E-book
5.46
drukowana A5
26.8
drukowana A5
Kolorowa
47.8
Deska ratunku na wzburzonej rzece życia

Bezpłatny fragment - Deska ratunku na wzburzonej rzece życia

Ingerencja Małych i Wielkich Świętych


Objętość:
67 str.
ISBN:
978-83-8155-256-1
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 26.8
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8

Słowo Wstępne

Boża Miłość jest jak rzeka i to w dosłownym tego słowa znaczeniu — sama Biblia jest bardzo dobrze „nawodniona”. Nie brakuje w niej scen mających związek z wodą np. potop, chrzest w Jordanie… kończąc na licznych źródłach, sadzawkach czy zwyczajnej studni, z której czerpie się wodę. Także wiele cudów jest związanych z tym środowiskiem — przejście przez Morze Czerwone, uciszenie burzy czy kroczenie Pana Jezusa po jeziorze, cudowny połów ryb itd. Można by jeszcze długo mnożyć opierając się na tekstach Starego i Nowego Testamentu. Cóż byśmy zresztą poczęli bez wody? Jak długo człowiek może żyć bez wody? Na pewno o wiele, wiele krócej aniżeli z braku pożywienia. Bez wody nie byłoby życia na Ziemi! Z miłości stworzył nas Bóg i tym samym z miłości stworzył wodę — wiedział co jest dla nas dobre! Wydają mi się całkiem na miejscu słowa piosenki „Boża Miłość jak rzeka”. Zanim nowe życie zobaczy świat — przebywa aż 9 miesięcy w środowisku wodnym. Niestety woda, podobnie jak ogień jest także żywiołem. Na wszelkie stworzenie może czyhać wiele niebezpieczeństw, a zwłaszcza po gwałtownych, ulewnych deszczach. Woda przybiera bardzo różną temperaturę w zależności od otoczenia, a nawet zmienia stan skupienia. Bieg życia ludzkiego można porównać do płynącej wody, a samego człowieka do łodzi czy nawet zwykłej tratwy. Lepiej powoli płynąć, zważając na niebezpieczeństwa. Gorzej jeśli człowiek wybiera wodę stojącą. Przypomina wówczas raczej „samotną wyspę” czy „archipelag” — rodzinę. To tylko złudzenie, że w odizolowanym świecie na spokojnej wodzie nic nam nie grozi, a nawet nie odczuwa się upływu czasu. Trzeba pamiętać, że stojące wody są bardziej zanieczyszczone i czasem zamarzają do samego dna. Nie można tkwić tylko w jednym martwym punkcie! Nawet Pan Jezus nie był ochrzczony w jeziorze, lecz płynącej rzece! Zazwyczaj nauczał nad jeziorem. Może właśnie dlatego, aby ludzie nie przypominali „wyspy” na stojącej, spokojnej wodzie, widząc w jej lustrze jedynie odbicie własnej twarzy. Boża Miłość jest jak rzeka, bo zasilają ją liczne dopływy. Bez nich człowiek, płynąc nawet wygodnym statkiem, raczej nie dopłynie w miarę spokojnie do właściwego celu. To wstawiennictwo Świętych! Trzeba ich wzywać podczas trudu, burzy, gdy woda zalewa łódź naszego życia, gdy już sami nie potrafimy wiosłować. Oni z pewnością nam dopomogą i zasilą rzekę, by z jej prądem dopłynąć do portu zbawienia.

Św. Franciszek z Asyżu

Rozpocznę od św. Franciszka, który najbardziej kojarzy mi się po dzień dzisiejszy właśnie z wodą. Nie modliłam się do Niego zbyt często, ale nie zapominałam o wspomnieniu 4 października, do którego przygotowywałam się nowenną. Właściwie przez cały miesiąc październik syciłam się lekturą złotych myśli i modlitw. Dziwne, ale to wystarczyło, aby się z Nim nieco związać. W Jego rękach nie byłam tylko ja, ale jeszcze bardziej nasze stworzonko — złota rybka, która miała swoje lokum w 50-litrowym akwarium. Szczególnie pamiętna była Wigilia Świąt Bożego Narodzenia, gdy po wieczerzy, w blasku choinki wszyscy domownicy rzucili wzrokiem na oświetlone akwarium. Rybce było na imię Stefan i nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że tak naprawdę nie wiedzieliśmy jakiej jest płci. Dyskutowaliśmy na ten temat, nieco żartując, że tak nie może dłużej być. Z lektury wiedziałam, że w okresie godowym skrzela samca pokrywają się drobną, białą wysypką. Do tej pory raczej nie zauważyłam takiego objawu. Przyszły zięć oznajmił, że trzeba o to zapytać samą rybkę. Skończyło się na śmiechu, ale rybka potraktowała to poważnie. To nie prawda, że ryby nie mają głosu! Następnego dnia o poranku Bożego Narodzenia, włączając oświetlenie w zbiorniku, rybka od razu przypłynęła łaknąc pokarmu i oto zauważyłam drobną, białą „ospę” na pokrywach skrzelowych. A więc nie trzeba było jej nadawać innego imienia — pozostała Stefanem do końca swego, dosyć krótkiego życia. Tej „odpowiedzi” udzielonej przez Stefana nie od razu skojarzyłam akurat ze św. Franciszkiem, ale z upływem czasu takich „cudów” było zbyt wiele. Czułam z tym stworzonkiem niezwykłą więź, której tajemnic nikomu nie zdradzałam. W swym dzieciństwie zawsze pragnęłam hodować rybki, ale to było tylko marzenie. Każdy twierdził, że nie mam nawet zielonego pojęcia, ile z tym pracy. Gdy moja córka pragnęła w domu zwierzątka, nie zgodziłam się na żadne inne, tylko na hodowlę kilku rybek. Niestety z małej, przekarmionej gromadki pozostał już tylko Stefan, który także miał dosyć pękaty brzuszek. Na swój sposób doceniał naszą, a właściwie — moją troskę o czystość zbiornika. Był jakby „duszą” w naszym domu, o czym przekonałam się szczególnie po swych świadomych lub nieprzemyślanych decyzjach, które nie podobały się Bogu, czyli jednym słowem — po upadkach. Nie dość, że odczułam to we własnym sercu, rybka potrafiła stan mej duszy jakby potwierdzić — odzwierciedlić. A w jaki sposób? Bardzo widoczny, a nawet w pierwszej chwili nieco przerażający. Kiedyś zauważyłam, że Stefan w bezruchu spoczywa na samej powierzchni odwrócony do góry brzuchem i ani drgnie. Pomyślałam — to jego koniec! Już wyjęłam siatkę do wyłowienia, gdy wtem umknął w najlepszej formie. Takie „żarty” płatał kilka razy, dając tym samym znak, że z grzechami nie ma żartów — to śmierć dla duszy! Przyznam, że starałam się bardziej pracować nad sobą. Opanowywałam niektóre złe skłonności, brak roztropności i nadmierną pochopność w podejmowanych decyzjach, których potem musiałam żałować. To wystarczyło ażeby skojarzyć te małe „cuda” ze św. Franciszkiem, który był przecież przyjacielem wszelkiego stworzenia. W niektórych kościołach (a właściwie przed kościołem) w dniu Jego wspomnienia, kapłani święcą zwierzęta domowe. Odgadłam także, że podczas trzyletniej przerwy w pieszym pielgrzymowaniu, której przyczyną był głównie Stefan — św. Franciszek dał naszej rodzinie w zamian coś innego. Oto w 2013 roku ojcowie Franciszkanie z ziemi żywieckiej zorganizowali tzw. Ewangelizację w Beskidach. Był to sposób na dobre spędzenie wszystkich sobót w okresie wakacji i polegał na zdobyciu ośmiu szczytów, na których odbyła się Msza św z wygłoszonym kazaniem. Po Mszy licznie zgromadzeni wędrowcy modlili się na cztery strony świata, błogosławiąc mieszkańcom całej Ziemi. Nie zabrakło licznych atrakcji i niespodzianek, a czasami poczęstunku sponsorowanego przez właścicieli schronisk górskich. Aż się zdziwiłam, że na szczyty nogi mnie same niosą. Wcześniej narzekałam podczas wędrówek górskimi szlakami, które i tak nic mi nie dały, oprócz kilkudniowego bólu nóg. Mąż zdziwił się mą odmienną kondycją, ale domyślił się, że tym razem idę tam w konkretnym celu — na spotkanie z Chrystusem. Chociaż było nam z tym dobrze, to jednak ja z córką bardzo stęskniłyśmy się za sześciodniową wędrówką do Częstochowy. Ewangelizacja w Beskidach nie potrafiła w pełni zastąpić pielgrzymki. Brakowało przede wszystkim wspólnej modlitwy i śpiewu w czasie wędrówki. Nie da rady iść np. na Babią Górę i w drodze śpiewać lub nawet na głos się modlić. Tą modlitwą jest raczej zadyszka… sapanie. Chyba św. Franciszek nas doskonale zrozumiał i w odpowiednim czasie… odebrał życie Stefanowi. Córka to szczególnie przeżywała — nie była to śmierć z dnia na dzień, lecz powolne konanie. Może i dobrze, bo także ona mogła powoli to przyjąć. Z drugiej strony zaświeciła nam gwiazdka nadziei, że w sierpniu powrócimy na pieszy pielgrzymi szlak.

Św. Filomena

Gdy nie miałam odwagi prosić o pomoc, modlitwę i wstawiennictwo „dorosłych” Świętych, uciekłam się do dziecka — św. Filomeny, z którą zapoznał mnie św. Proboszcz z Ars. To Jemu poświęciłam rozdział w książce „W cieniu serca św. M. Kolbe”, a o św. Dziewczęciu mówił prawdę, że jest Wielką Świętą, o czym przekonałam się wzywając Jej pomocy. Św. Filomena potrafiła działać błyskawicznie i wręcz widzialnie. Sprawy, które Jej przedstawiałam nie były może beznadziejne, ale uważałam iż Ona będąc młodą dziewczyną, dopomoże mojej młodszej córce. Kierując do Niej słowa litanii ułożone przez św. M. Vianneya, zakończone przedstawieniem prośby, zawsze zostały wysłuchane. Kiedyś czułam się np. winna, że zaniedbałam swoje dziecko nie kontrolując postępów w nauce (matematyce). Okazało się na dzień przed sprawdzianem, że córka nic nie rozumie z partii materiału i zdecydowanie „święciła” się jedynka. Niestety, nie było już wystarczająco czasu, aby nadrobić zaległości. Poszła do szkoły właściwie nieprzygotowana i z bojaźnią, a mnie nie pozostało nic innego, jak od razu uklęknąć o poranku do modlitwy i prosić słowami skutecznej litanii. Prosiłam, aby nie otrzymała ze sprawdzianu najniższej oceny i dodałam, że jeśli otrzyma trójkę, to naprawdę będzie dobrze. To by już wystarczyło! Myśli się nie zatrzymały i słowami duszy rzekłam do Świętej: „a jeśli otrzyma czwórkę, to już będzie prawdziwy CUD”. I ten cud się spełnił! Dziękowałam Jej szczerze i sama się poprawiłam. Od tej pory bardziej kontrolowałam postępy w nauce. Coraz częściej rozmyślałam o tym, ażeby tę Świętą córka zechciała przyjąć za swoją Patronkę, gdy przyjmie sakrament bierzmowania. Ona niestety nie chciała nawet o tym słyszeć, aby przyjąć imię — Filomena. Upłynęło nieco czasu, gdy wiosną córka z żalem zwierzyła mi się, że bardzo stęskniła się za pieszym pielgrzymowaniem. Główną przeszkodą nie była już akwarystyka, lecz niezadowalający stan zdrowia córki. Była pod kontrolą lekarza-reumatologa. Co prawda po skutecznym leczeniu objawy minęły, ale dłuższa wędrówka mogła wiązać się z pewnym ryzykiem. Nie chciałam gasić jej nadziei nieprzemyślanymi słowami i tylko rzekłam: „zobaczymy, może jakoś się ułoży”. Tej nadziei nie zgasiła św. Filomena, która nagle zjawiła się przed mymi oczyma w dosyć nietypowy sposób… w sklepie. Przechodziłam akurat pomiędzy półkami ze słodyczami, rozglądając się za bombonierką na okazję 15 rocznicy urodzin córki. Mój wzrok spoczął na dużej bombonierce z wizerunkiem dziewczynki w stroju I-komunijnym, której twarz — a szczególnie włosy — zdumiewająco odzwierciedlały oblicze św. Filomeny. Nawet się nie zawahałam, aby na 15 rocznicę urodzin kupić bombonierkę przeznaczoną na okazję I Komunii. W domu uczyniłam jedynie drobną korektę, upodabniając jeszcze bardziej postać dziewczynki do mojej ulubionej Świętej. Wianuszek z białych kwiatków wykleiłam kolorowymi kwiatuszkami-cekinami, natomiast na jej modlitewniku nakleiłam miniaturowy obrazek Cudownego Oblicza Jasnogórskiej Pani. W dniu urodzin, nic tak bardzo córkę nie ucieszyło, jak ten prezent, który zwiastował nadzieję, że w sierpniu pójdziemy pieszo na Jasną Górę. Dałam jej do zrozumienia, że sama bombonierka nic nie dopomoże. Jeszcze zanim się zapisałyśmy na początku wakacji na pielgrzymkę, wpierw wspólnie odprawiłyśmy nowennę do Świętej, prosząc aby zniknęły wszelkie przeszkody, a jeszcze bardziej — o siły fizyczne i wytrwałość. Nadeszło bardzo upalne lato 2015 roku i bliskie nam osoby odradzały wędrówkę w takim skwarze. Zaufałyśmy bezgranicznie Świętej i nic nas nie odwróciło od podjętej decyzji. Nie było łatwo — tego nie da się ukryć, lecz właśnie tę pielgrzymkę aż do dziś — najmilej wspominamy. Nie przeżyłyśmy jeszcze takiej wędrówki, podczas której — mijając wioski i miasta — mieszkańcy tryskali na pielgrzymów wodą, co było wielką ulgą. Po pielgrzymce córka bardzo ucieszyła się z ubytku swojej wagi i chcąc przy niej pozostać — przestała jeść słodycze, którymi wcześniej objadała się przesadnie — wręcz niezdrowo. Ja w tym wszystkim odczytałam rzeczywiście „palec” św. Filomeny i byłam nieco zaskoczona, gdy nieco później dowiedziałam się, że Jej wspomnienie przypada 11 sierpnia. To akurat kres naszej wędrówki na Jasną Górę! Córka od tej pory nie miała już żadnych oporów, aby wybrać Ją za swoją Patronkę, wszak na tę uroczystą chwilę musiała jeszcze cierpliwie czekać (niespełna rok). Swój codzienny pacierz wzbogaciła o modlitwę do Świętej i jak sama twierdzi — o co prosi, to otrzymuje.

Św. Antoni z Padwy

Ten Święty odegrał w moim życiu dużą rolę i z jednym z cudów podzieliłam się w książce „W cieniu serca św. M. Kolbe”. Nie przedstawiłam jednak innego, wcześniejszego wydarzenia z racji, że nie On był główną postacią. Trudno, by nie wspomnieć o Nim, gdyż zasilił na dobre moją wiarę i nadzieję. Trwały jeszcze wakacje. Dzień z pozoru zaczął się, jak inne zwyczajne dni, lecz z upływem minut i godzin, owiewała go zagadka i tajemnica. Rankiem byłam zajęta przegrywaniem piosenek Maryjnych z kaset TDK, chcąc utworzyć sobie jedną, ale za to wyjątkową. Wszystko szło gładko, lecz zadziwiły mnie dwie piosenki o Matce Bożej Częstochowskiej, które na obu stronach kasety (A i B) ulokowały się na pozycji 13. Cóż za traf? Absolutnie nie kojarzyłam tego z pechem! Dla mnie 13-tka nigdy nie kojarzy się z pechem, a raczej przypomina o objawieniach w Fatimie. Ogólnie byłam zadowolona z nowo utworzonej kasety, którą bardzo miło i radośnie się słuchało. Około południa, ze skrzynki na listy wyjęłam prenumerowany miesięcznik „Różaniec”, który niemalże w całości był poświęcony bł. ks. Ignacemu Kłopotowskiemu. W dobrym humorze szepnęłam sobie, czy rzeczywiście to nazwisko może zwiastować jakieś kłopoty? Kłopoty rzeczywiście rozpoczęły się późnym popołudniem, gdy córka ze łzami w oczach i pustym portfelem, zameldowała o przepadnięciu sporej sumy pieniędzy — około 300 zł. Ostatnio kwotę tę miała u swej kuzynki, u której razem gościłyśmy przez kilka dni. Uspokoiłam córkę i zadzwoniłam do krewnej, czy przypadkiem gdzieś nie leżą banknoty. Oczywiście zaraz przeszukała swe małe mieszkanie… i oddzwoniwszy, nieco zatroskana dała znać, że niczego nie znalazła. Nie ganiłam swej córki, bo w jednym momencie przypomniałam sobie o zgubie własnego portfela wraz z dokumentami na pątniczym szlaku. Wówczas także gdzieś wszystko bezpowrotnie przepadło. Przy tej okazji odsłoniła mi się owa „tajemnica” ulokowanych na 13 pozycji piosenek o Czarnej Madonnie. I tym razem nie skojarzyłam tej cyfry z pechem! Uznałam tylko, że była to rzeczywiście przepowiednia kłopotów — jakby powtórka tych sprzed lat. Nie byłam już taka głupia i od razu uciekłam się do św. Antoniego. Przez dziewięć dni wytrwale modliłam się nowenną, dodając także koronkę trzynastu modlitw do Świętego z prośbą o odnalezienie zguby. Po dziesięciu dniach zadzwoniła krewna i radosnym tonem oznajmiła, że zguba się odnalazła. Znalazł ją jej synek, który końcówkę wakacji chciał sobie umilić przeczytaniem książki przygodowej. Zdziwił się bardzo, gdy otwierając książkę znalazł w niej nietypową „zakładkę”. Córka w jednej chwili złapała się za głowę i przypomniała sobie, że rzeczywiście tak postąpiła. Wybierała się wówczas z młodszym kuzynem do „Wesołego Miasteczka”. W ostatniej chwili, zanim wyszli z mieszkania, wyjęła z portfela oszczędności, aby nie zabierać ze sobą tyle pieniędzy. Nie chcąc pozostawiać ich na widocznym miejscu, schowała je zanadto dobrze — do pierwszej lepszej książki. Chyba trudno, aby po takich wariackich przejażdżkach i szaleństwach na karuzelach, nie przewróciło się na dobre także w głowie. Można przy tym stracić pamięć! Z pieniędzmi „ulokowanymi” w książce przygodowej, rozegrała się niezła przygoda. Na szczęście i książki o takiej treści, zazwyczaj kończą się dobrze i wesoło. Dzięki za to św. Antoniemu!

Św. Maria Goretti

Warto wspomnieć również o Świętej, którą poznałam z filmu rozprowadzonego na płytach w naszej parafii - klasztoru o. Pasjonistów. Film obejrzałam kilkakrotnie i zdumiewała mnie ta Święta dziewczynka, która jest czczona szczególnie przez Pasjonistów. Niestety dopiero w tym roku (2016) udało mi się nakłonić córkę do obejrzenia filmu. Córka zawsze twierdzi, że przerastają ją takie filmy i nie potrafi się odnaleźć w czasie, w którym toczy się akcja. Przekonałam ją, że warto go obejrzeć. Ogląda się go niemalże jak kryminał — skomentowałam. Dodałam przy tym, że ta Święta może jej się kiedyś w życiu bardzo przydać. Córka uległa moim przekonaniom, zasiadając ze mną przed ekranem telewizora. W pokoju na piętrze oglądałyśmy w napięciu akcję filmu, szczególnie sceny nachalności i zwodzenia bohaterki przez młodzieńca. Jak się okazało niebezpieczeństwo zawisło nie tylko nad Świętą Marią Goretti, ale także… naszym mieszkaniem. Gdy dramatyczna akcja nieco się uspokoiła, córka zeszła na parter, aby coś sobie przekąsić. Nagle zauważyła, że drzwi wejściowe do mieszkania są odchylone i po cichu czaiła się w nich... cyganka. Nie zamknęłam drzwi na klucz, ponieważ spodziewałam się rychłego powrotu męża z pracy. Niewiele brakowało i byłby być może niemały kryminał, ponieważ nawet mój portfel leżał w pokoju na widocznym miejscu. Skoro tak postąpiła, nie dzwoniąc nawet do drzwi, nie wręczyłam jej żadnej jałmużny, o którą prosiła. Wydaje mi się, że św. M. Goretti pokierowała zmysłem smaku mojej córki, która w samą porę zeszła na parter. Na marginesie dodaję, że córka marzy o zawodzie policjanta i uczęszcza do szkoły mundurowej. Z tego też względu bardzo lubi oglądać kryminały i jak sama stwierdziła — film, a jeszcze bardziej jego Bohaterka, przypadły jej do gustu.

Św. O. Pio

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 26.8
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8