E-book
13.65
drukowana A5
35.06
ASYMETRIA

Bezpłatny fragment - ASYMETRIA

Objętość:
142 str.
ISBN:
978-83-8221-926-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.06

Wyjaśnienie

Wiem, jakim jestem marudą. Mówią mi to prawie wszyscy i jest mi ciężko dźwigać ciężar tej prawdy, ale dźwigam go dzielnie. (Chociaż w tym jednym nie marudzę). Kiedy jest mi już bardzo źle, pocieszam się, wspominając mit o Syzyfie. Ten to dopiero miał krzyż pański. W sumie moje malkontenctwo jest stonowane, a moi bliscy przyzwyczaili się do niego i znoszą je nawet bez większej szkody dla swojego zdrowia psychicznego.

Kiedy zabierałem się za pisanie powieści, byłem pełen zapału, który wypalił się na popiół po dziesięciu stronach. I teraz siedzę w tym popiele, nucąc pod nosem inwokacje szamanów z Kamczatki i posypuję od czasu do czasu mój durny łeb tym popiołem, który kiedyś był zapałem, słomianym zresztą, co widać na załączonym obrazku. I kiedy wszystko wydawało mi się beznadziejne, a ja zamknąłem się w moim pudełku nicości, nagle przeżyłem iluminację, zostałem wręcz oślepiony jej intensywnością.

Nie będę kontynuował wątku o Karlu Gutmannie i Marcie Sznajderman, wrócę do Chilloutu, mojej zakurzonej powieści o socjalistycznej enklawie pozostawionej na peryferiach peryferii III i IV Rzeczpospolitej. Miasteczko to było chyba oczkiem w głowie samego Pana Boga. Dlaczego? No właśnie. Co tu dużo gadać, wkrótce sami poznacie odpowiedź.

Miasteczko Hammermühle czy — jak mówili Polacy — Młotkomłyn nie było ani z tego, ani z tamtego, ani z żadnego innego świata.

Od niepamiętnych czasów istniało sobie niezależnie i równolegle, z dala od głównych szlaków handlowych, schowane w dolince pośród wzgórz morenowych, chronione tysiącami hektarów mieszanych lasów i uczuć. Mieszkający tam Niemcy dopiero w 1947 roku spotkali się oko w oko z repatriantami — ku obopólnemu, aczkolwiek krótkotrwałemu, zdziwieniu. Osadnicy ze wschodu, jak i z centralnej Polski, oprócz swoich regionalnych zwyczajów przywieźli ze sobą komunizm, na co rodacy Karola Marksa przystali ochoczo, wprowadzając do tej ideologii swoisty porządek.

Die Ordnung muß sein!

I „porządek” był.

W całej Polsce nie uświadczyłeś takiego ideowego porządku jak w Młotkomłynie.

Mijały lata, zamieniono, co prawda, niektóre nazwy ulic, jak na przykład Hitlerstraße na ulicę Lenina, ale poza tym nic godnego odnotowania nie zauważono.

W 1956 roku zawarto najwięcej mieszanych małżeństw, Polacy brali sobie zdyscyplinowane Niemki za żony, a Niemcy ponętne Polki. Dzieci z tych związków uczyły się dwóch języków jednocześnie, a w roku 1976 w Młotkomłynie powstała swoista, niespotykana nigdzie indziej gwara, coś pośredniego pomiędzy kaszubskim, łemkowskim i śląskim. W urzędach i szkołach oczywiście obowiązywał język polski, co do którego niejeden polonista miałby zastrzeżenia, ale ulica mówiła swoim, śpiewno-gardłowym specyficznym dialektem.

W roku 1981 nie zorganizowano strajku w żadnym z trzech zakładów ani nigdzie indziej. Zresztą młotkomłynian nie interesowała polityka, zdawali sobie sprawę ze swojej niepowtarzalności i bronili swojej tradycji niczym amisze z Pensylwanii.

W roku 2004 wszystkie zakłady były nadal własnością gminy, a więc państwowe. Tytularne stanowisko burmistrza piastował już od ponad dwudziestu lat ostatni w kraju nad Wisłą Naczelnik Miasta i Gminy towarzysz Tadeusz Mazur, którego wszyscy mieszkańcy darzyli niesamowitym szacunkiem, a na dodatek stanęli za nim murem, kiedy jacyś polityczni celebryci z województwa próbowali wprowadzić obowiązujące w unijnej już Polsce nowe, reżimowe ustawy.

Pierwszego maja 2005 roku wylądowali Marsjanie mówiący w dialekcie mieszkańców Hammermühle i stanęli na straży tej archaicznej i jedynej w kosmosie osady. Nie wiem, na czym polegały ich kosmiczne zabiegi, ale Młotkomłyn od tej pory znalazł się jakby poza czasem i przestrzenią.

Z miasta nie można było wyjechać, czego nikt i tak nie chciał robić, ani wjechać (a chciało już tego coraz więcej osób skuszonych dziwnymi wieściami o tajemniczym mieście) bez zgody Strażaków, czyli stojących na straży facetów z Marsa.

Młotkomłyn dla rządu Tonalda Duska stał się solą w oku. Wielokrotnie wysyłanych rządowych negocjatorów odnajdowano w środku Puszczy Knyszyńskiej z objawami amnezji i schizofrenii. Ostatnim, desperackim aktem gabinetu Duska było wysłanie elitarnej jednostki Grot wraz z grupą towarzyszących im doradców z amerykańskiej Gwardii Narodowej w celu, co tu ukrywać, pacyfikacji Młotkomłyna. Ale po odnalezieniu zdezorientowanych komandosów na prywatnej posesji prezydenta Białorusi postanowiono raz na zawsze wymazać wszelki ślad o Hammermühle, a nazwę Młotkomłyn usunąć z map.

Stąd wszelkie wertowanie map przez szanownych czytelników będzie bezowocne.

No i stało się, stare mapy nabrały czarnorynkowej wartości, a po jakimś czasie niczym grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nielegalne firmy oferujące przerzut mających w dupie UE, wszelkiej maści dysydentów, kontestatorów i anarchistów do Hammermühle.

A w Hammermühle życie płynęło szczęśliwie i leniwie niczym w szwajcarskiej wiosce w odróżnieniu do tego, co działo się poza enklawą strzeżoną przez marsjańskich strażaków. A tam, nad Wisłą, aferom, korupcji, strajkom, protestom, migracjom i emigracjom nie było końca. Lecz nasze słonko świeciło sobie radośnie nad głowami mieszkańców Młotkomłyna i ani myślało świecić nad Polską.

Chyba że.

No właśnie, chyba że…

Aby rzecz jakoś wyjaśnić, muszę odwołać się do powieści Performance i jej głównego bohatera Makarego Hanuszkiewicza. Powieść ta kończy się wejściem Makarego w surrealistyczny świat obrazów Paula Delvaux, a konkretnie dzieła zatytułowanego Wiosna. Właśnie tam Makary odkrył swoje prawdziwe powołanie, zrozumiał, że nie jest tylko pisarzem, ale również stalkerem. Stalkerstwo to powołanie, stalkerem człowiek się rodzi, stalkerstwa nie można się nauczyć. Wielu już próbowało i teraz nie ma ich pośród żywych!

Bywa, że stajemy się niewolnikami naszych pragnień, naszych marzeń, niewolnikami wyidealizowanej rzeczywistości, która kusi nas swoją niedostępnością. A my, kładąc własne życie na szalę, desperacko próbujemy pokonać ten mityczny mur, który nas od niej oddziela. Niewielu ludziom udaje się ta sztuka, nawet takim jak Siddhartha Gautama czy Mahatma Gandhi. Lecz to, że udała się Makaremu Hanuszkiewiczowi, obala wszystkie socjologiczne, psychologiczne i teologiczne teorie.

Makary pokonał mur, pokonał nie tylko Ciemność, ale przede wszystkim Anioła z wirującym mieczem. Dopiero po czasie zrozumiał, że Anioł stał po jego stronie. Zrozumiał też, że Wiosna nie była wiosną, że była zaledwie głosem syren wabiących takich szaleńców i nieszczęśników jak Makary. I ten skończyłby jak większość jemu podobnych naiwnych megalomanów, gdyby nie fakt, że był stalkerem, ale odkrył to dopiero wtedy, kiedy przyszła na to właściwa pora.

Komisarz

Komisarz utrzymywał w pionie swoją wielką głowę za pomocą specjalnego rusztowania, udrapowanego na wzór rokokowych kołnierzy zblazowanych markizów. Był to człowiek niskiego wzrostu, mógł mieć co najwyżej sto sześćdziesiąt centymetrów. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jego monstrualna głowa, pełna zwalczających się idei. Zajmowała się ona przede wszystkim sobą, nie dbając prawie wcale o to, co było poniżej jej samej, wprowadzając resztę ciała w stan zagrożenia anoreksją.

Urzędnicy Komitetu dowcipkowali w kuluarach na temat Komisarza, mówiąc:

— Ten to ma łeb! — Uśmiechali się przy tym niewinnie, nie chcąc popaść w stan niełaski. To przecież był tylko taki niewinny żarcik, podkreślający w sumie ich oddanie Komisarzowi i sprawie. Żart ten był też dowodem na to, że serwilizm był pojęciem zupełnie im obcym. Lojalność — tak, serwilizm — nie.

Do Komisarza wszyscy zwracali się per towarzyszu Adamie.

Właściwie nikt tu nie wiedział za dużo o innych. Tylko tyle, ile trzeba. Zwracano się do siebie za pomocą partyjnych pseudonimów. Z tym że do samego Komisarza zwracano się z należytym szacunkiem i to w pozycji zasadniczej. Rzecz jasna, żeby wszystko było jasne.

Z wiadomych powodów nie zwracano się do towarzysza Adama „jaśnie panie”. I słusznie. Termin „towarzysz” był pojęciem swojskim i już językowo oswojonym, chociaż dla Towarzystwa Świątynnego, które swoją siedzibę miało na samym początku ulicy, było pojęciem już z urzędu pejoratywnym. Ale o tym innym razem.

Wybór pseudonimów partyjnych był nie lada sztuką. Niektórzy twierdzili, że większą niż z imieniem nadawanym przy bierzmowaniu. W Komitecie więc było wielu Karolów, Fryderyków, Józefów, Włodzimierzów, Władysławów. Był Edward, Wojciech i nawet jeden Stefan.

Pseudonim, który obierał sobie Komisarz, był zastrzeżony tylko dla niego i aż do śmierci, czyli na zawsze.

Imię, które wybrał sobie nasz Komisarz, było dla Mędrców Wschodu rzeczywiście dyplomatycznym majstersztykiem. Wiadomo — ADAM! Postać biblijna. Pierwszy człowiek stworzony przez Boga. Komisarz zrobił tym prostym, twierdzili Mędrcy, ale jakże sprytnym zabiegiem, pozorny ukłon w stronę Towarzystwa Świątynnego, które błędnie zinterpretowało ten wybór jako zapowiedź odwilży w ich wzajemnych relacjach.

Pretendujący do stanowiska Komisarza vice Komisarz Piotr Ikonowicz mimo swoich niechęci do imienia Adam musiał siedzieć cicho. Bo wiadomo, kim był Apostoł Piotr i czym jest ikona! Nie był więc na tyle głupi, aby otwierać dziób i atakować Komisarza za jego quasi religijny pseudonim. I mimo że Komisarz był przygotowany na atak ze strony Ikonowicza, ten atak nie nastąpił. Vice Komisarz był świadomy ciężaru argumentu, jakim było odwołanie się do osoby Adama Schaffa. Był to klasyczny pat, który gwarantował — przynajmniej na jakiś czas — organizacyjne status quo.

Ale właśnie dwuskrzydłe, wysokie na trzy metry drzwi prowadzące do gabinetu otworzyły się, a w ich progu pojawił się Piotr Ikonowicz.

Rozejrzał się nieufnie, jak to miał w zwyczaju. Udał, że nie widzi, jak Komisarz wskakuje po podnóżku na staroświecki skórzany fotel i siada na desce leżącej na jego oparciach (wszystko po to, aby jego wielka głowa mogła być widoczna dla petenta, a on sam mógł uchodzić za potężnego mężczyznę). Nikt przecież nie widział, jak majda nóżkami tuż nad podnóżkiem. A majdał!

— Dobrze, że jesteście, towarzyszu — przywitał Piotra urzędowo.

Piotr wpatrzony w wielki obraz wiszący nad głową Komisarza świadomie zignorował partyjniacki bon ton, przez chwilę zastanawiając się, jaki karzeł ten portret malował. Gdyż niewątpliwie obraz ten malowany był z pozycji karła. Przedstawiał on starszego mężczyznę z rozwianą gęstą czupryną siwych włosów, odzianego w fartuch kowala.

Wielka niczym bochen wiejskiego, razowego chleba dłoń ściskała młot. Poniżej na wrytym od uderzeń młota w ziemię kowadle leżała rozgrzana do czerwoności podkowa. Na podkowie siedziała mucha, a właściwie dwie muchy. Muchy?

— Adaś, kurwa, mówiłem ci, że trzeba dać ten obraz do konserwacji, jeszcze trochę, a muchy całkiem go zasrają!

— Tak, tak, sprawa jest w toku — zapewnił nieco speszony Komisarz.

Tymczasem Ikonowicz spokojnym krokiem, przemierzył te kilka metrów po mocno już wydeptanym czerwonym chodniku i usiadłszy na brzegu biurka, wziął bez pytania garść fistaszków, którymi lubił się obżerać Komisarz.

— No, i jak? — przerwał zniecierpliwiony milczeniem Piotra Komisarz.

— Jakby trochę stęchłe.

— Pytam o tych nowych.

— A, spokojnie.

Komisarz, nie kryjąc swojego zdenerwowania, schował puszkę z fistaszkami do szuflady biurka. Ikonowicz chciał zaprotestować, ale protest szybko zamienił w uśmiech, kiedy zobaczył na dnie szuflady miesięcznik dla niegrzecznych mężczyzn.

— Oj, Adasiu. — Pogroził mu palcem. — To niezgodne z prawem.

— Ty mnie tu prawa uczyć nie będziesz i zabieraj swoją dupę z mojego biurka. Siadaj na krześle jak człowiek. Jak wszyscy.

— Dobrze już, dobrze. — Ikonowicz siadł na starym drewnianym krześle. — Coś taki urzędowy dzisiaj?

— Uszanujmy miejsce, towarzyszu, na „ty” to możemy być po robocie.

Ikonowicz z niedowierzaniem kiwał głową. Co go dzisiaj ugryzło? Myślał. Chciał nawet zerwać się krzesła i nawtykać Komisarzowi od ćwoków, ale w porę zapanował nad emocjami. Kiedyś przecież on, Piotr Ikonowicz, będzie Komisarzem, więc sam musi dać przykład szacunku do tego urzędu.

— Najmocniej przepraszam, towarzyszu komisarzu — uderzył w pokorną nutę. — A co do nowoprzybyłych to jestem przekonany, że nie będziemy mieć z nimi żadnych kłopotów.

— Dlaczego tak sądzicie? — Komisarz wyciągnął puszkę z fistaszkami i podsunął w stronę Ikonowicza. — Proszę, częstujcie się.

— Dziękuję… Dlaczego tak sądzę? To proste, Makary jest spolegliwym poetą, a Helena psychiatrą, Komitet zaangażuje ich do pracy zgodnie z naturalnymi predyspozycjami obydwojga.

— To znaczy?

— Ja widzę Makarego w departamencie propagandy, a Helenę w indoktrynacji.

— Ale wtedy ich rozdzielimy, a to nie po myśli Hanuszkiewicza. A musimy pamiętać, Piotrze, że Hanuszkiewicz jest po naszej stronie.

— Tak. Tak! Makary był po naszej stronie zawsze, nawet wtedy, kiedy był po ich stronie — zauważył z lekkim przekąsem.

— Piotrze! Ty też się na to dałeś nabrać! To tylko świadczy o możliwościach naszych inwigilatorów.

— Oby tak było, jak twierdzicie.

— Cholera jasna, Piotrze! Czy ty wszędzie musisz widzieć spiskowców? Jeszcze trochę, a mnie uznasz za kontrrewolucjonistę. Gwarantuję swoją głową za lojalność Hanuszkiewicza.

— W takim razie jestem kontent. — Ikonowicz uśmiechnął się kwaśno.

— Sugeruję, żeby ich nie rozdzielać. Niech sobie pracują razem w… powiedzmy, komórce kulturalnej departamentu propagandy. Co ty na to?

— Myślisz, że Makary będzie chciał pisać rymowanki na Pierwszego Maja czy Dwudziestego Drugiego Lipca? — Ikonowicz zaczął kręcić się na niewygodnym krześle.

— Proszę, wiesz, że nie lubię twoich kolokwialnych twierdzeń.

— To nie są kolokwialne twierdzenia! Wiosna to jedyne miejsce w czasoprzestrzeni na te świąteczne uroczystości — oburzył się Ikonowicz.

— Znam twoje poglądy, Piotrze, ale dziś — westchnął ciężko, zerkając ukradkiem na minę Ikonowicza — kiedy urosło nam pod nosem Towarzystwo Świątynne, musimy być bardziej dyplomatyczni…

— No tak! Bóg, honor, socjalizm! Wiesz, kto to wymyślił? Wiesz? Albo geniusz, albo polityczny szarlatan! I to ty wyhodowałeś tę żmiję na swoim łonie.

— Zarzucasz mi niekompetencję? — To było sprytne odrzucenie zarzutu.

— Tego nie powiedziałem — tłumaczył się Piotr. — Ale to mnie zarzucano radykalną postawę.

— Piotrze, Piotrusiu. — Komisarz stanął na desce. — Czyż Wiosna nie jest centrum demokracji? Demokracji, Piotrze, demokracji. — Uśmiechnął się i zniżył głos do szeptu. — To jest TOWARZYSTWO Świątynne. Ha… Taka opozycja na niby. Ja kontroluję to wszystko, Piotrusiu, czasem muszę pokazać swoją pozorną słabość, aby tacy jak ty, za przeproszeniem twardogłowi, nie rozpierdolili w drobny mak naszej ukochanej Wiosny. Jeszcze nie skończyłem! Albo ci tam, Mędrcy ze Wschodu… Jakże się puszą w swych naukowych wywodach. Komisarz Adam robi ukłon w stronę Towarzystwa Świątynnego. I oto chodzi, Piotrze!

— Niby o co?

— O to chodzi, żeby nikt nie wiedział, o co chodzi. Nawet Mędrcy. No! — Usiadł, majdając z zadowolenia nóżkami. — Możesz odejść, i weź sobie te fistaszki, jak chcesz.

— Nie chcę — rzekł nieco urażony i żeby się odgryźć, zapytał: — A co z twoim Kowalem, jeszcze trochę i muchy go zasrają na amen.

— Spokojnie, damy go do renowacji. Masz może jakiś pomysł, co by powiesić na ten czas nad moją głową?

— Pewnie, że mam. — Przypomniał sobie plakat znad łóżka Heleny i Makarego.

— Co?

— Plakat z filmu Alicja w Krainie Czarów.

— Złośliwcze. — Komisarz zmarszczył czoło. — A wiesz, że to całkiem dobry pomysł. Czyż Wiosna nie jest krainą czarów?

— No tak, jeszcze trochę, a upstrzysz ten gabinet nenufarami i kaczeńcami! — żachnął się Ikonowicz. — Dobra, już dobra. Tylko mi nie mów, że mój socjalizm jest ponury i szarobury.

— O! Właśnie. — Komisarz otworzył szufladę i wyciągnął małe etui. — Wepnij sobie do klapy.

— A co to? — Ikonowicz wyciągnął z pudełeczka metalowy znaczek w kształcie poziomki.

— Pierestrojka, towarzyszu Piotrze. Wiosenne czary-mary.

— Będę wyglądał jak idiota z tą poziomką!

— A teraz to niby jak wyglądasz?

— Wyglądam jak Piotr Ikonowicz i dobrze mi z tym wyglądem! — Wstał z krzesła, trzymając poziomkę w palcach.

— Poziomka wzbudza zaufanie — poinformował chłodno Komisarz. — Zresztą to partyjny wymóg!

— Pierestrojka, poziomka, popierdoliło was do reszty! — Mówiąc to, wpiął sobie poziomkę w klapę marynarki. — Zobaczysz, Adaś, czym to się dla nas skończy.

Niesiorowski

To był jeden z tych niewielu facetów, którzy nie zwracali uwagi na te piękne panny chodzące nago po ulicach Wiosny. Przechodząc obok tych wszystkich kozetek, kanap i szezlongów, Jurek myślał tylko o jednym: Makary! Tak, nie może dopuścić do tego, aby Makarego przejął Komitet z tym kurduplem Adamem na czele! Niech tam sobie przejmują Helenę, jeśli chcą, ale nie Makarego! Nigdy! Never!

No tak… Łatwo powiedzieć, ale gorzej wykonać. Jak skłonić Makarego, aby przystąpił do Towarzystwa Świątynnego? To byłby przecież taki dobry zastrzyk świeżej krwi i zatkałby wreszcie gęby tym pulchnym Mnichom Znikąd! Tym darmozjadom, którzy oskarżają Towarzystwo o kolaborację z Komitetem! „Znaleźli się sukcesorzy! Depozytariusze prawdy jedynej! Banda kretynów w sukienkach! Baby po ulicy nago latają, a ci w sukienkach! Kolaboracja. Być może Komitet w swojej pysze tak myśli. Lecz gra pozorów toczy się w obie strony, panowie”.

— A, niech sobie tam myślą, że jemy im z ręki. Właściwie mają tak myśleć, tak jest bezpieczniej dla idei Świątyni. Tylko jeszcze ten szuja Ikonowicz. Ten węszący pies gończy, który nie ufa nawet własnemu cieniowi. Dla niego pozyskanie nowego do Komitetu to o krok bliżej do Gabinetu, a do tego dopuścić nie wolno, nie wolno. — Niesiorowski uderzył pięścią w otwartą dłoń. I dopiero teraz zreflektował się, że mówi do siebie. Spojrzał w zasnute ołowianymi chmurami niebo. Klucz dzikich aniołów szybował na południowy wschód, jeden z nich kogoś mu przypominał.

Był to już stary anioł, leciał na końcu i widać było, że już mu nie zależy. Ale mimo wszystko bił mocno powietrze swoimi wyleniałymi skrzydłami, aby zachować szyk. Niesiorowski pochwalił go w duchu za ten wysiłek. To był dobry anioł, ze starej szkoły, dla których priorytetem był klucz, społeczność, idea porządku. Tak. Czasy się zmieniają!

— Przepraszam, jak mogę dojść do Komitetu? — Niesiorowski drgnął, zaniepokojony nagłym pytaniem. Przed nim stał Makary z Heleną. Ta ostatnia, widząc błędne oczy Niesiorowskiego, powtórzyła:

— Przepraszam, jak możemy dojść do Komitetu?

— To na ulicy Mariana Buczka… — Jurek nie wierzył, że ta nazwa może przejść mu przez gardło. Ale przeszła, przelazła, zostawiając niesmak na migdałkach i podniebieniu.

— Wiemy, przy jakiej to ulicy, nie wiemy, jak dojść do tej ulicy. — Helena ubiegła otwierającego już usta Makarego.

— Dojść?

— Tak. Dojść. Czy coś nie tak? — Makary wreszcie doszedł do głosu.

— Chcecie dojść do Komitetu?

— Tak. Do Komitetu.

Jerzy Niesiorowski, przeor Towarzystwa Świątynnego, nabrał powietrza w płuca. Poczuł jak wzbiera w nim święty gniew na tych dwojga. Ale, ale! Przecież oni nie są niczemu winni. To Ikonowicz! Ten diabeł wcielony.

— To! To diabeł wcielony! — wykrztusił z siebie, parskając kropelkami śliny w twarz Makarego. — Przepraszam. Bardzo przepraszam. Czy mógłbym państwu zabrać minutkę?

Helena spojrzała na Makarego, ten wzruszył ramionami, wycierając rękawem twarz. Był zły na tego zakonnika, i gdyby ten był Niemcem, zapewne walnąłby go w gębę.

— Załóż sobie najpierw błotniki! — syknął tylko.

— Jeszcze raz najmocniej przepraszam, to ze zdenerwowania. — Ściszył głos. — Jesteście tu nowi, więc o wielu rzeczach jeszcze nie wiecie. Chodźcie ze mną, porozmawiajmy, a potem sami zdecydujecie. No.

— Co ty na to, Heleno?

— Mam znakomite wino. Bardzo dobry rocznik — kusił przeor.

— A jaki rocznik? — Makaremu zaświeciły się oczy.

— Bardzo dobry. — Przeor rozejrzał się dookoła. — Chodźmy.

Poszli.

Uliczki wiły się niczym spłoszone węże, z szerokich alej przechodząc w ocienione pasaże i trotuary. To był istny labirynt przejść i przesmyków, gdzie nić Ariadny zamieniała się w gordyjski węzeł. Szli więc za przeorem, nic sobie z tego nie robiąc. Skazani byli na błądzenie, na ciągle uciekający punkt odniesienia.

Miasto kobiet

Być może za dużo wypili. Nie wiedział. Nie był tego, jak i wszystkiego innego, do końca pewien. Przez opary myśli pamiętał jeszcze saunę. Ilu ich tam było? Pięciu? Czy pięćdziesięciu? Makary nie był smakoszem wina, ale to, które leżakowało w piwnicach Towarzystwa Świątynnego, było przedniego gatunku. Niesiorowski nie zalewał, mówiąc o dobrym roczniku. Ten rocznik, czy raczej te roczniki, które degustowali, były tego niezachwianym dowodem, czego nie można było powiedzieć o ich kroku. No, a potem ta sauna. Jak tam doszli, nie pamiętał. W każdym razie rozebrali się bez krępacji przy wtórze śmiechów i poklepywania się po gołych tyłkach. Luz, blues! Oki, foki! Przekażcie sobie znak pokoju.

— Makaruś, a więc tak, jak mówiłem! Strzeż się tych Judaszy z Komitetu! — Niesiorowski przez chwilę dziwił się, dlaczego Makary ma cztery falujące twarze.

— Taaak — przeciągnął głoskę „a”, co świadczyło o wpływie alkoholu na mowę.

— A szczególnie tego lucyfera Ikonowicza. Twoje miejsce jest tu, tu, Makaruś! Tu! — Przeor podkreślił swoje słowa położeniem swojej dłoni tuż powyżej kolana Makarego.

— Tu — przytaknął Makary, strząsając dłoń duchownego. Od pewnego czasu zaczął nabierać podejrzeń co do orientacji seksualnej przeora, i chociaż był przeciwnikiem nagonki na kler w tej kwestii, na wszelki wypadek wzmógł czujność. Makary był miłośnikiem kobiet. Szczególnych, enigmatycznych, takich jak Helena. Kobieta dla Makarego była o niebo czymś atrakcyjniejszym niż pojemnikiem na spermę, jak chciał Iredyński. Tak naprawdę to mógł nawet obyć się bez seksu w zamian za to niezdefiniowane coś w kobiecie. I to coś niewątpliwie miała Helena. Co prawda kochali się namiętnie, ale seks był tylko kropką nad „i”, i jako taki był bez znaczenia sam w sobie. No właśnie, ale gdzie jest Helena? Rozejrzał się wokół, ale nigdzie jej nie zauważył. Uświadomił sobie, że jest naga, że absolutnie nic prócz kłębów pary nie zakrywa jej wdzięków. A może… Przeraził się tej myśli. A może któryś z tych wyposzczonych, obleśnych mnichów…?! Wyobraził sobie ich świńskie ryje otoczone aureolką pomiędzy udami wołającej o pomoc Heleny. A on nie potrafił jej pomóc! Poruszał się jak mucha w smole. Uf! Było tak gorąco, sennie. Ale, dziękować Bogu, jest! Wyłaniała się niczym Afrodyta, wyciąga do niego ręce.

— Pójdź ze mną.

Makary po raz drugi strząsnął dłoń przeora ze swego uda. Wstał, sunął za nią zadowolony, że wreszcie uwolnił się od Niesiorowskiego, a właściwie od jego łapy dryfującej w stronę jego krocza. Co to, kurwa, za facet! „Ale gdzie jest Helena? Aha. Jest!”. Makary odchodził od zmysłów. Helena była jakaś taka inna, demoniczna.

— Makary! — usłyszał głos zza pleców, to był głos Heleny! Jak to? Odwrócił głowę, tak, to Helena. Jego Helena. Uśmiechnął się do niej.

— Makary! — To głos Heleny z prawej.

— Makary! — A teraz jej głos z lewej.

O Boże! Dobry Boże! Ile tu Helen. Zapraszały go do tanecznego kręgu, kusiły nagimi piersiami, tajemniczym trójkątem Wenus. Ale co to, do cholery? Ich taneczny korowód znalazł się na łące. Heleny chichotały roztańczone, ocierały się o niego, jedna piękniejsza od drugiej, ale która była ta jego? Ta? Nie! A może ta? Nie wiedział! Jak rozróżnić kopię od oryginału? I skąd ten chichot? Już wiedział! Już wszystko jasne. One były ubrane, a on…! A on był jedynie w przykrótkiej podkoszulce, obnażającej jego męskość, jego kompleksy. Dlatego chichotały coraz głośniej, szturchając się wzajemnie, bawiły się jego zażenowaniem. A on, skurczony, naciągnął swoją podkoszulkę na genitalia. O Boże, za co takie upokorzenie. Do jego uszu dobiegł gwizd lokomotywy. Ziemia drżała pod stopami. Podróżni w kominiarskich cylindrach i nocnikowatych kapeluszach dźwigali swoje staroświeckie kufry. Dwanaście dorożek podjeżdżało pod dworzec, aby wypluć rozgestykulowanych podróżnych, jednocześnie zapakować przyjezdnych, a wszyscy patrzyli na Makarego, pokazywali go palcami, śmiali się z jego starań, z przykrótkiej podkoszulki. Makary chciał w tym momencie umrzeć! Bardzo! Ale wiedział, że nigdy dość się nie umiera i nigdy tak, jak tego pragnie ów, co kona!

— Heleno! — zawołał w przestrzeń, pragnąc rozpłynąć się w strukturze ściany dworca. Jest. Pojawiła się, usłyszała jego głos.

— Heleno, Heleno, daj mi swój płaszcz. Zakryj mnie. Uchroń. Heleno. Ulecz moją obolałą duszę, jesteś przecież lekarzem!

— Makary. — Przytuliła się do niego. Chwyciła za jego dłoń i położyła ją na swoim łonie.

— Heleno! — Makary wyrwał dłoń dotykającą jego męskości.

— Uspokój się, mój kochany, to ja. Ja. — Z jej ust wydobył się głos przeora.

— Nie, to nie ty! — „Nie ufaj swoim zmysłom, Makary”. Uśmiechnął się mimo smutku na twarzy. „Zaufaj swojemu sercu”.

Sięgnęła jeszcze raz po jego drżącą dłoń i ponownie położyła w to samo miejsce.

— To ty! — Cieszył się jak dziecko. — Teraz to ty, czuję to!

— Oto kim dla ciebie jestem, Makary! — Odrzuciła jego rękę i zniknęła w tłumie.

Makary niczego nie rozumiał i nawet się nie starał pojąć. Najważniejsze, że nie był nagi, a właściwie obnażony, bo co innego być nagim na plaży naturystów, a co innego, kiedy onanizujesz się w dworcowej toalecie. Tak, to co innego. Teraz miał płaszcz. Piękny, flauszowy płaszcz, z czerwonymi obszyciami na brzegach. To płaszcz sprawiedliwości i usprawiedliwienia zarazem. A więc wracało mu dobre samopoczucie i względna pewność siebie. Znał ten płaszcz. Widział go już na kimś. Na kim? To magiczny płaszcz. Tak, zakrywał wszystkie grzechy, wszelkie kompleksy. Makary wygładził fałdki płaszcza. Ludzie już nie wytykali go palcami, nie kpili z niego. Właściwie wcale go nie zauważali. Za sprawą płaszcza wtopił się w tłum, spowszedniał, stał się kroplą w oceanie, zaledwie świadomą siebie częścią olbrzymiej całości. Każda kropla była świadoma siebie i nic poza tym… Nic… Ołowiane niebo przypominało mu Norwegię. Norwegia? Był tam? Norwegia. Nie chciał być kroplą, choćby nie wiem jak świadomą. To za mało, stanowczo za mało! Ocean był w nim, stąd te przypływy i odpływy myśli i wspomnień. I wszystko takie nieuporządkowane, chaotyczne. A Ziemia była chaosem!

— Boże! Jak bardzo jesteś mi teraz potrzebny! — krzyknął ołowianym, norweskim chmurom. — Nie chcę być kroplą! Gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję?

Ale w Niebie obowiązywała cisza, niebiańska cisza. Na nic twoje krzyki Makary, na nic twoje frustracje. Pogódź się ze swoją nagością, przyjmij teologiczne usprawiedliwienie z łaski. Sola gratia. Makary słyszysz mnie? Słyszysz ten wewnętrzny głos? To mój głos.

— Kochanie, gdzie się podziewałeś? Zaczynałam się o ciebie martwić.

— Heleno!

— Tak?

— Złap mnie za rękę, mocno!

— Czy ty znów słyszysz jakieś głosy? A może znowu coś brałeś?

— Nie wiem, Heleno, nic nie wiem. Wiem, że kiedyś brałem, ale nie wiem, czy teraz. Głosy? Nie, nie słyszę żadnych głosów oprócz tego jednego, ale to tylko mój wewnętrzny głos. Nie wierzę w głosy, wierzę w człowieka, w jego niedoskonałość, w jego dramat, w jego śmierć.

— Przestań pieprzyć, Makaruś. — Przeor podniósł się z ławeczki. — Grunt to zachować zimną krew i nie polegać na własnym, zasranym rozumie!

Przeor? Niesiorowski! Zimna krew? Helenoooooo!

Wiosna stawała się obca. Nieprzyjazna. Zmienna. Ta zmienność udzielała się wszystkim. Wszystkim!

— Odpierdol się ode mnie! Odpierdol się! — Makary odepchnął Niesiorowskiego. Ten stracił równowagę i przewrócił się z głośnym plaśnięciem na posadzkę. Nagle ktoś szarpnął go za rękę. Makary chciał zaprotestować.

— Wynośmy się stąd! — To głos Ikonowicza. — Prędzej!

— Dokąd?

Makary był pełen uprzedzeń. Ikonowicz to przecież diabeł wcielony!

— Spierdalaj stąd, Makary! Póki z mózgu nie zrobiono ci jeszcze papki! No już!

— A Helena? — Makary nadal był pełen obaw.

— Chodź! Helena jest już bezpieczna. No prędzej!

— Przepraszam, jak możemy dojść do Komitetu?

— To na ulicy Mariana Buczka. — Jurek nie wierzył, że ta nazwa może przejść mu przez gardło. Ale przeszła, przelazła, zostawiając niesmak na migdałkach i podniebieniu.

— Wiemy, przy jakiej to ulicy, nie wiemy, jak dojść do tej ulicy. — Helena ubiegła otwierającego już usta Makarego.

— Dojść?

— Tak. Dojść. Czy coś nie tak? — Makary wreszcie doszedł do głosu.

— Chcecie dojść do Komitetu?

— Tak. Do Komitetu. — Makary wypowiedział te słowa bardzo dobitnie.

Przeor przełknął ślinę.

— To nie tak. — Rozłożył ręce w geście bezradności. — Tu nie ma w lewo czy w prawo, żadne takie.

— Jak to? — Helena przytuliła się do Makarego.

— To proste. Tu kierujemy się instynktem, intuicją albo głosem serca, jak wolą poeci. — Uśmiechnął się do Makarego. — Nie wrócicie już tą samą drogą. To tak jak z rzeką, nigdy się nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki.

— A bez zagadek! — Makary zdradzał oznaki poirytowania.

— Jesteście tu nowi. — Niesiorowski ściszył głos do ledwie słyszalnego szeptu. — Tu, czyli we Wiośnie, wszystko jest relatywne, każdy nosi swoją prawdę, swoje objawienie! Nie idźcie do Komitetu, jakkolwiek atrakcyjny będzie się wam wydawał.

— Skoro wszystko jest relatywne, nie możemy mieć żadnych uprzedzeń, nawet do Komitetu — zauważyła słusznie Helena, po czym dodała, nie wiadomo dlaczego, po angielsku: — History is written by the victors!

— Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? — Makary odkrywał w sobie zamazane wspomnienia, zamiecione pod dywan traumy.

— Chodźmy już. — Helena stąpała twardo po ziemi. — Pójdźmy gdziekolwiek, nie musimy być ani w Komitecie, ani tym bardziej w Towarzystwie. Wystarczy, że będziemy w sobie.

— No właśnie — zauważył z ulgą Makary. — Nie musimy.

Niesiorowski znikł, a może nigdy go nie było.

— Heleno.

— Tak?

— Coś sobie uświadomiłem.

— Co takiego kochany?

— Uświadomiłem sobie, że jestem stalkerem.

— A któż to taki stalker?

— To przewodnik. Przewodnik, który może zaprowadzić do enklawy.

— Jakiej enklawy, Makary?

— Musimy opuścić Wiosnę, świat Paula Delvaux jest dobry, ale z zewnątrz, od środka jest bez sensu.

— Ale czy rzeczywiście potrafisz uwolnić się od swoich fascynacji?

— Potrafię.

— Jak?

— Zwyczajnie, powołam nowe fascynacje. Jestem przecież…

— Tak, wiem, stalkerem. A więc, co teraz zamierzasz?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.06