Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

I need a gangster to love better

Julia Kubicka

Jak co wieczór słowa opuszczały jej krwistoczerwone, drobne usta, a brązowe oczy w obramowaniu czarnych rzęs spojrzały na salę z wyższością. Złoto kreacji, która opływała kształtną sylwetkę, uzupełniało się ze złotym nakryciem na jej głowie. W rzeczy samej na owe czasy nieczęsto człowiek mógł nacieszyć oko kobiecymi krągłościami, bowiem na ulicach królowały szczupłe, wręcz anorektyczne panny. Niemniej jednak ona jak zwykle łamała wszelkie normy. Oblizywała dolną wargę za każdym razem, gdy milkła. Jej ciało poruszało się w rytm muzyki. Brała głębokie oddechy, nie odsuwając się od mikrofonu, co dodawało występowi swego rodzaju namiętnego wydźwięku. Akcentowała każde słowo w tak dziwny, nieamerykański sposób, że nietrudno było się domyślić, iż nie jest rodowitą Amerykanką. Miała w sobie coś absorbującego, tajemniczego i niebezpiecznego. Miała w sobie ponad wszelką wątpliwość więcej kobiecego ognia niż dziewczęcej niewinności. Samym swoim śpiewem uwodziła, a dystyngowanym sposobem bycia oznajmiała, iż chce dominować i nikt nie ma najmniejszego prawa dyktować jej warunków. Oczarowywała wszystkich, muskając zimnymi dłońmi swoje rozgrzane ciało. Pobudzała wyobraźnię mężczyzn. Sprawiała, że tracili dla niej głowy, odchodzili od zmysłów i ostatecznie byli na każde jej skinienie. Lecz ona nie chciała żadnego. Otaczała się osłoną zimnej obojętności. Pozwalała podejść, popatrzeć, ale nie pozwoliła dotykać. Niczym eksponat muzealny.

Niewzruszona brawami, jak co wieczór ukłoniła się tylko i zeszła ze sceny przy akompaniamencie zachwytu dla jej osoby. Przygryzła wargę i zniknęła w tłumie. Chwyciła kieliszek szampana, przyniesiony przez kelnera i nie racząc go nawet spojrzeniem, stanęła przy filarze. W „Angel” — w najbardziej prestiżowym klubie tamtych lat, który był chlubą podziemnego miasta, był potężny, marmurowy filar, pod którym stawała, gdy wykonała już swój koncert. Stamtąd mogła obserwować całą śmietankę towarzyską, mogła robić to, co robiła najlepiej zaraz po tworzeniu muzyki, mogła kusić mężczyzn, powoli sącząc musujący trunek. Zapaliła papierosa.

Jak co wieczór — panna Branson przyszła, by podziwiać występ, a następnie przekazać koleżankom, iż gwiazda znów zaświeciła najjaśniej. Pan Fizpatrik próbował dostać się na scenę, by stworzyć z nią duet. Nie był dobry w śpiewie, był dobry w tańcu. Przecież za każdym razem, gdy nadarzyła się okazja, porywał ją do tańca i próbował oczarować. Nieszczera w intencjach Filemona Stanford również obserwowała każdy jej ruch. No tak, przecież diva odbiła jej męża, gdy ta była w ciąży z czwartym dzieckiem. Niesamowite, jak mężczyźni są prości w obsłudze. Pojawił się też Edmund Carpenter — i jego nie mogło tu zabraknąć. Wtedy niemal przyjęła jego oświadczyny, ale okazał się taki nudny… Nie potrafiłaby zadowolić się jego majątkiem, potrzebowała adrenaliny w swoim życiu, chociaż odrobiny. Znała tu większość towarzystwa. Nienawidziła tych ludzi, inaczej, kochała ich nienawidzić, gdyż świadomość, iż osiągnęła szczyt i mogła obserwować tych szarych pożeraczy chleba z wyżyn swego sukcesu, dodawała jej skrzydeł.

Z przebiegłym uśmiechem na twarzy zaciągnęła się dymem papierosa. Stała samotna, rozkoszując się widokiem ukradkiem obserwujących ją ludzi. Liczni z nich podchodzili, składali jej gratulacje, zaaferowani wciąż sytuacją oraz rzadko spotykaną mocą jej głosu, a ona w podziękowaniu odwzajemniała się wspaniałym uśmiechem. I tak co wieczór…

Lecz ten wieczór miał mieć inne zakończenie. Ten wieczór różnił się od pozostałych. Wśród gości dostrzegła kogoś ciekawego. Widziała go tutaj po raz pierwszy. Wiedziała, kim był. Przyglądała się jego fotografii z zapamiętaniem. Teraz był tutaj. Miała go w zasięgu ręki. Nie mogła uwierzyć, że to dziś jest ten długo wyczekiwany przez nią i jej ojca dzień.

Szedł w jej kierunku dostojnym krokiem. W każdym jego spojrzeniu dało się wyczuć nonszalancję i zimno, które zdawały się świadczyć o jego pozycji. Był wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w najmodniejszy krój marynarki. Na zdjęciach nie wyglądał tak wytworne, jak teraz, gdy mogła mu się dobrze przyjrzeć.

— Carmel, jak mniemam — powiedział. Wyciągnęła dłoń w jego stronę i usłyszała:

— Hood James — Przedstawił się grzecznie.

— Niesamowity głos, niesamowitej kobiety.

— Ogromnie mi pan schlebia. Miło mi wreszcie spotkać kogoś tak rozpoznawalnego również w Chicago. Tym razem to Hood zapalił papierosa, gdy tymczasem Carmel przeistoczyła się w kruchą kobietkę.

— Och, więc pani także wyjechała z miasta. Niesamowite, bo nigdy o pani nie słyszałem. Uśmiech pojawił się na jej ustach. — Mój najdroższy przyjaciel powiadomił mnie o niezapomnianych występach amerykańskiej perły.

— Proszę tak nie mówić, zawstydza mnie pan. Poczęstowała się kolejnym papierosem, gdy go zaproponował. — Proszę gorąco pozdrowić przyjaciela.

— Owszem, chyba że chciałaby pani uczynić to osobiście. Rozmawiałem z pewną osobistością i przypadkiem dowiedziałem się, iż poszukuje pani lepszej posady.

Wszystko szło zgodnie z planem. Uśmiech Carmel stał się jeszcze słodszy.

— Pomyślałem więc o moim przyjacielu, człowieku bardzo hojnym i zainteresowanym panią i zaręczam, że dobrze płaci.

— Panie Hood, to wspaniała propozycja, niestety moja rodzina przeprowadziła się już dawno.

— Ależ ogromna szkoda. On na pewno będzie zawiedziony.

— Mnie również jest przykro. Zawiesiła głos i czekała na propozycję. Musiał ją wysunąć w sposób bezpośredni, by nie mógł już podważyć swoich słów.

James Hood zastanowił się przez moment. Potrzebował kontaktu, by nie wprowadzać przyjaciela w nietaktowne zawstydzenie, ale miał tak wielki dom… Skoro potrzebował Carmel, najwidoczniej był gotów do poświęcenia choć jednego ze swoich licznych pokoi.

— Czy jest pani mężatką? — zapytał po chwili milczenia, zapraszając rozmówczynię do swojego stolika, przy którym siedział kompletnie już pijany Ashton Rogers z panną lekkich obyczajów. James w ten jakże mało wybredny sposób nazywał żonę wspólnika, wywodzącą się z niższych sfer.

— Wciąż czekam na odpowiedniego mężczyznę, panie Hood. Ukłoniła się, gdy Ashton wraz z małżonką wstali, by ją przywitać.

— Ashton Rogers, moja żona Bryana, cudowny recital.

— Jestem pani ogromną fanką — wyznała Bryana.

— Wielce mi to schlebia.

Po tych słowach partnerzy wrócili do whisky z miętą i lodem, a Carmel zadowoliła się jeszcze jednym papierosem, którego podarował jej James.

— Ma pani jakiś krewnych w Nowym Jorku?

— Nie, na Brooklynie, lecz mój kuzyn kiedyś mieszkał po zachodniej stronie rzeki Hudson, zginął we Francji podczas wojny, dlatego mieszkam w jego posiadłości.

— Cóż za strata.

— Utrzymywaliśmy znikomy kontakt.

— Więc co trzyma panią w Nowym Jorku, jeśli mogę wiedzieć, panno Carmel? — Uśmiechnęła się tajemniczo, a potem chwyciła w dłoń kieliszek.

— To miasto nigdy nie zasypia.

— Lecz Chicago jest źródłem dobrego smaku.

— Owszem — przyznała. Powiedzmy, że tam pozostały wspomnienia. Przepraszam najmocniej, mam kolejną piosenkę do zaśpiewania.

— Wróci pani do nas?

— Chętnie — powiedziała zdawkowo, by za wiele nie zdradzić.

I rzeczywiście tak się stało. Nie mógł oderwać się od przeszywającego spojrzenia jej brązowych oczu przez kolejne wieczory, bo wypatrywała go w tłumie, by śpiewem udowodnić swoją wyższość nad wszelką istotą ludzką, w tym nad nim.

Nie musiała długo czekać na Jamesa Hooda, który nadszedł chwilę po tym, gdy zeszła ze sceny. Pogratulował jej kolejnego sukcesu, bo tak wypadało, a potem wypowiedział słowa, które były kluczem do wydarzenia się tego wszystkiego, co nastąpiło potem…

— Mój przyjaciel byłby zaszczycony, gdyby zechciała pani spotkać się z nim w następną sobotę podczas kolacji.

— Dziękuję, czuję się wyróżniona. O której godzinie i gdzie dokładnie?

— Plaza Hotel, o szóstej.

~*~

Budynek zdawał się być wyższy i okazalszy za każdym razem, gdy stawała przy skrzyżowaniu Central Park South i Piątej Alei. Zdradliwe, grudniowe słońce przebijało się przez chmury oraz zgiełk wielkiego miasta tętniącego życiem. Było zupełnie inne niż wyobrażała je sobie dawno temu, a może jednak nie tak dawno? Carmel nie skończyła nawet dziewiętnastu lat, ale już zdążyła poczuć, ile obłudy kryje w sobie społeczeństwo. Kiedy była dzieckiem Nowy Jork był dla niej niczym centrum wszechświata, miejscem, w którym mogła stać się, kim tylko chciała. Nie zabaweczką i nagrodą na półce pana Di Costanzi, tą porcelanową lalką, zdejmowaną wyłącznie ku uciesze gości. Nie kobietą bez prawa do podejmowania decyzji — głupiutką, nie mającą możliwości rozwoju. Wówczas nie rozumiała, jak proste życie wiedzie nieroztropna piękność. Jak bardzo opłaca się udawać. Do pewnych spraw należy dorosnąć. Przynajmniej tak myślała, podjąwszy decyzję. W jej głowie wciąż dźwięczał głos ojca nacechowany tym charakterystycznym, włoskim akcentem. Czuła, jak krew buzuje w jej żyłach. Nie było już odwrotu. Automobil zaparkował w przeznaczonym do tego miejscu.

Przełknąwszy ślinę, poprawiła kapelusz na głowie i zmierzyła sylwetkę młodego mężczyzny, który wysiadł z pojazdu. Jego nienaganna postawa perfekcyjnie współgrała z drogim garniturem. Szerokie barki, wąskie biodra, wysoki wzrost oraz dłonie, w których dzierżył bukiet białych róż robiły wrażenie. Uśmiechnęła się pod nosem z politowaniem. Nie mógł trafić gorzej. Jasne kosmyki charakterystycznie ułożonych włosów, opadały swobodnie na czoło, kontrastując z bladą cerą. Jego wargi wygięły się w szelmowskim grymasie. Oboje — Carmel i tajemniczy dżentelmen — prezentowali zupełnie różne typy urody. Ona płomienna, o włoskich korzeniach, on zimny niczym brytyjska aura.

Ukłonił się przed nią, pocałowawszy delikatną dłoń kobiety, a później podarował jej kwiaty.

— Czystość i niewinność białych róż? Drogi panie, toż to zniewaga białych róż.

— Chciałem sprawić pani przyjemność. — Był Irlandczykiem, co rozpoznała momentalnie po akcencie.

— Czuję jednak, iż największa radość jest po pana stronie, bo wypełnił pan obowiązek obdarowania czymś damy. Czy stereotypy nie są nużące?

— Domyślam się, że tak naprawdę uwielbia pani te gesty. Otwieranie drzwi, odsuwanie krzesła… — Robił dokładnie to, o czym mówił, aż wreszcie zasiedli przy stole.

Wciąż dyskutowali o wszystkim i o niczym, nie znając nawet swoich imion, co powoli doprowadzało Carmel na skraj wytrzymałości. Ona po prostu musiała wiedzieć wszystko o wszystkich, by nie oszaleć.

Kelner podszedł do ich stolika, a wymieniając znaczące spojrzenia z towarzyszem Carmel, po chwili przyniósł im szklaneczkę Brandy.

— Znajomości? — zagadnęła po dłuższej chwili milczenia.

— Można tak powiedzieć.

W pomieszczeniu było ciepło, a w powietrzu unosił się słodki zapach drogich perfum. Tam dosłownie wszystko zdawało się droższe niż życie przeciętnego człowieka. Ciche dźwięki klasycznej, jazzowej muzyki dodawały restauracji hotelowej niepowtarzalnego klimatu.

— Odnoszę wrażenie, że jest pan kimś ważnym. — Zareagował dźwięcznym śmiechem i dopiero później Carmel zrozumiała, jak żałośnie zabrzmiały jej słowa. Policzki kobiety natychmiast przybrały koralowy kolor, a czerwona szminka odbiła się na zimnym szkle kieliszka.

— Można tak powiedzieć.

— Powtarza się pan.

— To paralelizm składniowy, albo epifora?

— Nie piszemy wiersza. — Mimo wszystko zachichotała, choć nie powiedział niczego śmiesznego.

Zrobił na niej wrażenie, nie mogła tego ukryć. Każdy jego ruch był przepełniony pewnością i zdecydowaną siłą, bił od niego respekt. Podczas rozmowy, którą wciąż prowadzili, dał się poznać jako człowiek zorientowany w polityce, obeznany z literaturą, a także kulturą i sztuką. Wciąż nie przechodził do sedna sprawy, wciąż bezpiecznie omijał właściwy powód spotkania. Mało tego nadal nie znali swoich imion, ale prowadzili ciekawą rozmowę na różne tematy, dochodząc do coraz ciekawszych konkluzji.

— Zaprosiłbym panią do siebie na kieliszek szampana, lecz podejrzewam, że pani małżonek może mieć coś przeciwko. Powiedział, kiedy znów stanęli przed hotelem Plaza. Carmel pokręciła przecząco głową.

— Muszę pana ucieszyć i zawieść. Nie mam męża, jednakże nie jestem zainteresowana.

— Jak to?

— Nie wsiadam do samochodu z nieznajomym, a teraz przepraszam, ojciec wysłał po mnie szofera, muszę wracać.

— Panno Carmel, nie zdążyłem nawet złożyć propozycji.

— Zna więc pan moje imię…

— Chwila, co to miało znaczyć? — Kobieta wzruszyła beznamiętnie ramionami.

— Może jestem zbyt śmiała, ale proszę ucałować mą dłoń na pożegnanie i pogodzić się z odmową.

— Nie wyszedłem nawet z inicjatywą, więc czemu pani odmawia?

— Odrzucam wszelkie propozycje, lubię Nowy Jork. Proszę się bardziej postarać.

Nic więcej nie zdołał powiedzieć, ponieważ Carmel wsiadła do automobilu. Mężczyzna tylko westchnął ciężko, a sięgnąwszy dłonią do kieszeni poczuł pod palcami zimno szlachetnego metalu.

— Poczynię wszelkie starania, może być pani pewna … Francesco Di Costanzi się nie poddaje.

~*~

Dzień był wietrzny i spadł pierwszy śnieg. Ulice Nowego Jorku zapełniły się postaciami odzianymi w ciepłe płaszcze.

Bryana wpadła do mieszkania na Midtown, rzuciła się z płaczem na szyję męża. Ashton tylko zmarszczył czoło, ale poczekał z pytaniami, aż jego żona wyleje wszystkie łzy. Pogładził ją po włosach.

— Co się stało, kochana?

— Ona nie żyje…

— Kto?

~*~

Samochód pędził w śnieżycy, jego światła przebijały mrok nocy. Kieszeń była już pusta, zdjęcie przyczepione do przedniego lusterka, a raczej postać na nim, stała się dzięki temu bogatsza o jeden szczegół.

rys. Natalia Mikołajczyk

Naszyjnik układał się idealnie na jej szyi, miękko okalając kości obojczyka. Na końcu, równo nad piersiami widniał kamień. Na fotografii wydartej z gazety nie mógł dostrzec koloru, ale on wiedział, jak bardzo biżuteria dopełnia się z Francescą Di Costanzi, z „Carmel”. Widział to już wtedy, kiedy podarował jej prezent.

Minąwszy granicę miasta. Poczuł, jak duch Chicago go przepełnia. Po chwili dotarł pod najtańszy motel, przed którym zaparkował.

Mężczyzna poprawił płaszcz, a później sięgnął do bagażnika. Wyblakłe, ciemnobrązowe oczy wpatrywały się w niego beznamiętnie.

— Na imię mi Lucas, panienko, a panienka chyba powinna wybrać sobie imię … — Wziął zimne zwłoki na ręce…

~*~

Jak co wieczór słowa opuszczały jej krwistoczerwone, drobne usta, a brązowe oczy w obramowaniu czarnych rzęs spojrzały na salę z wyższością. Złoto kreacji, która opływała kształtną sylwetkę, uzupełniało się ze złotym nakryciem na jej głowie. W rzeczy samej na owe czasy nieczęsto człowiek mógł nacieszyć oko kobiecymi krągłościami, bowiem na ulicach królowały szczupłe, wręcz anorektyczne panny. Niemniej jednak ona jak zwykle łamała wszelkie normy. Oblizywała dolną wargę za każdym razem, gdy milkła. Jej ciało poruszało się w rytm muzyki. Brała głębokie oddechy, nie odsuwając się od mikrofonu, co dodawało występowi swego rodzaju namiętnego wydźwięku. Akcentowała każde słowo w tak dziwny, nieamerykański sposób, że nietrudno było się domyślić, iż nie jest rodowitą Amerykanką. Miała w sobie coś absorbującego, tajemniczego i niebezpiecznego. Miała w sobie ponad wszelką wątpliwość więcej kobiecego ognia niż dziewczęcej niewinności. Samym swoim śpiewem uwodziła, a dystyngowanym sposobem bycia oznajmiała, iż chce dominować i nikt nie ma najmniejszego prawa dyktować jej warunków. Oczarowywała wszystkich, muskając zimnymi dłońmi swoje rozgrzane ciało. Pobudzała wyobraźnię mężczyzn. Sprawiała, że tracili dla niej głowy, odchodzili od zmysłów i ostatecznie byli na każde jej skinienie. Lecz ona nie chciała żadnego. Otaczała się osłoną zimnej obojętności. Pozwalała podejść, popatrzeć, ale nie pozwoliła dotykać. Niczym eksponat muzealny.

Joanna

ALEKSANDRA KROMSKA

„Wyjeżdżam”. Zwykłe słowo, czasownik zwykle kojarzący się z czymś dobrym. Przecież każdy lubi podróżować i zwiedzać nowe miejsca. Niestety, w tamtej chwili oznaczał on dla mnie utratę kogoś bardzo ważnego. Słowo „wyjeżdżam” wypowiedziane przez załzawioną przyjaciółkę już zawsze pozostanie echem w mojej głowie. Na początku pomyślałam, że może się przesłyszałam lub jest to po prostu żart. Ale kiedy niespodziewanie przyszła do mnie i zaczęła głośno płakać, zniknęły wszelkie wątpliwości. Dokładnie pamiętam wszystko, co powiedziała mi tamtego dnia.

— Tata stwierdził, że ma złe przeczucia, co do sytuacji w Polsce i woli wyjechać na jakiś czas, może na zawsze. Polecimy do naszej rodziny do Kanady. Mamy kupione bilety na samolot. Nie wiem, jak mojemu tacie udało się je zdobyć, ale… wylatujemy za kilka godzin — oznajmiła mi, kiedy już się uspokoiła.

Jednak po wypowiedzeniu tych słów, łzy znów popłynęły po jej delikatnej twarzy. Niezbyt często widywałam ją w takim stanie. Piękna, zawsze wesoła i uśmiechnięta Magdalena, wieczna optymistka. Znajdowała rozwiązanie w każdej sytuacji. W tamtym momencie żadna z nas nie mogła nic zrobić. Byłyśmy bezradne i jedyne co nam pozostało, to pożegnać się i mieć nadzieję, że zobaczymy się jeszcze kiedyś.

Przed wyjściem dostałam od Magdy małą paczuszkę. Powiedziała, że mam odpakować ją dopiero po jej odjeździe. Możliwe, że widziałam ją wtedy ostatni raz w swoim życiu. Przyjaciółka, z którą spędziłam całe dzieciństwo wyjeżdża. W tamtym momencie było mi niezmiernie przykro i chciało mi się płakać. Nie potrafiłam ukryć tego, co czuję i momentalnie łzy zaczęły płynąć z moich oczu. Pobiegłam do pokoju. Po chwili przyszła mama, która przyniosła mi moją ulubioną, miętową herbatę i zaczęła śpiewać piosenkę, która zawsze uspokaja mnie, gdy płaczę. Mama jest w moim sercu na pierwszym miejscu. Jest jedyną osobą z rodziny, która mi została. Ojciec wraz z moim bratem zginęli, kiedy miałam 7 lat. Walczyli w oddziale Piłsudskiego podczas przewrotu majowego. Nikt się tego nie spodziewał. To była wstrząsająca wiadomość i ciężko było nam się po tym pozbierać. Zostałyśmy zupełnie same, więc we dwie musiałyśmy sobie jakoś poradzić. Bardzo zbliżyłyśmy się do siebie z mamą. Pomogła nam też znajomość z Magdaleną i jej rodzicami. Wspierali nas w tym trudnym momencie i pomagali, kiedy tylko mogli. To straszne, jak szybko można stracić kogoś, na kim bardzo ci zależy.

Obudziłam się wcześnie rano i nie mogłam sobie przypomnieć momentu, w którym poszłam spać. Pewnie zasnęłam, kiedy mama leżała obok i pocieszała mnie po wyjeździe przyjaciółki. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy była mała paczuszka leżąca na stoliku. Prezent od Magdy. Chwyciłam go w ręce i zaczęłam oglądać. Przypomniały mi się wszystkie wspaniałe chwile, jakie z nią spędziłam. Łączyło nas tak wiele, mimo że byłyśmy zupełnie inne. Ona miała proste, brązowe włosy średniej długości i oczy w odcieniu gorzkiej czekolady. Miała niewiele ponad 165 cm wzrostu. Ja jestem blondynką o szaro-niebieskich oczach, wyższą od Magdy o jakieś 10 cm. Od małego uwielbiałyśmy bawić się razem, chodzić do szkoły i planować swoją wymarzoną przyszłość. Kiedyś obiecałyśmy sobie, że jako dorosłe kobiety zamieszkamy obok siebie i nasze dzieci będą wychowywać się razem. Ona miała pójść na studia medyczne i zostać lekarzem. Pragnęła pomagać ludziom, zawsze wykazywała wiele empatii. Ja miałam zostać nauczycielką języka polskiego. Lubiłam pracować z dziećmi, potrafiłam ciekawie opowiadać i uczyć jednocześnie. Niestety, sprawy potoczyły się trochę inaczej. Wielki kryzys w 1929 roku doprowadził do tego, że mama straciła pracę. Robiła wszystko, aby dać mi to, czego potrzebowałam i z całego serca starała się mi dogodzić. Miałam wtedy 10 lat, więc jedyne co mogłam robić, to sprzedawać sąsiadom sok z jabłek oraz owoce z naszego sadu. Może to niewiele, ale wtedy cieszyłam się, że mogłam zrobić chociaż tyle, by pomóc mamie. Kryzys zaczął ustępować w 1935 roku. Te sześć lat były dla nas naprawdę ciężkie, ale nie pierwszy raz uwodniłyśmy, że razem jesteśmy bardzo silne.

Znów za bardzo się zamyśliłam. W moich rękach wciąż spoczywała zawinięta paczuszka. Powoli otworzyłam ją, zastanawiając się, co mogę znaleźć w środku. Był to naszyjnik. A raczej medalion. Dość duży, mieniący się, szmaragdowo-zielony medalion na długim, grubym łańcuszku. Jego piękno zachwyciło mnie tak bardzo, że w pierwszej chwili nie mogłam nic z siebie wykrztusić. Siedziałam na łóżku i z otwartymi ustami wpatrywałam się w niego i podziwiałam. „Dlaczego dostałam od Magdy coś tak niesamowitego?” Zadałam sobie to pytanie w myślach i od razu w oczy rzuciło mi się jeszcze coś. W paczuszce znalazłam też małe zawiniątko. Był to list. Zaniepokoiłam się trochę, lecz otworzyłam go. Idealne pismo mojej przyjaciółki znów przywołało wspomnienia, lecz tym razem stwierdziłam, że najpierw przeczytam to, co chciała mi powiedzieć.

rys. Natalia Mikołajczyk

Kochana Joasiu!

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego podarowałam Ci taki medalion. Może zacznę od tego, że dostałam go od cioci z Kanady (tej, u której prawdopodobnie jestem w tej chwili). Ona znalazła go podczas jednej ze swoich podróży. Nie wiem dlaczego, ale, mimo jego piękna, uważam, że nie pasuje on do mnie. Sądzę, iż byłabyś idealną posiadaczką takiego skarbu. Czuję, że to właśnie Tobie jest przeznaczony. Mam nadzieję, że moje przeczucia mnie nie mylą i spodoba ci się ten naszyjnik. Niech przypomina Ci on o mnie i o naszych wspólnych chwilach.

Bardzo mi przykro, że musiałam wyjechać. Nie wiem, o co chodzi tacie z tymi „złymi przeczuciami”, ale sądzę, że się myli. Niby co złego może się stać? Mam nadzieję, że niedługo zmieni zdanie i wrócimy do Polski, bo już za tobą tęsknię.

Bądź bezpieczna,

Twoja Magdalena

Łzy napłynęły mi do oczu. W tamtej chwili jedyne co chciałam zrobić, to chwycić długopis i odpisać jej. Jednak nie znałam adresu, nie miałam też pewności, że list dotrze aż za ocean. Tak wiele chciałam jej powiedzieć, podziękować za wszystko, ale nie mogłam. To straszne, że doceniamy kogoś dopiero wtedy, gdy go stracimy.

Spoczywający w moich dłoniach medalion zaczął się intensywnie mienić. Wydawało się, że chciał mi coś przekazać, ale to przecież jest tylko kawałek metalu, prawda? Poczułam potrzebę założenia go. Kiedy to zrobiłam, tajemnicze ciepło rozlało się w moim sercu i poczułam coś niesamowitego. Jakiś głos w środku powiedział, że powinnam się uspokoić, że wszystko będzie dobrze. Momentalnie przestałam płakać. Wszystkie negatywne uczucia nagle mnie opuściły. Zamknęłam oczy i zaczęłam wsłuchiwać się w swój oddech, który uspokajał się coraz bardziej. Nie wiem, jak długo tak siedziałam, ale z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk strzelaniny. Mama wbiegła spanikowana do pokoju i powiedziała, że musimy uciekać. Cała sytuacja była bardzo chaotyczna, nie wiedziałam, co się dzieje. Chwyciłam to, co miałam pod ręką i razem wybiegłyśmy z mieszkania. Próbowałam zapytać, o co chodzi, jednak nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Pobiegłyśmy do kościoła. Tam, razem z wieloma innymi osobami schowałyśmy się w podziemiach i czekałyśmy. Dało się słyszeć wiele strzałów, wybuchów i krzyków. Spojrzałam na mamę, a ona tylko powiedziała jedno słowo — „Wojna”.

A więc stało się. Widocznie ojciec Magdaleny miał rację. Zaczęłam panikować, nigdy nie bałam się tak bardzo, jak w tamtym momencie. Wiele osób płakało, każdy był blady z przerażenia. Usłyszeliśmy, jak ktoś energicznie otwiera bramy kościoła. Wszyscy momentalnie ucichliśmy i próbowaliśmy wsłuchać się w sytuację na górze. Byli to żołnierze niemieckie. Kiedy byliśmy pewni, że to już koniec, że niedługo nas wszystkich rozstrzelają, mój medalion znów zaczął mienić się w ten dziwny sposób. Chwyciłam go i zamknęłam oczy. Tajemniczy spokój rozszedł się po całym moim ciele. Przestałam się bać, nie myślałam już o niczym. Po chwili hałasy z góry zniknęły. Niemcy wyszli z kościoła. Jak to się stało?

***

Od wybuchu wojny minęło kilka tygodni. Razem z mamą przeniosłyśmy się do Warszawy, w której cały czas toczyły się walki. Niestety, nie udało nam się wyjechać. Poznałam trzech chłopców, z którymi się zaprzyjaźniłam. Razem wstąpiliśmy do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej i braliśmy udział w tzw. małym sabotażu. Mimo że Polska była pod okupacją niemiecką, potrafiliśmy bawić się i docenialiśmy takie wartości jak młodość, radość i przyjaźń. Niestety, nie zawsze była taka możliwość. Janka złapano a następnie torturowano. Udało się nam go uwolnić, jednak zmarł z powodu ciężkich obrażeń. Tego samego dnia straciliśmy także Alka. W tamtym momencie, jak i podczas wielu innych ciężkich chwil pomógł mi mój medalion, który za każdym razem sprawiał, że łzy przestały płynąć z moich oczu, uczucie rozpaczy znikało a w sercu pojawiał się spokój. Nie wiem, dlaczego się tak działo. Czy moja przyjaciółka Magdalena wiedziała o magicznej mocy tego naszyjnika? Jeśli tak, to dlaczego mi go podarowała? Ciekawe, czy wie, co się dzieje w Polsce. Tak bardzo chciałabym spotkać się z nią, przytulić się do niej i już nigdy nie pozwolić jej odejść. Bardzo za nią tęskniłam, zwłaszcza teraz, kiedy mogłam bez powodu zostać rozstrzelana. Chciałabym podziękować jej za wszystko.

Po utracie tak wielu ważnych dla mnie osób, myślałam, że nie może mi się przydarzyć nic gorszego. Jakże się myliłam! Byłam świadkiem śmierci swojej własnej matki. Poszła po prostu kupić coś do jedzenia. Nie wróciła już do domu. Widziałam, jak stoi pod ścianą jakiegoś domu razem z kilkunastoma innymi osobami, między innymi z dziewczynką, która zawsze chętnie przychodziła do mnie, gdy piekłam ciasteczka. Naprzeciwko nich stało kilku niemieckich żołnierzy, którzy coś krzyczeli. Schowałam się za murem i obserwowałam całą scenę. Wiele osób płakało inni błagali o wypuszczenie tych ludzi, jednak wszystko na nic. Nagle usłyszałam strzały. Czas jakby się zatrzymał. Dziewczynka, którą tak dobrze znałam ginęła właśnie na moich oczach. Widziałam swoją matkę, którą trafiły cztery kule: jedna w prawe ramię, druga w brzuch, trzecia ugodziła ją w okolicach lewego biodra czwarta trafiła w serce. Jej ciało zalało się krwią i powoli osunęło się bezwładnie na ziemię. Wydałam z siebie rozpaczliwy krzyk i zaczęłam uciekać w obawie, że mnie również złapią. Zatrzymałam się na opustoszałej uliczce i zaczęłam głośno płakać. Medalion zaświecił się szmaragdowo-zielonym światłem, jednak w tamtej chwili nie wierzyłam w to, że może pomóc. Ściągnęłam go i odrzuciłam na bok. Chciałam po prostu płakać. Właśnie straciłam ostatnią osobę, którą kochałam.

***

Wojna skończyła się w 1945 roku. Po kilku miesiącach wróciłam do rodzinnego miasta, próbując poukładać swoje życie. Pracowałam w piekarni, poznałam pewnego chłopaka, z którym niedługo potem zaręczyłam się. Podczas tych wydarzeń cały czas był ze mną mój medalion, który w pewnym czasie przestał przekazywać mi swoją moc. Śmierć mojej mamy bardzo mnie wzmocniła, mimo że była dla mnie najgorszym wydarzeniem w całym życiu.

Gdy pewnego dnia wracałam ze spaceru, zobaczyłam kogoś, kto bardzo mnie zaintrygował. Wysoka dziewczyna z krótkimi, prostymi brązowymi włosami, ubrana inaczej niż wszyscy. Wyglądała na zagubioną i wydawało mi się, że skądś ją znam. Dopiero gdy zauważyłam te ciemnobrązowe oczy, przypomniałam sobie, kto jeszcze miał takie oczy. To Elka, siostra Magdaleny. Tak dawno jej nie widziałam, że gdyby nie te oczy, nie poznałabym jej. Radość, jaka zebrała się w moim sercu, sprawiła, że natychmiast podbiegłam do dziewczyny i rzuciłam się jej w ramiona. Na początku była rozkojarzona i nie mogła zrozumieć, co się dzieje, ale kiedy uświadomiła sobie, że to ja, obie zaczęłyśmy płakać ze szczęścia. Zaprosiłam ją do siebie na herbatę. Miła atmosfera zmieniła się szybko, gdy dowiedziałam się, dlaczego nie ma z nią mojej przyjaciółki.

„Przykro mi” — oznajmiła przytulając mnie. Magdalena zginęła, gdy próbowała wrócić do Polski. Nie płakałam. Nie uroniłam ani jednaj łzy. Zamiast tego uśmiechnęłam się. Spojrzałam na medalion i oddałam go Elżbiecie. Poprosiłam, aby wrzuciła go do oceanu, gdy będzie wracać do Kanady. Zrozumiałam, że wraz ze śmiercią Magdy, zniknęła także jego moc. Tamtego dnia widziałam go po raz ostatni.

Olga

Adrianna Walentowska

Był czwartek, zwykły dzień, który nie zapowiadał się jakoś nadzwyczajnie. Olga obudziła się. Na zegarku widniała godzina 6:48. Dziewczyna miała czas do 7:00, bowiem o tej godzinie właśnie odjeżdżał jej autobus. Olga wstała, szybko pobiegła do łazienki, ubrała spodnie i bluzkę. W łazience umyła twarz i zęby. Weszła jeszcze do kuchni, w której leżały przyszykowane przez nią wczoraj wieczorem pieniądze na bilet i na drugie śniadanie. Olga wyszła z domu o 6:56. Miała jeszcze chwilę, więc postanowiła poszukać w torbie medalionu, którego zapomniała założyć w mieszkaniu. Gdy go szukała, zwróciła uwagę na kartkę wiszącą na tablicy z zapisem godzin odjazdów autobusów. Na kartce było napisane:

DNIA 23 MAJA (CZWARTEK) AUTOBUS NR 3 NIE KURSUJE Z POWODU OBOWIĄZKOWEGO PRZEGLĄDU POJAZDÓW.

PRZEPRASZAMY ZA UTRUDNIENIA.

— Kurde — powiedziała sama do siebie. — Chciałabym już być w szkole — westchnęła.

Nagle jej amulet zaczął świecić i dziewczyna w magiczny sposób przeniosła się do budynku szkoły. Olga nie była zdziwiona. Wiedziała dobrze o magicznej mocy amuletu, który dostała w prezencie na swoje pierwsze urodziny od swojej już nieżyjącej babci. Od tamtej pory zawsze miała go przy sobie. Przypominał jej o osobie, której tyle zawdzięcza. Olga bardzo kochała swoją babcię, to w końcu przez nią została wychowana, gdy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym.

Dziewczyna weszła do klasy. Było już tam kilka osób. Zauważyła, że wszyscy przeglądają zeszyty i czytają coś w podręcznikach.

— Czemu się uczycie? — zapytała.

— Nie słyszałaś, wczoraj podobno klasa maturalna tak zdenerwowała Kowalską, że zrobiła im kartkówkę na koniec lekcji — odpowiedziała Zosia.

— Zadania podobno były tak trudne, że nawet Piotrek nie mógł wszystkich rozwiązać — dodał Jacek.

— Czekajcie. Ten Piotrek, który w zeszłym roku był na mistrzostwach województwa z matematyki? — zapytała, nie dowierzając Olga.

— Tak, właśnie on.

— Myślicie, że u nas też coś zrobi?

— Nie wiemy, ale lepiej dmuchać na zimne — odpowiedziała Zosia, która znów zaczęła przeglądać zeszyt.

Rozległ się dzwonek. Reszta osób weszła do klasy. Pani Kowalska weszła na końcu, w prawej ręce trzymała filiżankę z kawą, a w lewej teczkę i kilkanaście kartek z wydrukowanymi zadaniami.

— Już po nas — powiedziała Olga do koleżanki z ławki.

— Spokojnie może to nie dla nas — odpowiedziała jej Ewka.

Dziewczyna zawsze była optymistką, bez względu na sytuację zawsze potrafiła myśleć pozytywnie. Niestety, tym razem nawet postawa Ewki nic nie dała.

— Dzień dobry. Usiądźcie proszę — powiedziała nauczycielka.

— Dzisiaj postanowiłam sprawdzić waszą wiedzę — uśmiechnęła się — No to zaczynamy, żeby nie tracić czasu. Olga, podejdź, proszę, do mnie, rozdasz kartki klasie.

Dziewczyna była bardzo zestresowana. Nic nie umiała. W duchu tylko pomyślała: „Chciałabym, żeby coś się stało i żebyśmy nie musieli pisać tej kartkówki”.

Gdy skończyła rozdawać niezadowolonym uczniom kartki, zadzwonił telefon.

— Przepraszam was bardzo, ale to coś naprawdę ważnego. Muszę odebrać — powiedziała nauczycielka.

Po krótkiej rozmowie, w czasie której uczniowie próbowali jakoś wspólnie rozwiązać zadania pani Kowalska wstała. W klasie zapadła cisza.

— Przepraszam was bardzo, moi kochani, ale niestety muszę wyjść i się zwolnić na cały dzień. Zaraz pójdę do sekretariatu i spróbuję załatwić dla was jakieś zastępstwo. Kartkówkę napiszecie za tydzień, a zadania z tych kartek to wasza praca domowa — powiedziała, wychodząc.

Olga spojrzała na swój amulet, który powoli przygasał. Dziewczyna uśmiechnęła się. Wiedziała bowiem, że to za jego sprawą kartkówka, na którą nikt nie umiał, została odwołana.

Minęła siódma lekcja. Olga skończyła zajęcia. Na dworze było pochmurnie. Dziewczyna jednak postanowiła pójść do domu na piechotę. W sumie nic innego i tak nie pozostało jej do zrobienia, bo jej autobus i tak dzisiaj nie kursował. Olga był trochę zmęczona. Planowała, że gdy tylko będzie w domu, weźmie szybki prysznic, zje coś i utnie sobie mała drzemkę. Wieczorem wpadnie do niej Ewka i będą się razem uczyły na sprawdzian z historii. Dziewczyna szła zamyślona. Dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że zaczął padać deszcz. Nagle zerwał się silny wiatr. Olga zaczęła iść coraz szybciej. Po chwili zauważyła małą dziewczynkę. Dziecko mogło mieć z 8 — 10 lat. Mała była ubrana w letnią, żółtą sukienkę. Dziewczynka przyglądała się jej bardzo uważnie. Nagle Olga zatrzymała się.

— Kim jesteś i jak tu się znalazłaś? — Zapytała już nerwowym głosem Olga.

— Mam na imię Hania — odpowiedziała dziewczynka. — Bardzo podoba mi się twój naszyjnik. Też bym taki chciała. Oddasz mi go? — Zapytała bez skrępowania Hania.

Olga była bardzo zdziwiona śmiałością dziecka.

— Zastanowię się — odpowiedziała dziewczyna, znając już odpowiedź, której była pewna. — Powiedz mi, jak to się stało, że taka mała dziewczynka chodzi sobie sama po ulicy w taką pogodę? Gdzie są twoi rodzice?

— Moi rodzice nie żyją. Zginęli w wypadku samochodowym. Teraz zajmuję się mną babcia — wyjaśniła Hania.

Olga była bardzo zdziwiona odpowiedzią nieznajomej.

— A czy twoja babcia wie, że jej wnuczka chodzi sobie sama i w dodatku zaczepia obcych ludzi?

— A czy ja się ciebie o wszystko wypytuję? — odparła poirytowana już ciągłymi pytaniami Hania. — Mogę chociaż zobaczyć ten wisiorek?

— No dobrze, niech ci będzie, ale obiecasz, że jak go obejrzysz, to wrócisz do domu?

— No zobaczę — odpowiedziała dziewczynka.

Olga odpięła amulet i podała go dziewczynce. Niespodziewanie ta zaczęła uciekać.

— Stój! Co ty robisz!? — krzyknęła zszokowana Olga.

Zaskoczona ruszyła za nią. Mimo że dziewczynka była przez moment zaledwie kilku kroków od Olgi, ta nie zdołała jej złapać. Dziewczyna musiała się zatrzymać, nie mogła złapać tchu. Hania była już bardzo daleko. W pewnej chwili Olga całkowicie straciła ją z pola widzenia. Dziewczyna odwróciła. Zobaczyła tylko zbliżające się światło. Nie zdążyła nawet drgnąć, gdy usłyszała pisk hamujących opon i poczuła ogromny ból w klatce piersiowej. Przewróciła się. Z auta wybiegł starszy mężczyzna, który próbował ją reanimować. Jego żona w tym czasie zadzwoniła po karetkę. Bezcelowe były już ich starania. Olga nie żyła.

Anna

Agnieszka Kwaśnioch

Wigilijny poranek zapowiadał się normalnie. Jak co roku cała rodzina od wczesnych godzin biegała po domu, wykrzykując, że jeśli się nie pospieszą to z pewnością nie zdążą przyszykować wszystkiego na wieczerzę. Tak więc mama i tata już o siódmej ruszyli na rynek, by kupić karpia i jeszcze kilka kilogramów innych ryb, bo jak to stwierdziła mama, jeśli przyjedzie ciocia Grażyna i wujek Edmund ze Szczecina to na pewno nie wystarczy jedzenia a przecież każdy musi zjeść choć kęs każdej z dwunastu potraw, które już za kilkanaście godzin pojawią na wigilijnym stole. Antek i Ola mieli zadanie specjalne, zaraz po śniadaniu i obejrzeniu świątecznych odcinków „Reksia” i „Krecika” musieli ubrać choinkę. Wczoraj do późna razem z babcią robili ozdoby z papieru. wkrótce też rodzeństwo zabrało się do pracy pod czujnym okiem babci. Wszyscy coś robili, wszyscy z wyjątkiem Anny. Tylko ona leżała jeszcze w łóżku i wyglądało na to, że nie ma zamiaru dziś z niego wyjść. Wcale nie dlatego, że nie lubiła świąt czy nie wierzyła w ich magię, chodziło o coś zupełnie innego. Świąteczny czas przypominał Annie o wielkiej tragedii sprzed lat.

Dokładnie 5 lat temu jej mąż zginął w wypadku samochodowym. Do dziś Anna nie mogła o nim zapomnieć. Tomasz był cudownym mężem. Miał oczywiście wiele wad, był między innym porywczy, często krzyczał, gdy ktoś usiłował mu coś wmówić, ale nigdy nie krzyczał na Annę, bardzo ją kochał. Zawsze pamiętał o jej urodzinach, imieninach, rocznicy ślubu. Zdarzało się często, że wracał z pracy do domu z bukietem róż. Kiedyś Anna zapytała, z jakiej okazji dostaje tak piękny prezent, on odpowiedział: „Nie potrzebuję okazji, by sprawić, żeby na twojej twarzy pojawił się uśmiech. Po prostu Cię kocham. Nie wyobrażam sobie, żeby moja żona co najmniej raz w miesiącu nie dostała kwiatów. Jesteś moją żoną, moją… Nie wyobrażasz sobie jak bardzo jestem szczęśliwy, że spośród tylu ludzi na świecie ty wybrałaś właśnie mnie”. Anna wiedziała, że nie był to żaden wybór, od momentu gdy go poznała, wiedziała, że nie zwiąże się z nikim innym. Dziś, 24 grudnia 1995 roku mija kolejna smutna rocznica. Anna ma już 32 lata. Rodzina wciąż powtarza jej, że powinna ułożyć sobie życie z kimś innym i delikatnie sugerują jej, że może wyszłaby na kawę z sąsiadem Albertem, który już od 3 miesięcy codziennie rano zagląda do ich mieszkania i pyta czy przypadkiem nie potrzebują pomocy, albo czy nie brakuje czegoś w kuchni, bo właśnie wybiera się do sklepu. Anna jednak nie miała zamiaru wiązać się z nikim a w szczególności z Albertem, którego uważała za przemądrzałego inżynierka. Choć musiała przyznać, że lubiła z nim rozmawiać, zawsze był dla niej miły i znał masą świetnych żartów.

Wybiła już godzina 10. Należałoby wstać. Anna z trudem podniosła się z łóżka i ruszyła w kierunku łazienki, mijając po drodze siostrzeńców wymachujących papierowym bałwanem oraz babcię, która jak zawsze czuło uśmiechnęła się na jej widok. Anna bardzo kochała babcię. Zazdrościła jej siły i przebojowości. Dziadek zginął kilka lat po wojnie w, jak to wówczas powiedziano, nieszczęśliwym wypadku. Babcia jednak wiedziała, że nie był to wypadek. Dziadek dzielnie walczył z nowym okupantem, jakim była sowiecka władza. Babcia nigdy mu tego nie zabraniała, bo wiedziała, że walczy o prawdziwą wolność ojczyzny. Była z niego bardzo dumna. Po jego śmierci została sama z ośmiorgiem dzieci, pracą na pół etatu i mnóstwem problemów, ale nigdy nie narzekała, nigdy nie mówiła, że było jej źle. Powtarzała, że trzeba sobie radzić niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć. Tego najbardziej zazdrościła jej Anna, silnej woli do życiowej walki, tego, że nigdy się nie poddała.

Anna szybko się umyła i równie szybko zjadła śniadanie. Nie zamierzała siedzieć dłużej w domu. Musiała jeszcze kupić prezent dla przyjaciółki, z którą umówiła się w małej kafejce, tuż obok ratusza. Po drodze do sklepu chciała wejść na cmentarz, choć wiedziała, że będzie ją to kosztowało wiele bólu. O dwunastej Anna była już przy wejściu na cmentarz. Przez chwilę się wahała, ale w głębi duszy wiedziała, że musi to zrobić, musi go odwiedzić. Wizyta nie trwała długo, Anna już po dziesięciu minutach ruszyła do sklepu. Szła szybkim krokiem, bo chciała uniknął kolejek i widoku wrzeszczących dzieciaków, błagających o to, by mamusia kupiła jednak tę dużą czekoladę. Idąc chodnikiem zasypanym śniegiem, nagle zauważyła ciemnoczerwony przedmiot świecący wśród białych płatków. Nie zastanawiając się, pochyliła się i wzięła go do ręki, nie wiedząc, dlaczego to robi. Przedmiot okazał się być amuletem. Kiedy Anna chciała wrzucić go to swojej torebki, stało się coś dziwnego. Dziwny naszyjnik nagle zaczął świecić mocnym blaskiem. Kobieta poczuła ciepło przenikające rękę, w której trzymała amulet. Nie wiedziała, dlaczego natychmiast pomyślała o Tomaszu i o tym, że z pewnością opowiedziałaby mu o tym znalezisku.

Blask nie gasł, wręcz przeciwnie, po chwili oślepił Annę. Kobieta już wiedziała, że ten dzień będzie niezwykły. Po chwili usłyszała huk i trzask. Zobaczyła ciemność. „Obudź się, obudź się!” krzyczała głośno do siebie. Anna nigdy nie wierzyła w nadprzyrodzone siły, zjawy, paranormalne zjawiska, dlatego nie chciała wierzyć, że to dzieje się naprawdę. Gdy otworzyła oczy, ujrzała mężczyznę do złudzenia przypominającego Krzysztofa, starszego brata Tomasza

— W końcu go znalazłaś, myślałem, że to już nigdy nie nastąpi. Dawno nie wychodziłaś z domu, prawda? Oh, no a mówiłem ci, że tak nie można… — powiedział mężczyzna. Anna ze zdumieniem spojrzała na niego i z miną wyrażającą zdziwienie wypowiedziała: „Krzyyy..”. Nie zdążyła dokończyć, ponieważ mężczyzna od razu zaczął mówić dalej:

— No tak. Ty nic nie rozumiesz. Ja też nie rozumiałem. Nie wiedziałem, co się stało. Wiesz, gdzie jesteś? Nie domyślasz się? Niestety, nie jest to Narnia czy Hogwart… — uśmiechnął się i mówił dalej:

— Jesteś tu, ponieważ on cię wybrał. To amulet wybiera ludzi, którzy tu się przenoszą.

Tutaj? Czyli gdzie? zastanawiała się Anna. Krzysztof ciągnął dalej opowiadanie o miejscu, w którym się znajdowali, lecz Anna już go nie słuchała. Była przerażona, chciała po prostu wrócić do domu, w którym wszystko było na swoim miejscu, do domu, w którym czuła się bezpiecznie. Niestety, jak miało okazać się za chwilę, już nigdy nie miała tam wrócić. Kobieta nagle jakby obudziła się z transu. Usłyszała z ust Krzysztofa: „Już na zawsze”. Anna strasznie się oburzyła:

— O nie! Chyba zasługuję na jakieś wyjaśnienia! Jak to na zawsze? Jakim prawem? O nie, ja się na zgadzam, nie można podejmować takich decyzji za kogoś. Co to w ogóle jest? Gdzie my jesteśmy? — Krzysztof uśmiechnął się i zaczął wyjaśniać całą sytuację:

— Amulet, który znalazłaś przeniósł cię tutaj. Tutaj, czyli do innego świata. Świata idealnego. Świata przyszłości. Nie jesteś już w szarych latach dziewięćdziesiątych lat dwudziestych, nie jesteś już nawet w Polsce. Teraz jesteś w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, jest rok 2050 a ty masz teraz 20 lat i można powiedzieć, że zaczynasz życie od nowa.

Anna była przepełniona złością i goryczą, przeklinała chwilę, w której podniosła nieszczęsny amulet. Miała ochotę krzyczeć, lecz była przekonana, że nikt jej nie usłyszy. Postanowiła zapytać, dlaczego to właśnie ona, a nie staruszka, która szła tym samym chodnikiem kilka metrów przed nią. Dlaczego nie ktoś innych? Przecież tą drogą przechodzi codziennie milion osób a to nieszczęście spadło na nią Mężczyzna po raz kolejny uśmiechnął się, wiedział, że Anna bardzo się myli. Wiedział, że nieszczęście, o którym mówi okaże się dla niej czymś w rodzaju ratunku. Postanowił niezwłocznie wyjaśnić Annie, dlaczego to właśnie ona znalazła amulet.

— Anno, nie ty go znalazłaś, lecz on ciebie. Amulet znajduję…, hmmm… przepraszam, że to powiem, ale muszę, osoby nieporadne życiowo. Nie radzisz sobie Anno, zagubiłaś się. Nie potrafisz funkcjonować w społeczeństwie, w którym żyjesz. Cierpisz i nie potrafisz cieszyć się życiem.

Słowa Krzysztofa spowodowały, że łzy napłynęły do oczu Anny. Wiedziała, że ma rację. Po raz pierwszy od dwudziestu minut poczuła, że jest we właściwym miejscu. Powoli przekonywała się, że powinna zostać w Ameryce, jednak nie umiała tego przyznać.

— Anno...to nie wszystko. Amulet teraz należy do ciebie. Posiada on niezwykłą moc. Jego moc jest jednak zagadką, sama musisz ją odkryć. Jest teraz Twój.

Tę wiadomość Anna przyjęła z większym spokojem. Można powiedzieć, że ucieszyło ją to. Coraz bardziej przekonywała się, że los po raz pierwszy się do niej uśmiechnął. W uszach brzmiało jej jednak jedno zdanie, które nie dawało jej spokoju. „Nieporadna życiowo…. Nie radzisz sobie”.

Skoro amulet wyszukuje właśnie takie osoby, to co tu robi Krzysztof? Przecież wyjechał kilka dni po pogrzebie Tomasza i już nigdy się nie odezwał. Musiała z przykrością przyznać, że nie brakowało jej Krzysztofa, była tak pochłonięta przeżywaniem żałoby, że nawet nie zauważyła jego nieobecności. Przypomniała jej się właśnie rozmowa z teściową, z której wynikało, że Krzysztof wyjechał za granicę, zostawiając żonę i trójkę dzieci. Anna nie mogła się oprzeć ciekawości i postanowiła zapytać:

— Przepraszam za moją bezpośredniość, ale co ty tu robisz? Krzysztof, człowiek sukcesu w takim miejscu? Posiadasz własną firmę, masz ogromny dom z ogrodem, piękną żonę i trójkę cudownych dzieci.

Krzysztof nagle posmutniał. Wiedział, że po raz pierwszy będzie musiał wyjawić prawdę. Z wielkim bólem wyznał:

— Hmm...człowiek sukcesu..to zabawne. Moja firma...no tak, muszę przyznać, że prosperowała wyśmienicie, lecz do czasu, kiedy okazało się, że mój wspólnik jest nieuczciwy. Przekupił urzędników, nie odprowadzał składek, po kilku latach prokuratura dowiedziała się o wszystkim, szybciej niż ja… Wspólnika aresztowano a mnie...co mnie pozostało? Musiałem zamknąć firmę, ale zanim to zrobiłem, sprzedałem, co tylko mogłem. Wszystkie pieniądze wpłaciłem na nasze wspólne konto. Było mi wstyd przed żoną, stałem się nieudacznikiem. Okazało się, że wkrótce zostaniemy bez środków do życia. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić, zacząłem pić. Kiedy po kolejnej mocno zakrapianej nocy w osiedlowym barze wracałem do domu, znalazłem amulet… domyślasz się, co było dalej.

Twarz Anny pobladła, okazało się, że człowiek, którego miała za najszczęśliwszego człowieka na ziemi był zwykłym nieszczęśnikiem, którego los ukarał za bezgraniczne zaufanie do ludzi. Szybko jednak zaczęła zastanawiać się, jak ma ułożyć sobie teraz życie. Nie martwiła się już o to, co zostawiła w Polsce. Chciała już wyruszyć. Ale dokąd?

— Co mam teraz robić?

— To co chcesz. Przyszłość należy do ciebie. Zaprowadzę cię do twojego nowego mieszkania.

Anna skinęła głową, zgadzając się. Kilka minut później byli już na miejscu. Mieszkanie co prawda było małe, lecz dla samotnej kobiety wręcz idealne. Krzysztof wypił z Anną kawę, rozmawiali dość długo. Anna bombardowało go milionem pytań. Po północy Krzysztof opuścił mieszkanie i udał się w niewiadomym kierunku.

Anna została sama. Postanowiła, że położy się spać a rano wyruszy na podbój wielkiego miasta, jakim jest Nowy Jork. Ułożyła się wygodnie w wielkim łóżku. Minęło kilka godzina a kobieta nadal nie spała. Cały czas myślała o tym, co ją spotkało. Przecież rano była jeszcze w swoim warszawskim domu. Anna przypomniała sobie słowa Krzysztofa: „Musisz odkryć jego moc”. Natychmiast ruszyła w kierunku kuchni, gdzie zostawiła amulet. Zauważyła, że świeci na niebiesko co bardzo ją zdziwiło, bo z tego co pamiętała, przedmiot był czerwony. Wzięła go do ręki i wpatrywała się w niego bez dłuższą chwilę, po czym pomyślała, że może wyczerpała już limit niezwykłych zdarzeń i odłożyła go do torebki. Kiedy wychodziła z kuchni, usłyszała dźwięk spadającego przedmiotu, obejrzała się za siebie i zobaczyła, że rzeczywiście miała rację. Torebka leżała na ziemi. Anna wróciła, podniosła ją i ponownie wyjęła amulet. Coś musisz robić...coś niezwykłego — pomyślała. Nagle poczuła ciepło. Pomieszczenie wypełnił blask bijący od amuletu. Anna zamknęła oczy i zobaczyła zegarek wskazujący siódmą rano. Usłyszała głośne pukanie do drzwi, więc ruszyła w ich kierunku. Gdy je otworzyła, ujrzała Krzysztofa. Nagle blask wygasł a Anna upadła na podłogę. — Co to było? — zapytała samą siebie. Wizja? Sen? Kobieta uznała, że na dziś wystarczy jej atrakcji. Postanowiła ponownie położyć się i spróbować zasnąć. Tym razem udało się. Anna spała krótko, obudziła się tuż po szóstej. Nagle poczuła się dziwnie. Zobaczyła zegarek, na którym właśnie wybiła siódma. Chwilę później usłyszała pukanie do drzwi, więc bez wahania postanowiła je otworzyć. Gdy ujrzała Krzysztofa zaniemówiła.

— Co się stało, Anno? — zapytał zmieszany mężczyzna.

— Wiem, wiem. Już wiem!” — wykrzyczała Anna — Amulet, on… znaczy się ja, ja widzę przyszłość…

Kobieta zaprosiła Krzysztofa do środka i przy śniadaniu, które wspólnie zrobili, odpowiedziała mu o zdarzeniu, które miało miejsce w nocy. Krzysztof uśmiechnął się w sposób, w jaki robił to Tomasz. Byli tacy do siebie podobni. Z jednym wyjątkiem. Krzysztof zawsze był poważnym człowiekiem, nie potrafił żartować. Tomasz codziennie zasypywał Annę żartami i anegdotami. Tego brakowało jej najbardziej. Po jego śmierci już nikt nie mógł sprawić, żeby na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech.

Krzysztof zaproponował Annie spacer. Kobieta zgodziła się pod warunkiem, że udadzą się do lodziarni, ponieważ stwierdziła, że skoro ma znowu dwadzieścia lat, to nie musi się odchudzać i zasługuje na porządną porcję lodów. Mężczyzna przystał na propozycję Anny i razem ruszyli przez miejską dżunglę do Toma, który jak zapewniał Krzysztof, prowadził najlepszą lodziarnię w tej części kraju. Po deserze postanowili wrócić do mieszkania i poszukać i Internecie pracy dla Anny. Musiała przecież żyć jak normalna nowojorska kobieta. Kiedy znaleźli się na ulicy, Anna ponownie poczuła ciepło i zauważyła bijący z torebki blask. Instynktownie wyjęła przedmiot. Zamknęła oczy. Zobaczyła rozpędzony samochód, jadący wprost na grupę ludzi, która właśnie przechodziła przez ulicę.

— Krzysztof! — krzyknęła. Mężczyzna od razu zorientował się, że Anna ponownie miała wizję.

— Muszę ich uratować, zaraz zginą. Kobieta bezzwłocznie wbiegła na ulicę i złapała małą dziewczynkę za rękę. Do reszty ludzi znajdujących się już na pasach krzyknęła „uciekajcie!” Ton jej głosu i wyraz twarzy spowodował, że wszyscy, nie wiedząc dlaczego, posłuchali jej natychmiast. Gdy znaleźli się na drugiej stronie ulicy, tuż obok księgarni ujrzeli pędzące auto a za nim dwa samochody policyjne. Wszyscy byli zszokowani, z niedowierzaniem spoglądali na Annę. Kobieta pobladła. Udała się w kierunku Krzysztofa i razem z nim wróciła do mieszkania.

Od tego momentu Anna wiedziała, że odnalazła swoje powołanie. Musi pomagać ludziom. Przez ostatnie kilka lat myślała wyłącznie o sobie i o tym, jak wielka tragedią ją spotkała. Dziś uświadomiła sobie, że jej przeznaczeniem jest chronić ludzi przed wypadkami, które mogą zrujnować los niejednej rodziny. Każdego dnia, wykorzystując moc amuletu, robiła jedną dobrą rzecz, dla niej to przecież nic wielkiego, a dla innych… Anna dobrze wiedziała, co znaczy stracić kogoś bliskiego, dlatego nie chciała, by ktoś czuł się tak, jak ona sama kilka lat temu. Pierwszy raz Anna mogła powiedzieć, że jest szczęśliwa. Codzienność nie była dla niej nudną rutyną, ponieważ każdy dzień przynosił nowe wyzwanie. Krzysztof często odwiedzał Annę.

Jest roku 2065. Nowy Jork prawie się nie zmienił. Nadal nikt tu nie ma dla nikogo czasu, nadal trudno złapać wolną taksówkę i równie trudno spotkać niespieszących się ludzi. Anna na lat 35 i nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa. Zamieszkała z Krzysztofem, razem wychowują pięcioletniego synka, Tomaszka. Anna każdego dnia wstaje wcześnie, robi rodzinie śniadanie, zawozi syna do szkoły i dopiero potem rusza, by wypełnić swoją misję, by uratować kolejne życie.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę