Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

4 maja 2012 r., piątek

Czterystutysięczny Baryszcz, godzina dwudziesta druga. Sześćdziesięciosiedmioletni Kazimierz Dracewicz chwiejnym krokiem wyszedł z mieszkania znajomego na drugim piętrze czteropiętrowej kamienicy. Przystanął przed schodami na pierwsze piętro, skąd miał jeszcze pokonać drogę na parter do swojego mieszkania. Alkohol wypity u kolegi z tej samej kamienicy dał mu się ostro we znaki. Dość często Dracewicz upijał się, przez co na klatce schodowej nierzadko unosił się nieprzyjemny alkoholowy zapach, a sąsiedzi kilka razy w miesiącu skarżyli się właścicielowi kamienicy, który bagatelizował ich biadolenie z uwagi na to, że sam nie wylewał na kołnierz.

Dracewicz, ciężko oddychając, chwytał się kurczowo poręczy. Świeżo umyte schody wirowały mu przed oczami, nie mogąc się zatrzymać. Było mu dość gorąco i co jakiś czas ścierał ręką pot z czoła. Stał przed schodami w dół na pierwsze piętro. Zastanawiał się, czy nie zapomniał zamknąć swojego mieszkania, poza tym chciało mu się mocno spać. Nastąpił na pierwszy schodek, przeklinając w myślach to, że na wódkę musiał iść na drugie piętro. Spojrzał w dół. Wydawało mu się, że jest na jakimś statku, który morze unosi w górę, a potem ściąga w dół. Postawił nogę na drugim schodku, jednak tak niezdarnie, że stała na nim tylko jego pięta. Nagle coś go szarpnęło i runął jak kłoda w dół, puszczając poręcz. Turlając się po schodach, uderzył kilka razy głową o ich kanty. Zatrzymał się przed jednymi z drzwi na pierwszym piętrze. Krew lała mu się z leżącej na boku głowy, brudząc posadzkę.

Przez parę minut panowała zupełna cisza. Nikt w tym czasie nie otwierał drzwi mieszkania, jeśli nawet to zrobił, to na pewno nie na pierwszym piętrze. Po kwadransie drzwi wejściowe kamienicy zaskrzypiały. Pojawiła się w nich piękna, młoda, długowłosa blondynka, Beata Rozwadowska. Szła schodami na pierwsze piętro, szukając w torebce kluczy do swojego mieszkania. Gdy już weszła na piętro, zatrzymała się w pół drogi i otworzyła usta z przerażenia. Jej oczom ukazał się Dracewicz leżący w kałuży krwi. W pierwszym momencie myślała, że ktoś go zabił. Podbiegła do niego i zaczęła go delikatnie uderzać otwartą dłonią po twarzy.

— Panie Kazimierzu! Panie Kazimierzu!

Nie mogąc go ocucić, zapukała do najbliższych drzwi. Otworzyła jej dojrzała kobieta w piżamie.

— Beata, wiesz, która jest godzina? Ludzie już się kładą spać! — rzekła z niesmakiem.

— Pani doktor, coś się stało z tym Dracewiczem — z przejęciem i strachem w głosie oznajmiła Beata.

— A co się mogło z nim stać? Pewnie znowu się schlał i przesuwa meble w mieszkaniu.

— Niech pani wyjdzie i zobaczy.

Lekarka wyszła z mieszkania i spojrzała w kierunku drzwi mieszkania Beaty. Pod nimi leżał Dracewicz.

— Matko Święta! Trzeba sprawdzić, czy ma puls! — lekarka chwyciła przegub dłoni Dracewicza i przyłożyła do niego palce. Po chwili puściła jego dłoń.

— On nie żyje!

11 maja 2012 r., piątek

Po pogrzebie Dracewicza wszyscy wrócili do normalnego życia. Nie miał żadnych bliskich przyjaciół i rozmowy o nim ucichły. Bardziej ludzi interesowało, kto zamieszka w opuszczonym przez niego mieszkaniu.

Beata mieszkała w tej kamienicy od dziecka. Jej rodzice zginęli przed rokiem w wypadku samochodowym. Bardzo ciężko znosiła ich stratę przez kilka miesięcy, jednak w końcu pogodziła się z tym, że więcej ich nie zobaczy. Nikt nie dał jej tyle ciepła, co oni. Oboje uśmiechnięci, nigdy niepodnoszący głosu na siebie i na Beatę. Była grzeczną dziewczynką i świetnie się uczyła, co stanowiło dla nich powód do zadowolenia z córki. Powtarzali jej często, by żyła tak, by była szczęśliwa i nikt przez nią nie płakał. Wzięła sobie do serca ich radę i kierowała się nią wszędzie. Wiedziała, że dobro okazane innym wróci i nie widziała sensu wchodzić w konflikty. Od chwili śmierci rodziców mieszkała sama i oddała się całkowicie pracy w przedszkolu, próbując przekazać dzieciom tę serdeczność, która była darem od jej rodziców.

Po godzinie siódmej wyszła z kamienicy do pracy. Schodząc na parter, zobaczyła wysoką, atrakcyjną kobietę na oko w jej wieku, ciemnowłosą, ubraną w czerwone spodnie i czerwoną marynarkę. We włosach miała dużą czerwono-czarną kokardę, a jej twarz pokrywał mocny makijaż. Stała z bagażem i małym pieskiem w specjalnej torbie.

— Przepraszam, kim pani jest? — spytała z zaciekawieniem Beata.

Kobieta spojrzała na nią z ukosa. Makijaż dodawał ostrości jest spojrzeniu. Nie odezwała się, przez chwilę patrzyła na Beatę, a potem wyciągnęła z kieszeni klucz, otworzyła drzwi mieszkania po Dracewiczu i weszła do środka. Beata przez chwilę nie wiedziała, co zrobić. Kim jest ta kobieta i co robi w tym mieszkaniu? Dracewicz chyba nie miał rodziny. I czemu nie odpowiedziała na jej pytanie?

Była już godzina piętnasta trzydzieści. Beata siedziała w pracy, myśląc ciągle o tajemniczej kobiecie. Nie była ubrana jak ktoś, kto jest w żałobie, nie była nawet na pogrzebie. Wściekły makijaż również nie przystawał do całej tej sytuacji.

Po dzieci zaczęli przychodzić rodzice. Zjawiła się też babcia małej Oli, sześćdziesięciojednoletnia Helena Stasiuk. Rozwadowska przyprowadziła jej małą wnuczkę.

— Jak się moja wnusia sprawowała? Nie broiła?

— Pani Heleno, ona jest bardzo grzeczna. Zawsze grzecznie je, a dzisiaj nawet namalowała ładny obrazek. Zaraz pani pokażę — skierowała się do pokoiku i po chwili przyniosła kolorową kartkę. Na obrazku był namalowany dom, a przed nim rodzice Oli i jej babcia.

— Ale ty ładnie to zrobiłaś! — z zachwytem rzekła Helena.

— Babciu, starałam się — odpowiedziała radośnie dziewczynka.

— Wiem — Helena spojrzała na Beatę — a ty wyglądasz, jakbyś się nad czymś zamyśliła.

— Pani Heleno, dzisiaj byłam świadkiem dziwnej sytuacji. Jakaś dziwnie ubrana i mocno umalowana kobieta miała klucz do mieszkania Dracewicza. Spytałam ją, kim jest, ale patrzyła na mnie milcząc, po czym weszła do jego mieszkania.

— To dziwne. Może miał kochankę?

— Nie sądzę. Tamta kobieta miała na oko dwadzieścia pięć lat, czyli tyle, co ja. Wątpię, że związałaby się z mężczyzną przed siedemdziesiątką i nadużywającym alkoholu. On przecież bogaty nie był.

— No nie. O jego rodzinie nic nie wiem, zresztą samego Dracewicza unikałam. O zmarłych się źle nie mówi, ale ten człowiek wywoływał we mnie odrazę. Śmierdziało od niego na kilometr wódką. Pomówmy lepiej o Romanie.

— Pani Heleno, już rozmawiałyśmy o pani synu.

— Tak, ale chyba bez skutku. On nie widzi poza tobą świata. Od kiedy poznał cię w gimnazjum, kocha tylko ciebie i za innymi się nie ogląda — rzekła z radością Helena.

— Jednak ja go tylko lubię.

— Nie dałaś mu szansy, więc na razie tylko go lubisz. A może w końcu trafiłabyś na kogoś wartego ciebie? Masz już dwadzieścia pięć lat, to świetny czas na małżeństwo. Jesteś piękna i rodziłabyś mojemu synowi urodziwe dzieci. Przecież ja widzę, jak ty kochasz zajmować się dziećmi. Gdybyś wyszła za Romana, miałabyś własne i nie musiałabyś pracować, bo Roman dużo zarabia — tłumaczyła uprzejmie.

— Pani Heleno, odłóżmy tę rozmowę na później, jestem trochę zmęczona — nieśmiało poprosiła Beata.

— No dobrze, ale pomyśl o Romanie — sześćdziesięciojednolatka odwróciła się do nudzącej się wnuczki — no, Oleńko, idziemy do domu, bo rodzice czekają, pokażesz im ten piękny rysunek, prawda?

Beata wróciła do domu o siedemnastej. Włączyła telewizor, rozsiadła się wygodnie w fotelu i zamknęła oczy. Nie minęło dziesięć minut, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Podeszła do nich i zajrzała przez wizjer. Po drugiej stronie stała tajemnicza kobieta w mocnym makijażu i czerwonym stroju. Beata chwilę się wahała, po czym otworzyła drzwi.

— Dzień dobry! — nieznajoma rzuciła dziwnym głosem. Można powiedzieć, że był to głos chłopca, który zaczął przechodzić mutację — nazywam się Renata Dracewicz i dziś wprowadziłam się do mieszkania po moim ojcu.

— Dzień dobry! Moje nazwisko Beata Rozwadowska. Nie wiedziałam, że pan Kazimierz miał córkę — odparła zaskoczona.

— Ach, to taka, nazwijmy to, dziwna historia — Renata odwróciła wzrok — w każdym razie chciałam panią przeprosić za moje zachowanie dziś rano. Ostatnio jestem rozdrażniona i nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi.

Beata przyglądała się rozmówczyni. Była atrakcyjna, lecz ubrana i umalowana jak kobiety w latach osiemdziesiątych.

— Nie widziałam pani wcześniej. Mieszka pani poza Baryszczem? — spytała Beata.

— Mieszkałam, teraz zajęłam mieszkanie po ojcu — odpowiedziała krótko.

— Dziwne, że nie widziałam pani na pogrzebie pani ojca.

Na twarzy Renaty pojawiło się zakłopotanie. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— To długa historia. Dowiedziałam się o śmierci i pogrzebie ojca, ale zdecydowałam się dopiero dziś na przyjazd. To długa historia — powtórzyła szorstko. Dodała:

— Mam nadzieję, że nie chowa pani do mnie urazy.

— W sumie nic się nie stało. Samo to, że jest pani córką pana Kazimierza, jest dla mnie wielkim zaskoczeniem.

— Dla mnie też — odparła cicho i posępnie Renata.

12 maja 2012 r., sobota

Renata, przeglądając magazyny z modą, nagle usłyszała dzwonek do drzwi, a jej piesek zaczął głośno szczekać. Podeszła do nich, otworzyła je i ujrzała przed sobą Beatę.

— Dzień dobry! Nie przeszkadzam pani? — spytała nieśmiało.

— Witam! Skądże. Dziś mam wolne — stwierdziła z lekkim uśmiechem Renata.

— Chciałabym z panią porozmawiać. Mogłabym wejść?

— No dobrze, proszę — cofnęła się i uprzejmym gestem zachęciła Beatę do wejścia.

Beata rozejrzała się po mieszkaniu. Jak na mieszkanie po alkoholiku wyglądało dosyć dobrze. Nie było zbyt duże, w sam raz dla jednej osoby. W przedpokoju stał jeszcze nie do końca rozpakowany bagaż, koło którego kręcił się piesek.

— Ma na imię Fafik, jest zupełnie niegroźny, może go pani pogłaskać. Czego się pani napije? — zainteresowała się Renata.

— Nie, dziękuję, przed chwilą wypiłam herbatę.

— No dobrze, o czym pani chciała porozmawiać?

— O pani. Jestem ciekawa, kim pani jest, poza tym, że córką pana Kazimierza. Oczywiście nie musi pani odpowiadać.

— Powiem pani, ale najpierw przejdźmy do pokoju.

Pokój nie był zbyt duży. Na wprost wejścia znajdowało się okno, widać było z daleka od dawna niemyte szyby. Na podłodze leżał stary i poplamiony szary dywan. Meblościanka z minionej epoki błyszczała po dzisiejszym umyciu. Stał przy niej stary telewizor. Kanapa i dwa fotele były w niektórych miejscach zniszczone, jednak obok na dużym stole znajdował się środek do odświeżania tapicerki.

— Proszę usiąść na kanapie albo fotelu. Jak sama pani widzi, dopiero się tu wprowadziłam. Nie zdążyłam się nawet rozpakować. Zabiorę z pokoju niepotrzebne rzeczy i zaraz przyjdę.

Po chwili była z powrotem. Usiadła na fotelu obok Beaty, siedzącej na drugim.

— Ogólnie mówiąc, mieszkałam do tej pory dwieście kilometrów stąd. Nie będę pani mówić gdzie dokładnie, bo to nie ma najmniejszego znaczenia. Mój ojciec… — zawahała się, zastanawiając się, co powiedzieć — zresztą sama pani wie, że był pijakiem. Nawet trudno mi go nazywać ojcem. Zostawił mnie i moją matkę, kiedy się urodziłam dwadzieścia sześć lat temu. Co prawda uznał mnie za swoje dziecko, ale nie chciał się mną zajmować. Alimentów od niego nigdy nie dostałam. Tak więc nie czując z nim żadnej więzi emocjonalnej, nie przyjechałam na pogrzeb. Myślę, że to mieszkanie to w pewnym sensie jakaś rekompensata.

Beata coraz bardziej rozumiała Renatę.

— A jak się pani w ogóle dowiedziała o śmierci ojca? — spytała.

— W mieszkaniu mojego ojca była policja i znaleźli tam moje listy zaadresowane do niego, kiedy byłam mała. Ponieważ ciągle mieszkałam w tym samym miejscu, bez trudu mnie znaleźli. Sama nie wiem, czemu je trzymał, skoro się ode mnie odwrócił. Może wstydził się tego i nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy. Naprawdę nie wiem.

— Rozumiem. A czym pani w ogóle się zajmuje? — zainteresowała się Beata.

— Jestem sprzedawczynią w tutejszym sklepie odzieżowym — z dumą zaakcentowała ostatnie słowo Renata swoim dziwnym głosem — wcześniej pracowałam w sklepie tej samej firmy w mieście obok mojej wsi, ale mieli też filię w Baryszczu, więc cała przeprowadzka mi się opłaciła. Mieszkam teraz w dużym mieście i nie zmieniłam pracy. A pani czym się zajmuje?

— Ja? Jestem przedszkolanką. Tutaj niedaleko pracuję. Uwielbiam dzieci.

— A ja wprost przeciwnie, nienawidzę — powiedziała Renata z niechęcią — na szczęście dzieci nigdy nie będę mieć.

— Proszę tak nie mówić, nie zna pani przyszłości.

— Ale ja wiem, co mówię. Może kiedyś pani powiem dlaczego.

Zapanowała cisza, Beata omiatała wzrokiem pokój. Nigdy nie była w tym mieszkaniu. W tym czasie Renata przyglądała się jej uważnie.

— Tak patrzę na panią i myślę sobie, że byłaby pani świetną modelką. Ma pani idealne warunki.

Beata zarumieniła się.

— To nie dla mnie. Wolę pracę z dziećmi, to moje powołanie.

— Rozumiem, ale naprawdę tak uważam — z uznaniem stwierdziła Renata.

— Dziękuję. Muszę już iść, zasiedziałam się — zauważyła Beata, spoglądając na zegarek, który pokazywał godzinę jedenastą.

— Dziękuję, że mnie pani odwiedziła. Jeszcze nikogo tu nie znam poza panią.

Beata wyszła. Wróciła do swojego mieszkania i stwierdziła w myślach, że Renata musiała mieć ciężkie dzieciństwo bez ojca. Mimo wszystko ułożyła sobie jakoś życie.

Rzeczywiście, dzieciństwo Renaty było ciężkie. Musiała od najmłodszych lat pracować, by wspomóc finansowo matkę. Zbierała owoce, roznosiła ulotki i rozkładała towar na półkach w supermarketach. Pieniędzy ledwo starczało na podstawowe potrzeby. Gdyby nie hart ducha i niezłomność charakteru, już dawno zginęłaby w biedzie. Znalazła pracę w mieście koło swej wsi i była zadowolona, że w końcu ma własne pieniądze. Ekscentrycznym strojem zawsze chciała się wyróżniać. Miała silną osobowość i nienawidziła przeciętności, Ciągle obiecywała sobie, że będzie niezależna, a przy tym nie zapomni o matce — w końcu była tak naprawdę jej jedynym rodzicem. Naiwnie myślała, że listy do ojca skruszą jego sumienie, wróci do nich i na nowo będą pełną rodziną. Jej matka jednak odcięła się od Dracewicza i nie chciała o nim słyszeć.

Dwie godziny później Beata siedziała w pobliskim parku i czytała romans. Uwielbiała utwory o nieszczęśliwej miłości i miała ich w domu pełno. Zdecydowanie lubiła wszystko, co subtelne, i to nie tylko w literaturze. Subtelne kolory, subtelna mowa, subtelne poruszanie się. Tak delikatne jak ona sama.

— Kochanieńka, daj mi tylko złotówkę, a ci powróżę. Wyglądasz mi na osobę, którą coś trapi — zaczepiła ją Cyganka i przysiadła się.

Beata odwróciła wzrok w stronę kobiety i uśmiechnęła się życzliwie.

— Ale ja nie mam żadnych problemów — odparła nieśmiało.

— No to chociaż powróżę ci, kiedy się zakochasz — przymilnie rzekła Cyganka.

— Jeśli to tylko złotówka, to chętnie pani wysłucham — wyciągnęła z torebki portmonetkę, otworzyła ją i podała Cygance monetę.

— A teraz, kochanieńka, daj mi swą dłoń — poprosiła Cyganka.

Beata przysunęła do niej rękę.

— Ohoho, widzę, że niedługo się w kimś mocno zakochasz — stwierdziła z pewnością w głosie wróżka.

— Aż tak szybko? — roześmiała się Beata.

— Widzę, że cię wielka miłość czeka. Ale miłość, której sama przed sobą się wstydzisz.

— No dobrze, a kto to mniej więcej miałby być? — spytała z ciekawością i lękiem.

— To będzie ktoś, kto jest blisko ciebie i kogo będziesz często widywać, nawet przypadkowo, zakochacie się w sobie bez pamięci, jednak — Cyganka zawahała się — waszą miłość czekają ciężkie czasy i ludzka niechęć. Kochanieńka, jeśli rozejrzysz się wokół siebie, zobaczysz kogoś, kto cię mocno kocha, nie martw się, widzę, że będziecie tak blisko siebie, że przezwyciężycie przeciwności losu — dodała.

— No dobrze, dziękuję pani za radę. Mam nadzieję, że rzeczywiście spotkam kogoś, w kim się zakocham.

— Na pewno. Moje wróżby zawsze się sprawdzają, a zresztą ty jesteś zbyt piękna, żeby być sama. Muszę już iść, wszystkiego dobrego — rzuciła życzliwie Cyganka, wstając z ławki.

Dziwne. Może ta Cyganka rzeczywiście ma dar jasnowidzenia? Skąd wiedziała, że Beata jest sama? I czyżby mówiła o Romanie Stasiuku? Niemożliwe, Beata nigdy go nie kochała i nigdy nie pokocha. Może był dobrym człowiekiem, ale nie w jej typie. Miała swój określony typ osoby i na pewno nie był nią Roman.

Siedziała jeszcze godzinę i czytała książkę. Czytanie sprawiało jej trudność, ponieważ ciągle myślała o wróżbie. Będą to częste, przypadkowe spotkania. A skoro tak, to należy zdać się na łaskę losu. W końcu nikt nie ma nic do stracenia.

Dziesięć minut później weszła do swego mieszkania. Nie zdążyła jeszcze się rozebrać, kiedy zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Westchnęła z niezadowoleniem i otworzyła drzwi. Przed nimi stała Helena.

— Witaj, Beatko! Byłam akurat w pobliżu i przypadkowo zauważyłam, że wracasz do domu. Postanowiłam cię odwiedzić — rzekła radośnie sześćdziesięciojednolatka — nie przeszkadzam?

— Ależ skąd — odpowiedziała przez grzeczność Beata — zwykle o tej porze robię obiad, ale akurat nie jestem głodna — skłamała.

Przeszły do pokoju.

— Ale ty masz tu pięknie! — z uznaniem zauważyła Helena — wszystko takie czyste, schludne i pachnące. U mojej córki Ola ciągle robi bałagan.

— Przecież to małe dziecko — rzekła z wyrozumiałością Beata.

— No tak, tak. Mogłabym cię prosić o szklankę herbaty?

— Oczywiście, ale mam tylko owocową.

— No dobrze, może być — odpowiedziała z lekkim rozczarowaniem.

— Proszę usiąść, nie będzie pani tak przecież stać.

Helena rozejrzała się w poszukiwaniu odpowiedniego siedziska. Po chwili wybrała wygodny nowy fotel i oczekiwała na powrót Beaty, która przyszła po minucie.

— Moja droga, nie chcę się wtrącać, ale czy zjawił się w twoim życiu ktoś ważny?

Beata spojrzała dziwnie na swojego gościa.

— To znaczy w jakim sensie ważny?

— Beatko, wiesz, o czym mówię — uśmiechnęła się Helena — nigdy nie widziałam cię z żadnym chłopakiem, więc może teraz ktoś ci się znalazł?

Beata zaczerwieniła się. Nie wiedziała, jak delikatnie zwrócić uwagę Helenie, że nie chce rozmawiać na ten temat.

— To znaczy… no, z nikim się nie spotykam, jeśli o to pani chodzi — odparła ostrożnie, domyślając się sedna sprawy.

— No widzisz, to dziwne, że taka osoba jak ty jest sama. Wiesz, powiedziałam Romanowi o naszym wczorajszym spotkaniu. Mówiłam mu, że drugiej takiej jak ty może ze świecą w ręku szukać.

Z kuchni dał się słyszeć dźwięk wyłączającego się czajnika. Beata czuła, że dźwięk ten był dla niej wybawieniem przed niezręczną rozmową. Po niedługiej chwili przyniosła Helenie herbatę.

— Pani Heleno, ja nic niestety nie czuję do pani syna.

— Ależ moja droga, musicie zacząć się spotykać. Kiedy z nim ostatnio rozmawiałaś?

— No, jakieś pół roku temu — zaczęła żałować, że wpuściła Helenę do mieszkania.

Helena zamilkła. Po pewnym czasie spytała:

— Mogłabym skorzystać z toalety?

— Bardzo proszę.

Zamknęła się w łazience. Podeszła do umywalki i schyliła się. Jej uwaga skupiła się na plastikowej rurze odprowadzającej wodę. Pogrzebała w torebce i wyciągnęła nóż, który specjalnie przyniosła na spotkanie z Beatą. Chwyciła rurę mocno lewą ręką, przystawiając do niej prawą z nożem. Zaczęła wiercić ostrzem po powierzchni rury odpływowej. Po pewnym czasie ostrze zagłębiło się w niej. Odkręciła delikatnie wodę i ku swojemu zadowoleniu odkryła, że woda wycieka przez dziurę na podłogę. Schowała nóż do torebki.

— Beatko, chodź na chwilę, chyba coś się stało z odpływem umywalki — krzyknęła.

Beata przybiegła prawie natychmiast. Spojrzała na wodę cieknącą z rury. Helena uśmiechnęła się przepraszająco:

— Beatko, przepraszam cię, po prostu odkręciłam wodę i zaczęła lecieć na podłogę. Nie chciałam niczego popsuć.

— I co ja teraz zrobię? — odparła zrezygnowana Beata.

— Teraz pełno tego badziewia się produkuje. Człowiek nie wie, co kupuje — stwierdziła z dezaprobatą Helena, po czym dodała — ale zaczekaj, zadzwonię do kogoś, kto się zna na takiej robocie.

Beata domyślała się, o kogo chodzi. Ciekawe, dlaczego ta rura pękła akurat wtedy, kiedy przyszła do niej Helena?

Po pół godziny rozległ się sygnał dzwonka przy drzwiach. Helena razem z Beatą podeszła do drzwi. Beata otworzyła je i zobaczyła Romana. A więc jednak jej przypuszczenia się potwierdziły.

— Witaj, podobno masz jakiś problem z umywalką? — Roman uśmiechnął się do Beaty. Był wysoki, barczysty, ale raczej trudno byłoby powiedzieć, że przystojny. Wyglądał zupełnie przeciętnie.

— Tak, twoja mama odkręciła wodę i zalało mi troszeczkę podłogę. Mógłbyś coś z tym zrobić?

— Oczywiście i to w dodatku za darmo.

— Beatko, mogłabyś zagotować wodę na herbatę dla Romana? — przymilnie poprosiła Helena.

— Oczywiście, już idę — rzuciła pospiesznie i od razu poszła do kuchni.

Helena odprowadziła ją wzrokiem, po czym przybliżyła się do syna i szepnęła mu na ucho:

— Jest tak, jak się umawialiśmy. Ja zaraz idę do domu, a ty zrób wszystko, żeby ona zmieniła do ciebie nastawienie. Masz teraz świetną okazję!

Roman zamyślił się, patrząc przed siebie. Zastanawiał się, co ma zrobić.

Po paru chwilach Beata wróciła do Stasiuków i rzekła:

— Chodźmy do pokoju. Nie będziesz przecież pić herbaty, stojąc w przedpokoju — powiedziała uprzejmie Romanowi.

— Beatko, ja już muszę iść, niestety, muszę jeszcze odwiedzić znajomą w okolicy. Dziękuję ci za herbatę — uśmiechnęła się do Beaty, pożegnała się z synem i wyszła.

Zapanowało milczenie.

— No dobrze, może na początek pokażę ci ten odpływ — rzekła Beata i zaprowadziła Romana do łazienki. Pochyliła nad umywalką.

— Widzisz, tutaj jest dziura. Trzeba coś z tym zrobić.

Skupił swą uwagę na zachęcająco wypiętych pośladkach Beaty. Czuł, że robi mu się gorąco. Rozkojarzony odpowiedział:

— Ach tak, rzeczywiście.

— Jeśli będę ci do czegoś potrzebna, to mnie zawołaj.

Wyszła z łazienki i po chwili zaczęła oglądać telewizję.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę