E-book
10.92
drukowana A5
31.78
Adwokat Włocha

Bezpłatny fragment - Adwokat Włocha

czyli 10 barów do espresso

Objętość:
126 str.
ISBN:
978-83-8104-015-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 31.78

Dedykuję moim Rodzicom

Wstęp

Miasteczko Bellano rozciąga się u wybrzeża jeziora Como będąc ostatnim przyczółkiem lokalnej kolei. Dalej skrzy się już jedynie olśniewająca panorama lazurowej wody i sunących po zboczach Alp cieni chmur. Jest to miasteczko wyjątkowo piękne, pełne kamiennych domów krytych czerwoną dachówką i ludzi, którzy ponad wszystko cenią spokój. Niestety od kiedy u wybrzeża zaczęły cumować drogie jachty austriackiej i włoskiej bohemy w serca mieszkańców Bellano wdarło się pierwotne dla ludzi gór rozdrażnienie.

Niemoc przepędzenia turystów i głośnych żeglarzy pogłębiła frustrację mocniej niż austriacka okupacja Tyrolu. Nic dziwnego, że jeden z Bellańczyków wniósł do urzędu do spraw ochrony środowiska skargę na szum lokalnego wodospadu Orrido. Wszak siły natury zagłuszały jego radio i telewizor, przeszkadzając w kibicowaniu zmaganiom włoskich piłkarzy na Mistrzostwach Świata. Do tego pozbawiona komentarza porażka, obwieszczona nawet nie rozpaczliwym jękiem płynącym ze stadionu, a jedynie wizualnym wynikiem. Tego było za wiele.

Lokalni urzędnicy do problemu podeszli z prawdziwie szwajcarską precyzją. Do Bellano ściągnięto specjalistyczny sprzęt, zmierzono poziom hałasu wywoływany przez huk wodospadu i przyrównano go do dopuszczalnych norm. Wszystko stało się jasne. Wodospad musiał ponieść karę, wystawiono więc mandat w wysokości kwoty równej jak alpejskie szczyty — 1032 euro i bez taryf ulgowych, wręczono go burmistrzowi miasteczka.

Szczęście w nieszczęściu, że Orrido jest wodospadem niewielkim, gdyż przy Niagarze cały magistrat musiałby pójść z torbami.

Słysząc taką historię nie sposób pozostać obojętnym na uroki włoskiego prawa i biurokracji. Nawet najbardziej surowy w obejściu Sardyńczyk musiał parsknąć rubasznym śmiechem wyspiarza i wykpić swoją wielką ojczyznę. Włochy być może absurdem stoją, ale ma on swoje lokalne, jakże frywolne wydanie.

Receptura espresso jest prawem co prawda niepisanym, ale równie przestrzeganym jak omertà czy uwielbienie dla mammy. Zastosowanie ciśnienia odmiennego od dziesięciu barów, przepuszczenie niewłaściwej porcji wody i jej podgrzanie do wykraczającej poza przyjęte standardy temperatury są usankcjonowane surowiej niż morderstwo z premedytacją czy zamach na organy państwowe. Biada też temu, kto stanie na bakier odwiecznym zwyczajom i zechce odnaleźć się w gąszczu przepisów i w odmętach biurokracji.

Z całą pewnością we Włoszech prawo pozwala wiele zrozumieć. Cóż z tego, że nie objęto jego mackami espresso i spaghetti, a Sycylia zdaje się istnieć na jego krawędzi, kiedy gwarantuje niezmienność smaku takich rarytasów jak pomidory wezuwijskie, czosnek z Polesano czy ocet balsamiczny z Modeny. Wymieniać można by bez końca, ale to dzięki nieprzebranym przepisom i to nie kulinarnym, gdziekolwiek byśmy się nie udali szynka parmeńska i parmezan będą smakowały nieodmiennie tak samo.

Tak to bywa, że nawet piłka nożna, czyli we Włoszech sport ze wszech miar narodowy, rozwinęła się dzięki regulacjom prawnym. Podobnie rzecz się miała z winiarstwem, truflarstwem i Bóg jeden umiałby wymienić wszelkie areały lokalnych specyfików, które swój rozwój i unikatowość zawdzięczają pieczołowicie sporządzanym przez ustawodawcę przepisom.

Nie dziwi to w kraju, w którym pośród ojców założycieli doszukać się można adwokata, rozwodnika i liberała, który przez całe życie zgłębiał zagadnienia konstytucyjne. W kraju, którego najstarszy znany obywatel przyczynił się do kilku procesów i poważnego sporu międzynarodowego o mały włos niezakończonego rewizją granic. Nie dziwi to, gdy obserwuje się kolejne procesy włoskiego premiera, kapitana wielkiego wycieczkowca czy mafijnych bossów, które stały się kolejnym hitem rodzimej produkcji oglądanym chętniej i tłumniej niż hollywoodzkie szlagiery.

Można takie przypadki mnożyć bez końca, rozczulając się nad dolą i niedolą żyjącego w okowach regulacji ludu. Nie trzeba jednak tytana ani herosa, aby dostrzec, że Włosi z tym problemem radzą sobie lepiej niż z przepisami ruchu drogowego i wynajdywaniem miejsca na zatłoczonej plaży. Niestosownym wydaje się przykład sycylijskich organizacji mafijnych, ale warto wspomnieć o tamtejszym etatowym odśnieżaczu, o weterynarzu mającym kontrakt o pracę w wymiarze minuty tygodniowo, czy rzeszach niepłacących podatków, lecz wyczekujących stosownych abolicji.

O wszystkich tych i wielu, wielu innych osobliwościach Włoch jest ta książka. Poza tym znalazło się w niej miejsce na kilka wskazówek dla wszystkich, którym Italia mogłaby być ojczyzną, domem lub ziemią obiecaną. Napisać przy tym, że człowiek nie bydle i musi spełniać swoje marzenia, to jak napisać, że Rzym korkiem stoi, Florencja turystą, a Mediolan szykiem mody. Zresztą o każdym z tych miast też zostało wspomniane.

Niektórych może dziwić układ tekstu, jego pozorny chaos i zagmatwanie, ale przyjmijmy to na karb włoskiego splątania sacrum i profanum, a nie nieudolności autora. Poza tym są pewne tematy, które pojawiały się naturalnie po wielokroć podczas pisania kolejnych rozdziałów, a faux pas jest przerywać snucie tak frywolnej opowieści. Mam nadzieję, że wciągnie ona każdego jak Włoch nitkę wybornego spaghetti.

Mianem wprowadzenia

Sytuacja I.

Zabytkowy budynek sądu umieszczonego w XVII-wiecznym pałacu. Nowoczesne wnętrze, czytniki kodów, automaty, rozdzwonione telefony i zapach tandetnych wykładzin. Do tego szum zmagających się z upałem klimatyzatorów. Otwierają się drzwi do małego gabinetu. W środku jest biurko, a za nim niski, wyjątkowo spocony mężczyzna w rozchełstanej koszuli i krótkich spodenkach. Zdziwicie się, że właśnie widzicie urzędnika zajmującego jedno z najlepszych stanowisk w mieście. Albo w okolicy w ogóle. Oto giudice di pace — sędzia pokoju. Kilka godzin pracy dziennie, zazwyczaj od godziny dziewiątej do południa, od poniedziałku do czwartku. Do tego całkiem godziwe zarobki.


Sytuacja II.

Przysadzisty renesansowy pałac w ścisłym centrum miasta. Zachowany w pierwotnym stanie, o majestatycznych wnętrzach i potężnych salach z fatalnym nagłośnieniem. Oprócz tego szereg mniejszych gabinetów ściśniętych w historycznych komnatach podzielonych karton-gipsową płytą. Zapach wilgoci, pleśni i potu petentów. Przed drzwiami do jednego z takich gabinetów kłębi się tłum adwokatów ze swymi klientami. Sędziowie do pracy podchodzą wyjątkowo ambitnie i przez dwa dni w tygodniu odwalają całą robotę. Dzięki temu mają upragniony przez wszystkich system pracy, z pięciodniowym weekendem.

Zgodnie ze schowaną w foliowej koszulce rozpiską, posiedzenie sędziego rozpoczyna się o dziewiątej. Drzwi otwierają się najwcześniej kwadrans później, a całe zgromadzenie hurmem wpada do środka. Adwokaci przeciskając się rzucają na biurko sędziego teczki z aktami. W tej kolejności będą rozpatrywane ich sprawy. Oczywiście przy asyście wszystkich pozostałych, zgromadzonych za ich plecami — komentujących ich chamstwo, grubiaństwo i brutalność w walce na łokcie. Oto posiedzenie przed sądem poważniejszym niż sędzia pokoju.


Sytuacja III.

Wielka sala sądowa. Eleganckie fotele dla składu sądzącego, potężny stół i flaga włoska. Z tyłu, na ścianie złocony napis: „La legge è uguale per tutti” — prawo jest równe dla wszystkich. Po sali kręcą się osoby oczekujące na kolejne sprawy, ale nie ma żadnego sędziego. Wchodzimy do małego, przyległego pomieszczenia. To właśnie tu, przy wysłużonym stole siedzi sędzia, wciąż formalne małżeństwo i adwokaci. Oto zawezwanie do pojednania się. Znudzony sędzia patrzy na rozwodzących się ponad szkłami obsuniętych na koniec nosa okularów.

— Pojednali się? — pyta retorycznie, po czym głośno wypuszcza powietrze.

Chwila ciszy.

— Nie? — dopytuje sędzia. — Nie?

Próba pojednania jest zakończona niepowodzeniem.

Adwokaci nie odzywają się, pomni na wciąż tkwiący w ścianie pocisk. Dwa lata wcześniej, niedoszły rozwodnik zirytował się natarczywością słynącej z anty matrymonialnych poglądów (rozwiedzionej) pani mecenas. Oddał do niej pięć strzałów, z których trzy okazały się celne. W konsekwencji zamiast powrotu do stanu wolnego, trafił do zamkniętej celi, a pani adwokat do szpitala. Kiedy obudziła się z trwającej blisko dwa miesiące śpiączki, niezwłocznie powróciła na salę sądową już nie tylko jako piewca rozwodów, ale i zagorzała feministka.

Oto Tribunale — wydział cywilny.


O wydziale karnym w tym miejscu pisałby zapewne Alfred Hitchcock, ale skoro nie jest to powieść grozy ani dreszczowiec, adekwatne dla niego szmoncesy zostawię na później. Nie chcąc powodować u Czytelnika przesytu, ani wyłożyć wszystkich kart na stół, przemilczane zostaną i inne wydziały niemniej ciekawe niż wnętrza krypt kapucynów w Palermo. O nich będzie poniżej.

Rozdział I. — Czas

Sędzia:

— Ostrzegam świadka, aby mówił tylko to, co widział na własne oczy, a nie to, co słyszał od innych. Kiedy pan się urodził?

— Niestety, tego nie mogę powiedzieć, Wysoki Sądzie. Wszystko, co o tym wiem, słyszałem od innych…


Przytoczone powyżej trzy sytuacje miały zobrazować, że z punktu widzenia sądzących i sądzonych, Włochy są państwem niezwykłym i egzotycznym jak pracoholik na Sycylii. Owi sądzący i sądzeni stanowią przy tym wybornie reprezentacyjną grupę przedstawicieli narodu włoskiego. Zgodnie z informacjami urzędu statystycznego w 2014 roku, przed sądami na rozpatrzenie oczekiwało niebagatelna ponad pięć milionów spraw. Czas postępowania do chwili wydania prawomocnego wyroku wynosił pięć lat w sprawach cywilnych, a siedem w sprawach karnych. Opieszałość nie zniechęca przy tym mieszkańców Półwyspu Apenińskiego do sądzenia się, oczekiwanie to wszak jedna z ich etnicznych konkurencji. Nic dziwnego, że Włosi najbardziej na pieńku mają z pracodawcami i pracownikami, członkami rodziny, zarówno zmarłymi (sprawy spadkowe) jak i żyjącymi (rozwody i separacje) oraz… sąsiadami. Kargul i Pawlak mogliby nazywać się Rossi i Ferrari, a cała historia toczyć się w uroczej scenerii toskańskich pagórków, czy przepastnych klifów Kalabrii. Spory sąsiedzkie to ponad 10% wszystkich spraw, w których uczestniczy blisko pół miliona osób. Im dalej na południe, tym ich liczba wzrasta w tempie odwrotnym do deklarowanego zaufania do władzy sądowniczej. Co ciekawe, w listopadzie Izba Handlowa miast Monza i Branza regularnie przeprowadza Tygodnie Pojednania. W 2014 roku akcja odbywała się po raz jedenasty, ukazując fiasko dziesięciu poprzednich edycji. Włoska swarliwość, na przestrzeni dwóch tysięcy lat od rozpadu rzymskiego triumwiratu i kolejnych bratobójczych wojen, osiągnęła szczyty wyrafinowania.

Dantejski galimatias jest tak widoczny, że premier Matteo Renzi za punkt honoru uznał reanimowanie skostniałego systemu sądowego. Postawienie pacjenta na nogi byłoby dla milionów włoskich wyborców doskonałym sygnałem, że Italia przetrwała kryzys. Z tym, że wraz ze zwycięstwem państwa, nastanie kryzys tak opiewanego zawodu sędziego. Włoski sędzia zostanie zgnębiony, stłamszony i będzie się słaniał z wycieńczenia. Gdyby prezydent Napolitano był młodszy mógłby się martwić, że ktoś stanie w szranki ze śmiercią w wyścigu o jego życie. Podpisanie dekretu skracającego sędziowskie urlopy z czterdziestu pięciu do trzydziestu dni i określającego termin wakacji sądowych na od 6 do 31 sierpnia, a nie jak dotąd od 1 sierpnia do 15 września jest bardzo ryzykowną decyzją.

W ogóle, ostatnimi czasy tempo, pory i terminy nabrały we Włoszech szczególnego znaczenia. A wszystko to w kolebce historii, gdzie kilka miesięcy czy lat nie powinno robić żadnej różnicy.

Należy pamiętać, że najstarszy, wciąż istniejący w Italii (i prawdopodobnie na świecie) wydział prawa znajduje się na Uniwersytecie w Bolonii. Przyjmuje się, że tamtejsza alma mater powstała w 1088 roku, choć oficjalny, znany akt założycielski został wydany przez Fryderyka Barbarossę w 1158 roku. Kawał czasu i tradycji, łechtający Włochów silniej niż spływająca z apenińskich płaskowyżów tramontana.

Wydział wykształcił się prawdopodobnie z grup zagranicznych studentów badających prawo w związku ze stosowaną zasadą zbiorowej odpowiedzialności obcokrajowców. Wykwalifikowali się oni w zagadnieniu tak dobrze, że z czasem otrzymali oddzielne prawa, a zbiorowa odpowiedzialność została zniesiona. Pomagający im uczeni z Bolonii stali się wykładowcami nowopowstałej uczelni, a sami zyskali ochronę prawną równą ze szlachtą. Co więcej, uniwersytet gwarantował wszystkim studentom niezależność od jakiejkolwiek władzy zewnętrznej. Nie wiadomo, czy przez życzliwość profesorów, czy też zwykłą modę kandydaci na prawników pchali się na Uniwersytet boloński drzwiami i oknami. W połowie XII wieku było ich około dziesięciu tysięcy, co stanowiło jedną trzecią mieszkańców miasta. Warto wiedzieć, że kilka wieków później wiedzę z zakresu prawa kanonicznego zgłębiał w Bolonii sam Mikołaj Kopernik. Podobno włoskie niebo nakłoniło go do prowadzenia obserwacji astronomicznych, dzięki czemu mógł wstrzymać słońce i ruszyć ziemię.

Mając spuściznę prawniczą jeszcze dłuższą niż uniwersytecką, bo sięgającą czasów starożytnych, czas dla Włochów nie powinien odgrywać większej roli. Tradycyjnie, wszelkie sprawy sądowe na Półwyspie Apenińskim ciągnął się długo i żmudnie, pozwalając zapracowanym sędziom wszechstronnie rozważyć zawsze nadmiernie zawiłe okoliczności. Skrupulatnego zbadania wymagają z całą pewnością sprawy rozwodowe, których czas trwania stawia Włochy w ścisłej europejskiej czołówce. Tym bardziej dziwi projekt Izby Deputowanych, aby czas przymusowej separacji skrócić z trzech lat do dwunastu miesięcy (a w przypadku zgody małżonków do jedynie sześciu miesięcy!). W tym przypadku czas jest przecież wyjątkowo potrzebny. Aby to wytłumaczyć, należy przytoczyć starożytną rzymską maksymę potwierdzającą, że winę za rozwód ponoszą obie strony… żona i teściowa. Żonę, jako wybór (czasem) świadomy, włoski mężczyzna jeszcze zazwyczaj przecierpi. Większym problemem jest jednak teściowa, która nigdy nie dorówna mammie, stanowiąc dla Włocha personifikację wszelkiego zła. Długie postępowanie rozwodowe wielokroć pozwalało sytuację przeczekać i zgodnie z inną maksymą, że nikt nie trwa wiecznie, doprowadzić do szczęśliwego zakończenia.

A przecież we Włoszech szczęśliwe zakończenia to narodowa specjalność. Szczęśliwie zakończył się nieszczęśliwy okres po upadku Rzymu, szczęśliwie dobiegł końca okres rozbicia Italii, szczęśliwie zakończyła się nawet I Wojna Światowa, co to tak źle się zaczęła, a potem rządy Mussoliniego i kolejna wojna światowa. Szczęśliwy finisz miał okres czerwonego terroru, zastąpionego terrorem mafijnym, który też finalnie zastąpiły czasy pokoju. Nawet huczne bunga bunga dzięki niebieskiej tabletce premiera miały swój szczęśliwy koniec, choć tak naprawdę przyczyniły się do jego upadku. Można mieć pewność, że kryzys gospodarczy też się szczęśliwie zakończy bądź to efektownym bankructwem, bądź rozejdzie się po kościach jak wino po żołądku.

O winie będzie jeszcze później, ale z racji tematyki rozdziału należy się właśnie w tym miejscu, pewna uwaga. Prawo to zwyczaj. A raczej zwyczaj to prawo. Zwyczajowe szczęśliwe zakończenia swoją tradycję mają jak widać nie byle jaką, tak samo jest z piciem wina. Z tym, że winne zwyczaje się z czasem zmieniały i choć dziś za nocne hulanki dostać można mandat to kilkadziesiąt lat temu było inaczej. Nie mówiąc już o czasach rzymskich!

Georg Bernard Shaw miał ponoć w życiu dwie wielkie miłości — gawędzenie i jedzenie. Zawsze jednak powtarzał, że przy jedzeniu powinno się milczeć, co z uwagi na jego usposobienie wywoływało zdziwienie przyjaciół. Zapytany dlaczego tak uważa pisarz ani chwili nie zastanawiał się nad odpowiedzią.

„Nie lubię rozmów przy stole, bo zwycięża w nich zawsze ten, kto ma najmniejszy apetyt.”

Ponad wszelką wątpliwość potwierdza to rezultaty badań genetyków i antropologów wskazujące, że Georg Bernard Shaw zaiste nie był Włochem. Ci natomiast, z łączeniem obu czynności nie mają żadnego problemu. Nie wynika to z braku apetytu, bo o nim słychać na każdym rogu (buon appetito! buon appetito!) Zapewne zawdzięczają to odziedziczonym po starożytnych przodkach genom. Gwarne rzymskie uczty trwały całymi godzinami, a w ich czasie nie tylko znajdowano chwile na jedzenie i rozmowy, ale także na drzemkę czy nieprzecenione ars amandi. Na wszystko przychodziła pora po wypitych kilku łykach praprzodków współczesnego wina, a że jak dobrze wiadomo słowa pijanego to myśli trzeźwego, — więc wszystko odbywało się zapewne ku ogólnej radości. Radość ta była być może jednostronna, bo Rzymianki wina konsumować nie mogły. Niewykluczone, że właśnie dlatego starożytni zasłynęli z upodobania do przedstawicieli swojej płci.

Wbrew przyzwyczajeniom współczesnych Włochów, picie czystego wina było traktowane przez starożytnych jako barbarzyństwo. Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że tylko najlepsze wina przechowywano w amforach i dzbanach, a odpowiednik dzisiejszego wina stołowego leżakował najczęściej w świńskich pęcherzach. Nic dziwnego, że ceniono wszelkie przyprawy i dodatki.

Mulsum, bo o nim między innymi mowa, stanowiło mieszankę wina z miodem, która była jednym z najpopularniejszych trunków rzymskiego plebsu. Rozdawano go z okazji niesławnych igrzysk, fałszowanych wyborów i innych uroczystości, bo obok chleba zapewniać miał równie oddane, jeśli nie żarliwsze poparcie. Wina te przechowywano przy przewodach kominowych i piecach, aby podać je następnie lekko ciepłe, w formie przypominającej współczesnego grzańca. Często odparowane, dość gęste, musiały daleko się jednak różnić od niego walorami smakowymi. Katon podawał, że mulsum nadaje się idealnie jako popitek encytum — słodkiej przekąski, którą przyrządzano poprzez wyciskanie ciasta przez wąski otwór wprost do głębokiego tłuszczu. Zrobienia takiej uczty mającej dwu tysiącletni rodowód można się bez problemu podjąć.

Skuszeni aromatem, a po chwili głębokim smakiem napitku i popitku musimy jednak nadal być czujni. Aby nie dostać wspomnianego już mandatu, warto przytoczyć niewłoską, acz platońską uwagę, iż wino czyni ubogiego bogatym w fantazję, a bogatego biednym w rzeczywistość. Nikt, kto o tym będzie pamiętał (i nie zaniecha przy tym czytania tej książki) nie powinien mieć scysji z prawem.

Jednakże większa biada tym, którzy znieważą tradycję kulinarną Półwyspu Apenińskiego. Pomimo wszelkich kontrastów i barbarzyńskiej różnorodności istnieje kilka ponadczasowych dogmatów, którym przeciwstawienie skutkowałoby natychmiastowym orzeczeniem co najmniej kilku dób w dybach lub na banicji. Skoro mowa o czasie, choć ciągnie się jak spirale rozgotowanego fusilli, ma przecież nieznany rodowód.

Kiedy myślimy o Włoszech, od razu przychodzi nam do głowy włoskie jedzenie. Gdyby chcieć utworzyć rozległy łańcuch skojarzeniowy, nieco dalej, pewnie zaraz po samochodach i ubraniach, a być może przed Mussolinim pojawiłby się Renesans. Nieważne czy to konotacja z Leonardem da Vinci, Rafaelem Santim czy skutek alfabetycznej wyliczanki — ważne, że skojarzenie jak najbardziej słuszne.

A gdyby zestawić ów renesans i włoskie jedzenie? Zapewne w większości przypadków jakąkolwiek konotację w tym zakresie zastąpiłoby całkowite rozjaśnienie, szkoda że w postaci carta blanca. Przecież ten renesans był tak dawno… Przecież nie wiadomo co się wtedy podawało do stołu nawet w Polsce (skoro babcia nie mówiła — a na pewno nie mówiła).

Najlepszą drogą do odkrycia włoskiej kuchni sprzed blisko pół tysiąclecia jest potężne dzieło Bartolomeo Scappiego „Opera dell’arte del cucinare” („Dzieło na temat sztuki gotowania”) — sześciotomowy zbiór około tysiąca przepisów kuchni watykańskiej. Nie można bowiem zapomnieć, że Scappi był kucharzem kilku kolejnych papieży, a Pius V zwykł go nazywać „Michałem Aniołem kuchni”. Czasy to były niebezpieczne, więc zgodnie z etykietą wszelkie dania przed papieskim podniebieniem, próbowało mnogie grono testerów. Smak miał drugorzędne znaczenie, sednem było wykrycie ewentualnej trucizny i padnięcie trupem w imię tego, by trupem nie padł sam Ojciec Święty. Jak to w każdym kryminale, ofiary się zdarzały, a szefowie kuchni kończyli a to na stosie lub w więziennych lochach, a to zadławieni własnoręcznie sporządzoną strawą. Ich wina była znana tylko Bogu i muzom, ale odpowiedzialność zbiorowa obligowała do popełnienia szczytnego samobójstwa w rezultacie zaskakująco sprawnie przeprowadzanych procesów. W końcu trybunały sygnowały się wolą boską, a tej nikomu nie wolno było się przeciwstawiać. Szczęście sprzyjało Scappiemu i przez całą swoją karierę nie struł ani siebie ani (przy najmniej oficjalnie) żadnego papieża.

Wielki wybór dań to nieskończone źródło inspiracji także dzisiaj. Choć wykonanie części przepisów byłoby dość trudne i pracochłonne jest doskonałym tematem na inną opowieść. Ba, tysiąc opowieści! Za najlepszą zachętę do cierpliwego szukania przepisów może służyć fakt, że Bartolomeo Scappi gotując po śmierci Pawła III dla członków konklawe czynił to tak dobrze, że ponoć z tylko tego powodu obrady trwały ponad dwa miesiące!

Do czasów dzisiejszych przetrwały także inne podręczniki kucharskie renesansowych włoskich stolników. Są to między innymi Composizioni di vivande et apparecchio generale Cristoforo Messisbugo, który tworzył (to w tym kontekście chyba doskonałe słowo) dla książąt d’Este, władców Ferrary. Rodzina książęca była tak zachwycona, że protegowała stolnika cesarzowi Karolowi V, który nadał mu tytuł hrabiowski. W tej smakowitej spuściźnie literackiej znajduje się także pozycja La singolar dottrina, autorstwa Domenico Romoliego, który działał pod wdzięcznym przezwiskiem Panunto. Trudno dziś ustalić, czy to od przezwiska kucharza powstało regionalne określenie ukochanych i przyrządzanych na mnóstwo sposobów przez Romoliego bruschett, czy też od tych to bruschett ono się wzięło. Cóż jednak jak nie etymologiczne zagadki może stanowić w tym wypadku lepszą zachętę do podjęcia się próby samodzielnego wypieku?

Jak na tacy widać, że źródła, i to jakże sycące, dotyczące włoskiej kuchni renesansowej są dostępne i znane. Niestety, potwierdzają tylko fakt, że już pięćset lat temu (a może przede wszystkim wtedy) Włochy nie stanowiły gastronomicznego monolitu. Sztuka kulinarna była wbrew prawidłom okresów kultury zależna od regionu, księstwa, miasteczka i państewka. Gdyby szukać wspólnych płaszczyzn, można wskazać na elitarność zup, które bezwzględnie stanowiły pokarm klas wyższych. W zamożnych domach używało się przy tym dużo cukru, którym obtaczano sery i pieczenie. Sałatki natomiast, podawane po daniu mięsnym, miały ostatecznie zaspokoić głód. Dodawano do nich wszystko, co mogło się zmarnować i nie zostało wykorzystane do innych potraw, nie pomijając w tym zwierzęcych mózgów i wątrób.

Rozbieżności kulinarne, rozbieżności prawne i mentalne mają swoją wielką tradycję. Adwokat Włocha musi być najedzony jeszcze bardziej od swojego klienta. Większość z Czytelników na pewno pamięta rubaszność mecenasa De Marzi z „Rozwodu po włosku” Pietra Germiego. Radość z jedzenia i picia przekładały się na zdolność wygłaszania homeryckich tyrad przed sądem.

Zresztą z filmami i prawem różnie bywa, a mają one swoje ponadczasowe znaczenie. Począwszy od Ala Pacino, którego rodzina pochodziła z sycylijskiego Corleone i jego kreacji w „Adwokacie diabła”, poprzez filmy i seriale mafijne bardziej kreujące rzeczywistość niż na niej oparte, aż po współczesne produkcje kryminalne, włoska kinematografia ma się tak świetnie, jak Sycylijczyk w trakcie sjesty. Jeszcze lepiej (czytaj: bardziej dochodowo) ma się kinematografia amerykańska z partycypacją Włochów. Głośna była sprawa zatrzymania w 2012 roku prominentnego członka Camorry stawiającego policjantom opętańczy opór, by móc dokończyć oglądanie odcinka „Rodziny Soprano”. Po nitce do kłębka, kilka miesięcy później ujęto jego kuzyna, zatopionego w lekturze „Łowcy mafiosów” Andrei Galliego. To tylko proste przykłady na to, że sztuka w każdej formie to nieodłączna część życia Włocha. W końcu, czym maleńki Franco za młodu przesiąknie, tym na starość Francesco trąci. Otoczeni zabytkami, nauczeni dwóch tysięcy lat estetyzmu, choćby najbardziej zdeprawowani rozumieją i lubią sztukę.

Czym dla Włochów są jednak te dwa tysiąclecia? Niniejszą opowieść można by bowiem rozpocząć w 3300 roku przed naszą erą, na oblodzonym zboczu szczytu Simlaun w Tyrolu Południowym, czy też jak wolą italofile w Górnej Adydze. Jest to teren do dnia dzisiejszego trudno dostępny, poorany stromymi ścianami opadającymi wprost do soczystych dolin, od strony włoskiej dziki, a austriackiej wydarty naturze na potrzeby narciarskie. Właśnie w tej okolicy swojego żywota dokonał Oetzi, znany także jako człowiek lodu, będący pierwszym Włochem, z którego powodu sprawa trafiła do sądu. Genetycy biegli w zagadnieniach spadkowych stwierdzili, że jego dalecy zstępni do dnia dzisiejszego mogą zamieszkiwać Tyrol oraz Sardynię i Korsykę. Jednakże wcale nie o spadek w tej sprawie chodziło.

Wszakże Oetzi jak na dzisiejsze standardy nie był człowiekiem majętnym. Odziany w niedźwiedzie i kozie skóry, noszący buty zrobione z miękkich traw owiązanych łykami, bardziej przypominał zaniedbanego kloszarda niż myśliwego. Liczył około 160 centymetrów wzrostu, ważył niecałe pięćdziesiąt kilogramów. Był brązowookim szatynem, którego wygląd choć odbiegający od wyglądu dzisiejszych uwodzicieli, ale potwierdzał odwieczną hardość wszelkiej maści górali. Oetzi miał przy sobie plecak, torbę wykonaną z brzozowej kory, taszczył także wielki łuk oraz wypełniony strzałami kołczan. Poza tym uzbrojony był w wysłużony nóż i toporek.

19 września 1991 roku na wysokości ponad trzech tysięcy dwustu metrów dwoje niemieckich turystów natrafiło na jego szczątki. Ciepłe odzienie nie uchroniło człowieka lodu przed grotem niecnie wystrzelonej w plecy strzały. Oetzi zmarł najprawdopodobniej zaraz po ugodzeniu, jednakże marny koniec jedynie niewiele skrócił jego żywot — mawia się, że słynny wędrowiec poza dziurą w plecach, chorował na chorobę wieńcową, boreliozę oraz nie tolerował laktozy.

Szczęśliwym trafem śmierć w zwaliskach lodowych nie przeszła bez echa i nie pozostawiła bohatera naszej historii bezimienną ofiarą zawału, zatoru czy laktozowego zachłyśnięcia się na legowisku w jaskini. Blisko pięć i pół tysiąclecia po swojej śmierci Oetzi został wywołany w sądzie i szkoda, że był jedynie niemym świadkiem własnego odkrycia. Bo właśnie o znaleźne potoczyła się sądowa batalia, a skoro wynosiło ono 25% w stosunku do wartości odkrycia należało człowieka lodu odpowiednio wycenić.

Wycena znaleźnego dokonana przez władze Południowego Tyrolu — 10 milionów lirów, czyli obecnie nieco ponad 5 000 euro, została przez odkrywcę — niejakiego Herr Simonsa bezwzględnie odrzucona. Choć nie był on Włochem, podczas swych licznych podróży zdążył odpowiednio zarazić się lokalnym jestestwem i bez wahania skierował sprawę do sądu w Balzano. Pan Simons był daleko bardziej życzliwy Oetziemu, jego wartość szacując na ponad milion dolarów, a dla siebie wnosząc o zapłatę jedynie 300 000. Sąd podzielił zdanie odkrywcy i przyznał mu pełną wysokość żądania. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy sprawa trafiła przed sąd wyższej instancji! Zdruzgotany tą wieścią Simons ponownie wyruszył w góry, idąc szlakiem nieopodal szczytu Simlaun, gdzie to przed ponad dekadą natrafił na szczątki o tak zmiennej wycenie. Nigdy nie dowiemy się czy to klątwa Oetziego, czy też nieuwaga lub wiek alpinisty uczyniły tę wyprawę jego ostatnią, po której to ciała pana Simonsa poszukiwano przez kilka dni.

Wartością człowieka lodu zainteresowana pozostała żona zmarłego. Jak to często bywa, to nie mężczyznom, a właśnie kobiecie udało się doprowadzić tę sprawę do końca, choć wysokiego niemalże jak szczyty alpejskie — bo przed samym włoskim Sądem Najwyższym. Działając ad maiorem Dei gloriam, z całym swym majestatem zasądził on na rzecz Frau Simons 150 000 euro, co okazało się ją całkowicie satysfakcjonować.

Kwota wydać by się mogła duża, jednak Oetzi był sprawcą jeszcze większego, bo międzynarodowego skandalu. Oto Włochy i Austria rościły sobie prawa do szczątków wędrowca, a skoro te leżały w pasie granicznym sprawa stała się kwestią honoru. Być może dlatego, że z tym sporem nie były bezpośrednio związane pieniądze, a jeno kwestia obywatelstwa, raz jeszcze Italia dumnie podniosła swą flagę i oto jednoznacznie przyznano, że — miejsce śmierci, miejscem urodzenia — a Oetzi bezsprzecznie był Włochem i we Włoszech ofiarnie poległ. Chodzą słuchy, że Austriacy zarzucili walkę o prawa spadkowe, przekonani, że uciekający zbrojny, który poległ od rany w plecy rzeczywiście musiał być wojem italskim. I w tym wypadku prawdy nie poznamy nigdy.

Z pojęciem czasu w prawdziwie włoskim wydaniu zapoznałem się mieszkając w maleńkim hotelu na wyspie Ischia. Prowadziła go pochodząca z Neapolu rodzina składająca się z mammy, papy, kilku wujków i ciotek, a do tego obfitej gromady dzieci. Nie wiem jak biznes mógł być dochodowy, bo większość pokoi okupowała bliższa lub dalsza familia, która z całą pewnością żyła na garnuszku uprzejmości właścicieli.

Chcąc czerpać ze słońca, morza i zbawiennego dla ciała i duszy klimatu, już pierwszego poranka popełniłem wielki błąd. Zmęczony podróżą spałem kamiennym snem do godziny ósmej z minutami, a kiedy wreszcie podniosłem się z łóżka wpadłem w popłoch. Przespałem, to co na wyjazdach lubię najbardziej — poranek, wschód słońca, orzeźwiające chwile wypełnione koncertowaniem cykad, zapowiadających rychłe nadejście potężnego upału. Szybko ubrałem się, zakładając pod spodnie od razu kąpielówki, żeby nie musieć wracać do pokoju. Wziąłem torbę plażową i z duszą na ramieniu pognałem w stronę budynku jadalnianego, którego lokalizację wybadałem już w nocy, zaraz po przyjeździe. Gubiąc klapki przebiegłem kamienną ścieżką okraszoną towarzystwem oleandrów, pini i oblepionych kwieciem bugenwilli. Zapach powalał, ale koncert cykad dobiegał końca, było już duszno i lepko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 31.78