E-book
13.51
drukowana A5
29.99
Ćpunka

Bezpłatny fragment - Ćpunka


5
Objętość:
177 str.
ISBN:
978-83-8245-094-1
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 29.99

Wstęp

Tu, gdzie pieniądze tracą swą wartość,

nie liczy się nic innego jak z…

1. Postanowione

Zbudziły mnie silne skurcze, zimne poty i suchość w ustach. Klasyka dnia następnego przez duże K. Od jakiegoś czasu żyłam życiem, w którym wczoraj to tabula rasa, dziś to chwila, a jutra mogło nie być. Zgramoliłam się z łóżka, przeklinając pod nosem i narzekając na wszechobecny ból. Chwiejąc się na nogach, nerwowo rozglądałam się po pokoju w poszukiwaniu ratunku.

— Odwyk? To rozwaga — zapytała resztkami sił.

Od razu odpowiedziałam sama sobie w myślach: „Nie, to nie dla mnie”. Pozostawiając temat Monaru bez odpowiedzi, w końcu znalazłam to, bez czego moje życie nie miałoby sensu — woreczek strunowy. W głowie już zrodziła się wizja tego, co zrobię, zanim zaaplikuję towar do nosa.

Powtarzając sobie jak mantrę:


„KINGA, NA SPOKOJNIE SIĘ OGARNIJ, DOPIERO POTEM ZJEDZ »ŚNIADANIE«”.


W tym momencie moje życie nabrało tęczowych barw, już nie było czarno-białe, a ja chciałam żyć pełnią możliwości, które mi ono stwarzało. Przygotowałam odzież — chodzenie w bluzie, która się cała lepiła i legginsach, które zamiast podkreślać moje nogi, wyglądały na starą, rozciągniętą szmatę, raczej nie byłoby dobrym wyborem. Odkręciłam gorącą wodę w wannie i rozebrałam się bardzo powoli, by uniknąć większego bólu, który mi towarzyszył. Stanęłam naga przed lustrem. Swąd, który dochodził z okolic podbrzusza, wskazywał na wszy łonowe. Poczułam obrzydzenie na swój widok. Długie, czarne włosy z olbrzymim blond odrostem, zmęczona twarz, przekrwione oczy, popękane usta, ręce z paskudnymi, ropiejącymi ranami i zniszczone paznokcie, a skóra jak u staruszki. I to wszystko przed dwudziestymi siódmymi urodzinami. Wisienką na torcie były długie włosy na nogach i te, które wystawały spod pach. Niektórzy wyglądają lepiej po sześćdziesiątce niż ja w tamtym momencie.

Nie, to nie wina genów, tylko trybu życia, jaki prowadziłam. Strasznie się zapuściłam, w głowie mając tylko jedno.


NARKOTYKI.


Po krótkiej refleksji o moim nic niewartym życiu i zapuszczeniu się do tego stopnia, spojrzałam na pełną wody wannę, nad którą unosiła się już para. Nie czekając ani chwili dłużej, włożyłam ostrożnie lewą nogę, a spomiędzy moich palców u stóp wypłukały się wszystkie paprochy. Położyłam się wygodnie, sunąc rękami od biustu do mojej cipki i dalej po nogach. Moje ciało było tak tłuste, że prysznic byłby chyba lepszym rozwiązaniem. Nie przejmując się zbytnio tragiczną oceną stanu mojej higieny, odchyliłam głowę i położyłam ją na wannie, powoli zanurzając resztę mojego ciała, po czym chwyciłam telefon i puściłam utwór Erica Claptona „Cocaine” Wraz z tym płynnym ruchem chciałam przejść do samozadowolenia, lecz towarzysząca mi droga przez mękę nie pozwoliła mi na zrobienie tego. Przeleżałam tak godzinę, wprowadzając przy tym program odnowy biologicznej.

Moje myśli były jednak zamknięte w celi razem z workiem, który już czekał na mnie na stole. Ubrałam się w męski, czarny T-shirt i czarne stringi, które wyglądały paskudnie przez moje wystające zza koronki włosy łonowe. Mój tragiczny zapach chwilowo zniknął. Tanecznym krokiem przemieściłam się do pokoju i rozpoczęłam swój rytuał, wcześniej zaspakajając chorobę okienną i stukrotnie sprawdzając, czy drzwi są zamknięte na kłódkę. W końcu usiadłam po turecku, celebrując tę chwilę. Chwyciłam srebrną, małą tackę i rozsypałam na niej amfetaminę. Dostojnymi ruchami rozpoczęłam najlepsze! Tworzenie ścieżki do lepszego samopoczucia. Z tym jest tak jak z filozofią. Każdy narkus ma swoją — jeden woli krótkie i grube, i szerzej zwinięty banknot, żeby całość od razu wleciała do nosa, drugi długie kreski po przekątnej stołu i wąsko zwinięte banknoty. Ilu ludzi, tyle poglądów na temat życia. To samo się tyczy narkomanów i ćpunów — ilu ich jest, tyle filozofii i sposobów aplikowania. Ja lubiłam kreślić towar dostojnymi ruchami dziesięć minut, żeby wszystko było ładne i symetryczne.

Gdy skończyłam, czułam dziką satysfakcję i mogłam przejść do konsumpcji, nie spiesząc się. To już było na tacy, nie ucieknie. Wciągnęłam wszystko, a towar, któremu nie było po drodze do mojego nosa postanowiłam wylizać dokładnie z tacy.

OD RAZU LEPIEJ!?

Sumienie i moralność zostały uciszone, a życie, które bolało, uwierało teraz trochę mniej. Zaczęłam „kroczyć spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu”, zastanawiając się, skąd wziąć pieniądze na dalsze wyciszenie. Bo z pewnością nie starczy tematu do wieczora. Ileż tam było, może z siedem gramów? W szafce z lekami miałam jeszcze alprazolam, jakieś podrzędne barbiturany i ritalin. Na szczęście nie umrę, ufff, ale moja miłość miała kolor śnieżnobiały i to ten głód musiał być zaspokojony, a nie praktykowanie metod na zabicie zjazdu. Pracę (jeżeli tak to można nazwać) straciłam dwa miesiące temu.

Pieniądze mi się kończyły, a pomysły, skąd je brać, nie przychodziły. W moim aktualnym stanie raczej było ciężko o zwykłą pracę. To taka moja codzienna burza mózgów — co zrobić, żeby się naćpać i położyć w łóżku spokojnie gnijąc.

Leżąc tak cztery godziny i zajmując się kostką Rubika i żuciem gumy, wpadłam na coś. Gumę wyplułam na talerz stojący na stole, kostkę rzuciłam na fotel, który stał z boku. Rozbierając się w biegu, jeszcze raz stanęłam przed lustrem, patrząc na siebie z uśmiechem i myśląc: „To jest to. Biust jak najbardziej się zgadza, 75D, nie ma tragedii z jego jędrnością (sprawdziłam to, macając dokładnie), figura nie jest najgorsza, właściwie to dziwne, gdybym była otyła, skoro jestem, ładnie to nazywając, wysuszona. Sto sześćdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu — tutaj też nie jest najgorzej”. Tylko moje zaniedbanie mnie dyskwalifikowało, a przecież kiedyś byłam prawdziwie piękna i nie, to nie jest narcyzm. Faceci się za mną oglądali nie dlatego, że ubierałam się skąpo czy wyzywająco. Po prostu, mówiąc swojsko, fajna babka ze mnie była.

— Tak zróbmy, pomysł jest świetny — pomyślałam.

— Muszę zadzwonić do Kaśki i poprosić ją, żeby mi pomogła.

— Hej, kochana.

— Yyy, no hej, ale wczoraj było grubo!

Przytaknęłam, udając, że pamiętam. Oczywiście nic mi nie świtało, miałam totalną pustkę w głowie, ten scenariusz powtórzy się pewnie jeszcze nie raz, więc nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.

— Możesz wpaść, najlepiej od razu, hmmm?

— Jasne, nie ma problemu, daj mi trzydzieści minut.

Czekając na Kaśkę obmyślałam, co zrobię ze swoim ciałem, żeby mogło się podobać, jednocześnie podniecając się, że chyba znalazłam sposób, żeby nie brakowało mi pieniędzy.

Dzwonek do drzwi rozległ się po całym domu. Podbiegłam, by otworzyć.

— No hej, kochana, co tam? Dlaczego jesteś naga? — wykrzyczała Kaśka w moją stronę i powolnym krokiem udała się w stronę salonu. Usiadła i rozpoczęła swój rytuał, skręcając towar w bombki i popijając energetykiem, który miała wiecznie w ręce. To był jej znak rozpoznawczy, jak marchewkowe włosy. Była naprawdę śliczna, ale miała ten sam problem co ja.

— Co jest, Kinia, powiesz coś? Skreślić ci? Wiesz, że ja nie lubię wciągać!

— Nie, nie, dziękuję.

— Kurwa, jasne, częstuj mnie moim towarem — pomyślałam wściekła. Jakby jej to powiedzieć?

— zastanawiałam się. To, że ja traktowałam to jak rozmowę o pogodzie nie oznaczało, że będzie ona tak to traktowała. Wtedy uświadomiłam też sobie, że w zasadzie aż tak dobrze jej nie znałam (pomimo pewnych rzeczy, które nas łączyły), skoro się wahałam. Nie była w zasadzie moją psiapsiółą, może nawet nie koleżanką, tylko znajomą od imprez. A tacy są najgorsi. Stojąc jeszcze chwilę przed nią zupełnie nago i śledząc ruchy jej kciuka, który scrollował tablicę na Facebooku, zbierałam się w sobie, żeby jej to powiedzieć.

— Będę się kurwić. — Wyrzuciłam to z siebie, krzycząc.

— To mi chciałaś powiedzieć? Tylko ogarnij się, dziewczyno!

Wypowiedziała te słowa z szyderczym uśmiechem na twarzy. Nie zrobiło to na niej absolutnie żadnego wrażenia. Tak w sumie ani trochę mnie to nie zdziwiło, gdy sobie przypomnę to wszystko, kiedy pomieszkiwała u mnie.

— Miałam nadzieję, że pomożesz mi w tym trochę. Pomożesz?

— Jasne, kochana!

Taka koleżanka to prawdziwy skarb! — Pomyślałam, popadając ze skrajności w skrajność. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o tym, do kogo wydzwaniać o towar, kto z kim i gdzie się dobrze bawił i na inne ważne tematy, po czym wysłałam ją na zakupy po maszynkę do golenia, czarną farbę do włosów i wosk.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że to może potrwać. Ta przemiana to nie będzie jeden dzień, tylko kilka, a może kilkanaście dni. Obowiązkowa też będzie wizyta u kosmetyczki. Chcąc, by ciało było moim narzędziem pracy, musiałam z nim zrobić porządek.


Dwa tygodnie później


Stanęłam przed lustrem z lepszym stanem skóry, zagojonymi ustami pomalowanymi na czerwony, matowy kolor, kreską pod okiem, zafarbowanym blond odrostem, który wcześniej raził w oczy. Byłam śliczna. Nie taka jak kiedyś, ale również warta uwagi. Na sobie miałam seksowny, koronkowy tank top, ramoneskę i skórzane spodnie, w których sama sobie zrobiłabym rimming. Rozumiecie, jak świetnie wyglądał w nich mój tyłek. Pod spodem oczywiście seksowne pończochy, a wisienką na torcie były szpilki — szesnasto centymetrowe, klasyczne czarne z czerwoną podeszwą. To był ten dzień, kiedy miałam pierwszego klienta. Podchodziłam do tego na zupełnym luzie, absolutnie się nie denerwując. W międzyczasie fugowałam dziąsła i dotykałam się po całym ciele podniecona, że tak wyglądam. Pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie temu byłam cała w niebieskich plamach tam na dole i wyglądałam jak bezdomna. A dzisiaj jak modelka, zadbana i śliczna.

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Pobiegłam je otworzyć i wielce się zawiodłam. Spodziewałam się boga seksu, Erosa, a był to jakiś sześćdziesięcioletni dziadek, pewnie już z demencją, ale był całkiem nieźle ubrany, więc była szansa, że rzuci jakiś napiwek. Wyciągnął trzysta złotych i położył na biurko, mówiąc przy tym:

— Pobaw się nim godzinkę, kochana.

Ściągnął spodnie do kolan i usiadł w fotelu. A ja, chcąc mieć już to za sobą, usiadłam obok niego. Przytakiwałam na to, co mówił i uśmiechałam się do niego.

— Kochanie, zaczniesz wreszcie? Przestań mi tu świecić tymi zielonymi oczkami albo poświeć z dolnej perspektywy. Za co ja ci płacę?

— Oczywiście, kochanie — odpowiedziałam posłusznie, wstałam z kanapy i stojąc przed nim przejechałam rękoma od jego barków aż po uda, schodząc przy tym coraz niżej i niżej, aż w końcu stało się, miałam go w ustach. Bawiłam się jego moszną jak dziecko klockami. Mając jego starego, sflaczałego penisa w buzi, naszła mnie refleksja, do jakiego stopnia ludzkie życie może się zmienić przez rok. Nie przestając ssać i myśleć coraz wyraźniej nad tym, co robię, a co mogłabym, czasami spoglądałam na niego, ale bardzo mnie to krępowało, bo równie dobrze mogłabym być jego wnuczką. „Stary chuj, który nie ma co z pieniędzmi robić”. Myśli się nasilały, sumienie się odzywało: „CO TY ROBISZ, DZIEWCZYNO?”.

Potrzebowałam je uciszyć w trybie pilnym. Czułam, że nie miałam innego wyjścia do właśnie tego momentu. Kiedy to zaczynało mu się podobać i dociskał moją głowę do samego końca swojego penisa, jego długie włosy łonowe zaczynały gilgotać mnie pod nosem. Ssałam go najlepiej jak potrafiłam, żeby staruch nie narzekał i przyszedł po więcej. Jednocześnie starałam się nie myśleć o tym, jak mogłoby wyglądać moje życie.

„Bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto”.

2. Magisterka

Rok wcześniej…


— Uczniom z roku 2014/2015 serdecznie gratuluję ukończenia studiów drugiego stopnia i otrzymania dyplomu magistra na kierunku ekonomicznym na naszym cudownym uniwersytecie — powiedział dziekan ze sceny z masą wykładowców, którzy stali za jego plecami, sprawiając wrażenie równie znudzonych, jak my tym czczym pieprzeniem.

Na szczęście miałam to przeżyć raz w życiu, a oni musieli co roku i tak aż do emerytury.

Niewdzięczna praca użerać się z ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Sam dziekan wyglądał na zadowolonego. Nie mogliśmy być tacy źli, chociaż było kilka spektakularnych akcji, które chcieliśmy opowiadać na zjazdach absolwentów i domówkach z osobami, z którymi będziemy trzymać kontakt, czy wypadami z tak zwaną starą gwardią. A w akademikach na dobrą sprawę miał się zmienić tylko rocznik. Pity alkohol i zażywane narkotyki, no i nas tam miało nie być.

Dookoła mnie było słychać pogłos stu absolwentów zgadujących się na flaszkę. „Ej, stary, to co, lecisz do klubu?”, „Ej, ale dzisiaj będzie tango”, „Stary, płyniemy dzisiaj w rejs”.

W pewnym momencie ktoś przejechał ręką po mojej szyi. Złapałam ją w nadgarstku i odwróciłam się gwałtownie.

To była Kinga. Najgrzeczniejsza dziewczyna na roku. Mało tego — najładniejsza i nie dawało się jej nie lubić. Jej blond włosy, cycki i figura mamiły wszystkich, a ona chyba dalej była dziewicą. Nie przejmowała się tym zupełnie, czekając na rycerza na białym koniu.

Nie wiem, na ile to były ambicje jej rodziców, a na ile jej, ale chyba jej to zbytnio nie przeszkadzało, skoro cały czas sprawiała wrażenie uśmiechniętej i wesołej. Nie rozumiałam też tego, dlaczego mieszkała razem z nami w akademiku całe pięć i pół roku. Domyślałam się, że to też mógł być jeden z planów matki i ojca na córkę.

Zawsze powtarzałam, że trzeba iść według swojego planu, a nie czyjegoś.

Po krótkiej wymianie spojrzeń zapytała:

— Idziesz dzisiaj na tę babską imprezę?

— Jasne, że idę, a ty się wybierasz?

— W końcu się zabawię! Kiedy, jak nie teraz? — odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.

Nie byłam pewna, czy zdaje sobie sprawę, co się dzieje na naszych babskich zgrupowaniach.

Wizja zbliżającego się wieczoru nakreślała się bardzo ciekawie. Skinęłam do niej głową, śmiejąc się w duchu. Dziewczyna rzucała się na głęboką wodę. Od momentu, jak ją poznałam, widziałam ją raz z lampką białego wina na jednej z naszych pierwszych wspólnych imprez, czyli około cztery lata temu. To podbudzało moją ciekawość, bo takiego pytania od Kingi nigdy w życiu bym się nie spodziewała.

Na koniec spod nosów absolwentów wyleciało jakże soczyste i wyraziste:

— W końcu, kurwa!

Bankowcy, konsumpcjoniści, przyszli księgowi, maklerzy i ludzie, którzy mieli uczestniczyć w owczym pędzie bardziej niż mały, szary człowiek na etacie. Wszyscy zaczęli opuszczać salę, w której wręczano dyplomy.

Wychodząc z uczelni, dostałam jeszcze kilka propozycji na zabawienie się dzisiejszego wieczoru.

Nie lubiłam maratonów, a już na pewno nie melanży z kilkoma ekipami przez całą noc. Dla mnie to było jak orkiestra — zaczynamy razem i kończymy razem.

Jednak niektóre propozycje były naprawdę ciekawe.

Ale miałam już plany na wieczór.

ACHHH! Będę tęsknić za tym życiem bardziej, niż mi się wydawało.

Przede wszystkim musiałam zacząć myśleć o usunięciu Tindera. (Nie wiem, co ma piernik do wiatraka, ale czuje taką potrzebę.) Sama go z pewnością nie usunę. Chciałam kogoś poznać nie do luźnej relacji. Fuck friends tylko na zupełnie serio, taka prawdziwa szalona miłość, nie to przekolorowane gówno, które serwuje nam telewizja i harlequiny. Najgorsze jest to, że te odświeżone i bardziej ostre widnieją na listach bestsellerów sprzedażowych, a ja oczekuję takiej wręcz punkrockowej, niekończącej się miłości.

Stanowczo to zbyt wiele.

Jakąś godzinę później jechałam przez całe miasto komunikacją miejską, która jest moim „ulubionym” środkiem transportu. Uwielbiam, kiedy ktoś co jakiś czas przejeżdża po moim tyłku ręką, a gruźlik dwa rzędy siedzeń dalej nie przestaje kaszleć i żeby było śmieszniej, w lewej ręce trzyma papierosa, a w prawej zapalniczkę. Do tego prawilne chłopaki zdzierający gardło, klnąc i śmiejąc się tak, jakby mieli swój prywatny przedział, pomijając fakt, że ich oczy domagały się snu, z nie wyobrażalnym charakterystycznym dla tego sportu grymasem, bo przecież jeszcze jest dzień. A spanie jest dla słabych!

Gdzieś tam z przodu stała kobieta w szóstym miesiącu ciąży i nerwowo spoglądała na brak wolnych miejsc. Dookoła masa nastolatków siedzących bez jakiejkolwiek najmniejszej reakcji z ich strony. Wstałam, wołając:

— Proszę pani! Proszę, tu jest wolne.

Kobieta z olbrzymim uśmiechem na twarzy podeszła i zaczęła mnie całować i dziękować.

— Dziękuję, ależ pani ma lwie serce.

— Wie pani co, wymagałabym od innych tego samego, kiedy byłabym w ciąży albo osobą starszą. Proszę siadać i nie przesadzać.

Po tej poczekalni dusz, jaką jest komunikacja miejska, dotarłam do mojego rodzinnego domu. Skończyło się mieszkanie w akademiku i brak większej odpowiedzialności. Musiałam iść na swoje. Ciężko będzie żyć z pensji podrzędnej sekretarki w jednej z firm. Zawsze mogłabym inaczej piąć się po szczeblach kariery, na przykład wypiąć się szefowi. Mobbinng seksualny ze strony szefów jest wszechobecny — nagadywanie i propozycje szybkiego awansu w zamian za numerek na biurku raz na jakiś czas.

Ale z drugiej strony wszystkie te kobiety ubrane w krótkie czarne spódniczki z zamkiem z tyłu, w pończochach, a nie rajstopach, koszuli z dekoltem i botkach na obcasach nie wyglądały, jakby im to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, a wręcz odwrotnie. Chyba się cieszyły, jak były proszone przez szefa, żeby wypucować berło w drodze na „SZCZYT”. I osiągały go — szczyt głupoty.

Można się ubrać elegancko i schludnie. Ja miałam swoje komplety żakietów i nie ukrywam, że szefostwo było srogo zawiedzione tym faktem.

Gdy otworzyłam drzwi od domu, uderzył mnie unoszący się w powietrzu swąd alkoholu. Prawie jak w drogerii, tyle, że perfumy kupujemy, żeby ukryć nasz naturalny zapach i dla doznań zmysłowych. A odór trawionego alkoholu obnaża naszą naturę. Podeszwy kleiły mi się do podłogi w przedpokoju.

Całe szczęście, że byłam jedynaczką. Nie mogłabym przeżyć tego, gdyby jeszcze ktoś musiał żyć w tym syfie z moimi rodzicami. Próbowałam im pomóc wielokrotnie. Miesiąc, może dwa, na dupościsku, przepijanie wszywek — wszystko z nimi przechodziłam.

— Kto tam? — rozległ się przepity głos mojego ojca.

— To ja.

— Monika, kochanie, chodź tu do mnie do kuchni, siedzimy tu z mamą.

Nie ściągając butów z nóg wybrałam się do kuchni, a tam już czekały na stole obłożonym ceratą trzy zero siedem krajowej z Biedronki, ogórki, wędliny i inne dania garmażeryjne. Trzy szklanki, dla każdego.


— Bierz szklankę i siadaj trochę ze mną i mamą. Napijesz się z nami, opijemy twój sukces. Jesteśmy z ciebie tacy dumni.

— Mirek, może dajmy jej chwilę odpocząć.

— Krystyna, nic nie mów, niech napije się z nami. Niedługo wyprowadzi się z domu i nie będzie nas odwiedzać.

Kochający ojciec, który flaszkę później będzie mnie wyzywał od dziwek, podnosił rękę na matkę, a przypieczętowaniem tego będzie taksówka do pobliskiego burdelu. Matka będzie płakała i piła dalej sama, powtarzając pod nosem: „On nas kocha, on nas kocha, on nas kocha, tylko trochę się pogubił!”. I tak od trzydziestu lat małżeństwa. Labirynt, w którym wyjściem jest przejrzenie na oczy.

Witajcie w moim świecie. Pomimo moich uprzedzeń i jasnowidztwa usiadłam z nimi, wypiłam trzy szybkie setki ze wspomnianych wcześniej przygotowanych szklanek, by potem szybko uciec do mojego pokoju, zamknąć się od środka, nakryć kocem i scrollować tablicę na Facebooku, przeglądać Instagramy lub napawać się rzeczowym podejściem do faceta na Tinderze, sunąc palcem raz na lewo, drugi raz na prawo.

Z tyłu głowy wierzyłam w to, że poznam kogoś ciekawego właśnie tutaj.

Głupia ja!!!

Zdarzali się na tym portalu mistrzowie liryki, którzy pisali coś więcej niż „Hej, co tam?” i odnosili się do opisów. Czasami nawet czułam się wielce zaskoczona kreatywną wiadomością i tym, że ktoś przeczytał opis. Brawo, panowie! Byli też faceci w typie latynoskich macho. Przeglądając ich zdjęcia wręcz chciałam, żeby pojawiło się dopasowanie, bo moja wyobraźnia płatała mi figle i widziałam to napięcie erotyczne w łóżku.


— W co się ubierasz, bo chcę się dostosować, żeby nie odbiegać jak zwykle? — napisała SMS-a Kinga.

— No, pewnie pójdziemy do klubu, więc myślałam nad klasyczną małą czarną i szpilkami — skłamałam jej. Tak naprawdę planowałam zmienić tylko legginsy na skórzane, do tego air maxy i obcisła bluza.

Chciałabym zobaczyć, jak będzie wyglądać. Na imprezę zawsze przychodziła w sweterku i szerokich dżinsach, hipisowska stylówa z wczesnych lat sześćdziesiątych.

— W takim razie muszę wybrać się na zakupy po jakąś sukienkę.

— Spoko, udanych zakupów, kochana, widzimy się wieczorem.


Ze zdziwienia poszłam do kuchni, w której była aktualnie faza śmiechu i zabawy, faza biesiady i wzajemnego szacunku.

Przechyliłam jeszcze dwie szybkie szklanki po to, by usłyszeć od ojca:

— Córeczko, jestem z ciebie taki dumny.

Przytuliłam go pomimo jego przepoconej koszuli, która odpychała swym zapachem, choć przy odorze alkoholu to nie było nic wielkiego. Grzecznie podziękowałam, wdając się w godzinną rozmowę o środowisku. Mój ojciec był ekologiem pobierającym państwowy zasiłek. Od dwudziestu lat alkohol niszczył jego wszelkie ambicje i założenia, które miał przed tą chorobą. Chciał założyć fundację zajmującą się poszerzaniem świadomości społeczeństwa w dziedzinie dbania o środowisko, a Krystyna, moja mama, była sprzątaczką w firmie, w której ojciec pracował.

Też zaczęła pić, kiedy to starała się zrozumieć ojca i jego pasję, z którą pił. Sama przy tym popadła w alkoholizm. Tak go kochała i kocha cały czas, zupełnie tego nie rozumiem, ale chyba właśnie to jest jedną z definicji miłości.

Po skończonej rozmowie rozpoczęła się następna faza. Usłyszałam:

— Monika, SPIERDALAJ!!! Tata z mamą będą teraz…

— Nie kończ, proszę.

Często to był gwałt męża na żonie, ale mama nie widziała w tym nic złego. Oddawała się cała ojcu, a ja wtedy wychodziłam z domu, godząc się z tym, że tak po prostu u mnie jest. Nie czułam potrzeby zmiany, a apatia aż biła ode mnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 29.99