E-book
18.96
drukowana A5
29.79
drukowana A5
Kolorowa
55.55
Bajki na dobranoc

Bezpłatny fragment - Bajki na dobranoc

Wydanie II


5
Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-65543-36-3
E-book
za 18.96
drukowana A5
za 29.79
drukowana A5
Kolorowa
za 55.55

Słowo od autora

Bajeczki, które trzymacie w rękach, pisałem z przerwami w latach: 2008, 2010 i 2011. Wyjątek stanowią dwie bajki rymowanki znajdujące się na końcu książki, powstałe w lutym 2015 roku. Aktualne wydanie książki wzbogacone zostało również o wykonane przeze mnie w roku 2015 ilustracje. W wybranych tekstach wprowadziłem ponadto zmiany i uzupełnienia. Jestem przekonany, że wszystkie te korekty spowodują, iż książeczka będzie jeszcze lepsza w odbiorze i ciekawsza niż pierwotne wydanie z roku 2012.

Bajki zawarte w niniejszym tomie poruszają różnorodną tematykę, ale zawierają pewne uniwersalne przesłanie. Jakie? Tego nie mogę teraz zdradzić, ale z pewnością każdy z was odnajdzie je podczas lektury.

Zapraszam na bajkę…


Adam Koćma

BAJKI NA DOBRANOC Część 1

O Jasiu, upartym osiołku i grubym Barnabie

Sto lat temu, a może i więcej, w podtatrzańskiej wiosce mieszkała pewna rodzina. Byli bardzo biedni i żyli w starej, drewnianej chałupie, a jedynym ich majątkiem były: pies, koza i osioł. W rodzinie było dziewięć osób: schorowani rodzice i siedmioro dzieci, cztery córki i trzech synów. Chociaż nie mieli prawie żadnego majątku, byli szczęśliwi, a czas upływał im spokojnie, wypełniony pracą na polu i wieczornym odpoczynkiem w rodzinnym gronie. Najmłodszy z rodzeństwa był mały Jasio, chłopak bystry, wesoły i niezwykle zaradny. Jasio uwielbiał wybiegać rano na górskie stoki, na spacer z Azorem. Biegali i tarzali się w trawie, a potem wracali do domu na śniadanie. Posiłki w domu Jasia nie były urozmaicone. Na śniadania i kolacje zazwyczaj jedli chleb, czasem z odrobioną sera z koziego mleka, a na obiad zupę, czasem z ziemniakami, a czasem przeźroczystą jak woda w górskim potoku. Pomimo tego nikt się nie skarżył. Żyli skromnie i dziękowali Bogu za każdy spędzony razem dzień. Jednakże pewnego lata stała się rzecz straszna: zaraza zniszczyła plony i nie mieli co jeść, nie mogli również zrobić żadnych zapasów na zimę. Na domiar złego wilki porwały kózkę i zostali również bez mleka i sera. Głód zajrzał w oczy rodzinie Jasia. Kiedy lato zbliżało się ku końcowi, tato zebrał całą rodzinę, po czym otworzył zardzewiałym kluczem drewnianą skrzynię, która stała w kącie ich domu. Ze skrzyni wyciągnął mieszek, w którym — ku zdziwieniu wszystkich — błysnęły złote monety. Ojciec powiedział do Jasia:

— Synu, weź złoto, osiołka i jedź do miasta. Kup nam jedzenie i wracaj szybko, bo inaczej pomrzemy z głodu! Twoi bracia muszą iść do pracy w stajni u hrabiego, a siostry za słabe są do takiej podróży, więc w tobie cała nadzieja!

Jasio wziął złote monety i odpowiedział:

— Dobrze tato, wrócę najszybciej jak się da! — Po czym poszedł do stajni przygotować osiołka do podróży.


Ponieważ droga do miasta była długa i prowadziła przez las, Jasio musiał zabrać ze sobą znaczny bagaż: ubranie na zmianę, koc, resztkę chleba i sera oraz garnek, aby mógł w lesie ugotować zupę z tego, co uda mu się uzbierać. Całość zawinął starannie w jeden pakunek, który zamierzał przymocować do grzbietu osiołka. Wpierw jednak trzeba było zwierzaka osiodłać. Zarzucił więc na grzbiet osiołka gruby koc, żeby móc wygodnie na nim podróżować. Niestety — osioł zaczął podskakiwać i wierzgać, tak że koc wnet spadł. Kiedy Jasio chciał ponownie zarzucić koc na osła, ten zaczął szczerzyć zęby i nie dał mu podejść. Wówczas Jasio wrzucił na grzbiet osła swój bagaż, lecz i to nie na wiele się zdało. Osioł zaczął wierzgać zadem, tak że pakunek wylądował na ziemi. Zdesperowany Jasio podszedł do osiołka, pogłaskał go i dał mu ostatnią zwiędniętą marchewkę, którą ten schrupał ze smakiem.

— Osiołku, musisz mi pomóc. Trzeba nam jechać do miasta po jedzenie, inaczej moja rodzina zginie z głodu. Nie mam tyle sił co ty, żeby nieść bagaże… — poprosił i po raz kolejny spróbował osiodłać nieposłuszne zwierzę, ale osioł znów na to nie pozwolił. Zniechęcony chłopiec założył mu sznurek na szyję i chciał wyprowadzić ze stajni, jednak osioł zaparł się kopytami i pomimo wielkiego wysiłku Jasio nie dał rady go wyciągnąć. Mały chłopiec zarzucił więc tobołek na swoje plecy i ruszył przed siebie. Osioł poczłapał za nim w nadziei, że dostanie kolejną marchewkę, jednak do pomocy się nie kwapił. Po pewnym czasie dotarli nad strumyk i chłopiec kazał osiołkowi napić się wody, aby miał siłę do dalszej wędrówki. Lecz osioł krzywił się i ryczał, że woda jest zbyt zimna dla tak szlachetnego zwierza jak on. Chłopiec wyciągnął z torby ostatni kawałek chleba i przedzielił go na dwie części. Jedną dał osłowi, lecz ten ugryzł dwa kęsy, a resztę kopnął za siebie i zaczął żuć trawę, oczywiście tylko po to, żeby zrobić Jasiowi na złość. Przy strumyku spędzili godzinę. Kiedy chłopiec wypoczął nieco, a osioł całkiem już spuchł od nadmiaru zjedzonej trawy, ruszyli dalej…


Wieczorem zatrzymali się w lesie na postój. Chłopiec rozpalił ognisko i zmęczony szybko zasnął. Tymczasem wypoczęty osioł zaczął ciekawsko rozglądać się wokół, gdyż księżyc był w pełni i noc dzięki temu jasna. Wtem coś zaszeleściło i z pobliskich zarośli wyłonił się człowiek, gruby mężczyzna o owalnej twarzy i z wielkim brzuchem. Łysa głowa Barnaby, bo tak go nazywali, błyszczała jaśniej niż księżyc. Kiedy się uśmiechnął, osiołek zobaczył jego złoty ząb.

— Osiołku! — przemówił do niego człowiek. — Biedaku mój, wiem, jak cierpisz. Chodź ze mną, a ja ci wszystko wynagrodzę. Nie będziesz pić wody, lecz wino, nie będziesz jeść suchego chleba, lecz najtłustsze sery! Zamieszkasz razem ze mną w pięknym pałacu! Nie będziesz musiał nic nosić na swym szlachetnym grzbiecie, lecz tobie będą usługiwać. Choć ze mną, mój kochany!

Osiołkowi spodobało się to, co mówił Barnaba i nareszcie poczuł się doceniony. Nie zastanawiając się, pozostawił Jasia samego i ruszył za człowiekiem. Nie uszli jednak nawet kilkunastu metrów, gdy Barnaba wskazał na dwie wielkie torby leżące pod drzewem i powiedział:

— Osiołku mój szlachetny, spójrz na te pakunki. Musisz zabrać je do mojego pałacu, bo strasznie mnie noga boli. Ale nie martw się, wynagrodzę ci to, gdyż będzie to ostatni raz, kiedy cokolwiek będziesz musiał przenosić.

Osioł z chęcią przystał na propozycję Barnaby, ale kiedy ten zarzucił mu toboły na grzbiet, poczuł, że nogi mu się zachwiały.

Torby były bardzo ciężkie, ważyły o wiele więcej niż tobołek Jasia. Przeszli kolejne kilka metrów, kiedy Barnaba kazał się osiołkowi zatrzymać, po czym wskoczył na jego grzbiet. Osioł sapnął i nogi się pod nim ugięły, ledwo wytrzymał ciężar Barnaby i pakunków.

— Osiołeczku mój miły — wyszeptał słodko Barnaba.

— Przepraszam cię bardzo, lecz strasznie mnie rozbolała druga noga, nie mogę już iść. Musisz mnie zabrać do mojego pałacu.

Ale nie martw się, to ostatni raz, kiedy cokolwiek niesiesz! Wynagrodzę ci to!

Pomimo strasznego ciężaru osioł pokornie dźwigał Barnabę oraz jego toboły. Wyobrażał sobie, jakie zaszczyty spotkają go w pałacu tego zacnego człowieka.


Nad ranem dotarli na skraj lasu. Osioł wytężał wzrok, żeby ujrzeć lśniące wieże pałacu, w którym miał spędzić resztę życia, lecz zamiast tego zobaczył starą, drewnianą, rozlatującą się chatę.

— Tutaj się zatrzymamy! — krzyknął Barnaba.

Ledwo weszli do chaty, człowiek nalał mu pełną miskę wina i powiedział:

— Pij, osiołku, na zdrowie, już niebawem zamieszkasz w pałacu.

Osioł wypił łapczywie wino w nadziei, iż to pierwszy krok do przyszłego, lepszego życia. A kiedy tak pił, Barnaba zaczął się śmiać i śmiał się coraz głośniej, po czym wyciągnął z szafy wielki rzeźnicki nóż i podszedł do osła. Ten usiłował wstać, lecz strasznie kręciło mu się w głowie. A kiedy wreszcie mu się udało, nie mógł zrobić ani kroku. Nogi mu się splątały i przewrócił się na podłogę, a Barnaba z błyszczącym nożem wskoczył na jego grzbiet. W tym momencie na głowie zbója z hukiem wylądowała wielka patelnia. Ogłuszony Barnaba upadł na podłogę, a mdlejący ze strachu osioł zobaczył pochylającego się nad nim Jasia.


Rankiem osioł obudził się przy tym samym ognisku, które Jasio rozpalił poprzedniego wieczora. Pomyślał, że przyśnił mu się koszmarny sen.

— Zapamiętałeś nocną lekcję? — zapytał chłopak. Osioł skinął w milczeniu głową. Jasio zarzucił na jego grzbiet pakunki, po czym sam na niego wskoczył i ruszyli do miasta. Kupili tam bardzo dużo jedzenia i zanieśli do domu w górach, dzięki czemu cała rodzina spokojnie przetrwała zimę. A osioł zrozumiał, że czasem najłatwiejsza droga może okazać się najcięższa.

O królu i żebraku

Dawno, dawno temu żył na świecie król bardzo potężny, który silną ręką siedmioma krainami rządził. W jego skarbcach piętrzyły się bogactwa niezmierzone, a spiżarnie zawsze były pełne zboża i wina. Miał król ten armię wspaniałą, największą na całym świecie, a w niej rycerzy konnych, pieszych, machiny oblężnicze, armaty i wszelkie wyposażenie w sztuce wojennej niezbędne. W jego kuchni pracowali najlepsi kucharze, a jadło podawane na dworze zachwycało smakiem i wykwintnością. W ogóle król Rutar (bo tak miał na imię) miał wszystko, co najlepsze, z wyjątkiem… serca. Bo serce miał nikczemne i złe. Nigdy nie nagradzał swoich poddanych. Ludzie żyli w ciągłym strachu przed jego gniewem. A król często, nawet z błahych powodów, zamykał ich w ciemnych lochach…


Pewnego dnia król siedział za stołem i grał sam ze sobą w szachy. Przesuwając figurki po planszy z mahoniowego drzewa, władca pomyślał, że dobrze byłoby jednak zagrać z kimś. Zawołał więc swojego wiernego sługę, który od lat zajmował się garderobą króla i szykował mu szaty, zarówno na uroczystości, jak i na dzień powszedni. Podał słudze kielich wina i polecił, żeby grał najlepiej jak potrafi, co też lokaj uczynił, nieświadomy grożącego mu niebezpieczeństwa. Jednak okazało się, iż król partię przegrał. Bo oprócz tego, że był podły i zły, był też strasznie głupi, a cała potęga jego królestwa została zbudowana mądrością innych osób, jego poddanych. Po przegranej król wpadł w gniew, zawołał kapitana swojej gwardii przybocznej i kazał natychmiast aresztować przestraszonego sługę, co też kapitan bez zastanowienia uczynił. Nie przyszło mu nawet do głowy, aby ulitować się nad losem biednego sługi królewskiego i choćby podać mu dzban wody przed zamknięciem w lochu. Był w końcu kapitanem gwardii królewskiej i co go mógł obchodzić jakiś marny sługa — tak myślał.


Upłynął tydzień. Król zapomniał o doznanej porażce i znów znudziła mu się samotna gra w szachy. Podnosił akurat głowę znad mahoniowej szachownicy i zastanawiał się, kogo by tu zaprosić do gry, gdy zauważył wchodzącego do komnaty z meldunkiem kapitana gwardii przybocznej. Wysłuchał tego, co miał do powiedzenia dowódca, po czym uprzejmie zaprosił go do gry, zaznaczając wcześniej, aby nie baczył, że jest królem i grał jak najlepiej potrafi, bo tylko taka gra jest prawdziwa i emocjonująca. Kapitan, jakkolwiek bardzo zdziwiony życzeniem władcy, poczuł się jednocześnie wyróżniony tym zaproszeniem i ochoczo przystąpił do gry. Jednak i tym razem król przegrał szybko i sromotnie. I po raz kolejny wpadał w straszliwy gniew.

— Zdrada! — krzyknął, wstając nagle od stołu. Zdziwiony kapitan aż podskoczył zaskoczony. Krzyki władcy usłyszał przechodzący akurat zamkowym dziedzińcem generał armii królewskiej, który czym prędzej przybiegł do komnaty króla.

— Generale! — krzyknął, widząc go, król Rutar. — Kapitan dopuścił się straszliwej zdrady i zamachu stanu! Należy go natychmiast aresztować i wtrącić do najciemniejszego lochu!

— Tak jest! — Generał wyprężył pierś, zasalutował i mocno chwycił przestraszonego kapitana.

Kiedy wtrącał dowódcę do lochu, cieszył się bardzo, bowiem myślał, iż dzięki temu wzrosną jego wpływy na dworze i liczył, że król nagrodzi go mieszkiem złota za dobrą służbę. Nie pomyślał natomiast, aby zapytać nieszczęśnika, dlaczego król kazał go zamknąć, a sam król wspomniał jedynie bardzo ogólnie o zdradzie, jednak nie raczył wyjawić szczegółów…


Upłynął kolejny tydzień i król znów zaczął się nudzić, grając samotnie w szachy. Zawołał więc generała, nalał mu kielich wina i zaprosił do gry, zaznaczając, żeby grał najlepiej jak potrafi. I znowu król przegrał, i tak jak poprzednio, popadł w wielki gniew. Zawołał natychmiast ministra wojny i kazał mu zamknąć generała w najgłębszym i najciemniejszym lochu, oskarżając go o zdradę. Minister wojny z radością wykonał rozkaz, ponieważ bardzo nie lubił generała, a poza tym zdawał sobie sprawę, że teraz to on — jako minister wojny — będzie bezpośrednio dowodził armią. Oczywiście nie przyszło mu do głowy, żeby zapytać generała, jakiej to straszliwej zdrady się dopuścił…


Upłynął następny tydzień i król znów nudził się, samotnie grając w szachy. Tymczasem minister wojny przechadzał się po zamkowych komnatach i rozmyślał. Nagle do bramy pałacu ktoś zapukał. Minister wydał strażnikom rozkaz, aby otwarli wrota, co też niezwłocznie uczynili. Okazało się, iż przed bramą stał żebrak — przemoknięty, wynędzniały mężczyzna w obdartych łachmanach, które były niegdyś ubraniem. Lekko przygarbiony, w podartym kapturze na głowie, przemówił do ministra dziwnie czystym i dostojnym głosem:

— Panie, wpuść mnie do środka, a za miskę strawy wyjawię ci tajemnicę, jak bogactwo posiąść niezmierzone…

To, co powiedział żebrak, zaciekawiło ministra. W dzieciństwie słyszał opowieści o żebraku, który w zamian za przysługę pomógł pewnemu królowi pokonać jego wrogów. Uważał się za przebiegłego i postanowił wysłuchać przybysza.

— Jeżeli nie powie nic ciekawego — pomyślał — przegonię go precz. Jeżeli zaś mądrze będzie mówił, to miska jedzenia w zamian za bogactwo to żadna zapłata. Na wszelki wypadek odprawił strażników, żeby nie poznali sekretów, jakie ten człowiek mógł mu wyjawić. Ledwo jednak strażnicy odeszli, minister usłyszał donośny głos króla:

— Ministrze, przyjdź do mojej komnaty!

Nie zamknąwszy wrót, poszedł do komnaty króla, a żebrak szybko podążył za nim i zaczął podsłuchiwać rozmowę władcy i ministra.

— Siadaj, mój miły ministrze — powiedział król, po czym nalał ministrowi lampkę przedniego wina. — Nudzi mi się straszliwie i rad bym z tobą zagrać w szachy. Tylko graj jak najlepiej potrafisz, bowiem jestem wymagającym przeciwnikiem…


Tymczasem żebrak otworzył jedną z szaf, w której znalazł piękne dworskie stroje. Zrzucił szybko swoje łachmany i zaczął się ubierać, a jak skończył — spryskał się perfumami, które stały na małym stoliku obok szafy. Jednocześnie, podglądając przez uchylone drzwi, obserwował przebieg gry, z każdą chwilą zmierzającej do nieuchronnej porażki króla.

— Szach i mat! — obwieścił minister. Chwilę później żebrak usłyszał straszliwy ryk wydobywający się z gardła króla:

— Zdrada! Zamach stanu! Do lochu, wtrącić go do lochu!!! — Król chciał wezwać kogoś, kto mógłby wtrącić ministra do ciemnicy, ale nagle uświadomił sobie, że nie ma nikogo takiego, bo wcześniej do więzienia wtrącił wszystkich swoich dowódców. I wtedy do komnaty wkroczył wystrojony żebrak. Ubrany w pałacowe szaty, wyglądał jak hrabia lub książę, albo co najmniej markiz.

— Wzywałeś mnie, panie! — oznajmił pewnym głosem.

Król początkowo zaniemówił, ponieważ w wystrojonym dworaku nie rozpoznał nikogo mu znanego, ale pomyślał, że być może to jakiś nowo mianowany przez niego minister lub generał, którego nie pamięta. Codziennie rano podpisywał przecież kilka dekretów przygotowanych przez wiernego pisarza. Bojąc się popełnić gafę, postanowił więc uznać, iż osoba, którą ma przed sobą, jest faktycznie jakimś ważnym dworzaninem i władczym tonem oznajmił:

— Rozkazuję natychmiast osadzić tego zdrajcę — tu wskazał na bladego jak papier ministra wojny — w najgłębszym i najciemniejszym lochu! Dopuścił się zdrady i próby zamachu stanu!

— Tak jest! — krzyknął żebrak i wezwawszy na pomoc straże, pomimo protestów ministra, wtrącił go do najciemniejszego lochu. Jednakże zamykając drzwi więzienia, zauważył siedzące w ciemnościach trzy wynędzniałe postacie. Rozkazał każdej z nich dać dzban wody, wielką pajdę chleba i pęto kiełbasy, po czym zapytał, kim są i dlaczego siedzą w lochu. W ten sposób dowiedział się, iż oprócz ministra wojny król wtrącił do lochu także swojego sługę, dowódcę straży przybocznej i generała armii oraz że wszyscy znaleźli się tu po tym, jak wygrali z królem w szachy….


Kiedy żebrak wrócił do króla, rzekł:

— Panie, twój rozkaz wykonałem, ale zechciej jeszcze wysłuchać, królu mój najmilszy, słów sługi twego uniżonego Alabala… Bardzo chcę jeszcze raz ci podziękować za przyznane mi stanowisko generała i dowódcy straży przybocznej. Wiedz, iż będę ci służył dozgonnie z najwyższą wiernością…

Głupi król ucieszył się, słysząc słowa Alabala. Pomyślał, że oto został wybawiony z obowiązku żmudnego przeszukiwania zwojów królewskich dekretów w celu przypomnienia sobie, jakie stanowisko temu dworzaninowi powierzył. Uradowany, powiedział do człowieka, który zaledwie godzinę wcześniej był żebrakiem:

— Mój miły, w nagrodę za wierną służbę mianuję cię jeszcze ministrem wojny.

I tak żebrak Alabal został kapitanem gwardii królewskiej, dowódcą generalnym armii oraz ministrem wojny w jednej osobie, a wkrótce stał się także najbardziej zaufanym dworzaninem i powiernikiem króla. Trwał na swoim stanowisku wiele, wiele, lat i dorobił się dużego majątku, z którego korzystały potem jego dzieci i wnuki. A wszystko to dzięki temu, iż nigdy nie wygrał z królem w szachy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.96
drukowana A5
za 29.79
drukowana A5
Kolorowa
za 55.55