drukowana A5
35.57
drukowana A5
Kolorowa
65.42
Francuski sen

Bezpłatny fragment - Francuski sen


Objętość:
269 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8221-095-8
drukowana A5
za 35.57
drukowana A5
Kolorowa
za 65.42

OPOWIEŚĆ O JEDNOŚCI

Miłość jest tylko jedna

Przedmowa

Wszystko jest energią. Ja wierzę, że ta energia jest Bogiem, który patrzy przez nasze oczy i dotyka naszymi dłońmi. Wierzę, że Bóg jest każdym drzewem i każdym powiewem wiatru. Każdą decyzją i brakiem decyzji.


Wierzę, że poprzez nas i poprzez nasze doświadczenia Bóg dotyka sam siebie, sam siebie odkrywa, doświadczalnie, na nowo. I sam gra z sobą na kruchych deskach teatru złudzeń.


Wierzę, że Bóg jest wszystkim, a jednocześnie czymś większym od wszystkiego.


Wierzę, że każda z naszych dusz, które łączą się w jedną duszę z bijącym sercem Wszechświata wybrała miejsce i okoliczności, w których chce się urodzić. Oraz aspekty siebie, którym chce się przyjrzeć.


Wierzę, że każde zło rozkwita, by wrócić do siebie i zostać przetransformowane w dobro, czyli tą najczystrzą esencję Nas. Że pomaga nam ono w powrocie do Prawdy, więc na głębszym poziomie ono nawet nie istnieje.


Ta książka opisuje moją ponad trzyletnią drogę przez francuskie uliczki, ale nade wszystko drogę w głąb siebie.


Chciałabym podzielić się z Wami tym, czego się dowiedziałam, nauczyłam, lub po prostu… sobie przypomniałam poprzez liczne doświadczenia i ludzi, których spotkałam na swojej drodze.


Historia opisana w tej książce jest prawdziwa. Jednak w tym wszystkim nie chodzi o moją historię, lecz o Waszą historię, którą tkacie każdego dnia na mocy podjętych wyborów, myśli, działań, otwartości, lub jej braku.


Chciałabym powiedzieć Wam, byście kochali swoją historię i tą pozornie kruchą, zagubioną czasami istotę, którą jesteście.

Tak naprawdę ona ma tylko Was.

Bo nie istnieje nic innego, niż Wy.


Tym tekstem chciałabym przekazać Wam wartość otwartości i zaufania. Opowiedzieć o tym, że prawdziwą odwagą jest czasami “nie wiedzieć” i zaprosić do refleksji na temat celu i motywu “drogi” oraz tego, co jest dla Was naprawdę ważne w życiu, czym warunkujecie swoją wartość i wartość swoich doświadczeń, swojej historii.


Mam nadzieję, że mi się to uda.


W książce znajduje się dużo moich przemyśleń odnośnie Boga i duchowości. Jeżeli temat ten z Tobą nie rezonuje, możesz je pominąć przechodząc od razu do CZĘŚCI PIERWSZEJ.


Wiem, że nie zaczyna się zdań od “ale”, jednak ja często zaczynam, ponieważ ma to dla mnie inny wydźwięk.

To samo z przecinkami, nie tnę wszędzie, bo pocięte według zasad zdanie często mi po prostu — jako mi, nie pasuje. Mam nadzieję, że nie będzie Wam to przeszkadzać.


Życzę wszystkim dobrej lektury,


Agnieszka Chaberek

O wyrażaniu się w świecie form i stracie

A więc opuściliśmy dom by wybrać się do uwarunkowanego, fizycznego świata i doświadczać poprzez siebie.

Tańcząc na kruchych deskach przywiązań zapragneliśmy w JA by to co tu zdobędziemy lub stworzymy w formie dane nam było “na zawsze”. “Na zawsze”… Czymże to jest? I przecież to niemożliwe. Zamykamy serce na siebie, na drugiego człowieka z lęku przed przed bólem, bo uwierzyliśmy, że emocjonalny ból utraty czegoś, do czego przywiązał się umysł jest czymś, z czym możemy się utożsamić. Zablokowaliśmy naturalny przepływ ekspresji bo uwierzyliśmy, że musimy walczyć i domagać się by przetrwać. A w rzeczywistości jesteśmy wieczni. Nauczyliśmy się, że miłość jest prawdziwa lecz tożsama z bólem, a miarą miłości nazywamy imaginację dopełnienia i obietnicę spokoju darowaną na zewnątrz nas zapominając, że zewnętrzne nie istnieje. Nasze ja popadło w nałogi, kompulsje, obsesje i destrukcje chcąc uciec przed czymś, czemu niegdyś nadało moc swojej uwagi. Nasze ja nauczyło się pragnienia posiadania, deklaracji i ich wypełniania, obietnic, słuszności zobowiązań bo zapomniało że jest wolne, a Bóg nie zmieści się w ciasnej klatce. Zapomnieliśmy czym jesteśmy. Nauczyliśmy się szarpać z weszechświatem wierząc, że gdy odziera nas z iluzji by zbliżyć nas do siebie samych, staje się wrogiem i okrutnikiem. Zabłądziliśmy. Wciąż próbując wrócić do esencji zapominając, że wciąż w niej jesteśmy a ona jest w nas, na dnie naszych serc. Że ona nie potrzebuje, nie domaga się, nie walczy, lecz akceptuje i kocha bez względu na treść. Bo taka jest prawdziwa miłość. Nie ma twarzy, preferencji. Cierpie bo tego nie posiadam, bo moja rola jest bez tego wybrakowana. Rola nie jest wybrakowana. Ona po prostu jest. Tak misterna i krucha w teatrze złudzeń, nadana ręką miłości. Czy wyrazimy się poprzez te role, czy przyjmemy nauki jakie z nich płyną, czy w kołowrotku bez końca warunkować będziemy wszystko czym nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy…? Jakiż to dar cudny i jedno z narzędzi nam danych, nasz dar wyboru…❤

Tragi-komedia

I ileż jeszcze warunków przyjdzie nam spełniać, by zasłużyć? Co jeszcze trzeba osiągnąć, mieć, jak bardzo się… nie zgubić, by w grze porównań powiedzieć sobie — zasługuję? By w wyścigu o nieistniejące trofeum zagrać widoczną rolę? Sprzedając serce w imię iluzji, okruchu sztywnego oklasku widowni i ile razy odłużonym fajerwerkami, obietnicą węża, gubiąc uważność, upuścić je na ziemię? Masz, bierz, wyciągnięte z piersi wciskać innym w przydrożnych uliczkach? Zapominając, że to trofeum jest tym co tak daleko od siebie w dłoniach jest trzymane… naszych dłoniach, nasze serce. I idziemy my ludzie a w dłoni daleko od siebie trzymamy swe serca malując na niebiesko, zielono i żółto, by znalazł się kupiec. A kupiec tylko patrzy czy wystarczająco żywotne i kolorowe, by jego sercu trochę pędu nadać, bo jego też coś kurde, kiepsko hula, ściśnięte sztywną wstążką lęku. Idzie dziecko Boga… Idzie całość, bez warunków piękna. Jedno serce niesie, w wielu formach jednego ciała.

Niewinność i delikatność

Czasem zdarza się, że spotykamy osobę dziecinnie niewinną, czystą, dobrą i delikatną, pielęgnującą wartości wewnętrzne, dbającą o swoje serce dla siebie, dla swoich bliskich i pośrednio — dla nas wszystkich. Takie spotkania to są zawsze święte spotkania. Mi zdarzyło się takie odbyć. I napełniły mnie one wzruszeniem oraz nadzieją, że na mojej drodze spotkam jeszcze więcej takich ludzi. W dzisiejszym świecie, w sposób wypaczony zbyt często nazywamy wrażliwość i delikatność — słabością, niewinność — naiwnością zapominając, a często nie wiedząc, że w tym właśnie tkwi siła … i potencjał, który gubi się, gdy ruszamy wyścigiem szczurów i zaczynamy “walczyć” na każdym z życiowych pól. “Cóż za odwaga!” — tak często nazywamy tego typu działania. “Cóż za siła!”. Ah, nie. Jeśli czujesz, że musisz zbroić się i walczyć oraz ścigać każdego dnia, szarpać się z życiem — to to właśnie jest słabość. Pokazuje jak czujesz się niepewnie, jak się boisz, jak brak Ci zaufania do siebie, tego świata, Wszechświata.


Tak, to jest pewna forma kalectwa.

Kalectwa, które nasza cywilizacja rozsiewa niczym epidemię. Mimo wszystko nie jesteśmy skazani, zawsze mamy wybór. Czasem wręcz nie mogę uwierzyć, jak wielu wspaniałych ludzi z ogromnymi sercami neguje siebie. Krzywdzi siebie — myślą, słowem, brakiem zaufania do swojej własnej istoty. W gwoli ścisłości — mi też się to zdarza. Łapię się na tym w ostatnim czasie częściej, niż bym chciała. Rodzimy się piękni, czyści, samoświadomi, nie boimy się podejmować prób, upadać i wstawać, kochać bez granic. Towarzystwo dzieci zawiera w sobie światło (spróbuj nie uśmiechnąć się do bobasa, który wyciąga do Ciebie swoje małe rączki). To światło mamy w sobie wszyscy, ale zasypaliśmy je destrukcyjnym przekonaniem, że trzeba się bać, ciągle zbroić, że nie warto kochać i ufać. Nauczyliśmy się tego w słowach, później — doświadczeniach. Lecz trudne doświadczenia to jak kolejny upadek dziecka, które uczy się chodzić. Upadajmy tyle ile trzeba, lecz potem zawsze wstawajmy odbierając wszystkie zdarzenia jakie miały miejsce jako doświadczenie na naszej drodze, ale nie zatracajmy miłości, bądźmy w ciągłym kontakcie ze sobą, ze swoją najczystszą esencją, zawsze ze sobą, zawsze ze wsparciem dla siebie, zawsze z akceptacją tego co i tak już jest. To miłość jest najważniejsza i to miłość transformuje, to miłość buduje.


To jak, wstajemy dzisiaj? Ja tak. Zobaczymy co przyniesie ten dzień, a moją uwagę chcę skierować na to, co najlepsze.


Wykorzystajmy go na realizację marzeń, budowanie harmonii wewnętrznej, wykorzystajmy go na miłość.

Opowieści umysłu

“Dopóki nie patrzy się na ludzi, ludzie nie istnieją, ukazują się jak postacie na ekranie telewizora, dopiero wtedy, gdy człowiek skieruje na nich wzrok. I żyją w jego myślach, aż nie zastąpi ich nowy obraz. /Jerzy Kosiński.


Umysł tworzy opowieści. Te same odcinki opowieści mogą zmieniać się 5 razy na minutę i stawać zupełnie czym innym. Poprzez interpretacje i koncentrację uwagi. Niby każdy to wie, niby ja to wiem, ale tak teraz z tym …


zabawnie mi.

“Bo ty jesteś taka duchowa”

“Bo ty jesteś taka duchowa” — mówią ludzie. Owszem, czuję bardzo silną łączność z Bogiem, ze żródłem. Automatycznie niesie mnie w kieruku czucia, otwartości, w przestrzenie poza formą. Ale, no wlaśnie. Jestem “zesrana” w materię i latam. Moja droga znajoma zawsze śmieje się w kwestii ugruntowania energetycznego podkreślając -" najpierw dupa (czakra podstawy) — potem reszta”. Ja od kiedy pamętam miałam pięknie aktywny ośrodek serca, korony, gardła. swobodę przepływu. Ale podstawę i splot pełen śmieci, z dysharmoniami wszelkimi, mocno odczuwalnymi nawet w momentach takich jak leżenie, czy mycie zębów.


Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, wszystkie moje koleżanki chciały zostać aktorkami, piosenkarkami, lub księżniczkami, a ja… chciałam być zakonnicą. Gdy biegły na podwórko grać w klasy i skakać na skakance, ja prosto ze szkoły szłam do kościoła, żeby pogadać z szefem. Umiejscawiałam go wtedy tak jak większość ludzi, w niebie, a jego domem nazywałam kościół. Musiało minąć sporo czasu, zanim odnalazłam go w sercu każdego człowieka.


Co więcej, urodziłam sie ze zwichniętym bioderkiem i jedną krótszą nóżką, która musiała być trzymana w szynie do momentu, zanim się wyrównała. Bardzo długo też brzydziły mnie ludzkie stopy. Nogi, stopy odpowiadają za kontakt z ziemią, materią, życiem w materii.. myślę, że w jakiś sposób zawsze takie życie odrzucałam. Nigdy nie byłam konkretna, ani dobrze do niego dostosowana.


Każdy z nas ma coś z czym się boryka. Czemu przyszedł się przyjrzeć w szczególny sposób.


Myślę, że jednym z moich wyborów była chęć oswojenia materii i zrozumienie, a przede wszystkim pełne doświadczalne odczucie, że nie jest ona niczym od duchowości odrębnym. Wciąż jestem w tym procesie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Francuski sen

Bóg kocha bez warunków żadnych. I słucha, kiedy się do niego mówi. Otula w miłości. Kiedy przeprowadziłam się do Marsylii miałam zdecydowanie duże problemy z mieszkaniem i pracą.


Moim pierwszym miejscem była cudowna kawalerka w dzielnicy uznanej za najlepszą, z pięknym, wielkim oknem balkonowym zajmującym całą ścianę. Uwielbiałam moją kawalerkę. Ale wrosłam w moją sytuację, która mimo pięknej otoczki, nie była kolorowa.


Zacznijmy od początku.


Zamieszkałam we Francji, bo to było moje marzenie. Nie dlatego, że musiałam, nie dlatego, że chciałam zarobić fajne pieniądze, tylko dlatego, że po prosu ciągnęło mnie do tego miejsca. Ciągnęło mnie sercem i pewnego rozaju fascynacją. Kiedy po półrocznym pobycie w Nowym Jorku wreszcie postawiłam stopy na mojej wyśnionej “ziemi obiecanej” wszystko miało być już łatwe. Otaczał mnie mój ukochany język francuski, piękna natura, czułam ogromną ekscytację. Miałam serce gorące, trochę pieniędzy i wizję. Będę pić kawę w uroczych, francuskich kafejkach, szaleć w morzu, znajdę fajną pracę i będę się rozwijać, tylko piąć się do góry. Tylko moje “do góry”, różniło się bardzo od “góry”, które obrał dla mnie Wszechświat, a najpewniej również dusza. Tak naprawe na początku chciałam mieszkać w Paryżu. Jeszcze w Polsce mój pokój przypominał pokój nastolatki zafascynowanej aktorem, czy muzykiem. Tylko, że ja nie byłam zafascynowana aktorem, ani muzykiem, lecz Francją, ze wskazaniem na Paryż. Wieża Eiffla była wszędzie — na ścianie, półkach, stoliku, przemiennie z Katedrą Notre Dame. Na głównej ścianie, przed komputerem, powiesiłam wielką mapę Paryża, którą wzięłam z hotelu podczas ostatniego wyjazdu do “miasta miłości”. Płyty z muzyką francuskojęzyczną spoczywały na półeczce niczym relikwie. A kiedy szłam do nielubianej pracy i mówiąc kolokwialnie chciało mi się rzygać, dodawała mi sił wielka Wieża Eiffla na jednej z półek. Dostawało się taką Wieżę za wystarczającą liczbę naklejek. Najki z kolei otrzymywało się za konkretną ilość pieniędzy wydanych w sklepie. ‘“To twój cel” — mówiłam sobie patrząc na Wieżę. — “Nie martw się, jeszcze tylko trochę”. Kiedy zmieniłam pracę i pracowałam po 10–12 godzin na nocki poza Wrocławiem i wracałam do miasta rano, zamiast pójść spać pędziłam na lekcje francuskiego. Pędziłam i buzia sama się śmiała — kolejny krok do realizacji mojego marzenia i nowej wizji siebie. Poza tym tak uwielbiałam uczyć się tego pięknego języka!


Lubiłam moją nową pracę. Była lekka, łatwa i przyjemna, ale gdy zaproponowano mi umowę na czas nieokreślony z wielką radością odpowiedziałam — Nie, nie wezmę jej. Zostaję tu jeszcze dwa miesiące. Potem jadę do Francji.


Kiedy wymienialiśmy pożegnalne uściski z ekipą czułam, że kończy się pewien etap i nic już nie będzie takie samo.

Pragnienie

Każde pragnienie i każda “niemoc” rodzi się w umyśle, karmi uwagą oraz identyfikacją z tym, co przychodzi. I gdy nie dostaje pożywienia, w tym samym umyśle — umiera. Każde pragnienie więc jest naszym wyborem doświadczania tego pragnienia. A każda “niemoc” jest wyborem doświadczania tej “niemocy”. Każda opozycja wobec tych słów jest również tylko myślą o tym, co jest i identyfikacja z tą myślą. Bajer na resorach. Myśl. I pustka, biglove. Wszystko. I wszystko. My. I my. Ty i ja. My w sobie. Jedno.

Francuski sen. Przystanek NY.

Następnie wyjechałam do Nowego Jorku. Najpierw, żeby pobyć z tatą, potem zostałam, aby zarobić trochę pieniędzy na moje początki w kraju docelowym i zaczęłam szukać kawalerki. Wysyłałam dziennie po kilkadziesiąt propozycji wynajęcia małego mieszkanka w Paryżu. No, ale nie miałam tam jeszcze zorganizowanej pracy, francuskiego gwaranta, nic. I każda wysyłana przeze mnie prośba spotykała się z odmową. Potem rozszerzyłam moje poszukiwania na Lyon. “Najwyżej potem się przeprowadzę” — mówiłam. Dalej bez efektu.


Będąc w trakcie poszukiwań, pewnej nocy miałam sen. Śniło mi się mieszkanko z wielkim oknem i widokiem na górę. Zobaczyłam mewę. Przyleciała i zczęłam się z nią bawić, wtulać się w nią czule. A ona z miłością muskała mnie swoim dzióbkiem. No, ale nagle usłyszałam z tyłu głosy moich bliskich bym była ostrożna, bo przecież może wydłubać mi oko. Przytulałam ją dalej, ale już ostrożniej. Popatrzyłam w bok. Ptzy białym stoliku siedział mój francuski znajomy, na tamten moment bardzo, bardzo mi bliski. On mieszkał w Marsylii. Uśmiech zszedł mi z twarzy. Był blisko, ale jednocześnie bardzo daleko.


Obudziłam się i to, co zostało we mnie to to uczucie, bliskości i odległości. Dziwne — pomyślałam. Mieliśmy w tamtym okresie wspaniały kontakt i emocjonalne, wzajemne zrozumienie. Ta bliskość wylewała się z każdej zapisanej linijki. Kiedyś, w ciężkim stanie ducha, gdy obudziły się we mnie wewnętrzne demony, poprosiłam go:


“Obiecaj, że nigdy nie odejdziesz”.


“Obiecuję. Nigdzie się nie wybieram” — odpowiedział.


I pojawił się we mnie spokój.


Nie zawracałam sobie głowy odczuciem ze snu. Rano poszłam do pracy, do sklepu z winami, gdzie każda alejka opatrzona była nazwą kraju, z którego dane wina pochodzą. Na wprost znajdowała się “Francja” co wprawiało mnie w bardzo dobry humor. Po powrocie do domu, znów zasiadłam do poszukiwań.


Mijały dni.

Rozmowy z aniołem

Wybrałam się na plażę Long Beatch i moim oczom ukazał się taki widok.


Wspaniała chmura. Wygląda jak anioł. I rozmawiałam z nią, jak rozmawia się z aniołem…


Gdy patrzę na te cuda stworzenia — chmury, wodę, nieprawdopodobne piękno tego, co nas otacza moje serce ogarnia takie wzruszenie, że chce mi się tylko płakać z wdzięczności, że mogę tu być, że to istnieje. Że moje oczy widzą…


Jakże to niewysłowiony dar: widzieć…

Francuski sen. Niespodziewana zmiana planów

Przeglądając kolejne kawalerki na popularnie stronie pap.fr naszło mnie zniechęcenie i zwątpienie. Aż oczom ukazało się zdjęcie. “Oh, jakie ładne mieszkanko!” — pomyślałam. Marsylia. Akurat rozmawiałam z mamą przez komunikator.


— Zobacz, jakie ładne! — wysłałam jej link.


— A tak..


— Ale to Marsyliaaa — wystukałam na klawiaturze, wpisując bardzo dużo liter A na końcu słowa.


— Oj, weź przestań. Marsylia jest bardzo ładna. Poza tym zawsze możesz się przeprowadzić.


Pomyślałam, że ma rację. Przecież nic nie jest definitywne. Poza tym już mała różnica, czy Lyon, czy Marsylia. Marsylia faktycznie jest bardzo ładna. I nic mnie nigdzie nie trzyma na siłę.


Wysłałam maila i.. mój wniosek został zaakceptowany.


“W porządku, proszę zrobić przelew kaucji, resztę zapłaci pani na miejscu.” — otrzymałam wiadomość tekstową.


Czytałam ją po pięćdziesiąt razy.


— AAAAAAAA.. wspaniale! — zakrzyknął mój wieloletni przyjaciel Kuba. — No to zaczyna się przygoda. Pamiętasz ten teledysk Indili do piosenki Derniere Dance? Ja cię tak widzę w tej Marsylii.


— Małpa jesteś! — odpowiedziałam, śmiejąc się przy tym do rozpuku.


//Dzięki ci, szefie!// — skakałam po łóżku wykrzykując raz po raz w przestrzeń.


Ani ja, ani Kuba nie wiedzieliśmy jeszcze, że jego osadzenie mnie w roli szwendającej się po ulicach Indilii z małą walizką trzymaną w ręce nie będzie wcale zbyt dalekie od rzeczywistego stanu rzeczy.

Zatrzymać obraz

Popatrzyłam za okno i zamarłam w zachwycie z powodu widoku nocnego nieba. Automatycznie chwyciłam aparat, aby uchwycić, zatrzymać to piękno. Aparat okazał się na to zbyt słaby, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet niebo przypomina nam, ze zmiana jest naturalnym, życiowym procesem. Można próbować się jej opierać, lecz nie zatrzymasz księżyca. On jutro będzie inny. Równie piękny. Inaczej piękny. Nie dostrzeżesz tego płacząc za wczorajszym niebem, które zniknęło bo wypełniło już swoją rolę w naszym świecie. Zachwyciło. Obezwładniło. Podziękujmy mu za to i pozwólmy się urzec nowym kolorom. Żaden dzień nie będzie nam dany drugi raz — jak niebo, które chociaż często podobne, za każdym razem różni się od siebie… jeśli zechcemy w nie spojrzeć… każdy dotyk, każde spojrzenie również różnią się od siebie. Czerpmy, żyjmy, czas biegnie.

A my mamy tu coś do zrobienia.

Francuski sen. Chez moi a Marseille

— Słuchaj, nie uwierzysz! Mam ją.

Ale będę mieszkać... w Marsylii! Tam dostałam akceptację. Czujesz to?


— Gdzie??!


— W Marsylii!


— Tak, ale gdzie konkretnie?? — przyszło natychmiastowe pytanie.


Z zapałem wysłałam mu link do ogłoszenia.


— Super! Rue Paradis. To bardzo dobra dzielnica. Gratulacje!! :)


— Teraz będziemy się częściej widzieć. I liczę na to, że jak przyjadę to prędko przyjdziesz na kawę.


— Oczywiście, że tak! I teraz już będziemy mieć do siebie

blisko (…)


Odniosłam wrażenie, że on też bardzo cieszy się z tego sukcesu.


Kiedy przyjechałam, osłupiałam.

Widziałam zdjęcia tego mieszkania w internecie, ale teraz patrząc przez szybę wielkiego balkonu, za którą rozpościerała się majestatyczna góra uświadomiłam sobie, że to było mieszkanie z mojego snu.

Łzy spłynęły mi po policzkach. Jestem tu. Jestem we Francji. Jestem w domu.


Dziś, pisząc te słowa uśmiecham się w sercu do dziewczyny, którą wtedy byłam. Pełną pasji, uroczo naiwną, mającą jasną wizję szczęścia i tego, jak ma ono dla mnie wyglądać.


Najpierw rozpoczęły się kwestie związane z codziennym życiem. Francja jest pełna paradoksów. Żeby mieć pracę, musisz mieć konto w banku. Żeby mieć konto w banku, musisz mieć pracę. Poza tym papierologia wylewa się z każdej dziury. I różne kwestie tego typu. Trudno było to wszystko pogodzić i zorganizować. Przy mojej marnej znajomości języka każde wejście do kolejnego urzędu przypominało przeprawę z torem pszeszkód. Byłam jednak stu procentowo zdeterminowana. Nagle mój francuski znajomy przestał się zupełnie odzywać. Mieliśmy wcześniej małą przerwę, ale wszystko zdawało się wrócić do normy. Byłam bardzo zdziwiona. Znaliśmy się od około dwóch lat, może trochę mniej, przy czym ostatnie pół roku rozmawialiśmy niemal codziennie. I teraz nagle jakby zapadł się pod ziemię. Wiedziałam, czułam, że coś jest nie tak. Postanowiłam więc wybrać się na jedną z jego prezentacji i porozmawiać.


“Nie będziemy się już kontaktować” — usłyszałam od niego.


I wstrzymałam powietrze. Przez ostatnie miesiące był najbliższą mi osobą, z którą dzieliłam swoje myśli “bez znieczulenia”. Która rozumiała mnie jak nikt i po prostu ją uwielbiałam. Stał się jednym z elementów mojego świata. Zrozumiałam wyjaśnienia, które usłyszałam. Zrozumiałam, dlaczego tak zdecydował. Nie miałam do niego żadnych pretensji. Chciałam, by dalej realizował się i układał swoje życie. Poczłuam jednak silny przypływ emocji i łzy napływające do oczu. Szybko je stłumiłam i zamknęłam wszystko w sobie. Podświadomie miałam nadzieję, że jeszcze jednak zmieni zdanie. Był to jednak cios i zderzenie z tym, czego bałam się najbardziej — lękiem przed opuszczeniem. Nie pozwalałam sobie na pełne przeżycie moich emocji, bo przecież wszystko było tak racjonalne, a ja miałam swoje życie do życia. I byłam taki wielki “chojrak”. Tak naprawdę zaczęłam przeżywać te emocje w pełni dopiero po około dwóch latach po tym zdarzeniu. Póki co, na tamtą chwilę, otrzymałam pierwszy i to dość mocny cios w kolano, udając przed sobą, że przecież nic się nie stało. A więc kolejny raz odpychając moje wewnętrzne dziecko, które poczuło się naprawdę zranione.


Moglibyśmy sobie to wszystko powiedzieć


Gdzie indziej jak w kafejce na dole


Że miałaś może odejść


I być może nawet nie wrócić


Ale w każdym razie, co jest pewne


Że mogliśmy się z tego pośmiać


A wiec rozstaniemy się tak


Jak durni przed kafejką na dole


Jak w serialu typu B ( drogorzędnego)


Jesteśmy oboje źli


Naśmiewaliśmy się tyle razem


Z ludzi którzy postępowali tak samo


Chciałem ci jednak powiedzieć dziekuję


Za całe zło którego nie powiedzieliśmy sobie


Niektórzy śmieją się już z tego


Mam gdzieś, nie lubiłem ich


Wyglądaliśmy za dobrze


Ale nie znajduję refrenu do naszej historii


Wszystkie słowa jakie mi przychodzą są nieznaczące


Wiem dobrze że za dużo ci powiedziałem


Ale mimo wszystko ci powiem (…) …


Patrick Bruel, J’te l’dis quand meme

Duchowe koncepty

Dużo mówimy o integracji cienia, wielu ludzi zmęczonych duchowymi konceptami i drogą wyzbywania się pragnień oraz przywiązań na której w końcu napotykają mur w postaci nie odczuwania niczego, odrzucajacych czucie życia i relacji poprzez totalne nieutożsamienie widząc uwarunkowanie w każdej z tych sfer. I tak jest. Bo żyjemy w świecie uwarunkowanym.


Każda decyzja jest uwarunkowana, warunkowa. Nawet taka, żeby się nie utożsamiać. I większość z nich powstaje na bazie chęci unikania bólu.


To, że ta osoba jest dla ciebie bardziej ważna od innej, jest uwarunkowane. To, że chcesz wyzbyć się pragnień jest czymś uwarunkowane. To, że chcesz jechać na wycieczkę jest uwarunkowane czymś. To, że wybierasz sok jabłkowy a nie pomarańczowy determinowane również. A gdy odrzucimy to zatapiając się w niebycie, prostym “rozpłynięciu” ta decyzja powoduje, że faktycznie się rozpływamy. I przestajemy czuć cokolwiek bo odmawiamy uczuciom racji. Traktujemy je z nie-miloscią poprzez negację i nie-przyjęcie, również w wolnym przepływie przez ciało. Stajemy się oddzielni od innych, iluzji, Boga (umiejscawianego w sobie, we władzy formy, co daje poczucie kontroli)a wiec od siebie, prawdy, miłości. Jesteśmy każdą z przejawionych rzeczy. I tak bardzo chcemy od tego uciec. Ciemnanoc napisała ostatnio świetny post o oczyszczaniu z uwarunkowań, karmy, który bardzo ze mną zarezenował. Siedziałam i śmiałam się jak głupia powtarzając do siebie “dokładnie”, “dokładnieee”, “si si”. . Ona napisała, że gdybyśmy chcieli totalnie oczyścić się z karmy, warunkowego bólu poprzez uczucia pokoleń doszlibyśmy w końcu do czyszczenia pamięci o traumach nie tylko linii rodowej, ale także wszystkich innych linii, dochodząc do pamięci pokoleniowej innych ludzi w końcu zwierząt, roślin, każdego mikroorganizmu. Bez końca, bez kresu. Bo jesteśmy każdym z przejawów. Cudowna refleksja. Gdy jednak koncentrujemy się na władzy przejawianej przez konkretną formę czyli mnie Agnieszki na przykład, czy ciebie Kasi, przypisując sobie bezkresną wladzę, popadamy w iluzję oddzielenia od reszty bytu, od Boga jako całości. Posuwamy się czesto jeszcze dalej określając go jako bezrozumną masę energii, która ugnie się globalnie przed jedną formą, czy poprzez nią. Ale nie jest tak.


Gdy zobaczysz niedźwiedzia, spróbuj afirmować i podejść go przytulić wierząc, że cię nie zaatakuje, nie zje. A będąc jedzonym mów sobie, że nie cierpisz, że wszystko to nie ma znaczenia, traktując siebie z nie-miłością, żeby podeprzeć koncepty. Albo spróbuj uciekać co będzie znów uwarunkowane ucieczką od bólu. Żyjemy we współzależności od siebie i myslę, że warto się z tym wreszcie pogodzić.


Mamy decyzje, mamy emocje, wszystko uwarunkowane, a naszą mocą jako kreatorów poprzez jednostkę jest wybór siebie, reakcji i postrzegania w tu i teraz. Energii puszczonej w obieg tu i teraz.


I pojawia się pytanie, taki wątek, który poruszyl mój kochany francuski przyjaciel — Czy nie jest tak, że ból jest potrzebny? Czy nie jest tak, że światło nie jest do końca dobre, a cień nie jest do końca zły? Moim zdaniem i światło i mrok prowadzą nas zawsze poprzez siebie i do siebie, a także w sobie, tylko inaczej. Czy zło jest złem? I tu was zaskoczę bo twierdzę, że i tak i nie.


Czy jesteśmy skazani na życie w tym przenikaniu się warunkowań?


Cóż, wybraliśmy taki teatr. I wybieramy go każdego dnia. Czy możemy to zmienić? Może, gdy każda cząstka Boga wybierać będzie więcej miłości z pola serca ten świat się transformuje. Ale czy faktycznie tak wybieramy, kochając siebie, obejmując cień? A może nic nie jest takim, jakim to widzimy? A może w “wiem, że nic nie wiem” i prostym akcie kochania i obejmowania wszystkiego zawiera się to do czego prowadzi serce? To, bijące w formie o imieniu Agnieszka tak to czuje na dziś dzień. Mam odwagę nie wiedzieć i mam odwagę czuć w prostej obecności i byciu bez negacji.

Kuba gryzie pieroga

Kuba je pierogi.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
drukowana A5
za 35.57
drukowana A5
Kolorowa
za 65.42