Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Początek

Izabela Czumałowska

Adam przemieszczał się cicho, możliwie jak najciszej.

Nie było to jednak łatwe, zważywszy na późną porę.

Panował półmrok. Jedyne światło dawały uliczne latarnie rozciągające się wzdłuż uliczek, którymi podążał mężczyzna. Wszędzie unosiła się gęsta mgła, a z nieba spadały pojedyncze, lodowate krople. Mimo to była to piękna noc. Księżyc rzucał cień na pojedyncze budynki, a wiatr poruszał młodymi drzewami, które wyginały swoje delikatne jeszcze gałęzie, jakby chciały coś powiedzieć, jakby chciały wskazać mężczyźnie drogę…

Wszystko to sprawiało, że całe miasto wyglądało niesamowicie tajemniczo, wręcz magicznie. Adam czuł się jak na pograniczu jawy i snu, wszystko dookoła niego zdawało się mieć nienaturalne kształty. Wszędzie panowała nieprzejednana, bezkresna cisza.

Jednak cel, w jakim się tu znajdował, nie miał nic wspólnego z pogodą. Mgła tylko utrudniała mu pracę. Mężczyzna przyspieszył. Czuł, że musi się skoncentrować. Za chwilę przecież znajdzie się na miejscu, to tam ma się rozegrać zbrodnia. Wiedział, że musi być szybszy i bystrzejszy od złoczyńcy, wiedział, że musi zrobić wszystko co w jego mocy, aby zapobiec katastrofie.

Otulił się szczelniej szalikiem i zapiął górny guzik płaszcza, który zwykł nosić odpięty. Było mu tak po prostu wygodniej, ale późny październik dawał się we znaki. Przez jakiś czas przeklinał się w duchu, że nie założył cieplejszych butów, ponieważ jego ulubione mokasyny nie były odpowiednie na taką pogodę. Cóż mógł jednak poradzić, gdy ubierał się w biegu? Zapomniał nawet kapelusza, który był jego znakiem rozpoznawczym, a przy okazji ogrzewał jego głowę, co tamtej nocy bardzo by się przydało. Wszystko po to, by plan tamtego tajemniczego człowieka się nie udał. W gazetach nazywano go najczęściej „tajemniczym człowiekiem” bądź „cichym zabójcą”.

Sam Adam natomiast wolał określenie, którego używali jego przyjaciele na uczelni, ponieważ było zdecydowanie krótsze i dla mężczyzny w pewnym sensie zabawne. „Karciarz”.

Wzięło się z tego, iż zabójca przy każdej swojej ofierze zostawiał kartę do gry. Ostatnio znaleziono Damę Pik i Adam domyślał się co to może oznaczać. W swoim zamyśleniu nie zauważył nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu i gdyby nie usłyszał donośnego głosu klaksonu, już mógłby pożegnać się ze złapaniem Karciarza.

— Czy Pan nie wie, że piesi powinni chodzić po chodniku, a nie środkiem ulicy?! — zawołał kierowca czarnego Volkswagena Passata.

— Przepraszam, zamyśliłem się — odpowiedział szybko Adam i zszedł z drogi. Kątem oka zdołał zauważyć jak kierowca kiwa głową i odjeżdża z piskiem opon.

Robiło się coraz później.

W pewnym momencie Adam ujrzał sylwetkę majaczącą w ciemności. Miejsce było bardzo słabo oświetlone. Jego oczy przystosowały się już jednak do takich warunków, bardzo często zmuszony był pracować w ciemności. Nie umiał jednak poruszać się po opustoszałej ulicy niczym kot- cicho i zwinnie, czasami drobne szczegóły umykały jego uwadze. Ale dzisiaj był pewien że sylwetka, którą udało mu się przed chwilą wypatrzeć należała do złoczyńcy. Normalni ludzie nie boją się być zauważeni, nie zachowują się tak cicho jak człowiek idący przed nim.

Mężczyzna przyspieszył jeszcze bardziej, by być bliżej celu swojej wędrówki. Osoba idąca przed nim kilka razy się zatrzymywała i obracała, jakby miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją śledzi. Wtedy Adam musiał również stać w miejscu, nieruchomo, aby przypadkiem nie wyjawić swojej obecności, przecież jego nie było w planie Karciarza. Czuł, że jest już bardzo blisko zwycięstwa, bardzo blisko odkrycia rozwiązania zagadki, która zaprzątała jego myśli już od dwóch lat.

Nigdy nie czuł się tego tak pewien, jak właśnie wtedy, w tę zimną, deszczową, październikową noc. Jego cel był praktycznie na wyciągnięcie ręki, wystarczyło tylko do niego sięgnąć. Nawet policja nie mogła sobie poradzić z odkryciem tożsamości „tajemniczego człowieka”, a jemu, Adamowi Richardsonowi, zwykłemu studentowi, się to uda. Już widział te nagłówki w gazetach, te kamery przed oczami, fotografów, którzy mieli się na niego czaić za każdym rogiem, by tylko zrobić zdjęcie temu, który znalazł złoczyńcę.

Zobaczył, że tajemniczy mężczyzna skręca w jedną z bocznych uliczek, po czym znika w wszechobecnym mroku. Stwierdził, iż aby nie rzucać się w oczy wejdzie w drogę wcześniej, równoległą do tej, którą wybrał Karciarz, a potem jedną z prostopadłych zajdzie go od tyłu. Nie dopuszczał o siebie myśli, że coś w jego planie może się nie udać, dzisiaj Adam Richardson jest nieomylny. Powtarzał sobie to w duchu byleby tylko nie pokazać, że tak naprawdę się boi. Boi się i to strasznie.

Niestety źle wymierzył sobie drogę, ponieważ ostatnia prosta wiodła go przez gęste krzewy rosnące akurat przy uliczce. Poczuł, że jeden z kolców rozrywa mu nogawkę i próbuje przedostać się do jego kostki, ale starał się nie wydać żadnego dźwięku. Ostatecznie udało mu się dostać do celu swojej wędrówki. Kątem oka zdołał zauważyć jak tajemniczy człowiek chowa się w identycznych roślinach po przekątnej od jego miejsca pobytu. Pomyślał, że czeka na jakiegoś pieszego, by tylko wyskoczyć na niego z nożem i pozbyć się jego serca z piersi. W tym momencie zza zakrętu wyłonił się samochód, którego światła oślepiły stojącego Adama i ten musiał skryć się, by nie stracić wzroku.

Teraz wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Samochód wyjechał zza zakrętu. Kierowca szybkim ruchem dodał gazu, jakby właśnie została mu do pokonania ostatnia prosta. I wtedy, w blasku reflektorów, Adam zauważył ciemną ciecz na ulicy. Auto ledwo co nabrało prędkości, już wpadło w poślizg. Kierowca mocował się z kierownicą, by utrzymać ją w jak najbardziej prostej pozycji. Bezskutecznie, ponieważ za chwilę samochód zderzył się z pobliską latarnią. Z daleka można było usłyszeć ogromny huk i ujrzeć gigantyczny błysk, a moment później cały pojazd stał w płomieniach. W jednej chwili z prawie wszystkich domów wybiegli mieszkańcy. Jedni byli zdenerwowani, inni przestraszeni, nikt nie wiedział co robić. Adam wybiegł zza krzaków, wyciągnął telefon z kieszeni płaszcza i wykręcił numer do straży pożarnej.

— Adam Richardson z tej strony — zaczął i od razu zabrakło mu tchu. — Na rogu Harley Street i Kingsway miał miejsce wypadek samochodowy. Wszystko stoi w płomieniach. Kierowca i pasażer najprawdopodobniej nie żyją.

— Dziękuję za zgłoszenie — odezwała się pani w telefonie. — Zaraz wyślemy tam nasze jednostki.

Adam odłożył telefon z powrotem do kieszeni i próbował przepchać się przed cały tłum gapiów. Co odważniejsi mężczyźni wzięli z garaży gaśnice i próbowali ugasić pożar na własną rękę. Student podszedł do bocznej szyby samochodu i zobaczył zmasakrowaną twarz kierowcy. Obok niego w nienaturalnej pozycji siedziała najprawdopodobniej jego żona. Na palcach mieli takie same obrączki. Z jej ust i nosa wypływała krew, również na siedzeniach można było zauważyć ciemną ciecz cieknącą z ich ciał. Usłyszał za sobą dźwięk obwieszczający przybycie karetki pogotowia oraz straży pożarnej. Odgrodzili samochód specjalną taśmą i przystąpili do wydobycia ludzi z pojazdu. Adam przyglądał się temu z przejęciem, zresztą jak większość widzących to ludzi. Dojrzał również rzecz, która była ledwo widoczna na tylnym siedzeniu samochodu. Nie zwracając na uwagi służb, przebiegł pod taśmą, udał się do auta i zabrał przedmiot z siedzenia, po czym oddalił się w bezpieczne miejsce, by go zbadać.

Gdy wiedział, że jest sam i nikt mu nie przeszkodzi, wziął go znowu w ręce. Była to karta. Nie byle jaka karta. Pierwsza jaką zostawił Karciarz od tak długiego czasu. Widniały na niej dwa słowa. Najgorsze słowa, jakie Adam mógł przeczytać.

„Gra rozpoczęta.”

Gdy strach zagląda Ci w oczy…

Izabela Czumałowska

Powoli nastawał kolejny dzień. Przez okna do domu państwa Adamsów wpadały delikatne promienie słońca.

Chociaż na dworze nie było zbyt ciepło, bijąca z nieba jasność zdawała się przekonywać, że jednak warto wyjść na zewnątrz i poczuć przyjemną woń trawy po deszczu. Z takiej możliwości skorzystał syn sąsiadów państwa Adams — Harry, który pomimo wczesnej pory wybrał się na poranny, orzeźwiający spacer po okolicy, przy okazji widząc, że wszystkie rolety w oknach domu Adamsów są pozasłaniane, a więc wydedukował, że jeszcze śpią. Niestety niezbyt trafnie.

W pokoju po lewej, na najwyższym piętrze nie wszyscy spali. Pomieszczenie to należało do najstarszej córki pana i pani Adams — Olivii. Dziewczyna już dawno zapomniała, co to znaczy spać spokojnie. Co noc męczyły ją koszmary, których głównym bohaterem był szkolny przystojniak, a przy okazji jej oprawca. I tym razem nie było inaczej.

Obudziła się około 4 nad ranem zlana zimnym potem i z trudem próbując złapać oddech. Odgarnęła z ciała swoją ciemną kołdrę, zsunęła się z łóżka i włożyła stopy w puchowe, domowe obuwie, by za chwilę otworzyć drzwi i zejść po schodach do kuchni. Wspięła się na palce, aby dosięgnąć szafy ze szklankami i nalać do jednej z nich wody. Miała nadzieję, że to jej pomoże.

Wypiwszy napój, odstawiła naczynie do zlewu i skierowała się z powrotem do pokoju z chęcią podjęcia próby ponownego zaśnięcia. Niestety kiedy tylko zamykała powieki, przed oczami widziała Jamesa, jak znowu się z niej śmieje, jak zabiera jej z nosa okulary, po czym rzuca nimi na asfalt boiska szkolnego, by widzieć jak zaraz po zetknięciu z ziemią rozbijają się na setki małych kawałeczków. Jak wchodzi specjalnie do damskiej toalety, by próbować przekręcić zamek od zewnątrz, aby nie mogła się z niej wydostać. Jak owija jej szkolną szafkę papierem toaletowym, wrzuca do plecaka papierosy, po czym mówi nauczycielom, że niepełnoletnia uczennica pali, jak tnie swoimi nożyczkami jej ulubione spodnie, które odwiesiła w szatni, by przebrać się na wf i wreszcie, jak naśmiewa się z jej blizn na nadgarstkach, które sama sobie zrobiła, by wyeliminować chociaż na chwilę ból psychiczny, fizycznym. Pozostało jej tylko leżenie i myśl, że sen nadejdzie bez konieczności zamykania oczu. Jak prawie co noc, jednak długo wyczekiwany sen nie nadszedł, a pojawiał się kolejny dzień i Olivia, chcąc nie chcąc, musiała wstać i iść do szkoły.

O swoich problemach nie powiedziała nikomu oprócz swojego starszego brata — Rogera. Co prawda dość często mijali się w domu, ponieważ gdy dziewczyna kończyła lekcje, ten szedł akurat do pracy. Czasami wtedy zagadywał ją Adam — drugi brat, również starszy, jednak jego nie darzyła tak ogromnym zaufaniem jak Rogera. Olivia uważała, że Adam jest dość specyficznym człowiekiem. Oficjalnie był zwykłym absolwentem studiów prawniczych, ale dziewczyna widziała w nim kogoś więcej. Sama nie była do końca pewna, czy powinna się bać tej drugiej osoby, czy wręcz przeciwnie, pomagać mu.

Zegarek w pokoju wybił godzinę 7.30 i dokładnie w tym samym momencie zabrzmiał budzik Olivii. Przyzwyczaiła się do codziennego słuchania „Whole lotta love” Led Zeppelin — jednego z ulubionych zespołów jej taty. Sama również obracała się w kręgu podobnych brzmień muzycznych, ale żadna z jej ulubionych piosenek nie nadawała się na budzik. Postanowiła go nie wyłączać, tylko wstać i ubrać się przy akompaniamencie swojej muzyki. Wyciągnęła z szafy czarne rurki z dziurami i nałożyła na siebie długi sweter tego samego koloru oraz nieodłączny element jej ubioru — ulubione martensy. Rozczesała długie, brązowe włosy i zeszła na dół, żeby zrobić sobie śniadanie.

To, co zastała w kuchni, wprawiło ją w bardzo dobry nastrój, bowiem Roger postanowił wstać wcześniej, żeby zrobić Olivii naleśniki. Dziewczyna przytuliła brata na powitanie i zajęła miejsce przy stole.

— Miło, że robisz mi śniadanie — powiedziała wyciągając z kieszeni spodni telefon.

— Stwierdziłem, że czasami mogę coś zrobić dla mojej ulubionej młodszej siostrzyczki — zaśmiał się pod nosem. Sama również nie mogła powstrzymać delikatnego parsknięcia. Roger miał 4 braci i tylko jedną siostrę. — Jak tam u Ciebie?

— Wszystko to samo — odburknęła przeglądając coś w komórce. — Jak myślisz, jak może być?

— Szybko zmienił Ci się humor — rzucił Roger i podał Olivii talerz z naleśnikami. Wziął później ręcznik, by wytrzeć ręce i chwycił leżącą nieopodal gazetę.

„Morderca znów grasuje i znajduje sobie kolejne ofiary. Ostatnią zabitą była córka jednego z polityków — Jane Millstone, której śmierć nastąpiła pod koniec września. Od tego czasu, nie było wieści o zabójcy, aż do teraz, gdy obok jej grobu znaleziono Damę Pik. Widocznie Karciarz znowu rozdaje karty w tej rozgrywce.”

— Śmieszy mnie ten cały morderca — znowu zaśmiał się chłopak. — Jakby ludzie nie mieli ciekawszych zajęć.

— James ma bardzo ciekawe zajęcia — dziewczyna podniosła głowę znad talerza z naleśnikami, po czym wstała od stołu i zabrała z jednego z krzeseł swoją torbę. — Muszę już iść.

— Zaczekaj! — krzyknął Roger łapiąc ją za nadgarstek. — On coś Ci znowu zrobił?

— To samo co zwykle — powiedziała.

— Byłem ostatnio w szkole i widziałem Twoją szafkę — powiedział czule Roger.

— Nagle się opiekuńczy zrobiłeś — mruknęła i wzięła z wieszaka płaszcz, po czym trzaskając drzwiami wyszła z domu.

***

Droga do szkoły dłużyła jej się niesamowicie, co zwykle się nie działo. By przyspieszyć tę wędrówkę, włożyła do uszu słuchawki i puściła muzykę. Niestety śmiechów spod placówki nie dało się zagłuszyć nawet najgłośniejszą muzyką. Podnosząc głowę miała nadzieję, że to jednak nie James i jego koledzy, ale znowu ta okazała się złudna, bowiem od wejścia można było podziwiać blond czuprynę chłopaka. Jego typowo skandynawska uroda wskazywała na pochodzenie. Można było się domyślić, że nie jest rodowitym Brytyjczykiem, a jednym z mieszkańców północy, którzy przeprowadzili się do Anglii.

— Czytałaś dzisiaj gazetę, Adams?! — krzyknął, gdy tylko zauważył Olivię, która próbowała jak najciszej przemknąć przez szkolne boisko. — Ty możesz być kolejna!

— Zamknij się — powiedziała dziewczyna prawie do siebie, myśląc, że James tego nie usłyszał. Przemyślała się jednak, gdyż w mgnieniu oka, ten razem ze swymi kolegami był tuż przy niej i ściskał mocno jej i tak już poranione nadgarstki.

— Coś ty powiedziała? — spytał szczerząc zęby w ironicznym uśmiechu, a koledzy tylko mu potakiwali.

— Nic — wycedziła przez zęby i odwróciła od niego głowę.

— Jeszcze raz to zrobisz, to pożałujesz — rzekł James przekręcając jej w tym samym czasie głowę w jego stronę. — Rozumiesz mnie?

— No — rzuciła od niechcenia Olivia i próbowała się wyswobodzić z uścisku oprawcy.

— Nie słyszałem — zaśmiał się chłopak i tylko zacieśnił uścisk.

— Rozumiem — powiedziała głośniej i James wtedy dopiero ją puścił.

— Do zobaczenia później, rybko! — krzyknął jej na odchodne i pomachał szyderczo.

Dziewczyna rozmasowała swoje ręce i weszła do budynku. Od razu skierowała swoje kroki w kierunku szafki, by odłożyć swoją kurtkę. Gdy tylko wpisała odpowiedni szyfr z jej wnętrza wydostała się okropna, fioletowa maź, która zakleiła Olivii prawie całą twarz. Szybko wytarła się rękawem od swetra i przecierając oczy zauważyła, że oprócz niezidentyfikowanej substancji, wypadła tam mała karteczka. Postanowiła, że najpierw pójdzie do znajdującej się nieopodal łazienki i dopiero później ją przeczyta. Jak chciała tak zrobiła. Gdy stwierdziła, że na jej twarzy wreszcie panuje względny porządek wyciągnęła świstek z kieszeni spodni.

„Bądź o dzisiaj o 22:11 w opuszczonej fabryce, inaczej pożałujesz.

XX”

Przestraszyła się nieco i pomyślała, że to kolejna z gróźb Jamesa. Raz już taką jedną dostała i gdy nie przyszła zaczęło się nękanie z jego strony. Przemknęło jej przez myśl, że może mogłaby to pokazać Rogerowi, chociaż nie wiedziała jak on zareaguje przez jej dzisiejsze zachowanie. A mogła nie włączać rano telefonu, przynajmniej by nie wiedziała, że jej jedyna przyjaciółka znowu wylądowała w szpitalu psychiatrycznym ze zdiagnozowaną depresją i próbą samobójstwa. Jakie to jest zabawne, że Olivia próbowała jej pomóc równocześnie nie mówiąc jej jakie ona ma problemy. Przemyła raz jeszcze twarz zimną wodą, po czym zakręciła kurek i udała się do klasy na lekcje.

Czas w szkole minął jej wyjątkowo spokojnie — na Jamesa trafiła jeszcze tylko raz. Celowo podstawił jej nogę na korytarzu, by dziewczyna, która akurat miała nos w telefonie, upadła. Zwykle nikt w szkole na to nie reagował, ale dzisiaj było inaczej.

— Mnie w poprzedniej szkole też szykanowano — odezwał się wysoki brunet pomagając jej wstać. — Dlatego przeniosłem się tutaj. Jestem Hayden, a ty?

— Olivia — powiedziała dziewczyna otrzepując się z piasku, jaki był na podłodze. — Dzięki za pomoc, ale dałabym sobie radę.

— Niewątpliwie — Hayden podniósł głowę i uśmiechnął się do niej. Na oko był z 10 cm wyższy od Olivii, dostrzegła też, że ma bardzo ładne, kasztanowe oczy. — Odprowadzić Cię pod salę, czy też sama dasz sobie radę?

— Tak właściwie, to skończyłam już lekcje — odparła Olivia.

— To może do domu? — wszedł jej w słowo Hayden. Mimo tej jego drobnej nachalności, dziewczyna stwierdziła, że nie da się go nie lubić.

— Idę jeszcze odwiedzić przyjaciółkę, ale dzięki za dobre chęci. Na razie, Hayden — pożegnała się i poszła w stronę drzwi frontowych.

— Na razie, Olivio — zdążyła usłyszeć i odwróciła się, by mu pomachać, po czym chłopak zrobił to samo i udał się po schodach na górę.

Ze szkoły do miejsca pobytu Emmy było 10 minut drogi autobusem, więc podróż minęła dziewczynie bardzo szybko. Wysiadając z pojazdu ujrzała ogromny gmach szpitala, który wyglądał tak jak większość podobnych budynków w horrorach. Jej przyjaciółka nie była tutaj pierwszy raz, więc i Olivia chcąc nie chcąc, została zmuszona do poznania tego miejsca. Jesienna aura nie sprzyjała widokowi tego miejsca. Drzewa pohukiwały na wietrze jakby chciały przekazać straszną historię ludzi, którzy się tutaj znajdują bądź znajdowali; popołudniowe niebo powoli nabierało barw wieczornych, a więc gasł również blask słońca.

— Dzień dobry, panie Evans — powiedziała grzecznie do portiera, gdy tylko przekroczyła próg szpitala.

— Witaj, Olivio — rzekł spokojnie Henry Evans. — Emma jest tam gdzie zwykle.

Olivii zawsze pozwalano odwiedzać przyjaciółkę w jej Sali, co nie zdarzało się często przy innych odwiedzinach. Dziewczyna szła wzdłuż korytarzem przyzwyczajona do głosów, które się tam odzywały. Wspięła się po schodach na górę i zapukała do Sali numer 205. Drzwi otworzyła jej współlokatorka Emmy — Katie — którą Olivia zdążyła poznać podczas swojej ostatniej wizyty. Emma siedziała na łóżku odwrócona przodem do okna i wpatrywała się w przestrzeń.

— Cześć, Emma — przywitała się dziewczyna, gdy zobaczyła blondwłosą przyjaciółkę. — Czemu znowu to zrobiłaś?

— Widziałam Go — powiedziała prawie z automatu Emma nie odwracając się do Olivii.

— Kogo widziałaś? — spytała Katie, która najwyraźniej też niewiele wiedziała o przeżyciach Em.

— Widziałam Karciarza — odparła jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. — Zaatakował mnie, groził, po czym zostawił tak, żeby to wyglądało na próbę samobójczą.

— O czym ty mówisz? I czemu jesteś taka spokojna? — dziwiła się przyjaciółka, bo widziała, że z Emmą dzieje się coś złego.

— Bo widzisz, Olivio — mówiła dalej Emma, tym razem już odwracając się do pozostałych dziewczyn. — Ja go znam, wiem kto to jest. Powiedział mi, po co to robi, ale powiedział też, że jeżeli tylko komuś pisnę słówko, to umrę.

Z każdym słowem Emma przysuwała się do nich coraz bliżej, a Olivia miała wrażenie jakby ktoś jej wyprał mózg.

— Właśnie dlatego Ci to mówię, Olivio, bo za każdym razem jestem tu z powodu próby samobójczej, to pomyśl. Chcę umrzeć czy nie chcę? — spytała dziewczyna odsuwając się tym razem i wracając do poprzedniej pozycji. — Proszę Cię, wyjdź. Już wiesz wystarczająco dużo.

— Martwię się o Ciebie, Em — powiedziała Olivia z wyraźnym zatroskaniem w głosie.

— Martw się też o siebie i uważaj na opuszczoną fabrykę — rzuciła i wróciła do poprzedniej czynności.

Zrezygnowana Olivia wstała i wyszła z Sali. Po kilku minutach również opuściła budynek szpitala psychiatrycznego, by wrócić do domu. Zastanawiała się skąd Emma mogła wiedzieć o fabryce, przecież chyba nie tam ją znaleziono. A może? Żałowała, że zostało jej już tylko przejście kilkuset metrów, by trafić do domu, bo na pewno wróciłaby się i spytała lekarza, kto i gdzie znalazł przyjaciółkę. Jednakowoż podjęła już decyzję. Dzisiaj w nocy wymknie się z domu i dowie się, kto czeka na nią w opuszczonej fabryce.

Prawdziwe poznanie

Laura Woźniak

Życie Dannego od miesięcy wyglądało podobnie. Codzienne imprezy, drogie kolacje i podróże po całej Europie. Mimo że starał się robić wszystko, by zagłuszyć nieograniczoną pustkę po stracie rodziców, w nocy wciąż dręczyły go koszmary. To trwało już kilka lat, od tak dawna czuł się winny ich śmierci.

Dwudziestoczterolatek nie wyróżniał się znacznie wyglądem od swoich rówieśników. Był młodym, czarnowłosym mężczyzną o niewiarygodnie błękitnych oczach. Istniała jednak jedna rzecz, która sprawiała, że nie wyglądał tak jak wszyscy. Ciało Dennego było prawie całkowicie pokryte licznymi bliznami, pamiątkami po jego wybrykach w liceum. Chłopak często wdawał się w bójki, łamał prawo, bardzo łatwo było wyprowadzić go z równowagi… po śmierci najbliższych jego porywczość nabrała tylko mocy. Danny stał się prowokatorem bójek, często miał stany depresyjne, a w wieku 20 lat przeżył nawet próbę samobójczą.

Pogrążony w myślach chłopak zatrzasnął właśnie drzwi jednego ze swoich licznych mieszkań w sercu Londynu.

Pogoda nie była zbyt przyjemna do spacerowania. Niebo wyglądało tak jakby za chwilę miał zacząć płynąć z niego rzęsisty deszcz. Danny potrzebował jednak chwili spokoju. Musiał pomyśleć, chociaż przez chwilę.

— Czy znajdę jeszcze kiedyś kogoś komu będę mógł zaufać? Czy odnajdę miejsce, które będzie dawało mi poczucie bezpieczeństwa? — Miliony pytań nurtowały chłopaka podczas porannej przechadzki. Tak było codziennie. Każdego dnia zadawał sobie identyczne pytania, ale wciąż nie potrafił znaleźć na nie odpowiedzi.

Chodził tak uliczkami miasta, a z nieba rzeczywiście zaczęły spadać krople deszczu, które z każdą sekundą przybierały na sile. Chociaż w Londynie taka pogoda to codzienność, chłopak nie mógł się dzisiaj wyjątkowo przy nim skupić. Miał skłonności do popadania w depresje, a taka pogoda tylko potęgowała jego zły humor.

Po niespełna 10 minutach przerwał więc swoje rozmyślania.

— Muszę się napić- stwierdził, po czym skręcił w uliczkę, na której znajdował się znany mu dobrze lokal. Bywał tu często, gdyż było to jedno z nielicznych miejsc w Londynie, gdzie sprzedawano alkohol już przed godziną dwunastą.

Wszedł do pustego lokalu, usiadł przy barze i złożył zamówienie. Barman jak zwykle z braku zajęcia zaoferował mu rozmowę, jednak Danny odmówił. Chciał być sam. Zdziwiło go, kiedy na stołku obok niego pojawił się obcy mu mężczyzna. Zazwyczaj o tej porze nikt się tu nie zapuszczał, dopiero wieczorami miejsce to robiło się hałaśliwe i głośne. Zjawiały się tu prawdziwe tłumy, a Danny często spędzał przy tym barze całą noc. Nikt go stąd nie wypraszał, ponieważ wydawał w tym miejscu całą fortunę na alkohol i kiepskiej jakości jedzenie.

Nieznajomy mężczyzna zajął miejsce obok niego i zamówił kieliszek whisky. Był ubrany dość specyficznie. Miał na sobie płaszcz do ziemi i staroświecki kapelusz. Takie ubrania już dawno wyszły z mody. Na jego twarzy malował się lekki uśmiech. Co więcej zerkał co chwila z ukosa na Dannego jakby chciał mu coś powiedzieć, ale nie wiedział jak ubrać w słowa to, co chce mu przekazać. Było to dziwne zachowanie, które kompletnie wytrąciło chłopaka z równowagi.

— O co chodzi? — Zapytał ostro. Może jego reakcja była zbyt gwałtowna, bo mężczyzna przez chwilę miał minę jakby był mocno zbity z pantałyku. Po chwili jednak uśmiech wrócił na jego twarz.

— Nazywam się Adam. Wydaje mi się, że już się poznaliśmy.

Danny zmarszczył brwi próbując przypomnieć sobie, gdzie mógł już widzieć Adama.

— Nie ma mowy — odpowiedział po chwili wahania.- Pamiętał bym.

— Jak uważasz — mężczyzna dopił resztkę trunku i skierował się w stronę drzwi. Danny odprowadził go wzrokiem szczęśliwy, że nie musi już z nikim rozmawiać. Adam był już przy drzwiach, gdy jego uwagę przyciągnęło coś, co leżało na ziemi. Pochylił się i podniósł swoje znalezisko. Na jego twarzy odmalowało się przerażenie i szybkim krokiem pokonał drogę powrotną do baru.

— To twoje? — zapytał tak poważnym tonem jakby chodziło co najmniej o morderstwo. Danny spojrzał na jego wyciągniętą dłoń i ujrzał w niej najzwyklejszą kartę do gry. Nie mógł powstrzymać prychnięcia.

— Przecież to tylko karta- odpowiedział próbując zachować powagę, z trudem powstrzymując się aby nie wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. — To bar. Tak się składa, że ludzie grywają tu w karty.- Jego głos był przesycony kpiną.

— To nie jest tylko karta — ta odpowiedź sprawiła, że nie wytrzymał już dłużej i po prostu zaczął się śmiać, pierwszy raz od bardzo dawna. Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnim razem tak go coś rozbawiło. W pewnym momencie nawet barman wyjrzał zza lady, żeby zobaczyć, co się dzieje. Adam ściszył głos.

— Chodź ze mną, a wszystko ci wyjaśnię.

— Ani mi się śni!

— Może pomogę? — zapytał spokojnym głosem barman, chcąc załagodzić nieco sytuację.

— Jak zwykle — pomyślał Danny.- Zachciało mu się rozmawiać.- Mężczyzna pracował na tej posadzie od zaledwie kilku tygodni. Zawsze proponował rozmowę, twierdził, że to może być często lepsze niż tracenie pieniędzy na terapeutę. Danny nie przejmował się jednak pieniędzmi. Pochodził z bogatej rodziny prawników, a rodzice zostawili mu w spadku wszystkie swoje oszczędności. Zawsze chcieli, aby ich jedyny syn poszedł w ich ślady i zrobił należytą karierę zawodową. Chociaż minęło już 6 lat od ich śmierci, chłopak nawet nie pomyślał o studiach. Z trudnościami ukończył liceum. Po wypadku nie miał zupełnie głowy do nauki.

— Tak, może pan pomóc- głos Adama wyrwał chłopaka z zamyślenia.

— Muszę wiedzieć, skąd to się tu wzięło- powiedział wyciągając w stronę mężczyzny rękę, w której trzymał dwójkę pik. Kątem oka Danny dostrzegł, że na karcie widnieje napis, to było coś na kształt odręcznej, krótkiej notatki. Adam prędko zauważył, czemu chłopak przygląda się z takim zainteresowaniem i czym prędzej zakrył napis palcem.

— Niestety, nie jestem w stanie tego panu powiedzieć.

— Proszę pokazać mi po prostu nagranie z kamery.

— Przepraszam, ale nie mogę udzielać panu takich informacji.- po usłyszeniu tych słów Adam miał minę jakby chciał uderzyć dopiero co poznanego barmana w twarz. Pohamował się jednak, wziął głęboki oddech i powiedział jak najpoważniej:

— JESTEM PRYWATNYM DETEKTYWEM- wymówił te słowa akcentując dobitnie każde z nich i wyciągając z kieszeni płaszcza legitymację, która rzeczywiście wyglądała na dokument potwierdzający jego tożsamość.

To wszystko wyprowadziło kompletnie Dannego z równowagi.

— To jakaś kpina. — Głośno wyraził swoje myśli.- Spadam stąd.- Ruszył szybkim krokiem w stronę wyjścia. Ta sytuacja wydawała mu się coraz bardziej dziwna, dlatego chciał jak najszybciej opuścić bar.

— Poczekaj. Nie możesz stąd wyjść, to niebezpieczne. Wszystko ci wyjaśnię, naprawdę, tylko zostań…

— Nie mam zamiaru cię słuchać, koleś. Jestem dorosły, wychodzę.- Brutalnie przerwał mu chłopak.

— Nie wiem, czy rodzice byliby dumni z twojego zachowania.

Zdziwiony Danny odwrócił się gwałtownie. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

— Skąd Adam, ten rzekomy detektyw od siedmiu boleści wie o jego rodzicach? I jakim prawem śmie o nich wspominać?

Chłopak czuł narastającą złość. Był zły na Adama. Zawsze miał takie napady, kiedy ktoś napominał o jego rodzicach. Dlatego tak często bywał na siłowni. Czasami potrafił też przez kilka godzin walić w worek treningowy. Teraz też musiał wyładować swoją złość.

Podszedł do Adama i z całej siły go uderzył. Mężczyzna się nie bronił.

— Muszę stąd iść- pomyślał chłopak — Inaczej go zabiję.

Biegiem opuścił felerną knajpę. Biegł połowę drogi do domu. Kiedy wreszcie trochę się uspokoił, zwolnił trochę i jakby coś w nim pękło. Po jego twarzy zaczęły spływać gorzkie łzy. Był naprawdę wściekły. Nie była to jednak złość na Adama, czy kogoś innego ze swojego otoczenia, tylko na siebie. Nienawidził swojej osoby, swojego własnego życia. To przecież przez niego rodzice umarli. Gdyby znów nie wpakował się w kłopoty, rodzice nie zostaliby wezwani na posterunek. Idąc dalej tym tropem, nie musieliby interweniować i opuszczać domu tej listopadowej nocy. Rozpędzona ciężarówka nie uderzyłaby w ich wóz, samochód nie stanąłby w płomieniach przez wyciek gazu, a wypadek nie miałby miejsca.

Oprócz przenikającego poczucia winy i innych, licznych kompleksów, które zadręczały chłopaka nienawidził w sobie tego, że musiał uderzyć tego mężczyznę. Tak właśnie stracił Elizę. Jedyną osobę, która choć trochę pozwalała mu zapomnieć. Ich związek trwał prawie trzy lata, ale pewnego razu dziewczyna bardzo go zdenerwowała, a Danny uderzył ją w twarz. Ona bez słowa opuściła wtedy jego mieszkanie, chociaż chłopak wręcz błagał ją, by została. Nie miał jej tego za złe, to on wszystko zepsuł. Mimo że często był zagadywany przez piękne kobiety, to nigdy już nikogo nie pokochał. Teraz jego ciałem wstrząsały miarowe dreszcze, a oczy błyszczały od łez.

Resztę dnia spędził przed telewizorem, zajadając popcorn. Nie miał ochoty robić nic konkretnego. Gdyby miał przyjaciół, pewnie zadzwoniłby do któregoś z nich i teraz razem siedzieliby głośno się śmiejąc. Niestety Danny zerwał swoje kontakty z liceum. Teraz jego znajomości nie trwały dłużej niż kilka miesięcy. Nie chciał się w nic angażować, bał się, że ktoś znów go zrani, dlatego uważał, że sposób, w jaki żyje, jest dla niego bezpieczniejszy. Obawiał się kolejnej straty. Tego dnia czuł się jednak wyjątkowo dotkliwie samotny, więc postanowił zadzwonić do swojego terapeuty. Sesje z nim wyglądały nieco inaczej niż te ze specjalistami, z którymi wcześniej spotykał się chłopak. Ten był jedyny w swoim rodzaju, pozwalał mu krzyczeć i uderzać w różne przedmioty. Jego zdaniem kłębienie w sobie takiego nawału emocji może bardzo negatywnie wpływać na organizm człowieka. Dlatego poczuł do niego sympatię już po miesiącu spotkań.

— Doktor Henry Foster, słucham- Odebrał jak zwykle już po pierwszym sygnale.

— Mówi Danny Letham. Chciałem porozmawiać.

— Obawiam się, że już trochę za późno. Przepraszam Danny mój dzień roboczy już się skończył. Zadzwoń jutro rano- Doktor rozłączył się bez dalszych wyjaśnień.

Danny spojrzał na złoty zegarek tkwiący na jego przegubie.

— Cholera. Jest dopiero 16.17. -Coś mu tu nie pasowało. Przecież doktor siedzi w biurze do 17.00. Bardzo często bywa, że Danny dzwoni do niego w późniejszych godzinach i nigdy nie został tak potraktowany. Możliwe, że rzutowała na to cena, jaką płacił za taką jedną rozmowę. Pieniądze nie grały jednak żadnej roli dla dwudziestoczteroletniego chłopaka, którego jedynym zajęciem było tak naprawdę wydawanie tych ciężko zarobionych przez jego rodziców milionów. Zaczął się martwić, co nie było u niego naturalnym odruchem.

Zachowanie mężczyzny wydawało mu się na tyle dziwne, że postanowił udać się do biura doktora.

Bez zastanowienie chwycił kluczyki do swojego nowiutkiego Jaguara i po niespełna 15 minutach był już na miejscu. Powoli zaczynało się ściemniać. Ulice wydawały mu się nienaturalnie puste. Panowała kompletna cisza, jedynym słyszalnym dźwiękiem były kroki Dannego, który z hukiem zatrzasnął drzwiczki samochodu i przemieszczał właśnie pustą, mokrą od deszczu ulicę.

— Co tu się dzieje? Nie ma jeszcze nawet 17.00, o tej godzinie jest zwykle największy ruch.- Ten dzień wydawał mu się co najmniej dziwny.

Danny zauważył, że w biurowcu zbudowanym w stylu barokowym, który mieścił w środku gabinet doktora nie palą się żadne światła. Zapukał trzykrotnie do drzwi, ale odpowiedziało mu milczenie. Stał tam jeszcze chwilę w milczeniu, analizując swoje możliwości. Mógł wrócić do domu i udawać, że wszystko jest w porządku, ale coś w podświadomości nie dawało mu spokoju. Miał przeczucie, że stało się coś złego. Postanowił więc, że dowie się co to takiego. Wiedział, że doktor nie opuściłby swojej pracy bez względu na przyczynę, należał przecież do grona tych ludzi, którzy bez reszty poświęcają się wykonywanemu zawodowi.

Zaczął gorączkowo przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby otworzyć drzwi nie włączając przy tym alarmu. Robił to wcześniej tylko raz. Skończyło się to pobytem w areszcie i pracami społecznymi, ale to było przecież wiele lat temu.

— Teraz robię to w dobrej sprawie.- Tłumaczył sobie. Kiedy włamywał się wcześniej do domu znienawidzonego przez siebie nauczyciela jego rodzice wciąż jeszcze żyli. Wtedy zupełnie tego nie doceniał, Danny zawsze był tak zwanym „trudnym dzieckiem”. W pewnym momencie chłopak zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Odwrócił się i ze zdziwieniem dostrzegł ostatnią osobę, jakiej się tam spodziewał. Jego oczom ukazał się Adam. Stał na podjeździe, spoglądając prosto na Dannego tak jakby na niego czekał.

— To z pewnością nie jest dobry pomysł. Nie pamiętasz, jak to się skończyło ostatnim razem? — Chłopak był zdziwiony zachowaniem nieznajomego. Przecież go uderzył, więc dlaczego tamten chciał z nim rozmawiać? Dlaczego nie zostawił go w spokoju? Co więcej, skąd wiedział o włamaniu?

Głowa i czoło mężczyzny były owinięte bandażem. Pewnie wypadałoby przeprosić. Chłopak nie miał jednak takiego zamiaru. Na sam widok Adama stojącego przed jego obliczem powoli narastała w nim złość. Tym bardziej, że tamten wciąż zaskakiwał go informacjami, których nie miał prawa posiadać.

— To niemożliwe, żeby wiedział o mnie takie rzeczy. — Nic z tego nie rozumiał.- Czy Adam mnie śledził? Skąd wiedział, że tu przyjadę? — Do głowy cisnęło mu się mnóstwo pytań. Adam natomiast nie wyglądał już tak jak rano w barze. Miał poszarzałą twarz i podkrążone oczy. Widać było, że jest po prostu wykończony. Jego ubrania były całkowicie pogniecione i nie miał już na twarzy tego niezatartego uśmiechu co podczas ich wcześniejszego spotkania.

— Chodź ze mną Danny, dopóki nic ci się jeszcze nie stało.- Powiedział cichym, ale rzeczowym tonem.

— To jakiś psychopata- pomyślał Danny. Właśnie w tamtym momencie po raz pierwszy zaczął naprawdę bać się Adama.

— Może podaje się za detektywa, a jest chorym psychicznie wariatem, który śledzi każdy mój krok? No bo skąd wie tyle o mnie i mojej rodzinie?

Chłopak mimowolnie zaczął cofać się w stronę wozu. Mężczyzna chyba to zauważył, bo przemówił nieco spokojniejszym tonem:

— Danny, wiem, że w tej chwili to wszystko może ci się wydawać dziwne i wcale ci się nie dziwię… ale musisz mi zaufać… chcę ci pomóc… chcę ci pomóc przeżyć- Mówiąc to, zaczął powoli przesuwać się w stronę Dannego.

— Nie podchodź do mnie, chyba, że chcesz skończyć tak jak dziś rano.- Odpowiedział tamten unosząc zaciśniętą pięść, jakby chciał w ten sposób zakomunikować, że nie będzie powstrzymywać swojego gniewu.

— Nie próbuj mnie straszyć. — Twarz Adama rozświetlił delikatny uśmiech.- Dobrze wiesz, że to ci nie pomoże. Ufam, że jesteś rozsądny. Wiem też, że chcesz poznać prawdę o śmierci rodziców. Oni nie zginęli w wypadku, Danny. Ja znam prawdę. W pobliżu grasuje ktoś naprawdę niebezpieczny, on chce Cię skrzywdzić, tak samo jak skrzywdził twoich rodziców. Obserwuję go już od dłuższego czasu. Proszę, uwierz mi, mówię prawdę.

Chłopak nie był przekonany co do prawdziwości tych słów. W jego głowie zapaliła się jednak iskierka nadziei, której tak bardzo potrzebował. Każda informacja o rzekomym wypadku mogła mu pomóc się pozbierać, pomóc rozwikłać zagadkę tej najgorszej ze śmierci, śmierci bliskich. Dlatego zrobił coś czego nie robił nigdy. Przeprosił Adama za swoje wcześniejsze zachowanie. Następnie podszedł do niego i przemówił cichym tonem, w którym nie było słychać już gniewu:

— No dobrze. Opowiedz mi wszystko, co wiesz.

Adam rozejrzał się nerwowo, jakby nagle się czegoś zląkł.

— Dobrze. Chodźmy stąd. To nie jest bezpieczne miejsce na rozmowę.

Udali się do pobliskiej kawiarni. Mimo wczesnej godziny w środku zastali tam tylko dwójkę ludzi, która zacięcie o czymś rozmawiała. Na stole pomiędzy nimi leżała talia kart.

Zasiedli nad filiżanką kawy. Ich rozmowa trwała nie więcej niż 15 minut. Adam nie miał dużo czasu, ale wyjawił Dannemu całą prawdę. Opowiedział wszystko o śmierci rodziców.

Danny był wręcz wzruszony, kiedy opuszczał lokal. Czuł, że komuś na nim zależy, tego właśnie potrzebował. Nigdy by nie pomyślał, że tyle zawdzięcza Adamowi, który nie oczekiwał od niego tak naprawdę niczego w zamian. Odmówił nawet kiedy chłopak chciał ofiarować mu w podziękowaniu część swojego majątku. Stwierdził, że byłaby to dla niego wielka ujma. Chłopak dowiedział się również, że doktorowi Fosterowi nic się nie stało. Adam postanowił zadbać o jego bezpieczeństwo i pozwolił mu wierzyć, że tamten wygrał wycieczkę do Hiszpanii dla całej rodziny. Tak więc, doktor pewnie teraz leżał gdzieś na plaży i wygrzewał się w słońcu korzystając z tygodniowego urlopu zafundowanego mu przez Adama.

Danny wiedział, co musi robić. Teraz już miał świadomość tego, jak wielkie niebezpieczeństwo mu zagraża. Szybkim krokiem przemierzał drogę do samochodu. Musiał się ukryć, znaleźć hotel jak najdalej od miasta i pozostać w swojej kryjówce, aby nie dopadł go psychopata o imieniu Rafael. Nie miał zbyt dużo czasu. Już miał wsiadać do wozu, kiedy poczuł niespodziewane ukłucie w kark. Oczy przesłoniła mu gęsta mgła, zapadła ciemność…

Kiedy się obudził, dookoła niego nie było nic. Jego wszystkie zmysły były stępione, starał się ze wszystkich sił skupić, jednak im bardziej tego chciał tym trudniej mu było go zrealizować. Chłopak nie był w stanie się podnieść. Jego ręce i nogi były jak z ołowiu. Nie pozostało mu sic innego jak ponownie zamknąć oczy. Tym razem już na dłużej.

Wszystko się wydało

Lilianna Przyborska

Tego poranka po wyjściu z domu było można poczuć jak pierwsze promienie wschodzącego słońca delikatnie oraz przyjemnie pieszczą twarzyczkę. Mimo to, na dworze panowała bardzo niska temperatura. Timothy Brake właśnie szedł spotkać się ze swoją dziewczyną, Susan Walker, z którą już dawno nie miał okazji porozmawiać. Timothy to wysoki, szczupły i dobrze zbudowany brunet o kędzierzawych włosach i niebieskich oczach. Dzisiaj był ubrany w wąskie, czarne, dżinsowe spodnie i koszulę w kratę.

Umówili się w pobliskiej kawiarni, słynącej z przepysznych ciast. Timothy przybył na miejsce wcześniej niż na ustaloną godzinę. Zawsze przychodził o kilka minut przed czasem, żeby móc się przygotować do spotkania. Zamówił dla Susan jej ulubione ciastko czekoladowe oraz kawę latte macchiato z syropem malinowym, a dla siebie tartę z owocami i zieloną herbatę.

Susan przyszła po dziesięciu minutach. Bardzo ucieszyła się na widok Timothy’ego. Przytuliła go mocno i czule całując w policzek na przywitanie. Mężczyzna pomógł jej zdjąć płaszcz i powiesił go na wieszaku. Kobieta ubrana była w czerwoną sukienkę, w talii spiętą paskiem. Jej włosy odrobinę się falowały, a usta były pomalowane na delikatny różowy kolor. Chwilę później kelner przyniósł złożone zamówienie. Dziewczyna była pozytywnie zaskoczona, ale z drugiej strony wiedziała, że Timothy lubi ją zaskakiwać. Rozmawiali przez kilka godzin o tym, jak bardzo się kochają, jak brakowało im swojego wzajemnego towarzystwa, jak im idzie w pracy, narzekali na swoich współpracowników i szefów. Chcieli jak najwięcej czasu spędzić razem, ale zbliżała się godzina 15. Zawołali kelnera, żeby zapłacić. Kiedy Susan wyjęła portfel wypadło z niego zdjęcie innego mężczyzny. Timothy bardzo się zdziwił i od razu spytał dziewczynę, o co chodzi. Ona próbowała jakoś z tego wybrnąć, ale się nie dało. Wyszło na jaw, że ma kogoś innego na boku. Wściekły i zarazem zrozpaczony z powodu zdrady chłopak szybko opuścił lokal zostawiając Susan samą. Kobieta stała chwilę nieruchoma, zalewając się rzewnymi łzami i wróciła do domu.

Próbowała dodzwonić się do Timothy’ego, żeby mu wszystko wytłumaczyć, ale on nie odbierał od niej telefonów. Smutna i zła na siebie dziewczyna zadzwoniła do swojego drugiego partnera, by się pocieszyć i nie myśleć o tej nieprzewidzianej sytuacji oraz poprosiła, aby do niej przyjechał. Rafael Ponce — bo tak się nazywał — pojawił się przed drzwiami jej mieszkania po piętnastu minutach. Rafael to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, który przeważnie ubiera się w luźne spodnie i za dużą bluzę lub koszulkę.

Susan, zobaczywszy go, od razu do niego podbiegła i z radością rzuciła mu się na szyję. Ulżyło jej, gdy mogła się komuś bliskiemu wypłakać w ramię. Rafael zastanawiał się, dlaczego jego ukochana jest w takim stanie, ale ona mu nie chciała powiedzieć, co się stało. Na poprawę humoru chłopak postanowił, że upiecze czekoladowe brownie. Szybko zrobił ciasto i wstawił do piekarnika. Po pół godzinie już było można poczuć unoszący się w mieszkaniu przyjemny i słodki zapach wypieczonego placka. Na twarzy Susan pojawił się szeroki i szczery uśmiech. Podczas, gdy ciasto się studziło dziewczyna wybrała jeden z jej ulubionych filmów i razem go obejrzeli. Jednak kobieta była tak zmęczona, że tuż przed końcem usnęła. Rafael nie chciał jej budzić, więc napisał na kartce gdzie będzie mogła go znaleźć i wyszedł.

Walker złapała taksówkę i udała się pod wyznaczony adres. Nie miała pojęcia, co to za miejsce. Mijali po drodze piękne hotele, wykwintne restauracje, drogie sklepy, następnie zaczęły się bardziej ubogie sklepy i dzielnice mieszkaniowe. Po chwili taksówkarz zatrzymał się przed starym zniszczonym budynkiem z powybijanymi oknami i odrapanymi ścianami. Susan upewniła się czy to na pewno ten adres, miała nadzieję, że to pomyłka. Niestety, to była właściwa ulica. Przestraszona wysiadła z pojazdu i ruszyła w poszukiwaniu numeru, widniejącego na kartce. Szła kilka metrów prosto, następnie skręciła w wąską uliczkę, gdzie zauważyła leżących na ziemi bezdomnych ludzi mamroczących coś pod nosem. Trochę się zlękła. Chwyciła mocno za uszy swojej torebki, wzięła głęboki oddech i ruszyła dalej. Gdzieś w połowie drogi znalazła adres, którego szukała. Był to opuszczony wysoki budynek, do którego prowadziły szerokie i bardzo zniszczone schody. Obok znajdowały się schodki, służące do zejścia do piwnicy tejże budowli. Susan wydawało się, że powinna zejść właśnie tymi stopniami w dół. Po wejściu dostała się do ciemnego i krótkiego korytarza, na którego końcu wisiała długa kotara, przez którą prześwitywało odrobinę światła. Przeszła przez nią i znalazła się wśród dużej ilości ludzi. Po przepchaniu się w głąb pomieszczenia dziewczyna zauważyła stoliki, przy których głównie mężczyźni grali w pokera. Wtedy przypomniało jej się, że Rafael kiedyś podczas rozmowy z kolegą wspomniał o „idealnym miejscu do gry w pokera” i pomyślała, że na pewno go tu znajdzie. Przechadzała się między stolikami w poszukiwaniu ukochanego. Nagle kątem oka dostrzegła sylwetkę Timothy’ego. Nie wierzyła własnym oczom. Odwróciła się do niego plecami, chwilę zastanowiła się i znowu na niego popatrzyła. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Podeszła do niego i spytała:

— Timothy? Co ty tu robisz? — spytała z niedowierzaniem w głosie.

— Susan — powiedział zaskoczony. — Skąd wiedziałaś, że tu będę? — dodał.

— Właśnie nie wiedziałam, że tu będziesz — wytłumaczyłam się. — Przepraszam Cię za dzisiaj rano. Naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło — powiedziała rzucając się mu na szyję.

Chłopak nie wiedział za bardzo, co ma w tej sytuacji zrobić, ale bardzo kocha Susan i jej wybaczył. Objął ją mocno rękoma, przytulił i pocałował namiętnie w usta.

W tym samym czasie Rafael skończył partyjkę pokera i ruszył w kierunku baru, by zamówić drinka. Po drodze zauważył swoją dziewczynę całującą się z innym mężczyzną. Bardzo się wściekł, ale nie rzucił się na nich z krzykiem. Tylko stał i się przyglądał. Bardzo go zabolało to, że Susan jest z innym facetem. Ostatnio zauważył, że kobieta się tak inaczej zachowywała. I teraz już wie, co było tego przyczyną. Jednak postanowił w obecnej sytuacji zachowywać się normalnie, jakby nic przed chwilą się nie stało. Ale w głębi duszy wiedział, że powinien ukarać swoją dziewczynę za ten zdradziecki czyn. Następnie udał się do barku.

Susan zaczęła ponownie szukać Ponce’a. Zauważyła go siedzącego i popijającego drinka koło barmana. Podeszła do niego szybkim krokiem i pocałowała w policzek na przywitanie. Rafael zaproponował, żeby poszli do jej mieszkania. Więc wyszli z knajpy i ruszyli w drogę powrotną do domu.

Chłopak zrobił coś do jedzenia, a w tym czasie dziewczyna poszła się wykąpać. Kiedy wyszła z łazienki, Ponce’a nie było w żadnym z pokojów. Znalazła tylko karteczkę przy jedzeniu z napisem:

„Kochanie, przyszykowałem na ciebie niespodziankę. Przyjedź do mnie, do mojego nowego domu o godz. 21:26. Kocham Cię, R.”

Pościg

Laura Woźniak

Budzik Adama zadzwonił bardzo wcześnie. Była 5.30 rano, za oknem widać było tylko i wyłącznie ciemność. Mężczyzna ubrał się naprędce i szybko zbiegł po schodach. Nie miał dużo czasu, musiał odnaleźć Dannego, chłopaka, któremu zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo. Kiedy zamykał drzwi mieszkania przeszedł go zimny dreszcz. Na dworze było wręcz lodowato, dobrze, że wziął ciepły płaszcz. Było to jego ulubione odzienie wierzchnie. Dostał go od nie żyjącego już dziadka, po którym odziedziczył również swoje zamiłowanie do rozwiązywania zagadek i ścigania przestępców. W milczeniu przemierzał ciche i puste ulice Londynu. To był dość niespodziewany widok, zazwyczaj miasto tętniło życiem. Mężczyzna po drodze wstąpił do kawiarni za rogiem i zamówił dużą kawę. Delektował się jej smakiem podczas dalszej wędrówki. Po drodze rozmyślał o swojej siostrze Olivii. Ostatnio ich relacje coraz bardziej się psuły. Mężczyzna miał wrażenie, że Olivia go nienawidziła. Możliwe, że wynikało to z tego, że uwielbiała Rogera, swojego drugiego starszego braciszka.

Adam i Roger rywalizowali ze sobą odkąd tylko nauczyli się chodzić. Mimo, że Roger był starszy o półtora roku to często przegrywał. Miał stoicki charakter, więc nie okazywał zbyt wielu uczuć, Adam wiedział jednak jak silnie jego brat przeżywa każdą porażkę, często słyszał jak płacze wieczorem w poduszkę kiedy dzielili jeszcze ze sobą pokój. Teraz Adam mieszkał sam chociaż bardzo rzadko bywał w domu, praca pochłaniała większość jego wolnego czasu. Roger natomiast został w swoim rodzinnym domu, w przeciwieństwie do Adama miał bardzo dobry kontakt z rodzicami no i oczywiście z Olivią, która non stop zwierzała mu się ze swoich problemów, których wcale jej nie brakowało. Z namysłu wyrwał Adama widok męskiej sylwetki stojącej na ganku domu po przeciwnej stronie ulicy. Po chwili dostrzegł, że to właśnie Danny- chłopak, którego musiał ostrzec.


***


Mężczyzna zajął miejsce obok chłopaka, który wyglądał na kompletnie przybitego. Czuł się jakby ich znajomość trwała całe życie, chociaż tak naprawdę Danny widział go po raz pierwszy w życiu.

Adam obserwował jego życie od paru ładnych lat ale zawsze starał się być bardzo dyskretny. Nie było tu mowy o żadnej pomyłce. Mężczyzna starał się nawiązać rozmowę, wiedział jednak, że nie będzie łatwo zważywszy na trudny charakter chłopaka. W dużym stopniu wpłynął na niego także rzekomy wypadek rodziców, który wywrócił jego beztroskie do tego czasu życie do góry nogami. Tak naprawdę ten wypadek nigdy nie miał miejsca. Rodziców chłopaka zamordowano. Zrobił to ten sam złoczyńca, który teraz grasował na tego nieszczęsnego chłopaka. Od jego pierwszej zbrodni, która miała miejsce prawie pięć lat temu nikt nie potrafi ustalić jego tożsamości, ukrywa się za to pod pseudonimem karciarz.

Tak jak Adam przypuszczał nie udało mu się nawiązać zbytnio relacji z chłopakiem, mimo to wiedział, że iż musi próbować dalej. Kiedy wychodził dostrzegł coś czego obawiał się najbardziej. Na podłodze leżała karta do gry. Dokładniej dama pik. Widniały na niej dwa słowa dopisane odręcznie czarnym cienkopisem

„Gra wciąż się toczy.”


***


Adam spóźnił się dobre pół godziny. Kobieta czekała już na niego w barze, gdzie często się spotykali. Zajęła miejsce przy małym stoliku z tyłu sali.

— Przepraszam kochanie. Coś mnie zatrzymało, sama rozumiesz…

— Spóźniłeś się, jak zwykle zresztą.- Weszła mu ostro w słowo Susan.- Mam już tego serdecznie dosyć. Ale co mam zrobić… — westchnęła.

Susan była niezaprzeczalnie piękna. Miała na sobie czerwoną sukienkę, która podkreślała idealnie jej figurę oraz lekki makijaż. Jej włosy upadały falami na ramiona.

Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie z uczuciem. Pierwsza przerwała milczenie.

— No dobrze. Nie mam zbyt dużo czasu, więc od razu przejdźmy do rzeczy. On będzie próbował zwabić Cię do pułapki. Pod żadnym pozorem nie daj mu się zwieść. To dla Ciebie niebezpieczne.

Twarz Susan nie wyrażała już teraz żadnych emocji. Kobieta zachowywała się jakby wygłaszała jakąś mowę na jednej z tych nudnych konferencji prasowych.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Mężczyzna zamarł.

— Dobrze wiesz co.- Susan miała kamienną twarz.

— A więc będzie próbował mnie zabić.

Milczała, a Adam już wszystko rozumiał. Elementy układanki zaczynały do siebie pasować.

— To nie było pytanie.- odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili.

Mężczyzna pokiwał tylko głową.

— To prawdopodobnie nasze ostatnie spotkanie.- Znów nie doczekał się reakcji ze strony Susan, tylko jej oczy trochę posmutniały, starała się to jednak ukryć i to z dobrym rezultatem. Najgorsze w ich relacji dla Adama było to, że tak naprawdę nie wiedział co ona do niego czuje. Nigdy tak naprawdę nie byli razem. Wiedział, że kobieta żyje równocześnie z nim jak i z karciarzem, który przedstawił się jej jako Rafael. Wiedział również, że jest zaręczona z zupełnie innym mężczyzną, ona jednak nie była świadoma jego wiedzy w tym zakresie, a on nigdy nie pytał.

— Wyjdźmy.- odpowiedziała w końcu.

Na dworze było lodowato. Oni jednak nie zwracali na to najmniejszej uwagi, to był ich ostatni pocałunek. Mówił on więcej niż słowa, które mogli by wypowiedzieć. Żadne z nich nie powiedziało jednak nic. Przez krótką chwilę patrzyli sobie jeszcze w oczy, a następnie Adam bez słowa odwrócił się i odszedł zostawiając Susan samą. Nie oglądał się za siebie, przyspieszył aż w końcu zaczął biec. Po jego policzku spłynęła samotna łza.


***


Weszli do małego baru na przedmieściach Londynu.

— Musimy się streszczać. Nie wiadomo czego się spodziewać. Posłuchaj mnie uważnie Danny… nie znałem twoich rodziców, znam za to tego przestępce. Obserwuję go od ponad sześciu lat, to zły człowiek.- Adam mówił szybko. Bardzo bał się tej rozmowy.- Twoi rodzice jechali ulicą, to było centrum miasta, chcieli jak najszybciej dotrzeć na miejsce, do ciebie. On na nich czekał, zaaranżował wypadek Danny. Wylał benzynę, było ciemno, nikt nic nie zauważył, sam widzisz...ale jego plan miał wadę. Chciał pozbyć się kogoś innego, to było nie dopracowane, a cenę za to poniosło dwoje niewinnych ludzi. Jeśli zaś chodzi o tą całą sytuację… nie obwiniaj się za to, że nie ma ich tu z nami, to nie twoja wina. Wiem, że bardzo cierpisz ale jesteś silniejszy niż Ci się zdaje.

Chłopak był poruszony tym co usłyszał.

— Nie wiem co powiedzieć.- powiedział zgodnie z prawdą.

— Nie dziwię Ci się, to dużo informacji jak na jeden dzień. Niestety jest coś jeszcze. On będzie próbował Cię dopaść.

— A po co mu ja? Niech przychodzi! Zedrę mu z twarzy głupi uśmieszek!!!

— Nie. Nie wygrasz z nim. Podejrzewam, że chce zabić jeszcze kilka osób, mnie również. A teraz musisz się ukryć jak najszybciej i najlepiej jak najdalej stąd. Idź do samochodu, nie rozglądaj się, spróbuj zachowywać się w miarę naturalnie i jedź do hotelu za miastem. Tu masz adres.- Wypowiadając te słowa wręczył Dannemu małą karteczkę z zapisanym adresem. Chłopak więcej nie protestował.

— Mam jeszcze tylko jedno pytanie… chodzi o doktora…

— Wszystko z nim w porządku. Powiedzmy, że doktor wyjechał na małe wakacje do Hiszpanii.- mężczyzna pozwolił sobie na lekki uśmiech.

Danny również blado się uśmiechnął po czym zaczął wyciągać portfel z kieszeni kurtki.

— Daruj sobie.- powiedział Adam kiedy zobaczył co chłopak zamierza uczynić.- Tu nie chodzi o pieniądze.

Znów milczeli chwilę.

— Idź już Danny i proszę… uważaj na siebie.- przemówił łagodnie Adam. Nagle poczuł, że kocha Dannego jak własnego brata. Zdawał sobie sprawę, że gdyby coś mu się stało to nigdy by sobie tego nie wybaczył.

— Dziękuję.- mężczyzna dobrze wiedział, że to słowo z ust tego chłopaka to najwspanialsza rzecz jaką mógł usłyszeć. Już od wielu, wielu lat nie występowało ono w jego słowniku. To była właśnie ta chwila kiedy Adam poczuł się szczęśliwy. Na prawdę szczęśliwy od bardzo, bardzo dawna.


***


Samochód pędził prawie dwieście na godzinę. Adam starał się jak mógł, aby nie zgubić z oczu dużego, terenowego, czarnego auta. Czuł krew pulsującą mu w żyłach. Susan ostrzegała go przed taką możliwością, że złoczyńca będzie chciał zapędzić go w pułapkę, nie pomyślał jednak, że może wykorzystać do tego chłopaka. Rafael dobrze wiedział co robi, zdawał sobie sprawę, że porywając Dannego posiądzie również władzę nad Adamem. Na ulicach były straszne korki, mężczyzna zjechał na drugą stronę ulicy tak, że teraz jechał pod prąd. Prawie zderzył się czołowo z samochodem nadjeżdżającym z przeciwnej strony, w ostatniej chwili go jednak wyminął. Czuł coraz większą wściekłość, światło na skrzyżowaniu zmieniło się na czerwone a Adam wcisnął tylko pedał gazu i bez wahania jechał dalej. Po niespełna dwudziestu minutach zobaczył, że samochód przed nim zaczął zwalniać, aż zatrzymał się na poboczu. Adam rozpoznał tą okolicę, to była stara fabryka. Kiedyś ich rodzina mieszkała w tej okolicy, ojciec był szefem jednego z oddziałów tego zakładu pracy. Pamiętał jak razem z bratem bawili się tu w chowanego i grali w różne gry planszowe, niestety ich głównym zajęciem była wtedy chora rywalizacja, która tak naprawdę skłóciła.

Teraz jednak fabryka stała całkiem pusta, poszarzała i chociaż codziennie przejeżdżało tędy pełno ludzi to nikt nie zwracał już na nią najmniejszej uwagi. Przed wytwórnią znajdował się duży plac, który niegdyś pokrywała trawa, teraz jednak pozostał tylko żwir i chwasty. Z samochodu zaparkowanego przed Adamem nikt nie wysiadał chociaż silnik był już wyłączony. Mężczyzna zaczął skradać się cicho w tamtym kierunku, chociaż miał wrażenie, że jego serce raptownie przyspieszało z każdą sekundą. W pewnym momencie drzwi samochodu się otworzyły i wysiadła z nich Susan. Była ubrana inaczej niż rano. Założyła czarne spodnie i równie czarny golf. Miała zapłakaną twarz, rozmazał się jej makijaż. Te potargane włosy w niczym nie przypominała już włosów tej Susan, z którą widział się zaledwie kilka godzin temu.

— Co on Ci zrobił? — Zapytał z troską.-Tak mi przykro, że musisz brać w tym udział.

— Nic nie mów… — odpowiedziała słabym, łamiącym się głosem. Nigdy nie widział jej tak załamanej, zazwyczaj przypominała oazę spokoju.

Adam nie wiedział kompletnie co powinien teraz zrobić, chciał tylko by jego ukochana była bezpieczna.

Robiło się coraz później, było już kompletnie ciemno. Jedynym źródłem światła były latarnie.

W pewnej chwili zobaczył, że ktoś zmierza szybkim krokiem w ich stronę. Tajemnicza postać była ubrana na czarno, na głowie miała kaptur, a jej nogi zdobiły czarne glany. Wszystko to sprawiało, że zdawała się mężczyźnie dziwnie znajoma.

— To nie może być prawda… — przez jego głowę równocześnie przelatywały tysiące myśli.- Znam tylko jedną osobę, która się tak ubiera, to musi być…

— Co ty tu robisz? — odezwała się pierwsza Olivia. Jej twarz wydawała się wyrażać szczere zdumienie obecnością mężczyzny w tamtym miejscu.

— Mógłbym zadać Ci to samo pytanie. Jak tu trafiłaś? Wracaj szybko do domu póki jest jeszcze czas!

— Obawiam się, że nasz czas już dobiegł końca- do rozmowy wtrąciła się Susan.

Z fabryki ktoś właśnie wyszedł i zmierzał do nich wolno stawiając każdy kolejny krok, wcale się nie śpiesząc. Kiedy zbliżył się do nich bardziej można było zobaczyć, że to był mężczyzna. Na jego twarzy malował się złowieszczy uśmiech. Ubrany był w starą, znoszoną, przymałą koszulkę, Adam szybko rozpoznał w niej bluzkę, o którą w dzieciństwie tak bardzo bili się z bratem. Mężczyzna ciągle nie wierzył w to co widzi. Kiedy jednak nieznajomy podszedł bliżej, w świetle zobaczył jego twarz. Był w wielkim szoku. Nie była w nim jednak Olivia.

— Roger! No nareszcie jesteś! Powiesz mi o co w tym wszystkim chodzi? — dziewczyna wyrwała się do przodu i zaczęła biec w stronę brata.

— Olivia! Chodź do mnie! — na twarzy przybyłego pojawił się jeszcze większy uśmiech, kiedy zobaczył swoją kochaną siostrzyczkę.

— STÓJ!!! — krzyczał za nią Adam, jednak na próżno, Olivia jak zwykle posłuchała drugiego ze swoich braci. Dziewczyna nawet na chwilę się nie zatrzymała. W głowie Adama nareszcie wszystko ułożyło się w jedną całość.

— To wszystko sprawka mojego brata, to on ułożył ten diabelski plan, kierowała nim najprawdopodobniej chęć zemsty za te wszystkie lata… Udało mu się sprowadzić trzy osoby, na których najbardziej mi zależały, tylko po co? To przecież mnie chce zabić.

— Podejdź tu Roger. Porozmawiajmy!

— Roger!? Przecież to jest właśnie Rafael… — odezwała się cicho Susan.

— Ty chodź do mnie, chodź albo stanie jej się krzywda… — Wymawiając te słowa złapał Olivię, która nie zdążyła zaprotestować. Nie spodziewała się takiej reakcji z jego strony. Roger niczym nie zrażony, bez cienia zawahania przystawił jej nóż do gardła. Dopiero wtedy dziewczyna poczuła, że coś jest nie w porządku i zaczęła się wyrywać. Było już jednak za późno.

— Jeśli chcesz odzyskać swoją siostrzyczkę to chodź tu po nią.- Po wypowiedzeniu tych słów skierował się do budynku wciąż trzymając w uścisku Olivię.

Mężczyzna poczuł się bezradny. Spojrzał w prawo, chciał upewnić się jak to wszystko odebrała Susan.

— Nic nie rozumiem, mówił, że nazywa się Roger. Nie wiedziałam, że to twój brat! — Kobieta była wstrząśnięta. Nie potrafiła spojrzeć Adamowi w oczy. W pewnym momencie dobiegły ich stłumione krzyki i głuchy łomot.

— Muszę go tam zabrać.- otworzyła bagażnik, w którym znajdował się Danny.- Nie próbuj żadnych sztuczek bo będę musiała znowu Cię uśpić.- jej głos nabrał stanowczości. Adam słysząc to aż się wzdrygnął.

Mimo to, że Susan złamała jego serce na tysiąc małych kawałeczków, nie potrafił zaprotestować. Jego miłość do niej pozostała wciąż taka sama. Ruszyli więc, w kierunku starej fabryki, to było nieuniknione. Weszli do pomieszczenia, w którym oślepiło ich niewiarygodnie jasne światło. Minęła chwila zanim Adam odzyskał wzrok i doszło do niego, że został w pokoju zupełnie sam.

— Co tu się dzieje!? Wypuść ich Rogerze!!!

Po chwili z cienia wyłonił się wcześniej wezwany brat. Wskazał na jasnoniebieską sofę znajdującą się w centralnej części pokoju.

— Chodź tu, rozgość się.

Pokój był bardzo ładnie udekorowany, wyglądał dokładnie tak jakby ktoś go zamieszkiwał. Wszystko to byłoby całkiem normalne gdyby na każdej ze ścian nie wisiały zdjęcia Rogera. Tylko Rogera. Większość z nich była kiedyś ich wspólnymi fotografiami, jednak teraz na każdym zdjęciu w miejscu głowy Adama znajdował się tylko tuzin pinezek. Mężczyzna zorientował się szybko czemu przygląda się Adam.

— Gdzie oni są? — Adam nie dawał za wygraną, chciał za wszelką cenę uratować zakładników.

— Usiądź, dobrze Ci radzę. Napijesz się czegoś? Może brandy? — mężczyzna otrzymał do ręki kieliszek z alkoholem.

W drzwiach pojawiła się Susan. Wprowadziła do pomieszczenia Dannego owiniętego w sznury oraz Oliwię. Oboje mieli na twarzy świeże rany. Kobieta pozostawiła tą dwójkę przy ścianie i sama usiadła obok Adama na sofie.

— Tak, to ja.- Rozpoczął karciarz- Niezwyciężony Roger… a może Rafael? Jak myślisz bracie, dlaczego to robię?

— Jesteś potworem.

— Hahaha! JA jestem potworem!? Spójrz na swoje odbicie. Moje całe życie było pod twoje dyktando. Tyle razy musiałem wysłuchiwać jak rodzice chwalą się tobą na prawo i lewo, że mają takie mądre dziecko. Adamek to, Adamek tamto… ale zawsze wiedziałem, że kiedyś z tobą wygram. No i proszę! Stoisz tu teraz przede mną całkiem bezbronny!

— Ale jak? Jak to zrobiłeś? — zaczął mu się łamać głos.

— Och, zaraz ci wszystko dokładnie opowiem. Wszystko zaczęło się pięć lat temu kiedy zamordowałem rodziców chłopaka…

— Jak śmiesz!? — Danny nagle wyrwał się do przodu z pięściami- ZABIŁEŚ ICH! ZABIŁEŚ TYCH NIEWINNYCH LUDZI!!!

— Susan, ucisz go. Chcę ze spokojem porozmawiać.- Susan wstała od stołu i z wielką pewnością siebie wbiła strzykawkę z lekiem uspokajającym w kark Dannego.

Uśmiechała się przy tym z wyższością po czym chciała zająć ponownie miejsce na kanapie obok Adama. Tamten jednak poderwał się z miejsca, ponieważ zorientował się o co w tym wszystkim chodzi. Doszło do niego, że to co do tej pory myślał o Susan było jednym wielkim kłamstwem. Nie była wykorzystywana przez Rogera. Sama chciała w tym uczestniczyć i co więcej sprawiało jej to radość. Przez tyle lat mężczyzna był przekonany o jej niewinności, o tym, że była po jego stronie, a tu taka rewelacja…

— Zdziwiłeś się co? — Roger parsknął śmiechem- Zaraz wszystko wyjaśnię. Wszystko w swoim czasie.

Tak więc, wracając do mojej opowieści… zamordowałem rodziców tego chłopaka ale ten plan zrodził się w mojej głowie dużo wcześniej. Wiedziałem o twojej chorej ambicji, o tym jak bardzo zawsze ciągnęło Cię do pracy detektywa. Wrodziłeś się w dziadka, on był mimo wszystko lepszy niż ty. Na pewno potrafiłby dostrzec podstęp. A ty dałeś się po prostu złapać.

Adam słuchał tego z zapartym tchem, podobnie jak jego siostra, która stała w koncie i najprawdopodobniej zastanawiała się czy to wszystko nie jest czasami tylko dziwnym i przerażającym snem. Tylko Susan siedziała niewzruszona i pisała coś w swoim telefonie. Danny natomiast był silnie odurzony i więcej się już nie odzywał.

Nikt nie śmiał przerwać Rogerowi, który kontynuował, z wielką przyjemnością oczywiście.

— Byłem świadomy więzi jaka przywiąże Cię do Dannego, obserwowałeś go dzień w dzień, czekając aż coś wreszcie się wydarzy. Ale nic się nie działo, a ja was obserwowałem. Pamiętasz może tego barmana z pubu? Nie wydał Ci się znajomy? — Roger parsknął śmiechem.- Jeśli zaś chodzi o Olivię to sam wiesz jak jest. Wystarczyło zdobyć jej zaufanie. Było to dziecinnie proste, ona boi się własnego cienia. No a Susan… sam rozumiesz… — Wypowiadając te słowa, mężczyzna podniósł się ze swojego miejsca i wyjął z kieszeni zapalniczkę. Serce Adama przestało na chwilę bić, by potem ruszyć ze zdwojoną siłą.

Rzym

Laura Woźniak

Roger chciał to zrobić od bardzo, bardzo dawna. Chęć zemsty kierowała tak na dobrą sprawę wszystkimi jego czynami od wielu lat. Teraz był już tak blisko osiągnięcia celu, zapalniczka spoczywała w jego dłoni. Wystarczyło nacisnąć. Pod kanapą były umieszczone zbiorniki z benzyną, miały wybuchnąć kiedy tylko tego chciał.

— Co ty robisz?

— NIEEE! PRZESTAŃ!

— To nie może być prawda…

Zewsząd otaczały mężczyznę głosy jego ofiar. To dodało mu tylko odwagi do dalszego działania. Nareszcie, pierwszy raz w całym swoim życiu poczuł się zauważony przez innych. Spojrzał na Adama. Tamten był przerażony.

— Boisz się.- Adam był chyba zatopiony w myślach, bo aż podskoczył na te słowa.

— Owszem. Boję się, że mógłbym kiedyś stać się taki jak ty. Tak bezduszny i zadufany w sobie. Żałuję, że miałem w to wkład. Przyczyniłem się też do tego jaki jesteś i mam tego świadomość. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Może więc dobrze, że chcesz mnie zabić. Tylko ich wypuść- wskazał na trójkę, która stała teraz pod ścianą, przyglądając się całej scenie rozgrywanej pośrodku pokoju.- Oni w niczym nie zawinili.

Przez salę przetoczył się dźwięk oklasków. Roger nie mógł się powstrzymać, aby dodać całemu zdarzeniu nieco dramatyzmu.

— Niewiarygodne! Po prostu niespotykane! Chcesz uratować od śmierci kobietę, która wyrwała Ci serce i wyrzuciła je na ulicę? Kobietę, która okłamywała Cię tyle lat! Brawo, braciszku! — Roger podszedł do Adama i zaczął mu się śmiać prosto w twarz.

— Przestań. Po prostu ją puść.

— A co jeśli ja nie chcę — Susan wystąpiła krok do przodu.- Na jej twarzy także malował się kpiarski uśmieszek, jakże podobny do miny Rogera.- Tak się składa, że nie kocham Cię Adamie. Nigdy nie kochałam.- po wypowiedzeniu tych słów podeszła do Rogera i zarzuciła mu ręce na szyję. Adam wpatrywał się w nich jak sroka w gnat.

Nigdy nie podejrzewał, że Roger będzie w stanie tak bardzo go skrzywdzić. Roger natomiast był nadzwyczaj zadowolony.

— No więc widzisz. Wygrałem tę grę! Nareszcie. Z pewnością pamiętasz jak w dzieciństwie grywaliśmy często w karty. Oczywiście to ty musiałeś zawsze zwyciężyć, wybitnie uzdolniony, ukochany synek rodziców. Ale koniec z tym! Teraz to ja mam władzę nad twoim istnieniem!!! Podejdź tu.- Jego głos zabrzmiał bardzo władczo.

— Jeśli obiecasz, że ich ocalisz. Nie bądź taki nieludzki. Olivia to twoja siostra!

— Wielkie mi rzeczy! Ty jesteś moim bratem. NO I CO Z TEGO?

Wypowiadając te słowa pociągnął Adama w swoją stronę i wyrzucił zapalniczkę w kierunku kanapy i swoich dwóch pozostałych ofiar, które stały z drugiej strony.

— Co ty robisz? — Adam od razu rzucił się w stronę tamtej dwójki. Dziewczyna próbowała uciec. Zaczęła panikować i krzyczeć. W pewnym momencie zdała sobie jednak sprawę, że nie może tak zostawić tego bezbronnego chłopaka. Wyciągnęła z kieszeni nóż, z którym nigdy się nie rozstawała i jak najszybciej próbowała porozcinać grube sznury, którymi przewiązany był Danny. Po chwili dobiegł do niej Adam i razem usilnie walczyli z czasem i silnym sznurem oplatającym wciąż ciasno ciało chłopaka. Płomienie zaczęły roztaczać się z coraz większą mocą po pomieszczeniu.

Ogień z każdą sekundą bardziej się rozprzestrzeniał, przybierał na sile. Roger przyglądał się temu z niesłabnącą satysfakcją. Adam starał się zachować zimną krew ale to było ponad jego siły. Również zaczynał powoli panikować.

W pewnym momencie trzeźwość umysłu odzyskała natomiast Olivia, która wydała mężczyźnie polecenie, aby złapał Dannego z jednej strony. Ona natomiast chwyciła go z drugiej i w ten sposób, wspólnymi siłami chcieli wyprowadzić go w miarę bezpiecznie z miejsca największego zagrożenia. Roger zauważył, że rodzeństwo po raz pierwszy w życiu zjednoczyło siły i wpadł w złość. Ponownie jego umysł ogarnęła nieopisana zazdrość. Chciał, żeby Adam cierpiał bardziej.

— Musi zobaczyć ich śmierć. Niech umrą na jego oczach, to go załamie.- Takie pomysły zaprzątały wtedy głównie jego myśli.

W pewnym momencie doszło do wybuchu. Ogień nareszcie natrafił na ukryte zbiorniki benzyny. To był naprawdę głośny huk…

Roger otworzył oczy. Leżał na podłodze, wszystkie dźwięki, które do niego dolatywały, były przytłumione. W oddali słyszał czyiś głos. Podniósł się, choć z trudem utrzymał równowagę. Zaczął męczyć go uporczywy kaszel.

— Muszę odnaleźć Adama. To nie tak miało być. On nie może zginąć pierwszy! Musi żyć z tym poczuciem, że to przez niego zginęło tyle bliskich mu osób.

Adam stał z drugiej strony pomieszczenia, silnie kaszląc. Był uwięziony przez płomienie. Olivia wykrzykiwała jego imię, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Wyprowadziła właśnie Dannego na zewnątrz i sama chciała wrócić po młodszego z braci, jednak Danny, który nagle odzyskał władzę nad swoim ciałem, odepchnął ją i bez zastanowienia sam pobiegł w stronę ognia aby ratować mężczyznę. Roger bezgłośnie starał się do nich zbliżyć. Chciał zadać śmiertelny cios chłopakowi. Miał w ręce mały nożyk znaleziony w kieszeni. Podszedł na tyle blisko, że mógł usłyszeć rozmowę toczącą się pomiędzy nimi.

— Idź Danny! Ratuj się… to ja powinienem tu zginąć. Tylko i wyłącznie ja.

— Nie zostawię Cię tu!

— Przestań. Idź, muszę z nim porozmawiać.

Tego Roger nie przewidział nawet w najśmielszych snach, po twarzy Adama zaczęły skapywać łzy. Chłopak spojrzał raz jeszcze na niego i pokiwał ze zrozumieniem głową.

— Dziękuję za wszystko.- Danny zaczął wycofywać się w stronę drzwi, a Roger przyspieszył aby go dorwać dopóki nie zginął jeszcze z pola widzenia jego brata. Chłopak błędnie jednak odczytał jego zamiary, myślał, że Roger chce zabić nie jego lecz Adama, cofnął się więc i zanim Adam zdążył jakkolwiek zareagować Danny był martwy.

Mężczyzna zaczął krzyczeć, w agonii szarpał Rogera i bił go, ale to bardzo szybko go wyczerpało. Zobaczył z daleka, że w ich kierunku biegnie Oliwia.

— Nie! Oliwia, uciekaj! — głos detektywa zagłuszały odgłosy palącej się kanapy.

Jak zwykle dziewczyna zrobiła to co uznała za stosowne. Wskoczyła w sam środek piekła aby uratować brata, którego przez swoje całe życie nie znosiła. Dla Rogera nie miało to najmniejszego sensu. Był już mimo wszystko wykończony całą tą sytuacją, więc kiedy tylko Oliwia dobiegła na tyle blisko, że było to możliwe, pchnął ją prosto w płomienie. Tak mężczyzna pozbył się swojej drugiej ofiary. Z trzecią miało być trudniej ale ta strata miała zaboleć Adama najbardziej. Zaczął się rozglądać w poszukiwaniu Sary.

— Gdzie ona jest? — powtarzał w kółko- musimy się stąd wydostać.

Obaj mężczyźni zaczynali coraz bardziej kaszleć. W ostatniej chwili udało im się wyjść z budynku. Stanęli na placu wyczerpani, niezdolni do jakichkolwiek czynności. Kiedy odrobinę ochłonęli, obaj ze zdziwieniem dostrzegli, że przed nimi stoi nie kto inny tylko Susan.

— Gdzie byłaś kochanie? — Roger starał się brzmieć naturalnie.

— Myślisz, że nie wiem, że chcesz mnie zabić? Nie jestem głupia. Za to ty do najmądrzejszych nie należysz.- kobieta trzymała w ręce pistolet- nie próbuj się do mnie zbliżać.- Jej ręka drżała, kiedy celowała lufą w stronę Rogera.

— Ja chcę Ciebie zabić? Zwariowałaś? To przecież niedorzeczne!

Kiedy między tą dwójką toczyła się rozmowa, Adam kątem oka zauważył, że ogień zaczyna rozprzestrzeniać się już na zewnątrz. Nikt nie wezwał straży pożarnej, a ogień przybliżał się z każdą sekundą. W pewnym momencie Susan ruszyła w tamtym kierunku. Roger podążał za nią.

— Co wy najlepszego robicie? SUSAN!

— Boję się! Nie chcę już więcej robić niczego wbrew sobie! Nie potrafię go skrzywdzić!!!

Tylko tyle usłyszał Adam. Nie miał wyboru, musiał sprawdzić co tam się dzieje. Stanął w bezpiecznej odległości od ognia wciąż zanosząc się donośnym kaszlem. Nie słyszał już teraz rozmowy tej dwójki ludzi, która szeptała. Roger natomiast usilnie starał się odwrócić czymś uwagę Susan, dlatego plótł jakieś głupoty. Chciał tylko i wyłącznie jej śmierci. W pewnym momencie po prostu się rozpędził z chęcią wrzucenia kobiety w ogień, tak jak uczynił to wcześniej z Oliwią. Niestety z Susan nie było tak łatwo. Kobieta bardzo szybko się odwróciła i w rezultacie w ogniu skończył nie kto inny, a Roger. Dla Adama był to naprawdę paskudny widok. Patrzył jak ogień wypalał jego bratu skórę.

Susan rzuciła się w ramiona Adama ze łzami tłumacząc, jak to Roger zmuszał ją do pomocy. Opowiedziała o tym jak licznie jej groził. Mężczyzna oczywiście jej wybaczył. Bardzo potrzebował wsparcia. Stracił dwójkę rodzeństwa i Dannego jednego dnia.

Trwali tak chwilę w uścisku, oboje mieli łzy w oczach. Adam wezwał oczywiście straż pożarną oraz policję. Mieli zaraz przyjechać. Susan poszła na chwilę do swojego mieszkania, było to bardzo niedaleko, dlatego poszła się przebrać. Adam postanowił zostać i poczekać na służby w samotności. Coś przykuło jego uwagę. Niedaleko miejsca gdzie toczyła się rozmowa Susan i Rogera leżała karta. To był Joker, a na nim widniał napis:

„Gra wciąż trwa. Teraz to ja rozdaję karty”.

Susan wróciła, a Adam nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Była tylko jedna możliwość, tylko jedna osoba mogła to zrobić… to po prostu musiała być ona.

— Co się stało? — kobieta miała zatroskaną minę. Przytuliła Adama, który nie protestował.

— To ty, prawda? — Nie musiał pytać, a jednak to zrobił.

— Ale co ja?

— Nie udawaj. Dobrze wiesz, o co chodzi.- Były to najprawdopodobniej ostatnie słowa Adama, po nich Susan przystawiła mu pistolet do głowy, a dalej była już tylko ciemność. Ciemność i wszechobecna pustka…

„Do każdego, kto będzie próbował mi przeszkodzić, Tak, to ja tak naprawdę byłam karciarzem. Co prawda, Roger się za niego podawał i zgodzę się z tym, że to on odwalał całą czarną robotę. Ja natomiast kontrolowałam to wszystko, on był moją marionetką, chociaż o tym nie wiedział. Genialne, prawda?
Roger był tak zaślepiony żądzą zemsty, że nie widział najbardziej oczywistych rzeczy, które rozgrywały się pod jego nosem. Chciał tylko by Adam cierpiał. Postanowiłam mu pomóc. Jak to się mówi… przyjaciół poznaje się w biedzie. My poznaliśmy się, kiedy miałam 12 lat. On miał 15, bardzo cierpiał, kiedy we wszystkim przegrywał z bratem i to młodszym. Często opowiadał mi o tym, że każdego dnia przed zaśnięciem układa w głowie plan, który coraz bardziej przybliża go do zwycięstwa. Mimo to był bardzo dziecinny. Przebrał się za barmana czy kelnera tak, że brat go nie poznał. Ale co mu to dało? Zupełnie nic! Podczas gdy on bawił się w głupie przebieranki i podrzucanie kart, ja uzyskiwałam informacje od koleżanki Olivii ze szpitala. Jakie to dziwne, że po tych spotkaniach nie pamiętała już nawet, że cokolwiek mi mówiła…
A najlepsze co mogłam zrobić, to owinąć sobie wokół palca Rogera jak i również Adama, który naprawdę zaczął mnie kochać

Pomysł z kartami był tylko i wyłącznie pomysłem Rogera. On chciał w ten sposób nawiązać do przeszłości, mi nie zależy ani na przeszłości ani na przyszłości, pozwoliłam mu jednak na to. Miał przecież myśleć, że to całkowicie jego plan. Domyśliłam się jednak, że będzie chciał mnie zabić, zrobiłam to więc pierwsza.

To by było chyba na razie na tyle!
Pozdrawiam serdecznie i pamiętajcie, że jestem NIEZWYCIĘŻONA

A kto będzie próbował rozwalić mój domek z kart, szybko tego pożałuje…

karciarz”

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę