E-book
21.84
drukowana A5
52.72
1984

Bezpłatny fragment - 1984

Na Sunset Strip. Tom I.


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8104-674-9
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 52.72

To miejsce wciąż tętni życiem

Kiedy opada dym

SCORPIONS, When the smoke is going down

Podziękowania

Dla Patrycji S. bo bez niej nigdy nie zaczęłabym tej książki.


Dla Bartka W. bo bez niego nigdy bym jej nie skończyła.


Dla Rodrigo C. Z za tyle lat przyjaźni, wsparcie i Twoją hiszpańską duszę.


Dla Magdaleny Olejarczyk, jednej z najwspanialszych osób, jakie poznałam w swoim życiu, za wszystko co robisz,


oraz dla tych wszystkich pięknych dusz, które miały choć najmniejszy wkład w powstanie tej książki.

Prolog

Pozwólcie nam umrzeć młodo, albo żyć wiecznie.


ALPHAVILLE

Rok 1984

Nad Miastem Aniołów słońce wzeszło zadziwiająco szybko. Godzina piąta rano, a całe zachodnie Los Angeles wciąż pogrążone było w głębokim śnie.

Za dnia życie tutaj właściwie nie istnieje. Budzi się dopiero po zmroku i dryfuje pomiędzy szarą rzeczywistością, a ryzykowną grą, a wie to każdy, kto spędził tu chociaż kilka nocy. To narkotykowy świat, topiony w hektolitrach wódki. Koncerty, nocne kluby, alkohol.

W areszcie na Bauchet Street dzień rozpoczął się już dużo wcześniej. Od samego rana słychać było nieprzyjemny gwar, hałas skrzypiących metalowych drzwi i brzęk kluczy.

W każdej celi znajdowało się po kilku mężczyzn, takie były zasady. Tylko jedna była jakby pustawa.

Przeważnie nie zamyka się w celi jednej osoby, jednak, gdy ta bez większego powodu wszczyna bójki i wdaje się w słowne potyczki to nie ma innej opcji. Wtedy są wyjątki.

Resztki powietrza wypełniające przestrzeń mikroskopijnej celi mieszały się z ciężkim papierosowym dymem. Na wysłużonej pryczy leżał cherlawy, ciemnowłosy mężczyzna i zaciągał się papierosem.

Miał ogromne szczęście, że udało mu się go tutaj przemycić, bo w przeciwnym wypadku już dawno dostałby kurwicy. Ręce niemiłosiernie mu się trzęsły, miał nawet problem z utrzymaniem w dłoni tego pieprzonego szluga.

Brakowało mu jeszcze czegoś mocniejszego, ale nie łatwo jest skitrać butelkę, szczególnie, gdy przeszukuje cie dwóch, starych strażników więziennych. Ostatnia butelka wina jaką miał stała pusta.

Próbował się uspokoić, ale czuł, że ciśnienie w jego krwi zaraz rozerwie mu żyły. Już nawet nucenie ukochanego Communication Breakdown Zeppelinów nie pomagało.

To już kolejna noc w tej celi, a do tej pory nie zdarzyło się nic co przywróciło mu wiarę w to, że kiedykolwiek stąd wyjdzie. Ten cały syf przyprawiał go o konwulsje.

Mocne brzmienia starego radia grającego w celi obok przebijały się przez masywne więzienne ściany i wypełniały głuchą przestrzeń.

Love is Loud Kissów. Dobrze znał a nawet lubił ten zespół. Byli nieźli, na tamtejszej scenie utrzymywali się już dobre dziesięć lat. Albo i dłużej. Stanley wiedział jak wprawiać w dobry nastrój

Nie miał ze sobą właściwie nic oprócz starego, zmaltretowanego zeszytu i papierosa żarzącego się w jego dłoni. Chociaż to pierwsze ciężko było nazwać zeszytem. Zostało zaledwie kilka stron, bo resztę powyrywał i używał jako bletek do zawijania różnych substancji, które już powoli lasowały mu mózg. Ale obiecał sobie, że z tym skończy.

Nie posiadał nic oprócz koszmarnych wspomnień. I blizny na lewej piersi. Maleńka, ledwo zauważalna szrama była niemalże żywą relikwią na jego skórze.

Ciężko mu było uwolnić się od myśli tłukących się pod jego czaszką. Ciągle powracały, prześladowały go, nie pozwalając na normalne funkcjonowanie. O ile można nim nazwać powtarzające się wciąż narkotykowo- alkoholowe epizody.

Degeneraci tak mają, myślał wypalając papierosa za papierosem i wypijając butelkę za butelką.

W ostatnim miesiącu przyskrzynili go osiem razy. Miesiąc temu o połowę więcej.

Niby nic takiego.

Drobne kradzieże, włamania, rozboje czy posiadanie narkotyków, ale jednak o dziwo czuł się z tym coraz gorzej, był tym wszystkim coraz bardziej zmęczony.

Godziny spędzone w areszcie dłużyły mu się niemiłosiernie, a czas uciekał. Żadnej płyty, żadnego koncertu. Chciał być jak Tyler czy Perry i zachwycać wszystkich swoim głosem, ale jakoś się nie składało, bo jak na razie był dwudziestokilkuletnim przestępcą spędzającym życie w więzieniu, w najgorszej w możliwych dzielnic Los Angeles. Mógł być teraz na plaży w Kalifornii i wyrywać dziewczyny, albo w Sound Studios i spełniać marzenia, a siedział na pieprzonym Bauchet.

Codziennie budził się z myślą, że życie przecieka mu przez palce a on nadal tkwi w miejscu. Cały czas spędzał na rozmyślaniu. Nie służyło mu to wcale, bo z każdą godziną coraz bardziej wierzył w bezsens swojego życia. Gdy tu przyjechał miał plany i marzenia, a teraz tylko ma na koncie kilka drobnych przestępstw i słabe relacje z kumplami z zespołu. Zresztą to chyba lepsze niż wolność, przynajmniej ma gdzie spać.

Do domu nie wróci. Nigdy. Nie po to uciekł, żeby teraz uczyć się żyć tam od nowa. Zresztą nie musi tam być, by wiedzieć, że wciąż nic się nie zmieniło. Przestał się nawet łudzić, że ktoś przyjąłby go z powrotem. Często zastanawiał się, czy ktokolwiek jeszcze o nim pamięta.

Nie chciał być zapomnianym i kurewsko się tego bał. Mówili o nim kawał skurwysyna i sam powoli zaczynał w to wierzyć. W końcu cała masa ludzi nie może się mylić.


Z przemyśleń wyrwał go głuchy trzask. Wielkie, pancerne drzwi otworzyły się i do środka wszedł znienawidzony strażnik więzienny, z którym chłopak już nie raz zdążył się pożreć.

— Harrison, rusz się. Wychodzisz. Znowu. Tylko czekać, aż ponownie się zobaczymy… — rzucił znudzony.

Chłopak momentalnie poderwał się z miejsca. Niedopałek niezauważalnie zniknął pod jego butem.

— Jak to możliwe? — zapytał szczerze zdziwiony — Myślałem, że będę tu gnić do usranej śmierci. Kto zapłacił?

— Nie przedstawiał się, ale wyglądacie podobnie, więc przypuszczam, że jest takim samym skończonym dupkiem jak ty. I pewnie też ćpunem. — odparł.

Brunet spojrzał na niego złowrogo.

— Pieprz się. — zaklął pod nosem i w mgnieniu oka opuścił salę.

Gnał przed siebie mijając znajome korytarze i cele. I te znienawidzone mordy wodzące za nim osłupiałym wzrokiem. Przyspieszył kroku i gdy tylko opuścił mury Mens Central Jails poczuł się naprawdę wolny.

Gdy dostrzegł śledzące go z okien znajome twarze wydarł się tylko:

— Pierdolcie się wszyscy. Więcej się nie zobaczymy.

Ostentacyjnie pokazał im środkowy palec, rozbił pustą butelkę o kolumnę aresztu i ruszył przed siebie.


Sebastian był istotą nader osobliwą. Był przesadnie pewny siebie, momentami nawet narcystyczny. Nie miał daru zjednywania sobie ludzi. Było dokładnie odwrotnie. Jego niewyparzony język i wiecznie zirytowane spojrzenie odpychało wszystkich tych, którzy choćby na milimetr chcieli się do niego zbliżyć.

Ciężko byłoby wytrzymać z nim dłuższy czas, gdyby nie fakt, że z jakiegoś powodu niektórych do niego przyciągało, jak magnes. Z całą pewnością coś w sobie miał. Jakiś enigmatyczny błysk w oku i dzieciącą naiwność, która przejawiała się głównie w momentach, gdy stawiał przed sobą jakiś wielki cel. Z całych sił wierzył w to, że przyszedł na świat po to, by być kimś. Nigdy nie myślał o sobie, jak o zwykłym przeciętniaku i chociaż wyglądem bliżej mu było do młodego Osbourne’a, to swoją uporczywością i wytrwałością doścignął już nawet The Trash Bag Killera. Już dawno porzucił wszelkie mentalne ograniczenia. Być może fakt, że nie wierzył w rzeczy niemożliwe sprawiał, że ludzie, którzy mieli okazję bliżej go poznać czuli w jego towarzystwie, że mogą wszystko.

Gorzej było z większością, która nie znała go osobiście. Świat był podzielony na pół: kobiety niemal lgnęły do niego, mężczyźni go nie trawili. I nie jedynym powodem tego było to, że zgarniał wszystkie najlepsze laski.

Kiedy wchodził wszystkie spojrzenia kierowany były na niego. Mimo swojego gorszącego zachowania i dysydenckiej natury z pewnością był istotą interesującą.

Miał piękną twarz i zupełnie nie współgrający z nią charakter. Bywał strasznym dupkiem i chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to wcale mu to nie ciążyło.

***

— Stary, ratujesz mi dupę po raz kolejny. Naprawdę myślałem, że tam zgniję. Już powoli zacząłem się przyzwyczajać do tej zimnej celi i kracianych okien.

— Nie ma o czym mówić. W końcu jesteśmy kumplami, nie? — rzucił retorycznie wysoki blondyn poprawiając niedbale swoją nastroszoną, tlenioną czuprynę i popijając łyk siarkowego wina. Aktualnie tylko na nie było go stać. Życie na Sunset Strip nie rozpieszczało. Bywały momenty, w których przez kilka dni nie mieli co włożyć do ust. Zatęchłe mieszkanie i brak pieniędzy na jedzenie to w tamtych rejonach norma. Dach przeciekał, a w ich mieszkaniu zaczęły pojawiać się szczury i inne robactwo. Takie życie nie było marzeniem nikogo, kto przyjechał do Los Angeles robić karierę muzyczną.

— Mike, kurwa. Jest o czym mówić. To już kilkunasty raz w tym więzieniu.

Shepard posłał mu współczujące spojrzenie. Wyglądało na to, że puścił w niepamięć wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie.

Szli barwnymi uliczkami, na przedmieściach West Hollywood i rozmawiali. Niebo zaczynało nabierać brunatno-pomarańczowych barw, a muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej, starając się zagłuszyć ich rozmowę.

— Doskonale cię rozumiem. — odparł i zawahał się na moment- W La More czekają na nas chłopaki. — rzucił optymistycznie.

— Poważnie? — Brunet nie krył zdziwienia. — To świetnie, nie pamiętam kiedy ostatnio spędziliśmy czas w czwórkę. Mike, naprawdę nie wiem jak ci za to wszystko dziękować. I wiem, jak między nami bywało, ale to nie zmienia faktu, że jestem ci szczerze wdzięczny.

Rozdział pierwszy

Nie martwe jest to, co spoczywa na wieki. Z biegiem czasu nawet śmierć umiera


H.P LOVECRAFT

Rok 1974

Dochodziła północ. Niebo za zewnątrz było czarne. Małą Vanessę zbudziły krzyki dochodzące z kuchni. Wyślizgnęła się spod swojej kołdry i na palcach wyszła ze swojego pokoju.

— Laurel, co ty do cholery mówisz? — usłyszała podniesiony głos swojego taty. Po cichu zbliżyła się do wejścia i wychyliła delikatnie głowę, by móc cokolwiek zobaczyć. Jej ojciec siedział na kanapie trzymając swoją twarz w dłoniach, a matka stojąc przy oknie paliła papierosa, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie.

Krople deszczu za oknem uciążliwie dudniły w szyby rozwiewając wszystkie myśli dziewczynki.

— Lauren… — usłyszała znowu. Anthony podszedł do swojej żony i złapał ją delikatnie za ramię. Ona jednak gwałtownie mu się wyrwała. Zachowywała duży dystans, jakby jego ciało parzyło.

— Laurel. Spójrz na mnie do jasnej cholery, Laurel! Mówię do ciebie! — krzyczał potrząsając za jej ramiona. Kobieta patrzyła na niego wzrokiem pełnym złości i strachu.

— Odwal się! — krzyknęła nagle i gwałtownie mu się wyrwała. Podeszła do wielkiej szafy z lustrem i uklękła na podłodze, co jakiś czas zerkając na odbicie męża, które nieruchomo obserwowało ją w lustrze. Vanessa zawsze przeglądała się w jego tafli przymierzając ubrania i buty należące do jej mamy. Marzyła, że kiedy dorośnie będzie tak piękna i uśmiechnięta jak ona. Teraz widząc ją w takim stanie poczuła się bardzo rozczarowana. Obraz ich czwórki, jaki od zawsze miała w głowie całkowicie różnił się od tego, czego w tamtej chwili była świadkiem. Myślała, że są kochającą się rodziną, tak jak na filmach. I że nic nie jest w stanie popsuć ich miłości. Przecież rodzice zawsze powtarzali, że rodzina powinna trzymać się razem. Mimo wszystko…

Kobieta wyciągnęła z szafy dużą czarną torbę i zaczęła wrzucać do niej niedbale wszystkie swoje rzeczy.

— Kochanie, porozmawiajmy… — głos jej ojca jeszcze bardziej się załamywał.

— Nie mamy o czym. — matka Van rzuciła krótko, nie patrząc nawet na męża.

— Jak to nie mamy? O czym ty w ogóle mówisz? Jesteśmy rodziną, mamy dzieci… Chcesz żeby dorastały bez matki? Vanessa ma dopiero 7 lat, Thomas niewiele więcej.

Kobieta nagle odwróciła się.

— Thomas jest już prawie dorosły.

— Dorosły? O czym ty mówisz?

— Zabieram ze sobą dzieci.

Mężczyzna wypuścił z dłoni kubek, który z hukiem uderzył o ziemię i roztrzaskał się na milion maleńkich kawałeczków, zalewając przy tym całą swoją zawartością biały, puchaty dywan.

— Słucham?

— Biorę dzieci ze sobą. Wrócę tu po nie. -odparła niewzruszona.

— Chcesz mnie zostawić po tylu latach?

Matka Vanessy jakby zamarła w bezruchu. Patrzyła na męża z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. Jakby chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła mówić. Mrugała szybko powiekami i skubała nerwowo fragment swojej jedwabnej niebieskiej koszuli, która idealnie podkreślała jej filigranową figurę.

— Poznałam kogoś… — wypaliła nagle, wprawiając swojego męża w osłupienie. Mężczyznę ogarnęła wściekłość, jakby wstąpiło w niego coś, co nie pozwalało mu na kontrolowanie swoich ruchów. Złapał żonę za ramiona i ponownie zaczął nią potrząsać, jak szmacianą lalką. Wyglądał jak zdesperowany nastoletek, który nie dostał tego, czego chciał. Ani trochę nie przypominał ojca, jakim chciał być w oczach swoich dzieci na co dzień- opanowanego, spokojnego, pogodnego. Teraz wyglądał nawet trochę zabawnie.

— Jak mogłaś nam to zrobić? Jesteś egoistką! Przysięgałaś mi przed ołtarzem, że zawsze będziesz mi wierna. Teraz to już dla ciebie nic nie znaczy? — krzyczał.

Vanessa stała nieruchomo nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa, nie mogąc zrobić nic. Słyszała jeszcze całą masę nieprzyjemnych rzeczy, które rozbiły ją na kawałki. Chciała pomóc mamie, wbiec tam, wyrzucić z siebie cały ogarniający ją żal. Chciała żeby ją przytulili, powiedzieli jak mocno ją kochają, i że nadal są rodziną, ale jej stopy jakby stopiły się razem z drewnianą, olchową podłogą, którą kilkanaście lat temu jej tata układał ze swoim ojcem.

Stała nieruchomo nie mogąc zrobić kroku. W tamtym momencie sama nie wiedziała, czy to wszystko co widziały jej oczy działo się naprawdę, czy to tylko jej dziecięca, nieco wybujała wyobraźnia płata jej figle.

Jak przez mgłę widziała jak jej mama bierze w dłoń swoja torebkę i wychodzi z domu trzaskając frontowymi drzwiami. Tak po prostu. Bez słowa. Bez pożegnania. Zostawia tatę, a przede wszystkim zostawia ją i jej brata. Swoje dzieci, który wydawać by się mogło kochała całym sercem.

Vanessa poczuła się okropnie. Miała zaledwie siedem lat, niedługo kończyła pierwszą klasę, potrzebowała mamy, która kiedyś wprowadzi ją w dorosły świat.

Rok 1984

Z perspektywy Sebastiana


La More mimo tak wczesnej pory było zatłoczone jak nigdy. Pijani mężczyźni, skąpo ubrane dziewczyny i litry przelewającego się alkoholu. Pod ścianą leżało kilku totalnie naprutych kolesi, a rząd pierwszych stolików zajmowała gromada młodych natapirowanych rockersów. Jeden wypijał kolejną butelkę wina, drugi wciągał coś nosem, a trzeci migdalił się ze swoją, zakładam, że nowo poznaną, groupie. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Podszedłem do baru i poprosiłem o kilka butelek najtańszego wina. W końcu taką okazję trzeba należycie opić. Co z tego, że nie mamy na jedzenie? Każde pieniądze warto wydać na alkohol, a szczególnie teraz, kiedy naprawdę mi tego potrzeba.

Tak obładowany ruszyłem w kierunku stolika, do którego przed sekundą podążał Mike. Od razu ich dostrzegłem. Byli najbardziej wyróżniającą się, spośród całego hollywoodzkiego bydła, hołotą.

Tapir miał chyba ze dwa metry i włosy natapirowane niczym moja stara ciotka Dona, nieudolnie pofarbowane na kolor, mający imitować żółty-blond, kilka dziwnych tatuaży i wciąż jedną i tę samą przetartą ramoneskę, mającą nadawać mu rockowy charakter, chociaż w głębi duszy i tak był, jest i będzie punkiem.

Grey też był fenomenem, chociaż blond swoich włosów dostał w darze od swoich starych. Ciągle się cieszył jak po marihuanie i potrafił rozbawić nawet mnie.

A Love wcale tu nie pasował. Chociaż był pospolitym narkomanem, to był też człowiekiem, który ciągle kontemplował, starając się bezsensownie rozkładać wszystko na czynniki pierwsze. Chociaż pojmował świat po swojemu to i tak był świetnym kumplem, z ciałem pokrytym kolorowym tuszem.

— Buzz! — zawołał na mój widok Billy, odrywając od ust butelkę whiskey — W końcu.

— Siema wam! — odparłem ze szczerym uśmiechem, postawiłem na stoliku alkohol, po czym uścisnąłem dłoń każdemu z nich i sam usadowiłem swoją dupę obok Mike’a.

— Mamy nadzieję, że to twój ostatni taki wyskok — zaczął ze śmiechem Grey dobierając się do alkoholu.

— Kurwa, jak siebie kocham — ostatni! Nigdy więcej.

— To musisz się teraz trochę ogarnąć.- powiedział z poważnym wyrazem twarzy Love.

— Tym razem mnie nie złapią. Tym bardziej, że mam wielkie plany co do nas. — zacząłem i zamilkłem na chwilę zastanawiając się, czy wyrzucić z siebie wszystko, co tłukło mi się ostatnimi czasy pod czaszką.

Te stałe powroty do więzienia poskutkowały tym, że mój nadmiar wolnego czasu przeznaczałem na rozmyślanie. Nie chciałem tutaj po prostu żyć, chciałem zrobić coś wielkiego. Po to tu przecież przyjechałem.

— No, dawaj — zachęcił Mike.

— Dobra, słuchajcie — zacząłem i zauważyłem, że wszystkie twarze zostały skierowane na mnie — Wszyscy wiemy, po co tutaj jesteśmy. Do Los Angeles nie przyjeżdża się żeby pozwiedzać. Mamy zespół, musimy ruszyć do przodu. Bo jak na razie…

— Stary… — zaczął niepewnie Shepard- Bez obrazy, ale gdyby nie twoje częste wyprawy do Bauchet to już dawno mielibyśmy pełny repertuar. I jeszcze załatwiony występ, a teraz już na pewno nie wpuszczą nas do Westchild. A przynajmniej nie z tobą.

Puściłem to mimo uszu.

— Dobra. Mam teksty, jeszcze niedopracowane, ale załatwię to. Najpóźniej w piątek musimy zrobić próbę. Tylko jest problem z miejscówą.

— W sali prób na rogu biorą 5 dolców za godzinę, 15 z profesjonalnym sprzętem. — dodał Shepard odpalając papierosa i dmuchając mi w twarz dymem.

— Obejdzie się, mamy swój sprzęt — zaprotestowałem, odrzucają długie ciemne włosy do tyłu.

— Oprócz mnie.- wtrącił Billy, patrząc na mnie z wyrzutem.

Biedny Billy, zawsze zostaje pomijany.

— Dobra, ponegocjujemy.

— Ty już lepiej nie negocjuj — ożywił się Love- Jak ostatnio negocjowałeś to dostaliśmy dożywotni zakaz wstępu do najlepszej knajpy w mieście.

— Załatwię to — odparłem.

— Wierzymy w ciebie.

— No, a tak swoją drogą, jak żyjecie? Trochę się nie widzieliśmy.- stwierdziłem.

— Mieszkanie to samo, praca ta sama, wiesz, bez zmian. — rzucił Love.

No ta. Niczego innego nie mogłbym się spodziewać.

— Taka niska szatynka przyszła wczoraj do nas i pytała o ciebie. W zeszłym tygodniu były jakieś dwie, nie pamiętam imion i też koniecznie chciały się dowiedzieć gdzie jesteś.

— Ah, czyżby Kim i dziewczyny z night clubu za rogiem?

— Masz branie.

— Nie dziwi cię to chyba? — zapytałem ze śmiechem.

— Ależ skądże. Zastanawia mnie tylko jak zapamiętujesz ich imiona.

— Nie zwracam się do nich po imieniu, to by było zbyt ryzykowne.

— Taaaak. -wtrącił Billy- Pamiętam jak kiedyś się pomyliłem i nazwałem Biancę Samanthą. Ja pierdole, nie odzywała się do mnie przez tydzień.

— Kto to Samantha? — zapytał Mike.

Wymieniłem z Greyem porozumiewawcze spojrzenie.

Potem wlewaliśmy w siebie alkohol, paliliśmy papierosy i gadaliśmy o zespole. Na zewnątrz zrobiło się całkowicie ciemno.


Po chwili zauważyłem, że w naszą stronę zmierza niska blondynka z wielkim dekoltem, stukając o podłogę swoimi wysokimi, czerwonymi szpilkami. Miałem nadzieję, że nas ominie, albo nie zauważy, ale tak się niestety nie stało. Marzenie ściętej głowy. Wiem, że w tej sytuacji unikanie Michelle było poniżej jakiegokolwik poziomu, ale od tej kobiety ciężko było się uwolnić. Przyczepiła się do mnie jak rzep do psiego ogona. Gdzie się nie pojawię — tam ona. Była jak bluszcz, próbowała mnie usidlić, a ja nie pozwalam na to nikomu. Zaczynam żałować, że w ogóle wdałem się z nią w jakokolwiek romans. Ja nie traktowałem tego poważnie, ona chyba wręcz przeciwnie. Ciągle do mnie dzwoniła, wypytywała moich znajomych z kim się spotykam i co robię, pojawiała się w miejscach, w których bywam i niby przypadkiem na mnie wpadała. To było chore. Naprawdę nie miałem ochoty więcej jej widzieć, ale była dobra w łóżku, i to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Z nikim nie było mi tak dobrze jak z nią. Nie cierpiałem takich sytuacji, byłem pomiędzy młotem, a kowadłem. Wówczas każde wyjście było złe.

Właściwie mogłem zostawić ją Mike’owi. On chyba lubił spędzać z nią czas.

— Cześć chłopaki -zawołała i usiadła obok mnie.

Matko jedyna…

— Cześć. — rzuciłem, starając się zamaskować niechęć w swoich głosie uśmiechem — A co ty tu robisz?

Spojrzała na mnie zdziwiona i odrzuciła swoje blond włosy do tyłu.

— Przechodziłam.

PRZECHODZIŁA.

— Poza tym słyszałam, że dziś wychodzisz, więc chciałam się z tobą zobaczyć.- odparła z wymalowana na twarzy pewnością siebie. Wszyscy patrzyli na nas, nie odrywając ust od butelek.

— Nie wychodziłem. To Mike wpłacił kaucję. Stary, jeszcze raz dzięki — zwróciłem się do Sheparda.

Chłopak tylko skinął głową i wrócił do picia.

Czasami czułem się naprawdę winny, że to przeze mnie rozstali się ze sobą, ale to przecież ona miała wybór. I wybrała mnie. Najwidoczniej Shepard’owi czegoś brakuje, a mnie nigdy.

— Co to za różnica? Najważniejsze chyba, że jesteś na wolności. Nie cieszysz się, że mnie widzisz? — zapytała odchylając się nieco.

— Nie, no oczywiście, że się cieszę. Skaczę z radości, widzisz? — odparłem i pocałowałem ją w policzek.


Z perspektywy Mike’a


Przeholowaliśmy i to ostro. Zbliżała się dwudziesta druga, a my byliśmy już po kilku butelkach wódki i trudnych rozmowach. Do tego standardowo paczka fajek, tych najtańszych.

Czułem, że przesadziłem, ale i tak trzymałem się najlepiej z nas wszystkich. Nawet Buzz ledwo kontaktował. Kładł się na stole, zasypiał, a zaraz potem zrywał się gwałtownie i krzyczał, że nie chce umierać. I tak kilka razy…

— Stary, kurwa, która godzina? — wybełkotał i zgasił któregoś z rzędu papierosa o mały czerwony obrusik, wypalając w nim dziurę.

— Dziesiąta. — rzuciłem i zająłem się opróżnianiem do dna ostatniej butelki wina, która nam pozostała.

Nie chciałem wchodzić w rozmowę z Harrisonem. Z doświadczenia wiedziałem, że po pijaku jest tykającą bombą zegarową i wtedy lepiej zostawić do w spokoju, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć co mu wpadnie do głowy.

Tony gdzieś wyszedł — domyślam się, że szukać szczęścia u tych dwóch małolat, które od godziny nam się przyglądały. Swoją drogą dziwi mnie wiek spotykanych tu dziewczyn. Nie jestem typem chodzącego strażnika moralności, ale siedemnastoletnie i niżej dziewczynki przychodzące tutaj w wiadomym celu naprawdę mnie przerażają. Dla mnie takie małolaty są całkowicie aseksualne. Za to chłopakom wcale nie przeszkadzało wiązanie się z piętnasto czy szesnastolatkami.

Naprzeciwko mnie siedział Billy, który topił smutki w soku pomarańczowym. Wciąż przeżywał swoją kłótnię z Biancą, którą poznał kiedyś na ulicy przed La More. Byli naprawdę fajną parą, tylko może trochę niedopasowaną. Ona bardziej ułożona niż on, i z głową na karku. Za to Billy był wiecznym dzieckiem, absolutnie nieliczącym się z jakimikolwiek zasadami. Zawsze robił to, na co miał ochotę i nigdy nie myślał o konsekwencjach. To było nawet fajne, z nim zawsze świetnie się bawiliśmy, jednak z czasem zaczęło przynosić nieprzyjemne skutki.

— Jak tam? — zagaiłem.

Grey tylko leniwie kiwnął głową, nie podnosząc nawet wzroku.

— Nie przeżywaj tego aż tak. Wyluzuj. To tylko dziewczyna.

— O czym ty mówisz?

— O twojej kłótni z Biancą.

— A skąd ty o tym wiesz? — obruszył się.

— Słyszałem, że znowu się rozstaliście. A właściwie to ona rozstała się z tobą.

— Bzdura. — rzucił otwierając nową paczkę fajek.

— Stary, ja cię nie oceniam. Po prostu wyluzuj.

— Nie bedę z tobą o tym rozmawiał. To nie twoja sprawa.

— Spokojnie.

— Dobra, ja się zwijam — wybełkotał nagle i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć już go nie było.

Zostaliśmy we trójkę. Zacząłem bać się tego, że będzie niezręcznie.

Michelle starała się zwrócić uwagę swojego faceta, ten konsekwentnie ją olewał, a ja tylko z zaciśniętą szczęką wszystkiemu się przyglądałem.

Naprawdę wolałbym być teraz gdzie indziej.

— Mała, ja muszę lecieć — Harrison nagle gwałtownie zerwał się z krzesła. Chyba był w lepszym stanie niż myślałem. Dziewczyna podniosła głowę.

— Ale jak to? Gdzie? A co ze mną? — Michelle była wyraźnie zdezorientowana.

— Poradzisz sobie, kochanie — rzucił, akcentując ostatnie słowo.

— Buzz, myślałam, że pójdziemy do ciebie. Nigdy mnie tam nie zaprosiłeś. Miranda wyjechała, nie mam dziś gdzie spać i pomyślałam, że…

Na brunecie nie zrobiło to najwyraźniej żadnego wrażenia, bo tylko wzruszył ramionami.

Miał inne plany. Tradycyjnie, wieczory spędzał w klubach ze striptizem. Chyba, że akurat wyrwał jakąś tancerkę, wtedy cała zabawa przenosiła się do naszego mieszkania.


— Na pewno masz inne koleżanki. Nie jesteś głupia, poradzisz sobie. Ja już muszę lecieć, późno jest. Wybacz. — dodał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia zostawiając swoją dziewczynę samą. Michelle wyglądała tak jakby za chwilę miała się rozpłakać. Mimo tego wszystkiego co się wydarzyło miedzy nami było mi jej szkoda.

Wciąż w środku czułem do niej ogromny żal, ale nie mogłem jej teraz tak zostawić.

— Tylko nie rycz — zwróciłem się do blondynki — zabiorę cię do nas i prześpisz się na kanapie. — powiedziałem, wypowiadając w wielkim trudem każde słowo.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Pewnie spodziewała się, że będę pluł jadem.


W La More zrobiło się głośno. Było już dosyć późno i właśnie teraz całe Los Angeles budziło się do życia. Jakiś nieznany mi glamrockowy zespolik grał koncert, wódka zaczęła lać się hektolitrami, a w powietrzu wyczuwalna była delikatna woń świeżego zioła, pomieszana z ostrym dymem papierosowym.

— Mike…

Ciężko było mi cokolwiek słyszeć, bo zagłuszało ją wycie ze sceny. W końcu jednak porozumiewając się gestami wyszliśmy na dwór. Cholernie trudno było nam się dostać do wyjścia. Musiałem torować jej przejście, bo inaczej zginęła by w tym tłumie.

— Tam nie dało się wytrzymać. — oznajmiła oddalając się nieco od drzwi wejściowych. Mimowolnie poszedłem w jej ślady.

— Nie przejmuj się — zacząłem, gdy byliśmy już na zewnątrz.- On już tak ma.

Na zewnątrz panowały egipskie ciemności, których stłumić nie dały rady nawet przyćmione światła latarni rozstawionych co kilka metrów. Mieliśmy to nieszczęście, że nie przemierzaliśmy drogi główną trasą biegnącą przez Beverly Hills, tylko szliśmy na skróty. Chociaż ciągle przyspieszałem kroku wędrówka dłużyła się niemiłosiernie.

— Mike? — usłyszałem za sobą głos Michelle. Została w tyle, bo jej niski wzrost i krótkie nogi nie pozwalały na to, by mogła dotrzymać mi tempa, a ja pogrążony we własnych myślach nawet nie zauważyłam jak znika z mojego pola widzenia.

— Wybacz. — rzuciłem nieco zwalniając tempa. Po chwili nasze kroki wyrównały się.

— Przepraszam.

Spojrzałem w jej stronę. Miała spuszczoną głowę i wyglądała naprawdę żałośnie.

— W porządku. Naprawdę nie mamy do czego wracać — odparłem posyłając jej pokrzepiający uśmiech.

— Niby nie, jednak czuję się winna.

Bo w zasadzie to jesteś, przeszło mi przez myśl.

— Nie mieliśmy okazji o tym porozmawiać…

— Odeszłaś bez słowa. — przerwałem jej starając się opanować emocje, które powoli zaczynały we mnie buzować. Zapadła nieznośna cisza. Michelle milczała tak długo, że zacząłem się obawiać, że do końca wieczoru się do mnie nie odezwie.

— Nie mam ci tego za złe — skłamałem.

Poczułem, że zatrzymała się na moment, jakby nie dowierzała własnym uszom.

— Mike, nie zachowujmy się jak dzieci. Wiem, że cię to boli.

— Mylisz się. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś teraz szczęśliwa. — odparłem nie będąc do końca pewnym, czy nie próbuję okłamywać samego siebie.


Po przemierzeniu trwającej wielki trasy byliśmy na miejscu. Gdy weszliśmy do środka już od progu uderzył mnie smród papierosów pomieszanych z jakąś tanią wodą kolońską, której kiedyś używał Tony.

Całe mieszkanie było mikroskopijnych rozmiarów i naprawdę nie wiem jak mieściliśmy się w nim w czwórkę.

Na środku stała stara wysłużona kanapa, obok niej drewniany stoliczek, a cały pokój tonął w morzu pustych butelek po alkoholu i pudełek po pizzy.

Chyba przydałoby się trochę tutaj posprzątać.

W lewym rogu stał tapczan, na którym zwykł spać Billy, a obok niego rozłożone dywany i porozrzucane kasety.

— Jak widzisz, skromnie tu. — powiedziałem próbując odgarnąć z podłogi ubrania i wytorować jej przejście.

Swoją drogą bardzo dziwi mnie fakt, że Buzz nigdy jej tu nie zapraszał, mimo, że teraz była jego dziewczyną. Za naszych czasów lubiliśmy włóczyć się po knajpach, a noce spędzaliśmy w mieszkaniu, które dzieliła z koleżanką, której totalnie nie przeszkadzało to, co potrafiliśmy tam robić

— Miło tu. — dodała- Mogę usiąść?

— Pewnie, czuj się jak u siebie. — zawołałem i udałem się w stronę kuchni, za którą służyło nam małe, oddzielone od salonu pomieszczenie. Ale ją zapuściliśmy. Nie wiem kiedy ostatnio ktoś tu sprzątał. Wszędzie walały się plastikowe kubki i tekturowe talerzyki.

— Jesteś głodna? — zapytałem wychylając się z prowizorycznej kuchni. Dziewczyna potrząsnęła głową. Dzięki Bogu, kurwa, przecież nic nie ma. Nawet szklanki wody jej zaoferować nie mogę. Być może gdzieś w otchłani naszego „mieszkania” znalazłbym kilka butelek wina, które kiedyś schowałem przed Billy’m, ale to raczej nie jest to, co powinno się proponować takiej dziewczynie.

Będąc w kuchni wypiłem trzy kieliszki wódki, która została jeszcze w wczoraj popijając je sokiem. Chyba naprawdę mam problem z alkoholem, pomyślałem.


Wróciłem do pokoju i zabrałem się za sprzątanie łóżka, które polegało mniej więcej na zrzuceniu wszystkich spoczywających na nim rzeczy. Ciężko było mi utrzymać cokolwiek w dłoni, bo byłem już trochę otumaniony zbyt dużą ilością trunków. Michelle siedziała na rogu starego fotela i przyglądała mi się z zaciekawieniem.

— Tak, wiem, pewnie nie twoje klimaty, ale innego nie mam.- rzuciłem rozkładając na łóżku koc, który kiedyś należał do Sebastiana. Dziewczyna puściła moją uwagę mimo uszu.

— Możemy porozmawiać? — zapytała niepewnie i odłożyła na bok książkę, którą przez sekundą trzymała w dłoni.

— Przecież rozmawiamy- udałem zdziwienie i posłałem jej uśmiech. Powróciłem do przerwanej czynności, jednak ona nie dawała za wygraną.

— Mike? — po raz kolejny podjęła rozmowę.

— Słucham? — zapytałem podpierając się o blat stołu. Zacząłem powoli tracić równowagę. N i g d y w i ę c e j ż a d n e j w ó d k i!

— Lepiej usiądź — poprosiła spokojnie, a ja czując, że już dłużej nie utrzymam się na własnych nogach opadłem na kanapę. Cisza między nami jakby gęstniała z każdą sekundą. Jeszcze chwila, a przysięgam, udusiłbym się, bo chyba naprawdę zaczynało brakować powietrza.

Oparłem glowę o ścianę, starając się nie zwymiotować.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 52.72