E-book
6.16
drukowana A5
30.64
drukowana A5
kolorowa
57.04
Blues samotnych ulic

Bezpłatny fragment - Blues samotnych ulic

60 000 km autostopem


Objętość:
170 str.
ISBN:
978-83-8126-644-4
E-book
za 6.16
drukowana A5
za 30.64
drukowana A5
kolorowa
za 57.04

Autor wyraża zgodę na rozpowszechnianie książki bez jego wiedzy z zastrzeżeniem, by nie czerpać z tego tytułu żadnych majątkowych korzyści z pominięciem jego udziału.

Prolog

Jako małe dziecko cierpiałem na strasznie dokuczliwą chorobę lokomocyjną, która — jak sądziłem — sprawi, że na zawsze znienawidzę podróże samochodem. W gruncie rzeczy uwielbiałem je i na szczęście tak się nie stało.

W czasach, gdy nasz kapitalizm przechodził jeszcze fazę rozkwitu, tata rzucił pracę na kopalni i zajął się dystrybucją kosmetyków w całym kraju. Jeździliśmy więc razem z nim po Polsce i do dziś mogę przysiąc, że znał niemal wszystkie dziury na trasie z Bytomia do każdego z większych miast oraz potrafił skutecznie je omijać. „Uważajcie, teraz będzie dziura”. Czasami zdawało mi się, że najeżdżał na nią, by udowodnić nam, że ma rację i rzeczywiście, w większości przypadków ją miał. Prababcia dawała mi często na drogę landrynki, które jednak nawet przy omijaniu dziur powodowały turbulencje w moim żołądku i doprowadziły do powstania systemu alarmów, którymi informowałem tatę, by zatrzymał samochód. Mniej więcej co drugi był fałszywy, a co trzeci uruchamiał się z opóźnieniem. Ciężko dziś sobie wyobrazić, jak mocno musiało to działać na jego nerwy, choć nie przypominam sobie, by reagował inaczej niż z błogim spokojem.

Mimo że już dawno pozbyłem się tej choroby, niespełna dwa lata temu zdarzyło mi się po raz kolejny przyozdobić wymiocinami wnętrze auta i to, niestety, nienależącego do mojego taty ani żadnego z członków rodziny. Do dziś jednak przekonany jestem, że to jedyne ryzyko ponoszone przez kierowcę zabierającego przypadkowych pasażerów i każdego z nich mogę zapewnić, że prawdopodobieństwo zaistnienia takiej sytuacji jest — statystycznie rzecz biorąc — niemal równe zeru.

Prócz tego, jak każde dziecko dorastające w strefie umiarkowanych i zmiennych klimatów, stałem się ofiarą częstych przeziębień. Dni spędzone w łóżku pozwoliły mi odkryć nową pasję. Były nią filmy, które mama przynosiła na kasetach VHS z osiedlowej wypożyczalni. Jeżeli w jakimś z nich miał pojawić się autostopowy wątek, z łatwością dało się przewidzieć, że będzie on rozpoczynał całą fabułę lub okaże się punktem zwrotnym. Film zatem naturalnie stał się również inspiracją do najdłuższej do tej pory podróży samochodem, którą odbyłem latem dwa tysiące ósmego roku oraz właściwym chronologicznie początkiem jej przebiegu. „Mając czternaście lat — mówił do syna John Cassavetes w Strumieniach miłości — sądzę, że powinieneś wyruszyć autostopem w głąb kraju. Poszwendać się po parkingach ciężarówek, napić się kawy i poznać, jacy naprawdę są mężczyźni. No wiesz, mam na myśli mężczyzn. Nie tych facetów w garniturach i krawatach…” Filmem, który ostatecznie zachęcił mnie do podróży w odległe strefy klimatyczne, byli jednak Spragnieni miłości Wonga Kar-Wai. Jedna z ostatnich scen przedstawia głównego bohatera, gdy zmierza w stronę świątyni Angkor Wat, a w jej murach pragnie zostawić po sobie niewidzialny ślad w postaci wyszeptanego sekretu. Myślę, że to właśnie niewidzialność tego śladu sprawiła, że miejscem, które wyznaczyłem sobie jako końcowy punkt trasy była Kambodża. Zarazem brak pewności co do tego, czy uda się tam dotrzeć, wplatał w moją podróż dodatkowy element przygody.

Poza filmem, do odbycia tej podróży zachęcił mnie w zasadzie czysty przypadek. Kiedyś na trasie ze Śląska do Poznania zepsuł się pociąg i usłyszałem, że ruszy dopiero, gdy przyjedzie ekipa z oddalonego o parędziesiąt kilometrów miasta w celu zdiagnozowania przyczyn wypadku. Po półgodzinie czekania wysiadłem i ruszyłem leśną ścieżką w kierunku drogi krajowej numer jedenaście. Powiedzieli mi o niej mechanicy pracujący przy torach. Zmotywowały mnie także dyskusje z pobliskich siedzeń, przy których starsze panie, rozprawiając o swojej młodości, zaczęły nucić: „Autostop, autostop, wsiadaj bracie…”. Robiły to oczywiście z ironią, ale ja odbierałem wszystkie pochodzące z zewnątrz impulsy poważnie. Pomimo że czas praktycznie się dla mnie nie liczył, więc tak samo przyjemnie mogłem go spędzić siedząc i czytając książkę w wagonie, jak machając kciukiem na drodze, w rezultacie zdecydowałem się na pewną odmianę. Dotarłem nawet przed planowanym przyjazdem pociągu. To wtedy właśnie młody kierowca, który zabrał mnie na końcowym odcinku do Poznania, opowiadał jak pewnego razu wiózł chłopaka wracającego akurat z Indii, gdzie tamten spędził dwa miesiące, zabrawszy ze sobą jedynie sto złotych i dwieście dolarów (pamiętam dokładną kwotę). Nie wiedziałem wówczas o Edim Pyrku, który opisał jak się tam dostać, mając ich zaledwie trzydzieści, ani o Kindze i Chopinie, czy też Hajerze, którzy w równie ekonomiczny sposób zwiedzili prawie cały świat. Zasłyszane więc tu i ówdzie historie z pierwszej ręki napełniały mnie ogromną wiarą i energią. Wkrótce miała się ona przerodzić w czyn.

Przypuszczam, że podobny mechanizm działa u innych osób wybierających autostop jako metodę podróżowania, co jednocześnie świadczy o wciąż niesłabnącej, magicznej sile zarówno mówionego jak i pisanego słowa. Wspomniany kierowca opowiadał też o swoim znajomym, który kiedyś dużo podróżował, a dziś, żyjąc od paru lat w szczęśliwym małżeństwie, musi mimo wszystko od czasu do czasu ruszyć przed siebie poboczem wiejskiej drogi, by następnego dnia obudzić się gdzieś w rowie z butelką wódki przy boku. Opowieści te, obok maszynki do golenia, kompletu mazaków i scyzoryka, stanowiły najważniejsze elementy bagażu, z którym — jak mawiała moja babcia — wyruszałem w świat.

Każda z przygód, które opiszę, zdarzyła się naprawdę. Książka podzielona jest na dwie części. Pierwszą stanowią wspomnienia z wycieczki do Chin, a drugą zapiski z poprzednich podróży, rozsyłane już wcześniej do znajomych w formie listów. W niektórych miejscach, ze względu na luki w pamięci, odrobinę pozmieniałem chronologię zdarzeń oraz imiona występujących postaci, ale jest to jedyna moja ingerencja w ich autentyczność. Dlatego zapraszając Was do lektury, zwracam się równocześnie z prośbą o wyrozumiałość wobec fragmentów wywołujących wrażenie braku spójności oraz zachęcam, abyście któregoś dnia sami wyruszyli z kawałkiem kartonu oraz paczką kolorowych mazaków, by odmalować ślady, które na mojej drodze wyblakły.

Ryc. 1. Zdjęcie z Placu Tiananmen po przybyciu do Pekinu 21 lipca 2008 roku.

Podróż jest rytuałem przejścia, sposobem odkrycia czegoś innego, narażenia siebie na niebezpieczeństwo. Możecie sobie żyć i 80 lat, ale jeśli przez cały ten czas będziecie jedynie kontemplować serwis Facebook na ekranie komputera, to pozostaniecie tylko i wyłącznie mumiami. Wyjeżdżajcie! Wyruszajcie! Gońcie wiatr! — Sean Penn

Plecak

Nie mogę doczekać się chwili, z którą ponownie zanurzę się w świat stacji benzynowych, niewyspanych kierowców oddychających papierosowym dymem, ich gratisowych czeków restauracyjnych i pięćdziesięciocentowych talonów za korzystanie z toalety, które można wymienić w kasie na czekoladki lub batonika — pisałem w jednym z listów do przyjaciół. — Z drugiej strony jednak coś po raz kolejny z rzędu każe mi się wycofać, tak jakbym w pewnym momencie wybrał niewłaściwy zjazd z autostrady, nieuważnie spoglądając na znaki…


Wyobraźcie sobie bezdomnego, zbłąkanego na autostradzie ptaszka, który przechadza się beztrosko po betonowej płycie pustej stacji benzynowej. Gdybym miał ze sobą aparat, właśnie taki obraz utrwaliłbym jako wspomnienie autostopowej podróży. Tymczasem posiadam już tylko jedno zdjęcie z tej wycieczki, zrobione przez dwójkę młodych ludzi zapytanych na ulicy o drogę. Wyglądam na nim właśnie jak taki ptaszek z czapeczką bejsbolową udającą dzióbek i w przepoconym T-shircie z wielką plamą na wysokości brzucha. W tle widać Bramę Niebiańskiego Spokoju. Na innym ujęciu stałem oparty o plecak, który tutaj najwyraźniej zniknął z kadru. Nie wiem, czy ktokolwiek zdziwiłby się, gdybym powiedział, że pojechałem tam bez plecaka, bo przypuszczam, że analizując ówczesną jego zawartość, zakwalifikowano by mnie do kategorii podróżniczych minimalistów. Zadziwiające jest raczej to, jak wiele materialnych rzeczy czasem ludzie potrzebują, by przeżyć dzień, tydzień lub miesiąc. W moim przypadku były to dwa miesiące i wszystko, co niezbędne, udało mi się upchnąć w tej jednej sztuce bagażu. Był to solidny czerwono-czarny Karrimor Hot Rock Superwick o łącznej pojemności trzydziestu litrów. Jeśli miałbym odtworzyć listę przedmiotów, jakie się w nim znalazły przed wyjazdem do Chin, wyglądałaby ona tak:

• mały, lekki śpiwór zapewniający komfort w temperaturze około zera stopni i cienki pokrowiec firmy Salewa chroniący przed deszczem,

• czarna nieprzemakalna płachta,

• jesienno-zimowa kurtka North Face z podpinanym polarem,

• kilka koszulek z krótkim rękawkiem oraz co najmniej jedna koszula z długim,

• dodatkowa para długich spodni,

• mnóstwo skarpetek i majtek (niestety babci nie mogłem zabrać, a żony jeszcze nie miałem w tamtych czasach),

• elektryczna maszynka do golenia,

• chusteczki higieniczne i jedna rolka papieru toaletowego,

• proszek do prania w opakowaniu po filmie do analogowego aparatu, płyn do mycia, pasta do zębów oraz szczoteczka,

• zapasy żywności na dwa-trzy dni, kubek i łyżeczka,

• szwajcarski scyzoryk z ostrzałką,

• mała latarka,

• plastry i paczka prezerwatyw,

• odtwarzacz MP3 o pojemności jednego gigabajta,

• książka Dziennik złodzieja Jeana Geneta,

• mapy Chin oraz części Półwyspu Indochińskiego z firmy Freytag & Berndt (Rosję musiałbym podzielić na kilka fragmentów, więc postanowiłem zamiast tego spisać sobie nazwy miast na trasie),

• banknoty o łącznej wartości około tysiąca dwustu złotych w euro (sto pięćdziesiąt), dolarach (sto sześćdziesiąt), złotówkach (trzydzieści) i rublach (trzysta) pochowane w różnych miejscach,

• kalkulator naukowy Casio,

• trzydziestodwukartkowy zeszyt A5 w kratkę oraz mały notatnik z wyrywanymi karteczkami i długopis,

• dokumenty wraz z kopią na zafoliowanych kartkach A4,

• mazaki oraz kawałek kartonu.

Nawiasem mówiąc, do dziś korzystam z tego plecaka. Niestety buty, które kupiłem niedawno z etykietką tej samej firmy, nie charakteryzowały się już taką trwałością.

Na zdjęciu nie widać przypinanej do paska nerki, więc pewnie jej nie miałem, podobnie jak nie wziąłem ze sobą telefonu, aparatu ani namiotu i myślę, że każdy człowiek mógłby się spokojnie bez tych przedmiotów obyć, o ile nie zamierzał pisać bloga ani poszukiwać pracy na miejscu, a tego jeszcze nie było w moich planach.

Przydały się za to elementy ekwipunku, po których zupełnie bym się tego nie spodziewał. Pewnego razu zaczepił mnie mężczyzna, pokazujący palcem swoje zęby. Zrozumiałem, że może chodzić mu o wykałaczkę i — jak okazało się — w jedną sztukę wyposażony był mój scyzoryk. W zasadzie to dopiero on uświadomił mi o ukrytej funkcji tego kawałka plastiku, więc z chęcią się podzieliłem.

Wujek

Mam w rodzinie wujka, o którym do końca nie wiem, gdzie mieszka, czym się zajmuje, ani nawet w jakim stopniu jest ze mną spokrewniony, ale zawsze przypomina o swoim istnieniu przy najmniej spodziewanych okazjach. Pokrewieństwo jednak musi być duże, ponieważ, gdyby dokleić mojemu tacie wąsy, wyglądałby dokładnie jak on. Raz na przykład, gdy obudziłem się rano, zastanowiło mnie, co robi mój tata na rozsuwanej połówce łóżka, gdzie zwykle sypiał młodszy brat. Pobiegłem do mamy zapytać, czy mam tatę obudzić, a ona powiedziała, że tata przecież jest w pracy, więc wróciłem do pokoju upewnić się i… rzeczywiście, był to wujek Krzysiu.

Znajomy powiedział mi, że w jego rejonach, gdy wchodzi się nieproszonym na jakieś przyjęcie, zakłóca jakieś wydarzenie swoją obecnością, to znaczy, że robi się coś „na Krzysia”. Wujka Krzysia widywałem rzadko, może raz na dwa albo trzy lata, aczkolwiek — o ile dobrze pamiętam — za każdym razem zjawiał się w porze obiadu, momencie rozpoczęcia jakiejś imprezy lub akurat, gdy byliśmy na wakacjach, on dzwonił, że też tam jest. Ta jego nagła obecność zawsze jednak stanowiła pewne urozmaicenie mojego dzieciństwa, gdyż — poza tym, że odgrywał w nim postać bardzo pozytywną — otaczała go jakaś tajemnica. Rozmawiali z tatą głównie o interesach, podatkach i sprawach, których nigdy do końca nie rozumiałem. Może było inaczej, ale w mojej pamięci pozostał taki zapis. Tym bardziej więc nie przypuszczałem, że to ja kiedyś stanę się niespodziewanym gościem wujka Krzysia, a tak właśnie było podczas podróży do Chin. W dodatku magia ta zadziałała z podwójną siłą, gdyż okazało się, że prowadzi firmę transportową i wiózł akurat dziewczynę studiującą sinologię na Oksfordzie, gdy zupełnym przypadkiem zatrzymałem jego auto „na stopa” gdzieś na Mazurach. Był moim piątym kierowcą na trasie z Poznania na Litwę. Z dziewczyną o imieniu Saskia oraz jej matką wymieniłem po drodze kilka zdań o chińskich znakach i fonetyce, po czym odwieźliśmy je obie do letniskowego domku. Z racji tego, że zapadał już zmierzch, podjechaliśmy nad jezioro, gdzie wujek przenocował mnie w swoim minikamperze i następnego dnia podwiózł pod sama granicę do Budziska albo gdzieś za Suwałkami.

Litwę i Łotwę przemierzyłem tak szybko, że nawet nie pamiętam, w jaki sposób się to odbyło. Z notatek wynika, że pierwszego dnia wiozło mnie aż ośmioro kierowców, gdy skończyłem podróż w miejscowości Rezekne (po polsku Rzeżyca), a potem jeszcze czwórka do granicy z Rosją.

Ryc. 2. Trasa z Poznania pod granicę Federacji Rosyjskiej.

Parking

Długo nie mogłem przyswoić sobie myśli o łapaniu okazji przy pomocy otwartej dłoni zamiast wyciągniętego kciuka, który — z tego, co dowiedziałem się wcześniej — w Azji jest mniej rozpoznawalny niż w Europie. Dlatego pewnie początkowe parę kilometrów przeszedłem piechotą. Gdy tylko jednak mój gest zyskał znamiona śmiałości i zdecydowania, od razu na poboczu zatrzymała się ciężarówka. Kierowca był Białorusinem. Wymieniliśmy ledwie kilka zdań, lecz zrozumiał, że jadę w kierunku Moskwy i Niżnego Nowogrodu. Były to moje pierwsze nieudolne próby praktycznej nauki rosyjskiego języka.

— Ja ci pokażę najlepszą drogę — powiedział i wskazał ręką za siebie. Za sobą widziałem tylko słońce. Ta aluzja a propos mojego pomysłu wyprawy na wschód była jedynym, co udało mi się w pełni zrozumieć. Poza tym mówił, że na Białorusi płocho i Łukaszenko nie daje żyć. Kierowca, z którym jechałem wcześniej, zarządca litewskiej firmy budowlanej, twierdził jednak, że państwowa własność terenów pozwala tam przynajmniej uprawiać ziemię w bardziej wydajny sposób, z wykorzystaniem nowoczesnych maszyn.

W kolejny etap poznawania języka miałem wkroczyć po spotkaniu z innym Litwinem podczas pierwszego przystanku w kafe, gdy rozmawialiśmy między innymi o rosnących po obu stronach drogi kwiatach, wyglądających jakby nie z tej planety, mieszając słowa rosyjskie z polskimi:

— No ja też się tak właśnie pytałem, jak byłem pierwszy raz, co oni za kwiaty sadzą, a oni mówią… no, że takie tu rosną.

Miał na karku ponad pięćdziesiątkę, lecz bez widocznej obawy pozwolił mi spędzić noc w swoim wozie. Podwiózł mnie prawie do pierwszego z celów podróży wypisanych na turystycznym voucherze, gdzie pomógł w znalezieniu dalszego transportu. Nauczyłem się wtedy przydatnych w trakcie podróży zwrotów. Parking to stojanka. Tam właśnie zazwyczaj jedziemy i chcemy wysiąść. Nie w gorodie, czyli w mieście. Jeśli ktoś zapyta „za czem?”, należy odpowiedzieć turist. Kuda, a zatem dokąd? W takich momentach nieśmiało, acz z wyraźną determinacją odpowiadamy „w Kitaj”. Kitaj to Chiny. W języku angielskim używanym przez Ezrę Pounda, czy chociażby Briana Eno, brzmi podobnie — Cathay. Mimo jednak powszedniości samego pojęcia Chin jako celu podroży, zwłaszcza przed wielką olimpiadą, ciężko w takich wypadkach liczyć na zrozumienie.

Błąkając się po zatłoczonym parkingu, napotkałem grupkę rozgadanych kierowców. Stali koło wielkiego białego TIR-a z długim nosem na przedzie, przyozdobionym niebiesko-żółtymi pasami. Wcześniej widywałem podobne tylko w amerykańskich filmach. Cały parking przypominał zresztą plan filmowy jakiejś awangardowej produkcji w stylu Jarmuscha. Główną postacią jest młody turysta, student na „nieustających wakacjach”, próbujący bezskutecznie nawiązać kontakt z innymi bohaterami, którzy sprawiali wrażenie równie nietutejszych. Najlepszym przykładem był Iljicz. Od początku do końca nie przestawał mi kogoś przypominać. „Woody Allen?”, zacząłem zastanawiać się, kiedy przykładał udające lornetkę dłonie, do swoich okularów w ponadwymiarowo grubych oprawkach. Nie, raczej ktoś inny.

— Posmotrij — wołał, wymachując potem rękami w tę i we w tę. Nie wiedziałem wówczas, że oznacza to po prostu „popatrz”, a nietypowość tej sytuacji wytrącała resztki skupienia z moich zmysłów. Obok niego stał rosły mężczyzna, przykuwający uwagę swoimi azjatyckimi rysami twarzy oraz ciemną karnacją. Przysłuchiwał się naszej pseudo-rozmowie z szerokim uśmiechem, który odsłaniał jego złote zęby. Wkrótce miałem się dowiedzieć, że ma na imię Misza. Iljicz też miał złote zęby, lecz tylko dwa lub trzy. Siwiejące włosy zdradzały, że niewiele lat brakuje mu do emerytury. „Wiem już kogo mi przypomina — Stephen Hawking!”, pomyślałem sobie.

Postanowiwszy jednak nie poświęcać tym myślom zbyt wiele czasu, na gest przytaknięcia głową wsiadłem do stojącej obok Iljicza ciężarówki. Zadowolony zacząłem rozglądać się po kabinie, której wnętrze zdobiły plakaty z gołymi paniami i rozłożony na fotelu obok ręcznik. Niezbyt długo mogłem się nacieszyć ich widokiem, gdyż po chwili wpadł do środka młody, szczupły kierowca, dający dłonią sygnał, żebym wysiadł. Pognałem prędko do poznanego wcześniej Litwina, który jeszcze pauzował na tym samym parkingu i poczułem się jak rozbeczany chłopak wracający z podwórka do rodziców, narzekając na to, że inne dzieci nie pozwalają mu się pobawić w piaskownicy lub na zjeżdżalni. Podszedł razem ze mną do Miszy i Iljicza, i po krótkiej rozmowie z nimi wyjaśnił, że wszystko w porządku, mogę jechać. Dopiero teraz dostrzegłem na ich autach kazachskie oznaczenia. „Boże święty, pomyliłem ciężarówkę.” To dlatego pewnie Iljicz kazał mi się rozejrzeć. Na drugie imię miał Aleksiej. Koledzy mówili na niego za jednym razem tak, za drugim inaczej. Było ich wszystkich sześciu, każdy jechał oddzielnym wozem. Zaprowadził mnie do właściwej kabiny, sam usiadł na fotelu obok i po chwili mieliśmy ruszać. Nadal jednak nie wiedziałem dokąd.

Kierowcy

W pewnym momencie, spoglądając przez okno na rosyjskie krajobrazy, pomyślałem że gdyby powierzono mi kiedyś stworzenie własnego państwa, zabieranie stojących przy trasie pasażerów byłoby obowiązkiem, a emitowane w nim banknoty zostałyby ozdobione podobiznami najbardziej doświadczonych i zasłużonych pod tym względem kierowców. Andriej, Roma, Wład, Igor, Iljicz, Misza. Byłaby to pierwsza seria.

Dawno już przejechaliśmy Nowogród, w którym ciężarówka Iljicza z trudem przetaczała się przez wyboistą, gdzieniegdzie wykładaną przy pomocy grabek i łopatki, jezdnię. Plusem było to, że podczas jazdy ani na chwilę nie pozwalała zmrużyć oka.

Nie pamiętam już nawet, czy Iljicz palił papierosy, gdy od czasu do czasu na niego zerkałem, wymieniając krótkie uwagi na temat mijanej rzeki, miasta bądź fabryki. Papierosy, powstrzymujące przed snem były tak nieodłącznym atrybutem kierowcy ciężarówki, że nawet gdyby nie palił, zapamiętam go palącego. Podczas czterech wspólnie spędzonych dni i nocy, tworzyła się między nami jakaś dziwna więź, która nawet nie wymagała od nas znajomości wspólnego języka. Nigdy do końca nie wiedziałem, czy jest wesoły czy wkurzony. Spoglądałem za to niekiedy w lusterko, by upewnić się, czy samemu mam właściwą minę. On natomiast uśmiechał się od czasu do czasu. Poznałem też pewne zwyczaje, które czyniły z niego kierowcę nadzwyczaj charakterystycznego. Kazachskie maszyny nie były najlepiej wypielęgnowane i też niewiele brakowało im do emerytury. Już pierwszego poranka, spędzonego w pobliżu miasta Czeboksary, widziałem jak Iljicz, cały umazany smarem, opłukuje ręce w błocie. I tak było ono czystsze od komory silnikowej auta, natomiast po śniadaniu, które wspólnie zjedliśmy, zdmuchiwał okruchy chleba porozrzucane po fotelach za pomocą węża od kompresora. Misza tymczasem grzebał pod maską swojej ogromnej fury, ubrany w przybrudzone granatowe spodnie z szelkami, a pozostali urządzali przebieżki od TIR-a do sklepu, szukając potrzebnych części.

— Tu już Azja. Nie są to europejskie toalety — Misza mruknął pod nosem, kiwając głową, jak gdyby w lekkim zakłopotaniu i podał mi kawałek papieru.

W powietrzu unosił się nieopisany smród, a pod pozbijanymi nierówno deskami pływały kawałki ludzkich odchodów. Widokowi temu towarzyszyło wszechobecne bzyczenie much. Przez dziury w dachu przedostawały się słoneczne promienie. Równie gęsto poszatkowana podłoga umożliwiała dowolny wybór miejsca, mającego służyć jako klozet. Ważne było tylko, żeby w żadną z tych dziur nie wpaść i zbyt nisko nie pochylać się, gdyż istniało ryzyko pochlapania się brudną wodą przy wykonywaniu fizjologicznych czynności. W zasadzie po paru próbach, patrząc z punktu widzenia podróżnika o ograniczonym budżecie, można było dojść do wniosku, że jedyną wadą istnienia tego rodzaju toalet jest trudność zażycia w nich nielegalnej kąpieli. W tej chwili jednak nie to zajmowało moje myśli.

Wróciłem do swoich nowych kazachskich przyjaciół ustawionych w kręgu. Dopijali właśnie herbatę, co było znakiem, że lada chwila mamy ruszać w dalszą drogę.

Tankowanie

Niedziela na wsi. Pod jeden z domów podjeżdża samochód z dziećmi trzymającymi siatki z zakupami. Nic do niczego nie pasuje. Lakier samochodów pośród zabrudzonych chat pobłyskuje niczym pierścionki na umorusanej, zapracowanej dłoni. Z innego domku słychać staromodne techno, dudniące w jednostajnym rytmie. Wydaje się, jakby miało zastępować bicie kościelnych dzwonów. Tymczasem na pobliskim trawniku wylegują się krowy, rzucając leniwe spojrzenia w stronę przejeżdżających od czasu do czasu aut.

Jeden z kierowców tłumaczył mi, dlaczego wsie w okolicach Samary (było to jak już wracałem) są takie kolorowe. „Bo taka jest rosyjska dusza. Na wiosnę ktoś pomyśli, że chce mieć żółty domek, kupuje parę puszek farby, machnie kilka razy pędzlem i domek jest żółty. Potem, na zimę, dla odmiany zechce mieć domek biały — żaden problem. Kupuje białą farbę i domek jest biały. W Europie ludzie na ogół kierują się rozumem, prawda? W Rosji tym, co podpowiada im dusza.”

Od parunastu minut siedzę pod kolorowym drewnianym płotkiem, popijając zakupione przed chwilą cytrynowe piwo. Mówię swoim dwóm towarzyszom, że ludzie pytali mnie, gdzie można kupić chleb, a ja nie wiedziałem, jak wskazać im drogę. Sięgam zaraz po słownik, by sprawdzić kilka pasujących do obecnego otoczenia słówek:

— „Niedziela”, to… — odzywam się pytającym tonem.

Przytakuje.

— A „poniedziałek” to…

— Tak.

Misza uśmiecha się do kolegi.

— Co, rosyjskiego się uczy, żeby mogli sobie trochę z Iljiczem pogadać?

Śmieją się teraz obaj, po czym wstają, kierując się do swoich ciężarówek. Po chwili ktoś podjeżdża i otwiera szybę starej łady.

— Na trasę to którędy? — Rozumiem pytanie, ale znów nie wiem jak odpowiedzieć. Odsyłam go do swoich kazachskich znajomych.

Po pewnym czasie nawet krowy z nudów opuszczają swoje legowisko i idą dotrzymać towarzystwa tym z sąsiedniego gospodarstwa, ustawiając się pod płotem. Spoglądam na ludzi polerujących światła w samochodzie i trzepiących dywany. Starszy pan w kapeluszu na ławce przy jednej z chatek bawi się kawałkiem gałązki. Grupka białych gąsek wydeptuje parokrotnie tę samą ścieżkę, niczym kolejne gromady turystów podążające za znużonym głosem przewodnika. Obok nich przebiega piesek szukający kolegi. Nawet dla niego brakuje tu rozrywki.

Od czasu do czasu przemyka jakiś chłopiec na rowerze, a grupki schludnie ubranych dziewczyn zmierzają zapewne w kierunku kościoła, którego widoczna z każdego miejsca wieża wskazuje im drogę. Podobnie jak idąca obok matka z córką, przyglądają się plandece ciężarówki:

— Skąd one przyjechały? — pyta dziewczynka.

— Pewnie z Niemiec — odpowiada jej matka, komentując obco brzmiące napisy.

Mimo to nikt nie patrzy ze zdziwieniem na cudzoziemców. Któżby przecież pomyślał, że można przyjechać na wieś dla upajania się tą mozolnie toczącą się codziennością. W Europie wystarczy znaleźć się parę kilometrów za miastem, by zobaczyć podobny widok.

— Tak właściwie po co tu przyjechaliśmy? — zapytałem wcześniej Iljicza.

— Zatankować.

Jest to już piąty dzień w konwoju kazachskich TIR-ów. Zanim dotarliśmy do tej wioski, Iljicz powiedział mi, że szukamy stojanki, gdy spostrzegłem się, że zboczyliśmy nieco z drogi. Mijamy więc jedną stację benzynową, drugą i następną, aż w końcu zatrzymaliśmy się tutaj, pośród naftowych pól i jedna z ciężarówek znika gdzieś za rogiem, podjeżdżając pod garaż przy którymś z gospodarstw. Pozostałe ustawiają się w kolejce niczym żołnierze przed burdelem w amerykańskim filmie z czasów Drugiej Wojny Światowej, czekając na swoją seksualną inicjację. Jeden numerek trwa około piętnastu minut i akurat tyle wystarcza mi na wypicie cytrynowego piwa oraz rozkoszowanie się sielską atmosferą wsi. Gdy przychodzi nasza kolej, widzę jak zza półprzymkniętych drzwi blaszanego baraku jakiś chłop ciągnie do baku ciężarówki węża z dużych beczek wypełnionych prawdopodobnie nielegalnie produkowanym tutaj, jak bimber, biopaliwem. Mija nasze piętnaście minut i pojechali!

Potem widzę już tylko kurz rozpylający się spod kół, który przypomina mi smugi zostawiane przez samolot.

Obiad

Zjechaliśmy do kafe i jeden z nich zdecydował się postawić mi obiad.

— Jest szaszłyk? — pyta, ustawiając się jako pierwszy w kolejce.

— Nie, są pielmieni.

— Jakie duże?

— Normalne.

— To znaczy takie — pokazuje rękoma. — Czy takie?

— No zwyczajne.

— To poproszę.

— Tylko nie za dużo — wtrącam się do rozmowy.

— Sam jesteś nieduży — odpowiada, podając mi talerz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.16
drukowana A5
za 30.64
drukowana A5
kolorowa
za 57.04