E-book
8.29
drukowana A5
38.92
Falcon II

Bezpłatny fragment - Falcon II

Na rozstaju dróg


5
Objętość:
313 str.
ISBN:
978-83-8126-446-4
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 38.92

Przed przeszłością nie uciekniesz

Jestem zamknięta w ciasnym pokoju na jednym z wyższych pięter Głównej Kwatery Falconu. Pomyśleć, że to nie pierwszy raz, kiedy traktują mnie jak więźnia. No cóż, ostatnio znajdowałam się przynajmniej w przytulnym pokoiku z widokiem na piękny ogród. Tutaj nic nie jest przytulne czy piękne. Gdzie tylko nie spojrzeć, widać biel. Powoli rzygam tą przeklętą bielą! Nawet łóżko wygląda jak cholerna kozetka szpitalna. Na suficie wisi olbrzymia, podłużna lampa, której ostre światło nieprzerwanie drażni oczy. W pomieszczeniu nie ma okien, co jeszcze bardziej pogarsza moją sytuację. Czuję się jak w wariatkowie. Żadnego stolika, krzesła czy innych mebli. Brakuje tylko miękkich ścian, o które mogłabym się obijać. Z jednego mogę być jednak zadowolona. Na przeciwko mojej pryczy znajduje się maleńka łazienka. Przynajmniej nie jestem zmuszona do załatwiania swoich fizjologicznych potrzeb pod siebie.

Przed drzwiami do pokoju stoi dwóch strażników. Co jakiś czas słyszę ich ciche rozmowy i śmiechy. Nieraz próbowałam podsłuchać, o czym mówią. Wytężanie uszu na nic się nie zdaje. Albo niczego nie wiedzą, albo są na tyle inteligentni, by nie gadać o ważnych rzeczach tuż pod drzwiami mojego prywatnego więzienia.

Jeśli chodzi o Jeden, Trzy i Cztery, nie mam bladego pojęcia, co się z nimi dzieje. Trzymam się dobrej myśli, że Cztery zdołał uciec, schować się, ujść z życiem, ale Trzy… Ta nieświadomość w końcu mnie zabije.

W noc naszej katastrofalnej akcji ratunkowej widziałam go po raz ostatni. Do teraz nie mogę uwierzyć, że to Siedem nas zdradziła. Osobiście założyła kajdanki na ręce Trzy, po czym nakazała strażnikom zaprowadzić go do dawnej celi. Mogę się tylko domyślać, co w tej chwili z nim robią.

O Sześć też niczego nie wiem. Prawdopodobnie schwytali go jeszcze przed nami. Siedem wiedziała o wszystkim, znała każdy szczegół naszego planu. Wiedziała, kto nam pomaga. Raczej mało prawdopodobne, że zostawiła Sześć w spokoju i wydała tylko nas. O reszcie grupy nawet nie wspomnę. Boję się, że coś im się stało. Co ja mówię, z całą pewnością coś się stało. Pytanie jest jedno — czy jeszcze żyją? Próbuję wyrzucić z głowy obraz wołających o pomoc Nany, Dwa i Pięć.

***

Nie jestem pewna, jak długo tutaj siedzę. Wydaje mi się, że minęło dobrych parę tygodni. Nikt nie pokazuje mi się na oczy. Nikt mnie nie odwiedza. Nikt nie otwiera drzwi i nie przekracza progu izolatki. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Co planują jako następne? Dlaczego jeszcze żyję? Czyżby byli tak głupi i naiwni, by myśleć, że zgodzę się na współpracę z nimi? Możliwe, że chcą mnie wykorzystać, by sterować Jeden. Ale w międzyczasie musieli się domyślić, że nigdy nie stanę po ich stronie. Nie posunęłabym się do czegoś tak niemoralnego, nawet za cenę własnego życia. Przynajmniej tak myślę. Jednak, gdyby popatrzeć na całą tę sprawę trzeźwym okiem, nie mam pojęcia, co by się stało, gdyby przyłożyli mi lufę pistoletu do skroni i kazali wydać Jeden jakieś polecenie. Nie mogę być w stu procentach pewna, że od razu im odmówię. Chcę wierzyć, że właśnie tak bym postąpiła, ale człowiek nie może być niczego pewien, zanim nie znajdzie się w danej sytuacji.

Najgorsze, że i beze mnie poradzą sobie z Jeden. Wyłącznie Trzy jest odporny na ich eksperymentalne mieszanki, które ważą się nazywać lekarstwami. Zrobili z Jeden na powrót robota, który ślepo wykonuje każdy ich rozkaz. Nie wątpię w to. Tak bardzo chciałabym znaleźć sposób, by go uratować. Niestety, nie potrafię ocalić nawet siebie. Trzy miał rację mówiąc, że do niczego się nie przydam i będę tylko niepotrzebnym balastem. Ale nawet, gdybym go wtedy usłuchała i została w kryjówce, co by to zmieniło? Tak czy siak skończylibyśmy w tym samym miejscu.

Zbyt dużo pytań krąży po mojej głowie. Dziesiątki przypuszczeń, które przyprawiają o mdłości i ból głowy. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby ludzie odpowiedzialni za ten cały syf postawili sprawę jasno. Mam serdecznie dość ciągłego domyślania się, czego tak właściwie chcą i co stało się z resztą.

Niewielka klapa znajdująca się w dolnej części stalowych drzwi otwiera się trzy razy dziennie. Żołnierze Falconu przesyłają mi przez nią plastikowy tablet z jedzeniem i piciem. Przez pierwszych kilka dni niczego nie ruszyłam. Postanowiłam zastrajkować. Moja głodówka nie trwała jednak zbyt długo. W końcu zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. Martwa, nikogo nie ocalę. Osłabiona, nie będę w stanie się obronić, gdyby w końcu ktoś zdecydował się przekroczyć próg mojej samotni.

Teraz pochłaniam każdy posiłek, jakby był moim ostatnim. Nie zostawiam żadnych resztek. Chcę być gotowa stawić opór, kiedy tylko pojawi się taka okazja. Ale póki co, nie widząc innego wyjścia — czekam.

***

Głośne pukanie do drzwi wyrywa mnie ze snu. Zrywam się gwałtownie na równe nogi, otwierając szeroko oczy. Nie wiem, czego się spodziewać. Zaskoczenie jest tak wielkie, że tłumi mój trzeźwy tok myślenia.

Kiedy słyszę głuche kliknięcie otwierającego się zamka, instynktownie robię krok w tył. Serce przestaje na parę sekund bić, przeczuwając najgorsze. Zabiją mnie.

Zawiasy lekko piszczą. Stalowe drzwi w końcu się otwierają, wpuszczając do środka nieznajomą postać.

Wysoki mężczyzna ubrany w elegancki garnitur przekracza próg pomieszczenia, zamykając za sobą jedyną drogę ucieczki. Ostrożnie rusza w moją stronę, przeszywając mnie badawczym wzrokiem. Nie wygląda na groźnego, wprost przeciwnie. Sympatyczny wyraz twarzy i delikatny uśmiech sprawiają, że odrobinę się rozluźniam.

Mężczyzna nagle się zatrzymuje, chowa długie ręce za plecami, splatając ze sobą kościste palce dłoni. Jego jasnoniebieskie oczy konsekwentnie mnie obserwują. Co dziwne, to intensywne spojrzenie wcale mi nie przeszkadza.

Na bladej, lekko pomarszczonej twarzy pojawia się subtelny uśmiech. Ciągle milcząc, siada na twardym łóżku i klepie miejsce obok siebie. Nabieram powietrza przez nos i powoli wypuszczam ustami. Nie mogę nikomu ufać, powtarzam sobie w myślach. Niepewnie do niego dołączam, siadając w jak największym dystansie.

— Z góry chciałbym cię przeprosić za karygodne zachowanie moich żołnierzy — zaczyna donośnym, ale ciepłym głosem. — Nie powinni byli cię w ten sposób traktować.

Automatycznie otwieram usta. Coś jest ewidentnie nie tak. Facet wydaje się być całkiem pokojowo nastawiony. Stwarza wrażenie miłego, a może to tylko moja wybujała wyobraźnia? Może jeszcze śnię? Minęło tyle czasu… Dlaczego akurat teraz miałoby się coś zmienić? Czyżby postanowili zagrać ze mną w jakąś chorą grę, której reguł nie rozumiem? To musi być podstęp.

— Zapewne jesteś zdezorientowana — stwierdza, widząc moją skołowaną minę.

— Kim pan jest? — wyduszam z siebie. Nie poznaję własnego głosu. Skrzypi i jest ledwo słyszalny. Z jednej strony nie ma się co dziwić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio go używałam. — Co tutaj robię? Co z resztą? Co z…

— Wszystko po kolei, moje dziecko — przerywa mi spokojnym, opanowanym tonem.

— Nie rozumiem — przyznaję, po czym odchrząkuję, by doprowadzić mój głos do porządku. — Niczego nie rozumiem — powtarzam lekko poirytowana.

— Mam na imię Jack — przedstawia się w końcu. — Sprawuję tutaj dowodzenie.

Jack. Jego imię odbija się echem w mojej głowie. To niemożliwe. Ta pogodna, przyjazna osoba nie może być TYM Jackiem. Osoba przy mnie siedząca nie byłaby zdolna do takich nieludzkich okrucieństw. Ta osoba nie może stać na czele Organizacji. Daleko mu do bezlitosnego kata i dręczyciela. Ale przecież właśnie to przed chwilą mi wyznał, prawda? Mówi, że jest tutaj dowódcą, więc to jego rozkazy doprowadziły do tego syfu, w którym wylądowałam. To on wydał komendę uchwycenia Trzy, Jeden… To on zamknął mnie w tych czterech ścianach, bez słowa wytłumaczenia. Nie pojmuję, dlaczego zgrywa przede mną potulnego baranka, któremu zależy, bym dobrze się czuła. W mojej głowie powstaje jeden wielki, trudny do rozplątania mętlik.

— Gdzie jest Trzy? Co z nim zrobiliście? Co z Jeden? — pytam ostrym jak brzytwa tonem.

— Och — wzdycha, pochylając delikatnie głowę do boku. — Nie powinnaś się nimi dłużej przejmować — stwierdza ze stoickim spokojem.

— Niech pan wybaczy, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie — rzucam zbulwersowana, rozkładając bezradnie ręce. — Chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie? Zostałam tu zamknięta bez jakiegokolwiek uzasadnienia! Przed drzwiami stoją uzbrojeni strażnicy. Jeśli nie jestem waszym więźniem, to kim, do diabła?!

Nagle czuję, jak olbrzymia dawka adrenaliny uderza mi do krwi. Zrywam się z miejsca niczym wkurzona furia. Chcę odpowiedzi i mam dość ciągłego częstowania mnie kłamstwami.

— Spokojnie, dziecko — mruczy starszy mężczyzna, patrząc na mnie jak na nieposłuszną córkę. — Nie byłem w stanie załatwić tego wcześniej. Zbyt dużo obowiązków i spraw, które miały priorytet. Jutro zabiorą cię z powrotem do rodziny. Będziesz mogła znów żyć normalnym życiem. Daję ci na to moje słowo, a moje słowo jest święte — oznajmia przepełniony dumą, kładąc prawą dłoń na sercu. — Mogę ci obiecać, że już nigdy o nas nie usłyszysz, jeśli cię to uspokoi.

— O czym pan do mnie w ogóle mówi? — burczę skołowana. — Mam wrócić z powrotem do domu? Do babci? Zapomnieć o wszystkim? Zapomnieć o Jeden? O Trzy? O całej reszcie? — pytam, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Chyba sobie pan żartuje. Chcę wiedzieć, co się z nimi stało! Natychmiast! — domagam się zdesperowana.

— Nie miałem na myśli domu, w którym dorastałaś, dziecko — tłumaczy, nie zwracając uwagi na resztę mojej wypowiedzi. — Mówię o twoim prawdziwym domu, o Monic — wyjaśnia, mrużąc lekko jasnoniebieskie oczy. — Musisz zapomnieć o swojej przeszłości — radzi. — Powinnaś zostawić ją za sobą. Zacznij patrzeć przed siebie. Twoje życie było wielkim, tłustym kłamstwem. Nie masz do czego wracać. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej dla ciebie — stwierdza stanowczo ani na chwilę nie tracąc panowania nad sobą.

— Monic nigdy nie była ani nie będzie moją prawdziwą rodziną. Nie znam jej, a ona nie zna mnie i wolałabym, żeby tak zostało! — syczę przez zaciśnięte zęby. — Ta kobieta jest zupełnie obcą osobą, a moja matka od dawna nie żyje — wyrzucam z siebie, przeszywając Jacka złowrogim spojrzeniem. Moje dłonie mimowolnie formują się w pięści.

Mężczyzna głośno wzdycha, wzruszając bezsilnie ramionami. Zrezygnowany, kręci głową, wykrzywiając usta w grymasie.

— Uwierz mi, dziecko — zaczyna zmęczony — tak będzie najlepiej. Nie tylko dla ciebie, także dla mnie i nawet dla tych — przerywa, szukając odpowiedniego określenia — dla naszego projektu — kończy dyplomatycznie, pretensjonalnie drapiąc się po brodzie.

— Projektu? — powtarzam z oburzeniem, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.

— Projektu — potwierdza z drażniącym spokojem.

— Za kogo pan się uważa? Jak możecie traktować ich w taki sposób? To nieludzkie. Niemoralne! — warczę, przepełniona goryczą, która powoli staje się nie do zniesienia.

— Myślisz, że znasz te kreatury — mamrocze, spuszczając głowę i gorzko się uśmiecha. — Tak naprawdę, nic o nich nie wiesz — oznajmia twardo. — To nie my jesteśmy tymi złymi. Ile czasu spędziłaś w ich towarzystwie? Parę dni? Tygodni? Wątpię, że trwało to więcej niż miesiąc. Nie masz zielonego pojęcia, jak bardzo mylisz się na ich temat!

Zaciskam zęby i pięści. Brakuje mi słów. Nie wiem, co mu na to odpowiedzieć. Po części ma rację, nie znam ich zbyt długo. Każde z nich ma przede mną miliony tajemnic. Ale, czy to oznacza automatycznie, że są źli? Nic na to nie wskazuje. Są inni. Wyjątkowi. Niepowtarzalni. Ale, czy to czyni ich od razu bestiami? Z pewnością nie.

— Pozwól, że opowiem ci pewną historię — odzywa się nagle, kładąc bezwładnie swoje długie ręce na kolanach.

Powinnam go w ogóle słuchać? Mam wybór? Nie, prawdopodobnie nie mam żadnego wyboru. Odpowiedzi na moje pytania i tak nie dostanę.

Skołowana wzdycham bezsilnie, cofając się od niego jeszcze kilka centymetrów. Kiedy czuję za plecami zimną ścianę, zatrzymuję się i zjeżdżam po niej w dół, siadając na twardej podłodze wyłożonej białymi kaflami.

— A więc, dobrze — mruczy, spoglądając na mnie ukradkiem. Niespodziewanie poważnieje, odwracając wzrok. — Ludzie nigdy nie widzą tego, czego nie chcą widzieć. Myślę, że nikt z nich najzwyczajniej w świecie nie chce się wyróżniać. Większość woli pozostać niewidocznymi. Właśnie dlatego ludzie nic nie robią, nawet gdy widzą, że coś jest nie tak. To wielka szkoda. Gdyby chociaż część z nich otworzyła szerzej swoje zaślepione oczy, rozpoznaliby, ile zła na tym zapchlonym świecie istnieje. Ale nie! Oni wolą beztrosko maszerować po bezpiecznej ścieżce, nie zwracając uwagi na otaczające ich piekło.

Przełykam ślinę. Jego pesymistyczne słowa przyprawiają mnie o dreszcze. Najsmutniejsze jest jednak to, że dużo w nich prawdy.

Mówi spokojnie, płynnie, prawie bez emocji. Gdyby nie nerwowe drżenie jego prawej nogi, nigdy nie wpadłabym na to, że się denerwuje.

— Kiedyś poznałem pewną rodzinę — ciągnie dalej. — Szczęśliwą rodzinę — dodaje szybko. — Nawet sobie nie wyobrażasz, jak szczęśliwą. — Rzuca mi krótkie spojrzenie kątem oka, po czym ponownie spuszcza wzrok. — Dwójka zakochanych do granic możliwości ludzi, których los obdarzył wspaniałą córeczką. — Na jego twarzy pojawia się delikatny, ledwo widoczny uśmiech, ale to nie trwa długo. Znika niemal natychmiastowo, ustępując miejsca trosce, smutku i powadze. — Była oczkiem w głowie rodziców. Była wszystkim. Jasnym promykiem, rozświetlającym ich życie. — Niepokoi mnie forma przeszła, jakiej używa, mówiąc o dziewczynce. — Niestety, radość nigdy nie trwa wiecznie. Prędzej czy później zostaje zmiażdżona przez brzemię tego niesprawiedliwego, bezwzględnego świata. — Widzę, jak przymyka powieki i zaciska mięśnie szczęki. — Istoty, które uważasz za niewinne, kruche i poszkodowane osoby, wcale takie nie są. Uwierz mi, to tylko pozory. Pokazują ci to, co chcą byś widziała. Ich prawdziwe oblicze jest głęboko ukryte. Nie daj się zwieźć tym słodkim spojrzeniom, tym anielskim oczom… To tylko skorupa maskująca potworne, ohydne wnętrze — mówi z nieodpartym przekonaniem i wzgardą. — Są niczym dzikie, nieokiełznane bestie, wtapiające się w tłum zwyczajnych, szarych ludzi. Jak krwiożercze wilki ukrywające się pośród stada niewinnych, niczego nieświadomych owiec. Potrafią tylko krzywdzić — stwierdza, przepełniony odrazą i gniewem. — Miała dopiero osiem lat. — Nie musi mi tłumaczyć, o kim mówi, wiem, że ma na myśli wspomnianą wcześniej dziewczynkę. — Nie zrobiłaby nikomu krzywdy — oznajmia zachrypłym, cienkim głosem, rozkładając ręce. — Nie miała żadnego problemu z nawiązywaniem nowych kontaktów. Wszędzie jej było pełno. Nie bała się zaczepiać innych dzieci. Była odważna, ciekawa świata. Przyjacielsko nastawiona do każdego, kogo na swojej drodze napotkała. Każdy normalny człowiek wziąłby to za zaletę. Ale właśnie ta otwartość i chęć poznawania innych, doprowadziły do jej zguby — wzdycha, zasłaniając dłońmi strapioną twarz. Po krótkiej chwili przejeżdża nimi w górę, odgarniając brązowe kosmyki krótkich włosów. — Tamtego dnia cała trójka spędzała wolny czas nad morzem — kontynuuje. — Wieczorem postanowili przejść się na mały spacer wzdłuż plaży. Niebo było jeszcze jasne, ale kontury bladego księżyca powoli zaczęły się pojawiać na horyzoncie. Kiedy wracali z powrotem do domu letniskowego, zauważyli dwójkę dzieci wpatrujących się ze spokojem w falującą wodę morza. Stały bezruchu, trzymając się za ręce tak mocno, jakby obawiały się, że ktoś ich rozdzieli. Bez wątpienia były rodzeństwem. Ich podobieństwo było uderzające. Brat z siostrą. Oboje mieli jasne, niemalże białe włosy. Ich skóra przypominała alabaster. Było wystarczająco późno, by dwójka rodziców zaniepokoiła się faktem, że rodzeństwu nie towarzyszy nikt dorosły. Maleńka córeczka nie czekała na ich reakcję. Z uśmiechem na twarzy pobiegła w kierunku dzieci. — Jack zaciska zęby i pięści. Jego lekko zarośnięta broda drży. — Dziewczynka położyła dłoń na ramieniu chłopczyka, który razem z siostrą jednocześnie odwrócił się w jej stronę. Ich oczy miały nietypowy kolor. Trudno go opisać. Srebrny zmieszany z odrobiną błękitu, chyba najbardziej trafia. Poza tym, można było zobaczyć w nich dziwny blask, ciemność, pustkę, coś, co przeraziło nawet dwójkę rodziców. Nieznajomy chłopiec niespodziewanie odepchnął od siebie ich córkę, cofając się razem z siostrą. Nagle zrobiło się nieprzyjemnie zimno, co było naprawdę dziwne, bo jeszcze kilka sekund wcześniej nawet w krótkich spodenkach i bluzce na szelkach umierało się z duchoty — przerywa, robiąc krótką pauzę. Wygląda na roztrzęsionego. Potrzebuje chwili, by móc opowiadać dalej. — Kiedy małżeństwo spojrzało na dłonie nietypowej dwójki, z przerażeniem ruszyło w kierunku swojego dziecka. Biała, gęsta mgła wydobywała się z palców rodzeństwa. Zdesperowani rodzice nie zdążyli na czas. Za późno rozpoznali zagrożenie. Ich córka była stracona, a oni nie mogli niczego zrobić, by temu zapobiec. Dziewczynkę otoczyła dziwna, tajemnicza aura przypominająca wielką chmurę. Krzyk małej nie trwał długo, zaledwie kilka sekund, ale i tak zdążył rozedrzeć serca zrozpaczonej pary. Dziewczynka leżała bezruchu na zimnym, złocistym piachu. Cała była zamarznięta i wyglądała jak piękna, lodowa rzeźba. Małżeństwo nie zdołało nawet wziąć jej w ramiona, pożegnać się, zapewnić, że czeka na nią lepsze miejsce, że wszystko będzie dobrze, że ją kochają. Byli zmuszeni obserwować, jak dosłownie znika na ich zapłakanych oczach. Jej delikatna skóra zaczęła pękać, dźwięcząc przy tym jak roztrzaskiwane szkło. Nie musieli długo czekać. Ciało dziewczynki rozprysło się na tysiące maleńkich bryłek kryształu.

Robi mi się niedobrze. Do tego jest mi słabo. Wszystko w środku mnie zaczyna się trząść. Zdaję sobie sprawę, że ta historia nie jest jakąś wyssaną z palca bajeczką, ona wydarzyła się naprawdę. Serce mi się ściska. Coraz mocniej i mocniej. Wyobraźnia częstuje mnie przeraźliwymi obrazami, które z pewnością już na zawsze pozostaną w mojej pamięć. Czuję, że coś mokrego spływa mi po policzku. Jedna, jedyna łza wywołująca zamęt i smutek.

— To była pańską córką, prawda? — pytam ostrożnie, intuicyjnie mrużąc oczy.

Mężczyzna nie odpowiada. Zdaje się być zamyślony. Może utkwił gdzieś głęboko w swoich traumatycznych wspomnieniach. Mimowolnie zaczynam mu współczuć. Nie potrafię inaczej. Dopiero po chwili przytakuje głową, potwierdzając moje przypuszczenie.

— Może dla ciebie to, co robię, jest niemoralne — zaczyna — ale dla mnie, to jedyne wyjście. Nie widzę innego. Jeśli nikt inny się nimi nie zajmie, będą dalej zabijać niewinnych. Nie pozwolę na to. Te kreatury nie mają żadnej kontroli nad swoimi mocami. Gdyby nie to, że Jeden trafił do nas, jak myślisz, co by się z nim stało? — pyta, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Zabijałby… Świadomie czy też nie. Zabijałby wszystkich, którzy znaleźliby się w pobliżu. Tym stworzeniom nie wystarcza wiele, by czuły się zagrożone. Są jak dzikie zwierzęta, już mówiłem. Nieokiełznane i nieprzewidywalne. Potrzeba kogoś, kto je poskromi i pokarze, gdzie ich miejsce. Nie mogę nic za to, że trafiło akurat na mnie — stwierdza, wzruszając obojętnie ramionami. — To samo tyczy się Trzy i reszty bandy, którą poznałaś. Dopiero w Organizacji nauczyli się kontrolować swoje umiejętności. Brak emocji sprawia, że nic nie jest w stanie ich sprowokować — tłumaczy. — Ty widzisz same minusy Projektu, ponieważ ślepo wierzysz w słowa tych bestii. Ale, gdybyś była obiektywna, odkryłabyś mnóstwo pozytywów i może nawet przyznałabyś mi rację — oznajmia. Unosi wysoko głowę, po czym opiera dłonie o kolana, powoli podnosząc się z miejsca. — Zastanów się w spokoju nad tym, co ci powiedziałem. Przejrzyj w końcu na oczy, dziecko. Sekcja Druga to banda zabójców, których, całe szczęście, mamy pod kontrolą.

Odwraca się ode mnie, podchodząc do drzwi wyjściowych. Kładzie dłoń na klamce. Zanim jednak wychodzi, zerka jeszcze raz za siebie, spotykając się ze mną spojrzeniem.

— Później poślę do ciebie Siedem. Bardzo mi przykro, ale ja nie mam więcej czasu — przyznaje zrezygnowany. — Ona wszystkiego dopilnuje. Nie zrzucaj na niej winy — prosi. — Wszystko, co zrobiła, było dla naszego dobra. Mówiąc „naszego” mam na myśli również Jeden, Trzy i całą resztę bandy. Siedem pojawi się tutaj późnym wieczorem. W towarzystwie kilku żołnierzy, dostarczy cię całą i zdrową w ręce Monic. — Pcha klamkę w dół, otwierając drzwi i stawia pierwszy krok na zewnątrz. — Jeśli masz choć trochę rozumu w głowie, zapomnisz o Falconie, o całym Projekcie, twoich domniemanych przyjaciołach i przeszłości, która już i tak nie istnieje.

— Chwila! — krzyczę nagle, otrząsając się z szoku i gwałtownie zrywam z podłogi. — Co ma pan na myśli mówiąc, że nie istnieje?

— Myślę, że dobrze wiesz, co mam na myśli — odpowiada, ciężko wzdychając. — Nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy pozbyć się wszystkich ewentualnych świadków. Nie byliśmy pewni, co Carry Hunter wie. Poza tym, nawet jeśli nie wiedziałaby niczego, nadal byłaby zagrożeniem dla Organizacji. Nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by zostawić ją przy życiu.

Zamieram. Moja zdolność mówienia gdzieś znika. Dosłownie czuję, jak uchodzi ze mnie wszelka nadzieja. Mam wrażenie, że od zemdlenia dzieli mnie tylko cienka linia. Stoję jak słup soli, tępo wpatrując się w mężczyznę przekraczającego próg pokoju.

— Prędzej czy później i tak by umarła — wtrąca, powoli zamykając za sobą drzwi. — To, że zniknęła z tego podłego świata parę dni wcześniej, nie robi wielkiej różnicy. Ale możesz być spokojna, moje dziecko, nie cierpiała, to była szybka śmierć — dodaje, po czym zamyka za sobą drzwi, zostawiając mnie ponownie samą.

Nie jestem w stanie się poruszyć. Zamieniam się w żywy posąg. Wokół panuje nieprzyjemna cisza. Cisza, która przyprawia mnie o dreszcze i ból. Cisza, która nie pozwala mi nawet nabrać powietrza. Przytłacza mnie swoim ciężarem, zapierając dech w piersiach. Wypełnia żrącym kwasem. Czuję, jak płynie w żyłach niczym śmiercionośna trucizna. Jeszcze nigdy przedtem tak nie bolało.

Bezsilnie opuszczam się z powrotem na zimne kafle. Chowam twarz za ramionami, podkurczając nogi. Opieram na kolanach czoło. Chcę zniknąć, rozpłynąć się, pozostawiając za sobą ten cały smutek i cierpienie. A może to tylko sen? Może ciągle śnię? Boże, spraw, by to był sen. Rano się obudzę i o wszystkim zapomnę. Tak, to musi być sen.

Niewybaczalne

Dom Hunterów

(Kilka tygodni wcześniej)

Przez krótką chwilę stał przed jej domem, wpatrując się w jedno z dużych okien. Za cienkimi, jasnobrązowymi firankami dostrzegł siedzącą na bujanym fotelu postać. Starsza kobieta delikatnie huśtała się w przód i w tył, trzymając w rękach grubą książkę. Okrągłe okulary z metalową, cieniutką oprawką opierały się o końcówkę nosa. Na kolanach leżał gruby, kraciasty koc.

Coś było ewidentnie nie tak. Cichy głos szeptał mu do ucha, że popełni zaraz wielki, niewybaczalny błąd, którego nie będzie w stanie odwrócić. Starał się go zignorować. Tak właściwie, nie powinien on w ogóle istnieć.

Srebrzące się, maleńkie płatki śniegu beztrosko tańczyły tuż przed jego oczami. Spadały na twarz, zamieniając się w kropelki zimnej wody. Powoli spływały w dół, by w końcu upaść na zasnutą śniegiem ziemię. Jego ciemne kosmyki włosów szarpał lodowaty, porywisty wiatr. Jest gniewny i niezadowolony, pomyślał Jeden. Może jemu także nie podobała się myśl wykonania tego rozkazu?

Biała mgiełka wydobywała się z lekko sinawych ust żołnierza, z każdym jednym wydechem. Znał to miejsce. Prawdopodobnie już kiedyś tutaj był. Niestety nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ani z jakich powodów.

Drewniany, pomalowany brązową farbą płot. Maleńka, wąska furtka prowadząca do ogrodu. Brukowany chodnik kończący się tuż przed schodami domu. Nawet róże pnące się po szerokiej pergoli wydawały się dziwnie znajome, tylko pokrywająca je gruba warstwa puszystego śniegu była nowa.

Wzdychając ciężko, spojrzał za siebie na małą grupkę uzbrojonych w karabiny mężczyzn. Byli, jak on, ubrani w ciepłe stroje militarne. Grube szale zasłaniały im usta i nosy, a wielkie kaptury kurtek zaciągniętych na głowy rzucały cień na twarze.

Sfrustrowany chłopak przymrużył fioletowe oczy, nabierając w płuca suchego, zimnego powietrza. Dlaczego nie potrafił sobie przypomnieć? Czyżby tracił już wszystkie zmysły? A może to tylko jego wyobraźnia płata mu figle? Może wcale nie znał tego miejsca? Może tylko mu się tak wydawało. To byłoby bardziej prawdopodobne.

Zaśmiał się cicho pod nosem, kręcąc głową. Powinien jak najszybciej pozbyć się tych absurdalnych, głupich myśli i w końcu skupić na misji. Musi wykonać powierzone mu zadanie i wrócić z powrotem do Kwatery. Spisać sprawozdanie i zameldować powodzenie misji swojemu przełożonemu.

Przełknął ślinę, ściągając z prawej dłoni skórzaną, czarną rękawicę. Podał ją jednemu z towarzyszy. Smukłymi, długimi palcami przejechał po szorstkich, zmarzniętych ustach, po czym ruszył w kierunku bramy wejściowej.

Nie musiał wtargać do środka domu. Po co tracić cenny czas, skoro równie dobrze mógł załatwić sprawę na zewnątrz. Wystarczy, że dotknie murów.

Ostatni raz odetchnął głęboko zimowym, świeżym powietrzem i uniósł głowę, zawieszając wzrok na prawie czarnym niebie. W oddali dostrzegł blady księżyc, którego blask odbijał się w jego fioletowo-błękitnych oczach. Był lekko przysłonięty przez poszarpane chmury.

Z niewiadomych powodów, widok ten był dla Jeden kojący. Poczuł się bezpiecznie, jakby był zupełnie gdzie indziej, jakby był ptakiem — wolnym, niezależnym, słuchającym tylko siebie samego ptakiem.

Nie odrywając wzroku od swojej przystani, położył dłoń na zimnym, ceglanym murze. Przejechał opuszkami palców po chropowatej warstwie, zostawiając za sobą jarzące się, niebieskie płomienie. Cierpliwie i ostrożnie kroczył po brukowanym chodniku, zbliżając się do grupki żołnierzy. Za jego plecami malowała się coraz szybciej rosnąca fala gorącego, śmiercionośnego ognia.

Nie słyszał żadnych krzyków ani wołania o pomoc. Jedyne, co widział, to maleńkie gwiazdy, unoszące się wysoko nad jego głową i ogromny księżyc.

Kolejny cios w serce

Widząc usatysfakcjonowaną twarz Siedem, zrywam się burzliwie z łóżka, ruszając w jej kierunku. Jestem wściekła, ale również skołowana.

— Hej — wita się złudnie przyjaznym i serdecznym głosem.

Nie odpowiadam. Nie potrafię rozgryźć jej mimiki. Jest spokojna, opanowana i taka… normalna. Jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, co zrobiła.

Podchodzi do mnie ostrożnym, płynnym krokiem. Zatrzymuje się zaledwie kilka centymetrów przed moją rozwścieczoną twarzą.

Ma na sobie dobrze dopasowany strój militarny i czarne, wysokie oficerki, które błyszczą, jakby były ledwo co wypolerowane. Spod cienkiej, materiałowej kurtki wystaje uchwyt pistoletu. Siedem i broń… któż by pomyślał. Ale Siedem, którą teraz widzę, nie ma nic wspólnego z tą, którą poznałam w bunkrze. Moja Siedem była przyjazną dziewczyną z dużą dawką optymizmu we krwi. Osoba przede mną jest zupełnie obca, inna.

— Myślałam, że zostałaś poinformowana o tym, że to ja będę cię eskortować? — pyta nagle, patrząc mi prosto w oczy.

Biorę głęboki oddech. Najchętniej rzuciłabym się na nią bez uprzedzenia i wyrwała choć parę kłaków z jej ślicznej, zdradzieckiej główki. Nie robię tego jednak. Próbuję zachować spokój, zaczekać na odpowiednią chwilę. Nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Jestem sama. Nie mam żadnych szans na ucieczkę. Prawdopodobnie zanim zacisnęłabym ręce na jej szyi, do pokoju wparowaliby żołnierze i mnie obezwładnili. Poza tym, Siedem ma broń i obawiam się, że doskonale wie, jak jej skutecznie używać.

— Usiądź — nakazuje, wskazując na niskie łóżko za mną. — Mamy jeszcze trochę czasu — oznajmia, jakby nigdy nic. — Dobrze wiem, co w tej chwili o mnie myślisz, ale…

— Ale?! — wyrzucam w końcu z siebie, przerywając jej wypowiedź. Nabieram szybko powietrza przez zaciśnięte zęby. Czuję, jak rośnie we mnie złość. Przeszywam ją lodowatym spojrzeniem. Górna warga nerwowo drży z odrazy i pogardy do mojej rozmówczyni. — Jakiekolwiek wytłumaczenie sobie przygotowałaś, to nie wystarczy! — warczę, zakładając ręce na piersi, by powstrzymać się od szturchnięcia dziewczyny. — Zdradziłaś ich! Zdradziłaś ich wszystkich. Prawdopodobnie nigdy cię nie obchodzili. Przyznaj, że byli dla ciebie tylko żywymi pionkami — syczę, wykrzywiając twarz ze złości. Chce mi się płakać, ale brakuje mi już łez. — Jak mogłaś? — szepczę piskliwym, coraz cieńszym głosem. — Nie mogę pojąc, jak mogłaś im to zrobić?! — Tym razem wykrzykuję każde słowo. — Ty nie masz serca. — Kręcę automatycznie głową. — Oni oddaliby za ciebie życie. Zrobiliby dla ciebie wszystko. Byli twoimi przyjaciółmi, twoją rodziną…

— Może i byli moimi przyjaciółmi, może i oddaliby za mnie życie, ale to Jack… Jack jest moją rodziną. To nigdy się nie zmieni. Przygarnął mnie. Zaopiekował się mną jak własną córką. Nigdy by mnie nie skrzywdził. Nigdy nie zostawiłby mnie na pastwę losu. Zawsze był dla mnie jak ojciec… ciągle jest — oznajmia twardo, po czym niespodziewanie spuszcza głowę, wpatrując się ślepo w białe kafle. — Nie oczekuję, że mnie zrozumiesz — dodaje po cichu. — Niczego od ciebie nie oczekuję. — Wzrusza delikatnie ramionami, ciężko wzdychając. Podnosi wzrok, by spotkać się z moimi zdezorientowanymi, zrezygnowanymi oczami. — Powinnaś odpuścić — radzi, a ja nie mogę uwierzyć własnym uszom. „Odpuścić”? Po tym wszystkim, co się stało? Wolne żarty. — Masz szczęście, że twoja rodzina się o ciebie martwi. Masz cholernie wielkie szczęście, że zrobili dla ciebie wszystko… wszystko, co było konieczne, byś była bezpieczna — mówi z lekkim niepokojem. — Uwierz mi, Alex. Najlepiej będzie, jak zapomnisz o tym, co się stało. Organizacja zostawi ciebie i twoją rodzinę w spokoju. Będziesz mogła wrócić do beztroskiego życia. Będziesz znowu mogła robić normalne rzeczy… być jak inni…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 38.92