E-book
8.19
Podróże dla aktywnych — Teneryfa

Bezpłatny fragment - Podróże dla aktywnych — Teneryfa


Objętość:
136 str.
ISBN:
978-83-65236-57-9

http://activprotravel.blog.pl/Zdjęcia i filmy: Marcin Majkusiak

Wydanie pierwsze

ISBN: 978—83-944027—0-9

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wszystkie znaki występujące w książce są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Kopiowanie, kserowanie, fotografowanie, nagrywanie, wypożyczanie, powielanie w jakiejkolwiek formie bez zgody autora powoduje naruszenie praw autorskich.

Prolog

Czujecie się wypaleni? Bez energii? Zmęczeni? Zróbcie coś, czego jeszcze nie robiliście. Pojedźcie tam, gdzie nie byliście. Odwiedźcie dawno niewidzianych znajomych, pojeździjcie rowerem czy autem bez celu. Głupie? Jeśli daje ci to emocje, relaks czy inne doznania, to nie. Oderwijcie się od rutyny, zróbcie coś niestandardowego, innego niż 99% populacji — siedzących w domach przed TV, oglądających wciąż te same powtórki tych samych nudnych i naciąganych programów, przerywanych w dodatku reklamami. Uwolnij się od tego tu i teraz…

A może poleć na Teneryfę? Widoki, ludzie, miejsca, góry, ocean, plaże. Kilkuwiekowe zabytki. Wielkie zoo i aquapark. Autostrady i górskie odcinki specjalne. Biedni mieszkańcy i bogate hotele. Małe miasta i duże wypoczynkowe kurorty. Można pływać, szukając dziko żyjących delfinów i wielorybów. Chłodna, wilgotna północ wyspy i gorące, wypalone południe. Miejsca przepełnione turystami i puste szlaki górskie. Wspaniałe miejscowe jedzenie i światowe sieciówki. Golf, nurkowanie, snorkeling, surfing, windsurfing, piesze wędrówki, pływanie, żeglarstwo, wycieczki rowerowe i wiele innych sposobów na aktywne spędzanie czasu. Na wyspie jest wszystko. Każdy turysta znajdzie tu coś dla siebie.

Wszystkie moje zdjęcia (także panoramiczne) zamieszczone w książce i filmy z tej podróży można zobaczyć na kanale ActivProTravel na Facebooku.

Książka jest relacją z podróży na Teneryfę. Ciekawostki, przeżycia, odwiedzone miejsca, zdjęcia i filmy. Na co zwracać uwagę, a czego unikać, odwiedzając to miejsce.

Wstęp

Jak wybieram swoje cele podróży? Przypadek jest tu dobrym słowem. Szukam tanich lotów, promocyjnych okazji wśród linii lotniczych lub firm turystycznych. Planowałem lecieć do Grecji, ale tanio nie było — w przeciwieństwie do Teneryfy. Wyspy Kanaryjskie? Brzmi super. Byle się wyrwać choć na chwilę z codziennego rytmu życia i wyścigu korposzczurów. Codziennie to samo.

Budzik o 6.20. Miejsce pobytu — wynajmowana kawalerka w Monachium. Blok z wielkiej płyty, z okna widok na inny blok tej samej wątpliwej jakości i urody. Droga do pracy, wybór między półgodzinną jazdą bocznymi drogami lub półgodzinną jazdą przez miasto, stojąc w korku, ale za to ostatnie parę kilometrów autostradą bez ograniczeń (niemieckie autostrady).

Wybieram korki i chwilowy skok adrenaliny, żeby się obudzić. Rozpędzam auto do 160 km/h. Dojeżdżam do pracy. Szybsza jazda pozwala mi się dobrze rozbudzić i pracować na wyższych obrotach. Karta podbita, odbębnione 8 godzin. Powrót do domu. Po drodze market. W domu szybka obiadokolacja, film na noc. Dzień w dzień to samo. Dni mijają, zamieniając się w tygodnie i miesiące. Na autostradzie zaczynam dociskać do 200 km/h — przestaje mnie to już ruszać, i nie tylko to. Dojeżdżam do pracy i jestem zmęczony już na wejściu. W pracy motywacja sięga dna, a i tak wyrabiam 200% normy. Nikt nie ma takiej wydajności jak ja. Stale coś ulepszam. Z nudów. Dorabiam narzędzia, wymyślam procedury i metody, jak ułatwić sobie życie i przyśpieszyć moją pracę.

Nikogo w korporacji nie obchodzi, że coś można zrobić lepiej i szybciej. Po kilku kolejnych nieudanych próbach przekonywania licznych szefów, że wymyśliłem kolejną drobną rzecz, która ułatwia/przyśpiesza pracę, przestaję komukolwiek o tym mówić. Usprawnienia zachowuję dla siebie.

Mija jakiś czas, szef mnie wzywa na rozmowę. Informuje mnie o mojej niespotykanej wydajności. Widzi tylko rosnące słupki w Excelu. Ludzie są dla niego tylko problemem, trybikiem w maszynie — te słupki i biuro bez okien to sens jego życia. Wychodzę z biura ze znaczną podwyżką i premią kwartalną, załamany beznadziejnością całego systemu. Korporacje z zasady nie lubią kreatywnych i aktywnych ludzi. System, jaki tworzą, wymaga wypełnienia stałych procedur, aby inni mogli wypełnić swoje procedury po to, aby ktoś na górze wszystko to zignorował i wyrzucił do kosza. Ludzi kreatywnych jest około 1%, resztę najlepiej zautomatyzować, zastąpić maszynami. Zresztą tak właśnie się czuję. Jestem niedocenianą maszyną zaprogramowaną na zysk, wydajność i wyrabianie kolejnych pustych norm i zadań, które ktoś potem zignoruje.

Wracam do swojego biurka, robota zrobiona, a jest dopiero południe. Zaczynam wszystko olewać. Cały ten system wyścigu szczurów, korposzczurów. Fajnie by było robić coś, co lubię, co daje satysfakcję i dziką radość. Coś, za co ktoś mnie doceni. Muszę stąd uciec, coś zmienić. Do emerytury daleko…

Problem w tym, jak do niej dotrwać i być jeszcze zdrowym na umyśle. Mam wszystkiego dość, muszę odpocząć — nie fizycznie, ale psychicznie…

Los Gigantes — klify po zachodniej stronie wyspy. Zdjęcie panoramiczne w wysokiej rozdzielczości dostępne na kanale ActivProTravel na Facebooku

Rozdział 1. Spontaniczne wakacje

1.1. Niewykorzystany urlop

Następnego dnia szef wzywa mnie znów i informuje, że mam niewykorzystany urlop. Mam go zaplanować do końca roku. Jest połowa grudnia, zaraz się wszyscy rozjadą na święta. Mam mało czasu. Muszę coś spontanicznie i szybko wymyślić.

Stawiam sobie cele:

Nie wydać więcej niż miesięczne oszczędności (zbieram na mieszkanie).

Zmienić klimat, wyjechać daleko poza kraj, zobaczyć coś nowego, inspirującego. Być aktywnym.

Najlepiej w ciepłe miejsce. Jestem ciepłolubny, mimo że kocham góry i wędrówki po nich, to zimowy alpejski klimat mi wyraźnie nie służy (mieszkam w Bawarii).

Przeszukuję portale biur podróży i strony z lotami. Mój cel: Grecja. Loty bardzo drogie, 1500 zł za sam bilet? Rezygnuję. Poza tym nie zmieszczę się w budżecie. Szukam losowo innych ofert.

Jest tani lot na Teneryfę. Znajduję go przypadkowo, nie planowałem tam lecieć. Nie wiem zbyt dużo o tej wyspie. Lot w dwie strony jedną z tanich linii lotniczych kosztuje 80 euro z Memmingen na Teneryfę południową.

Do Grecji kosztował ok. 1500 zł, choć jest bliżej — dziwny system, choć rozumiem, jak on działa. Im samolot bardziej zapełniony, tym drożej. Według mnie firmy lotnicze na tym (w pewnym momencie) tracą. Ja takiej ceny nie akceptuję i w ogóle nie kupię biletu. Kupiłbym, jakby było, powiedzmy… 80 euro. A tak to narzekają, że mają zaledwie 80% obłożenia. Powyżej pewnej kwoty ludzie już nie kupują biletów — proste.

Lot na Teneryfę południową? Nic mi to nie mówi, ale kupuję w ciemno. W końcu to Wyspy Kanaryjskie, nie może być źle. Pierwszy problem: loty są tylko w sobotę. W sobotę wylot i powrót. Praktycznie tylko 6 dni na miejscu, ale dobrze, wycisnę z tego, ile się da. Lot w ostatni tydzień stycznia.

Droga do Faro de Teno — trasa zdradliwa, zamykana podczas opadów deszczu, z licznymi odłamkami skał. Wszystkie zdjęcia panoramiczne w wysokiej rozdzielczości dostępne na kanale ActivProTravel na Facebooku

1.2. Przygotowania

Biorę 2 przewodniki i 2 mapy od siostry, która już tam była. Poradziła mi, żebym nie jeździł zorganizowanymi wycieczkami z hotelu, bo nabijają dodatkową prowizję. Lepiej iść do lokalnego biura podróży — tam będzie za połowę, a i tak będziecie jechać tym samym autokarem.

Szybko sobie myślę, że podróże komunikacją publiczną to strata czasu, bo pół dnia zajmuje sama podróż i nie można się nigdzie oddalać. Zwiedzamy 1 punkt. Zero spontaniczności.

Zapamiętuję, żeby nie korzystać z hotelowych „okazji”. Mam inny plan. Lubię czasem oszukać system.

Przeglądam oferty i co widzę? Wynajem auta na tydzień to 80 euro plus kaucja plus paliwo. Nie sprawdzam, ile trzeba zapłacić kaucji — to mój błąd. Cen paliw też nie. Myślę sobie, że nie może być droższe niż w Niemczech. Ceny okazują się porównywalne z polskimi, może nawet ciut taniej.

Biorę auto, jadę, gdzie chcę i kiedy chcę. Przewodniki czytam wyrywkowo, zaznaczając co ciekawsze pozycje. Jeden z przewodników jest tak nudny, że zasypiam z pięć razy, zanim dochodzę do połowy. Podróż ma być ciekawa i ekscytująca. Tymczasem ja zasypiam nad nudnym przewodnikiem. Jego autor mógł nawet nie być na tej wyspie, a jedynie pościągać informacje znalezione przypadkowo w necie.

Biorę drugi przewodnik. Ten jest ciekawszy — wymienione parę fajnych miejsc.

Nocleg: wchodzę na popularną stronę rezerwacji hoteli. Szukam najtańszego, jaki jest na całej wyspie: pensjonat w stolicy Santa Cruz (tłum. Święty Krzyż), 1 km autostradą, bez wyżywienia (i dobrze, nie zamierzam siedzieć w hotelu, zjem po drodze, to więcej zobaczę) — 120 euro za 7 noclegów. Recepcja jest otwarta do północy, a samolot ląduje o 20.00. Z lotniska do stolicy według Google jest 60 km, jadąc autostradą. Zdążę! Google mówi, że autostrada na wyspie jest jedna i że jest bezpłatna — to lubię! Co za przesada płacić za autostradę! Budują z podatków, opłaty w paliwie i jeszcze płacić za przejazd — w sumie trzykrotnie za to samo.

W GPS wgrywam mapę Hiszpanii, jako że nie ma Teneryfy osobno, a wyspa należy do Hiszpanii. Nie ma informacji, czy to będzie działać na stronie znanego producenta map z głosem znanego rajdowca. Nie mają map Afryki. Na forach też nic nie widzę, więc muszę im zaufać, ale na wszelki wypadek zabieram drugą nawigację w telefonie (mapy offline).

Jestem gotowy na podbój wyspy (hurra!).

Rozdział 2. Dzień wylotu na Teneryfę

Mogę jechać autobusem lub pociągiem z Monachium do Memmingen, skąd mam wylatywać. 2,7 euro za bilet na metro (U-Bahn po niemiecku), potem pociągiem (DB-Bahn) za ok. 30 euro — te ceny mnie irytują. Jak samolot może kosztować 40 euro w jedną stronę na odległą Teneryfę, gdzieś tam za Afryką, a pociąg na trasę 100 km kosztuje 30 euro. Szybko dochodzę do wniosku, że koleje są źle zarządzane.

Autokarem jest niewiele lepiej. Na dodatek odjeżdża z ZOB, a nie wiem, gdzie to ani co to jest, a na Google nie znalazłem.

Biorę więc swoje auto. 116 km to daleko nie jest, auto mam na gaz, gdzieś zaparkuję. Szybkie wyszukanie info. Miejski autobus jeździ do mojego celu tylko raz na 4 godziny, ponieważ nie każdy kurs jest na lotnisko. Muszę być więc 4 godziny przed wylotem na lotnisku, żeby zdążyć na ten autobus. Inna opcja to parkingi lotniskowe w mieście, w różnych miejscach (na lotnisku, w jego okolicy), ale one są drogie — za cały tydzień ok. 40 euro.

Oszukuję system kolejny raz. Zaparkuję w mieście, dojadę busem, w 4 godziny zapoznam się z przewodnikiem, będzie jakiś pożytek z tego czasu.

2.1. Memmingen — Niemcy

Co za bezsens, jak można budować lotnisko i nie doprowadzić do niego komunikacji, to coś jak lotnisko w Radomiu (Bardzo ładne, zapomnieli tylko doprowadzić do niego przewoźników. Swoją drogą loty migracyjne są zawsze pełne. Lataliby do Monachium z tego Radomia, to bym latał parę razy w roku. A ilu Polaków by latało do Londynu? Do Dublina? Do Shannon? Ale nie, wymyślili loty do Rygi…

Wracając do Memmingen: na miejscu się okazuje, że nie da się zaparkować w okolicy upatrzonego przystanku. Pierwsze miejsce znalazłem w odległości kilometra od przystanku, a bagaż jest ciężki (torba na ramię). Drogo zapłacę za tę oszczędność (bólem ramienia), ale już czuję smak przygody. Teraz jest ciężko, na dworze ok. -15 stopni, ale jeszcze będę się kiedyś z tego śmiać, wspominając tę podróż.

Idę na autobus. Mam jeszcze tylko 2 minuty, żeby go złapać. Widzę dwa przystanki po dwóch stronach ulicy. Nie wiem, w którą stronę jedzie autobus. Standardowe rozkłady w Polsce są od przystanku do przystanku, a tutaj nie — autobus linii 1 może jechać nawet i w 5 kierunkach, przy czym każdy przejeżdża przez ZOB, co by to nie było (pewnie niemiecki PKS), i nie napisano na rozkładzie, gdzie on jedzie dalej. Na żadnym nie znalazłem napisu lotnisko, przystanki są na zakręcie, nie widać nadjeżdżających aut czy autobusów, a niemieccy kierowcy lubią nie zatrzymywać się na przystankach, jak nikt nie stoi dokładnie przy krawędzi jezdni na krawężniku. Biletomatów nie ma. Wybieram pośpiesznie przystanek, na którym według mnie ma być autobus, czekam z 10 sekund, przyjeżdża… fart, bo stoję z dobrej strony. Wsiadam. Za bilet na lotnisko płacę 1,7 euro, na gaz do auta wydałem ok. 7 euro, czyli wyszło dużo taniej niż jazda DB-Bahnem czy autokarem, a chwilowa szarża autostradą pobudza mnie i nastawia pozytywnie przed całym wypadem.

Lotnisko w Memmingen jest małe, nudne, 3 sklepy na krzyż, ale ładne (w Radomiu też jest ładne, byłem i widziałem). Dookoła tylko pola, -15 stopni na dworze w styczniu, zostaję więc w środku, czytam sobie przewodniki i nagrywam parę filmików dla potomności o lotnisku. Mam problemy ze sprzętem, ostatecznie giną z karty w tajemniczy sposób.

Tu muszę ponarzekać na wyspiarską tanią linię lotniczą — Ratuje ich niska cena, co nie znaczy, że nie mogliby poprawić z tysiąca różnych drobnych rzeczy w zasadzie bez kosztów.

Na lotnisku — niby klient nasz pan — każdy jest sprawdzany 5 razy, dla jego wygody, bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia oczywiście.

1. Jak oddaję bagaż, każą mi pokazać bilet, odbijam się z telefonu — to mogę zrozumieć: przypisanie bagażu do osoby.

2. Na bramkach sprawdzają, czy mam bilet, jako że mam go w telefonie w formie QR-Code.

Przykładowy kod

Pracownik ochrony nie jest w stanie tego zweryfikować i przepuszcza mnie dalej. To chyba jakaś luka w zabezpieczeniach. Każdy może minąć ochronę lotniska nawet bez biletu, wystarczy, że coś tam pokaże na telefonie. Nie rozumiem sprawdzania biletów w taki sposób.

3. Siedzę sobie i czekam przed bramką na wyjście na płytę lotniska. Widzę, że chodzi kobieta z obsługi i spisuje wszystkich podróżnych na kartce papieru (w XXI wieku). Idę do toalety, a po powrocie siadam na tym samym miejscu. Siedzący obok mnie pasażer (starszy, miły pan, Niemiec, nauczony, że całe życie ma być zgodnie ze schematem i według regulaminu) zwrócił mi uwagę, że pani mnie nie spisała i żebym do niej poszedł. Jako że to nie jest mój pierwszy lot w życiu, a takie spisywanie jest tylko i wyłącznie przy lotach tego przewoźnika, to olewam sprawę i siedzę dalej. Kobiety udało się uniknąć, ale i tak dziwne.

4. Czwarty raz każdy jest sprawdzany na bramce — to mogę zrozumieć. Nie wiem natomiast, po co ta kobieta w 3. punkcie chodzi i co sprawdza, w jakim celu firma tego wymaga.

5. Piąty raz każdy jest sprawdzany na wejściu do samolotu. Każdy ma pokazać bilet i paszport, ludzie szukają tych biletów i paszportów. Długo schodzi, stoję na schodach do samolotu, -15 stopni, pokazuje telefon z kodem, którego nie mogą zweryfikować. Przechodzę dalej.

Naprawdę? Muszę być sprawdzany przy wejściu do samolotu? Jeśli chwilę wcześniej odbijałem się na bramce? I po co ta kobieta z kartką? Pomijam fakt sprawdzania biletu na kontroli bezpieczeństwa, to akurat lubię. Lubię się pośmiać z systemu, kiedy nie mogą zweryfikować czarno-białych kropek w telefonie, ale muszą sprawdzić, czy mam, takie procedury (zupełnie jak w korporacji). Ten BR-kod mógłby być na zakup pomidorów.

Sam samolot wypełniony po brzegi, nie ma miejsca na bagaże, upycham gdzieś swój, następne osoby narzekają, że nie ma już miejsc. Z powodu upchanych zbyt wielu rzędów siedzeń jest bardzo ciasno. Na dodatek bagaże się nie mieszczą i część stoi przy toalecie, to znaczy, leży luzem. 5 razy zostałem sprawdzony na lotnisku dla mojego bezpieczeństwa i wygody, ale leżący luzem bagaż podczas lotu to już niebezpieczny nie jest.

Co chwilę otrzymujemy ostrzegawcze sygnały o możliwych turbulencjach i każdy ma pozostać na swoim miejscu i zapiąć pasy. Turbulencji na szczęście jeszcze nigdy nie było. Zauważam, że jakimś dziwnym trafem ostrzeżenia o turbulencjach i nakaz zapięcia pasów zbiegają się z wymarszem stewardes i stewardów, którzy są turbulencjoodporni, i sprzedażą przez nich różnej maści kuponów, dzięki którym nikt nigdy nie wygrywa. Sprzedają też przekąski, które są 10 razy droższe niż na lotnisku, gdzie są 4 razy droższe niż w normalnym sklepie (niech żyją korporacje!).

Raz zdarzyło mi się kupić transfer z lotniska do miasta na stronie tego przewoźnika. Kasę zgarnęli, po czym mi odpisali, że lot jest za późno i nie są w stanie zrealizować tego transferu busem do miasta, ale nic nie oddali, bo to wina innej firmy. A że sami kasę zgarnęli… Jakość obsługi ogólnie mnie rozwesela (po początkowej irytacji).

W czasie lotu czytam o miejscowości niedaleko lotniska, może coś tam zjem. Napisano o lokalnych specjałach z młodych teneryfskich ziemniaków. Może zdążę na zachód słońca na wyspie.

2.2. Teneryfa w sobotę wieczorem. Przylot na wyspę. Miasto Adeje

Wypadam z samolotu. Port lotniczy Reina Sofía wita mnie bardzo ciepłym wieczorem. Jest przyjemnie. Od razu dostaję +30 punktów do szczęścia, samopoczucia i energii. Ludzie się cieszą, śmieją, radują, jest super.

Na Teneryfie są 2 lotniska: północne (kilka kilometrów od stolicy Santa Cruz, okolice La Laguna — obsługuje około 4 mln pasażerów rocznie. Z tego lotniska można dostać się na inne wyspy Archipelagu Kanaryjskiego. Latają tam też bardziej regularne i droższe linie lotnicze) oraz południowe, gdzie się właśnie znajduję (obsługuje głównie tanie linie lotnicze). Na południowe lotnisko przylatuje około 8—9 mln turystów rocznie, co daje ok. 23—24 tys. pasażerów dziennie. Lotnisko jest dość daleko od czegokolwiek, więc to raj dla taksówkarzy i firm wypożyczających auta.

Czekając na bagaż, spoglądam na szereg firm wypożyczających auta. Kolejki nawet po 50 osób do okienka, a 1 osoba załatwia auto w 10 minut. Czas oczekiwania to katastrofa.

Wcześniej tego nie wiedziałem, ale na Teneryfie należy unikać sieciówek typu Europcar, Hertz itp. Ceny mają zabójcze, po 40—60 euro za dzień za najtańsze auto, a do tego każdy zna te sieci, więc i liczba ludzi czekających na samochód masakryczna. Szybko liczę czekających i wychodzi mi, że przyjdzie ludziom czekać nawet kilka godzin na odbiór auta.

Ja szczęśliwie wybrałem firmę Thrifty, która de facto należy do firmy Hertz, ale jest mniej znana. Tylko 5 osób stoi przede mną. Jestem już porządnie głodny, ale dam radę. Obok jest jeszcze jedna firma, chyba lokalna — nie ma przy okienku ani jednej osoby — Cicar. Dopiero później w domu sprawdzam ceny u nich — 134 euro za tydzień, ale z pełnym ubezpieczeniem bez wyjątku. Wychodzi jeszcze taniej niż w firmie, w której ja wypożyczyłem auto. Później, w innych podróżach, też zauważam, że lokalne firmy są dużo tańsze od sieciówek. Wada — mają mniej aut, najlepiej rezerwować z wyprzedzeniem.

Moja rezerwacja — 80 euro za tydzień plus kaucja, o której nie doczytałem i byłem mocno zaskoczony, w wysokości 700 euro! To z 8% ceny auta i z 20% jego aktualnej wartości, czuję tu jakiś szwindel. Jako że nasłuchałem się o kradzieżach rzeczy z aut i groźbie odpadnięcia mniejszych lub większych kawałków, szybko kalkuluję możliwe straty i decyduję się wziąć zamiast kaucji ubezpieczenie za 120 euro, dzięki czemu za nic nie odpowiadam. Auto może spaść w przepaść i spłonąć, a nie zapłacę więcej niż te 120 euro, no ale to jest bezzwrotne. W sumie 200 euro za auto na tydzień. Drożej niż w Cicar, ale to i tak mniej, niż ludzie płacą np. w firmie Europcar.

Ogólnie jestem szczęśliwy, że oszukałem system po raz kolejny i zapłaciłem mniej za tę samą usługę, i idę po auto. Dostałem mapkę, gdzie mam iść, kluczyk z numerem rejestracji, potwierdzenie wynajmu, które też jest dokumentem auta i ubezpieczeniem w jednym (lepiej tego nie zgubić). Wychodzę z lotniska.

Witają mnie piękne palmy ustawione w kilku rzędach, ich liście trzepoczą na wietrze, jest bardzo ciepło. Mam długie spodnie i kryte buty. Szybko stwierdzam, że jestem źle ubrany. Słońce powoli zbliża się ku zachodowi, jest pięknie, czuję się szczęśliwy.

Pomijając tę śmieszną w Warszawie, pierwszy raz w życiu widzę palmy! Jest super.

Szukam auta, rezerwując wybrałem corsę, ale na miejscu dostaję chevroleta sparka (wtedy najnowszej 3. generacji) z silnikiem 1.0 o małej mocy, za to jest klimatyzacja, mały bagażnik, ale w zupełności wystarcza na małe wyprawy po wyspie.

Wynajęty chevrolet spark

Nie jestem fanem amerykańskiej myśli technicznej, taki np. chevrolet corvette jest fantastyczny — szczególnie wersje C5 i C6 — ale mimo całego piękna i wkładu, jakie te auta włożyły w historię motoryzacji, jakościowo to badziew i paździerz. Wszystko twarde, z plastiku, pod palcami ugina się nawet klapa bagażnika. Z silnika V8 5,6 l wyciągali 350 KM w modelu C5. Porsche (w tych latach) wyciągał podobną moc z silnika 3,4 l i 6 cylindrów. Jakość wykończenia wręcz legendarnie niska. Ciągle coś skrzypi. Zawieszenie samochodu porównałbym z radziecką myślą techniczną. Wszystko byle taniej. Spróbuj wcisnąć gaz do dechy i jechać prosto. Bardzo długa maska, dużo dłuższa, niż potrzebuje, i tak ogromny silnik, że w europejskich warunkach auto jest niemożliwe do codziennego użytku.

Także do mojego sparka podchodziłem z rezerwą, ale też raczej pewnością, że auto będzie się spisywać bezawaryjnie, mając na liczniku ledwie 50 tys. km.

Wsiadam i instaluję swojego GPS-a. Error. Okazuje się, że Automapa z mapą Europy nie obejmuje Teneryfy — w końcu to Afryka. Włączam telefon, Program Navigator. Na szczęście jest mapa offline (wgrana razem z Hiszpanią), darmowa, ma — jak się później okazuje — błędy, ale lepsza niż nic, bez niej nie trafię pod właściwy adres. Nie mam mapy Santa Cruz z miejscem, do którego jadę. W przewodniku jest tylko centrum.

Odpalam auto i wyjeżdżam ku zachodowi słońca do miejscowości z przewodnika — Adeje na południowym zachodzie.

Zauważam, że auto ma bicie na kołach, trochę irytujące, ale dobrze się prowadzi…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.