E-book
20.48 14
drukowana A5
36.41
Bezwstydne
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Bezwstydne

Edycja specjalna


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8245-596-0
E-book
za 20.48 14
drukowana A5
za 36.41

b e z w
w s t y
d n e

.

Wszystkie postaci tej książki są wytworem mojej wyobraźni, a ich ewentualne podobieństwo do osób realnie żyjących jest przypadkowe.

.

Ukochane istoty są nieraz piołunowymi kielichami, które trzeba pić z zamkniętymi oczyma.

CHARLES BAUDELAIRE


W każdym z nas jest ktoś kogo nie znamy.

Przemawia do nas w snach i tłumaczy,

że widzi nas zupełnie inaczej, niż my — siebie.

CARL GUSTAV JUNG

.

W starej kamienicy pachnie wilgocią i miłością, smród panoszy się po klatce schodowej, od wejścia goni za szczurem, jedynym mieszkańcem budynku, który z nieludzką ciekawością przygląda się gościom. Nieludzką, obcą, bo człowiek człowieka coraz mniej ciekaw. Latem ten zapach wybucha na podwórze, niesie się przed siebie z otwartymi na oścież drzwiami. Pachnie wilgocią i miłością. Prawdę mówiąc, strachem przed miłością. Strach ten tłumaczy, a może i usprawiedliwia gniew, czasem przemoc, niekiedy sam gwałt. Ze strachem wchodzę, a szukam przemocy. W miłość nie bardzo wierzę, choć ponoć jest. Pewnie zostaje na brudnej klatce, razem ze wstydem. Cierpliwie na mnie zaczekają.

Drzwi nie pamiętam, ale były bodaj z tych starych, poniemieckich. Zdobionych, rozdrapanych wściekłością czasu, malowanych po stokroć i spękanych z bezsilności. Ciemnych, musiały być ciemne, wysokie i ciężkie. Wchodzę bez dzwonka, bez uprzedzenia, ale z zaproszeniem.

Korytarz ciągnie się pod samą łazienkę. Światła są pogaszone, tlą się jedynie słabe lampki choinkowe na krześle z szarym prześcieradłem albo ręcznikiem. Ściany są białe, brudne. Pośrodku stoi nagi mężczyzna ze wzwodem. Niższy ode mnie, ale starszy, szeroki w ramionach, dobrze zbudowany. Gospodarz informuje mnie, że ubrania mogę zostawić tam, gdzie chcę. Ściągam posłusznie spodenki i koszulkę. Podchodzę zaciekawiony do stojącego bez ruchu mężczyzny, a ten rzuca mi się do gardła, jakby spragniony był po kolei mojej śliny, języka i ustępującego lęku. Po prawo jest pokój, w którym palą się świece, z sufitu zwisają dwie podwieszane huśtawki. Takie, które służą penetracjom.

Łazienka gnije zielenią, przypomina szkolną peerelowską toaletę lub wojskową, taką, która z czystością nie budzi skojarzeń. Kuchnia jest mała, wyziębiona. Zimno wpada tu przez otwarte okno, cienkie szyby w białych, drewnianych ramach w strupach starej farby. Okno wygląda na zamknięte ścianami kamienic podwórze z trzepakiem i sznurami, na których schnie pościel. Pościel jest w smutne, sprane kwiaty, miejscami połatana, kołysze się na wietrze. Na środku poszewki z jaśka, kilka piegów po palcach utaplanych w gencjanie.

Na stole stoi litr wódki, stara lodówka buczy. Mężczyzna z przedpokoju ubiera się w pośpiechu, musi uciekać. Marznę, wychylam więc pierwszy kieliszek, drugi i trzeci. Rozmawiam z gospodarzami. Za moment ktoś przyjdzie i zacznie się zabawa. Czekam cierpliwie, a kieliszek goni następny. Słucham przy tym ludzkich problemów późną porą. Przekonany staję się z każdą minutą coraz bardziej, jak mnie nie obchodzą, jak nie dotyczą. Myślami wkradam się już do obcych ludzi, ciałem już węszę za ciepłem ich ciał. Kutas ściśnięty jest czarnym, gumowym pierścieniem.

zakazany owoc

Piekło jest w nas

nie gdzieś o dwa kroki stąd

piekło jest w nas

fatalny w naturze błąd

Piekło jest w nas

nie możesz z niego już dziś

po prostu tak sobie wyjść!

A. obudziła mokra pościel, zalana niespodziewaną gorączką. Otarł stopą o stopę, ale skórę miał chłodną. Ciałem wstrząsał nieprzyjemny dreszcz, głowy tego dnia nie mógł unieść, jakby się kończył. Na stoliku nocnym miał małą, plastikową figurkę Matki Boskiej z wodą święconą; błyszczącą, żylastą, tanią perukę i okulary. Powoli dźwignął się na słabych i trzęsących się rękach. Poleżę jeszcze, skoro tak ma być. Mamrotał w cichym pokoiku sam do siebie. Nigdzie pójść nie musiał, nikogo nie przyjmował. Pewnie w szklance z niedopitą kawą pływa już biała chmurka, watka z pleśni. Jeden mały ruch ręką i wstawiłby ją do zlewu, umył, kiedy jeszcze mógł. Nie ma pośpiechu, szklanki są jeszcze cztery. Cztery czyste, szósta się stłukła jesienią na balkonie. Wychodził tylko na papieroska. Witał się z sąsiadem. Dziadek wcześnie rano wychodził odchwaszczać swój kawałek chodnika. Przepuszczał rowerzystów i kłaniał się nisko. Potem dreptał do kiosku po cztery plasterki kiełbasy i twaróg, czasem setkę. I tak każdego dnia, dopóki nie umarł. Będzie już z pięć lat. Więc A. około pięciu lat nie pije już kawy na balkonie i nie ma tej szóstej szklanki.

Czuł w kościach, że i on umiera, choć nie takiego zakończenia się spodziewał. Oddech miał ciężki i charczący. Zeszłej soboty jeszcze bawił smutnych ludzi, tańczących do smutnych melodii. Noc była szara, a miasto spowite smogiem. Cekinowa suknia wieczorowa z lumpeksu, pachnąca i pamiętająca jeszcze poprzedni ustrój polityczny, opinała jego brzuchal i, jak co piątek i sobotę, profesjonalnie i z pasją, poruszał swoimi wielkimi ustami do słów piosenki puszczonej z playbacku. Z końcem tygodnia A. stawał się E., wyginał swoje masywne ciało w rytmie starych przebojów disco i szalał na parkiecie do ostatniej sztucznej rzęsy, do ostatniej słonej kropli potu, zmywającej pudry i kreski, cienie i emocje.

Tak, jak go Bóg stworzył, jak praojciec i pramatka w jednym, był tutaj dla radości innych. W Boga wierzył, naszło go po pięćdziesiątce, przypomniał sobie. Dla krótkich uśmiechów w ich szarym, zabieganym świecie, próżnym i pustym życiu. Teraz leżał pod szorstkim kocem i patrzył w lustro, lustro w ramie napęczniałej po zalaniu mieszkania. Patrzył tak i wydawało mu się, że coś mu się przytrafiło, że schudł chyba z czterdzieści kilogramów we śnie. Twarz miał bladą, flaki gorące. Miał jeszcze jedno opakowanie flaków w zamrażalniku. Dobrze je doprawi, gdy będzie już po wszystkim i umyje lodówkę wodą z octem. Węch i patrzenie, słuch i myślenie tracił. Przecież dopiero, co obcasy połamał na scenie, oczko w rajstopach łatał w damskim kibelku. I kończył się, finał wyczuwał resztkami świadomości. I to za jakie grzechy? Sypiać, z nikim nie sypiał, bo prowadził się jak należy. Ani z kobietami, ani z mężczyznami. Ani jako A., ani jako E. Na działkę się wybrał za miasto w niedzielę, z haczką się nahakał, zwierząt prawie nie jadał. Tylko te, co najtańsze, najgorsze. Hodował sobie swoje ziemniaczki, plenił grządki, zakasał rękawy. Pracy się nie bał. Kwiatami z niemieckich nasion rozsiał swój mały kawałek ziemi. Drzemał w raju, pod lipą, jak stary poeta.

Wieczorami, w weekendy, jak demon albo wampir hulał po parkiecie, już jako niewiasta i krwi nie wysysał, krew tylko podgrzewał. Jelit cudzych nie penetrował, sodomii się nie dopuszczał, uzupełniał je swoimi występami, przedstawieniami w serotoninę, hormon szczęścia.

Miasto zdziczało, na targu smród ganiał bezpańsko jak dzika świnia po lesie. Ryby i węże gniły pod pierwszym słońcem przesilenia zimowego. Tu maska Uśmiech, tam maska Niepewność krążyły po brudnych uliczkach straganu w poszukiwaniu mięsa. Niebo w jasny dzień ciemne było od chmary nietoperzy. Kocie łby z guano wpisane w architekturę czarnego miasta, w mury i w ziemię. Handel zwierzętami w warunkach nieludzkich.

Leży A. na starym, spierdziałym tapczanie, woła cichutko o pomoc, ale nikt nie słyszy. Mruczy pod nosem i sapie, żali się na diabła. Diabeł go zwiódł na pokuszenie, poprowadził złą drogą. Diabeł się za węża przebrał, wilk w owczej skórze. Zakazany owoc pokazał, zakazanym częstował. Ciałem swoim częstował jak Chrystus, będąc antagonistą Chrystusa. Oto mięso śmierci, zakazany owoc, nie żadne zasrane jabłko czy figa. Wąż kusił E. swoim beznogim ciałkiem, pluł jadem i nagabywał, więc z A. poszło już jak z płatka. Pazerna E. usiadła i wgryzła się w zygzak, A. tylko zapłakał, perukę zdjął, pomadkę zmazał i ułożył się grzecznie do śmierci. Nie był pierwszym, nie ostatnim, którego szatański wirus położył. Przed pożarem w płucach pomyślał jeszcze, że od jutra, w zasadzie, może być już zawsze sobota. Jeszcze zdąży wyprasować swoją sukienkę, wypucować te nowe, czarne pantofelki na cienkim obcasiku. Może rozejrzeć się za nowym kolorem? Może nie, sklepy pozamykane. To nie jest ważne, już nie. O piosence nowej pomyślał… Może by coś zmienił, nowy repertuar.

Historia lubi zataczać koło. A. i E. wygnani z raju. Tu raj ma każde z nich taki, jaki sobie stworzyło, na jaki zapracowało. Drugi raz już ich nikt nie wyrzuci. Tym razem tracą raj na dobre.

możesz

Tym krótkim słowem profesor powitał mnie na naszym, nie pierwszym zresztą, spotkaniu. Wtopił się nadzwyczaj swobodnie w skórzany, ciemny fotel uszak, ten sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna w popielatym garniturze, i świdrował mnie swoimi czerwonymi, styranymi oczami, zaplątanymi gdzieś w ostrych rysach głębokich zmarszczek, plam i cieni. Patrzyłem na niego i próbowałem raz jeszcze odtworzyć słowo, które wypłynęło przed sekundą z jego wciąż nieruchomych warg. Wyraźnie je słyszałem, a jednak miałem wrażenie, że mogło nie paść. Nie mogło przecież z ust tego szanowanego człowieka. Czekał na moją reakcję, a może nie miał pomysłu, jak rozpocząć. I to wydało mi się absurdalne. Jeszcze przez moment mrużył oczy, by nagle spytać, co u mnie. Po prostu. Myślałem, że miał traktować mnie poważnie, nie jak dziecko. Jak dziecko… O jedno słowo za dużo, ale prawdopodobnie, sam tego chciałem.

Pusto. To moja odpowiedź. Moje mieszkanie przeraża mnie ciszą, pustką właśnie, przebywanie tam powoduje fizyczny ból. On to wszystko już wie, jest tak, jak mówię, już mówiłem. Słyszał to nie raz, a ja nie powinienem o tym tyle myśleć. Nie szukam pocieszenia, choć jak mówi, znajdą się tacy, którym będzie się wydawać, że czekam przede wszystkim na nie. Póki co, najbliżsi trzymają się ode mnie z daleka. Nie powiem, żeby było mi z tym źle. Czy to powinno niepokoić? Każe mi zamknąć. Każe mi zamknąć oczy, a ja mówię, że nie chcę. Mieliśmy być poważni. Zgadza się, bym zrobił, jak uważam i nie opuszczał powiek. Mam mu tylko dać znać, że rozumiem zachowanie bliskich, a ja nie potrzebuję kogokolwiek rozumieć, nie obiecywałem tego nikomu. Tej samotności zaradzić mogą tylko inni. Słyszę i nie wierzę. Nie spodziewałbym się po profesorze tak podłego banału. Próbujemy przejść do kwestii mieszkania w ZS. Tego, czy boję się faktycznie pustki czy może obecności. Czy nie przeraża mnie wizja wypełnienia? To nie jest już nasze mieszkanie. To moja klatka. Nie ma nas, nie ma już jej, więc nie ma „naszego”, nie ma „waszego”. Za podniesiony głos otrzymuję pierwsze poważnie srogie spojrzenie, które nieznacznie mnie peszy.

Dlaczego do niego przychodzę? Dla spokoju szefa i wszystkich wokoło. Powiedzmy. Dla siebie, bo szczerze chcę ponownie zacząć żyć. Coraz wolniej, ale brnę. Jak mówią, stanąć na nogi po tym wszystkim, co się wydarzyło. Nie zapomnieć, nie! Tak, jak pan profesor mówił niejednokrotnie, nie mogę tego przekreślić, wymazać z pamięci czy uznać, że już mnie nie dotyczy, wrócić dawny rytm. By choć mniej męczyło. Zagryzam zęby na myśl, że mogę sam siebie tak bezczelnie okłamywać. Może to nie wina tych pustych ścian. Może powinienem coś wyrzucić, zrezygnować z czegoś. Pożegnać się z czymś, co należy do starej historii, dawnego mnie. Wyrzucić. Nie chcę niczego wyrzucać. Podchodzi mnie, choć sam już nie wiem, do czego zmierza. Wyrzucić jedną wspólną zabawkę… to niczego nie zmieni. Myślę o sprzedaniu mieszkania, więc, zdaniem profesora, chcę zakopać wszystko, co wiąże się z naszą historią. Każe opowiedzieć sobie o tych kątach.

Kiedy awansowałem, zaczęliśmy z żoną myśleć o dziecku i większym apartamencie, ale wciąż żyliśmy na osiemdziesięciu metrach kwadratowych, plus czterdzieści tarasu, na szóstym piętrze. Nic nadzwyczajnego, bardziej sterylnie czysta pracownia niż chłodny, modny loft. Drewno na podłodze, duże okna, wyjścia na taras z salonu i z sypialni, dwie łazienki i aneks kuchenny. Kupiłem je, jeszcze zanim poznałem żonę. W porządku, ale jak wygląda mieszkanie, gdy do niego wracam? Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią. Cały czas tam jestem, nie byłem w pracy od trzech miesięcy. Jedzenie w zasadzie zamawiam, nie mam ochoty gotować. Nie mam potrzeby… nie mam dla kogo. Siedzę w salonie, bo jest największy. Czuję się dobrze, gdy mam czym oddychać. W sypialni śpię za zamkniętymi drzwiami. Wcześniej było mi to obojętne. Aż dziw, że o tym mówię. Naprawdę, nie zwracaliśmy na to uwagi. Powinienem pomalować salon. Ściany są w głębokiej szarości. Sypialnia jest biała, jasna.

Profesor śmieje się czasami, że jak nie będzie postępów to ostatecznie zrobimy małą, maleńką lobotomię. Krótkie cięcie. Ciach! i po kłopocie. Bywa, że chichoczemy z tego przez moment, tak że muszka profesora jest mokra niczym śliniak. Bywa, że dumamy nad tym na poważnie. Nie lubię garniturów, ale na spotkania raczej zakładam marynarkę. Szeryf lubi elegancję jak podrzucanie nowych książek swojemu introligatorowi i światło. Gabinet Szeryfa to przede wszystkim trzy wysokie okna.

Jak mijają mi wolne dni w domu? Nie uwierzy pan! Oglądam kreskówki. Nigdy nie miałem na to czasu. Myślałem sobie, jesteś już zbyt poważny. Jesteś poważnym facetem, Mikołaju. To wróci, kiedy będziesz miał syna. Wtedy, po pracy, będziesz mógł… Przerywa mi to nagłe ożywienie i każe mówić w swojej osobie. Ja, pan wybaczy. No tak. Zazwyczaj myślałem, że jeśli coś mi się podoba, muszę się usprawiedliwiać, wytłumaczyć z tego. Pocieszam się trochę, profesorze. To dobre słowo, pocieszam. Prawda? Próbuję przypomnieć sobie te szczęśliwsze dni, beztroskie, ale nie te wspólnie spędzane z żoną… Wcześniejsze. Chyba potrząsam palcem wskazującym, jakby na podłodze gabinetu rozsypały się przypadkiem moje wspomnienia. Te, o te są ciekawe, proszę spojrzeć. A o tamtych lepiej nie mówić. Nie chce do tych wracać. Nie ma lepszych. Chyba nie robię sobie tym krzywdy?

Tylko jaką ostatnio bajkę oglądałem? To intryguje profesora. Jaką bajkę pamiętasz, chciał spytać. Po polikach lecą mi łzy. Znaczy… bardzo dużo ich widziałem. Jedna za drugą lecą, zna pan na pewno każdą. W pracy powiedzieliby, że jestem netflixowym maniakiem. Odpowiedziałbym, że kiedyś nie miałem na to czasu, naprawdę! Ale profesor tego nie łyknął. W bajkach, które oglądam są ludzie czy zwierzęta? Naprawdę oglądałem te kreskówki. Nawet dziś, tuż przed przyjściem. Smutno spoglądam na podłogę, jakbym szukał podpowiedzi. Bo nie pamiętam.

Nie pamiętam. Nie zostawiły w mojej głowie śladu. Drażni mnie kolor ściany, na której wisi telewizor. Może tu mamy problem. Wczoraj spaliłem na tarasie nasz wspólny obraz, który wisiał nad łóżkiem. Nikt nawet nie wezwał policji i straży. Mam kochanych sąsiadów. Co przedstawiał? Zwykły bohomaz… malowany szczęściem. Nie wygłupiam się. Znów się uśmiecham, tak jej wtedy powiedziałem. Malowany szczęściem. Dokładnie tak. Po ciężkim dniu przeprowadzki mojej żony do mnie, chwyciliśmy za farby i zaczęliśmy zamalowywać jej stare płótno. Nie pamiętam dziś, co przedstawiało, ale nie pasowało do… Nie podobało nam się! Tyle pamiętam. Potem kochaliśmy się, nawet odcisnęliśmy nasze ręce, narobiliśmy czerwonych plam: jej pierś, pośladki, moje ramię i pół twarzy. No i ta twarz drażniła mnie najbardziej. Czy obraz przestał pasować do wystroju? Nie wiem. W całym tym porządku, w całej tej surowej prostocie, on mącił mi w głowie najbardziej. Potem wszystko zaczęło się układać. Gdy już spłonął. Tylko, czy to aby na pewno było wczoraj? Chyba tak, powoli układam w głowie każdy najmniejszy i najbardziej jaskrawy obraz, każde wspomnienie. Muszę uporządkować ten bajzel! Tak, jak powiedział mi mój przyjaciel i lekarz, mogę być twórcą wielu różnych obrazów, w końcu jednak wszystko będzie do siebie pasowało, ponieważ jedno ma źródło i jeden początek. Początek we mnie…

Pamiętam i zgadzam się w stu procentach, nic nie muszę.

równowaga

Kopię dół i wiem

Co tu zasadzę

Gdy nastaje bezkrólewie

Nie sposób króla zdradzić

Nie sposób przejść ulicą

I ukrywszy nienawiść rzec

Równowagę łap

Powtarzam sobie przed snem: równowagę łap. Żebym niczego nie pogubił. Siadam w nocy na łóżku i wpatruję się w ciemną, prostokątną plamę na ścianie. Za dnia to zwykłe zdjęcie w drewnianej ramce. W nocy, skupisko moich niespokojnych myśli. Vis-à-vis znajduje się okno na Warszewo, ale nie mam za czym wyglądać. Nie nocą. Mój psychiatra sądzi, że powinniśmy w końcu zająć się latencją mojego snu, podczas gdy mnie bardziej interesuje to, od czego w sen uciekać nie chcę.

Przewracam się i leżę. Wszystko mi jedno, odkąd zostałem sam. Czasami próbuję przełożyć jeden lęk nad inny, żeby usprawiedliwić ból brzucha, drżenie. Nie wolno usprawiedliwiać lęku innymi. Dobrze go znam, za dobrze. Potem wyobrażam sobie, że już śpię i mnie nie ma. Leżę na podłodze. Kaloryfery są pozakręcane, przyjdzie odpokutować w chorobie. Nie mam siły wstać. A może nie jestem aż tak słaby, ale nie widzę powodów, dla których warto byłoby wyjść.

Pamiętam nasz ostatni dzień razem. Myłem jej nogi, w misce z solą, miękką gąbką. Nic nie mówiła. Oddychała spokojnie. Osuszyłem jej stopy szarym ręcznikiem. Gdy skończyłem, poszedłem do kuchni.

Potem umarła.

Nocami wszystkie telewizory świecą na niebiesko. To punkt w salonie, który musiałem dla siebie wyprosić. Kilka różnych odbiorników, najstarsze czarno-białe, które zabrały mi nieco życia, ich naprawa, ich pielęgnacja. Pośrodku wisi osiemdziesięciopięciocalowy gigant, a wokoło prywatne wysypisko telewizorów, wszystkie sprawne, różnokształtne, w tej chwili nieco przykurzone. Najstarsze popiskują cicho i skrzą się, gdy je wyłączam. Lubię patrzeć na świat przez kilka okien. To ciekawe, bo prostsze od otworzenia tych prawdziwych okien, aktualnie także prostsze od wyjścia na taras. Bez dźwięku, tylko ciche mruki, buczenie i zapach ciepłego plastiku. I jestem w piekle. Serce bije mi mocniej.

Twarze polityków i nieme krzyki. Bomba zdetonowana w restauracji. Mrok mojego mieszkania, niebieskie światło. Kobiety na ulicach. O czym mówią? Blondynka z atrapą pistoletu maszynowego Uzi to wrzeszczy coś po francusku, to śmieje się jak szalona. Dama z Uzi. Brunetka mozolnie podnosi koszulkę, którą wcześniej wkopała w spodnie i ścisnęła skórzanym paskiem. Ewidentnie chce pokazać cycki. Udaje jej się. Kamera pokazuje wzruszone emerytki, niemieckie albo francuskie, bijące brawa. Manifest nie trwa jednak długo. Piersiom Francuzki obrywa się wodą z węży strażackich. Kilkoro mężczyzn ubranych jak prostytutki tańczy i śpiewa jak w chórze gospel. Z innego ekranu prosi się o uwagę jakaś disnejowska postać. Zerkam i na nią. To dopiero przygody. Kolejna rocznica pożaru w Katedrze Notre Dame, wciąż brak pomysłu na jej odbudowę, choć pieniądze ponoć dawno kisną na bankowych kontach. Hieny z Króla lwa parskają śmiechem. Zgarbiony ksiądz szarpie się z dziennikarzem, Bóg jeden wie, o co znów afera. Potem sam zgarbiony ucieka, kuśtyka i śmieje się jak hiena. Ostrzały, znów ostrzały, tam, gdzie zawsze. Niepełne ciała pod restauracją, na ulicach miast, w których nigdy nie byłem, w kościołach… olbrzymia część lodowca odrywa się i sunie w ocean. Mój wzrok nieruchomieje i rozmywają się wszelkie obrazy. Znikają wszelkie oznaki zainteresowania. Na czarno-białym ekranie zwiastun Frankensteina.

choroba

Kiedyś zacząłbym pewnie inaczej. Opowiedział trochę o sobie, jak się nazywam, o której godzinie piję pierwszą kawę, czym się zajmuję. Ile tabletek łykam, co wprowadza mnie w dobry nastrój i gotowość do podboju świata. Chciałbym zapomnieć. Każdy kolejny dzień tego tygodnia, o którym opowiem, był osobliwą, wyszukaną męczarnią. To tydzień pełen wrażeń, których w większości nie rozumiałem. Zaczęło się w niedzielę.

Dowiedziałem się, że moje problemy zdrowotne mają związek z brakiem snu. Jak na ironię, poświęciłem swego czasu co najmniej dwa lata z życia na artykuły o szkodliwości marzeń sennych przy ich błędnych interpretacjach. Powiedzmy, że zdążyłem już nawet o tym zapomnieć. Lubię rozmawiać z ludźmi, którym wydaje się, że są w stanie pomóc mi poczuć się lepiej. W gruncie rzeczy, każdy dba o swoje samopoczucie. O swój spokój.

Lubię słowo spokój.

Lubię, ponieważ stanowi dla mnie wyzwanie. Słyszę za oknem krzyk kobiety. Księżyc jest bardzo jasny, odbija się w ramce wiszącej na ścianie. Zabawne, nawet nie zauważyłem, kiedy się pojawił. W sypialni nie mam zegarka, to zbrodnia. Czas intymności i tak zawsze jest ograniczony. Nie mam sześciu lat. Staram się jednak stworzyć pozory, nie być tym, który ogranicza w jakikolwiek sposób. Wpuścić (myśli, ciała) i cieszyć się (je) chwilą. Sypialnia jest miejscem chwil. Tych dobrych i tych przykrych.

Zazwyczaj w niedzielę sprawdzałem mail do godziny piątej, potem myślałem już tylko o tym, co następnego dnia będzie najważniejsze (w pracy, w lodówce, w markecie). Czuję jej brak… jeszcze do mnie wraca. Biorę prysznic i dotykam swoje stopy, tak jak dotykałem jej. To nie do końca fair. Nie muszę się z tego tłumaczyć. Zapominam, że pora już wyjść, zakręcić wodę i położyć się spać. Nie jem kolacji. Tracę apetyt, czasem nie mam na to czasu, bo gonię się z myślami. Zaczynam martwić się o to, co będzie. O przyszłość. Bezsenność i strach z łatwością zadomawiają się w ludzkim organizmie. To lokum na samo zło. Siedlisko choroby, a może przytułek.

Leżę na podłodze, moja skóra jest mokra po długim prysznicu, paruje. Myślę sobie, teraz jestem jak ziemia. Ziemia, na której wyrasta chwast. Ziemia, na której zbudowałem dom. Wpuściłem do niego wrogów. Gotowy jestem na to, co ze sobą przyniosą. Zaczynam słabnąć. Serce przyspiesza, płuca pieką, łzy… nie panuję nad tym.

Wiedziałem doskonale, że na jakiś czas zniknę. Nie będę się z nikim widywał, poza odbiciem bladej twarzy w lustrze. Nie lubię swojej twarzy, a mimo to, nie chcę o niej zapomnieć. Nie będę chodził do pracy, nie będę myślał i chodził, ponieważ zajęty będę czymś innym.

Chorobą.

Nie lubię słowa choroba.

Nigdy nie pojmowałem, jak można prosić się o czyjąś miłość. Wyskoczyć nagle z roznegliżowanymi uczuciami, a potem płakać w kącie z powodu własnych iluzji. Zwierzyć się i oczekiwać, że na to właśnie czekaliśmy. Odtrącałem wszystko, co dostawałem na tacy, choć nigdy nie było to dla mnie łatwe. Spytasz, co? Zgoda na przyznanie się, że o tym myślę, albo że na kimkolwiek mi zależy. Nigdy nie zrobiłem pierwszego kroku (nie musiałem). Powinienem podziwiać tę ich odwagę. Nie pytałem, nie precyzowałem swoich potrzeb i pragnień.

Od czasu do czasu pojawia się w naszym życiu ktoś, kto chciałby stać się jego częścią. Najpierw musi oswoić się z każdą z naszych połówek. Poskładać je. Szukać luki i miejsca dla siebie. Ja bym się w to nie bawił. Można patrzeć latami w jedne oczy. Można nigdy oczu nie otwierać.

Małżeństwo zmieniło wszystko. Nagle okazało się, że moja złota klatka pęka, a w jej miejscu miała pojawić się nowa, jeszcze ciaśniejsza. Mówili, kochaj. Powtarzałem więc, kocham. Powtarzałem tak długo, aż zapomniałem o złotej klatce, aż uwierzyłem w to, co mówię. Zapominałem o każdym swoim problemie, jak łatwo przychodziło nam rozwiązywać każdy nowy wspólnie. Jak łatwo przyszło się zaprzyjaźnić. Wtedy też pojawił się lęk. Strach przed popsuciem wszystkiego, nieuszanowaniem. Zacząłem winić się szybciej niżbym zdążył napsocić. Nic się nie działo i z każdym kolejnym dniem i miesiącem, byłem po cichutku i skrycie wdzięczny. Wdzięczny za to, że nie mam już luk. Nie wycieka ze mnie życie. Nowe się rodzi. Z każdym dniem pełniejsze, spokojniejsze.

Kiedy powiedziała mi, że będziemy mieli dziecko… tylko, że potem umarła.

Oboje ode mnie odeszli.

galaktyka

Miasto trawi choroba. Zalęgła się swego czasu na dobre. Strach, jak ministranci na kolędzie, zadzwonił do bram miasta przed duchownym i namieszał w głowach mieszkańców. Uprzedził, wiedzieliśmy, byliśmy gotowi. Gotowi. Pokój temu domowi. Dom ten płonie. Ludzie znikają, stają się kolejno nowymi gwiazdami. Wybuchają gdzieś daleko, dawno, naturalnie. Przestają mieścić się w moim rozumowaniu, moim odnotowywaniu świata i rzeczywistości, znikają mi z pola widzenia, nigdy nie przekraczają jego granic lub rodzą się w odleglejszych galaktykach.

Choroba trawi miasto. Pasożyt szuka nośnika, życie szuka przestrzeni, dobiera się do mięsa, bez sentymentów. Wirus nie ma pamięci, wspomnień, nie kocha. W całej swej niezwykłości nawet nie nienawidzi. Po prostu jest i rośnie. Nie rośnie jak chleb w piecu, rośnie jak strach. Mimo to, nie żywi się strachem, nie żywi się smutkiem. Jest. Chcąc nie chcąc. Grabi część historii. Nie swojej…

Wysiadka na pętli tramwajowej. Motorniczy spogląda na mnie i pyta, na co czekam, że skończył, wysiada i idzie do domu. Wychodzi nie zamykając za sobą drzwi. Powoli opuszczam tramwaj numer dwa. Idę obok opuszczonych, bezludnych budynków, pełnych bladych nazw, reklam, wypłukanych kwaśnym deszczem. Chodnik jest długi i mokry, kończy się dwadzieścia minut drogi od przystanku, przechodzi w gładką, leśną drogę. Po niej sumie żmija, zatrzymuje się na moment zainteresowana mną i kontynuuje swoją podróż równie spokojnie, co przedtem. Między drzewami widzę stary stojący zegar ze złotym wahadłem, zostawiony między jeżynami i wysokimi sosnami. Dwieście metrów dalej ciągnie się autostrada. Słyszę jej głuchy szum. Zegar wygląda smutnie, stoi, gnije. Dalej leżą kolorowe flaszki po alkoholu, i drewniany kufer, podchodzę do niego, ale rozmięknięty rozpływa się w moich dłoniach. Na miękkimi, mokrym obiciu leży podrdzewiały nóż. Chowam go w kieszeń. Rękojeść wykonano z rogu, jest zimna, pasuje do mojej prawej dłoni. Słyszę szum rzeki, wody wypadającej z młyńskiego koła. Czuję zapach gnoju.

Na moście słychać już tylko wodę i wiatr, jego niespokojne podmuchy. Niebo jest popielate, chmury kłębiaste. Widzę spalony kościółek, którego miedziana kopuła, dziś zielonkawa, pękła na pół. Wygląda jak złamane, odwrócone serce. Sędziwy mężczyzna stoi i spogląda na odymione mury. Był tam kiedyś księdzem, teraz wbija laskę głębiej w ziemię, żeby nie upaść. Nie widzę jego twarzy, zaraz zabierze się i wróci do miasteczka. Idę w tamtym kierunku. Pod jarzębiną stoi moździerz, i śpi stara styrana gęś. Nad jej łbem widzę połamane drzewa. Cienkie, choć musiały być wysokie. Wyglądają teraz jak szubienice. Wszystkie wyłamane w stronę miasta. Pierwsza gospoda, pierwszy budynek, a obok kula śniegu z niedokończonego bałwana. Kula trzyma się dobrze w ten chłodny dzień. Ktoś wbił w nią dwie ryby. Dzieci porozrzucały kręgle, kot drzemie na starym wozie, a na grubym łańcuchu nie ma żadnej psiej głowy. Na szarej betonowej ścianie gospody wisi miecz, przy wejściu leży klata, na której stoi bocian. Słyszę ludzki śpiew, garstkę ludzi ubranych na czarno i czterech mężczyzn niosących trumnę. Podchodzę do zapłakanej kobiety i wyciągam z jej bukietu jeden tulipan. Podbiegam do trumny i podrzucam kwiatek na jej deko. Ciemnoskóry mężczyzna spogląda nam mnie, daję mu woreczek z pieniędzmi. Wrzuci je do dołu. Słychać strzały w lesie, widzę niedźwiedzia i grzmot przecinający niebo. Wokół dołu krążą chrabąszcze, niektóre jak pijane wpadają do środka. Spuszczają trumnę, a ja wycofuję się.

Podobnie jak ten mężczyzna, który w drodze powrotnej do domu gubi kapelusz. Podnoszę go i wolniej idę w jego stronę. Nie krzyczę. Kapelusz na metkę z krzakiem róży. W domu mężczyzny jest stary kaflowy piec, teraz chłodny, nierozpalony. Pracuje jako stróż. Zbiera ze stołu naczynia kuchenne, byśmy mogli wypić. Pytam więc, kto odszedł i wychylam jedną czwartą szklaneczki wódki. Odpowiada, że nie ma pojęcia, LOL. Przy czym to jego lol jest tak beznamiętne, choć donośne. Dawno się musiał do niego przyzwyczaić. Mógł tam wstawić Jezusa, ale dopiero co wrócił z cmentarza. Na brązowej ceramicznej popielnicy jest wielbłąd, na jednym z trzech krzeseł przy okrągłym stole leży wiklinowy koszyk. Na starym, śmierdzącym wilgocią kredensie mała łódka. I obrazek na ścianie. Kobieta na obrazku to młóci to ora pole. W kuchni pachnie gotowaną kapustą. Człowieka nie znał, ale i sam tutaj mieszka. Jak umrze, przybłąka się ktoś taki jak on i do niego. Wierzy w to.

Wyciąga zeszyt z wezyrem na okładce, przykłada do kartek żelazko i po chwili pokazuje mi wyprasowanego żuczka. Narzeka na miasto, na brak grzybów. Mówię mu, że nie jadłbym grzybów, które rosną tak blisko drogi. Za oknem beczy koziołek. Mężczyzna pokazuje mi swój mundur. Potem fotografię syna, który gdzieś tam jest dziś biskupem. Mówię mu, że nie ma już takich funkcji. Nie protestuje. Podchodzi do beczki wina, przywołuje swojego psa i uśmiechnięty wlewa mi do szklanki brunatnej cieczy.

— Pies to pies, mówię na niego Piksel. Wiem, że wygląda jakby piorun pierdolnął w rabarbar, ale za nic nie da się ogolić czy wykąpać.

— Idzie wyczuć — odpowiadam najbardziej życzliwym tonem, na jaki mnie stać i uśmiecham się do Piksela.

Za oknem z małej stajenki wystaje koński zad, o ścianę oparte jest biczysko, wiatr kołysze wiszącymi sierpami. Pies Piksel zabawia się naparstkiem.

— Dzwon słyszę, a kościół przecież spalony. Czy…

— Dzwoni, niech dzwoni, nikomu nie przeszkadza.

— A w nocy, jak dzwoni? Spać pan może?

Nie odpowiada. Podchodzi do szafy, otwiera ją, ale jest pusta, nie ma pleców, tylko ściana i dziura z widokiem na ogród. Znika i wraca z dwiema cytrynami. Zapala naftową lampę nad moją głową, mówi, że teraz wyglądam. Zwierzam mu się, że nadal mam przed oczami trumnę. Ten prowadzi mnie do stodoły, bo ma tam stół bilardowy. Pojawiają się już pierwsze gwiazdy na niebie. Mogę przenocować w namiocie, ale jest stary i śmierdzący, w środku coś żyje; albo w dziecięcym łóżeczku. Zostało mu po synu.

— Patrz, wieśniak drze mordę. Zamknij tego ryja!

Nie patrzę. Wchodzę do domu ponownie. W starym dziecięcym pokoiku stoi na parapecie mała armatka. W łóżku z pościelą zaplamioną moczem leży z tuzin dyń i melonów.

— Tylko trzeba to na fotel.

Potykam się przestępując próg, upadam, ale nie robi to na domowniku żadnego wrażenia. Przy okazji zbieram polikiem centymetry kurzu. Pod łóżkiem zauważam skrzypce i kilka ślimaków, obcęgi i wyschnięte kiszki na pasztet. Leżą tam jak pogubione skarpetki. W kuchni wystraszona stoi owca, a mężczyzna chwali się swoimi orderami, nie słucham o jego zasługach. Potem chwali się więzienną przeszłością i tym, jak potrafił tańczyć.

Znów zerka przez okno i oblizuje wargi.

— Pa na wieśniaczkę, patrz. Pielęgniarka, zastrzyki mi robi strzykawką.

Nie patrzę, przyglądam się świecznikowi zawieszonemu pod sufitem, jego ręcznym zdobieniom. Podobny miałem w domku w górach.

— A tego to może pan znasz. To rzeźnik. Pozna go pan po zapachu krwi.

Nie poznam. Wracamy do stołu, wyciąga ser szwajcarski i jaja ugotowane rano. Do gospody wpada zająć, ale szybko się wycofuje. Przegryzam kawałek sera, zagryzam jajem i wypijam szklaneczkę wina. Żegnam się.

— Nie ma wyjścia, wyjść musi każdy.

Nie komentuję.

Dalej są koszary, mijam po drodze listonosza. Pytam, czy dobre wiadomości niesie. Prycha i klnie pod nosem. Coś wielkiego, głośnego i szybkiego przelatuje mi nad głową, nad drzewami, w stronę miasta. Koło studni siedzi kobieta, w jednej ręce trzyma książkę, pod pachą parasolkę, a drugą ręką drażni ząb. Ten wyskakuje jej z dziąsła i krew tryska na kartki. Mężczyzna o koślawym spojrzeniu wygląda z starej chatki, wyciąga pochodnię i wciska ją przed domem. Do niego należą sanie, którymi zimą robi kulig. Jego jest też konewka na parapecie, firanka i chleb pachnący, owinięty w papier. Świnia i susząca się marynarka. Jego jest też stadko hien i złote monety poukładane równo pod krzyżem. Jego jest waga na wycieraczce, drabiniasty wóz i drewniany skopiec, do którego nasrał i który zostawił pod piecem w kuchni. Do niego należy murarz, który kończy trzecią ścianę, dziadek do orzechów z powyłamywanymi zębami i siekierka, którą murarz obiecał rozłupać mu łeb. Nie pierwszy raz.

W plecach murarza są strzały i gwoździe. W jego kombinezonie brakuje guzików, przez co stąd i zowąd wyskakują mu ciemne, tłuste włosiska. Wiatr dudni jak pocztowa trąbka. Dziewczyna z książką zaczyna łapczywie pożerać winogrona. Jeden za drugim. Woła do mężczyzny, by zdjął buty z parapetu. Ten jej odpowiada, że suszą się nad kuchenką. Wychodzi z fajką, w okularach, z kuflem piwa. Zostawiam ich i idę dalej. Zza drzew ktoś śledzi moje ruchy. Po ubraniu rozpoznaję zakonnika. Śledzi mnie ze szczotką w ręce, raz trzymając, raz pocierając krocze. Na plecach habitu ma chorągiew kościelną z barankiem. Z kieszeni wystaje mu głowa szmacianej lalki. Na dłonie naciągnął stare, pasiaste pończochy, nad głową ma wieżę widokową. Zauważa żebraka pod topolą i rzuca się na niego. Żebrak był kiedyś cieślą. Potem grywał na bębnie. Nie zerkam już przez ramię, co tam się z nimi dzieje. Znów hałas tnie niebo, widać spadającą gwiazdę i czuć dym. Znowu słychać strzelbę w lesie. Zakładam maskę karnawałową, ciągnę się już jak wół, zmęczony. Słyszę świst orlich skrzydeł. Zabieram z drogi roztrzaskaną latarenkę. Znów mijam kufer. Widzę w oddali okręty na Odrze. Znajduję stogi łyżeczek.

Jeszcze jeden domek, zadbany, świeżo odmalowany, a na jego schodach siedzi staruszka. Karmi wielkie czarne ptaszyska. Z uszu zwisają jej dwie złote kotwice. U dołu schodów stoi waza, spod fartucha wyskakują jej trzy koguty. Wstaje po piętnastu minutach, a ja cofam się i kryję za krzakiem. Ta wyjmuje z kieszeni gruszkę, kilka listów i karty do gry. Kuleje. Ściąga z siebie ubranie, zostawia na schodach i zapałkami odpala fajkę. Naga, niezziębnięta wchodzi do rzeki. Nad jej głową krążą wielkie pojazdy, swobodnie lewitujące w chłodnym powietrzu. Błyszczą na czerwono. Oświetlają jej starą, pomarszczoną twarz, która teraz wygląda jak ostatnia czereśnia w kompocie. Wychodzi z wody po jakichś dziesięciu minutach, z krocza zwisa jej rak. W fartuchu ma brzytwę, pozbywa się intruza. Po schodach wysypują się drobne. Jest blada jak duch, widmo albo śmietanowy tort. W ogrodzie, za spróchniałym płotem ma pszczele ule, ale dawno w nich nikt nie mieszka. Życie z nich zniknęło. Zauważam wilka wgryzającego się w dorodne szerszenie, półbuty ze skóry wiszące na drewnianych palach i dwóch bagnetach. Potem babka drażni zauważonego jelenia. Podbiega do niego i pluje, podbiega i wyzywa, potem ucieka do domu. Zapala światło pstryczkiem, wyciąga chińczyka i wciąga się w grę. Sama z sobą. Gestykuluje przy tym i macha ręką, jakby chciała spoliczkować czyjąś niewidoczną twarz przed sobą. Znika na moment, ale nie gasi światła. Wraca z łopatą i wygraża się do niewidzialnego gościa. Potem lata po pokoju z miechem i wypuszcza świeże powietrze.

Zainteresowany małą szopką przy fotelu na podwórku, wchodzę do środka i przeglądam niewysokie półeczki w ciasnej obudowie czterech czarnych ścian. Są tutaj lekarstwa, książeczki z wpisem chorób i szkicem śmierci. I młynek do pieprzu, zardzewiałe ostrogi, piesek do butów, jedna kura siedząca na jaju i małe okienko z widokiem na las. Fragment kołyski, słoiki z ogórkami, figurka diabełka i włosy harfy. Na ziemi leży młot z zakrzepłą dawno krwią.

Obok jest wieś, o której słyszałem tylko, że raz uciekł z niej żółw i nikt nie był w stanie go złapać. Tam też, na wielkich polach wybudowano fabrykę kół. Mija czterdzieści pięć minut nim dochodzę do wsi. Dwie młode dziewczyny całują się, jedna trzyma walizkę, druga jest w laczkach, zaciska w pięści kłódkę. Mały chłopiec modli się na schodkach, bo jego ojciec nad drzwiami wywiesił święty obrazek.

— A kto to jest? — pytam.

— Kto?

— Ten na obrazku. Do kogo się modlisz?

— Nie mydlę niczego. Kucam, bo myślę. Boli mnie głowa. A jak tak klęczę to bolą mnie kolana i głowa mniej mnie męczy.

— Rozumiem. Ściągnij tę śmieszną kapuzę to może mniej cię będzie głowa męczyć.

Nie ściąga. Pytam jeszcze czy mogę zejść do piwnicy. Widzę jak z okienka u dołu wysokiego domu, takiego, w którym są służące i porcelanowe imbryczki, tli się światełko. Zaprasza, a ja wyciągam swoje kości do gry i wciskam mu jedną w dłoń. W piwnicy pachnie grobową ziemią i panuje tu obiecana cisza. Na jednej z nieotynkowanych ścian wiszą brony.

— Wiesz, zawsze z niepokojem zerkam na brony — zwierzam się.

Dotykam ich ostrych języczków.

— Kiedyś spadły i tak straciłem brata.

— No widzisz, no właśnie. Tego się obawiałem całe życie.

— Pan też ma gospodarstwo.

— Nie wygłupiaj się. Piękny świecznik.

— Babciny.

— I kosa…

— Dziadka.

Chowam do kieszeni grzebień. Słoniowymi krokami wracamy na podwórko. Czuję jak obolałe mięśnie odpuszczają sobie powoli wędrówkę. Młody opowiada mi bajkę, chcę się nią pochwalić. Pamięcią. Nie słucham go, patrzę na grabie, w które wbiły się liście i jasne włosy. Słyszę „berło” i „karzeł”, ale treść bajki do mnie nie dociera. Potem „podkowa” i „cyrkiel”, ale ja już idę przed siebie i młody rzuca rozpaczliwym „niech cię krowa pogoni, stary skurwysynie”. Jaki ja stary?

Na piętrze, z oddali widzę kobietę w chińskim gorsecie. Mąż delikatnie przyciska jej głowę do szyby, a pośladki smaga sianem ze snopków. Przed uchylone okno słychać stukanie, stukanie jak młotem o kowadło. Dwie świece wypadają spod sufitu, wosk musi tryskać po ich nagich stopach, bo podskakują, ale nie zatrzymują się. Kobieta ma na piersiach tatuaże — dwa klucze. Jej mąż jest suchy jak drzewo, zerka na zegarek, strąca jej kolczyk, a ta jęczy jakby dźgał ją szpilką. Popiskuje. Do akcji wkracza staruszka, która kąpała się jak czereśnia w rzece, czerwona na twarzy od tych dziwnych pojazdów na niebie. Wpada bez pukania do pokoju kochanków, z rogalami w koszyku, kwiatami i dwoma kielichami. Wszystko to spada na drewnianą podłogę, a staruszka, zza pazuchy wyciąga ręczną piłkę do cięcia. Obracam się i wracam. W płaszczu mam kawałek płótna, skradziony grzebień, jakieś cudze koronki i wstążki. Mijam jakiś pomnik, który obrósł bluszcz, mijam półkulistą lepiankę przy polu, zupełnie zarośniętą, wygląda jak krzaczasty kopiec kreta. Uważam, by tu się nie pośliznąć. Droga tej nie mogę zaufać. Przysiadam na leśnym stołeczku i zerkam na dwie kuropatwy. Ostatnie dźwięki tej nocy to dźwięki kolei. Ostatnie tak wyraźne światła tej nocy to iluminacja drzewna, jasność, którą rysuje wielki księżyc.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48 14
drukowana A5
za 36.41