Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Pogoń za barwą życia

Mówią, że młodość jest głupia, ludzie są niedojrzali i robią głupoty. Rodzice boją się o swoje dzieci, nauczyciele tracą cierpliwość, a ja nie rozumiem dlaczego. Dla mnie ten okres był najlepszym co mnie dotychczas spotkało. To właśnie spontaniczność, energia i łapanie chwili zrobiła ze mnie takiego człowieka jakim jestem teraz i postawiła w miejscu, w którym obecnie się znajduję.

Mając 17 lat zastanawiałem się nad ucieczką… ucieczką za przygodą, za barwnym życiem. Chciałem zobaczyć cały świat, a nie żyć tą szarą codziennością, wyglądającą w każdy dzień tak samo. Miłem dosyć szkoły, mimo że uczyłem się całkiem nieźle. Ten sam krajobraz, te same twarze dzień w dzień… nie dało się wytrzymać. To nie było życie, którym chciałem żyć, dlatego postanowiłem to zmienić.

Pewnej nocy zdecydowałem się jednak udać się w tą wymarzoną przygodę mojego życia z najskrytszych snów. Zapakowałem przydatne rzeczy, trochę jedzenia i picia, pieniądze, które odkładałem od podstawówki do skarbonki w kształcie różowej świnki i zdjęcie rodziców do portfela żebym mógł być przy nich cały czas, jak nie fizycznie to emocjonalnie. Z bólem serca napisałem list pożegnalny do domowników i zostawiłem go przypiętego magnesem na lodówce. Mimo że nie umierałem, tylko wyruszałem w przygodę, to czułem, że mogę już nigdy ich nie ujrzeć. Jednak pogoń za lepszym życiem była silniejsza niż każde inne uczucie. Rozchwiany emocjonalnie, ale zdeterminowany to poznania świata, wyskoczyłem przez okno, wziąłem rower i ruszyłem przed siebie.

Początkowo nie wiedziałem gdzie jechać. Krążyłem po rodzinnym miasteczku w stanie Minnesota, zastanawiając się co robić. Już miałem rezygnować i zawrócić, ale koniec końców nie zrobiłem tego. Pojechałem na północ i teraz wiem, że to była moja najlepsza decyzja. Ten moment, odmienił moje życie.


Przez pierwsze miesiące podróżowałem po różnych małych miejscowościach. W niektórych zostawałem trochę na dłużej, w innych znacznie krócej. Udało mi się nie raz zdobyć jakąś prace i zarobić na to nowe, nieprzewidywalne życie. Mimo niestabilnego gruntu pod nogami, spania na dworze, jedzenia resztek, czy nieświeżych ubrań nie chciałem wracać, wręcz przeciwnie — to było to czego tak pragnąłem. Poznałem przy tym wielu nowych ludzi, w tym pasjonatów przygód takich jak ja. Często podróżowaliśmy razem, jednak każdy miał inny cel, więc wspólne przemierzanie dróg trwało bardzo krótko. Po trzech miesiącach poznawania Minnesoty od A do Z, za mój cel obrałem sobie Kanadę. Rowerem niestety byłoby to mało wykonalne, dlatego też zacząłem podróżować autostopem. Byłem zdumiony jak chętnie ludzie mnie ze sobą zabierali. Nie sądziłem, że na świecie jest tyle życzliwych osób. Zazwyczaj dziękowałem im grą na gitarze, którą miałem zawsze przy sobie i ciepłymi słowami. Wielu do dziś pamiętam, zwłaszcza Rob’a, z którym dodatkowo spędziłem tydzień w Ottawie i z którym do dziś mam kontakt.

Po odkryciu całej Kanady, w której przesiedziałem rok, postanowiłem zmienić kontynent i poleciałem do Europy. Zacząłem od Portugalii i potem przesuwałem się stopniowo na wschód. Ta część Ziemi najbardziej przypadła mi do gustu. Inni ludzie, tradycje, architektura… poezja. Zawarłem wspaniałe znajomości, a co ważniejsze znalazłem miłość swojego życia, z którą postanowiłem kontynuować podroż. Z nią świat wyglądał inaczej. Dodawała jeszcze więcej barw, była dla mnie ostoją, nic mi przy niej nie brakowało. Spędzaliśmy cudowne noce pod gwiazdami, spaliśmy w namiotach, myliśmy się w rzekach, pracowaliśmy, uczyliśmy się i poznawaliśmy nowe rzeczy. Można by pomyśleć, że mieliśmy siebie dość, w końcu każda chwila spędzona razem, ale nigdy nie myśleliśmy w ten sposób, cały czas nam było mało.

4 lata w Europie, szmat czasu… nie zdążyłem mrugnąć, a od wyjazdu z domu minęło prawie 6 lat. Od tamtej pory nie widziałem rodziców, komunikowałem się z nimi tylko poprzez listy, lecz pragnienie by ich spotkać było coraz mocniejsze. Obiecałem sobie jednak, że wrócę do nich jak okrążę cały świat i dotrzymałem słowa.

Po Europie nastał czas na Afrykę, następnie Azję, Australię, Amerykę Południową i resztę rodzinnego skrawka Ziemi. W każdym z miejsc czekały na mnie inne przygody, inne osoby i doświadczenia. Z każdej chwili czerpałem radość i wiele się uczyłem. W pamięci zapisało mi się wiele wyjątkowych wspomnień. Szczególnie zapamiętałem wyprawę na Mount Everest.


Przygotowywałem się do niej wiele miesięcy wraz z moją towarzyszką życia, aż w końcu wyruszyliśmy. Obawiałem się o nią, wolałem żeby została, ale to uparta kobieta i niestety przegrałem ten spór. Wspinaliśmy się po górach długi czas nim zdobyliśmy szczyt. Wiele osób po drodze odpuściło, wiele też doznało kontuzji, ale my nie daliśmy za wygraną, walczyliśmy do końca i dopięliśmy swojego. Mimo wielu niebezpieczeństw i niesprzyjających warunków pogodowych daliśmy radę.

Po 10 latach wróciłem do Minnesoty. Radość jaka ogarnęła moich rodziców i starych przyjaciół była ogromna. Podczas powitania wylała się niejedna łza szczęścia. Przez dobry tydzień opowiadałem o najpiękniejszej przygodzie życia. Wszyscy słuchali mnie z zapartym tchem. Widać było ich wielką tęsknotę, ale także dumę. To cudowne uczucie, kiedy najważniejsze osoby w twoim życiu doceniają to co robisz i cieszą się z twojego szczęścia. Do dnia dzisiejszego jestem im wdzięczny za zaufanie i cierpliwość.

Dzięki decyzji jaką podjąłem 10 lat temu zrozumiałem co to znaczy prawdziwie żyć. Była to lepsza skarbnica wiedzy i doświadczenia, niż tradycyjna szkoła. Czasami się zastanawiam co bym teraz robił, jak by wyglądało moje życie gdybym wtedy zawrócił rowerem do ciepłego pokoju i wiem jedno — na pewno nie byłoby ono tak fascynujące i wypchane niesamowitością jak jest teraz. Mimo iż, do Minnesoty wróciłem niedawno, bo nie całe 2 miesiące temu to już planuję kolejny wyjazd, co wiąże się z kolejnymi wyzwaniami i adrenaliną, ale już tym razem nie zacznę tej przygody sam. I możecie powiedzieć, że jestem szalony, albo nawet niezrównoważony, ale skoro daje mi to największe szczęście to dlaczego miałbym tego zaprzestać?

Oliwia Gładysz


Czas biegnie w dwie strony

Zawsze byłem żywiołowym dzieckiem, kochałem biegać, bawić się z kolegami z sąsiedztwa. Zawsze się rozumieliśmy i tworzyliśmy zgraną paczkę. Jako że mieszkaliśmy w małej miejscowości nie mieliśmy problemów ze spotkaniami. Każdy wieczór był nasz. Graliśmy w piłkę do póki rodzice nas nie zmusili do powrotu do domu. Nigdy się nie nudziłem, chociaż nie miałem wypasionego komputera czy telefonu, ważne było to, co teraz.

25. czerwca było zakończenie roku szkolnego, za mną już piąta klasa. Nareszcie zaczęły się wakacje, czas bez ograniczeń. Będziemy grać, bawić się i spotykać całą paczką! Niestety, potoczyło się to zupełnie inaczej. Mama jak zwykle oderwała mnie od gry i kazała maszerować do domu. Spokojnie umyłem się i położyłem się spać. Ta noc była spokojna, ale dziwna, nic mi się nie śniło miałem zupełnie czysty umysł. Rano jak zwykle nie chciałem wstać. Udawałem, że drzemię, ale coś było nie tak. Nie mogłem poruszyć nogami! Próbowałem wstać, ale to nic nie dawało, byłem przerażony. W głowie miałem wiele pytań, ale zero odpowiedzi. Krzyczałem i wzywałem na pomoc mamę. Ona przybiegła przestraszona moimi wezwaniami, lecz sama nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Po chwili zdumienia zawiadomiła pogotowie.

I tu zaczyna się druga część mojej historii… Najpierw przyjechałem do małego szpitala w powiatowym miasteczku. Lekarz zlecił mi prześwietlenie nóg. Wykazało ono, że moje obie nogi są bardzo połamane, wręcz pogruchotane. Sam nie wiedziałem jak to możliwe, przecież nie czuje bólu. Lekarz dokładnie wypytywał mnie o to jak mogło do tego dojść. Ja nie miałem pojęcia, przecież wróciłem z mamą do domu i nic mi się nie stało. Byłem przerażony swoją bezradnością. Lekarz odesłał mnie do specjalisty, jednego z najlepszych ortopedów w kraju. Ten powiedział, że to niemożliwe, abym połamał tak nogi we śnie ani w trakcie gry w piłkę, dodał, że nigdy nie widział takiego ogromnego uszkodzenia kości. Oznajmił najpierw mojej mamie, że już na zawsze będę kaleką na wózku. Ona nie wiedziała jak mi to powiedzieć, ale ja czułem, co się ze mną dzieje i że nie jest dobrze. Tym razem to ona płakała a ja ją wspierałem, chociaż wewnętrznie byłem rozdarty i przerażony przyszłością… Przeprowadziliśmy się do dużego miasta, abym miał teoretycznie łatwiejsze życie, a ja ciągle zadawałem sobie pytanie „Dlaczego?”. Nowe środowisko, nowi znajomi, wszystko inne niż zawsze, inne i gorsze od tego, co było kiedyś. Ale nie, nie należę do ludzi, którzy tak łatwo się poddają. Powoli się zaaklimatyzowałem w nowym świecie. Świecie pozbawionym piłki i świetnej zabawy. W zamian miałem nudne dni i wiele ograniczeń.

Przejdę do najbardziej nieoczywistego momentu mojego życia. Do chwili, której nie rozumiem do dzisiaj. Pięć lat później. W nowej szkole poznałem Magdę, która jako pierwsza się do mnie w ogóle odezwała. Pewnie dlatego, że też była na wózku. Od samego początku doskonale się dogadywaliśmy. Nigdy jednak nie chciała mi powiedzieć o tym, jak straciła panowanie nad nogami. Chodziliśmy na spacery do parku, wybieraliśmy się razem do kina czy nawet na zakupy. Naszym ulubionym miejscem był mały park w pobliżu naszego osiedla. Mieliśmy swoją ławkę pod swoim drzewem. Tam zawsze się spotykaliśmy, tam zwierzaliśmy i omawialiśmy nowinki. Doszedłem do wniosku, że znalazłem przyjaciółkę, która zawsze będzie mnie wspierać. Właśnie siedząc na tej ławce zaprosiłem Magdę na wycieczkę, nie podając celu wyprawy. Jechaliśmy długo pociągiem, Magda była zniecierpliwiona, ale nie wyjawiłem jej dokąd tak długo jedziemy. W końcu wysiedliśmy w małej miejscowości na Mazurach. Tak to moja rodzinna miejscowość. Przyjechałem do dziadków, a przy okazji chciałem Magdzie pokazać piękno jezior i oczywiście przedstawić moich dawnych przyjaciół. Miałem nadzieję, że jeszcze o mnie pamiętają. W końcu minęło prawie sześć lat. Pojechaliśmy do domu moich dziadków. Babcia jak zawsze przywitała mnie z otwartymi ramionami tak jak i moją towarzyszkę. Dziadek rzucił kilka aluzji, co do naszej relacji, ale wszystko w żartobliwym tonie. Wróciły do mnie wszystkie wspomnienia. Wszyscy dyskutowaliśmy, żartowaliśmy i wspominaliśmy. Jednak czułem, że ona czuje się niezręcznie, więc zaproponowałem spacer. Dziadek powiedział, abym przeszedł z Magdą do mojego starego domu. Już w czasie spaceru dziwnie się czułem, jakoś nieswojo, ale nie dawałem tego po sobie odczuć. Gdy dotarliśmy na miejsce od razu zauważyłem, że to Nie ten sam dom. Ogólnie wyglądał tak samo, lecz były niezgadzające się detale, a ja poznałbym swój dom. Powiedziałem to Magdzie, ale ona się uparła, że mi się wydaje i chce wejść do środka. Gdy wszedłem wszystko wyglądało normalnie, ale Magda wydawała się zachowywać jakoś dziwnie. Wyjechaliśmy na piętro po rampie, którą kiedyś próbował sklecić mój ojciec. Na zewnątrz powoli się ściemniało, więc z balkonu łapaliśmy ostatnie promyki słońca. Było naprawdę romantycznie. Zdecydowaliśmy o powrocie do dziadków, ciężko było nam się rozstać z tym pięknym widokiem. Zrozumieliśmy, że nie jesteśmy już tylko przyjaciółmi. Zaczęliśmy powoli zjeżdżać po starej rampie. Zaczęła trzeszczeć i skrzypieć i nagle runęła. Dwoje niepełnosprawnych, którzy spadli z kilku metrów w starym domu pod stosem belek. Zaczęło dziać się coś nieoczywistego, powoli zaginała się rzeczywistość. Wszystko się mieszało dziś — 6 lat temu, teraźniejszość — przeszłość, życie realne — zaświaty. W głowie migało mi tysiące kadrów, ale przede wszystkim pusty sen z przed sześciu lat. Teraz on się wypełnił, nie ma już pustki. Patrzyłem bezradnym wzrokiem na Magdę a ona na mnie, powoli zaczynaliśmy rozumieć tę sytuację. To tu wszystko się zaczyna, choć już dawno się skończyło. Teraz wypełniła się pustka w naszych historiach… Ulegliśmy dziwnemu zgięciu czasoprzestrzeni, wyprzedziliśmy swoje życie o 6 lat. Skutek był przed przyczyną… Choroba przed wypadkiem… To ten upadek spowodował naszą niepełnosprawność. Teraz w głowie nie było pytań, były odpowiedzi. Wyprzedził nas i nasze życie, ten ślepy los nas połączył w tak dziwny sposób. Musiałem wziąć się w garść, wiedziałem, że ten przewrotny czas działa na naszą niekorzyść. Musiałem wezwać pomoc, ale krzyk był bez sensu. Telefon miałem rozbity. Z Magdą straciłem kontakt. Jedyna nadzieja w dziadkach. W głowie miałem milion myśli. Czy to dzieje się naprawdę? Czy to tylko sen? Czy ja żyję, a może jestem już po tej drugiej stronie? Cały czas męczyła mnie myśl czy dziadek wyjdzie nas szukać, przecież mieliśmy wrócić wcześniej. Jest też nadzieja, że ktoś usłyszał hałas. Czas mijał, a ja traciłem nadzieję, wiedziałem, że prawie nie mamy szans. Czułem, że tracę siły, mdleję, ostatnie co pamiętam to kontur biegnącego mężczyzny. Gdy się obudziłem, czułem jakbym cofnął się o 5 lat. Miałem ogromny deja vu te same szpitale, ci sami lekarze. Wszystko działo się jeszcze raz, ale gdzie jest Magda? W pamięci miałem ją, leżącą obok mnie milczącą w bezruchu. Po tym, co spotkało mnie w życiu zakładałem najgorsze. Można powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do przeciwności losu. Byłem zupełnie obojętny. Jeszcze tego samego dnia spytałem się rodziców, co z moją przyjaciółką, chociaż w środku myślałem o niej jako swojej miłości. Zdziwiona mama powiedziała, że przecież byłem sam! Jak to! Nie dowierzałem, myślałem, że ją tam zostawili, zapomnieli o niej. Mama tłumaczyła mi, że nigdy nie widziała na oczy żadnej Magdy na wózku, że nigdy jej nie przedstawiłem. Myśleli, że ją sobie wymyśliłem, ale ona była prawdziwa… Teraz siedzę obok mojej ławki, szpital daleko za mną. Teraz mam taki inny wózek z pasami… Nie mogę z niego zejść, to przez pasy… Nie wiem po co mi one? Nie mogę usiąść na ławce, już sam nie mogę jeździć na spacery, mama mnie prowadzi. Ona nie rozumie, że Magda na mnie czeka na ławce…

Karol Maciołek

Druga szansa

Brak zrozumienia u bliskiej osoby powoduje tragedię. Próba sprostania oczekiwaniom innych, bez uwzględnienia własnych uczuć — powoduje tragedię… Nieustanne walka z samym sobą — powoduje tragedię… Właśnie takie czynniki rujnują nas od środka, są buntem przeciw światu, niszczą szczęście i spokój w rodzinie. A wystarczy tylko szczera rozmowa, oparcie ze strony bliskich i wzajemne słuchanie, aby zapobiec nieszczęściu. Teraz to wiem — 2 lata za późno…

Wszystko zaczęło się niewinnie. Chciałam coś zmienić w swoim perfekcyjnie poukładanym życiu: wzorowa uczennica, wspaniała córka, wschodząca gwiazda tenisa — taki chodzący ideał. Ciążyła na mnie nieustanna presja — musisz to wygrać, musisz być najlepsza, liczy się tylko zwycięstwo — powtarzałam sobie. Chciałam. Naprawdę bardzo się starałam, ale to mnie przerosło. Powiedziałam dość. Poczułam, że nie chce już taka być, nie chce być najlepsza, zawsze pierwsza. Chciałam w pełni doświadczyć życia, stanąć po drugiej stronie, zobaczyć świat z innej perspektywy. Wtedy wydawało mi się to słuszne…

Wagary, kłótnie z rodzicami, spadek w rankingu i nowi,,przyjaciele” — tak od 2klasy liceum wyglądało moje życie. Ten istny ideał zmienił się w zbuntowaną nastolatkę. Na początku było cudownie. Nowo poznani znajomi wdrożyli mnie w swój świat — imprezy, alkohol, narkotyki. Przez ten ostatni czynnik, który docelowo miał pomóc się,,bawić”, prawie mnie zabił.. W tamtej chwili ekscytacja i ciekawość przed nieznanym, zasłoniła mi oczy i zdrowy rozsądek. Nie zwracałam uwagi na rodziców, którzy byli w ogromnym szoku — co się z tobą dzieje!? — to pytanie padało praktycznie codziennie, w odpowiedzi na nie uśmiechałam się złośliwie — wreszcie jest dobrze mamo. Tak naprawdę dopiero wtedy zaczęli się mną interesować, ale to było bez znaczenia. Brnęłam coraz bardziej i bardziej. Nie słuchałam próśb nauczycieli i trenera. Czułam się niezależna, szczęśliwa — nic bardziej mylnego, żyłam w złudzeniu. Po roku mojej przemiany postanowiłam uciec od rodziców. Czułam się uwięziona, wracając codziennie, musiałam wysłuchiwać pretensje, krzyki i ciągłe pytania… Nie miałam planu, chciałam być wolna, nie zdając sobie sprawy, że byłam zniewolona przez narkotyki. Przez rok uzależniłam się do tego stopnia, że dzień bez zastrzyku wydobywał ze mnie potwora, który pragnie jednego — kolejnej dawki. Wtedy tego nie zauważałam, sądziłam, że narkotyk jest dla mnie oparciem, odskocznią od problemów. Dzięki niemu mogłam uciec od zepsutego świata i choć na chwilę zapomnieć…

Po pierwszym tygodniu wolności, zaczęły się schody — skończyły się pieniądze. Sprzedałam wszystko, co miałam ze sobą. Nie mogłam wrócić do rodziców — myślałam, że nie ma odwrotu, że nie chcą mnie znać, że nawet mnie nie szukają. Narkotyki zmieniły moje myślenie, nie czułam szczęścia i ekscytacji, czułam już tylko pustkę i ciągły głód… Nic nie trzymało mnie przy życiu, z dnia na dzień pogrążałam się w głębszej depresji. W sercu czułam złość, która rosła w siłę — nienawidziłam siebie. Zniszczyłam wszystko, co miałam. Nie widziałam dla siebie przyszłości, żadnych perspektyw, porzuciłam myśli, że może mnie spotkać jeszcze coś dobrego. Kiedyś rozmyślałam, jak to jest być na granicy życia, nie rozumiałam, dlaczego ludzie próbują ze sobą skończyć — teraz znalazłam się w takiej sytuacji i wiem…

Na jednej z imprez wzięłam potrójną dawkę heroiny. Wiedziałam co to znaczy i jaki może być koniec. I nagle dostrzegłam, że odpływam, oddalam się w nicość, wtedy nie czułam nic, zupełnie nic… Myliłam się, to nie była nicość, zbliżałam się do poświaty, dziwnego oślepiającego światła. Nie bałam się. Ogarnął mnie spokój, wewnętrzne ciepło, pozytywna aura, którą znałam, jakbym wróciła do lat z dzieciństwa, beztroskich i szczęśliwych. Po ogólnym zdziwieniu widok, który zobaczyłam wprawił mnie w szok — przede mną stali rodzice uśmiechnięci i radośni. Nie wiedziałam, co zrobić. Próbowałam powstrzymać łzy, ale już dawno popłynęły, a wraz z nimi potok słów, moich słów, ważnych słów… Przepraszałam za to wszystko, co zrobiłam, próbowałam wytłumaczyć, dlaczego i właśnie w tamtej chwili uświadomiłam sobie, że wyrządziłam im ogromną krzywdę, że na to nie zasłużyli. Po moim długim monologu, perspektywie, przez którą widziałam to wszystko nastała chwila ciszy, która ciągnęła się w nieskończoność. Przerwał ją głos taty — jak zawsze stanowczy, ale ciepły. Wypowiedział słowa, na które czekałam od dawna. Rodzice zrozumieli także swój błąd, presje, którą na mnie wywierali. Dzięki tym słowom, w moim sercu pojawił się promyk nadziei na lepsze jutro.

Jutro? Przedawkowałam narkotyki, a to wszystko to tylko moje wyobrażenie, głęboko schowane pragnienie… I wtedy się ocknęłam, leżałam w szpitalu, a przy mnie byli oni- rodzice, siedzący na szpitalnych krzesłach, trzymając moją dłoń z ogromnym uśmiechem na twarzy, usłyszałam głos mamy:,,Wróciłaś do nas Marysiu, Bóg dał ci drugą szansę, dał ją tobie i nam,” — łamiącym głosem dodał tata:,,Będzie tylko lepiej, zmieni się wszystko, tę szansę wykorzystamy w pełni, nie zmarnujemy jej.

Tak jak powiedział, tak się stało… Poszliśmy całą rodziną na terapię, zaczęliśmy szczerze rozmawiać i mówić sobie wszystko, ja wróciłam do szkoły i powoli odbudowuję formę. Teraz gram dla przyjemności, a nie dla bycia najlepszą. Chce stworzyć z rodzicami relację opartą na wzajemnym zaufaniu i szczerości. Odzyskałam harmonię życia i poczucie bezpieczeństwa. Dostałam drugą szansę od życia i wykorzystam ją.

Zuzanna Wójcicka

Lepsze Teraz

Od zawsze byłem typem człowieka, który nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Zawsze chciałem być tym najlepszym, kimś o kim będzie głośno. Na studiach wpadłem na pewien pomysł. Coś, co zmieni sposób patrzenia na świat, jednocześnie stawiając mnie na szczycie.

Projekt nazwałem „Lepsze Teraz”. Głównym założeniem było stworzenie symulacji oddziaływującej na nasz mózg w taki sposób, aby mógł on stworzyć inną rzeczywistość w czasie realnym.

Miało to na celu w choć niewielkim stopniu odciągnąć całe to społeczeństwo od ślepego zaułku, w który brnęli za pieniądzem. Ciągły stres, robienie wszystkiego, byle tylko mieć więcej i więcej…

Ktoś w końcu musiał coś z tym zrobić.

„Lepsze Teraz” działało na zasadzie wpuszczenia sobie do ucha pewnego rodzaju płynu zawierającego kod strukturalny, który chwilowo zaburzał prawidłowe działanie mózgu, jednocześnie przerzucając daną osobę do innej, równie realistycznej rzeczywistości. Mogłeś znaleźć się w każdym miejscu na ziemi, dzięki czemu miałeś możliwość odpoczęcia i zrelaksowania się przez jeden dzień, robiąc to, co lubisz. Skok ze spadochronu, surfowanie na Karaibach, czy przejażdżka kabrioletem wzdłuż Lazurowego Wybrzeża. I to wszystko chociażby w przerwie w pracy. Jedna sesja, czyli wspomniany wcześniej dzień w czasie rzeczywistym trwał tylko 7 minut. Oczywiście wraz ze swoim zespołem zaprojektowaliśmy to w taki sposób, że w żaden sposób nie ingerowało to w stan zdrowia użytkownika. Dzięki temu ludzie mogli zrelaksować się podczas tego całego wyścigu szczurów bez większych konsekwencji, jedyne czego potrzebowałeś to ampułka z błękitnym płynem…

Sam stosowałem to bardzo często, przede wszystkim przeprowadzając kolejne badania, aby udoskonalać produkt przed jego wydaniem. Zdarzały się jednak sytuację, w których chciałem po prostu oddać się chwili relaksu. Czas nas gonił, więc o wyskoczeniu na wakacje nie było nawet mowy. Zresztą właśnie po to powstało „Lepsze Teraz”, takie było jego założenie; odpoczynek.

Podczas jednej z moich kolejnych sesji, gdy „wypoczywałem” na słonecznej Sycylii coś dziwnego przykuło moją uwagę. Coś, czego nie mogło być w moim projekcie, po prostu nie miało prawa się tam znajdować. Było to pewnego rodzaju zakrzywienie rzeczywistości, w której się znajdowałem, mimo, że ta również była udawana. Wiadomo, że poszedłem to sprawdzić. Jakby nie było, to coś mieszało w dorobku mojego życia. Skierowałem się w kierunku białej przestrzeni. Czegoś, co wyglądało jak sterylne pomieszczenie. Biel tego miejsca, aż raziła w oczy. Zdałem sobie sprawę, że jest to pewnego rodzaju laboratorium. Postanowiłem się tam rozejrzeć.

Gdy wszedłem do jakiegoś gabinetu, który nie różnił się niczym od poprzednich pomieszczeń, moim oczom ukazała się pewna postać.

Dodam tylko, że moje symulacje z góry były przeznaczone tylko dla jednej osoby, co za tym idzie nikt inny nie miał prawa się w nich znajdować. Najdziwniejsze było jednak to, że osobą opartą o biurko z ampułką niebieskiego płynu w ręce byłem ja sam… W tamtej chwili nic nie mogło mnie już bardziej zadziwić. Doszedłem do wniosku, że drugi ja jestem w trakcie symulacji, więc postanowiłem poczekać na jego „powrót” do rzeczywistości, jakkolwiek to brzmiało w zaistniałej sytuacji. Podczas tych trwających w nieskończoność niecałych 7 minut miałem czas, żeby rozejrzeć się po mieszkaniu. Zaniepokoiło mnie, że wokół mnie, tego drugiego, leżała masa zużytych opakowań po niebieskim płynie.


Przez myśl nawet przeszło mi, że to pewnego rodzaju uzależnienie, ale to, co stworzyłem pod żadnym względem nie przypomina narkotyku, co za tym idzie nie ma możliwości, żeby się od tego uzależnić.


W pewnym momencie moje alter ego wróciło do swojego świata. Szczerze mówiąc liczyłem na krępujące pytania w stylu; „Kim jesteś, albo skąd się tu wziąłeś?”, zamiast tego usłyszałem jednak; „Miło, że w końcu wpadłeś”. Nie ukrywam, nie wiedziałem co się dzieje…

Szybko jednak zrozumiałem, co tak naprawdę tam robię i co się stało. Dowiedziałem się, że miejsce, w którym się znajduję to prawdziwy świat, tyle tylko, że 8 miesięcy po premierze „Lepszego Teraz”.

To spotkanie z samym sobą starszym o 8 miesięcy miało na celu uświadomić mi, do czego doprowadziłem, wypuszczając swój produkt na rynek. Nie ukrywam, że taki scenariusz nie przeszedł mi nawet przez myśl. Nie sądziłem, że ludzie sami doprowadzili do czegoś takiego.

Z tego co się dowiedziałem to relacje w społeczeństwie zostały kompletnie zniszczone, każdy wybrał jego zdaniem „lepsze życie”, oddając się w całości niebieskiemu płynowi. Ludzie po prostu uznali, że nie ma sensu żyć w tym nudnym dla nich świecie, skoro mogą oddawać się przyjemnościom, które płynęły z „Lepszego Teraz”. Ludzkość stała się czymś na wzór robotów, trudno znaleźć mi lepsze określenie na to. Chodzili do pracy, byleby odhaczyć swoje tylko po to, żeby po powrocie do domu znowu uciec od problemów do ich „raju”. To wszystko stworzyło coś na wzór wielkiego koła, z którego nie było ucieczki. Może po prostu nie chcieli stawić temu czoła. Tak było po prostu wygodniej. Nawet ja w to popadłem, patrząc na człowieka siedzącego obok mnie sięgającego po kolejną ampułkę.

Wiedziałem co muszę zrobić…

Po powrocie do „rzeczywistej rzeczywistości” stanąłem przed trudnym wyborem.

Mogłem nic sobie nie robić z tego, co zobaczyłem w tamtym domu i osiągnąć swój życiowy cel, dzięki któremu jak mi się początkowo wydawało, mogłem pomóc ludziom. Bardziej rozsądne było jednak zawieszenie projektu i pozwolenie ludziom dalej brać udział w tym wyścigu szczurów.

Postanowiłem nie ryzykować. Nigdy bym sobie nie wybaczył, jeśli rzeczywiście stałoby się tak, jak to widziałem. Stawka była zbyt duża.

Cała moja kariera, mój sukces, który był tuż na wyciągnięcie ręki rozpadł się.

Z drugiej strony wiedziałem jednak, że była to słuszna decyzja, coś w rodzaju ceny, którą muszę zapłacić, aby uchronić społeczeństwo od upadku, do którego jakby nie patrzeć sam bym doprowadził.

Mogę powiedzieć, że uratowałem ich wszystkich przed samym sobą.

Dzięki wydarzeniu z tamtego domu zdałem sobie sprawę, że nikt nie ma prawa bawienia się w Stwórcę. Nie ma możliwości, żeby coś takiego skończyło się dobrze.

Mimo wszystko „Lepsze Teraz” czeka na inną, lepszą przyszłość, w której ludzie będą bardziej świadomi swoich czynów i konsekwencji jakie niosą za sobą…

Wiktor Pasternak


Każdy ma prawo do szczęścia

Stałam całkiem sama, wokół mnie panowała tylko ciemność, a niebo co jakiś czas rozświetlały błyskawice. Potężny wiatr łamał pobliskie drzewa, niezruszone słały wciąż tylko te największe, najstarsze. Tak bardzo kiedyś kochałam wspinać się na nie, ale musiałam przestać, bo przecież to nie przystoi dziewczynce. One są takie potężne i niezależne, tak samo jak te z fotografii ze ściany mojego pokoju. Widać na nich małą dziewczynkę, ubraną w śliczną i idealną, niebieską sukienkę, która niewinnie i słodko uśmiecha się do aparatu.

Tak, tą dziewczynką jestem ja — Amy Brown, a raczej byłam, nigdy później nie byłam tak szczęśliwa. Teraz jestem Amandą Stellą Brown, dziewczyną, która wiedzie cudowne życie… Przecież mieszka w pięknym, dużym domu, ma wszystkie najnowsze gadżety i rodzinę, która jest wzorem dla innych. Zawsze grzeczna i poukładana, uśmiechnięta i służąca pomocą. Tyle osób zazdrości mi mojego życia, pozornie szczęśliwego i udanego, bo jakie ja mogę mieć problemy?

Otóż dzisiaj wszystkie się skończyły, wreszcie wyrwałam się z tego koszmaru! Dzisiaj obchodzę osiemnaste urodziny, wreszcie osiągnęłam pełnoletniość i przestałam być zależna od kogokolwiek.

Właśnie zaczął padać deszcz, a wiatr się nasilił. Po moich policzkach spływają łzy, ale nie są to łzy smutku, ani rozpaczy, moje serce czuje ogromną radość. Odwracam się, ostatnie spojrzenie w przeszłość…

Tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę i wreszcie jest — czuję się wolna jak ptak- mam zamiar zacząć naprawdę żyć. Szukam w kieszeni mojego największego skarbu — zdjęcia ślubnego moich rodziców. Są na nim tacy piękni, młodzi i szczęśliwi. Zaczynam iść przed siebie, wolnym, ale pewnym krokiem podążam ku nieznanej przyszłości. Może wreszcie znajdę miłość, chcę żeby ktoś pokochał mnie bezwarunkowo, nie mam zamiaru nikomu już nic więcej udowadniać.

Dzisiaj kończę osiemnaście lat, nikt „z moich bliskich” nie złożył mi życzeń, ale za dwa dni ma odbyć się moje huczne przyjęcie, aby wszyscy dookoła mieli się czym zachwycać. Nie dostałam nawet uśmiechu, czy serdecznego spojrzenia od moich prawnych opiekunów, nie zasługują oni na miano rodziców. Nie liczyłam na żadne prezenty, bo przecież nie zasłużyłam.

Tak wyglądało całe moje dzieciństwo. Kiedyś miałam fajną rodzinę, moi prawdziwi rodzice bardzo się kochali. Niestety, moje narodziny zepsuły wszystko, tego samego dnia umarła moja mama. Ja wiem, że tato mnie kochał, zostawił mi piękny list, ale nie mógł pogodzić się ze stratą ukochanej. Odszedł pięć miesięcy po mamie. W tamtym momencie zostałam sama. Przygarnęła mnie ciotka, bo tak przecież wypadało… Ponoć kiedyś była piękna i szczęśliwa, ale musiała wyjść za mąż za bogatego przyjaciela rodziny — wuja Donalda, dużo od niej starszego. W dniu ślubu stała się zgorzkniałą kobietą. Jedyną osobą, którą prawdziwie kochała był jej brat, czyli mój tato. Za każdym razem, kiedy patrzyłam w jej oczy widziałam to oskarżycielskie spojrzenie, obwiniała mnie o to, że straciła bratnią duszę.

Mąż ciotki Katherin jest bardzo poważany w naszym miasteczku. Stwarza pozory dobrego i miłego człowieka, ale dopiero w domu pokazuje swoją prawdziwą twarz. On nie znosi sprzeciwu, wszystko musi być idealne. Wychodzi z założenia, że skoro ma pieniądze to może wszystko.

Przez siedemnaście lat starałam się robić wszystko, aby zadowolić moją „rodzinę”, zawsze osiągałam najlepsze wyniki w szkole i byłam posłuszna ich rozkazom. Nikomu nigdy nie umiałam w pełni zaufać, oczywiście miałam wielu znajomych, którzy pojawiali się, gdy potrzebowali pomocy. Wszystko zmieniło się rok temu, w siedemnastą rocznicę śmierci mojej mamy. Na strychu domu wujostwa znalazłam stary album ze zdjęciami moich rodziców z jakiegoś wspólnego wyjazdu, zanim byli jeszcze małżeństwem. Emanowała z nich niezwykła radość i beztroska. Niestety, kiedy je przeglądałam do pokoju weszła ciotka i ze złością wydarła mi album z rąk. Powiedziała, że nie mam prawa grzebać w jej rzeczach, a zdjęcia ukryła. Właśnie wtedy zrozumiałam, że moje życie nie ma sensu, udawałam kogoś, kim nie byłam, żyjąc w ciągłym strachu. Aby odejść musiałam poczekać jednak do osiągnięcia pełnoletniości.

Dziś jest wielki dzień w moim życiu, zauważyłam, że niebo znacznie się wypogodziło. Właśnie zmierzam na cmentarz, na grób moich rodziców, zawsze tam chodziłam, kiedy nie dawałam sobie rady i często mi to pomagało. Dzisiaj również ich odwiedzę, choć jestem w całkiem innym nastroju.

— Cześć kochani! — przywitałam się z uśmiechem, kładąc bukiet róż na pomniku. — Wiem, że oboje nade mną czuwacie i czuję się szczęśliwa. Obiecuję, że zawsze będę o was pamiętać, nieważne, gdzie się znajdę. Kocham was!

Spędziłam tam jeszcze chwilę, wpatrując się w zdjęcia mamy i taty, ile dałabym, żeby móc zmienić przeszłość…

Był bardzo ciepły dzień, szłam od kilku godzin i poczułam już głód oraz lekkie zmęczenie. Zauważyłam mały bar przy drodze, więc zdecydowałam się, że wejdę i coś zjem. Restauracyjka była bardzo przytulna, zamówiłam jakiś zestaw. Kiedy usiadłam do stolika, stojącego w kącie, zauważyłam wchodzącą parę. Chłopak szarpał dziewczynę, która była bardzo wystraszona, niewiele myśląc ruszyłam w ich kierunku i stanęłam w jej obronie.

— Przepraszam, co tu się dzieje. Zostaw ją! — krzyknęłam.

— Nie wtrącaj się dziewczynko, to nasza sprawa — warknął chłopak i pociągnął dziewczynę w stronę wyjścia.

— O nie! Daj jej spokój, ona nie chce z tobą nigdzie iść. Puść ją, albo zadzwonię na policję!

W tym momencie przyszedł właściciel baru i zapytał o co chodzi. Chłopak popatrzył się na nas złowrogim wzrokiem, wyszeptał do dziewczyny jedno zdanie: „I tak cię znajdę.” i odszedł. Popatrzyłam na jej twarz i zrozumiałam, że to nie był pierwszy taki incydent, była cała posiniaczona. Uśmiechnęłam się do niej przyjacielsko i powiedziałam:

— Hej, nazywam się Aman… Amy.

— Ja… — zaczęła dziewczyna — …dziękuję za pomoc. Ale nie powinnaś się ze mną zadawać, narobię ci tylko kłopotów — w jej oczach stanęły łzy.

— Ale ja chcę tylko zaprosić cię na obiad, a później nasze drogi się rozejdą — uśmiechnęłam się. — Więc jak będzie? Chodź, zostawiłam rzeczy przy tamtym stoliku.

— No dobrze — usłyszałam nutkę niepewności w jej głosie.

— To jak się nazywasz? — zapytałam kiedy już usiadłyśmy.

— Jestem Jess, przepraszam cię za to, co się stało.

— Spokojnie, to przecież nie twoja wina.

Jadłyśmy w ciszy, czułam jednak na sobie cały czas wzrok Jess. Była bardzo wystraszona, postanowiłam, że muszę jej pomóc.

— Pójdę zapłacić, a ty poczekaj tutaj na mnie — dziewczyna tylko przytaknęła głową.

— Masz gdzie pójść? — zapytałam, kiedy wyszłyśmy z baru.

— Muszę wrócić do domu i przeprosić Matta — odpowiedziała.

— Wiesz, że nie musisz tak żyć? Nikt nie ma prawa cię tak traktować.

— Ty nic nie rozumiesz — westchnęła dziewczyna. — Nie mam nikogo oprócz niego. Kiedyś bardzo się kochaliśmy, ale ostatnio nie mamy pieniędzy. Ma dług u jakiś złych ludzi i teraz ja muszę pomóc mu go spłacić, ale nie mogę tego zrobić… — Jess rozpłakała się.

— Ok, dokończymy kiedyś tę rozmowę, a teraz może przejdziemy się w ciszy, popatrz jaka jest ładna pogoda.

Szłyśmy chwilę w ciszy, aż nagle usłyszałam głos mojej towarzyszki:

— Pokażę ci fajne miejsce.

Złapała mnie za rękę i zaprowadziła do pobliskiego lasu na polanę. Stała tam mała, drewniana chatka.

— To miejsce pokazali mi kiedyś dziadkowie. Po ich śmierci, zawsze przychodzę tutaj, kiedy mam gorsze chwile. Nikomu nigdy nie pokazywałam tego miejsca, ale czuję, ze ty jesteś tak samo samotna, jak ja.

Poczułam zakłopotanie, nie miałam ochoty opowiadać jej mojej historii. Spuściłam wzrok i usiadłam na ławeczce pod chatką. Zrozumiałam, że Jess traktuje to miejsce tak samo, jak ja grób moich rodziców. Znajduje tutaj spokój i choć w małym stopniu ukojenie w bólu. To takie miejsce, w którym czujesz się bezpiecznie i nie musisz nikogo udawać.

— Spędziłam dzieciństwo w Domu Dziecka. Po śmierci dziadków nie miał się kto mną zająć. Dlatego, kiedy poznałam Matta myślałam, że los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Że wreszcie ktoś mnie pokochał — po tych słowach zamilkła.

Poczułam, że teraz przyszła moja kolej na powiedzenie coś o sobie. W tym momencie chyba nie dojrzałam do tego, żeby opowiadać o swojej przeszłości.

— Każdy z nas doznał jakiegoś cierpienia, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że przyszłość zależy tylko od nas. Postanowiłam zacząć swoje życie od początku.

— Gratuluję ci odwagi — uśmiechnęła się Jess.

Od tamtego spotkania minął rok. Jess również zdecydowała się zmienić swoje życie. Przeprowadziłyśmy się do odległego miasta i wynajęłyśmy razem mieszkanie. Ja zaczęłam studia medyczne, bo chcę pomagać ludziom. Moja przyjaciółka — bo chyba tak ją mogę nazwać — rozpoczęła pracę w pobliskiej świetlicy i jako wolontariusz działa w Domu Dziecka. Wieczorami pracuję w restauracji, razem dajemy radę finansowo, ale co najważniejsze przestałyśmy żyć w strachu. Ostatnio poznałam całkiem fajnego chłopaka, który z dnia na dzień pozytywnie mnie zaskakuje. Myślę, że mogłabym założyć z nim rodzinę i dawać szczęście innym ludziom, ale nie chcę zapeszać.

Pamiętajcie, zawsze jest dobry czas na zmiany, każdy z nas zasługuje na szczęście. Mamy tylko jedno życie, które musimy dobrze spożytkować, żeby na starość nie żałować, że nie mieliśmy odwagi czegoś zrobić…

Paulina Babiarz


Doceniaj

Świat jest piękny, czyż nie? Wokół nas jest tyle wspaniałych ludzi, ale co z tego? Co z tego, jak nawet będąc w tłumie w dzisiejszych czasach możemy czuć się samotni. Czy to nikogo nie przeraża, że świat idzie w złym kierunku? Że nie liczą się dla nas prawdziwe i szczere relacje tylko to, co będzie nam się opłacało w przyszłości. Ja w ten sposób nie patrzę, nie chce być materialistką, chcę być czułym i emocjonalnym człowiekiem, chciałabym, żeby wszyscy doceniali to, co mają, zanim to zniknie, zanim nasz świat się zawali i będziemy żałować, że nie docenialiśmy tego wcześniej.

Kilkanaście lat temu wyjechałam do Los Angeles. Miałam dość tej obojętności, która otaczała mnie i moich bliskich. Każdy chce zacząć nowe życie, od początku, bez zmartwień, bez negatywnych emocji. Przez jakiś czas pracowałam w bibliotece, zagłębiałam się coraz bardziej z każdą przeczytaną książką w życie tego miasta. Naprawdę czułam, że to jest moje miejsce na Ziemi. Miałam własne małe mieszkanko, wspaniałą pracę, przyjaciół, ulubione kawiarenki. Szukałam tego całe życie, aż w końcu otrzymałam dar od losu. A jaka była moja historia? Swoje całe dzieciństwo spędziłam na wsi u dziadków, pomagałam im jak mogłam w każdej sytuacji, a oni kochali swoją malutką wnuczkę i byli w stanie oddać jej wszystko. Ale nadszedł też czas smutku, moi dziadkowe zmarli w wypadku, a całe gospodarstwo przejęły ich dzieci. Nie było tam już dla mnie miejsca, mimo mojego wielkiego sentymentu postanowiłam opuścić małą wioskę, ale nie odważyłam się wyjechać daleko. Zamieszkałam w miasteczku obok, aby doglądać gospodarstwa, na którym się wychowałam. Na początku wujostwo chętnie mnie gościło, lecz z czasem zaczęli mnie postrzegać jako wroga, który może mieć prawo do części spadku. Nie chciałam kłótni, więc wyjechałam za granicę, nie mówiąc nic nikomu. Musiałam ułożyć swoje życie na nowo, nie znałam tu nikogo, nie otrzymałam od nikogo żadnej pomocy, a jednak! A jednak sobie poradziłam, czułam tylko dumę, ale nie z siebie, tylko z tego jak mnie wychowano, czułam że w dzieciństwie wzbudzono we mnie odpowiedzialność, dorosłość moralną i logiczne myślenie. Początki zawsze są trudne, ale czułam, że dam radę, że sobie poradzę bez względu na wszystko, dla nich, dla własnego poczucia bezpieczeństwa. Praca bibliotekarki może wam się wydawać bardzo nudna, ale to tylko pozory. W tym mieście wszystko jest inne, biblioteka aż huczy od nadmiaru ludzi, ciekawych osobowości, pasjonatów. Przez długi czas pomagałam nawet tutejszej policji w szukaniu poszlak, gdy jakiś przestępca nawiązywał do danego wersu jakiejś księgi. Tutaj każdy człowiek jest inny, każdy jest sobą i nie wstydzi się swojej odmienności, z czasem sama nabrałam do siebie i wielu spraw większego dystansu. Po paru latach postanowiłam odwiedzić miejsce, w którym się wychowałam. Nie wyglądało już tak samo, było zniszczone, zaniedbane, zarośnięte, a przede wszystkim nie było widać tu już tętniącego życia, tego zarówno spokoju, jak i pośpiechu. Był tylko smutek… Wtedy zrozumiałam, że to nie miejsce lecz ludzie świadczą o prawdziwym życiu. Nieważne, gdzie jesteśmy lecz z kim. To ludzie tworzą miejsce, w którym chcemy lub nie chcemy przebywać, a nie otoczenie. Po powrocie do Los Angeles postanowiłam większą uwagę skupiać na ludziach, którzy mnie otaczają. Od tego czasu popołudniowa kawa była czasem dla mnie i moich przyjaciół, z czasem dla męża, a następnie dla całej rodziny. Lata leciały, a my wciąż byliśmy niezmienni, mimo wielu problemów staraliśmy nie dopuszczać do kłótni i sporów, bo to tylko niszczyło by nasze relacje.

Uważasz, że nie masz swojego miejsca na Ziemi? Nie zastanawiaj się ani chwili dłużej tylko spróbuj go poszukać, ale nie wśród miast tylko wśród ludzi. To oni dają ci największe szczęście, a nie nowa miejscowość, pieniądze, praca. Doceń to, co masz wokół siebie, zanim będzie za późno. Jaka będzie twoja historia? Nie dowiesz się, dopóki nie spróbujesz. Zawalcz o własne szczęście, nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Julia Łuc


Historia dziadka

Jest noc, wokół mnie ciemno i szaro, a wszystko przez kochaną pogodę. Brak jakichkolwiek świateł, tylko potęguje klimat miejsca, gdzie teraz się znajduję. No właśnie, tylko gdzie ja jestem?

Szczere pole pośrodku niczego, bez żadnego punktu odniesienia. W ręce trzymam busole z pięknymi grawerami mapy świata. Otwieram ją i wszystko już jest jasne. Dlaczego jestem tu, gdzie stoję i wiele innych moich przemyśleń na temat otaczającego mnie terenu, ale po kolei, skąd ja się tu wziąłem?

Wszystko zaczęło się, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Mój pradziadek, którego każdy w rodzinie traktował jak psychicznie chorego, ofiarował mi pewien dziennik, który miał zawiły i dla nikogo nie zrozumiały szyfr i prosił, bym nikomu tego nie pokazywał. Co prawda miałem wtedy ledwo 5 lat i nawet nie potrafiłem czytać lecz dziadziu mówił mi zawsze jak tylko u nas był w domu „Wnusiu, strzeż tego jak oka w głowie i nie pokazuj tego nikomu, a gdy dorośniesz przeczytaj to i zrób wszystko, co tam jest” po czym zaczynał majaczyć. Może, dlatego każdy go brał za czubka, nie wiem. Ciężko to jednoznacznie potwierdzić, ale wiem jedno, ten diariusz był dla niego bardzo ważny. Przeglądając zdjęcia rodzinne zauważyłem, że ten pamiętnik, gdzieś zawsze się pojawiał, jeśli nie był w ręce staruszka to znajdował się na trzecim planie fotografii. Gdy pytałem się babci, co wie o owym notesie dziadzia to odpowiadała w stylu „ale wnusiu… jaki dziennik? Janusz miał ich kilka” za każdym następnym razem odpowiedź padała bardzo podobna. Przepytałem wszystkich z rodziny czy ktoś coś słyszał o tym, czy wiedzą, co tam jest i dlaczego mój kochany senior, do którego czasami mówiłem „seniorku” zanim zmarł, zawsze miał go przy sobie. Ponownie dowiedziałem się tyle, co wiedziałem na samym początku… czyli nic. Wszystkie te informacje nie pocieszały mnie, tylko dodawały mi pracy. Wtedy nie byłem jeszcze wcale taki dorosły, miałem zaledwie 12 lat i miałem też inne sprawy na głowie.

Pewnego dnia, gdy sięgałem po dziennik, by pomyśleć jaki może być szyfr, aby przynajmniej go otworzyć. Włożyłem rękę w materac i ku mojemu nie dowierzaniu nie było go tam. W ciągu chwili zerwałem się na równe nogi i zaczęły się moje poszukiwania. Przetrząsnąłem calutki pokój i ani śladu jakże ważnej pamiątki po pradziadku. Przez dobre pół godziny patrzyłem się tępo w materac i miałem łzy w oczach, gdy przypomniało mi się, że mama wspominała coś o nowym materacu. Zbiegłem do kuchni i z lekką zadyszką zadałem kilka pytań.

— Mamo, słuchaj bo mówiłaś coś o nowych materacach. Co z nimi? — bardzo szybko mówiłem ledwo łapiąc powietrze.

— Dzisiaj byliśmy z tatą w sklepie i kupiliśmy, gdy Ty byłeś w szkole. A czemu pytasz? –Zrobiła dziwną minę i wróciła do gotowania

— A tak tylko, bo myślałem czy by nie zrobić sobie małego stanowiska do oglądania filmów w piwnicy i byłby mi potrzebny ten materac. — Szczerze to nawet nie wiedziałem, co mówię.

— Zobacz w garażu tam przynajmniej znosiliśmy je.

— Dziękuję mamo! –Wziąłem metr dla niepoznaki i udałem się ku piwnicy.

Z ulgą na sercu otworzyłem drzwi i jedyne co zobaczyłem to pomieszczenie, gdzie nie ma materaca i serduszko zaczęło szybciej bić. Jedyna opcja, żeby poszukać mojej zguby to był tata.

— Tato! — krzyknąłem.

— Co jest?! –odpowiedział krzykiem

— Gdzie jest materac?

— Właśnie biorą go panowie, żeby na śmieci zawieść, a co?

— COO? NIE! NIECH GO ODDADZĄ!

— Co się tak drzesz, spokojniej.

— Potrzebuje go, proszę.

Tata dał panom od wywożenia śmieci tylko jeden z materacy na zamówienie. Ten drugi, w którym był dziennik, przynajmniej miałem taką nadzieję, zostawił mi i spytał się, gdzie ma go zanieść. Wtedy powiedziałem mu o pomyśle z małym kinem w piwnicy. Byłem pod wielkim zdziwieniem, że zgodził się na tę ideę. Pozostawił wszystko w miejscu, gdzie miała stać sofa i poszedł po narzędzia. Przeszukałem materac i nie znalazłem nic. Dziennik był w tym drugim, jedyna pamiątka po dziadku mogła przepaść na zawsze. Wtedy powiedziałem sobie, że nie, nie odpuszczę i znajdę ten notes. Wziąłem rower i pojechałem najszybciej jak potrafiłem za nimi. Dobrze nawet nie rozwinąłem prędkości a ich doścignąłem. Złapali gumę, niby źle, ale dla mnie jak najbardziej dobrze. Zobaczyli, że jestem obok i poprosili, abym wszedł na naczepę i podał im narzędzia. Gdy już to zrobiłem wziąłem diariusz i schowałem do nerki. Pomogłem im i wszyscy wróciliśmy do swoich zajęć. Bałem się wtedy, że kilka dobrych lat rozmyślania nad tym, co jest w środku mogę nagle sgtracić, ale chyba dziadek czuwał nade mną, żebym ich dogonił i wziął, co moje.

Nadszedł listopad i jak to tradycja oraz wiara nakazuje trzeba się udać na cmentarz i pomodlić za zmarłych oraz zapalić znicz. Mijałem kolejne nagrobki aż całą rodziną stanęliśmy przed rodzinnym grobem. Patrząc na daty miałem nadzieję, że jest to z tym związane.

Ur. 2 7. 0 7. 1 9 4 5r.

Zm. 13.04. 2 0 0 5 r.

Kłódka dziennika miała miejsce tylko na cztery cyfry a liczb, które były w jednym rzędzie było sześć. Wracając już z cmentarza wpadłem na pomysł, aby je dodać. 705+345= 1050. –Bingo- krzyknąłem.

Wtem rodzice popatrzyli się dziwnie w moją stronę, szukając odpowiedzi na moje wrzaśnięcie. Po kilkunastu minutach znajdowaliśmy się przed domem. Pobiegłem do pokoju i wziąłem dziennik, miałem racje kod do kłódki to:1 0 5 0. Zdjąłem bardzo pordzewiały zamek i otworzyłem pamiętnik. Ilość notatek, różnych danych była wręcz zatrważająca. Pierwsze co wpadło mi w oko to były koordynaty dość dokładne 50°01’00.7"N 22°40’43.4"E.

Nazajutrz obudziłem się i zacząłem macać ręką po poduszce, lecz nie było nic. Dwa lata temu urodziła mi się siostra i teraz widać skutki posiadania rodzeństwa. Ten malutki szkrab musiał się zakraść, kiedy jeszcze spałem i jej lepkie rączki zawłaszczyły sobie notes. Wstałem tak szybko z łóżka jak nigdy wcześniej i rozpoczęły się poszukiwania złodziejki.

— Madziu?! Gwiazdko?! Gdzie jesteś?! Mam bananka! –W ten sposób chciałem ją zawołać lub przynajmniej wiedzieć, gdzie jest. Nie minęło kilka chwil a widzę małą Madzię z diariuszem dziadka w rączkach. Powiedziałem, że mam banana to teraz musiałem jej go dać. Było warto zejść po owoc i zobaczyć wielki uśmiech.

W południe powiedziałem mamie, że wychodzę z kolegami i udałem się tam, gdzie wskazywały współrzędne. Dojście tam zajęło mi spory kawał czasu i gdy stanąłem w tym miejscu, gdzie było trzeba, byłem pośrodku pola i nagle coś mnie uderzyło…

Budzę się w całkowicie innym miejscu, musiałem zostać ogłuszony skoro nie pamiętam nic, kompletna pustka. Leże na łóżku, ale nie jest to łóżko typowo szpitalne, przypomina bardziej takie jak do jakichś badań z filmu sci-fi. Ku mojemu zdziwieniu widzę dziadka. Tego staruszka, który dał mi ten notes.

— Dziadku? — Zapytałem z naprawdę wielkim zaniepokojeniem.

— No co wnusiu?

— To zombie istnieją?

— Agrrr… Jak widzisz to tak.- Odparł z uśmiechem.

— Przecież nie żyjesz od prawie 12 lat to jakim cudem teraz tu jesteś?

— Słuchaj mnie teraz uważnie wnusiu. To nie byłem ja, tak szczerze to trumna jest pusta. Uciekłem od rodziny, bo miałem dość ich. Udawałem specjalnie psychicznie chorego i upozorowałem zgon, bo miałem kilka projektów, które jak widzisz są wokół Ciebie.

Porozglądałem się po pracowni i zobaczyłem naprawdę sporo maszyn, komputerów i tablic.

— Staruszku mój a po co Ci to jest?

— Mówiłem, że robię różne eksperymenty. Mam pewną recepturę, która może działać bardzo dobrze przeciw komórkom nowotworowym.

— To kim byłeś i co robiłeś, że teraz się tym zajmujesz?

— A czy to takie ważne? Teraz wnusiu dla ciebie powinno być priorytetem to, co jest w dzienniku, który dostałeś.

Zacząłem czytać notatki, które napisał dziadek. Było tam sporo dziwnych a zarazem intrygujących informacji. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że na jednej ze stron było narysowane drzewo genealogiczne i na następnych kartkach wszystkie wiadomości o przodkach.

— Nie wiedziałem, że moje korzenie sięgają prawie 400lat wstecz.-Powiedziałem sobie w głowie.

Lecz bardziej niż to drzewo zaciekawiło mnie czarno białe zdjęcie kompasu, który wyglądał na bardzo cenny. Zapewne cenny okaz kolekcjonerski. –Pomyślałem.

Dużo o nim nie było.


Lewa kieszeń czarny płaszcz

Półka w szafie najwyższa od okna

Stary kufer w kuchni lodówka przy komodzie


Nie wiedziałem, co to mogło znaczyć, ale porozglądałem się po laboratorium dziadka w poszukiwaniu śladów. Gdy znalazłem płaszcz przejrzałem kieszenie i nic nie było więc szukałem dalej. Obszukałem wszystkie pomieszczenia i każde okrycie jakie znalazłem nie miało nic w kieszeniach. Zostało ostatnie to, co miał staruszek. Spytałem się go czy nie ma czegoś w kieszeni, on kazał mi wyciągnąć rękę i dał kawałek papieru.

W szafie znalazłem kolejny skrawek kartki, tak samo i w kufrze. Wszystkie dawały napis Pa cwp as

Nic to mi nie dało niestety. Nie wiedziałem, co to znaczy. Usiadłem wygodnie w fotelu i zacząłem myśleć… Dopiero, gdy zmrużyłem oczy, co nie było specjalnie, bo spać mi się chciało, wiedziałem o co chodzi. Kiedyś dziadziuś opowiadał o tym, jak to walczył w undergroundowych pojedynkach i zdobył pas za zwycięską walkę. Jak wcześniej poszukiwałem płaszcza tak teraz czekał na mnie pas. Przewróciłem laboratorium do góry nogami i nie widziałem nagrody. Dziadziuś się domyślił czego szukam i kazał mi zamknąć oczy. Wtedy powiedział

— Jestem tylko w Twojej wyobraźni, zbudzisz się zaraz, lecz pamiętaj, że to Ciebie kochałem najbardziej z całej rodziny.

Obudziłem się, lecz już nie w tym samym miejscu, co zostałem prawdopodobnie zamroczony. Jest noc, wokół mnie ciemno i szaro a wszystko przez kochaną pogodę. Brak jakichkolwiek świateł, tylko potęguje klimat miejsca, gdzie teraz się znajduję.

Szczere pole pośrodku niczego, bez żadnego punktu odniesienia. W ręce trzymam busole z pięknymi grawerami mapy świata. Otwieram ją i wszystko już jest jasne, dlaczego jestem tu, gdzie stoję.

Na kompasie nie ma dużo, zaledwie kilka słów, co prawda są totalne egipskie ciemności, lecz da się rozczytać te zdania:


„Szukając szczęścia daleko nie zajdziesz.

Zamknij oczy i wiedz, że to gdzie jesteś,

czyni Cie tym, kim i jaki teraz jesteś”

czyni Cie tym, kim i jaki teraz jesteś”

— Twój seniorek Janusz

Hubert Łaniosz

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę