E-book
25.94 18
drukowana A5
39.47
drukowana A5
Kolorowa
67.2
Bezładne
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Bezładne


Objętość:
250 str.
ISBN:
978-83-8189-885-0
E-book
za 25.94 18
drukowana A5
za 39.47
drukowana A5
Kolorowa
za 67.2

b e Z
ł A d
n e

.

Człowiek zyskuje wolność, gdy uwolni się od swego otoczenia. Tylko tak może zyskać jednostkowość. Krok ten musi jednak przypłacić szaleństwem. Ceną za wolność jest obłęd.


SLAVOJ ŽIŽEK

.

Mieliście jakieś życie. Były takie chwile, kiedy mieliście jakieś życie. Z pewnością nie pamiętacie tego bardzo dobrze, ale fotografie to potwierdzają.


MICHEL HOUELLEBECQ

.

Dedykuję babci Henryce Kracie.


Książkę tę dedykuję także tym kobietom i mężczyznom, których już z nami nie ma, a byli częścią naszej małej historii. Czasem spojrzenie potrafi wychowywać, rozmowa leczyć, a zwykłe dzień dobry, otwierać drzwi. Dla tych, za którymi tęsknimy.

.

co, jeśli drzewo, zamiast gałęziami sięgać gwiazd, myli gałęzie ze swoimi korzeniami

co, jeśli gałąź myśli, że jest korzeniem i zamiast pnąć się ku niebu, pogrąża się w smutku,

przestaje szukać wolności, zapomina kim była

dziecko w domowej biblioteczce

Na pomalowanej białą farbą desce stoją ciasno poupychane książki. Zdążyłem już znaleźć dla nich miejsce, poukładałem je najpierw w głowie. Ciągną się z lewa do prawa i wracają z powrotem za moim wzrokiem. Dają swojemu właścicielowi ułudę nieskończoności, mamią człowieka i odurzają niczym eliksir nieśmiertelności. Gęstnieją u dołu, tam, gdzie grawitacja nie szkodzi półkom. Podpierają tę najniższą i pną się po ciemnej, turkusowej ścianie. Tutaj leży moja ulubiona powieść, ma już przeszło czterdzieści lat, powstała zanim pojawiłem się na świecie, odkryłem ją późno, może jako jedenastolatek. Jest dla mnie ważna. Obok są ulubieni autorzy, cała garstka, tylko moi. I oni są tutaj nieprzypadkowo. Już dawno zakurzeni, od czasu do czasu tylko przekartkowywani. Po co? Dla nieśmiertelności, jak już wspominałem. Czyjej nieśmiertelności? Naszej, wspólnej.

Dla dobra obu stron.

Z każdym rokiem, im bardziej rozrasta się moja domowa biblioteczka, maleję. Człowiek przed regałami kurczy się, ale nie znika. To niemożliwe. Kurczę się do rozmiaru dziecka, nie bardziej. I znów wracam do znanego, do znanych. Postaci, które wymyślono, miejsc, których na oczy nie widziałem, ludzi, tak bliskich, choć z papieru; wracam do ich autorów, myśli. Znów jestem sobą, tyle że mniejszym, bardziej naiwnym, ale bezpiecznym. Beztroskim i niezniszczalnym. Mogę zacząć od początku, tylko po co. Wszystko już wiem. Udaję więc, że jestem w domu, a zamiast zabawki, wybieram książkę. Siedzę na starej poduszce przed swoim regałem i chłonę jego zapach, jego barwną postać. Nikt mi nie przeszkadza, nie wtrąca się, nie muszę niczego sprzątać, ani układać. Mogę patrzeć, wybrać i pożreć, literka po literce.

Kiedy wyjeżdżam, tęsknię. Tęsknię za swoim spokojem i porządkiem. Za tym, co robiło na mnie wrażenie, kiedy byłem małym chłopcem. Tyle, że książka cierpliwie czeka. Każda po kolei jak wierna suka w przedpokoju. Książki znają bowiem tę ludzką słabość, znają ją doskonale. Karmią nas, uzależniają. Dają nam cudze, odbierają nasze. Znają nas doskonale.

A my cieszymy się za każdym razem jak dzieci. A to z nowej okładki, a to z milusińskiego grzbietu. Cieszą nas najdrobniejsze cząstki elementarne układu domowej biblioteczki. Zakładka z cudzą myślą w cudzysłowie, czcionka, ach! jaką nam sprawia przyjemność, papier. Szorstki, gładki, z wypukłościami, bez znaczenia jaki. Suniesz ręką po papierze, jakbyś układał nowy kod Braille’a, język służący do opisu waszej intymnej relacji. Człowieka z książką. Dziecka w bibliotece.

One wciąż tutaj są, jak przed laty. Może nieco pożółkły, może tusz gdzieniegdzie poblakł, pojawiły się plamy, plamki, fałdy po zalaniu i krew z palca rozciętego świeżutką kartką… piegi po farbie na grzbiecie. Książka pamięta przecież i twoją niezdarność podczas najmniejszych nawet zmian na ścianach. Wydawało ci się, że dasz radę, machałeś pędzlem jak wariat, zachlapując książki. Decyzja o zmianie koloru ścian nie jest jedynie kwestią gustu. Bywa deklaracją, a niekiedy i diagnozą naszego wnętrza. Teraz, gdzieniegdzie zobaczysz, jak zmieniało się twoje miejsce do życia.

Stoisz jak dziecko przed regałami.

Stoję albo siedzę przed swoją domową biblioteczką. Przede mną moja mała historia, nic nie znacząca dla świata. Historia człowieka bez historii. Kurczę się, na powrót staję się smarkaczem. Tym, który już wie, ale wtedy jeszcze niewiele wiedział. Chwytam za pierwszą książkę, która zrobiła na mnie wrażenie. Zaczynam od początku, bo mogę. Zawsze mogę.

Zaczynam, więc będę żył wiecznie.

.

Pewnie wiele dobrych chwil mi uleciało, inne w jakiś sposób pominąłem. Pisarz nie zawsze rozumie, czemu na jedno przystaje, a czemu inne odrzuca. Bezładne to wszystko to, z czego się składam(y). To będzie ładna rzecz.

bobasi ryk za obecnością

Pamiętasz? Ten pierwszy raz. Pierwszy raz, kiedy odnotowałeś w głowie, że coś tu jest nie tak, kiedy cokolwiek udało ci się zapamiętać, uznać za istotne. Wspomnienie, to najwcześniejsze. Mam takie jedno, jest moje i tylko moje. Nikt nie musiał mi o nim mówić, opowiadać czy przypominać, a mały byłem na tyle, że spałem jeszcze w łóżeczku ze szczebelkami (z drewna, niemalowanymi), a duży zaś na tyle, że gdy już się obudziłem, potrafiłem się dźwignąć, chwycić solidnie szczebli i stanąć. Potem wyć, płakać, wołać… Kogo wołać? Jak wołać? MAMA! I sekundę potem już była, tłumacząc się z tego, skąd wróciła, co robiła, dlaczego zostawiła. To wszystko, nie pamiętam, co było potem. Wiem, w którym pokoju się wydarzyło, długie lata był moim pokojem. Mam więc wspomnienie i szczere przeczucie, że wszystko, co było przed i po nim, nie było zbyt istotne.

Bardzo rzadko bywam zupełnie sam, zawsze z własnej woli. Często chciałbym być sam. Zawsze byłem z ludźmi, a ci co pewien czas się wymieniali, niespecjalnie wiedząc o tych ruchach, zmianie pozycji. Pojawiali się na moment, by później ustąpić miejsca następnym. Życie przypomina pracę w fabryce, pracę na produkcji. Pierwsza zmiana, druga zmiana, nocka, powiedzmy trójbrygadówka. Chodzenie do pracy to po prostu życie, trwanie. Chodzisz, bo musisz. Wiesz o tym, prawda? Inni przychodzą, bo też muszą, na swój sposób. Najpierw jesteś na swojej zmianie, ale bywa i tak, że dochodzi do nieporozumień i zmuszony jesteś zmienić grupę. Niezmienne pozostają wykonywane czynności. Jednakże, wymiana rąk odbywa się rzadko bezboleśnie.

Ręce do pracy, a gąski, gąski do domu!

Bobas wyje za obecnością lub mlekiem. Potrzebuje uwagi drugiego człowieka. To bobasi ryk za obecnością z jej pełnym wachlarzem atrakcji. To także kolorowe, głośne i świecące zabawki. Wcześniej tak o tym nie myślałem, nawet gdy grzebałem w głowie, aby wyciągnąć, odnaleźć coś starego, zaskakującego — nowego dla mnie. Zmieniło się to, gdy moja siostra urodziła córkę. Opowiem ci o tym trochę, a później wrócę do tego, czemu uważam, że obecność ma dla bobasa znaczenie. Oczywiście, możesz się tutaj uśmiechnąć, nie musisz być kobietą (choć możesz, nie mam nic przeciwko), uznając to za naiwne, ale jako obserwator (od lat najmłodszych) traktuję to jak lekcję. Zanim więc o obecności, a więc konkluzji tej lekcji, najpierw o mojej chrześnicy.

M. urodziła się osiemnastego września dwa tysiące trzynastego roku, w środę. Było to więc niedawno. Tego dnia Słońce wstało o szóstej czternaście, a zaszło kwadrans przed dziewiętnastą. To zodiakalna Panna, co by się nawet zgadzało. Mój ojciec widział ją jako pierwszy. Wzruszony poinformował nas, że nigdy wcześniej nie widział piękniejszego dziecka. Nie przesadził. Dzieci moja siostra ma śliczne i mądre (kilka lat później urodziła syna). Jak na swój wiek, wykazują się podejrzaną błyskotliwością. Nie powtarzają wulgaryzmów, zaskakują słowami, ich doborem, a poza tym, zachowują się jak swoi rówieśnicy. Odwiedzaliśmy nasze dziewczyny po kolei, na koniec pierwszego po narodzinach tygodnia, zaraz po pracy. Z Niemiec mamy około czterech godzin drogi. Większym zaskoczeniem były dla mnie kolejne miesiące życia mojej chrześnicy, lata. To, jak zamiast zabawek, które automatycznie powodowały na jej twarzy uśmiech, potrzebowała obecności. Nie zajęło mi wiele czasu, by do tego tematu wrócić. Marny ze mnie gawędziarz. A może z tego wszystkiego, co błahe w swej atrakcyjności — świecące dzięki bateriom, grające melodie znane, ale niekoniecznie pełne słów — największe zainteresowanie u tej dziewczynki budził fakt, że wszyscy wokół, ciężko na to pracujący, nie bawią się z nią, rzeczy te nie robią na nich wrażenia. Po co więc poświęcać im czas? Ludzie dorośli są ciekawsi niż miękki miś i pierwszy prowizoryczny tablet z ekranem w postaci naklejki i przyciskami z łbami zwierząt, wydający kwiki, rżenia, wycia, miauczenia, szczekania, gdakania, piania czy inne muczenia. Nie do końca chodziło też o zabawę, raczej o samą obecność i uwagę. A za nie obdarowywała nas najcudowniejszym uśmiechem, pełnym wdzięczności i miłości. Czy to nie piękne?

.

Droga jest długa i prowadzi pod górkę. Przeważnie pusta, niewiele samochodów tamtędy jeździ. Po prawej stronie są tory i bezludne stare domy z czerwonej cegły, wysiadam z jednego z pociągów. Przyjechał ze mną po dobrej stronie. Niebo jest czarne, pełne gwiazd. Jedna z nich świeci wyjątkowo jasno. Po lewej stronie jest warsztat samochodowy, w którym praca zaczyna się rankiem, przed szóstą, każdego dnia.


Dziś, tuż przed trzydziestymi urodzinami, idąc pod gołym niebem, szczególnie nocą, gdy muszę iść, ale niekoniecznie chcę, coraz bardziej wierzę w nieobecność Boga. Wiara w Boga kojarzy mi się z osłabianiem wiary w siebie. To wymówka przed wewnętrzną pracą. Czasem tęsknię za wiarą, innym razem za samą obecnością.

klocki na przyczepce

Tego jeszcze nie widziałeś, więc patrz! Grasuje po naszym domu, a pisząc dom, mam na myśli miejsce, w którym siedzimy wspólnie nad naszą małą historią; grasuje opowiastka o moim wczesnodziecięcym wybryku, numerku, pierwszej poważnej, ale nie ostatniej psotce. Znam to od mamy, bo zostawiła mnie na moment, żebym pospał. Mój sen miał być taki zwyczajny, dziecięcy, poobiadowy, sen po mleczku z cycka. Opowiastkę zacząć najlepiej od końca, w pokoju zamkniętym po to, żebyśmy sobie nie przeszkadzali. Kobieta z dzieckiem ma jeszcze męża i dom. A to trzy różne, równie wymagające światy. Tylko siebie nie ma do końca.

Co tak cicho? Bo było za cicho! Zacichość zwraca uwagę człowieka, rodzi podejrzenia. Wchodzi więc mama do pokoiku (mam po latach jakieś dziwne wrażenie, że pamiętam z tego wszystkiego półmrok i pozasłaniane, długie musztardowe zasłony), wchodzi więc i widzi jak w ciszy i ze skupieniem godnym majstra, klocek po klocku, komponuję na przyczepce swoje arcydzieło. Wcześniej narobiłem do przyczepki. Klocek za klockiem kończył w gówienku, w świeżych bobkach. Przyczepka skończyła w śmietniku. Wszystko (powiedzmy) poszło w niepamięć.

Nie zostałem budowlańcem.

U ludzi dorosłych od zawsze niepokoiła mnie ich, patologiczna niemal, skłonność do wspominania. Drobiazgowego, anegdotycznego rozpamiętywania epizodów. Dzielenie się tym, co mam w pamięci osobiście traktuję jako zbyt odsłaniające. Niewiele w życiu przeżyłem, niewiele widziałem, siłą rzeczy więc, pamiętam to, co podczas wspominania budzi zdziwienie innych. Nie raz się na tym złapałem. Zaskakuje ich to, na co sami nie zwrócili wówczas uwagi. Łatwiej zapamiętujemy, jeśli wokół zaistnieje coś niezwykłego, niepasujący element, wzmacniający wrażenie. Stosowałem takie elementy zaskoczenia niejednokrotnie podczas swoich lekcji. Moja przyjaciółka kojarzy wydarzenia po ubraniach, opisuje, co każde z nas miało na sobie, kiedy stało się to albo uczestniczyliśmy w tamtym.

Urodziłem się 7 czerwca 1991 roku bez siebie, wywołując panikę w gorzowskim szpitalu. O niej na koniec.

Rodzimy się bez siebie, znaczy, uczymy się powolutku swojego Ja… A może rodzimy się pełni, kompletni i z wiekiem jesteśmy w stanie więcej w sobie odkryć i znaleźć, wyciągnąć, pokazać, dać (a w konsekwencji także pozostawić po sobie). Może to wszystko już tutaj jest. Zanim rozpoczniemy szukać siebie, pomagają nam w tym inni. Nadają nam imię, a to już sporo ułatwia. Dla rodzica dziecko jest niekiedy największym sensem. Jedno życie nadaje drugiemu istnieniu znaczenie. Coraz częściej mam również wrażenie, że dziecko zapamiętuje najsilniejsze bodźce już od samego początku, odnotowuje ruchy i wydarzenia, dźwięki i zapachy, smaki i dotyki. Nigdy nie zgadniesz, które będą dla niego wyjątkowe czy zaskakujące. Słowem, ważne. Owszem, znacznie później nauczy się ono je nazywać. Według Carla Gustava Junga (urodził się 26 lipca 1875, odszedł 6 czerwca 1961), Szwajcara, który zmarł dokładnie trzydzieści lat i jeden dzień przed moimi urodzinami, na kształt każdego Ja wpływ ma nasza przeszłość, wspomnienia, fakt, że żyliśmy. Ja wymaga zbudowania. Michel Houellebecq ostrzega jednak, że życie „może być doskonale krótkie i puste zarazem. Dni upływają monotonnie, nie zostawiając najmniejszego śladu ani wspomnienia”. Cytat znajduje się w Poszerzeniu pola walki na stronie 51. Od tej książki zaczęła się moja przygoda z tym francuskim pisarzem. Byłem uczniem santockiego gimnazjum i natknąłem się na tekst Houellebecq albo skarga seksualnego proletariusza Agaty Bielik-Robson w dodatku kulturalnym „Europa” z numeru 117. „Dziennika. Polska-Europa-Świat” (z 28 czerwca 2006). Tak, mam ten tekst do dziś, stąd drobiazgowość.

Michel Houellebecq urodził się 26 lutego 1956. Podczas matury ustnej z języka polskiego, wydawało mi się, że w 1958 jak Madonna, i obu „rówieśników” wrzuciłem do swojej prezentacji o poetach przeklętych. Egzaminujące nie zwróciły na ten szczegół uwagi, nie był wart jej odnotowania. Mimo tego błędu, zdałem na sto procent. Nie szczędźmy sobie jednak szczegółów. Dostrzeganie ich jest w życiu bardzo ważne. Między odejściem wybitnego psychiatry, psychologa (Junga, nie Houellebecqa, ten drugi żyje, choć jego ostatnie dzieło, Serotonina, rozczarowało mnie w sposób aż przykry) a moimi narodzinami minęły lub minęło:

dziewięćset czterdzieści sześć milionów siedemset siedemdziesiąt jeden tysięcy dwieście sekund

piętnaście milionów siedemset siedemdziesiąt dziewięć tysięcy pięćset dwadzieścia minut

dwieście sześćdziesiąt dwa tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt dwie godziny

dziesięć tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt osiem dni

tysiąc pięćset sześćdziesiąt pięć tygodni, trzy dni

trzysta sześćdziesiąt miesięcy i jeden dzień

lub jak już wspomniałem trzydzieści lat i jeden dzień. Założyłem jednakże, że oba wydarzenia miały miejsce o tej samej godzinie, o dwunastej, w południe, żeby nie mnożyć algebraicznych trudów.

Jung widział Ja w skrupulatnie zbieranej i należycie utrzymanej kolekcji wspomnień człowieka. Michel, jeśli mogę po imieniu, a znamy się przecież od czternastu lat (ale tego już nie rozpiszę), zakłada, że tych wspomnień może nie być. Może nie być Ja. Możesz nie zaistnieć. Nadążasz?

Dobrze więc mieć jakieś wspomnienia. Dobrze więc znać i kochać ludzi, żeby siebie nie pogubić i nie rozsypać się w drodze po własne Ja. Niemieckie ja znaczy tak. Jako partykuła pełni kilka innych funkcji w języku. Powiedzieć ja, ja to tak, jakby powiedzieć pocałuj mnie gdzieś, czyli leck mich am Arsch. Pod takim tytułem w 1782 Wolfgang Amadeusz Mozart napisał jeden ze swoich utworów. W naszych stronach mówiło się też: Pocałuj mnie wszędzie, byle nie w usta. Wszystko to skupić można w małym ja.


Bohater mojego debiutu patrzył w jednej z ostatnich scen w lustro. Wydawało mu się, że doszło do rozdwojenia, a więc kontaktu z kimś obcym. Patrzenie w lustro nie przynosi odpowiedzi na żadne pytanie. Patrzenie we własne oczy gubi. Krwawy umysł kończy w szaleństwie. Rozbija Ja na kilka kawałków. Tymi kawałkami rani innych, unicestwia ich. Boi się obecności, uznaje ją za drażniącą.

jagódki

Spośród wszystkich dziecięcych piosenek największy niepokój budzi we mnie tekst i hipnotyczna melodia Jagódek. Mowa tu o czarnych sercach, wysmarowanych brodach (jak przed rytuałem) i nowym życiu, jak w New World Order. Szalenie niebezpieczny utwór. Jeśli ulec interpretacjom…

Dzisiaj mamy pandemię. W mediach dzieje się tak wiele, niemal zapominamy, że u nas nie dzieje się nic szczególnego. Każdego dnia robimy to samo, cieszymy się lub jesteśmy nieszczęśliwi. Każdego wieczoru kładziemy się zmęczeni, spełnieni lub samotni. Wiemy z prasy, ilu ludzi umiera, gdzie toczą się zbrojne konflikty, ilu mężczyzn i ile kobiet popełnia samobójstwo. Kładziemy się w ciepłym łóżku i martwimy, czy do drzwi nie zastuka nam diabeł, bo nasłuchaliśmy się Jagódek za młodu, melodii z ich czarnych serduszek. Daleko, w Sudanie, Somalii czy Pakistanie ktoś próbuje usnąć przy dźwiękach wybuchów, głodnych żołądków. Wdychając zapach gruzu, myśli o tym, jak tu się odnaleźć. Zasypia z trudem, bo sen jest ciału potrzebny, żeby mogło obudzić się z nadzieją. Zobacz, wstaje słońce…

Babcia wychodzi do kur każdego ranka, w południe oraz pod wieczór, kiedy trzeba je zamknąć. Wraca z jajkami. Od czasu do czasu ponarzeka, że słabo się niosą, a ja mam wrażenie, że to narzekanie przychodzi z zimą i chłodem, ale jej o tym nie mówię. W garażu napełnia wiadra, zanoszę jej czystą wodę do kur, żeby miały co pić. Albo przygotowuje wózek ze słomą upaćkaną kurzymi gównami, wywożę to na ogród. W podstawówce jestem bardzo szczupły. Mieszczę się w dwudrzwiowej szafce u dołu mebli. Wchodzę raz do niej, zamykam się od środka i czekam, aż babcia wyjdzie na podwórko. Wygania mnie na powietrze, żebym nie wymyślał w domu. Ostatnio upiekłem coś na kształt ciasta. Wyjąłem ciemnozielony piekarnik do ciast. Zmieszałem kilka składników, które kojarzyły mi się z plackiem i upiekłem coś, co wylądowało w koszu. Nie miałem ochoty tego jeść, ale ciekaw byłem, co z tego wyrośnie. Z dumą zaglądałem w oświetlone, jasnopomarańczowe wnętrze piekarnika.

Wchodzę więc do szafy i czekam cierpliwie. Potem przez białą firanę patrzę, jak babcia znika za garażami. Kładę się na łóżku i obserwuję kształty styropianowych kasetonów. Czasami wchodzę na meble, na górze zawsze jest szansa, że może znajdę coś ciekawego lub słodkiego, nie tylko sam kurz. W małym pokoiku pachnie ciepłym ciastem. Muszę przewietrzyć całe mieszkanie.

.

Mama wchodzi do pokoju i zapala światło. Przynosi śniadanie i każe się ubrać. Za chwilę wychodzimy. Do przedszkola prowadzi mnie najczęściej babcia albo dziadek kuzynki. Dzisiaj ostatni dzień w przedszkolu, wzruszająca chwila. Pani przedszkolanka, pierwsza miłość niejednego z chłopców, nauczyła nas kilku rymowanek i piosenek. Mam na sobie kamizelkę i marynarkę w szaro-białą kratę, czarno-białą muchę. Uśmiecham się szeroko bez jedynki do kamery. Blond włosy błyszczą w ten słoneczny, przedwakacyjny dzień. Mam kilka linijek do wyrecytowania, krótki wierszyk i podziękowania dla pani. Młodsza dziewczynka żegna nas i życzy wszystkiego dobrego w szkole. Mamy jedzą ciasta, piją kawę i uśmiechają się do swoich pociech. Jest mi przykro, ponieważ pierwszy raz doświadczam pożegnania, straty. Potem, jak to na imprezie bywa, pijemy gazowane, kolorowe napoje i tańczymy.

Nie lubiłem być zostawianym w przedszkolu, bardzo płakałem. Po chwili zajęty byłem zabawą, ale dramat powtarzał się każdego ranka. Spotkały mnie także dwie kary. Raz siedziałem w fotelu i zabronione mi było się z niego ruszać, innym razem dostałem po dłoni drewnianą linijką. Siedziałem obrażony i rozgniewany, w ciszy ucząc się mojej pierwszej nienawiści. Po wakacjach chodziliśmy prawie dwa kilometry do szkoły podstawowej w Santoku. Wówczas nosiła imię Bojowników o Wolność i Demokrację. Był to zespół szkół, w którego skład wchodziło także Gimnazjum numer 1. Po reformie, w roku 2017, szkole nadano nowe imię gen. prof. Elżbiety Zawackiej. Do tego czasu jej mury nabrały kolorów. Spędziłem tam dziewięć pięknych lat. Biblioteka szkolna miała książki obłożone w szary papier. Wiele z lektur, które leżały na drewnianych półkach czytać musiały pokolenia uczniów. Gubiły kartki, nawet jeśli obklejone były taśmą. Pachniały starym papierem. Na grzbietach ręcznie wypisano tytuły książek. Czasami brakowało jakiejś, wtedy wymienialiśmy się nawzajem lub nie czytaliśmy wcale. Mieliśmy wymówkę. Audiobooki w tamtych czasach były abstrakcją, Sieci uczyliśmy się dopiero. Raczej wygłupialiśmy się na czacie albo graliśmy w proste gry. Na przerwach biegaliśmy po podwórku, od czasu do czasu zbieraliśmy śmieci wokół boiska. Nikt nas wtedy ekologiczną apokalipsą nie straszył.

Szkoła w Santoku kojarzy mi się z piekielnie dobrą kadrą nauczycieli, którzy mieli wpływ na nasze charaktery i zainteresowania. Wychowali nas, mam nadzieję, że są tego świadomi. Niektórym napsuliśmy zdrowia, do innych mieliśmy ogromny szacunek. Myślę o nich ciepło, inspirowali mnie, gdy sam byłem już nauczycielem.

.

Próby do Wielkiego Tygodnia i próby przed Pierwszą Komunią Świętą były intensywne i angażujące. Jako ministrant uwielbiałem okres wielkanocny, przygotowania i te kilka dni czuwania przy grobie Pańskim. Komunia mojego rocznika wypadła w roku dwutysięcznym, milenijnym. Dziewczynki miały na sobie białe sukienki, a chłopcy garnitury i długie białe świece w koronkach. Imprezy w domu niemal nie pamiętam, na pewno w pokoju było więcej osób niż wydaje się, że mógłby zmieścić. Cieszyłem się nowym rowerem na podwórku. Uwielbiałem swój rower. Zapuszczaliśmy się nim aż do Nowego Polichna. Jednego razu, w Santoku, kuzynka zjechała w moje przednie koło i przeleciałem przez kierownicę. Wracałem zapłakany i pozdzierany, prowadząc swój rower z kołem przypominającym literę U.

Czarna kaseta VHS z filmem z ostatniego dnia w przedszkolu ma na okładce słonika i słonko. Z kolei ta z Komunii jest już bardziej elegancka, biała i ze złotą monstrancją. Zawsze wydawało mi się, że nasza prawdziwa, gralewska monstrancja, w której ksiądz A. umieszczał hostię, była najcenniejszym naczyniem liturgicznym. Uważałem, że jest piękna. Jej solaryczna forma zgadzała się z niejednokrotnie kreślonymi przez księdza na szkolnej tablicy symbolami Boga. Słońce, ostre promienie. W środku, wewnątrz melchizedeka, było boskie oko, a w zasadzie całe ciało. Ciało Chrystusa, uprzednio przechowywane w kustodii, w tabernakulum.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 25.94 18
drukowana A5
za 39.47
drukowana A5
Kolorowa
za 67.2