E-book
10.92
drukowana A5
34.5
Autobiografia

Bezpłatny fragment - Autobiografia

"Kto żyje nadzieją, umrze głodny."


Objętość:
164 str.
ISBN:
978-83-8245-475-8
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.5

Wprowadzenie

Pierwsze pięć rozdziałów Autobiografii zostało skomponowanych w Anglii w roku 1771, następnie kontynuowane w latach 1784/1785 i ponownie w 1788. Po najbardziej niezwykłej serii przygód oryginalna forma rękopisu została ostatecznie wydrukowana przez pana Johna Bigelowa, i jest tu reprodukowany w uznaniu o jego wartości jako obrazu jednego najbardziej znanych osobistości czasów kolonialnych i ich czasów uznany za jedną z największych autobiografii świata.

Rozdział I Pochodzenie i dorastanie w Bostonie

BENJAMIN FRANKLIN 1706—1757

Twyford, u biskupa św. Asaf, 1771.


Drogi Synu: Zawsze miałem przyjemność poznawać szczegóły o moich przodkach. Być może pamiętasz śledztwa, które przeprowadziłem wśród krewnych, kiedy byłeś ze mną w Anglii w podróży w tym celu. Przypuszczam, ż byłoby dla Ciebie miłą rzeczą poznać wydarzenia z mojego życia, które nie są Ci znane. Obecnie jestem na wsi i usiadłem, aby je zapisać. Mam też inne powody. Wyzwoliwszy się z nędzy w jakiej się urodziłem i wychowałem, zdobyłem pewne wpływy, reputację, przepędziłem życie pod szczęśliwą gwiazdą. Toteż potomek może chcieć poznać jakimi środkami się posługiwałem przez co zastosuje je w swoim życiu, gdyby nadawały się do naśladowania.

Owa pomyślność, gdy się zastanawiałem nad nią skłoniła mnie do mówienia, że nie miałbym nic przeciwko powtórzeniu mojego życia od samego początku, oprócz przywileju z którego korzystają pisarze przy drugim wydaniu. Mógłbym w ten sposób poprawić błędy, niefortunne przypadki, zdarzenia inne. Gdyby jednak mi odmówiono przyjąłbym dar. Ale skoro takiego powtórzenia spodziewać się nie mogę, jedynie mogę odtworzyć moje ponowne przeżycia i przelanie tego na papier.

Dzięki temu będę mógł również pofolgować u starców skłonności do mówienia o sobie samym. To co piszę może przeczytać lub też nie. Wreszcie (lepiej od razu przyznać się skoro mym zaprzeczeniem nikt by nie uwierzył) zaspokoję w ten sposób także i moją próżność. Kiedy słyszałem lub czytałem na wstępie słowa: „Bez żadnej próżności rzec mogę” itd., zaraz potem następowała jakaś próżna opowieść. Jednak większość ludzi nie lubi próżności u innych, choć sami chętnie ją hołdują. Ja jednak jestem wyrozumiały, gdyż sądzę, że często przynosi pożytek zarówno człowiekowi próżnemu jak i tym, którzy są w kręgu jego działania. Stąd w wielu wypadkach nie byłoby zbytnią niedorzecznością, gdyby człowiek dziękował Bogu za swoją próżność obok innych przymiotów życia. Kiedy zaś mówię o dziękowaniu Bogu, pragnę wyznać, że szczęśliwość w moim życiu zawdzięczam Jego życzliwej opatrzności, która użyczyła mi środków spożytkowanych przeze mnie i zapewniła znakomite wyniki.

Wierząc w to mam nadzieję, chociaż nie przeświadczenie, że sama dobroć nadal będzie czuwać nade mną i darzyć mnie szczęśliwością lub pozwoli znosić ciosy fortuny, które i mnie, tak jak innym, mogą się przytrafić. Albowiem bieg moich przyszłych wydarzeń jest znany Temu, który potrafi błogosławić nawet nasze cierpienia.

Notatki jakie jeden z mych stryjów (podobnie rozmiłowany w zbieraniu rodzinnych szczegółów) kiedyś mi dostarczył różnych wiadomości o naszych przodkach. Z notatek dowiedziałem się, że nasza rodzina mieszkała w tej samej wiosce Ecton, w hrabstwie Northampton co najmniej przez trzysta lat, a może i dłużej (kto wie czy nie od czasów kiedy nazwa Franklin oznaczająca dotąd ludzi określonej warstwy (wolni — warstwa klasy niższej niż szlachta), przyjęła się jako ich nazwisko, gdy jednocześnie w całym królestwie obierali sobie nazwiska). Przodkowie nasi gospodarzyli na własnej trzydziestoakrowej posiadłości, dopomagając sobie kowalstwem. Kuźnia przechodziła zawsze na najstarszego syna i zwyczaj ten trwał z pokolenia na pokolenie. Tak było jeszcze za czasów mojego stryja oraz ojca i najstarszych ich synów.

Przeglądając rejestry kościelne w Ecton, odnalazłem szczegóły dotyczące narodzin, ślubów oraz pogrzebów od roku 1555, wcześniej nie prowadzono rejestrów w parafii. Właśnie z tych rejestrów wynikało, że byłem od pięciu pokoleń najmłodszym synem najmłodszego syna. Mój dziadek, Thomas urodził się w 1598 roku, mieszkał w Ecton aż do później starości, kiedy to nie mogąc już pracować przeniósł się do swego syna Johna, farbiarza w Bandury, w hrabstwie Oxford. U tego Johna ojciec mój był czeladnikiem. Nim został wyzwolony, dziadek umarł. W 1758 roku zobaczyłem jego grób. Najstarszy syn dziadka, Thomas mieszkał na gospodarce w Ecton i pozostawił ją w spadku jedynemu dziecku, córce która wraz z mężem niejakim Fisherem z Wellingborough sprzedała dom i ziemię panu Istel, właścicielowi sąsiednich dóbr. Dziadek miał czterech synów. Byli to: Thomas, John, Benjamin oraz Josiak. Napiszę Ci o nich na podstawie moich notatek, a jeśli te nie zaginą znajdziesz tam później znacznie więcej szczegółów.

Thomas miał być kowalem, ale będąc zmyślny i zdolny zachęcany do nauk (jak wszyscy moi bracia) przez Pana Palmera, największego podówczas właściciela dóbr w całej parafii wyszkolił na pisarza i doszedł do znaczenia w hrabstwie. Był siłą napędową wielu przedsięwzięć publicznych hrabstwa i miasta Northampton oraz własnej wioski i cieszył się szczególną opieką lorda Halifaxa. Zmarł 6 stycznia w roku 1702 równo 4 lata przed moim urodzeniem. Z tego co mówili starszy ludzie w Ecton swoim życiem i charakterem tak bardzo mnie przypominał, że gdyby umarł tego samego dnia można by uwierzyć w wędrówkę dusz.

John został farbiarzem wełny, a Benjamin farbiarzem jedwabiu pracując jako czeladnik w Londynie. Był bardzo przemyślnym człowiekiem, a pamiętam go dobrze, ponieważ odwiedził mojego ojca w Bostonie, kiedy byłem chłopcem, a mieszkał z nami parę lat. Dożył późnego wieku. Jego wnuk Samuel Franklin mieszka obecnie w Bostonie. Benjamin pozostawił po sobie dwie księgi rękopisów swoich własnych poezji, pisanych przy różnych okazjach, a dedykowanych krewnym i przyjaciołom. Podaję tu otrzymaną od niego próbkę (Franklin nie załączył próbki do tekstu). Wynalazł własny sposób pisania skrótami, którego i mnie nauczył. Nie posługiwałem się jednak nigdy tą metodą i dziś jej nie pamiętam. Po tym stryju otrzymałem imię, gdyż ogromnie lubili się z moim tatą. Stryj był bardzo pobożny, pilnie chodził na kazania najlepszych kaznodziei spisując je swoim systemem, toteż zgromadził wiele tomów. Zajmował się bardzo polityką może aż za bardzo jak na jego stan. Niedawno wpadło mi w ręce w Londynie zgromadzony przez niego zbiór wszystkich ważniejszych broszur omawiających sprawy publiczne od 1641 do 1717 roku. Z numeracji wynika, że część broszur przepadła, ale zachowało się osiem foliałów i dwadzieścia cztery zeszyty In quarto i w ósemce. Trafiły one do rąk pewnego antykwariusza, który znając mnie, ponieważ czasami kupowałem u niego, przyniósł jego do mnie. Stryj musiał je zostawił w Londynie przed swoim wyjazdem do Ameryki, a więc ponad pięćdziesiąt lat temu. Na marginesach jest wiele jego notatek.

Nasza skromna rodzina wcześnie przyjęła protestantyzm i nie wyrzekła się go za panowania królowej Marii (królowa Anglii w latach 1553—1558), chociaż ich gorliwie występowanie przeciw papiestwu narodziło ich na kłopoty i zagrożenia. Mieli w swym posiadaniu Biblię anglikańską, która dla bezpiecznego ukrycia przechowywano umocowaną do deski pod dużym stołkiem. Kiedy mój prapradziadek czytał Biblię rodzinie, odwracał stołek i trzymał go tak na kolanach przewracając jedynie karty księgi. Jedno z dzieci stało przy drzwiach na straży, aby dać znać o zbliżaniu się urzędnika sądu duchownego. Wówczas stołek stawiano na ziemi a dla niepoznaki ktoś na nim siadał. Tą opowieść usłyszałem do stryja Benjamina. Rodzina pozostała wierna Kościołowi Anglikańskiemu aż do końca rządów Karola II, kiedy paru duchownych usuniętych za nonkonformizm urządzało zebrania w hrabstwie Northampton. Wówczas to przystąpili do nich Benjamin i Josiak, reszta zaś rodziny pozostawała przy Kościele Episkopalnym.

Mój ojciec Josiak ożenił się młodo wraz z żoną i trojgiem dzieci wyjechał do Nowej Anglii około roku 1632. W kraju zebrania nonkonformistów zostały zakazane i zakłócane, co skłoniło znajomych ojca abym im towarzyszył do przesiedlenia się, gdyż spodziewał się, że cieszyć się będą swobodą religijną. Z tą samą żoną miał jeszcze czworo dzieci, a z drugą żoną dziesięcioro, więc razem siedemnaścioro dzieci. Pamiętam z nich trzynaścioro, zasiadające razem przy stole ojca, później wszystkie dorosły pożeniły się i powychodziły za mąż. Byłem najmłodszym synem i najmłodszym prócz dwojga, dzieckiem. Urodziłem się w Bostonie w Nowej Anglii. Moją matką a drugą żoną ojca była Abiah Folger, córka Piotra Folgera jednego z pierwszych osadników w Nowej Anglii o którym z szacunkiem wspomina Otton Macher (1663—1728, duchowny, obrońca kalwinizmu, pisarz) w swojej historii kościelnej naszego kraju zatytułowanej Magnalia Christi Americana, pisząc, że był to nabożny i uczony Anglik. Słyszałem, że Piotr Folger zajmował się okazyjnie pisarstwem ale tylko jedna jego rzecz była drukowana. Widziałem ten utwór przed wielu laty. Pisany był w roku 1675 domorosłym wierszem owych czasów. Nawoływał do wolności sumienia i występował w obronie baptystów, kwakrów i członków innych, również prześladowanych sekt. Owym prześladowaniem przypisywał z Indianami i inne klęski, jakie spadły na kraj, nazywając je karą bożą za ohydny grzech nietolerancji i nawołując do uchylenia nielitościwych praw. Całość wydawał mi się pisana z dużą uczciwością i prawdzie męską swobodą. Pamiętam sześć linijek oktawy choć pierwszych dwu zapomniałem, z ich sensu można było zrozumieć, że krytyka jego płynie z dobrej woli i dlatego nie chciał zatajać swojego autorstwa.

„Bo paszkwil rzecz to dla mnie niska (powiada on),

Wstrętny mi oszczerstw styl.

Z Sherburne to ślę, swego nazwiska

Nie miej za złe, boś druha zyskał:

Jest nim Peter Folger”.

Moi starsi bracia poszli wszyscy na czeladników do różnych zawodów. Ja zaś gdy miałem osiem lat umieszczony zostałem w szkole parafialnej, ponieważ ojciec chciał mnie poświęcić jako dziesięcinę męskiego potomstwa służbie kościoła. W tym zamiarze utrwaliło go zdanie wszystkich przyjaciół, że na pewno będę się dobrze uczył, a moja gorliwość do nauki czytania (którą musiałem sobie przyswoić bardzo wcześnie, jako, że nie pamiętam czasu, kiedy nie umiałem czytać). Stryj Benjamin również pochwalał tę myśl i przyrzekł nawet ofiarować mi swoje księgi kazań, pod warunkiem jak sądzę, że nauczę się czytać jego skróty pisarskie. Do szkoły parafialnej chodziłem wszelako tylko niecały rok, choć z uczenia średniego zdążyłem wybić się na prymusa klasy i przeniesiono mnie o jedną klasę wyżej, abym prze resztę roku uczył się wraz z nią. Ojciec mój jednak odstąpił od pierwotnego zamiaru w obawie przed wydatkami na studia uniwersyteckie, którym nie mógłby sprostać mając liczną rodzinę. Miał na uwadze również, że wielu uczonych ludzi ma później bardzo nędzne dochody. Takie przynajmniej względy podał swoim przyjaciołom, gdyż zabrał mnie do szkoły parafialnej i posłał do szkoły gdzie uczono pisania i arytmetyki, który prowadził w dobry sposób nauczyciel George Brownell. Pod jego kierunkiem szybko nauczyłem się umiejętności pisania, ale w arytmetyce nie robiłem żadnych postępów. Mając lat dziesięć wróciłem do domu, aby pomagać ojcu w fabrykacji mydła i świec. Przedsiębiorstwo to założył ojciec po przyjeździe do Nowej Anglii, gdy przekonał się, że z farbiarstwa nie zdoła utrzymać rodziny. Zajmowałem się więc przycinaniem knotów, napełnianiem form w których odlewano świecie, uprzątaniem warsztatu bieganiem na posyłki itd.

Nie lubiłem tego zajęcia natomiast pociągało mnie bardzo morze ale ojciec był moim zamiarom przeciwny. Ponieważ jednak mieszkaliśmy nad wodą, szybko nauczyłem się pływać i prowadzić łodzie przez co ilekroć wypływaliśmy ze znajomymi chłopcami, zwykle zasiadałem przy sterze, zwłaszcza w wypadku trudności. W takich wypadkach stawałem się zazwyczaj przywódcą i czasami wpędzałem chłopców w tarapaty. Podam przykład ponieważ świadczy o wcześnie budzącym się poczuciu spraw ogólnych co prawda źle wówczas pokierowanym.

Do stawu nad młyńską przylegał słone bagnisko, na którego skraju przy wysokiej wodzie zatrzymaliśmy się by łowić piskorze. Deptaliśmy tam tak często, że z czasem brzeg przemienił się w błoto. Zaproponowałem więc zbudowanie nadbrzeża na którym można będzie bezpiecznie stać i wskazałem moim towarzyszom duży stos kamieni przeznaczonych na budowę nowego domu w pobliżu topieli a bardzo odpowiednich dla naszego celu. Pewnego wieczoru gdy robotnicy odeszli zebrałem gromadę chłopaków i pracując gorliwie jak mrówki dźwigając czasem po dwóch albo trzech jeden kamień przenieśliśmy je wszystkie i wybudowaliśmy małe nadbrzeże. Następnego dnia rano przyszli robotnicy i zdziwili się brakiem kamieni i znaleźli je w naszej budowie. Zaczęto szukać sprawców, wykryto cięgi od ojców i chociaż usiłowałem dowodzić pożytku naszej budowy, mój ojciec przekonał mnie, że nic nie może być użyteczne co nie jest uczciwe.

Myślę, że chciałbyś dowiedzieć się czegoś o jego osobie i charakterze. Był doskonale zbudowany, średniego wzrostu ale bardzo silny i krzepki. Posiadał bystry umysł, pięknie rysował, nabrał trochę umiejętności w muzyce a że miał czysty i przyjemny głos więc kiedy śpiewał psalmy towarzysząc sobie na skrzypach co robił wieczorami po ukończeniu pracy. Było bardzo miło mi go słyszeć. Miał też wielki zmysł do mechaniki i umiał w razie potrzeby posługiwać się narzędziami innych rzemiosł. Ale największa jego zaleta polegała na trafnej ocenie i rozumnych sądach w sprawach zarówno prywatnych jak i publicznych. Tymi ostatnimi bezpośrednio nigdy się nie zajmował, gdyż liczna rodzina którą musiał utrzymywać i skromne dochody nie pozwalały mu na odrywać się od zawodu.

Pamiętam jednak częste odwiedziny wybitnych osobistości, przychodzących dla zasięgnięcia jego rady w sprawach miasta lub parafii do której należał. Wszyscy okazywali wielki szacunek dla jego sądów i rad. Także i prywatne osoby chętnie zasięgały jego zdania w swoich sprawach, ilekroć miały jakieś trudności a nieraz wybierano go na rozjemcę w sporach. Ojciec lubił, gdy przy jego stole zasiadał ktoś z rozumnych przyjaciół czy sąsiadów prowadził z nimi częste rozmowy i starał się wybrać ciekawy temat aby nastawić umysły słuchających dyskusji dzieci. Tym sposobem kierował naszą uwagę na to co dobre, słuszne i roztropne w postępowaniu życiowym. Wcale albo też prawie wcale nie mówiono o potrawach przychodzących na stół, czy były smaczne czy nie dobrze lub źle przyrządzone zwyczajne albo niezwykłe o tej porze roku, lepsze czy gorsze od innych podobnych. Wychowany zostałem w tak zupełnej obojętności na te rzeczy iż nigdy nie zwracałem uwagi na stojące przede mną jedzenie. Po dziś dzień w godzinę po obiedzie trudno mi powiedzieć co było na obiad. Stanowiło to dla mnie dużą wygodę w podróżach podczas gdy towarzysze moi nieraz mocno cierpieli z powodu braku potraw odpowiednich dla ich wydelikaconych smaków i apetytów.

Moja matka również była świetnej budowy i sama wykarmiła swoich dziesięcioro dzieci. Nie pamiętam by ktoś z rodziców kiedykolwiek chorowało, z wyjątkiem ich ostatnich śmiertelnych chorób. Ojciec zaś umarł mając lat 89, a mama 85. Pogrzebani leżą w Bostonie a na ich grobie umieściłem marmurową tablicę z takim napisem:

„JOSIAH FRANKLIN

i

ABIAH, jego żona

spoczywają tutaj.

Przeżyli szczęśliwie w związku małżeńskim

pięćdziesiąt pięć lat. Bez majątku ani stanowiska

płatnego, nieustanną pracą i przemysłem,

z błogosławieństwem bożym,

utrzymywali dostatnio liczną rodzinę

i zacnie wychowali trzynaścioro dzieci

i siedmioro wnuków. Niech cię ich losy,

przechodniu zachęcą do pracowitości

w zawodzie i ufania woli Opatrzności.

Pobożnemu i roztropnemu ojcu, cnotliwej

i szlachetnej metce najmłodszy syn

z czcią synowską dla ich pamięci umieścił

ten kamień.

J.F. ur. 1655, zm. 1744, lat 89

A.F. ur. 1667, zm. 1752, lat 85”

Odbiegam ciągle od mej opowieści z czego wniosek, że się starzeję. Dawniej pisałem systematycznie, ale człowiek nie ubiera się dla małej kompanii jak publiczny bal. Może zresztą tylko przez niedbalstwo.

Wracam do rzeczy. W przedsiębiorstwie ojca pracowałem przez dwa lata, czyli do czasu gdy miałem 12 lat. Mój brat John, który uczył się zawodu opuścił ojca, ożenił się i osiadł na swoim w Rhode Island. Wszystko przemawiało za tym, że miałem zająć jego miejsce i objąć fabrykację mydła i świec. Lecz moja niechęć do tego zawodu trwała nadal i ojciec obawiał się, że jeśli nie znajdzie bardziej mi odpowiadającego zawodu, wyrwę się i puszczę na morze, jak ku wielkiemu zmartwieniu syn jego Josiak zrobił. Ojciec zabierał mnie od czasu do czasu na przechadzkę abym mógł przyjrzeć się pracy stolarzy, murarzy, tokarzy, kotlarzy itd., ponieważ chciał stąd wywnioskować o moich skłonnościach i związać mnie z jakimś zawodem na lądzie. Zawsze odtąd z przyjemnością oglądałem dobrych rzemieślników przy pracy. A pożytek z owych przechadzek wyniosłem też znaczny, ponieważ nauczyłem się wykonywać sam różne drobne prace w domu, gdy nie było odpowiedniego rzemieślnika pod ręką. Nauczyłem się także budować niewielkie machiny, gdy miałem świeże chęci by doświadczenie zdobyć. Wreszcie ojciec wybrał zawód nożownika i posłał mnie na naukę do mego stryjecznego brata Samuela, który wszakże oczekiwał za moją naukę wynagrodzenia, co nie podobało się ojcu, zabrał mnie na powrót do domu.

Rozdział II Praca w drukarni brata Jamesa oraz ucieczka

Od dziecka lubiłem czytać i wszystkie drobne pieniądze jakie tylko miałem, wydawałem na książki. Rozmiłowałem się w „Wędrówce pielgrzyma” i moim pierwszym zbiorem były dzieła Johna Bunyana w oddzielnych tomikach. Później sprzedałem je, aby móc kupić Bibliotekę Historyczną R. Burtona: składała się z czterdziestu czy pięćdziesięciu tanich książeczek sprzedawanych przez wędrownych kramarzy. Książki mego ojca były to głównie dyskursy teologiczne. Przeczytałem z nich większość, a później żałowałem, że w okresie gdy odczuwałem taki głód wiedzy nie trafiłem na bardziej odpowiednie książki. Wszak nie miałem zamiaru zostać duchownym. Skwapliwie natomiast rozczytywałem się w Żywotach Plutarcha i do dziś lekturę tę uważam za wielki dla siebie pożytek. Była tam również książka Daniela Defoe, zatytułowana „Szkic o projektach” oraz książka dr Mathera „Szkic o czynieniu dobrze”. Obie książki wywarły wpływ na moje myślenie a przez to i na niektóre doniosłe zdarzenia w moim późniejszym życiu.

Zamiłowanie do książek sprawiło, że ojciec postanowił uczynić ze mnie drukarza, choć miał już jednego syna w tym zawodzie Jamesa. W roku 1717 brat mój James wrócił z Anglii z prasą drukarską i czcionkami aby założyć drukarnię w Bostonie. Wolałem to znacznie bardziej niż zawód ojca, ale wciąż pociągało nie morze. Chcąc zapobiec niepożądanych skutków, ojciec chciał mnie związać z bratem. Jakiś czas opierałem się ale w końcu uległem i mając zaledwie dwanaście lat podpisałem umowę czeladniczą. Miałem pracować jako czeladnik do ukończenia dwudziestu jeden lat i dopiero w ostatnim roku obiecano mi codzienne wynagrodzenie. W krótkim czasie poczyniłem wielkie postępy w zawodzie i stałem się potrzebny bratu, Uzyskałem dostęp do lepszych książek. Znajomość z uczniami księgarskimi pozwalała mi czasem pożyczyć tomik, który pilnie i szybko zwracałem. Nieraz przesiadywałem w swoim pokoju czytając do później nocy, kiedy książkę pożyczyłem wieczorem a zwrócić miałem już wczesnym rankiem, gdyż bałem się by jej nie zgubić lub by znajomy o nią się nie upomniał. Po niejakim czasie zwrócił na mnie uwagę pewien inteligentny kupiec Matthew Adams, który miał piękny księgozbiór, a często bywał w naszej drukarni. Zaprosił mnie do siebie i chętnie pożyczał wszelkie książki, jakie pragnąłem przeczytać. Nabrałem teraz upodobania do poezji i zacząłem pisać krótkie poematy. Mój brat myślał, że przyniesie to zyski zachęcał mnie i namawiał do układania ballad okolicznościowych. Jedna pod tytułem „Tragedia w latarni morskie” opisywała zatonięcie kapitana Worthilake’a i jego dwóch córek, druga była pieśnią żeglarską o ujęciu pirata Teacha (inaczej Czarnobrodego). Były to nędzne utwory, w stylu ballad z Grub Street (ulica w Londynie w której mieszkali zamieszkiwana przez początkujących pisarzy, obecnie Milton Street). Po wydrukowaniu ich brat wysłał mnie na miasto, aby je sprzedawać. Pierwsza ballada rozeszła się znakomicie, gdyż omawiała niedawne i głośne zdarzenia. Pochlebiło to mojej próżności. Ale ojciec zniechęcił mnie, ośmieszając utwory i twierdząc, że wierszokleci są zwykle żebrakami. Tak więc udało mi się nie zostać poetą, i to zapewne bardzo złym poetą. Natomiast pisanie prozą uprawiałem w życiu często i stało się ono głównym czynnikiem w moim rozwoju i posuwaniu się naprzód. Toteż opowiem teraz, w jaki sposób nabrałem pewnych po temu zdolności.

W mieście był jeszcze jeden oczytany chłopak, nazwiskiem John Collins, którego dobrze znałem. Prowadziliśmy czasem dysputy, z czego byliśmy bardzo zadowoleni, a każdy usiłował pognębić drugiego. Takie dysputy, mówiąc nawiasem, mogą stać się bardzo złym nawykiem, czyniąc ludzi bardzo przykrymi w towarzystwie z powodu ducha sprzeciwu, okazywanego przy każdej okazji; utrudnia to i psuje rozmowę, a ponadto wywołuje niechęć, a nawet wrogość tam, gdzie można oczekiwać przyjaźni. Nabrałem tej skłonności czytając

książki ojca zawierające dysputy o religii. Później przekonałem się, że ludzie rozumni rzadko hołdują temu zwyczajowi, z wyjątkiem prawników, profesorów i różnych ludzi wychowanych w Edynburgu.

Kiedyś między Collinsem a mną wynikł spór o to czy stosownym jest kształcenie w naukach płci żeńskiej i czy jest ona do nauk zdolna. Zdaniem Collinsa było to niestosowne, a kobiety z samej swej natury uważał za niezdolne do wszelkich nauk. Ja wyrażałem pogląd przeciwny, może trochę z chęci dysputy. Mój przeciwnik był bardziej wymowny, w pogotowiu miał pełno słów i chwilami, jak mi się zdawało, pokonywał mnie bardziej swoją wymową niż siłą argumentów.

Rozstaliśmy się nie przekonawszy jeden drugiego i przez jakiś czas nie mieliśmy się spotkać. Toteż zasiadłem, by spisać moje racje, które następnie przesłałem Collinsowi. Odpowiedział mi, a ja znów replikowałem. Wymieniliśmy po trzy czy cztery listy, gdy ojciec trafił przypadkiem na nie i przeczytał. Nie wchodząc w istotę sprawy, zaczął mówić o moim stylu.

Zwrócił uwagę, że choć góruję nad przeciwnikiem prawidłową pisownią i przestankowaniem (co zawdzięczałem pracy w drukarni), daleko mi do wytworności w ujęciu oraz brak mi metody i jasności wyrazu, o czym przekonał mnie na licznych przykładach. Uznałem słuszność tych uwag i odtąd zważałem pilnie na sposób pisania starając się go jak najbardziej poprawić.

W tym czasie wpadł mi w ręce przygodny rocznik „Spectatora”. Był to rocznik trzeci. Nigdy przedtem żadnego nie widziałem. Kupiłem go, przeczytałem wielekroć i byłem zachwycony. Uznałem, że styl jest świetny, i chciałem naśladować go w miarę możności. W tym celu wybrałem niektóre artykuły, wynotowałem pokrótce sens każdego zdania, odłożyłem wszystko na kilka dni, a potem, nie zaglądając do książki, usiłowałem odtworzyć artykuły omawiając szeroko wynotowany sens zdań i dobierając starannie odpowiednie słowa. Następnie porównałem mojego „Spectatora” oryginałem i poprawiłem błędy przez siebie popełnione. Przekonałem się jednak, że brak mi zasobu słów oraz wprawy w przypominaniu ich sobie i użytkowaniu. A zdawało mi się uprzednio, że jej nabyłem, skoro układałem wiersze. Albowiem w poezji ciągle potrzebne są słowa o tym samym znaczeniu, ale różnej długości, zależnie od rytmiki lub wymagań rymu. Jeśli więc miałem w przyszłości uprawiać poezję, musiałbym stale korzystać z wielorakich słów i tę wielorakość opanować i utrwalić w swoim umyśle. Wybrałem więc pewną ilość powiastek prozą i przerobiłem na wiersze.

Później zaś, gdy już wypadł mi z pamięci pierwotny tekst, przerobiłem wiersze z powrotem na prozę. Czasem znów wprowadzałem zamęt do wynotowanych skrótów zdań, a po kilku tygodniach porządkowałem je na nowo, by następnie przystąpić do kreślenia zdań pełnych i spisania całego artykułu. Miało to na celu zdobycie metody w porządkowaniu myśli.. Porównując później moją pracę z oryginałem, wykrywałem wiele błędów, które poprawiałem. Czasem jednak mogłem z przyjemnością stwierdzić, że w drobnych szczegół łach udało mi się język czy też metodę rozumowania ulepszyć. Utwierdziło mnie to w nadziei, że z czasem

mógłbym się stać niezłym pisarzem, czego niezmiernie pragnąłem. Wszystkie te ćwiczenia, podobnie jak lekturę, odbywałem wieczorem, po pracy, lub wczesnym rankiem, przed jej rozpoczęciem albo też w niedzielę, gdy udawało mi się zostać w drukarni samemu i uniknąć pójścia na nabożeństwo, czego ojciec wymagał ode mnie, kiedy byłem w domu, i co uważałem nadal za swój obowiązek, jakkolwiek twierdziłem, że brak czasu nie pozwala mi na jego spełnienie.

Gdy miałem szesnaście lat, trafiłem na książkę, pisaną przez niejakiego Tryona, zalecającą odżywianie się tylko warzywami. Postanowiłem trzymać się tego. Mój brat nie był jeszcze żonaty i nie prowadził domu ale stołował z czeladnikami u pewnej rodziny. Moja odmowa jedzenia mięsa spowodowała niejakie kłopoty i często wyśmiewano mnie za dziwactwo. Zapoznałem się ze wskazówkami Tryona, jak przyrządzać niektóre potrawy, na przykład gotowane kartofle czy ryż, robione naprędce budynie i jeszcze parę innych, po czym zaproponowałem bratu, że będę sam się troszczył o swoje wyżywienie, jeśli da mi co tydzień połowę pieniędzy wpłacanych za moje utrzymanie. Zgodził się natychmiast, a ja przekonałem się wkrótce, że mogę z tego oszczędzić połowę. Miałem w ten sposób dodatkowe fundusze na kupno książek. Ale była i inna korzyść. Gdy mój brat z resztą czeladników szedł na posiłki, zostawałem w drukarni sam i szybko spożywałem lekkie jedzenie, złożone często z ciasta czy kromki chleba, garści rodzynek lub kawałka ciasta oraz szklanki wody. Resztę zaś czasu, aż do ich powrotu, miałem na naukę, w której czyniłem tym większe postępy, że powściągliwość w jedzeniu i piciu dawała mi znaczną jasność myślenia i szybką pojętność.

„Teraz więc, pomny na wstyd wywołany nieznajomością działań liczbowych, których dwukrotnie nie zdołałem nauczyć się w szkole, sięgnąłem po podręcznik arytmetyki Cockera i z wielką łatwością przeszedłem cały kurs, Przeczytałem także książki Sellera i Shermy’ego o żeglarstwie, z których zapoznałem się nieco z geometrią, choć nigdy nie zaszedłem daleko w tej gałęzi wiedzy. W tym czasie przeczytałem również Locke’a „Rozważanie dotyczące rozumu ludzkiego” oraz „Sztukę myślenia panów z Port Rogal” (Logika, czyli sztuka myślenia). Gdy pracowałem nad udoskonaleniem języka, wpadła mi w ręce gramatyka angielska (zdaje się Greenwooda).

Na końcu były dwa krótkie szkice o retoryce i logice. Ten ostatni kończył się przykładem dyskusji metodą Sokratesa. Wkrótce potem kupiłem Pamiętne dzieła Sokratesa Ksenofonta, gdzie było dużo przykładów tej samej metody. Byłem nią zachwycony i szybko przyswoiłem ją sobie, przyjmując skromny system pytań i wątpliwości zamiast argumentacji, przeczenia i pozytywnych tez. Ponieważ zaś właśnie wtedy na skutek czytania Collinsa i Shaftesbury’ego zacząłem wątpić o różnych punktach naszej doktryny religijnej, znalazłem, że owa metoda jest dla mnie najlepsza, a bardzo kłopotliwa dla tych, przeciw którym jej używałem. Zasmakowawszy uprawiałem ją bezustannie i nabrałem wielkiej umiejętności w doprowadzaniu ludzi, nawet wybitnej wiedzy, do wyznań, których następstw nie przewidywali. Wplątywałem ich w gąszcz trudności, z których nie mogli się wydobyć, i osiągałem zwycięstwa nie zawsze zasłużone przeze mnie ani przez sprawę, której broniłem. Przez kilka lat trzymałem się tej metody, lecz później stopniowo jej poniechałem, zachowując tylko zwyczaj wyrażania się z umiarkowanym niedowierzaniem. Nigdy, ilekroć twierdziłem coś, co mogło być kwestionowane, nie używałem słów z pewnością, bez wątpienia czy innych, które nadają poglądom ton kategoryczny. Mówiłem raczej, że zdaje mi się lub mam wrażenie, iż jest taka tak, przypuszczam lub skłonny jestem myśleć tak a tak dla tych a tych powodów albo też wyobrażam sobie, że jest tak a tak, czy jeśli się nie mylę, jest tak a tak. Zwyczaj takiego mówienia bardzo mi się przydawał, jak sądzę, ilekroć miałem wpajać swoje poglądy i skłaniać ludzi do podejmowania kroków, których urzeczywistnienie było moim zadaniem. Głównym celem wszelkiej rozmowy jest udzielenie lub otrzymanie wiadomości, pozyskanie sobie lub przekonanie kogoś, toteż chciałbym, aby ludzie rozsądni i o szlachetnych intencjach nie osłabiali swojej zdolności czynienia dobrze przez pewny siebie i kategoryczny sposób bycia, który zawsze prawie zniechęca i wywołuje opór, przekreślając cele, dla których obdarzeni zostaliśmy mową: pozyskiwania innych lub udzielania czy też przyjmowania informacji. Jeśli bowiem chcecie kogoś poinformować, kategoryczny i dogmatyczny sposób wypowiadania się może wywołać sprzeciw i uniemożliwić życzliwą uwagę. Jeśli zaś chcecie zaczerpnąć informacji i wiedzę własną pogłębić z pomocą wiedzy innych, a jednocześnie będziecie stanowczo obstawać przy swoich obecnych poglądach, ludzie rozumni a skromni, którzy nie lubią sporów, zapewne pozostawią was w spokoju razem z waszymi błędami. W ten sposób rzadko kiedy możecie liczyć na pozyskanie swoich słuchaczy albo też przekonanie tychże, czyje współdziała nie jest wam potrzebne. Pope słusznie mówi:

„Tak ucz ludzi, jak gdybyś nie uczył ich wcale,

Lecz przypominał rzeczy znane doskonale.”

po czym zaleca nam:

„Mówić trzeba, choć pewnie, na pozór nieśmiało.”

A ze zdaniem tym mógłby połączyć to, które połączył, jak sądzę, mniej słusznie z innym:

„Bo brak skromności z braku rozsądku wypływa.”

Jeśli zaś ktoś zapyta, dlaczego mniej słusznie, powtórzę mu słowa:

„Nie ma wytłumaczenia, gdy mowa chełpliwa,

Bo brak skromności z braku rozsądku wypływa”.

A czy z brak rozsądku (jeśli ktoś jest tak nieszczęśliwy, że mu go brak) nie jest usprawiedliwianiem się z braku skromności? I czy nie lepiej byłoby powiedzieć:

„Jedno jest tłumaczenie, gdy mowa chełpliwa:

Że brak skromności z braku rozsądku wypływa.”

O tym jednak rozstrzygać mogą bardziej powołani.

W roku 1720 czy 121 mój brat zaczął drukować gazetę. Była to druga gazeta w Ameryce, a nazywała się „New England Courant”. Jedyną istniejącą dotąd była „Boston News-Letter” (Benjamina pamięć zawodzi, ponieważ była to trzecia z kolei gazeta w Nowej Anglii, a czwarta w Ameryce). Pamiętam, jak niektórzy ż jego przyjaciół chcieli go odwieść od tego twierdząc, że przedsięwzięcie nie uda się, gdyż jedna gazeta wystarczy dla Ameryki, W chwili obecnej (1771) mamy ich co najmniej dwadzieścia pięć. Brat jednak trwał przy swoim. Po złożeniu czcionek i wydrukowaniu arkuszy szedłem na miasto i roznosiłem gazetę abonentom.

Wśród przyjaciół brata byli ludzie zdolni, którzy zabawiali się pisaniem krótkich artykułów dla gazety, ta zaś zdobywała sobie coraz większe wzięcie. Panowie ci nieraz nas odwiedzali. Słuchając ich rozmów i dowiadując się o uznaniu, jakie spotykało ich artykuły, sam zapragnąłem także spróbować pióra. Ponieważ jednak byłem jeszcze chłopcem i przypuszczałem, że brat nie chciałby moich rzeczy drukować w gazecie wiedząc, kto to pisał, postanowiłem ukryć swoje autorstwo. Napisałem artykuł anonimowy i wetknąłem go w nocy pod drzwi drukarni. Brat znalazł go rankiem i pokazał swoim piszącym przyjaciołom, gdy jak zwykle przyszli go odwiedzić. Ci przeczytali artykuł w mojej obecności, i ku mojemu wielkiemu rozradowaniu spotkał się z ich uznaniem. Próbowali odgadnąć autora i wymieniali ludzi znanych u nas z wiedzy i rozumu. Obecnie sądzę, że miałem po prostu szczęście u moich sędziów, a być może nie byli oni w rzeczywistości tak dobrymi sędziami jak się zdawało.

W każdym razie tak mnie to zachęciło, że napisałem i podrzuciłem tą samą drogą w drukarni jeszcze sporo innych artykułów, które również znalazły uznanie. Dochowałem tajemnicy, aż mój zapas pomysłowości mocno się wyczerpał, po czym sekret zdradziłem. Znajomi brata zaczęli mnie wtedy dość wysoko cenić, i to w sposób, który niezbyt mu się podobał, gdyż uważał, zapewne słusznie, że mogę stać się zbyt próżny. Kto wie, czy nie był to jeden z powodów, dla których w tym czasie zaczęły się między nami rozdźwięki. Brat uważał się przede wszystkim za mego majstra, we mnie zaś widział czeladnika i oczekiwał takich samych usług jak od pozostałych. Ja zaś uważałem, że wymaga zbyt wiele i jako brat powinien być bardziej wyrozumiały.

Nasze spory wytaczaliśmy często przed ojcem. Przypuszczam, że albo musiałem mieć przeważnie rację, albo też lepiej broniłem swojej sprawy, gdyż sąd wypadał zazwyczaj na moją korzyść. Ale brat był porywczy i często mnie bił, co brałem sobie bardzo do serca. Czeladnictwo zdawało mi się bardzo nużące i wciąż szukałem okazji, aby je skrócić. Okazja nadarzyła się wreszcie, i to nieoczekiwanie. Jakiś artykuł w naszej gazecie na polityczny temat, którego już dziś nie pamiętam, uznano za obraźliwy dla Zgromadzenia prowincji (Zgromadzenie Przedstawicielskie), Z nakazu przewodniczącego brata zatrzymano, przesłuchano i osadzono na miesiąc w więzieniu. Zapewne dlatego, że nie chciał ujawnić autora. Mnie również zatrzymano i przesłuchano. Chociaż jednak nic nie powiedziałem, udzielono mi nagany, po czym uwolniono w przekonaniu, jak sądzę, że jako czeladnik miałem obowiązek dochować tajemnie majstra.

W czasie pobytu brata w areszcie, co mimo naszych osobistych rozdźwięków odczułem dotkliwie, zarządzałem gazetą. Pozwoliłem sobie na wydrukowanie różnych przycinków pod adresem władz, co mój brat przyjął bardzo życzliwie, podczas gdy inni potępili mnie jako młodego geniusza, który został oszczercą i szydercą. Zwolnienie mego brata połączone było z rozkazem Izby (nader dziwacznym), że „James Franklin nie ma odtąd prawa drukować gazety zwanej „New England Courant”. W drukarni odbyła się narada z przyjaciółmi brata, co teraz należy robić. Niektórzy proponowali obejście rozkazów przez zmianę nazwy gazety. Ale mój brat zwrócił uwagę na różne ujemne strony takiego załatwienia sprawy i wreszcie postanowiono, że najlepiej będzie drukować w przyszłości pismo pod nazwiskiem Benjamina Franklina. Chcąc zaś uniknąć orzeczenia Izby, że brat drukuje gazetę posługując się swoim czeladnikiem, postanowiono, by zwrócił mi umowę czeladniczą, opatrzywszy ją przedtem klauzulą zwolnienia, tak by w razie potrzeby można ją było okazać.

Aby zapewnić bratu moje usługi, miałem podpisać nową umowę na pozostały okres czasu i ta miała być przechowana sekretnie. Plan był niedołężny, ale został natychmiast wprowadzony w życie i gazeta jeszcze przez wiele miesięcy wychodziła pod moim imieniem.

Wreszcie jednak wynikły między bratem a mną nowe rozdźwięki. Wtedy postanowiłem powołać się na moje zwolnienie licząc, że brat nie odważy się ujawnić nowej czeladniczej umowy. Takie wykorzystanie położenia było z mojej strony rzeczą niezbyt uczciwą i uważam to za jeden z pierwszych błędów życiowych. Nieuczciwość jednakże mało mi ciążyła, gdy czułem jeszcze cięgi, jakie w uniesieniu wymierzył mi brat, skądinąd zresztą człowiek łagodnego usposobienia. Kto wie może sprowokowałem go zbyt zuchwałą postawą.

Gdy brat przekonał się, że go naprawdę opuszczam, postarał się, abym nie dostał pracy w żadnej innej miejscowej drukarni. Obszedł wszystkie, rozmówił się z majstrami i żaden z nich nie chciał mnie zatrudnić. Pomyślałem wtedy, że najlepiej będzie udać się do Nowego Jorku, najbliższego miasta, gdzie były drukarnie. Do wyjazdu z Bostonu skłaniało mnie też przeświadczenie, że się naraziłem poniekąd partii rządzącej, a sądząc z samowoli Izby w sprawie brata uważałem, że gdybym został, mógłbym łatwo znaleźć się w opałach. Tym bardziej że wskutek moich dość jawnych dysput o religii różni poczciwcy ze zgrozą zaczęli wskazywać mnie sobie jako niewierzącego czy też ateistę. Postanowienie moje było niewzruszone. Ale ojciec brał teraz stronę brata i rozumiałem, że jeśli dokonam otwartej próby, spotkam się z ich przeciwdziałaniem. W tych warunkach mój przyjaciel Collins ofiarował się mi dopomóc. Ułożył się z kapitanem małego nowojorskiego kutra co do mego przejazdu, powiedziawszy mu, że mam kłopoty z dziewczyną złego prowadzenia i obarczoną dzieckiem, której przyjaciele chcą zmusić mnie do małżeństwa, i dlatego muszę wyjechać po kryjomu. Sprzedałem więc część książek dla zdobycia pieniędzy, w sekrecie wsiadłem na statek, a że mieliśmy wiatr pomyślny, po trzech dniach znalazłem się w Nowym Jorku, blisko trzysta mil od domu. Stanąłem tam jako chłopiec siedemnastoletni, bez najmniejszych rekomendacji, nie znając nikogo w mieście i nie mając prawie grosza w kieszeni.

Rozdział III Przyjazd do Filadelfii

Moje zamiłowanie do morza całkiem już w tym czasie osłabło, bo inaczej mógłbym je snadnie zaspokoić. Miałem jednak fach w ręku i uważając się za wcale dobrego pracownika ofiarowałem swe służby jednemu z miejscowych drukarzy. Był to stary pan William Bradford, który założył pierwszą drukarnię w Pensylwanii, ale wycofał się z niej z powodu sporu z niejakim George’em Keithem. Nie mógł mnie zatrudnić u siebie, gdyż miał dość pracowników, a mało zamówień. „Ale powiedział memu synowi w Filadelfii umarł niedawno główny jego pomocnik, Aquila Rose, udaj się tam, a myślę, że cię zatrudni.” Do Filadelfii było sto mil. Wyruszyłem statkiem płynącym do Amboy, a moje rzeczy miały nadejść później.

W zatoce zaskoczyła nas burza, która poszarpała przegniłe żagle, uniemożliwiła wpłynięcie do Kanału i wpędziła na brzeg Long Island. Po drodze pijany pasażer, Holender, wypadł za burtę. Gdy już tonął, zdołałem go chwycić za łeb i przytrzymać, aż w końcu wydostaliśmy go na pokład. Upadek do wody trochę go wytrzeźwił i poszedł spać. Najpierw jednak wyciągnął z kieszeni książkę prosząc, abym ją dla niego wysuszył. Okazało się, że jest to mój ulubiony autor, Bunyan, drukowany po holendersku na pięknym papierze i ozdobiony miedziorytami. Egzemplarz, jakiego nie widziałem w żadnym oryginalnym wydaniu. Później przekonałem się, że dzieło Bunyana tłumaczone było na większość europejskich języków i, jak sądzę, powszechniej czytane niż jakakolwiek inna książka, z wyjątkiem może Biblii. „Zacny John” był pierwszym bodaj pisarzem, który łączył narrację z dialogiem. Jest to sposób pisania bardzo miły dla czytelnika; w najciekawszych miejscach dostaje się on w towarzystwo bohaterów książki i jest świadkiem ich rozmów. Defoe naśladował z powodzeniem ten sposób w „Robinsonie Kruzoe”, „Moll Flanders” i innych utworach, a Richardson w „Pameli”.

Burza zapędziła nas na Long Island w miejscu, które nie nadawało się do lądowania, gdyż wielkie fale biły o kamienny brzeg. Rzuciliśmy więc kotwicę i zataczając krąg popłynęliśmy do innego punktu wybrzeża. Na nasz widok wylegli ludzie i zaczęliśmy wołać do siebie nawzajem. Lecz wiatr był tak gwałtowny, a fale uderzały tak głośno, że nie mogliśmy się usłyszeć ani zrozumieć. Na brzegu widzieliśmy łodzie i dawaliśmy znaki, by po nas wypłynęli. Ale mieszkańcy wyspy albo nas nie pojęli, albo uznali to za niemożliwość, dość, że odeszli. Noc zapadała i nie mieliśmy rady, tylko czekać, aż wiatr ucichnie. Na razie postanowiliśmy, że spróbujemy się zdrzemnąć. Stłoczyliśmy się na dnie szalupy, gdzie nas wciąż zalewały fale, łącznie z Holendrem, który i tak był jeszcze przemoczony. Tak przetrzymaliśmy do rana, kiedy wiatr zaczął słabnąć. Choć nie zaznaliśmy prawie spoczynku, nie mieliśmy żywności ani żadnego napoju prócz butelki ohydnego rumu, choć od trzydziestu godzin byliśmy na wodzie, zawróciliśmy jednak, by dotrzeć do Amboy przed nocą.

Wieczorem poczułem silną gorączkę i położyłem się. Ponieważ wyczytałem gdzieś, że zimna woda, pita w obfitości, dobra jest na gorączkę, zastosowałem się do tego wskazania i pociłem się mocno przez całą noc. Gorączka opuściła mnie i rankiem wsiadłem na prom, po czym ruszyłem w dalszą drogę piechotą. Miałem zrobić pięćdziesiąt mil do Burlington, gdzie, jak mi mówiono, znajdę statki idące do Filadelfii.

Ulewny deszcz padał przez cały dzień, Byłem przemoczony do nitki i koło południa bardzo już zmęczony. Zatrzymałem się więc w jakimś ubogim zajeździe, gdzie przenocowałem. Zaczynałem żałować, że w ogóle opuściłem dom. Wyglądałem przy tym tak nędznie, że sądząc z zadawanych mi pytań, podejrzewano we mnie zbiegłego służącego. Groziło mi zatem, że mnie mogą zatrzymać. Nazajutrz jednak ruszyłem w dalszą drogę i wieczorem dotarłem do oberży położonej o mil osiem, czy dziesięć od Burlington. Prowadził ją niejaki doktor Brown. Podczas gdy spożywałem posiłek, wdał się za mną w rozmowę, a stwierdziwszy, że trochę w życiu czytałem, przybrał bardzo przyjacielską postawę. Nasza znajomość trwała później do końca jego życia. Był on, jak się zdaje, wędrownym lekarzem, gdyż trudno było wymienić miasto w Anglii czy kraj w Europie, o których nie umiałby opowiadać z dokładnymi szczegółami. Miał pewną biegłość w pisaniu i sporo dowcipu, ale był niewierzący i w kilka lat później napisał złośliwą trawestację Biblii bardzo kiepskim wierszem, jak to Cotton uczynił z Wergiliuszem. Tym sposobem ukazał wiele faktów w ośmieszającym świetle i mógłby przy- nieść poważną szkodę słabym umysłom, gdyby to jego dzieło zostało wydrukowane. Nigdy jednak do tego nie doszło.

Przenocowałem u niego, a następnego ranka dotarłem do Burlington, lecz ku swojej rozpaczy dowiedziałem się, że wszystkie regularne statki odpłynęły krótko przed moim przybyciem, a następnych nie należy oczekiwać przed wtorkiem; była zaś sobota. Wobec tego wróciłem do pewnej staruszki w miasteczku, u której zaopatrzyłem się w pierniki na drogę, i poprosiłem o radę. Zaproponowała mi pobyt w swoim domu, póki się nie nadarzy następny statek. Byłem bardzo zmęczony pieszą wędrówką i zaproszenie przyjąłem. Usłyszawszy, że jestem drukarzem, namawiała mnie do pozostania w miasteczku i otwarcia drukarni, nie wiedziała bowiem, ile rzeczy do tego potrzeba. Staruszka była bardzo gościnna, poczęstowała mnie na obiad ozorem wołowym, a w zamian nie chciała nie przyjąć poza kuflem piwa. Przypuszczałem, że zostanę tu aż do wtorku. Gdy jednak wieczorem przechadzałem się brzegiem rzeki, nadszedł statek idący, jak się okazało, w stronę Filadelfii. Wziął sporo pasażerów, między innymi i mnie. Ponieważ nie było wiatru, cały czas należało wiosłować.

Około północy, gdy miasta wciąż nie było widać, niektórzy z podróżnych doszli do wniosku, że musieliśmy już je minąć. Toteż nie chcieli dalej wiosłować. Pozostali też nie wiedzieli, gdzie jesteśmy. Podpłynęliśmy więc do brzegu, weszliśmy do ujścia płynącego wąwozem strumienia i wylądowaliśmy w pobliżu starego parkanu, który posłużył nam do rozpalenia ogniska. Był bowiem październik i noc bardzo chłodna. Tak doczekaliśmy świtu. Wtedy ktoś z obecnych rozpoznał to miejsce jako wąwóz Coopera, nieco powyżej Filadelfii, Istotnie, gdy tylko wyszliśmy z wąwozu, ujrzeliśmy miasto. Przybyliśmy tam w niedzielę rano, o ósmej czy dziewiątej, i wylądowaliśmy u nadbrzeża przy Market Street. Rozwiodłem się tak szczegółowo nad opisem podróży i równie dokładnie opiszę mój pierwszy przyjazd do Filadelfii, abyś tym łatwiej porównał ów niepozorny początek z rolą, jaką później tam odegrałem. Byłem w roboczym ubraniu, gdyż lepsza moja odzież miała nadejść później. Po przewlekłej wędrówce byłem ubrudzony, kieszenie miałem wypchane brudną bielizną, a w mieście nie znałem żywego ducha ani nie wiedziałem, gdzie szukać mieszkania. Cała podróż, łącznie z wiosłowaniem i niewyspaniem, bardzo mnie utrudziła i byłem bardzo głodny. A cały mój zapas gotówki składał się z holenderskiego talara i szylinga w miedziakach. „Tymi ostatnimi zapłaciłem za przewóz statkiem, choć z początku nie chciano ich przyjąć, ponieważ wiosłowałem. Nalegałem jednak i w końcu zapłatę przyjęto. Człowiek jest bowiem czasem bardziej szczodry, kiedy ma mało pieniędzy, niż kiedy ma ich pod dostatkiem, być może z obawy, by nie uchodzić za biedaka.

Ruszyłem przed siebie ulicą rozglądając się, aż przy halach targowych spotkałem chłopca niosącego chleb. Często sam chleb stanowił mój cały posiłek, zapytałem więc, gdzie chłopiec go kupił. Zaraz potem udałem się do piekarza przy ulicy Drugiej, którego mi wskazał. Poprosiłem najpierw o suchary, jakie się jada w Bostonie, ale najwidoczniej nie wyrabiano ich w Filadelfii. Wtedy poprosiłem o trzypensowy bochenek, ale powiedziano mi, że i tego nie ma. Ponieważ nie znałem różnic w pieniądzu ani cen oraz nazw różnych gatunków chleba, powiedziałem, by piekarz dał mi jakikolwiek za trzy pensy. Dostałem za to trzy ogromne, świeżutkie bułki. Zdziwiła mnie ta ilość, ale zabrałem wszystko i nie mając już miejsca w kieszeniach, powędrowałem z bułką pod każdą pachą; trzecią jadłem po drodze, Tak doszedłem do ulicy Czwartej, mijając drzwi pana Reada, ojca mej przyszłej żony. Stała ona w tym czasie w drzwiach i uważała, niewątpliwie słusznie, że mam dziwny i śmieszny wygląd. Poszedłem później przez Chestnut Street i Walnut Street, cały czas jedząc bułkę. Wreszcie, skręciwszy po raz ostatni, znalazłem się na nadbrzeżu, dokąd przybił nasz statek. Napiłem się wody z rzeki, a że czułem się już najedzony, dałem dwie pozostałe bułki kobiecie z dzieckiem, która przybyła tym samym statkiem i czekała na dalszą podróż.

Pokrzepiony ruszyłem znów tą samą ulicą, która teraz wypełniła się mnóstwem schludnie ubranych ludzi idących w jednym kierunku. Przyłączyłem się do nich i trafiłem do dużego zboru kwakrów w pobliżu hal targowych. Usiadłem ze wszystkimi, rozglądałem się chwilę dokoła, ale nie słychać nie było. Ze zmęczenia mąciło mi się w głowie i mocno zasnąłem. Spałem aż do końca zebrania, kiedy ktoś mnie obudził. Był to więc pierwszy dom, w którym się znalazłem i spałem w Filadelfii.

Idąc na powrót w stronę rzeki i przyglądając się twarzom ludzi dostrzegłem młodego kwakra, którego wygląd spodobał mi się, toteż podszedłszy doń zapytałem, czy mógłby mi doradzić, jak, będąc zupełnie obcy w tym mieście, mam znaleźć mieszkanie. Staliśmy właśnie w pobliżu godła oberży „Pod Trzema Marynarzami”. „Tutaj — rzekł kwakier — przyjmują na mieszkanie obcych, ale oberża ta nie cieszy się dobrą opinią. Jeśli zechcesz pójść ze mną, wskażę ci coś lepszego.” Zaprowadził mnie do „Krzywej Kwatery” przy Water Street. Zjadłem tam obiad, przy czym zadano mi szereg podstępnych pytań, gdyż mój wygląd i młodość nasuwały widocznie podejrzenie, że mogę być uciekinierem.

Po obiedzie uczułem się tak śpiący, że gdy wskazano mi łóżko, położyłem się nie rozbierając i spałem aż do szóstej wieczór. Zawołano mnie na wieczerzę, którą zjadłem, i wróciłem zaraz do łóżka, by zbudzić się dopiero nazajutrz rano. Doprowadziłem swój wygląd do ładu i poszedłem na poszukiwanie drukarza, Andrew Bradforda. W drukarni zastałem jego ojca, którego spotkałem w Nowym Jorku, a który jadąc konno dotarł do Filadelfii przede mną. Zapoznał mnie ze swym synem, a ten przyjął mnie bardzo uprzejmie, poczęstował śniadaniem, ale powiedział, że chwilowo nie potrzebuje pomocy, gdyż niedawno przyjął już kogoś. Jest jednak inny jeszcze drukarz w mieście, niedawno tu osiedlony, nazwiskiem Keimer, który być może zechce mnie zatrudnić. W przeciwnym razie Bradford ofiarowuje mi u siebie mieszkanie z tym, że do czasu stałej pracy mogę liczyć u niego na dorywcze zajęcia.

Bradford starszy oświadczył, że zaprowadzi mnie do nowego drukarza. „Sąsiedzie — powiedział, gdyśmy tam przyszli — przyprowadziłem ci młodego człowieka jednego z tobą fachu, może ci będzie potrzebny.” Keimer zadał mi kilka pytań, podprowadził do kaszty, by sprawdzić, co umiem, a następnie zapewnił, że wkrótce mnie zatrudni, lecz na razie nie ma dla mnie roboty. Biorąc zaś starego Bradforda, którego nigdy przedtem nie widział, za jednego z życzliwych sobie obywateli miejscowych, wdał się z nim w rozmowę o swojej drukarni i widokach na przyszłość. Bradford, usłyszawszy, że Keimer spodziewa się wkrótce dostać w swoje ręce większość zamówień drukarskich w mieście, nie zdradził, iż jest ojcem konkurencyjnego drukarza, i drogą zręcznych pytań wyciągnął go na zwierzenia, aby wywiedzieć się, na co Keimer liczy i jak postępować zamierza. Stojąc z boku i słysząc tę rozmowę zrozumiałem od razu, że z tych dwóch jeden jest przebiegłym spryciarzem, a drugi niewprawnym nowicjuszem. Bradford pozostawił mnie u Keimera, ten zaś wielce się zdziwił, gdy mu powiedziałem, kim jest przybyły ze mną starzec.

Jak się przekonałem, drukarnia Keimera składała się ze starej, zużytej już prasy i małego zapasu równie zużytych angielskich czcionek, którymi on sam się posługiwał składając elegię na śmierć wspomnianego już Aquili Rose. Ten ostatni był to człowiek młody i zdolny, pięknego charakteru, bardzo szanowany w mieście, sekretarz Zgromadzenia i dobry poeta. Keimer również układał wiersze, ale nieszczególne. Trudno nawet powiedzieć, by je pisał, gdyż miał zwyczaj składania ich od razu w druku, wprost z głowy. Ponieważ nie było tekstu, a tylko jeden komplet czcionek, elegia zaś wymagała przypuszczalnie wszystkich, nikt nie mógł mu pomagać. Spróbowałem doprowadzić do porządku jego prasę, której jak dotąd wcale nie używał i na której zupełnie się nie znał. Obiecałem przyjść i wydrukować elegię, jak tylko Keimer ją złoży, i wróciłem do Bradforda, który dał mi jakąś drobną robotę; u niego też zamieszkałem i stołowałem się. W kilka dni później Keimer przysłał po mniej aby wydrukować elegię. Teraz miał drugi komplet czcionek i broszurę do druku, toteż powierzył mi pracę przy niej.

Obydwaj drukarze, jak stwierdziłem, słabo się nadawali do tego zawodu. Bradford nigdy go się nie uczył, a w ogóle był bardzo niewykształcony. Keimer zaś, choć dość uczony, był tylko składaczem, a o samym drukarstwie nie miał pojęcia. Należał do gatunku owych francuskich proroków (Sekta protestantów francuskich, hugonotów, zwanych kamizardami.) i mógł z zapałem prowadzić ich agitację. W tym czasie nie wyznawał żadnej określonej religii, ale wszystkie po trochu. Nie znał zupełnie świata i jak przekonałem się później, w swoich kompozycjach nie trzymał się żadnych zasad. Nie podobało mu się, że pracując u niego mieszkam u Bradforda, Miał on swój dom, ale bez żadnych mebli, więc nie mogłem się tam zainstalować. Umieścił mnie jednak u wspomnianego już pana Reada, który był właścicielem jego domu. Że zaś nadeszły już moje rzeczy, mogłem teraz pokazać się pannie Read wyglądając znacznie przyzwoiciej, niż kiedy ujrzała mnie po raz pierwszy zajadającego bułkę na ulicy.

Zawarłem teraz trochę znajomości wśród młodzieży miasta rozmiłowanej w czytaniu i bardzo miło spędzałem z nimi wieczory. Zarabiając zaś nieźle dzięki pracowitości i skromnym wymaganiom, żyłem przyjemnie starając się zapomnieć o Bostonie i zabiegając, by nikt się tam nie dowiedział, gdzie mieszkam, z wyjątkiem przyjaciela mego Collinsa, który we wszystko był wtajemniczony i z którym korespondowałem. W końcu jednak zdarzył się wypadek, który sprawił, że wracać musiałem znacznie wcześniej, niż leżało to w moich zamiarach. Mój szwagier, Robert Holmes, był szyprem statku kursującego między Bostonem a Delaware. Będąc w Newcastle, czterdzieści mil poniżej Filadelfii, usłyszał o mnie i napisał mi list, w którym nadmienił o niepokoju bostońskich znajomych wywołanym moim nagłym wyjazdem. Zapewnił mnie też o ich życzliwości i o tym, że wszystko ułoży się według mej woli, jeśli tylko wrócę, do czego mnie gorąco namawiał. Odpisałem mu dziękując za radę, ale podając zarazem przyczyny, dla których opuściłem Boston, aby przekonać go że nie postąpiłem tak błędnie, jak przypuszczał.

Rozdział IV Wizyta w Bostonie

Zdarzyło się, że w tym czasie, kiedy nadszedł mój list, w Newcastle był gubernator prowincji, sir William Keith, a mój szwagier znajdował się właśnie w jego towarzystwie. Pokazał list gubernatorowi i opowiedział o mnie. Gubernator zdumiał się, gdy przeczytawszy list dowiedział się o moim wieku. Powiedział, że muszę być bardzo obiecującym młodzieńcem i wobec tego należy mnie poprzeć; a że filadelijscy drukarze są bardzo marni, sir William nie wątpił o moim powodzeniu, jeśli założę własną drukarnię; co do niego, udzieli mi zamówień rządowych i wszelkiej pomocy, jaka tylko jest możliwa. O tym wszystkim szwagier powiedział mi później w Bostonie, na razie zaś nic jeszcze nie wiedziałem. Lecz oto pewnego dnia, gdy pracowałem z Keimerem w drukarni, ujrzeliśmy przez okno gubernatora i drugiego pana (którym okazał się pułkownik French z Newcastle), jak, pięknie ubrani, przeszli przez ulicę i skierowali się wprost do naszego domu.

Keimer pobiegł natychmiast do drzwi pewien, że panowie ci przyszli go odwiedzić. Ale gubernator zapytał o mnie, wszedł do drukarni i z. życzliwością i uprzejmością, do jakich wcale nie byłem nawykły, obsypał mnie komplementami. Wyraził życzenie zawarcia znajomości ze mną robiąc mi przyjazne wyrzuty, że się doń nie zgłosiłem zaraz po przybyciu do miasta. Kazał mi też pójść z sobą do gospody, do której się udawał z pułkownikiem Frenchem dla skosztowania znakomitej rzekomo, jak mówił, madery. Byłem tym zaskoczony, a Keimer patrzył oczyma konającego wieprza. W końcu udałem się jednak z gubernatorem i pułkownikiem do gospody na rogu ulicy. Trzeciej, gdzie przy maderze panowie ci nakłaniali mnie do założenia własnej drukarni. Roztaczali przy tym widoki powodzenia i zapewniali obydwaj, że dzięki ich wpływom otrzymam większość zamówień rządowych. Gdy wyraziłem wątpliwość, czy mogę liczyć na pomoc mego ojca sir William oświadczył, że da mi do ojca list, w którym wyłoży wszystkie korzyści przedsięwzięcia, i nie wątpi o pomyślnym wyniku. Stanęło więc na tym, że wrócę do Bostonu pierwszym nadarzającym się statkiem, zaopatrzony w polecający list gubernatora do mego ojca. Na razie rzecz miała pozostać w tajemnicy, pracowałem więc dalej u Keimera, a gubernator przysyłał po mnie od czasu do czasu zapraszając na obiad, co uważałem za wielki dla siebie zaszczyt, i rozmawiając ze mną w najbardziej uprzejmy, serdeczny i przyjazny sposób.

Pod koniec kwietnia 1724 roku odpływał do Bostonu niewielki statek. Pożegnałem Keimera mówiąc, że chcę odwiedzić przyjaciół. Gubernator dał mi obszerny list do ojca, w którym wypowiadał o mnie wiele pochlebnych rzeczy i wyłuszczał projekt założenia przeze mnie drukarni w Filadelfii, co jego zdaniem powinno mi przynieść fortunę. W zatoce statek wpadł na rafę i woda zaczęła wciskać się do wnętrza. Przeżyliśmy ciężkie chwile na morzu, będąc zmuszeni ciągle pompować wodę, w czym i ja brałem udział. Po dwóch tygodniach jednak zawinęliśmy cało do Bostonu. Moja nieobecność trwała siedem miesięcy i nikt z przyjaciół nic o mnie nie słyszał, bowiem szwagier Holmes jeszcze nie wrócił ani też o mnie nie pisał. Nieoczekiwane moje przybycie zaskoczyło rodzinę. Ucieszyli się jednak wszyscy i powitali serdecznie z wyjątkiem brata. Poszedłem odwiedzić go w drukarni, a byłem lepiej ubrany niż kiedykolwiek, gdy pracowałem u niego, gdyż od stóp do głów wszystko było na mnie nowe, a prócz tego miałem zegarek, w kieszeni zaś blisko pięć funtów szterlingów srebrem. Brat przyjął mnie z niezbyt szczerym wyrazem twarzy, zmierzył od stóp do głów i wrócił do swojej pracy.

Pracownicy drukarni dopytywali się, gdzie byłem, jak Filadelfia wygląda i jak mi się tam podobało. Chwaliłem ogromnie miasto i przyjemne życie, jakie tam. prowadziłem, podkreślając stanowczo zamiar powrotu. Gdy zaś któryś robotnik spytał, jakie tam kursują pieniądze, wydobyłem garść srebra i pokazałem wszystkim, co było widowiskiem rzadkim, gdyż w Bostonie kursowały pieniądze papierowe. Następnie pokazałem zegarek, a wreszcie, ku niezadowoleniu brata, zostawiłem pensów na poczęstunek i opuściłem drukarnię. Brat był niezwykle dotknięty moimi odwiedzi nami, albowiem później, gdy matka rozmawiała z nim chcąc nas pogodzić i wyraziła życzenie przywrócenia dobrych między nami stosunków, abyśmy na przyszłość żyli jak bracia — oświadczył, że obraziłem go przed jego ludźmi w taki sposób, że nigdy mi tego nie zapomni i nie wybaczy. Co do tego mylił się jednak.

Ojciec przyjął list gubernatora z widocznym zdziwieniem, ale początkowo nic mi prawie o nim nie mówił. Gdy kapitan Holmes wrócił, ojciec pokazał mu list, spytał, czy zna Keitha i co to za człowiek, a wreszcie dodał, że chyba musi być dość nierozważny, jeśli sądzi, że może założyć przedsiębiorstwo chłopak, który jeszcze trzy lata powinien być czeladnikiem. Holmes, jak mógł, wypowiadał się na rzecz projektu, ale ojciec stanowczo uznał go za niewłaściwy i w końcu kategorycznie odmówił pomocy. Napisał uprzejmy list do sir Williama dziękując mu za łaskawie ofiarowaną opiekę, 1ecz uchylając się od wszelkiego na razie dopomożenia mi w założeniu drukarni, gdyż jego zdaniem jestem za młody, aby mi powierzyć prowadzenie tak poważnego przedsiębiorstwa, którego uruchomienie musi być bardzo kosztowne.

Przyjaciel mój i towarzysz młodości, Collins, który był urzędnikiem pocztowym, zachwycony moim opowiadaniem o Filadelfii, postanowił tam się przenieść. I podczas gdy czekałem na decyzję ojca, Collins ruszył przede mną lądem do Rhode Island. Pozostawił swe książki, które tworzyły piękny zbiór z dziedziny matematyki i filozofii naturalnej. Miałem je zabrać razem ze swoimi i spotkać się z przyjacielem w Nowym Jorku, gdzie miał na mnie czekać.

Mój ojciec, chociaż przeciwny propozycjom sir Williama, cieszył się jednak, że zyskałem sobie tak po chlebną opinię u najwybitniejszej osobistości w mieście, gdzie zamieszkałem, i że w tak krótkim czasie przemyślnością i pracą doszedłem do bardzo pięknych wyników. Toteż przekonawszy się, że nie ma żadnych widoków na moje pogodzenie się bratem, pozwolił mi wrócić do Filadelfii zalecając, abym traktował tam wszystkich z należytym szacunkiem, starał się zyskać sobie powszechne uznanie i unikał pisania drwin i paszkwili, do czego jego zdaniem byłem aż nadto skłonny. Zapewnił mnie, że pracując wytrwale i żyjąc oszczędnie mogę, doszedłszy do pełnoletności, zebrać dość pieniędzy, aby założyć własne. przedsiębiorstwo i jeśli dojdzie do tego, udzieli mi wówczas wszelkiej pomocy. Było to wszystko, co otrzymałem, prócz drobnych podarków od obojga rodziców, kiedy wsiadłem na statek idący do Nowego Jorku, tym razem za rodzicielską zgodą i błogosławieństwem. Statek zawinął do Newport, w prowincji Rhode Island, gdzie odwiedziłem mego brata Johna, który był żonaty i Osiadł tam już od wielu lat. Przyjął mnie bardzo serdecznie, gdyż zaszliśmy się kochali. Jeden z jego przyjaciół, niejaki Vernon, któremu w Pensylwanii należało się około trzydziestu pięciu funtów, pragnął, abym te pieniądze dla niego odebrał i zachował, pokąd nie otrzymam wskazówek, co z nimi zrobić.

W tym celu dał mi przekaz. Później miało to sprawić mi sporo kłopotów. W Newport zabraliśmy pasażerów udających się do Nowego Jorku. Były wśród nich dwie młode kobiety oraz poważna kwakierka o dostojnym wyglądzie w towarzystwie dość licznej służby. W drodze oddałem jej kilka drobnych usług, co usposobiło ją bardzo dla mnie przychylnie. Toteż spostrzegłszy, że między mną a dwiema młodymi kobietami, z ich zachętą, rozwijają się coraz zażylsze stosunki, wzięła mnie na bok i rzekła: „Interesuję się tobą, młodzieńcze, gdyż nie masz przy sobie żadnego przyjaciela, a nie zdajesz się wiedzieć dużo o świecie i pułapkach, jakie na ciebie zastawia. Uwierz mi, nie są to dobre kobiety, wnoszę o tym z ich wszystkich poczynań. I jeśli nie będziesz pilnie się strzegł, grożą ci z ich strony niebezpieczeństwa. Obce są dla ciebie i radzę ci z całą przyjaźnią, abyś unikał bliższej z nimi znajomości.” Ponieważ ja osobiście miałem inne wrażenia co do młodych kobiet, kwakierka przytoczyła mi różne szczegóły, które uszły mojej uwadze, ona zaś spostrzegła je i przekonała mnie, że ma rację. Podziękowałem więc za dobrą radę i przyrzekłem do niej się stosować. Kiedy przybyliśmy do Nowego Jorku, młode kobiety podały mi, gdzie mieszkają, i zaprosiły w odwiedziny do siebie. Ja jednak uchyliłem się i dobrze się stało. Nazajutrz bowiem kapitan stwierdził brak srebrnej łyżki i różnych innych przedmiotów, które znikły z jego kajuty, wiedząc zaś, że młode kobiety są ulicznicami, uzyskał nakaz przeszukania ich kwatery, odnalazł skradzione rzeczy, a złodziejki zostały ukarane. Choć więc poprzednio uniknęliśmy najechania na podwodną skałę, sądziłem, że uniknięcie tego niebezpieczeństwa było dla mnie jeszcze ważniejsze.

W Nowym Jorku spotkałem Collinsa, który przybył tam na jakiś czas przede mną. Przyjaźniliśmy się jeszcze jako dzieci i wspólnie czytaliśmy te same książki. On jednak miał więcej czasu na czytanie oraz naukę, a ponadto miał nadzwyczajne zdolności do matematyki, w której ogromnie górował nade mną. W Bostonie spędzaliśmy większość wolnego czasu na wspólnych rozmowach i Collins wyrósł na przykładnego i pracowitego młodzieńca. Wielu duchownych i innych panów ceniło go bardzo za jego wiedzę i zanosiło się, że dojdzie w życiu do poważnych stanowisk. Ale w czasie mojej nieobecności popadł w nałóg pijaństwa. I dowiedziałem się z jego własnych słów i z tego, co słyszałem od innych, że od chwili przybycia do Nowego Jorku codziennie był pijany i zachowywał się bardzo nagannie. Zaczął ponadto grać w karty i przegrał całą gotówkę, tak że musiałem opłacić jego mieszkanie i przejazd do Filadelfii, a także pobyt w tym mieście, co było dla mnie wysoce kłopotliwe. Ówczesny gubernator Nowego Jorku, Burnet (syn biskupa Burneta), usłyszał od kapitana, że pewien młodzieniec, pasażer jego statku, ma z sobą dużo książek, i zapragnął mnie poznać. Złożyłem mu uszanowanie i byłbym zabrał ze sobą Collinsa, ale ten nie był trzeźwy. Gubernator przyjął mnie nader uprzejmie, pokazał swą bibliotekę, a była istotnie wielka, po czym rozmawialiśmy długo o książkach i pisarzach. Był to już drugi gubernator, który zaszczycił mnie swoją uwagą, co dla ubogiego chłopca, jak ja, stanowiło rzecz nader miłą.

Ruszyliśmy do Filadelfii. Po drodze odebrałem pieniądze Vernona, bez których trudno by nam było dokończyć podróży. Collins chciał dostać pracę w kantorze bankierskim. Ale wykryto tam jego nałóg z oddechu czy też zachowania i chociaż miał listy polecające, zajęcia nie otrzymał. Toteż mieszkał i stołował się nadal w tym samym domu co ja, a także na mój koszt. Wiedząc, że mam pieniądze Vernona, ciągle pożyczał ode mnie, wciąż przyrzekając, że dług spłaci, gdy tylko zacznie pracować. W końcu dług ten urósł do takich rozmiarów, że z niepokojem myślałem, co zrobię, jeśli Vernon zażąda zwrotu należności. Collins pił dalej, co było powodem sporów między nami, gdyż będąc choć trochę pijany stawał się bardzo kłótliwy. Pewnego razu płynęliśmy z kilku młodymi ludźmi łodzią po Delaware, a Collins nie chciał wiosłować, gdy przyszła jego kolej. „Musicie mnie odwieźć do domu” — powiedział. „Nie będziemy cię wieźli” — odparłem. „Musicie — rzekł — albo zostaniecie przez całą noc na wodzie.” Pozostali chcieli wiosłować nie zważając na niego. Ja jednak miałem dość jego zachowania i odmawiałem pracy przy wiosłach. Wtedy Collins poprzysiągł, że zmusi mnie do wiosłowania albo wyrzuci za burtę, po czym zbliżył się i uderzył mnie pięścią. Podbiłem mu wtedy rękę i wstawszy zepchnąłem go do rzeki. Wiedziałem, że jest dobrym pływakiem, więc niezbyt się o niego martwiłem. Nim jednak zdołał uchwycić się łodzi, uderzyliśmy kilka razy wiosłami i odpłynęliśmy tak, że nas nie mógł dosięgnąć. A potem, gdy znowu się zbliżał, pytaliśmy, czy będzie wiosłował, gdy zaś odmawiał, znów oddalaliśmy się, tak że nie mógł nas dosięgnąć. Był ledwo żywy ze złości, a jednak uparcie odmawiał. W końcu widząc, że traci resztki sił, wciągnęliśmy go do łodzi i zmoczonego do nitki dowieźliśmy do brzegu. Odtąd prawie nie rozmawialiśmy ze sobą, Wreszcie pewien kapitan z Indii Zachodnich, który miał sobie zlecone znalezienie nauczyciela dla synów pewnego dżentelmena na wyspie Barbados, poznawszy Collinsa zgodził się zabrać go ze sobą. Rozstaliśmy się z tym, że pierwsze zarobione pieniądze miał mi przysłać na pokrycie długu, wszelki słuch jednak o nim zaginął.

Naruszenie pieniędzy Vernona było jednym z pierwszych wielkich błędów mojego życia. A sprawa ta potwierdziła trafność sądu mojego ojca, gdy wyraził pogląd, że jestem za młody na prowadzenie poważnych spraw. Natomiast sir William, przeczytawszy list ojca, oświadczył, że przesadza on w ostrożności. Ludzie są bardzo różni, roztropność nie zawsze towarzyszy wiekowi, a młodość nie zawsze jest jej pozbawiona. „Skoro zaś ojciec nie chce ci ułatwić założenia przedsiębiorstwa — rzekł sir William — ja to uczynię. Daj mi spis rzeczy, które trzeba sprowadzić z Anglii, a poślę po nie. Spłacisz mnie, kiedy będziesz mógł. Postanowiłem sobie, że będę tu miał dobrego drukarza, a jestem pewien twojego powodzenia.” Było to powiedziane z taką serdecznością, że ani przez chwilę nie wątpiłem w szczerość słów gubernatora. Jego propozycję, abym założył drukarnię w Filadelfii, trzymałem w tajemnicy przed ludźmi i nadal ją zachowałem przy sobie. Gdyby jednak rozeszła się wieść, że liczę na gubernatora, zapewne ktoś z przyjaciół, kto znał go lepiej ode mnie, poradziłby mi nie polegać zbytnio na jego zapewnieniach. Tak zaś dopiero później dowiedziałem się, że słynął z udzielania obietnic, których nigdy nie zamierzał dotrzymać. Skąd jednak mogłem przypuszczać, że nie jest szczery przyrzekając mi różne rzeczy, skoro nie prosiłem go o nie? Sądziłem, że jest jednym z najlepszych ludzi na świecie.

Zestawiłem mu inwentarz małej drukarni, którego wartość, według moich obliczeń, wynosiła około stu funtów. Gubernator był zadowolony, ale spytał, czy nie byłoby rzeczą korzystną, gdybym sam wybrał w Anglii czcionki i inne urządzenia. „Mógłbyś przy tym — rzekł — będąc na miejscu zawrzeć znajomości i nawiązać korespondencję z księgarzami i sprzedawcami materiałów piśmiennych.” Przyznałem, że istotnie mogłaby stąd wyniknąć korzyść. „W takim razie — dodał gubernator — przygotuj się do podróży na Annis.” Był to statek kursujący co roku między Londynem i Filadelfią, a w tym czasie jedyny. „Annis” jednak odpłynąć miał dopiero za kilka miesięcy, więc pracowałem dalej u Keimera, martwiąc się o pieniądze, jakie wziął ode mnie Collins, i niepokojąc się, czy Vernon nie zażąda zwrotu swej sumy, co zresztą nastąpiło dopiero po latach. Zapomniałem, zdaje się, wspomnieć, że w czasie mej pierwszej podróży z Bostonu, gdy statek z powodu ciszy unieruchomiony był na wysokości Block Island, zabraliśmy się do łowienia sztokfiszy i zgromadziliśmy ich ogromną ilość. Dotąd przestrzegałem bacznie postanowienia, że wstrzymam się od jedzenia jakiegokolwiek mięsa, i razem z mym mistrzem Tryonem byłem i teraz zdania, że łowienie ryb jest morderstwem, tym gorszym, iż żadna nie mogła nigdy wyrządzić nam jakikolwiek krzywdy. Rozumowanie to wydawało mi się najzupełniej słuszne. Niegdyś jednak byłem wielkim amatorem ryb i z zachwytem wciągałem zapach ryby smażonej na patelni. Czas jakiś wahałem się między zasadą a upodobaniem, aż uprzytomniłem sobie, gdy którąś rybę rozcięto, że w ich żołądku nieraz widuje się mniejsze rybki. Jeśli więc one, pomyślałem, zjadają się nawzajem, to nie widzę powodu, aby i człowiek nie miał ich jeść. Z apetytem więc zabrałem się do sztokfisza i jadałem je odtąd razem z innymi, czasami tylko przechodząc na kuchnię jarską, Jak widać, wygodną jest rzeczą być stworzeniem rozumnym, skoro pozwala to wynaleźć lub odkryć rację dla wszystkiego, cokolwiek się chce zrobić.

Rozdział V Przyjaciele w Filadelfii

Żyliśmy z Keimerem na bardzo przyjaznej stopie i łatwo dochodziliśmy we wszystkim do porozumienia, gdyż nie podejrzewał nawet moich planów założenia drukarni. Keimer nadal zachował młodzieńczy zapał i ubóstwiał wszelkie dysputy. Urządzaliśmy je więc często, a ja stosowałem metodę sokratyczną i wyprowadzałem go nierzadko w pole zadając pytania pozornie bardzo odległe od dyskutowanego przedmiotu, stopniowo jednak poruszając istotę rzeczy, wprowadzając go w zakłopotanie i powodując, że przeczył sam sobie. W końcu stał się aż śmiesznie ostrożny i zanim odpowiedział na najprostsze pytanie, upewniał się przedtem, co dalej zamierzam wykazać. Nabrał jednak tak wysokiego mniemania o moich zdolnościach w dyskusji, że najzupełniej poważnie zaproponował mi wspólne wykonanie projektu, z jakim się nosił: założenie nowej sekty religijnej. On miał głosić zasady nauki, ja zaś. w dyskusji pognębiać wszystkich przeciwników. Gdy jednak przyszło do wyłożenia założeń nowej sekty, znalazłem w nich wiele rzeczy, co do których miałem zastrzeżenia, Orzekłem więc, że musiałbym wprowadzić pewne zmiany. Keimer nosił niestrzeżoną brodę, gdyż znalazł jakiś przepis w prawie mojżeszowym głoszący: „Nie będziesz przycinał końców twojej brody.” Obserwował również siódmy dzień, sobotę. Te dwa punkty były dla niego najistotniejsze. Mnie zaś obydwa się nie podobały i swoją zgodę na nie uzależniłem od przyjęcia zasady powstrzymywania się od jedzenia jakichkolwiek zwierząt, „Myślę — odparł Keimer — że moje zdrowie tego nie wytrzyma.” Zapewniłem go, że wytrzyma, a nawet, że będzie czuł się lepiej. Keimer był wielkim żarłokiem i postanowiłem sobie, że go nieco przegłodzę. Zgodził się na próbę, jeśli ja dotrzymam mu towarzystwa. Uczyniłem to i przez trzy miesiące prowadziliśmy kuchnię jarską. Przyrządzała nam i przynosiła jedzenie pewna kobieta mieszkająca w sąsiedztwie, której dałem spis czterdziestu potraw, wśród których nie było ryb, mięsa i drobiu. Było to dla mnie tym wygodniejsze, że kosztowało nas zaledwie po osiemnaście pensów tygodniowo, mogłem więc dużo oszczędzić na jedzeniu.

Później często i bardzo ściśle przestrzegałem postu, porzucając zupełnie nagle zwyczajną kuchnię bez żadnej szkody dla zdrowia, toteż sądzę, że błędną jest rada, by takie zmiany wprowadzać stopniowo. Z przyjemnością żywiłem się jarzynami, ale biedny Keimer cierpiał przeraźliwie, zniechęcił się do swoich planów, tęsknił za tęgim kawałem mięsiwa i wreszcie zamówił pieczeń wieprzową. Zaprosił na ten obiad mnie i dwie znajome panie. Ale że pieczeń zbyt wcześnie podano, nie oparł się pokusie i zjadł wszystko, nim jeszcze przyszliśmy. W tym czasie zalecałem się do panny Read, Miałem dla niej wielki szacunek i szczere uczucia, a sądziłem, że i ona odwzajemnia mi się tym samym. Ponieważ jednak oboje byliśmy bardzo młodzi, przekroczywszy zaledwie osiemnastkę, ja zaś miałem przedsięwziąć daleką podróż, matka panny uznała, że roztropniej będzie nie posuwać się na razie za daleko, gdyż jeśli mamy się pobrać, lepiej będzie uczynić to po moim powrocie, kiedy, jak można się było spodziewać, będę już urządzony. Być może także nie uważała ona moich przewidywań za tak pewne, jak mi się wydawało. Moimi głównymi znajomymi w tym czasie byli Charles Osborne, Joseph Watson i James Ralph, wszyscy gorący miłośnicy czytania. Pierwsi dwaj byli pracownikami u wybitnego pisarza hipotecznego czy notariusza miejskiego Charlesa Brogdena, trzeci był pracownikiem u kupca. Watson był to rozsądny i pobożny młodzieniec, niezwykłej uczciwości. Pozostali okazywali dość dużą swobodę w ujmowaniu zasad religii, zwłaszcza Ralph, który, podobnie jak Collins, był w pewnym sensie wysadzony przeze mnie z siodła, co również pociągnęło za sobą dla mnie wiele kłopotów. Osborne był rozsądny, szczery i uczciwy; serdeczny zwłaszcza wobec przyjaciół, ale zbyt skłonny do krytyki, gdy chodziło o sprawy pisarstwa. Ralph był pomysłowy, uprzejmy w obejściu i niezmiernie wymowny. Nie przypominam sobie, abym znał kiedykolwiek lepszego rozmówcę. Obaj byli wielkimi wielbicielami poezji i zaczęli karierę od skromnych prób w tej dziedzinie. Odbywaliśmy liczne spacery we czwórkę, zwłaszcza w niedzielę, udając się do lasu w pobliżu Schuylkilli, gdzie czytaliśmy swoje utwory i omawialiśmy rzeczy przeczytane.

Ralph skłonny był w dalszym ciągu studiować poezję i nie wątpił, że z czasem dojdzie w niej do doskonałości i tą drogą zdobędzie fortunę w świecie (1695—1762) — prawdopodobnie był słabym poetą. Twierdził przy tym, że najlepsi poeci muszą na początku popełniać tyleż błędów co on. Osborne był odmiennego zdania, zapewniał go, że brak mu wszelkich zdolności do poezji, i doradzał zajęcie się wyłącznie przedsiębiorstwem, w którym pracował. Twierdził też, że choć nie ma kapitału, może z czasem, dzięki pilności i pracowitości, stać się cennym pracownikiem i wykształcić się na tyle, by móc założyć własne przedsiębiorstwo. Co do mnie, uważałem, że choć jego poezja chwilami była niezła, jej wartość nie sięgała poza wydoskonalenie języka. Gdy chodzi o tę sprawę, postanowiliśmy, iż na następnym zebraniu każdy z nas odczyta utwór przez siebie ułożony, w celu poczynienia wzajemnych spostrzeżeń, poprawek i krytycznych uwag. Ponieważ mieliśmy na widoku wyłącznie sprawę języka, wyłączyliśmy wszelką pomysłowość własną i ustaliliśmy, że tematem dla każdego z nas będzie wersja osiemnastowiecznego psalmu opisującego zstąpienie bóstwa. Gdy zbliżał się czas naszego spotkania, Ralph zwrócił się do mnie mówiąc, że jego utwór jest już gotowy. Oświadczyłem, że będąc zbyt zajęty i nie mając natchnienia nic nie napisałem. Wówczas dał mi do oceny swój utwór, który uznałem za bardzo wybitny i wyraziłem dodatnią o nim opinię. „Otóż — rzekł Ralph — Osborne nigdy nie przyzna moim utworom żadnej wartości, ale przeciwnie, wypowie tysiąc krytyk ze zwykłej zawiści. Nie jest natomiast tak zazdrosny o ciebie. Chciałbym więc, abyś ten utwór odczytał jako swój własny. Ja zaś będę udawał, że nic nie napisałem, gdyż nie miałem czasu. Zobaczymy wówczas, co powie.” Na tym stanęło i zaraz przepisałem utwór Ralpha, aby wyglądało to na mój rękopis.

Gdyśmy się spotkali, Watson przeczytał swój poemat. Posiadał on bardzo piękne fragmenty, ale i liczne wady. Potem przeczytano utwór Osborne’a. Ten był znacznie lepszy. Ralph słusznie go ocenił, zwracając uwagę na pewne wady, ale i podkreślając zalety. Sam nie miał nic do przeczytania. Ja dłuższy czas zachowywałem się powściągliwie, tak jakbym nie chciał nie czytać, nie miał czasu na poprawienie mego rękopisu itd., lecz tłumaczenia te nie zostały przyjęte i musiałem parokrotnie odczytać utwór. Watson i Osborne poniechali rywalizacji i obydwaj obsypali mnie pochwałami. Jeden tylko Ralph wypowiedział kilka uwag krytycznych i zaproponował pewne poprawki, ja jednak obroniłem tekst. Osborne był odmiennego zdania niż Ralph, oświadczając, że ten jest równie złym krytykiem jak poetą. Na tym dyskusja urwała się. Gdy ci dwaj wracali do domu, Osborne wyraził się z jeszcze większym uznaniem o utworze, który uważał za moje dzieło. Zaznaczył, że poprzednio mówił powściągliwie, abym nie dopatrzył się w jego słowach pochlebstwa. „Czy można jednak było sobie wyobrazić — powiedział — że Franklin jest zdolny do takich rzeczy. Co za obrazy, co za siła i ogień! Jego utwór jest nawet lepszy od oryginału. W rozmowie ma się wrażenie, że trudno mu dobrać słowa, waha się i myli. A jednak, miły Boże, jak ten człowiek pisze!” Przy następnym spotkaniu Ralph odkrył nasz podstęp i wszyscy wyśmiewaliśmy się trochę z Osborne’a.

Wypadek ten utwierdził Ralpha w jego postanowieniu zostania poetą. Robiłem wszystko, aby go zniechęcić, ale pisał wiersze aż do czasu, gdy go uleczył Pope (Alexander Pope wykpił poezje Ralpha). Stał się jednak wcale dobrym prozaikiem. Później wspomnę o nim obszerniej. Ponieważ jednak nie będę miał może okazji mówienia o pozostałych, pragnę zaznaczyć, że Watson zmarł w moich objęciach w kilka lat później; wszyscy go opłakiwali, gdyż był najlepszym z nas. Osborne wyjechał do Indii Zachodnich, gdzie został wybitnym prawnikiem i zrobił duży majątek, ale umarł młodo. Zawarłem z nim bardzo poważny układ, że ten z nas, który umrze pierwszy, odwiedzi drugiego i opowie mu, co się dzieje w owym nieznanym świecie. Nigdy jednak nie dotrzymał swej obietnicy.

Rozdział VI Wizyta w Londynie

Gubernator upodobał sobie jak gdyby w moim towarzystwie, często zapraszał do siebie i jego plany co do mnie uważane były za rzecz postanowioną. Miałem zabrać ze sobą listy polecające do różnych jego przyjaciół, a prócz tego list kredytowy pozwalający mi zaopatrzyć się w pieniądze niezbędne na zakup prasy, czcionek, papieru itd. Wyznaczano mi różne terminy dla zgłoszenia się po odbiór tych listów, ale za każdym razem kazano mi przyjść później. Trwało tak aż do chwili, gdy statek, którego odjazd wielokrotnie był odraczany, miał już odpłynąć. Wtedy zgłosiłem się jeszcze raz, by pożegnać się i odebrać listy; sekretarz gubernatora dr Bard oświadczył mi, że jego szef jest w tej chwili niezmiernie zajęty pisaniem, ale przybędzie do Newcastle przed nadejściem statku, i wówczas otrzymam listy. Ralph był żonaty i miał jedno dziecko, postanowił jednak towarzyszyć mi w tej podróży. Przypuszczaliśmy, że chce nawiązać kontakty i otrzymać różne towary na skład. Później jednak przekonałem się, że wskutek nieporozumień z rodziną żony, postanowił zostawić ją z jej krewnymi i wcale nie wracać. Pożegnałem się z przyjaciółmi i po. wymianie przyrzeczeń z panną Read opuściłem Filadelfię statkiem, który zarzucił kotwicę w Newcastle. Zastałem tam gubernatora. Gdy jednak udałem się do jego mieszkania, przyjął mnie, zresztą najuprzejmiej w świecie, sekretarz, który oświadczył, że gubernator w żaden sposób nie może się ze mną zobaczyć, będąc zajęty niezmiernie ważnymi sprawami. Ale z całą pewnością przyśle mi listy na pokład, życzy mi szczęśliwej podróży, szybkiego powrotu itd. Powróciłem na statek nieco zakłopotany, ale nie żywiąc żadnych wątpliwości.

„Tym samym statkiem podróżował pan Andrew Hamilton, znakomity filadelfijski prawnik, któremu towarzyszył syn. Był także na statku pan Denham, kupiec kwakierski, oraz panowie Onion i Russel, właściciele wielkiej huty w Maryland. Wszyscy oni zajęli główną kajutę, tak że Ralph i ja musieliśmy umieści się w tyle okrętu, a ponieważ nie byliśmy nikomu znani, uważano nas za osoby pospolite. Pan Hamilton jednak i jego syn (James, późniejszy gubernator) wrócili z Newcastle do Filadelfii, ponieważ ojcu ofiarowano wielkie honorarium za wystąpienie w sprawie zajętego statku. Ponadto, tuż przed naszym odjazdem, przybył na pokład pułkownik French i okazał mi wielki szacunek, wskutek czego powszechnie zwrócono na mnie uwagę, a pasażerowie zaprosili mnie wraz z Ralphem do przeniesienia się do kabiny, gdzie teraz było miejsce. Tak też zrobiliśmy. W przekonaniu, że pułkownik French przywiózł na pokład pisma gubernatora, zwróciłem się do kapitana, prosząc, aby te listy oddano pod moją opiekę. Kapitan jednak oświadczył, że wszystkie są w jednym worku i nie może ich wyjąć. Zrobi to jednak i odda je mi, zanim wylądujemy w Anglii. Uznałem to za wyjaśnienie wystarczające i ruszyliśmy w dalszą podróż. W kajucie zebrało się miłe towarzystwo i przepędzaliśmy czas niezwykle przyjemnie mając przy tym zapasy pana Hamiltona, których była obfitość. W czasie tej podróży zawarłem przyjaźń z panem Denhamem, przyjaźń mającą trwać przez resztę naszego życia. Skądinąd podróż nie była zbyt przyjemna, gdyż pogoda na ogół nie dopisywała.

Kiedy wpłynęliśmy do Kanału, kapitan dotrzymał swej obietnicy i pozwolił mi przejrzeć worek z listami gubernatora. Stwierdziłem jednak, że nie ma tam żadnego opatrzonego moim nazwiskiem. Wybrałem sześć czy siedem, które sądząc z adresu mogły być właśnie przyrzeczonymi listami, zwłaszcza że jeden skierowany był do królewskiego drukarza Basketa, drugi zaś do pewnego handlarza materiałów piśmiennych. Przybyliśmy do Londynu 24 grudnia 1724. Zająłem się kupcem materiałów piśmiennych, jego bowiem pierwszego spotkałem, i wręczyłem mu list gubernatora Keitha. „Nie znam takiej osoby — powiedział kupiec. Gdy jednak otworzył list dodał: — Ach, to od Riddlesdena, Niestety, ostatnio przekonałem się, że jest to skończony łajdak, z którym nie chcę mieć nie do czynienia, a więc i otrzymywać od niego listów.” Po czym oddał mi pismo, odwrócił się na pięcie i zajął się jakimś klientem, Byłem zdumiony przekonawszy się, że nie są to listy gubernatora. Przypomniałem sobie różne szczegóły i porównując je z. okolicznościami zwątpiłem w jego szczerość. Odszukałem wówczas mego przyjaciela Denhama i otwarcie wszystko mu wyłożyłem. Opisał mi wtedy charakter Keitha i oświadczył, że najprawdopodobniej gubernator nie napisał w mojej sprawie żadnego listu, że nikt, kto go znał, nigdy nie polegał na nim, i jest rzeczą śmieszną spodziewać się po nim listu wierzytelnego, gdyż wiadomo, że nie ma on żadnego kredytu/ Gdy wyraziłem niepokój, co teraz mam zrobić, poradził mi, abym postarał się o pracę w swoim Zawodzie. „Wydoskonalisz się — rzekł — u tutejszych drukarzy, a po powrocie do Ameryki będziesz mógł z powodzeniem założyć przedsiębiorstwo.”

Podobnie jak kupiec materiałów piśmiennych, wiedzieliśmy obydwaj, że adwokat Riddlesden jest skończonym obwiesiem — zrujnował nieomal ojca panny Read namówiwszy go, aby się z nim związał. List jego świadczył o potajemnym planie jakiejś afery na szkodę Hamiltona (który miał podróżować z nami), a Keith był w to zamieszany. Denham, będąc jednym z przyjaciół Hamiltona, sądził, że powinien zapoznać się ze sprawą. Gdy więc przybyliśmy wkrótce potem do Anglii, wręczyłem Denhamowi list Riddlesdena, częściowo chcąc mu usłużyć, częściowo zaś wskutek żalu do Riddlesdena i Keitha. Denham serdecznie mi po- dziękował, gdyż wiadomości te miały duże dla niego znaczenie. Od tego też czasu stał się moim wielkim przyjacielem, co później niejednokrotnie przyniosło mi korzyść. Cóż jednak myśleć o gubernatorze, który płata tak nędzne sztuczki i tak niemądrze stara się imponować biednemu, nieświadomemu chłopcu? Weszło mu to po prostu w zwyczaj. Pragnął każdemu się przypodobać, a że niewiele miał do rozdania, udzielał przyrzeczeń. Skądinąd był to przemyślny i roztropny człowiek, wcale dobry pisarz i dobry gubernator, choć nie zawsze wygodny dla właścicieli ziemskich, których wskazania czasem ignorował.

Ralph i ja byliśmy nierozłączni. Wzięliśmy wspólne mieszkanie za trzy szylingi i sześć pensów tygodniowo, gdyż więcej nie mogliśmy płacić. Ralph odszukał krewnych, ci jednak byli ubodzy i nie mogli mu pomóc. Teraz dopiero zwierzył mi się ze swego zamiaru, by pozostać w Londynie i nigdy nie wrócić do Filadelfii. Nie zabrał ze sobą pieniędzy, gdyż wszystko, co tylko mógł zebrać, wydał na koszty przejazdu. Miałem piętnaście dukatów i podczas gdy rozglądaliśmy się za pracą, Ralph raz po raz pożyczał ode mnie. Chciał nawet wstąpić do teatru, sądząc, że ma kwalifikacje na aktora. Lecz Wilkes, do którego się zwrócił, odradził mu szczerze to zajęcie, gdyż było niemożliwością, aby na tym polu odniósł jakikolwiek sukces. Wówczas Ralph zaproponował jednemu z wydawców na Paternoster Row, Robertsowi, że zorganizuje dla niego tygodnik w rodzaju „Spectatora”. Postawił jednak przy tym pewne warunki, których Roberts nie przyjął. Wówczas Ralph usiłował znaleźć zatrudnienie jako kopista u wydawców i prawników, ale nic z tego nie wyszło.

Co do mnie, rozpocząłem natychmiast pracę u Palmera, słynnego wówczas drukarza na_ Bartholomew Close, i pracowałem prawie przez rok. Byłem bardzo pilny, lecz wydawałem z Ralphem znaczną część moich zarobków na przedstawienia i inne rozrywki. Wydaliśmy wspólnie wszystkie moje dukaty i obecnie żyliśmy z dnia na dzień. Ralph, jak się zdaje, zapomniał całkowicie o żonie i dziecku, a ja, stopniowo, o moich zobowiązaniach wobec panny Read, do której napisałem tylko jeden list, i to wyłącznie z uwiadomieniem, że zapewne nieprędko wrócę. Był to jeszcze jeden z wielkich błędów mojego życia, który gorąco pragnąłbym naprawić, gdyby mi było danym przeżyć życie na nowo. Z powodu bowiem naszych wydatków w żaden sposób nie mogłem opłacić powrotnej podróży. U Palmera zajęty byłem składaniem drugiego wydania Religii przyrody Wollastona. Ponieważ niektóre z jego argumentów nie wydały mi się uzasadnione, na- pisałem małą rozprawkę metafizyczną, w której poczyniłem na temat książki uwagi, Zatytułowałem tę rzecz. Rozprawa o wolności i konieczności, rozkoszy i cierpieniu. Dedykowałem ją memu przyjacielowi Ralphowi i wydrukowałem w małej ilości egzemplarzy. Rozprawka spowodowała, że pan Palmer zaczął bardziej mnie cenić, jako młodzieńca o pewnych zdolnościach, chociaż surowo potępiał mnie za głoszone w broszurze zasady, które wydały mu się ohydne. Wydrukowanie broszury było też z mojej strony błędem. W czasie wspólnego mieszkania z Ralphem zawarłem znajomość z niejakim Wilcoxem, księgarzem, którego sklep znajdował się tuż obok. Miał on ogromny zbiór książek używanych. Wypożyczalnie podówczas nie istniały, ale ułożyliśmy się na rozsądnych warunkach, których obecnie już nie pamiętam, że mogę każdą z jego książek wziąć, przeczytać i zwrócić. Uważałem to za rzecz wysoce pożyteczną dla siebie i korzystałem jak najbardziej z zawartej umowy.

Moja broszura trafiła do rąk pewnego lekarza, Lyonsa, autora książki pod tytułem Nieomylność ludzkiego sądu. Wynikiem było zawarcie z nim znajomości. Lyons bardzo sobie cenił moje zdanie, odwiedzał mnie często, by podyskutować na podobne tematy, zabierał ze sobą do pobliskiej piwiarni i przedstawił mnie doktorowi Mandeville, autorowi Bajki o pszczołach, który w piwiarni zorganizował rodzaj klubu i był jego duszą, jako niezmiernie dowcipny i miły gawęd: W kawiarni zaś Batsona Lyons przedstawił mnie doktorowi Pembertonowi, który przyrzekł mi, że przy jakiejś okazji umożliwi mi spotkanie z sir Izaakiem Newtonem, czego niezmiernie pragnąłem. Nigdy jednak do tego nie doszło. Przywiozłem ze sobą trochę ciekawostek; główną z nich była sakiewka zrobiona z azbestu, który oczyszcza się w ogniu. O sakiewce tej usłyszał sir Hans Sloane (Hans Sloane — lekarz angielski, pozostawił po sobie kolekcję okazów przyrodniczych, rękopisów, książek), odwiedził mnie, zaprosił do swego domu na Bloomsbury Square, pokazał mi własny zbiór licznych ciekawostek i skłonił do powiększenia ich liczby, sowicie płacąc za moją sakiewkę. W naszym domu mieszkała pewna młoda osoba, modystka, która, jak mi się zdaje, miała sklep pod arkadami. Była bardzo dobrze wychowana, żywa, lecz rozsądna i niezmiernie miła w rozmowie. Ralph czytał jej wieczorami sztuki, znajomość ich przeszła w zażyłość, młoda osoba zmieniła mieszkanie, a Ralph przeniósł się razem z nią. Przez jakiś czas przebywali razem, że jednak Ralph nadal nie miał pracy, a znów jej dochód nie wystarczał na utrzymanie ich razem z jej dzieckiem, Ralph postanowił opuścić Londyn z zamiarem objęcia pracy w szkole na prowincji. Sądził, iż posiada wszelkie po temu dane, gdyż miał piękny charakter pisma i wielką biegłość w arytmetyce i rachunkowości. Ponieważ jednak uważał taką pracę za nie odpowiadającą swojej godności, a pewien był pomyślnej odmiany fortuny, w obawie, że będzie mu wtedy przykro przyznawać się do tak nędznego zajęcia, zmienił nazwisko i uczynił mi zaszczyt przybrania mojego. Niebawem też otrzymałem od niego list z zawiadomieniem, że osiadł w małej wiosce (w Berkshire, jak mi się zdaje, gdzie uczył czytać i pisać dziesiątek chłopców po sześć pensów tygodniowo od głowy), z zaleceniem, abym zaopiekował się panią T., i prośbą, aby pisać do niego adresując na imię pana Franklina, nauczyciela w takiej to a takiej miejscowości.

Pisał do mnie często przysyłając obszerne urywki epickiego poematu, który wtedy układał, prosząc mnie o uwagi i poprawki. Od czasu do czasu poprawki takie robiłem, ale na ogół biorąc usiłowałem nakłonić go do zaniechania w ogóle dalszego ciągu poematu. Właśnie wtedy ukazała się jedna z satyr Younga. Przepisałem znaczną jej część, tę mianowicie, która w ostrym świetle ukazywała szaleństwo służenia muzom bez żadnej nadziei poparcia z ich strony. Posłałem do Ralpha, ale bez skutku, każda poczta przynosiła nowe ustępy poematu. W tym samym czasie pani T., która z powodu Ralpha utraciła przyjaciół i przedsiębiorstwo i często była w trudnych warunkach, zwykła przysyłać po mnie i pożyczała ode mnie wszelki zbywający mi grosz. Upodobałem sobie w jej towarzystwie i przypuszczając, że moja osoba i dla niej stała się miłą, pozwoliłem sobie na poufałości (jeszcze jeden błąd), które odrzuciła jednak z oburzeniem donosząc Ralphowi o moim zachowaniu. Popsuło to w zupełności nasze stosunki. A kiedy Ralph powrócił do Londynu, zawiadomił mnie, że jego zdaniem przekreśliłem wszelkie zobowiązania, jakie miał w stosunku do mnie. Okazało się zatem, że nie mogę spodziewać się odzyskania kiedykolwiek pieniędzy pożyczonych mu lub wyłożonych w jego imieniu. W owym czasie nie miało to zresztą większego znaczenia, gdyż Ralph był całkowicie niewypłacalny, a utrata jego przyjaźni uwolniła mnie od dość przykrego ciężaru, Zacząłem teraz starania o zdobycie małego zasobu dodatkowej gotówki i spodziewając się korzystniejszej pracy opuściłem Palmera, aby objąć pracę u Wattsa, który miał znacznie większą drukarnię w dzielnicy sądów, w pobliżu Lincoln’s Inn Fields. Pozostałem tu przez całą resztę mego pobytu w Londynie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.5