


— Mój brat pracuje nieopodal. Ja ci załatwię i będziesz tam pracować — odrzekł lustrując mnie od góry do dołu.


Zapalilła mi się czerwona lampka.


— Nie, dziękuję, idę. Życzę ci miłego dnia. — powiedziałam, ruszając w stronę placu Reforme Canebiere.


On jednak nie przyjął do wiadomości, że nie chcę z nim rozmawiać, że chcę żeby odszedł. Kiedy zaczęłam to jasno komunikować i iść szybciej do przodu, on również przyspieszał. Zaczęłam się bać. Po pewnym czasie poczułam, że zamyście klepnął mnie w pośladek. Moim pierwszym odruchem było odwinąć mu się i po prostu dać mu plaskacza prosto w twarz, ale popatrzyłam w jego oczy i wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł. Szedł za mną, znów raz po raz klepiąc mnie zamaszyście po tyłku. Zaczęłam głośno oponować, a nawet krzyczeć. Nikt nie zareagował.

Byłam przerażona i zagubiona.

Stajemy się

Gdy umysł chce zatrzymać stary świat którego już nie ma, wbrew ciału i duszy bo pozostała pustka zdaje mu się nie do zniesienia… I nie przyjmuje za skarbów tysiące, że pustka ta jest w istocie przestrzenią wypełnioną życiem… świeżością, Bogiem w rytmie zmian, najbardziej naturalnym z rytmów. Chcemy czy nie, stajemy się.

Francuski sen. Długa droga pod górę 2

Roznosiłam cv każdego dnia, każdego dnia przeglądałam ogłoszenia w internecie i rozsyłałam swoje aplikacje elektronicznie. Nic, zupełnie nic. Byłam też zapisana do dwóch urzędów pracy. Kiedy w rezygnacji i zwątpieniu złożyłam kolejną wizytę w jednym z nich, wchodząc do pomieszczenia ostentacyjnie rzuciłam torbą w róg ściany.


— Proszę mi powiedzieć, co ja robię źle — zwróciłam się do mężczyzny siedzącego przy biurku.


— Ależ nic nie robi pani źle — odparł z uśmiechem.


— Nic nie robię tylko szukam tej pracy. Nigdzie mnie nie chcą, nawet do sprzątania — zaczęłam mówić szybko, nerwowo gestykulując. — A więc coś muszę robić źle. Proszę mi powiedzieć, co to jest.


Roześmiał się serdecznie.


— Ależ nic. Tylko, widzi Pani… jeśli przyjdzie arab dostanie pracę w pierwszej kolejności, bo boją się osądzenia o rasizm. Afrykańczyk też, w ramach solidarności z Afryką.


— A ja?? — wyrzuciłam z siebie, wwiercając w niego spojrzenie.


— A Pani? Pani jest europejką.


Dotknęłam głową stołu, przy którym siedziałam. Zachciało mi się płakać.


Nagle do sali weszła kobieta, która pracowała w sali obok, najwidoczniej usłyszawszy dialog, jaki nawiązał się między nami.


— Z CV trzeba będzie wykreślić narodowość — powiedziała.


— Tak, będziemy musieli to zrobić.


Z niedowierzaniem łypnęłam na nich jednym okiem, właśnie oderwanym od stołu.


Mijały kolejne dni. Sytuacja nie poprawiała się ani o krzytynę. Byłam we Francji trzeci miesiąc, a pieniądze się kończyły. Zaczęłam czuć się załamana. Byłam w środku mojego marzenia i bardzo bałam się, że je utracę.


Główkując zapalczywie doszłam do wniosku, że spóbuję znaleźć w Marsylii polaków. Może w ramach soloidarności narodowej, któryś z nich będzie chciał i potrafił mi pomóc. Najpierw wybrałam się do polskiego sklepu, gdzie od miłej pani za ladą usłyszałam, że w Marsylii bardzo ciężko jest z pracą, co zdążyłam już zauważyć. I że nie może mi pomóc. Ruszyłam więc do kolejnego punktu na mapie, czyli małej, polsko-francuskiej restauracji. Miły polak o bradzo dobrych oczach zwrócił się do mnie życzliwie:


— Nie potrzebujemy nikogo, nas jest dwóch, a jak widzisz restauracyjka jest mała.


Jego znajomy powiedział, że za bazarem znajduje się sklep mięsny i tam szukają kogoś do pracy. Nabazgrał adres na małej karteczce, którą mi wręczył. Polak o dobrym, ciepłym spojrzeniu popatrzył na mnie bezgłośnie życząc powodzenia.


W myślach wysłałam mu falę miłości.


— Sklep mięsny? — pomyślałam, stając na środku ulicy. Dla mnie, wegetarianki od 12 roku życia (miałam 27), wizja pracowania w sklepie mięsnym zdawała się nie do pomyślenia. Czułam jednak, że nie mam wyjścia.


Wzdychając ciężko zaczęłam szybkim krokiem poruszać się w stronę wspomnianego bazaru. Miałam na sobie krótką spódniczkę nie wiedząc jeszcze wtedy, że nie jest dobrym pomysłem wybierać się tam ubraną w ten sposób.


Zlokalizowałam bazar bez żadnego problemu.


Wszędzie poniewierały się śmieci. Zobaczyłam kilka grupek niepewnie wyglądających mężczyzn.


— Hej, piękna jesteś, mała — usłyszałam i zobaczyłam jak kilku z nich idzie za mną. — Chodź tu, chodź do mnie.


Słowa francuskie wplatane były pomiędzy całe zdania wypowiadane po arabsku. Nie rozumiałam więc wiele. Udawałam, że mnie to nie dotyczy i szłam dalej, chociaż w sobie trzęsłam się jak galareta.


Oni podążali za mną.


Nagle jeden z nich chwycił mnie za ramię i siłą zmusił do zatrzymania.

Serce prawie wypadło mi z piersi, zaczęłam niemal biec.


Pogoda zaczęła robić się brzydka, a niebo szare, tak jak moje myśli. Czułam się, jakbym uczestniczyła w scenie z horroru. Tak naprawdę brakowało tam tylko twarzy laleczki Chucky, która słodkim głosikiem obowieszcza:


" Cześć, jestem Chucky, pobawimy się”?


Puściłam się biegiem. Kiedy ujrzałam przed sobą wielkie kawały mięsa piętrzące się za szybą, poczułam zażenowanie, ale przede wszystkim ogromną ulgę. Znalazłam.


Weszłam do środka i obwieściłam, że szukam pracy. Porozmawiałam z młodym chłopakiem, który stał za ladą.


— Teraz nie szukamy nikogo.


— Poważnie? — wyrzuciłam z siebie.


— Tak, ja wiem, w Marsylii ciężko jest z pracą. — odpowiedział. — Fakt, że twój francuski nie jest jakiś dobry zdecydowanie nie ułatwia ci tego i tak trudnego już zadania. I ten akcent. Ale zostaw mi swoje cv, popytam znajomych. Nie martw się. — dodał, wpatrując się we mnie.


Popatrzyłam na mięso rozdzielane w dłoniach przez drugiego pracownika i coś podeszło mi do gardła.


— Jeśli możesz to dla mnie zrobić, będę bardzo wdzięczna.


— To twój numer telefonu? — wskazał na punkt w moim cv.


— Tak.


— Zadzwonię.


Kiedy wyszłam ze sklepu niebo było już bardzo szare, opadały na ziemię wielkie krople deszczu. Prawie zabiłam się o puszkę po napoju która znalazła się pod moimi nogami. Znów zaczęli zaczepiać mnie ci sami mężczyźni, co na początku. Bardzo się bałam. Biegłam i biegłam, aż znalazłam się przy głównej ulicy. Łzy na moich policzkach mieszały się z deszczem.


Zaczęłam podążać w stronę domu. Moje ubrania przypominały już mokrą ścierkę do podłogi, ale była to ostatnia rzecz o jakiej myślałam. Tak naprawdę czułam się, jakby wszystko ze mnie uleciało.


— Hej, chodź pod doszek, bo pada! — usłyszałam.


Nie wierzę. Znowu jakiś facet. Spadaj na drzewo, banany prostować — pomyślałam rozpaczliwie, mechanicznie wręcz kuląc się w sobie.


— No chodź, pada!


— Nie, dziękuję — wycedziłam przez zęby i szłam dalej.


Znalazł się obok mnie w deszczu. “A może mogę cię zaproisić na kwę?” — uśmiechnął się.


Moja irytacja osiągnęła apogeum.


— Nie, nie, nie, nie! — krzyknęłam wręcz. — Proszę zostawić mnie w spokoju!


Mimo wszystko szedł za mną jeszcze kilka ładnych metrów.


Kiedy zamknęłam za sobą drzwi mieszkania, poczułam niewysłowioną wręcz ulgę. Zrzuciłam mokre ubrania i wstawiłam wodę na herbatę. Dźwięk czajnika brzmiał jak najpiękniejsza melodia. Kiedy tak się w nią wsłuchiwałam, usłyszałam dźwięk smsa.


Chwyciłam telefon. Odczytaj wiadomość tekstową.


“Cześć, to ja, chłopak z mięsnego. Mam dla ciebie pracę. Chodzi o sprzątanie w ośrodku dla dzieci. Czy jesteś zainteresowana? Wiem, to tylko sprzątanie, ale zawsze coś na dobry początek”.


Jakby ktoś nacisknął przycisk. Miejsce smutku zajęła wielka ekscytacja, radość i wdzięczność.


“Oh, oczywiście!! Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Bardzo, bardzo mi pomogłeś!” — odpisałam szybko.


Wtem moje ręce zaczęły trząść się jak galareta, gdy przyszła odpowiedź.


“A dostanę prezent?”


“Jaki prezent?” — wystukałam na klawiaturze.


“Ciebie”.


Rzuciłam telefonem o ścianę tak mocno, że rozbił się na kawałki. A ja już nie wytrzymałam. Opadłam na łóżko zanosząc się szlochem.


W tamtym okresie działo się sporo, a ja zaczęłam mieć sny, które później wszystkie działy się w świecie rzeczywistym z zawrotną prędkością.


Chodziło nawet o sprawy małe i błache. Czułam się jak kukła i marionetka. “Czy ja mam jakikolwiek wpływ na moje życie?” Byłam przerażona. A przerażona to nawet zbyt małe słowo. — rozmawiałam ze sobą w myślach, — “Czy jestem tylko bezwolną marionetką? Czy kiedy zmienię decyzje, zmieni się przyszłość? Czy wszystko jest definitywne?” — pytałam, gniotąc poduszkę.


Obudziłam się pewnego dnia rano i rozejrzałam po pomieszczeniu. Moja piękna kawalerka przedstawiała sobą burdel mojego umysłu. Po całej podłodze porozrzucane były ubrania i buty. Zlew piętrzył się stosem niezmytych naczyń. Nie wiem jak dawno temu ostatni raz wyrzucałam śmieci. Koło komputera stały kubki po kawie.


Wiadomość. Od Kuby.


— Jak się czujesz?


— Jak gówno. — odpisałam i przykryłam głowę poduszką.


— Oj, nie poznaję cię.

A teraz powiedz, jak kochasz

Poczułam w sobie gniota. I z tym oto gniotem wybrałam się na spacer. Poległam przy najbliższym skupisku palm. Położyłam się na trawie i wszystko we mnie zaczęło pulsować.

Energia żywej ziemi bezbłędnie odnajduje drogę.

“Wszechświecie kochany — zwróciłam się do niego w sobie. — ostatni czas to bal chaosu i sprzeczności w przejawieniu. Czuję zmęczenie. I mam gniota. Odpuść już trochę, dobra? Może dasz mi jakąś wskazówkę? Przestrzeń serca, oczywiście. Tam nie istnieje to wszystko. Tylko, że teraz trudno mi tam wejść” — przyjrzałam się otaczającej mnie przyrodzie. Niebo, zieleń. Serce zamknięte na cztery spusty. Kontemplowałam, kontemplowałam, jakby w oczekiwaniu, że odpowiedź spłynie do mojego serca śpiewem ptaka czy tańczącym na wietrze liściem palmy. A ja ją uslyszę. “Nawet przedmioty mi się psują! Talerze pękają mi w rękach, a ja się tak staram! " — poskarżył się umysł.

Cała moja podświadomość odczuwała gniot a slowo ‘akceptacja’ stawało jej w gardle. Westchnęłam…

Zamknęłam oczy, zaczęłam oddychać i nagle wszystkie pytania zdały mi się nieistotne… Jestem…

‘Jacy my jesteśmy zabawni.. My, ludzie’ pojawiła się myśl, we mnie i jakby poza mną — Oh, przestań klekotać — powiedziałam do siebie w lekkim rozbawieniu i znów oddałam się ciszy.

Lecz myśl płyneła dalej.

“Mówimy, że kochamy drugą osobę i faktycznie, a jednak denerwujemy się, gdy nie postąpi w zgodzie z naszymi oczekiwaniami. Mówimy, że kochamy ziemię i faktycznie, zachwycimy się błyszczącą od deszczu trawą, jednak zostawimy w niej wypalonego papierosa kilka metrów dalej. Mówimy, że kochamy siebie i rzeczywiście uśmiechniemy się do swojego odbicia, jednak za chwilę znajdziemy na twarzy zmarszczkę i zaczniemy się krytykować. Mówimy, że kochamy zwierzęta i w gospodarstwie rozczulimy się małą świnką, pogłaszczemy, pogadamy do niej… A potem wrócimy do domu i wpieprzymy cały talerz wieprzowiny. Na zasadzie rezonansu otrzymujemy więc taką miłość, jaką dajemy. Gdyż nie istnieje nic, co nie jest miłością.” — gwałtownie usiadłam na trawie. Obok przechodziła grupka ludzi — Oui- ktoś odpowiedział komuś. OUI — odpowiedzialam sobie w sobie. — A teraz mała powiedz mi, jak kochasz…

Francuski sen. Krok do przodu

“No dobra, to co dziś zjemy?” — zapytałam samą siebie, otwierając lodówkę. Moim oczom ukazała się pusta przestrzeń. “No tak” — odparłam, zamykając drzwiczki. Sięgnęłam do szafki nad blatem. Zobaczyłam trzy kartony. Dwa ryżu, jeden kusku. Moje brwi powędrowały w górę. “To już coś. A więc, ryż czy kuskus?”


Właśnie jadłam swój obiad, gdy zadzwonił messanger.


— Cześć córka i jak ci idzie? Znalazłaś tą pracę? — rozległ się głos taty.


— Nie zupełnie. — odpowiedziałam przełykając kęs wyjątkowo dobrego ryżu.


— Żartujesz?! Jesteś tu już pełne trzy miesiące. Chyba nawet ponad. I spójrz na siebie! — zagrzmiał tata.


— Może lepiej nie. — odparłam biorąc łyk herbaty.


— Jesteś nieodpowiedzialna. W ogóle nie umiesz sobie poradzić, w ogóle. A tak tu jęczałaś, że Paryż i Paryż. Co ci z tej Francji przyszło? Musisz wziąć się za siebie. Musisz wziąć się w garść.


Postanowiłam pominąć jego słowa skwapliwym milczeniem.


— Masz co jeść?


— Przecież jem! — demonstracyjnie uwypukliłam ruch przeżuwania, który właśnie się odbywał.


— Z czego zapłacisz następny czynsz?


— Jakoś będzie.


— Takoś będzie, że wylądujesz na ulicy. Jesteś nieodpowiedzialna. Nieodpowiedzialna! Zabieraj walizki i jedź do Polski. Albo wracaj do Stanów.


— Nie.


— Jesteś uparta jak osioł, jak osioł!


— Jestem zodiakalnym baranem i coś w tym jest.


— Dobra, dobra. Żarciki żarcikami, a życie życiem....Dobra, wyślę ci pieniądze, na czynsz. Na tą twoją mówiąc prosto — fanaberię!


— Tato, nie musisz.


— Nie srusisz. Wyślę, bo chcę. A ty zyskasz więcej czasu.


“Dziękuję, tato” — pomyślałam, odkładając słuchawkę.


Wstawiłam naczynia do zlewu i znowu rozległ się sygnał. Ktoś dzwonił.


Francuski numer. Odebrałam.


To był mężczyzna z drugiego urzędu. Z propozycją pracy.


Hotel pięciogwiazdkowy. Sprzątanie.


— To nie jest lekka praca, poradzi sobie pani?


— Oczywiście, że sobię poradzę.


— Zacznie pani w poniedziałek.


yes, yes, yes, yes.


Music time.


Niech mówią co chcą,


Ja jestem wierna snom


I sama dobrze wiem,


Gdzie jak i co.


Nauczył mnie czas,


Upada się żeby wstać.


Uciekam stąd,


W nudy mgle nie chcę żyć!


Czy do stracenia coś mam?


Chyba nic!


Nie poddam się, mnie nie złamie nic!


Każda z trudnych chwil tylko doda sił!


Marzenia są w nas, nie trzeba nic tylko chcieć!


Kto się nie boi ten już górą jest!


Choć nie ma lekko, nie przejmuj się!


Raz zrobisz błąd, drugi raz już nie!


Więc nie bój się!


Paulina Przybysz, Nie bój się chcieć

Pamięć komórkowa

O nieuświadomionych emocjach. Czasem jest tak, że nie do końca zdajemy sobie sprawę co w sobie nosimy. Albo wydaje się, że już nie nosimy, a tu nagle pojawia się sytuacja, która naciska stare przyciski. Czasem reakcja leci z głowy, czasem bezpośrednio z pamięci komórkowej. Pamiętam jak dziś,, kiedy wchodząc do supermarketu zobaczyłam kasjera bardzo podobnego do mojego starego francuskiego znajomego. W głowie stwierdziłam — tak, jest podobny, ale przyjęłam to świadomie, na chłodno, w mojej głowie nie pojawiało się więcej myśli i nie odczuwalam zupełnie nic wielkiego. Nic nie generowalo się ze mnie w danym momencie, byłam bardzo spokojna i zadowolona wręcz, to był dobry dzień. I nagle, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam, że trzęsą mi się ręce. Wyciągnęłam je przed siebie i zaskoczona obserwowałam ich galaretowate drgania. “Nie wierzę” — pomyślałam obserwując dłonie które wykonywały w powietrzu ruchy oceanu. Przeglądałam im się zdziwiona i zainteresowana, po chwili nawet zafascynowana. Reakcja mojego ciała nie miała nic wspólnego z obecnym stanem rzeczy, lecz z pewnym wzorcem emocji zapisanym w pamięci komórkowej, który samoistnie odpaliły się sytuacyjnie, bez mojego podsycania, a nawet jakiegokolwiek udziału. Wyszłam stamtąd, a ręce dalej drżały. “No jaja jak berety” — pomyślałam kontemplujac je jak dzieło sztuki z przestrzeni obserwatora. “cóż za doskonały mechanizm”. Byłam zauroczona tym zdarzeniem, doświadczając tworzonej przezeń muzyki, słyszalnej obrazem. Ponieważ ostatnio nie czułam się dobrze, można to określić jako “ciemna noc duszy”, podczas spotkania z moimi znajomymi odpaliła mi się kolejna sytuacja z “kiedyś”, nałożyła się kalka na teraz, a umysł wytworzyl myśl — “o nie, znowu to samo”. Wyszło ze mnie małe dziecko, które zaczęło płakać, krzyczeć i gryźć. Kolaka wylala się ze mnie na otoczenie, ku mojemu zdziwieniu. Niespodzianka. Scena wyglądała jak z komedii dla nastolatek. A może to po prostu było, jakie było… ale to że było to jedno, a to jak my nie umiemy czasem dać sobie zrozumienia i umiemy się samopobiczować, to drugie. Każda sytuacja może być odebrana w różny sposób, jak chociażby widać po tym tekście, ale to poczucie, że mając pewną świadomość już się nie powinno, bywa dreczycielem. A my jesteśmy ludźmi. “Kochajmy siebie w każdej chwili”, nawet gdy coś pójdzie wg umysłu “nie tak”.


To tak do siebie i w tym do was, bo przecież wszyscy doświadczamy gry życia, skacząc przez matriksowe “przeszkody”.


Czasem nie do końca potrafiąc jeszcze zgiąć łyżkę i przejść ponad własne ograniczenia. A ciemna noc jest też doświadczeniem poprzez które możemy głębiej dotknąć siebie. Wszystko jest prawidłowe. Życzę Wam świadomego przeżywania…

Francuski sen. “Pragnę cię”

Byłam tu już trochę, więc naturalnie zaczęłam poznawać ludzi. Jedną z takich osób był bardzo sympatyczny afrykańczyk z dredami opadającymi do pasa. Nie znaliśmy się długo, ale można powiedzieć, że komunikacja toczyła się. Znał język angielski, więc można było się nim posilać w trakcie naszych rozmów.


Wkrótce przedstawił mi też swojego kolegę, francuza.


Pewnego dnia umówiliśmy się w małym parku przy plaży. Usiedliśmy na ławcę i zaczęliśmy rozmawiać. Nagle chłopcy powiedzieli, że pojedziemy teraz na chwilę do ich znajomych, a potem może trochę na plażę.


Kiedy podprowadzili mnie do samochodu instynkt ewidentnie podpowiadał mi, żeby do niego nie wsiadać. Nie posłuchałam siebie jednak. “Wyolbrzymiasz” — powiedziałam w myślach i usadowiłam się na tylnim siedzeniu.


Jechaliśmy, a z odtwarzacza sączyły się popularne amerykańskie przeboje. Wiatr z otwartych szyb rozwiewał mi włosy. Wszyscy zaczęliśmy tańczyć w rytm muzyki na siedząco, można powiedzieć, że zrobiliśmy sobie małe disco w samochodzie.


Auto zatrzymało się. Weszliśmy schodami do jednego z bloków. Przedstawiono mi mężczyznę, który tam mieszkał.


Był bardzo inteligentny i przyjemnie mi się z nim rozmawiało.


Minęła dłuższa chwila, zanim zorientowałam się, co się dzieje. W mieszkaniu ważono narkotyki.


Afrykańczyk zniknął gdzieś.


Zachowując zimną krew siedziałam dalej, ale ponieważ obawy zaczęły wzrastać wyszłam do kuchni na papierosa. Nie minęło dużo czasu, aż pojawił się przy mnie znajomy z dredami. Totalnie naćpany, lub najarany trawą. Nie mam pojęcia.


Chwycił mnie za ramię i rzekł po prostu


— Pragnę cię.


Zakręciło mi się w głowie. Zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Byłam zamknięta w mieszkaniu, nawet nie wiedziałam gdzie, w którym ważono narkotyki, z trzema facetami, Jeden z nich właśnie stwierdził, że mnie pragnie.


— Ale ja ciebie nie pragnę. Odsuń się. — rzekłam pewnie, jednocześnie zerkając w stronę okna i rozważając, czy dużo zrobię sobie krzywdy, jeśli będę zmuszona z niego wyskoczyć. Nie jest tak wysoko,,.


— Zostaw ją. — powiedział francuz, który nam towarzyszył. Zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje i pilnował mnie do samego końca.


Byłam mu niesamowicie wdzięczna. Gdyby nie on, prawdopodobnie przyszłoby mi nieco bardziej zapłacić za swoją głupotę, za nie posłuchanie swojego instynktu.

Francuski sen. Co tu robią strażacy?

— Agnieszka, chodź ze mną. — powiedziała guwarnantka prowadząc mnie do pokoju, który dopiero co skończyłam sprzątać. Spójrz, spójrz tutaj. Co to jest? — wskazała na czarną smugę na podłodze.


— To cień — odpowiedziałam, zerkając na nią z niedowierzaniem.


— Ah, tak, masz rację.. to cień…


Praca faktycznie nie była łatwa. Szczerze mówiąc zdarzało się, że po skończonej dniówce, schodząc ze schodów wielkiego hotelu siadałam na ziemi, bo tak kręciło mi się w głowie, że nie byłam w stanie dojść do ławki. Praca pokojówki sama w sobie jest ciężka. A co dopiero w drogim hotelu dla osoby, która nigdy wcześniej nie pracowała w ten sposób. W NY wykonywałam wiele prac, sprzątałam też w apartamentach po remontach. Jednak nie ma w ogóle porównania pomiędzy tym, a pracą pokojówki. Nie przedłużyli mi umowy, ale to nie szkodzi. Mając w cv doświadczenie pracy we Francji, do tego z hotelu pięciogwiazdkowego, szybko znalazłam pracę w innym hotelu. Potem w następnym. Z czasem złapałam rytm a’la pokojówka. Też nie od razu, ale śmiałam się bardzo gdy zaczęli podsyłać mi ludzi, którzy pracowali w znanej sieciówce dużo dłużej ode mnie, żebym “pokazała im jak się sprząta”. Ewidentnie zostałam “wytresowana”. Pamiętałam siebie z mojego pierwszego hotelu, potem drugiego, swoją nieporadność, nie mogącą połączyć szybkości z dokładnością. “Wszystko jest kwestią wprawy” — mówiłam, przypominając sobie siebie z ciężkich początków “kariery” w zawodzie.


Jednak pieniądze pozostawiały wiele do życzenia. I szybko zorientowałam się, że nie jestem w stanie utrzymać tej kawalerki i normalnie, godnie żyć. Postanowiłam więc poszukać czegoś tańszego.


Kiedy zadzwonił tata i usłyszał o moich planach, jak to tata w swoim stylu, odrzekł — “Siedź na dupie i się nie ruszaj. Ja ci pomogę, ale przestań się wiercić jak owsik. Po prostu siedź na dupie bo coś zepusujesz. A dopiero zaczęło się układać!”


— Nie chcę brać od ciebie pieniędzy. Już mi pomogłeś. Wiem co robię.


— Co ja ci mówię? Siedź na dupie. Jesteś nieodpowiedzialna.


— Nie.


— Jak osioł.


— Też Cię kocham, tato.


Podjęłam jednak decyzję. Ale ponieważ bardzo lubiłam moją kawalerkę, postanowiłam odwlec trochę tą decyzję w czasie, brałam dodatkowe fuchy licząc, że jednak wszystko będzie stykać.


Jednak Wszechświat postanowił przyspieszyć mój zamiar.


Przyszedł ten dzień. Puściłam muzykę i zaczęłam tańczyć po pokoju.


Miałam bardzo dobry humor. Następnie wyszłam na balkon zapalić papierosa. Kopciłam jak stary kopciuch i delektowałam się wspaniałym widokiem z mojego balkonu. Dumnie rozpościerająca się przed oczami góra urzekała swoim majestatem i pięknem. Chmury tworzyły wzory wirujących baletnic, biegających dzieci, statków kosmicznych. A to o.. co to? jak oko..


Nagle coś mocno huknęło.


Tak, że ciałem poleciałam do przodu, na barierkę. Po prostu mnie odrzuciło. “Co to, cholera. Pewnie sąsiadowi spadła szafa, albo coś”. Naprawdę nie wiem, skąd ten pomysł, że sąsiadowi spadła szafa, ale na tamten moment to wyjaśnienie było dla mnie normalne i logiczne. Wróciłam do pokoju oddając się tańcowi. Do momentu, aż usłyszałam pukanie. Głośne, donośne, nachalne.


— A co to ma być? — pomyślałam zniesmaczona i otworzyłam drzwi.


Oniemiałam gdy do pokoju wszedł strażak. Najpierw jeden. Potem drugi. I trzeci.


— Żyje pani?


— A czemu mam nie żyć? — odpowiedziałam, zaskoczona sciszając muzykę.


— Bo widzi pani, tak naprawdę, stoi pani na niczym…


— eee.. jak to” na niczym”? Wygląda na to, że nie rozumiem.


— Proszę pójść ze mną — powiedział strażak, prowadząc mnie piętro niżej, gdzie otwarte na ościerz były drzwi sąsiada, a jednocześnie właściciela budynku.


Moim oczom ukazał się wielki stół, przepołowiony na pół i.. moment, zaraz… wszędzie wszystko prozwalane i… wtem zrozumiałam. Upadła duża część sufitu sąsiadów, a więc mojej podłogi.


— Mogła pani zlecieć razem z tym wszystkim. Nie zostało dużo pod pani stopami. Tutaj pan (syn) w ostatniej chwili odskoczył. W ostatniej. Oboje mieliście dużo szczęścia. Przyjdą specjaliści. Ocenimy co dalej robić. A teraz musi Pani natychmiastowo opuścić apartament.


— Wrócę później. — powiedziałam (wciąż do końca nie przyswajając sytuację).


— Dobrze. Wkrótce powinno być coś wiadomo.


Kiedy usadowiłam się w dużym Tabacu z kuflem piwa przed sobą, zaczął powracać obraz, który dopiero zobaczyłam. Był on naprawdę przerażający. Zdewastowane mieszkanie, Kawał sufitu na dole, ten stół. Przecież mogłam już nie żyć. “No, nie wierzę” — powiedziałam do siebie upijając sowity łyk złocistego trunku. I co teraz będzie? -myśli piętrzyły się w mojej głowie.


Kiedy wróciłam, okazało się, że mogę zostać. Zostałam więc, trawiąc jeszcze trochę to, co zobaczyłam, ale jednocześnie byłam spokojna. Moja podłoga jest mimo wszystko ok. “Złego diabli nie biorą” — zażartowałam upadając na łóżko.


Rano wyszłam z domu. A kiedy wróciłam i otworzyłam drzwi do klatki schodowej usłyszałam małe zamieszanie. “Agnieszko.” — powiedział sąsiad. — “Przykro mi, ale musimy opuścić budynek”. Z góry zszedł specjalista. “Pani podłoga nie jest stabilna. Nie jest bezpieczna. Tak naprawdę, mogła pani spaść ostatniej nocy. Ma pani 5 minut żeby wziąć najpotrzebniejsze rzeczy. W asyście.


— Ale jak to jest możliwe?? — zapytałam w zdumieniu.


— Możliwe. Pójdą państwo do hotelu, ubezpieczyciel pokryje koszty.

Francuski sen. Ratunek: ubezpieczenie

Zamknięłam drzwi do mojego hotelowego pokoju. I poczułam jak zalewa mnie fala gorąca. Przecież mogło mnie już nie być, ale jestem. I trzeba, żebym była silna. Poczułam rozżalenie. Nie maż się — powiedziałam do siebie w myślach. Jak będziesz tak reagować na każdą życiową sytuację, która jest nieco mniej komfortowa, daleko nie zajedziesz.


I tym oto sposobem zadałam kolejny gwałt na sobie, nie pozwaliając poczuć, co czułam. Rozpoczął się powolny proces zamykania swoich emocji w sobie, chociaż zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.


Nie zdawałam sobie sprawy, że prawdziwą siłą jest głębokie pozwolenie sobie na czucie emocji, bez klasyfikowania ich i oceniania jako “złe”, “dziecinne”, czy cokolwiek jeszcze umysł powie na ten temat. Zwróćcie uwagę, że tego, czego najbardziej boi się człowiek to nie są wcale sytuacje, ale raczej emocje, jakie mogą się w związku z nimi pojawić. A więc boimy się najbardziej siebie samych. A najtrudniejszą rzeczą na świecie zdaje się spotkanie z tym co czujemy, oraz przyjęcie tego — bez klasyfikacji.


Przytulenie siebie i swojego wewnętrznego dziecka we wszystkim i mimo wszystko, ze wszystkim. Bez umniejszania, czy wyolbrzymiania, lecz z prostą obecnością, w której kryje się najczystszy przejaw miłości.


Popatrzyłam na wydrukowane już bilety do Polski, gdzie wybierałam z wizytą. Co robić w takiej sytuacji? Okazało się, że nie ma żadnych przeciwwskazań, żebym leciała. Otworzyłam walizkę i zobaczyłam starą, francuską karuzelę, którą dostałam w szkole średniej w prezencie na święta od mojego wychowawcy. Jeden konik odpadł. Znajdował się poza karuzelą.


Wzięłam go na tym kijku, popatrzyłam i pomyślałam — “No to uwolniłeś się, stary”.


Ja nie byłam jeszcze wtedy “uwolniona” od moich własnych spętanych myśli, pogodni za marzeniem i determinacją, co jak wydawało mi się stanowi siłę. Parcie. Mimo wszystko. Uśmiech, mimo wszystko. Wiecie, jak ten koń w wozie. Bat, jedź. Nie masz siły? Przestań, jedź — bat drugi. Upadłeś, kurde wstawaj, bat trzeci, Co z tego, że nie masz siły? Jednak przyjdzie moment, gdy po kolejnym ciosie zadanym przez woźnicę koń już po prostu nie wstanie. Bo nie ma siły, bo potrzebuje odpocząć i napić się wody,. Ten ból zadawany przez człowieka na wozie nie pomaga. Nasz umysł, nasz wybór to często taki woźnica. A nasza istota, to ten koń. Jesteśmy ludźmi i po prostu potrzebujemy być wysłuchani i przyjęci takimi, jakimi jesteśmy. Przez siebie. A cała reszta, staje się następstwem.


Zapcham się kolejną afirmacją.


Nie pamiętam, czy było to wtedy, czy trochę wcześniej, ale jadąc do pracy wysiadłam na dworcu Saint Charles. Stamtąd ruszyłam do pracy. Potem usłyszałam, że niewiele czasu po moim opuszczeniu dworca, ktoś chodził i oblewał tam ludzi kwasem. Tak po prostu. Dzięki Ci, Boże.


W Polsce utrzymywałam wciąż kontakt z moim assurance. Dostałam informację o dwóch dobach hotelowych zapłaconych dla mnie po powrocie. A potem? Nie wiedziałam. Zaczęłam więc szukać pokoju już w Polsce. Pokoju, który potem odmówiłam. Otrzymałam informację, że będziemy już wszystko organizować na miejscu. Zabrałam walizki i wróciłam.

Połaczeni poprzez współodczuwanie

Kiedy wracałam do Francji po krótkim pobycie w Polsce, na lotnisku w Krakowie stanęłam w kolejce do odprawy. Przede mną stała para z dwójką dzieci. Tata trzymał na rękach małą dziewczynkę, która wpatrywała się we mnie. Kocham dzieci. Ich niewinność, czyste, szczere spojrzenie, tak bliskie źródłu w jego najwyższej esencji. Moje serce drgnęło wzruszeniem — jak zawsze, gdy widzę dziecięce oczy. Uśmiechnęłam się, a dziewczynka też się uśmiechnęła, całą sobą, łącznie z tymi swoimi oczętami, które zapaliły się jak wesołe iskierki. I tak patrzylysmy na siebie. Nagle rodzice zaczęli się kłócić, a tata postawił dziecko na podłodze. Dziewczynka podniosła główkę i znów spojrzała na mnie. Zajął mnie ocean smutku w który w mgnieniu oka przekształciły się niebieskie tafle jej oczu. Bezradność, smutek na przeciw tego co robią rodzice. Poczułam to wszystko w sobie. Tata bez wątpienia poczuł też narastającą frustrację mamy dziecka i sfrustrował się jeszcze bardziej. A ja unosiłam się na oceanie, który stał przede mną. Oceanie widocznym w tafli niebieskich oczu. Wiecie, wszyscy generujemy określone energie… Odpowiada na nie nasze własne ciało i cała ziemia. Myślę że za określeniem “pokochaj siebie” kryje się zbyt dużo przywiązania do formy, co podtrzymuje iluzje oddzielenia. Mogłabym bardziej powiedzieć… kochajmy siebie poprzez siebie… Albo używamy formy, którą jesteśmy do odejmowania wszystkiego co jest energia czystej miłości. No nie ma nic, co nie jest nami. Połączeni współodczuwaniem, prawami Wszechświata stanowimy wszystko. Tak mocno poczuta, tak pragnęła się wyrazić… Ta oczywista oczywistość.

Francuski sen. Ratunek: ubezpieczenie, część druga

Mijała druga doba hotelowa, a ja nie otrzymałam jeszcze informacji, co dalej. Nie mogłam się tam dodzwonić. Na szczęście moja agencja znajdowała się bardzo blisko hotelu. Postanowiłam więc tam iść, żeby wyjaśnić sytuację.


— Ależ miała pani wykupiony najniższy assurance — odpadł beznamiętnie mężczyzna za biurkiem.


— A więc co? — zapytałam podnosząc głos.


— Nic. Nie przysługuje pani już hotel.


— Przecież powiedziano mi, że będziemy rozmawiać na miejscu. Dlaczego nie dostałam tej informacji wcześniej??


— Powtarzam, miała pani najniższy assurance.


— I co teraz? Mam zostać z walizkami na ulicy?


— Nie mogę nic dla pani zrobić.


Wybiegłam stamtąd szybko.


W hotelu chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do mężczyzny, który miał wynająć mi pokój, a z którego zrezygnowałam. Nie odebrał. Miałam dwie godziny, żeby nie znaleźć się na środku ulicy bez noclegu. Zaczęłam szukać i dzwonić. Ludzie nie odbierali telefonu albo mówili, że to już nieaktualne.


— Kurwa mać — klęłam sowicie, dzwoniąc raz po raz na każde pierwsze lepsze ogłoszenie i kopcąc fajki jak nawiedzona.


Nagle dzwoni telefon. To był pan od pokoju numer 1. Oddzwonił. W skrócie opisałam mu swoją sytuację i zapytałam, czy to jest jednak jeszcze aktualne.


— Tak, proszę zabrać rzeczy i przyjechać. Lokacja znajduje się nieopodal metra Saint Just.


Zabrałam niewielką walizkę, którą miałam i czując buzujące jeszcze we mnie emocje, ruszyłam w kierunku metra, by jechać na wspomnianą stację.

CZĘŚĆ DRUGA

Francuski sen. Przeprowadzka do dwunastej dzielnicy

Na drugi dzień po przeprowaddzce rano ruszyłam do pracy, w stronę metra. Niebo było jeszcze ciemne. Szłam i rozmyślałam, ulice były niemal puste. Jeździły nieliczne samochody. I wtem kierowca jednego z nich stracił panowanie nad kierownicą. Przejechał kilka metrów ode mnie, na chodniku. Zobaczyłam jak troszkę dalej zderzył się z czymś, zaczęły mu odpadać blachy, a w powietrzu poczułam intensywny swąd spalenizny. Moim pierwszym odruchem było spojrzenia w dół, jakbym sprawdzała, czy jeszcze mam nogi. “Matko kochana” — pisnęłam czując jak moje ciało wpada w histeryczne odruchy nerwowe.


Ludzie z auta przeżyli.


A ja zaczęłam się czuć, jakbym bawiła się w Oszukać Przeznaczenie 15.


Wszechświat dawał mi wskazówki poprzez te wszystkie zdarzenia: żeby trochę odpuścić, pogrążyć się w ciszy i przyjrzeć się sobie. Żeby przestać pędzić na oślep. Dawał konkretne znaki i konkretne podpowiedzi, co należy zrobić, jak wtedy, wśród palm Parku Borely, poprzez moją własną myśl.


Ja jednak byłam wyjątkowo opornym uczniem.


W dwunastej dzielnicy mieszkałam stosunkowo najkrócej, bo może sześć miesięcy.


Weszłam w tryb pracy niezdrowy dla mnie. Zdarzało się, że było do zrobienia po 23 pokoje dziennie, byłam wykończona, a mój organizm jasno dawał mi znać, że nie tędy droga.


Mimo wszystko zabrałam z tego domu więcej, niż możnaby przypuszczać. Po pierwsze starszy pan, z którym mieszkałam — malował. Jak urzeczona wpatrywałam się widocznym na jego ścianach obrazkom. Widząc moje zainteresowanie, zaczął mnie nawet uczyć sztuki perspektywy, co nie przyniosło efektów, bo zawsze męczyło mnie to, co trzeba zamykać w jakiś ramach. Wolałam polot. Czułam spontaniczny polot. I właśnie tam zaczęłam malować moje pierwsze obrazki. Niektóre zresztą zamieściłam w tej książce. Malowałam dla siebie — stało się to moim sposobem na rozładowanie uczuć, emocji oraz wyrażenia myśli.

Francuski sen. Włamanie

Wyszłam rano do sklepu i kiedy wróciłam, nie mogłam otworzyć drzwi.


— Żarty.. — szarpałam klamkę raz po raz przekręcając klucz w zamku.


Po jakichś trzydziestu minutach zadzwoniłam do starszego Pana. Obwieścił, że jest u znajomych, ale niedługo wróci.


Wybrałam się więc na spacer do centrum miasta. Kiedy znalazłam się spowrotem w domu okazało się, że mieliśmy włamanie.


Złodziej wszedł dachem, zabrał sprzęty. Złodziej… było ich dwóch, bo drugi prawdopodobnie trzymał drzwi, żebym nie mogła wejść do domu. Usłyszał klucz w drzwiach i zadziałał.


Dzięki kamerce znajdującej się koło domu zlokalizowaliśmy twarze włamywaczy.


Jakiś czas potem weszłam do kuchni, zrobić sobie coś do jedzenia. Właściciel domu i jednocześnie mój współlokator czytał książkę, raz po raz rzucając jakimś żartem.


— Jest pan zen. — powiedziałam z pełnymi ustami.


— A co mam zrobić? Włamali się… było, minęło. Gdybym miał teraz się martwić to w jakim celu? Czy to w czymś pomoże? — odpowiedział, jednym okiem wciąż zerkając w książkę.


— Oczywiście, aczkolwiek nie często spotyka się podobną postawę w takiej sytuacji- zauważam.


.– Trzeba być zen, to praktyczne i logiczne — zakończył, uśmiechając się.


Odwzajemniłam uśmiech.

Francuski sen. Spotkanie z bezradnością

Wieczorami często uczył mnie francuskiego.


To był też czas, kiedy po wielu latach wegetarianizmu przeszłam na weganizm. Chciałam to zrobić już wcześniej, ale jakoś tak.. a bo serek dobry, a bo mleko do kawki. Jednak kiedy w internecie ukazał się moim oczom zupełnie przez przypadek obrazek cielaka z podpisem “Zabiłbyś mnie? Nie? To dlaczego płacisz za to innym?”. Uderzyło mnie to tak mocno, że z dnia na dzień odrzuciłam wszelki nabiał. Jestem weganką do dziś, chociaż przez ten czas zdarzyły mi się małe wpadki.


Słowo o szacunku do siebie. Pojechałam do starego mieszkania zabrać rzeczy (wtedy na szybko wzięłam.. prawie nic). To był ostatni dzwonek, bo będą wyburzać piętro, konstrukcja jest niebezpieczna.


Zabrałam ze sobą dużą walizkę, a ponieważ jestem minimalistką stwierdziłam, że wszystko bez problemu się do niej zmieści. Nie zmieściło się. Szpargałów było jak się okazało na walizę i 4 siatki. W normalnym stanie rzeczy człowiek by stwierdził, że zabierze to na jakieś 3 razy. Ale nie ja, skoro taki super hero jestem. Piszę to bardzo ironicznie. “Ileż to dotargać do metra, dam radę..” — pomyślałam, zawiesiłam dwie siatki na walizkę, dwie kolejne wzięłam do ręki. W połowie drogi okazało się, że jednak nie dam rady. Porozmawiałam ze znajomymi, ale nie uzyskałam pomocy. Zdecydowałam się więc zostawić walizkę u bezdomnego, którego poznałam zaraz po przyjeździe i wrócić po nią później. Siatki nie były bardzo ciężkie, ale dużo pracowałam i mój kręgosłup jak się okazało był nieco nadwyrężony. Mijani ludzie nie palili się do pomocy. Za każdym razem słyszałam, że sie spieszą, nie mają czasu mi pomóc, albo po prostu nie odpowiadali, a ja nie lubię prosić o pomoc, zwłaszcza po jednej, drugiej, trzeciej odmowie. Tak więc “dumny hero” idzie dalej.


Po wyjściu z metra złapał mnie ostry ból. Posążek buddy i jedną parę butów zostawiłam przy metrze, kolejne dwie siatki w połowie drogi do domu. Własciciel mieszkania zabrał samochód i pojechał ze mną pod metro. Buddę i buty ktoś wziął, niech mu to służy. Siatki odzyskałam. Przyszłam do domu oboloła, dostałam od pana maść, która bardzo pomogla. Ale byłam zdezolowana. “Trzeba znać swoje limity. Trzeba było zadzwonić — skwitował starszy pan z którym mieszkałam i miał rację. Chciało mi się płakać z bólu i swojego poczucia bezradności z którym się spotkałam w sobie. Ze wszystkim sobie zawsze poradzę, taki cyborg jestem, yhyy..😒 a tu warto uznać swoje ograniczenia. Zaopiekować się sobą z miłością i szacunkiem. Gdybym to zrobiła, już na początku nie wyszłabym z mieszkania z tym wszystkim na raz.


Łzy zaczęły napływać mi do oczu gdy uslyszalam pukanie do drzwi. W progu stanęła mała dziewczynka, wnuczka pana. “Czy cię nie niepokoję? “ — zapytała, a mi zrobiło się ciepło na sercu. “Nigdy mnie nie niepokoisz” — odpowiedziałam. — “Czy mogę pomóc ci układać rzeczy?” — uśmiechnęłam się całym sercem.

Praca, praca, praca…

Cienie, radości, silne duchowe wzloty, mieszały się z trybem pracy, który był nienormalny i zaczął mi ciążyć. Zostałam nieoficjalnie przeniesiona do innego hotelu, gdyż jak mi powiedziano, jestem dyskretna i godna zaufania. Oficjalnie pracowałam w innym miejscu niż to, do którego jeździłam w rzeczywistości. I wtedy przelała się miara. Gdy za cały miesiąc cięzkiej pracy otrzymałam na konto 500 euro ruszyłam, by wyjaśnić sytuację. Machlojki przechodziły wszelkie pojęcie, a ja na coś takiego nie mogłam się godzić. Oczywiście, mogłam rozpętać burzę. Ale miałam poczucie, że nad tym wszystkim trzyma ręce ktoś, z kim nie warto zadzierać. Wzięłam więc płatny urlop i postanowiłam się przenieść. Czułam się wykorzystana i rozżalona. A przy tym bezradna i po ludzku zmęczona.


Pewnego dnia zobaczyłam na facebooku wydarzenie, że na Cours Julien odbywa się odmalowanie kolorowych schodów, symbolu LGBT. Postanowiłam się tam wybrać.

Francuski sen. Metro Saint Just

Podczas jazdy metrem wtranżoliłam się na siedzenie przy oknie, prawie się potykając. Uśmiechnęłam się do siebie i napotkałam na drugi uśmiech. Kobiety siedzącej przede mna. Miała bardzo głębokie spojrzenie, a w jej oczach znalazłam coś tak niedefiniowalnie dobrego, poczciwego, ale i figlarnego, że aż światełko we mnie rozjaśniło się mocniej.


Poczułam wspaniałą energię, która z niej emanowała. Mój wzrok padł na czarnoskórą kobietę stojącą przy drzwiach. Zaparło mi dech w piersiach. Była piekna. Długie, czarne, gęste włosy opadały za pierś. Miała w sobie coś arystokratycznego, dumnego, a jednocześnie znajomego. Zachwyciłam się kolorem jej skóry i kształtem twarzy. Spojrzałam w bok. Dziewczyna z niedbale zaplecionym warkoczem i niewinnym spojrzeniem. Miała pięknie zarysowane obojczyki, długą szyję, a trądzik na jej twarzy dodawał uroku.


Był taki… naturalny… Ona była taka naturalna. Wciągnęłam powietrze i popatrzylam w drugi bok, napotykając na uśmiech szczupłego, czarnowlosego mężczyzny o bardzo delikatnej urodzie. Pomyślałam, że jest po prostu piękny. Wręcz eteryczny, jak ciemnowłosy ksiąze elfów. Bajkowy.


Kobieta z figlarnym spojrzeniem wysiadła, a jej miejsce zajęły dwie arabskie dziewczynki. Jedna z nich miała spojrzenie tak głębokie, że mogłabym w nim utonąć i gdyby się dało, weszłabym w studnię jej oczu, ciekawa, dokąd mnie zaprowadzi. Druga nie była piękna według kanonów społecznych, ale miała w sobie coś oryginalnego, nietypowego, frapującego. Kolejny raz się odwróciłam. Mała dziewczynka stukała zabawką po ręce uśmiechniętej mamy. Mama miała urokliwe, ciepłe zmarszczki mimiczne. Ta zabawka jakby zastukała mi w sercu. Nagle poczułam wzruszenie, tak wielkie wzruszenie, które wprost wypełniło mnie całą. “Jacyż oni wszyscy są piękni”. Starszy pan z niebieskimi oczami utkwionymi w górę, kobieta w turbanie patrząca przez okno. Tak piękni, tak niewysłowienie piękni, tak jedyni w swoim rodzaju. Każdy z nich jest jedyny w swoim rodzaju. Pragnęłam zapłakać nad tym otaczającym mnie pięknem i nad tym, że to dostrzeglam. I gdyby nazwać to niezrównoważeniem psychicznym, chciałabym być niezrównowżona psychnicznie lata całe, bo nagle, nie wiadomo skąd zupełnie, zaczęłam naprawdę widzieć… przyszło to tak nagle. Ci piękni ludzie, doskonałe lustra w których się przeglądam, jak w tafli wody. Wszystko jest tak.. Doskonałe. Lecz oczy nasze jak za mgłą. Nauczyć się patrzeć...nauczyć się widzieć każdego dnia. Lub może — pozwolić sobie na to, by widzieć. Nas — doskonałe formy poprzez które świętość doświadcza siebie.…kocham Was choć bywa, że coś we mnie o tym zapomina…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
drukowana A5
za 38.99
drukowana A5
Kolorowa
za 70.29