E-book
13.65
drukowana A5
32.41
Baśnie kanadyjskie

Bezpłatny fragment - Baśnie kanadyjskie

Tom I


Objętość:
118 str.
ISBN:
978-83-8245-371-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.41

Od tłumaczki

Baśnie to opowieści uniwersalne, w których odnajdują się zarówno dzieci jak osoby dorosłe. Dzieci, ponieważ jest to naturalny świat, po którym nieustannie buszuje ich fantazja, a dorośli, ponieważ czytając takie opowieści dzieciom i wnukom, ulegają złudzeniu, że przepaść pokoleniowa wcale nie jest aż tak wielka.

Jest bowiem w nas wszystkich instynktowny podziw dla bohaterów, którzy rzucają wyzwanie różnym okrutnym i niszczycielskim potęgom, a także dla różnych dobrych i z pozoru mało znaczących istot, które pomagają mniej lub bardziej szlachetnym bohaterom zwyciężyć w ich konflikcie ze złem.

Początków baśni należy szukać we wczesnych stadiach cywilizacji. Opowieści zebrane przez Cyrusa MacMillana (1880—1953) stanowią zapis słownej tradycji ludów pierwotnych Kanady, mają jednak czar uniwersalny, ponieważ dotyczą żywiołów obecnych w przyrodzie i właściwych dla wszystkich ludzi i na wszystkich kontynentach.

Baśniach kanadyjskich, których pierwszy tom oddajemy do rąk Czytelnika, znaleźć można te same postacie i przygody, które spotykamy w opowieściach z obszarów Europy czy Azji. Baśnie te przybliżają nam urok i tajemniczość kanadyjskich lasów, a także tajemnice natury i charakteru człowieka. I choć nieraz są dość okrutne, to przecież życie nigdy nie jest usłane różami. Ani w baśniach, ani w rzeczywistości.

Monika I. Betley

Jak Gluskap stworzył ptaki

Na długo przed przybyciem białych ludzi mieszkał w Kanadzie zły olbrzym, który był przyczyną wielkich kłopotów i smutku gdziekolwiek poszedł. Mężczyźni nazywali go Wilczym Wiatrem. Nikt nie wiedział, gdzie się urodził, ale jego dom był w Jaskini Wiatrów, daleko w północnym kraju Nocnej Nocy. Tamtejsi ludzie wiedzieli, że ukrywa się w spokojne dni, kiedy słońce jest gorące i morze spokojne, i w pogodne noce, kiedy wiatr nie porusza liśćmi i źdźbłami trawy.

Za każdym razem, gdy się pojawił, wielkie drzewa pękały ze strachu, a małe drzewa drżały, a kwiaty pochylały głowy możliwie blisko ziemi, próbując ukryć się przed jego obecnością. Olbrzym bowiem przychodził bez ostrzeżenia, a podeptana przez niego kukurydza nigdy się nie podnosiła. Wysokie drzewa padały, a rośliny traciły ze strachu kwiaty. Nawet wielkie wody wznosiły się, jęcząc i hucząc głośno. albo pędził jak szalone przez skały, próbując uciec od Wilczego Wiatru. A w ciemnościach nocy, kiedy rozlegało się jego wycie, ziemia pogrążała się w wielkim przerażeniu.

Pewnego razu Wilczy Wiatr znów był zagniewany i wyszedł, aby zabić i pożreć wszystkich, którzy by się odważyli stanąć mu na drodze. Były to czasy, kiedy wiele indiańskich rodzin mieszkało w pobliżu morza. Mężczyźni i kobiety wypływali na połów daleko od brzegu, a złowione ryby suszyli, aby mieć jedzenie na zimę. Pływali w niewielkich kajakach, zwanych kanu, ponieważ w tamtych czasach morze było zawsze spokojne i wydawało się, że nic im nie grozi. Kiedy dorośli wypływali, małe dzieci zostawały same na brzegu.

I tego właśnie dnia słońce zaszło bez żadnego ostrzeżenia, a z północy nadszedł Wilczy Wiatr, bardzo zły i szukający zdobyczy. Gdy już się zbliżył do ludzi, zawołał strasznym głosem:

— Jestem olbrzym Wilczy Wiatr! Niech nikt nie wchodzi mi w drogę, ponieważ zabiję wszystkich ludzi, których spotykam, a potem ich pozjadam.

Kiedy jednak przyszedł na wybrzeże i zobaczył rybaków daleko w morzu, jego wściekłość jeszcze wzrosła, a ponieważ był olbrzymem, wlazł do wody i rozpryskując ją na wszystkie strony, poszedł w ich kierunku. Rybacy nie mieli czasu ani uciec z zasięgu jego rąk, ani powiosłować do brzegu, i Wilczy Wiatr z wściekłością dopadł najbliższych, rozbił ich łodzie, a ludzi pozabijał. Przez całą noc szalał na oceanie w poszukiwaniu pozostałych rybaków, a rano, wcale jeszcze nie nasycony, ujrzał dzieci bawiące się na brzegu. Wiedział, że są same, bo przecież zabił ich ojców i matki. Postanowił je wyłapać, też pozabijać, a potem zjeść. Skierował się w stronę brzegu, a gdy szedł wielkimi krokami, w szale rozbijał wodę o skały. Gdy zbliżył się do plaży, zawył gniewnie:

— Złapię was wszystkich i zjem, a wasze kości będą się bielić na piasku.

Kiedy dzieci go usłyszały, uciekły najszybciej jak mogły i ukryły się w jaskini wśród wielkich skał, a wejście do niej zastawiły wspólnymi siłami ogromnym kamieniem, aby Wilczy Wiatr nie mógł się do nich dostać. Wilczy Wiatr wył głośno przez cały dzień i całą noc przy wejściu do pieczary, ale kamień był duży i nie zdołał go rozbić. Potem poszedł swoją drogą, nadal bardzo zły, powtarzając nieustannie swe groźby:

— Wrócę i jeszcze was złapię. Nie możecie uciec ode mnie.

Dzieci były bardzo przestraszone i jeszcze długo siedziały w jaskini, ponieważ z daleka wciąż było słychać jego wściekłe wycie i pogróżki. Kiedy wreszcie ucichły, dzieci wyszły i zastanawiały się, co zrobić. Wiedziały, że Wilczy Wiatr zabił ich ojców i matki na morzu, pobiegły zatem do lasu, ponieważ wydawało im się, że tam będą bezpieczne. Udały się na ziemię Wierzbowej Wierzby, gdzie znalazły przyjemne miejsce z trawą, kwiatami i strumieniami. Między nimi a północnym krajem, w którym mieszkał Wilczy Wiatr, rosło wiele wysokich drzew z grubymi liśćmi, o których dzieci wiedziały, że ochronią je przed olbrzymem.

Ale pewnego dnia Wilczy Wiatr, wierny swojej obietnicy, przyszedł spełnić swoje pogróżki. Stąpał po ziemi, zabijając wszystko, co spotkał na swojej drodze. Nie mógł jednak złapać dzieci, ponieważ drzewa z ich grubymi liśćmi trzymały go od nich z dala. Przez wiele dni późnego lata próbował dotrzeć do dzieci, ale one żyły wśród potężnych drzew, wielkie gałęzie rozkładały się nad nimi jak dach, a grube liście zasłaniały je przed jego wzrokiem. Jedynie słońce z południa, z kraju Letnich Kwiatów, mogło do nich zajrzeć.

Wilczy Wiatr próbował wszystkiego, ale nie mógł zaszkodzić dzieciom. I wiedział, że póki będą mieszkały w ziemi Wierzbowej Wierzby, będą bezpieczne. Był w związku z tym bardziej zły niż kiedykolwiek, bo małe dzieci uważał za wielki przysmak. Przysiągł, że zemści się na drzewach. Wrócił więc po jakimś czasie i przyprowadził ze sobą do pomocy innego olbrzyma z północnego kraju, Urok Mrozu, władającego dziwnymi i strasznymi czarami. Obaj olbrzymi próbowali pozabijać drzewa, które uratowały dzieci, ale na wielu drzewach ich czary i wściekłość w ogóle nie robiły wrażenia. Drzewa się tylko śmiały, kołysały i skrzypliwie szumiały:

— Nie można nam zaszkodzić. Jesteśmy silne, ponieważ przybyłyśmy na początku czasu, z Nocnej Krainy na dalekiej północy kraju. Nad nami Urok Mrozu nie ma żadnej mocy.

Tymi drzewami były świerki, jodły, choiny kanadyjskie, sosny i cedry. Ale na innych drzewach Wilczy Wiatr wywarł straszną zemstę, jak ślubował. Pewnej nocy, kiedy na niebie świecił Księżyc Żniwiarzy, przyszedł bez ostrzeżenia i z pomocą olbrzyma Urok Mrozu zabił wszystkie liście i zrzucił je na ziemię. Opadły liście buku i brzozy, dębu i klonu, olchy i wierzby. Niektóre opadały szybko, inne powoli trzepotały w powietrzu, a niektóre umierały długo, z wolna zasychając na gałęziach.

Ale w końcu drzewa zostały odarte z liści i stały nagie i zmarznięte, a las wypełnił się dzikimi hałasami rozradowanych olbrzymów. Wilczy Wiatr śmiał się i wołał przez bezlistne gałęzie do olbrzyma z ziemi Nocnej Nocy:

— Teraz, kiedy pokonałem liście, mogę nareszcie zabić dzieci!

Dzieci jednak były mądre, więc przebywały tylko w pobliżu silnych i wytrzymałych drzew, które przybyły z dalekiego północnego kraju i nad którymi Urok Mrozu nie miał żadnej mocy. Wilczy Wiatr ciągle nie mógł do nich dotrzeć, bo drzewa chroniły je przed okrucieństwem olbrzymów.

Dzieci były zrozpaczone, gdy zobaczyły, co Wilczy Wiatr zrobił drzewom, ich przyjaciołom i opiekunom. Lato odeszło na południowe ziemie jak zawsze, wędrując Tęczową Drogą do swojego domu na Kwietnym Pustkowiu. Las stał smutny i samotny, liście nie szeptały na drzewach, bo już nie było liści. Nadeszła Jesień, a Wilczy Wiatr i jego kompan Urok Mrozu je postrącali.

W końcu nadeszła pora, kiedy Gluskap, który rządził wtedy na ziemi i był w tamtych czasach bardzo potężny, miał podarować dzieciom swoje coroczne prezenty. Przyjechał na saniach ciągniętych przez jego wierne psy, aby dowiedzieć się, czego dzieci pragną. A były to czasy, kiedy wszystkie dzieci przychodziły do niego z prośbą o różne dobrodziejstwa, a on mógł spełniać te prośby, bo w tamtych dawnych czasach dysponował naprawdę wielką mocą. I małe dzieci, które kryły się przed Wilczym Wiatrem w drzewach, przyszły do Gluskapa, Mistrza Czarodziejskich Darów, i wszystkie były bardzo smutne, ponieważ żal im było opadłych liści.

— Jakich podarków dziś ode mnie chcecie? — zapytał Gluskap.

— Niczego nie chcemy dla nas — powiedziały dzieci — ale prosimy, aby liście, które zostały zabite przez Wilczy Wiatr, ponieważ uratowały nas od jego wściekłości, mogły wrócić do życia i znowu rosły na drzewach.

Gluskap zamyślił się i, jak to było jego zwyczajem, palił w milczeniu swoją długą fajkę, bo od dawna był nałogowym palaczem. W tym czasie na ziemi nie było małych ptaków leśnych, ponieważ Gluskap jeszcze ich nie stworzył. Były tylko ptaki mieszkające w pobliżu morza, nad którymi Wilczy Wiatr nie miał żadnej mocy. Były to mewy i żurawie, dzikie kaczki, nury, zimorodki, bernikle i kuliki. Wszystkie one wyśmiewały się z olbrzyma i jego wściekłości, i pokpiwały z niego, przelatując mu tuż nad głową, a gdy wpadał we wściekłość, uciekały na płycizny lub skały, lub chowały się wśród gęstej trawy na bagnach. Były też ptaki, które mieszkały z ludźmi i dla ludzi pracowały, dając im jaja i jedzenie. Były to kury, gęsi i kaczki, a nawet dzikie indyki. Wszystko to były ptaki poważne i przydatne, ale zbyt nudne, aby na nie patrzeć, bo tylko chodziły powoli po podwórkach i w ogóle nie umiały latać. No i oczywiście nie potrafiły śpiewać, tylko kwakały i gęgały.

Wreszcie Gluskap postanowił przywołać na świat inne ptaki, które wprawdzie nie dają jedzenia, ale swymi piosenkami i pięknymi piórami dają radość dzieciom w dniach, kiedy lato mieszka w innym kraju. Dlatego kiedy już wypalił swą fajkę, powziął decyzję. Powiedział dzieciom, które prosiły go o prezenty:

— Nie mogę sprowadzić liści z powrotem na drzewa, ponieważ jest już za późno. Ale wezmę opadłe liście i zmienię je w małe ptaki. A ptaki nigdy nie zapomną, jak powstały. Kiedy nadejdzie jesień, będą odchodzić z latem do Ziemi Kwietnego Lata, ale wiosną zawsze będą wracać i żyć tak blisko drzew, jak to tylko możliwe, wśród liści, z których powstały. I będą gnieździć się na drzewach pod liśćmi, a nawet te, które gniazdują w trawie, będą kochać drzewa i na nich przysiadać. I wszystkie ptaki będą miały piękne kolory liści, z których się narodziły. A niektóre z ptaków będą potrafiły zawisać w powietrzu jak trzepoczące liście, a powietrze i woda będą łaskotać ich gardło tak, aby śpiewały słodkie pieśni dla małych dzieci. I daję dzieciom władzę nad nimi, aby nie zginęły jak liście, które uratowały dzieci przed olbrzymami. I sprawię, że drzewa, które Wilczy Wiatr pozbawił liści, będą co wiosnę wypuszczały nowe liście, tak aby nie były nagie, kiedy lato wraca z Kwietnego Pustkowia. I chociaż Wilczy Wiatr może je obedrzeć z liści, gdy Olbrzym Mrozu przyjdzie z nim z krainy Nocnej Nocy, liście zawsze będą wracały wiosną.

— Acha — dodał po chwili — i jeszcze zabiorę dużą część mocy Wilczemu Wiatrowi, aby nie mógł już tak niegodziwie szkodzić małym dzieciom, jak to się działo wcześniej.

Gluskap machnął magiczną różdżką, jak to było jego zwyczajem, i od razu z miejsc, gdzie leżały liście, wyskoczyły stada małych ptaków, które świergotały i śpiewały, i wielką gromadą poleciały na drzewa. Miały piękne kolory, takie jak liście, które dały im początek. Były rudziki o czerwonych piersiach, i drozdy — brązowe i czerwonawe jak brązowe i czerwone są jesienią liście dębów. I były zięby i kolibry, wszystkie żółte, zielone i brązowe jak liście olchy i wierzby, i jak liście wierzby migoczące w świetle słonecznym na wietrze. Były lasówki złotawe i wilsonki kanadyjskie ze złotych liści buku i brzozy. I były pirangi szkarłatne i kacyki, i grubodzioby, wszystkie mieniące się barwami czerwieni, fioletu i brązu jak liście klonu kanadyjskiego. I wszystkie ptaki zgodnym chórem śpiewały dzieciom, a dzieci znów były bardzo szczęśliwe.

I choć Gluskap wysłał je potem do ciepłej krainy Kwietnego Lata, aby zostały tam do czasu, gdy skończą się rządy Mroźnego Olbrzyma z Nocnej Krainy, wiosną małe ptaki zawsze wracają. Budują gniazda wśród drzew, możliwie jak najbliżej liści, od których się wywodzą. I całymi dniami śpiewają wśród koron drzew dla dzieci. O świcie budzą je śpiewem poranka, o zmierzchu ćwierkają cicho, aby ukołysać dzieci do snu. A w nocy chowają się wśród liści przed Wilczym Wiatrem, i siedzą cicho, nie wydając żadnego głosu. Pamiętają, że Gluskap podarował je dzieciom i że pochodzą od liści pozrywanych z drzew przez Wilczy Wiatr w zemście za to, że dawno temu właśnie drzewa i liście uratowały dzieci przed olbrzymem.

Jak Królik został kupcem

Dawno temu, kiedy w Kanadzie mieszkali tylko Indianie, bo biali ludzie jeszcze nie przybyli, żył sobie bardzo leniwy Królik. Długo pracował dla Gluskapa, wielkiego władcy ludu, jako przewodnik po lesie, ale jego trud nie został ani doceniony, ani nagrodzony. Królik widział jak inne zwierzęta spędzają czas na odpoczynku, leniąc się przez cały dzień i nie robiąc nic, poza napełnianiem brzuchów jedzeniem i wygrzewaniem się przez całe popołudnie na słońcu. Pewnego razu pomyślał:

— Dlaczego ja mam pracować dla ludzi, a dla mnie nie pracuje nikt? Zacznę odpoczywać jak inne zwierzęta.

Przyczaił się w swoim małym domu, aby nikt go nie zmuszał i nie namawiał do pracy. Ale ponieważ był samotnikiem, który zawsze żył sam i miał na świecie bardzo niewielu przyjaciół, z wyjątkiem małych dzieci, które lubiły za nim biegać, szybko mu się znudziło takie leniuchowanie. Z natury bowiem był pracowity i energiczny i bardzo lubił myszkować po lesie. Pomyślał:

— Muszę znaleźć sobie jakąś robotę, albo po prostu oszaleję. Ale to musi być praca, która przyniesie zysk mnie, a nie innym.

Długo rozmyślał, co by to mogło być za zajęcie. Ale nic mu nie pasowało. Pewnego dnia zobaczył Indian handlujących skórami zwierząt i nożami. Jedni sprzedawali, inni kupowali, i wyglądało na to, że wszyscy mają dużo pieniędzy prawie bez pracy. Królik pomyślał, że to coś dla niego, prawdziwie łatwy sposób na ciekawe życie.

Potem zobaczył, że jakaś Kaczka idzie, niosąc cały kosz jaj. Powiedział do Kaczki:

— Jak to jest, że tak dobrze sobie radzisz? Wydaje się, że nic nie robisz, tylko jesz i kwaczesz, i pływasz w stawie. Cały dzień spędzasz na lenistwie.

A Kaczka odpowiedziała:

— Znoszę jaja i wymieniam je na ziarna kukurydzy. Dlaczego nie spróbujesz znosić jajek? To przecież bardzo proste.

Ale Królik wiedział, że Kaczka się z niego wyśmiewa i że nie jest to dobry sposób na życie dla niego.

Potem spotkał na leśnej ścieżce Pszczołę i powiedział:

— Jak zarabiasz na życie, wędrowna Pszczoło? Nie robisz nic, tylko w pięknym żółto-czarnym ubranku przelatujesz sobie z kwiatu na kwiat, bzycząc jakieś niemelodyjne piosenki?

A Pszczoła powiedziała:

— Robię miód i wosk, a potem je sprzedaję. Mam dziś świetne produkty na sprzedaż. Dlaczego nie zrobisz tak jak ja? Zawsze jestem szczęśliwa. Zawsze sobie nucę w pracy, a co więcej moja piosenka wcale nie jest niemelodyjna. I w ogóle nie podoba mi się twoja bezczelność.

Mówiąc to, użądliła Królika w nos i poleciała w drogę, śpiewając swoją bzyczącą piosenkę. Królik przyłożył nos do chłodnej ziemi, aby zmniejszyć ból, i poprzysiągł zemstę na Pszczole, ponieważ wiedział, że Pszczoła też sobie z niego żartowała. A tymczasem on wciąż nie miał pomysłu, jak ułatwić sobie życie. Nie miał nic poza swoim futrem, ale futra nie mógł na nic wymienić, bo nadchodziła zima. Dlatego był zły i zmartwiony, i zazdrościł Kaczce i Pszczole tego, że mają jaja i miód, i wosk na wymianę. W końcu znów pomyślał o Indianach i o tym, jak kupowali i sprzedawali skóry zwierząt.

— Już wiem — zawołał. — Zostanę kupcem. Będę naprawdę wielkim przedsiębiorcą. Zamieszkam na farmie, na której uprawiana jest kukurydza i warzywa, i będę je kraść i sprzedawać innym zwierzętom. W ten sposób będę miał bardzo dużo pieniędzy. Wzbogacę się w krótkim czasie.

To powiedziawszy, w znakomitym nastroju udał się na pole, w pobliżu którego był ogród warzywny. A w tym ogrodzie rosła indiańska kukurydza i różne zboża, o których wiedział, że lubią je ptaki i inne zwierzęta. Namalował szyld i umieścił go przed swoim domem. Było tam napisane:

✻ KUPUJCIE KUKURYDZĘ U KRÓLIKA. JEST NAJLEPSZA NA ŚWIECIE. BĘDZIE ROSNĄĆ BEZ DESZCZU. ZOSTAŁO NIEWIELE! ZAMAWIAĆ TU ⬇ — U KRÓLIKA W DOMU. ✻

Potem usiadł w domu i czekał. Wkrótce zaczęli przybywać klienci. Byli ciekawi, co też z królika za kupiec. Królik wyjaśnił im, że jest tylko pośrednikiem, że muszą mu zapłacić, a on kupi ziarno od rolnika, a potem w ciągu tygodnia będą mogli je odebrać u niego. Chętnych było wielu, zapłacili mu, bo sami obawiali się kupować kukurydzę u rolnika.

Tej nocy, kiedy księżyc wstał nad wzgórzami, Królik udał się na pobliskie pole kukurydzy. Rolnik wypatrzył jednak poprzedniego dnia, jak Królik podkradał kukurydzę w pola, i ogrodził całą kukurydzę gęstą siatką. Nieszczęsny Królik nie mógł się przez nią przedostać. Rolnik rozmieścił też wokół pola wiele psów pilnujących, które warczały i szczekały, aby odstraszyć złodzieja. Przez kilka nocy z rzędu Królik próbował się wślizgnąć na pole, ale bez powodzenia. Tymczasem tydzień już minął, a Królik nadal nie miał kukurydzy dla swoich klientów. Co gorsza, wydał już wszystkie pieniądze i wiedział, że wszyscy się na niego rzucą i z pewnością go pobiją, jeśli nie dotrzyma słowa.

W końcu, gdy nadszedł uzgodniony dzień, zobaczył swoich klientów przybywających po ziarno. Miał nadzieję, że jego sztuczki uratują go tak, jak już wcześniej wiele razy go ratowały. Siedział na podwórku przed swoim domem i przygrywał sobie na flecie, kiedy przyszła Dżdżownica, jego pierwszy klient.

— Dzień dobry — powiedział Królik.

— Dzień dobry — odpowiedziała Dżdżownica. — Przyszłam po moją kukurydzę, bo minął już tydzień.

— Świetnie! — zawołał Królik — Ale najpierw zjedzmy obiad. Będzie gotowy za kilka minut. Założę się, że jesteś głodna po długiej podróży.

Gdy siedzieli, czekając na posiłek, zobaczyli Kaczkę, kolejnego klienta, jak wędrowała ścieżką z koszem na szyi. Królik zapytał Dżdżownicę z troską:

— Czy czasem ta stara kaczka, która tu idzie, nie zechce cię zjeść?

A Dżdżownica powiedziała ze strachem w głosie:

— Och, tak, tak, ratuj mnie. Gdzie mam się ukryć?

— Ukryj się pod tą muszlą małża — powiedział Królik.

Dżdżownica wczołgała się pod muszlę małża i siedziała jak mysz pod miotłą, drżąc o swoje życie.

Kiedy przyszła Kaczka, Królik znów powiedział:

— Dzień dobry.

— Dzień dobry, panie Kupcze — odpowiedziała uprzejmie Kaczka. — Przyszłam po moją kukurydzę, ponieważ dziś mija termin odbioru zamówionego towaru.

— To prawda, prawda. — powiedział Królik — Ale najpierw zjemy obiad. Będzie gotowy za kilka minut. To będzie dla mnie zaszczyt, móc cię ugościć.

Kiedy siedzieli, czekając na posiłek, Królik powiedział:

— Czy nie miałabyś ochoty zjeść Dżdżownicy na przystawkę? To byłaby dobra przekąska dla Ciebie

— Dziękuję bardzo — zakwakała Kaczka. — Bardzo lubię Dżdżownice.

Królik podniósł muszlę małża, a wtedy kaczka natychmiast pożarła nieszczęsną Dżdżownicę. Królik, szczerze ubawiony, pomyślał: Oto jak się pozbędę moich klientów.

Gdy Królik i Kaczka siedzieli, rozmawiając, zobaczyli biegnącego ścieżką Lisa. Był kolejnym klientem, który przychodził po swoją kukurydzę. Królik zwrócił się do Kaczki uprzejmie:

— Och, widzę, że zbliża twój odwieczny wróg Lis. Prawdopodobnie będzie chciał cię zjeść; lepiej się ukryj!

A Kaczka, cała nastroszona z przerażenia, powiedziała:

— Tak, tak, bardzo chętnie się schowam, tylko gdzie?

— Najlepiej pod tym koszem — rzekł Królik.

Kaczka wczołgała się pod przewrócony kosz i siedziała tam cicho jak mysz pod miotłą.

Wkrótce zjawił się Lis i powiedział:

— Dzień dobry, Króliku. Przyszedłem po moją kukurydzę, bo jestem głodny i muszę sobie nałapać kurcząt. Poza tym siedem dni już minęło.

— Jesteś bardzo punktualny — odpowiedział Królik — ale pozwól, że najpierw zjemy obiad. Będzie gotowy za kilka minut. Dzięki temu będziesz miał więcej siły do przenoszenia ciężkiego pakunku.

Kiedy siedzieli sobie, czekając na posiłek, Królik powiedział:

— Słuchaj, Lisie. Czy nie masz ochoty na tłustą kaczkę jeszcze teraz, przed obiadem?

— Jesteś bardzo uprzejmy, Króliku. Zawsze miło zjeść kaczkę przed właściwym posiłkiem.

Na to Królik przewrócił kosz i Lis szybko schrupał biedną Kaczkę, tak że nie zostały po niej nawet pióra. A Królik śmiał się w duchu: Jak ja szybko pozbywam się moich klientów!

Gdy Królik i Lis siedzieli, rozmawiając o dawnych czasach w lesie, zobaczyli Niedźwiedzia, który podążał ścieżką, machając głową na boki i wąchając powietrze. Wtedy Królik powiedział:

— Oho, widzę, że Niedźwiedź jest dziś w kiepskim humorze. Zastanawiam się, co może być tego przyczyną.

Lis odrzekł:

— Dziś rano ukradłem mu miód i spostrzegł mnie, kiedy uciekałem.

— Wyraźnie węszy w naszą stronę — powiedział Królik. — Biedaku, czy nie zabije cię czasem, gdy cię tu znajdzie? Może powinieneś się ukryć?

— Na to wygląda, ale gdzie się mam schować?

— Spróbuj w tym pudle — powiedział Królik.

Lis wskoczył do pudełka, a Królik zatrzasnął pokrywkę.

Niedźwiedź, kiedy już przyszedł, mruknął coś pod nosem niezbyt grzecznie, bo był w złym humorze. Po czym dodał:

— No cóż, Króliku. Przyszedłem po moją kukurydzę, więc daj mi ją szybko, bo spieszno mi w drogę. To miało być dziś, czyż nie?

— Tak, to jest rzeczywiście dzisiaj — powiedział Królik — ale najpierw niech cię ugoszczę obiadem. Będzie gotowy za kilka minut. Jak mógłbym pozwolić, aby wędrowiec opuścił mój dom bez pokrzepienia. Mam dziś danie ze świeżych ryb, które lubisz, a jeszcze nigdy razem nie biesiadowaliśmy.

Niedźwiedź zgodził się poczekać, a na myśl o smacznym posiłku przeszedł mu nawet zły humor. Wtedy Królik powiedział:

— Mam ci coś do powiedzenia w tajemnicy. Pozwól, że powiem ci to do ucha.

Po czym przyłożył usta do ucha Niedźwiedzia i zaczął szeptać:

— Ten stary Lis, chytry złodziejaszek, który ukradł cały twój miód dziś rano, ukrywa się w pudle, które stoi u twego boku. Przyszedł tutaj, aby się chwalić, i zaśmiewał się, opowiadając o tym, w jaki sposób cię oszukał. Nazwał cię nawet Głupim Miśkiem.

Niedźwiedź znów stracił dobry humor. Zdjął pokrywę z pudła i pozbawił Lisa życia jednym ciosem swojej wielkiej łapy. Królik pomyślał: Dobra nasza, kolejnego kupca mam z głowy. Ale jak się pozbyć Niedźwiedzia?

Kiedy Niedźwiedź i Królik siedzieli, rozmawiając o różnych sprawach, nadszedł ostatni z klientów Królika, Myśliwy. Gdyby Niedźwiedź się nie zagapił, to pewnie by uciekł, ale teraz było już za późno.

— Hmm, czy ten Myśliwy nie zechce cię zabić? — powiedział Królik z udawaną troską, bo właściwie był zadowolony, że nadchodzi koniec biednego Niedźwiedzia.

— Rzeczywiście, pewnie zechce — odpowiedział Niedźwiedź. — Och, och, kochany Króliku, gdzie mam się ukryć?

— Ukryj się pod łóżkiem w moim domu — poradził Królik.

Nieszczęsny Niedźwiedź szybko rzucił się do domu i z wielkim trudem czołgał pod łóżko Królika. Ponieważ jednak był bardzo gruby, a łóżko było bardzo niskie, musiał położyć się płasko na podłodze, do tego brzuchem do góry. Pocieszał się jednak, że zaraz niebezpieczeństwo minie, a wtedy bezpiecznie ucieknie.

Myśliwy przywitał się z Królikiem i powiedział:

— Przyszedłem po kukurydzę, bo moje dzieci potrzebują chleba.

— Już zaraz, już się robi — zawołał Królik. — Ale najpierw coś przekąsimy. Nie mam zbyt wiele do zaoferowania, ale w ciągu kilku minut mogę ci przyrządzić talerz gorących naleśników ze świeżym syropem klonowym.

Myśliwemu bardzo się spodobała myśl o takim smakowitym posiłku i powiedział, że chętnie poczeka. Wtedy Królik zagadał od niechcenia:

— Czy nie miałbyś ochoty na trochę mięsa niedźwiedziego dla swoich dzieci i na piękną ciepłą skórę niedźwiedzia do położenia przed paleniskiem?

Myśliwy na to:

— Pewnie, że tak, ale w dzisiejszych czasach niełatwo o takie luksusy.

A wtedy Królik powiedział:

— A właśnie pod łóżkiem w moim domu ukrywa się dobry gruby niedźwiedź. Leży pod łóżkiem na płask i łatwo można go zabić.

Myśliwy zerwał się, pobiegł do domu Królika i tam faktycznie znalazł Niedźwiedzia leżącego na plecach pod łóżkiem. Zabił go jednym ciosem i obdarł ze skóry, a mięso pokroił na małe kawałki i włożył do torby, aby zabrać do domu dla dzieci. Ale gdy Myśliwy był zajęty Niedźwiedziem, Królik wymknął się do lasu, mówiąc do siebie:

— Sprytnie pozbyłem się wszystkich moich klientów i jestem bezpieczny. Ale życie kupca nie jest dla mnie. Nie będę już przedsiębiorcą. Jeśli zdołam gdzieś ukraść kukurydzę, to zostawię ją dla siebie, nie będę jej sprzedawać innym.

I szybko uciekł, aby ukryć się w gęstych zaroślach. Myśliwy poszedł szukać Królika, ale wszelki ślad po nim zaginął. Nie było też kukurydzy, którą od niego kupił. I chociaż Myśliwy był zdania, że i tak wyszedł nieźle na tej historii z Niedźwiedziem, to jednak poprzysiągł zemstę na Króliku za oszustwo. Dlatego do dziś ciągle go szuka, a kiedy go spotka, to już nie pozwoli mu czmychnąć. A Królik żyje sam i trzyma się z dala od Myśliwego tak daleko, jak tylko może, bo wie, że sztuczka, za pomocą której się wymigał, była bardzo nieuczciwa i kiedyś przyjdzie mu za nią zapłacić.

Gwizdek Świętego Mikołaja

Pewnego razu w odległym miejscu w kanadyjskim lesie mieszkała ze swoją starą babcią dwójka dzieci. Były bliźniakami — chłopcem i dziewczynką. Wołano na nie Pierre i Estella, a gdyby nie ich strój, byłyby nie do odróżnienia. Wiosną zginęli ich rodzice, a wtedy dzieci, razem ze starą babcią, opuściły dom pełen smutnych wspomnień i latem zamieszkały zupełnie gdzie indziej. W tym nowym domu w lesie, w którym teraz mieszkali, byli bardzo biedni, ale nie byli nieszczęśliwi. Czasy były ciężkie, a jedzenia mało, i to bez względu na to, jak bardzo starała się babcia. Ale dzieci łowiły ryby w strumieniach i zbierały jagody i inne owoce, i jaja ptaków na zalesionych wzgórzach, i jakoś przez całe lato dawali sobie radę. Kiedy jednak nadeszła jesień, strumienie zamarzły, jagody opadły, no i nie było oczywiście ani jaj, ani ptaków, bo odleciały na południe. Cała trójka często była głodna. Ich babcia pracowała ciężko, aby zapewnić im utrzymanie, ale w końcu zachorowała. Przez kilka dni nie mogła wstać z łóżka. Wtedy powiedziała:

— Potrzebuję bulionu mięsnego. Ale do tego potrzebne jest dobre mięso. Jeśli nie dostanę mięsa, nie zrobię bulionu, a jeśli nie dostanę bulionu, nie będę zdrowa. Jeśli nie wydobrzeję, to umrę, a jeśli ja umrę, to wy, moje drogie dzieci, na pewno będziecie głodować i też poumieracie. Tak, tylko mięso może nas uratować przed głodem i śmiercią.

Pewnego ranka dzieci wyruszyły na poszukiwanie mięsa na bulion dla babci. Mieszkali z dala od innych ludzi i nie wiedzieli, gdzie się udać, ale podążali wyraźną leśną ścieżką. Na ziemi leżał głęboki śnieg, który jasno błyszczał w słońcu. Dzieci nigdy wcześniej nie oddalały się tak bardzo od domu i każdy nowy widok był dla nich bardzo interesujący. Tu i ówdzie nad śnieg wyskakiwał Królik, a nad głową świergotał Junko, ptaszek podobny do wróbelka. Wszyscy szukali jedzenia tak jak dzieci. W wielu miejscach rosły ostrokrzewy, a na drzewach jemioły. A Pierre, kiedy zobaczył jagody ostrokrzewu i jemioły, powiedział z radością:

— Już niedługo przyjdzie Święty Mikołaj, ponieważ drzewa są odświętnie ubrane i gotowe na jego przyjęcie.

— Tak, Święty Mikołaj wkrótce tu będzie — przytaknęła Estella i oboje byli bardzo zadowoleni, myśląc o jego przyjściu.

Po południu natknęli się na starszego mężczyznę, który siedział przy drzwiach małego drewnianego domu ukrytego wśród zarośli. Staruszek był zajęty robieniem gwizdków: opukiwał gałązki wierzby rękojeścią noża, a potem ostrożnie zsuwał obluzowaną korę z patyczka. Dzieci stały i z zaciekawieniem przyglądały się dziwnemu zajęciu staruszka, który miał wesołe oczy i pogodną ogorzałą twarz otoczoną białymi włosami.

— Cześć — powiedział stary człowiek.

— Dzień dobry — odpowiedział Pierre grzecznie. — Po co pan robi gwizdki z wierzby?

— Robię je dla Świętego Mikołaja — powiedział starzec. — Już niedługo przyjdzie ze swą coroczną wizytą; podobno jest gdzieś niedaleko. Kiedy odwiedza ludzi, zawsze rozdaje gwizdki, przede wszystkim grzecznym dzieciom. A ja muszę mieć ich wielki zapas, kiedy przyjdzie, ponieważ jest wiele grzecznych dzieci, którym będzie je chciał podarować.

Powiedziawszy to, zaczął nożem nacinać gałązki wierzby. Dzieci obserwowały go przez długi czas w ciszy i myślały, że to cudownie tak pracować dla świętego Mikołaja, w tym małym domu wśród zarośli.

Nagle stary człowiek powiedział:

— Jesteście bardzo małymi dziećmi; co porabiacie tak daleko od ludzi?

— Nasza babcia jest bardzo chora i szukamy mięsa, z którego można zrobić bulion, aby ją wyleczyć — odpowiedziała Estella.

Starcowi zrobiło się przykro, że nie miał mięsa, bo odżywiał się tylko roślinami. Powiedział im jednak, że niedaleko jest rzeźnik, który zawsze ma jakieś mięso.

— Ale uważajcie, bo ten rzeźnik to bardzo zły człowiek. Dzieci, które wchodzą do jego sklepu, już z niego nie wychodzą — ostrzegł staruszek.

Dzieci były przerażone, gdy usłyszały, co powiedział staruszek, i zastanawiały się, czy nie lepiej wrócić do domu. Ale po długiej chwili zastanowienia stary człowiek powiedział:

— Dam wam po jednym gwizdku, a kiedy któreś z was zagwiżdże, Święty Mikołaj zawsze go usłyszy. Pamiętajcie jednak, aby nigdy nie dmuchać bez przyczyny, najwyżej wtedy, gdy jesteście w wielkich tarapatach. Kiedy Święty Mikołaj usłyszy gwizdnięcie, będzie wiedział, że macie kłopoty lub że dzieje się wam jakaś krzywda, i przyjdzie z pomocą sam albo wyśle do was kogoś innego. Pamiętajcie, że to musi być tylko jedno gwizdnięcie. Właściwie gwizdki rozdaje tylko Święty Mikołaj, kiedy w czasie świąt odwiedza te okolice. Ale ponieważ jesteście dobrymi dziećmi, a wasza babcia jest bardzo chora i staracie się ją wyleczyć, wiem, że Święty Mikołaj się na mnie nie pogniewa.

I staruszek dał dzieciom po jednym wierzbowym gwizdku, a wtedy strach je opuścił, bo wiedziały, że mają zapewnioną pomoc Świętego Mikołaja i nic im już nie grozi.

Było późne popołudnie, gdy dzieci wyruszyły w drogę do niegodziwego rzeźnika. Kiedy tak szły, w ich sercach zagościły wątpliwości. Zastanawiały się, czy staruszek powiedział im prawdę o gwizdkach, czy może w rzeczywistości sprzyjał rzeźnikowi, do którego próbował je zwabić. Ponieważ nikt nie mógł im powiedzieć, jak jest naprawdę, dzieci stanowiły poszukać mięsa gdzie indziej i trzymać się z dala od sklepu rzeźnika. Wędrowały to tu, to tam, ale bez powodzenia. Nigdzie nie było zbędnego mięsa, w żadnym z miejsc, do których dotarły. Na koniec doszły do miejsca, z którego było już widać sklep rzeźnika.

Dzieci były przerażone i zrezygnowane, bo słońce już zaszło za drzewami i nadchodziła noc, a one nadal nie zdobyły mięsa dla babci. Pamiętały, że jeśli babcia ma wyzdrowieć, to one muszą jej przynieść mięso na bulion. Zresztą w mroźny zimowy wieczór sklep wyglądał całkiem przyjemnie. Od ognia w palenisku biło ciepłe światło, a w oknach wisiały kiełbaski, tłuste ptaki, a nawet żółte dynie i ciastka udekorowane czerwonymi jagodami. Dzieci były bardzo głodne i miały ochotę się posilić i rozgrzać w cieple sklepu. Pomimo obaw postanowiły wejść do sklepu, kupić jedzenie i zdobyć mięso na bulion dla babci. Ale zanim weszły do sklepu pomyślały, że tak na wszelki wypadek dobrze byłoby dmuchnąć w gwizdek, aby Święty Mikołaj wiedział, że czegoś się boją. Stały przez chwilę w cieniu wielkich drzew przed drzwiami sklepu i przygotowywały się do jednoczesnego gwizdnięcia. Pierre dał sygnał i zagwizdał przeciągle. Ale Estella nie mogła wydostać gwizdka z kieszeni i zanim była gotowa, Pierre już skończył gwizdać i czekał z zapartym tchem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.41