E-book
9.56
drukowana A5
38.83
Czy warto wierzyć?

Bezpłatny fragment - Czy warto wierzyć?


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8155-676-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 38.83

Podziękowania

Dziękuję przede wszystkim Bogu za to, że kompletnie odmienił moje życie. Dzięki Niemu w końcu wiem, co jest najważniejsze w życiu. Stałam się lepszą mamą, żoną, córką, siostrą i przyjaciółką.


Dziękuję moim wspaniałym dzieciom za to, że dały mi czas, abym w końcu stała się mamą, na którą zasługują. Jesteście najlepsze na świecie, kocham Was bardzo.


Dziękuję mojemu Mężowi za anielską cierpliwość i walkę o mnie. Dzięki jego postawie w końcu zrozumiałam, co to prawdziwa miłość.


Dziękuję i Tobie, Drogi Czytelniku, za to, że kupiłeś tę książkę. Część dochodu z zakupu tej książki zostanie przekazana na cele edukacyjno-charytatywne, więc i Ty będziesz mieć swój wkład w rozpowszechnianiu dobra.

Przedmowa

Książki wypełniają nam czas, bawią, intrygują, zmuszają do refleksji, uczą i kształtują — są skarbnicą wiedzy. Dzięki książkom rozwijamy wyobraźnię, zdobywamy nowe wiadomości i poszerzamy perspektywę widzenia świata. Mogłabym tak bez końca wychwalać czytanie, ale skoro postanowiłam być szczera, to muszę przyznać, że wcześniej nigdy się do czytania nie kwapiłam. Nie rozumiałam ludzi, którzy lubią czytać, a nawet uważałam, że książki i samo czytanie jest nudne. Przez ponad trzydzieści lat swojego życia przeczytałam jedną lekturę i może trzy inne książki.

Życie nas jednak często zaskakuje. Dzisiaj nie tylko czytam książki, ale jeszcze je piszę. Tak, to fakt, że z wiekiem niektórzy ludzie się zmieniają, ale moja zmiana to obrót o sto osiemdziesiąt stopni. W ciągu ostatnich kilku miesięcy stałam się zupełnie inną osobą. Sądzę, że wiele osób naprawdę cieszy się z tej transformacji tak, jak ja sama. Najciekawsze jednak jest to, że na tę zmianę wpłynęło również czytanie. Ci, którzy nie czytają, nie zdają sobie sprawy z walorów i korzyści, jakie wynikają z czytania wartościowych książek. Podkreślam jednak, z wartościowych! W dzisiejszych, szybkich czasach nie musimy czytać, jeśli nie lubimy, ponieważ czytanie zostało zastąpione oglądaniem lub słuchaniem. Dostępność treści w różnej formie jest ogromna. Najważniejsze jednak jest to, abyśmy z tego ogromu potrafili wybrać budujące treści.

Moja przygoda szukania mądrości zaczęła się od poznania ludzi na tyle ciekawych, że nie tylko chciałam ich oglądać czy słuchać, ale chciałam także czytać ich książki. Poprzez media społecznościowe mamy dostęp do najwybitniejszych ludzi i najlepszych informacji. Pod warunkiem, że umiemy je wyselekcjonować spośród tych dobrych i gorszych. Brak tej zdolności spowoduje, że trafią do nas także teksty „śmieciowe”. Z tego powodu powinniśmy dzielić wiedzę na użyteczną, mniej użyteczną, niepotrzebną czy wręcz niebezpieczną.

Kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, aby obserwować z bliska życie sławnych ludzi. Dzisiaj to norma. Nie musimy za nimi gonić, oni sami wychodzą do nas. To może być wielkim plusem, jeżeli potrafimy mądrze dobierać idoli. Ja znalazłam kilku mentorów, za których dziękuję Bogu. Przekonałam się wielokrotnie, że Bóg stawiał na mojej drodze różnych ludzi. Używał ich wiele razy, aby otworzyć moje oczy na sprawy, których zupełnie nie byłam świadoma. Dzisiaj On używa również i mnie — chociażby przez tę książkę — i sprawia, że dobro będzie rozchodziło się dalej.

Działanie Boga w moim życiu i poznanie go było dla mnie tak niezwykłym wydarzeniem, że chcę o tym mówić innym i to daje mi prawdziwe spełnienie. Stwierdziłam więc, że zacznę dzielić się swoim doświadczeniem, bo to, co przeżyłam, może pomóc innym. Dzisiaj wiem, że to, jak potoczyło się moje życie, to nie przypadek. Nie wierzę w przypadki, dlatego że ewidentnie za każdym razem jest tak, jak wybiorę. Dokonuję złych wyborów i podejmuję niewłaściwe decyzje — mam złe doświadczenia; wybieram dobrze — to mam dobre rezultaty. Dlatego dzisiaj jestem świadoma tego, że wszystko ma swoją przyczynę i skutek.

Pisanie nie jest takie łatwe, jak mi się na początku wydawało. Jest jednak bardzo ciekawym i budującym doświadczeniem dla samego piszącego. Dzięki tej pisarskiej burzy w moim mózgu w końcu usystematyzowałam sobie wszystkie wydarzenia w swoim życiu. Zrozumiałam moją przeszłość i odpowiednio ją umiejscowiłam, przez co mogę się teraz skupić na teraźniejszości i spokojnie zaplanować przyszłość. Przechodząc przez ten cały proces analizowania przeszłych wydarzeń w moim życiu, poukładały mi się w głowie sprawy, których wcześniej nie mogłam zrozumieć. Chodzenie do terapeuty, kiedy mamy jakieś problemy, jest czasami potrzebne, a w skrajnych przypadkach nawet konieczne, ponieważ, jak się sama przekonałam, niektóre problemy w naszym życiu pojawiają się dlatego, że nie potrafimy zidentyfikować odpowiednio ich przyczyn. Nie jesteśmy w stanie rozprawić się z pewnymi problemami z naszej wczesnej młodości czy dzieciństwa i ciągniemy te problemy za sobą przez resztę życia. Często nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, że mają one na nas wpływ. Bywało tak, że zadawałam sobie pytania, dlaczego jestem inna, czy właśnie z tego powodu zachowuję się w tak destruktywny dla mnie samej i ludzi żyjących dookoła mnie sposób. Dzisiaj już o to nie pytam, bo znalazłam na nie odpowiedzi.

Uważam, że to, co odkryłam, jest spektakularne. Dzięki temu moje życie uległo całkowitej przemianie. Dzisiaj już wiem, kim jestem, dokąd zmierzam, co mnie uszczęśliwia i jakim chcę być człowiekiem. W końcu odnalazłam spokój, którego nigdy nie miałam. W najtrudniejszych momentach w moim życiu pomogły mi doświadczenia innych ludzi. Dlatego właśnie sama zdecydowałam się otworzyć i opisać swoje życie, aby zainspirować innych do szukania swojej drogi do szczęścia. Mam nadzieję, że moja analiza zainspiruje Cię do przemyśleń.

Kiedy byłam w dołku i szukałam inspiracji dla siebie, przekonałam się, że nie tylko ja doświadczam w życiu trudności, ale wszyscy, dosłownie wszyscy ludzie borykają się z problemami. Każdy ma inne, ale trzeba niestety przyznać, że problemy są sporą częścią naszego życia. One dotykają wszystkich ludzi bez względu na pochodzenie, status materialny czy kolor skóry. Mówi się, że w życiu pewne są tylko śmierć i podatki, ale dodałabym do tego jeszcze problemy. Skoro więc jest pewne, że mieliśmy, mamy i będziemy mieć problemy, to bardzo ważne jest, abyśmy umieli sobie z nimi radzić.

Opisując pewne sytuacje, będę musiała wspomnieć o tych problemach. Starałam się jednak skupić na tym, aby książka ta mówiła o tym, w jaki sposób podejść do problemów i jak je rozwiązać. Właśnie dlatego niezbędne jest wspomnienie o problemach, bo walczy się z tym, co zaistniało w naszym życiu, a nie z tym, czego się nigdy nie doświadczyło. Moje życie do niedawna było pasmem ciągłych porażek. Najgorsze jednak było to, że zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tak, jest to możliwe, nie wiedzieć, jak nasze życie naprawdę wygląda. Często myślimy, że to my cierpimy najgorzej i że to my mamy największe problemy, do momentu, kiedy nie poznamy tych, którzy mają znacznie gorzej od nas.

Ta książka to współczesna opowieść o spotkaniu Boga, który żyje i działa tu i teraz. Nie znajdziesz tu teologii, bo teologiem nie jestem. Nie znajdziesz też nauczania, bo nie jestem nauczycielem, ale znajdziesz praktykę, bo jestem praktykiem życia, jak każdy z nas. Myślę, że moje problemy to są problemy większości ludzi na świecie. Też przechodziłam czas, kiedy zastanawiałam się, czy Bóg istnieje. Nie umiałam panować nad sobą, kierowały mną głównie emocje, nie miałam ambicji ani większych celów, prześladowała mnie przeszłość. Być może Ty nie masz takich problemów, jakie ja miałam, ale z pewnością z czymś będziesz mógł się utożsamić lub chociaż poszerzyć własne horyzonty myślowe o moje doświadczenia.

My, ludzie, szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Niestety nie znajdziemy wszystkich odpowiedzi, ale ja zrozumiałam, że chyba nie musimy. Potrafimy żyć, nawet jeśli nie wiemy wszystkiego. Do szczęścia nie potrzeba nam wszystkiego wiedzieć, ale powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, co nas uszczęśliwia. Ja w końcu mogę powiedzieć, że wiem, co to jest i że odnalazłam sens życia. Dzisiaj wiem, że można tylko żyć albo dobrze żyć. Aby dobrze żyć, potrzebujemy miłości i mądrości. Potrzebujemy uczyć się, jak zwyciężać, jak radzić sobie z problemami, jak się nie załamywać, jak wyciągać wnioski z porażek. Tego możemy się nauczyć od Boga i od siebie nawzajem. Dobrze jest więc dzielić się dobrą wiedzą z innymi, aby szerzyć dobro, bo jeden odważny człowiek może więcej niż bojaźliwy tłum.

Rozdział 1
Jaka byłam?

Zawsze byłam typem buntownika. Zawsze wszystkich i wszystko krytykowałam. We wszystkim szukałam podstępu i drugiego dna. Nikomu nie ufałam, nikogo nie szanowałam i nie podziwiałam. Nie miałam autorytetów. Nie ufałam też sama sobie. Jako małe dziecko wydawało mi się, że dorośli są mądrzy, że wszystko wiedzą i są duzi nie tylko wzrostem, ale też, że są nieomylni. Szybko dostrzegłam, że to było błędne myślenie. Bardzo często byłam rozczarowana i zawiedziona postawą dorosłych, na których liczyłam. Dorastałam w trudnym i patologicznym środowisku i to wykształciło u mnie trudny charakter. Oczywiście zdarzyło mi się poznać kilku wartościowych ludzi, ale za mało miałam z nimi do czynienia, aby mogli zmienić mnie radykalnie. Wsiąkamy w to, w czym przebywamy, a ja żyłam w środowisku, które było skazane na porażkę, ale zawsze wierzyłam w to, że ja mogę lepiej. Było to takie podświadome pragnienie, które jest w sercu każdego człowieka. Tęsknota za dobrem, za szczęściem, za czymś pozytywnym. Do momentu, w którym Bóg mnie dotknął, jak chore drzewo, byłam niezdolna do wydawania zdrowych owoców w postaci dobrego postępowania. Moje serce i dusza były chore. Wyrastałam więc na kolejną toksyczną osobę, zarażając swoim krytycyzmem i jadem wszystkich dookoła. W konsekwencji stałam się takim samym mało rozumnym dorosłym jak ci, którzy mnie otaczali. Potocznie mówiąc, powieliłam schemat. Zawsze próbowałam zrozumieć, dlaczego było we mnie tyle negatywnych emocji, złości, nienawiści i żalu. A odpowiedź jest bardzo prosta. Nigdy nie poznałam prawdziwych wartości. Moi rodzice mnie ich nie nauczyli, moich rodziców też nikt ich nie nauczył. I tak z pewnością było do któregoś pokolenia wstecz. Pokolenie po pokoleniu jesteśmy pozbawiani zasad i mądrości, którymi powinniśmy się kierować w życiu. Z pustego i Salomon nie naleje, więc jeśli czegoś nie masz czy nie znasz, to tego nie dasz — proste. Na szczęście i dzięki Bogu człowiek ma możliwość zmienić siebie i tym samym odmienić historię swojego życia, ale tylko wtedy, jeśli się w porę zorientuje się i odkryje, że są w życiu jeszcze inne drogi niż tylko ta pochyła w dół.

Rozdział 2
Dzieciństwo

Nigdy nie mieliśmy swojego domu. Kiedy jeszcze wszyscy mieszkaliśmy razem, rodzice zawsze wynajmowali mieszkania. Pierwsze mieszkanie, jakie pamiętam, to jeden pokój, w którym się gnieździliśmy jeden na drugim. Kolejny to już drewniany domek z dwoma pokojami z toaletą na zewnątrz, bez łazienki. Nadal było ciasno, więc na zmianę każde z nas, dzieci, spało w kuchni. Nie było mowy o żadnych słodyczach czy innych rozrywkach. Jedyne, co dawało mi radość, to zalew, który mieliśmy w naszym małym miasteczku. Całe wakacje spędzałam nad wodą.

Z upływem lat nasza rodzinna sytuacja nie polepszała się — Ojciec pił jeszcze więcej, stracił pracę, a Mama była na skraju załamania. Byliśmy na językach wszystkich sąsiadów i ludzi w miasteczku. Nieprzespane noce przez ciągłe awantury były codziennością. Bijatyki i uciekanie z domu w nocy nie należały do rzadkości. Moi dziadkowie prowadzili podobne życie. Mieli swoje problemy. Utrzymywaliśmy kontakty, ale nie były to normalne relacje dziadków z wnuczkami. W naszych relacjach panował dystans. Na pozór trzymaliśmy się razem, ale przez te wszystkie bardzo trudne przeżycia nasze relacje były oziębłe. Mijały lata i moje starsze rodzeństwo, które już dorosło, wyprowadziło się z domu. Ja byłam za mała i miałam jeszcze młodszego brata. Zostaliśmy więc w domu z rodzicami — z rodzicami, którzy nie kontrolując swojego życia, nie dbali przy tym o nasze. Na szczęście nikt nas nie bił. Wielokrotnie uciekaliśmy z domu. Pamiętam, jak koczowaliśmy z moim młodszym bratem w środku nocy na ganku sąsiadki. Innym razem uciekliśmy w nocy przez okno na boso po śniegu podczas awantury. Zawsze zabierałam swojego małego brata ze sobą. Często spaliśmy pod kościołem i w innym miejscach pod gołym niebem. Nigdy nie zapomnę jednego z wieczorów, kiedy Ojciec tak pobił Mamę, że prawie uszkodził jej oko; krew z Mamy twarzy dosłownie tryskała po ścianach. Żyliśmy w ciągłym strachu i zastanawialiśmy się, co dzisiaj się wydarzy, czy będziemy spać w nocy, czy będziemy musieli uciekać. Szczerze muszę przyznać, że nie wiem, jak dawaliśmy radę. Człowiek jednak, jak musi, to przetrwa wiele. Wiem, że Bóg dawał nam siłę. Przynajmniej mi, bo modliłam się do Niego. Nie byliśmy bardzo wierzącą rodziną, ale ja zawsze czułam obecność Boga i na tyle, na ile potrafiłam, modliłam się i prosiłam go o pomoc. Bóg był moim jedynym ratunkiem, bo nasza rodzina była kompletnie rozbita i naprawdę potrzebowaliśmy pomocy.

Przez lata nikt nam nie pomógł, a wręcz można by było napisać kolejną książkę o tym, jak wiele wycierpieliśmy przez innych ludzi. Sąsiedzi po prostu śmiali się z nas, wytykali nas palcami. Czułam na sobie wzrok, pogardę i odrazę ludzi. W końcu po latach tego koszmaru dowiedziała się o nas opieka społeczna. Ktoś w końcu musiał zgłosić to, co się u nas działo. Pewnego dnia przyszła do domu pani i zapytała mnie, czy chcę iść do domu dziecka. Bez zastanowienia odpowiedziałam, że tak. Wkrótce potem zabrali mnie i mojego brata. Miałam wtedy czternaście lat, mój brat siedem. Muszę przyznać, niestety, że pierwsza noc w domu dziecka to był pierwszy z wielu szczęśliwych dni w moim życiu. Nic nie mogło mi dać więcej radości w tamtym czasie. Chciałam tylko się już nie bać. Nigdy nie zapomnę tego uczucia spokoju, od urodzenia nie czułam takiej ulgi jak wtedy.


Największa wojna często toczy się w naszych umysłach i domach.

Rozdział 3
Rozbita rodzina

Po przeprowadzce do domu dziecka, który był w innym mieście, musiałam zmienić szkołę. Byłam nowa w klasie, gdzie wszyscy się znali od lat. Nie dość, że nowa, to jeszcze z domu dziecka. Czułam się nieswojo, ale nie przejmowałam się tym przesadnie, bo cieszyłam się, że jestem już bezpieczna. U moich rodziców sytuacja nie poprawiała się, a wręcz wyglądała coraz gorzej. Mama wylądowała gdzieś na jakiejś melinie, potem błąkała się po ulicach. Ojciec koczował u kolegów to tu, to tam. Wyrzucili ich z mieszkania, bo nie płacili. Zabrali im dzieci. Ich życie było zrujnowane. Mama opowiadała mi, że w tamtym okresie, kiedy była praktycznie bezdomna, chodziła do kościoła się modlić i czasami ktoś zapraszał ją na kolację, pozwalał się umyć lub dawał parę złotych na drogę. Bóg troszczył się o nią w tamtym okresie, bo Bóg troszczy się o każdego, kto jest w trudnym położeniu i sobie nie radzi. Z czasem, gdy była już w ośrodku, zaczęła regularnie brać leki i jej stan się poprawił. Ośrodek, w którym przebywała, był bardzo daleko i nie widywałyśmy się zbyt często. Miałam z Mamą stały kontakt telefoniczny i pamiętam, że czasami pisała do mnie listy. Te listy były piękne. Nie miała nic, ale przynamniej pisała do mnie. To mi wystarczało, bo wiedziałam, że pamiętała o mnie. Myślała zawsze o nas wszystkich. Potrafiła nawet uzbierać jakieś grosze, aby mi wysłać. To miało dla mnie wielką wartość. Na tyle, ile mogła, dbała o nas. Sama była zagubiona i jej życie rodzinne było zrujnowane, bo nie poradziła sobie z tym wszystkim, co w jej życiu się działo. Dzisiaj wiem, że mało kto potrafiłby udźwignąć ciężar, który ona dźwigała.


Człowiek czasami dźwiga ciężar, który nie jest do udźwignięcia i właśnie wtedy Bóg przychodzi nam z pomocą, kiedy o tę pomoc poprosimy.


Ojciec od czasu do czasu przychodził do domu dziecka, tak raz na kilka miesięcy. Pytał o pieniądze. Chciał na papierosy. Nie mogłam zrozumieć, jak to jest możliwe. Jeszcze wtedy, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w domu, naprawdę się nami nie interesował. Jeśli ktoś nie potrafi zadbać o siebie, to nie zadba o innych. Mogłabym nawet stwierdzić, że praktycznie to nie mieliśmy ojca. Pił cały czas i pewnie by się zapił na śmierć, gdyby nie wypadek. Pewnego dnia podczas bójki na melinie, w której przesiadywał, życie stracił jego kolega, a on został dotkliwie pobity. Trafił więc do szpitala, gdzie konieczne było przeprowadzenie trepanacji czaszki. Zadzwonili do mnie, aby mnie poinformować o tym, że jest w szpitalu i o tym, w jak tragicznym był stanie. Był zarobaczony, brudny i śmierdzący. Było to dla mnie trudne doświadczenie, w którym nie wiedziałam, jak się zachować. Z jednej strony był moim ojcem i chciałam mu pomóc jako człowiekowi, a z drugiej strony czułam odrazę, gniew i żal, bo przecież on się nami nigdy nie przejmował. Ponadto jego życie nie zmierzało w dobrym kierunku, a on jeszcze oczekiwał pomocy i wsparcia od nas. W tamtym czasie nie mogłam mu pomóc, bo miałam naście lat i mieszkałam w domu dziecka, ale też wtedy nie chciałam mu pomóc, nie miałam w stosunku do niego żadnych pozytywnych uczuć. W takim wypadku zawsze dzwonią ze szpitala do najbliższej rodziny. Ja nawet nie wiedziałam, co się z nim dzieje, a tu nagle telefon, że proszą, abym przyszła do szpitala. Oczekiwali ode mnie, że zabiorę go do domu, jak to zazwyczaj się odbywa w normalnych warunkach, ale ja nie miałam domu, właśnie dzięki zaniedbaniom mojego ojca. Był moim biologicznym ojcem, ale tak naprawdę był dla mnie obcą osobą.

Ponieważ dom dziecka dysponował jakimiś znajomościami, udało mi się załatwić dla niego schronisko dla bezdomnych. Był tam bezpieczny i mógł wrócić do siebie i podnieść się z kolan. Wrócił jednak do picia i kontynuował swoje bezsensowne życie. Nie utrzymywał z nami kontaktu, więc tak naprawdę nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Niedługo później, jadąc na rowerze, upadł i uderzył się w głowę — przeszedł drugą już operację. Lekarze musieli przeprowadzić kolejną trepanację czaszki i usunąć krwiaka z jego głowy. Po tym wypadku przestał normalnie mówić i chociaż wydawało się, że nas rozpoznaje, to od tamtej pory nie był dobrze zorientowany w swojej sytuacji. Ostatnie lata życia były dla mojego Ojca naprawdę bardzo przykre, spędził je głównie w łóżku. Kiedy dowiedziałam się, że zmarł, nie czułam nic. To było najdziwniejsze uczucie na świecie. Ku mojemu zaskoczeniu na pogrzebie strasznie płakałam. Płakałam, bo stałam nad trumną człowieka, który powinien być jedną z najważniejszych osób w moim życiu, a ja nie czułam nic oprócz ogromnego żalu. Żalu z powodu zmarnowanego życia. Mój Ojciec przegrał swoje życie — dlatego że nigdy o swoje życie nie zawalczył.

Opisuję tę sytuację nie po to, żeby robić z siebie ofiarę, bo dzisiaj już nią nie jestem, ale po to, żeby pokazać, jak łatwo człowiek może zniszczyć swoje życie. Osobiście wyciągnęłam ze złych doświadczeń moich rodziców lekcje. Nie można trwać w takiej beznadziei. Może nie doświadczamy tak skrajnych sytuacji, jak moi rodzice, ale często wiele rzeczy zaniedbujemy jeszcze wtedy, kiedy można coś z nimi zrobić. Przypominamy sobie o tym, gdy jest już za późno albo nie przypominamy sobie nigdy. Lekcja z życia mojego ojca jest dla mnie bardzo przykra, ale udowadnia, że zawsze należy się starać ze wszystkich sił, żeby coś zmienić, żeby nigdy nie dopuścić do tego, aby nasze życie tak źle wyglądało. Dla nas ten czas, gdy mieszkaliśmy razem w rozbitej rodzinie, były prawdziwą lekcją przetrwania. Nikt z nas, ani moja mama, ani mój ojciec, ani nawet ja, tak naprawdę nie żył, a egzystował. To była jedynie nieudolna walka o przetrwanie. A ja … moje emocje… od samego początku, od mojego dzieciństwa były tłumione. W większości przypadków było mi wszystko jedno. Byłam obojętna, zdystansowana. Musiałam stać się taka, aby przetrwać te najgorsze momenty. Zawsze czułam strach, przygnębienie, wstyd, poczucie niższości. Dzieci z rodzin biednych, patologicznych i te, które wychowywały się w domu dziecka, są całe życie „popychane” przez innych. Doświadczyłam tego bardzo dotkliwie. Moje dzieciństwo to był naprawdę trudny czas, ale dzisiaj wiem, że wszystko, czego doznałam, ukształtowało mnie i — co najważniejsze — mnie nie zabiło, więc mnie wzmocniło.

Nigdy nie lubiłam alkoholu, bo widziałam, co alkohol potrafi zrobić z człowiekiem. Kiedy już się napatrzymy na zło i nacierpimy z jakiegoś powodu, to tak bardzo zaczynamy tego czegoś nienawidzić, że trzymamy się od tego z daleka. W większości wypadków ludzie nie robią sobie krzywdy świadomie. Jest to bardziej nieświadome działanie na własną szkodę, bo nie potrafimy poradzić sobie z trudnymi sytuacjami. Jesteśmy po prostu zagubieni i tak trwamy w swojej własnej niemocy.

Normalne warunki do rozwoju to kochająca się rodzina z wartościami. Ale gdzie są takie rodziny? A może: ile ich jest? Niewiele niestety. Szczęśliwa rodzina to pojęcie, które mi osobiście nie było znane. Dlaczego tak się dzieje? Dzieje się tak dlatego, że ludzie żyją z dnia na dzień, bez mądrości. Nie dlatego, że ludzie chcą tak żyć, ale dlatego, że ludzie nie potrafią żyć inaczej. Nie rodzimy się przecież z mądrością, ale ktoś musi nam ją przekazać albo nas jej nauczyć, albo musimy sami tę mądrość zdobyć.

Rozdział 4
Młodzieńcze błędy

Wielu młodych ludzi nie dokonuje świadomego i przemyślanego wyboru, jeśli chodzi o drugą połówkę. Młodzi najczęściej nie zdają sobie sprawy, jak ważny jest ten wybór. Rodzice czy inni dorośli często mówią nam, czego mamy nie robić, ale nie wyjaśniają, dlaczego. Chociaż z doświadczenia wiem, że i tak się rodziców w młodości nie słucha. Mając naście lat, nie myślimy, że wybór chłopaka czy dziewczyny będzie na całe życie, czy zaprowadzi nas do ołtarza.

Patrząc wstecz i przyglądając się swojemu życiu, dobitnie zdałam sobie sprawę, jak ten wybór jest ogromnie ważny. Mąż może uszczęśliwić żonę, ale może też ją zniszczyć i tak samo może być w drugą stronę. Można się kochać i wspierać lub wykańczać siebie nawzajem. Ciężko jest żyć w samotności, ale jeśli nie dokonasz właściwego wyboru lub nie masz odpowiedniego podejścia, mądrości i nie umiesz iść na kompromis, to i w małżeństwie się nie spełnisz. Ponadto często tylko na początku jest kolorowo. Młodość rządzi się swoimi prawami, jest płomienna, pełna emocji i namiętności. Nie interesują nas wtedy zasady. Nie lubimy, jak ktoś nam mówi, jak powinniśmy postępować — myślimy, że wiemy lepiej i nie dbamy o pewne sprawy. Czujemy się wtedy tacy silni, tyle się dzieje, że nie zważamy na sprawy naprawdę ważne i chyba też nie potrafimy ich zrozumieć. Mądrość przychodzi trochę później. Ktoś trafnie powiedział, że mądrzy jesteśmy dopiero po szkodzie. Niestety.

Zadawałam sobie wielokrotnie pytanie, czy faktycznie młodość musi być taka burzliwa. Uważam, że nie musi być, jednak w większości wypadków jest. Wolałabym, aby w moim życiu tak nie było, ale podobno najlepiej uczyć się na błędach i to na swoich. Niestety czasami za te błędy, potknięcia i złe wybory płacimy bardzo wysoką cenę. Niektóre konsekwencje ciągną się za nami latami, a nawet i całe życie. Jeśli mi ktoś mówił, że najlepiej zrobić tak a tak, to ja robiłam na odwrót. Nie słuchamy też dorosłych czy starszych, bo oni nie są dla nas autorytetami i często nie mogą nimi być. Sami popełniają błędy, więc jak mogą nas uczyć? Nie zawsze jednak tak jest. Wiele razy przekonałam się, że ktoś z najbliższych radził mi dobrze i po latach przekonałam się dopiero, że miał rację. Mimo że często jest za późno, aby naprawić pewne błędy, to zawsze możemy przestać w nich trwać i je popełniać. Nigdy nie jest za późno, aby zacząć od nowa. Kiedy potraktujemy przeszłe porażki jak lekcje i wyciągniemy z nich wnioski, to unikniemy tych samych porażek w przyszłości. Niestety następuje to dopiero wtedy, kiedy bardzo boleśnie odczuwamy skutki swojej głupoty.

Rozdział 5
Szybkie dorastanie

Mając szesnaście lat, zaszłam w ciążę. Był to dla mnie prawdziwy szok. Pamiętam to uczucie do dziś, w jednej chwili wszystko w mojej głowie się zmieniło. Uświadomiłam sobie, że od tej chwili rozpoczęło się moje dorosłe życie. Byłam przerażona. Wyświetlił się w mojej głowie film o tytule Koniec mojej młodości. Nie miałam wielkich planów na przyszłość, trudno mieć jakieś w tak młodym wieku, ale na pewno nieplanowana ciąża nie była wtedy moim marzeniem. Przecież ledwo co się otrząsnęłam ze swojej przeszłości w mojej rodzinie. Dopiero co wyrwałam się z domu pełnego tragedii. Miało być tak wspaniale i w końcu miało się wszystko układać, a zamiast tego miałam olbrzymi problem. To było prawdziwe rozczarowanie, właśnie zaczęłam pierwszą klasę liceum, nie miałam domu rodzinnego, więc przyszłość malowała się w ciemnych kolorach. Zaczęłam sobie zadawać wiele trudnych pytań. Jak to będzie, jak teraz moje życie będzie wyglądało, jak sobie poradzę? Nie tak wyobrażałam sobie moje nowe życie, chciałam czegoś lepszego. Nawet jeśli nie wiedziałam jeszcze, jak to lepsze miało wyglądać, to na pewno to nie była to moja obecna sytuacja. Byłam załamana i rozczarowana, ale… tak naprawdę to sama sobą. Zdałam sobie jednak szybko sprawę z tego, że nie jest to czas na rozczulanie się, że muszę się wziąć w garść, bo za kilka miesięcy przyjdzie na świat moje dziecko.

Mimo tego wielkiego strachu w głębi serca wiedziałam, że sobie poradzę. Czułam jednak wstyd i to wcale nie pomagało mi budować pewności siebie, i jak to w takich momentach bywa, pojawiło się pytanie: dlaczego akurat mi się to przytrafiło? Zadajemy sobie dość często to pytanie, rzadziej jednak zdajemy sobie sprawę, że nikt inny nie jest za ten stan rzeczy odpowiedzialny tylko my sami. I ja też zamiast pytania „dlaczego mi się to przytrafiło”, powinnam siebie zapytać, dlaczego tak głupio postąpiłam. Oczywiście w tamtym czasie winiłam za całe zło wszystkich dookoła, a nie samą siebie. Zawsze miałam jakieś wytłumaczenie i winnego. Tak nam łatwiej, bo wolimy mówić źle o innych niż o sobie. Zwalić winę na tę drugą osobę i na okoliczności. Nie zawsze wina leży po jednej stronie i nie zgodzę się też, że zawsze jest pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Faktem jest jednak, że lubimy za wszystko obwiniać innych, nawet wtedy, kiedy to my ewidentnie zawiniliśmy.

Choć wkraczałam w dorosłe życie ze sporym obciążeniem, to czułam ogromną siłę i moc do przeciwstawienia się wszystkim przeciwnościom. Przecież miałam zostać mamą, więc musiałam być silna. Chciałam być najlepszą mamą, mimo że zupełnie nie wiedziałam, co to tak naprawdę znaczy. Żyłam intuicyjnie i nie można powiedzieć, że to było dobre. Kiedy nie kierujemy się w życiu wartościami, to pozostaje nam uczyć się na błędach. Wbrew pozorom nie jest to wcale przyjemne i łatwe. Dlatego tak bardzo doceniam teraz wiedzę, którą zdobywam, aby udoskonalać siebie, aby już nie marnować reszty swojego życia i przede wszystkim wnosić wartość do życia innych.

Rozdział 6
Porażka czy sukces?

Mimo że nie porzuciłam swojego dziecka, ale troszczyłam się o nie najlepiej, jak potrafiłam, to codziennie doświadczałam pogardy i okrutności ludzi. Kiedy masz problem, to niekiedy inni potrafią cię wtedy jeszcze dobić. Fakt, nikt przecież nie kazał mi rozpoczynać współżycia seksualnego w tak młodym wieku, więc sama musiałam wypić piwo, które nawarzyłam. Musiałam wziąć się w garść. Byłam mamą, która musiała karmić, wstawać w nocy do swojego dziecka, przewijać je i przebierać. I wciąż odczuwałam presję otoczenia. Wiele dziewczyn właśnie przez tę presję usuwa ciążę. Co do odpowiedzialności młodego ojca muszę tę kwestię pominąć, ponieważ nie mogę nic dobrego na ten temat powiedzieć. Jedyny komentarz to tylko przypomnienie, że dziewczyna nie zachodzi w ciążę sama. Nastolatki będą zachodzić w ciążę, dopóki nie zacznie się poważna i odpowiednia edukacja seksualna, nie tylko na bazie fizjologii, ale i psychologii, i pokazania prawdziwych konsekwencji. Tak długo, jak nie podejmie się otwartej dyskusji na ten temat, nic się nie zmieni. A w wielu wypadkach i to nie pomoże, dlatego że ciekawość i popęd seksualny młodych ludzi jest silniejszy od strachu. Jakimikolwiek wartościami jednak nie kierowaliby się rodzice, to i tak te wartości nie zawsze staną się wartościami ich dzieci. Każdy z nas przecież też był młody i jest to naprawdę mało wymowne, kiedy chcemy uczyć nasze dzieci, jak nie popełniać błędów, które sami popełnialiśmy. Ponadto, jak widzimy, dzieci z tak zwanych perfekcyjnych domów również wikłają się w problemy, więc chyba każdy musi przejść jakąś drogę w młodości. Każdy człowiek musi przeżyć ten młodzieńczy okres samodzielnie i oby był on jednak jak najmniej brzemienny w przykre i długotrwałe skutki.

Uważam jednak, że najgorszą rzeczą jest zostawić własne dzieci z ich problemami. Każdy z nas musi ponieść konsekwencje i ponosi je, ale bądźmy przy tym ludźmi. Wielu rodziców naprawdę zapomina, jak zachowywali się, gdy byli młodzi, a później patrzy bardzo krytycznym okiem na swoje dzieci. To, że jesteśmy dorośli, nie znaczy, że jesteśmy najmądrzejsi. Nie powinniśmy na swoje dzieci patrzeć z góry, zwłaszcza kiedy one mają już naście lat. Sama muszę przyznać, że moje dzieci są w wielu aspektach lepsze ode mnie. Wielu rodziców mogłoby się uczyć od swoich dzieci. Uważam, że nie jest to żadna ujma. Powinniśmy być dumni, kiedy nasze dzieci pokazują, że są mądrzejsze od nas, kiedy my byliśmy w ich wieku.

Po ponad dwudziestu latach mogę stwierdzić jednoznacznie, że osoby z najbliższego otoczenia wywierały na mnie ogromną presję i karały mnie bez przerwy swoimi komentarzami i docinkami z powodu mojego młodego macierzyństwa. Nie wiem, czemu miało to służyć, ale nie nazwałabym tego inaczej jak pastwieniem się. Przecież o wiele lepiej by było, gdyby mnie wspierały i mówiły, że będzie dobrze, że sobie poradzę. Niestety niektórym zależy, aby jeszcze dołożyć trochę krytyki od siebie. Nie zawsze jest ona konstruktywna. Mam po prostu wrażenie, że nie powinno się tyle płakać nad rozlanym mlekiem, ale nauczyć się sprzątać i nie rozlewać więcej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 38.83