E-book
28.67
drukowana A5
38.87
Alkoholizm zobowiązuje

Bezpłatny fragment - Alkoholizm zobowiązuje


Objętość:
190 str.
ISBN:
978-83-8189-591-0
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 38.87

Jak się to wszystko zaczęło?

Za dzień narodzin Wspólnoty Anonimowych Alkoholików uznaje się umownie 10 czerwca 1935, to jest dzień, w którym współzałożyciel AA, Robert Holbrook Smith, zwany doktorem Bobem, ostatni raz w życiu pił alkohol. Drugim współzałożycielem był William Griffith Wilson, makler albo spekulant giełdowy, znany jako Bill W., główny autor książki „Alcoholics Anonymous” i innych.

Czterdzieści lat później Wspólnota Anonimowych Alkoholików w Polsce, rozwijała się zupełnie inaczej niż w Stanach, co wynikało z faktu, że u nas Wspólnotę AA zakładali profesjonaliści, a nie anonimowi alkoholicy czy choćby alkoholicy. Pierwsza grupa AA zaczęła działać w Polsce w Poznaniu. Zakładamy, znowu umownie, że odbyło się to w 1974 roku — wtedy to usamodzielniła się pierwsza grupa, dotąd psychoterapeutyczna, prowadzona eksperymentalnie w oparciu o założenia Programu 12 Kroków AA, przez psycholożkę, mgr. Marię Grabowską, w sposób w jaki ona ten Program rozumiała.

Kwestia „kto zakładał AA?” wydaje mi się szczególnie ważna. Duchowy Program AA (tak, duchowy, a nie religijny!) zaczyna się w chwili, gdy jeden alkoholik mówi do drugiego o tym, że jest sposób, że istnieje rozwiązanie problemu alkoholizmu, na czym ono polega, w jaki sposób je zastosował, wdrożył we własnym życiu z pomocą sponsora itd. U nas tego elementu zupełnie nie było. O rozwiązaniach problemu z nadużywaniem alkoholu mówił alkoholikom nie inny, trzeźwy, doświadczony alkoholik, ale psychoterapeuta; mówił nie o tym, co sam zrobił, ale co i jak oni (zgodnie z teoretyczną, psychologiczną wiedzą) powinni zrobić, żeby jakoś przestać pić. Nie ma możliwości, żeby przekazywał duchowy Program AA, bo i skąd miałby go znać/mieć? Z lektury? Niestety, samodzielna lektura książki „Anonimowi Alkoholicy”, której zresztą też wówczas u nas jeszcze nie było i to długo, latami, do tego celu nie była i nie jest wystarczająca.

Jak zapewne wyraźnie widać, rozróżniam problem z piciem i alkoholizm. Spektakularne nadużywanie alkoholu przez alkoholika jest objawem choroby alkoholowej, a nie samą jej istotą. Inaczej mówiąc — problemem alkoholika nie jest alkohol, więc abstynencja nie leczy choroby alkoholowej, choroby, moim zdaniem, zdecydowanie psychicznej, bo przecież nie gastrycznej. Czasem porównuję ją do gruźlicy — jeśli gruźlikowi podać stosowne leki, to może przestanie kaszleć, ale jego gruźlica będzie się rozwijała nadal.


Tymczasem najczęściej okazuje się, że samo niepicie — jakkolwiek w całym procesie zdrowienia najważniejsze — nie wystarcza. W wielu przypadkach, już nie pijąc, w wyniku egocentryzmu, egoizmu, niedojrzałości emocjonalnej alkoholika i wielu innych jego wad, nie tylko nie naprawia on relacji z innymi ludźmi, a często — wbrew sobie — nadal je niszczy. Przejawia się to w tym, że mimo zaprzestania picia alkoholik nadal rani innych ludzi, także najbliższych, często wbrew swojej woli. Alkoholik, mimo iż nie pije, często swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem nadal pozostawia wokół siebie zgliszcza i popiół. Okazało się jak mawiał jeden z rozmówców — że, jak pił, był pijanym draniem, jak przestał pić, stał się trzeźwym draniem. A przy tym wszystkim opanowana do perfekcji umiejętność zakłamywania rzeczywistości pozwala alkoholikowi odsuwać problem od siebie, przerzucając, jeżeli nie całość, to przynajmniej dużą część odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy na innych. I przede wszystkim o tego typu „niekierowaniu własnym życiem” mówi druga część Kroku Pierwszego.


Rażące niedobory duchowości AA-owskiej zaczęły na naszych spotkaniach wypełniać obrzędy i ceremonie, odbywające się według rozbudowanych scenariuszy, najeżonych różnymi zakazami i nakazami, które z Anonimowymi Alkoholikami nie miały i nie mają kompletnie nic wspólnego — były to zalecenia obowiązujące podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, która zresztą na rodzącą się w bólach wspólnotę miała, i ma nadal, wpływ znaczący. Trudno w to uwierzyć? Przykład z poznańskiej grupy „Ster”:


…w załączonym do scenariusza wykazie proponowano takie tematy mityngów, jak np. Etiologia choroby alkoholowej — próba indywidualizacji przyczyn alkoholizmu, Próba charakterystyki typowych trudności w małżeństwie AA, Prezentacja postaw małżonek w okresie abstynencji partnera (próba syntezy) czy Kształtowanie się nowego modelu stosunków towarzyskich rodziny AA.


Oczywiście jest on aż groteskowy i łatwo stwierdzić, że te czasy dawno minęły, ale…


Od 1935 roku Anonimowi Alkoholicy dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program Dwunastu Kroków AA. W roku 1998 (abstynencję utrzymuję od stycznia 1999) zupełnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Były to lata, kilka następnych zresztą też, w których wydawało nam się, że Wspólnota AA = mityng AA i nic więcej. Dwanaście Kroków było rytualnie odczytywane na początku każdego takiego spotkania i wydawało się, że o to właśnie chodzi, że to jest wszystko co trzeba, należy i wystarczy robić: uczestniczyć w mityngach, słuchać/czytać tekst Kroków oraz Tradycji AA, ale przede wszystkim opowiadać, co się takiego w życiu wydarzyło od poprzedniego spotkania (mityngu). Anonimowi Alkoholicy mieli chyba być czymś w rodzaju poterapeutycznej grupy wsparcia połączonej z klubem abstynenta. Psychoterapeuci przekonywali nas, że każda terapia się kiedyś kończy, a Wspólnota AA zostanie nam do końca życia, jako element absolutnie niezbędny, bo jako uzależnieni, jesteśmy co najwyżej trzeźwiejącymi alkoholikami, że nie wytrzeźwiejemy w pełni nigdy — z założenia, więc też jakiejś formy wsparcia będziemy potrzebowali zawsze. Co do tego też mam pewne wątpliwości, ale o tym może innym razem.


Ówcześni uczestnicy AA nie uważali mityngów za czynnik niezbędny do zachowania trzeźwości. Były on po prostu pożądane. Za to poranne skupienie i modlitwa były do tego konieczne.


Stwierdzenie to, z którego wynika wyraźnie, że mityngi nie są sprawą najważniejszą, i na pewno nie jedyną w ofercie AA, nadal w wielu grupach wywołuje szok i protesty.

Do roku 2018 we wszystkich polskich wydaniach Wielkiej Księgi (oficjalnie było ich trzy, faktycznie — więcej), to jest książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, pod dyktando przekonań psychoterapeutów, określenie „wytrzeźwieliśmy” anonimowi alkoholicy zajmujący się tłumaczeniami pracowicie i metodycznie zamieniali na „trzeźwieliśmy”, „trzeźwy” na „trzeźwiejący” itd. Podobnych ingerencji w nasz tekst było znacznie więcej.


Latem 1998 roku trafiłem na swój pierwszy mityng. Zgodnie ze stanowczym poleceniem psychoterapeutki z opolskiej poradni odwykowej (nadal jestem jej za to wdzięczny) zacząłem regularnie uczęszczać na spotkania, zwane u nas mityngami, wspólnoty, która Wspólnotą Anonimowych Alkoholików była wtedy chyba jedynie z nazwy. Oczywiście wówczas zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale zalecono, więc chodziłem. Właściwie nawet bez większych oporów. Od tego momentu minęło dwadzieścia lat.


Wydaje mi się, że większość ludzi, trafiających do nowego, zupełnie dotąd nieznanego środowiska, stara się je poznać, zrozumieć i dostosować — mniej lub bardziej. Tak było i ze mną w latach 1998—2000. Słuchałem uważnie, uczyłem się, starałem się naśladować. Pod koniec tego okresu coraz więcej zasłyszanych informacji uznawałem za… wolałbym nie używać określenia kompletne bzdury, więc niech będzie, że były to przekonania mało sensowne, nie oparte na faktach i rzeczywistości, jakieś dziwne przekonania najczęściej bezrefleksyjnie powtarzane, wypowiedzi, z których kompletnie nic nie wynikało i które nie miały żadnego odzwierciedlenia w literaturze, a więc w doświadczeniach Wspólnoty AA na świecie. Oto kilka z nich:


Ile picia, tyle trzeźwienia.

Jeden Krok — jeden rok.

Mityngi są najważniejsze.

Nie dokonuj istotnych zmian w życiu podczas pierwszego roku trzeźwienia.

We Wspólnocie AA nie ma autorytetów.

Wspólnota AA jest nie tylko dla alkoholików.

Podczas mityngów nie należy używać słów „my”, „wy”, „się”.


Zmyślam? Źle pamiętam? To tylko w moim mieście były takie cudactwa? Niestety nie. Powyższe stwierdzenia pochodzą z książeczki, broszury „Prawdy i zasady Wspólnoty Anonimowych Alkoholików” (ISBN 83-86636-00-9), która to pozycja została oficjalnie zaaprobowana i zaakceptowana do druku przez Służbę Krajową Wspólnoty AA w Polsce; roku publikacji tego dzieła niestety nie znalazłem.


W tych całych „Prawdach i zasadach” oprócz zupełnie nieprawdziwych i szkodliwych, jak wyżej, były też stwierdzenia „tylko” wątpliwe i problematyczne, np. Alkoholik to ktoś, kto sam się tak nazwał (a ci, co się tak nie nazwali, to alkoholikami na pewno nie są?). AA-owcy dzielą się na studentów i profesorów. Profesorami są ci, którzy mają wpadki (a to co takiego?). Bądź łagodny dla siebie (w jakim zakresie, jak długo?). Bezalkoholowe piwo i szampan są tak samo niebezpieczne jak pierwszy kieliszek (nie, chyba jednak nie tak samo).


Tak to było… Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że w większości grup Anonimowych Alkoholików w Polsce takie właśnie lub podobne przekonania panują nadal.


Ta książka jest wysoce subiektywną opowieścią o dwudziestu latach, jakie spędziłem we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików, co najprawdopodobniej uratowało mi życie. W krótkich rozdziałach, przypominających obrazki, migawki (niektóre zawarłem w książce „Alkoholizm zobowiązuje”), starałem się zaprezentować zmiany, jakie następowały we mnie, ale jeszcze bardziej Wspólnotę AA w Polsce, choć głównie w Opolu, i jej ewolucję — tak, jak ja ją postrzegam i rozumiem. Powtórzę, bo to bardzo ważne — to są jedynie moje osobiste, prywatne zupełnie przekonania, poglądy, wnioski, przeżycia i doświadczenia. Anonimowy alkoholik, uczestnik mityngów AA innej grupy, w innym mieście, może je mieć zupełnie odmienne, co nie znaczy, że nieprawdziwe albo lepsze czy gorsze. Jednak przede wszystkim jest to książka o tym, że istnieje skuteczne rozwiązanie problemu alkoholizmu. Być może nie jest ono dostępne na każdej grupie AA w Polsce, ale może kiedyś… Wreszcie o rozwoju duchowym, który jest, a przynajmniej na pewno może być, nieskończony.


W środowisku Anonimowych Alkoholików często można usłyszeć określenie skazani na rozwój. Zwykle doceniam jego głęboki sens i znaczenie, jednak tym razem zastanawiam się na innym nieco wyrokiem i dożywociem.

Uczyli mnie, jak być grzecznym dzieckiem, spokojnym dzieckiem, cichym dzieckiem, nie sprawiać kłopotów i nikomu nie przeszkadzać. Uczyli mnie, jak być dobrym uczniem, jak szanować dorosłych, starszych, panią nauczycielkę, panią dentystkę, gospodarza domu i ciocię z Widawy. Nauczyli mnie, jak zdobywać przyjaźń ludzi na stanowiskach, takich, którzy dużo mogą, a przynajmniej, jak żyć z nimi w zgodzie. Tylko dlaczego nikt mnie nie nauczył, jak żyć w przyjaźni i zgodzie z samym sobą?! Przecież tylko na siebie jestem skazany naprawdę dożywotnio…


Podczas mityngu spikerskiego, którego bohaterką była Sydney z Oregonu, wiele razy pytano ją, jak coś tam wygląda w AA w Ameryce. Uparcie odpowiadała, że nie wie, jak wygląda Wspólnota AA w Stanach Zjednoczonych, doświadczenia ma z Oregonu oraz może trochę z Kalifornii, bo tam bywała. Wtedy zorientowałem się, że i ja nie mógłbym twierdzić, że wiem dobrze, jak działają Anonimowi Alkoholicy w Polsce; tu jest pewnie ze 2400 grup, a ja mam pojęcie może o kilkudziesięciu. Nie mogę już nawet twierdzić z całkowitą pewnością, że wiem, jak działa AA w Opolu — w ostatnich latach miało miejsce naprawdę całe mnóstwo zmian, a ja nie biorę udziału w spotkaniach wszystkich grup w mieście; ostatecznie mogę być pewien funkcjonowania trzech grup w Opolu, bo w ich mityngach (spotkaniach) uczestniczę w miarę regularnie.


Wiele razy słuchałem opowieści alkoholików o tym, jak w ich lokalnym środowisku AA zaczęły się zmiany. I jakoś tak dziwnym trafem bardzo często wychodzi na to, że zmiany te zaczęły się od nich. Dość szybko przestałem się z tego śmiać, bo zrozumiałem, że to jest element ich postrzegania rzeczywistości — z naturalnych zapewne powodów mocno jeszcze egocentryczny. W takim razie nie będę spekulował, kiedy zmiany SIĘ zaczęły, a skoncentruję na tym, kiedy ja sam zacząłem mieć na nie jakiś wpływ. O tym, że głównym problemem alkoholika nie jest alkohol wiedziałem cztery lata przed zaprzestaniem picia. O tym, że we Wspólnocie AA najważniejszy jest Program dowiedziałem się w 1998 roku od pierwszego sponsora (kazała mi go sobie znaleźć psychoterapeutka), jednak z tych informacji nic albo niewiele wynikało wtedy, kiedy do mnie one docierały; zresztą… do połowy stycznia 1999 co pewien czas wracałem do picia, nijak nie potrafiłem utrzymać abstynencji, i na tym byłem skoncentrowany.


Na początku, przez kilka miesięcy, wydawało mi się, że najważniejszym dokumentem Wspólnoty AA jest scenariusz mityngu. Podejrzewałem, że pochodzi on z tajemniczej Wielkiej Księgi, której nie widziałem ani przed prowadzącym spotkanie alkoholikiem, ani u nikogo innego. W codziennym użyciu był scenariusz, kartka, zwykle laminowana, z tekstem Kroków i Tradycji AA, do rytualnego odczytywania w koło oraz „Dwadzieścia cztery godziny” — trzytomowe wydanie Opolskiego Duszpasterstwa Trzeźwości. Myśl przewodnia, medytacje i modlitwa na dany dzień z tej książki były obowiązującym u nas tematem mityngu. Przyznanie się, że któregoś z czytanych tekstów nie rozumiem albo się z nim nie zgadzam świadczyło ewidentnie o nawrocie choroby alkoholowej oraz chęci powrotu do picia.

Literatury Wspólnoty AA nie widziałem dość długo, może z rok, jednak już samo tylko czytanie i rozważanie treści Trzeciej Tradycji AA skłoniło mnie w drugiej połowie roku 2000 do poważnych wątpliwości co do pytań zadawanych nowicjuszom — wtedy jeszcze na porządku dziennym był niecny zwyczaj przyjmowania do Wspólnoty AA (albo i nie), pod warunkiem, że nowy prawidłowo odpowiedział na dwa pytania: Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i masz kłopoty? Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia? Skoro według Trzeciej Tradycji jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia, to dlaczego pytania są dwa, a nie jedno (jedyny warunek)? Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że absolutnie nikt we Wspólnocie AA nie jest upoważniony do stawiania komukolwiek jakichkolwiek pytań i od odpowiedzi na nie uzależniania, czy potrzebujący pomocy człowiek może zostać członkiem Wspólnoty. W każdym razie, zakładając z kolegą nową grupę AA w mieście („Wsparcie”) na przełomie 2000—2001, w jej scenariuszu mieściliśmy jedno tylko pytanie: Czy chcesz przestać pić? Po pewnym czasie, gdy już nieco lepiej zapoznałem się z Tradycjami Wspólnoty, zostało ono zastąpione przez coś w rodzaju pytania/stwierdzenia: Trafiłeś na zamknięty mityng AA, jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć i jeśli chcesz przestać pić, to witamy cię serdecznie we Wspólnocie AA i cieszymy, że jesteś dziś z nami (oklaski). Jeszcze później zniknęło ze scenariusza zupełnie.

W taki sposób proces zmian rozpoczął się w moim rozumieniu, w Opolu. Oczywiście nie dotyczył jeszcze wtedy wszystkich grup w mieście, a na sponsorowanie z prawdziwego zdarzenia przyszło nam poczekać jeszcze znacznie dłużej. Nie jest jednak prawdą, że sponsorowanie nie było znane w środowisku polskich AA-owców 10—15 lat temu. Ależ było! Przypominam, że mnie kazała sobie znaleźć sponsora w AA psychoterapeutka w 1998 roku i na pewno nie mnie pierwszemu ani ostatniemu. Tyle tylko, że do pewnego momentu określenie to oznaczało coś innego niż obecnie.


Oferta Anonimowych Alkoholików zawiera się w kilku punktach:

1. Poznawanie i realizacja w życiu Programu AA z pomocą sponsora,

2. Służby pełnione na różnych szczeblach struktury Wspólnoty AA,

3. Mityngi, to jest spotkania, podczas których można wymienić się doświadczeniami z dwóch pierwszych punktów.


Jeśli jednak pierwszy punkt nie istniał, drugi w zakresie minimalnym i najczęściej też niezgodnie z Tradycjami AA, to i na mityngach poruszaliśmy zupełnie inne tematy — zwykle wypowiedzi uczestników przypominały „rundkę terapeutyczną”, to jest relację klientów grupowej psychoterapii odwykowej z wydarzeń ostatniego tygodnia. W tych warunkach sponsor miał być kolegą, przyjacielem z AA, alkoholikiem z nieco większą niż moja abstynencją, który pomagał mi w pierwszym okresie zrozumieć, co na mityngach się dzieje i dlaczego, miał też być powiernikiem, takim kumplem od rozmów od serca. O tym, że ze sponsorem realizuje się Program AA, że wymaga to specjalnych i regularnych zwykle spotkań, dowiedziałem się dopiero kilka lat po przyłączeniu się do AA.

Na szczęście coraz mniej jest alkoholików w Polsce, którzy uważają, że sponsorowanie jest jakąś nową modą w AA. Takim, jeśli mam okazję, tłumaczę, że kolejność była inna, niż się to im wydaje — najpierw było sponsorowanie, a więc najpierw jeden alkoholik spotykał się z drugim i opierając się na własnym doświadczeniu instruował, co i jak należy zrobić, żeby przestać pić, naprawić relacje z bliskimi, zadośćuczynić za krzywdy, rozpoznać i przestać używać wad charakteru, a ostatecznie stać się przyzwoitym, trzeźwym człowiekiem. Dopiero kiedy takich ludzi było kilkudziesięciu i więcej, zaczęli tworzyć Wspólnotę. Sztandarowa pozycja AA pt. „Anonimowi Alkoholicy” napisana została, gdy rodząca się Wspólnota skupiała 78—83 alkoholików. Na fakt, że spotkania (mityngi) nie były wtedy najważniejsze, zwracałem uwagę już wcześniej.

Mocno żałuję, że słowo mityng (ang. meeting) nie zostało przełożone na język polski w początkach istnienia Wspólnoty w Polsce. Być może, gdyby było to po prostu spotkanie zorganizowane po to, żeby pogadać o tym jak wytrzeźwieć, jak rozwiązać wspólny problem alkoholizmu, nie stałoby się ono bardzo szybko pojęciem oznaczającym jakiś specjalny obrzęd, rytuał, z drobiazgowo opracowanym scenariuszem. Pamiętam czas, w którym wypadało, żeby ktoś na mityngu powiedział: nie wiem, jak to działa, ale działa.


Rytuały to powtarzające się wymiany następujące w określonym i przewidywanym porządku. Transakcje bez niespodzianek. Stosuje się je, by osiągnąć fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Często sami sądzimy, że go potrzebujemy, a inni usilnie próbują nas o tym przekonać.


Spotkania, mityngi AA, pomagają alkoholikom utrzymać abstynencję, to prawda, a jak to się dzieje, jak to działa? Alkoholizm to także choroba emocji, z zaburzonymi emocjami łatwiej sobie radzić mówiąc o nich, opowiadając, relacjonując. Jeśli pracodawca mnie oszukał i jestem wściekły, ale na mityngu opowiem o tym, wyrzygam całą tą swoją złość, żal, poczucie krzywdy itp., a na dokładkę usłyszę podobne relacje innych, to jest spora szansa, że uspokoję się na tyle, żeby rozhuśtanych emocji nie musieć sobie regulować alkoholem. Tyle tylko, że jest to rozwiązanie tylko na chwilę; krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów. Trochę przypomina mi to tabletkę od bólu zęba. Połknąłem — przestało boleć, o to zresztą chodziło. Jeśli przyjąłem ten lek, żeby wytrzymać jakoś noc, a rano idę do dentysty, to wszystko w porządku, ale jeżeli następnego dnia do dentysty się nie wybieram, bo po co, przecież już nie boli, to coś tu chyba nie jest w porządku z moim myśleniem. Tak właśnie działają same tylko mityngi AA: pomagają utrzymać abstynencję, ale — zmniejszając doraźnie poziom cierpienia — utrudniają alkoholikowi (na szczęście nie każdemu, nie zawsze) realne wytrzeźwienie. Dopóki mocno cierpimy, jesteśmy zdeterminowani i gotowi podjąć konkretne, choć trudne działania, ale jeśli cierpieć przestajemy, nasz zapał do ciężkiej pracy wyraźnie maleje. Przecież następny mityng już za tydzień, za kilka dni, tyle to zawsze jakoś się wytrzyma. I tak życie płynie od mityngu do mityngu.


W środowisku AA, na mityngach, często można usłyszeć wspomnienia z pierwszych takich spotkań w życiu i o zaskoczeniu, bo wydawało się, że obecni jakimś cudem mówią o naszym życiu — zupełnie nas nie znając. Ma to dowodzić, jak bardzo jesteśmy podobni albo nawet tacy sami. Swojej historii z cudzych ust nie słyszałem długo, może lata. I nie dlatego, żebym koncentrował się na różnicach (w AA bardzo dobitnie zaleca się nowym, żeby szukali podobieństw, a nie różnic — to szczególnie dobra sugestia). Kiedy wreszcie ktoś opowiedział moją historię, to był to fragment spikerki alkoholika, który opowiadał o procesie trzeźwienia, powrotu do zdrowia — z tym się identyfikowałem, bo z relacjami z czasów picia, to dość długo nie. A kiedy byłem w AA lat kilkanaście, pierwszy i jedyny dotąd raz usłyszałem opowieść o życiu przed piciem, bardzo podobną do mojej, wręcz niepokojąco podobną, przynajmniej w pewnych fragmentach.

Fragmenty historii Gorana

— Oż kurwa jego mać jebana! Pierdolony hipis w jednostce! — wrzask na moment zagłuszył wszystkie inne odgłosy typowe dla wojskowej jednostki. Goran znał takie albo i gorsze jeszcze określenia. Ależ oczywiście! Często zresztą sam ich używał. Jeśli tym razem dał się zaskoczyć, to powodem był raczej czas, miejsce i okoliczności. Plugawe wulgaryzmy, ordynarne wyzwiska, były, i zapewne są nadal, najzupełniej normalnym składnikiem języka dorastających chłopców, ale właśnie… języka podwórek, szkolnych przerw, boisk, basenów, dyskotek. Tak nie mówiło się w domu, podczas lekcji albo wykładu, w biurach i urzędach. Jednak tym razem dzikie wrzaski rozlegały się na placu apelowym jednostki wojskowej, na którym obecnych było co najmniej kilkadziesiąt osób dorosłych, wielu po czterdziestce, a histerycznie wydzierał się na całe gardło sierżant-szef — korpulentny mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki. Wszyscy ci ludzie byli w miejscu publicznym, w miejscu swojej pracy! Kilkadziesiąt metrów od ruchliwej ulicy. To było szokujące i… krępujące.

/…/

Goran dostał powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej prawie tydzień po terminie oficjalnego poboru wiosennego, ale o tym dowiedział się dopiero na wartowni, kiedy stawił się w jednostce. Tam właśnie okazało się, że jego drużyna i kompania służy już od kilku dni. Domyślał się, że był to wynik interwencji ojca, szefa gliniarzy w mieście, ale nie był z tego zdarzenia zadowolony. Niby zaoszczędził kilka dni, które mógł dzięki temu spędzić z ciężarną żoną, ale z drugiej strony czekały go typowe kłopoty nowicjusza w grupie, która już parę dni spędziła razem, wśród młodych mężczyzn, którzy zdążyli się już choć trochę poznać. Problemem było poza tym imię, ale do tego zdążył przywyknąć oraz wiek — Goran miał już dwadzieścia dwa lata podczas gdy większość, także kaprali, po osiemnaście-dziewiętnaście. Momentami czuł się w jednostce jak dorosły facet wśród gówniarzy, a do tego gówniarzy, którzy mieli nad nim nieomalże nieograniczoną władzę. W każdym razie pierwszy dzień z założenia dwuletniej służby Gorana w jednostce Wojsk Ochrony Pogranicza, w mieście przemysłowym średniej wielkości na śląsku, nie wróżył przyjemnego ciągu dalszego.

/…/

Urodzony w drugiej połowie dwudziestego wieku Goran przynajmniej przez pół życia miał do swoich rodziców całe mnóstwo pretensji i żalów, choćby o imię i nazwisko. Imię — niby miało być południowosłowiańskie, i może było, ale dla niego oznaczało wówczas jakąś wyjątkowość, dziwactwo. To nie były jeszcze czasy Andżelik i Armandów, i Goran wolałby mieć na imię normalnie — Marek, Wacek, Zbyszek albo Jurek. Jakieś manifestacje słowiańskości rodziców — żeby ich nikt nie pomylił ze Ślązakami, mieszkającymi wokół — to nie była sprawa Gorana, nie jego kompleksy i urazy.

O nazwisko — dziadek, ojciec ojca Gorana, pochodził z ZSRR, obecnie jest to miasteczko na Litwie, więc rodzina nosiła nazwisko ewidentnie niepolskie, trudne do wymówienia i zapamiętania. Dziadek pochodził z innego kraju, więc jego jeszcze można było jakoś tam zrozumieć, ale dlaczego rodzice nie zmienili nazwiska, na przykład przy ślubie, co jest przecież banalnie proste, Goran zupełnie nie rozumiał. Tym bardziej, że tymi swoimi decyzjami bezrefleksyjnie narazili go na przezwiska i niewybredne żarty rówieśników. A dzieci bywają niesamowicie okrutne. Pojęć takich jak przywiązanie do tradycji, czy nasze rodowe nazwisko, jakoś nigdy w pełni nie rozumiał. Nazwisko było czymś w rodzaju identyfikatora, jak numer telefonu na przykład — jeśli okazywało się niewygodne, to przecież można je było zmienić.

W dzieciństwie Goran nienawidził swojej młodszej siostry. Właściwie, choć od tego dzieciństwa minęły dziesięciolecia, choć od dawna rozumiał, co, jak i dlaczego działo się wtedy w ich rodzinie, to i tak relacje z siostrą uważał za trudne. Trochę tego żałował, może nawet bardziej niż trochę, ale jeśli bliskość, więź, zrozumienie, może miłość, nie urodziły się między nimi przez tyle lat, to już raczej nie liczył na cud.

Pozostali dziadkowie Gorana, poza tym Litwinem, wywodzili się z średniozamożnego ziemiaństwa i mieszczaństwa. Dzięki temu jego rodzice byli niewątpliwie ludźmi z towarzystwa, którzy mieli swoje zasady i zawsze wiedzieli, jak się właściwie zachować. Byli też pewni ponad wszelką wątpliwość, że kindersztuba, savoir-vivre, bon ton, są w życiu ważne, może nawet fundamentalnie. Starali się więc — głównie ojciec i matka, ale trochę też i dziadkowie — nauczyć Gorana tego wszystkiego, choć wiele zasad i reguł w peerelowskiej Polsce trąciło myszką już w chwili, w której mu je wpajano. Właściwie tylko jemu, bo o cztery lata młodszą siostrę, Jankę, nauka ta objęła jakoś w znacznie mniejszym stopniu. Może do matki (ojciec już nie żył) w końcu jakoś wreszcie dotarło, że czasy się zmieniają. A może, bez wspierającego ją męża, straciła zapał pedagogiczny.

Elementem tej tresury była umiejętność specjalnego traktowania kobiet. Wspieranie, pomaganie, ustępowanie miejsca, dbanie, zabieganie, staranie by dobrze się czuły, żeby nieustannie były zadowolone. Setki drobiazgów, jak choćby to, że po schodach w górę kobieta idzie pierwsza, ale w dół — mężczyzna. Kobietę przepuszczać należy w drzwiach, chyba, że chodzi o nieznaną obojgu restaurację, czy nocny lokal, w którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Mężczyzna… Kobieta… To, że mężczyzna (Goran) miał wtedy lat dziesięć, a kobieta (Janka, siostra) sześć, niczego nie zmieniało. Bo wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie… Mężczyzna powinien, zdaje się, być dżentelmenem — tylko gdzie, w PRL?

Narzucane zasady dobrego wychowania rodziły w chłopcu bunt (choć niektóre reguły bardzo dobrze sprawdziły mu się w dorosłym życiu, przydały się), jednak to specjalne traktowanie kobiet budziło także poczucie, niższej wartości. Bo nie ulegało przecież wątpliwości, że — jako chłopiec, mężczyzna — Goran jest kimś gorszym. No, skoro całe życie, nieustannie, miał jakiejś kobiecie dobrze służyć… Budziło to wyraźną niechęć, a nawet złość wobec Janki. Już jako dwudziestolatek rozumiał, że to nie była jej wina, że odpowiedzialność spada na rodziców, a matkę w szczególności. Janka po prostu była dzieckiem, które z naturalnym dziecięcym sprytem nauczyło się korzystać z okazji stworzonej przez dorosłych, przez jej rodziców. A ci wiele razy ewidentnie przesadzali — karanie syna w związku ze skargą córki: Goran mnie źle traktuje, bez jakichkolwiek prób wyjaśnienia i zrozumienia, o co dzieciakom poszło, nadal nie mieściło mu się w żadnych zdroworozsądkowych granicach. Uważał, że to nie jest sprawiedliwe.

Wiele zrozumiał, wybaczył, zapomniał, ale… w przypadku Janki padło chyba na grunt zbyt podatny. Infantylność oraz roszczeniową postawę tolerować można, ale i tego nie był taki pewien, u małych dzieci, natomiast w przypadku czterdziestoparoletniej kobiety jest to, delikatnie mówiąc, trudne. I wygląda na to, że takie było nie tylko dla Gorana — trzecie małżeństwo Janki właśnie dobiegało końca, a ona sama nadal grała rolę ofiary.

Ale pal diabli Jankę! To jej życie, jej problem. Czasem tylko zastanawiał się nad sobą, nad swoimi relacjami z dziesiątkami kobiet. Kontaktów intymnych miał w sumie niewiele. Większość z tych znajomości miała charakter platoniczny, przyjacielski. Tylko, że chyba nie zawsze o takie koleżeństwo mu chodziło. Kiedy ostatnio Goran pochwalił się koledze, że poznał nową dziewczynę, z którą wyraźnie łączy go pokrewieństwo duchowe, z którą fantastycznie się rozmawia, i pewnie zostaną dobrymi znajomymi, jeśli nie przyjaciółmi, Sebastian odparł ze współczującą miną: no tak… a bzykał znowu będzie ktoś inny. Goran znienawidził go za to.

Z ojcem to była trudna sprawa, czasem Goran był z niego dumny, a czasem się wstydził. Ojciec był milicjantem, służył w MO i samo to stawiało często Gorana na przegranej pozycji. Gdy rówieśnicy chcieli mu dokuczyć, zawsze zarzucali mu, że donosi ojcu o ich wybrykach, w związku z czym oni sami lub ich rodzice mieli później jakieś problemy. To nigdy nie było prawdą. Nie było też prawdą, że Goran „nadał” ojcu jakiegoś nieznanego mu faceta z sąsiedniego bloku, który w swoim garażu naprawiał Trabanty. Goran nie odróżniał Trabanta od Wartburga albo Zaporożca, a pracującego na czarno mechanika zupełnie nie znał, nie poznałby go na ulicy, guzik go to wszystko obchodziło.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 38.87