E-book
4.1
drukowana A5
13.15
Dzwonnica

Bezpłatny fragment - Dzwonnica


Objętość:
52 str.
ISBN:
978-83-8245-379-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 13.15

Wiał silny wiatr z północy. Długie źdźbła trawy falowały niczym morze. W kierunku wzgórza biegło trzech chłopców. Jak co dzień ścigali się, kto będzie pierwszy.

— Michael?! Chyba złapała cię zadyszka? — krzyknął chłopak, wychodząc na prowadzenie i posyłając zaczepne spojrzenie.

— Nie martw się, Gabrielu, masz przed sobą jeszcze połowę trasy, a ja właśnie zaczynam

się rozpędzać — ostrzegł go, przekrzykując szum wiatru.

Tymczasem to Gabriel zaczął przyspieszać i po chwili wyprzedził ich o spory kawałek.

Gdy zaczęli wspinać się pod górę, trzeci ze ścigających się chłopców zrównał się z Michaelem.

— Nielicho mu się dziś spieszy — wydyszał Christhopher.

— To jego jedyna szansa na jedyne zwycięstwo w tym życiu — odparł Michael, starając się przyspieszyć i ciągle wyrównywać oddech.

Kiedy znaleźli się na szczycie, dojrzeli metę swego wyścigu — starą kamienną dzwonnicę, pamiętającą zamierzchłe czasy. Na samym początku jej istnienia dzwoniący zwoływali wszystkich członków klanu na narady oraz święte obrzędy. Kilka lat później przybyli mnisi gdzieś z głębi kraju, którzy założyli klasztor łącząc jego mury z dzwonnicą. W czasie wojny klanów z 1212 roku klasztor został doszczętnie zburzony, aż po fundamenty. Dzwonnica pozostała jednakże nietknięta. Teraz była reliktem przeszłości, o którym krążą niestworzone historie i legendy. Starsi ludzie nie pozwalali dzieciom tu przychodzić, a i sami obawiali się przebywać w jej pobliżu. Ci chłopcy też czuli obawę, nigdy nie wchodzili do środka. Tym razem miało być inaczej.

Biegnący na przedzie chłopak nie zatrzymał się jak zwykle przy murach i wbiegł do środka.

— Co on wyprawia?! — krzyknął zaniepokojony Michael.

— Biegnijmy tam czym prędzej — dodał, podrywając się do szaleńczego sprintu.

Zdyszani zatrzymali się przy ścianie. Drzwi były uchylone. Ze środka wydobywał się ciężki zapach czegoś złego.

— Gabriel, Gabriel! — Michael wołał ile sił w płucach, wsadzając głowę za próg.

— Nie wygłupiaj się, wiesz, że to niebezpieczne. — Próbował powstrzymać przyjaciela, lecz ten był uparty.

Powoli zrobił krok, stawiając nogę za progiem drzwi i chciał zrobić następny, gdy nagle Christhopher pociągnął go za ramię

— Co robisz? — zawołał przerażony.

— Muszę iść po tego wariata — odparł stanowczo Michael, robiąc kolejne dwa kroki do przodu.

Wtem dał się usłyszeć ogłuszający jęk i jazgot tysięcy nieludzkich głosów. Ich serca na chwilę zatrzymały się, po czym zaczęły bić jak oszalałe.

— Aaaa!!! — Kolejny krzyk rozdarł ciężkie powietrze. To był głos ich kolegi, przeraźliwie przestraszonego chłopca, na który zaraz odpowiedział potężny zwierzęcy ryk w akompaniamencie oślepiającego rozbłysku światła.

Gdy zgasło światło, podeszli bliżej i wciąż lekko mrużąc oczy, spojrzeli w górę. To, co ujrzeli, jeszcze bardziej zmroziło ich krew. Lewitująca demoniczna postać trzymała za gardło Gabriela. Stali jak sparaliżowani, nie mogąc poruszyć się ani wydobyć z siebie głosu.

Po chwili straszliwa postać, wciąż trzymająca chłopca, wskoczyła prosto w dzwon. Nastała chwila ciszy, którą przerwał ich własny krzyk przerażenia. Wybiegli stamtąd, nie oglądając się za siebie. Gnali ile sił w nogach, jakby goniło ich całe piekło.

Przebiegli tak dobrą milę, gdy w końcu zatrzymali się zdyszani. Michael obejrzał się, nikt ich nie gonił.

— Na boga, co to było? — spytał Christhopher, ciężko dysząc.

— Nie wiem, człowieku, ale takie rzeczy nie zdarzają się w XX wieku — odparł rozdygotany Michael, siadając na trawie. Siedzieli na ziemi, powoli dochodząc do siebie i opanowując nerwy.

— Pójdziemy to zgłosić na policję? — pierwszy przerwał milczenie Christhopher.

— I co im powiesz, że jakiś demon porwał naszego kumpla i zniknął z nim w dzwonie? Chyba żartujesz, że nam uwierzą. — Michael nigdy nie ufał policji, a już na pewno nie w sprawach nadprzyrodzonych.

— Znam jedną osobę, której możemy się zwierzyć i zaufać. To ojciec Bernard, on nam

pomoże — zaproponował.

— Jesteś tego pewny? — Christhopher powątpiewał.

— Tak, jestem. Wstawaj, idziemy do niego. — Wstał, równocześnie podrywając kolegę na

nogi.

— Dobrze już dobrze idę. — Obruszył się, ciągnięty za ramię.

Parafia oddalona była o trzy mile od złowieszczego miejsca. Po drodze Michael rozmyślał o tym, co zaszło, i starał się to sobie jakoś racjonalnie wyjaśnić. To było niemożliwe.

— Michael, czy my go straciliśmy już na zawsze? — Christhopher posmutniał i zasępił się.

— Nie wiem, mam nadzieję, iż uda nam się go odzyskać, ale jedno jest pewne: czas uwierzyć w świat nadprzyrodzony.

Nie pocieszył tym kolegi, który odtąd cały czas milczał. Kiedy szli tak w ciszy, czas mijał powoli, a dojście do celu zajęło im godzinę.

Skromny piętrowy dom stał tuż przy kościele. Ksiądz zamieszkiwał go sam, a do pomocy i do towarzystwa miał gosposię.

Jest 11:30, ojciec powinien być na plebanii — pomyślał Michael, naciskając dzwonek. Otworzyła im gosposia. Kobieta czterdziestoletnia, zadbana i ładna z twarzy. Wiele było plotek na ich temat, iż łączy ich romans, podobno nawet mieli ze sobą dziecko. Jednak po jakimś czasie wszystko ucichło i wróciło do normy.

— O, dzień dobry chłopcy. — Przywitała ich ciepłym uśmiechem. Spod czerwonego swetra sterczały jej sutki.

Dlaczego zwróciłem na to uwagę? — skarcił się w myślach chłopiec.

— Dzień dobry, my do ojca — zaczął, wciąż patrząc na jej duże krągłe piersi.

— Proszę, wejdźcie, jest w bibliotece.

Dom był zawsze czysty i pełen świeżych kwiatów. Wypełniony światłem słonecznym wpadającym przez witraże o motywach biblijnych, był przytulny i ciepły.

Gosposia poprowadziła ich prosto do małego pokoju wypełnionego po sufit książkami. Na dźwięk pukania i otwieranych drzwi z ukrytego w głębi za regałem fotela poderwał się ojciec.

— Witajcie, chłopcy, co was do mnie sprowadza? — Jego uścisk dłoni był miękki i przyjazny.

— Dzień dobry ojcze — odpowiedzieli równocześnie.

— Nie wyglądacie najlepiej, czy coś się stało? Stało się coś niedobrego? Siadajcie i opowiedzcie wszystko. — W jego głosie dało się słyszeć troskę. — Napijecie się czegoś, może ciepłej herbaty? — zaproponował i nadusił dzwonek.

— Chętnie, dziękujemy. — Usiedli na kanapie naprzeciw ojca Bernarda.

Po chwili w drzwiach pojawiła się gosposia.

— Przynieś nam herbaty, proszę.

— Z cytryną?

— Tak — odpowiedzieli prawie równocześnie.

— Już robię. — Uśmiechnęła się i cicho zamknęła drzwi.

— A teraz opowiedzcie mi, co się stało.

— To się zdarzyło dziś rano… — zaczął opowieść Michael.

Gdy skończył, ujrzeli w oczach ojca Bernarda smutek.

— A więc stało się, po tylu latach spokoju — westchnął ciężko ojciec i zamyślił się przez

chwilę. — Jeśli dobrze to interpretuję, grozi nam wielkie niebezpieczeństwo — kontynuował.

— Czyli ojciec nam wierzy? — zapytał nieśmiało.

— Niestety tak, stara przepowiednia, wydarzenia z przeszłości, wszystko wraca — odparł jakby sam do siebie, bo jego wzrok uciekł do starych wspomnień.

— Co to jest? Skąd się wzięło?! — Padły pytania od strwożonego chłopca

— Co mamy robić? A jak on po nas przyjdzie?! — dopytywał Chris.

— Nie teraz, wszystko wam wyjaśnię, teraz jest czas na działanie, nim nastąpi najgorsze. –odparł, po czym dodał: — Tymczasem schrońcie się w domach, tam będziecie bezpieczni póki co — próbował pocieszyć chłopca.

— Michael… — Odciągnął chłopca na bok.

— Widzę, że znosisz to znacznie lepiej od kolegi, zaopiekuj się Krisem. I jeszcze jedna

ważna sprawa, proszę daj znać policji, tylko oszczędź im szczegółów.

— Dobrze, ojcze, powiem tylko to, co trzeba. — Michael dobrze rozumiał, o co chodzi.

— Dziękuję. — Uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu. Uściskał Christophera i szepnął: — Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Chłopiec kiwnął głową, jakby spokojniejszy.

Było już późne popołudnie, gdy opuścili plebanię i skierowali się na policję.

Obaj szli milczący, jeden przygnębiony bardziej od drugiego.

Wchodząc na posterunek, ujrzeli ten sam widok, co zwykle. Posterunkowy Jackson siedział za biurkiem i chrapał, w kąciku ust pozostał dżem z pączka, do którego próbowała dobrać się mucha. Odganiał ją, co chwilę pochrapując i nie przerywając drzemki. Minęli go i od razu przeszli do pokoju sierżanta. Michael zapukał i po chwili usłyszał niewyraźne „płoszę”. Drzwi zaskrzypiały, ukazując szczupłego mężczyznę po czterdziestce.

Usta wypełniały mu cukierki M&M z orzechami. Sumiaste wąsy na wesołej twarzy poruszały się to w górę, to w dół.

— Siadajcie — zaproponował, wskazując na sofę, gdy w końcu przełknął łakocie.

Usiedli, zapadając się w wyrobionym przez lata materacu.

— Co was do mnie sprowadza, chłopcy? Chyba nic nie przeskrobaliście? — Uśmiechnął się i zmarszczył lekko brwi, udając, iż właśnie o to ich podejrzewa.

— Nie, my nie.

— Nie wy, a kto?

— To znaczy, nie chodzi o jakieś wykroczenie.

— A o co? — Zaczynał się niecierpliwić.

— Bo widzi pan, sierżancie… — Tu Michael zrobił pauzę.

— Nasz przyjaciel zaginął.

— Jak to zaginął?

— No my właściwie wiemy, gdzie jest, ale nie do końca jesteśmy tego pewni — zaczął

tłumaczyć Michael.

— Nie bardzo rozumiem, to gdzie on jest? — Policjant żądał faktów.

— On wbiegł na dzwonnicę i już nie wybiegł. –W końcu chłopak wydusił z siebie.

— Jak to? A weszliście za nim albo przynajmniej wołaliście go?

— Nie. Baliśmy się klątwy, zawołałem parę razy, po chwili usłyszałem jego przeraźliwy wrzask i uciekliśmy — wyjaśnił.

No tak, to zrozumiałe, a może on was zrobił w konia. Przestraszył, po czym wyszedł i śmiał się do rozpuku, patrząc, jak uciekacie? — pomyślał sierżant Patterson, który lubił fakty i dowody, a ci chłopcy takowych mu nie przedstawili.

— Myślę, że on was nabrał i siedzi teraz w domu, śmiejąc się z was. Lepiej będzie, jak pójdziecie do niego i utrzecie mu nosa za ten kawał.

— Pan nie rozumie, on… — zaczął Michale, ale nagłym wybuchem przerwał mu Christhopher:

— On go porwał! Straszliwa bestia złapała Gabriela i porwała. Wskoczył razem z nim do dzwona! Rozumie pan?! Nie ma już naszego przyjaciela on, on go pożarł! — wrzeszczał przez łzy.

— O czym on, do diabła, mówi?!

Ten nagły wybuch zaniepokoił policjanta i już nie wiedział, czy oni się wygłupiają, czy naprawdę stało się coś złego.

— Kto go porwał? Jaka bestia? Michael?! Robicie sobie ze mnie jaja?! — Policjant stawał się rozdrażniony.

— Uspokój się, Kris, tu go nie ma. — Starał się uspokoić przyjaciela.

— Michael, czy to prawda? Co się dzieje, u licha? — Patterson był już nieźle zbity z tropu i wkurzony.

— Gabriel wbiegł jako pierwszy do środka i pognał po schodach na górę, zaraz za nim wpadł Chris, był tak zdyszany i zmęczony, iż wbiegając na górę, stracił przytomność z wysiłku. Może stąd te omamy. — Próbował być jak najbardziej wiarygodny. — Ja przybiegłem jako ostatni, ocuciłem Chrisa i zawołałem Gabriela, ale w odpowiedzi usłyszeliśmy tylko ten straszny krzyk. Zwialiśmy ile sił w nogach. Do tej pory Gabriel nie wrócił.

— Powiem ci, co myślę. Wasz kumpel ostro was wystraszył i teraz się ukrywa, by spotęgować wrażenie.

— Nie! Pan nie rozumie! — zaczął znowu Kris, ale policjant mu przerwał:

— Jeśli nie wróci dziś na noc, zarządzę poszukiwania.

— Ale…

— Co ale?! — warknął groźnie oficer.

— Czy mógłby pan posłać tam patrol teraz? — poprosił Michael.

Po chwili milczenie Patterson odezwał się:

— Okej. chłopcy, sprawdzę to, a wy nie martwcie się tym już i wracajcie do domów. Zobaczycie, odnajdzie się szybciej, niż myślicie. — Wstał i uścisnąwszy im dłonie, odprowadził ich do drzwi.

Powrót do domu wyglądał niczym pochód żałobny. Kris pożegnał się przy swoim domu krótkim „Cześć” i zniknął za ciężkimi drewnianymi drzwiami.

Idąc kamienistą drogą, wspinającą się stromo pod górę, Michael rozmyślał o tym, co zaszło. Wiatr rozwiewał jego długie włosy, rzucając na twarz. Zastanawiał się, dlaczego przyjął to tak spokojnie. Nie było mu ani smutno, ani też nie czuł żadnej straty.

Kładąc się spać, czuł się winny, iż nie rozpacza z powodu kolegi.

Nawet nie przypuszczał, jak szybko to się zmieni.

W środku nocy obudził go koszmar. Zlany potem usiadł na łóżku i kryjąc twarz w dłoniach, rzewnie zapłakał. Raz jeszcze zamknął oczy, by senna mara powróciła z taką samą siłą. Gabriel kurczowo trzymał się krawędzi studni, jego usta poruszały się i układały w bezgłośną prośbę o pomoc.

U jego stóp uczepione potwory ciągnęły go w bezdenne czeluści.

Przerażone błękitne oczy błagały: „Ratuj!”, by po chwili zniknąć w czarnych odmętach.

— Wyciągnę cię stamtąd. Obiecuję, przyjacielu, przyjdę po ciebie, bądź silny — przysiągł, zaciskając pięści z całej siły.

Następnego dnia rano Michael wstał wcześnie, umył się, ubrał i zszedł do kuchni.

— Mick, śniadanie! Wstawaj! — usłyszał, kiedy znajdował się w połowie schodów.

— Nie krzycz, już wstałem — odezwał się posępnym głosem, stając tuż za mamą.

— Boże, wystraszyłeś mnie. — Gwałtownie odwróciła się ku niemu.

— Synu, zadziwiasz mnie, nigdy nie wstawałeś przed dziesiątą. Zwykle nie mogę ciebie dobudzić. No nie, znowu masz na sobie te podarte dżinsy — zmieniła ton, patrząc na jego ubiór.

— Proszę, nie rób afery o jedną dziurę. — Starał się być miły.

— Jasne, zawsze robię aferę o byle, co, ale spodnie są poszarpane, jakby dobrał się do nich wściekły pies — podniosła głos, bo mało ją szlag nie trafił.

— Chyba nie pójdziesz tak do kościoła? O nie, co to nie!

— Nie, mamo, najpierw pójdę do Gabriela — odparł spokojnie.

— Dobrze, ale masz przyjść potem do domu przebrać się i iść do kościoła — powiedziała spokojniejszym tonem.

— Co dziś na śniadanie? — zmienił temat.

— Jajecznica i tosty, będziesz wybrzydzał? — Michael nie wiedział, dlaczego matka znowu prowokuje kłótnię.

— Gdzie ojciec? — zignorował jej zaczepkę.

— Śpi. Wczoraj wrócił późno, jego obserwatorium zanotowało jakieś niespotykane dotąd zjawisko. Siedzieli do późnej nocy, rozprawiając o tym. — Wyjaśnienie matki zaciekawiło go.

— Wiesz coś więcej o tym zjawisku?

— Nie, tato poszedł szybko spać. Dlaczego interesuję cię praca ojca? — Od rana syn wydał się jej jakiś dziwny.

Ich rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Spojrzeli po sobie.

— Na mnie nie patrz, jem. — Matka rzuciła ścierkę na stół i poszła otworzyć.

— Dzień dobry, Cristino — przywitał ją ciepłym uśmiechem przystojny policjant.

Gary miał 26 lat, muskularne ciało i zawadiacki uśmiech.

Crisi bardzo mu się podobała, pomimo swych czterdziestu lat nadal była piękna i seksowna. Zawsze się przy niej rozmarzał. Kobieta uśmiechnęła się, odruchowo poprawiła swe kasztanowe włosy i odpowiedziała:

— Dzień dobry, Gary, witaj Rod, co was do mnie sprowadza?

— Chcielibyśmy porozmawiać z twoim synem. Możemy wejść? — uprzejmie wyjaśnił starszy policjant, jednocześnie robiąc krok do przodu. Pchnął kolegę barkiem, zły za robienie maślanych oczu do żony jego kumpla Vincenta.

— Cześć Mick, jak leci? — zapytał, uważając, by się nie przewrócić.

— W porządku — odparł, przełykając kolejny kęs.

— Przychodzimy w sprawie wczorajszego zgłoszenia. — Gruby policjant usiadł naprzeciw

chłopaka.

— Widzisz, twoja opowieść zdaje się być prawdą.

— Co z Gabrielem? — przerwał mu Mick.

— Tak jak mówiłeś, nie wrócił na noc do domu i nie ma go do tej pory.

— Micky, nic nie mówiłeś. Gabriel zaginął i co ty masz z tym wspólnego? — Matka czuła, że stało się coś złego.

— Nie chciałem cię denerwować, mamo — odparł.

— Wczoraj jak zwykle biegaliśmy. Gabriel był najszybszy jako pierwszy dopadł mety i wszedł do środka. Pobiegliśmy za nim, zajrzeliśmy, ale nie było po nim śladu, baliśmy się wejść do środka. Pomyśleliśmy, iż nabija się z nas i schował się gdzieś. Zaczekaliśmy godzinę i poszliśmy do domu z nadzieją, iż spotkamy się później. — Starał się przedstawić w miarę najlżejszą i najbliższą prawdzie wersję.

— Skoro nie podejrzewaliście nic złego, dlaczego poszliście na policję?

Mick zakłopotał się, bo nie sądził, iż jego mama tak analizuje fakty i kojarzy wszystko.

— Czekaliśmy do późnego wieczora i wtedy zdecydowaliśmy się pójść to zgłosić. — Rod zmierzył Michaela spojrzeniem. Nie lubił, gdy dzieci okłamywały rodziców.

— Ale jego rodzicom nic nie powiedzieliście. Co ty przede mną ukrywasz? Co wy przede mną ukrywacie? — Tajemnicze spojrzenie nie uszło jej uwadze.

— Crisi, uspokój się, weźmiemy Micka do tego miejsca, opowie nam jeszcze raz, co zaszło, a później streści to samo tobie. — Delikatnie złapał ją za rękę, mówiąc łagodnie, aczkolwiek stanowczo.

— Dobrze? — Gary chciał być miły, ale musiał uważać, by nie przekroczyć cienkiej linii, za którą wzięliby to za umizgi, dlatego cofnął rękę.

— W porządku, niech tak będzie, ale wracajcie szybko.

— Bez obaw, wróci cały i zdrów — zapewnił ją Rod, wypychając przed siebie młodszego policjanta.

— Mick, załóż to proszę — zawołała za synem, wręczając mu kurtkę dżinsową.

— Dzięki. — Kiedy odbierał kurtkę, mama przytuliła go. — Uważaj na siebie — dodała.

Kochał ją, naprawdę ją kochał, ale czasem był daleko myślami, dlatego nie rozumieli się zbyt dobrze. Posłała mu całusa, gdy siedział już w policyjnym land roverze, uśmiechnął się do niej.

Asfaltowa droga biegła pomiędzy domami jeszcze przez pół mili, dalej zaczynało się pustkowie, ale za to jakie piękne. Wiecznie zielone pola i wzgórza Szkocji, gdzieniegdzie pasące się owce i coraz mocniejszy zapach oceanu. Mieszkali w naprawdę pięknym miejscu. Mała miejscowość, wszyscy się znali i raczej lubili, a już na pewno wszystko o sobie wiedzieli.

— Więc, Mick, jak to było? — zaczął Rod w momencie, gdy Gary skręcił w boczną drogę.

— Już mówiłem — odparł, wpatrując się w dal przez szybę.

— I nadal twierdzisz, iż nic nie widziałeś?

— A wy naprawdę chcecie tam wejść?! — Odwrócił głowę w ich stronę.

— Ej, Mick, chyba nie sądzisz, iż my się boimy? No co ty? — Gary uśmiechnął się do wstecznego lusterka.

Teraz zaczęli wspinać się pod górę, opuszczając polną drogę. Gary wrzucił bieg terenowy i ostro ruszył do przodu. Przed ich oczami wyłaniała się dzwonnica, z każdym przebytym metrem coraz okazalsza. Gładko ociosany kamień piął się wysoko w górę. Piętnastometrowa budowla z dwoma oknami — jednym na północ, a drugim wychodzącym na południe — stała na wzgórzu, górując nad wszystkim wokół. Samotna i mroczna, legendy krążące wokół niej po dziś dzień straszą lokalną ludność na tyle, iż nikt się do niej nie zbliża. Dzwon skryty pod dachem wydawał się nienaruszony mimo swego wieku. Samochód zatrzymał się z chrzęstem opon na drobnych kamykach.

— Okej. Zaczynamy. — Rod wyjął z kieszeni paczkę M&M i wpakował sobie całą garść do ust i jako pierwszy wyskoczył z auta. Pozostali wysiedli z mniejszym entuzjazmem, a najbardziej ociągał się chłopak.

— Michael, to tu widziałeś po raz ostatni przyjaciela? — rozpoczął Gary, zanim partner przełknął swe smakołyki, nie bez powodu dzieci nazywały go „słodziutkim”.

— Nie, nie tu, na piętrze przy dzwonie. — Stojąc przed tą posępną budowlą, znowu odczuwał strach.

Wiatr zaczął wzmagać na sile, zrywając policyjne czapki z głów.

— Cholera — zaklął Rod, łapiąc turlającą się czapkę.

— Nigdzie tak nie wieje jak tutaj — przyznał Gary, podnosząc swoje nakrycie głowy.

— Wchodzimy. — Na te słowa Michael rozglądnął się po wzgórzach i polach, jakby bał się, iż widzi je ostatni raz. Zbliżyli się na odległość kroku od drzwi. Zaskakujące było to, że zawsze stały otworem i nikt nigdy nie przekroczył ich progu aż do dziś.

Wnętrze było surowe i zimne, światło wpadało jedynie przez uchylone drzwi i okno. Całe schody pogrążone były w półmroku. Policyjne latarki okazały się bardzo przydatne. Michael trzymał się na końcu, powoli wspinając po schodach. Kręte kamienne schody wydawały głośny dudniący dźwięk. Gdy osiągnęli ich szczyt, zakończony drewnianym podestem, serce Micka zaczęło bić niczym oszalałe.

— Rod, uważaj, drewno może być spróchniałe. Ty z twoją wagą… — ostrzegł z troską w głosie młodszy policjant.

— Tym razem uznam to za dobrą radę, a nie docinek. Dobrze ty idź pierwszy, chudzielcu — odciął się Rod.

Gary ostrożnie postawił stopę na podeście, naparł całym ciężarem, nic nie zaskrzypiało. Postawił drugą, trzymając się poręczy. Drewno zdawało się mocne i zdrowe. Zrobił krok, potem drugi i znienacka podskoczył. Podest wytrzymał, ale Rod nie.

— Co robisz?! — wrzasnął i zakrztusił się unoszącym się kurzem. — Chcesz się zabić?

— Wszystko w porządku, chciałem mieć pewność. Mój ciężar wytrzymuje, nie wiem, co będzie, gdy wejdziecie jeszcze wy dwaj. No, ale ty, Michael, jesteś lekki, chcesz wejść?

— Nie, dzięki. — Przełknął głośno ślinę i cofnął się o krok. Na samą myśl o zbliżeniu się do dzwonu włosy zjeżyły mu się na karku.

Na górze było wprawdzie jaśniej, ale wcale mu to nie pomagało przezwyciężyć strachu.

Promienie słoneczne, odbijając się od dzwonu, tworzyły na ścianie przedziwne cienie.

— Tu są wyryte jakieś znaki, przyjrzę się im bliżej. — Gary także zauważył dziwne kształty i chciał to sprawdzić.

Powierzchnia dzwonu pokryta była zawiłymi wzorami.

— Co to takiego? Możesz coś odczytać? — Głos Roda zadudnił niczym grom.

— Trochę ciszej, tu jest świetna akustyka, nie zauważyłeś? — skarcił partnera Gary.

— Właśnie się przyglądam. To mi wygląda na runy celtyckie, są takie gładkie i zimne niczym lód. Zaczekaj, widzę tu coś jeszcze. — Zbliżył się bardziej, prawie dotykając nosem dzwonu.

— Tu są jakieś postacie, wyglądają jak ludzie i zwierzęta, ale połączone w jedność. Okropne. Zaraz, chyba coś słyszę… szepty? — Przyłożył ucho do powierzchni.

— Ostrożnie — krzyknął Michael, gdy nagle struktura dzwonu stała się płynna.

Głowa Garego zanurzyła się w środku, pogrążając go aż po barki. Opierając się rękami, z całych sił próbował się wyrwać, ale po chwili został wciągnięty cały.

— Boże — wyjąkał Rod, otwierając szeroko usta i odruchowo sięgnął po broń.

— Na co ci to, matole?! Uciekajmy! — powiedział chłopak, gdy grubas mierzył w dzwon drżącymi dłońmi.

— Oddaj mi kumpla, czymkolwiek jesteś, bo… — Nie skończył wypowiadać swej groźby, gdyż jego partner nagle został wypluty.

— Jezu — jęknął Rod.

— Jego tu nie ma i nic ci nie pomoże… — Rozległ się mroczny pomruk, a z wnętrza dzwonu wystrzeliła potężna włochata łapa. Chwyciła go za mundur i przyciągnęła do wilczego pyska.

— Jezus już tu nie mieszka — odezwał się ten sam głos. Niespodziewanie wielkie szczęki zacisnęły się z morderczą siłą na czaszce policjanta, miażdżąc ją.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 13.15