E-book
1.69
Cień

Bezpłatny fragment - Cień

przekł. Barbara Beaupré

Objętość:
37 str.
ISBN:
978-83-8221-229-7

Tekst na podstawie:

„Kruk. Wybór poezyj”, Drukarnia „Głosu Narodu”, Kraków 1910, s. 47.

© Copyright by Przemysław Musiałowski 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone


Wydanie I

Przekład: Barbara Beaupré

Projekt graficzny i opracowanie: Przemysław Musiałowski


Darmowe fonty:

Beau (Pixel Surplus), Fancy Card Text (1001 Free Fonts),

Angelican Font (1001 Free Fonts)

© Copyright by Przemysław Musiałowski 2020

UWAGA:

Niniejsza pozycja jest przeznaczona tylko i wyłącznie do użytku domowego.

Niniejsza wersja tekstu, zredagowana i porównana z oryginałem angielskim, NIE NALEŻY do DOMENY PUBLICZNEJ.

Rozpowszechnianie treści niniejszej publikacji, jej fragmentów, ze szczególnym uwzględnieniem rozpowszechniania na portalach CHOMIKUJ, SCRIBD i DOCER, jest nielegalne.

CIEŃ

Wy, którzy mnie czytacie, przebywacie jeszcze pomiędzy żyjącymi, lecz ja, który to piszę, będę już wówczas od dawna mieszkańcem krainy cieni. Bo zaprawdę dziwne rzeczy nadejdą, wiele tajemnic odsłoniętych zostanie i wiele, wiele upłynie wieków, zanim wzrok ludzki spocznie na tych zapiskach. A z tych, którzy je odczytają, jedni nie uwierzą, inni wątpić będą, a niewielu tylko znajdzie przedmiot rozmyślań w wyrazach skreślonych dziś przeze mnie na tych tabliczkach żelaznym stylusem.

Rok ten był rokiem przerażeń, rokiem uczuć silniej napiętych niż przerażenie samo, dla których nie ma nazwy na ziemi. Albowiem wiele dziwów i znaków ukazało się ze wszech stron na ziemi i na morzu, a zaraza szeroko rozpostarła swe czarne skrzydła. Wiadomym też było ludziom uczonym w gwiazdach, że oblicze niebios przybrało złowróżbną postać, a i dla mnie, Greka Oinosa, nie było tajemnicą, że wkraczamy w powracający co siedemset dziewięćdziesiąt cztery lata okres, w którym, przy wejściu w konstelację Byka, planeta Jowisz zetknąć się musi z czerwonym pierścieniem Saturna. Szczególniejszy ten nastrój nieba wywierał, jak się zdaje, potężny wpływ nie tylko na materialny glob ziemski, ale i na stan dusz, umysłów i na kierunek myśli ludzkich.

Pewnej nocy znajdowało się nas siedmiu w jednej z komnat wytwornego pałacu, wznoszącego się w posępnym mieście Ptolemais.

Siedzieliśmy przy nalanych czarach, wypełnionych po brzegi purpurowym winem Chios. Do komnaty naszej prowadziło jedno tylko wejście przez wysokie spiżowe drzwi, bardzo pięknie ukształtowane i wyrzeźbione przez artystycznego mistrza Korinosa. Drzwi te były prawdziwym arcydziełem, a zamykały się od wewnątrz. Ściany i okna melancholijnej tej komnaty przysłonięte były czarnymi draperiami, przez które dojrzeć nie było można gwiazd złowróżbnych ani bladego księżyca, ani też posępnych śmiercią wyludnionych ulic. Mimo to nie mogliśmy wygnać spomiędzy siebie wspomnienia i przeczucia wiszącej nad nami klęski. Było coś dokoła i obok nas, z czego nie umiem zdać sobie jasno sprawy, cośmy jednak dokładnie odczuwali. Rzeczy materialne i abstrakcyjne: ciężkość atmosfery, duszność i niepokój dławiący, a przede wszystkim ów stan przykry i niemal groźny, w jaki wpadają ludzie nerwowi, gdy zmysły ich ostro podniecone działają z całą siłą żywotną, a władze rozumu pozostają w stanie odrętwienia i martwoty. Śmiertelny jakiś ciężar przygniatał nas, tłocząc brzemieniem swym członki nasze, sprzęty stojące w komnacie, czary pełne wina, któreśmy wciąż wychylali. I wszystko zdawało się upadać obezwładnione pod gniotącym tym ciężarem z wyjątkiem chyba siedmiu płomyków strzelających z siedmiu lamp żelaznych, które przyświecały naszej biesiadzie. Płomyki owe, wydłużając się w cienkie świetlane niteczki, płonęły nieruchome i blade, a pod wpływem ich blasku okrągły stół hebanowy, przy którym siedzieliśmy, zdawał się być gładkim zwierciadłem, zaś każdy z obecnych podziwiać w nim mógł odbicie własnej bladości i posępny niepokój wyzierający z oczu swych współbiesiadników.

Mimo to wybuchaliśmy często głośnym śmiechem, weseląc się po swojemu i śpiewając gorączkowo pieśni Anakreonta, które są samym szałem, i spełniając obfite czary, jakkolwiek wino w nich zawarte przypominało nam purpurę krwi.

Lecz oto w komnacie naszej znajdował się jeszcze jeden człowiek — młody Zoilus, który leżał martwy, wyciągnięty w całej długości i szczelnie owinięty całunem. On to był demonem i geniuszem tej sceny. Nie mógł już niestety brać udziału w naszej zabawie, chociaż twarz jego wykrzywiona bólem, chociaż oczy, w których śmierć nawet nie zdołała zagasić palącego ognia zarazy, zdawały się wyrażać zainteresowanie uciechą naszą, o ile zmarły zajmować się może radością tych, którzy umrzeć mają.

I mimo że ja, Oinos, czułem na sobie oczy nieboszczyka, postanowiłem nie rozumieć pełnego goryczy ich wejrzenia i, wpatrzony uparcie w głębie hebanowego zwierciadła, śpiewałem donośnym i dźwięcznym głosem pieśni wieszcza z Teos. Stopniowo jednak śpiew mój przycichał, a echa jego, wpadłszy pomiędzy czarne draperie przysłaniające ściany, stawały się coraz słabsze i mniej wyraźne, aż w końcu umilkły zupełnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.