E-book
27.3
Bractwo Dusz #3

Bezpłatny fragment - Bractwo Dusz #3


5
Objętość:
366 str.
ISBN:
978-83-8221-485-7

15 lat później…

Dziennik Marcka

Minęło piętnaście lat od czasu, gdy brama do Podziemi została zamknięta, a my wciąż tkwimy gdzieś głęboko w tamtych wydarzeniach. Decyzje wtedy podjęte i to, co się wydarzyło, odbiło głębokie piętno na nas wszystkich. Każdy ucierpiał, kogoś stracił, coś poświęcił, coś bezpowrotnie oddał. Jednak najbardziej bolesne jest to, że nie potrafimy się z tego otrząsnąć. Dalej siedzimy w samym środku bitwy. W naszych sercach w dalszym ciągu trwa walka z myślami. Każdy odgrywa swoją tragedię ciągle od początku i od początku, bez nadziei na to, że ujrzy kiedyś zakończenie.


Ranek w Sun City rozpoczął się spokojnie. Nic nie zapowiadało tego, co miały przynieść najbliższe godziny.

— Jaki to jest tępak! — krzyczała poirytowana dziewczyna o kruczoczarnych włosach i piwnych oczach, ubrana w zwiewną, prostą, błękitną sukienkę, zbiegając po schodach z piętra do kuchni i rzucając zdenerwowana zeszyt na stół. Elegancka kobieta, z włosami upiętymi gładko w kok, ubrana w szykowną, bordową suknię, odwróciła się zaskoczona zachowaniem dziewczyny.

— Co się stało, Vivian? — Ta przysunęła krzesło do stołu, usiadła i ze złością odparła:

— Ile razy można tłumaczyć podstawowe wzory z algebry? — Popatrzyła zrezygnowana na kobietę. Ta zrobiła zatroskaną minę i podając świeży sok z owoców leśnych, powiedziała ze spokojem:

— Nie każdy musi się znać na algebrze.

— Ale mamo… — wtrąciła szybko Vivian. — Tłumaczę Bertowi milion razy te same wzory, a on nawet nie umie ich powtórzyć — odpowiedziała rozdrażniona.

— To wytłumacz mu to jeszcze milion pierwszy raz — niespodziewanie odparł dobrze zbudowany mężczyzna, ubrany w czarne bojówki i czarny T-shirt, wchodząc lekkim krokiem do kuchni.

— Łatwo ci mówić — wtrąciła z przekąsem dziewczyna. — Nie musisz go uczyć rzeczy, których nienawidzi — dodała ze złością i zaczęła pić sok. Mężczyzna wziął zeszyt leżący na stole i zaczął go przeglądać. Vivian z matką śledziły uważnie jego reakcję. Po chwili ten odłożył zeszyt.

— Jeśli Bert nie zda algebry, nie zostanie Strażnikiem Ziemi — wyjaśnił, zerkając na dziewczynę. Ta popatrzyła zmieszana.

— Ale tato… — próbowała coś dodać, spoglądając raz na ojca, raz na matkę, ale nie zdążyła, bo mężczyzna zwrócił się do kobiety.

— Po szkole zabieram chłopaków na wyspę — powiedział, po czym ruszył w stronę wyjścia. Kobieta odprowadziła go wzrokiem i spojrzała na córkę.

— Obudź chłopców, śniadanie gotowe — poprosiła. W tym samym momencie do kuchni wbiegli dwaj synowie. Jeden wysoki, ciemnowłosy, krótko ostrzyżony, o niebieskich oczach i męskich rysach oraz drugi: nieco niższy ciemny blondyn, z piwnymi oczami i delikatnymi rysami. Obaj ubrani w bojówki i T-shirty w odcieniach ciemnej zieleni. Szybko rozsiedli się na swoich miejscach przy stole i zaczęli jeść. Kobieta popatrzyła wesoło na synów, potem na Vivian, która z kolei siedziała z posępną miną.

— Co się dzieje? — zagadnęła córkę, dosiadając się do stołu.

— Nie chcę go uczyć, nawet go nie lubię — odpowiedziała zrezygnowana dziewczyna. Matka spojrzała z troską i pogłaskała córkę.

— Bert może się uczyć z Marthą — zaproponował nagle starszy z braci, o imieniu Mati. Kobieta spojrzała z uśmiechem na Vivian, a ta westchnęła głęboko:

— Nie może — odparła. Mati zerknął zdziwiony na matkę. — Samuel się nie zgodził — wyjaśniła.

— Dlaczego? — zapytał z pełną buzią drugi z braci, o imieniu Bobi.

— Bo Martha ma pomagać Lidii i nie ma czasu na douczanie Berta — dodała z przekąsem Vivian.

— Porozmawiam z Lidią — szepnęła kobieta. Córka uśmiechnęła się z nadzieją w oczach. — Ale niczego nie obiecuję — dopowiedziała matka zapobiegawczo.

— Lidia się nie zgodzi — wtrącił nagle Bobi. Wszyscy spojrzeli na chłopaka. Ten, popijając, po chwili wyjaśnił: — Bert z Artim kilka dni temu grali w ogrodzie w piłkę i zniszczyli kwiaty. Lidia jest wściekła. — Vivian opadła ciężko na krzesło.

— Porozmawiam z nią — powtórzyła kobieta, patrząc na córkę. Chłopcy zerwali się z miejsc i ruszyli w stronę wyjścia, zabierając jeszcze przekąski na drogę. Zaraz po nich wybiegła Vivian. Nim kobieta zdążyła pożegnać się z dziećmi, w drzwiach pojawiła się Lidia. Uściskały się.

— Widziałam posępną minę Viv. To przez Berta, prawda? — zapytała podejrzliwie blondwłosa kobieta o delikatnych rysach, ubrana w przewiewną sukienkę w kwiaty. Wyglądała zarazem bardzo kobieco, jak i dostojnie. Czarnowłosa przyjaciółka popatrzyła na nią spod oka. — Grace? — ponagliła ją Lidia.

— Vivian jest wściekła, że Bert nie uczy się algebry — wyjaśniła spokojnie. Blondynka poczuła poirytowanie.

— Same utrapienia z tymi chłopakami — powiedziała ze złością. — Jak tylko powiem Arthurowi, to ustawi ich do pionu — dodała. Przyjaciółki popatrzyły na siebie.

— Arthur jest chyba trochę za ostry dla nich — wtrąciła niepewnie Grace.

— I dobrze — powiedziała wściekła Lidia i chwytając za telefon, wykręciła numer.


Każda podjęta decyzja, każdy wybór pociągają za sobą określone konsekwencje. To dotyczy każdego, bez względu na wiek czy płeć. Ponosimy odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy, za czyny, które popełniamy, a nawet za to, czego nie zrobimy, a co w jakiś sposób będzie nas dotyczyło. Czasami nie jesteśmy świadomi, w jaki sposób nasze zachowanie wpływa na innych. Nie potrafimy przewidzieć przyszłości, nie dostrzegając pułapek, w jakie wpadamy w teraźniejszości.


Vivian czekała w swoim pick-upie na przyjaciółkę. Przeglądając się w lusterku, poprawiała makijaż.

— Co on wyprawia? — szepnęła do siebie, widząc kątem oka Berta wyskakującego z okna domu jej przyjaciółki. Chłopak popatrzył na Vivian i szeroko się uśmiechając, puścił oczko. Dziewczyna poczuła zirytowanie. Do pojazdu wskoczyła Chrisy, blondwłosa dziewczyna z wyraźnymi kośćmi policzkowymi, głęboko osadzonymi oczami w kolorze zieleni, ubrana na sportowo — w koszulkę i spodenki.

— Jedziemy? — zaproponowała, spinając włosy w koński ogon.

— Co on u ciebie robił? — spytała ze złością Vivian.

— Kto? — Chrisy udała zaskoczoną.

— Chrisy, nie udawaj — zaczęła zdenerwowana przyjaciółka. — Ostatnio na imprezie zabawiałaś się z Artim, teraz z Bertem… Zwariowałaś! — krzyknęła.

— Nie jesteś moją matką — odparła wzburzona dziewczyna.

— Nie — uspokoiła się trochę Vivian. — Ale jestem twoją przyjaciółką i nie chcę, aby…

— Nie wtrącaj się, Viv — przerwała jej blondynka. Przyjaciółki patrzyły na siebie przez dłuższą chwilę, po czym Vivian odpuściła i już łagodnym głosem spytała:

— Dlaczego to robisz?

Chrisy rozsiadła się wygodnie w fotelu i patrząc przed siebie, odpowiedziała:

— A dlaczego nie mam robić? — Zerknęła na przyjaciółkę.

— Chrisy, a jak poznasz swoją Bliźniaczą Duszę, to…

— Skąd wiesz, że w ogóle kogoś poznam? — przerwała jej dziewczyna, patrząc poważnie.

— Nie mów tak — zmieszała się Vivian. Chrisy usiadła przodem do przyjaciółki.

— Zastanów się — zaczęła, ta spojrzała na nią. — Weng nie ma wizji od piętnastu lat, nie ma pojęcia kto z kim… — wzruszyła ramionami, a Vivian zaczęła kręcić przecząco głową. — …my nie czujemy przyciągania, a większość skończyła już szesnaście lat.

— Weng nigdy nie miał wglądu w Bliźniacze Dusze — wtrąciła się przyjaciółka. Chrisy oparła się w fotelu.

— Więc ja szukam swojej na swój sposób — odparła złośliwie, kończąc temat. Vivian zaniepokojona postawą koleżanki już nic nie odpowiedziała. Odpaliła samochód i ruszyła w stronę szkoły.


Tymczasem Mati i Bobi właśnie dojeżdżali do liceum. Na parkingu czekał na nich Arti, wysoki chłopak z rozczochranymi ciemnymi włosami, zawadiackim uśmiechem i diabełkiem w oku.

— Co jest? — zapytał podejrzliwie Mati, wyskakując z pojazdu.

— Dziś lecimy na wyspę — szepnął zadowolony Arti. Chłopcy popatrzyli na siebie zaintrygowani. — Myślisz, że to będzie pierwsza akcja? — spytał podekscytowany.

— Pierwszą akcję to zaliczysz w domu — odparł poważnie Mati.

— Za ogród Lidii — dopowiedział Bobi. Arti wycofał się, robiąc zbuntowaną minę.

— To był przypadek — zaczął się tłumaczyć. — Zresztą to nie ja kopnąłem piłkę — dodał zadziornie.

— Zobaczymy, co na to Arthur — powiedział złośliwie Mati, zabierając plecak z tylnego siedzenia. Arti złagodniał. Wiedział, że z ojcem nie da się dyskutować. W tym momencie podbiegł do nich drugi z braci.

— Co tam? — zagadnął Bert. Ci spojrzeli na niego wesoło.

— Jak nie zdasz algebry, nie będziesz Strażnikiem Ziemi — odpowiedział bez ogródek Bobi. Chłopakowi zrzedła mina.

— Co ty pleciesz? — przestraszył się Bert.

— Tak powiedział tata — wyjaśnił Mati. Zaniepokojony chłopak popatrzył na brata. Arti wzruszył ramionami i dodał:

— Pewnie jeszcze nam się oberwie od ojca. — I ruszył zrezygnowany w stronę drzwi wejściowych do budynku.

— Marzę o byciu Strażnikiem od dziecka, Marck nie może… — zaczął się tłumaczyć Bert.

— Może — przerwał mu Mati. — I zrobi to — dodał i ruszył za przyjacielem.

— Ale naszym Wielkim Mistrzem jest Patric! — krzyknął za nim Bert. Czarnowłosy chłopak odwrócił się i cofnął.

— A jak myślisz, jaką decyzję podejmie Patric? — popatrzyli na siebie poważnie, a Bobi, chcąc rozładować nieco atmosferę, dopowiedział:

— Zacznij się uczyć. — I poklepał przyjaciela po ramieniu. Bert spuścił zrezygnowany głowę. Chłopcy parsknęli śmiechem, po czym weszli do budynku.


Zastanawiam się, skąd biorą się w nas szablony ocen, na podstawie których określamy ludzi i ich szufladkujemy. Czy nieudany dowcip kwalifikuje dzieciaka do tych źle wychowanych? Czy kilka złych ocen w szkole określa umiejętności ucznia? Czy jeden występek powoduje, że ktoś staje się zły? Tak często nadajemy ludziom etykietki, że w końcu sami zaczynają wierzyć, że tacy są, zatracając siebie i zapominając o byciu sobą.


Marck właśnie dojechał do domu Arthura. Ten kończył rozmowę z Lidią. Czarnowłosy mężczyzna, wchodząc na taras, zauważył poirytowanie przyjaciela. Arthur cisnął telefonem w fotel.

— Chyba ich rozszarpię — wysyczał do siebie. Marck nalał sobie wody i opierając się o stół, obserwował, jak Arthur chodzi nerwowo po salonie. — Te dwa gnojki nie potrafią wytrzymać chwili, żeby czegoś nie zmalować — dodał, zerkając na przyjaciela. Ten uśmiechnął się.

— Chyba zapomniałeś, że z Davidem wcale nie byliście lepsi — zauważył. Arthur wzburzył się.

— Nie przypominaj mi — po czym obaj parsknęli śmiechem. Gdy emocje nieco opadły, mężczyźni rozsiedli się wygodnie w fotelach, po czym Marck powiedział:

— Bert ma problemy z algebrą. — Arthur spoważniał.

— On ma problemy z samodyscypliną — wyjaśnił mężczyzna, czując poirytowanie. Popatrzyli na siebie. Marck chciał jeszcze coś dopowiedzieć, ale zadzwonił telefon. Po kilku chwilach rozmowy zdenerwowany spojrzał na Arthura. Ten z niepokojem na niego. Gdy czarnowłosy mężczyzna zakończył połączenie, szybko wstał z miejsca.

— Weng nie żyje. — Arthur otworzył usta, ale nie potrafił nic z siebie wykrztusić. — India znalazła go w gabinecie, nie miał w sobie ani odrobiny Energii — dokończył szybko Marck, po czym ruszył do wyjścia.

— Co chcesz zrobić? — krzyknął jeszcze za nim Arthur.

— Dowiedzieć się, co się stało! — usłyszał z oddali. Równie szybko podniósł się i wykonał telefon, aby powiadomić przyjaciół.


W liceum właśnie zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli schodzić się do swoich sal.

— Hej, księżniczko — powiedział czule Mati, obejmując ciemnowłosą dziewczynę o okrągłej twarzy, zielonych oczach, ubraną w dżinsy i jasną koszulkę z krótkim rękawem.

— Hej — szepnęła, odwracając się i całując chłopaka.

— Jak minął poranek? — zapytał Mati. Uśmiechnęli się do siebie. Selena, bo tak miała na imię dziewczyna, biorąc z szafki książkę, odparła:

— Musisz wychodzić szybciej, bo jak tata cię dorwie, to…

— Nie dorwie — przerwał jej szybko czarnowłosy chłopak.

— Nie mówię o moim tacie, tylko o twoim — wtrąciła roześmiana Selena. Mati parsknął.

— Wiem — potwierdził. Nagle z głośników rozległ się komunikat, który zwoływał młodych przyszłych Strażników do gabinetu dyrektora. Selena spoważniała.

— Co się dzieje? — spytała z niepokojem.

— Nie wiem — odpowiedział poważnie Mati i biorąc plecak, ruszył w stronę gabinetu. Po drodze dołączali do niego kolejni chłopcy. Selena rozejrzała się po korytarzu, natrafiła wzrokiem na Vivian i Chrisy, które też były zaniepokojone, jednak nie mogły porozmawiać, bo musiały wchodzić na zajęcia.

Pod gabinetem dyrektora stał już Patric, wysoki chłopak, dobrze zbudowany, ukształtowany muskularnie, o ciemnej karnacji.

— Co się dzieje? — zapytał Mati, podchodząc. Patric popatrzył na niego z powagą i powiedział:

— Weng nie żyje. — Wiadomość ta wywołała poruszenie wśród chłopców. Po chwili jednak zamilkli, gdyż otworzyły się drzwi i zostali zaproszeni do gabinetu. Na miejscu był Marck. Stał oparty o parapet, sprawiał wrażenie błądzącego gdzieś myślami. Przez dłuższy moment trwała głucha cisza, po czym Marck przemówił:

— Za kilka minut wyląduje samolot i lecimy na wyspę zbadać przyczynę śmierci Wenga. — Chłopcy popatrzyli po sobie. — Nie znam jeszcze szczegółów, poza tym, że nie miał w sobie Energii, jakby została z niego wyssana — wyjaśnił, patrząc poważnie. Chłopcy stali niewzruszeni, słuchając z uwagą każdego słowa. — Niewykluczone, że do czasu rozwiązania sprawy pozostaniecie na Wyspie Cieni — dokończył, obserwując po kolei Strażników.

— Czy to w ogóle możliwe? — spytał nieśmiało Bobi, pozostali popatrzyli na chłopaka. — Pozbyć się samodzielnie Energii?

— Weng nie miał nikogo bliskiego, dlatego możliwe, że to było morderstwo — wyjaśnił dyrektor liceum, blondwłosy mężczyzna, krótko ostrzyżony, z dobrze wypielęgnowanym zarostem, ubrany w elegancki jasny garnitur. Zapanował szum.

— Morderstwo? — dopytywał Mati, nie dowierzając. Mężczyźni spojrzeli na siebie. — To by oznaczało, że wśród nas jest zdrajca — zauważył, rozglądając się po przyjaciołach. Wszyscy zaczęli dyskutować jeden przez drugiego.

— W tej chwili nie znamy szczegółów, zobaczymy na miejscu — powiedział donośnym głosem Marck, uspokajając chłopców. Potem młodzi ruszyli w stronę wyjścia. W gabinecie pozostali dwaj mężczyźni i Patric.

— Nie sądzę, aby to było morderstwo — powiedział spokojnie chłopak.

— Ja też nie jestem przekonany — dodał dyrektor. Marck popatrzył uważnie na obu panów.

— Weng był jedynym Kronikarzem, to duży cios dla nas — wyjaśnił poważnym tonem.

— Przecież od piętnastu lat żyjemy w zgodzie, nikt nam nie zagraża — zauważył blondwłosy mężczyzna.

— To nie znaczy, że nie mamy wrogów — odparł ostrzegawczo Marck.

— Marck, nie uważam, żeby…

— David — przerwał mu czarnowłosy mężczyzna. — Jesteśmy przyjaciółmi, ale dalej jestem Strażnikiem Ziemi i nadal moim zadaniem jest czuwać nad Bractwem — wytłumaczył. Blondwłosy mężczyzna przyznał rację przyjacielowi i obaj zerknęli na Patrica.

— O czym myślisz? — zapytał David.

— Dlaczego Weng nie wybrał swojego następcy?

Marck, ruszając w stronę drzwi, odpowiedział:

— Gdy Kronikarz przestaje mieć wizje, oznacza to, że pojawił się ktoś silniejszy energetycznie.

Patric ruszył za nim.

— Więc kto jest jego następcą? — pytał dalej niecierpliwy chłopak.

— Nie wiem — odparł Marck, krocząc energicznie.

— A kto wie?! — krzyknął za nim Patric, przystając. Czarnowłosy mężczyzna zwolnił. Odetchnął głęboko i odwrócił się.

— To wiedział tylko Weng — powiedział cicho.

— Może to nowy Kronikarz wyssał z niego Energię? — wtrącił urażony brakiem zainteresowania chłopak. Jednak Marck nie dał wiary słowom Patrica i bez komentarza wyszedł z budynku. Patric zamyślił się.

— Wszyscy liczyliśmy, że Selena będzie następcą Wenga — usłyszał po chwili za plecami. Odwrócił się w stronę nadchodzącego Davida. Młody chłopak szybko zrozumiał, dlaczego Marck nie przyjął jego tropu za wiarygodny.

— Nie wierzę, że to morderstwo — szepnął do Senseja.

— Ja też nie — przyznał mu rację David. Obaj popatrzyli na siebie.

— Dajmy przeprowadzić śledztwo twojemu tacie — zaproponował ze spokojem mężczyzna, poklepując chłopaka po plecach, po czym obaj ruszyli do wyjścia.


Śmierć jest tylko kolejnym etapem w wędrówce Duszy. Powinniśmy traktować ją ze spokojem, a jednak wzbudza tyle bólu i cierpienia. Dlaczego śmierć bliskich przepełnia nas smutkiem? Dlaczego dajemy się ponieść emocjom? Przecież to cecha typowo ludzka. Jestem Strażnikiem Ziemi, mam władzę nad Energią Żywiołu Ognia, posiadam Energię Uzdrawiania i tyle możliwości. Mam otwarty umysł, jestem ponad tym, co nazywa się Ego. Patrzę na ludzi oczami Duszy, a jednak jestem tak przesiąknięty życiem ziemskim, że przestaję słuchać instynktu. Zaczynam wątpić w intuicję. Czy życie na Ziemi powoduje, że zatracam siebie? Czy nie potrafię już patrzeć na wszystko całościowo, nie czepiając się szczegółów, które są mało ważne?


Michael i Tony zanieśli zwłoki Wenga do jego pokoju. Lorenzo doniósł gałązkę jego Drzewa Życia i Runiczny Kamień Serca. Dzięki temu ciało Wenga mogło być przechowane przez kilka dni, aż do wyjaśnienia jego tajemniczej śmierci. Michael zaczął przeglądać rzeczy Wenga w jego gabinecie, miejscu, gdzie India godzinę wcześniej znalazła jego zwłoki.

— Mnóstwo książek — zauważył Tony, szczupły, wysoki blondyn, z dłuższymi włosami, kościstymi policzkami i niebieskimi oczami, ubrany w ciemne spodnie i ciemną koszulę, rozglądając się po pomieszczeniu. Michael, dobrze zbudowany mężczyzna, o ciemnych włosach, z lekko wystającym brzuszkiem, ubrany w dżinsy i jasną koszulę, przytaknął mu i podszedł do biurka.

— Ciekawe, nad czym ostatnio pracował — zainteresował się mężczyzna, zaglądając do notatek leżących na blacie.

Uwagę Tony’ego przyciągnęły zwłaszcza dwie książki, które nie były dokładnie wsunięte na swoje miejsce w biblioteczce. Sprawiały wrażenie, jakby ktoś próbował je ostatnio wepchnąć, ale nie mieściły się do końca. Obaj mężczyźni w skupieniu przeglądali stronę po stronie.


W tym czasie na wyspie lądował już samolot Marcka. Podczas lotu mężczyzna zdążył powiadomić Ludzi Lasów, Pustynię, Zakon i Wioskę Uzdrowicieli o śmierci przyjaciela. Wzbudziło to ogólne poruszenie. W związku z tym, że piętnaście lat wcześniej każda z Krain coś utraciła, tajemnicza śmierć Wenga wywołała poważne zaniepokojenie. Każdy chciał dowiedzieć się jak najszybciej, co się stało i dlaczego.

Marck zaraz po wylądowaniu pobiegł do pokoju, gdzie siedziała samotnie India. Kobieta bardzo przeżyła śmierć Kronikarza. Odkąd zamieszkiwała na Wyspie Cieni, zaprzyjaźniła się z większością Strażników Ziemi, zwłaszcza z Wengiem, który przebywał tam od zawsze.

— India, wszystko ok? — zapytał, wchodząc. Kobieta siedziała w kącie i wpatrywała się w nieruchomy punkt przed sobą. Marck usiadł przy niej, objął ją ramieniem i mocno przytulił. Wtedy India rozpłakała się.

— Nic nie mogłam zrobić, on… — próbowała wyjaśnić przez szloch. Mężczyzna gładził jej włosy i uspokajał. — …On nie oddychał, był blady, lodowaty, sztywny — mówiła, dławiąc się łzami. — Ja krzyczałam, a on nie reagował. — Marck przytulił ją z całych sił.

— Jestem tutaj — szeptał ze spokojem, ale India dalej płakała. Pod drzwiami stał Patric. Nie miał odwagi wejść, tylko wsłuchiwał się w lament kobiety. Podszedł do niego Mati.

— Przeżyła szok — szepnął, chcąc pocieszyć Patrica, ten spojrzał na niego.

— Mama nie może się pogodzić, że utraciła kontakt z Pustynią — zaczął tłumaczyć chłopak. — Razem z braćmi mieli kiedyś wgląd w przeszłość i w przyszłość — mówił bardzo cicho — a przez te piętnaście lat Pustynia jakby całkowicie się wyciszyła, już jej nie słyszą.

— Nie wiedziałem, że… — wtrącił zaskoczony Mati.

— Bo oni szukają sposobu, aby odzyskać przychylność Pustyni — odparł szybko Patric. — A wygląda na to, że wszystko się skończyło wraz ze śmiercią jednego ze Strażników Pustyni — dokończył ze smutkiem, po czym zbiegł po schodach do gabinetu, gdzie Strażnicy Ziemi badali miejsce śmierci Wenga. Mati jeszcze przez chwilę stał zamyślony pod pokojem ojca, a potem dołączył do brata.


Dusza jest wieczna. To dla niej pojawiamy się na Ziemi, aby mogła się uczyć, zdobywać wiedzę, rozwijać się. Miłość, jaka wypływa z jej wnętrza, jest bezwarunkowa i piękna. Patrzę na wszystkich oczami swojej Duszy. Widzę dużo rozpaczy i smutku. Widzę, jak zatraciliśmy się w przeszłości, zapominając o tym, co jest ważne teraz. Targają nami emocje, niedokończone sprawy, niewyjaśnione kłótnie. Żyjemy jak na bombie, której zegar zbliża się do punktu krytycznego.


W Sun City zdążyła już roznieść się wiadomość o śmierci Wenga. Grace, Lidia i Maya spotkały się u Arthura.

— Jak to możliwe, że on tak po prostu… — zastanawiała się zdenerwowana Maya, czując, jak cała drży. Mężczyzna podawał kolejno kobietom ciepłe napoje.

— Czuję się tak, jakby koszmar powracał — szepnęła zapatrzona w jedno miejsce Grace. Była przerażona. Serce dudniło w jej piersi, a obrazy z przeszłości powracały lawinowo. Nagle do salonu wbiegła zdyszana Nina. Przytuliła kolejno przyjaciółki. W jej zachowaniu można było wyczuć zdenerwowanie.

— Już coś wiadomo? — zapytała, rozglądając się niespokojnie po przyjaciołach.

— Marck uspokaja Indię, podobno jest w szoku — wyjaśnił Arthur, próbując zachować opanowanie.

— Biedna, musiała to bardzo przeżyć — powiedziała drżącym głosem Nina, chwytając się za serce. Mężczyzna przytulił ją.

— Wszystko będzie dobrze — szepnął pokrzepiająco.

— A gdzie Nathan? — spytała po chwili, rozglądając się po salonie.

— Marck zabrał chłopców na wyspę — wyjaśnił Arthur i przysunął krzesła. Oboje usiedli.

— Mają pomóc w śledztwie — dodała jeszcze Maya, jakby wyrwana z myśli.

— Myślicie, że ktoś go… — zaczęła mówić drżącym głosem Lidia.

— Nie — przerwał jej stanowczo Arthur, kobiety popatrzyły na niego. — I nie myślcie w ten sposób — dodał, starając się utrzymać kontakt wzrokowy z każdą po kolei.

— Więc jak to wytłumaczysz? — wtrąciła nerwowo Maya, stukając palcami o stół.

— Nikt go nie zabił — powtórzył Arthur z przekonaniem, ale spokojnie. Kobiety wpatrywały się w niego przez chwilę. Z jednej strony czuły spokój, widząc u Arthura pewność siebie, a z drugiej w każdej z nich obudziły się emocje, które do tej pory były głęboko zakopane w podświadomości.


Tymczasem Arthur uparcie wierzył w to, że Weng nie został zamordowany. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale wszyscy znali się od lat i sama myśl, że może być wśród nich morderca, przerażała go tak bardzo, że wykluczył ją całkowicie. Podobnie myślał David. Z racji swojego stanowiska i doświadczenia wiedział, że jest inne wyjaśnienie śmierci ich przyjaciela. Sensejowi zależało na tym, aby nie zasiać zwątpienia wśród przyjaciół. Nie chciał, aby każdy na każdego patrzył z podejrzeniem. Nie chciał dopuścić, aby to, co do tej pory było ich siłą — czyli wspólnota i zaufanie — zostało zaprzepaszczone niesłusznymi podejrzeniami. Peter z kolei, który przebywał na Wyspie Uzdrowicieli, gdzie zdobywał praktykę lekarską, był przekonany, że Weng poświęcił swoją Energię dla ważnej sprawy. Bardzo dobrze znał Kronikarza. Wiedział, że jeśli cokolwiek miałoby zagrażać bezpieczeństwu, a Weng mógłby temu zapobiec, przyjaciel poświęciłby życie dla dobra sprawy.


W tym czasie na Wyspie Cieni wszyscy byli pochłonięci przeszukiwaniem okolicy i miejsca śmierci Wenga. Młodzi chłopcy przeczesywali las, szukając obcych śladów, a Michael, Tony i Lorenzo przeglądali rzeczy Wenga.

— Czemu on prowadził tyle dzienników? — zauważył zaintrygowany Lorenzo, Latynos o smukłej sylwetce, ubrany w dżinsy i kraciastą koszulę rozpiętą pod szyją. Podszedł do niego Tony.

— Zapisywał swoją wiedzę dla przyszłych pokoleń — wyjaśnił, wskazując na notatki wewnątrz książki, którą właśnie przeglądał.

— Językiem runicznym? — zapytał zdziwiony Lorenzo, przerzucając kartki w jednym z dzienników.

— Runicznym? — zaniepokoił się Michael. Latynos podał mu notes. Ten zaczął gorączkowo przeglądać kolejne strony. Zauważył to Tony.

— Co jest, Michael? — razem z Lorenzem patrzyli na zdenerwowanego przyjaciela. W końcu ten rzucił dziennik na biurko, po czym zaczął nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu.

— Gdzie to jest, Weng? — mówił wściekłym głosem do siebie i podchodził kolejno do ścian, odsuwając nerwowo meble. Blondwłosy mężczyzna podszedł do Michaela i próbując go uspokoić, zapytał:

— O co chodzi, Michael? — Wtedy mężczyzna dotarł do ostatniej ściany i zrywając wiszące tam mapy, krzyknął rozjuszony:

— O to!

Słysząc dziwne zachowanie Michaela, młodzi Strażnicy wraz z Marckiem zbiegli się do pomieszczenia. Na ścianie, którą wskazał Michael, były wypisane różne znaki runiczne.

— Co to jest? — pytał Lorenzo, podchodząc bliżej i przyglądając się kolejno napisom na ścianie. Michael nie potrafił wypowiedzieć słowa, czuł tylko, jak gromadzi się w nim niepohamowana wściekłość. Marck spojrzał na przyjaciela.

— Michael? — szepnął spokojnie. Wszyscy popatrzyli w jego stronę. Ten odwrócił się już bardzo rozdrażniony. W jego oczach było widać nienawiść, pięści miał zaciśnięte, a na twarzy pojawiła się ognista czerwień.

— To są zaklęcia z Podziemia — wyjaśnił, cedząc przez zęby i próbując opanować ogarniającą go furię.

— Że co? — szepnął przerażony Tony.

— Te same, które widziałem tamtej nocy, kiedy razem z… — głos załamał mu się nerwowo.

— Ale skąd Weng… — wtrącił zaskoczony Lorenzo.

— Nieważne, skąd o tym wiedział! — przerwał mu, wrzeszcząc, Michael. — Ważniejsze jest to, co oznaczają! — krzyczał. Jego dłonie drżały i czuł, jak zaczyna płonąć. Obrazy z przeszłości powracały. Mężczyzna zacisnął jeszcze mocniej pięści. Czuł, jakby cofnął się w czasie. Wewnątrz siebie przeżywał jeszcze raz wszystko to, o czym chciał zapomnieć. Gdy wyglądał tak, jakby za chwilę miał wybuchnąć i zacząć się miotać, Tony i Lorenzo wyprowadzili go z pomieszczenia. Młodzi chłopcy, przepuszczając mężczyzn, patrzyli na siebie z przerażeniem. Nie pamiętali już Michaela w takim stanie. Tym bardziej byli zaniepokojeni.

— Co to znaczy? — szepnął Bobi, gdy mężczyźni opuścili hol zamkowy.

— Sądząc z reakcji Michaela, na pewno nic dobrego — odparł poważnie Mati. W gabinecie pojawiła się India.

— Mamo, nie! — próbował ją powstrzymać Patric. Jednak kobieta już zdążyła zauważyć znaki na ścianie. Marck podszedł do niej. Ta przyglądała się kolejnym Runom. Z każdym ciągiem znaków pojawiało się na jej twarzy coraz większe przerażenie. Po kilku minutach przycisnęła dłoń do ust i zaszlochała.

— India? — zagadnął mężczyzna, podchodząc i delikatnie obejmując kobietę. — Wiesz, co to oznacza? — Indii płynęły łzy po policzkach. Marck przetarł jej oczy i kierując jej wzrok na siebie, powtórzył pytanie. — Możesz powiedzieć, o co chodzi?

— To zaklęcia sprowadzenia Duszy — wyjaśniła przerażona, wpatrując się w oczy Marcka. — I otworzenia bramy do Podziemi — dodała, pociągając nosem. — Weng poświęcił swoje życie, żeby została otworzona Brama do Podziemi — dokończyła szeptem i wybuchając płaczem, wtuliła się w mężczyznę. Marck poczuł wściekłość. Obejmując Indię, walczył ze swoimi myślami.


Poświęcenie czy głupota? Każdy z nas decyduje o swoim przeznaczeniu, nic nie jest przesądzone z góry. Czasami wydaje się, że nie mamy wpływu na swój los, ale prawdą jest, że to my go tworzymy. Każdego dnia podejmujemy tysiące decyzji, które otwierają przed nami kolejne drzwi, a inne zostają zamknięte. Nikt inny, jak tylko my sami decydujemy o swoim życiu. Dlaczego, Weng, wybrałeś śmierć? Przed czym uciekałeś? Kogo chciałeś ochronić? Czemu się poddałeś?


Pod zamkiem Lorenzo próbował uspokoić Michaela, jednak mężczyzna był bardzo rozdrażniony. Chodził nerwowo wzdłuż drogi i cały czas coś analizował w myślach, co jakiś czas mrucząc pod nosem. Wyglądał na obłąkanego. Jego ręce drżały, na twarzy pojawiały się czerwone plamy, nerwowo chwytał się za głowę, czasem przystawał i milkł. Lorenzo obserwował przyjaciela z dużym niepokojem. Ostatnim razem, gdy widział go w takim stanie, była to zapowiedź piekła, które potem się rozpętało.

Tymczasem Vivian wraz z przyjaciółkami zaszyły się w domu i zaniepokojone próbowały rozwikłać tajemnicę śmierci Wenga.

— To niemożliwe — szeptała do siebie czarnowłosa dziewczyna. — Przecież on nie mógł tak po prostu pozbyć się Energii — dodała zdenerwowana.

— Grace tak zrobiła — wtrąciła arogancko Chrisy. Obie dziewczyny popatrzyły na siebie ze złością. Vivian siedziała przy stole, a Chrisy na parapecie.

— Wcale nie! — krzyknęła czarnowłosa dziewczyna. — Tata zdążył zareagować — powiedziała już ciszej, ale dalej czując, jak targają nią emocje. Chrisy przewróciła oczami, po czym zaczęła bawić się telefonem.

— Przestańcie się sprzeczać — przerwała dziewczynom Martha, trzecia z dziewczyn, o blond włosach, jasnej karnacji, delikatnych rysach, ubrana w spódniczkę i bluzeczkę w jasnych barwach.

— Mama nie umarła — powiedziała już spokojniej Vivian. Martha spojrzała z troską i podchodząc do przyjaciółki, przytuliła ją. Młode dziewczyny znały historię Grace, która mając w sobie Energię Metalu, przeżyła we śnie śmierć Marcka i gdyby nie to, że Samuel ją wybudził, sama wyzbyłaby się całkowicie swojej Energii.

— Co teraz będzie? — szepnęła Emi, kolejna z dziewczyn, najmłodsza z całej czwórki, blondynka z krótkimi włosami, bardzo zgrabna i skromna. Przyjaciółki popatrzyły w jej stronę. Stała pod ścianą, starając się nie zwracać na siebie uwagi.

— Będą szukać następcy Wenga — odparła bez emocji Chrisy, zachowując się tak, jakby nic jej to nie obchodziło. Martha popatrzyła z dezaprobatą, zaskoczona postawą przyjaciółki.

— Najpierw muszą wyjaśnić, co się stało — poprawiła stanowczym tonem dziewczynę. Chrisy tylko wzruszyła ramionami.

— A co się stało? — pytała dalej Emi. Martha zerknęła na nią.

— Nie wiemy — odpowiedziała spokojnie. — Ale Marck szybko znajdzie wyjaśnienie — dodała pocieszająco, patrząc najpierw na Emi, a potem na Vivian. Przyjaciółki uśmiechnęły się do siebie, choć czuły niepokój w związku z całą sytuacją.


Do domu Seleny, oddalonego o kilka kilometrów od domu Vivian, wbiegł zdenerwowany Sebastian, młody chłopak o ciemnej karnacji, ciemnych dłuższych włosach i wyrazistych rysach twarzy.

— Słyszałaś, co się stało? — spytał zdyszany, wpadając do kuchni, gdzie dziewczyna siedziała i nerwowo bawiła się pustą szklanką. Popatrzyli na siebie. W ich spojrzeniach można było wyczuć napięcie.

— Tak — szepnęła, po czym spuściła wzrok na naczynie. Sebastian usiadł naprzeciw niej.

— Selena, musimy im powiedzieć — dodał nerwowo, wpatrując się w bawiącą się szklanką dziewczynę. — Rozumiesz? Musimy! — krzyknął rozdrażniony. Czuł, jak nerwy biorą nad nim górę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.