E-book
27.04
drukowana A5
52.28
drukowana A5
kolorowa
71.77
Biała - bachanalie młodości

Bezpłatny fragment - Biała - bachanalie młodości

Trzy podstawówki w jednym roku szkolnym


Objętość:
162 str.
ISBN:
978-83-8126-043-5
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 52.28
drukowana A5
kolorowa
za 71.77

Książkę dedykuję mojemu Synowi Jakubowi Wojciechowi oraz mojej Córce Julii Roksanie

Specjalna dedykacja Piotra Fronczewskiego

20.05.2018 Warszawskie Targi Książki

Biała 1986 — 1988

I jest kontynuacja wspomnień z dzieciństwa. Tym razem w tle bachanalie w małej wioseczce o nazwie Biała. Nie pamiętam teraz czy te przeprowadzki mi przeszkadzały czy nie. Na pewno zawsze byłem w posiadaniu pustych kartonów w komórkach mieszkania, tak aby na hasło przeprowadzka móc szybko się spakować.

Dziś taka korzyść z tych sytuacji. Powstają wspomnienia, które w teraźniejszości i w przyszłości pozwolą choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości.

Żal był zostawiać Trzebień i wszystkich znajomych, z którymi tak świetnie byliśmy zżyci. Lemany, Króle i inni.

Nastała Biała. Bardzo fantastyczne kolejne znajomości: Tomek i Monika Macionga oraz niezawodny Piotr Siatkowski. To z nimi największe bachanalie. Tego nie graliśmy w Trzebieniu. Wtedy wyobraźnia działała inaczej.

Lipiec 1986 rok. Pierwsze przewożenie dorobku życia. Marzec 1988 rok jeszcze mnóstwo śniegu. Koniec pomieszkiwania w Białej. Nawet nie było dwóch lat. A wspomnień wiele i wydarzeń mnóstwo. Od koncertu po wędrówkę na „Akademię Pana Kleksa” do Świerzenka. Komunia Święta i trzy podstawówki w jednym roku szkolnym bez dokumentu ze szkoły w Przytocku. Takie historie mogły się wydarzyć tylko w latach osiemdziesiątych…

Bachanalie — potocznie określana hulaszcza zabawa.

Mieszkańcy

Tomasz Macionga, Monika Macionga, Katarzyna Michalska. Piotr Siatkowski, Anna Lewińska, Karol Lewiński, Anna Grzybowska — gościnnie, Anna Szweda, Anna Michalska, Józef Michalski, Szymański, Hildebrand, Witkowska Jadwiga, Witkowski Tadeusz, Henryka Wojciechowska, Andrzej Wojciechowski, Maria Szczepanek, Henryk Szczepanek, Tomasz Myśliwy, Góra i Kot.

Położenie wsi

Biała 2/1 plus Biała 17

Biała. Wieś położona na Wysoczyźnie
Polanowskiej, w województwie pomorskim, w powiecie bytowskim, w gminie Miastko, przy trasie drogi wojewódzkiej
nr 206. Liczba ludności 116. Po kaszubsku BIAŁÓWC.

Ważne wydarzenia 1986 — 1988

Łódź

Książka „Biała — bachanalie młodości” została wzbogacona o najważniejsze wydarzenia z lat 1986 — 1988. Wydarzenia zostały wybrane przed spotkaniem Mieczysława Hryniewicza oraz Janusza Majewskiego.

Autografy osób bezpośrednio związanych z filmami „Zmiennicy” oraz „C.K. Dezerterzy” dodają książce większej wartości sentymentalnej.

Mieczysława Hryniewicza spotkałem podczas V Święta ulicy Niecałej w Kaliszu w dniu 03 września 2017 roku, natomiast Janusza Majewskiego podczas 26. Wrocławskich Targów Dobrych Książek we Wrocławiu w dniu 03 grudnia 2017 roku.

Janusz Majewski uraczył II wydanie książki specjalną dedykacją dla czytelników „Biała — bachanalie młodości” na plakacie filmu „C.K. Dezerterzy”, którego był reżyserem i scenarzystą.

„Specjalnie dla czytelników książki „Biała — bachanalie młodości”, 31 lat od premiery filmu „C.K. Dezerterzy”.

Pozdrowienia.

Janusz Majewski. 03.12.2017.”

Mieczysław Hryniewicz „przyłapany” podczas V Święta Ulicy Niecałej w Kaliszu dnia 3 września 2017 roku. 18 października 1987 roku TVP wyemitowała premierowy odcinek serialu „Zmiennicy”, w którym Mieczysław Hryniewicz zagrał taksówkarza Jacka Żytkiewicza.

26 czerwca 1986 na antenie TVP 1 wyemitowano premierowe wydanie Teleexpressu.


22 września 1986 premiera komedii filmowej C.K. Dezerterzy w reżyserii Janusza Majewskiego.


30 września 1986  telewizja polska wyemitowała premierowy odcinek serialu „Alternatywy 4”.


21 kwietnia 1987 pierwszy występ zespołu Modern Talking w Polsce.

27 maja 1987 FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło piłkarski Puchar Europy pokonując w finale w Wiedniu Bayern Monachium 2:1.

31 maja 1987 Kazimierz Deyna występem w meczu San Diego Sockers — Tacoma Stars zakończył karierę sportową.

18 października 1987 TVP wyemitowała premierowy odcinek serialu „Zmiennicy”.


1 stycznia 1988 zakończono zagłuszanie Radia Wolna Europa

9 stycznia 1988 premiera filmu „Pan Samochodzik i praska tajemnica”

19 lutego 1988 premiera 1 odcinka serialu „Na kłopoty Bednarski”

Wspomnienia z lat osiemdziesiątych

Wakacje 1986

Przeprowadzka

Dziś, jak wracam pamięcią, to lato roku 1986 było ciepłe, słoneczne i bez deszczu prawie. Decyzja zapadła. Kolejna przeprowadzka. Nie pamiętam dziś, czy byłem smutny, czy zadowolony, czy nie miałem w ogóle emocji związanych ze zmianą miejsca zamieszkania. Zmiany miejsc zamieszkania i otoczenia pomagały mi w nawiązywaniu coraz to nowych znajomości i koleżeństwa. Pomagały również w wyciszaniu się. Nie zdążyłem się porządnie rozbrykać, a tu już nowe twarze, nowe miejsce i powoli trzeba było dostosowywać się i powoli odkrywać swoje karty.

Przeprowadzka była solidnie przygotowana — pomagała nam najbliższa rodzina. Przyczepa zakryta wielką plandeką i ciągnik. Takim sprzętem został przewieziony cały dobytek. Suchary na drogę — i naprzód! Kolejne miejsce, które to nie dysponowało szkołą i kościołem. Kolejne miejsce, z którego należało dojeżdżać, dochodzić. Każde, niestety, mieszkanie (DOM) z dwoma pokojami. Jeden pokój zajmowany przez rodziców, drugi przez naszą trójcę. I w Trzebieniu, i w Białej w jednym pokoiku działy się turbulencje, choć byliśmy młodzi i łatwiej było się dostosować.

Odległość pomiędzy Trzebieniem a Białą jest niewielka, bo tylko dwadzieścia sześć kilometrów, tak więc kilka kursów w ciepłe dni wakacyjne roku 1986 przebiegły sprawnie.

Jak sięgnę pamięcią, przeprowadzka jakby wpisana była w nasze funkcjonowanie. Zawsze byłem gotów na zmiany.

Tak się złożyło, że uniknąłem zmiany szkoły podstawowej podczas trwania roku szkolnego. Przeprowadzka w lecie to taka atrakcja na wakacje, aby był czas na przygotowanie się do nowej szkoły (tym razem trafiło na Świerzno) oraz na zawarcie nowych znajomości podczas czasu wolnego od nauki. A czekały na nas solidne znajomości, które do dziś pamięta się dość mocno. Monika i Tomek Maciongowie, Piotr Siatkowski oraz przyjeżdżająca na wakacje do Białej Anna Grzybowska.

Tama na drodze

Szyszki w dłoń

Wieś bardzo mała. Przelotowa. Droga wojewódzka łącząca Koszalin z Bytowem. Mieszkańców niewielu. Dziś około stu szesnastu osób zasiedla tę mieścinę. Wtedy to bardzo intensywnie przyjaźniliśmy się z rodzeństwem o nazwisku Macionga (Monika i Tomasz) oraz Piotrem Siatkowskim. Również z Anną Grzybowską, która to bardzo często odwiedzała Maciongów. To był krótki okres, ale więzi dziecięce stały się mocne i do dziś miło wspominam wydarzenia wtedy to przez nas tworzone. A wyobraźnia i kreatywność nasza nie miały końca. Szczególnie Tomek wpadał na wspaniałe pomysły i był liderem w ich realizowaniu.

Obok naszego pierwszego zamieszkiwanego DOM-u przebiega droga prowadząca do Przytocka. Obok jezdni piękne lasy z patykami, połamanymi gałęziami, kamieniami. Nasz wspaniały pomysł to taki, że należy zbudować solidną tamę dla niedługo przejeżdżającego autobusu. Pierwszy krok to zebranie się w wyznaczonym miejscu. Drugi to sprawdzenie godziny jazdy autobusu, aby mieć czas na przygotowanie zasadzki. Trzeci to zebranie materiałów do zbudowania zapory.

Ta zapora musiała być piękna i trwała. Kiedy to schowani za drzewami, w lesie obok drogi, spoglądaliśmy na nadjeżdżający autobus, myśleliśmy, że po niej przejedzie. Niestety, musiał się zatrzymać. Kierowca wraz z pasażerami-ochotnikami rozbierali tamę. My, widząc wysiadających z autobusu ludzi, odpaliliśmy turbodziecięce doładowanie i co sił w młodych nogach daliśmy dyla w głąb lasu. Nikt nas nigdy nie złapał, a zdarzeń takich co niemiara. Wieczorem po tym wydarzeniu okazało się, że jakimś cudem rodzice się dowiedzieli. Czy mieliśmy kreta w grupie? Do dziś nikt się nie przyznał. Staliśmy z nosami zwieszonymi do podłogi i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Nie wiem, czy dumni z nas byli, czy bardzo wściekli, ale krótko rzecz ujmując, kary srogiej nie było oraz nie dotarło do nas, że tak nie można robić. Toteż kolejne nasze działania były coraz bardziej zbójeckie…

Piękna górka obok drogi wojewódzkiej. Drzewa na tej górce, kawałki wszystkiego, co w lesie może być. Wzniesienie pozwalające na dokonywanie ataków na przejeżdżające pojazdy „wroga”. Organizacyjnie wyglądało to tak:

Jak zwykle o określonej godzinie zbiórka. Najedzeni i napici. Wypoczęci, zwarci i gotowi do działania. Każdy był zobligowany do zebrania jak największej ilości amunicji w postaci szyszek, patyków i innych rarytasów. Ustawialiśmy się w rzędzie naprzeciwko drogi. Nadjeżdżający pojazd i na hasło „Atak!” wszyscy zgodnym ruchem — łup! — w stronę drogi. Nie obeszło się bez ucieczek i gonitw za nami ze strony wściekłych kierowców. Nigdy nikomu nie udało się nas złapać. Zawsze uchodziliśmy cało i bez żadnych kontuzji. Byliśmy dobrze zorganizowani i poukładani. Oczywiście wybryki owe, przez nas popełniane, niepolecane są dziś przeze mnie i, rzecz jasna, potępiane. To takie małe rozgrzeszenie. Po latach.

Koncert

27 sierpnia 1987

To były piękne dni. Słoneczne dni. Młodzi, piękni, pełni entuzjazmu i energii do działań. Wyobraźni i kreatywności. Jak my wtedy się zgadywaliśmy bez telefonów?

Dziś zachodzę w głowę i tego akurat nie pamiętam. Telepatia działała pełną parą.

Rok 1987. Miesiąc sierpień. Dzień miesiąca dwudziesty siódmy. Cudowna pogoda. Blisko naszego drugiego zamieszkiwanego domu. Teren PGR-u. Ogrodzony. Zielony i zadbany. Trawa wykoszona. Zbudowano nam scenę pod fantastyczny koncert gwiazd. Gwiazd wsi Biała. Czyli nas.

My, dzieci z wioski Biała, zorganizowaliśmy się, aby dać moc na cichej wsi. Scena jak ta lala. Mikrofony prowizoryczne — z drewna wydłubane — ale to nic. Kurtyna i solidne wejścia na scenę. Widownia zacna. Nasza. Nasi rodzice, znajomi i ich znajomi. Mnóstwo ludzi przyszło nas oglądać. I nawet tatuś czarną koszulę założył na tę okazję. Daliśmy moc. Śpiewali: Anna Lewińska, Katarzyna Michalska, Anna Grzybowska, Monika Macionga, Karol Lewiński, Tomasz Macionga, Piotr Siatkowski, Paweł Lewiński. Wyjścia na scenę — co kolejne, to bardziej efektowne. Karol z Tomkiem dali czadu: „...chce mi się żreć…” — to był ich hit lat osiemdziesiątych. Wiara szalała i bisy chciała. My raczej niezmęczeni dawaliśmy uciechę naszym rodzinom. Nasz koncert był między innymi po to, aby zebrać żywą gotówkę na nasze szczytne cele. Niestety, dziś nie pamiętam na jakie. Jeden z organizatorów „zbierał na tacę”. Po przeliczeniu zebranych pieniędzy okazało się, że jesteśmy w posiadaniu niezłej sumki.

Po koncercie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. Moja mamusia wręczyła nam książkę ze specjalną dedykacją z okazji tego dnia. Książka wydana przez Naszą Księgarnię w 1972 roku, autor: Adam Bahdaj, tytuł: „Kapelusz za 100 tysięcy”. Treść dedykacji: „Za zajęcie I miejsca w Festiwalu Piosenki Wiejskiej — Biała 1987.08.27”.

Na koniec dnia energii nam nie brakowało i zameldowaliśmy się w garażu Maciongów, w którym to trenowaliśmy tenis stołowy.

Wyprawa na grzyby

Zagubieni w lesie

To były tylko dwa lata na ziemiach białych. Mała mieścinka, wioseczka — można by napisać. Wspaniali koledzy i koleżanki z podwórka — mocno zapamiętani.

Całe dzieciństwo na wsi. Bez galerii handlowej, bez internetu, bez telefonu, bez komputera i można jeszcze wymieniać dalej „bez”…

Wydawałoby się, że bez wielu rzeczy, ale wtedy tych rzeczy nie potrzebowaliśmy.

I dziś zastanawiamy się, jak to wszystko funkcjonowało. Jak widać, daliśmy radę. Można przynajmniej o tym dziś napisać. Po prostu zajmowaliśmy się sobą. Wstawałem rano, nie idąc do szkoły, od razu na dwór i do znajomych. Wycieczki po wsi, zabawy oraz wyprawy poza wieś.

Jak wiadomo było, Tomek był bardzo kreatywny — stał się tak zwanym naszym przywódcą stada i ciągle, ale to ciągle, wpadał na idealny pomysł na projekt. Jeden z projektów nazywał się „wyprawa na grzyby”. Zgadaliśmy się w centrum wsi, na przystanku autobusowym, i z miejsca startowego ruszyliśmy w stronę lasu. Najpierw droga asfaltowa, później droga polna i wejście w głąb lasu. Bez narzędzi, które w przypadku zabłądzenia pomogłyby znaleźć drogę powrotną.

Najstarsza w grupie była osoba, która miała około czternastu lat. Tak więc raczej mało doświadczenia w nas było. Byliśmy bardzo zadowoleni, zbierając grzyby. Przez dłuższy czas nie mieliśmy pojęcia o tym, że w trakcie projektu zagubiliśmy się w środku lasu.

I zaczęło się.

Na początku była panika, strach i niepokój. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie się znajdujemy. Nasza orientacja w terenie zawiodła nas i zwiodła w miejsca nam nieznane.

Cóż mogliśmy zrobić? A mianowicie zgodnym głosem demokracji ruszyliśmy po prostu przed siebie. Błądziliśmy dość długo. Na nasze szczęście nie spotkaliśmy żadnych leśnych zwierząt, które mogłyby nas nieźle urządzić. Po kilku godzinach błądzenia dotarliśmy do „jakiejś” nieznanej nam drogi asfaltowej, po której akurat przejeżdżał inny „grzybiarz”. Od niego to otrzymaliśmy informację odnośnie naszej lokalizacji. Okazało się, że przeszliśmy całkiem niezły kawałek, aby tam właśnie się znaleźć.

Zebrane grzyby raczej nie sprawiły nam wielkiej radości. Bardziej szczęśliwi byliśmy dlatego, że cali i zdrowi trafiliśmy do naszych domów.

Ot, historia. Dziś można po prostu zadzwonić i poprosić o pomoc. Szybciej, łatwiej. Czy lepiej? W kwestii bezpieczeństwa na pewno TAK. W zdobywaniu doświadczenia — można by napisać — NIE.

Telefon stacjonarny

Rozmowa nie kontrolowana

Co tu robić w tak małej wioseczce?

Jak zwykle szybko do znajomych. Dziś znajomi są na fejsie. Wtedy znajomi czekali na podwórku.

Tym razem zawitaliśmy do domu Maciongów. Wtedy to rodzice ich wyjechali i dom był od dorosłych pusty. Pusty, czyli impreza. A raczej nie impreza, a spotkanie młodzieży w celu dokonania rzeczy niedozwolonej. W tym domu znajdował się jedyny telefon stacjonarny we wsi. Komórka kojarzyła się tylko z pomieszczeniem gospodarczym w domu, przy kuchni.

Cała piątka — Monika, Ania, Tomek, Karol i ja — siadała na wygodnej kanapie, przy której do ściany przymocowany był telefon stacjonarny. Tomek bardzo szybko znalazł książkę telefoniczną, z której każdy z nas losowo wybierał numer, pod który dzwoniliśmy.

„Dzień dobry, to ja. Pamiętasz mnie?”

Takimi między innymi słowami zaczynaliśmy rozmowę. Odbierający czasami był zezłoszczony, szybko się rozłączał. Jak również zdarzało się, że prowadziliśmy długie konwersacje z nieznajomą, która to chętnie z nami dyskutowała. Nawet kiedy kilka razy dzwoniliśmy do niej. Jacy my byliśmy uradowani, korzystając z dobroci cywilizacji… Dla nas była to świetna zabawa, a dla rodziców Moniki i Tomka pewnie niezły rachunek. W tamtym okresie korzystanie z telefonów nie było tak tanie jak dziś.

Tenis stołowy

I love ping pong

To był jeden ze sportów, w którym mogłem się rozwinąć. W tenisa stołowego zacząłem grać, mając mniej niż dziesięć lat. Pierwsze podrygi z drewnianą rakietą, piłeczką czeszką i na blacie płyty wiórowej — ustawionej na kołkach drewnianych. Tak jak dziś, wtedy również można było kupić samą siatkę i zestaw rakiet. Piłeczki można było dokupywać, jak pękały. A pękały jedna za drugą. Może raczej druga za pierwszą… Czeszki to były piłeczki… twarde jak kamień. Jak ktoś skiksował i trafiał w oko przeciwnika, to niezła śliwka się tworzyła. Bolało jak diabli. Ale i one bardzo często pękały. Miękkie i bardziej zwinne były piłeczki chińskie. Czasami trafiły się różnego koloru.

Pierwszy stół, na którym grałem, był ustawiony w garażu czy piwnicy u Maciongów. W każdej wolnej chwili graliśmy i trenowaliśmy. Nawet po słynnym koncercie wiejskim do późnej nocy cała zgraja grała w ping-ponga.

Co łączy szkołę podstawową w Przytocku z tenisem stołowym?

Andrzej Grubba, słynny tenisista, jest patronem szkoły w Przytocku, do której uczęszczałem w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

Andrzej Grubba (14 maja 1958 roku — 21 lipca 2005 roku) jest uważany za najlepszego zawodnika w historii polskiego tenisa stołowego.

Zegarek ze wskazówkami

Niechciana fucha

Jednym z obowiązków moich rodziców w pracy w PGR-ze Świerzenko było wypasanie owiec na polanie. Podczas wakacji, kiedy to nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, trafiało mi się zlecenie w postaci pilnowania wełnianych zwierząt, gdy musiały być wypasione podczas pobytu na łące pełnej trawy. Zdarzenie musiało mieć już miejsce po I Komunii Świętej, ponieważ byłem w posiadaniu zegarka. A nawet dwóch. Jeden ze wskazówkami, a drugi elektroniczny. Do procederu został wykorzystany zegarek ze wskazówkami. Wypas owiec miał trwać do godziny piętnastej. Otrzymałem szczegółowe wytyczne, pieska towarzysza, aby nie było mi smutno samemu, oraz wskazano mi miejsce, gdzie zadanie ma być wykonane. Lokalizacja to łąka naprzeciwko pierwszego zamieszkiwanego domu. Mnóstwo świeżej trawy, która szybko zaspokajała głód owieczek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 52.28
drukowana A5
kolorowa
za 71.77