E-book
19.11
drukowana A5
35.87
Alkoholizm zobowiązuje

Bezpłatny fragment - Alkoholizm zobowiązuje


Objętość:
190 str.
ISBN:
978-83-8189-591-0
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 35.87

Jak się to wszystko zaczęło?

Za dzień narodzin Wspólnoty Anonimowych Alkoholików uznaje się umownie 10 czerwca 1935, to jest dzień, w którym współzałożyciel AA, Robert Holbrook Smith, zwany doktorem Bobem, ostatni raz w życiu pił alkohol. Drugim współzałożycielem był William Griffith Wilson, makler albo spekulant giełdowy, znany jako Bill W., główny autor książki „Alcoholics Anonymous” i innych.

Czterdzieści lat później Wspólnota Anonimowych Alkoholików w Polsce, rozwijała się zupełnie inaczej niż w Stanach, co wynikało z faktu, że u nas Wspólnotę AA zakładali profesjonaliści, a nie anonimowi alkoholicy czy choćby alkoholicy. Pierwsza grupa AA zaczęła działać w Polsce w Poznaniu. Zakładamy, znowu umownie, że odbyło się to w 1974 roku — wtedy to usamodzielniła się pierwsza grupa, dotąd psychoterapeutyczna, prowadzona eksperymentalnie w oparciu o założenia Programu 12 Kroków AA, przez psycholożkę, mgr. Marię Grabowską, w sposób w jaki ona ten Program rozumiała.

Kwestia „kto zakładał AA?” wydaje mi się szczególnie ważna. Duchowy Program AA (tak, duchowy, a nie religijny!) zaczyna się w chwili, gdy jeden alkoholik mówi do drugiego o tym, że jest sposób, że istnieje rozwiązanie problemu alkoholizmu, na czym ono polega, w jaki sposób je zastosował, wdrożył we własnym życiu z pomocą sponsora itd. U nas tego elementu zupełnie nie było. O rozwiązaniach problemu z nadużywaniem alkoholu mówił alkoholikom nie inny, trzeźwy, doświadczony alkoholik, ale psychoterapeuta; mówił nie o tym, co sam zrobił, ale co i jak oni (zgodnie z teoretyczną, psychologiczną wiedzą) powinni zrobić, żeby jakoś przestać pić. Nie ma możliwości, żeby przekazywał duchowy Program AA, bo i skąd miałby go znać/mieć? Z lektury? Niestety, samodzielna lektura książki „Anonimowi Alkoholicy”, której zresztą też wówczas u nas jeszcze nie było i to długo, latami, do tego celu nie była i nie jest wystarczająca.

Jak zapewne wyraźnie widać, rozróżniam problem z piciem i alkoholizm. Spektakularne nadużywanie alkoholu przez alkoholika jest objawem choroby alkoholowej, a nie samą jej istotą. Inaczej mówiąc — problemem alkoholika nie jest alkohol, więc abstynencja nie leczy choroby alkoholowej, choroby, moim zdaniem, zdecydowanie psychicznej, bo przecież nie gastrycznej. Czasem porównuję ją do gruźlicy — jeśli gruźlikowi podać stosowne leki, to może przestanie kaszleć, ale jego gruźlica będzie się rozwijała nadal.


Tymczasem najczęściej okazuje się, że samo niepicie — jakkolwiek w całym procesie zdrowienia najważniejsze — nie wystarcza. W wielu przypadkach, już nie pijąc, w wyniku egocentryzmu, egoizmu, niedojrzałości emocjonalnej alkoholika i wielu innych jego wad, nie tylko nie naprawia on relacji z innymi ludźmi, a często — wbrew sobie — nadal je niszczy. Przejawia się to w tym, że mimo zaprzestania picia alkoholik nadal rani innych ludzi, także najbliższych, często wbrew swojej woli. Alkoholik, mimo iż nie pije, często swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem nadal pozostawia wokół siebie zgliszcza i popiół. Okazało się jak mawiał jeden z rozmówców — że, jak pił, był pijanym draniem, jak przestał pić, stał się trzeźwym draniem. A przy tym wszystkim opanowana do perfekcji umiejętność zakłamywania rzeczywistości pozwala alkoholikowi odsuwać problem od siebie, przerzucając, jeżeli nie całość, to przynajmniej dużą część odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy na innych. I przede wszystkim o tego typu „niekierowaniu własnym życiem” mówi druga część Kroku Pierwszego.


Rażące niedobory duchowości AA-owskiej zaczęły na naszych spotkaniach wypełniać obrzędy i ceremonie, odbywające się według rozbudowanych scenariuszy, najeżonych różnymi zakazami i nakazami, które z Anonimowymi Alkoholikami nie miały i nie mają kompletnie nic wspólnego — były to zalecenia obowiązujące podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, która zresztą na rodzącą się w bólach wspólnotę miała, i ma nadal, wpływ znaczący. Trudno w to uwierzyć? Przykład z poznańskiej grupy „Ster”:


…w załączonym do scenariusza wykazie proponowano takie tematy mityngów, jak np. Etiologia choroby alkoholowej — próba indywidualizacji przyczyn alkoholizmu, Próba charakterystyki typowych trudności w małżeństwie AA, Prezentacja postaw małżonek w okresie abstynencji partnera (próba syntezy) czy Kształtowanie się nowego modelu stosunków towarzyskich rodziny AA.


Oczywiście jest on aż groteskowy i łatwo stwierdzić, że te czasy dawno minęły, ale…


Od 1935 roku Anonimowi Alkoholicy dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program Dwunastu Kroków AA. W roku 1998 (abstynencję utrzymuję od stycznia 1999) zupełnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Były to lata, kilka następnych zresztą też, w których wydawało nam się, że Wspólnota AA = mityng AA i nic więcej. Dwanaście Kroków było rytualnie odczytywane na początku każdego takiego spotkania i wydawało się, że o to właśnie chodzi, że to jest wszystko co trzeba, należy i wystarczy robić: uczestniczyć w mityngach, słuchać/czytać tekst Kroków oraz Tradycji AA, ale przede wszystkim opowiadać, co się takiego w życiu wydarzyło od poprzedniego spotkania (mityngu). Anonimowi Alkoholicy mieli chyba być czymś w rodzaju poterapeutycznej grupy wsparcia połączonej z klubem abstynenta. Psychoterapeuci przekonywali nas, że każda terapia się kiedyś kończy, a Wspólnota AA zostanie nam do końca życia, jako element absolutnie niezbędny, bo jako uzależnieni, jesteśmy co najwyżej trzeźwiejącymi alkoholikami, że nie wytrzeźwiejemy w pełni nigdy — z założenia, więc też jakiejś formy wsparcia będziemy potrzebowali zawsze. Co do tego też mam pewne wątpliwości, ale o tym może innym razem.


Ówcześni uczestnicy AA nie uważali mityngów za czynnik niezbędny do zachowania trzeźwości. Były on po prostu pożądane. Za to poranne skupienie i modlitwa były do tego konieczne.


Stwierdzenie to, z którego wynika wyraźnie, że mityngi nie są sprawą najważniejszą, i na pewno nie jedyną w ofercie AA, nadal w wielu grupach wywołuje szok i protesty.

Do roku 2018 we wszystkich polskich wydaniach Wielkiej Księgi (oficjalnie było ich trzy, faktycznie — więcej), to jest książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, pod dyktando przekonań psychoterapeutów, określenie „wytrzeźwieliśmy” anonimowi alkoholicy zajmujący się tłumaczeniami pracowicie i metodycznie zamieniali na „trzeźwieliśmy”, „trzeźwy” na „trzeźwiejący” itd. Podobnych ingerencji w nasz tekst było znacznie więcej.


Latem 1998 roku trafiłem na swój pierwszy mityng. Zgodnie ze stanowczym poleceniem psychoterapeutki z opolskiej poradni odwykowej (nadal jestem jej za to wdzięczny) zacząłem regularnie uczęszczać na spotkania, zwane u nas mityngami, wspólnoty, która Wspólnotą Anonimowych Alkoholików była wtedy chyba jedynie z nazwy. Oczywiście wówczas zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale zalecono, więc chodziłem. Właściwie nawet bez większych oporów. Od tego momentu minęło dwadzieścia lat.


Wydaje mi się, że większość ludzi, trafiających do nowego, zupełnie dotąd nieznanego środowiska, stara się je poznać, zrozumieć i dostosować — mniej lub bardziej. Tak było i ze mną w latach 1998—2000. Słuchałem uważnie, uczyłem się, starałem się naśladować. Pod koniec tego okresu coraz więcej zasłyszanych informacji uznawałem za… wolałbym nie używać określenia kompletne bzdury, więc niech będzie, że były to przekonania mało sensowne, nie oparte na faktach i rzeczywistości, jakieś dziwne przekonania najczęściej bezrefleksyjnie powtarzane, wypowiedzi, z których kompletnie nic nie wynikało i które nie miały żadnego odzwierciedlenia w literaturze, a więc w doświadczeniach Wspólnoty AA na świecie. Oto kilka z nich:


Ile picia, tyle trzeźwienia.

Jeden Krok — jeden rok.

Mityngi są najważniejsze.

Nie dokonuj istotnych zmian w życiu podczas pierwszego roku trzeźwienia.

We Wspólnocie AA nie ma autorytetów.

Wspólnota AA jest nie tylko dla alkoholików.

Podczas mityngów nie należy używać słów „my”, „wy”, „się”.


Zmyślam? Źle pamiętam? To tylko w moim mieście były takie cudactwa? Niestety nie. Powyższe stwierdzenia pochodzą z książeczki, broszury „Prawdy i zasady Wspólnoty Anonimowych Alkoholików” (ISBN 83-86636-00-9), która to pozycja została oficjalnie zaaprobowana i zaakceptowana do druku przez Służbę Krajową Wspólnoty AA w Polsce; roku publikacji tego dzieła niestety nie znalazłem.


W tych całych „Prawdach i zasadach” oprócz zupełnie nieprawdziwych i szkodliwych, jak wyżej, były też stwierdzenia „tylko” wątpliwe i problematyczne, np. Alkoholik to ktoś, kto sam się tak nazwał (a ci, co się tak nie nazwali, to alkoholikami na pewno nie są?). AA-owcy dzielą się na studentów i profesorów. Profesorami są ci, którzy mają wpadki (a to co takiego?). Bądź łagodny dla siebie (w jakim zakresie, jak długo?). Bezalkoholowe piwo i szampan są tak samo niebezpieczne jak pierwszy kieliszek (nie, chyba jednak nie tak samo).


Tak to było… Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że w większości grup Anonimowych Alkoholików w Polsce takie właśnie lub podobne przekonania panują nadal.


Ta książka jest wysoce subiektywną opowieścią o dwudziestu latach, jakie spędziłem we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików, co najprawdopodobniej uratowało mi życie. W krótkich rozdziałach, przypominających obrazki, migawki (niektóre zawarłem w książce „Alkoholizm zobowiązuje”), starałem się zaprezentować zmiany, jakie następowały we mnie, ale jeszcze bardziej Wspólnotę AA w Polsce, choć głównie w Opolu, i jej ewolucję — tak, jak ja ją postrzegam i rozumiem. Powtórzę, bo to bardzo ważne — to są jedynie moje osobiste, prywatne zupełnie przekonania, poglądy, wnioski, przeżycia i doświadczenia. Anonimowy alkoholik, uczestnik mityngów AA innej grupy, w innym mieście, może je mieć zupełnie odmienne, co nie znaczy, że nieprawdziwe albo lepsze czy gorsze. Jednak przede wszystkim jest to książka o tym, że istnieje skuteczne rozwiązanie problemu alkoholizmu. Być może nie jest ono dostępne na każdej grupie AA w Polsce, ale może kiedyś… Wreszcie o rozwoju duchowym, który jest, a przynajmniej na pewno może być, nieskończony.


W środowisku Anonimowych Alkoholików często można usłyszeć określenie skazani na rozwój. Zwykle doceniam jego głęboki sens i znaczenie, jednak tym razem zastanawiam się na innym nieco wyrokiem i dożywociem.

Uczyli mnie, jak być grzecznym dzieckiem, spokojnym dzieckiem, cichym dzieckiem, nie sprawiać kłopotów i nikomu nie przeszkadzać. Uczyli mnie, jak być dobrym uczniem, jak szanować dorosłych, starszych, panią nauczycielkę, panią dentystkę, gospodarza domu i ciocię z Widawy. Nauczyli mnie, jak zdobywać przyjaźń ludzi na stanowiskach, takich, którzy dużo mogą, a przynajmniej, jak żyć z nimi w zgodzie. Tylko dlaczego nikt mnie nie nauczył, jak żyć w przyjaźni i zgodzie z samym sobą?! Przecież tylko na siebie jestem skazany naprawdę dożywotnio…


Podczas mityngu spikerskiego, którego bohaterką była Sydney z Oregonu, wiele razy pytano ją, jak coś tam wygląda w AA w Ameryce. Uparcie odpowiadała, że nie wie, jak wygląda Wspólnota AA w Stanach Zjednoczonych, doświadczenia ma z Oregonu oraz może trochę z Kalifornii, bo tam bywała. Wtedy zorientowałem się, że i ja nie mógłbym twierdzić, że wiem dobrze, jak działają Anonimowi Alkoholicy w Polsce; tu jest pewnie ze 2400 grup, a ja mam pojęcie może o kilkudziesięciu. Nie mogę już nawet twierdzić z całkowitą pewnością, że wiem, jak działa AA w Opolu — w ostatnich latach miało miejsce naprawdę całe mnóstwo zmian, a ja nie biorę udziału w spotkaniach wszystkich grup w mieście; ostatecznie mogę być pewien funkcjonowania trzech grup w Opolu, bo w ich mityngach (spotkaniach) uczestniczę w miarę regularnie.


Wiele razy słuchałem opowieści alkoholików o tym, jak w ich lokalnym środowisku AA zaczęły się zmiany. I jakoś tak dziwnym trafem bardzo często wychodzi na to, że zmiany te zaczęły się od nich. Dość szybko przestałem się z tego śmiać, bo zrozumiałem, że to jest element ich postrzegania rzeczywistości — z naturalnych zapewne powodów mocno jeszcze egocentryczny. W takim razie nie będę spekulował, kiedy zmiany SIĘ zaczęły, a skoncentruję na tym, kiedy ja sam zacząłem mieć na nie jakiś wpływ. O tym, że głównym problemem alkoholika nie jest alkohol wiedziałem cztery lata przed zaprzestaniem picia. O tym, że we Wspólnocie AA najważniejszy jest Program dowiedziałem się w 1998 roku od pierwszego sponsora (kazała mi go sobie znaleźć psychoterapeutka), jednak z tych informacji nic albo niewiele wynikało wtedy, kiedy do mnie one docierały; zresztą… do połowy stycznia 1999 co pewien czas wracałem do picia, nijak nie potrafiłem utrzymać abstynencji, i na tym byłem skoncentrowany.


Na początku, przez kilka miesięcy, wydawało mi się, że najważniejszym dokumentem Wspólnoty AA jest scenariusz mityngu. Podejrzewałem, że pochodzi on z tajemniczej Wielkiej Księgi, której nie widziałem ani przed prowadzącym spotkanie alkoholikiem, ani u nikogo innego. W codziennym użyciu był scenariusz, kartka, zwykle laminowana, z tekstem Kroków i Tradycji AA, do rytualnego odczytywania w koło oraz „Dwadzieścia cztery godziny” — trzytomowe wydanie Opolskiego Duszpasterstwa Trzeźwości. Myśl przewodnia, medytacje i modlitwa na dany dzień z tej książki były obowiązującym u nas tematem mityngu. Przyznanie się, że któregoś z czytanych tekstów nie rozumiem albo się z nim nie zgadzam świadczyło ewidentnie o nawrocie choroby alkoholowej oraz chęci powrotu do picia.

Literatury Wspólnoty AA nie widziałem dość długo, może z rok, jednak już samo tylko czytanie i rozważanie treści Trzeciej Tradycji AA skłoniło mnie w drugiej połowie roku 2000 do poważnych wątpliwości co do pytań zadawanych nowicjuszom — wtedy jeszcze na porządku dziennym był niecny zwyczaj przyjmowania do Wspólnoty AA (albo i nie), pod warunkiem, że nowy prawidłowo odpowiedział na dwa pytania: Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i masz kłopoty? Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia? Skoro według Trzeciej Tradycji jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia, to dlaczego pytania są dwa, a nie jedno (jedyny warunek)? Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że absolutnie nikt we Wspólnocie AA nie jest upoważniony do stawiania komukolwiek jakichkolwiek pytań i od odpowiedzi na nie uzależniania, czy potrzebujący pomocy człowiek może zostać członkiem Wspólnoty. W każdym razie, zakładając z kolegą nową grupę AA w mieście („Wsparcie”) na przełomie 2000—2001, w jej scenariuszu mieściliśmy jedno tylko pytanie: Czy chcesz przestać pić? Po pewnym czasie, gdy już nieco lepiej zapoznałem się z Tradycjami Wspólnoty, zostało ono zastąpione przez coś w rodzaju pytania/stwierdzenia: Trafiłeś na zamknięty mityng AA, jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć i jeśli chcesz przestać pić, to witamy cię serdecznie we Wspólnocie AA i cieszymy, że jesteś dziś z nami (oklaski). Jeszcze później zniknęło ze scenariusza zupełnie.

W taki sposób proces zmian rozpoczął się w moim rozumieniu, w Opolu. Oczywiście nie dotyczył jeszcze wtedy wszystkich grup w mieście, a na sponsorowanie z prawdziwego zdarzenia przyszło nam poczekać jeszcze znacznie dłużej. Nie jest jednak prawdą, że sponsorowanie nie było znane w środowisku polskich AA-owców 10—15 lat temu. Ależ było! Przypominam, że mnie kazała sobie znaleźć sponsora w AA psychoterapeutka w 1998 roku i na pewno nie mnie pierwszemu ani ostatniemu. Tyle tylko, że do pewnego momentu określenie to oznaczało coś innego niż obecnie.


Oferta Anonimowych Alkoholików zawiera się w kilku punktach:

1. Poznawanie i realizacja w życiu Programu AA z pomocą sponsora,

2. Służby pełnione na różnych szczeblach struktury Wspólnoty AA,

3. Mityngi, to jest spotkania, podczas których można wymienić się doświadczeniami z dwóch pierwszych punktów.


Jeśli jednak pierwszy punkt nie istniał, drugi w zakresie minimalnym i najczęściej też niezgodnie z Tradycjami AA, to i na mityngach poruszaliśmy zupełnie inne tematy — zwykle wypowiedzi uczestników przypominały „rundkę terapeutyczną”, to jest relację klientów grupowej psychoterapii odwykowej z wydarzeń ostatniego tygodnia. W tych warunkach sponsor miał być kolegą, przyjacielem z AA, alkoholikiem z nieco większą niż moja abstynencją, który pomagał mi w pierwszym okresie zrozumieć, co na mityngach się dzieje i dlaczego, miał też być powiernikiem, takim kumplem od rozmów od serca. O tym, że ze sponsorem realizuje się Program AA, że wymaga to specjalnych i regularnych zwykle spotkań, dowiedziałem się dopiero kilka lat po przyłączeniu się do AA.

Na szczęście coraz mniej jest alkoholików w Polsce, którzy uważają, że sponsorowanie jest jakąś nową modą w AA. Takim, jeśli mam okazję, tłumaczę, że kolejność była inna, niż się to im wydaje — najpierw było sponsorowanie, a więc najpierw jeden alkoholik spotykał się z drugim i opierając się na własnym doświadczeniu instruował, co i jak należy zrobić, żeby przestać pić, naprawić relacje z bliskimi, zadośćuczynić za krzywdy, rozpoznać i przestać używać wad charakteru, a ostatecznie stać się przyzwoitym, trzeźwym człowiekiem. Dopiero kiedy takich ludzi było kilkudziesięciu i więcej, zaczęli tworzyć Wspólnotę. Sztandarowa pozycja AA pt. „Anonimowi Alkoholicy” napisana została, gdy rodząca się Wspólnota skupiała 78—83 alkoholików. Na fakt, że spotkania (mityngi) nie były wtedy najważniejsze, zwracałem uwagę już wcześniej.

Mocno żałuję, że słowo mityng (ang. meeting) nie zostało przełożone na język polski w początkach istnienia Wspólnoty w Polsce. Być może, gdyby było to po prostu spotkanie zorganizowane po to, żeby pogadać o tym jak wytrzeźwieć, jak rozwiązać wspólny problem alkoholizmu, nie stałoby się ono bardzo szybko pojęciem oznaczającym jakiś specjalny obrzęd, rytuał, z drobiazgowo opracowanym scenariuszem. Pamiętam czas, w którym wypadało, żeby ktoś na mityngu powiedział: nie wiem, jak to działa, ale działa.


Rytuały to powtarzające się wymiany następujące w określonym i przewidywanym porządku. Transakcje bez niespodzianek. Stosuje się je, by osiągnąć fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Często sami sądzimy, że go potrzebujemy, a inni usilnie próbują nas o tym przekonać.


Spotkania, mityngi AA, pomagają alkoholikom utrzymać abstynencję, to prawda, a jak to się dzieje, jak to działa? Alkoholizm to także choroba emocji, z zaburzonymi emocjami łatwiej sobie radzić mówiąc o nich, opowiadając, relacjonując. Jeśli pracodawca mnie oszukał i jestem wściekły, ale na mityngu opowiem o tym, wyrzygam całą tą swoją złość, żal, poczucie krzywdy itp., a na dokładkę usłyszę podobne relacje innych, to jest spora szansa, że uspokoję się na tyle, żeby rozhuśtanych emocji nie musieć sobie regulować alkoholem. Tyle tylko, że jest to rozwiązanie tylko na chwilę; krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów. Trochę przypomina mi to tabletkę od bólu zęba. Połknąłem — przestało boleć, o to zresztą chodziło. Jeśli przyjąłem ten lek, żeby wytrzymać jakoś noc, a rano idę do dentysty, to wszystko w porządku, ale jeżeli następnego dnia do dentysty się nie wybieram, bo po co, przecież już nie boli, to coś tu chyba nie jest w porządku z moim myśleniem. Tak właśnie działają same tylko mityngi AA: pomagają utrzymać abstynencję, ale — zmniejszając doraźnie poziom cierpienia — utrudniają alkoholikowi (na szczęście nie każdemu, nie zawsze) realne wytrzeźwienie. Dopóki mocno cierpimy, jesteśmy zdeterminowani i gotowi podjąć konkretne, choć trudne działania, ale jeśli cierpieć przestajemy, nasz zapał do ciężkiej pracy wyraźnie maleje. Przecież następny mityng już za tydzień, za kilka dni, tyle to zawsze jakoś się wytrzyma. I tak życie płynie od mityngu do mityngu.


W środowisku AA, na mityngach, często można usłyszeć wspomnienia z pierwszych takich spotkań w życiu i o zaskoczeniu, bo wydawało się, że obecni jakimś cudem mówią o naszym życiu — zupełnie nas nie znając. Ma to dowodzić, jak bardzo jesteśmy podobni albo nawet tacy sami. Swojej historii z cudzych ust nie słyszałem długo, może lata. I nie dlatego, żebym koncentrował się na różnicach (w AA bardzo dobitnie zaleca się nowym, żeby szukali podobieństw, a nie różnic — to szczególnie dobra sugestia). Kiedy wreszcie ktoś opowiedział moją historię, to był to fragment spikerki alkoholika, który opowiadał o procesie trzeźwienia, powrotu do zdrowia — z tym się identyfikowałem, bo z relacjami z czasów picia, to dość długo nie. A kiedy byłem w AA lat kilkanaście, pierwszy i jedyny dotąd raz usłyszałem opowieść o życiu przed piciem, bardzo podobną do mojej, wręcz niepokojąco podobną, przynajmniej w pewnych fragmentach.

Fragmenty historii Gorana

— Oż kurwa jego mać jebana! Pierdolony hipis w jednostce! — wrzask na moment zagłuszył wszystkie inne odgłosy typowe dla wojskowej jednostki. Goran znał takie albo i gorsze jeszcze określenia. Ależ oczywiście! Często zresztą sam ich używał. Jeśli tym razem dał się zaskoczyć, to powodem był raczej czas, miejsce i okoliczności. Plugawe wulgaryzmy, ordynarne wyzwiska, były, i zapewne są nadal, najzupełniej normalnym składnikiem języka dorastających chłopców, ale właśnie… języka podwórek, szkolnych przerw, boisk, basenów, dyskotek. Tak nie mówiło się w domu, podczas lekcji albo wykładu, w biurach i urzędach. Jednak tym razem dzikie wrzaski rozlegały się na placu apelowym jednostki wojskowej, na którym obecnych było co najmniej kilkadziesiąt osób dorosłych, wielu po czterdziestce, a histerycznie wydzierał się na całe gardło sierżant-szef — korpulentny mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki. Wszyscy ci ludzie byli w miejscu publicznym, w miejscu swojej pracy! Kilkadziesiąt metrów od ruchliwej ulicy. To było szokujące i… krępujące.

/…/

Goran dostał powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej prawie tydzień po terminie oficjalnego poboru wiosennego, ale o tym dowiedział się dopiero na wartowni, kiedy stawił się w jednostce. Tam właśnie okazało się, że jego drużyna i kompania służy już od kilku dni. Domyślał się, że był to wynik interwencji ojca, szefa gliniarzy w mieście, ale nie był z tego zdarzenia zadowolony. Niby zaoszczędził kilka dni, które mógł dzięki temu spędzić z ciężarną żoną, ale z drugiej strony czekały go typowe kłopoty nowicjusza w grupie, która już parę dni spędziła razem, wśród młodych mężczyzn, którzy zdążyli się już choć trochę poznać. Problemem było poza tym imię, ale do tego zdążył przywyknąć oraz wiek — Goran miał już dwadzieścia dwa lata podczas gdy większość, także kaprali, po osiemnaście-dziewiętnaście. Momentami czuł się w jednostce jak dorosły facet wśród gówniarzy, a do tego gówniarzy, którzy mieli nad nim nieomalże nieograniczoną władzę. W każdym razie pierwszy dzień z założenia dwuletniej służby Gorana w jednostce Wojsk Ochrony Pogranicza, w mieście przemysłowym średniej wielkości na śląsku, nie wróżył przyjemnego ciągu dalszego.

/…/

Urodzony w drugiej połowie dwudziestego wieku Goran przynajmniej przez pół życia miał do swoich rodziców całe mnóstwo pretensji i żalów, choćby o imię i nazwisko. Imię — niby miało być południowosłowiańskie, i może było, ale dla niego oznaczało wówczas jakąś wyjątkowość, dziwactwo. To nie były jeszcze czasy Andżelik i Armandów, i Goran wolałby mieć na imię normalnie — Marek, Wacek, Zbyszek albo Jurek. Jakieś manifestacje słowiańskości rodziców — żeby ich nikt nie pomylił ze Ślązakami, mieszkającymi wokół — to nie była sprawa Gorana, nie jego kompleksy i urazy.

O nazwisko — dziadek, ojciec ojca Gorana, pochodził z ZSRR, obecnie jest to miasteczko na Litwie, więc rodzina nosiła nazwisko ewidentnie niepolskie, trudne do wymówienia i zapamiętania. Dziadek pochodził z innego kraju, więc jego jeszcze można było jakoś tam zrozumieć, ale dlaczego rodzice nie zmienili nazwiska, na przykład przy ślubie, co jest przecież banalnie proste, Goran zupełnie nie rozumiał. Tym bardziej, że tymi swoimi decyzjami bezrefleksyjnie narazili go na przezwiska i niewybredne żarty rówieśników. A dzieci bywają niesamowicie okrutne. Pojęć takich jak przywiązanie do tradycji, czy nasze rodowe nazwisko, jakoś nigdy w pełni nie rozumiał. Nazwisko było czymś w rodzaju identyfikatora, jak numer telefonu na przykład — jeśli okazywało się niewygodne, to przecież można je było zmienić.

W dzieciństwie Goran nienawidził swojej młodszej siostry. Właściwie, choć od tego dzieciństwa minęły dziesięciolecia, choć od dawna rozumiał, co, jak i dlaczego działo się wtedy w ich rodzinie, to i tak relacje z siostrą uważał za trudne. Trochę tego żałował, może nawet bardziej niż trochę, ale jeśli bliskość, więź, zrozumienie, może miłość, nie urodziły się między nimi przez tyle lat, to już raczej nie liczył na cud.

Pozostali dziadkowie Gorana, poza tym Litwinem, wywodzili się z średniozamożnego ziemiaństwa i mieszczaństwa. Dzięki temu jego rodzice byli niewątpliwie ludźmi z towarzystwa, którzy mieli swoje zasady i zawsze wiedzieli, jak się właściwie zachować. Byli też pewni ponad wszelką wątpliwość, że kindersztuba, savoir-vivre, bon ton, są w życiu ważne, może nawet fundamentalnie. Starali się więc — głównie ojciec i matka, ale trochę też i dziadkowie — nauczyć Gorana tego wszystkiego, choć wiele zasad i reguł w peerelowskiej Polsce trąciło myszką już w chwili, w której mu je wpajano. Właściwie tylko jemu, bo o cztery lata młodszą siostrę, Jankę, nauka ta objęła jakoś w znacznie mniejszym stopniu. Może do matki (ojciec już nie żył) w końcu jakoś wreszcie dotarło, że czasy się zmieniają. A może, bez wspierającego ją męża, straciła zapał pedagogiczny.

Elementem tej tresury była umiejętność specjalnego traktowania kobiet. Wspieranie, pomaganie, ustępowanie miejsca, dbanie, zabieganie, staranie by dobrze się czuły, żeby nieustannie były zadowolone. Setki drobiazgów, jak choćby to, że po schodach w górę kobieta idzie pierwsza, ale w dół — mężczyzna. Kobietę przepuszczać należy w drzwiach, chyba, że chodzi o nieznaną obojgu restaurację, czy nocny lokal, w którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Mężczyzna… Kobieta… To, że mężczyzna (Goran) miał wtedy lat dziesięć, a kobieta (Janka, siostra) sześć, niczego nie zmieniało. Bo wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie… Mężczyzna powinien, zdaje się, być dżentelmenem — tylko gdzie, w PRL?

Narzucane zasady dobrego wychowania rodziły w chłopcu bunt (choć niektóre reguły bardzo dobrze sprawdziły mu się w dorosłym życiu, przydały się), jednak to specjalne traktowanie kobiet budziło także poczucie, niższej wartości. Bo nie ulegało przecież wątpliwości, że — jako chłopiec, mężczyzna — Goran jest kimś gorszym. No, skoro całe życie, nieustannie, miał jakiejś kobiecie dobrze służyć… Budziło to wyraźną niechęć, a nawet złość wobec Janki. Już jako dwudziestolatek rozumiał, że to nie była jej wina, że odpowiedzialność spada na rodziców, a matkę w szczególności. Janka po prostu była dzieckiem, które z naturalnym dziecięcym sprytem nauczyło się korzystać z okazji stworzonej przez dorosłych, przez jej rodziców. A ci wiele razy ewidentnie przesadzali — karanie syna w związku ze skargą córki: Goran mnie źle traktuje, bez jakichkolwiek prób wyjaśnienia i zrozumienia, o co dzieciakom poszło, nadal nie mieściło mu się w żadnych zdroworozsądkowych granicach. Uważał, że to nie jest sprawiedliwe.

Wiele zrozumiał, wybaczył, zapomniał, ale… w przypadku Janki padło chyba na grunt zbyt podatny. Infantylność oraz roszczeniową postawę tolerować można, ale i tego nie był taki pewien, u małych dzieci, natomiast w przypadku czterdziestoparoletniej kobiety jest to, delikatnie mówiąc, trudne. I wygląda na to, że takie było nie tylko dla Gorana — trzecie małżeństwo Janki właśnie dobiegało końca, a ona sama nadal grała rolę ofiary.

Ale pal diabli Jankę! To jej życie, jej problem. Czasem tylko zastanawiał się nad sobą, nad swoimi relacjami z dziesiątkami kobiet. Kontaktów intymnych miał w sumie niewiele. Większość z tych znajomości miała charakter platoniczny, przyjacielski. Tylko, że chyba nie zawsze o takie koleżeństwo mu chodziło. Kiedy ostatnio Goran pochwalił się koledze, że poznał nową dziewczynę, z którą wyraźnie łączy go pokrewieństwo duchowe, z którą fantastycznie się rozmawia, i pewnie zostaną dobrymi znajomymi, jeśli nie przyjaciółmi, Sebastian odparł ze współczującą miną: no tak… a bzykał znowu będzie ktoś inny. Goran znienawidził go za to.

Z ojcem to była trudna sprawa, czasem Goran był z niego dumny, a czasem się wstydził. Ojciec był milicjantem, służył w MO i samo to stawiało często Gorana na przegranej pozycji. Gdy rówieśnicy chcieli mu dokuczyć, zawsze zarzucali mu, że donosi ojcu o ich wybrykach, w związku z czym oni sami lub ich rodzice mieli później jakieś problemy. To nigdy nie było prawdą. Nie było też prawdą, że Goran „nadał” ojcu jakiegoś nieznanego mu faceta z sąsiedniego bloku, który w swoim garażu naprawiał Trabanty. Goran nie odróżniał Trabanta od Wartburga albo Zaporożca, a pracującego na czarno mechanika zupełnie nie znał, nie poznałby go na ulicy, guzik go to wszystko obchodziło.

Ale z drugiej strony… ojciec był lokalnym bohaterem, zginął ratując życie jakimś obcym ludziom. Wielu dorosłych, przy różnych okazjach, mówiło Goranowi, że jego ojciec był wspaniałym człowiekiem i chłopak powinien być z niego dumny. Więc był… czasami.


Oczywiście nie każdy fakt z jego życia pokrywał się z moim — nie mam siostry, mój ojciec przeżył matkę o kilkanaście lat — tym niemniej i tak było to dla mnie przeżycie… trudne, i dziwnie się czułem słuchając. Bańka prysła kiedy zaczął mówić o piciu, to już nie był mój model picia i nie w tym samym wieku się uzależniliśmy.

Rzecz jasna zawsze wspólne we wszystkich tych opowieściach były elementy takie jak: spektakularne nadużywanie alkoholu, picie szkodliwe, ryzykowne, nawet destrukcyjne, przerażające konsekwencje picia, które niczego nas nie uczyły, narastające problemy w rodzinie i w pracy zawodowej, a z takich bardziej psychicznych albo duchowych, to była samotność i przekonanie, że nikt nas nie rozumie, bo z jakiegoś powodu jesteśmy inni.

Bóg w Programie AA?

Starzy alkoholicy powiadają, że swój swego zawsze pozna i nie chodzi tutaj o zataczanie się, czerwony nos i przekrwione oczy, nie, nie, ta zdolność do rozpoznawania się dotyczy także alkoholików nie pijących już od wielu, wielu lat. Ja też już zauważyłem, że czasami w kontakcie z drugim człowiekiem widać, słychać i czuć, jak gdyby wspólną nam obu ciemność, pewien smutek i lęk, które, choćby nieuświadomione, gdzieś tam w głębi zawsze jednak są obecne. Najczęściej jednak ten… mrok, czy cień duszy dostrzegałem po prostu patrząc w lustro.

Podczas psychoterapii odwykowej uczyli, że po odstawieniu alkoholu w moim umyśle pozostała wielka czarna dziura, otchłań, która — nie wypełniona w umiejętny sposób — może znów mnie pochłonąć. Wydawało mi się, że jej zasypanie będzie stosunkowo łatwe: odbudowa więzi rodzinnych, praca zawodowa, jakieś hobby, a nawet pasja, wreszcie pomoc udzielana bezinteresownie innym w ramach Dwunastego Kroku, albo i ze zwykłej ludzkiej życzliwości. I to faktycznie działa, ale nigdy jednak nie do końca, nigdy nie w stu procentach.


Moje picie zawsze miało charakter ucieczkowy. Czasem uciekałem „do”, ale jednak głównie i przede wszystkim „od”. Pracując nad Krokami Czwartym i Piątym odkryłem istotę swoich błędów, którą zawsze był lęk, strach (przerażenie, niepokój, nieśmiałość, trwoga, obawa, itd.), ale nie o definicje czy wyliczenia teraz mi chodzi. Lęk przed odrzuceniem, albo strach przed ośmieszeniem, był bardzo często głównym, a nawet podstawowym motorem mojego działania. Wpływał na moje zachowanie, podejmowane decyzje i wybory życiowe, choć całymi latami zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. To od takich właśnie stanów emocjonalnych uciekałem do butelki, ale czy tylko od takich?

Kiedy w końcu jakoś dobrnąłem do Kroku Jedenastego, musiałem już bardzo poważnie zająć się tematami związanymi z Bogiem i wiarą. Tak, Bogiem i wiarą, bo na przykład religia, wyznanie czy kościół nie mają tu nic do rzeczy. W każdym razie, jako człowiek z pewnymi pretensjami do trzeźwości i zdroworozsądkowego (mam nadzieję!) myślenia uznałem, że podejście: w coś wierzę, ale sam nie wiem, w co, jest na dłuższą metę nie do przyjęcia, a to z kolei prowadziło w sposób nieuchronny do pytań o sens życia i istotę śmierci, o nieśmiertelność i warunki zbawienia.


Urodziłem się — jak każda istota żyjąca — skazany na śmierć. Przez wiele lat mogłem ten fakt ignorować, ale przecież nie w nieskończoność. Świadomość takiego właśnie wyroku i nieuchronności przeznaczenia, również rodzi lęk, który też kładzie się cieniem na duszy. Zagłuszałem go książkami, filmami, muzyką, alkoholem, uciekałem od niego w pracę po kilkanaście godzin na dobę, w romanse, zakupy… W końcu zdałem sobie sprawę, dzięki Programowi AA, że jedynym lekarstwem na ten rodzaj lęku jest wiara. Tylko prawdziwa wiara skutecznie leczy ból egzystencji. Wiara, która nie jest nagłym porywem uczuć, sentymentem, egzaltacją, wzruszeniem. Wiara, która nie wynika z żadnej wiedzy, ani nawet z żadnego doświadczenia, bo przecież najpiękniej kwitnący kwiat, nie jest jednak dowodem na istnienie Boga… ani gwarancją mojego zbawienia.

Jak zdobyć, uzyskać, taką wiarę? Boga poznać można tylko rozumem (św. Augustyn) i to jest oczywiste, bo i czym niby — zmysłem węchu? Jasne jest też, że nie można uwierzyć wbrew woli, jednak warto zdawać sobie sprawę i zrozumieć, że odwrotnie niestety się nie da: silna czy wolna wola człowieka nie wystarcza, aby wiarę zyskać.

Starożytni Grecy wierzyli w bogów, z którymi układali się i pertraktowali, z którymi zawierali umowy, wiążące później obie strony. Ale czy w coś takiego mógłby wierzyć chrześcijanin? I pozostać chrześcijaninem?

Tak więc nie ulega wątpliwości, że wiara, której pragnę, jest darem Boga, dziełem Jego łaski i nie ma żadnej możliwości, bym posiadł ją sam, jakimiś sposobami czy metodami dostępnymi człowiekowi. Łaska boska, wiara i wreszcie zbawienie, nie należą mi się za coś, nie są elementami żadnego paktu zawartego z Bogiem, żadnej transakcji, która określałby, że za odpowiednią liczbę dobrych uczynków, za praktykowanie cnót, miłosierdzia i pokory, wiara i zbawienie mi się należą. Wiara nie jest wartością, którą mógłbym od Boga uzyskać w zamian za określone zasługi. Bóg jest przecież całkowicie suwerenny i żaden śmiertelnik nie może Go do niczego zmusić czy zobowiązać, takim czy innym swoim postępowaniem.


Krok Jedenasty nie dotyczy już zmiany postępowania (działania, zachowania); to było treścią i istotą poprzednich dziesięciu Kroków. Krok Jedenasty jest szansą na korektę intencji, ale to przekracza już moje możliwości. Tutaj to ja się mogę tylko modlić bardzo krótką, choć niekończącą się modlitwą, która w pewnych warunkach może być też wprowadzeniem do medytacji i którą w Kroku Jedenasty praktykuję: daj nam Panie łaskę wiary, daj nam Panie łaskę wiary, daj nam Panie łaskę wiary…


Anonimowi Alkoholicy w moim mieście czasem sugerują nowicjuszom: rób tak, jakbyś… działaj tak, jakbyś… Jakbyś ufał, jakbyś był przekonany, jakbyś już wiedział, doświadczył. Realizacja Programu AA wymaga weryfikacji wielu starych przekonań, a także — w początkowym okresie bardzo często — działania wbrew sobie. Podobnie jest z wiarą. Na początku jedynie postanawiamy uwierzyć, jesteśmy albo tylko bardzo powoli stajemy się gotowi uwierzyć.

Dawno temu upierałem się, że muszę najpierw uwierzyć, żebym w ogóle jakoś zaczął się modlić, ale wreszcie zrozumiałem, doświadczyłem, że jest odwrotnie i dlatego swoim podopiecznym proponuję, żeby zaczęli się modlić, żeby mieć szansę na łaskę wiary.

MY we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików

Przyznaliśmy, uwierzyliśmy, postanowiliśmy, zrobiliśmy… Stwierdzeń takich oraz podobnych wiele jest w Programie Dwunastu Kroków oraz w naszej, to jest AA-owskiej, literaturze. Kiedy czytelnik już się z tą formą oswoi, co zresztą zwykle nie trwa długo i nie stanowi też jakiegoś wielkiego problemu, przestaje je zauważać, zastanawiać się, pytać, dociekać, kogo one dotyczą? Tylko ich, czy może już i mnie także? O grupach AA, w których obowiązuje zakaz używania zaimka „my” nie ma już chyba sensu wspominać.


To, że oni, weterani sprzed kilkudziesięciu lat, przyznali, uwierzyli i zrobili, jest oczywiste i ja im wierzę. W zdecydowanej większości przypadków i ja, na swój własny użytek, zrozumiałem, postanowiłem, przyznałem itd. Teraz pytanie dotyczy następnego etapu: czy jeszcze tylko oni i ja, czy może już… my? A jeżeli my, to na ile? Bo, chociaż idziemy w tę samą stronę, to nasze przeżycia i doświadczenia są i pozostaną różne…


W starych scenariuszach mityngów (spotkań Anonimowych Alkoholików) były słowa: tak powstaje skarbiec mądrości AA, wspólnota ducha… Czy z tego skarbca tylko biorę? Czy może także coś wartościowego dokładam? Czy jest to już nasz wspólny skarbiec?


Uważam, że wspólnota, jakakolwiek, więc i Wspólnota AA, zaczyna się na poważnie dopiero wtedy, kiedy nie tylko w wypowiadanych słowach, ale i w myśleniu „ja” zostaje zastąpione przez „my”.

Źródła samozadowolenia. Jestem trzeźwy i co dalej?

Ktoś rzucił temat: Samozadowolenie. Jestem trzeźwy i co dalej? i pierwsze, co przyszło mi do głowy, to zdumienie — jak wielkie zmiany zaszły we Wspólnocie AA w Polsce (nie całej) w ostatnich latach. Kiedy trafiłem na swój pierwszy mityng, i długo później, żaden z alkoholików nie odważyłby się głośno powiedzieć wytrzeźwiałem. Zalecaną, wskazaną i dobrze widzianą formą było — trzeźwieję i wiadomo było, że całe to trzeźwienie nigdy, z samego założenia, wręcz nie może zakończyć się — wytrzeźwieniem, bo tak nas nauczyli psychoterapeuci. Deklaracja typu jestem trzeźwy, ponad wszelką wątpliwość świadczyła o nawrocie choroby alkoholowej i po prostu wyraźnej chęci napicia się; co do tego nie było najmniejszej wątpliwości.

Przypominam też sobie, że kiedy podczas mityngu AA powiedziałem o sobie, że jestem trzeźwy, że w chwili obecnej alkohol nie stanowi problemu w moim życiu, kilku weteranów chciało mnie wyprosić z sali twierdząc, że Wspólnota AA jest właśnie dla tych i tylko dla tych, którzy z alkoholem problem mają i którzy trzeźwieją, ale nigdy nie wytrzeźwieją, nigdy nie będą trzeźwi.

Ano, czasy się zmieniają… na szczęście. I chociaż Anonimowi Alkoholicy w Polsce są równie otwarci i gotowi na dynamiczne zmiany, jak Kościół katolicki, to jednak pewien postęp widać także i u nas — chodzi tylko o to, żeby patrzeć z wystarczająco odległej perspektywy, na co Kościół pewnie może sobie pozwolić, ale pojedynczy alkoholik, raczej nie.


Ale wracając do tematu — w pewnym momencie trzeźwy już byłem mniej czy bardziej, w każdym razie stwierdziłem, że mijają miesiące i lata, a ja nie piję. Satysfakcji i samozadowolenia wynikającego z faktu, że ja, alkoholik, nie upijam się notorycznie do nieprzytomności, nie starczyło mi, jak pamiętam, na zbyt długo. Trochę to przypominało bolący ząb i wizytę u dentysty. Boli, boli, boli, boli, wreszcie przełamuję strach, idę do stomatologa, wyrywanie zęba boli jeszcze bardziej, ale już krótko i… ulga. A następnego dnia, wprawdzie gęba jeszcze opuchnięta, ale bolącego zęba już nie ma, więc nastrój świetny, wręcz euforyczny. Tylko ile dni, tygodni, czy miesięcy można się cieszyć o poranku z braku bolącego zęba?


Samozadowolenie wynikające z abstynencji trwało zdecydowanie dłużej, niż to zwykle bywa po wizycie u dentysty, ale też niestety kiedyś się skończyło. Do pewnego momentu udawało mi się, zresztą nawet dość skutecznie, przeciągać ten stan dzięki mityngom AA. W mityngowej salce przypominałem sobie, albo ktoś przypominał mi swoją wypowiedzią, jakiś wyjątkowo koszmarny kawałek mojego życiorysu, jakieś szczególnie paskudne wydarzenie z czasów picia i… ulga, samozadowolenie, spokój, pogoda ducha, dobry nastrój — no, przecież nie piję! Jest lepiej niż wówczas, w okresie destrukcyjnego picia.


Nie pamiętam dokładnie, kiedy minęło mi samozadowolenie wynikające z niepicia. Może było to wtedy, gdy usłyszałem od jednego z naszych weteranów, że kiedyś był s… synem pijanym, a później, i to dość długo, s… synem trzeźwym? A może trwało do czasu, gdy w jednej z naszych książek („Doktor Bob i dobrzy weterani”) przeczytałem, że pierwsi weterani nie opowiadali na mityngach o swoim piciu. Nie było takiej potrzeby. Sponsor znał wszystkie szczegóły. Uważali, że pijackie ekscesy to wyłącznie ich sprawa. Poza tym umieli już przecież pić. Za to osiągnięcia oraz utrzymania trzeźwości musieli się dopiero nauczyć.

Tak czy inaczej, kiedyś w końcu zrozumiałem, że całymi latami poprawiałem sobie nastrój, polepszałem samopoczucie, zapewniałem ulgę, pijąc alkohol, a teraz robię tak naprawdę coś bardzo podobnego, to jest nadal reguluję swoje uczucia w sposób niezbyt naturalny tyle, że zamiast wódki używam do tego celu mityngu AA.

Pewnie wtedy to właśnie, powolutku i z wielkimi oporami, zaczęło docierać do mojej świadomości, że ja się zwyczajnie pomyliłem, że zupełnie błędnie, i w sposób dla siebie wysoce niebezpieczny założyłem, że Anonimowi Alkoholicy = tylko mityng AA. Do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy, że siłą Anonimowych Alkoholików i nadzieją dla ludzi uzależnionych, jest Program 12 Kroków AA, a nie częste chadzanie po mityngach, manipulowanie tam swoimi uczuciami, rozładowywanie emocji, poprawianie sobie nastroju, ładowanie akumulatorów.


Minęło jeszcze kilka lat, zanim przyznałem i uznałem, że choroba alkoholowa, uzależnienie, alkoholizm, nie usprawiedliwia — alkoholizm zobowiązuje. Że trzeźwość jest stanem naturalnym, a nie powodem do nieustannego świętowania, czy wielkiej dumy. A czym jest? Powiedziałbym, że jest podstawą, punktem wyjścia do tego, bym swoje życiowe role realizował w sposób właściwy. Jeżeli będę dobrym — w najszerszym znaczeniu tego słowa — mężem, ojcem, synem, przyjacielem, sąsiadem, pracownikiem, podwładnym, szefem itd., to niewątpliwie będę miał uzasadnioną podstawę i powód do satysfakcji. Samo niepicie mi ich jeszcze nie zapewni. Choć czasem miałbym ochotę dodać — niestety…


Najpierw rzeczy najważniejsze, podpowiadają Anonimowi Alkoholicy, a ja czasem tylko zastanawiam się, dlaczego na liście spraw ważnych, po punkcie pierwszym, w którym jest abstynencja (i bardzo dobrze!), trudno odnaleźć coś więcej, coś jeszcze. Co z pozycjami numer dwa, trzy, siedem? Czy je znam, czy już rozpoznałem, czy potrafię je wymienić? Bo jeśli nie, to może okazać się, że pomimo kolejnych lat abstynencji nadal i nieustannie koncentruję się tylko na problemie, zamiast na rozwiązaniu. Oczywiście, alkoholizm jest uznawany za chorobę trwałą, ale czy moje codzienne utrzymywanie abstynencji jest aż tak wielkim problemem i wyzwaniem, żeby zwycięstwo nad nim trzeba było triumfalnie ogłaszać na każdym mityngu AA? Chełpienie się i popisywanie zwycięstwem nad dawno już pokonanym przeciwnikiem, nie świadczy dobrze o mnie. I czy nie jest prawdą, że nieustannie spoglądając wstecz, nigdy nie stanę się gotowy na żadne nowe wyzwania, na to, co jeszcze przede mną? Czy abstynencja i kolejne rocznice miałyby być jedyną wartością w moim życiu, jedynym jego sensem?

Sponsor — granice zobowiązań

Coś tam zaczął mówić o pomocy i umiejętności proszenia o nią, i tym chyba uśpił moją czujność, bo nie zareagowałem dostatecznie szybko, czyli nie kazałem mu zamilknąć, kiedy zaczął opowiadać o pomocy, jakiej udzielili mu jacyś starzy kumple podczas przenoszenia i topienia w gliniance pokawałkowanych zwłok kobiety. Pewne słowa już zostały wypowiedziane i już nie dało się oszukać samego siebie, udawać że było inaczej, że on nic nie mówił, a ja nic nie słyszałem, nie zrozumiałem. W tej jednej chwili zmieniło się… wszystko.


Podczas warsztatów sponsorowania w Opolu taki temat i sam problem w ogóle jeszcze się nie pojawił, ale już po tygodniu, na warsztaty sponsorowania do Jastrzębia, jechałem z jasno określonymi pytaniami i wątpliwościami. Tym bardziej, że w obu tych miejscach w materiałach warsztatowych zawarty był punkt dotyczący zobowiązań sponsora w AA wobec podopiecznego i jego rodziny. Obecnie wiem już, że zabrakło tutaj elementu dotyczącego całkiem realnych zobowiązań obywatela wobec społeczeństwa, w którym żyje, ale… lepiej późno niż wcale zdać sobie sprawę z faktu, że na tym najdziwniejszym ze światów są jeszcze jacyś inni ludzie, poza przyjaciółmi z AA. I wobec nich też mamy jakieś zobowiązania.

Podopieczny, który podczas pracy nad Krokiem Czwartym, Piątym, Ósmym, Dziewiątym poinformuje mnie, jako sponsora, o swojej nieujawnionej dotąd zbrodni, stwarza sytuację, w której muszę dokonać wyboru, muszę podjąć decyzję. Tak, MUSZĘ, bo jeżeli nie chcę fałszować rzeczywistości i udawać, jak w okresie picia, że nic nie słyszałem, to muszę podjąć decyzję, czy informację tę zatrzymać dla siebie, czy zgłosić odpowiednim władzom. Trzeciego wyjścia niestety nie ma. Przyznam od razu, że zapędzania w taką pułapkę absolutnie sobie nie życzę i na coś takiego zdecydowanie się nie zgadzam.

Prawo (zagadnień tych dotyczą: art. 178 kpk, art. 261 kpc i przepisy Kodeksu Prawa Kanonicznego) respektuje obowiązek dochowania tajemnicy spowiedzi, ale dotyczy to księży, a nie sponsorów w AA! Sponsor kapłanem nie jestem i szczególnych uprawnień ze stanem tym związanych samowolnie przydzielać sobie nie powinien. A zatajenie zbrodni to przestępstwo poplecznictwa (art. 239 §1 kk).

Czy pomoc w poznawaniu i realizacji Programu 12 Kroków, udzielana w dobrej wierze podopiecznemu, zobowiązuje jego sponsora do popełniania przestępstw w imię układu sponsor-sponsorowany oraz AA-owskiej przyjaźni?

Od wielu już lat potencjalnym podopiecznym uświadamiam, że nie chcę i nie muszę wybierać pomiędzy przestępstwem, a donosicielstwem i zawiedzionym zaufaniem i nie zgadzam się, by mnie wobec takich wyborów stawiali. Jeżeli w ich przeszłości kryją się nieujawnione dotąd zbrodnie (to ważne, bo obowiązek zgłaszania nie dotyczy zwykłych przestępstw), to lepiej, żeby przed sprawieniem sobie ulgi i ich pochopnym wyznaniem, mocno się zastanowili, do kogo mówią, bo ja święceń kapłańskich nie mam i w razie czego postąpię zgodnie z własnym sumieniem.


Historia ta, gdy ją zaprezentowałem po raz pierwszy, wzbudziła wiele kontrowersji i dyskusji (to dobrze), ale też mnóstwo niezdrowych i zupełnie niepotrzebnych spekulacji (źle), a więc wyjaśniam, że sytuacja tu przedstawiona jest jedynie teoretyczną prezentacją problemu, który w takiej, lub podobnej formie, może w czyimś życiu już zaistniał, albo może się wydarzyć dosłownie każdego dnia. Na pewno bezpieczniej jest być przygotowanym. To przestroga dla… nie, nie tylko sponsorów i podopiecznych w AA, ale dla wszystkich, którzy chcieliby się z najlepszą przyjaciółką, lub prawdziwym przyjacielem, podzielić jakąś mroczną historią. No, wyrzuć to z siebie! — radzimy czasem w dobrej wierze, ale może warto się wcześniej zastanowić, czy rzeczywiście jesteśmy gotowi na przyjęcie absolutnie wszystkich zwierzeń.

Posłanie Anonimowych Alkoholików

Ja jestem dziwak — odmiennie od większości Polaków — czytam wszelkie instrukcje obsługi, czy też inne podręczniki, dzięki którym mogę dowiedzieć się, w jaki sposób mam zrobić dobrze to, co chcę, albo i muszę, zrobić. Gdy ktoś podpowiedział mi, że jeden z naszych biuletynów prosi o wypowiedzi na temat „Niesiemy posłanie AA, nie swoje własne!”, natychmiast przypomniało mi się, jak starając się rzetelnie wykonać zadanie, próbowałem dowiedzieć się, jak właściwie brzmi to posłanie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, które — jako pełnoprawny członek tejże Wspólnoty — powinienem nieść temu, który wciąż jeszcze cierpi. Nieco bardziej doprecyzowane określenie, kim jest ten, który wciąż jeszcze cierpi i na co konkretnie cierpi, też bardzo by mi się przydało.


W książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” znaleźć można taki oto tekst: Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego. No, to już wiedziałem, że posłanie należy nieść alkoholikom, a nie żadnym innym ludziom z dowolnymi — poza alkoholizmem — problemami. To oznacza też, że moje doświadczenia związane z naprawą gaźnika, postępowaniem z niegrzecznym dzieckiem, nieuczciwym szefem, zdradzającą żoną, aroganckim urzędem itp. są w AA bezwartościowe i jeśli podczas mityngu o nich opowiadam, to zabieram innym czas przeznaczony na rozwiązywanie problemu alkoholizmu. Co zresztą wynika z Preambuły AA.

Z kolei w AA-owskiej broszurce zawierającej pytania pomocnicze do Dwunastu Tradycji AA znalazłem informację, że alkoholikiem, który wciąż jeszcze cierpi — oczywiście poza tym, który nadal pije — może być też weteran z wieloletnią abstynencją, od którego, przy okazji, powinienem się uczyć. Czego uczyć, jakoś nie wyjaśniono. Ale mniejsza z tym.

Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak właściwie brzmi posłanie AA, zajęło mi kilka lat i niestety, nie zakończyło się powodzeniem. Albo tylko częściowym. Miałem bowiem przy tej okazji szansę posłuchać tak ciekawych wersji i koncepcji, że stwierdzenie: niosę posłanie AA przez samą milczącą obecność na mityngach, wydawało się przy nich nawet całkiem rozsądne.

Ostatecznie uznałem, że jak wszyscy to wszyscy, ja od innych gorszy nie jestem, więc też jakoś sobie wykombinuję własną wersję posłania AA do niesienia. Knułem długo i namiętnie i ostatecznie wyszło mi, że moje posłanie AA będzie brzmiało mniej więcej w ten sposób: jestem alkoholikiem, miałem z tego powodu koszmarne problemy, teraz od lat nie piję i całkiem nieźle mi się żyje obok alkoholu, bez alkoholu; osiągnąłem to dzięki… i tu ewentualnie informacje o tym, co faktycznie zrobiłem, żeby nie pić. Bardzo byłem z siebie dumny. Aż do momentu, gdy przekonałem się, że znów z zapałem godnym lepszej sprawy wyważałem otwarte drzwi, odkrywałem Amerykę itp., bowiem w naszych książkach traktujących o początkach Wspólnoty znaleźć można opowieść o pierwszym posłaniu… nie, może nawet nie AA, bo Wspólnota AA, jaką znamy dzisiaj, w tym czasie nawet jeszcze nie istniała, ale niewątpliwie w jej duchu. Mowa tu po prostu o pierwszym posłaniu, jakie jeden alkoholik zaniósł drugiemu alkoholikowi.

Ebby T. — kumpel od kieliszka Billa W. — odwiedził go pewnego razu w domu. O dziwo, Ebby T. nie był pod wpływem. Nie chciał się też poczęstować alkoholem, który mu Bill proponował. O tym, że obaj są alkoholikami zapewniać się nie musieli, a więc Ebby przeszedł od razu do rzeczy: nie piję, znalazłem sposób (ponoć dokładnie powiedział, że znalazł religię), wstąpiłem do Grupy Oxfordzkiej i tam… Tu był dalszy ciąg opowieści o Grupach Oxfordzkich, o zasadach w nich panujących oraz o pomocy i wsparciu, jakie uzyskał tam Ebby T.

Tak więc okazało się, że ten mój sposób, w którego wymyślenie wpakowałem tyle wysiłku, jest bardzo dobrze znany alkoholikom od lat trzydziestych ubiegłego wieku i opisany w książkach dostępnych także i u nas.


Posłanie AA już znam, wiem też mniej więcej, komu mam je nieść (tych weteranów, którzy nie piją po 20—30 lat chyba sobie jednak daruję — głupio by wyglądało, gdybym chciał ich poinformować, że można nie pić), a w takim razie pozostaje już tylko jeden problem — rzetelność. Bo w moim przypadku całe to posłanie wyglądałoby mniej więcej tak: … a kiedy przez picie, życie zupełnie mi się już zawaliło, kiedy całkowicie straciłem nad nim kontrolę, poszedłem po pomoc do… poradni odwykowej. Ano, tak — ja w pierwszej kolejności zwróciłem się o pomoc, i otrzymałem ją, w poradni odwykowej. Owszem, już następnego dnia trafiłem na swój pierwszy mityng AA, ale niestety prawdą jest, że przez następne dwa lata traktowałem te mityngi jako dodatek do terapii odwykowej. Zresztą dodatek mocno kaleki, szczątkowy i niedorobiony, bo przecież poza chadzaniem na mityngi nie robiłem zupełnie nic. Z pełnej propozycji, albo oferty, Wspólnoty AA wybrałem jeden tylko element, mityngi, i uważałem, że to załatwia sprawę. Samo. Poważnie to ja zacząłem traktować Program AA i Wspólnotę znacznie później.


Ostatecznie w chwili obecnej uważam, że… Opowiadając szczerze i otwarcie o sobie, o tym, co ja zrobiłem, żeby przestać pić i wytrzeźwieć, nadal niosę posłanie AA — mimo, że jest to opowieść tak bardzo osobista. Kiedy, w takim razie, przekroczona zostałaby granica moje-nie moje posłanie? Wydaje mi się, że w momencie, w którym zacząłbym mówić potencjalnemu kandydatowi nie, co ja zrobiłem, ale co on musi zrobić. Na przykład, na które grupy AA ma chodzić, a na które nie, do kogo ma się zgłosić z prośbą o sponsorowanie, a do kogo lepiej nie, do jakiej poradni odwykowej się zgłosić, którego wybrać terapeutę, jaką formę leczenia itd.


Opowiadając tylko o sobie, decyzję pozostawiam w rękach mojego rozmówcy. Kiedy jednak mówię mu, co on powinien zrobić, prawo wyboru, podejmowania decyzji oraz prawo do ponoszenia konsekwencji tych decyzji (prawo do błędu), staram się mu odbierać, arogancko i z góry zakładając, że przecież kto jak kto, ale ja wiem lepiej, co jemu jest potrzebne, co w jego przypadku najlepiej się sprawdzi, będzie skuteczne, zadziała — i chyba tylko tyle. Bo, gdyby posłanie Wspólnoty AA mogli nieść tylko i wyłącznie ci, którzy poza AA nie korzystali nigdy z żadnych innych form pomocy, to w chwili obecnej pozostałoby ich już bardzo niewielu… Ważne jest też chyba i to, żeby o Programie AA i jego realizacji we własnym życiu mieć do powiedzenia coś więcej niż tylko przyjdź na mityng.


W nowym tłumaczeniu Krok Dwunasty AA będzie pewnie miał postać: Przebudzeni duchowo w rezultacie tych kroków staraliśmy się nieść to posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach. Dodanie zaimka „to” świadczy jednak o tym, że „to posłanie” jest ściśle określone i jest nim… Dwanaście Kroków.


Pewnego razu podczas majowego mityngu znowu mówiliśmy o Piątej Tradycji, czyli o niesieniu posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią. Padło parę pytań, pojawiło się kilka wątpliwości. No i bardzo dobrze! Pytanie pierwsze, z pozoru naiwne, wcale nie było takie głupie: …tym, którzy wciąż jeszcze cierpią — a na co oni cierpią? Czy Wspólnota AA ma jakieś posłanie dla tych którzy cierpią z powodu, na przykład, schizofrenii? Albo zaburzenia DDA? Albo z powodu problemów wychowawczych z dorastającą córką?

Kiedy już wiadomo było, że tymi, którzy wciąż jeszcze cierpią są alkoholicy czynni, to jest nadal pijący, wrócił problem cierpiących weteranów. Na co oni cierpią, z jakiego powodu, dlaczego, i czy przypadkiem nie na własne życzenie? W końcu, jeśli ktoś zaliczył kilka tysięcy mityngów, tysiące razy słyszał o Programie AA, a nadal nie uważa za stosowne zacząć go realizować, to…

Po trzech-czterech latach niepicia i chadzania po mityngach AA, byłem człowiekiem głęboko nieszczęśliwym i życie mocno mi się nie podobało. Wiecznie rozdrażniony i poirytowany, walczący ze wszystkimi osobami i instytucjami w okolicy, wystraszony i zawstydzony jednocześnie, zaczynałem mieć myśli samobójcze. Poprosiłem wtedy o pomoc alkoholika, mojego drugiego sponsora i zacząłem z nim Program AA poznawać i stosować w swoim życiu. Jakiś czas później już nie cierpiałem, a ostatecznie okazało się, że to moje życie jest w sumie nawet całkiem przyjemne, ciekawe, satysfakcjonujące. A tym wiecznie cierpiącym weteranom jestem zwyczajnie i po prostu wdzięczny — pokazali mi, jak ja nie chcę żyć. Wbrew pozorom, to wartościowa nauka i bardzo cenne doświadczenie. Zdobyte ich kosztem, kosztem ich cierpienia? Trudno, przecież ktoś musi… przecierać szlak. A ja uwielbiam uczyć się na cudzych błędach.

Anonimowi Alkoholicy — tajemnicze plemię

(Jak nas widzą, albo mogą widzieć, inni ludzie)


Ostatni tydzień miesiąca, roboty po uszy, a ja mam dodatkowe zadanie — mam poznać alkoholików. Jeszcze mi tego brakowało! A poza tym, co to, nie znam ich? Za każdym razem, kiedy idę do sklepu, widzę te pijane gęby gdzieś w pobliżu. Albo pod kioskiem liczą pojedyncze grosze, zbierając na spirytus salicylowy, który później piją za śmietnikiem. Raz jeden z nich nawet mnie zmylił; specjalnie chyba wysłali takiego, który trochę lepiej wyglądał i on pod sklepem zaczął mi coś tłumaczyć, że bardzo mu się chce pić. To zaproponowałem mu, żeby wszedł ze mną, jak będę robił zakupy, wezmę dla niego wodę mineralną. Usłyszałem: pierdol się chuju! i mój rozmówca dołączył do reszty swojego towarzystwa. Wtedy się dopiero połapałem.

No, ale są polecenia, z którymi się nie dyskutuje, więc… Poza tym mam poznać takich alkoholików, co to nie piją, anonimowych znaczy się. Bzdura do kwadratu! Przecież wszyscy wiedzą, że jak ktoś pił, a nie pije, to będzie pił. Ale niech im tam będzie, nawet jak nie piją choćby tylko jakiś czas, to przynajmniej ich rodziny trochę odetchną.


Wykonałem kilkanaście telefonów zanim złapałem jakiś tam kontakt i czegoś się dowiedziałem. Podobno u nas są trzy takie — chyba dzielnicowe — komórki tych… Anonimowych Alkoholików. Zabawne, pod sklepem stoją w gromadzie, w zsypie piją w gromadzie — pewnie jak nie piją, to też czują przymus gromadzenia się, chodzenia stadami. Podobno teraz, w tym właśnie tygodniu, mogę pójść na te ich gromadne spotkania, bo normalnie, to się zbierają przy drzwiach zamkniętych i spotkania są tylko dla swoich.

Słyszałem, że te ich spotkania nazywają mityngami. Co do mityngów, to mam raczej złe wspomnienia. Byłem na takim, które organizowała pewna firma… nie pamiętam nazwy. Na stadionie było kilka tysięcy ludzi i wszyscy wrzeszczeli, że są najlepsi i że sukces i bogactwo im się należy. Czy ci pijacy będą skandowali, że należy im się woda brzozowa? No, zobaczymy… Dziś wieczorem idę na pierwsze takie spotkanie. Chyba powinienem ubrać jakieś łachy, żeby się za bardzo nie wyróżniać. Wezmę brudny i podarty dres z działki, będzie w sam raz.


No, to byłem na pierwszym spotkaniu/mityngu. Wyszedłem wcześniej, ale i tak z ledwością zdążyłem — bardzo trudno było znaleźć tych Anonimowych Alkoholików. Błądziłem po jakimś przykościelnym budynku kupę czasu, zanim na jednych drzwiach spostrzegłem kartkę z napisem otwarty mityng AA. Jak wszedłem, to spotkanie właśnie się chyba zaczynało: kilkunastu mężczyzn w średnim wieku zajmowało miejsca dookoła pozsuwanych stołów; ktoś nakazywał, żeby wyłączyć telefony komórkowe, inny zapalał świeczkę (po co?). Szybciutko usiadłem na pierwszym wolnym krześle.

Chwilę potem kazali znów wstać i złapać się za ręce. Nie znoszę dotyku spoconych rąk obcych ludzi, ale musiałem jakoś wytrzymać. Trzymając się za ręce odmówiliśmy chóralnie jakąś modlitwę. Większość z nich chyba znała ją na pamięć, a ja tylko ruszałem ustami do rytmu. Na szczęście nie trwało to długo. A sama modlitwa fajna.

Facet, który prowadził to spotkanie zapowiedział, że teraz to on będzie czytał scenariusz mityngu AA. Zabawne mi się to wydało, bo scenariusz jest do grania przed kamerami, albo w teatrze, a nie do odczytywania głośno, ale… siedziałem cicho. Gość przedstawił się podając swoje imię i to, że jest alkoholikiem, no i zaczął czytać ten scenariusz z takim namaszczeniem, że od razu się zorientowałem, że jest to najważniejszy punkt programu. Zapamiętałem z tego, że ta ich wspólnota AA (tak to właśnie nazywają) nie ma żadnych powiązań z religią i kościołem. Trochę mnie to zaskoczyło: spotkanie odbywało się w sali katechetycznej, modlitwa na początek, krzyże, święte obrazy i inne symbole religijne na ścianach… Ale niech im tam będzie.

Integralnym elementem tego scenariusza było czytanie kilkudziesięciu punktów. Prowadzący nakazał, żeby robić to kolejno, ale przedtem przedstawić się imieniem lub pseudonimem. To akurat wydało mi się sensowne, bo jak anonimowość, to anonimowość. Tylko nie wiem czemu, kiedy przyszła moja kolej i przed przeczytaniem swojego kawałka przedstawiłem się jako Zorro, wielu z nich spojrzało na mnie wzrokiem pełnym urazy i jakby z pretensją. Zupełnie nie miałem ochoty w tym gronie podawać swojego imienia; nie chciałem, żeby któryś z nich potem wołał do mnie po imieniu spod sklepu, albo zza śmietnika — jeszcze ktoś mógłby sobie pomyśleć, że mam znajomych w tym ich towarzystwie.

Wreszcie czytanie scenariusza się skończyło. Dość długo to trwało, bo były w nim chyba fragmenty jakiejś książki. Ten gość, który czytał, nazywał ją wielką księgą — pewnie to coś ważnego, może ich Biblia? W każdym razie teraz zaczęły się już takie luźne dość wypowiedzi na różne tematy. Podobała mi się dyscyplina. Kto chciał mówić, wcześniej podnosił rękę, jak w szkole, i czekał na swoją kolej. Nikt też nikomu nie przerywał. To było super! Żeby u nas zebrania tak się odbywały!

Słuchałem uważnie i jednocześnie ukradkiem przyglądałem się obecnym. Wielu z nich w ogóle nie wyglądało na alkoholików. Gdyby nie to przedstawianie się przed czytaniem kolejnych punktów, kiedy każdy z nich dodawał do swojego imienia słowo alkoholik, pomyślałbym, że są to tacy sami przypadkowi goście na tym spotkaniu, jak i ja. Trochę się głupio czułem w tym swoim brudnym dresie, ale co tam! W końcu to tylko pijacy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 35.87