Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

On

Marta Berczyńska

Czy wiesz, jak to jest stracić wszystko, na czym ci naprawdę zależało?

Zacznę od początku…


Cztery lata temu wyjechałem z Hiszpanii. Dlaczego? Nie wiem. Gdzie? Do Polski. Moi rodzice postanowili porzucić dawne życie i przeprowadzić się, nie znając języka, nie wiedząc o danym kraju zupełnie nic. Wcześniej miałem wielu znajomych i przyjaciół. No i miałem konie. A tu? Nie ma nic.

Mijał już trzeci miesiąc, od kiedy tu byłem.

— Juan, niedaleko jest stajnia. Chciałbyś pojechać?

Poczułem skurcz w żołądku. Tylko skinąłem twierdząco głową.

Już następnego dnia mama umówiła mnie na jazdę. Siedziałem niespokojny w samochodzie. Podróż dłużyła mi się w nieskończoność. W końcu dojechaliśmy. Niewielka, ale zadbana stajnia. Zupełnie inna niż te, które znałem z Hiszpanii. Wtedy go zobaczyłem. Kasztanowaty, zaniedbany, poraniony koń. Stał w odosobnieniu. Nie mogłem oderwać od niego wzroku.

— Cześć! — usłyszałem w rodzimym języku.

Odwróciłem się zdziwniony.

W moim kierunku szła drobna blondynka.

— Jestem Ewa i będę prowadziła dzisiaj lekcję.

„Kobieta?”, pomyślałem. „To dziwne…”

— Dzień dobry.

— Jakie dzień dobry!? Mówiłam, że jestem Ewa, a nie „pani Ewa”. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo mi tego brakowało, tej jeździeckiej społeczności.

— A ty jesteś…? — kobieta wyrwała mnie z zamyślenia.

— Juan.

— Wiele słyszałam o twoich umiejętnościach. Którym koniem chciałbyś się zająć? Wskazałem palcem na końskie nieszczęście. Ewa zbladła.

— Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, Delgado, nasz Cienki, jest agresywny. Nikomu, jak do tej pory, nie zaufał.

— Trudno, będę pierwszy.

— No… dobrze, ale pamiętaj, że zawsze możesz się wycofać, Cienki nie jest łatwym koniem — powiedziała. Ale ja już nie słyszałem jej słów, ponieważ zmierzałem ku ogierowi, rzucającego się ze złości i przerażenia na widok człowieka.

— Co oni ci zrobili…?

Pomimo że od tamtego dnia w stajni byłem codziennie, nie jeździłem. Nie chciałem popełnić żadnego błędu. Pierwszy raz wsiadłem na Delgado po pół roku. Skończyło się dla mnie szpitalem. Diagnoza? Wybicie barku i skręcenie kręgosłupa w odcinku szyjnym. To nie była jego wina. Spłoszył się. Nigdy więcej z niego nie spadłem. Zawsze robił to, co chciałem. Ufał mi, tylko mnie. Potrafiłem siedzieć u niego w boksie kilka godzin i po prostu do niego mówić. Zawsze miałem wrażenie, że mnie słucha. Przychodziłem do niego z każdym problemem. Przez te kilka miesięcy stał się pięknym umięśnionym koniem, który kochał ludzi. Pomimo że był ogierem mogły zajmować się nim nawet dzieci. Nikomu nie robił krzywdy. Po dawnym koniu nie zostało nawet śladu. Za mną potrafiłby wejść nawet w ogień.


To stało się w nocy.

— Halo?

— Ewa, masz świadomość, ze jest druga w nocy? — odpowiedziałem ze złością

— Cześć, Juan, mam dla ciebie złą wiadomość. Delgado nie żyje. Rozłączyłem się. Wszystko było nie tak. Zaufał mi, a teraz nie żyje. Przeszedł mnie zimny dreszcz. A w głowie zapętlały mi się słowa kobiety. Delgado nie żyje… Delgado nie żyje… Delgado nie żyje… W drodze do stajni słone łzy leciały mi po policzku. Dojechałem. Widziałem zapalone światła w budynku.

— Więc to prawda… — wyszeptałem do siebie. Powolnym krokiem szedłem w kierunku stajni. Tak bardzo nie chciałem, żeby to była prawda.

— Cienki… — wyszeptałem, podchodząc do ciała konia. — Tak mi przykro…

Kolka. Znowu kolka zabiera mi przyjaciela. Resztę nocy spędziłem w stajni, przy nim. Głaskałem jego szyję, martwą szyję. Rozczesywałem ostatni raz jego grzywę palcami. Wziąłem nożyczki.

— Tylko to mi po tobie pozostało — powiedziałem, przeplatając z palcach włosie. Zasnąłem wtulony w Delgado. To nie stanie się nigdy więcej!


— Juan? Przyjechali zabrać Cienkiego… Poczułem silny skurcz w żołądku, niemal tak silny, jak ten, który odczułem, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem, z tą tylko różnicą, że nie był on przyjemny. Nie mogłem na to patrzeć, nie chciałem tego widzieć. Pamiętam tylko odgłos uderzeń ciała Delgado o ciężarówkę.


Przyjacielu!

Wiedz, że nigdy nie zapomnę odgłosu Twojego rżenia, kiedy widziałeś, że idę po Ciebie na pastwisko. Nigdy nie zapomnę także odgłosu Twoich kopyt, kiedy galopowaliśmy po lasach. Nigdy nie zapomnę Twoich płynnych ruchów, kiedy skakaliśmy przez przeszkody. Nigdy nie zapomnę tego, jak bardzo kochałeś jeść. Nigdy nie zapomnę, jak spałem na Twoim grzbiecie, a Ty się nawet nie ruszyłeś, jakbyś nie chciał mnie obudzić. Nigdy Cię nie zapomnę. Ty jesteś mieszkańcem domu, którym jest moje serce. Pamiętaj.

Tylko Twój na zawsze,

Juan

Dom na ulicy Cmentarnej

Natalia Głogowska

W XVIII wieku we Francji dochodziło do niewyjaśnionych zniknięć ludzi. Jednak nie przejmowano się, gdy ktoś przestał pojawiać się w pracy czy już nie przychodził do znajomych na herbatę, bo władca miał na głowie buntujący się stan trzeci, który dążył do równości obywateli. Zapoczątkowało to wydarzenia w pewnym miasteczku pod Paryżem.

W dużej bogatej posiadłości mieszkało małżeństwo Russo. Mężczyzna był jednym z doradców króla, a kobieta zajmowała się domem. Dzieci, a dokładniej piątka, były wychowane na grzeczne oraz posłuszne. Nie brakowało im niczego. Żyli w dostatku. Swoją życzliwością i radością obdarowywali każdego człowieka, który znajdował się w ich otoczeniu. Także rzadkie były u nich kłótnie. Sąsiedzi uważali ich za szczęśliwą rodzinę. Można powiedzieć, że rodzina idealna, która z pewnością darzyła siebie dużą miłością. Oczywiście nie wszystko trwa wiecznie.

Ludwik XVI w 1793 roku został ścięty na gilotynie, a nowy rząd wydał rozkaz zabicia jego sprzymierzeńców. Tak milicja trafiła do tego wspaniałego domu. Nie mieli dla nich litości. Ojciec starał się ich powstrzymać, a matka chciała ochronić swoje pociechy. Niestety nie udało się. Pierwszy strzał, a po nim kilka kolejnych. Ciała zostały od razu zabrane i pochowane w pobliskim lasku. Nawet nie zamartwiali się usunięciem krwi z miejsca zbrodni, po prostu odjechali. Wykonywali swoją robotę nieuważnie. Nie pomyśleli o sprawdzeniu wszystkich pomieszczeń. Tylko jedno dziecko, pięcioletni Finn, ze strachu schował się w szafce w kuchni. Okazało się to idealną kryjówką. Dzięki temu nie podzielił on losu swojej rodziny.

Chłopczyk wyszedł z ukrycia dopiero po upływie doby. Łzy spływały mu po policzkach, gdy patrzył na czerwone plamy, które pokrywały ściany i podłogę. Przez kilkanaście godzin siedział przed głównymi drzwiami. Miał nadzieję, iż wejdzie przez nie jego kochana, żywa, mamusia i jak zwykle przytuli go na powitanie. Maluch nie myślał o niczym innym. Dni mijały. Organizm dziecka po pewnym czasie bardzo się osłabił. Mało spał, niewiele jadł. Żaden mieszkaniec miasteczka nie zajrzał już do domu po tak tragicznych zdarzeniach. Może uratowaliby Finna, gdyby postąpili inaczej. Zmarł z głodu, przemarznięty oraz odwodniony.

Po tym wszystkim duch chłopczyka zaczął straszyć w posiadłości. Ktokolwiek ją minął, był zmuszany, żeby wejść. Nigdy nikt stamtąd nie wrócił.

W XIX wieku przechodzący obok listonosz został zaciągnięty do środka niewidzialną siłą. Kiedy znalazł się w salonie, koc leżący na sofie uniósł się do góry. Przerażony człowiek chciał uciec, lecz drzwi zostały zamknięte. Koc owinął się dookoła niego bardzo mocno, dusząc go.

Finn nie mścił się za to, co go spotkało. Dla niego ten dom był więzieniem, chciał przywrócić temu miejscu dawne znaczenie. Tęsknił za swoją rodziną, a także myślał, że poprzez takie poczynania stworzy nową, lecz dusze odchodziły, a on dalej zostawał sam.

W dwutysięcznym roku władze uznały, iż budynek jest zbyt zniszczony, aby go odrestaurowywać. Po debatach postanowili go spalić. Jedna zapałka i wszystko stanęło w płomieniach. Ludzie, którzy tego dokonali, nie byli świadomi, że dzięki temu duch małego Finna mógł w końcu udać się do nieba, do swojej rodziny czekającej od wielu lat. Chłopczyk wreszcie zaznał spokoju przy najbliższych. Nie spodziewano się jeszcze jednego…

Działkę Russo nazwano,,nieszczęsnym cmentarzem”. Ciała i kości ofiar zostały odkopane spod warstw popiołu. Policja nie mogła uwierzyć, ile osób tam zginęło, co świadczyło o małej spostrzegawczości mieszkańców przez ponad dwieście lat. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał… Te okropne okoliczności stworzyły historię o domu na ulicy Cmentarnej.

Własny kąt

Katarzyna Indraszczyk

Dom. Ciekawe, jak ty to widzisz… Bo wiesz, dla niektórych to tylko budynek, dla innych to miejsce, w którym się mieszka, ale dla mnie dom to zupełnie coś innego. Chcesz wiedzieć? No dobrze, muszę najpierw uporządkować przebieg zdarzeń.

Zacznijmy od tego, że mieszkałam w wielu miejscach, czyli gdyby spojrzeć na to okiem kogoś, jak wcześniej wspomniałam „innego”, mogłoby wydawać się, iż miałam wiele domów. Czy tak właśnie było?

Pierwszy z nich, dom dziecka. Nie musisz mi współczuć, widzę to w twoim spojrzeniu. Nie daj się zmylić nazwie. Jednak miałam dach nad głową, ciepłe posiłki, zabawki takie, jakie tylko mogłam sobie wymarzyć, nawet własny pokój. Ale to nie był mój dom. Bo widzisz, mój drogi, zabrakło mi tam czegoś, czego potrzebowałam najbardziej… „Miłości” — myślisz? Choć może wcale nic sobie nie myślisz, a może właśnie głęboko rozważasz moje słowa i dlatego tak tajemniczo mrużysz oczy…? Nie jej, nie miłości z utęsknieniem oczekiwałam, wiedziałam, że ani mnie, ani żadnego innego dziecka stąd nikt nie kochał. Bo niby dlaczego musieliśmy tam mieszkać? Brakowało mi tylko ciepła, uwagi. Pani Asia rzadko znajdowała czas na rozmowę ze mną, a jeśli nawet, to wydaje mi się, że nie do końca rozumiała, co do niej mówię, mimo że przecież używamy tego samego języka. No, a potem, to już sama nie chciałam nic jej opowiadać. Mimo wszystko nie przejmuj się zanadto, nie zabawiłam tam zbyt długo. W wieku siedmiu lat zostałam adoptowana. Tak, wiem, co myślisz, najszczęśliwszy dzień w życiu? Tylko pozornie.

Dom drugi. Wciąż mnie to zadziwia, jakie życie może być mylące. Początkowo przyszli rodzice wydają ci się najlepsi, nie dostrzegasz nic, prócz ich zalet. To pewnie te prezenty mącą ci w głowie, omamiają, to przez nie dajesz się złapać w ich sidła. Ale pamiętaj, zawsze wszystko i tak „wyjdzie w praniu”. O co chodzi? Nie wiodło mi się w szkole. W poprzednim „lokum” niewielką wagę przywiązywano do mojej edukacji, więc i ja nie sądziłam, iż to takie ważne. Cyfry, literki, wyrazy, zdania… Wszystkie po pewnym czasie zlewały się w jedną, monotonną, nudną całość, która do reszty przestała mnie bawić. No cóż, dla mamy i taty były aż nadto ważne. Podobnie jak to, w jaki sposób jem, siedzę, wiążę buty (wolę te na rzep, walka ze sznurówkami nie jest dla mnie). Wszystko robiłam, jak mówili, nieodpowiednio, a wręcz „nagannie”. W rezultacie uznana zostałam za „jakąś opóźnioną”, cokolwiek to znaczy. No i wtedy dopiero się zaczęło. Poczynając od kar i szlabanów na zabawę, telewizję, nieco później poprzez odbieranie prawa do zjedzenia kolacji, aż do znienawidzonego przeze mnie „karcenia” pasem od spodni taty. Jak się okazało, ważni ludzie, a dokładniej pani w zielonej koszuli, z którą musiałam rozmawiać, kiedy wychowawczyni zauważyła moje siniaki, mówią na takie kary „przemoc domowa”. To dlatego musiałam wyjechać. No, i dobrze, to nie był mój dom.

Trzeci… Ej, nie śpij! Jeszcze chwila. Uważaj, teraz będzie ciekawie.

Trzeci. Ogromny. Wręcz zadziwiający. Nowoczesny, lecz miejscami i w eleganckim stylu, jak to sobie nazywam — „salonowym”. Ogólnie piękny, nic dodać, nic ująć. I co z tego? Widzisz, celowo nie powiedziałam „dom”, bo nie był nim. Był pałacem, prawdziwym pałacem. Pełnym pokojówek, sprzątaczek, kucharek i kelnerów. Zapamiętaj, aby nigdy nie chcieć mieszkać w pałacu. Pewnie te słowa wydają ci się teraz absurdalne, uwierz mi jednak, wiem, co mówię. Początkowo na pewno będziesz zachwycony, wciągnie cię „królewskie” życie i podobnie do mnie, po raz kolejny sam złapiesz się w pułapkę, której „błyszcząca” warstwa wierzchnia przyciąga jak światło muchę. Tam nikt nie ma dla ciebie czasu. W sumie, nic dziwnego, taki pałac wymaga bardzo wiele uwagi, najwyraźniej więcej niż jego mieszkaniec, choć właściwie to czułam się gościem. Zabiegani pracownicy nie będą chcieli bliżej cię poznać, tak jak ty chciałbyś poznać ich. Owszem, nakarmią cię, przygotują pościel, pomogą się ubrać i wykąpać, uczeszą, ale potem jak gdyby nigdy nic, wrócą do reszty obowiązków, trochę jakby bali się z tobą rozmawiać. Niewątpliwie ciekawi cię sprawa rodziców. Oni… oni się nie boją. Mama i tata zwyczajnie nie chcą spytać o twój dzień. Nie dziwi mnie to, i tak jakakolwiek konwersacja zawsze ograniczała się do pogawędki o wynikach w nauce albo nowej zabawce. Rodzice niczym król i królowa mają w swoim wielkim pałacu własne, oddzielne komnaty, biura. Przesiadują w nich niemalże dobę, w weekendy nieco krócej. Nie wiadomo, nad czym tak pracują, ale wydaje się niezwykle ważne, ważniejsze niż ty.

Z wyjątkiem pierwszego wrażenia, nie spodobałoby ci się tam. I mnie się nie podobało. Zaczynałam oswajanie z regułami „bogatego” życia, kiedy zdarzył się ten wypadek. Wypadek, który pozornie powinien zmienić wszystko, a w rzeczywistości nie zmienił nic. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie, jakkolwiek koszmarnie by to nie zabrzmiało, była to wręcz niezauważalna zmiana, biorąc pod uwagę, iż dowiedziałam się dopiero po trzech dniach. Informację przekazał lokaj, podobno wypadek samochodowy, chociaż ja myślę, że coś kręcił. Jedno zderzenie, wadliwa poduszka powietrzna i już ich nie było. Tak naprawdę nigdy ich nie było, przynajmniej dla mnie. Rzecz jasna spadek po rodzicach odziedziczyły ich starsze, dorosłe już dzieci. Ja nie zostałam nawet w małym stopniu uwzględniona. Mówiłam, „robiłam” tylko za gościa, możliwe, że jeńca, w przerażająco idealnym lochu. To nie był mój dom.

No, już, staruszku! Otwórz oczy i wysłuchaj do końca. I tak właśnie znalazłam się tutaj. Kolejna adopcja, chyba z litości, ponieważ przygarnęła mnie guwernantka. Miła, pogodna kobieta, która o dziwo gotuje lepsze obiady niż w restauracjach. Jak za każdym razem początek wydawał się w porządku, pomimo iż nawet na nic już nie liczyłam. Ona zaś starała się otoczyć mnie ciepłem, dać przytulne schronienie i zapewne czegoś nauczyć. Tylko widzisz, Mruczku, zważywszy na to, że historię swojego życia opowiadam nadąsanemu kotu, który nawet mnie nie słucha, to także nie jest mój dom. Może kiedyś go znajdę, a może po prostu nie potrafię szukać.

Słoneczna 1

Emilia Korycińska

Było już ciemno, w sumie nic dziwnego, jak zawsze o dwudziestej pierwszej, zwłaszcza zimową porą. Kończyłem właśnie jeść ostatni kęs chleba, który dostałem od pewnej pani tydzień temu w środę, kiedy nagle do moich uszu dobiegł dźwięk radia z pobliskiego sklepiku. Pogoda, to może i warto posłuchać, pomyślałem. Na chwilę zastygłem w bezruchu, wsłuchując się w głos prezenterki. Minus dziesięć stopni w nocy, od kilku dni właściwie standard.

Podniosłem się z krawężnika. Zerknąłem ukradkiem na moją przetartą torbę kupioną u Białorusina, który niegdyś często handlował różnymi drobiazgami na rynku. Jedyne, co miałem do spania, to kilka gazet, znaleziony na osiedlowym śmietniku koc i stary jasiek. Wszedłem do moich czterech ścian. Do połowy zerwany dach, brak okien, niedokończone ściany… Nie dziwiłem się, że ludzie mawiali o nich „nawiedzony dom”.

Robiło się coraz zimniej. Kiedy już sobie posłałem, podjąłem próbę rozpalenia ogniska w metalowym koszu. Skostniałe palce i wilgotne drewno wcale tego nie ułatwiały. Po trzech próbach: udało się! W spokoju usiadłem na posłaniu, wyciągnąłem obrazek. Niby już wytarty ze starości, mały, ale miał w sobie jakąś dziwną moc. Spojrzałem na oblicze Maryi Kodeńskiej: „Mamo, dziękuję Ci za dzisiejszy dzień. Za to, że miałem dzisiaj chleb. Za to, że było minus jeden i słonecznie. Za te znalezione puszki, za które kupię jutro bochenek wspaniałego pszennego wypieku. I wiesz, co? Proszę Cię jeszcze w intencji tych wszystkich, których pogardliwie spojrzenia spłynęły dzisiaj na mnie. Daj im wszystko, co najlepsze. I tak między nami, to kocham Cię, i wiem, że ty mnie także. Jesteś jedyną osobą darzącą mnie miłością. Mamy nie zdążyłem poznać, ojciec — sam nie wiem, co z nim się dzieje — i ona… Wydawało mi się, że znaczę coś dla niej. Po pół roku małżeństwa wylądowałem tutaj, nie wiedząc, za co i dlaczego. Żyję tak, jak mawiają, "na marginesie" od ponad pięciu lat. No, koniec już tych użalanek. Musisz mieć ogromną cierpliwość, skoro słuchasz tej samej historii może po raz setny i nadal z taką samą uwagą i zainteresowaniem. Dziękuję za wysłuchanie mnie. Dobranoc.”


***

— Haaaaloooo! Halooo! Czy jest tu ktoś?!

Zerwałem się. Oślepiło mnie światło latarek. Próbowałem wstać, ale obolałe z zimna kończyny nie pozwoliły mi na to. Nie bardzo docierało do mnie, co się dzieje, dopóki nie ujrzałem odblaskowego napisu „Straż Miejska”.

— Proszę pana, idzie pan z nami — usłyszałem od jednego. Bardzo tego nie chciałem. Na moje protesty usłyszałem tylko: „Nie”.
Po około dwudziestu minutach drogi znaleźliśmy się na miejscu, bardzo dobrze mi znanym. Generała Maczka pięć — w poprzednie zimy byłem tutaj co najmniej kilkanaście razy. Zaprowadzono mnie prosto do stołówki. „Nawet pani od wydawania posiłków ta sama” — pomyślałem, siorbiąc zupę. Po jedzeniu poszedłem pod prysznic. Cóż za cudowne uczucie. Odświeżony, udałem się do przydzielonego łóżka. Położyłem się, lecz coś mi nie pozwalało zasnąć. Zacząłem rozmyślać: „Schronisko, ciepłe, przytulne miejsce. Ale właściwie to, co ja tutaj robię? Każdy człowiek ma przecież dom, więc ja muszę go mieć także.”

Po cichu zebrałem manatki. Rozejrzałem się. „Czysto, nikt nie patrzy”. Otworzyłem okno, dalej już tylko jeden sus i znalazłem się na ziemi. Skok z parteru? Poszedł jak z płatka! Wędrując przez miasto, spoglądałem na liczne okienka w blokach, na domy, wieżowce, kamienice. Kiedy znalazłem się na Słonecznej, patrząc na kilka pustaków, oberwany dach, zaznałem niewytłumaczalnej radości. Dom to coś więcej niż budowla. Dom to miejsce, które przyciąga jak magnes i powrót do niego powoduje szczęście, jaki by on nie był.


***

„Minęła szósta, Radio F! Dzisiejsza noc była wyjątkowo mroźna, w naszym mieście — minus dwadzieścia stopni. Na ulicy Słonecznej 1 z wychłodzenia zmarł mężczyzna…”

Mój nowy dom

Klaudia Sachanowicz

Tego pamiętnego dnia ostatni raz widziałam swoją mamę. Leżałam spokojnie…

Nagle ciemność.

Coś mną trzęsło. Mocno trzęsło. Zrobiło mi się niedobrze. Nagle poczułam silne uderzenie od dołu. Trzaśnięcie. Warkot. Podłoże pode mną zaczęło wibrować. Coś szybko odrzuciło mnie do tyłu. Uderzyłam w ścianę. Lekkie prześwity w moim więzieniu rzucały blade światło na jego wnętrze. Szybko jednak przechodziło w czerń, a po chwili już nic nie widziałam. Byłam zamknięta. Uwięziona. Czułam mocne bicie mojego serca. Już, już miałam się rzucić na ściany, gdy straciłam równowagę, coś mnie przewróciło. Wstałam, ale nie od razu postanowiłam ponowić próbę ucieczki. Wpatrywałam się w czerń w miejscu, gdzie powinna znajdować się przeszkoda. W końcu postanowiłam. Mięśnie mojego ciała się napięły i skoczyłam na ściany. Zaczęłam je drapać, uderzać. Nie ustępowały. Znów upadłam. Wibracje ustały. Poczułam, że unoszę się w górę. Znów zaczęło trząść. Ogarnęła mnie fala chłodu. Skuliłam się w kącie i zachlipałam. Gdzie była moja mama?! Dlaczego jej tu nie ma?! Czemu mnie nie uratuje? Bardzo za nią tęskniłam. Nagle usłyszałam dziwny dźwięk, jakby delikatne dzwonienie dzwonków. Zrobiło się ciepło. Znów uderzenie od dołu. Przestało kołysać. Nie ruszałam się. Zamarłam ze strachu. Do moich nozdrzy wdarło się tysiąc nowych zapachów. Krzyżowały się i łączyły. Wciągnęłam je z zadowoleniem. Wtem moje więzienie zaczęło się otwierać. Oślepiło mnie światło. Poczułam czyjś dotyk na skórze. Ktoś powoli mnie podnosił. Gdy się wynurzyłam, zobaczyłam małą, śmiejącą się dziewczynkę. To właśnie ona mnie trzymała. Obwąchałam jej dłoń. Pachniała czymś słodkim. Delikatnie ją polizałam, po czym spojrzałam głęboko w jej niebieskie oczy. Znalazłam w nich miłość, zaufanie i zachwyt. Nagle poczułam, że zaczynam czuć do niej te właśnie uczucia. Pokazała mi resztę rodziny. Wszyscy po kolei brali mnie na ręce, a ja ich lizałam. Spodobało mi się to. Wtuliłam się w dziewczynkę, czując, że zaczyna się moja wielka przygoda. „To mój nowy dom”, pomyślałam i zasnęłam w jej ramionach.

Teraz, gdy to opowiadam, jestem już dużą sunią i mam na imię Kora. Kocham moją nową rodzinę i jestem szczęśliwa w nowym domu. Tylko czasem zdarza mi się wspomnieć mamę i beztroskie chwile, które z nią spędziłam.

Nowy Jork

Natalia Soćko

W czwartek po raz trzeci odwiedziłem bar za rogiem. Ostatecznie wyrzucili mnie stamtąd tylko trzy razy. Liczę na to, że jeszcze mnie nie zapamiętali i ponownie się mylę. Przekraczam próg i i rzucają we mnie najgorszymi obelgami. Chyba muszę wyjść. Ludzie już tacy są. Nie dane jest mi ich rozumieć. Idę dalej. Wyrzucają mnie jeszcze z dwóch kafejek na czwartej alei i baru dla obskurnych bandytów. Nawet tam mnie nie chcą. Trudno. Dzień może i ma tę samą fabułę co zwykle, ale czuję, że dzisiaj coś się zmieni. Dostrzegam iskrę nadziei. Moja iskra ma postać: siwy staruszek woła zza lady. Chyba nie do mnie? A jednak odwracam się leniwie, czy aby nikt za mną nie stoi. Ku mojemu zdziwieniu jest pusto. Czy w ogóle Nowy York można nazwać pustym? Nie zastanawiam się nad tym w tej chwili i wbiegam do baru uszczęśliwiony. Moja nadzieja i wyzwolenie z szarych dni wnosi więcej smutku, dymu, który dusi. Barman mówi pięć słów:,,Wynoś się stąd, odstraszasz klientów”. Tak kończy się mój dzień pełen niespełnionych pragnień.

Od tej pory nie ufam ludziom. Zawiodłem się na nich. Organizuję jedzenie. Coś zawsze można znaleźć przy Piątej Alei. Niewielu wie o tym miejscu. Ale ona je zna. Na moje oko ma 17 lat i niezłego świra. Wiem, że nie jest tu bez powodu. Widzę ją tu nieustannie. Szuka czegoś, a może na coś czyha. Lubię ją, oglądanie jej codziennie jest jak posiadanie przyjaciela. Ona raczej nie podziela moich odczuć, przekonuję się o tym chwilę później, w dość bolesny sposób. Rzucając we mnie starym opakowaniem po serku, krzyczy tylko:

— Co się gapisz?

Olewam ją. Doprowadza ją to do szału. Jest wściekła, ale coś się nagle zmienia w jej wzroku.

— Alice — rzuca tylko, jakby od niechcenia- nazywam się Alice.

Wie, że jej nie odpowiem. Podchodzę i siadam koło niej. We dwoje nasłuchujemy ciszy. Od tej pory kręcimy się po ulicach Nowego Jorku razem, rozmyślając czasem tylko o dawnym życiu.

Kiedyś miałem dom, rodzinę. Niestety zachorowałem. Złośliwy rak czy coś. Nie wchodziłem w szczegóły. Próbowano pomagać, stosowano różne terapie. Bardzo nowoczesne, bardzo drogie. Moja rodzina traciła stopniowo do mnie cierpliwość. Ale uwierzcie, ja naprawdę chciałem wyzdrowieć. Kiedy straciłem nogę, to był koniec. Koniec domu, rodziny, prezentów na gwiazdkę, kominka czy dzieci bawiących się na dywanie. Leniwych niedziel na kanapie i obserwowania gwiazd. Niebo od tego czasu stało się dla mnie błękitnym pulpitem dla kłębów dymu. Niedziela za to jest dniem bez jedzenia. Prezent na gwiazdkę też się nie udał.

Siedzę przy stoliku jeszcze krótką chwilę i wychodzę. Jest już zupełnie ciemno na dworze. Czuję, jakbym był tu zupełnie sam. Nocą ulice Nowego Jorku nie są przyjazne. Kręcę się jak zwykle w okolicy Fifth Avenue. Tam spotykam bogaczy. Przyglądając się im, nie widzę różnicy między nami. Mają pieniądze, to prawda. Nie wydaję mi się jednak, że posiadają prawdziwy dom. Przepełniony miłością na gwiazdkę i prezentami od serca. To zupełnie jak ja. Ten czas jest szczególnie przykry na ulicach. Widzieć tyle radości, jednak nie móc jej dotknąć. Jest nietykalna dla takich jak ja. Niezauważany przemierzam ulice sam. Czasami lubię udawać, że to tylko przechadzka. Wrócę zaraz do domu, położę się pod kocem i zasnę, nasłuchując iskier w kominku i kolęd ze starego stereo.

Narzekam często na to, co mi zgotował los, ale w końcu niełatwo jest żyć na ulicach Nowego Jorku. Szczególnie będąc trójnogim psem.

Horyzont czasu

Urszula Troć

— Myślisz, że to dobry pomysł? Jakoś nie jestem przekonana.

Trójka przyjaciół siedziała w kawiarni, pijąc poranną kawę. Nie mieli zamiaru zabawić w miasteczku zbyt długo. Przewidywali, że zostaną w nim najwyżej parę dni, zanim ruszą w dalszą drogę, dlatego postanowili zaplanować ten czas jak najlepiej. Ciemnowłosy chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na swoich towarzyszy powątpiewająco.

— Naprawdę chcesz nas zaciągnąć do nawiedzonego domu, Mitch? — spytał.

— To takie banalne, znajdźmy coś innego — dodała dziewczyna.

Siedzący z nimi blondyn parsknął śmiechem.

— Nie musisz udawać, Cara. My i tak wiemy, że po prostu boisz się tam wejść. Zresztą, to nie jest nawiedzony dom. Ta kobieta ze sklepu powiedziała mi tylko tyle, że tam się nie wchodzi, ale nie potrafiła mi wyjaśnić, co jest tego przyczyną. Mówiła też, że nikt nie wrócił stamtąd taki sam — odparł.

— Daj spokój, to brzmi jak tekst ze słabej creepypasty — stwierdził brunet. — Nie sądzę, żeby w pustym domu dało się znaleźć coś szczególnie godnego uwagi, może poza dziurą w podłodze.

— Zgadzam się z Ethanem. I tak nie mamy wiele czasu. Po co więc marnować go na zwiedzanie starego opuszczonego budynku? O wiele bardziej chciałabym zobaczyć tę galerię sztuki średniowiecznej, którą widzieliśmy po drodze — wtrąciła dziewczyna, zakładając ręce na piersi.

— W porządku — Mitch uniósł ręce w geście poddania. — Widzę, że nic was nie przekona. Możecie iść sami popatrzeć sobie na stare obrazy, a ja w tym czasie przejdę się do tego domu. Wejdę, rozejrzę się i wyjdę, nawet nie zdążycie zauważyć, że mnie nie było. Zgoda?

Pozostała dwójka wymieniła spojrzenia, aby po chwili skinąć głowami, dając koledze wolną rękę.

— Świetnie. Nie mamy zbyt dużo czasu, więc umówmy się, że widzimy się w motelu za… — Mitch zerknął na zegarek — mniej więcej dwie godziny. Zobaczycie, będziecie żałować, że nie poszliście ze mną!

To mówiąc, wyszedł z kawiarni, zostawiając na drewnianym stoliku swoje niedopite latte.


***

Parę godzin później Cara wraz z Ethanem wrócili do motelu. Zastali swojego towarzysza siedzącego na starym, rozkładanym łóżku w wynajmowanym przez nich pokoju. Podeszli do niego, lecz on nawet ich nie zauważył.

— Opowiadaj, jak było, pogromco strachów? — zażartował Ethan. Gdy nie doczekał się reakcji ze strony przyjaciela, pochylił się nad nim i pomachał mu ręką przed twarzą. — Hej, stary, żyjesz?

Mitch podniósł na niego przekrwione oczy i omiótł całą jego sylwetkę zamglonym nieobecnym wzrokiem, po czym zatoczył się i gdyby nie podtrzymujący go chłopak, niewątpliwie spadłby z łóżka, na którym siedział.

Dziewczyna spojrzała zaniepokojona na Ethana.

— Co mu jest? — spytała niepewnie. — Uderzył się w głowę czy co?

— Nie mam pojęcia — odparł chłopak zgodnie z prawdą.

Mitch drgnął gwałtownie i wymamrotał parę niezrozumiałych słów.

— Czekaj, chyba chce coś powiedzieć.

Ten zdołał niestety wykrztusić z siebie tylko:

— Tam… nie… co on…?

Po tych słowach pochylił się nagle i zwymiotował na buty stojącej przed nim Cary. Dziewczyna pisnęła przeraźliwie i odskoczyła jak najdalej od odrzucającego widoku.

— Co on sobie zrobił?! Potrzebuje lekarza! — krzyknęła.

— Bez paniki, postaraj się zachować spokój. Wezwij pomoc i zajmij się Mitchem, ja niedługo wrócę — powiedział Ethan, wkładając płaszcz i buty.

— Gdzie masz zamiar iść?! — spytała łamiącym się głosem. — Nie możesz mnie teraz zostawić!

— Poradzisz sobie. Idę do tego domu, w którym dzisiaj był. Nie wiem, co mogło wstrząsnąć nim tak bardzo. Nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie — odparł pospiesznie.

— Do reszty zgłupiałeś?! Nie potrzebuję tu drugiego wariata!

— Muszę się dowiedzieć, co przeraziło go aż do tego stopnia.

— Ale po co?! Ethan, stój! — krzyknęła, jednak odpowiedziało jej tylko trzaśnięcie drzwiami i odgłos pospiesznych kroków na schodach.


***

Kilka chwil później zasapany chłopak wspinał się już na wzgórze, na którym stał zniesławiony przez miejscowych obywateli dom. Budynek wyglądał całkiem zwyczajnie — nie był bardzo stary czy wyglądający na szczególnie złowrogi — ot, zwykły dom, który co prawda nie nadawał się obecnie do użytku, jednak podobnych do niego można było znaleźć całe mnóstwo. Chłopak zawahał się przed drzwiami. Teraz, stojąc przed budynkiem, nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle tu przyszedł. Nie mógł znaleźć żadnego logicznego argumentu na to, dlaczego tu przybiegł. Czemu nie został z Carą i Mitchem, którzy go potrzebowali? Odgonił jednak te myśli i podszedł bliżej. Niepewnie zastukał trzy razy w potężne, drewniane drzwi. „Czego ja się w ogóle spodziewałem?”, skarcił się po chwili w duchu. „Że ktoś mi otworzy i zaprosi do środka?”

Nie czekając dłużej, pchnął drzwi z całej siły i wszedł do wnętrza domu. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, rozejrzał się po pomieszczeniu. Poza nielicznymi, spróchniałymi meblami nie dostrzegł żadnych innych przedmiotów świadczących o tym, że ktoś kiedykolwiek tu mieszkał. Wnętrze było przestronne, gdzieniegdzie znalazł jeszcze parę szklanych wazonów i wyblakłych obrazów. Wszędzie roiło się od kurzu i pajęczyn. Ethan poczuł się nieco zawiedziony, gdy stwierdził, że są tu zaledwie trzy małe pokoje. Po chwili spostrzegł jednak schody prowadzące na piętro, więc bez dłuższego zastanowienia ruszył w ich kierunku. Gdy nalazł się na górze, jego oczom ukazał się długi korytarz. Dzięki nielicznym promieniom światła, wpadających przez małą dziurę w dachu, mógł zobaczyć numery na drzwiach każdego pokoju.

— To tutaj był hotel? — rzucił zdziwione pytanie w przestrzeń.

— Nie, to zwyczajny dom — usłyszał zachrypnięty głos za sobą. Serce podskoczyło mu do gardła i gwałtownie się odwrócił. W półmroku ujrzał starca z laską, siedzącego na krześle po lewej stronie drzwi, przez które przed chwilą wszedł. Jak mógł go nie zauważyć?

— Co pan tu robi? — spytał drżącym głosem, czując, że serce tłucze się w jego piersi jak oszalałe.

— Jestem tu od bardzo dawna — mężczyzna wstał, wspierając się na lasce. Wszedł w krąg światła tak, że Ethan mógł dostrzec bielmo przesłaniające jego oczy. — Sam już nie wiem, ile czasu minęło. Pytanie brzmi: kim ty jesteś i co robisz w moim domu?

— Chcę się tylko dowiedzieć, co stało się z moim przyjacielem.

— Ach tak, był tu jeden niedawno. Pilnie go obserwowałem — starzec uśmiechnął się nieznacznie, jednak chłopak nie potrafił odnaleźć w nim ani krzty wesołości. — Zobaczył coś, czego nie powinien był oglądać.

Ethan zamrugał szybko, zdezorientowany i przestraszony. Mężczyzna, dostrzegając jego reakcję, oparł obie dłonie na lasce i kontynuował:

— Widzisz, chłopcze, te pokoje? — Wskazał kościstym palcem na szereg drzwi. — Zrozumiesz, kiedy wejdziesz do jednego z nich. Ethan niepewnie podszedł do pokoju z numerem 5 i przekręcił mosiężną gałkę. Jego oczom ukazał się dziwnie znajomy widok: młody mężczyzna z kilkuletnim dzieckiem, siedzący przy ubranej choince. Mały chłopiec właśnie kończy odpakowywać swój prezent i widząc go, ze śmiechem rzuca się w ramiona tacie.

— Pamiętam ten rower… Czy to… ja? — spytał, całkiem zbity z tropu. Starzec w odpowiedzi skinął głową.

— Ten dom pozwala ci zobaczyć dowolną chwilę całego twojego życia. Numery na drzwiach są niczym innym, jak twoim wiekiem. Zastanów się, czy jest coś, co chciałbyś odtworzyć. Ktoś, kogo chciałbyś ujrzeć ostatni raz?

„Mama”, pomyślał. Jak we śnie podszedł do drzwi z numerem 12. Otworzył je, a wtedy wszystko wróciło. Pisk opon. Trzask. Huk. Dźwięk tłuczonego szkła. Krzyk. Ethan mocno zacisnął powieki.

Po chwili jednak zapytał:

— Co jest tam? — spojrzał na niknący w mroku koniec korytarza.

— Och, to moja ulubiona część — ucieszył się stary. — To są pokoje, których jeszcze nigdy nie widziałeś.

— To znaczy… moja przyszłość?

— Tak. Co więcej, zdradzę ci tajemnicę: ostatnie z pomieszczeń jest również twoim ostatnim rokiem — odparł starzec.

Chłopak poczuł gwałtowny przypływ adrenaliny.

— Jeśli wejdziesz do ostatniego pokoju, dowiesz się, kiedy i jak zginiesz.

Tego zdania najbardziej się obawiał.

— Zastanów się dobrze. Druga taka okazja się nie przytrafi. Wystarczy przejść na koniec korytarza. — Mężczyzna zbliżył się do sparaliżowanego strachem chłopaka.

— Kiedy wejdę do tego pokoju, zobaczę scenę, w której umieram? — W odpowiedzi starzec skinął głową.

Chłopak na drżących nogach ruszył w ciemność. Mijał kolejne drzwi. 19, 21, 22, 23… Zamarł nagle. Nie ma numeru 25. Pokój numer 24, jego obecny wiek, stał osamotniony na końcu korytarza. Poczuł się tak, jakby miał zaraz zemdleć. Zawahał się i dłuższą chwilę walczył ze sobą. Sam nie wiedział, co go skusiło, ale podszedł bliżej, przekręcił gałkę. Zajrzał do środka i poczuł, jak serce zamiera mu w piersi z przerażenia.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę