Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Antoni

Gabriela Izdebska

Zielone oczy wpatrywały się z zachwytem w rozgwieżdżone niebo. Rozświetlone punkty wprowadzały go w stan błogości. Dach stanowił najlepsze obserwatorium ciał niebieskich w okolicy. Chłopiec przychodził tu bez przerwy od trzech lat, od wiosny do jesieni, zawsze po lekcjach. W chłodniejsze dni owijał się w znaleziony na strychu, nieco przetruchlały, polarowy koc. I tak czekał aż do kolacji.

Nastolatek zadrżał. Jesienne temperatury zaczynały mu powoli doskwierać, a cienki materiał pledu nie wystarczał na oddzielenie zimnego podłoża od pośladków. Podniósł się z cichym jęknięciem — zdał sobie sprawę, że już czas na powrót do rutyny. Zmierzwił gęste, kędzierzawe włosy. Nie chciał schodzić na dół, ku szarym i szorstkim realiom panującym w domu dziecka. Tam musiał przywdziewać maskę kogoś, kim nigdy nie był. Kogoś, kto nigdy nie istniał. KOGOŚ? A może NIKOGO? Tak. Zdecydowanie nikogo. Tym właśnie dla Antoniego była Beata. Kamuflażem pozwalającym mu na dostosowanie się do norm wytyczonych przez społeczeństwo. Społeczeństwo, w którym nie potrafił funkcjonować, a jednak był zbyt słaby, żeby mu się postawić. Spojrzał jeszcze raz do góry, po czym zniknął w otworze prowadzącym na poddasze.

Antek odetchnął z ulgą, gdy upewnił się, że jego współlokatorka przebywa poza pokojem. Nie cierpiał konfrontacji z nią — za każdym razem musiała rzucić jakąś kąśliwą uwagą, inaczej nie byłaby sobą. Mimo licznych próśb o zmianę przydziału dormitoriów, dyrekcja Domu pozostawała niewzruszona, zbywając je stanowczym polubicie się, to tylko kwestia czasu! Wzdrygał się za każdym razem na nawet najmniejszą wzmiankę o zawieraniu rozejmu z bytem tak oślizłym i fałszywym jak Bogna. Nawet do końca nie rozumiał, dlaczego dziewczyna darzy go taką nienawiścią, przecież nic jej nie zrobił. Po prostu… żył. Czy to wystarczający powód do prześladowania kogoś? Przez długi czas ignorował jej zaczepki, udając, że go nie ruszają. Gdy to przestawało działać, zaczął stosować samoobronę słowną — nadzwyczaj skuteczną, bowiem usta Bogny zamykały się jeszcze szybciej niż się otworzyły, natomiast ona sama wydawała bliżej niezidentyfikowane dźwięki, przypominające coś pomiędzy piskiem zranionego szczeniaka, prychnięciem i sykiem. Parszywe babsko, pomyślał, wyjmując z szuflady dębowej komody swoją piżamę, po czym skierował się do łazienki. W samą porę — w korytarzu minął się z Bogną, która posłała mu spojrzenie pełne odrazy i mruknęła pod nosem coś o babochłopach. On sam popatrzył na nią z wyższością, puszczając uwagę mimo uszu. Miał dziś zbyt dobry humor na przepychanki słowne, poza tym określenie babochłop było dla niego niemalże komplementem. Przecież to znaczy, że wygląda jak chłopak, tak? Człon baba odnosił się tylko do tego, co miał w spodniach, prawda? O to chodzi. Definitywnie. Jakżeby inaczej?

***

Szczupłe, blade palce kurczowo ściskały biały materiał, będący już mocno znoszonym, rozciągniętym spłaszczakiem — jedynym, jaki posiadał. Niepozorna rzecz miała wielkie znaczenie. Po pierwsze, pozwalała Antoniemu na pozostanie sobą. Na ukrycie tych… bąbli, zwisających z jego klatki piersiowej, których tak bardzo nienawidził i które nie były mu do niczego potrzebne. Po drugie, ową rzecz otrzymał od bardzo ważnej osoby jako prezent świąteczny. Od człowieka, który jako pierwszy go zaakceptował. Kogoś, komu po raz pierwszy w pełni zaufał i… pokochał?

Antek znał twarz Marka na pamięć. Obraz wiecznie radosnych, błyszczących piwnych oczu, osadzonych pod rzadkimi, miedzianymi brwiami, prostego nosa naznaczonego kilkoma piegami, rumianych policzków i wąskich ust zawsze wykrzywionych w głupkowatym uśmiechu zapisał się w mózgu chłopaka na stałe i był niemal równie żywy, co oryginał, mimo upływu czasu. Pamiętał ten charakterystyczny, aksamitny śmiech — tak inny niż jego własny, który, swoją drogą, przywoływał na myśl odgłosy wydawane przez umierającą fokę. Pamiętał też ten drażniący, zdecydowanie zbyt intensywny, zapach cytrusowego dezodorantu, którego używał rudzielec.

Na ustach Antoniego pojawił się cień uśmiechu, kiedy pomyślał o reakcji Marka na wyznanie prawdy. Uważał się za skończonego idiotę za to, że postanowił powiedzieć przyjacielowi TO. A jednak w postaci Marka było coś, co pozwoliło mu się przełamać.

***

— Hej, możemy pogadać? — zapytał niepewnie Antek. Wciąż się wahał. W głębi duszy miał nadzieję, że Marek odmówi, tłumacząc się jakąś ważną sprawą niecierpiącą zwłoki.

— Jasne, siorka, co tam? — odparł rudzielec. Antoni skrzywił się w duchu na dźwięk określenia, ale nie miał tego za złe przyjacielowi. Przecież nie wiedział, skąd miałby wiedzieć?

Poczuł, jak rytm jego serca zaczął gwałtownie przyspieszać i łapią go duszności. Często reagował tak w sytuacjach stresowych. Drżącą ręką upewnił się, że inhalator znajduje się w kieszeni spodni moro, które miał na sobie. Uspokoiło go to przynajmniej częściowo. Spuścił wzrok na czubki swoich podniszczonych glanów. Bardzo ciekawe wydały mu się też gnijące na poboczu brązowawe liście. Ukrywanie zdenerwowania wychodziło mu mizernie. Gdy zaczął przechadzać się wokół kałuży, drapiąc się po karku, Marek odchrząknął i uśmiechnął się szelmowsko. Bawiło go zakłopotanie szatyna. Kiedy Antek przymierzał się do dziesiątego okrążenia, poczuł dłoń przyjaciela na ramieniu. Podskoczył ze strachu.

— Spokojnie, przecież cię nie ugryzę — mruknął Marek. — Gadaj w końcu, zaczyna kropić! No bo… Ten… Ja… — szepnął, miętosząc dół swojej bluzki z nadrukiem ryby. Ale ze mnie mięczak, pomyślał. Pół roku się na to zbierasz! Nie schrzań tego! Westchnął.

— Ja… Marek… Taka sytuacja… Nobojajestemchłopcemprzepraszam… — wybełkotał.

— Co? Lubisz dorsze? Chyba nie ogarniam. Możesz potórzyć? — Wdech. Wydech. Spokojnie. Jeszcze raz. Zrozumiale. Dasz radę.

— Marek… Do cholery… Bo wiesz, taka sytuacja, heh… — Rudzielec uniósł brew. — Ja… Jestem… CHŁOPCEM.

Cisza. Bał się podnieść głowę. Tak bardzo obawiał się, że na miejscu szelmowskiego uśmiechu ujrzy te piękne, wąskie wargi wykrzywione w szyderczym grymasie. Że w tych cudownych, piwnych oczach zamiast radosnych ogników zagości płomień nienawiści. Już przygotowywał się do wykrzyknięcia gromkiego: It’s a prank, bro!!! w próbie uratowania swojej sytuacji, gdy poczuł oplatające go umięśnione ramię. Wtulił twarz w klatkę piersiową przyjaciela, a z jego gardła wydobył się szloch.

— Ćśśśśśś, nie mazgaj mi się tu tylko! — Żylasta dłoń pogładziła czule burzę czekoladowych loków. — Jesteś pewn… — W ostatniej chwili ugryzł się w język. — Pewien? — Ledwo wyczuwalne kiwnięcie głową. — Od kiedy? — Nie zdawał sobie sprawy z tego, że takie pytanie było… nietaktowne. Antek nie miał mu tego za złe. Przecież nie wiedział, skąd miałby wiedzieć?

— Od zawsze, Marek… Od zawsze.

Stali tak jeszcze jakiś czas, dopóki nie rozpadało się na dobre.

***

Choć Marek nie do końca rozumiał, co działo się z jego przyjacielem, wspierał go jak tylko mógł. Obiecał sobie, że przejdą przez to bagno razem. Że da Antoniemu ciepło i akceptację, których nie dano mu doświadczyć w domu dziecka. Wszystko szło zgodnie z planem, dopóki rodzice Marka nie dostali nowej pracy za granicą. Wszystko posypało się jak domek z kart. Chłopcy próbowali utrzymywać kontakt telefonicznie, lecz szło im to marnie. Z dnia na dzień Antek zamykał się w sobie coraz bardziej. Potrzebował bliskości, a ciągnięcie znajomości z rudzielcem tylko przypominało mu, jak bardzo za nim tęskni. Usunął numer. Wyszło, jak wyszło. Musiał żyć dalej i pozwolić na to samo przyjacielowi. To tylko i wyłącznie jego wina, że przeżywał to wszystko tak mocno. Przecież nikt mu nie kazał przywiązywać się do ludzi.

***

Delektował się swoimi kanapkami z dżemem truskawkowym, gdy nagle jego spokój zmąciło donośne:

— Dzień dobry, panie Anthony Edward Stark!

Wzdrygnął się na dźwięk tych słów i wykrzywił twarz w okrutnym grymasie mieszanki zniesmaczenia i zażenowania. Ale wewnątrz… poczuł jakieś dziwne ciepło na sercu?

— Cześć, Fel. — Zmierzwił włosy i nieśmiale wyszczerzył zęby, wciąż z miną wyrażającą zdegustowanie. Musiało to wyglądać komicznie, gdyż siedząca naprzeciw niego dziewczyna roześmiała się głośno. Założyła kosmyk jasnych włosów za lekko odstające ucho. Brązowe oczy z zainteresowaniem obserwowały jak Antoni pochłania swoją kanapkę. Werwa Felicji budziła w nim lekki niepokój. Kto normalny patrzy się z takim entuzjazmem na ludzi jedzących śniadanie?

— Jak się dziś czujesz? — zapytała ciepło. Chłopak wzruszył ramionami. Dlaczego ona tu jeszcze jest?, pomyślał. Blondynka westchnęła i uśmiechnęła się z przekąsem, co rzadko jej się zdarzało. — Widzę, że jesteś dziś bardzo rozmowny. — Pssst, koleżanko, spożywam… Jak pies je to nie szczeka, chyba tak to leciało, sarknął w duchu. — Więc jak ci idzie najnowszy serial, który sobie wyszukałeś? Mam na myśli ten o ludożerczych gigantach atakujących osady ludzkie, nie ten o kochankach jeżdżących na łyżwach. — Uśmiechnął się pod nosem, ponieważ to komiczne określenie było nadzwyczaj trafne. Miał wrażenie, że na jego policzki wpłynął delikatny rumieniec.

— Przedwczoraj skończyłem, czekam na trzeci sezon — oznajmił.

Felicja roześmiała się po raz kolejny. Mechanizm działania trzynastolatki był dla Antka zagadką. Chichotała co najmniej dwa razy w ciągu pięciu minut, nawet, jeśli nie miała ku temu specjalnych powodów.

— Cóż, to dobrze, to znaczy, że jest naprawdę dobry. — Zapadła między nimi chwilowa cisza. — Ostatnio pożyczyłam od koleżanki kilka fajnych komiksów o superbohaterach. Wiem, że też lubisz takie klimaty, może chciałbyś te komiksy po szkole zobaczyć? Jeśli coś ci się spodoba, weźmiesz i przeczytasz, dopóki nie będę musiała ich oddać. Co ty na to?

— Serio? — Nastolatek ożywił się. Nie czytał żadnych komiksów od czasu wyprowadzki Marka… dotychczas tylko on dzielił się z nim takimi rzeczami. Zdążył już zapomnieć, jak bardzo uwielbiał je przeglądać. — Chętnie. Bardzo chętnie!

— Więc nie idź od razu na dach, kiedy wrócisz ze szkoły. Znajdę cię i wybierzesz, co będziesz chciał. Dziś kończysz po piętnastej, prawda? — Zerknęła na zegar. — To ja już cię zostawię, żebyś mógł w spokoju zjeść. Widzimy się po lekcjach, a może i nawet w trakcie!

Z impetem podniosła się z siedzenia, a chłopak uniósł kąciki pełnych ust w lekkim uśmiechu. Antek skinął głową na pożegnanie i obserwował, jak Felicja opuszcza stołówkę. Długa, zielona spódnica falowała w rytm jej kroków. Musiał przyznać jedno. Ta dziewczyna nie miała za grosz gustu.

***

Uradowany Antek, dzierżąc w dłoni dwa egzemplarze ulubionego komiksu o nordyckim bogu wygnanym z Asgardu na Ziemię, wkroczył do pokoju. Rzucił plecak w kąt obok biurka i już miał oddać się przyjemności czytania, gdy jego uwagę przykuł bałagan na podłodze pod parapetem. Kupka czarnej ziemi leżała smętnie na drewnianych panelach wśród glinianych, turkusowych odłamków doniczki oraz… czegoś jeszcze. Ach, Hiobie! Kto ci to zrobił? Kto miał czelność?! Chłopiec podbiegł do zmiażdżonych szczątków ukochanego kaktusa i zauważył coś, co spotęgowało jego rozdrażnienie. Nie. To nie było jakieś tam lekkie zdenerwowanie. Antoni wpadł w dziką furię na widok różowej tandetnej torebki, zajmującej teraz honorowe miejsce kolczastego druha nastolatka. Zmrużył oczy, doskonale wiedział, kto stał za tą makabryczną zbrodnią. TYM MORDERSTWEM. Odpowiedź była oczywista. Bogna. Ta podła, plugawa żmija śmiała zmaltretować biednego Hioba, byt, o który Antoni troszczył się najbardziej na świecie. Jego syna! W głowie układał najbardziej wyrafinowaną wiązankę przekleństw w trzech językach, którymi planował uraczyć to babsko.

— Cóż to za mina, Beciu? Coś się stało?

Ten przesłodzony, wysoki głos uplasował się w Antkowym rankingu najokropniejszych dźwięków na zaszczytnym drugim miejscu. Przebijało go tylko brzęczenie tej jednej wrednej muchy, która za nic ma ostrzegawcze machanie ręką i koniecznie chce wylądować na czole swojej ofiary. Brrrr.

Aparycja Bogny była równie odpychająca co charakter. Możnaby ją porównać do pączka usmażonego na głębokim, starym oleju. Takiego, którego zostawiliśmy na czarną godzinę i… zapomnieliśmy o nim na baaaaardzo długi czas, a potem wyciągnęliśmy ze schowka, niestety już niejadalnego… i dającego podejrzane oznaki życia. Jej postać kojarzyła mu się z potworami, które pokonywali bohaterowie jego ulubionej serii, choć zamiast pożerania ciał preferowała ludzkie nieszczęście.

— Ach, chodzi ci o to? — Z miną niewiniątka wskazała na zwłoki Hioba, wydając z siebie coś, co zapewne miało być chichotem. — Spadł… Jaka szkoda — dodała, specjalnie przeciągając ostatnie słowo i okręcając sobie wokół palca pasmo tłustych, mysich włosów. — Kupisz sobie nowego… Przecież w sklepach jest tyl… — Jej wypowiedź przerwało głośne plaśnięcie. To Antkowi puściły nerwy. — Ała! Ty idiotko! — Bogna złapała się za bolący policzek, którego pulchność uratowała ją przed stratą zęba.

Nikt nie miał prawa porównywać JEGO kaktusa do innych kaktusów. JEGO kaktus był jedyny na świecie. To JEGO podlewał, to o NIEGO dbał od dwóch lat. O tego wyjątkowego Hioba, który teraz leżał zmaltretowany na podłodze, kończąc żywot w tak haniebny sposób.

Antoni zgarnął do reklamówki ciało poległego przyjaciela, po czym wstał, otrzepał ziemię z kolan i opuścił pomieszczenie, zostawiając osłupiałą współlokatorkę samą. Przy wyjściu niepostrzeżenie wrzucił mały, najeżony fragment Hioba do botka stojącego obok drzwi. Wybacz, przyjacielu, pomyślał. Pokaż, na co cię stać.

***

Wieczorem, ku niezadowoleniu Antoniego, zorganizowano zajęcia taneczne dla dziewcząt w ramach jakiegoś projektu integracyjnego. Instruktorka — wyjątkowo energiczna blondynka w różowym dresie — najwyraźniej jako jedyna czerpała radość z lekcji. Uczestniczki tylko kiwały się niezdarnie, próbując ją naśladować.

— Dalej dziewczynki! Przód! Biodro! Wyjściowa! — rozlegały się kolejne komendy, na które zdaje się nikt nie reagował lub nawet nie chciał reagować.

Prowadząca westchnęła i wyłączyła podkład. — Nie, nie, nie. Stop. Podejdźcie do luster i spójrzcie na siebie. Jesteście pięknymi, młodymi kobietami. Pokażcie tę kobiecość w tańcu, inaczej nigdy zrobicie tego prawidłowo! Zakręćcie tymi biodrami! Głowa do góry, piersi do przodu i jazda jeszcze raz!

Z każdym usłyszanym słowem gula w gardle Antoniego rosła. Poczuć co? Kobiecość? Ale po co? Nigdy nie miał takiej potrzeby! A nawet jeśli… nie potrafił. To nie leżało w jego naturze. I szczerze siebie za to nienawidził. Dlaczego to on musiał być taki, jaki był? Dlaczego nie potrafił żyć w zgodzie ze swoim ciałem, tak, jak inne dziewczyny? Czy sobie to uroił? Przecież do dwunastego roku życia starał się jak mógł, po prostu to mu… nie wychodziło.

— Spójrzcie na siebie! Pomyślcie o tym, czego w sobie nie lubicie. A teraz zastanówcie się, jak możecie to zmienić. Jeśli to niemożliwe, pomyślcie, czy faktycznie zasługuje na niechęć?

Wzrok Antka mimowolnie powędrował pomiędzy nogi. Skrzywił się. Ta część ciała sprawiała, że zbierało mu się na wymioty. Płakał, kiedy tylko widział ją podczas kąpieli czy też przebierając się. Przez TO brzydził się samego siebie. Podniósł głowę. Przed sobą widział zagubionego, wystraszonego nastolatka. Poczuł napływające do oczu łzy. Gorące krople upokorzenia utworzyły grubą już powłokę, gotowe lada chwila wypłynąć.

— Bądź mężczyzną! Nie rycz! — skarcił się w duchu.

— Ale przecież jestem dziewczynką, prawda? Mogę — odezwał się drugi głos.

— Nie! — krzyknął pierwszy.

— Tak — syknął drugi. — Nie wypieraj się tego.

Głosy walczyły ze sobą, próbując zdominować się nawzajem. Motywacyjna przemowa instruktorki skatalizowała tylko coś, czego Antoni starał się uniknąć za wszelką cenę. Znów przyspieszało mu tętno. Znowu łapały go duszności. Drżącą ręką sprawdził, czy inhalator jest na swoim miejscu. Mimo że był, nie uspokoiło go to. Nie radził sobie już z powstrzymywaniem łez. Musiał jak najszybciej opuścić salę — nie chciał wyjść na słabeusza przed wszystkimi. A zwłaszcza nie przed Bogną, która z zabandażowaną stopą łypała na niego groźnie spod ściany. O nie, nie da jej tej satysfakcji. Nie tym razem. Oszacował drogę do wyjścia. Jakieś dwa metry. Prowadząca tłumaczyła coś właśnie niższej brunetce na drugim końcu sali. Teraz była jego szansa. Rzucił się pędem ku drzwiom.

Działał jak w transie. Krzyk instruktorki, próbującej go zatrzymać, słyszał jak przez szybę. Nie miał jej tego za złe — przecież nie wiedziała, skąd miałaby wiedzieć? Odetchnął, gdy po kilku minutach dotarł do celu — dachu. Zawsze przychodził tam, by uporządkować emocje. Czuł się tak, jak TEGO dnia. Z tą różnicą, że tym razem nie było przy nim przyjaciela, do którego mógłby się przytulić. Nikogo. Głosy w głowie przybierały na sile. Złapał się za bujne, kręcone włosy i pociągnął za nie, w nadziei, że ból fizyczny odwróci jego uwagę od psychicznego. Na próżno. Co jest ze mną nie tak?!, pomyślał. Zrobił krok naprzód. Czubki butów stykały się z krawędzią dachu. Spojrzał na panoramę miasta. Pas szarych kamienic ciągnął się po horyzont. W oddali zobaczył koguty wozów strażackich. Przypomniał sobie, że Felicja nie stawiła się na zajęciach. Nie, to niemożliwe, skarcił się w duchu. Jak mogłem nawet wpaść na coś tak durnego? Pewnie siedzi w pokoju.

Przechylił się delikatnie do przodu. Tam, na dole, czekało go ukojenie. Koniec poniżania, wyzwisk i krzywych spojrzeń. Ale czy na pewno? Czy śmierć nie równała się z przegraną? Z przyznaniem, że świat okazał się jednak silniejszy? Myśli kołatały się w jego głowie z niemal porównywalną siłą, co serce. Strumienie gorących, słonych łez płynęły po policzkach zarumienionych od wysiłku. Miał ochotę krzyczeć, kopać, pluć i gryźć. Przytłoczyła go beznadziejność świata. Tak bardzo chciał zanurzyć się w nicość. Często żałował, że nie posiada peleryny-niewidki, pod którą mógłby ukryć się przed całym złem, jakie codziennie go spotykało. Jak tchórz. Zamknął oczy. Podjął już decyzję.

Opadł na plecy, czując zimny dach pod sobą. Będzie żył, na przekór systemowi. Nie da się stłamsić. Jest przecież silnym chłopcem.

Tosia

Gabriela Kuryłek

Kiedy ponownie otworzyłam oczy, świat wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. Na początku była ciemność, nicość i głucha cisza, przerywana biciem mojego serca — jak zegara, wybijającego kolejne godziny. Z każdą chwilą tykał coraz szybciej i szybciej, a ja nie mogłam nadążyć za jego rytmem. Pragnęłam dotrzymać mu kroku, ale stałam jak otępiała. Nie mogłam się ruszyć, a chciałam gonić go i uchwycić w ręce, żeby już nigdy nie wyszedł spod mojej kontroli. Ale wciąż stałam. W ciemności, nicości i głuchej ciszy, przerywanej biciem mojego serca — jak zegara, wybijającego kolejne godziny.

Wbiłam paznokcie z całej siły w wewnętrzną stronę dłoni i zamknęłam oczy po raz kolejny, mocno zaciskając powieki. Czekałam. Wzięłam jeden oddech, a później — jeszcze kolejny. Czekałam. I nie wydarzyło się nic. Uchyliłam delikatnie powieki, bojąc się widoku, który mogę zastać. Serce biło mi jak oszalałe, zegar nadal tykał. Otworzyłam szeroko oczy, ale wciąż była ciemność, nicość i głucha cisza. Muszę się skoncentrować. Ze wszystkich sił wbiłam wzrok w mroczne otchłanie, rozciągające się przede mną. Jeden, dwa, trzy. Skoncentruj się. Cztery, pięć, sześć. Patrz głębiej. Patrz szerzej. Siedem, osiem, dziewięć. Szukaj światła. Zawsze szukaj światła.

I wtedy je wypatrzyłam. Gigantyczne lustro, stojące naprzeciwko mnie. Zwierciadło ludzkiej duszy. Zadrżałam i nerwowo odwróciłam się w bok. Kolejne lustro. Przełknęłam głośno ślinę. Rozejrzałam się dookoła. Lustra. Wszędzie lustra. Wyłaniają się z otchłani jedno po drugim i wpatrują się we mnie, przeszywając mnie na wskroś. Wirują wokół mnie w tańcu przy akompaniamencie mojego serca, bijącego niczym zegar. Aż wreszcie stają wszystkie naraz i znów patrzą na mnie tym wzrokiem.

Zadrżałam, po czym nerwowo wsunęłam kosmyk włosów za ucho. Zatrzymałam wzrok na moich bosych stopach, lecz za chwilę powędrował do kościstych łydek, a potem do białej sukienki, w którą byłam ubrana. Wyciągnęłam ręce przed siebie i rozpostarłam palce, jednak świat znów zawirował mi przed oczami.

Kiedy się ocknęłam się leżałam na podłodze. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej, co jakiś czas nerwowo zerkając w stronę któregoś z luster. Dopiero wtedy tak naprawdę zobaczyłam.

Kogo widziałam? Widziałam wrak człowieka. Siedemnastoletnią dziewczynę o przeciętnej urodzie. Jedyne, czym mogła się wyróżnić były płomiennorude włosy, jednak ich blask został przyćmiony smutnymi, podkrążonymi oczyma i grymasem na twarzy. Na policzku miała kilka zadrapań i dwie okropne zmarszczki na czole. Widziałam bezsilnego człowieka, który się poddał. Bo zegar wciąż tykał i tykał, coraz szybciej, ale człowiek… Człowiek już nie gonił.

I wtedy krzyknęłam. I krzyczałam, jak nigdy dotąd. Zasłoniłam uszy, mocno przyciskając do nich dłonie i rozwarłam szerzej usta. I krzyczałam. Wykrzyczałam piękną melodię, płynącą wprost z serca. Wyraziłam bezmiar mojego cierpienia i młodzieńczych trosk. Wybudowałam mur z fal dźwiękowych, aby przykryć słabość i bezsilność, aby nikt nie przedarł się do mojego wnętrza.

A kiedy ponownie otworzyłam oczy świat wyglądał zupełnie inaczej niż wcześniej. Przywitały mnie szare ściany pokoju trzynaście, mojego domu dziecka przy ulicy Floriańskiej. Osaczały mnie i przygnębiały. Przerażała mnie pustka białych mebli, od których aż biło sterylnością. Czułam ograniczona. Zamknięta.

Wstałam z podłogi i chwiejnym krokiem podeszłam do biurka. Spojrzałam na zegarek. Wskazywał kwadrans po szesnastej. Zerkając na niego mimowolnie się uśmiechnęłam. Był prezentem urodzinowym od mojej najlepszej przyjaciółki. To był dobry dzień. Niestety, szybko się skończył. Jak wszystko, co dobre w moim życiu. Czy to przyjaźń, czy to miłość — każda relacja zakończona jest niepowodzeniem. Nic do siebie nie pasuje i wszystko niszczy się, nim zdąży jeszcze zakwitnąć. Powód? Coś. Ty. Ja. My. Jednak w większości — ja. Jakbym była tylko maszyną, zaprogramowaną na niszczenie wszystkiego, co napotkam na drodze. Maszyną, stworzoną do ranienia siebie i wszystkich wokół.

Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, co odciągnęło mnie trochę od plątaniny myśli w mojej głowie. Cóż, ten problem muszę zostawić na później.

— Proszę — powiedziałam niepewnie, lekko odkaszlując, po czym usiadłam na niepościelonym łóżku. Zza drzwi wyłoniła się siostra Jukunda, ubrana jak zwykle w czarny habit. No pięknie, pomyślałam, zaraz się zacznie przesłuchanie.

— Co ty tutaj robisz, Tosiu? — spytała surowym głosem, a ja już wiedziałam, że tym razem nie ujdzie mi to na sucho.

— Aktualnie to siedzę — skwitowałam, przewracając oczami. Siostry zakonne, prowadzące nasz dom dziecka, nie były w gruncie rzeczy takie złe, ale miały swoje żelazne zasady, do których należało się stosować dla własnego dobra. Niektórzy jednak szukają własnej drogi w życiu.

— Widzę co robisz. Czemu nie przyszłaś dziś na śniadanie? Ani na obiad. I do tego nie poszłaś do szkoły. Źle się czułaś? Właściwie, kiedy ostatnio opuściłaś swój pokój? — oskarżeniom nie było końca, a siostra rozgościła się na łóżku, obok mnie. Zapowiada się dłuższa wizyta. — O mój Boże, a to? Co to jest? Co ty masz na sobie?! Przecież ta sukienka prawie nic nie zakrywa, trudno to nawet sukienką nazwać! Zasłoń się, dziecko.

— Zna siostra moje zdanie, a poza tym nie miałam dziś ochoty na szkołę. — Pogładziłam ręką kościste ramiona, bo zrobiło mi się jakoś zimno. Siostra ponownie zaczęła swój wywód na temat mojego karygodnego zachowania, ale moje myśli popłynęły w zupełnie innym kierunku. Spojrzałam za okno, na ptaki, latające swobodnie po niebie. W przeciwieństwie do mnie były wolne, a ja czułam się jak więzień. Nie mogłam rozłożyć skrzydeł, bo za każdym razem byłam karcona przez siostry. Pragnęłam wolności i latania bardziej jak powietrza. Marzyłam, żeby pofrunąć — hen daleko — jak one. Chciałam tylko, żeby wszystkie troski zniknęły, pokazać swoje prawdziwe oblicze. I choć bardzo lubiłam siostry i nie narzekałam szczególnie na nasz dom, to brakowało mi prawdziwego Domu. A tego pragnęłam jeszcze bardziej niż latania.

Nigdy nie poznałam ciepła rodzinnego, tak jak nie znałam moich rodziców. Odkąd sięgam pamięcią, mieszkałam w domu dziecka, a siostry opowiadały mi, że moja matka zostawiła mnie w szpitalu. Porzuciła jak niechcianego śmiecia, najzwyczajniej w świecie stchórzyła. Macierzyństwo ją przerosło, więc poddała się. Ślad po matce zaginął, więc nie wiem też nic o ojcu, ale pewnie nie był lepszy, skoro pozwolił na to, co mi zrobiła. Czasem zastanawiałam się, jacy oni są, gdzie pracują, a może mieszkają niedaleko i mijam ich na ulicy, idąc codziennie do szkoły? Ciekawiło mnie, czy mają dzieci, a może brutalnie je porzucili w ten sam sposób, co mnie, odbierając im szansę normalności. Bo dzieci z domu dziecka nie są do końca normalne (o ile w ogóle ktoś z nas jest). Zawsze nam czegoś brakuje, jakbyśmy nie do końca byli pewni samych siebie i naszych uczuć. Jakby słowo,,kochać’’ istniało, ale jednak nie do końca, bo nie dostaliśmy tej szczególnej namiastki miłości. Rodzice odebrali nam nie tylko rodziny i szansę na normalne życie. Bezpowrotnie zabrali nam jeden rodzaj miłości: rodzicielskiej i dziecięcej. Nie byli przy mnie, gdy pierwszy raz wywaliłam się, jadąc rowerem, ani kiedy dostałam piątkę z matematyki. Nie pomagali mi zdmuchać świeczek na torcie urodzinowym i nie ubieraliśmy choinki w pewnien szczególny, grudniowy dzień. Nie zasiedliśmy razem do kolacji i nie mogliśmy pokłócić się o jakąś głupotę. Nigdy nie powiedzieli mi: kocham cię i jestem z ciebie dumna, a ja nie mogłam zaprzeczyć, że to ja kocham ich milion razy mocniej.

— Tosiu, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! — siostra Jukunda prawie krzyknęła, chcąc przywrócić mnie z powrotem na ziemię. Nawet nie wiedziałam, kiedy pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Szybko otarłam ją wierzchem dłoni.

— Ja… Przepraszam, siostro. Zamyśliłam się. — Miotałam się, chcąc udzielić odpowiedzi. Było mi niewyobrażalnie przykro przez sposób w jaki się zachowywałam, ale nie zrobiłam tego celowo. Po prostu w pewnym momencie się wyłączam i już nie jestem sobą. Staje się drugą Tosią.

— Musisz wyjść z tego swojego świata, albo źle się to dla ciebie skończy, dziecino — siostra Jukunda pokręciła głową z dezaprobatą. — Siostra przełożona jeszcze o niczym nie wie, ale nietrudno zauważyć twoją — zatrzymała się na chwilę, biorąc oddech — przemianę.

— Niech siostra jej nie mówi, proszę.

— Tosiu, Tosiu. Nietrudno jest zauważyć, że nie mieszkasz już z Mają i do tego piętrzące się nieobecności w szkole. Sama dobrze wiesz, jak wieści tu szybko się rozchodzą.

— Proszę — załkałam. — Jeszcze wszystko ogarnę. Ja, ja… Dam radę.

— Jeszcze nie jestem pewna, co właściwie powinnam zrobić, ale chyba będę się zbierać — powiedziała, wychodząc. — A, i jeszcze jedno. Tosiu, przyjdź na kolację.

Uśmiechnęłam się delikatnie, kiwając głową, choć w rzeczywistości wcale nie miałam na to ochoty. Skrycie marzyłam o zakopaniu się w kołdrę i zostaniu w łóżku do końca dnia. Niestety, musiałam się pokazać. Musiałam stawić czoła moim najskrytszym lękom i zapomnieć, na chociażby dziesięć minut, że ludzie uważają mnie za wariatkę. Musiałam przestać pamiętać o tym, jak moja współlokatorka wybiegła z płaczem z pokoju, bo klęczałam w środku nocy na podłodze, przeraźliwie krzycząc i rwąc sobie włosy z głowy garściami. Wzięłam głęboki oddech i przymknęłam na chwilę powieki, kładąc się na łóżku. Wyciągnęłam się i zrelaksowałam.

A kiedy ponownie otworzyłam oczy, poczułam, że muszę wstać. Tchnięta jakąś niewidzialną siłą podniosłam się z łóżka i podeszłam do szafy. Nagle wszystkie odgłosy ustały. Nie słyszałam już nic. Nie liczyło się nic. Tylko ja i bicie mojego serca — zegara, wybijającego kolejne godziny. Wirowaliśmy w dzikim tańcu, on — tykał, nieustannie przyśpieszając swój rytm, ja — plądrowałam zawartość swojej szafy, dotrzymując mu kroku. Jednak nie był dobrym partnerem, bo ciągle musiałam gonić za nim, aby nadążyć. Wyciągałam kolejne ubrania z mojej szafy, szukając… Sama nie wiem czego szukałam, jednak jakaś dziwna siła kazała mi szukać. Więc szukałam. Robiłam to z chirurgiczną precyzją, a na podłodze wylądowało już całe wnętrze mojej szafy. Przetrząsnęłam w poszukiwaniach wszystkie półki, szuflady i sekretne kryjówki.

— Gdzie to jest?! — krzyczałam, będąc niczym w dzikim szale, z którego nie mogę się obudzić, choć bardzo chciałam. Ale zegar tykał i tykał, a ja nie mogłam go dogonić.

Podeszłam do biurka, otworzyłam wszystkie szuflady i szukałam dalej. Moje szkolne zeszyty i książki kolejno lądowały w kącie pokoju, ale nadal nie widziałam tego, choć tak sumiennie starałam się to znaleźć. Poczułam narastający we mnie gniew, był wręcz namacalny. Podeszłam, niczym burza gradowa, szybkim krokiem do okna i z całej siły uderzyłam pięścią o parapet. Zabolało.

— Cholera! — krzyczałam w furii, wymachując rękoma. — Gdzie to jest?!

Chodziłam nerwowo po pokoju, krzycząc i co jakiś czas przeklinając. Przygryzłam mocno wargę, próbując sobie przypomnieć gdzie to schowałam, ale nie mogłam. Czułam, jakby coś mi ciągle umykało, jakbym zapominała o oczywistym szczególe. Chodziłam w kółko, i w kółko, i słyszałam tylko bicie mojego serca, niczym zegara. I cały czas go goniłam, a on ciągle mi umykał. Przyśpieszał z sekundy na sekundę, a ja już tylko biernie stałam. Obserwowałam, jak mi ucieka. Ostatecznie się poddałam.

I właśnie wtedy sobie przypomniałam. Uśmiech wkradł się na moje usta i głośno zarechotałam. Śmiałam się w głos, podchodząc równocześnie do łóżka. Podniosłam delikatnie materac i go zobaczyłam. Mój dziennik i cała ja, razem z nim. Chwyciłam go w swoje ręce i ze wszystkich sił przyciągnęłam do piersi. Nie chciałam go puścić. Już nigdy. Nikt go nie zobaczy. Nikt. Tykanie słabło z każdą chwilą, a ja byłam coraz bliżej. Nie poddawałam się i goniłam.

Usiadłam na podłodze i rozłożyłam dziennik przed sobą. I patrzyłam na niego, a razem z nim na samą siebie. Gorszą siebie, słabszą siebie. Na wszystkie moje wady, niedociągnięcia. Na moją prawdziwą naturę. Ale ja już nie jestem słaba. Już nie chcę być słaba. Nie pragnę bezsilnie patrzeć w lustro. Dogonię zegar. Wygram bitwę z samą sobą.

Nie zawahałam się ani przez chwilę, biorąc paczkę zapałek w dłonie. Nie mogłam uwierzyć, że to robię. To się stanie lada chwila. Tu i teraz. Wysunęłam delikatnie wieczko, wyjęłam z niego zapałkę i podpaliłam ją jednym ruchem ręki. Patrzyłam na ogień. Miałam władzę w swoich rękach. Czułam ją od cebulek włosów, aż po czubki palców. Chłonęłam ją niczym gąbka wodę. I tą wodą podsycałam ogień. Rzuciłam ją na dziennik, paląc to, co było wcześniej. Widziałam go w płomieniach, ale to nie tylko on się wypalał. Czułam, że cała płonę. Zegar tykał i tykał, tak blisko. Wyciągałam po niego rękę, ale on nie wybiegł w moją stronę. Zaczęłam biec szybciej i szybciej, już widziałam go kątem oka. Wstrzymałam oddech, przymknęłam oczy i pędziłam w jego stronę. A zegar tykał i tykał, ale ja już nie musiałam go gonić. Miałam go w swoich rękach. Znowu miałam kontrolę. Spaliłam starą Tosię, ale zachowałam własne szczątki. Wybuduję siebie całą na nowo. Znalazłam wewnętrzny spokój. Odnalazłam swój Dom w domu. Mam dom pełen wspomnień.

Irmina

Natalia Kiełczykowska

Ludzie twierdzą, że miłość jest ślepa, potrafią podawać miliony przykładów, aby potwierdzić swoją tezę.

Opowiem wam historię pewnej nastolatki. Dziewczyny, która zaznała tego jakże silnego uczucia. A więc zaczynajmy.

Irmina powoli szła przez korytarz, zewsząd otaczała ją ciemność. To miejsce już nie wydawało się tak przytulne jak kiedyś…

Trafiła tu pięć lat temu, a wciąż wszystko dokładnie pamięta. Żółtą sukienkę wykonaną z koronki, czerwone trzewiki z dziurą, a także ukochanego misia Teodora. Na niebie widniały ogromne chmury, które zasłaniały wyczekiwane od dłuższego czasu słońce. Wiał lekki wiatr, który sprawiał, że liście na drzewach szeleściły. Wówczas jedenastoletnie dziecko podążało za ciocią, patrząc na potężne drapacze chmur. Każdy mógłby bez wahania stwierdzić, że dostrzega olbrzymią fascynację w oczach małego niewiniątka. Zamyślona dziewczynka wyobrażała sobie wymarzony dom… Arogancka kobieta, która była krewną dziewczyny, szła wtedy tak pewnym krokiem. Rodzice Irminy zginęli podczas zamachu na sklep jubilerski. Tuż po tym wydarzeniu razem z bratem zamieszkała u ciotki. Krewna już po miesiącu nie miała zamiaru wychowywać bliźniąt. Podobno chłopca wysłała za granicę, niestety nikt nie wiedział dokąd. Natomiast dziewczynka trafiła do miejsca, które opiszę wam wkrótce. Jednak teraz wróćmy do szesnastoletniej już Irminy.

Gdzie zostawiłam te cholerne klucze? — pomyślała, jeszcze raz wkładając rękę do kieszeni. Spojrzała na telefon, niestety wskazywał już północ. Skrzywiła się, bo przypomniała sobie o Kopciuszku. Nienawidziła tej popularnej bajki, zresztą za większością fantastycznych opowieści nie przepadała. Jedna z opiekunek była wredna i surowa. Przynajmniej tak odczuwała Irmina. Często wychowawczyni przypisywała jej czyszczenie latryn. Zwłaszcza wtedy, gdy zdarzyło się przyłapać dziewczynę na łamaniu regulaminu, więc Irmina nie chciała znów mieć problemów.

— Pssst, Osa — odezwał się czyjś głos.

Irmina podskoczyła, ponieważ wcześniej nie zauważyła postaci opierającej się o ścianę.

— Spokój, cisza, oaza — wyszeptała trzy magiczne słowa.

Przyjrzała się osobie znajdującej się blisko niej. Był to Konstanty, który zaledwie tydzień temu tutaj trafił. Szczupły, niewysoki chłopak o niebieskich oczach. Jego włosy miały ciemnobrązowy odcień. Krótko mówiąc, wyróżniał się niebanalnym wyglądem.

— Co ty tu robisz? Powinieneś już dawno spać — szepnęła Irmina.

— Znalazłem to na stołówce. — Trzymał w ręku klucze do pokoju numer siedem. — Jeśli ich nie potrzebujesz, to ja mogę powędrować do swojej komnaty — mówiąc to, uśmiechnął się.

— Jeśli nie oddasz mi tych głupich kluczy, możemy oboje zostać skazani na katusze.

— Odsuń się. — Chłopak otworzył drzwi i, ku zaskoczeniu Irminy, pewnie wszedł do środka.

Włączył lampkę, zaczął uważnie oglądać lokum koleżanki. Od razu zauważył przyklejone do ściany teksty piosenek. Przekaz był jasny: samotność i niezrozumienie, poczuł więź. W pokoju zostały umieszczone dwa łóżka, lecz dziewczyna nie dzieliła go ze współlokatorkami. Rzadko przyjmowała gości, więc odczuła irytację, gdy nagle ktoś znalazł się w jej zacisznej kryjówce. Chłopak dostrzegł zdjęcie wystające zza książki, bez zastanowienia wziął je do ręki.

— Odłóż to! Nie masz prawa. — Jednak było już za późno.

Kostek ujrzał na fotografii dwójkę podobnych do siebie dzieci. Na ich twarzach widniały uśmiechy, trzymały się za ręce. Na dole kartki było napisane zdanie: wspaniałe rodzeństwo. Zdenerwowana dziewczyna zabrała swoją własność i zamknęła oczy. Starała się nie okazywać żadnych emocji, lecz uroniła łzę. Znowu wróciły wspomnienia… Teodor, brat, na którego zawsze mogła liczyć w dzieciństwie. Chronił, pocieszał, uszczęśliwiał… Dziewczyna po chwili wróciła do teraźniejszości.

— Cholera, cholera — szepnęła. Wzięła głęboki wdech — cholera! — krzyknęła. Zdezorientowany chłopak ze współczuciem patrzył na Irminę.

— Ppprze… przepraszam, o…O…Osa. — Usiadł obok niej i tępo spoglądał na ścianę. Niespodziewanie Irmina przytuliła się do Konstantego i zaczęła płakać, a on uspokajał ją przez dłuższy czas, aż w końcu oboje zasnęli.

***

Gdy Irmina otworzyła oczy, poczuła czyjąś rękę na biodrze. Oczywiście blisko niej spał dopiero co poznany kolega. Natychmiast zerwała się z łóżka, zwinnie przebrała się w sportowe ubrania i wyszła na dwór, aby pobiegać. Dopiero szósta, pomyślała.

Wróciła do tego miejsca około siódmej. Weszła do przyjaznego pokoju numer siedem. Konstantego nie zastała. Całe szczęście. Skompletowała odzież i poszła do łazienki. Wzięła szybki prysznic, po czym obejrzała się w lustrze. Dzisiaj wybrała ciemne, podziurawione jeansy i spraną koszulkę z napisem Nirvana, włosy postanowiła spiąć w ciasny kucyk. Gdy już stwierdziła, że nie wygląda najgorzej, udała się na stołówkę. Przelotnie zerknęła na siedzących ludzi. Prawdopodobnie wszyscy mieszkańcy domu już przybyli na śniadanie, więc żwawo nałożyła owsiankę. Usiadła przy wolnym stoliku, ciesząc się samotnością.

— Dzień dobry — powitała ich jedna z opiekunek — mam nadzieję, że dobrze spaliście. — Mimowolnie Irmina spojrzała na Konstantego, siedzącego przy sąsiednim stoliku, niestety spotkali się wzrokiem.

— Dzisiaj macie dzień do własnej dyspozycji. — Gdy szesnastolatka to usłyszała, od razu pobiegła do siódemki.

Spakowała do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie zmierzała do drzwi wyjściowych. Przeglądała wiadomości na facebooku i nie zauważyła stojącego Daniela. Wpadając na niego, upuściła telefon. Blondyn uroczo uśmiechnął się do niej. Irmina uważała, że jest przystojny, choć nie chciała przyznać się do tego nawet przed samą sobą. Chłopak podał jej telefon, a ona lekko zarumieniła się.

— Przepraszam, to moja wina. Jestem taką niezdarą, powinnam była uważać, a ja patrzyłam w ten głupi tele…

— Spokojnie, przecież żyję. — Przeczesał włosy ręką — jeszcze — zaśmiał się.

— Ale słodki śmiech — dziewczyna zdała sobie sprawę, że powiedziała to na głos.

— O Boże… ja… ja — plątała się.

— Miło mi. — Chłopak mrugnął do niej — a ty rumienisz się słodko, naprawdę. Dokąd zmierzasz?

— Ja… Zamierzam odwiedzić pocztę.

— Wiesz, że ja też? Poczekaj na mnie chwilkę. Skoczę po kurtkę. — Daniel pobiegł w stronę swojego pokoju.

— Ale… Ty nie możesz ze mną iść — szepnęła Irmina i wyszła pospiesznie z domu.

Dziewczyna wreszcie dotarła do ulubionej biblioteki. Poszła do działu z kryminalistyką. Niestety nie zastała nowych pozycji. Była nieco zawiedziona, ale nie chciała psuć sobie humoru taką błahostką. Idąc do wyjścia, wyjrzała przez okno, pogoda była słoneczna. Zanim podeszła do drzwi, krótko porozmawiała ze starszym mężczyzną, pracującym tu od ponad pięciu lat. Miło tak czasem powspominać…

Gdy już znalazła się na dworze, postanowiła pójść w stronę poczty. Przechodząc przez pasy, zobaczyła Konstantego w czarnych, wojskowych spodniach i szarej bluzie. Pomachał do niej, lecz ona bezmyślnie patrzyła się na jego głowę. Odwiedził fryzjera — pomyślała. Chłopak wpatrzony w swoje buty, czekał, stojąc na starym, zniszczonym chodniku. Irmina z niechęcią podążała ku niemu. Sama nie wiedziała czemu, ale traktowała go z dystansem. Może dlatego, że znali się dopiero tydzień, a nastolatka należała do osób, które łatwo oceniają innych.

— Cześć, Osa, jak oceniasz moje włosy? — Dziewczyna przewróciła oczami.

Są świetne. Ja nie miałabym odwagi — usłyszała wewnętrzny głos.

— Dlaczego niebieskie?

— Chciałem zaszaleć, zmienić coś… a co do dzisiejszej nocy… ja…

— Zapomnijmy o tym — powiedziała z zakłopotaniem Irmina.

— Zgoda, ale muszę cię o coś zapytać. Wiem, pomyślisz, że jestem wścibskim dupkiem… ale nie wytrzymam. Masz brata? Dlaczego nie został umieszczony w Domu? — z pośpiechem pytał niebieskowłosy. Wyglądał tak niewinnie.

 Na zdjęciu widziałeś mojego brata bliźniaka — na twarzy Konstantego pojawiło się ogromne zdziwienie, ale nie śmiał przerywać — byliśmy bardzo zżyci, tęsknię za nim. Przez jakiś czas godziłam się z myślą, że już nigdy go nie zobaczę, schowałam naszą wspólną fotografię, aby zapomnieć. Wczoraj poczułam się tak, jakbyś chciał wtargnąć do mojego życia, zabrać cząstkę mnie — zamyślona mówiła szybko, aczkolwiek płynnie. Lekko drżał jej głos — wiem, że to głupie, ale czuję pustkę. Czasem wyobrażam sobie, że on mieszka ze mną w Domu. Razem bujamy się na starej huśtawce, śmiejemy się… — westchnęła i spojrzała w oczy Kostka. Jego twarz nie miała żadnego wyrazu. Dziewczyna głowiła się, czy nie popełniła błędu, mówiąc mu o tym. Dotarło do niej, że wolałaby powiedzieć to Danielowi. On na pewno doradziłby jej, okazał wsparcie. Żałowała, że stchórzyła, uciekła przed blondynem, lecz nagle Konstanty ujął jej dłoń, a gdy ona szukała odpowiedzi w jego oczach, uśmiechnął się i pocałował w policzek.

Wreszcie znalazła się w docelowym miejscu. Konstanty oznajmił, że z nią pójdzie. Dziewczyna nie była szczęśliwa z tego powodu, ale nie miała ochoty kłócić się z chłopakiem. Zmierzała w stronę swojej skrytki z numerem siedem. Jedyne, co zazwyczaj otrzymywała, to listy od wolontariuszy. Zaprzyjaźniła się z Mariolą, kobietą odwiedzającą dzieci z Domu. Na początku nie była do niej przekonana, jednak urzekające w niej były dobroć i miłość, o których Irmina marzyła.

Wyjęła kluczyk i otworzyła skrytkę. Ujrzała wielką kopertę, na której widniało jedno zdanie.

Wciąż pamiętam.

Rozerwała delikatnie papier, w środku znajdowała się zniszczona mapa poplamiona kawą. Niebieskim kolorem była zaznaczona miejscowość, w której znajdował się Dom, a czerwonym jakaś wrocławska kawiarnia Secret. Irminę zastanawiała ta dziwna sytuacja. Po co ktoś miałby wskazywać jej drogę prowadzącą do budynku? Na odwrocie mapy znajdował się napis.

Mój dom jest tam, gdzie Ty.

Twój Teodor

Gdy dziewczyna to przeczytała, zrobiło się jej słabo, nagle w pomieszczeniu było za mało powietrza. Upadłaby na ziemię, lecz blisko niej stał Konstanty. Chłopak delikatnie ułożył ją w pozycji siedzącej i prędko pobiegł po szklankę wody. W tej samej chwili do budynku wszedł Daniel. Irmina niewyraźnie patrzyła w jego stronę, doznała jeszcze większych duszności… Blondyn żwawo zmierzał w jej stronę. Przykucnął obok niej. Coś mówił szarmancko swoim uroczym głosem, ale ona nie zrozumiała. Wciąż zastanawiała się nad zawartością skrytki. Dokładnie przyjrzała się twarzy Daniela. Emanował radością i szczerością. Czuła, że jemu mogłaby zaufać… Usłyszała wyraźnie pytanie.

— Już lepiej?

Jednak głos nie należał do blondyna, tylko do sfrustrowanego Konstantego, trzymającego w ręku szklankę wody. Dziewczyna nie miała ochoty na ich towarzystwo, gdyż chciała przemyśleć treść listu. Potrzebowała samotności. Spokój, cisza, oaza. Chłopcy patrzyli na siebie, a ona wybiegła z poczty i wsiadła do autobusu.

Będąc sama w pokoju, Irmina mogła wreszcie odetchnąć. Powoli przestudiowała otrzymaną mapę. Sprawdziła w internecie, że aby dostać się do kawiarni, musi pokonać ponad kilkaset kilometrów. Koszty takiej podróży są ogromne, nie dam rady — pomyślała, lecz gdy wzięła do ręki zdjęcie, które Kostek niestety zobaczył…

— Dla wspólnych spojrzeń, dla naszych rozmów, dla naszej miłości, dla ciebie, braciszku — wyszeptała.

Napisała na kartce najważniejsze miejsca, rozkłady pociągów, autobusów. Byłaby poszukiwana przez policję. Opiekunowie z Domu już po kilku dniach zawiadomiliby służby. Tyle komplikacji… tyle trudności… Jednak wewnętrzny głos, podpowiadał jej, że warto. Postanowiła więc skupić się na pierwszym problemie, czyli pieniądzach. Nie miała na to ochoty, ale czuła, że zna tylko jedno rozwiązanie. Po dwóch godzinach przemyśleń udała się po raz kolejny do wyjścia.

Spotkała się z przyjacielem, którego zaadoptowano pół roku temu. Przygarnęło go zamożne małżeństwo od kilkunastu lat pragnące dziecka. Z początku Irmina zazdrościła chłopakowi, lecz z czasem zrozumiała, że nie potrafiłaby odnaleźć się wśród obcych ludzi. Stasiek, będąc jeszcze w domu, marzył o troskliwych rodzicach. Jego przybrana rodzina chętnie obdarowywała go drogimi prezentami. Dziewczyna o tym wiedziała, więc postanowiła poprosić chłopaka o pomoc. On zaś dał jej sto złotych. Uradowana Irmina obiecała, że spróbuje wynagrodzić to Staśkowi. Tak wypełniła pierwsze zadanie.

Kolejny cel to towarzystwo osoby pełnoletniej. Musiała działać szybko. Jedyną osobą, która przeszła jej przez myśl, była Mariola. Wolontariuszka pomagała innym, także w innych miastach. Jeśli Irmina porozmawiałaby z nią szczerze, to kobieta mogłaby się zgodzić. Zegar wskazywał już dwudziestą, nastolatka powinna znajdować się w Domu. Nie chciała wzbudzać podejrzeń, a mogłaby zostać przyłapana na łamaniu regulaminu, więc postanowiła wrócić.

Nazajutrz rano zadzwoniła do działaczki społecznej. Mariola zgodziła się na spotkanie. Dziewczyny stwierdziły, że najlepszym wyborem będzie pizzeria. Zamówiły tradycyjną pizzę i colę. Irmina zachwycała się smakiem potrawy, po czym przeszła do sedna. Tłumaczyła, że ma bardzo mało czasu. Mariola przez dłuższy czas milczała, wpatrując się w serwetkę, więc mieszkanka Domu już zaczynała wątpić, lecz nagle wolontariuszka zgodziła się, ale na własnych warunkach. Ustaliły, że nastolatka musi słuchać się starszej znajomej oraz zawsze mówić jej prawdę. Uzgodniły także termin wyjazdu — pojutrze. Następne zadanie zostało częściowo zrealizowany.

Dziewczyna rozpoczęła przygotowania. Spakowała wszystkie swoje rzeczy, nie było tego dużo, gdyż Dom nie otrzymywał ogromnej ilości odzieży dla wszystkich mieszkańców. Na dnie walizki umieściła kopertę z pieniędzmi. Teraz musiała przedostać się na zewnątrz z tym bagażem. To nie wydawało się łatwe, gdyż jedna z opiekunek miała swój gabinet przy drzwiach. Postanowiła więc po raz kolejny prosić o przysługę.

Wtargnęła do pokoju chłopaków. Zapomniała nawet o pukaniu. W pomieszczeniu zastała tylko Konstantego. Zależało jej na czasie. Wyjaśniła zatem koledze, co ma zrobić, lecz nie wyjawiła swoich dalszych planów. Chłopak od razu zgodził się i nie zadawał pytań.

Konstanty udał się do gabinetu opiekunki, powiedział jej, że boli go brzuch. Wychowawczyni natychmiast zaprowadziła siedemnastolatka do pielęgniarki. Irmina, korzystając z sytuacji, wybiegła na dwór razem z nieciężką walizką. Na wszelki wypadek do kieszeni włożyła kluczyk do siódemki.

***

Siedziały już w pociągu, bilet sporo kosztował. Dziewczynę trochę to zmartwiło, ale Mariola zapewniała, że będzie dobrze, choć wcale nie była tego taka pewna. Przecież zamierzały się spotkać z rzekomym bratem Irminy. Znały tylko lokalizację wrocławskiego lokalu. Wolontariuszka uświadomiła sobie, na co zgodziła się. Przychodząc w odwiedziny do Domu, obiecała sobie, że spełni marzenie choć jednego dziecka. Gdy nadarzyła się okazja, nie myślała logicznie…

— Boję się — nagle wyszeptała Irmina.

Podróż nie była uciążliwa, mimo że trwała aż cztery godziny. Niestety czekał je jeszcze szmat drogi. Dziewczyna wyjęła mapę, pierwszy autobus miał przyjechać dopiero za czterdzieści minut. Usiadły na ławce, Irmina cały czas trzymała w ręku zdjęcie, które zabrała z Domu. Nie mogła doczekać się spotkania, lecz jednocześnie przerażała ją myśl, że Teodor mógłby być już innym człowiekiem…

***

Po drugiej stronie ulicy znajdowała się kawiarnia Secret. Dziewczyny weszły do budynku. Był już wieczór, więc w środku roiło się od ludzi. Wnętrze lokalu okazało się przytulne. Beżowe ściany idealnie pasowały do drewnianych mebli. W centrum został umieszczony ogromny żyrandol z kryształami, nad kominkiem wisiał obraz, na którym dominowały ciepłe barwy. Przedstawiał lodowisko, a na nim szczęśliwą rodzinę. Nastolatkę wzruszyła ta scenka rodzajowa. Rozejrzała się wokół, panujący tu klimat zapewniała piękna muzyka. Jakiś chłopak grał na pianinie, a obok niego siedziała dziewczyna z gitarą, czekająca na swoją kolej. Irmina zachwycała się utworem, wykonywanym przez niezwykle utalentowanego chłopaka. Zamknęła oczy i oddała się melodii, dryfowała wśród marzeń. Yiruma River flows in you

Powoli, jeszcze wolniej płynie rzeka wewnątrz mnie.

Trzymając Cię, trzymając Cię.

To wewnątrz Ciebie, wewnątrz Ciebie płynie rzeka

Czekając, wciąż czekając, znajdę się tam?

Na jej ciele wystąpiła gęsia skórka, oddech przyspieszył… Już dawno nie czuła takiej fascynacji. Utwór był grany idealnie… Niestety nagle muzyka ucichła. Dziewczyna powiedziała, aby chłopak nie przestawał, lecz zagłuszyły ją oklaski. Odwrócił się by zobaczyć widownię, w tym samym momencie spotkali się wzrokiem i wiedziała, że to on. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy zobaczyła, że brat także ją rozpoznał. Po tylu latach potrafili zobaczyć w sobie dzieci. Podbiegli i padli sobie w ramiona. Dziewczyna wreszcie odkryła swój dom…

Ludzie twierdzą, że miłość jest ślepa, potrafią podawać miliony przykładów, aby potwierdzić swoją tezę.

Klara

Maria Tarasiuk

De profundis clamavi…

Z głębokości wołam do Ciebie, Panie,

o Panie, słuchaj głosu mego!

Nakłoń swoich uszu

ku głośnemu błaganiu mojemu!

Psalm 130 (129)


Śniła…

Jej twarz, blada, krucha, o zapadniętych policzkach, kontrastowała z czernią pościeli. Pod zamkniętymi powiekami krył się ból. Rozrzucone na poduszce długie, jasne włosy tworzyły wokół głowy swoistą aureolę.

Blade promienie świtu, wdzierające się przez szczeliny zasłon, eksponowały mocno zaciśnięte, jakby martwe usta. Smukła dłoń o długich palcach i alabastrowej skórze w agonalnym geście obejmowała ruiny wspomnień. Wątłym ciałem raz po raz wstrząsały spazmy płaczu, ale już dawno oczy stały się jałowe i pozbawione łez.

Każdorazowe dotknięcie albumu ze zdjęciami parzyło ręce niczym rozżarzone żelazo, przenikało duszę jak sztylet. Wtedy serce na chwilę zatrzymywało się, pogrążone w zadumie nad tym, co minęło, pragnęło ponownie doświadczyć złożoności uczuć TAMTEGO czasu, kiedy TO się wydarzyło…, by po chwili, uciekając przed TAMTYMI obrazami, wprawiać w drganie całe jej jestestwo. Czy jedynym sposobem, aby wyzwolić się od przenikliwego cierpienia było zaprzestanie percepcji świata? Umierała wiele razy, a każda śmierć poprzedzona była udręką.

TAMTA chwila ugodziła w mistyczny punkt, ku któremu zmierzają wszystkie siły, nadała wszechrzeczy nowy porządek, zrodziła ją na nowo, lecz to urodzenie stało się zgonem. Czuła się zawieszona we własnej czasoprzestrzeni, targana tragiczną samotnością, a umysł wiecznie odtwarzał TO.

Teraz znów przywoływała TAMTE sceny z największymi szczegółami. Powoli podniosła obolałe powieki, które ciążyły na zmęczonych, pustych oczach, automatycznie usiadła na brzegu łóżka, nogi opadły siłą bezwładności tak, że stopy brutalnie zetknęły się z chłodną powierzchnią podłogi.

Wspomnienia, chronione przez ciasne ściany albumu, osunęły się teraz na ziemię. Album otworzył się uwalniając kilka fotografii, ale Klara tego nie zauważyła. Jej jakby niewidzące oczy, utkwione były teraz w niezbadanym, odległym punkcie. Skierowała się do łazienki. Po raz kolejny odtwarzała rutynowe czynności niczym niekończący się film. Bezsilna dłoń odkręciła kran i z prysznica popłynęła lodowata woda, jednak dla niej ten dyskomfort nie istniał, mimo że fizyczny chłód wywoływał drżenie całego ciała. Przez ściekające strugi wody słyszała TAMTEN krzyk, na nieskalanej bieli ściany widziała TAMTĄ twarz z albumu, wielokrotnie, w różnych pozach utrwaloną na fotografiach.

Mózg Klary ewokował obrazy, ściana płakała szkarłatem krwi. Przerażający obraz, kontrastujący krwawą czerwienią z bielą łazienkowych kafelków, wdzierał się do najskrytszych obszarów jej kontrolowanych myśli, atakował także podświadomość.

Gasnące oczy patrzyły na nią. Próbowała uciekać. Krzyknęła, ale dźwięk, który wydobył się z jej ust był niczym wątły powiew wiatru, niczym ostatni, słaby, agonalny oddech.

Próbowała uciec od TYCH obrazów. Drżącą ręką chwyciła ręcznik i owinęła się nim, pozostawiając odkręcony kran. Szum lejącej się intensywnie z prysznica wody gonił ją, słyszała go w uszach jeszcze, gdy cała drżąca, z bijącym szaleńczo sercem opadła na sofę w kuchni. Mocno zacisnęła powieki.

— Mamo — szepnęła — nie zostawiaj mnie, błagam… mamusiu… nie odchodź!

Trwając tak jakiś czas w bezruchu, otworzyła oczy, mając nadzieję, że rzeczywistość zastąpi TAMTE wspomnienia. Chciała zaabsorbować umysł prostymi czynnościami, chociażby parzeniem kawy. Filiżankę z czarnym płynem uniosła do ust, rozkoszowała się intensywnym smakiem, wdychała kojący zapach. Przez chwilę czuła się naprawdę dobrze.

— Szczęście — pomyślała — to jedynie kruche, ulotne chwile pośród szarej monotonii codzienności i ciagłego cierpienia. Ciągłe, usilne poszukiwanie jego substytutów jest złudne. Im bardziej pragnęłam być szczęśliwa, tym większego doznawałam rozczarowania. Teraz już niczego nie oczekuję, absolutnie niczego.

Klara uśmiechnęła się lekko. Jej wyraz twarzy sugerował, że powoli powracała do rzeczywistości. Czyniła tak każdego dnia od momentu, gdy TAMTO się wydarzyło.

— Ile to już lat minęło? — usiłowała w myślach liczyć, choć dobrze wiedziała, ile czasu dzieliło ją od TAMTEGO dramatu, który brutalnie przerwał jej beztroskie, kolorowe, bajeczne i bezpieczne dzieciństwo.

Później był już tylko ten ponury dom dziecka, chłodny, szary, nędzny, nijaki, pełen dziwnych ludzi bez twarzy. W miarę wkraczania w dorosłość Klara coraz bardziej przekonywała się, że stał się on metaforą całego jej życia. Świat pełen był ludzi, którzy w pogoni za ulotnym szczęściem, kierowani wiecznym egoizmem mijali ją z obojętnością. Ona sama też zresztą już od dawna przyzwyczaiła się do pozostawania niezauważoną.

— Gdyby żyła mama — westchnęła.

Przyjazna twarz matki stawała się coraz odleglejsza, aż całkowicie zniknęła, zastąpiona obrazami DOMU, który NIGDY NIE STAŁ SIĘ JEJ DOMEM.

Spojrzała w lustro wspomnień. Ciemne, przerażone oczy dziesięcioletniej dziewczynki kontrastowały z alabastrową cerą i starannie uplecionymi warkoczykami, zakończonymi bajecznie kolorowymi wstążkami. Ostatni raz tak uczesała ją mama, zanim TAMTEGO dnia odeszła na zawsze. Kobieta o zmęczonych oczach i szarej twarzy, na której widoczne były ślady długotrwałego napięcia i stresu bacznie obserwowała ją, stojąc w świetle drzwi. Ona sama, pogrążona w bólu rozdzierającym dziecięce serce, nie była świadoma jej obecności. Dopiero donośny głos, który gwałtownie przebił się przez barierę otaczających ją ze wszystkich stron demonów, przywrócił małej Klarze świadomość rzeczywistości.

— Musisz dostosować się do panujących tu warunków- mówiła oschle kobieta, a głos ten stanowił absolutne przeciwieństwo ciepłego, serdecznego głosu mamusi.

— Zostaniesz tu aż do ukończenia osiemnastego roku życia — kobieta o zmęczonych oczach i ziemistej twarzy wyrażała się oficjalnie, tonem referencyjnym, pozbawionym emocji, kategorycznym, po czym oddaliła się przy akompaniamencie miarowych uderzeń pozbawionych subtelności, prawie męskich, brązowych mokasynów, dopełniających resztę jałowego stroju złożonego ze spódnicy w kratę nijakiego kroju i fasonu, szaroburej koszuli zapinanej na guziki oraz długiego, wełnianego czarnego swetra z kieszeniami.

***

Klara wciąż przyglądała się swojej twarzy, samotna łza wyznaczyła na jej gładkim policzku lśniącą trajektorię bólu. I chociaż był to dla niej swoisty rodzaj autodestrukcji nieustannie powracała do jednej strony albumu, gdzie znajdowały się trzy zdjęcia. Tylko tyle chwil uchwycono w kadrze na przestrzeni ośmiu lat pobytu w sierocińcu. Było tam coś jeszcze, ten zwitek papieru, którego treść podzieliła jej życie na „przed” i „po”. Stał się on lekturą obowiązkową pośród wielu bezsennych nocy — wtedy, w domu dziecka i teraz, w dorosłym życiu. Ze zdjęć spoglądały na nią martwe twarze, martwych dzieci. UMARŁY DOM DZIECKA. Dom, którego nie ma. Wspomnienie zaduchu i stęchłego zapachu, obskurnej kuchni, parujących ziemniaków, wrzącego krupniku, twardych łóżek, obdrapanych ścian i wysłużonych zabawek — symboli dziecięcej nędzy i poniżenia.

Klara powoli unosiła wzrok znad albumu, lustrując nim wnętrze swojego nowoczesnego mieszkania. Panował w nim idealny porządek, harmonia i estetyka tkwiąca w minimalizmie. Ściany pozbawione były obrazów, ich gładka struktura emanowała chłodem. Brak jakichkolwiek przedmiotów użytkowych i ozdobnych uniemożliwiał identyfikację tożsamości właścicielki mieszkania.

PIĘKNY MARTWY DOM.

Uosabiał jej wieczną obsesję męczennicy, której nie była w stanie wyciszyć nawet gorliwość pracoholiczki. Klara wracała do domu zazwyczaj późnym wieczorem. Latem jej drodze do domu towarzyszyły ostatnie krwawe promienie słońca, jesienią i zimą powracała w zupełnej ciemności. Tak mijały kolejne lata. Głębia mroku bezkresnego, nieprzeniknionego i okrytego świętą tajemnicą wieczornego nieba fascynowała ją i przerażała, a krwawa łuna, przywodząca na myśl najświętszą krew jej drogiej matki, symbolizowała zabite nadzieje. Zresztą całe jej życie, od kiedy TO się stało oparte było na sprzecznościach.

Wydawało się jej, że jest jakąś potworną syntezą Chrystusa i Szatana. Chrystus z TAMTEGO krucyfiksu spoglądał na nią martwymi, zgasłymi oczami, a bezwładnym opuszczeniem głowy sugerował bezradność wobec tego, co się stało, jednocześnie w błagalnym pragnieniu przebaczenia wznosząc ramiona ku stalowej próżni nieba. Niemy świadek zbrodni nawiedzał ją w snach, wkraczając w interferencje szarych, smętnych obrazów z sierocińca. Tam pojawiał się w mrokach obskurnego pokoju, siadał na wyblakłym kocu, zarzuconym niedbale na żelazne łóżko, przychodził, by rozświetlać jej martwe serce nową nadzieją, ale po chwili to serce jeszcze mocniej zaczynało krwawić.

TAMTEGO DNIA Klara nie widziała krwi, nie słyszała krzyku, ale jej świadomość dogłębnie przeniknęły ich przeraźliwe wyobrażenia, które utrwaliły się szczególnie od czasu, gdy uczestniczyła w wizji lokalnej. Wciąż siedziała na sofie z podkurczonymi nogami.

— Która to już godzina — szepnęła, poprawiając ręką świetliste fale włosów. Spojrzała na zegarek, który nieubłaganie sugerował, że najwyższy czas wyjeżdżać do pracy. Od czasu, kiedy przejęła stanowisko szefowej dużego działu zdawała sobie sprawę, że może sobie pozwolić na kontrolowane spóźnienia, dlatego nadal pozostawała w bezruchu, upajała się chwilą, która ją niszczyła, pozwalała nadać majestat swemu cierpieniu. Przejrzysty lazur nieba oszałamiał ją swoją nagością, obłoki miały w sobie coś z niewinności dzieciństwa, od którego nieustannie uciekała, a swoją nikłością i ulotnością naśladowały jej emocjonalną niestabilność.

Wyblakłe, okolone białymi rzęsami, pozbawione wyrazu oczy spoglądały na nią ze złością przy akompaniamencie przenikliwych wrzasków MARTWYCH DZIECI z UMARŁEGO DOMU.

Te oczy goniły ją, dopadały, przybijały gwoździami do krucyfiksu. To spojrzenie raniło ją dotkliwiej niż słowa. Stanowiło ono kwintesencję nienawiści i pogardy, które przytłaczały ją swym ogromem.

— Wariatka… wariatka… wariatka! — głos Obleśnego Maćka uderzał w najgłębsze obszary jej podświadomości. Obleśny Maciek był liderem w grupie, bożyszczem rówieśników i ulubieńcem wychowawców. Treści jego słów budowały i utrwalały paradygmat relacji w sierocińcu. Nikt nie śmiał mu się sprzeciwić. W oczach i umysłach rówieśników racje Maćka stanowiły doskonałą, niemal platońską syntezę dobra, piękna i prawdy, a te z kolei antytezę jego odrażającej fizjonomii. Skrzekliwy głos Maćka, przywodzący na myśl zwierzęce rżenie, interferował, drgał, wibrował, tworząc potworną synestezję urywanych semantycznych znaczeń z funkcją fatyczną języka. Odraza i gniew, w jaką wprawiało Klarę samo jestestwo Maćka, ciążyły na niej, powodując permanentny, fizyczny dyskomfort. Przenikliwa kakofonia dzwięków, która zawisła pomiędzy tym odrażającym bytem a Klarą, zdawała się przyjmować uciążliwą gęstość. Pragnąc przeciąć jej istność, uniosła drżącą dłoń o smukłych palcach ku górze, by całą siłą, wygenerowaną z wątłego ciała kruchej istoty, wymierzyć sprawiedliwość na ziemistej twarzy chłopaka. Ostatnie wykrzyknięte przez niego słowo uleciało w próżnię, odepchnięte jej gorliwym wysiłkiem. Przez chwilę poczuła okrutny uścisk twardej ręki wroga, okalający jej drobny nadgarstek, zdający się miażdzyć jej kości. Ołowiany ciężar, zgniatający jej gardło tłumił błagalne wołanie:

— Mamusiu, pomóż mi!

Jej popadało w ataraksję. Obrazy stawały się coraz bardziej rozmyte, by w końcu ustąpić nieprzeniknionej ciemności, głosy oddalały się, finalnie przechodząc w przytłaczającą ciszę. Kończyny Klary stawały się bezwładne, a jej kruche ciało bezsilnie opadło na twardą, chłodną powierzchnię. Była już wtedy zupełnie spokojna i bardzo, bardzo zmęczona. Cienkie niczym skrzydła zranionego motyla, pokryte cienkimi żyłkami powieki okryły lśniące od łez, czarne oczy męczennicy. Obudziła się dopiero w pokoju lekarskim. Ponury półmrok. Postacie, przedzierające się przez gęstą ciemność jej świadomości, początkowo zdawały się być białymi aniołami. Nie pamiętała, dlaczego się tu znalazła. Rozpaczliwie wzywała mamę, ale jej szloch utonął w lodowatej bieli ścian pokoju lekarskiego. Wtedy przypomniała sobie TO i przeraźliwie, niczym ranione zwierzę, zawyła. Znalazła się ponownie w TAMTYM miejscu. Znów ponury półmrok, gromnice jarzyły się tępym blaskiem, na próżno usiłując przeniknąć tajemnicę eschatologii. Rozpięty na krzyżu Chrystus, niemy świadek zbrodni, bezradnie zwiesił głowę nad leżącą u jego stóp martwą kobietą. Świetliste fale włosów kobiety rozrzucone były bezładnie, tworząc kompilację wzorów na posadzce kościoła. Jej ciemne oczy ukryte były za cienkimi jak skrzydła ranionego motyla powiekami. Długie, smukłe palce dłoni, zaciśnięte były w agonalnym geście, pozbawione sił witalnych. Ostatnie siły umysłu umierającej kobiety skoncentrowały się na czekającej w domu najukochańszej istocie — dziesięcioletniej córeczce.

Teraz ta dziewczynka patrzyła w oczy bezdusznych pracowników domu dziecka.

DOMU, KTÓRY NIGDY NIE STAŁ SIĘ JEJ DOMEM.

Klara obrysowywała purpurą kontur swych bladych ust, a czernią oczy. W ten sposób każdego dnia stwarzała siebie na nowo, zmartwychwstawała. Ułożyła jasne włosy, opadające jej falami na ramiona. Założyła elegancką garsonkę, spojrzała w lustro, ujrzała dumnie prezentujący się wizerunek szefowej.

Nagle za sobą zobaczyła TAMTĄ twarz, zastygłą w ostatnim paroksyzmie bólu. Po chwili wyrazistość tej twarzy uległa zatarciu, przechodząc w ziemistą, szarą, odrażającą gębę Obleśnego Maćka z sierocińca, by wreszcie powrócić do obrazu własnego, obrysowanego starannym makijażem oblicza. Opadła bezsilnie na kolana, pozostając dłuższą chwilę bez ruchu, w tej nienaturalnej pozycji, z pustym spojrzeniem, wygenerowanym przed siebie. Jej delikatna, niemal anorektyczna dłoń błądziła bezwiednie po powierzchni miękkiego, puszystego dywanu, w poszukiwaniu jakiegokolwiek punktu oparcia. Z bólem całego ciała i duszy doczołgała się do swego sanktuarium, gdzie trzymała najświętszy przedmiot — album ze zdjęciami. Rozedrganymi palcami odnalazła niepozorny zwitek papieru, przyczynę swego męczeństwa, bólu i obsesji. Jego struktura wypalała teraz piętno na subtelne skórze. Włożyła ów przedmiot do kieszeni eleganckiego żakietu. — Najwyższy czas, by wyjść do pracy, wykonać swoje rutynowe powinności — pomyślała Klara — po raz kolejny doskonale odegrać rolę pełnej twórczych pomysłów, świadomej swych obowiązków, zdyscyplinowanej i odpowiedzialnej za innych szefowej, jak co dzień założyć maskę, pod którą nikt nie pozna mojej prawdziwej tożsamości męczennicy. Nikt nigdy się nie dowie… nikt. Przed wyjściem z domu wykonała kilka ostatnich czynności…

***

Dźwięk jej obcasów wdzierał się we wszystkie zakamarki śpiącego kościoła. Rozlegał się echem, którego przenikliwość odczuwalna byłą niemal fizycznie. Klara, wbrew jej wcześniejszym obawom, była zupełnie spokojna. Oglądała następującą po sobie sekwencję obrazów — kadr po kadrze. Byłą tam gęba Obleśnego Maćka z UMARŁEGO DOMU, KTÓRY NIGDY NIE STAŁ SIĘ JEJ DOMEM, wyblakłe, udręczone twarze opiekunów sierocińca, posępne, złowrogie oblicze wychowawczyni, która powitała ją TAMTEGO dnia i blada, przerażona buzia dziecięcioletniej dziewczynki z warkoczykami, po raz ostatni uczesanymi przez mamę.

Klara stanęła na wprost krucyfiksu. Bezwiednie sięgnęła do kieszeni… litery zawirowały jej przed oczami.


BRUTALNE MORDERSTWO W KOŚCIELE. „Do brutalnego morderstwa doszło w sobotę około godziny 11.00 (…) Zraniona nożem przez napastnika (…) Napastnika ujęto (…) kobieta zmarła w szpitalu (…)”


Zwróciła oczy ku górze… z krucyfiksu patrzyła na nią blada, martwa twarz MATKI. Klara stała w bezruchu. Zamknęła oczy by uwolnić przestrzeń wyobraźni. Po chwili wolno, z rozmysłem i w pełni świadomie skierowała się ku schodom, wiodącym w miejsce, gdzie co niedzielę zbierał się chór, by donośnym, pełnym majestatu głosem wielbić Boga, w którego ona już od dawna przestała wierzyć. Niewidzącym wzrokiem ogarnęła przestrzeń świątyni. Zwitek papieru wysunął się z jej bezwładnej dłoni, by z wolna opaść na mozaikową posadzkę

Milka

Karolina Maciak

Trwała najgorsza pora roku. Na dworze wiał silny wiatr, a na ziemi leżały olbrzymie pasma bieli. Pod pokrytym śniegiem drzewem siedziała ona. Była przemoczona i przemarznięta, ale nie zwracała uwagi na zimno. Właściwie nie skupiała się na żadnej rzeczy, osobie bądź czynności. Beznamiętnie patrzyła na otaczający ją świat, na niczym dłużej nie zatrzymując wzroku. Czas mijał, a dla niej wszystko wciąż wyglądało tak samo. Przed jej oczami ciągle przewijali się ludzie. Tak różni i podobni zarazem. Jedni się spieszyli, inni w spokoju przemierzali ścieżki parku, ale coś ich łączyło. Każdy zajmował się tylko sobą i swoim szczęściem. Niektórzy ją zauważali. Przypatrywali się jej przez chwilę, po czym odwracali swoje spojrzenie i dalej szli w swoją stronę. Nie żeby ją to interesowało. Nic jej nie ciekawiło i na niczym jej nie zależało. Nie miała rodziny, a jej własne zdrowie i życie było dla niej warte tyle co zeszłoroczny śnieg.

Mijały minuty, które powoli zmieniały się w godziny, a ona wciąż siedziała na mrozie. Jej głowa stawała się z każdą chwilą coraz cięższa. Jakiekolwiek myślenie przychodziło jej z ogromnym trudem. Kilka razy traciła przytomność. W pewnym momencie wydawało jej się, że ktoś do niej podchodzi. Nie potrafiła rozróżnić czy to rzeczywistość, czy tylko sen. Całość zlewała się w jedną wielką plątaninę obrazów i dźwięków. To nic. Jeśli to tylko złudzenie, chcę w nim trwać dalej i nigdy nie wrócić do świata realnego. Po raz pierwszy od dawna nie czuła się martwa. Mocniej zacisnęła powieki z obawy, że gdy tylko lekko je uchyli, wszystko wróci do normy. Bała się, że znów zostanie pustą skorupą.

Ze snu wybudziła się wraz z pierwszymi promykami słońca. Po raz pierwszy, odkąd zakończyła się jesień, nie czuła chłodu. Jego miejsce zastąpiło przyjemne ciepło. Leżała na czymś miękkim. Było jej bardzo wygodnie. Rozluźniła się, przymknęła oczy i nie wiadomo kiedy znalazła się w objęciach Morfeusza.

Obudził ją hałas. Ciche skrzypnięcie drzwi. Zareagowała odruchowo. Wstała i spojrzała w stronę wejścia do pokoju. Ku niej zbliżała się olbrzymia postać. Z pokrytej plamkami głowy wyrastały jej ciemne włosy. Dotarcie na posłanie obok zajęło nieznajomej zaledwie parę sekund. Obca, jak ją nazywała w myślach, otworzyła usta i starała się coś przekazać, jednak do uszu Milki dochodził niezrozumiały ciąg wyrazów. Obca próbowała jej dotknąć, ale Milka odsunęła się w najdalszy kąt pokoju. Nie ufała jej ani trochę. Ciemnowłosa nie ponawiała próby. Zamiast tego usiadła na skraju łóżka. Spojrzała na swojego gościa i zaczęła opowiadać. Milka, dla której płynący potok słów układał się w jeden wielki bełkot, uznała, że nieznajoma ma całkiem przyjemny dla ucha głos. Ułożyła się wygodnie na poduszce i znów zapadła w sen.

Tym razem, gdy się obudziła, była sama… i bardzo głodna. Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała coś w ustach. Wydawało się jej, że ostatnio jadła całe wieki temu. Nabrała głębiej powietrza, a do jej nozdrzy dotarł smakowity zapach. Rozejrzała się. Jej spojrzenie szybko natrafiło na jedzenie leżące przy łóżku. Nie zastanawiając się wcale, zabrała się za posiłek. Dawno się tak nie najadła. Jeśli to sen, chciała pozostać w nim na zawsze. Kiedy skończyła, ruszyła na oględziny miejsca, w którym się znalazła. Znajdowała się w jasnym pokoju. Ściany były pomalowane tylko na jeden kolor. W pomieszczeniu stało niewiele mebli. Całość prezentowała się raczej skromnie. Nuuuda. Odwróciła się i zaczęła powoli iść w stronę łóżka. W tym momencie otworzyły się drzwi. Do środka wpadła ta dziewczyna, którą widziała wcześniej. I jeszcze ktoś. Ta druga osoba miała strasznie jasne włosy i ciemne oczy, a na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Wyglądała całkiem przyjaźnie. Milka, wiedziona ciekawością, powoli zbliżyła się do niej… i szybko tego pożałowała. Otóż, gdy tylko znalazła się na wyciągnięcie ręki, nieznajoma zakleszczyła ją w uścisku. Milka próbowała się wydostać, ale brakowało jej siły. Gdy tylko uścisk się rozluźnił, w tempie ekspresowym pognała jak najdalej. Przez następne parę godzin nie pozwalała nikomu się do siebie zbliżyć. Ciekawe, dlaczego?

Następne dni mijały wedle nowo przyjętego schematu. Gdy się budziła, przebywała sama w pokoju. Przy łóżku leżało naszykowane śniadanie. Jadła je ze smakiem. Potem zaczynała się najnudniejsza część dnia. W tym czasie albo spacerowała po pokoju, albo siedziała na łóżku i pogrążała się w myślach. Jakiś czas później wracała ciemnowłosa. Wspólnie spędzały czas i opowiadały rozmaite historie. Mimo, że nic nie rozumiała, to właśnie ten punkt dnia Milka lubiła najbardziej. Uwielbiała oglądać uśmiech koleżanki i słuchać jej głosu. Czasem zdarzało się, że brunetka nie miała humoru. Wtedy Milka przytulała ją i szeptała słówka pocieszenia. Szybko stały się dla siebie najbliższymi przyjaciółkami. Parę godzin później do pokoju wracała wiecznie uśmiechnięta jasnowłosa. Mimo niezbyt dobrego pierwszego wrażenia, Milka szybko ją polubiła. Ale i tak zwykle przed nią uciekała. Tak dla zasady. Jak ona uwielbiała się droczyć z innymi…

Czas mijał w zawrotnym tempie. Styczeń zamienił się w luty, luty w marzec, a on w kwiecień. W końcu nadszedł początek maja. Przez ten czas ciemnowłosa wraz z Milką stały się niemal nierozłączne. Wspólnie spędzały czas wolny. W ułamku sekundy potrafiły rozszyfrować nastrój tej drugiej. Wszystko układałoby się pięknie, gdyby nie jedno. Od dłuższego czasu ciemnowłosa gorzej się czuła. Na początku nie dolegało jej nic poważnego, zwykłe kichnięcia raz na jakiś czas. Z czasem objawy się nasiliły i doszło do tego łzawienie oczu. Milka podejrzewała, jaka może być przyczyna choroby przyjaciółki, jednak nic nie mówiła. Sama starała się odrzucić tą myśl. Jednak im więcej czasu upływało, tym jej hipoteza wydawała się być bardziej prawdopodobna. Kluczowym momentem okazał się drugi tydzień miesiąca. Brunetka, mimo złego samopoczucia wyszła gdzieś z wielką walizką. Wróciła dopiero po kilku dniach. Wyglądała o wiele lepiej. Chyba wyzdrowiała. Wtedy Milka była już niemal pewna. Jej obawy potwierdziły się następnego dnia rano. Ciemnowłosa miała wysypkę i ciągle kichała. I wtedy Milka straciła wszystkie wątpliwości. To jej wina. To przez nią jej przyjaciółka, osoba, która sprawiła, że przestała tylko egzystować, a zaczęła żyć, cierpi. Przez zaledwie parę miesięcy ta dziewczyna stała się dla niej najcenniejszym skarbem i dlatego nie mogła patrzeć na jej ból. Podjęła najtrudniejszą w swoim życiu decyzję.

Kiedy następnego ranka jasnowłosa dziewczyna wychodziła z pokoju, Milka po cichu wyślizgnęła się za nią. Przez dłuższy czas błądziła po korytarzach starego budynku, szukając właściwej drogi. Cały czas uważała, by nikt jej nie złapał. W końcu dotarła do wyjścia. Pospiesznie opuściła mury budynku. Było zimno i padał deszcz. Tylko śniegu brakuje, pomyślała, a na jej pyszczku błąkał się smutny uśmiech. Miała przeogromną ochotę wrócić do środka, ale wiedziała, że już nie może zmienić zdania. Tak będzie lepiej. Odeszła parę kroków, po czym odwróciła się i spojrzała za siebie. Dziękuję. Weszła na jezdnię. Akurat jechał samochód. Kierowca nie zdążył zahamować. Na ulicy widniała spora kałuża krwi.

Następnego ranka w lokalnej gazecie w małej rubryczce, gdzie zwykle nikt nie zagląda, można było przeczytać krótką notkę o przejechanym przez samochód kocie.

Nikodem

Alicja Wentykier

Był już nawet bliski zaśnięcia, jednak rządzące tym światem prawa oraz egzekwujący je budzik chciały czego innego. Swoje pragnienia przedstawiły niezwykle jasno za pomocą rozpoczęcia rozdzierającego uszy koncertu, słyszalnego pomimo narzuconej na jego głowę kołdry.

Pogodzenie się ze świadomością, że godziny powszechnie uważane za odpowiednie na sen minęły, pozbycie się pościeli z głowy oraz uciszenie hałaśliwego urządzenia wydawać by się mogło najsensowniejszym ciągiem czynności, jaki należałoby w tym momencie wykonać; było także tym, co zrobił z dość znikomą werwą chłopak. Zwieńczone zostało jednak jeszcze jedną rzeczą. Przeciągłym jękiem, po jakim jego wykonawca opadł na materac, mrużąc oczy i krzywiąc się ze świadomością, że za dwie minuty budzik zadzwoni ponownie, tym razem już nie dając mu możliwości odsunięcia poprzez drzemkę nieuchronnego momentu, w którym będzie zmuszony zwlec się z łóżka.

— Ja pieprzę — sarknął, zakrywając twarz przedramieniem. — Nie.

Przedmioty martwe mają jednak to do siebie, że raczej nie słuchają próśb, modlitw ani błagań. Po prostu robią to, co do nich należy. A do obowiązków budzika należało poranne przypominanie o istnieniu świata poza łóżkiem.

Chłopak odsunął rękę i spojrzał ponurym wzrokiem zabójcy na telefon, który odważył się rozpocząć kolejny muzyczny popis. Ustawianie na pobudkę lubianych piosenek, mające na celu uczynić zrywanie się z łóżka nieco przyjemniejszym, nie działało tak, jak działać powinno. Właśnie znienawidził kolejny utwór. Gdyby nie to, że urządzenie potrafiło być czasem przydatne w sposób milszy niż zmuszanie do wygrzebywania się z pościeli, zapewne wylądowałoby w tym momencie na ścianie.

Chłopak miał niesamowitą ochotę z powrotem mieć wszystko gdzieś, zgłosić nieprzygotowanie do dzisiejszej egzystencji i zaszyć się z powrotem pod ciepłą pościelą. Konflikt następował w momencie, w którym przypominał sobie, że oprócz swoich pragnień pod uwagę zmuszony jest wziąć również wymagania swych opiekunów.

Z siłą nieco większą, niż potrzebną do wyłączenia alarmu, zakończył go. Kilka sekund zajęło mu zmuszenie się do zajęcia pozycji siedzącej, a kolejne kilkanaście — całkowite opuszczenie łóżka.

I dalej nie był co do podjętych akcji przekonany. Zwłaszcza że zarówno jego oczy, jak i całe ciało protestowały przeciw rozpoczynaniu kolejnego dnia po nocy, której przeważająca część polegała nie na spaniu, a na bezefektywnym wgapianiu się w sufit oraz wiciu się w pościeli.

Trudno o nazwanie następnej godziny w jego życiu godziną produktywną, był z niej jednak w pewnym stopniu dumny. W końcu nie tylko ubrał się w ogólnie aprobowane poza sypialnią ciuchy, ale także zmusił się do przeczesania włosów i umycia zębów. Kilka minut zajęło mu wpatrywanie się w szczoteczkę, nim wreszcie sięgnął po nią i wymusił na swej dłoni wykonanie odpowiednich ruchów.

Podczas przygotowywania kanapki przez głowę przeleciało parę zastosowań noża odmiennych niż krojenie chleba. Zaraz za owymi ideami poleciało kilka przekleństw, kiedy zamiast na chleb natrafił ostrzem na swój palec.

Przekleństwa okazały się nieco bardziej werbalne niż jego poprzednie myśli. Ale to nie tak, że w kuchni znajdował się ktokolwiek, kto mógł mieć coś przeciw.

Motywacja do przyrządzenia pełnowartościowego posiłku uleciała z chłopaka, nim jeszcze na dobre zagnieździła się w jego umyśle, przez co ostatecznie w momencie wrzucania kanapki do plecaka nie zawierała ona niczego oprócz chleba.

Następne kilkanaście minut zajęło mu odnajdywanie chęci do odszukania swoich butów w zabałaganionym przedpokoju oraz założenia ich. Samo zrobienie tego, przerywane momentami pustego wpatrywania się w ścianę, trwało drugie tyle. Wreszcie jednak udało mu się z sukcesem zakończyć tę czynność i chwilę później drzwi domu dziecka zatrzasnęły się za jego plecami.

Padało, ale wracanie się po parasol przerastało jego chęci. Spacer do szkoły w tempie na tyle prędkim, by nie zmoknąć kompletnie zresztą także jakoś mu się nie widziało. Dlatego po dotarciu do celu następna wędrówka do odpowiedniej klasy pozostawiła za sobą ślad w postaci wody cieknącej z jego włosów, tenisówek oraz dosłownie wszystkiego. Podczas pokonywania schodów miał moment, w którym był niedaleki bliskiego spotkania z podłogą i pozostawienia na posadzce nie tylko wody, ale również w pewnym stopniu swojej godności, jakimś cudem udało mu się jednak utrzymać równowagę i bezpiecznie zejść piętro niżej.

— Czeeeść, Nik! Nikodem! Cześć!

Wzdrygnął się, usłyszawszy rozlegający się ponad jego głową głos pełen entuzjazmu.

Przybyły kolejne trudności. Odziane w zielenie, irytujące i naruszające jego przestrzeń osobistą samym swoim istnieniem.

Postanowił uniknąć ich poprzez przyspieszenie kroku i udanie się do swojej sali, która była parę kroków przed nim, niezwykle okrężną drogą. Było to głupie, zwłaszcza zważywszy na ilość pozostawianej przez niego na podłodze wody, ale mógł w ten sposób uniknąć niechcianych interakcji społecznych z Felicją, zdecydowanie zbyt dla niego radosną.

Większość rozmów z nią mógł równie dobrze określić jako jej monologi urozmaicone jego niechętnymi, składającymi się z maksymalnie kilku słów wypowiedziami. A to, że ich nielicznych dłuższych konwersacji nie wspominał ze swoją zwyczajową nienawiścią, nie znaczyło, że wyczekiwał kolejnych. Jej nadmierny optymizm był niekomfortowy.

W swoim pierwotnym planie miał zamiar włóczyć się po powoli wypełniającej się uczniami szkole, aż nie rozlegnie się dzwonek na lekcje. Włóczenie się po powoli wypełniajacej się uczniami szkole miało jednak pewien minus — coraz więcej przybywających uczniów.

Skończył więc w łazience na drugim piętrze i przesiedział tam pozostały mu do fizyki kwadrans. Następny zaś, już w pracowni fizycznej, spędził na rozmyślaniach nad marnością ludzkiej egzystencji oraz wzorem na energię kinetyczną. Dwa kolejne na wpół przespał, usiłując zrozumieć choć ćwierć tego, co pojawiało się na tablicy.

Wybudził go dzwonek. Dzwonek informujący, że czas przedrzeć się przez korytarz, wypełniony przerażająco dużą liczbą osobników ludzkich, w celu dotarcia na halę gimnastyczną, na której to czeka go, zapewne, uciekanie przed piłką. Oraz innymi ludźmi.

Kilkanaście szturchnięć wymienionych z przemierzającymi ciasne korytarze uczniami oraz jedną zignorowaną przez niego machającą w zapale Felicję później szczęśliwie trafił na miejsce i odetchnął z ulgą. Spokój był jednak chwilowy, bo w końcu piłka do koszykówki sama dwutaktu nie wykona i piątki nie otrzyma.

Nikodem zresztą także nie, ale dla nauczyciela nie był to żaden argument. Dlatego też resztę lekcji tego dnia chłopak spędził z otrzymanym od pielęgniarki szkolnej lodem na skroni.

Nie miał zbyt wiele przeciwko, zwłaszcza że było to dostateczne usprawiedliwienie, aby siedzieć cicho w kącie klasy, wyglądać na zbolałego i mieć święty spokój. Przetrwał w ten sposób sześć następnych godzin oraz wędrówkę do wyjścia ze szkoły trasą możliwie najmniej zaludnioną.

Deszcz nie przestał padać, więc na jego głowę trafił kaptur ciemnej bluzy. Tenisówki wydawały pluskający dźwięk z każdym jego krokiem, co po kilkudziesięciu metrach zaczęło go irytować; przyspieszył. Przeszedł na drugą stronę ulicy i był już całkiem bliski możliwości zaszycia się w swoim pokoju, kiedy usłyszał swoje imię.

— Hej Nik! Poczekaj!

Zacisnął powieki, pod nosem fukając bliżej nieokreślone przekleństwo. Felicja w ogóle nie wpisywała się w jego definicję spokojnego powrotu do domu. Zaczął iść jeszcze prędzej, ignorując głośne kroki dziewczyny, widocznie biegnącej w jego stronę przez kałuże.

— Nikode…!

Klakson.

Uderzenie.

Jakiś krzyk.

Dopiero wtedy się odwrócił.

Ulicę zasłaniał mu samochód oraz wianuszek gapiów zbierający się obok. Widział, jak ktoś wyciąga telefon i dzwoni — najpewniej po karetkę. Nie słyszał jednak, o dziwo, nic.

Nic prócz szumu w uszach i Felicjowego hej, Nik!.

Niemalże przewrócił się podczas próby wykonania kroku w stronę zbiegowiska — nie przewidział, że jego nogi, jeszcze chwilę temu prowadzące go ku Floriańskiej, teraz nie będą zdatne do użytku przez nieopanowane drgawki. Które, co także go zdziwiło, nie dotyczyły jedynie nóg, ale również całego jego ciała.

Zmusił się do powolnego udania się w kierunku samochodu, jednocześnie obejmując swoje ramiona, aby powstrzymać nieco drżenie.

Nie wiedzieć czemu, widział jak gdyby przez mgłę. To chyba deszcz.

Przedarł się przez tłum; kilka osób otworzyło usta i prawdopodobnie zwróciło mu uwagę, ktoś położył mu dłoń na ramieniu, a kto inny nawet chwycił za nadgarstek, jednak odepchnął wszystkich.

Klęknął przy Felicji. Kałuża obok niej miała lekko czerwoną barwę.

Siłą woli przestał zaciskać dłonie na swoich ramionach i powoli, niezdarnie wyszukał nadgarstek dziewczyny. Przycisnął. Trochę za mocno. Potrzebował chwili, by zrobić to dobrze.

I kolejnej chwili, żeby upewnić się w tym, co czuł.

Rano miał ochotę zgłosić nieprzygotowanie do egzystencji; teraz czuł, jak bardzo nieprzygotowany był do śmierci. Do śmierci, która nawet nie była jego.

Felicja

Weronika Tokarska

Gdy Felicja otworzyła oczy, była piąta trzydzieści sześć. Mimo że budzik w jej pokoju był nastawiony na szóstą dwadzieścia, ona od kilku dni budziła się prawie godzinę przed nim. Nie lubiła bezcelowo leżeć w łóżku, więc od razu wstała, starając się być jak najciszej, by nie obudzić swojej współlokatorki, Żanety.

Wyszła spod kołdry, stanęła na posadzce, skrzywiła się przez zimno, jakie uderzyło ją w nagie ramiona i bose stopy, i przeciągnęła się.

Ciekawe, co przyniesie nowy dzień?

Podeszła do drewnianej komody, stojącej przy ścianie naprzeciwko łóżek, i powoli otworzyła swoją szufladę, by przypadkiem nie zaskrzypiała. Wyjęła z niej ubrania, które chciała dziś na siebie założyć, w tym zieloną spódnicę do kostek i swoją ulubioną jasnozieloną koszulkę. Wyszła z pokoju, delikatnie zamknęła za sobą drzwi i przeszła cicho do łazienki na końcu korytarza.

Stanęła przed starym, troszeczkę brudnym lustrem i przeciągnęła się jeszcze raz. Przyjrzała się sobie: jasne suche włosy sięgające do ramion, duże brązowe oczy, mały nos, trochę odstające uszy i usta bez przerwy ułożone w uśmiech.

Szybko się umyła, by do końca się rozbudzić, i zaczęła energicznie rozczesywać włosy. Zrezygnowała dziś z kucyka i zostawiła je rozpuszczone. Następnie wzięła się za mycie zębów. Kiedy skończyła, wróciła cichutko do pokoju, usiadła na łóżku i oparła się o ścianę. Budzik (w kształcie kotka, co zapewne nie służyło zbyt dobrze Żanecie) wskazywał piątą pięćdziesiąt trzy. Z braku czegokolwiek innego do roboty wzięła z biurka stojącego przy łóżku komiks o pewnym miliarderze w niezwykłej zbroi, niedawno pożyczony od koleżanki ze szkoły, i zabrała się za czytanie.

Podniosła znad pełnych akcji stron głowę dopiero, gdy zadzwoniła radosna muzyczka, obwieszczająca czas na pobudkę. Spojrzała na Żanetę i uśmiechnęła się ciepło, widząc dziewczynę powoli otwierającą oczy i sięgającą ręką do budzika. Felicja wiedziała, jak bardzo wpłynęła na jej współlokatorkę ostatnia historia, więc nie zmuszała jej do żadnej poważnej rozmowy ani nie forsowała do wyżalenia się. Miała nadzieję, że kiedy Żaneta będzie gotowa, uzna, że to właśnie z Felicją będzie chciała o tym porozmawiać. Uważała Żanetę za przyjaciółkę i zawsze była przy niej oraz dla niej. Nawet jeśli oznaczało to długie momenty milczenia i krótkie rozmowy o niczym.

Po chwili Żaneta wstała i przeczesała palcami swoje brązowe włosy. Rozejrzała się po pokoju. Ostatecznie zatrzymała spojrzenie na Felicji, której uśmiech zrobił się jeszcze cieplejszy.

— Cześć — powiedziała cicho Felicja. — Jak się czujesz?

— Hej — Żaneta przywitała się i umilkła w celu uniknięcia odpowiedzi na pytanie.

Uśmiech Felicji trochę przygasł. Nie zamierzała na nią naciskać, spokojnie obserwowała, jak wstaje i podchodzi do komody. Wiedziała, że czas jest tym, czego potrzebuje Żaneta, jednak nie chciała dać jej odczuć, że została sama. Kiedy dziewczyna zaczęła przeglądać swoje ubrania, Felicja ponowiła próbę rozmowy:

— Dzisiaj jesteś w szkole do piętnastej, prawda? Zaraz wybieram się na stołówkę, zrobić ci kanapki?

— Dzięki, ale nie trzeba — usłyszała w odpowiedzi.

— Ależ trzeba — zaśmiała się cicho. — To dla mnie przyjemność.

Żaneta nic już nie powiedziała, a Felicja nie widziała wyrazu jej twarzy. Postanowiła, że na razie odpuści kolejne próby rozmowy.

Jej współlokatorka wyjęła z komody ubrania i skierowała się w stronę łazienki, odprowadzana wzrokiem Felicji. Gdy jasnowłosa usłyszała zamykane drzwi, popatrzyła na komiks, który wciąż trzymała w rękach. Przeszła jej ochota na czytanie, odłożyła go z powrotem na biurko. Spojrzała na zegarek, szósta dwadzieścia osiem. Stołówka jeszcze zamknięta, większość ludzi pewnie dopiero się budzi. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Przysunęła swój jasnoniebieski plecak pod łóżko i zaczęła przeglądać podręczniki, przypominając sobie, co było na poprzednich lekcjach. Gdy skończyła, upewniła się, czy na pewno wszystko wzięła. Znów spojrzała na zegarek. Szósta czterdzieści dwie. Upewniła się po raz drugi. Szósta czterdzieści trzy. Westchnęła, zasunęła plecak, odgarnęła włosy z twarzy i oparła się o ścianę. Utkwiła wzrok w wiszącym nad komodą obrazku, który przedstawiał małą wiejską chatkę stojącą pośrodku wielkiego pola pszenicy. Widok ten wydawał się taki spokojny, relaksujący, zresztą pewnie został tu powieszony, by emanować taką aurą.

Sprawiał, że Felicja zastanawiała się, jak to jest mieć taki spokojny domek na wsi, w którym mieszka się z własnymi rodzicami. Każdego niedzielnego popołudnia można by było czuć zapach aromatycznej szarlotki, którą piekłaby mama, a w tygodniu pomagać tacie karmić świnki i krówki. Miałoby się dużo kur, królików, trochę psów i kotów. Może starsze rodzeństwo, które pomagałoby w pracy domowej, albo młodsze, z którym można by było bez przerwy się bawić.

Takie też było marzenie Felicji. Kiedy miała dwa lata, jej rodzice mieli śmiertelny wypadek, a z tego, co wiedziała, dalsza rodzina nie miała warunków, by ją przygarnąć. Od tego czasu mieszkała w tym domu dziecka, to miejsce ją wychowało i dało jej wszystko, co teraz ma. I za to zawsze będzie wdzięczna.

Felicja doskonale zdawała sobie sprawę, o ile lepsze może być życie z własną rodziną. Widziała, jak wiele osób w jej otoczeniu nie docenia swoich rodziców i swojego rodzeństwa, jednak w jakiś sposób to rozumiała. Trudno jest docenić coś, co się ma na co dzień, co nawet w pewnym stopniu stanowi integralną część naszego istnienia. Dlatego też postanowiła, że zawsze będzie doceniać wszystko, co ją spotyka, w ludziach wokół będzie dostrzegać tylko dobro i zawsze będzie gotowa wszystkim pomóc. Wiedziała, że niektórym takie podejście może wydawać się głupie i naiwne. Jednak nic nie zmieni sposobu, w jaki chciała żyć, żadne przykre słowa. Obiecała sobie, że będzie patrzeć na świat pozytywnie, nawet jeżeli wokół niej zbyt dużo radości nie było.

Powrót Żanety wyrwał Felicję z zamyślenia. Gdy ich spojrzenia się spotkały, jasnowłosa uśmiechnęła się szeroko. Żaneta blado odwzajemniła uśmiech. Usiadła na swoim łóżku i zaczęła czegoś szukać w swoim plecaku. Felicja po raz kolejny spojrzała na zegarek. Szósta pięćdziesiąt pięć. Stwierdziła więc, że zostawi już Żanetę w spokoju i pójdzie na stołówkę.

— To ja już idę, zostawię ci jedzonko na stole — powiedziała, wstając. Żaneta milczała.

Felicja założyła plecak i wyszła, machając swojej przyjaciółce na pożegnanie.

Pokój, w którym mieszkała, nie znajdował się daleko od stołówki, więc dotarcie tam nie zajęło jej wiele czasu. Zważywszy na wczesną porę, nie było tam nikogo oprócz pani kucharki. Felicja uprzejmie się z nią przywitała i poszła zrobić kanapki. Najpierw, nie spiesząc się, zrobiła je dla siebie, włożyła w woreczek i delikatnie wsadziła do swojego plecaka. Później zabrała się za jedzenie dla Żanety, przy okazji obserwując ludzi zbierających się w stołówce. Gdy skończyła, położyła je na małym talerzyku wraz z karteczką, na której napisała „Żani” i narysowała serduszko. Zostawiła ten talerzyk tam, gdzie zawsze zostawiała jedzenie, jeśli przygotowywała je dla innych.

Rozejrzała się po niewielkiej liczbie osób zebranych w stołówce. Prawie wszyscy, pewnie ze względu na wczesną porę, wydawali się niezdolni do życia. Jej wzrok zatrzymał się na siedzącej do niej plecami osobie, która wydawała się mieć wyjątkowo puszystą, ciemnobrązową owcę na głowie. Uśmiechnęła się do siebie. Oto Antoni we własnej osobie! Podeszła do niego szybkim krokiem.

Stanęła przy nim. Chyba jej nie zauważył.

— Dzień dobry, panie Anthony Edward Stark! — wykrzyknęła radośnie.

Antoni wzdrygnął się, gdy usłyszał głośne słowa, przerywające ciszę, i skrzywił się okrutnie na dźwięk tego, jak Felicja go nazwała.

— Cześć, Fel. — Przejechał ręką po włosach i uśmiechnął się, a jego uśmiech wyrażał głównie żałość i niechęć do życia.

Felicja roześmiała się na widok jego miny i usiadła przy stole naprzeciwko niego. Antoni miał piętnaście lat, a więc dwa lata więcej od niej, jednak wzrostu byli tego samego. Z bliska jego włosy wydawały się jeszcze bardziej puszyste. Pod zielonymi oczami miał dość duże cienie, jednak Felicja się tym nie przejęła. Był to jeden z jego znaków rozpoznawczych, tak jak wystające obojczyki i duże, pełne usta. Miał dziś na sobie granatową bluzę i koszulkę z rybą, w której można było go zobaczyć niezwykle często.

— Jak się dziś czujesz? — zapytała ciepło. Oparła się o stół i obserwowała, jak chłopak je swoją kanapkę z dżemem. Sama rzadko kiedy jadała śniadania.

Antoni tylko wzruszył ramionami. Felicja westchnęła i uśmiechnęła z przekąsem.

— Widzę, że jesteś dziś bardzo rozmowny — przerwała na chwilę, po czym zaczęła z nową werwą. — Więc jak ci idzie najnowszy serial, który wynalazłeś? Mam na myśli ten o ludożerczych gigantach atakujących osady ludzkie, nie ten o kochankach jeżdżących na łyżwach.

Antoni uśmiechnął się pod nosem.

— Przedwczoraj skończyłem, czekam na trzeci sezon — oznajmił.

Felicja roześmiała się kolejny raz.

— Cóż, to dobrze, to znaczy, że jest naprawdę dobry. — Zapadła między nimi chwilowa cisza. — Ostatnio pożyczyłam od koleżanki kilka fajnych komiksów o superbohaterach. Wiem, że też lubisz takie klimaty, może chciałbyś te komiksy po szkole zobaczyć? Jeśli coś ci się spodoba, weźmiesz i przeczytasz, dopóki nie będę musiała ich oddać. Co ty na to?

— Serio? — Zaświeciły mu się oczy, co sprawiło Felicji ogromną radość. — Chętnie. Bardzo chętnie!

— Więc nie idź od razu na dach, kiedy wrócisz ze szkoły. Znajdę cię i wybierzesz, co będziesz chciał. Dziś kończysz po piętnastej, prawda? — Popatrzyła na zegar wiszący nad wejściem. Siódma siedemnaście. Miała jeszcze dużo czasu, ale nie chciała jak na razie Antoniemu więcej przeszkadzać. Znów na niego spojrzała i kontynuowała, nie dając mu szansy odpowiedzieć. — To ja już cię zostawię, żebyś mógł w spokoju zjeść. Widzimy się po lekcjach, a może i nawet w trakcie!

Wstała od stołu, a Antoni w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie i skinął głową, zapewne na pożegnanie i potwierdził, że kończy lekcje po piętnastej. Felicja wesoło odwzajemniła uśmiech i żwawym krokiem skierowała się w stronę wyjścia ze stołówki.

Wyjrzała przez okno, gdy znalazła się w przedsionku. Padało, dosyć mocno. Felicja nie przepadała zbytnio za deszczem.

Założyła swój beżowy płaszcz, szary szalik, czarne buty za kostkę i wzięła parasolkę. Odetchnęła głęboko i pchnęła drzwi wejściowe.

Uderzył w nią mocny, zimny wiatr, gdy tylko znalazła się na dworze. Szybko otworzyła parasol i odetchnęła raz jeszcze, tym razem rześkim, deszczowym powietrzem.

Droga do szkoły zeszła jej dłużej niż sądziła, głównie na omijaniu kałuż, by nie zamoczyć spódnicy. Mimo że nie lubiła deszczu, bardzo podobał jej się dźwięk kropel uderzających o parasolkę. Tak samo sprawiało jej taką prostą radość oglądanie kałuż mąconych tymi kroplami czy liści uginających się pod ich ciężarem.

Po wejściu do szkoły od razu skierowała się do szatni, by panie sprzątaczki miały jak najmniej pracy. Zdjęła tam swój płaszcz i zmieniła buty, po czym od razu poszła pod klasę.

Szkoła Felicji była dosyć mała, jednak bardzo łatwo można było się tam zgubić. Składała się ona z dwóch budynków, starego i nowego. Szatnia znajdowała się w nowym budynku, a pierwsza lekcja Felicji w starym, więc żeby dotrzeć pod klasę, Felicja musiała wejść na pierwsze piętro w nowym budynku, przejść przez łącznik, dojść do głównych schodów w starym budynku i się po nich wspiąć na drugie piętro, uważając, by się nie wywrócić, zważywszy na to, jak strome były.

Dotarłszy na piętro, zostawiła plecak pod klasą. Zaczynała dzień historią, jednym z jej ulubionych przedmiotów. Nie chciała jednak siedzieć na ławce na korytarzu i po prostu czekać, zeszła więc na sam dół, by odwiedzić bibliotekę, która okazała się być zamknięta.

Kierując się z powrotem do schodów z zamiarem wejścia na górę, ujrzała, jak podnosi się z nich całkiem przemoknięta osoba. Chłopak ów ubrany był w żółto-czarną koszulę, fioletową koszulkę, szaroczarne spodnie i dwukolorowe buty, jeden żółty, drugi fioletowy.

Felicja od razu się rozpromieniła. Nikodem! To ktoś, na kogo przyjaźni bardzo jej zależało.

Wiedziała, że Nikodem nie był osobą lubiącą być w centrum uwagi. Unikał ludzi jak tylko mógł, a gdy już został wplątany w rozmowę towarzyską, swoimi nikłymi odpowiedziami i odpychającym zachowaniem skutecznie zrażał rozmówcę. Jednak Felicji bardzo zależało na dowiedzeniu się, jaki on w głębi siebie jest i jego stosunek do innych nie mógł tego zmienić. Nawet jeśli ich rozmowy nie były zbyt długie, cieszyła się każdą z nich.

— Cześć, Nik! Nikodem! Cześć! — krzyknęła i pomachała mu, widząc, jak wstaje i bezpiecznie schodzi ze schodów.

Zaczęła biec w jego stronę, jednak zwolniła kroku, kiedy zobaczyła, jak szybko Nikodem poszedł w przeciwnym kierunku, zapewne do swojej klasy. Bardzo mu się spieszyło, może miał teraz ważny sprawdzian?

Felicja zatrzymała się przy schodach na miejscu, gdzie przed chwilą był Nikodem. Westchnęła i powoli zaczęła wchodzić na drugie piętro. Nie chciała mu na razie przeszkadzać, jeśli wolał powtórzyć sobie przed zajęciami.

Resztę czasu do dzwonka przesiedziała pod klasą.

Historia przebiegła bezproblemowo i aktywnie z jej strony. Zawsze ją interesowały dawne dzieje, jak w przeszłości ludzie radzili sobie z problemami, które w dzisiejszych czasach rozwiązywała technika. Fascynowali ją renesansowi artyści, starożytni filozofowie.

Kolejną lekcją była geografia, na którą Felicji specjalnie się nie spieszyło. Kiedy szła do klasy, udało jej się dostrzec Nikodema w ogromnym tłumie, jednak ten znowu jej nie zauważył.

Geografia była jedną z niewielu rzeczy, które wprawiały ją w zły humor. Nie podobało jej się podejście nauczyciela, miała wrażenie, że inaczej traktował ją i koleżankę, również mieszkającą w domu dziecka. Wydawało im się, że częściej je pyta, częściej bierze do tablicy, inaczej reaguje na porażki przy odpowiedzi ustnej czy klasówce. Nie lubiła też spojrzeń, jakimi je obdarzał, jednak w żaden sposób nie mogła ich zaklasyfikować. Nie była to odraza czy pogarda, ale na pewno nie dostrzegała w nich przychylności i wsparcia. Zawsze próbowała siadać jak najdalej od niego i unikała jego wzroku.

Po dzwonku na przerwę wyszła z klasy z wrażeniem przejmującego zmęczenia. Następne było wychowanie fizyczne, ale nie czuła się na siłach, by ćwiczyć. W drodze na halę wypatrywała swoich przyjaciół — Żanety, Antoniego i Nikodema — jednak nikogo nie zauważyła.

Kiedy dziewczyny z jej klasy się przebierały, ona wyciągnęła z plecaka książkę, którą już od jakiegoś czasu ze sobą nosiła. Przekartkowała ją i uśmiechnęła się do siebie. Był to prezent na mikołajki klasowe, jeszcze w podstawówce. Jedna z trzech książek, które były faktycznie jej, które miała na własność. Czytała ją mnóstwo razy i za każdym razem bawiła się przy niej tak samo dobrze.

Wzięła ją ze sobą na halę i czytała, co jakiś czas spoglądając na ćwiczące koleżanki. Książka opowiadała o ponad trzystuletnim wampirze z ciałem szesnastolatka, który pewnego razu spotkał ludzkiego szesnastoletniego chłopaka. Przeżywali razem wspaniałe przygody, rozwinęła się między nimi cudowna przyjaźń. Oczywiście Felicja w tych niby nic nieznaczących słowach i subtelnych gestach wymienianych między nimi widziała troszkę co innego, niż tylko bliską znajomość.

Wychowanie fizyczne znacznie poprawiło Felicji humor. Reszta szkoły przebiegła tak samo przyjemnie. Oprócz kartkówki z matematyki, która mimo wszystko nie poszła jej aż tak źle.

Dzień przebiegał jak zawsze.

Gdy po lekcjach wyszła z ciepłego budynku szkoły, uderzył w nią tak samo zimny wiatr, co rano. Padało jeszcze mocniej. Felicja skrzywiła się i ruszyła szybkim krokiem w stronę swojego domu. Przez zimno nie znalazła w sobie siły do podziwiania mokrego otoczenia.

W pewnym momencie zobaczyła przed sobą, na drugim końcu ulicy, postać w czarnym kapturze i dwukolorowych butach. Nikodem, w końcu! Jeśli teraz do niego podbiegnie, na pewno ją zauważy! A jeśli go zawoła, poczeka na nią!

— Hej, Nik! Poczekaj! — wykrzyknęła więc. Zaczęła biec w jego stronę. Nie obejrzał się, może jej słowa zagłuszył deszcz.

Nie zatrzymywała się, wpatrując w jego plecy i mając nadzieję, że się odwróci, by mogła zobaczyć jego twarz.

Dotarła do pasów i na nie wbiegła.

Usłyszała klakson.

Poczuła uderzenie.

Twarzy Nikodema już nie zobaczyła.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę