E-book
8.96
drukowana A5
39.32
Falcon

Bezpłatny fragment - Falcon

Na ścieżce kłamstw


5
Objętość:
303 str.
ISBN:
978-83-8104-715-9
E-book
za 8.96
drukowana A5
za 39.32

Spotkanie

Nie cierpię takich dni. Na zewnątrz jest okropnie zimno i o wiele szybciej robi się ciemno. Niektórzy mówią, że jesień jest piękna. Liście spadają z drzew, pokrywając wilgotną ziemię kolorową, ciepłą tęczą. Jednak dla mnie jesień kojarzy się tylko z jednym — ze śmiercią. Rośliny umierają, a zwierzęta chowają się w ciasnych zakamarkach, spokojnie zasypiając. Moim zdaniem nie mają ochoty patrzeć na to, jak wszystko wokół powoli gaśnie. Zazdroszczę im, też chciałabym zamknąć oczy i nie musieć się niczym przejmować.

Deszcz spływa po mojej twarzy. Krople kapią z kosmyków długich blond włosów, dołączając do swoich towarzyszy. Razem spływają po ścieżkach, zmywając z nich cały brud. Krople deszczu nigdy nie są samotne. Są ich miliony, a każda z nich ma braci i siostry.

Jasne światła aut, przejeżdżających obok, zmuszają moje oczy do ciągłego przymrużania. Stawiam krok za krokiem, obserwując, jak porywisty wiatr szarpie gołe gałęzie drzew. Biorę głęboki oddech, zanim wkraczam do ciemnego lasu dzielącego mnie od domu. Tymi ścieżkami prawie nikt nie chodzi. Rzadko spotykam tu innych ludzi, a poza tym, mało kto spaceruje o tej porze roku po lesie, nie mówiąc już o dzisiejszej przepięknej pogodzie. Jednak ja wolę iść na skróty niż tracić całą godzinę, wybierając oświetloną, bezpieczną trasę z szerokim, brukowanym chodnikiem dla pieszych. Co prawda, najwygodniej byłoby wsiąść do autobusu, który staje na przystanku oddalonym od mojego miejsca zamieszkania zaledwie kilkanaście metrów. Nie mam jednak zamiaru marnować pieniędzy na bilet, nawet jeśli byłoby to tylko parę monet. Nazwijcie moje postępowanie, jak chcecie… głupota, lekkomyślność, sknerstwo. Ja nazywam to oszczędnością i roztropnością.

Mieszkam na końcu świata. Można by powiedzieć, że za siedmioma górami i siedmioma lasami. Jeszcze rok temu oddałabym wszystko za przeprowadzkę do wielkiego miasta, ale teraz cieszę się z każdej chwili spędzonej w spokoju, ciszy i z dala od innych… samotnie.

To śmierć moich obojga rodziców wszystko zmieniła. Jeden cholerny wieczór zrujnował całe moje życie. Zniszczył moje marzenia i przekreślił dotychczasowe plany, zabierając każdą iskrę nadziei z mojego radosnego serca. To zabawne, jak szybko potrafi się wszystko zmienić.

W jednej sekundzie jesteś szczęśliwa, a z twojej twarzy nie schodzi szeroki uśmiech, w drugiej toniesz w smutku, czujesz, jak ciepłe, słone łzy lecą po policzkach i masz ochotę po prostu zniknąć.

Moje idealne życie zawaliło się w jednej krótkiej chwili i już nigdy nie wróciło. Rodzice byli dla mnie wszystkim. Mogłam rozmawiać z nimi na każdy temat, pytać, o co tylko chciałam. Moja mama pełniła nawet rolę najlepszej przyjaciółki. Gdy coś nie układało się po mojej myśli, mogłam bez obaw się jej wyżalić i liczyć na dobrą radę. Znajomi zawsze mówili, że jestem szczęściarą mając tak dobry kontakt ze swoją rodziną. Co prawda, to prawda… byłam szczęściarą.

Tej dwójki nie można było porównać do nikogo. Nikt nie potrafiłby ich zastąpić. Nigdy nie spotkałam bardziej kochającej się pary. Czasami miałam wrażenie, że z dnia na dzień, byli w sobie coraz bardziej zakochani.

Nie mogę pojąć, dlaczego akurat oni musieli odejść. Dlaczego dwoje ludzi z sercami przepełnionymi dobrem musiało umrzeć? Nigdy się z tym nie pogodzę. Przeklinam tych, którzy mi ich odebrali. Marzę, by kiedyś zobaczyć ich gnijące, zimne zwłoki. Niech cierpią, długo… tak, jak cierpieli moi rodzice, kiedy podrzynano im gardła, zostawiając leżących na środku pustkowia. Bez żadnej nadziei na ratunek.

Niemal każdej nocy widzę blade twarze mamy i taty, skąpane w gęstej, czerwonej krwi. Jestem zmuszona patrzeć na ich puste, matowe oczy. Na to, jak wyciągając do mnie ręce, wołają o pomoc. Za każdym razem budzę się z krzykiem, łzami w kącikach oczu, mokrym od potu prześcieradłem i zaschniętym gardłem.

Od ich śmierci mieszkam z babcią, tylko z nią. Dziadek odszedł, jak mnie nie było jeszcze na świecie. Przynajmniej za nim nie muszę tęsknić. W ogóle go nie znałam, a jego twarz kojarzę tylko ze starych zdjęć, które często pokazuje mi babcia.

Przed morderstwem rodziców miałam zamiar zacząć studia w oddalonym od domu o dobre dwieście kilometrów miejscu. Zawsze chciałam zostać lekarzem, ratować życie innych. Niestety, to nigdy nie będzie mi dane.

Od prawie dwóch lat pracuję jako kelnerka w kafeterii należącej do matki znajomych. Gdybym nie zaczęła zarabiać i zdała się tylko i wyłącznie na schorowaną babcię, już dawno straciłybyśmy dom — miejsce, którego za wszelką cenę nie chcę opuszczać. Dorastałam w nim razem z ukochanymi rodzicami i łączą mnie z nim najpiękniejsze wspomnienia.

Z mojej wypłaty płacimy rachunki, a emerytura babci wystarcza, by zaopatrzy lodówkę. Nie mogę narzekać, przecież wiem, że inni mają się o wiele gorzej. Jakby nie patrzeć, mam dach nad głową i nie brakuje mi przyjaciół. Ale od ich śmierci, nie jestem szczęśliwa. Babcia mówi, że zbudowałam wokół siebie mur, bo nie chcę, by ktoś za bardzo się do mnie zbliżył. Nie daj Boże, zacznie mi na kimś zależeć, a to miałoby katastrofalne skutki. Nie chcę być raniona przez innych. Nieważne w jaki sposób, każdy by bolał. Sama myśl, że mogłabym drugi raz kogoś stracić, zżera mnie od środka jak śmiercionośny kwas.

Stałam się kimś zupełnie innym. Mało komu ufam i prawie nigdy nie rozmawiam na tematy dotyczące mojej osoby lub rodziców. Nie mogę przecież pozwolić na to, by ktoś wiedział o mnie więcej niż jest konieczne.

Zdaję sobie sprawę, że większość ludzi widzi we mnie uśmiechniętą, radosną dziewczynę, która zawsze jest szczera i nigdy nie odmawia pomocy. Ale tak naprawdę jestem zamkniętą w sobie, małą, wystraszoną osóbką.

Błoto klei się do moich, przemokniętych w międzyczasie, butów. Jeszcze jakieś pięćset metrów i będę mogła zdjąć z siebie ubranie, napuścić ciepłej wody do wanny i zanurzyć się po sam czubek nosa, zostawiając wszystko za sobą. Następnym krokiem będzie zrobienie gorącego kakao, które tak lubię, włączenie muzyki i walnięcie się na miękkie łóżko. Jak co dzień, chwycę za jedną z książek leżących w szerokim regale. Pochłonę kolejną historię, która nigdy nie wydarzy się naprawdę. W mojej wyobraźni pojawią się kolejne osoby, których nigdy nie poznam i istoty, których nigdy nie będzie mi dane spotkać w realnym, szarym życiu. Marzę o tym, że pewnego razu ktoś wrzuci mnie do jednej z moich ulubionych książek i zamknie ją na zawsze, chowając w szczelnym sejfie, po czym wyrzuci kluczyk do głębokiego jeziora, gdzie nikt nie będzie w stanie go znaleźć. Nie będę musiała wtedy myśleć o problemach, obowiązkach i zmartwieniach. Zapomnę wszystko, co stało się w przeszłości i w końcu będę szczęśliwa.

Nagle słyszę głęboki, lekko zachrypnięty męski głos.

— Płoń — szepcze, ale jego szept jest na tyle donośny, że wyraźnie go rozumiem.

Stoję jak wryta, a na plecach czuję zimny dreszcz. Po chwili przeszywają mnie przeraźliwe krzyki. Lament i błaganie o łaskę. Nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca, bo moje nogi postanawiają zamienić się w dwa pnie drzew i zakorzenić głęboko w ziemi. Odruchowo odwracam tylko głowę, spoglądając za siebie. Moje serce wali jak oszalałe. Zasłaniam usta dłońmi, kiedy zdaję sobie sprawę, co tak naprawdę się dzieje. Zaledwie kilka metrów ode mnie stoi wysoki, ubrany cały na czarno chłopak. Wokół niego klęczy pięcioro, zwijających się z bólu ludzi, których ciała płoną. Każde z nich okropnie jęczy i prosi o litość. Kieruję wzrok na dłonie chłopaka. Wytrzeszczam oczy i potrząsam energicznie głową, by upewnić się, że nie śnię. Jego dłonie są skąpane w niebieskich, jarzących się płomieniach. Przełykam ślinę i szybko opadam na kolana, chowając się za wielkim pniem. Mogę mieć tylko nadzieję, że mnie nie zauważył. W następnym momencie słyszę głośny strzał pistoletu. Z ciemnego zaułka wyłania się średniego wzrostu, ubrana w ciemny garnitur, kobieta. Kula przeszywa ramię chłopaka, który nie rusza się z miejsca, jakby celowo dał się postrzelić.

Krew powoli zaczyna wsiąkać w tkaninę czarnej koszuli. Gęste krople łączą się z deszczem i kapią na miękką ziemię. Ze stoickim spokojem odwraca głowę w stronę kobiety, która go zaatakowała. Biedaczka z ledwością trzyma w rękach broń. Jej wszystkie kończyny trzęsą się niczym skrzydełka spłoszonego motyla. Ciągle celuje w plecy chłopaka, którego najwyraźniej cała ta sytuacja bawi. Na jego twarzy pojawia się krzywy uśmiech. Wzdycha i wyciąga rękę, formując dłoń w pistolet. Dwa smukłe palce skierowane prosto w głowę kobiety. Mruży delikatnie lewe oko i szarpie ręką do góry.

— Boom! — mamrocze pod nosem, a jego twarz pozostaje niewzruszona.

Kobieta staje w jasnych, błękitnych płomieniach. Zasłaniam uszy, by nie słyszeć jej, mrożących krew w żyłach, wrzasków. Zaciskam zęby tak mocno, że szczęka niemal od razu zaczyna boleć. Biorę głęboki oddech i ostrożnie sięgam po komórkę w kieszeni mojego płaszcza. Błyskawicznie wybieram numer na policję, przystawiając słuchawkę do ucha. Przygryzam końcówkę kciuka zębami. Słyszę szelest zbliżających się kroków. Zauważył mnie, na pewno mnie zauważył… Bez większego namysłu, zrywam się z ziemi.

— Nie zbliżaj się do mnie! — nakazuję zdesperowana, machając mu telefonem przed oczami. — Wezwałam policję, zaraz tu będą! — kłamię, modląc się, żeby ktoś szybko odebrał, usłyszał nas, zlokalizował miejsce, z którego dzwonię i wysłał posiłki.

Nieznajomy wydaje z siebie cichy dźwięk, który można by przyrównać do śmiechu i przechyla subtelnie głowę w bok. Jego ciemne włosy przysłaniają delikatnie piękne oczy o wyjątkowym, błękitno fioletowym kolorze. Teatralnie ziewa, nie robiąc sobie niczego z moich gróźb.

— Nie jestem całkowicie pewny, ale moim zdaniem nie można wezwać policji, nie mając przy sobie telefonu — twierdzi, wzruszając ramionami.

W odpowiedzi unoszę obie brwi w górę, marszcząc przy tym czoło. Już chcę zaprotestować, kiedy czuję dziwne mrowienie w dłoni, która trzyma komórkę. Mój telefon! Jednym, szybkim ruchem ręki wyrzucam płonący kawałek plastiku jak najdalej od siebie i cofam się o dwa kroki do tyłu, gotowa do ucieczki.

— Wygląda na to, że będziesz musiała sprawić sobie nowy. Ten już do niczego się nie przyda — mówi, ponownie wzruszając ramionami, po czym chowa dłonie do kieszeni dżinsów.

Dlaczego, do cholery, jeszcze tu stoję? Zwiewaj, Alex! Biegnij, ile sił w nogach, nakazuję sobie w myślach. Moje nogi stają się tak miękkie, że z ledwością utrzymuję równowagę. Oddycham stanowczo za szybko, ale nie potrafię tego zmienić. Boję się, tak potwornie się boję.

— Miło było cię poznać — rzuca i brzmi przy tym, jakby rozmawiał z nowo poznaną dziewczyną, a nie z przyszłą ofiarą.

Odwraca się i wsiada na swojego crossa. Motor wydaje z siebie głośny, terkoczący dźwięk i odjeżdża.

Nie wiem, co mam myśleć. Rozglądam się nerwowo dookoła siebie. Żadnych zwłok, żadnych śladów ognia. Już nic z tego nie rozumiem. Czyżbym traciła zmysły? Czy to możliwe, że wszystko działo się tylko w mojej głowie? Biorę kilka głębokich oddechów. Przecieram oczy i jeszcze raz przejeżdżam wzrokiem po otaczającej mnie przestrzeni. Nic się nie zmieniło. Jestem tutaj sama, sama jak palec. Nikt nie zginął…

Potrzebuję kilku minut, by się pozbierać do kupy i ruszyć w stronę domu. Muszę być naprawdę zmęczona, skoro zaczynam śnić na jawie.

***

— Alex? — słyszę ciepły, zachrypnięty głos mojej babci.

Jak zwykle siedzi w swoim bujanym fotelu i patrzy na telewizor. Coraz rzadziej wychodzi z domu, a jej stan pogarsza się z każdym następnym dniem. Mogę mieć tylko nadzieję, że zostanie ze mną jak najdłużej. Zamykam za sobą drzwi, przekręcając dwa razy klucz w zamku. Ostrożnie podchodzę do babci i kładę dłoń na jej ramieniu. Chwilę później czuję jej dłoń na swojej. Lekko się uśmiecha, spoglądając na mnie zza szkieł okularów.

— Wszystko w porządku? — pyta. — Wróciłaś później niż zwykle. Powoli zaczynałam się martwić — twierdzi zatroskana.

— W tym deszczu powrót zabrał mi nieco więcej czasu — kłamię, bo nie mam zamiaru opowiadać jej o tym, co wydawało mi się, że widziałam.

Mam dość problemów na głowie. Jeszcze tego brakuje, by własna babcia uznała mnie za wariatkę.

— Rozumiem — przytakuje skinięciem głowy.

Podciąga gruby koc do piersi, próbując się bardziej przykryć. Pomagam jej, po czym całuję w czoło.

— Jakbyś czegoś potrzebowała, jestem u siebie — oznajmiam i ruszam w stronę swojego pokoju.

Rzucam się na łóżko. Spoglądam na sufit ozdobiony świecącymi gwiazdkami. Pamiętam, jak przyklejałyśmy jedną po drugiej razem z mamą. Subtelny uśmiech pojawia się na mojej twarzy, kiedy odtwarzam sobie w głowie tę scenkę.

Mój pokój nie zmienił się wiele od czasu ich śmierci. Po środku stoi mały, czarny, okrągły stolik, a na nim wielka, szklana misa wypełniona po brzegi kruchymi, czekoladowymi ciasteczkami, które sama piekę. Po lewej stronie jest biurko, na którym kiedyś codziennie odrabiałam zadania domowe. Teraz praktycznie go nie używam. Nad nim wisi mnóstwo ramek ze zdjęciami. Każde z nich budzi we mnie miłe, ale równocześnie bolesne wspomnienia. Całą prawą ścianę zajmuje drewniany regał wyposażony w dziesiątki książek. Większość z nich czytałam już przynajmniej dwa razy, a niektóre jestem w stanie cytować z pamięci. To dzięki rodzicom zakochałam się w tym świecie pełnym magii. Każdego wieczoru jedno z nich siadało na kancie mojego łóżka i zaczynało mi czytać. Moją pierwszą książką, jaką jestem w stanie sobie przypomnieć, był,,Mały Książę” Wśród ludzi, jest się także samotnym. Jakie to prawdziwe. Zabawne, jak mądra potrafi być książka dla dzieci. Ile można się z niej nauczyć i ile pożytecznych rad można w niej znaleźć.

Zamykam powoli powieki i kładę się na bok, przykrywając moje zmarzłe ciało świeżą, pachnącą kołdrą, aż po czubek nosa. Uwielbiam zapach lawendy. Kojarzy mi się ze szczęściem, poczuciem bezpieczeństwa, miłością… z mamą. Nie mam siły ani ochoty, by pójść do łazienki i wziąć kąpiel. Dzisiejszy dzień, a ściślej rzecz biorąc sam wieczór, wyczerpał wszystkie moje zapasy energii.

Po kilkunastu minutach zauważam, że przewracam się ciągle z boku na bok. Myślę o błękicie migoczących płomieni, zamiast się odprężyć i zasnąć. W mojej głowie krąży tysiące pytań, a za każdym razem, gdy zamykam oczy widzę to samo — chłopaka z włosami czarnymi jak smoła i przenikającymi, niepowtarzalnymi oczami. Stoi wokół palących się, lamentujących ludzi i wbija wzrok prosto we mnie.

Przygryzam wargę, z której po chwili cieknie słodka krew. Czytam stanowczo za dużo książek, to jedyne wytłumaczenie.

Ale mój telefon… Czy to możliwe, że po prostu straciłam go gdzieś po drodze? Jeszcze nigdy nie znajdowałam się w tak dziwnej sytuacji.

Spoglądam na zegarek stojący na małej szafce obok łóżka. Trzecia nad ranem, a ja nadal nie mogę zasnąć. Te błękitne płomienie… z jednej strony niespotykanie piękne, z drugiej śmiertelnie niebezpieczne. A co jeśli to wcale nie była halucynacja? Jeśli to, co mi się dzisiaj przydarzyło, było prawdziwe? Co jeśli faktycznie na moich oczach zostało zamordowanych sześcioro ludzi? Nie, to nie mogło się wydarzyć. Coś takiego było praktycznie niemożliwe. Ale te oczy. Te oczy nie dają mi spokoju. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam się z taką barwą. Niby to błękit, ale jakby się bliżej przyjrzeć, można dostrzec wyraźny odcień fioletu, a gdzieniegdzie maleńkie punkty turkusu. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek poznałam jakiegoś chłopaka o tak długich, gęstych rzęsach.

Nagle zdaję sobie sprawę, ile szczegółów utkwiło w mojej pamięci. Jestem niemal pewna, że spotkawszy go ponownie, od razu bym go rozpoznała. Takiego typa nie da się zapomnieć, nawet jeśli widziało się go zaledwie kilka minut.

Wtulam się w miękką poduchę, próbując o nim nie myśleć. Mój wzrok ponownie kieruje się w stronę wskazówek zegara. Piąta nad ranem. Pięknie, została mi tylko godzina snu, o ile można w ogóle nazwać to snem. Za sześćdziesiąt minut będę zmuszona wstać, wziąć w końcu prysznic, doprowadzić się do porządku i zejść na dół, by przygotować śniadanie. Za niecałe dwie godziny zaczyna się moja zmiana w pracy. Jestem w kawiarence od siódmej rano do szesnastej, czasami siedemnastej popołudniu. Tylko w niedziele mam wolne, choć zdarza się, że nawet w te dni dorabiam.

Kiedy dociera do mnie, że już nie będzie mi dane zasnąć, zrywam się z łóżka i ruszam w stronę łazienki. Jest ciągle ciemno, a za oknem widać lekką mgłę. Przynajmniej deszcz przestał padać.

Wyciągam z szafy świeże ubrania i bieliznę. Rzucam wszystko na łóżko i idę do łazienki, która mieści się naprzeciwko mojego pokoju.

Pod prysznicem krople wody spływają ze mnie, zmywając ślady wczorajszego dnia. Po krótkiej chwili osuszam się ręcznikiem i robię minimalny makijaż, by zakamuflować oznaki niewyspania. Nigdy nie lubiłam przesadnie się malować. Używam tylko czarnego tuszu i bezbarwnego błyszczyka. Dziś robię wyjątek i zakrywam sińce pod oczami odrobiną pudru. Nie suszę włosów. Zanim się ubiorę i zjem śniadanie, nie będą dłużej mokre. Pamiętam, jak dawniej mama zaplatała mi warkocz, kłosa, czy dobierańca, podczas kiedy ja zajmowałam się śniadaniem.

Na dole, w kuchni, przygotowuję sobie dwa tosty z nutellą i robię małą kawę z mlekiem. Po zjedzeniu śniadania i dopiciu niezbędnej dawki kofeiny, zarzucam na siebie płaszcz i wskakuję w czarne, skórzane buty. Przede mną kolejny, nudny dzień…

Nieznajomy

Na zapleczu kawiarni znajduje się sześć wąskich szafek. Każda dla jednego pracownika. Miejsce, w którym pracuję, nie jest zwyczajne. Bardziej przypomina mi elegancką, ale małą restaurację niż skromny lokal, w którym kupuje się kawę. Wnętrze jest stylowo urządzone. Podłoga została wyłożona ciemnymi, drewnianymi panelami, a ściany pokryte białymi płytkami, które mają za zadanie imitowanie cegiełek. Wszędzie wiszą kwadratowe ramki ze zdjęciami przedstawiającymi pracowników, właścicieli, gości i samą kawiarnię. Czarne, pionowe lampy z przyjemnym ciepłym światłem zwisają z wysokiego sufitu. Długa, szeroka lada, dzieląca nas od gości, wykonana jest z ciemnego marmuru. Czerwone, skórzane krzesła ze stalowymi nogami stoją wokół niskich, zaokrąglonych stolików, wyglądem przypominających płaskie, ciemne kamienie. Na każdym ze stolików widnieje mały, kryształowy wazon z białą Orchideą. Zawsze uważałam ten kwiat za najpiękniejszy. Orchidea ma w sobie coś, czego nie jestem w stanie do końca opisać. Nutkę niewinności, kruchości. Z każdym jednym spojrzeniem, po prostu zachwyca.

Zakładam na siebie strój roboczy składający się z czarnej spódnicy sięgającej mi za kolana, białej koszuli z długim rękawem i mankietami oraz eleganckiego fartucha z imitacją kamizelki. Nogi wsuwam w lekko błyszczące, czarne szpilki. Gotowe.

— Właśnie otworzyłam, powoli zaczynają się schodzić. — Anna zagląda zza drzwi prowadzących do lokalu na zaplecze.

Jej kręcone, rudawe włosy są, jak zwykle, spięte wysoko na głowie w zawinięty koczek. Anna jest jedną z osób, które zawsze przy mnie są. W trudnych chwilach podaje pomocną rękę i wysłuchuje z cierpliwością wszystkich moich narzekań. Można powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółkami… o ile w ogóle istnieje na świecie coś jak przyjaźń.

— Jeszcze chwila i jestem gotowa — komunikuję, szybko spoglądając w lustro i sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Pod oczami wyraźnie widać oznaki niewyspania. Do diabła, nawet puder nie pomaga. Cała reszta pozostaje nienaganna. Podchodzę do maleńkiej umywalki i przemywam dłonie wodą z mydłem, po czym dołączam do Anny, która jest w trakcie rozmowy z Tomem — również pracownikiem kawiarni. Dzisiaj pracujemy w czwórkę. Anna i ja pełnimy głównie rolę kelnerek, natomiast Tom razem z Sebastianem stoją za ladą, przygotowując to, co zamówią u nas goście.

Szczerze mówiąc, prawdopodobnie nie udałoby mi się dostać tej pracy, gdyby nie, tak dobrze wszystkim znane „znajomości”. Moje szczęście, że właścicielem kawiarni jest jedna z najlepszych przyjaciółek mamy. Sama wyszła z propozycją, bym dla niej pracowała. Dobrze wiedziała, że po śmierci rodziców nie będzie nas stać na utrzymanie domu tylko i wyłącznie z emerytury babci. Do tego dochodzą jeszcze lekarstwa, rachunki, jedzenie i cała masa innych rzeczy. Jestem jej z całego serca wdzięczna za ten gest i staram się ze wszystkich sił, by nigdy nie pożałowała tego wyboru.

— O mój boże, Alex! — zaczyna Anna, wlepiając we mnie wzrok. Łapie się obiema dłońmi za twarz i potrząsa głową. — Wyglądasz jak jakieś zombie — stwierdza, robiąc coraz większe oczy. — Coś ty wczoraj w nocy robiła?

— Emm. — No i co ja mam jej na to odpowiedzieć? Wiesz, spotkałam po drodze do domu kolesia, który swoimi dłońmi zamordował sześcioro ludzi, paląc ich na popiół, po czym zniknął, nie zostawiając po sobie ani śladu. — Miałam ciężką noc, to wszystko — odpieram w końcu, decydując się na najbezpieczniejszy wariant. — Zebrałaś już zamówienia, czy mam…

— Tom właśnie wszystko przygotowuje — wtrąca, przerywając mi w środku zdania, po czym przykłada palec wskazujący do brody i zamyślona zaczyna rozglądać się po lokalu. — Sebastian powinien tu być już od dobrych kilkunastu minut.

— Jak zwykle się spóźnia — mamrocze Tom.

Wlewa gęste, spienione mleko do intensywnie pachnącej, czarnej kawy w porcelanowej filiżance. Stawia ją na srebrnej, okrągłej tacy. Po krótkiej chwili dołącza do niej ciemne, jeszcze ciepłe Brownie. W moich ustach w ułamku sekundy robi się wilgotnie. Gdyby nie powstrzymywał mnie fakt, że tutaj pracuję, byłabym w stanie rzucić się na nie i spałaszować, nie zostawiając ani okruszka. Czekolada jest moim słabym punktem, odkąd tylko sięgam pamięcią. I nie mówię tutaj tylko o zwyczajnych tabliczkach w sreberku, nie… to stanowczo większe uzależnienie. Czekoladowy pudding, czekoladowe ciacha, czekolada na toście, czekolada na gorąco do picia…

— ALEX! — Anna pstryka palcami tuż przed moim nosem, wyrywając mnie z namysłu.

— Co mówiłaś? — Otwieram szerzej oczy, spoglądając w jej stronę.

— Goście czekają. — Kiwa głową na boki i wskazuje najpierw na jedną z zapełnionych, srebrnych tac, po czym na stolik przy ścianie, naprzeciwko nas.

Biorę tacę i ruszam w kierunku, siedzącego plecami do mnie, chłopaka. Jego czarne, gęste włosy delikatnie dotykają końcówkami karku. Ma na sobie ciemną koszulę, której mankiety wyposażone są w srebrne spinki. Przez oparcie krzesła przewiesił skórzaną kurtkę. Łokciami opiera się o blat stolika, a jego szczelnie splecione ze sobą, smukłe palce stanowią podparcie do brody. Siedzi wygodnie z wyciągniętymi nogami, które założył jedną na drugą. Nie musi wstawać, żebym mogła zauważyć, jak wysoki jest.

Staję przed nim, chwytając za filiżankę z kawą. Unoszę wzrok, by móc się przywitać i… łup! Srebrna taca ląduje razem z czekoladowym Brownie na podłodze, a zaraz do niej dołącza filiżanka kawy. Szkło leci we wszystkie strony, a ja nie mogę ruszyć się z miejsca, wbijając wzrok w siedzącego przede mną chłopaka.

— Wszystko w porządku? — pyta, wstając i kładąc swoją wielka, ciepłą dłoń na moim dygoczącym ramieniu.

Jestem w takim szoku, że nie potrafię wydobyć z siebie ani słowa. Moje dłonie zaczynają niekontrolowanie się trząść, a serce wali, jakbym dopiero co ukończyła bieg maratonowy.

— O mój Boże, Alex! — Kątem oka widzę, jak Anna biegnie pospiesznie w naszą stronę. Na jej twarzy pojawia się subtelny, niewinny uśmiech. — Z całego serca przepraszamy — zaczyna się tłumaczyć. — Koleżanka nie czuje się dzisiaj za dobrze. — Nerwowo przygryza dolną wargę, po czym ukradkiem spogląda w moją stronę. — Wybacz — powtarza, przeszywając typa błagalnymi oczętami. — Zamów, co tylko chcesz. Na nasz rachunek, w porządku?

— To nie będzie konieczne — odpowiada spokojnym, melodyjnym głosem, nie spuszczając ze mnie wzroku. Mimowolnie czuję się jeszcze bardziej spłoszona.

Zachowuje się, jakby mnie jeszcze nigdy w życiu nie widział. Co to ma być? Jakiś parszywy żart? A może właśnie zostałam wkręcona w jeden z tych idiotycznych programów telewizyjnych i usłyszę za chwilę głośne „Witamy w ukrytej kamerze!”

Chłopak wyciąga z kieszeni spodni portfel i kładzie na stoliku kilka zielonych banknotów.

— Ty… — mamroczę z ledwością drżącym głosem.

Nie jestem do końca pewna tego, co chcę powiedzieć. Nie mogę go przecież tu i teraz oskarżyć o masowe morderstwo, nie mając żadnych dowodów, prawda? Wyszłabym na totalną wariatkę. Co jeśli wczorajszego wieczoru nic się nie stało, a wszystko działo się wyłącznie w mojej głowie? Możliwe, że to zwyczajny zbieg okoliczności, iż stojący przede mną chłopak wygląda dokładnie jak typ z mojego koszmaru. Ale mimo wszystko, kiedy patrzę w te oczy, w te fioletowo-błękitne, niepowtarzalne oczy, nie jestem w stanie się uspokoić.

— Znamy się? — pyta z autentycznym zdziwieniem i unosi brwi do góry, przechylając lekko głowę w bok.

— Ja… — Czuję się, jakby w moim gardle urósł jakiś wielki, kolczasty krzak, niepozwalający dalej mówić.

— Nic się nie stało — stwierdza delikatnie się uśmiechając, po czym spogląda na Annę. — Może jutro uda mi się skosztować waszej kawy i zjeść Brownie. — Wzrusza ramionami.

Anna otwiera usta, jakby chciała coś powiedzieć. Wygląda przy tym jak karp albo jakaś inna ryba. Wyraźnie czuję jej irytację i po trochu złość na mnie. Właściwie, to nie ma jej się co dziwić. Przez moje zachowanie prawdopodobnie stracimy klienta, który najwidoczniej nie należy do najbiedniejszych, skoro zostawia taką sumę pieniędzy, nie tykając nawet swojego zamówienia. Po chwili zaczynam w siebie wątpić. Przecież on w żadnym wypadku nie przypomina nawet zimnokrwistego zabójcy. Muszę wziąć się w garść.

— A więc… widzimy się jutro? — pyta Anna niepewnym, cienkim głosikiem.

— Na to wygląda. — Tym razem uśmiech na jego twarzy jest nieco wyraźniejszy, co sprawia, że w lekko zarumienionych policzkach pojawiają się dołeczki.

Zarzuca na siebie skórzaną, czarną kurtkę i rusza w stronę wyjścia. Na pożegnanie unosi prawą rękę do góry, machając dwa razy i znika za drzwiami.

— Alex! — burczy Anna, której twarz robi się tak czerwona, że zaczyna przypominać wielkiego buraka.

Spuszczam wzrok, spoglądając na jej mocno zaciśnięte pięści. Od razu wiem, że czekają mnie nie lada kłopoty.

Nagle zapala się w głowie maleńka żaróweczka i uświadamiam sobie, że istnieje jeden dowód, który świadczyłby o winie chłopaka. Typ, którego widziałam wczorajszego wieczoru, został przecież postrzelony w ramię.

— Zaraz wrócę — rzucam pospiesznie i kieruję się w stronę wyjścia.

Nie obchodzi mnie to, co sobie o mnie pomyśli. Chcę dowiedzieć się prawdy, nawet jeśli będzie ona bardzo gorzka.

Kiedy wychodzę na świeże powietrze, widzę, jak czarnowłosy chłopak właśnie wsiada na motor. Do jasnej cholery, na ten sam motor, który wczoraj widziałam. Błyskawicznie do niego podbiegam, zastawiając drogę.

— Coś nie tak? — pyta niewinnym głosem, mrużąc przy tym te swoje przeklęte oczy.

— Odpowiedz mi na jedno pytanie! — parskam zdeterminowana. Bez jakiegokolwiek zastanowienia chwytam za kierownicę crossa.

— Potrafisz być naprawdę irytująca, wiesz? — Zabiera moją dłoń z kierownicy, jakby była jakimś dokuczliwym robalem, wykrzywiając przy tym twarz w grymasie. — Nie dotykać — mówi stanowczo, po czym przeczesuje smukłymi palcami spadające mu na czoło włosy. W rezultacie niczego tym nie wskórał, bo kosmyki przydługawej grzywki nieposłusznie zajmują z powrotem swoje dawne miejsce.

— Jedno pytanie i przysięgam…

— Jeśli to jedyny sposób, by się ciebie pozbyć, śmiało — wzdycha, krzyżując ręce na piersi.

— Gdzie byłeś wczoraj wieczorem?

— Emm… w pracy? Dorabiałem — odpowiada z niepokojącą pewnością siebie.

— W pracy? — Mrużę oczy w złości, starając się przeszyć go wzrokiem, co nie robi na nim najmniejszego wrażenia.

Chyba zauważa, że jego odpowiedź nie do końca mnie przekonuje, bo po chwili mówi dalej:

— Pozbywałem się zbędnych śmieci…

— Jesteś sprzątaczem, czy co? — pytam z niedowierzaniem.

— Coś w ten deseń. — Śmieje się sam do siebie, jakbym powiedziała niezmiernie dobry żart.

— Jakoś nie chce mi się wierzyć, że w takiej pracy zarabia się na tyle dobrze, by móc zostawiać w kawiarni napiwek, który starczyłby na…

— Może mam bogatych rodziców? — przerywa mi. — Może pracuję dla zabicia czasu? Kto wie?

Zaciskam zęby i po krótkim namyśle decyduję się na sięgnięcie po ostatnią deskę ratunku. Trzeba postawić wszystko na jedną kartę.

— Twoje ramię — mówię niepewnie, żując przy tym dolną wargę, która powoli zaczyna szczypać.

— Coś z nim nie tak? — pyta, spoglądając na mnie sceptycznym i zarazem znudzonym wzrokiem.

Spogląda na zegarek, dając mi do zrozumienia, że nie ma ochoty dłużej tracić czasu na naszą rozmowę.

— Nie mam całego dnia, Skarbie, więc może przejdź w końcu do rzeczy.

— Chcę je zobaczyć — rzucam bez namysłu.

Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie powiedziałam. Serio, Alex? Jakim cudem przeszło mi to przez gardło? O mój słodki Boże, co za wstyd. Ale z drugiej strony, jeżeli dzięki temu będę mogła w końcu spać spokojnie, do diabła ze wstydem.

— Wow! — Parska śmiechem, co było bardzo łatwe do przewidzenia. — Chcesz mi powiedzieć, że mam się dla ciebie rozebrać? — pyta, ciągle chichocząc.

Czuję, jak moja twarz robi się z sekundy na sekundę coraz bardziej gorąca. Zapewne teraz ja wyglądam jak wielgachny, idiotyczny, naburmuszony burak.

— No dobrze. — Wzrusza ramionami. — Ale jeśli potem dostanę zapalenia płuc, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina, Skarbie.

Płonę, inaczej nie da się tego nazwać. Jeszcze trochę i zamienię się w kupkę prochu, a on nie będzie musiał nawet ruszać ręką. MASAKRA! Co ja sobie w ogóle myślałam? Brawo, Alex! Jeszcze nigdy nie czułam się tak durnie, jak w tej chwili.

Chłopak ściąga z siebie skórzaną kurtkę, po czym zaczyna odpinać guziki eleganckiej, idealnie dopasowanej koszuli. Wolę nie oglądać się dookoła. Nie chcę widzieć oczu wszystkich gapiów, którzy Bóg wie, co sobie teraz o nas myślą.

Kiedy odsłania oba ramiona, automatycznie opada mi dolna szczęka. Jestem pewna, że wygląda to dokładnie tak samo, jak w tych śmiesznych kreskówkach, które do dziś chętnie oglądam. Ani śladu po postrzale. Nawet najmniejszej ryski. A byłam taka pewna.

— Zadowolona? — pyta, wywracając oczami.

— Wybacz. Najwidoczniej cię z kimś pomyliłam — wykrztuszam z siebie, schylając głowę, by uniknąć jego spojrzenia. Staram się ze wszystkich sił zrobić niewidzialna. Niestety, mój plan zdaje się nie funkcjonować.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.96
drukowana A5
za 39.32