E-book
9.56
drukowana A5
31.14
Bagna

Bezpłatny fragment - Bagna

Opowiadania


Objętość:
192 str.
ISBN:
978-83-8189-845-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 31.14

Włosy

Boguś Precel nie wyróżniał się niczym szczególnym od innych, oprócz tego, że pewnego dnia stał się zupełnie wyjątkowy.

Nieruchawy dwudziestolatek, o obliczu niemożliwym do zapamiętania i figurze kierowcy autobusu miejskiego przeszedł do historii psychologii. Nie spodziewali się tego jego rodzice, stary Precel i stara Preclowa, skoro po ukończeniu szkoły podstawowej ich syn nie podjął ani dalszej nauki, ani pracy, siedział w domu i filozofował. Może więc miał szansę przejść do historii filozofii, ale żeby psychologii?

Zaczęło się niewinnie, choć siedząc w fotelu, Boguś starał się zaglądać w biust młodej fryzjerski i wyobrażał sobie, co znalazłby pod jej fartuszkiem, gdyby jakimś cudem ona zdecydowałaby się na jego zdjęcie w obecności Bogusia. Na co szans nie było.

Do pójścia do fryzjera zmusiła Bogusia stara Preclowa, przeszkadzały jej bowiem długie włosy syna wpadające do jej numeru popisowego, czyli zupy warzywnej. Poszedł więc, patrzył jak jego włosy opadają na podłogę i miał erotyczne fantazje.

A po powrocie od zmysłowej fryzjerki nie mógł już odmawiać. Po ścięciu włosów nie mógł odmówić nikomu niczego.

Wieczorem stara Preclowa jak zwykle bez nadziei na sukces poprosiła go o wyniesienie śmieci. Boguś wziął je i dopiero na podwórku, przy śmietniku zastanowił się, dlaczego to zrobił. Jego matkę zaś zamurowało, a ojciec ze zdumienia wylał na siebie trochę piwa i zaklął. Cała trójka się zadumała.

Rano, nie pamiętając o dziwnym wydarzeniu z poprzedniego dnia, wszyscy jedli śniadanie, gapiąc się w telewizor, najczęściej obok muszli klozetowej używany w ich domu sprzęt. Stary Precel zjadł swoją zupę warzywną, spojrzał łakomie na porcję żony, westchnął i sięgnął po gazetę.

— Patrz, Boguś! Szukają pracownika do stacji paliw. — Wskazał palcem na jakieś ogłoszenie. — Może byś poszedł i się zorientował czy dasz radę.

— Pokaż! — Boguś sięgnął po gazetę. — No, pójdę, jak zjem.

Wypowiedział te słowa jakby wbrew temu, co myślał, po prostu wypłynęły z niego, jakby prosił o podanie soli do jałowej zupy. Znieruchomiał, stara Preclowa otworzyła usta ze zdumienia, a jej mąż czyścił sobie paluchami uszy, jakby się spodziewał, że brud zniekształcił wypowiedź jego syna.

Poszedł, pracę dostał, ale tak szybko jak ją dostał, tak szybko stracił. Stali klienci stacji szybko zorientowali się, że z tym nowym jest coś nie w porządku. Wykorzystywali Bogusia bez skrupułów: proszę przetrzeć wszystkie szyby, proszę sprawdzić stan oleju, proszę dopompować powietrze w oponach, a nawet proszę nalać do pełna i za mnie zapłacić. Tego już było za wiele. Szef wezwał chłopaka i choć go lubił, wyjścia nie miał.

— Dlaczego? Powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki uczynny i naiwny? — zapytał szef, a Boguś, słysząc prośbę, nie mógł odmówić.

— Nie mogę odmawiać — odpowiedział.

— Ale dlaczego, człowieku? Nie możesz dla każdego być taki dobry! Wykorzystują cię, a ja prowadzę tu biznes, muszę zarabiać!

I to był koniec kariery Bogusia na stacji paliw.

Bezrobotny Boguś rozmyślał w domu nad swoim losem. Odwiedził go Jacek, który słysząc o problemach kolegi, chciał go pocieszyć. Boguś opowiedział mu o wizycie u fryzjerki, włącznie z jej szczegółami anatomicznymi, ale kolega nie zainteresował się tą częścią opowiadania.

— To jesteś teraz tak jak ten koleś z Biblii! — Ekscytował się Jacek. — Nie pamiętam jego imienia, ale jak mu obcięli włosy, to stracił całą swoją nadludzką siłę i jakaś laska obcięła mu głowę.

— Myślisz, że jakaś laska zrobi mi krzywdę? — Zaniepokoił się Boguś.

— Nie, tobie może zrobić krzywdę ktokolwiek. Ale swoją drogą, to kobiety potrafią być okrutne… — Jacek powiedział to z mocą i przekonaniem.

A potem poprosił Bogusia o coś, ale nie nalegał. Po wszystkim Boguś nie czuł się wykorzystany, po seksie z Jackiem czuł jakiś niedosyt.

Boguś bał się wychodzić na ulicę, do znajomych, po zakupy. Niestety musiał je robić, ponieważ matka co rano prosiła go o to swoim skrzekliwym głosem. Szedł, a raczej przemykał, szybko, byle nie spotkać nikogo, kto by go o coś poprosił.

Pewnego dnia kupując warzywa na eintopf, sprawdzał świeżość pora, gdy nagle ktoś wjechał w niego sklepowym wózkiem.

— Przepraszam chociaż byś powiedział! — Stała przed nim jakaś dziewczyna
i krzyczała.

— Przepraszam — powiedział Boguś zgodnie ze swoją nową życiową misją. — Choć to ty we mnie wjechałaś, nie ja w ciebie. — Odważył się zaprotestować.

— No proszę, jaki bezczelny — Dziewczyna wzięła się pod boki. — Może mi jeszcze dziecko w brzuch wmówisz?

— Jesteś w ciąży? — zapytał bezwiednie.

— Ale z niego aparat… — Bardziej do siebie niż do Bogusia powiedziała dziewczyna.

Po kilku spotkaniach, o które to ona poprosiła, zorientowała się, na jaką przypadłość cierpi ten dziwny chłopak. Po miesiącu byli już małżeństwem.

W miarę upływu czasu pan młody stawał się coraz bardziej hardy, nieśmiało protestował, gdy żona go o coś prosiła. Wymawiała mu, że zawsze spełnia prośby swojej matki, a jej, własnej żony, nie. Bogusia również to zastanowiło.

W rozwiązaniu zagadki pomógł Jacek. Boguś opowiedział mu,
że odmawianie przychodzi mu coraz łatwiej, nawet raz nie zjadł zupy warzywnej swojej matki.

— To proste. — Zawyrokował Jacek. — Po prostu odrastają ci włosy, a wraz z nimi traci na mocy ta twoja niezwykła cecha.

— Bardzo prawdopodobne — odpowiedział Boguś. — Tak sobie myślę, że łatwiej mi się żyje, gdy nie mogę odmawiać. Nie muszę się zastanawiać co robić, a czego nie. Inni mną kierują i to mi w życiu wystarcza.

Boguś zamyślił się. A nazajutrz kupił maszynkę do strzyżenia włosów.

Rękawiczki

Podszedł do szuflady i wyciągnął pudełko z lateksowymi rękawiczkami. Naciągając je, pomyślał, że musiałby kupić sobie nowe zimowe rękawiczki. Stare nie były już chyba modne. Poza tym kolor nie pasował do nowego płaszcza, który kupił jesienią z myślą o srogich zimach.

Zimy teraz w porównaniu do tych ze wspomnień były cieplejsze. Pamiętał szczególnie jedną, gdy zaspy były wyższe od niego, ludzie nie chodzili do pracy a dzieci do szkoły. Choć on w ogóle nie musiał jeszcze wtedy chodzić do szkoły, był za mały. Rodzice ubierali mu rękawiczki z jednym palcem, które połączone były grubą nitką wełny. Wełna przechodziła przez rękawy płaszczyka i dzięki temu nie można było tych rękawiczek zgubić. Gorzej było, gdy rósł i nitka stawała się za krótka. Uśmiechnął się na wspomnienie pękającej wełny i rękawiczek rozjeżdżanych przez samochody.

Wyjrzał przez okno. W dole pod budynkiem w padającym śniegu
z deszczem szedł patrol policyjny, jakiś pies umykał do bramy, ktoś przebiegał przez ulicę. Okolica była spokojna, raczej nie działy się tu jakieś ekscytujące sprawy. Dzielnicę w większości zamieszkiwali emeryci, którzy za rozrywkę uważali przyjazd pogotowia lub karawanu po któregoś z nich.

Wrócił do łazienki. Rozejrzał się. Uznał, że panuje w niej wystarczający porządek, Zresztą, teraz gdy miał zamiar popracować w niej, prawdopodobnie przez kilka godzin, musiał liczyć się z zabrudzeniami. Westchnął i pomyślał, że będzie musiał uprzątnąć łazienkę bardzo starannie, jak najlepiej, jak najdokładniej.

Lubił porządek, czystość. W życiu zawsze zależało mu nie tylko na estetyce, ale i na higienie. Lubił to słowo wymawiać głośno, swoim dźwięcznym głosem: higiena.

Zdarzało mu się zwracać uwagę nawet swoim rodzicom na brudne ubranie czy zabłocone buty. Ojciec żartobliwie, ale i z odrobiną zniecierpliwienia mówił mu wtedy, że jak będzie na swoim, to się będzie tam rządził.

W swoim już mieszkaniu zawsze, zawsze, jak podkreślał w rozmowach z rodzicami, miał czysto. A więc można, tak? Pytał matkę i ojca i tryumfalnie się uśmiechał. Również wszystkie rękawiczki miał zawsze wyprane, poukładane na odpowiednich półkach. Te z kuchni, chroniące przed wysoką temperaturą, lubił najbardziej. Czerwonych z naszytymi różnymi owocami używał najczęściej, choć gotował z niechęcią. Musiał to robić. Żyjąc samotnie, nie ma na kogo zrzucić obowiązki.

Miał również rękawice robocze, które trzymał w pudle z narzędziami, otwieranym bardzo rzadko. Dzisiaj wyszukał w nim dłuta i młotek. Narzędzia przeniósł do łazienki. Żeby nie uszkodzić posadzki, położył je na dywaniku przed wanną.

Spojrzał na swoje odbicie w lustrze i się zaśmiał. Ujrzał bowiem swoje marzenie ze szczenięcych lat. Był takim dziwnym dzieckiem, które w połowie lat osiemdziesiątych miało sprecyzowane plany: kariera w dużej firmie. Później dowiedział się, że nazywa się to korporacja, a on chciał zostać typowym yuppie. I teraz szczególnie typowy okaz widział w lustrze. Praca, pogoń za pieniędzmi, samotność, odgrzewane jedzenie. Marzenia się spełniają, choć nie był pewien czy czasami wiemy, o czym naprawdę roimy.

Pomyślał, że nigdy nie miał na rękach rękawic bokserskich. Wprawdzie nigdy nie unikał sportu, po amatorsku uprawiał bieganie, a także grał w tenisa, ale boks? Nie zniósłby widoku swojej pokiereszowanej twarzy. Wyobraził sobie, jak zadaje cios a krew przeciwnika tryska na jego twarz, wpada do jego ust. Obrzydliwe! Walki bokserskie czasami oglądał w telewizji, parę razy dostał od szefa bilety na galę i musiał pójść. Oglądał, krzyczał wraz z innymi, choć czasami nawet nie orientował się, w jakiej wadze walczą zawodnicy ani o jaki tytuł.

Rękawiczki rękawiczkami, ale praca czeka, upomniał sam do siebie. Zaniepokoił się czy te cienkie, które miał naciągnięte na dłonie, wytrzymają. Wrócił do pokoju i wziął całe pudełko. Na wypadek, gdyby jednak pękły, będzie mieć zapas pod ręką.

Pochylił się nad wanną, przewrócił leżące w niej ciało z brzucha na plecy, tak by widzieć twarz trupa. Do rąk wziął największe dłuto i młotek.

Procedura

— Panie kierowniku! Panie kierowniku! — Gabi biegła korytarzem tak szybko, na ile pozwalały jej wysokie szpileczki. Wyrzucała przy tym cienkie jak patyki nóżki na boki, machała rączkami, jakby suszyła dopiero co pomalowane paznokcie. Przez różowe szaty przeświecało słońce, obrysowując jej anorektyczne ciało. Kierownik odwrócił się ze zrezygnowaną miną w stronę asystentki, jego uwagę przykuł duży dekolt bluzeczki i płomiennorude włosy — No? — zapytał grzecznie.

— Panie kierowniku — Gabi zahamowała tuż przed szefem, dotykając lekko dłonią klapy jego wysłużonego garnituru. Miał go od ślubu i zamierzał zachować aż do swojej śmierci. Wtedy rozetnie go tylko z tyłu, bo utył i będzie jak znalazł do trumny. Gdy Gabi go dotknęła, przeszedł go dreszcz, choć nie wiadomo czy podniecenia czy obrzydzenia. — Mamy trudnego klienta. Co z nim zrobić? — dokończyła asystentka.

— A czego chce?

— Chce wydania decyzji do wniosku, który ledwo co złożył. Zbyszek mówi,
że wniosek jest u nas od dziesięciu miesięcy, a facet się piekli.

— Co zrobić, co zrobić! — Kierownik przedrzeźniał asystentkę. Spojrzał na drzwi toalety, a potem na Gabi. — Beze mnie ani rusz, co? Wszystko na mojej głowie! — Zrzędził jak własna żona. — Wprasować go!

— Naprawdę? — Gabi była trochę zaskoczona. — Tak od razu? Może go najpierw nastraszymy albo obijemy ryja. Pan kierownik tak to lubi…

— Nie mam ochoty dzisiaj bawić się z bałwanami! Prasujemy!

Wszedł do biura Zbyszka już z pustym pęcherzem, choć nadal
z cierpiętniczą miną. Wszyscy z wydziału już wiedzieli, dzięki informacyjnej funkcji Gabi, że pan kierownik jest dzisiaj zły i nie będzie łatwo przetrwać w spokoju do piętnastej.

Zbyszek właśnie cały ciałem napierał na petenta. Ciało awanturnika dość łatwo wchodziło w drzwiczki od szafy biurowej. Starszy konsultant miał trochę problemów z kurtką faceta, ale po chwili cały petent był już wprasowany w mebel. Widać było tylko oczy, trochę wystające ponad powierzchnię drzwi. Klient łypał na wszystkie strony, było widać, że się boi, ale za to Zbyszek był zadowolony.

— No i po kłopocie. — Otrzepał z satysfakcją dłonie. — Wcisnąłem go głębiej, kierowniku, bo by mi tu pyskował i przeszkadzał w robocie.

— A czego właściwie chciał?

— Pozwolenia na budowę. Po dziesięciu miesiącach czekania?

— Ale nie zapłacił? — Upewnił się kierownik.

— A skądże! Tak to już dawno byłoby załatwione. — Pan Zbyszek karcąco pokiwał palcem w stronę petenta, który chciał prawdopodobnie coś im przekazać, wyłupiając oczy.

— Sytuacja wygląda następująco — kierownik mówił w stronę płaskiego petenta. — Jak nam się znudzi, czyli za tydzień, może dwa, wypchniemy cię gościu z tych drzwiczek i pójdziesz do domu. A jak nam się spodoba, to zostaniesz dłużej. — Zarechotał z radości a wraz z nim Zbyszek. — Zbyszek, daj mi jego papiery.

A ty, łapsie, żebyś se zapamiętał. Albo płacisz i masz, co chcesz, albo nie płacisz i wtedy masz problemy.

Kierownik włączył niszczarkę i wrzucił po kolei dokumenty podane mu przez Zbyszka.

— Była sprawa, nie ma sprawy. — podsumował Zbyszek i uśmiechnął się wymownie w stronę szafy.

Ktoś zapukał w drzwi biura, wsadził głowę i zapytał:

— Można wejść?

— Proszę, proszę — kierownik przejął obowiązki Zbyszka. Ten czuł, że coś się święci.

Do biura wszedł młody mężczyzna w skórzanej kurtce i dżinsach.

— Chciałbym…

— Po pierwsze, ćwoku — przerwał mu kierownik — nie puka się do biura.
Po drugie, może i ty chcesz, ale ja dzisiaj nie mam ochoty!

Mężczyzna stał zdumiony i nawet nie próbował nic powiedzieć. Zbyszek już wziął z biurka nożyczki do papieru.

— Won! — zakończył kierownik i popatrzył wymownie mężczyźnie prosto
w oczy. Jak samiec alfa rzucał obcemu przybyszowi wyzwanie w obronie własnego terenu i podlegających mu ludzi.

— Czy pan żartuje? — Mężczyzna odzyskał mowę. — Co pan sobie wyobraża? Jak pan mnie traktuje?!

— Tak, jak na to zasłużyłeś, śmieciu! — Zbyszek skierował czubek nożyczek
w stronę krzyczącego. — Ruszaj się, no, wyłaź!

Wszyscy trzej wyszli z biura, kierownik otworzył drzwi do kanciapy sprzątaczki i uprzejmym gestem wskazał je mężczyźnie.

— Prrroszę! Panie Zbyszku, zgodnie z procedurą.

— Czyli wiązanie, picie płynu do mycia podłóg i czyszczenie zębów mopem? — upewnił się urzędnik.

Dźgnął przerażonego mężczyznę nożyczkami w pierś i wepchnął go do kanciapy. Wszedł za nim i zamknął drzwi.

Kierownik, pogwizdując z zadowoleniem, skierował się w stronę swojego gabinetu. Z toalety wyszła Gabi. Poprawiła tam makijaż, teraz powolnymi ruchami obciągnęła bluzeczkę i spódniczkę. Kierownik jęknął na ten widok, ale odgłos utonął wśród tych dobiegających z kanciapy.

— Panie kierowniku! Co tam się dzieje? — zapytała Gabi, a następnie koniuszkiem języka oblizała powoli, bardzo powoli swoje ponętne usta.

— Ach, nic takiego. Zbyszek obrabia jakiegoś bezczelnego łosia. Jak się będzie stawiał, to wrócę tam i jeszcze mu przyłożę! — Ostatnie zdanie wymówił głośniej, a właściwie krzyknął i podkreślił je odpowiednim ruchem rąk, który podpatrzył w telewizji w czasie walki bokserskiej.

— Jaki pan kierownik władczy… — Gabi uśmiechnęła się promiennie i zalotnie musnęła kierownika po dłoni.

— To co? Może małe co nieco? — Klepnął ją w pupę.

— Nie. Nie dzisiaj. Ma przyjść po mnie mój nowy chłopak. Chyba pan kierownik nie jest zazdrosny? — Zaniepokoiła się.

Za to kierownika tknęło przeczucie.

— A jak ten nowy gach wygląda?

— Przystojny, młody — podkreśliła Gabi, pamiętając, że kierownik bywał zazdrosny raczej o facetów w swoim wieku. Konkurencją nie są młode szczawie, tylko faceci z doświadczeniem i pozycją, takich Gabi lubi naprawdę, jak mawiał. — Chodzi w skórzanej kurtce, bo jeździ na motorze i…

Kierownik skrzywił się, przeklął i ruszył w stronę kanciapy. Chwilę później Zbyszek w imieniu wszystkich przepraszał absztyfikanta Gabi za pomyłkę.

— Traktujecie tak swoich petentów?! — Mężczyzna krzyczał, a piana po płynie do mycia podłóg opadała na skórzaną kurtkę. — Pójdę na policję, wy bandyci!

— Niech pan nie przesadza. — Uspokajał go Zbyszek. — Nawet w mordę pan nie dostał, a ma pan pretensje.

— Wariaci! Gabi! Od dzisiaj tu nie pracujesz! Oni są niebezpieczni! — Chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę wyjścia.

— Nie! — Gabi wyrwała mu się. — Jestem lojalną pracownicą tej instytucji
i wierną panu kierownikowi!

— No i, kurwa, tak powinno być — ucieszył się kierownik.

Prawalewa

Kto ją tak przezwał, nie wiadomo, ale nie było to grzeczne, choć zgodne z prawdą. Przezwisko pochodziło od jej zachowania, a ściślej mówiąc, od stylu chodzenia. Prawalewa chodząc, zataczała się, od prawej do lewej lub odwrotnie.

Uważni obserwatorzy, a tych w miasteczku nie brakowało, twierdzili,
że zataczaniem się Prawejlewej nie rządzi żadna logika, żadna zasada,
w każdym razie nigdy nie było im dane jej odkryć.

Prawalewa czasami miewała koszmary. Śniła się sobie samej, idąca prosto, jak modelka z telewizji i nikt, ale to nikt nie zwracał na nią uwagi. Sam sen nie był koszmarem, ale stawało się nim przebudzenie, kiedy stwierdzała, że nadal, po staremu, zatacza się.

Codziennie zastanawiała się, kiedy to się zaczęło. Czasami myślała,
że taka się urodziła, ale przypominała sobie chwile z dzieciństwa, kiedy chodziła prosto, bez tych niepotrzebnych, meczących ruchów. O swoją przypadłość oczywiście pytała o to rodziców, ale oni, jak to rodzice, twierdzili, że nie widzą nic niezwykłego w sposobie jej poruszania się.

Widziało to jednak całe miasteczko. Gapili się wszyscy, niektórzy dyskretnie, inni otwarcie. Część milczała, przynajmniej w jej obecności, reszta głośno komentowała, używając często słów, których powtarzać nie wypada. Mniej wulgarne wypowiedzi to „Ta znowu wylazła z domu, będzie dzieci straszyć”, „Uważaj, Prawalewa nadciąga, żeby cię nie staranowała” albo „O! Idzie, królewna, cały chodnik jak zwykle musi być jej”.

Dzieciaki krzyczały, pluły, rzucały kamieniami a porządni dorośli cieszyli się, że nie muszą robić tego sami.

Odwiedzający miasteczko obcy tylko odskakiwali szybko w bok, gdy los zesłał na ich drogę Prawąlewą i pytali miejscowych, na co cierpi ta kobieta. Nikt niestety nie wiedział, a im bardziej myśleli na temat przyczyny jej zataczania się, tym bardziej się bali. Ona również nie wiedziała, ale nie swojej niewiedzy się bała.

Pewnego razu Prawalewa szła jak zwykle, co chwila odbijając to w lewo to w prawo, co strasznie ją męczyło, również psychicznie. Przed pocztą jakaś bardzo gruba dziewczynka ubrana w obcisłe pończoszki i takiż sam sweterek wpadła na Prawąlewą. Tym razem to ktoś potrącił ją, a nie ona kogoś, lecz skutki były takie jak zwykle.

— Ty krowo! — krzyknęła tłuścioszka. — Uważaj, jak chodzisz!

Następnie chwilę jakby się nad czymś zastanawiała, a potem z całego swojego niemałego ciała wydobyła głośny ryk. Od razu zbiegło się kilkanaście osób, niektórzy już szukali kamieni do rzucania, ale niczego nie znalazłszy, wykrzykiwali w stronę Prawejlewej jakieś obelgi.

Z budynku poczty wyszła matka dziewczynki i złapała się za głowę.

— Co ci zrobiła ta wariatka?! — Prawalewa nigdy nie sprzeciwiała się, gdy ją tak nazywali, chociaż nikt nigdy nie udowodnił, że jest nienormalna.

— Szłam sobie, grzecznie — Dziewczynka zaczęła swoją opowieść tonem recydywisty na kolejnej sądowej rozprawie — a ta kretynka specjalnie mnie potrąciła! Upadłam, a ona mnie kopnęła!

I parówkowatym palcem wskazała na Prawąlewą. Kilka osób zaczęło potakiwać, inni już opowiadali matce dziewczynki drastyczniejsze wersje tego, czego nie widzieli.

Tłum zaciągnął oskarżoną na posterunek policji. Tam dziewczynka, jej matka i kilkanaście osób złożyli swoje zeznania. Policjanci nie zapytali Prawejlewej o jej wersję wydarzenia, tylko z widocznym profesjonalnym obrzydzeniem na twarzach zamknęli ją w ponurej celi.

Prawalewa spędziła w niej trzy dni, w czasie których zapominano donieść jej jedzenie, pokazywano przez wizjer zwiedzającym, a następnie wypuszczono mówiąc: „Zamknięcie cię tutaj to była pomyłka, ale z chęcią pomylilibyśmy się jeszcze raz. Nie opuszczaj miasta!”.

Tak jakby kiedykolwiek je opuszczała.

W jakiś czas potem goniec przyniósł jej wezwanie do stawienia się
w ratuszu.

Weszła i strażnik skierował ją do największej sali budynku. Zgromadzili się tam wszyscy mieszkańcy miasteczka. Zataczając się, szła przez tłum w stronę krzesła wskazanego jej przez burmistrza. Nikt nic nie mówił. Usiadła, krzesło zaskrzypiało, ludzie zabijali ją wzrokiem. Spuściła głowę.

— Czy wie pani, z jakiego powodu ją tu wezwaliśmy? — zapytał burmistrz. Był niskim, wysuszonym człowieczkiem, ubranym w ciężki gronostajowy płaszcz, złoty łańcuch z herbem miasteczka i wysoki biret.

— Zarzuty są następujące. — Zaczął wyliczać burmistrz. — Świadome łamanie porządku prawnego naszego miasteczka, świadome sprzeciwianie się moralności w miejscach publicznych, sprowadzanie niebezpieczeństwa w ruchu drogowym na przejściach dla pieszych, tratowanie naszych dzieci, deptanie trawników i miejsc nieprzeznaczonych na poruszanie się tam pieszych, wybijanie szyb wystawowych, odstraszanie turystów, uporczywe a co najgorsze całkowicie świadome ignorowanie prawa lokalnej społeczności do nieoglądania takiego zataczającego się… człowieka.

Ostatni wyraz burmistrz wymówił, jakby zastanawiał się czy nie użyć innego określenia, ale po chwili zrezygnował.

Prawalewa odważyła się spojrzeć na burmistrza i herb miasta na złotym łańcuchu: wielka dzika świnia z biegnącym dookoła niej napisem „salus populi suprema lex” pięknie lśniła w promieniach słońca wpadających do sali przez ogromne okna.

Jako oskarżona chciała odpowiedzieć na zarzuty, układała sobie
w myślach swoje wystąpienie. Nie mogła sobie, przypomnieć kiedy i w jaki sposób była niemoralna. I choć miała takie marzenia, żaden mężczyzna
w mieście nie zbliżył się do niej z własnej woli na odległość mniejszą niż wyciągnięta ręka z potłuczoną butelką po wódce. Co do niebezpieczeństwa
w ruchu drogowym, to rzeczywiście zdarzało się Prawejlewej zatoczyć na jezdnię lub znienacka wtargnąć na przejście dla pieszych, kiedy organizm po raz milionowy odmówił jej posłuszeństwa. Z tym zarzutem wiązało się wybicie szyby wystawowej, jednej tylko, gdy jakiś nastolatek wjechał na chodnik, aby ją nastraszyć. Tak, mogła się przyznać do wpadania na ludzi, ale przecież nie chciała tego robić, nigdy, przenigdy. W pełni zgadzała się z prawem innych do nieoglądania jej zataczającej się. Ona również chętnie pozbyłaby się tego ze swojego życia.

Z zamyślenia wyrwało ją pytanie burmistrza:

— I co ma pani na swoją obronę?

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdy z sali usłyszała okrzyki:

— Nic nie ma! Jak coś takiego może żyć wśród porządnych ludzi! To hańba! Czarcia sprawka! Winna! Winna!

Burmistrz rozłożył ręce i próbował uciszyć ludzi. Kiedy w końcu mu się to udało, z udawanym smutkiem i widocznym zadowoleniem powiedział:

— Sprawiedliwości stało się zadość! Nie masz nic na swoją obronę, a zbiorowa mądrość naszych szacownych obywateli obwieściła werdykt. Skazujemy cię na…

Prawalewa nie usłyszała ostatnich słów wypowiedzianych przez burmistrza, zemdlała. Tłum zaczął wyć. Przeniesiono ją do pomieszczenia przylegającego do sali. Tam uderzeniem w twarz ocucił ją strażnik miejski.

— Nawet w takim dniu musisz robić problemy?! — Burmistrz pochylał się nad nią i opryskiwał śliną. — Wstyd! To już koniec twojej bezczelności! Na zawsze!

Nadzwyczaj wilgotny dzień

Zamykałem drzwi od mieszkania. I wtedy pies sąsiadów, który całe ranki szczeka i wyje przed zamkniętymi drzwiami na klatkę schodową, delikatnie wsunął nos pod nogawkę moich spodni. Poczułem dreszcze. Duże bydle z niego nie jest, ale ma czym gryźć. Na szczęście tylko zaczął mnie lizać po łydce, choć nie chciał się odczepić i biegł za mną aż do przystanku autobusowego.

Kiedy udało mi się go przegonić, przysiadłem sobie ze zmęczenia na ławce. Obok stała atrakcyjna mamusia z miłym bąblem w wózku. Zaraz potem okazało się, że mamusia jest milsza od bąbla.

W wyciągniętych rękach trzymałem jakieś dokumenty i właśnie chciałem je schować z powrotem do torby, kiedy bobas, zmuszony jakąś niewidzialną siłą, przechylił główkę w stronę moich dłoni i zaczął je lizać! Zaskoczenie było na tyle duże, że patrzyłem zdumiony na malca i dopiero po chwili w panice schowałem ręce pod kurtkę, gniotąc przy okazji dokumenty.

— Przepraszam pana bardzo! — powiedziała matka dziecka, którą od razu zacząłem podejrzewać o głodzenie dziecka lub poddawanie go jakimś strasznym praktykom i sam nie wiem co jeszcze.

— Nic się nie stało — skłamałem.

Kobieta pochyliła się nad wózkiem.

— Co ty robisz, dziecko kochane! — Skarciła je, a ono i tak nadal wyciągało język w moją stronę.

Już wtedy powinienem coś podejrzewać: najpierw pies, potem dziecko. Zaraz jednak przestałem w ogóle o czymkolwiek myśleć, ponieważ matka, podnosząc głowę znad wózka, zatrzymała swoją głowę przy mojej, jakby zastanawiając się nad czymś, a potem… polizała mnie po uchu! Zamarłem.

W sekundę lub dwie przeleciało mi przez głowę tysiąc zbereźnych myśli. Niestety moje poczucie rozsądku i przyzwoitości kazało mi pytająco podnieść brwi.

Atrakcyjna stała już wyprostowana, czerwona na ładnej twarzy i udawała, że się nic nie stało. Dyskretnie spojrzałem na innych. Nikt nie zwracał na nas uwagi!

To był jakiś spisek! Byłem w ukrytej kamerze albo czymś równie idiotycznym. Oszołomiony, sam nie wiem kiedy i jak, wszedłem do autobusu i stanąłem w grupce facetów również jadących do pracy. Nie wyglądali na gości, którzy rano wstali i byli lizani po różnych częściach ciała przez psa, dziecko i kobietę. Obcą kobietę, której niestety nie widziałem w autobusie. Może jednak była jakaś szansa na coś więcej?

Zaraz się skarciłem. Bądź rozsądny, skoro wszyscy wokół ciebie zwariowali! Nadal nie wiedziałem, jaka może być przyczyna tych dziwnych zachowań. Rozglądałem się wokół, próbując dostrzec czy może i inni liżą się nawzajem, ale nic takiego nie zauważyłem. Nie uspokoiło mnie to, oj nie.

Nie dopuszczałem myśli, że może się stać coś jeszcze dziwniejszego.

W pierwszej chwili pomyślałem, że w miejskim autobusie jest pełno dziur, a może ktoś otworzył okno, w końcu wiosna była coraz bliżej i ludzie chcieli oddychać świeżym powietrzem. Pomyślałem więc, że to przeciąg ciągnie moje włosy. Tak bardzo chciałem w to wierzyć! Tak bardzo się bałem! Dotknąłem włosów z tyłu głowy, były mokre i moje obawy, przeczucie ziściło się. Nie! nie! nie! Zniszczony ciężką robotą i papierosami facet stał jeszcze z ustami ułożonymi w dziubek, jakby chciał wessać wszystkie moje włosy…

Był tak samo przerażony jak ja.

— Ja tylko… bo one — Wskazał palcem na moje włosy. — A ja nie jadłem śniadania — zakończył. Szukał wzrokiem w oczach swoich kolegów usprawiedliwienia.

I znalazł je. Siedmiu, ośmiu facetów, z twarzami jak z pierwszych podręczników do kryminologii, z dziwnym wyrazem twarzy, w końcu w ich dzielnicy się to nie zdarzało! zaczęło dotykać i wąchać moje włosy.

Uciekałem. Uciekałem przez podwórka, ogródki, pola, łąki i lasy. Uciekałem przed wszystkimi, którzy mnie lizali, przed światem, przed sobą
i własnymi myślami.

I wtedy mnie olśniło! Moje traumatyczne przeżycia to wina przemysłu kosmetycznego! Tak! To oni, dążąc do perfekcji w wykorzystywaniu natury i jej naśladowaniu doprowadzili mnie do upadku. Gorzko zapłakałem.

To wszystko przez intensywnie pachnący balsam do ciała, przez truskawkowy krem do rąk, przez różane mydełko do twarzy, przez ogórkowy szampon do mycia włosów!

Sąsiedzi

Co jest dla zwykłego, szarego człowieka największą karą za grzechy? Karą, która spotyka go jeszcze na ziemi? Sąsiedzi.

Żyjesz sobie spokojnie, lubisz ludzi, ale bez przesady. W każdym razie nie jesteś seryjnym mordercą czy gwałcicielem. A sąsiedzi zachowują się tak, jakbyś był i nie było szans na sprawiedliwe ukaranie cię przez sąd. Niektórzy z nich wypierają się i twierdzą, że nie mają złych intencji, że jesteś przewrażliwiony i masz wyluzować. Albo się leczyć. A to nie ja jestem chory, to oni są nienormalni. Sami zresztą rozsądźcie, bo w tej historii nic nie jest oczywiste.

W jakiś marcowy poniedziałek czule żegnam się z żoną przed wyjściem do pracy, otwieram drzwi od mieszkania. Pierwsze co uderza po wyjściu na naszą klatkę schodową, to smród. Mieszkam na ostatnim piętrze i muszę wdychać: gazy puszczane przez sąsiadów, w tym również czasami propan butan, smród gotowanego starego mięsa, wyziewy alkoholowe i papierosowe, zmuszający do wymiotów odór dziecięcych gotowanych pieluch. Czujesz to? A może masz to samo?

Wychodzę więc i co widzę? Moje drzwi w dolnym rogu są uszkodzone! Przyjrzałem się bliżej i widzę ślady po zębach, jakby coś próbowało zedrzeć z drzwi okleinę. Żona, widząc moje zdenerwowanie, schroniła się w łazience.

Domyślałem się, kto mógł zniszczyć moje drzwi. Nacisnąłem dzwonek do sąsiadów, młodego małżeństwa z małym szkrabem i psem. Kiedy robili to dziecko, cała klatka schodowa musiała wysłuchiwać po nocach jej jęków i jego sapnięć. Jak to w bloku, słychać głośne kłótnie i ciche rozmowy, pralki i telewizory, wiertarki i młoty udarowe, łazienkowe i sedesowe odgłosy. Jedyne co można zrobić to okleić wszystkie ściany w mieszkaniu wytłaczankami po jajkach.

Otworzył. Facet jak facet, choć moja żona powiadała, że z łóżka by go nie wygoniła. Bez komentarza.

— Sąsiad! — Zacząłem z groźną miną. — Twój pies obgryzł mi drzwi! Patrz! — Wskazałem widoczne uszkodzenia.

— To nie mój pies. — Zaczął się bronić. — Może to tych z dołu, ale nie mój.

— Tak? A to skąd się wzięło? — Na jego drzwiach były podobne uszkodzenia jak na moich. — Sam widziałem. Wychodziliście na spacer, a wasz pies drapał i gryzł!

— A ja cię nie widziałem. –Sąsiad zrobił podejrzliwą minę. Fakt, podglądam ich przez wizjer. Za każdym razem, gdy wychodzą z domu. Kontrola musi być.
A psa nie widziałem, grałem w ciemno.

A wizjery wymyślił jakiś geniusz. To cudowne urządzenie pozwalające w pewnym stopniu kontrolować najbliższą przestrzeń wokół mieszkania. Marzy mi się system kamer, które obejmowałyby cały budynek. Przedstawiłem projekt w administracji, niestety nie znalazłem zrozumienia, nawet oferując swoje usługi jako nocnego ochroniarza. Prezes spółdzielni stwierdził, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ w naszym bloku mieszkają gołodupcy. Nie do końca chodziło mi o ochronę ludzi, bardziej o ich kontrolę, ale dałem sobie spokój. Może kiedyś, gdy zmieni się prezes spółdzielni…

— Nieważne, widziałeś czy nie widziałeś. — Musiałem się bronić. — To zrobił twój pies, ty za niego odpowiadasz i ty zapłacisz za naprawę. Albo i za nowe drzwi!

Sąsiad jakby się poddał, zapadł się w sobie, oczy zrobiły mu się jakieś smutne.

— Dobrze, już dobrze, tylko nie krzycz. Ale niczym zapłacę, chcę ci coś pokazać.

Mieszkanie jak mieszkanie, nigdy nie podobał mi się jego wystrój, papugowato — niepraktyczny. Adepci malarstwa ściennego mogliby się tam uczyć rozróżniania kolorów i ich odcieni. Moja żona twierdzi, że nie mam gustu, ale dla mnie mieszkanie przypominało jarmark. A żonie zawsze odpowiadam, że w takim razie ona również świadczy o moim braku gustu.

Rozglądałem się po mieszkaniu. W pierwszej chwili nie zauważyłem niczego szczególnego. Panowała tam kompletna cisza.

— Przyjrzyj się. — Sąsiad zaczął wskazywać coś palcem.

I wtedy to zobaczyłem. Na wszystkich meblach, drewnianych, tapicerowanych, z gąbki, z plastyku, wszędzie widoczne były uszkodzenia. Jakby jakiś szalony włamywacz złośliwie zmasakrował całe wyposażenie mieszkania. Dziury, dziurki, rozciągnięte materiały, nadgryzione stołowe nogi, wióry walające się po kątach domu. Drobniejsze rzeczy poukładane były wysoko na szafach i meblościance, jakby starali się uchronić je przed zalaniem.

— Tak kochacie swojego psa? Na wszystko mu pozwalacie! — powiedziałem. — Pozbądźcie się go! Do lasu…

Sąsiada zaprzeczył ruchem głowy.

— To nie pies. To nasza mała.

Przez moment sądziłem, że kupili sobie nowe zwierzę i „mała” to jakaś tchórzofretka, albo nie daj Boże szczur! Jednak po sposobie, w jaki to wypowiedział, domyśliłem się, że mówi o córce… Widziałem, że mówi poważnie, ale i tak mu nie wierzyłem.

— Chcesz powiedzieć, że twoja córa, to wszystko…

Miał łzy w oczach i gdybym nie zobaczył tego całego bałaganu i ogromu zniszczeń, pomyślałbym, że bierze mnie na litość.

Usiadłem na podziurawionej kanapie, sąsiad przyniósł napój w puszce, usiadł na obgryzionym krześle i zaczął opowiadać.

— Wszystko było w porządku. Cieszyliśmy się po jej narodzinach, staraliśmy się długo, nie mogliśmy zajść w ciążę.

Hm… Pamiętałem te ich hałasy. Facet najwyraźniej był zdominowany przez żonę. Tylko zniewieściały pantoflarz może mówić „zaszliśmy w ciążę”. Jakie my? Słuchałem jednak dalej.

— Ludosława była wspaniałym dzieckiem, rozwijała się normalnie. Tylko tyle, że od na najmłodszych lat próbowała wszystko żuć.

Za każdym razem, gdy słyszałem jej imię, zastanawiałem się, co oznacza?
Ta, która sławi lud?! Chciało mi się śmiać, ale sąsiad nie był w nastroju do żartów.

— Jak to dziecko. Każde bierze wszystko do buzi.

— Tak, ale Ludka ssała wszystko, dosłownie. A gdy wyrosły jej zęby, zaczęła gryźć. To, co widzisz, to jej dzieło. — Pokiwał smętnie głową.

— Podsumowując, twoja córka zżarła ci mieszkanie i przy okazji moje drzwi?

— Tak.

— Byliście z nią u lekarza? Znachora? Egzorcysty?

Do pokoju weszła sąsiadka, zdjęła płaszcz i zapytała męża:

— Powiedziałeś?

Przytaknął.

— To dobrze. Bardzo nam ta tajemnica ciąży. — Uśmiechnęła się w zamyśleniu.

— Jeździliśmy po całym kraju. Lekarze są bezradni — wyjaśnił. — Wiesz, dlaczego pijesz ciepły napój? Lodówka, jak i pozostałe urządzenia domowe, są wyłączone. Przegryzła przewody, nawet te pod prądem.

— Jak szczur — powiedziałem pełen podziwu. — Zżerają wszystko, bo nie mają kubków smakowych i jest im bez różnicy, co szamają.

Obydwoje popatrzyli na mnie z lekkim poirytowaniem.

— To nie wszystko. Sunia, chodź tutaj, chodź do mnie piesku! — zawołała sąsiadka.

Przyczłapał ich kundel, którego podejrzewałem o dokonanie zniszczeń.
A przecież był najcichszym i najspokojniejszym członkiem rodziny. Na pierwszy rzut oka pies jak to pies, nawet całkiem miły. Przyjrzałem się. W kilku miejscach miała wyrwaną sierść, na prawej przedniej łapie zobaczyłem świeżą ranę. Spojrzałem wstrząśnięty na sąsiadów. Obydwoje potwierdzili.

— Czasami boimy się, że… — zawiesił głos.

— …zacznie gryźć nas — doprecyzowała ona.

Miałem ochotę uciec z tego domu. Pożegnałem się, zapominając
o odszkodowaniu za drzwi. W przedpokoju siedziała Ludosława, zdjęła płaszczyk, teraz próbowała zdjąć buciki. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się, błyskając swoimi silnymi, mocnymi zębami. Obszedłem ją szerokim łukiem.

Powiedzieć, że zaprzyjaźniłem się z sąsiadami, to byłoby za dużo. Stosunki między nami jednak znacznie się poprawiły. Co więcej, staraliśmy się z żoną im pomagać. Pękniętą plastykową deskę, zepsuty budzik, pęknięty skórzany pasek i wiele, wiele innych rzeczy, zanosiliśmy im życząc córce zdrowia i smacznego.

Nigdy jednak nie pogłaskałem Ludki. Nie miałem odwagi.

Losowanie

Miałem czterdzieści cztery lata i nigdy jeszcze nie wylosowano mnie do pełnienia funkcji publicznych. Rachunek prawdopodobieństwa i przeczucie mówiły mi, że stanie się to niedługo. Wiedziałem, że góra za kilka miesięcy będę pocił się ze strachu przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. A po jej wydaniu będę srał pod siebie, spodziewając się jakichś uwag, pretensji, odwołania, albo, nie daj Boże, oskarżenia o łapówkarstwo. Obym tylko nie musiał być parlamentarzystą ani ministrem, myślałem. Mam słabe nerwy, podejrzewałem, że nawet funkcja zwykłego radnego wykończyłaby mnie.

Cały mój strach przez upadek naszego państwa. No, nie dosłownie, ale na początku tego wieku korupcja i głupota opanowały nasz system polityczny. Brał każdy, kto mógł, czyli miał wpływ na jakąkolwiek sferę życia. Od miejskich radnych i burmistrzów, po ministrów, premiera i prezydenta. Tłumaczyli się niskimi zarobkami, które rzeczywiście w porównaniu z innymi krajami nie były zadowalające. Korupcja i nepotyzm zostały oficjalną filozofią rządzenia. Kto chciał coś załatwić, musiał dawać. Ludzie łatwo przyzwyczajają się nawet do mieszkania w chlewie, więc i to przeszkadzało coraz mniej.

Niestety zawsze znajdzie się ktoś, kto chce lepiej. Zamach stanu pod hasłami sanacji i wyplenienia negatywnych zjawisk w życiu publicznym został przyjęty dość obojętnie. Wprowadzone zmiany były jedna znaczące. Wszystkie funkcje odtąd były obsadzane w drodze losowania, co miało być powrotem do źródeł demokracji. Jednocześnie wprowadzono drakońskie prawo, karzące bardzo ostro nawet za małą wręczoną czy przyjętą łapówkę.

Czy zlikwidowano tę plagę? I tak i nie. Prawdopodobnie wszyscy pełniący mniej lub bardziej ważne funkcje unikają lewych dochodów
i zatrudniania rodziny. Jest za to pewna sfera życia, która powstała po wprowadzeniu nowego prawa i która żyje z łapownictwa. Otóż Główna Komisja Losująca i jej terenowe oddziały otoczone są przez facetów zawodowo zajmujących się braniem kasy od zwykłych ludzi i przekazywaniem jej członkom komisji różnego szczebla. Twój numer PESEL znika wtedy z bazy danych i masz pewność, że nigdy już cię nie wylosują i nie zmuszą do zostania burmistrzem czy wojewodą.

Postanowiłem. Moją jedyną nadzieją było wręczenie przez pośrednika pieniędzy komuś w komisji, kto miał dostęp do całej bazy danych.

Wszyscy obywatele naszego państwa wiedzieli jak rozpuszczać informacje na ten temat. Ja także wśród znajomych zacząłem opowiadać, niby to żartując, że w komisji nie wiedzą, że nie nadaję się na żadne stanowisko, a gdybym tylko miał okazję przedstawić im swoje argumenty, to bym to zrobił. Taki i podobne kody obowiązywały od początku istnienia komisji. Słuchacze udawali, że to zabawne, śmiali się, ale zazwyczaj po uporczywym powtarzaniu takich tekstów, któryś ze znajomych niby to również w żartach stwierdzał, że może coś może… I puszczał oczko.

Przez miesiąc nie działo się nic. Gadałem o tym na lewo i prawo, czasami ryzykując, przecież części osób nie znałem, mogły donieść na policję o moich zainteresowaniach. Być może nawet wśród znajomych był kapuś, więc ryzyko istnieje zawsze.

Po miesiącu, w czasie spotkania z okazji rocznicy ślubu mojej siostry, podszedł do mnie jej szwagier.

— Co w rodzinie, to nie zginie, że tak powiem — Odciągnął mnie z dala od innych. — ale to masz zachować w tajemnicy. Rozumiem cię, prawie wszyscy próbują wymigać się od obowiązku służby. Mnie na przykład wylosowali na ławnika sądowego. Na szczęście tylko ławnika. Wszystkie decyzje podejmował sędzia, ale i tak się bałem. Jedno zdanie opinii przychylnej którejś ze stron, podejrzenie przyjęcia łapówki i do celi! Sam wiesz, jak to wygląda. Żeby się uratować, trzeba nie mieć poglądów.

— Ile mam dać? — Przeszedłem do konkretów.

— Zwyczajowo, trzy twoje miesięczne pensje.

— Aż trzy? Nie mogą dać rabatu czy coś?

— Aż trzy? Tylko! Kiedyś było sześć. A poza tym, trzy tylko dla ciebie, bo nie biorę prowizji, jak załatwiam rodzinną sprawę.

Teraz zrozumiałem, skąd ten facet miał zawsze pieniądze, choć się z nimi nie afiszował.

— Jak to jest, że łapówkarstwo wypala się żelazem, czasami dosłownie,
a niektórzy nic sobie z tego nie robią? I nie wpadają? — zapytałem z udawanym zdumieniem.

— Nie przesadzaj! — Pogroził mi żartobliwie palcem. — Ciesz się, że to ja będę załatwiał. I nie filozofuj. Dam ci znać o szczegółach.

Odezwał się po kolejnym miesiącu, w czasie którego na szczęście nie wylosowano mnie. Z ciężkim sercem dałem mu pieniądze.

— To pewne, że trafią tam, gdzie trzeba? — zaniepokoiłem się.

— Tak, dostaną je odpowiedni ludzie. Twój PESEL zniknie z bazy danych i już nigdy nie będziesz się bał.

Byłem lekko zaniepokojony czy się uda.

A powinienem się zaniepokoić mocno.

Zanim otworzyłem drzwi, z sypialni dobiegło mnie pytanie, co się dzieje. Nie wiedziałem ani tego kto puka, ani tego z kim spędziłem noc. W drzwiach stali przedstawiciele Komisji Losującej, w charakterystycznych, szarych, nijakich mundurach.

— Pan Bieniamin Suszek? — zapytał wyższy.

— Tak — odpowiedziałem zrezygnowany. Modliłem się tylko o jakąś mało ważną funkcję, funkcyjkę wręcz.

— Miło nam poinformować — niższy odczytywał nominację z pogniecionej kartki — że został pan wylosowany do sprawowania funkcji… ministra zdrowia!

Ugięły się pode mną nogi, zbladłem, a potem krew uderzyła mi do głowy. Tych dwóch za to zaczęło się śmiać.

— Proszę się nie przejmować! — Wyższy przestał rechotać. — To taki nasz żart, wszystkim go robimy. A naprawdę to został pan Przewodniczącym Miejskiego Trybunału Ludowego.

Z radości od uwolnienia mnie od ministrowania, chciałem wycałować tych dwóch pajaców, ale pomyślałem, że to pewnie manipulacja. Każdemu podają informację o wylosowaniu do sprawowania poważnej funkcji na wysokim szczeblu, a potem mówią, że będzie tylko zwykłym radnym. W ten sposób nieszczęśnicy tacy jak ja prawdziwą informację przyjmują z radością. Zachowałem spokój. A kiedy poszli, nie zważając na nie znaną dziewczynę w sypialni, rozpłakałem się.

Powoli wdrażałem się w obowiązki przewodniczącego. Miejski Trybunał Ludowy był miejscem rozstrzygania błahych, na szczęście dla mnie, spraw. Zajmowałem się kłótniami rodzinnymi, sporami administracyjnymi, skargami petentów na urzędy, opiniami do sądów, sprawami spadkowymi. Miałem do pomocy biuro pełne pracowników, ale decyzje ostatecznie musiałem podejmować samodzielnie. Otrzymywałem wyższą pensję niż dotąd. W starym miejscu pracy dostałem automatycznie bezpłatny urlop. Przyznam szczerze, można było się przyzwyczaić. Prawie zapomniałem, że dałem łapówkę, aby takiego życia uniknąć.

Pewnego dnia przysypiałem w swoim gabinecie, gdy sekretarka przyniosła pocztę. Wśród wielu pism znalazłem prośbę z Sądu Karnego
o opinię. Przeczytałem, czego miała dotyczyć i wiedziałem, że będę miał kłopoty.

Chodziło o oskarżenie szwagra mojej siostry: pośrednictwo we wręczaniu korzyści majątkowych członkom Komisji Losującej i czerpanie
z tego zysku. Przebiegłem wzrokiem listę współoskarżonych. Nie, nie było mnie na niej, inaczej nie prosiliby mnie o opinię.

Biedak! Było pewne, że uznają go za winnego. Przy tych zarzutach i skali jego działalności czekała go śmierć przez powieszenie na publicznym placu, a w najlepszym przypadku tortury, dożywotnie więzienie i ciężka, wyniszczająca praca. Ja również wpadłem w tarapaty. Moja opinia znaczyła tyle, co słowo sędziego, więc odpowiedzialność była olbrzymia. Na dodatek jakiejkolwiek decyzji bym nie podjął, zawsze byłaby zła. Skazanie szwagra mojej siostry, także przeze mnie, oznaczało dla mnie utratę szacunku rodziny a może nawet kontaktu z nią. Sugerowanie niskiego wyroku lub jego uniewinnienie w naszym państwie oznaczało automatycznie oskarżenie o korupcję, a w tym przypadku
o konflikt interesów co najmniej. Swoją drogą przydzielenie mi tej sprawy było dziwne. Sąd z pewnością wiedział o moich powiązaniach rodzinnych
z oskarżonym. Cała ta sprawa śmierdziała.

Postanowiłem działać va banque. Wóz albo przewóz, jak to mówią
w moich stronach. Zatelefonowałem do sędziego Sądu Karnego.

— Spotkajmy się w jakimś fajnym miejscu — powiedział, kiedy przedstawiłem mu swoją sytuację.

Knajpka była mała, ale zawsze pełna klientów.

— Bałem się podsłuchu, a chcę być z panem szczery. — Mimo gwaru sędzia mówił bardzo cicho. — Ta sprawa, to jest test.

— Testują mnie? — Zdziwiłem się. — Po co? W jakim celu? Kosztem moim i mojej rodziny? — Gorączkowałem się.

— Tak. Ten test ma wykazać czy jest pan twardy, niezależny, nieprzekupny.
I czy jest pan zdolny poświęcić rodzinę dla dobra, jak twierdzą, kraju.

— Skąd pan to wszystko wie?

— A jak pan sądzi, Beniaminie? Jak zostałem sędzią? — zapytał całkiem poważnie. — Również przeszedłem taki sprawdzian.

Mówiąc kolokwialnie: zgłupiałem. Nie byłem pewien niczego i nikogo.
A może sędzia grał w jakąś wielopiętrową, chorą grę służb specjalnych? Patrzyłem na niego i nie mogłem uwierzyć, że ten człowiek zrobił coś złego, aby awansować. Zawsze wydawał mi się porządnym człowiekiem.

Czy można mu ufać?

— Co pan musiał zrobić? — zapytałem po dłuższej chwili milczenia.

— Zdradzić przyjaciół. — Nie dowiedziałem się szczegółów, ale to mi wystarczyło. Ten człowiek mógł być niebezpieczny.

Zakończyliśmy rozmowę dość szybko. Przy pożegnaniu sędzia przytrzymał mnie za rękę.

— Proszę przemyśleć poważnie, to co pan już wie i to, czego się pan tylko domyśla. Do widzenia, mam nadzieję.

Następne dni były dla mnie koszmarem. Oczywiste było dla mnie,
że trzeba zachować się jak człowiek bez względu na cenę, jaką zapłacę. Takie sytuacje przecież określają nas jako człowieka z wyższymi uczuciami, a nie węszącymi za kasą zdobytą kosztem innych.

Bałem się. Plotki pobudzały moją wyobraźnię. Od lat mówiło się
o zaginionych ludziach, o torturach, o zmuszaniu do wyjazdu za granicę, umieszczaniu w szpitalach psychiatrycznych. Musiałem być wierny sobie, podjąć decyzję zgodną z sumieniem. Albo stanowisko, albo aresztowanie przez służby specjalne.

Nastąpił dzień posiedzenia Trybunału Ludowego. Po wysłuchaniu członków zwykłych, przez chwilę rozważałem to, co powiedzieli. Decyzję musiałem podjąć samodzielnie. Podyktowałem treść mojej opinii sekretarce.

I tak oto zostałem wiceministrem sprawiedliwości.

Umowa

I wtedy Klemens usłyszał dziwny dźwięk. Niczym zdążył zauważyć co się

— Przepraszam! Czy ja mogę o coś zapytać?

Nie! Jesteś postacią literacką, powinieneś siedzieć cicho, Klemens!

— Pamiętam, kim jestem. Właśnie o to chciałem zapytać. Czy ty zamierzasz mnie uśmiercić? Coś mi się wydaje, że tak! To ostatnie zdanie na to wskazuje! Co to za dziwny dźwięk wymyśliłeś?

Odpowiadając wprost na twoje pytanie — tak, zamierzam to uczynić. Jako autor mam do tego pełne prawo.

— Zaraz, chwileczkę! Jak to? Tak nagle, bez powodu?

Powód znam ja i będą znali go czytelnicy. Ty nie musisz tego wiedzieć.

— Jak to nie muszę? To w końcu mnie dotyczy! To jakiś absurd! Moja śmierć nie wynika z dotychczasowej treści książki. Tu brak logiki!

Coś ci powiem, Klemens. Wiesz, gdzie brakuje logiki? W prawdziwym, realnym życiu. Nie mów więc nic na ten temat, ponieważ znasz tylko
i wyłącznie to, co pozwoliłem, żebyś wiedział. To za mało, żebyś wypowiadał się na swój temat, a tym bardziej na temat mojej pracy!

— Nie masz prawa! Ja się nie

Spokój mi tu! Jako prawnik, wprawdzie ukończyłeś marną uczelnię, ale jednak prawnik, powinieneś wiedzieć, że mam do tego PEŁNE PRAWO. Duże litery są dla ciebie, żebyś zauważył, Klemens!

— Nieprawda!

A umowę czytałeś? Czytałeś. Podpisałeś ją? Podpisałeś.

— Nic w niej nie było o mojej śmierci!

Dosłownie nie, ale przecież była klauzula mówiąca o prawie autora do poprowadzenia twojej postaci tak jak będzie chciał i uczynieniu z nią co się autorowi będzie żywnie podobać. Przypominam, ja jestem autorem, ty tą postacią.

— Aha! Oszust! W umowie nie ma takiego zapisu!

A tekst napisany małymi literami czytał pan, panie prawnik?

— Co? Hm… Nie czytałem. Wprowadziłeś mnie w błąd! Umowa nie jest ważna.

Proszę cię, Klemens. Trochę godności. Koniec tego buntu.

— Jesteś okrutny… Musisz mieć jakieś ludzkie uczucia. Obdarzyłeś mnie trudnym dzieciństwem, musiałem ciężko harować na wszystko, życie mi się nie układa. Nie wierzę, że chcesz mi to zrobić!

Granie na uczuciach mogłeś ćwiczyć w sądzie. Nagle autonomii ci się zachciało. Nie tylko miałeś ciężkie życie, byłeś również trudną postacią. Ale mam też inne rozwiązanie. Usunę cię z całej książki i nikt nawet nie będzie wiedział, że mogłeś zaistnieć. Wybieraj!

— Protestuję! Nieistnienie nie jest alternatywą dla śmierci! Nie pisząc o mnie, zburzysz sobie całą konstrukcję książki!

Być może będzie to z korzyścią dla czytelnika.

— Nie! Proszę! Przecież musisz czuć odpowiedzialność za mnie, za swoje postaci.

Tak i dlatego zginiesz.

I wtedy Klemens usłyszał dziwny dźwięk. Niczym zdążył zauważyć, co się stało, już był martwy.

Piguły

Nie dało się ukryć przed mamą nic: podziurawionych spodni, pały
z matematyki, pierwszego papierosa.

Po szkole oberwałem od takiego jednego głupka, za nic, moim zdaniem oczywiście. Bo ten głupek z gimnazjum powiedział, że mam obciachowe buty i głupi ryj. Trochę krwi mi z nosa poleciało, poplamiła bluzę i mama od razu to zauważyła. Nic nie powiedziała, ale widziałem, że się zmartwiła. Może dlatego, że różne głupki tłukły mnie regularnie, co najmniej raz w tygodniu. I nie było na nich sposobu. Jak wracałem ze szkoły do domu inną drogą albo dłużej zostawiałem w szkole, to zawsze łapali mnie na drugi dzień i łoili. Jednego to nawet wyrzucili ze szkoły, bo nauczycielka zobaczyła, jak trze moją twarzą o brzozę. Reszta nic sobie nie robiła z kar i tłukła mnie dalej, a nawet jeszcze częściej, za donoszenie. Przestałem więc mówić, kto mnie bije. No i wtedy ten głupek rozkwasił mi nos a mama po raz kolejny zmartwiła się.

Może pomyślała, że tabletki, które mi daje, nie działają. A może działają tak, że wszyscy akurat mnie tłuką. Podawała mi tabletki na życzliwość, empatię i radość. Choć ta ostatnia na pewno nie działała, bo nie było mi do śmiechu.

A komu by było, jakby był workiem treningowym dla głupków? Mówię na nich głupki, ale tylko w myślach. Za to oni wołają za mną głośno po całej szkole: ty głupku! I nawet taką mam ksywkę: Głupek. Tak mnie nazwali, jak się dowiedzieli od mojego najlepszego kumpla, Rufina, że mama daje mi tabletki na te rzeczy, co już je wymieniłem.

— Ty głupku! — śmiali się. — I żresz to? To widać, łajzo! My dostajemy piguły na odwagę i asertywność. I dlatego my rządzimy. Twoi starzy muszą być durniami, skoro dają ci takie gówno!

Prawdę mówiąc, to chcąc być dokładnym, to tylko mama dawała mi te tabletki, ale tego im nie powiedziałem, nie mogłem. Bo wcisnęli mi brudną skarpetę do ust, wrzucili do kałuży i sobie poszli.

Tata jak się dowiedział, że znowu rozbili mi nos, powiedział:

— A nie mówiłem!

— Kiedyś w końcu da sobie radę i obroni się bez używania przemocy — odpowiedziała mama.

— Czy ty siebie słyszysz? Co ty mówisz? Pozwoliłem dawać mu te dziewczyńskie tabletki, żebyś się przekonała o ich bezużyteczności. Po co mu życzliwość do innych, empatia? Żeby go wszyscy wykorzystywali?! — Tata mówił coraz głośniej.

— Wychowajmy go na porządnego człowieka, a nie łobuza. — Mama nie krzyczała, ale widziałem przez szparę w drzwiach, że się denerwuje.

— Tak, porządnym i uczciwym trzeba być, zgadzam się. Jednak trzeba też być żywym, a nie martwym!

— Przestań mówić takie rzeczy.

— No do tego doprowadzą te twoje metody farmaceutyczne.

— Ale w telewizji pokazywali przypadki, w których to skutkuje.

— Co mi tu o telewizji! Na szczęście prawo nie zabrania dawać takie specyfiki, jakie się chce. Tyle że o oczywiście musi być zgoda na nie obojga rodziców. W związku z tym mam nadzieję, że wykupisz dla Janka przydział tabletek na odwagę i podniesienie poziomu agresywności, bo na razie mamy syna mimozę! — Tata ściszył głos, bał się chyba, że go usłyszę.

— Nie zgodzę się! Nigdy! — Dla odmiany mama podniosła głos. — Co chcesz
z niego zrobić? Boksera? Najemnika? Mordercę? — Złapała się za głowę.

— Nie przesadzaj. Nie ma dowodów na to, że ten zestaw powoduje aż takie skutki. Zresztą, lekarz nie zapisze ich dla już agresywnego chłopaka. Na to prawo mu nie pozwala.

— Prawo! Prawo! — Mama przedrzeźniała tatę. Ja też czasami tak robiłem. — Spójrz na Janka jak na człowieka, a nie paragraf.

— Bredzisz! Kończymy tę rozmowę, bo zmierza donikąd.

Tata wyszedł z kuchni. Szybko cofnąłem się i cicho zamknąłem drzwi od mojego pokoju.

Nie wiem, czy jeszcze rozmawiali na ten temat. W każdym razie musiałem iść z mamą do lekarza. Przejrzał tylko jakieś moje dokumenty, sprawdził coś w komputerze, wypisał receptę i wyszliśmy. Mama kupiła w aptece kolejne tabletki i od tamtego dnia jadłem ich codziennie jeszcze więcej. Prawie wszystkie dzieciaki brały jakieś leki, a właściwie „środki wspomagające rozwój kierowany”, jak mówili w reklamach. Tam też lekarze, czy aktorzy przebrani za lekarzy, nie wiem, mówili, że rozwój farmaceutyki i psychologii pozwala na wsparcie rozwoju waszych dzieci i ukierunkowanie go na osiągnięcie konkretnego celu: dziecka wymarzonego, takiego, jakie chcecie posiadać, ze szczęśliwą przyszłością. Zawsze na koniec podawali, że trzeba zgłosić się do lekarza specjalisty od rozwoju kierowanego. Denerwowały mnie te reklamy, było ich dużo i przerywały fajne filmy.

Po tych pigułach nie czułem się gorzej, na szczęście, a niektórzy rzygali, a nawet trafiali do szpitala, bo coś im się w głowach przestawiało. Nie zauważyłem też, żebym się inaczej zachowywał. Dalej głupki mnie prześladowały, biły mnie rzadziej, ale chyba dlatego, że im się znudziło. Zacząłem interesować się dziewczynami. To znaczy, zawsze się nimi interesowałem, to chyba normalne, nie? Tyle że od tamtej pory umiałem je nareszcie zbajerować. Nie wstydziłem się podejść, zagadać i zawsze się dziwiłem, że nareszcie łapały się na moje gadki. Lubiły ze mną przebywać.

Moje sukcesy z laskami chyba zrobiły wrażenie na głupkach, co mogło być też powodem, że trochę mi odpuścili.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 31.14