E-book
9.56
drukowana A5
41.66
Czy warto wierzyć?

Bezpłatny fragment - Czy warto wierzyć?


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8155-676-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.66

Podziękowania

Dziękuję przede wszystkim Bogu za to, że kompletnie odmienił moje życie. Dzięki Niemu w końcu wiem, co jest najważniejsze w życiu. Stałam się lepszą mamą, żoną, córką, siostrą i przyjaciółką.


Dziękuję moim wspaniałym dzieciom za to, że dały mi czas, abym w końcu stała się mamą, na którą zasługują. Jesteście najlepsze na świecie, kocham Was bardzo.


Dziękuję mojemu Mężowi za anielską cierpliwość i walkę o mnie. Dzięki jego postawie w końcu zrozumiałam, co to prawdziwa miłość.


Dziękuję i Tobie, Drogi Czytelniku, za to, że kupiłeś tę książkę. Część dochodu z zakupu tej książki zostanie przekazana na cele edukacyjno-charytatywne, więc i Ty będziesz mieć swój wkład w rozpowszechnianiu dobra.

Przedmowa

Książki wypełniają nam czas, bawią, intrygują, zmuszają do refleksji, uczą i kształtują — są skarbnicą wiedzy. Dzięki książkom rozwijamy wyobraźnię, zdobywamy nowe wiadomości i poszerzamy perspektywę widzenia świata. Mogłabym tak bez końca wychwalać czytanie, ale skoro postanowiłam być szczera, to muszę przyznać, że wcześniej nigdy się do czytania nie kwapiłam. Nie rozumiałam ludzi, którzy lubią czytać, a nawet uważałam, że książki i samo czytanie jest nudne. Przez ponad trzydzieści lat swojego życia przeczytałam jedną lekturę i może trzy inne książki.

Życie nas jednak często zaskakuje. Dzisiaj nie tylko czytam książki, ale jeszcze je piszę. Tak, to fakt, że z wiekiem niektórzy ludzie się zmieniają, ale moja zmiana to obrót o sto osiemdziesiąt stopni. W ciągu ostatnich kilku miesięcy stałam się zupełnie inną osobą. Sądzę, że wiele osób naprawdę cieszy się z tej transformacji tak, jak ja sama. Najciekawsze jednak jest to, że na tę zmianę wpłynęło również czytanie. Ci, którzy nie czytają, nie zdają sobie sprawy z walorów i korzyści, jakie wynikają z czytania wartościowych książek. Podkreślam jednak, z wartościowych! W dzisiejszych, szybkich czasach nie musimy czytać, jeśli nie lubimy, ponieważ czytanie zostało zastąpione oglądaniem lub słuchaniem. Dostępność treści w różnej formie jest ogromna. Najważniejsze jednak jest to, abyśmy z tego ogromu potrafili wybrać budujące treści.

Moja przygoda szukania mądrości zaczęła się od poznania ludzi na tyle ciekawych, że nie tylko chciałam ich oglądać czy słuchać, ale chciałam także czytać ich książki. Poprzez media społecznościowe mamy dostęp do najwybitniejszych ludzi i najlepszych informacji. Pod warunkiem, że umiemy je wyselekcjonować spośród tych dobrych i gorszych. Brak tej zdolności spowoduje, że trafią do nas także teksty „śmieciowe”. Z tego powodu powinniśmy dzielić wiedzę na użyteczną, mniej użyteczną, niepotrzebną czy wręcz niebezpieczną.

Kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, aby obserwować z bliska życie sławnych ludzi. Dzisiaj to norma. Nie musimy za nimi gonić, oni sami wychodzą do nas. To może być wielkim plusem, jeżeli potrafimy mądrze dobierać idoli. Ja znalazłam kilku mentorów, za których dziękuję Bogu. Przekonałam się wielokrotnie, że Bóg stawiał na mojej drodze różnych ludzi. Używał ich wiele razy, aby otworzyć moje oczy na sprawy, których zupełnie nie byłam świadoma. Dzisiaj On używa również i mnie — chociażby przez tę książkę — i sprawia, że dobro będzie rozchodziło się dalej.

Działanie Boga w moim życiu i poznanie go było dla mnie tak niezwykłym wydarzeniem, że chcę o tym mówić innym i to daje mi prawdziwe spełnienie. Stwierdziłam więc, że zacznę dzielić się swoim doświadczeniem, bo to, co przeżyłam, może pomóc innym. Dzisiaj wiem, że to, jak potoczyło się moje życie, to nie przypadek. Nie wierzę w przypadki, dlatego że ewidentnie za każdym razem jest tak, jak wybiorę. Dokonuję złych wyborów i podejmuję niewłaściwe decyzje — mam złe doświadczenia; wybieram dobrze — to mam dobre rezultaty. Dlatego dzisiaj jestem świadoma tego, że wszystko ma swoją przyczynę i skutek.

Pisanie nie jest takie łatwe, jak mi się na początku wydawało. Jest jednak bardzo ciekawym i budującym doświadczeniem dla samego piszącego. Dzięki tej pisarskiej burzy w moim mózgu w końcu usystematyzowałam sobie wszystkie wydarzenia w swoim życiu. Zrozumiałam moją przeszłość i odpowiednio ją umiejscowiłam, przez co mogę się teraz skupić na teraźniejszości i spokojnie zaplanować przyszłość. Przechodząc przez ten cały proces analizowania przeszłych wydarzeń w moim życiu, poukładały mi się w głowie sprawy, których wcześniej nie mogłam zrozumieć. Chodzenie do terapeuty, kiedy mamy jakieś problemy, jest czasami potrzebne, a w skrajnych przypadkach nawet konieczne, ponieważ, jak się sama przekonałam, niektóre problemy w naszym życiu pojawiają się dlatego, że nie potrafimy zidentyfikować odpowiednio ich przyczyn. Nie jesteśmy w stanie rozprawić się z pewnymi problemami z naszej wczesnej młodości czy dzieciństwa i ciągniemy te problemy za sobą przez resztę życia. Często nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, że mają one na nas wpływ. Bywało tak, że zadawałam sobie pytania, dlaczego jestem inna, czy właśnie z tego powodu zachowuję się w tak destruktywny dla mnie samej i ludzi żyjących dookoła mnie sposób. Dzisiaj już o to nie pytam, bo znalazłam na nie odpowiedzi.

Uważam, że to, co odkryłam, jest spektakularne. Dzięki temu moje życie uległo całkowitej przemianie. Dzisiaj już wiem, kim jestem, dokąd zmierzam, co mnie uszczęśliwia i jakim chcę być człowiekiem. W końcu odnalazłam spokój, którego nigdy nie miałam. W najtrudniejszych momentach w moim życiu pomogły mi doświadczenia innych ludzi. Dlatego właśnie sama zdecydowałam się otworzyć i opisać swoje życie, aby zainspirować innych do szukania swojej drogi do szczęścia. Mam nadzieję, że moja analiza zainspiruje Cię do przemyśleń.

Kiedy byłam w dołku i szukałam inspiracji dla siebie, przekonałam się, że nie tylko ja doświadczam w życiu trudności, ale wszyscy, dosłownie wszyscy ludzie borykają się z problemami. Każdy ma inne, ale trzeba niestety przyznać, że problemy są sporą częścią naszego życia. One dotykają wszystkich ludzi bez względu na pochodzenie, status materialny czy kolor skóry. Mówi się, że w życiu pewne są tylko śmierć i podatki, ale dodałabym do tego jeszcze problemy. Skoro więc jest pewne, że mieliśmy, mamy i będziemy mieć problemy, to bardzo ważne jest, abyśmy umieli sobie z nimi radzić.

Opisując pewne sytuacje, będę musiała wspomnieć o tych problemach. Starałam się jednak skupić na tym, aby książka ta mówiła o tym, w jaki sposób podejść do problemów i jak je rozwiązać. Właśnie dlatego niezbędne jest wspomnienie o problemach, bo walczy się z tym, co zaistniało w naszym życiu, a nie z tym, czego się nigdy nie doświadczyło. Moje życie do niedawna było pasmem ciągłych porażek. Najgorsze jednak było to, że zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tak, jest to możliwe, nie wiedzieć, jak nasze życie naprawdę wygląda. Często myślimy, że to my cierpimy najgorzej i że to my mamy największe problemy, do momentu, kiedy nie poznamy tych, którzy mają znacznie gorzej od nas.

Ta książka to współczesna opowieść o spotkaniu Boga, który żyje i działa tu i teraz. Nie znajdziesz tu teologii, bo teologiem nie jestem. Nie znajdziesz też nauczania, bo nie jestem nauczycielem, ale znajdziesz praktykę, bo jestem praktykiem życia, jak każdy z nas. Myślę, że moje problemy to są problemy większości ludzi na świecie. Też przechodziłam czas, kiedy zastanawiałam się, czy Bóg istnieje. Nie umiałam panować nad sobą, kierowały mną głównie emocje, nie miałam ambicji ani większych celów, prześladowała mnie przeszłość. Być może Ty nie masz takich problemów, jakie ja miałam, ale z pewnością z czymś będziesz mógł się utożsamić lub chociaż poszerzyć własne horyzonty myślowe o moje doświadczenia.

My, ludzie, szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Niestety nie znajdziemy wszystkich odpowiedzi, ale ja zrozumiałam, że chyba nie musimy. Potrafimy żyć, nawet jeśli nie wiemy wszystkiego. Do szczęścia nie potrzeba nam wszystkiego wiedzieć, ale powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, co nas uszczęśliwia. Ja w końcu mogę powiedzieć, że wiem, co to jest i że odnalazłam sens życia. Dzisiaj wiem, że można tylko żyć albo dobrze żyć. Aby dobrze żyć, potrzebujemy miłości i mądrości. Potrzebujemy uczyć się, jak zwyciężać, jak radzić sobie z problemami, jak się nie załamywać, jak wyciągać wnioski z porażek. Tego możemy się nauczyć od Boga i od siebie nawzajem. Dobrze jest więc dzielić się dobrą wiedzą z innymi, aby szerzyć dobro, bo jeden odważny człowiek może więcej niż bojaźliwy tłum.

Rozdział 1
Jaka byłam?

Zawsze byłam typem buntownika. Zawsze wszystkich i wszystko krytykowałam. We wszystkim szukałam podstępu i drugiego dna. Nikomu nie ufałam, nikogo nie szanowałam i nie podziwiałam. Nie miałam autorytetów. Nie ufałam też sama sobie. Jako małe dziecko wydawało mi się, że dorośli są mądrzy, że wszystko wiedzą i są duzi nie tylko wzrostem, ale też, że są nieomylni. Szybko dostrzegłam, że to było błędne myślenie. Bardzo często byłam rozczarowana i zawiedziona postawą dorosłych, na których liczyłam. Dorastałam w trudnym i patologicznym środowisku i to wykształciło u mnie trudny charakter. Oczywiście zdarzyło mi się poznać kilku wartościowych ludzi, ale za mało miałam z nimi do czynienia, aby mogli zmienić mnie radykalnie. Wsiąkamy w to, w czym przebywamy, a ja żyłam w środowisku, które było skazane na porażkę, ale zawsze wierzyłam w to, że ja mogę lepiej. Było to takie podświadome pragnienie, które jest w sercu każdego człowieka. Tęsknota za dobrem, za szczęściem, za czymś pozytywnym. Do momentu, w którym Bóg mnie dotknął, jak chore drzewo, byłam niezdolna do wydawania zdrowych owoców w postaci dobrego postępowania. Moje serce i dusza były chore. Wyrastałam więc na kolejną toksyczną osobę, zarażając swoim krytycyzmem i jadem wszystkich dookoła. W konsekwencji stałam się takim samym mało rozumnym dorosłym jak ci, którzy mnie otaczali. Potocznie mówiąc, powieliłam schemat. Zawsze próbowałam zrozumieć, dlaczego było we mnie tyle negatywnych emocji, złości, nienawiści i żalu. A odpowiedź jest bardzo prosta. Nigdy nie poznałam prawdziwych wartości. Moi rodzice mnie ich nie nauczyli, moich rodziców też nikt ich nie nauczył. I tak z pewnością było do któregoś pokolenia wstecz. Pokolenie po pokoleniu jesteśmy pozbawiani zasad i mądrości, którymi powinniśmy się kierować w życiu. Z pustego i Salomon nie naleje, więc jeśli czegoś nie masz czy nie znasz, to tego nie dasz — proste. Na szczęście i dzięki Bogu człowiek ma możliwość zmienić siebie i tym samym odmienić historię swojego życia, ale tylko wtedy, jeśli się w porę zorientuje się i odkryje, że są w życiu jeszcze inne drogi niż tylko ta pochyła w dół.

Rozdział 2
Dzieciństwo

Nigdy nie mieliśmy swojego domu. Kiedy jeszcze wszyscy mieszkaliśmy razem, rodzice zawsze wynajmowali mieszkania. Pierwsze mieszkanie, jakie pamiętam, to jeden pokój, w którym się gnieździliśmy jeden na drugim. Kolejny to już drewniany domek z dwoma pokojami z toaletą na zewnątrz, bez łazienki. Nadal było ciasno, więc na zmianę każde z nas, dzieci, spało w kuchni. Nie było mowy o żadnych słodyczach czy innych rozrywkach. Jedyne, co dawało mi radość, to zalew, który mieliśmy w naszym małym miasteczku. Całe wakacje spędzałam nad wodą.

Z upływem lat nasza rodzinna sytuacja nie polepszała się — Ojciec pił jeszcze więcej, stracił pracę, a Mama była na skraju załamania. Byliśmy na językach wszystkich sąsiadów i ludzi w miasteczku. Nieprzespane noce przez ciągłe awantury były codziennością. Bijatyki i uciekanie z domu w nocy nie należały do rzadkości. Moi dziadkowie prowadzili podobne życie. Mieli swoje problemy. Utrzymywaliśmy kontakty, ale nie były to normalne relacje dziadków z wnuczkami. W naszych relacjach panował dystans. Na pozór trzymaliśmy się razem, ale przez te wszystkie bardzo trudne przeżycia nasze relacje były oziębłe. Mijały lata i moje starsze rodzeństwo, które już dorosło, wyprowadziło się z domu. Ja byłam za mała i miałam jeszcze młodszego brata. Zostaliśmy więc w domu z rodzicami — z rodzicami, którzy nie kontrolując swojego życia, nie dbali przy tym o nasze. Na szczęście nikt nas nie bił. Wielokrotnie uciekaliśmy z domu. Pamiętam, jak koczowaliśmy z moim młodszym bratem w środku nocy na ganku sąsiadki. Innym razem uciekliśmy w nocy przez okno na boso po śniegu podczas awantury. Zawsze zabierałam swojego małego brata ze sobą. Często spaliśmy pod kościołem i w innym miejscach pod gołym niebem. Nigdy nie zapomnę jednego z wieczorów, kiedy Ojciec tak pobił Mamę, że prawie uszkodził jej oko; krew z Mamy twarzy dosłownie tryskała po ścianach. Żyliśmy w ciągłym strachu i zastanawialiśmy się, co dzisiaj się wydarzy, czy będziemy spać w nocy, czy będziemy musieli uciekać. Szczerze muszę przyznać, że nie wiem, jak dawaliśmy radę. Człowiek jednak, jak musi, to przetrwa wiele. Wiem, że Bóg dawał nam siłę. Przynajmniej mi, bo modliłam się do Niego. Nie byliśmy bardzo wierzącą rodziną, ale ja zawsze czułam obecność Boga i na tyle, na ile potrafiłam, modliłam się i prosiłam go o pomoc. Bóg był moim jedynym ratunkiem, bo nasza rodzina była kompletnie rozbita i naprawdę potrzebowaliśmy pomocy.

Przez lata nikt nam nie pomógł, a wręcz można by było napisać kolejną książkę o tym, jak wiele wycierpieliśmy przez innych ludzi. Sąsiedzi po prostu śmiali się z nas, wytykali nas palcami. Czułam na sobie wzrok, pogardę i odrazę ludzi. W końcu po latach tego koszmaru dowiedziała się o nas opieka społeczna. Ktoś w końcu musiał zgłosić to, co się u nas działo. Pewnego dnia przyszła do domu pani i zapytała mnie, czy chcę iść do domu dziecka. Bez zastanowienia odpowiedziałam, że tak. Wkrótce potem zabrali mnie i mojego brata. Miałam wtedy czternaście lat, mój brat siedem. Muszę przyznać, niestety, że pierwsza noc w domu dziecka to był pierwszy z wielu szczęśliwych dni w moim życiu. Nic nie mogło mi dać więcej radości w tamtym czasie. Chciałam tylko się już nie bać. Nigdy nie zapomnę tego uczucia spokoju, od urodzenia nie czułam takiej ulgi jak wtedy.


Największa wojna często toczy się w naszych umysłach i domach.

Rozdział 3
Rozbita rodzina

Po przeprowadzce do domu dziecka, który był w innym mieście, musiałam zmienić szkołę. Byłam nowa w klasie, gdzie wszyscy się znali od lat. Nie dość, że nowa, to jeszcze z domu dziecka. Czułam się nieswojo, ale nie przejmowałam się tym przesadnie, bo cieszyłam się, że jestem już bezpieczna. U moich rodziców sytuacja nie poprawiała się, a wręcz wyglądała coraz gorzej. Mama wylądowała gdzieś na jakiejś melinie, potem błąkała się po ulicach. Ojciec koczował u kolegów to tu, to tam. Wyrzucili ich z mieszkania, bo nie płacili. Zabrali im dzieci. Ich życie było zrujnowane. Mama opowiadała mi, że w tamtym okresie, kiedy była praktycznie bezdomna, chodziła do kościoła się modlić i czasami ktoś zapraszał ją na kolację, pozwalał się umyć lub dawał parę złotych na drogę. Bóg troszczył się o nią w tamtym okresie, bo Bóg troszczy się o każdego, kto jest w trudnym położeniu i sobie nie radzi. Z czasem, gdy była już w ośrodku, zaczęła regularnie brać leki i jej stan się poprawił. Ośrodek, w którym przebywała, był bardzo daleko i nie widywałyśmy się zbyt często. Miałam z Mamą stały kontakt telefoniczny i pamiętam, że czasami pisała do mnie listy. Te listy były piękne. Nie miała nic, ale przynamniej pisała do mnie. To mi wystarczało, bo wiedziałam, że pamiętała o mnie. Myślała zawsze o nas wszystkich. Potrafiła nawet uzbierać jakieś grosze, aby mi wysłać. To miało dla mnie wielką wartość. Na tyle, ile mogła, dbała o nas. Sama była zagubiona i jej życie rodzinne było zrujnowane, bo nie poradziła sobie z tym wszystkim, co w jej życiu się działo. Dzisiaj wiem, że mało kto potrafiłby udźwignąć ciężar, który ona dźwigała.


Człowiek czasami dźwiga ciężar, który nie jest do udźwignięcia i właśnie wtedy Bóg przychodzi nam z pomocą, kiedy o tę pomoc poprosimy.


Ojciec od czasu do czasu przychodził do domu dziecka, tak raz na kilka miesięcy. Pytał o pieniądze. Chciał na papierosy. Nie mogłam zrozumieć, jak to jest możliwe. Jeszcze wtedy, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w domu, naprawdę się nami nie interesował. Jeśli ktoś nie potrafi zadbać o siebie, to nie zadba o innych. Mogłabym nawet stwierdzić, że praktycznie to nie mieliśmy ojca. Pił cały czas i pewnie by się zapił na śmierć, gdyby nie wypadek. Pewnego dnia podczas bójki na melinie, w której przesiadywał, życie stracił jego kolega, a on został dotkliwie pobity. Trafił więc do szpitala, gdzie konieczne było przeprowadzenie trepanacji czaszki. Zadzwonili do mnie, aby mnie poinformować o tym, że jest w szpitalu i o tym, w jak tragicznym był stanie. Był zarobaczony, brudny i śmierdzący. Było to dla mnie trudne doświadczenie, w którym nie wiedziałam, jak się zachować. Z jednej strony był moim ojcem i chciałam mu pomóc jako człowiekowi, a z drugiej strony czułam odrazę, gniew i żal, bo przecież on się nami nigdy nie przejmował. Ponadto jego życie nie zmierzało w dobrym kierunku, a on jeszcze oczekiwał pomocy i wsparcia od nas. W tamtym czasie nie mogłam mu pomóc, bo miałam naście lat i mieszkałam w domu dziecka, ale też wtedy nie chciałam mu pomóc, nie miałam w stosunku do niego żadnych pozytywnych uczuć. W takim wypadku zawsze dzwonią ze szpitala do najbliższej rodziny. Ja nawet nie wiedziałam, co się z nim dzieje, a tu nagle telefon, że proszą, abym przyszła do szpitala. Oczekiwali ode mnie, że zabiorę go do domu, jak to zazwyczaj się odbywa w normalnych warunkach, ale ja nie miałam domu, właśnie dzięki zaniedbaniom mojego ojca. Był moim biologicznym ojcem, ale tak naprawdę był dla mnie obcą osobą.

Ponieważ dom dziecka dysponował jakimiś znajomościami, udało mi się załatwić dla niego schronisko dla bezdomnych. Był tam bezpieczny i mógł wrócić do siebie i podnieść się z kolan. Wrócił jednak do picia i kontynuował swoje bezsensowne życie. Nie utrzymywał z nami kontaktu, więc tak naprawdę nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Niedługo później, jadąc na rowerze, upadł i uderzył się w głowę — przeszedł drugą już operację. Lekarze musieli przeprowadzić kolejną trepanację czaszki i usunąć krwiaka z jego głowy. Po tym wypadku przestał normalnie mówić i chociaż wydawało się, że nas rozpoznaje, to od tamtej pory nie był dobrze zorientowany w swojej sytuacji. Ostatnie lata życia były dla mojego Ojca naprawdę bardzo przykre, spędził je głównie w łóżku. Kiedy dowiedziałam się, że zmarł, nie czułam nic. To było najdziwniejsze uczucie na świecie. Ku mojemu zaskoczeniu na pogrzebie strasznie płakałam. Płakałam, bo stałam nad trumną człowieka, który powinien być jedną z najważniejszych osób w moim życiu, a ja nie czułam nic oprócz ogromnego żalu. Żalu z powodu zmarnowanego życia. Mój Ojciec przegrał swoje życie — dlatego że nigdy o swoje życie nie zawalczył.

Opisuję tę sytuację nie po to, żeby robić z siebie ofiarę, bo dzisiaj już nią nie jestem, ale po to, żeby pokazać, jak łatwo człowiek może zniszczyć swoje życie. Osobiście wyciągnęłam ze złych doświadczeń moich rodziców lekcje. Nie można trwać w takiej beznadziei. Może nie doświadczamy tak skrajnych sytuacji, jak moi rodzice, ale często wiele rzeczy zaniedbujemy jeszcze wtedy, kiedy można coś z nimi zrobić. Przypominamy sobie o tym, gdy jest już za późno albo nie przypominamy sobie nigdy. Lekcja z życia mojego ojca jest dla mnie bardzo przykra, ale udowadnia, że zawsze należy się starać ze wszystkich sił, żeby coś zmienić, żeby nigdy nie dopuścić do tego, aby nasze życie tak źle wyglądało. Dla nas ten czas, gdy mieszkaliśmy razem w rozbitej rodzinie, były prawdziwą lekcją przetrwania. Nikt z nas, ani moja mama, ani mój ojciec, ani nawet ja, tak naprawdę nie żył, a egzystował. To była jedynie nieudolna walka o przetrwanie. A ja … moje emocje… od samego początku, od mojego dzieciństwa były tłumione. W większości przypadków było mi wszystko jedno. Byłam obojętna, zdystansowana. Musiałam stać się taka, aby przetrwać te najgorsze momenty. Zawsze czułam strach, przygnębienie, wstyd, poczucie niższości. Dzieci z rodzin biednych, patologicznych i te, które wychowywały się w domu dziecka, są całe życie „popychane” przez innych. Doświadczyłam tego bardzo dotkliwie. Moje dzieciństwo to był naprawdę trudny czas, ale dzisiaj wiem, że wszystko, czego doznałam, ukształtowało mnie i — co najważniejsze — mnie nie zabiło, więc mnie wzmocniło.

Nigdy nie lubiłam alkoholu, bo widziałam, co alkohol potrafi zrobić z człowiekiem. Kiedy już się napatrzymy na zło i nacierpimy z jakiegoś powodu, to tak bardzo zaczynamy tego czegoś nienawidzić, że trzymamy się od tego z daleka. W większości wypadków ludzie nie robią sobie krzywdy świadomie. Jest to bardziej nieświadome działanie na własną szkodę, bo nie potrafimy poradzić sobie z trudnymi sytuacjami. Jesteśmy po prostu zagubieni i tak trwamy w swojej własnej niemocy.

Normalne warunki do rozwoju to kochająca się rodzina z wartościami. Ale gdzie są takie rodziny? A może: ile ich jest? Niewiele niestety. Szczęśliwa rodzina to pojęcie, które mi osobiście nie było znane. Dlaczego tak się dzieje? Dzieje się tak dlatego, że ludzie żyją z dnia na dzień, bez mądrości. Nie dlatego, że ludzie chcą tak żyć, ale dlatego, że ludzie nie potrafią żyć inaczej. Nie rodzimy się przecież z mądrością, ale ktoś musi nam ją przekazać albo nas jej nauczyć, albo musimy sami tę mądrość zdobyć.

Rozdział 4
Młodzieńcze błędy

Wielu młodych ludzi nie dokonuje świadomego i przemyślanego wyboru, jeśli chodzi o drugą połówkę. Młodzi najczęściej nie zdają sobie sprawy, jak ważny jest ten wybór. Rodzice czy inni dorośli często mówią nam, czego mamy nie robić, ale nie wyjaśniają, dlaczego. Chociaż z doświadczenia wiem, że i tak się rodziców w młodości nie słucha. Mając naście lat, nie myślimy, że wybór chłopaka czy dziewczyny będzie na całe życie, czy zaprowadzi nas do ołtarza.

Patrząc wstecz i przyglądając się swojemu życiu, dobitnie zdałam sobie sprawę, jak ten wybór jest ogromnie ważny. Mąż może uszczęśliwić żonę, ale może też ją zniszczyć i tak samo może być w drugą stronę. Można się kochać i wspierać lub wykańczać siebie nawzajem. Ciężko jest żyć w samotności, ale jeśli nie dokonasz właściwego wyboru lub nie masz odpowiedniego podejścia, mądrości i nie umiesz iść na kompromis, to i w małżeństwie się nie spełnisz. Ponadto często tylko na początku jest kolorowo. Młodość rządzi się swoimi prawami, jest płomienna, pełna emocji i namiętności. Nie interesują nas wtedy zasady. Nie lubimy, jak ktoś nam mówi, jak powinniśmy postępować — myślimy, że wiemy lepiej i nie dbamy o pewne sprawy. Czujemy się wtedy tacy silni, tyle się dzieje, że nie zważamy na sprawy naprawdę ważne i chyba też nie potrafimy ich zrozumieć. Mądrość przychodzi trochę później. Ktoś trafnie powiedział, że mądrzy jesteśmy dopiero po szkodzie. Niestety.

Zadawałam sobie wielokrotnie pytanie, czy faktycznie młodość musi być taka burzliwa. Uważam, że nie musi być, jednak w większości wypadków jest. Wolałabym, aby w moim życiu tak nie było, ale podobno najlepiej uczyć się na błędach i to na swoich. Niestety czasami za te błędy, potknięcia i złe wybory płacimy bardzo wysoką cenę. Niektóre konsekwencje ciągną się za nami latami, a nawet i całe życie. Jeśli mi ktoś mówił, że najlepiej zrobić tak a tak, to ja robiłam na odwrót. Nie słuchamy też dorosłych czy starszych, bo oni nie są dla nas autorytetami i często nie mogą nimi być. Sami popełniają błędy, więc jak mogą nas uczyć? Nie zawsze jednak tak jest. Wiele razy przekonałam się, że ktoś z najbliższych radził mi dobrze i po latach przekonałam się dopiero, że miał rację. Mimo że często jest za późno, aby naprawić pewne błędy, to zawsze możemy przestać w nich trwać i je popełniać. Nigdy nie jest za późno, aby zacząć od nowa. Kiedy potraktujemy przeszłe porażki jak lekcje i wyciągniemy z nich wnioski, to unikniemy tych samych porażek w przyszłości. Niestety następuje to dopiero wtedy, kiedy bardzo boleśnie odczuwamy skutki swojej głupoty.

Rozdział 5
Szybkie dorastanie

Mając szesnaście lat, zaszłam w ciążę. Był to dla mnie prawdziwy szok. Pamiętam to uczucie do dziś, w jednej chwili wszystko w mojej głowie się zmieniło. Uświadomiłam sobie, że od tej chwili rozpoczęło się moje dorosłe życie. Byłam przerażona. Wyświetlił się w mojej głowie film o tytule Koniec mojej młodości. Nie miałam wielkich planów na przyszłość, trudno mieć jakieś w tak młodym wieku, ale na pewno nieplanowana ciąża nie była wtedy moim marzeniem. Przecież ledwo co się otrząsnęłam ze swojej przeszłości w mojej rodzinie. Dopiero co wyrwałam się z domu pełnego tragedii. Miało być tak wspaniale i w końcu miało się wszystko układać, a zamiast tego miałam olbrzymi problem. To było prawdziwe rozczarowanie, właśnie zaczęłam pierwszą klasę liceum, nie miałam domu rodzinnego, więc przyszłość malowała się w ciemnych kolorach. Zaczęłam sobie zadawać wiele trudnych pytań. Jak to będzie, jak teraz moje życie będzie wyglądało, jak sobie poradzę? Nie tak wyobrażałam sobie moje nowe życie, chciałam czegoś lepszego. Nawet jeśli nie wiedziałam jeszcze, jak to lepsze miało wyglądać, to na pewno to nie była to moja obecna sytuacja. Byłam załamana i rozczarowana, ale… tak naprawdę to sama sobą. Zdałam sobie jednak szybko sprawę z tego, że nie jest to czas na rozczulanie się, że muszę się wziąć w garść, bo za kilka miesięcy przyjdzie na świat moje dziecko.

Mimo tego wielkiego strachu w głębi serca wiedziałam, że sobie poradzę. Czułam jednak wstyd i to wcale nie pomagało mi budować pewności siebie, i jak to w takich momentach bywa, pojawiło się pytanie: dlaczego akurat mi się to przytrafiło? Zadajemy sobie dość często to pytanie, rzadziej jednak zdajemy sobie sprawę, że nikt inny nie jest za ten stan rzeczy odpowiedzialny tylko my sami. I ja też zamiast pytania „dlaczego mi się to przytrafiło”, powinnam siebie zapytać, dlaczego tak głupio postąpiłam. Oczywiście w tamtym czasie winiłam za całe zło wszystkich dookoła, a nie samą siebie. Zawsze miałam jakieś wytłumaczenie i winnego. Tak nam łatwiej, bo wolimy mówić źle o innych niż o sobie. Zwalić winę na tę drugą osobę i na okoliczności. Nie zawsze wina leży po jednej stronie i nie zgodzę się też, że zawsze jest pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Faktem jest jednak, że lubimy za wszystko obwiniać innych, nawet wtedy, kiedy to my ewidentnie zawiniliśmy.

Choć wkraczałam w dorosłe życie ze sporym obciążeniem, to czułam ogromną siłę i moc do przeciwstawienia się wszystkim przeciwnościom. Przecież miałam zostać mamą, więc musiałam być silna. Chciałam być najlepszą mamą, mimo że zupełnie nie wiedziałam, co to tak naprawdę znaczy. Żyłam intuicyjnie i nie można powiedzieć, że to było dobre. Kiedy nie kierujemy się w życiu wartościami, to pozostaje nam uczyć się na błędach. Wbrew pozorom nie jest to wcale przyjemne i łatwe. Dlatego tak bardzo doceniam teraz wiedzę, którą zdobywam, aby udoskonalać siebie, aby już nie marnować reszty swojego życia i przede wszystkim wnosić wartość do życia innych.

Rozdział 6
Porażka czy sukces?

Mimo że nie porzuciłam swojego dziecka, ale troszczyłam się o nie najlepiej, jak potrafiłam, to codziennie doświadczałam pogardy i okrutności ludzi. Kiedy masz problem, to niekiedy inni potrafią cię wtedy jeszcze dobić. Fakt, nikt przecież nie kazał mi rozpoczynać współżycia seksualnego w tak młodym wieku, więc sama musiałam wypić piwo, które nawarzyłam. Musiałam wziąć się w garść. Byłam mamą, która musiała karmić, wstawać w nocy do swojego dziecka, przewijać je i przebierać. I wciąż odczuwałam presję otoczenia. Wiele dziewczyn właśnie przez tę presję usuwa ciążę. Co do odpowiedzialności młodego ojca muszę tę kwestię pominąć, ponieważ nie mogę nic dobrego na ten temat powiedzieć. Jedyny komentarz to tylko przypomnienie, że dziewczyna nie zachodzi w ciążę sama. Nastolatki będą zachodzić w ciążę, dopóki nie zacznie się poważna i odpowiednia edukacja seksualna, nie tylko na bazie fizjologii, ale i psychologii, i pokazania prawdziwych konsekwencji. Tak długo, jak nie podejmie się otwartej dyskusji na ten temat, nic się nie zmieni. A w wielu wypadkach i to nie pomoże, dlatego że ciekawość i popęd seksualny młodych ludzi jest silniejszy od strachu. Jakimikolwiek wartościami jednak nie kierowaliby się rodzice, to i tak te wartości nie zawsze staną się wartościami ich dzieci. Każdy z nas przecież też był młody i jest to naprawdę mało wymowne, kiedy chcemy uczyć nasze dzieci, jak nie popełniać błędów, które sami popełnialiśmy. Ponadto, jak widzimy, dzieci z tak zwanych perfekcyjnych domów również wikłają się w problemy, więc chyba każdy musi przejść jakąś drogę w młodości. Każdy człowiek musi przeżyć ten młodzieńczy okres samodzielnie i oby był on jednak jak najmniej brzemienny w przykre i długotrwałe skutki.

Uważam jednak, że najgorszą rzeczą jest zostawić własne dzieci z ich problemami. Każdy z nas musi ponieść konsekwencje i ponosi je, ale bądźmy przy tym ludźmi. Wielu rodziców naprawdę zapomina, jak zachowywali się, gdy byli młodzi, a później patrzy bardzo krytycznym okiem na swoje dzieci. To, że jesteśmy dorośli, nie znaczy, że jesteśmy najmądrzejsi. Nie powinniśmy na swoje dzieci patrzeć z góry, zwłaszcza kiedy one mają już naście lat. Sama muszę przyznać, że moje dzieci są w wielu aspektach lepsze ode mnie. Wielu rodziców mogłoby się uczyć od swoich dzieci. Uważam, że nie jest to żadna ujma. Powinniśmy być dumni, kiedy nasze dzieci pokazują, że są mądrzejsze od nas, kiedy my byliśmy w ich wieku.

Po ponad dwudziestu latach mogę stwierdzić jednoznacznie, że osoby z najbliższego otoczenia wywierały na mnie ogromną presję i karały mnie bez przerwy swoimi komentarzami i docinkami z powodu mojego młodego macierzyństwa. Nie wiem, czemu miało to służyć, ale nie nazwałabym tego inaczej jak pastwieniem się. Przecież o wiele lepiej by było, gdyby mnie wspierały i mówiły, że będzie dobrze, że sobie poradzę. Niestety niektórym zależy, aby jeszcze dołożyć trochę krytyki od siebie. Nie zawsze jest ona konstruktywna. Mam po prostu wrażenie, że nie powinno się tyle płakać nad rozlanym mlekiem, ale nauczyć się sprzątać i nie rozlewać więcej.

Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że Bóg dał mi siłę, aby to wszystko przetrwać. Pociski ludzi uderzały we mnie i odbijały się ode mnie, nie raniąc mnie zbytnio. Tak bardzo byłam zdeterminowana i przekonana, że ja i moje dziecko też zasługujemy na normalne życie i szczęście. Poniosłam wszystkie konsekwencje tego, że byłam młodą mamą. Nie mogłam cieszyć się swoją młodością. Nie mogłam kontynuować edukacji w normalnym tempie. Musiałam dorosnąć z dnia na dzień. Musiałam zadbać o wszystko. Każdy chce oceniać postępowanie innych ludzi, ale to jest błąd. Tak naprawdę nikt nie wie, co inni przechodzą w życiu, czy jaką mają sytuację. Gdy wszyscy będziemy krytykować, to kto będzie chwalił i podnosił na duchu?

Chociaż nikt w tamtym okresie nie powiedział mi, że jest ze mnie dumny, to Bóg dawał mi nadzwyczajną pewność siebie. Nie rozumiałam, skąd to mam, ale dziś już wiem, że była to ponadnaturalna moc od Boga. Byłam biedna, młoda, zdana tylko na siebie, a jednak wiedziałam, że mam jakąś wartość. Nikt i nic nie mogło mnie złamać, bo Bóg mnie umacniał. Dzisiaj nie nazwałabym mojego młodego macierzyństwa błędem, lecz błogosławieństwem. Po prostu była to moja droga.

W naszym doczesnym życiu najczęściej skupiamy się na posiadaniu świetnej pracy, budowaniu domu. Te rzeczy są dobre i potrzebne, ale nie najważniejsze. Porównujemy się do innych i chcemy wpasować się w jakąś kategorię, a przede wszystkim tak naprawdę zależy nam na akceptacji. Znam takich, którzy mają pieniądze, świetną pracę i piękne domy, a nie mają dzieci. I oni wszystko oddaliby za dziecko. Co za paradoks. Człowiek zawsze pragnie tego, czego nie ma i dąży za wszelką cenę do tego, aby wszystko w jego życiu było poukładane jak w książkowym przykładzie. Jednak tak się nie da, każdy ma inne warunki, inne doświadczenia i inne pragnienia. Nie jesteśmy robotami i nie będziemy wszyscy idealnie tacy sami. To nie znaczy, że kiedy jesteśmy inni, jesteśmy bezwartościowi.

Obecnie mam trójkę cudownych i dorosłych już dzieci i muszę powiedzieć, że są one prawdziwymi skarbami w moim życiu i dziękuję za nie Bogu. Z perspektywy czasu całe puzzle mojego życia się poukładały. Dzisiaj wiem, że choć nie wszystko było do tej pory w moim życiu idealne, to jestem na dobrej drodze. Dzisiaj mam najlepszą rodzinę, wspaniałego Męża i cudowne dzieci. Gdyby dokładnie tak „beznadziejnie” nie potoczyło się moje życie, nie byłoby moich dzieci na tym świecie. Uważam więc, że Bóg po prostu wiedział, czego mi potrzeba, co mnie naprawdę uszczęśliwi i tym właśnie mnie obdarował. To nie oznacza, że popieram zakładanie rodziny w młodym wieku. Wiadomo, że nikt nie planuje zostać rodzicem w wieku szesnastu lat. Jednak to się zdarza. Moje doświadczenia z tamtego okresu powodują, że chciałabym ostrzegać młodych przed taką beztroską, kierowaniem się nie rozumem, a emocjami. Odradzam taką drogę wchodzenia w niespodziewaną dorosłość. Wychowanie dziecka to nie jest zabawa i należy się do tego odpowiedzialnego zadania przygotować. Z drugiej strony ilu rodziców jest gotowych? Czy nie jesteśmy gotowi dopiero wtedy, kiedy jesteśmy dziadkami i możemy te mądrości przekazać naszym wnukom? Obyśmy tylko wtedy w końcu byli gotowi. Znam i takie przykre przypadki, kiedy i dziadkowie zawodzą. Dziś życzyłabym sobie więc tego, abym była najlepszą mamą, jeśli do tej pory nią nie byłam. Wiem jedno — jestem dumna z tego, że do końca się nie poddałam i nie przestałam wierzyć, że kiedyś życie moje i moich dzieci będzie tylko lepsze.


Nigdy nie trać wiary w siebie, bo nie wiadomo, czy inni będą ją zawsze mieli względem Ciebie.

Rozdział 7
Kolejny kryzys

Moje pierwsze małżeństwo nie przetrwało. Po kilkunastu latach prób sklejania naszego życia uświadomiłam sobie, że niestety nie da się tego zrobić w pojedynkę. Było tak źle, że czułam, jakbym była martwa za życia. Pomyślałam wtedy o dzieciach. Zdałam sobie sprawę, że moje życie idzie w ślady moich rodziców. Powiedziałam sobie wtedy w myślach, że moje dzieci nie będą cierpiały tak jak ja i że muszę coś z tym zrobić. Podjęłam w końcu decyzję o ostatecznym rozstaniu i postanowiłam wyjechać za granicę. Około pół roku przed tym, zanim wyjechałam, siedziałam z moją przyjaciółką Adinką na ławce i rozmawiałyśmy o tym, jak świetnie by było wyjechać gdzieś daleko od naszych problemów i zacząć wszystko od nowa. Było to wtedy bardziej marzenie lub westchnienie niż coś, co mogłoby się spełnić. Czasami jednak dostajemy od życia miłe prezenty, bo to marzenie spełniło się w życiu nas obydwu. Kilka miesięcy po naszej rozmowie Ada mieszkała już za granicą i wkrótce pomogła mi wyjechać. Znowu nadzieja pojawiła się w moim życiu. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Byłam wtedy gotowa wyjechać dokądkolwiek, byle daleko. Na tym etapie swojego życia już płaciłam cenę za swoje własne złe wybory. Wiele razy tak właśnie nasze życie wygląda. Pędzimy, ale tak naprawdę nie wiemy, gdzie. Nasze decyzje i czyny nie są przemyślane. Nie zastanawiamy się nawet, czy nasze zachowanie przyniesie dobre efekty. Nie zastanawiamy się, bo znamy tylko jedną drogę — przed siebie. I to jak najszybciej do przodu, bo to nam daje wrażenie, że nasze problemy rozwiążą się po drodze. Bazujemy najczęściej na emocjach, które nie są najlepszymi doradcami. I często wtedy pogrążamy się i jesteśmy jeszcze bardziej zagubieni.


Człowiek może tworzyć coś wartościowego, kiedy zna kierunek i postępuje według wartości. Jak nie kierujesz się mądrością, to postępujesz głupio. Jak nie masz właściwych przykładów, to nie wykrzeszesz z siebie samego za wiele dobrego. Idziesz więc tak przez życie, jakby popychany przez wiatr, dokładnie tam, gdzie Cię poniesie.


Czy nie mogłabym winić za ten stan rzeczy moich rodziców? Mogłabym, ale moi rodzice mogliby winić swoich rodziców. I tak w kółko. Obwinianie innych naprawdę nie ma sensu. Jedyne, co trzeba zrobić, to w końcu przerwać tę nić patologii, problemów i porażek rodzinnych. Jak ja dziękuję Bogu za to, że w końcu pokazał mi ten cały brud, który tak się ciągnie od pokoleń w mojej rodzinie! Te same problemy, te same porażki, te same błędy. Ale jak długo? Tak długo, aż w końcu ktoś zacznie mieć tego dość i zapragnie to zmienić. Ile można w życiu cierpieć? Można i całe życie, jeśli nie zawalczy się o swoją przyszłość. Ja nie chciałam już cierpieć. Dlatego zaczęłam szukać innych dróg i to w końcu dało początek mojemu nowemu, lepszemu życiu.

Kiedy nie mamy dobrych przykładów i Boga, nasze życie przypomina dryfowanie na statku podczas burzy. Nie mamy kontroli. Nic nam się nie udaje i nic się nie klei. Zaczęłam dostrzegać, że moje życie nie wygląda tak, jakbym chciała. Dostrzegłam, że się kompletnie pogubiłam. Stwierdziłam w końcu, że nie jestem szczęśliwa, że pragnę od życia czegoś więcej. Pragnęłam zmiany na lepsze. To pragnienie było początkiem szukania drogi do szczęścia. Nie sytuacja czy okoliczności przesądzają o naszym życiu, ale my sami o nim decydujemy. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, to prawda jest taka, że każdy jest kowalem własnego losu. Oczywiście przez lata dzieciństwa nie odpowiadamy za siebie. Dzieciństwo jednak to nie całe życie. To zaledwie jedna czwarta życia. Dlatego zawsze jest nadzieja i zawsze może być lepiej. Dowodem na to jest wielu ludzi sukcesu. Większość z nich pochodzi z domów rozbitych, patologicznych i biednych. Wydawałoby się, że człowiek jest wtedy bez nadziei i szans na coś lepszego. Okazuje się jednak, że każdy może odmienić swoje życie. W większości wypadków właśnie ci, co nic nie mają, są najbardziej zdeterminowani, aby coś mieć. Udowodnić całemu światu i sobie, że można inaczej i lepiej.

Jedna porażka czy nawet kilka nie przesądza o naszym całym życiu, chyba że na to pozwolimy. Za często w życiu przejmujemy się opinią innych bądź też nie mamy swojego zdania, a idziemy czy postępujemy tak, jak inni zadecydują. Pozwalamy, aby inni, w naszej ocenie silniejsi, wywierali na nas wpływ. Oddajemy w taki sposób w ręce innych samych siebie. Nie mamy tożsamości, więc godzimy się na życie wyreżyserowane przez tych śmielszych i bardziej krzykliwych. Manipulowani i zagubieni we własnej drodze przeżywamy dzień za dniem nieszczęśliwi. Ludzie oceniają nas na podstawie naszych czynów, ale nie znają naszych doświadczeń. Oczywiście motywy nie zawsze są dobre, ale czasami nasze problemy wynikają z czegoś głębszego. Z krzywdy, z bólu, z cierpienia.


Życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy tak naprawdę zrozumiesz samego siebie i swoje pragnienia.

Rozdział 8
Obca ziemia

Żebyś nie wiem, gdzie próbował się schować i uciec, dopóki Twój umysł i dusza nie będą zdrowe, dopóty nie będziesz w pełni spełniony, wolny i szczęśliwy.


Po raz drugi odczułam ogromną ulgę w moim życiu, kiedy wyjechałam z Polski. Jakby spadł mi z serca ogromny kamień. Nic się dla mnie nie liczyło oprócz spokoju, którego pragnęłam najbardziej. Uwolniłam się od ludzi i sytuacji, w których nie mogłam już dłużej tkwić, ale niestety musiałam zostawić swoją ojczyznę. Z wielką przykrością to piszę, bo każdy człowiek kocha swój kraj i chce w nim mieszkać. Miałam więc kolejny powód do pretensji i żalu, ponieważ czułam się zaniedbana nawet przez swoja Ojczyznę. Czułam, że wszystko było mi po trochu zabierane. Mieszkanie, rodzina, a nawet mój kraj.

Z powodu właśnie tych wszystkich pretensji i żalu do innych łatwo mi było się zaaklimatyzować na obczyźnie. W końcu miałam spokój, w końcu mogłam sama decydować o sobie. Jednak, jak się okazało dość szybko, nie była to wcale taka komfortowa sytuacja. Wpadłam z deszczu pod rynnę. Była lepsza od tej, którą miałam w Polsce, ale nie była idealna dla osoby bez kręgosłupa moralnego. W tamtym czasie byłam bowiem osobą nieugruntowaną w życiu, w zasadach i wartościach. Brakowało mi mądrości, więc moje życie nadal przypominało dryfowanie, ale tym razem z dodatkowym balastem — sporą ilością kwasu w sobie.

W tym wszystkim jednak najgorsze było to, że uważałam się za naprawdę mądrą osobę. Rzeczywistość była jednak inna. Do dzisiaj dziwię się temu, jak można przeżyć połowę swojego życia w takim oszustwie. Można. Przyczyny tego stanu były różne. Brak normalnej rodziny, brak odpowiedniego wychowania, brak prawdziwej życiowej mądrości, złe decyzje, ciągła ucieczka. Koncentrowanie się jedynie na problemach i nieposiadanie wyższych celów.


Dopóki w życiu będziemy tylko walczyć z problemami, dopóty nie będziemy mieć szansy i czasu na ocenę naszej sytuacji i na zmiany. Dlatego tak ważne jest, abyśmy co jakiś czas się zatrzymali i zastanowili, czy idziemy w dobrym kierunku, aby ciągle to nasze życie usprawniać i polepszać. I aby się nie okazało, że galopujemy na oślep.


Nie potrafiłam wtedy jeszcze naprawić swojego życia, bo nie wiedziałam, co jest w życiu ważne i najważniejsze. Szłam w całkowicie przeciwnym kierunku. Skupiałam się głównie na sobie i szukałam czegoś, co zagłuszy mój ból. Te rzeczy zawsze są na wyciągnięcie ręki. Zaczęłam się bawić. Imprezowałam co weekend, szukałam dowartościowania w nawiązywaniu znajomości, nie kontrolowałam swoich finansów, nie miałam większych pomysłów na siebie czy planów na przyszłość. Nie zależało mi na relacjach z rodziną ani na przyjaźniach. Zaczęłam zaniedbywać nawet swoje dzieci. To był mój prawdziwy upadek. Życie godne pożałowania. Egoizm, użalanie się nad sobą i ranienie wszystkich dookoła, to była moja codzienność. Każdy kolejny dzień pogrążał mnie w głębszym dole. Nie potrzebowałam nikogo, nie dbałam o nikogo, nie szanowałam nikogo. Z jednej tragedii do kolejnej. Za wiele więc się nie zmieniło, bo ja się nie zmieniłam. Mieszkałam daleko, a moje życie nadal wyglądało żałośnie.

Dla mnie samej jednak wszystko było w jak najlepszym porządku. Nie widziałam nic złego w swoim zachowaniu. Jeśli nawet ktoś delikatnie próbował mi zwrócić na coś uwagę, to uważałam, że to nie ja mam problem, ale właśnie ta osoba. Zachowywałam się dosłownie jak rozwydrzona nastolatka — bez kontroli i ogłady. Mimo że w głębi serca zawsze pragnęłam lepszego życia, to nie robiłam nic innego, jak tylko to złe, które do tej pory znałam. Budowałam swoje życie na tych samych fundamentach z piasku i słomy. Chciałam dużo i lepiej, ale moje rozumowanie i postępowanie było cały czas na takim samym niskim poziomie. Często chcemy coś zmienić i coś naprawić, ale tak naprawdę tego nie robimy, bo nie umiemy i okazuje się, że przez lata stoimy w miejscu albo — co gorsza — cofamy się. Samo chcenie niestety nie wystarcza.

Dziś już wiem, że stało się tak dlatego, że nie miałam swojej własnej tożsamości. Moje życie było napędzane moim nastrojem, a przeważały we mnie negatywne emocje. Nie oceniałam racjonalnie sytuacji, bo nie miałam do czego się odnieść.


Człowiek bez jasnej wizji na swoje życie jest rozbitkiem. Dzisiaj może zdecyduje tak, a jutro inaczej. Kiedy nie mamy jasno określonej drogi — błądzimy. Można przecież błądzić całe życie. Każdy z nas, aby funkcjonować normalnie w społeczeństwie, musi być jego wartościowym członkiem. Musi wiedzieć, w co wierzy, co sobą reprezentuje i do czego dąży.


Moi rodzice nie poukładali swojego życia, jak powinni. Z wielu powodów. Z powodu ograniczeń umysłowych, z biedy, z powodu nałogów.  Na szczęście lata starości spędzili już we względnym spokoju mając opiekę medyczną i bezpieczeństwo, więc nastąpił progres w ich życiu.

Tak, to prawda, że nie chodzi w życiu o same sukcesy i spektakularne osiągnięcia, ale nie chodzi też, aby na końcu drogi stwierdzić, że mogło się zrobić wszystko lepiej.

Ja sama miałam już lepszy start, więcej możliwości, mniej przeszkód do przeskoczenia, ale przez wiele lat nie wykorzystywałam tego w pełni. A na dodatek po drodze uwikłałam się w swoje kłopoty. Mimo że przed oczyma cały czas miałam obraz mojej rozbitej rodziny, to sama nie zaszłam o wiele dalej. Moje przeżycia z dzieciństwa powinny mnie zmotywować do prowadzenia lepszego życia. I wydawało mi się, że jest ono lepsze, a przecież nie było. Chociaż nie powieliłam wszystkich błędów moich rodziców, to i tak niektórych nie udało mi się uniknąć.


Dlatego, aby naprawdę coś się zmieniło w naszym życiu, musimy zmienić się sami. A te dobre rzeczy i zmiany nie spadają z nieba. Trzeba ich pragnąć, szukać i o nie zawalczyć.


Kiedy wyjechałam, wydawało mi się, że byłam wolna, samowystarczalna i samodzielna, a tak naprawdę byłam w poważnych tarapatach. Nigdy tak naprawdę nie rozwiązywałam swoich problemów. Wydawało mi się, że to potrafię, a prawda była taka, że za każdym razem tylko od nich uciekałam. To było moje „rozwiązanie”, które niczym dobrym nie skutkowało. Na zmiany na lepsze w naszym życiu składa się wiele czynników, ale na pewno ucieczka niczego nie załatwia. Zmiana miejsca zamieszkania to za mało, choć w skrajnych wypadkach to po części pomaga, ale przeważnie na krótko. Jeśli mamy problemy ze sobą, to zabierzemy je wszędzie, gdzie pójdziemy.


Jeśli nie zmienisz siebie, problemy w nowym miejscu staną się tylko kwestią czasu.


Kiedy w końcu zrozumiałam, jak naprawdę wygląda moje życie, zadałam sobie pytanie — jak to się mogło stać? Jak to możliwe, że zaczęłam postępować w sposób, którego nienawidziłam? Odpowiedź jest bardzo prosta: jeżeli znasz tylko jedną drogę, to właśnie nią będziesz kroczył. Uświadomiłam sobie bardzo wyraźnie, że ja nie zapomniałam, co jest w życiu najważniejsze, jak należy postępować i jak się zachowywać. Ja po prostu nigdy dotąd tego nie wiedziałam. Odwzorowałam więc w sporej części to, co dotąd znałam. Nie jest łatwo wyrwać się z tych złych schematów, bo one przez lata stają się naszą normalnością, codziennością, czymś oczywistym, naturalnym i automatycznym. Aby zobaczyć siebie w prawdziwym świetle, musimy niejako wyjść ze swojej skóry, stanąć obok i przyjrzeć się sobie z dystansu.

Chyba każdy zna powiedzenie, że życia nie oszukasz. Jeśli chcesz znaleźć do życia wartościową osobę, musisz sam się tą wartościową osobą stać. Nikt nie wskakuje na wyższy poziom tak po prostu. Chcemy być wyedukowani, to musimy się uczyć. Aby zdobyć lepszą pracę, musimy być więcej warci na rynku pracy. Nie będziemy mądrzejsi bez szukania i zdobywania mądrości. Nadprzyrodzone i niezwykłe rzeczy dzieją się jedynie poprzez działania Boga, ale Bóg pomaga nam zazwyczaj z tym, czego my już nie potrafimy sami zrobić. Cała reszta jest w naszej gestii.


Jeśli jeszcze nie wiesz, czego chcesz, dowiedz się, czego nie chcesz, a z czasem dowiesz się, czego chcesz.

Rozdział 9
Niewola

Sięgnęłam po używki. Uwielbiałam palić w grupie znajomych, rozmawiać, pić przy tym kawę lub red bulla. Od małego ciągnęło mnie do palenia, mając zaledwie kilka lat, próbowałam palić słomę. Zaczęłam palić papierosy nałogowo, mając kilkanaście lat. Szybko uświadomiłam sobie, że to niezła pułapka. Na początku chcesz palić, a nie możesz, później już nie chcesz, a musisz. Każdy, kto zaczyna palić, nie myśli o konsekwencjach. Nałóg ten staje się jednak dość szybko prawdziwym problemem. Sporo kosztuje, nie wpływa dobrze na nasze zdrowie i na dodatek nosimy na sobie ten nieprzyjemny zapach. Mimo tego nie jest łatwo rzucić palenie. Ja sama, mimo że czułam się źle po wypaleniu papierosa, ponieważ moja energia spadała o 50%, nie wyobrażałam sobie, żebym mogła przestać palić. Gdy myślałam o rzucaniu, czułam się źle, tak jakby ktoś chciał zabrać mi coś, co bardzo lubiłam. Z jednej strony lubiłam palić, a z drugiej strony byłam zła na siebie, że palę, bo wiedziałam, że nie służy to mojemu zdrowiu. Pewnego dnia postanowiłam, że muszę się z tym nałogiem zmierzyć. Miałam już za sobą okresy, kiedy na kilka miesięcy czy nawet lat przerywałam palenie. Zawsze jednak do tego nałogu wracałam. Chciałam naprawdę przestać, nie z powodu ciąży czy karmienia piersią, ale tym razem tak naprawdę, raz na zawsze. Przetestowałam wiele sposobów w dość krótkim czasie i nic nie skutkowało. Byłam sfrustrowana. Wytrzymywałam maksymalnie godzinę od rozpoczęcia detoksu i sięgałam po papierosa. To bardzo dało mi do myślenia, ponieważ zrozumiałam, jak jestem słaba. Dodatkowo znajomy opowiedział mi historię swojego ojca, który, siedząc w fotelu, stwierdził, że od jutra nie będzie palił i faktycznie już nigdy więcej tego nie zrobił. Dodam tylko, że palił nieprzerwanie przez czterdzieści lat. Ta historia jeszcze bardziej mnie zdołowała. Zaczęłam rozmyślać nad tym i stwierdziłam wtedy, że papieros, kilkucentymetrowy przedmiot z trucizną, za którą ja płacę, jest silniejszy ode mnie i mną kieruje. To mną bardzo wstrząsnęło. Za każdym razem, gdy paliłam papierosa, analizowałam wszystko, co jest z paleniem związane. Zauważyłam wtedy, że potrafię wszystko odłożyć na później z powodu papierosa. Mogę na przerwie nie zjeść, ale muszę zapalić. Mogę nie kupić czegoś do jedzenia, ale muszę kupić papierosy. Mdliło mnie, kiedy wypaliłam papierosa, ale godzinę później sięgałam po kolejnego. Uświadomiłam sobie wtedy, że tak naprawdę to cały mój dzień był podporządkowany fajce. Zdarzało się, że, któreś z dzieci chciało mnie o coś zapytać, a ja odpowiadałam, że nie teraz, bo idę na papierosa.

Decydującym momentem była jednak sytuacja z moim najmłodszym synem, który pewnego dnia wyrzucił mi paczkę papierosów do ogrodu. Stwierdził, że wyrzucił je, bo nie chce, abym umarła na raka. Zamarłam wtedy. To była kropka nad i. W końcu do mnie dotarło. Nie mogłam uwierzyć w moją głupotę i w to, że moje dziecko jest mądrzejsze ode mnie i musi uczyć mnie, co jest dobre, a co złe. Czułam się okropnie. To zmotywowało mnie do rozpoczęcia walki z nałogiem. I przez około tydzień, jeszcze paląc, przygotowywałam się wewnętrznie do niepalenia. Analizowałam, co będę robić, kiedy nie pójdę zapalić. Stoczyłam wewnętrzną walkę z samą sobą i, co najważniejsze, byłam całkowicie nastawiona na zwycięstwo. Udało się po kilku dniach — wreszcie przestałam palić. Jestem wolna od papierosów od prawie dziesięciu lat. Wiem, że naprawdę można pokonać ten nałóg, jak i każdy inny, jeśli tylko się bardzo chce. Dzisiaj po latach wiem, że to Bóg dał mi mądrość siłę, abym rzuciła te papierosy.

Rozdział 10
Pułapka

Grzech smakuje przez chwilę, za to jego skutki pozostają z nami niestety na bardzo długo.


Codziennie dokonujemy jakichś wyborów. Złych lub dobrych. Za złe czekają nas przykre konsekwencje, a za dobre błogosławieństwa. Zauważ, że nigdy nie jesteśmy neutralni, nawet jak nam się wydaje, że tak jest, to okazuje się, że zawsze musimy wybrać między dobrem a złem. Życie oferuje nam pełen wachlarz możliwości, ale wszystko, na cokolwiek byśmy się zdecydowali, jest dobre albo złe. Jeśli tego nie widzisz w ten sposób, to znaczy, że tłumaczysz sobie to po prostu inaczej. Fakty mówią za siebie. Wszystko możesz, ale nie wszystko jest pożyteczne — ale co to tak naprawdę znaczy? Inaczej mówiąc, nie wszystko, na co się zdecydujemy, nam służy lub jest dla nas dobre.

Dopiero gdy poznałam straszne skutki grzechów opisane w Biblii, uświadomiłam sobie, dlaczego jest tam tyle zakazów i nakazów. Zrozumiałam, że Bóg nie jest tyranem, który chce, abyśmy stosowali jego prawo jedynie dlatego, że On jest Bogiem. I nie tylko dlatego, że nas stworzył i w związku z tym, On nam tak nam nakazuje, a my mamy być Mu ślepo posłuszni. Tylko dlatego, że Bóg jest miłością i daje nam swoje prawo, bo nas kocha i nie chce, abyśmy cierpieli.


Przykazania więc są wskazówkami od Boga, jak mamy żyć i postępować, aby nie pakować się w kłopoty.


Ja sama odkryłam, że wiele moich przyzwyczajeń czy myśli było destruktywnych, a towarzyszyły mi one od lat. Tak byłam przyzwyczajona do tych zachowań, że stały się one częścią mnie. Nie zastanawiałam się, czy dobrze robię lub myślę, po prostu to robiłam. Dopiero kiedy bliżej poznałam Boga, dowiedziałam się, że nie wszystko, co człowiek robi, jest dobre i nie wszystkie myśli, które mamy w głowie, są naszymi myślami. Było dla mnie nie lada odkrycie. Do tamtej pory nie kierowałam ani swoim życiem, ani swoimi myślami, ale po prostu żyłam bezmyślnie i pozwalałam, aby ktoś inny miał większy wpływ na moje życie niż ja sama i aby negatywne myśli kierowały moimi krokami.

Jednym z przykładów takich sytuacji jest niekonstruktywna rozmowa. Ludzie mówią dużo, ale czy samo mówienie ma jakąś wartość? Przecież można mówić dużo i bez sensu. Można robić dużo, ale przyczyniać się do złego. Więc nieważne, ile, ale jak. Okazuje się jednak, że aby prowadzić konstruktywną rozmowę, trzeba umieć słuchać i milczeć, a zwłaszcza mówić na temat i z sensem. A przecież w wielu rodzinach nie prowadzi się szczerych i konstruktywnych rozmów. Owszem, dużo się mówi, ale czy te wszystkie rozmowy do czegoś prowadzą? Ja sama nie potrafiłam rozmawiać konstruktywnie. Jest różnica między konstruktywną rozmową a pustą gadaniną, która jest dla wielu taka naturalna. Mówimy o wszystkim i o niczym — gadanie dla samego gadania. Powtarzamy te same zdania, kiwamy głowami, pokazując, że się zgadzamy, choć tak naprawdę byśmy sobie ziewnęli, bo nas to nie za bardzo interesuje. Wielokrotnie brałam udział w takich rozmowach. Wolałam mówić o innych, zwłaszcza krytykować, a w moich rozmowach głównie zdawałam relacje z wydarzeń, ale niestety mało było w tym całym gadaniu konkretów. Tylko narzekanie, marudzenie i obgadywanie. Tak było do momentu, kiedy zdałam sobie sprawy z tego, jaką moc mają słowa. Na początku uzmysłowiłam sobie, że należy uważać z krytyką. Zaczęłam zauważać skutki mojego nieposkromionego języka. Zrozumiałam, że słowa potrafią bardzo zranić. Często wydaje nam się, że nie chcieliśmy czegoś powiedzieć, a jednak wyszedł z nas ten jad żmii. Miałam kilka takich sytuacji, kiedy po czasie bardzo żałowałam tego, co komuś powiedziałam.

Kolejnym przykładem jest unikanie rozmowy. Milczenie i zamykanie się w sobie naprawdę nie rozwiązuje problemu. Problemy nie mają zwyczaju znikać same. Trzeba je rozwiązać, a najlepiej to zrobić poprzez rozmowę, ale jakoś niełatwo nam to przychodzi. Wystarczyłoby przecież szczerze porozmawiać, ba, może nawet i sobie nawrzucać. Wtedy atmosfera byłaby oczyszczona, a nierzadko przecież rodziny są skłócone czy obrażone przez lata tylko przez to, że nie potrafią otwarcie rozmawiać. Szczerość natomiast pokazuje, że zależy nam na sobie. Nie jest łatwo szczerze rozmawiać, ale jest nam to bardzo potrzebne! Ludzie mają tendencję do tego, aby oceniać po pozorach, powierzchownie, jesteśmy bardzo szybcy i krytyczni w osądach, a wystarczyłoby czasami najpierw posłuchać i postarać się zrozumieć, zamiast od razu kogoś przekreślać.


Dzisiaj wiem, że prowadzenie mądrej rozmowy to sztuka. Ćwiczę więc tę umiejętność bardzo cierpliwie. Staram się po prostu traktować innych tak, jak sama chciałabym być potraktowana. Powinniśmy analizować bardziej to, co mówimy i zamiast po prostu mówić, zacząć rozmawiać.

Rozdział 11
Nieznajomość Boga

Umieć żyć, to znaczy nie bać się chodzić. Zaakceptuj fakt, że będziesz się potykać i upadać. To jest OK, bo upadanie to część naszego życia. Dopóki wstajesz, jesteś na dobrej drodze. Najważniejsze, aby za każdym razem podnosić się mądrzejszym.

Zanim wyjechałam z Polski, długo modliłam się o to, aby Bóg zmienił moją sytuację. Miałam natomiast tylko jeden scenariusz w głowie — swój oczywiście. Oczekiwałam, że Bóg zadziała dokładnie tak, jak ja to sobie wyobraziłam. Ból i cierpienie przyćmiewało całe moje myślenie, które i tak nie było do końca mądre. Bóg nie zawsze działa w sposób, jaki nam się wydaje najlepszy i całe szczęście, bo nie zawsze nasze scenariusze są dla nas dobre. Dopiero po upływie wielu lat wiem, że pragnęłam czegoś, co nie przyniosłoby mi szczęścia i dziękuję Bogu, że nie spełnił On wtedy mojej prośby. Czasami nasze intencje zgadzają się z Bożymi. Myślę jednak, że w większości wypadków, pragniemy tego, co nie jest dla nas dobre, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego tak ważne jest zaufanie Bogu, bo przecież On wie wszystko najlepiej. Człowiek jednak rzadko chce oddać wszystkie swoje pragnienia Bogu. Nie zna Go i nie zdaje sobie sprawy, że chce On jedynie naszego dobra. Wiele rzeczy, których my pragniemy, tak naprawdę prowadzi nas do zniszczenia. Często okazuje się, że dowiadujemy się o tym za późno albo wcale, trwając w tym złym do grobowej deski.


Nasze pragnienia często prowadzą do problemów i cierpienia. To, co jest dla nas atrakcyjne, mami nas, okazując się pięknie ozdobioną pułapką.


Odpowiedz sobie szczerze. Czego pragnie człowiek bez Boga? Zaszczytów, sławy, przyjemności, zabawy, pieniędzy? Przyglądając się jednak temu wszystkiemu z bliska, okazuje się, że jest to fatamorgana na pustyni. Czy ludzie sławni, chociażby celebryci, są szczęśliwi? Niestety nie, bo za swoją sławę płacą wielką cenę. Z zaszczytami jest podobnie. Przez jednych będziesz podziwiany, drudzy Tobą wzgardzą. Zabawa nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, a pieniądze same w sobie nie dają szczęścia.

Dziś wiem, że oczekiwanie na realizację naszych planów przez Boga jest zuchwałym zachowaniem. Bóg wie, jak działać, żebyśmy mieli to, co jest dla nas najlepsze. Jednak to my jesteśmy ślepcami, gdy chcemy czegoś innego, niż to, co daje nam Bóg. Jestem przykładem takiego doświadczenia. Ile razy miałam pretensje do Boga, a On mimo to działał i rozwiązywał moje problemy. Ja odwracałam się do Niego plecami, bo Jego scenariusz nie zgadzał się z moim. To była najgorsza rzecz, jaką mogłam zrobić sobie, w czasie, kiedy tak naprawdę najbardziej potrzebowałam Bożego wsparcia. Sama pozbawiłam się Jego opieki i błogosławieństwa. Całą swoją nadzieję oparłam na sobie samej. Na efekty nie musiałam długo czekać. Od tamtego momentu rozpoczęło się prawdziwe piekło w moim życiu. Żyłam tak, jakby Boga nie było. Nie było Boga, nie było zasad, nie było hamulców. Więc hulaj duszo, piekła nie ma.

Powoli małymi kroczkami moje życie zaczęło zmierzać w złą stronę. Po prostu jakbym nagle przestawiła się na inny program. Nie byłam tą samą osobą. Wielokrotnie słyszałam, jak ludzie mówili, że jestem zimna i bez uczuć… i faktycznie taka byłam.

Dla mnie jednak wszystko było w jak najlepszym porządku, ale ludzie, którzy mnie znali wcześniej, mogli śmiało powiedzieć: „Co się z tą dziewczyną stało?”. Bóg widział, jak daleko jestem od tego, czego naprawdę pragnęłam. On znał moje potrzeby i cały czas o mnie walczył, co jakiś czas wysyłając mi pewne sygnały i ostrzeżenia. Tak naprawdę to Bóg wiedział, co w końcu całkowicie odmieni moje życie raz na zawsze. Po latach okazało się, jak bardzo plany Boga były lepsze od moich.

Rozdział 12
Życiowe doświadczenia

Zawsze miałam słabość do słodyczy. W czasie mojego dzieciństwa często brakowało pieniędzy na jedzenie, więc o słodyczach można było pomarzyć. Były to czasy, kiedy najlepsze rzeczy były w Peweksie i na które nas nie było stać. Wiedziałam, że jedzenie słodyczy w nadmiarze nie jest zdrowe, ale było to silniejsze ode mnie. Próbowałam wiele razy choćby ograniczyć obżeranie się tymi słodkościami, ale niestety nie było efektu. Jeśli już, to na krótko, po czym zaraz szybko nadrabiałam straty. Nie miałam jakiejś znaczącej nadwagi, ale, jak wiadomo, nie trzeba być grubym, aby mieć organizm na skraju wyczerpania. W sumie mogłabym nie jeść zwykłych posiłków, ale musiałam dostarczyć swojemu organizmowi czekoladę. Jak łatwo się domyślić, zaczęłam chorować i to już nie były przelewki. Przestraszyłam się, ale mimo przykrych dolegliwości, dalej jadłam słodycze. Sytuacja nie poprawiała się, a ja oczywiście nie chciałam przyznać czy nawet myśleć, że to może być przez moje niewłaściwe odżywianie. Trafiłam w końcu do lekarza specjalisty. Okazało się, na moje szczęście, że był to po prostu sygnał mojego organizmu, że jeżeli chcę być zdrowa, to muszę zmienić sposób odżywiania, a przede wszystkim muszę znacznie ograniczyć słodycze. Nie była to jednak łatwa sprawa, ponieważ uzmysłowiłam sobie, że jestem od nich uzależniona. Wiedziałam, że nawet największa obietnica, którą sobie złożę, nie powstrzyma mnie przed sięgnięciem po coś słodkiego, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że jest to rodzaj ostrzeżenia od Boga — moje objadanie się może się to skończyć poważnymi problemami zdrowotnymi. Wpadłam więc na pomysł, że złożę obietnicę Bogu. To był naprawdę genialny pomysł. Złożyłam obietnicę przed Bogiem, że nie będę jadła słodyczy od poniedziałku do piątku do końca mojego życia i faktycznie ich nie jem. Jestem bardzo zadowolona z tego postanowienia. Okazało się, że to był wręcz ratunek dla mnie. Oczywiście nie sprawdzi się to u każdego i w każdej sytuacji. Jeśli jednak chodzi o ekstremalne zmiany, to właśnie ten sposób jest rozwiązaniem dla osób, które nie mają sił, aby stawić czoła słabościom i nałogom.

Podobnie było z uczuciami, które mnie niszczyły. Nienawiść, żal, gniew. Nie umiałam samodzielnie się od nich uwolnić. Bóg mnie uwolnił, chociaż to także był proces. Próbowałam jak zawsze sama sobie poradzić. Przemawiałam do swojego rozsądku, ale co z tego, jak poprawa trwała może pięć minut. Potem znów odczuwałam to samo, a moje uczucie gniewu i żalu były nawet silniejsze. Zdawałam sobie sprawę, że to jest złe. Mijało już jednak siedem lat, a moja nienawiść nie malała. Zastanawiałam się niekiedy, co się ze mną dzieje. Większość ludzi nie usiłuje tego zwalczać i uzurpuje sobie prawo do nienawiści z powodu swojego cierpienia. Ja jednak czułam, że strzała tak niszczącego uczucia ma groty na każdym końcu, które nie tylko godzą w obiekt naszej nienawiści, ale i w nas samych. I nie ma mowy o zakończeniu tej wewnętrznej walki, dopóki nie uświadomimy sobie, jak bardzo nas to rani, a nienawiść jest to w pełni negatywne i destrukcyjne uczucie. Można nawet powiedzieć, że ona zżera nas od środka. Czy przeszłość powinna wpływać na naszą teraźniejszość? Na pewno nie! Ale czy wpływa? Niestety tak, wpływa do momentu, kiedy powiemy stop. Przecież nie da się cofnąć czasu, nie da się zmienić przeszłości. Jeśli jednak na to pozwolimy, to przeszłość może niszczyć nasze dotychczasowe życie. Ciągłe rozpamiętywanie krzywdy jest robieniem sobie krzywdy. Co gorsze, nieraz ta krzywda jest przez nas wyolbrzymiona. Kiedy jesteśmy w momencie rozpamiętywania, to często też użalamy się nad sobą. Rozpamiętywanie krzywd, chowanie urazy, zmienia nas, ale zdecydowanie na gorszych.

To takie normalne, kiedy wspomnienia wypełniają nas po brzegi. Większość ludzi żyje głównie wspomnieniami. Nie myślą o teraźniejszości i przyszłości w takim stopniu jak o przeszłości. Kiedy myślimy o przeszłości, zwłaszcza negatywnie i w nadmiarze, to nie jesteśmy w żaden sposób tym zbudowani. Wręcz przeciwnie — myśląc pesymistycznie, uwalniamy po raz kolejny truciznę do naszej duszy. Zdałam sobie sprawę, że jeżeli się z tym nie rozprawię, to nigdy się to nie zmieni i do końca życia będę czuła się tak samo.


Sam to przeanalizuj, a na pewno dojdziesz do takiego samego wniosku. Nasze trudne doświadczenia i wspomnienia mogą żyć z nami całe życie. Z nami i w nas. Przeszłość trzeba zostawić, bo inaczej będzie ona naszą teraźniejszością bardzo żywą, intensywną i niszczycielską. Czy na pewno tego właśnie chcesz?


Karma jest wielkim oszustwem. To kolejny pusty slogan powtarzany bez zastanowienia się nad jego sensem. Wielu ludzi wierzy w karmę, ale to zamknięte koło. Ktoś robi źle i ponosi tego konsekwencje do końca życia. Inni zacierają ręce, sprawia im to radość, często nie zdając sobie sprawy z tego, że każdy człowiek popełnia błędy, więc i każdy powinien zasługiwać na swoją karmę. I koło się zamyka — ktoś mi, ja komuś i tak bez przerwy.

Szukałam sposobu, aby zmienić swoje nastawienie i spojrzenie. Szukałam wyjścia z tego koła krzywdy. I znalazłam. To modlitwa. To jest jedyny, skuteczny sposób. Tak bardzo chciałam uwolnić się od uczucia nienawiści, ale moje dążenie nic nie zmieniało. Oddałam więc to uczucie w modlitwie Bogu i to zadziałało. Bóg mnie zmienił, zmienił moje serce i moje myślenie a tym samym moje odczucia. On zmienił to, z czym ja nie mogłam sobie poradzić.

Innym moim problemem było przekonanie, że do mnie należy ostatnie słowo. Nie rozważałam tego, co mówili inni. Uważałam, że to ja mam zawsze rację. Nie potrafiłam słuchać. Skoncentrowana byłam tylko na sobie i na tym, co dla mnie było ważne. Nie potrafiłam nikomu przyznać racji, tak na głos. Nie umiałam też przepraszać. Do tej pory nie uważałam, że miałabym za co. Samo słowo „przepraszam” nie mogło przejść mi przez gardło. Uświadomiłam to sobie, kiedy po jednej kłótni z Mężem wiedziałam, że to ja się myliłam. Powinnam była więc przeprosić i powiedzieć, że tak, faktycznie, to on miał rację. Było to jednak dla mnie zbyt trudne. W końcu jednak przełamałam swoje bariery i podjęłam decyzję, że będę nad tym pracować. Chciałam nauczyć się słuchać. Teraz już wiem, że nie zawsze moja racja jest rzeczywista. Częściej przepraszam z coraz większym przekonaniem, że to właśnie ja powinnam to zrobić.

Dobrze jest, kiedy myślimy o sobie dobrze, ale zachowanie równowagi wymaga odrobiny krytycyzmu, co świadczy o właściwym i zdrowym zachowaniu. To, że nie za każdym razem racja jest po mojej stronie, to też jest w porządku. Nic złego się nie dzieje. Dajmy sobie prawo do pomyłek i możliwość naprawy naszego zachowania czy myślenia. To żadna ujma. Jesteśmy ludźmi z krwi i kości, a mylenie się jest rzeczą ludzką. Kiedy to zrozumiałam, poczułam wolność. W pełni perfekcyjna osoba nie istnieje. Zrozumiałam, że nie muszę być idealna, i tym samym nie mogę wymagać od innych ideału.


Życie to ciągła podróż przez góry i doliny. Doświadczamy na tej drodze wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów. Ta droga zawsze taka będzie. Jeśli na to będziesz przygotowany, to co będzie w stanie Cię zaskoczyć? Życie nigdy nie będzie usłane samymi różami i tak musi być. Każdy lubi odrobinę koloru, a po burzy zawsze wychodzi słońce. Dlatego, zamiast bać się upadków, wyciągajmy z nich naukę.

Rozdział 13
Powrót córki

Od dziecka rozmawiałam z Bogiem, wiedziałam, że On istnieje i że jest dobry, ale nie miałam z Nim bliższej relacji. W zasadzie to ciągle prosiłam Boga o pomoc. Jako dzieci mamy ograniczone zrozumienie zarówno świata, jak i Boga. W pełni rozumiemy wszystko, a przynajmniej powinniśmy rozumieć, dopiero w dorosłości. Bóg daje nam się poznać bliżej, gdy jesteśmy starsi. Potrzebujemy świadomej decyzji, aby poznać Boga lub kroczyć z nim przez życie. Oczywiście ten wiek dla każdego będzie inny, ale nie rozpoczynamy świadomej wędrówki z Bogiem w dzieciństwie, ponieważ poznajemy Boga na tyle, na ile jesteśmy gotowi Go poznać.

Moja wiara nie przeszła próby w tym najgorszym momencie w moim życiu. Była ona zbyt powierzchowna. Sama świadomość, że Bóg istnieje, to za mało, aby przetrwać burzę. I niestety właśnie w takich momentach największego cierpienia najczęściej odrzucamy Boga. Dzieje się tak dlatego, że Boga nie znamy, nie znamy Jego charakteru i tym samym Mu nie ufamy. Jeśli jednak, w tym najgorszym momencie odtrącimy Boga, to kto nam pozostanie? Nie ma nikogo takiego jak Ten, który jako Jedyny może sprawić, że nasza sytuacja zostanie całkowicie odwrócona czy zmieniona. Tak wielu z nas przegrywa, bo właśnie w tym najgorszym momencie, zamiast zaufać Bogu, odrzucamy Jego miłość i troskę o nas. Zapominamy, że nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych, że tylko On ma ponadnaturalną moc. Jedynie On może uczynić dosłownie wszystko i podnieść nas z najgłębszego dołu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.66