E-book
2.73
drukowana A5
14.57
Dialog

Bezpłatny fragment - Dialog


5
Objętość:
65 str.
ISBN:
978-83-8189-609-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 14.57

wszystkim, których kocham,
i którzy we mnie uwierzyli

Tabula rasa

tabula rasa

— czysta kartka w księdze życia —

zapisuję ją każdym oddechem


tabula rasa

— wleciał słowik przez otwarte okno

zatrzepotał skrzydłami

wyleciał…


tabula rasa

— tworzę swą historię

używając niewidocznego atramentu


odleciawszy…

zostawię ślad stopy

odlany w betonowej podłodze


zatrzymany w miejscu

odcisnę swoje piętno

w ludzkich sercach

dzielonych opłatkiem


przy stole świece

— gaśnie ostatni płomień


— tabula rasa —

wertuję kartki

trzepoczą skrzydła

powołany

w rozkoszy tworzenia,

miedzy formą, a treścią ugrzęzłam

dobieram słowa

i datuję interpunkcję


chcę byś zrozumiał,

co mam ci do powiedzenia,

chcę byś umysł wysilił,

zagłębił się w znaki

między wersami schowane


haustem własnej świadomości

chcę by cena nie grała roli

by słowa ponadczasowe były

odgrywały pierwsze skrzypce


będziemy grzeszyć

— ty ciekawością

— ja bezkresem swoich marzeń

dopłacimy za winy niezawinione

schowamy rachunek za życie


granice odeprzemy,

przesuniemy koniec wytrzymałości

na kolejny poziom

ludzkiego jestestwa,

zmyjemy z twarzy słone łzy

przyodziejemy uśmiech


chcę byś między tym,

co wiesz, a czujesz

znalazł odkupienie,

nie grzeszył swą wiedzą

i widział więcej niż koniec horyzontu


zatrzymaj się tutaj sekundę

zastanów

uwieś na jednym ze słów

prośba

nie karz


zapomnij w miłosierdziu


odetchnij w uldze

człowieczego wybaczenia

zdolnego do największych

poświęceń


nie karz


daj szansę na przebaczenie

którego sam kiedyś zapragniesz

zagubiony w plątaninie labiryntu dróg

powrotu do przeszłości

— w smudze cienia —


nie karz


oddaj światu co jego

wylej zgorzknienie

przepełniwszy czarę goryczy

obdartego mezaliansu

uczuć


nie karz…


— za moją ludzkość —

czasu czas

— mam czas —


czas mam na wszystko

kiedy młodością rosnę

ku lampom najwyższych

świateł boskości


mam czasu wiele

by marzyć marzeniami Schulza

i wątpić konradowską duszą


tyle mi jeszcze minut zostało

i godzin w kalejdoskopie

cierpień

— niewinnych owczych oczu-


nadejdzie pora i godzina

na każdą mą łzę upadłą

do dzbana tegoż jeziora

Hadesu zwycięstw


( mam czas )


na Twoje zielone oczy

wpatrzone usilnie

w serce które

nie chce już grać


i czas ma jeszcze czas

by nadać mi odpowiednie

imię do wieku


czas —

da mi ten czas

na uniesień dzień

i stratę skrzydeł świętości

jako upadłego anioła grzechu


mam tę chwilę

by zajrzeć ludziom w serca

i poznać prawdę

skrywaną najgłębiej


— nie mam już czasu —

być Prometeuszem

by zbawiać nasz świat

od bezsensu wojen międzyludzkich

— upodleń człowieka


nie starczy mi dni

by oddać

co zabrać musiałam

jako kredyt hipoteczny

na życie zaciągnięty

z rabatem


i nie wypłacę się nigdy

z żadnym planów

i obietnic wszelkich

kiedy rachunek wystawi

mi Bóg


czas nie ma czasu

by dać mi chwilę od siebie

*niby gratis od życia

— dwa w cenie jednego —

Schultz’a sklep

bez początku i bez końca

— postawić przecinek

tam gdzie kropka musi być


rozmyte

wyidealizowane

sceny z przeszłości zalewają oczy


wyolbrzymione

detaliczne

wspomnienia przenoszą

mnie w przestrzeń między

dwoma światami


bez początku jest mój świat

i bez końca

— nie postawię już żadnej kropki —


jestem na granicy jawy i snu

dojrzałam dziś do dzieciństwa

rozbawiam Cię swoim ruchem

— wychodzę z tej przyziemnej formy


jestem bez początku i bez końca

nie umiem odnaleźć się w czasie

i dać Ci czego Twa dusza pragnie


zmysłami obejmuje swe ciało

daje sobie czas na chwilę

chcę trafić tam

gdzie zamknięte bramy przede mną

— tłukę głową o metalowe pręty


błąkam się ulicami miasta

by odnaleźć swój sklep cynamonowy

mgła

Jestem ulepiona

z miękkiej gliny,

napełniona cierpkim winem

— krwistym powietrzem

które drażni nozdrza —


Jestem przepełniona wiatrem

i choć czasem płynie mi w żyłach

lodowaty żal — topnieję…


Jestem jak liść

niesiony przez wiatr,

szukający swej drogi,

przelatujący pośpiesznie

przez palce


A ty jesteś…

jak ogień w mym sercu

który rozgrzewa czarną krew


Jesteś jak słońce zatrzymujące światło

gdzieś we włosach

gdy plątam się między oddechami


Jesteś jak skrzydła

które niosą mnie przez życie

i pozbawiona ich lekko opadam

na ziemię


Jesteś jak noc

— spokojny i cichy —

bezpieczny

Losy

za drzwiami

za oknami

spłaszczone

od góry do dołu

po bokach

i w kątach

upchane

— oddechy


za zakrętami

w drodze

między kolejnymi

odwrotami

— para dłoni


uśpione

zamglone

zawsze przymknięte

w pojedynczym przeczuciu


drogą

lub niebem

ku ambiwalentnym

prawdom

za drogowskazami nieba

gdzie mosty i gwiazdy

w jedno schodzą się

jak radość i smutek


żalu przyjaciele

— dusze ludzkie

Miara cierpliwości

Zatrzymam w gardle smak

zwycięstwa,

w nozdrzach — iskry wolności


Rękami obejmę absurdalność

i przykleję się do antycznych bóstw,

by te ochroniły mi duszę


Zakopię bezwstydność

i octem zmyję z siebie ten cuchnący

odór dyktatury moich czasów


Połamię kości cierpieniu,

wyrwę korzenie tych bzdur


Pozbędę się twarzy z mej głowy,

zmiażdżę ją sobą


Tylko przytrzymam powieki,

żeby nie puszczały więcej łez

i między policzkami nie było śladów


Tylko zagłuszę pulsujące skronie,

by nie dawały świadectwa emocjom


Rozwałkuję ten kamień waszych i naszych serc

na szklanym podjeździe mojego odkupienia

kłótnia kochanków

w przeciwległych rogach pokoju

dwie pary oczu

ręce skrzyżowane

zranione serca


w przeciwległych rogach pokoju

stoją homeryckie mądrości

przekonane o swoich racjach

— kocham cię, ale… —

— kocham cię —


zmarszczki pokryły młode twarze

brwi ściągnięte

i gniewne spojrzenia


nikt nie da wam odpowiedzi

nie rozwiąże węzłów nieporozumień

— między wami noże —


a jednak troska wylewa się oknami

przykryta wściekłym podmuchem

świszczących oddechów


kolejny epizod między

dwojgiem ludzi

— całą mądrość przekazujesz

wydętymi wargami —

oczy spuszczone w dół

nie chcą na mnie patrzeć


cóż mam powiedzieć

gdy czerwień gniewu

zalewa moje skronie


— kocham cię —

mówię

Musiałeś być, zdarzyć się musiało

jest skutek

i musiała być przyczyna

bliżej mi nieznana

nieokreślona jakaś


coś się wydarzyć musiało

nie mam tylko odpowiednich informacji

by skleić to w całość


coś się zdarzyło

ponieważ

gdyż

albowiem

dlatego, że coś

innego się zdarzyć musiało


nie tobie

nie mnie

komuś poza naszym kręgiem

ale blisko wciąż


ani to ręka ani noga też nie była

ni to wypadek ni celowe zdarzenie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 14.57