E-book
21.84
drukowana A5
55.9
1984

Bezpłatny fragment - 1984

Na Sunset Strip. Tom I.


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8104-674-9
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 55.9

To miejsce wciąż tętni życiem

Kiedy opada dym

SCORPIONS, When the smoke is going down

Podziękowania

Dla Patrycji S. bo bez niej nigdy nie zaczęłabym tej książki.


Dla Bartka W. bo bez niego nigdy bym jej nie skończyła.


Dla Rodrigo C. Z za tyle lat przyjaźni, wsparcie i Twoją hiszpańską duszę.


Dla Magdaleny Olejarczyk, jednej z najwspanialszych osób, jakie poznałam w swoim życiu, za wszystko co robisz,


oraz dla tych wszystkich pięknych dusz, które miały choć najmniejszy wkład w powstanie tej książki.

Prolog

Pozwólcie nam umrzeć młodo, albo żyć wiecznie.


ALPHAVILLE

Rok 1984

Nad Miastem Aniołów słońce wzeszło zadziwiająco szybko. Godzina piąta rano, a całe zachodnie Los Angeles wciąż pogrążone było w głębokim śnie.

Za dnia życie tutaj właściwie nie istnieje. Budzi się dopiero po zmroku i dryfuje pomiędzy szarą rzeczywistością, a ryzykowną grą, a wie to każdy, kto spędził tu chociaż kilka nocy. To narkotykowy świat, topiony w hektolitrach wódki. Koncerty, nocne kluby, alkohol.

W areszcie na Bauchet Street dzień rozpoczął się już dużo wcześniej. Od samego rana słychać było nieprzyjemny gwar, hałas skrzypiących metalowych drzwi i brzęk kluczy.

W każdej celi znajdowało się po kilku mężczyzn, takie były zasady. Tylko jedna była jakby pustawa.

Przeważnie nie zamyka się w celi jednej osoby, jednak, gdy ta bez większego powodu wszczyna bójki i wdaje się w słowne potyczki to nie ma innej opcji. Wtedy są wyjątki.

Resztki powietrza wypełniające przestrzeń mikroskopijnej celi mieszały się z ciężkim papierosowym dymem. Na wysłużonej pryczy leżał cherlawy, ciemnowłosy mężczyzna i zaciągał się papierosem.

Miał ogromne szczęście, że udało mu się go tutaj przemycić, bo w przeciwnym wypadku już dawno dostałby kurwicy. Ręce niemiłosiernie mu się trzęsły, miał nawet problem z utrzymaniem w dłoni tego pieprzonego szluga.

Brakowało mu jeszcze czegoś mocniejszego, ale nie łatwo jest skitrać butelkę, szczególnie, gdy przeszukuje cie dwóch, starych strażników więziennych. Ostatnia butelka wina jaką miał stała pusta.

Próbował się uspokoić, ale czuł, że ciśnienie w jego krwi zaraz rozerwie mu żyły. Już nawet nucenie ukochanego Communication Breakdown Zeppelinów nie pomagało.

To już kolejna noc w tej celi, a do tej pory nie zdarzyło się nic co przywróciło mu wiarę w to, że kiedykolwiek stąd wyjdzie. Ten cały syf przyprawiał go o konwulsje.

Mocne brzmienia starego radia grającego w celi obok przebijały się przez masywne więzienne ściany i wypełniały głuchą przestrzeń.

Love is Loud Kissów. Dobrze znał a nawet lubił ten zespół. Byli nieźli, na tamtejszej scenie utrzymywali się już dobre dziesięć lat. Albo i dłużej. Stanley wiedział jak wprawiać w dobry nastrój

Nie miał ze sobą właściwie nic oprócz starego, zmaltretowanego zeszytu i papierosa żarzącego się w jego dłoni. Chociaż to pierwsze ciężko było nazwać zeszytem. Zostało zaledwie kilka stron, bo resztę powyrywał i używał jako bletek do zawijania różnych substancji, które już powoli lasowały mu mózg. Ale obiecał sobie, że z tym skończy.

Nie posiadał nic oprócz koszmarnych wspomnień. I blizny na lewej piersi. Maleńka, ledwo zauważalna szrama była niemalże żywą relikwią na jego skórze.

Ciężko mu było uwolnić się od myśli tłukących się pod jego czaszką. Ciągle powracały, prześladowały go, nie pozwalając na normalne funkcjonowanie. O ile można nim nazwać powtarzające się wciąż narkotykowo- alkoholowe epizody.

Degeneraci tak mają, myślał wypalając papierosa za papierosem i wypijając butelkę za butelką.

W ostatnim miesiącu przyskrzynili go osiem razy. Miesiąc temu o połowę więcej.

Niby nic takiego.

Drobne kradzieże, włamania, rozboje czy posiadanie narkotyków, ale jednak o dziwo czuł się z tym coraz gorzej, był tym wszystkim coraz bardziej zmęczony.

Godziny spędzone w areszcie dłużyły mu się niemiłosiernie, a czas uciekał. Żadnej płyty, żadnego koncertu. Chciał być jak Tyler czy Perry i zachwycać wszystkich swoim głosem, ale jakoś się nie składało, bo jak na razie był dwudziestokilkuletnim przestępcą spędzającym życie w więzieniu, w najgorszej w możliwych dzielnic Los Angeles. Mógł być teraz na plaży w Kalifornii i wyrywać dziewczyny, albo w Sound Studios i spełniać marzenia, a siedział na pieprzonym Bauchet.

Codziennie budził się z myślą, że życie przecieka mu przez palce a on nadal tkwi w miejscu. Cały czas spędzał na rozmyślaniu. Nie służyło mu to wcale, bo z każdą godziną coraz bardziej wierzył w bezsens swojego życia. Gdy tu przyjechał miał plany i marzenia, a teraz tylko ma na koncie kilka drobnych przestępstw i słabe relacje z kumplami z zespołu. Zresztą to chyba lepsze niż wolność, przynajmniej ma gdzie spać.

Do domu nie wróci. Nigdy. Nie po to uciekł, żeby teraz uczyć się żyć tam od nowa. Zresztą nie musi tam być, by wiedzieć, że wciąż nic się nie zmieniło. Przestał się nawet łudzić, że ktoś przyjąłby go z powrotem. Często zastanawiał się, czy ktokolwiek jeszcze o nim pamięta.

Nie chciał być zapomnianym i kurewsko się tego bał. Mówili o nim kawał skurwysyna i sam powoli zaczynał w to wierzyć. W końcu cała masa ludzi nie może się mylić.


Z przemyśleń wyrwał go głuchy trzask. Wielkie, pancerne drzwi otworzyły się i do środka wszedł znienawidzony strażnik więzienny, z którym chłopak już nie raz zdążył się pożreć.

— Harrison, rusz się. Wychodzisz. Znowu. Tylko czekać, aż ponownie się zobaczymy… — rzucił znudzony.

Chłopak momentalnie poderwał się z miejsca. Niedopałek niezauważalnie zniknął pod jego butem.

— Jak to możliwe? — zapytał szczerze zdziwiony — Myślałem, że będę tu gnić do usranej śmierci. Kto zapłacił?

— Nie przedstawiał się, ale wyglądacie podobnie, więc przypuszczam, że jest takim samym skończonym dupkiem jak ty. I pewnie też ćpunem. — odparł.

Brunet spojrzał na niego złowrogo.

— Pieprz się. — zaklął pod nosem i w mgnieniu oka opuścił salę.

Gnał przed siebie mijając znajome korytarze i cele. I te znienawidzone mordy wodzące za nim osłupiałym wzrokiem. Przyspieszył kroku i gdy tylko opuścił mury Mens Central Jails poczuł się naprawdę wolny.

Gdy dostrzegł śledzące go z okien znajome twarze wydarł się tylko:

— Pierdolcie się wszyscy. Więcej się nie zobaczymy.

Ostentacyjnie pokazał im środkowy palec, rozbił pustą butelkę o kolumnę aresztu i ruszył przed siebie.


Sebastian był istotą nader osobliwą. Był przesadnie pewny siebie, momentami nawet narcystyczny. Nie miał daru zjednywania sobie ludzi. Było dokładnie odwrotnie. Jego niewyparzony język i wiecznie zirytowane spojrzenie odpychało wszystkich tych, którzy choćby na milimetr chcieli się do niego zbliżyć.

Ciężko byłoby wytrzymać z nim dłuższy czas, gdyby nie fakt, że z jakiegoś powodu niektórych do niego przyciągało, jak magnes. Z całą pewnością coś w sobie miał. Jakiś enigmatyczny błysk w oku i dzieciącą naiwność, która przejawiała się głównie w momentach, gdy stawiał przed sobą jakiś wielki cel. Z całych sił wierzył w to, że przyszedł na świat po to, by być kimś. Nigdy nie myślał o sobie, jak o zwykłym przeciętniaku i chociaż wyglądem bliżej mu było do młodego Osbourne’a, to swoją uporczywością i wytrwałością doścignął już nawet The Trash Bag Killera. Już dawno porzucił wszelkie mentalne ograniczenia. Być może fakt, że nie wierzył w rzeczy niemożliwe sprawiał, że ludzie, którzy mieli okazję bliżej go poznać czuli w jego towarzystwie, że mogą wszystko.

Gorzej było z większością, która nie znała go osobiście. Świat był podzielony na pół: kobiety niemal lgnęły do niego, mężczyźni go nie trawili. I nie jedynym powodem tego było to, że zgarniał wszystkie najlepsze laski.

Kiedy wchodził wszystkie spojrzenia kierowany były na niego. Mimo swojego gorszącego zachowania i dysydenckiej natury z pewnością był istotą interesującą.

Miał piękną twarz i zupełnie nie współgrający z nią charakter. Bywał strasznym dupkiem i chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to wcale mu to nie ciążyło.

***

— Stary, ratujesz mi dupę po raz kolejny. Naprawdę myślałem, że tam zgniję. Już powoli zacząłem się przyzwyczajać do tej zimnej celi i kracianych okien.

— Nie ma o czym mówić. W końcu jesteśmy kumplami, nie? — rzucił retorycznie wysoki blondyn poprawiając niedbale swoją nastroszoną, tlenioną czuprynę i popijając łyk siarkowego wina. Aktualnie tylko na nie było go stać. Życie na Sunset Strip nie rozpieszczało. Bywały momenty, w których przez kilka dni nie mieli co włożyć do ust. Zatęchłe mieszkanie i brak pieniędzy na jedzenie to w tamtych rejonach norma. Dach przeciekał, a w ich mieszkaniu zaczęły pojawiać się szczury i inne robactwo. Takie życie nie było marzeniem nikogo, kto przyjechał do Los Angeles robić karierę muzyczną.

— Mike, kurwa. Jest o czym mówić. To już kilkunasty raz w tym więzieniu.

Shepard posłał mu współczujące spojrzenie. Wyglądało na to, że puścił w niepamięć wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie.

Szli barwnymi uliczkami, na przedmieściach West Hollywood i rozmawiali. Niebo zaczynało nabierać brunatno-pomarańczowych barw, a muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej, starając się zagłuszyć ich rozmowę.

— Doskonale cię rozumiem. — odparł i zawahał się na moment- W La More czekają na nas chłopaki. — rzucił optymistycznie.

— Poważnie? — Brunet nie krył zdziwienia. — To świetnie, nie pamiętam kiedy ostatnio spędziliśmy czas w czwórkę. Mike, naprawdę nie wiem jak ci za to wszystko dziękować. I wiem, jak między nami bywało, ale to nie zmienia faktu, że jestem ci szczerze wdzięczny.

Rozdział pierwszy

Nie martwe jest to, co spoczywa na wieki. Z biegiem czasu nawet śmierć umiera


H.P LOVECRAFT

Rok 1974

Dochodziła północ. Niebo za zewnątrz było czarne. Małą Vanessę zbudziły krzyki dochodzące z kuchni. Wyślizgnęła się spod swojej kołdry i na palcach wyszła ze swojego pokoju.

— Laurel, co ty do cholery mówisz? — usłyszała podniesiony głos swojego taty. Po cichu zbliżyła się do wejścia i wychyliła delikatnie głowę, by móc cokolwiek zobaczyć. Jej ojciec siedział na kanapie trzymając swoją twarz w dłoniach, a matka stojąc przy oknie paliła papierosa, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie.

Krople deszczu za oknem uciążliwie dudniły w szyby rozwiewając wszystkie myśli dziewczynki.

— Lauren… — usłyszała znowu. Anthony podszedł do swojej żony i złapał ją delikatnie za ramię. Ona jednak gwałtownie mu się wyrwała. Zachowywała duży dystans, jakby jego ciało parzyło.

— Laurel. Spójrz na mnie do jasnej cholery, Laurel! Mówię do ciebie! — krzyczał potrząsając za jej ramiona. Kobieta patrzyła na niego wzrokiem pełnym złości i strachu.

— Odwal się! — krzyknęła nagle i gwałtownie mu się wyrwała. Podeszła do wielkiej szafy z lustrem i uklękła na podłodze, co jakiś czas zerkając na odbicie męża, które nieruchomo obserwowało ją w lustrze. Vanessa zawsze przeglądała się w jego tafli przymierzając ubrania i buty należące do jej mamy. Marzyła, że kiedy dorośnie będzie tak piękna i uśmiechnięta jak ona. Teraz widząc ją w takim stanie poczuła się bardzo rozczarowana. Obraz ich czwórki, jaki od zawsze miała w głowie całkowicie różnił się od tego, czego w tamtej chwili była świadkiem. Myślała, że są kochającą się rodziną, tak jak na filmach. I że nic nie jest w stanie popsuć ich miłości. Przecież rodzice zawsze powtarzali, że rodzina powinna trzymać się razem. Mimo wszystko…

Kobieta wyciągnęła z szafy dużą czarną torbę i zaczęła wrzucać do niej niedbale wszystkie swoje rzeczy.

— Kochanie, porozmawiajmy… — głos jej ojca jeszcze bardziej się załamywał.

— Nie mamy o czym. — matka Van rzuciła krótko, nie patrząc nawet na męża.

— Jak to nie mamy? O czym ty w ogóle mówisz? Jesteśmy rodziną, mamy dzieci… Chcesz żeby dorastały bez matki? Vanessa ma dopiero 7 lat, Thomas niewiele więcej.

Kobieta nagle odwróciła się.

— Thomas jest już prawie dorosły.

— Dorosły? O czym ty mówisz?

— Zabieram ze sobą dzieci.

Mężczyzna wypuścił z dłoni kubek, który z hukiem uderzył o ziemię i roztrzaskał się na milion maleńkich kawałeczków, zalewając przy tym całą swoją zawartością biały, puchaty dywan.

— Słucham?

— Biorę dzieci ze sobą. Wrócę tu po nie. -odparła niewzruszona.

— Chcesz mnie zostawić po tylu latach?

Matka Vanessy jakby zamarła w bezruchu. Patrzyła na męża z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. Jakby chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła mówić. Mrugała szybko powiekami i skubała nerwowo fragment swojej jedwabnej niebieskiej koszuli, która idealnie podkreślała jej filigranową figurę.

— Poznałam kogoś… — wypaliła nagle, wprawiając swojego męża w osłupienie. Mężczyznę ogarnęła wściekłość, jakby wstąpiło w niego coś, co nie pozwalało mu na kontrolowanie swoich ruchów. Złapał żonę za ramiona i ponownie zaczął nią potrząsać, jak szmacianą lalką. Wyglądał jak zdesperowany nastoletek, który nie dostał tego, czego chciał. Ani trochę nie przypominał ojca, jakim chciał być w oczach swoich dzieci na co dzień- opanowanego, spokojnego, pogodnego. Teraz wyglądał nawet trochę zabawnie.

— Jak mogłaś nam to zrobić? Jesteś egoistką! Przysięgałaś mi przed ołtarzem, że zawsze będziesz mi wierna. Teraz to już dla ciebie nic nie znaczy? — krzyczał.

Vanessa stała nieruchomo nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa, nie mogąc zrobić nic. Słyszała jeszcze całą masę nieprzyjemnych rzeczy, które rozbiły ją na kawałki. Chciała pomóc mamie, wbiec tam, wyrzucić z siebie cały ogarniający ją żal. Chciała żeby ją przytulili, powiedzieli jak mocno ją kochają, i że nadal są rodziną, ale jej stopy jakby stopiły się razem z drewnianą, olchową podłogą, którą kilkanaście lat temu jej tata układał ze swoim ojcem.

Stała nieruchomo nie mogąc zrobić kroku. W tamtym momencie sama nie wiedziała, czy to wszystko co widziały jej oczy działo się naprawdę, czy to tylko jej dziecięca, nieco wybujała wyobraźnia płata jej figle.

Jak przez mgłę widziała jak jej mama bierze w dłoń swoja torebkę i wychodzi z domu trzaskając frontowymi drzwiami. Tak po prostu. Bez słowa. Bez pożegnania. Zostawia tatę, a przede wszystkim zostawia ją i jej brata. Swoje dzieci, który wydawać by się mogło kochała całym sercem.

Vanessa poczuła się okropnie. Miała zaledwie siedem lat, niedługo kończyła pierwszą klasę, potrzebowała mamy, która kiedyś wprowadzi ją w dorosły świat.

Rok 1984

Z perspektywy Sebastiana


La More mimo tak wczesnej pory było zatłoczone jak nigdy. Pijani mężczyźni, skąpo ubrane dziewczyny i litry przelewającego się alkoholu. Pod ścianą leżało kilku totalnie naprutych kolesi, a rząd pierwszych stolików zajmowała gromada młodych natapirowanych rockersów. Jeden wypijał kolejną butelkę wina, drugi wciągał coś nosem, a trzeci migdalił się ze swoją, zakładam, że nowo poznaną, groupie. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Podszedłem do baru i poprosiłem o kilka butelek najtańszego wina. W końcu taką okazję trzeba należycie opić. Co z tego, że nie mamy na jedzenie? Każde pieniądze warto wydać na alkohol, a szczególnie teraz, kiedy naprawdę mi tego potrzeba.

Tak obładowany ruszyłem w kierunku stolika, do którego przed sekundą podążał Mike. Od razu ich dostrzegłem. Byli najbardziej wyróżniającą się, spośród całego hollywoodzkiego bydła, hołotą.

Tapir miał chyba ze dwa metry i włosy natapirowane niczym moja stara ciotka Dona, nieudolnie pofarbowane na kolor, mający imitować żółty-blond, kilka dziwnych tatuaży i wciąż jedną i tę samą przetartą ramoneskę, mającą nadawać mu rockowy charakter, chociaż w głębi duszy i tak był, jest i będzie punkiem.

Grey też był fenomenem, chociaż blond swoich włosów dostał w darze od swoich starych. Ciągle się cieszył jak po marihuanie i potrafił rozbawić nawet mnie.

A Love wcale tu nie pasował. Chociaż był pospolitym narkomanem, to był też człowiekiem, który ciągle kontemplował, starając się bezsensownie rozkładać wszystko na czynniki pierwsze. Chociaż pojmował świat po swojemu to i tak był świetnym kumplem, z ciałem pokrytym kolorowym tuszem.

— Buzz! — zawołał na mój widok Billy, odrywając od ust butelkę whiskey — W końcu.

— Siema wam! — odparłem ze szczerym uśmiechem, postawiłem na stoliku alkohol, po czym uścisnąłem dłoń każdemu z nich i sam usadowiłem swoją dupę obok Mike’a.

— Mamy nadzieję, że to twój ostatni taki wyskok — zaczął ze śmiechem Grey dobierając się do alkoholu.

— Kurwa, jak siebie kocham — ostatni! Nigdy więcej.

— To musisz się teraz trochę ogarnąć.- powiedział z poważnym wyrazem twarzy Love.

— Tym razem mnie nie złapią. Tym bardziej, że mam wielkie plany co do nas. — zacząłem i zamilkłem na chwilę zastanawiając się, czy wyrzucić z siebie wszystko, co tłukło mi się ostatnimi czasy pod czaszką.

Te stałe powroty do więzienia poskutkowały tym, że mój nadmiar wolnego czasu przeznaczałem na rozmyślanie. Nie chciałem tutaj po prostu żyć, chciałem zrobić coś wielkiego. Po to tu przecież przyjechałem.

— No, dawaj — zachęcił Mike.

— Dobra, słuchajcie — zacząłem i zauważyłem, że wszystkie twarze zostały skierowane na mnie — Wszyscy wiemy, po co tutaj jesteśmy. Do Los Angeles nie przyjeżdża się żeby pozwiedzać. Mamy zespół, musimy ruszyć do przodu. Bo jak na razie…

— Stary… — zaczął niepewnie Shepard- Bez obrazy, ale gdyby nie twoje częste wyprawy do Bauchet to już dawno mielibyśmy pełny repertuar. I jeszcze załatwiony występ, a teraz już na pewno nie wpuszczą nas do Westchild. A przynajmniej nie z tobą.

Puściłem to mimo uszu.

— Dobra. Mam teksty, jeszcze niedopracowane, ale załatwię to. Najpóźniej w piątek musimy zrobić próbę. Tylko jest problem z miejscówą.

— W sali prób na rogu biorą 5 dolców za godzinę, 15 z profesjonalnym sprzętem. — dodał Shepard odpalając papierosa i dmuchając mi w twarz dymem.

— Obejdzie się, mamy swój sprzęt — zaprotestowałem, odrzucają długie ciemne włosy do tyłu.

— Oprócz mnie.- wtrącił Billy, patrząc na mnie z wyrzutem.

Biedny Billy, zawsze zostaje pomijany.

— Dobra, ponegocjujemy.

— Ty już lepiej nie negocjuj — ożywił się Love- Jak ostatnio negocjowałeś to dostaliśmy dożywotni zakaz wstępu do najlepszej knajpy w mieście.

— Załatwię to — odparłem.

— Wierzymy w ciebie.

— No, a tak swoją drogą, jak żyjecie? Trochę się nie widzieliśmy.- stwierdziłem.

— Mieszkanie to samo, praca ta sama, wiesz, bez zmian. — rzucił Love.

No ta. Niczego innego nie mogłbym się spodziewać.

— Taka niska szatynka przyszła wczoraj do nas i pytała o ciebie. W zeszłym tygodniu były jakieś dwie, nie pamiętam imion i też koniecznie chciały się dowiedzieć gdzie jesteś.

— Ah, czyżby Kim i dziewczyny z night clubu za rogiem?

— Masz branie.

— Nie dziwi cię to chyba? — zapytałem ze śmiechem.

— Ależ skądże. Zastanawia mnie tylko jak zapamiętujesz ich imiona.

— Nie zwracam się do nich po imieniu, to by było zbyt ryzykowne.

— Taaaak. -wtrącił Billy- Pamiętam jak kiedyś się pomyliłem i nazwałem Biancę Samanthą. Ja pierdole, nie odzywała się do mnie przez tydzień.

— Kto to Samantha? — zapytał Mike.

Wymieniłem z Greyem porozumiewawcze spojrzenie.

Potem wlewaliśmy w siebie alkohol, paliliśmy papierosy i gadaliśmy o zespole. Na zewnątrz zrobiło się całkowicie ciemno.


Po chwili zauważyłem, że w naszą stronę zmierza niska blondynka z wielkim dekoltem, stukając o podłogę swoimi wysokimi, czerwonymi szpilkami. Miałem nadzieję, że nas ominie, albo nie zauważy, ale tak się niestety nie stało. Marzenie ściętej głowy. Wiem, że w tej sytuacji unikanie Michelle było poniżej jakiegokolwik poziomu, ale od tej kobiety ciężko było się uwolnić. Przyczepiła się do mnie jak rzep do psiego ogona. Gdzie się nie pojawię — tam ona. Była jak bluszcz, próbowała mnie usidlić, a ja nie pozwalam na to nikomu. Zaczynam żałować, że w ogóle wdałem się z nią w jakokolwiek romans. Ja nie traktowałem tego poważnie, ona chyba wręcz przeciwnie. Ciągle do mnie dzwoniła, wypytywała moich znajomych z kim się spotykam i co robię, pojawiała się w miejscach, w których bywam i niby przypadkiem na mnie wpadała. To było chore. Naprawdę nie miałem ochoty więcej jej widzieć, ale była dobra w łóżku, i to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Z nikim nie było mi tak dobrze jak z nią. Nie cierpiałem takich sytuacji, byłem pomiędzy młotem, a kowadłem. Wówczas każde wyjście było złe.

Właściwie mogłem zostawić ją Mike’owi. On chyba lubił spędzać z nią czas.

— Cześć chłopaki -zawołała i usiadła obok mnie.

Matko jedyna…

— Cześć. — rzuciłem, starając się zamaskować niechęć w swoich głosie uśmiechem — A co ty tu robisz?

Spojrzała na mnie zdziwiona i odrzuciła swoje blond włosy do tyłu.

— Przechodziłam.

PRZECHODZIŁA.

— Poza tym słyszałam, że dziś wychodzisz, więc chciałam się z tobą zobaczyć.- odparła z wymalowana na twarzy pewnością siebie. Wszyscy patrzyli na nas, nie odrywając ust od butelek.

— Nie wychodziłem. To Mike wpłacił kaucję. Stary, jeszcze raz dzięki — zwróciłem się do Sheparda.

Chłopak tylko skinął głową i wrócił do picia.

Czasami czułem się naprawdę winny, że to przeze mnie rozstali się ze sobą, ale to przecież ona miała wybór. I wybrała mnie. Najwidoczniej Shepard’owi czegoś brakuje, a mnie nigdy.

— Co to za różnica? Najważniejsze chyba, że jesteś na wolności. Nie cieszysz się, że mnie widzisz? — zapytała odchylając się nieco.

— Nie, no oczywiście, że się cieszę. Skaczę z radości, widzisz? — odparłem i pocałowałem ją w policzek.


Z perspektywy Mike’a


Przeholowaliśmy i to ostro. Zbliżała się dwudziesta druga, a my byliśmy już po kilku butelkach wódki i trudnych rozmowach. Do tego standardowo paczka fajek, tych najtańszych.

Czułem, że przesadziłem, ale i tak trzymałem się najlepiej z nas wszystkich. Nawet Buzz ledwo kontaktował. Kładł się na stole, zasypiał, a zaraz potem zrywał się gwałtownie i krzyczał, że nie chce umierać. I tak kilka razy…

— Stary, kurwa, która godzina? — wybełkotał i zgasił któregoś z rzędu papierosa o mały czerwony obrusik, wypalając w nim dziurę.

— Dziesiąta. — rzuciłem i zająłem się opróżnianiem do dna ostatniej butelki wina, która nam pozostała.

Nie chciałem wchodzić w rozmowę z Harrisonem. Z doświadczenia wiedziałem, że po pijaku jest tykającą bombą zegarową i wtedy lepiej zostawić do w spokoju, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć co mu wpadnie do głowy.

Tony gdzieś wyszedł — domyślam się, że szukać szczęścia u tych dwóch małolat, które od godziny nam się przyglądały. Swoją drogą dziwi mnie wiek spotykanych tu dziewczyn. Nie jestem typem chodzącego strażnika moralności, ale siedemnastoletnie i niżej dziewczynki przychodzące tutaj w wiadomym celu naprawdę mnie przerażają. Dla mnie takie małolaty są całkowicie aseksualne. Za to chłopakom wcale nie przeszkadzało wiązanie się z piętnasto czy szesnastolatkami.

Naprzeciwko mnie siedział Billy, który topił smutki w soku pomarańczowym. Wciąż przeżywał swoją kłótnię z Biancą, którą poznał kiedyś na ulicy przed La More. Byli naprawdę fajną parą, tylko może trochę niedopasowaną. Ona bardziej ułożona niż on, i z głową na karku. Za to Billy był wiecznym dzieckiem, absolutnie nieliczącym się z jakimikolwiek zasadami. Zawsze robił to, na co miał ochotę i nigdy nie myślał o konsekwencjach. To było nawet fajne, z nim zawsze świetnie się bawiliśmy, jednak z czasem zaczęło przynosić nieprzyjemne skutki.

— Jak tam? — zagaiłem.

Grey tylko leniwie kiwnął głową, nie podnosząc nawet wzroku.

— Nie przeżywaj tego aż tak. Wyluzuj. To tylko dziewczyna.

— O czym ty mówisz?

— O twojej kłótni z Biancą.

— A skąd ty o tym wiesz? — obruszył się.

— Słyszałem, że znowu się rozstaliście. A właściwie to ona rozstała się z tobą.

— Bzdura. — rzucił otwierając nową paczkę fajek.

— Stary, ja cię nie oceniam. Po prostu wyluzuj.

— Nie bedę z tobą o tym rozmawiał. To nie twoja sprawa.

— Spokojnie.

— Dobra, ja się zwijam — wybełkotał nagle i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć już go nie było.

Zostaliśmy we trójkę. Zacząłem bać się tego, że będzie niezręcznie.

Michelle starała się zwrócić uwagę swojego faceta, ten konsekwentnie ją olewał, a ja tylko z zaciśniętą szczęką wszystkiemu się przyglądałem.

Naprawdę wolałbym być teraz gdzie indziej.

— Mała, ja muszę lecieć — Harrison nagle gwałtownie zerwał się z krzesła. Chyba był w lepszym stanie niż myślałem. Dziewczyna podniosła głowę.

— Ale jak to? Gdzie? A co ze mną? — Michelle była wyraźnie zdezorientowana.

— Poradzisz sobie, kochanie — rzucił, akcentując ostatnie słowo.

— Buzz, myślałam, że pójdziemy do ciebie. Nigdy mnie tam nie zaprosiłeś. Miranda wyjechała, nie mam dziś gdzie spać i pomyślałam, że…

Na brunecie nie zrobiło to najwyraźniej żadnego wrażenia, bo tylko wzruszył ramionami.

Miał inne plany. Tradycyjnie, wieczory spędzał w klubach ze striptizem. Chyba, że akurat wyrwał jakąś tancerkę, wtedy cała zabawa przenosiła się do naszego mieszkania.


— Na pewno masz inne koleżanki. Nie jesteś głupia, poradzisz sobie. Ja już muszę lecieć, późno jest. Wybacz. — dodał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia zostawiając swoją dziewczynę samą. Michelle wyglądała tak jakby za chwilę miała się rozpłakać. Mimo tego wszystkiego co się wydarzyło miedzy nami było mi jej szkoda.

Wciąż w środku czułem do niej ogromny żal, ale nie mogłem jej teraz tak zostawić.

— Tylko nie rycz — zwróciłem się do blondynki — zabiorę cię do nas i prześpisz się na kanapie. — powiedziałem, wypowiadając w wielkim trudem każde słowo.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Pewnie spodziewała się, że będę pluł jadem.


W La More zrobiło się głośno. Było już dosyć późno i właśnie teraz całe Los Angeles budziło się do życia. Jakiś nieznany mi glamrockowy zespolik grał koncert, wódka zaczęła lać się hektolitrami, a w powietrzu wyczuwalna była delikatna woń świeżego zioła, pomieszana z ostrym dymem papierosowym.

— Mike…

Ciężko było mi cokolwiek słyszeć, bo zagłuszało ją wycie ze sceny. W końcu jednak porozumiewając się gestami wyszliśmy na dwór. Cholernie trudno było nam się dostać do wyjścia. Musiałem torować jej przejście, bo inaczej zginęła by w tym tłumie.

— Tam nie dało się wytrzymać. — oznajmiła oddalając się nieco od drzwi wejściowych. Mimowolnie poszedłem w jej ślady.

— Nie przejmuj się — zacząłem, gdy byliśmy już na zewnątrz.- On już tak ma.

Na zewnątrz panowały egipskie ciemności, których stłumić nie dały rady nawet przyćmione światła latarni rozstawionych co kilka metrów. Mieliśmy to nieszczęście, że nie przemierzaliśmy drogi główną trasą biegnącą przez Beverly Hills, tylko szliśmy na skróty. Chociaż ciągle przyspieszałem kroku wędrówka dłużyła się niemiłosiernie.

— Mike? — usłyszałem za sobą głos Michelle. Została w tyle, bo jej niski wzrost i krótkie nogi nie pozwalały na to, by mogła dotrzymać mi tempa, a ja pogrążony we własnych myślach nawet nie zauważyłam jak znika z mojego pola widzenia.

— Wybacz. — rzuciłem nieco zwalniając tempa. Po chwili nasze kroki wyrównały się.

— Przepraszam.

Spojrzałem w jej stronę. Miała spuszczoną głowę i wyglądała naprawdę żałośnie.

— W porządku. Naprawdę nie mamy do czego wracać — odparłem posyłając jej pokrzepiający uśmiech.

— Niby nie, jednak czuję się winna.

Bo w zasadzie to jesteś, przeszło mi przez myśl.

— Nie mieliśmy okazji o tym porozmawiać…

— Odeszłaś bez słowa. — przerwałem jej starając się opanować emocje, które powoli zaczynały we mnie buzować. Zapadła nieznośna cisza. Michelle milczała tak długo, że zacząłem się obawiać, że do końca wieczoru się do mnie nie odezwie.

— Nie mam ci tego za złe — skłamałem.

Poczułem, że zatrzymała się na moment, jakby nie dowierzała własnym uszom.

— Mike, nie zachowujmy się jak dzieci. Wiem, że cię to boli.

— Mylisz się. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś teraz szczęśliwa. — odparłem nie będąc do końca pewnym, czy nie próbuję okłamywać samego siebie.


Po przemierzeniu trwającej wielki trasy byliśmy na miejscu. Gdy weszliśmy do środka już od progu uderzył mnie smród papierosów pomieszanych z jakąś tanią wodą kolońską, której kiedyś używał Tony.

Całe mieszkanie było mikroskopijnych rozmiarów i naprawdę nie wiem jak mieściliśmy się w nim w czwórkę.

Na środku stała stara wysłużona kanapa, obok niej drewniany stoliczek, a cały pokój tonął w morzu pustych butelek po alkoholu i pudełek po pizzy.

Chyba przydałoby się trochę tutaj posprzątać.

W lewym rogu stał tapczan, na którym zwykł spać Billy, a obok niego rozłożone dywany i porozrzucane kasety.

— Jak widzisz, skromnie tu. — powiedziałem próbując odgarnąć z podłogi ubrania i wytorować jej przejście.

Swoją drogą bardzo dziwi mnie fakt, że Buzz nigdy jej tu nie zapraszał, mimo, że teraz była jego dziewczyną. Za naszych czasów lubiliśmy włóczyć się po knajpach, a noce spędzaliśmy w mieszkaniu, które dzieliła z koleżanką, której totalnie nie przeszkadzało to, co potrafiliśmy tam robić

— Miło tu. — dodała- Mogę usiąść?

— Pewnie, czuj się jak u siebie. — zawołałem i udałem się w stronę kuchni, za którą służyło nam małe, oddzielone od salonu pomieszczenie. Ale ją zapuściliśmy. Nie wiem kiedy ostatnio ktoś tu sprzątał. Wszędzie walały się plastikowe kubki i tekturowe talerzyki.

— Jesteś głodna? — zapytałem wychylając się z prowizorycznej kuchni. Dziewczyna potrząsnęła głową. Dzięki Bogu, kurwa, przecież nic nie ma. Nawet szklanki wody jej zaoferować nie mogę. Być może gdzieś w otchłani naszego „mieszkania” znalazłbym kilka butelek wina, które kiedyś schowałem przed Billy’m, ale to raczej nie jest to, co powinno się proponować takiej dziewczynie.

Będąc w kuchni wypiłem trzy kieliszki wódki, która została jeszcze w wczoraj popijając je sokiem. Chyba naprawdę mam problem z alkoholem, pomyślałem.


Wróciłem do pokoju i zabrałem się za sprzątanie łóżka, które polegało mniej więcej na zrzuceniu wszystkich spoczywających na nim rzeczy. Ciężko było mi utrzymać cokolwiek w dłoni, bo byłem już trochę otumaniony zbyt dużą ilością trunków. Michelle siedziała na rogu starego fotela i przyglądała mi się z zaciekawieniem.

— Tak, wiem, pewnie nie twoje klimaty, ale innego nie mam.- rzuciłem rozkładając na łóżku koc, który kiedyś należał do Sebastiana. Dziewczyna puściła moją uwagę mimo uszu.

— Możemy porozmawiać? — zapytała niepewnie i odłożyła na bok książkę, którą przez sekundą trzymała w dłoni.

— Przecież rozmawiamy- udałem zdziwienie i posłałem jej uśmiech. Powróciłem do przerwanej czynności, jednak ona nie dawała za wygraną.

— Mike? — po raz kolejny podjęła rozmowę.

— Słucham? — zapytałem podpierając się o blat stołu. Zacząłem powoli tracić równowagę. N i g d y w i ę c e j ż a d n e j w ó d k i!

— Lepiej usiądź — poprosiła spokojnie, a ja czując, że już dłużej nie utrzymam się na własnych nogach opadłem na kanapę. Cisza między nami jakby gęstniała z każdą sekundą. Jeszcze chwila, a przysięgam, udusiłbym się, bo chyba naprawdę zaczynało brakować powietrza.

Oparłem glowę o ścianę, starając się nie zwymiotować.

W pewnym momencie usłyszałem w oddali znajome dźwięki pochodzące chyba z La More, w którym zapewne odbywał się jakiś koncert.

Straciłem zmysły.

Poezja.

Nie dało się nie spostrzec tego, że był to rock w czystej postaci. Siarka wylewała się oknami. Niesamowicie szybkie, zawiłe, do cna naładowane energią riffy, grane z niespotykaną precyzją przyprawiały mnie o dreszcze. Po raz pierwszy od kilku miesięcy poczułem tę ogromną moc, jaką był przepełniony.

Podczas takich momentów wyobrażałem sobie tylko dwie rzeczy. Siebie i gitarę.

Będąc jeszcze małym dzieciakiem codziennie zakradałem się do garażu, żeby posłuchać jak mój starszy brat gra na swoim wiośle długie, hipnotyzujące solówki. Wierzyłem, że kiedyś to będę ja.

Nie chciałem niczego innego, tylko muzykę.

Zawsze czułem, że nie ma dla mnie innego zajęcia niż granie, innego przedmiotu kultu niż gitara i innego miejsca, niż scena.

— Mikey? — z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej towarzyszki. Już nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś tak do mnie powiedział. — Wszystko w porządku?

Skinąłem głową. Zaraz potem chyba urwał mi się film, bo z tego wieczoru nie pamiętam już nic oprócz cichnącej coraz bardziej solówki i tego, że potem trochę nas poniosło.

***


No more will my green sea go turn a deeper blue
I could not foresee this thing happening to you


Paint In Black, Rolling Stones.

— Thom, czy mógłbyś to ściszyć? Nie mogę zasnąć.

Drzwi delikatnie się uchyliły i do pokoju weszła drobna dziesięciolatka trzymająca w dłoni niebieskiego misia.

— Van, idź spać i zamknij te drzwi — rzucił zirytowany brunet, chowając pospiesznie do kieszeni jakiś mały, plastikowy woreczek. Jego dziwnie wyglądający koledzy siedzący na kanapie uczynili to samo.

— Ale ja nie mogę spać.

— Wyjdź! — krzyknął. Vanessa gwałtownie się cofnęła, a do jej brązowych oczy napłynęły łzy.

Nie spodziewała się takiej reakcji.

— Thom… -powiedziała rzucając mu przestraszone spojrzenie.

— Proszę cię, idź spać. — warknął.

Vanessa była zdezorientowana. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego jej brat tak ją potraktował.

Wróciła do swojego pokoju nie mając pojęcia, że widzi go po raz ostatni.

***

Moja droga Janis.


Tamtej nocy, gdy mama nas zostawiła po raz pierwszy poczułam się bardzo nieszczęśliwa. Tamtej nocy skończyło się moje beztroskie dzieciństwo. Kurwa, tak ciężko mi o tym mówić… Zostawiła nas. Nasza rodzina już nie istniała. Ani razu nie zadzwoniła, po prostu zapomniała o nas, zaczęła nowe życie.


Został mi tylko Thomas. I tata. Żyliśmy na dwóch odrębnych planetach, na jednej ja z bratem, na drugiej tata. Chociaż bardzo się starał to nie potrafił zastąpić mi matki.

Gdyby nie Thomas zostałabym już całkiem sama. Był moim ukochanym starszym bratem, który nigdy w życiu nie pozwoliłby, aby stała mi się jakaś krzywda. Wiedziałam i czułam to, że kocha mnie całym swoim sercem, przy nim byłam bezpieczna. Woził mnie do szkoły, pomagał w lekcjach i mimo, że miał swoje własne życie to było w nim miejsce dla mnie, byłam jego częścią.

Codziennie przed snem powtarzał mi wytrwale, że nigdy mnie nie zostawi, że już zawsze będziemy trzymać się razem, wspierać się nawzajem i pomagać sobie.

W pewnym momencie przestał. Przestał spędzać ze mną czas, rozmawiać i przestał zapewniać mnie, że już zawsze będzie przy moim boku.

Ja, mała, naiwna istotka, nawet nie przeczuwałam, że to może wróżyć coś złego.


Obudziłam się dzisiaj bardzo wcześnie rano. Zaczynała się jesień. Blade, niemal przezroczyste promienie słońca nieśmiało wpadały do mojego pokoju przez uchylone zasłony. Usiadłam na łóżku i poczułam jak ogarnia mnie niepokój. Na swoim stoliku nocnym znalazłam dziwną kartkę.


„Nie gniewaj się. Wrócę po Ciebie, obiecuję. Bardzo Cię kocham, trzymaj się. Twój Thom”


Wiesz, na początku pomyślałam, że to jakiś głupi żart, i że Thomas chcę mnie nabrać. On zawsze miał w głowie takie głupie pomysły. Wierzyłam w to, że gdy tylko pójdę do niego i pokaże mu kartkę on wybuchnie śmiechem i powie „żartowałem!”. A potem przytuli mnie mocno, tak jak kiedyś, i powie, że jestem najważniejszą osobą w jego życiu, i że nigdy mnie nie zostawi.

Tak się jednak nie stało. Jego pokój był pusty. Zbiegłam na dół by upewnić się czy nie ma go tam.

Nie było.

Wróciłam na górę i zaczęłam płakać. Całym moim ciałem potrząsały spazmatyczne drgawki, nie potrafiłam się uspokoić. Miałam 10 lat i czułam, że świat mi się rozpada. Po raz drugi straciłam najważniejszą dla siebie osobę. Usiadłam na łóżko i patrzyłam na rozmyty za oknem obraz zapadającego w zimowy sen świata, łzy leciały po mojej twarzy strumieniami. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, byłam zdezorientowana. Chciałam krzyczeć, jednak głos ugrzęzł mi w gardle, zupełnie jakbym nie potrafiła mówić. Moje małe dłonie, którymi chciałam walić na oślep jakby znieruchomiały.

Było mi tak straszliwie źle, a jego nie było.

Jak on mógł? Obiecywał, że zawsze przy mnie będzie, że będzie mnie chronił, a teraz po prostu odszedł. Mój Thom odszedł.


Od tamtego momentu moje życie jakby zwolniło, zaczęło się niesamowicie dłużyć. Wszystko robiłam bez poczucia najmniejszego sensu.

Dorastałam i z roku na rok ogarniał mnie coraz większy smutek. Odejście mamy i utrata Thomasa były dla mnie ogromnym ciosem. Tak wielkim, że moje małe dziecięce ramiona nie potrafiły go udźwignąć. Nosiłam w sercu pewnego rodzaju żałobę.

Nie potrafiłam tak jak moje koleżanki śmiać się, bawić, chodzić na imprezy. Ja cały czas wierzyłam, że Thomas pewnego razu wróci do domu. Po szkole biegłam prosto do domu, żeby tam być, gdyby jednak wrócił. Nie chciałam, aby zastał puste mieszkanie i pomyślał, że nikt na niego nie czeka.

Za to ja całe dnie czekałam na telefon od niego. Może na list. Na jakikolwiek znak, dowód na to, że nie zapomniał o mnie, że wciąż o mnie myśli, że wciąż jestem w jego sercu.

Wiedziałam, że poddanie się tak łatwo i pogodzenie z całą tą sytuacja byłoby zbyt proste.

Niedługo potem wydarzyło się coś, co bezpowrotnie zmieniło moje spojrzenie na całą tę sytuację i było ukojeniem dla mojego bólu, którego nie potrafiłam nawet zmierzyć.

Pewnego razu odważyłam się wejść do pokoju Thomasa ponownie. Przygnębiała mnie tęsknota za nim. Sądziłam, że sama moja obecność wokół jego rzeczy przyniesie mi pewnego rodzaju ukojenie.

Uchyliłam delikatnie duże, drewniane drzwi, na których wisiała plakietka z wyrytym imieniem THOM.

Pamiętam jak kilka lat temu pomagałam mu ją zrobić.

Byłam tu pierwszy raz od 3 lat.Wszystko było takie samo, jak w dniu, w którym widziałam go po raz ostatni. Te same pożółkłe od tytoniowego dymu zasłony, niedbale poukładane książki, porozrzucane po podłodze obok magnetofonu płyty i kasety, które puszczał mi zawsze, gdy byliśmy sami.

Thomas był wyjątkowy. Miał długie włosy, kolczyk w nosie, kochał rock i metal. Był hesherem i nosił skórzaną kurtkę całą pokrytą agrafkami.

Żył muzyką. Miał płyty Jimmy’ego Hendrixa, Beatles'ów, Rolling Stones i jedną Twoją. Pamiętam, że zachwycił mnie utwór Beatles'ów Yesterday. Słuchałam go chyba z milion razy.

Thomas należał do zespołu rockowego The Impact, który współtworzył z dwoma najlepszymi przyjaciółmi: Denisem i Roy’em i był obdarzony wyjątkowym talentem do grania na gitarze. W rogu jego pokoju stała jego pierwsza gitara Gretsh Hollow Body, na którą odkładał wszystkie swoje oszczędności.

Był dla mnie wzorem. To on już w bardzo młodym rozbudził we mnie płomienną miłość do muzyki rockowej.

Thom mimo swojej barwnej emocjonalności był mimo wszystko spokojnym chłopakiem, jednak w pewnym momencie zauważyłam, że nie jest już taki jak wcześniej. Zmienił się.

Zaczął znikać na całe dnie. Pamiętam, że raz nie dawał znaku życia przez cztery doby. Zaczął palić, pić. Tata mówił, że po prostu dorasta.

Często chodził nieprzytomny, zaszywał się w swoim pokoju i grał. Przestał mnie zauważać, stałam się dla niego niewidzialna i niewyczuwalna, jak powietrze.

Podeszłam do małego stolika, przy którym zawsze odrabialiśmy lekcje i włączyłam magnetofon, w którym wciąż była kaseta.


I see a red door and I want it painted black
No colors anymore, I want them to turn black


The Rolling Stones. Uwielbiałam ich, a ten kawałek znałam na pamięć, bo w kółko go słuchaliśmy.

Z pierwszymi dźwiękami Paint It Black wszystkie wspomnienia. Ta noc. Ten hałas. Zadymiony pokój.

Nie był już Thomem, którego znałam. Stawał się zupełnie innym człowiekiem. Tak naprawdę w pewnym momencie był mi całkiem obcy. Mimo tego wszystkiego nadal strasznie go kochałam, nadal tęskniłam. Chociaż bardzo często czułam do niego ogromna nienawiść, żal to wciąż ciepło o nim myślałam.

Usiadłam na jego łóżku. Obok niego stała szafka nocna, na której dostrzegłam zdjęcie mamy. Pierwszy raz je tutaj widzę. Musiał ukrywać je przede mną, wiedząc jaki żal do niej żywię. Też za nią tęsknił. Pewnie nawet mocniej niż ja.

Rozejrzałam się dookoła. Całe ściany jego pokoju pooblepiane były plakatami zespołów i jego rysunkami. Thom przepięknie rysował.

W pewnym momencie dostrzegłam na stoliku ciemnoniebieski zeszyt. Ten sam, w którym notował wszystkie ważne rzeczy. Z ciekawości zajrzałam do środka. Na pierwszej stronie widniał napisany na niebiesko tekst:

Seattle — Los Angeles, wylot godzina 05.36. 15 maja,1977

W tym momencie miliony myśli napłynęło do mojej głowy i zaczęło tłuc się w niej, jak stato świetlików.

Oby był w Los Angeles! Musiał być. Ten lot był przecież dla niego. To dlatego przez tyle miesięcy zbierał pieniądze, to dlatego kłamał, że potrzebuje na college. Nie zastanawiając się dłużej wyrwałam pierwszą stronę notatnika, złożyłam i schowałam do kieszeni.Czuję, że to co się wtedy wydarzyło nieodwracalnie zmieniło bieg wydarzeń. Obiecałam sobie, że go odnajdę. Od tamtej pory odkładałam wszystkie możliwe pieniądze z nadzieją, że gdy tylko osiągnę pełnoletność wyjadę, żeby poszukać Thoma. Mojego Thoma.


KOCHAM CIĘ.

Rozdział drugi

Życie dłuży nam się, bo spadamy w przepaść

Z perspektywy Mike’a


Całe Los Angeles mokło. Obudził mnie przeraźliwy ból głowy, irytujące walenie kropel deszczu o szybę i dudnienie wiatru. Przysięgam, że to ostatni raz kiedy sięgnąłem po alkohol.

Otworzyłem oczy i zacząłem niepewnie rozglądać się po pomieszczeniu. Moją szczególną uwagę zwróciły rozrzucone po podłodze ubrania, szczególnie, że były to damskie ubrania.

Nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, bo sam zawsze rzucam ciuchy na ziemię, jednak fakt, że należały one do jakiejś laski był w tej sytuacji co najmniej dziwny. Chłopaków nie było, więc żaden nie mógł sprowadzić tu w tym czasie żadnej panienki. Tak między nami czarny, koronkowy stanik i dół w podobnym odcieniu podziałały na moja wyobraźnię. Podniosłem się i zauważyłem, że leżę kompletnie nagi. KURWA. Tępy ból głowy nie pozwalał mi na racjonalną ocenę sytuacji. Nie miałem zielonego pojęcia dlaczego moje spodnie walają się po podłodze i co wydarzyło się tutaj wczoraj, bo — wstyd się przyznać — z minionego wieczoru niewiele pamiętam. Świtają mi w głowie jakieś strzępki różnych sytuacji, Michelle, alkohol, Michelle, coś dziwnego, czym częstował mnie wczoraj Billy, Michelle… ale nie potrafiłem złożyć z tego jakiegoś realnego scenariusza.

Za oknem padał deszcz, krople deszczu natrętnie uderzały o szyby, starając się złośliwie rozwiać wszystkie moje myśli. Pospiesznie naciągnąłem na siebie spodnie i udałem się do kuchni.

Przy małym drewnianym stoliku siedziała Michelle i popijała butelkę whiskey. Chyba niespecjalnie przejęła się moją obecnością, bo nawet nie odpowiedziała na moje cześć.

— Słuchaj… — zacząłem siadając przy stole- Powiedz mi, co się tu wczoraj wydarzyło?

Dziewczyna spojrzała na mnie jakoś dziwnie, po czym gwałtownie odwróciła głowę, unikając mojego wzroku. Słyszałem jedynie powolne tykanie czarnego zegarka oplatającego jej nadgarstek i dudnienie deszczu.

— Michelle. — powtórzyłem wyciągając z jej dłoni butelkę. Jej delikatny, prawie niewyczuwalny uścisk sprawił, że siła z jaką to zrobiłem wystarczyła, aby butelka z hukiem upadła na podłogę i rozbiła się na miliard kawałeczków.

— I widzisz co narobiłeś. — rzuciła z pretensją w głosie.

— Zadałem ci pytanie.

— Słyszałam.

— To dlaczego mi nie odpowiesz?

Przyglądała mi się z niepewnością. Patrzyła to na mnie, to na potłuczone szkło i wydawało mi się, że nawet oddychanie sprawiało jej ogromną trudność. Z niecierpliwością czekałem na odpowiedź, która nie nadchodziła. I nic nie wskazywało na to, że nastąpi.

Nie potrafiłem jej zrozumieć. W sekundę potrafiła zmienić swój nastrój. Była naprawdę nieprzewidywalna, i to mnie w niej kiedyś cholernie pociągało.

Ukradkiem zerkałem na zegar i wydawało mi się, że każda dosłownie sekunda ciągnie się w nieskończoność. Każda minuta wydawała się nie mieć końca.

— Michelle — zacząłem i nieco się do niej przysunąłem. Jej reakcja nie była gwałtowna, ale stanowcza. Jakby instynktownie odchyliła się nieco do tyłu zachowując bezpieczna odległość.

— Odpowiedz na moje pytanie. Proszę.- to ostatnie słowo wypowiedziałem błagalnym tonem, co nie umknęło jej uwadze. Chyba wiedziała co działa mi na nerwy, bo wciąż milczała.

— Michelle! — krzyknąłem uderzając pięścią w stół tak gwałtownie, że kawałki rozbitej butelki spoczywające na podłodze delikatnie podskoczyły. Poniosło mnie. Przesadziłem.

Moja gwałtowna reakcje sprawiła, że dziewczyna wstała od stołu, rzuciła mi pod nosem spierdalaj i wyszła. Usłyszałem tylko trzask zamykanych drzwi. W tej sytuacji chyba powinienem za nią pobiec, przeprosić, ale jakoś nie byłem w stanie się na to zebrać. I pomimo natrętnych pytań, na które nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi postanowiłem zostać w domu. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Te pieprzone pytania bez odpowiedzi nie dawały mi spokoju i nie pozwoliły usiedzieć w miejscu.

Jasne. Sunset Strip, imprezy, alkohol, narkotyki i seks z kim popadnie to norma. Bywaliśmy w klubach nocnych częściej niż moja babcia w kościele, to niemal standard w tych regionach, jednak dla tak prowincjonalnej i wychowanej na trochę innych zasadach osoby, jak ja, to ostatnie nie wchodziło w grę, szczególnie, że chodziło i kobietę mojego kumpla. Taka męska solidarność, mimo, że tylko w jedną stronę, bo Sebastian sobie nie oszczędzał.

Włączyłem radio i puściłem Bowiego, ale nie było mi dane zaznać spokoju, bo do domu gwałtownie wparowali w jednym momencie chłopaki.

— Gdzie Buzz? — zapytałem zorientowawszy się, że brakuje jednego z nas.

— Powinieneś raczej spytać, gdzie go nie ma.- powiedział ze śmiechem Bill — Tutaj go nie ma.

— Nie wkurwiaj mnie, pytam poważnie.

— A czy ja wyglądam jakbym żartował? — Widać Grey’owi humor dopisywał. -Chuj go tam wie.- zaśmiał się układając w równym rzędzie na stole kilka butelek siarkowego wina. W ślad za nim poszedł Tony, który zajęty wypakowywaniem hurtowych ilości ruskich fajek ciągle podśpiewywał jakieś niemieckie piosenki. (???)

— Nie było go z wami? — nie dawałem za wygraną, chowając jedną paczkę papierosów do kieszeni mojej ramoneski.

— A coś ty się go tak uczepił, jak rzep psiego ogona? — zapytał Grey posyłając mi zdziwione spojrzenie. — Pewnie poszedł na panienki. Masz gdzieś otwieracz do butelek?

Rzuciłem mu na stół churchkey i mimo okropnej pogody wyszedłem ze squotu zostawiając go na pastwę chłopaków.

***

21 czerwiec, 1984

Do Janis Joplin


Maybe, maybe, maybe, maybe, maybe dear I guess I might have done something wrong


Jakie to niezwykłe uczucie skończyć osiemnaście lat i liznąć dorosłości.

Czuję niepokój, mimo, że tę decyzje podjęłam już bardzo dawno temu.

Bilety leżą w szufladzie i czekają na swoja kolej. Z magnetofonu, który wzięłam z pokoju Thomasa, leci mój ukochany głos, Twój głos.

Czuję, że jestem gotowa.

Za cztery miesiące minie 14 rocznica Twojej śmierci. Niedługo będę w Los Angeles i będzie mi szczególnie przykro z uwagi na fakt, że to właśnie tam odeszłaś od nas na zawsze. Zostawiłaś świat, ludzi który Cię kochali. W sumie tak samo jak mama mnie i Thoma, a potem Thom mnie i tatę.

Czasem zastanawiam się czy w ogóle mnie kochali, bo przecież kiedy się kogoś kocha to się go nie zostawia, prawda? Ty sama często powtarzałaś, że kochasz ludzi.

Chociaż może jestem za mało doświadczona w tych sprawach. Nigdy nie wątpiłam przecież, że miałaś w sobie dużo miłości.

Umarłaś przed swoim ślubem, w wieku 27 lat. Czasem zastanawiam się czy ja też tak skończę. A może właśnie w tym tkwi największe piękno śmierci. Umrzeć młodo.

Czasem myślę że nie byłaś taką osobą, jaką widzieli Cię wszyscy. Myślę, że w głębi siebie byłaś bardzo smutna. Przecież inaczej nie odebrałabyś sobie życia, nawet jeśli tak bardzo wszystkich kochałaś. To musiało być silniejsze. Miłość nie jest najpotężniejsza, choć bardzo chciałabym wierzyć, że tak jest.

Powiedziałaś kiedyś, że nawet jeśli ktoś umiera to nie odchodzi. Mam nadzieję, że Ty wciąż jesteś obecna. Jeśli tak to proszę Cię, czuwaj nad Thomasem. To największa rzecz o jaką mogłabym Cię poprosić.

Vanessa


Z perspektywy Mike’a


Kierunek był jeden. La More. To jasne. Ostatnimi czasy to jedyne miejsce, w którym można było teraz spotkać Sebastiana — do innych ma zakaz wstępu przez swój wybuchowy temperament, zamiłowanie do bójek i prowokowania i trochę zbyt glam spodnie. Przemierzanie prostych uliczek Sunset Strip nie zajęło mi wiele czasu, więc już po chwili byłem w knajpie. Uderzył mnie zapach palonej trawy, miażdżące uszy dźwięki Maidenów i gwar jakichś rozmów, bójek i zamieszek. Łeb mi pęka!

Rozglądałem się po La More dobrych kilka minut, ale go nie dostrzegłem. Za to w samym kącie zauważyłem Michelle, która popijała drinka w towarzystwie jakiegoś nieznanego mi gościa. I widocznie nie przeszkadzał jej fakt, że ma chłopaka. Chociaż właściwie jej się nie dziwię, Harrison miał przecież takie samo podejście do związków. Brak pomysłu na jakiekolwiek inne zajęcie zmusił mnie do pozostania w La More, też na wypadek, gdyby jednak Sebastian postanowił się tu zjawić. Jakoś nie bardzo wiedziałem, co chcę mu powiedzieć, jednak dla świętej spokoju i uspokojenia własnego sumienia musiałem z nim porozmawiać. A może wyrzucić mu wszystko to, co nas wszystkich w nim tak bardzo wkurwiało.

Zamiast tradycyjnej gorzały, lub w przypadku mniejszych nakładów pieniędzy wina, tego wieczoru zamówiłem zwykłą wodę i zająłem miejsce przy oknie. To najlepsza miejscówa do tego, aby mieć oko na wszystko co dzieje się w tej ruderze.

Michelle ze swoim towarzyszem ciągle byli w zasięgu mojego wzroku. Gdy w końcu zorientowała się, że jej się przyglądam podniosła się z miejsca i z zaciętą miną ruszyła z moim kierunku.

— Co ty tu robisz? Śledzisz mnie? — zapytała zdenerwowana, odrzucając swoje gęste blond włosy do tyłu.

— Nie żartuj. Mam takie samo prawo jak ty tutaj być- odpowiedziałem spokojnie, nie chcąc stwarzać jej pretekstu do kolejnej kłótni.

Przez chwilę milczała. Kilka razy próbowała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rezygnowała.

— Przepraszam. — usłyszałem w końcu — Za wczoraj i za wszystko.

Zaciągnąłem się papierosem.

— No więc, co się wczoraj wydarzyło?

Moja rozmówczyni przybrała zmieszany wyraz twarzy.

— Zapomnijmy o tym. To nigdy nie powinno sie wydarzyć.

Nie bardzo wiedziałem co powinienem odpowiedzieć. Dla mnie to nie było takie proste jak dla niej, jednak robienie z tego afery też nie miało najmniejszego sensu.

— W porządku. — odparłem.

***

Czasem nadchodzi w życiu moment, który wszystko zmienia. Jedna chwila, jedna sekunda, która jest końcem świata, w którym do tej pory żyliśmy. To jak grom z jasnego nieba, błyskawica, która uderza w nas z ogromną siłą, burząc wszystko, co do tej pory budowaliśmy.

Jak domek z kart rozpada się nasze poczucie bezpieczeństwa i stabilności i otwierają się zupełnie nowe drzwi.

Nikt nas wtedy nie pyta czy jesteśmy gotowi na zmiany czy też nie. One po prostu się dzieją.


Czułam, że nadeszła w moim życiu właśnie taka chwila.

Dotarłam na peron przed czasem. Czeka mnie ponad 48-godzinna podróż. Jestem tym równie przerażona co faktem, że właśnie uciekłam z domu.

Dokładnie o 20.18 przyjechał Coast Starlight, z postojami w Portland, Madford, Reading, Sacramento, Fresno i Kalifornii.

Odjazd planowany jest na godzinę 20.34


Sprawdziłam czy aby na pewno mam przy sobie bilet i postanowiłam, że skoczę jeszcze kupić coś na drogę. Przeszłam na drugą stronę Seattle Hall Center i weszłam do małego sklepiku Jiffy Mart. Nie wdając się zbytnio w dyskusje ze sprzedawcą kupiłam kilka drożdżówek, małą kawę, wodę mineralna i wyszłam. Przepychając się przez całą masę ludzi obładowanych mnóstwem toreb i bagaży wreszcie dotarłam do III przedziału, wylewając po drodze kawę.

— Kurwa, uważaj jak leziesz.- usłyszałam za sobą. Usiadłam wygodnie i czekałam na odjazd.

Gdy pociąg ruszył poczułam jak ogarnia mnie ogromny strach. Wiedziałam, że ten wyjazd to dla mnie szansa na wyrwanie się z tego gówna, na to, żeby zacząć żyć inaczej i na to, aby odnaleźć Thoma. Bardzo o tym marzyłam i tak długo na to czekałam. Teraz miałam szansę. On był w Los Angeles, musiał tam być.

Może i byłam totalną idiotką, sądząc, że odnajdę brata pośród tysięcy ludzi, w tak ogromnym mieście, ale ja mocno w to wierzyłam. Skoczyłam na głęboką wodę i z chwilą, gdy pociąg ruszył ogarnęła mnie wyzwalająca świadomość, że nie ma już powrotu.

Jestem szalona i może nawet trochę głupia. Rzuciłam szkołę bez słowa, wyjechałam bez słowa, postawiłam wszystko na jedną kartę. Jadę tam, gdzie nawet nie mam pewności co może mnie spotkać. Czyste, wręcz niemożliwe do wyorażenia szaleństwo, ale ekscytujące.


Podróż była ciężka i niemiłosiernie mi się dłużyła. Jestem chyba jedyną osobą, której cel był tak odległy. Po 14 godzinach czuję, że nie mam już siły. Mimo postoi i przesiadek, przy których wychodziłam na świeże powietrze i palenia papierosa za papierosem czułam się coraz gorzej.

Nie wiem co myśleć, nie wiem co zrobię, gdy moja podróż dobiegnie końca.

Przez mój przedział przewinęło się co najmniej kilkadziesiąt osób. Ciągle ktoś wsiadał, ktoś inny wysiadał i tak w kółko.Wszyscy się gdzieś śpieszyli, a ja czułam jakby czas się dla mnie zatrzymał. Tkwiłam katatonicznie pozwalając milionom myśli przepływać przez moją głowę.

***

Wysiadłam w Los Angeles Metro County Rain. Spojrzałam ukradkiem na zegarek. 21.48.

Powoli zapadał zmrok, niebo nabierało pomarańczowo-czerwonych odcieni, a z oddali słychać było coraz to głośniejsze dźwięki. Rozejrzałam się dookoła. Wszędzie roiło się od klubów, pubów, barów, kasyn. Tabliczka na szyldzie obok stacji kolejowej wskazywała duży, biały, nieco zdarty napis Bauchet Street.

Założyłam swój plecak i zaczęłam iść przed siebie nie wiedząc tak naprawdę dokąd zmierzam. Nie przemyślałam tego i dopiero tutaj, na miejscu zaczęłam powoli dostrzegać swój błąd. Nigdy nie sądziłam, że stać mnie na taką naiwność. Byłam sama w LOS ANGELES, robiło się ciemno a ja nie miałam nawet gdzie spać.

Moje oszczędności pozwoliłyby mi na wynajęcie pokoju w hotelu, ale po jakimkolwiek hotelu nie było ani śladu.

— Trudno… — mruknęłam sama do siebie i wyprostowałam się, starając się dodać tym sobie odwagi. — Poradzę sobie.

Zawędrowałam do jakiejś dziwnej ulicy, na której znajdowało się co najwyżej kilka małych knajpek porozrzucanych nie daleko od siebie, a przed nimi i w pobliżu każdej stało co najmniej kilku mężczyzn, sądząc po ich zachowaniu nie do końca trzeźwych. Na domiar złego było kurewsko ciemno, a latarnie rozstawione co kilka metrów dawały niewielkie światło. Zaczęłam się poważnie obawiać, że przyjazd tutaj nie był dobrym pomysłem. Mimo to zacisnęłam zęby i szłam dalej.

Włóczyłam się tak przez kilka godzin, chodząc od knajpy do knajpy, wypijając w każdej po jednym drinku.

Bardzo potrzebowałam czegoś, co odwróci moje myśli od całej tej sytuacji.

Liczyłam na to, że spotkam jakąś dobrą duszę, która mi pomoże i nakieruje. Zamiast tego spotkało mnie coś innego.

W pewnym momencie zobaczyłam centralnie kilka metrów przed sobą grupę na oko 30-letnich mężczyzn. Już z daleka słyszałam ich śmiechy i głośne, na niezbyt wysokim poziomie rozmowy. Zacisnęłam dłonie mocniej i szłam pewnym krokiem, wmawiając sobie, że nie czuję strachu. W środku jednak trzęsłam się ze strachu. Byłam naiwna sądząc, że uda mi się ominąć ich bez problemu.

— O proszę, kogo my tutaj mamy? — usłyszałam przed sobą.

— Jaka laleczka! — zawtórował mu drugi i złapał mnie za ramię.

— Puszczaj! — krzyknęłam wypuszczając plecak w dłoni.

— Nie bądź taka niedostępna, mała -syknął mi do ucha jeden z nich i zacisnął swoje łapsko na moim nadgarstku, sprawiając mi przy tym ból.

— Odwal się. To boli! — wydałam z siebie żałosny jęk i potrząłam ręką, starając się ją wyrwać. Planowałam w głowie, że gdy tylko mi się to uda rzucę się do ucieczki i na pewno nie będą w stanie mnie dogonić.

— Nie wyrywaj się tak, bo będzie bolało jeszcze bardziej — powiedział mi do ucha najwyższy z nich i poczułam jego zimne łapsko w okolicy moich ud.

Nie wiem jak długo to trwało, bo alkohol sprawił, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Nawet uścisk czyjejś dłoni był mniej odczuwalny. Świat zaczął mi się kołysać, a głośna muzyka dobiegająca zewsząd tylko potęgowała to uczucie. W końcu przestało zależeć mi na czymkolwiek. Może to tylko głupi sen i zaraz obudzi mnie tata, krzycząc, że jak natychmiast nie wstanę to zaraz się spóźnię. Otworzy wszystkie okna na ościerz i zerwie ze mnie kółdrę.

Nagle w oddali usłyszałam pisk opon i zobaczyłam światła, które rozproszyły mrok, mocno mnie oślepiając. Dostrzegłam zbliżający się w nasza stronę czarny Chevrolet Camaro, z którego po chwili wyszedł wysoki, długowłosy mężczyzna.

— Co się tutaj dzieje? — zawołał zmierzając w naszą stronę. Oczy moich napastników automatycznie zostały skierowane na niego.

— A ty tu czego? — krzyknął jeden z nich pociągając mnie za nadgarstek do tyłu.

— Tak się składa, że właśnie przejeżdżałem. — rzucił zaciągając się papierosem — A wy co robicie tej biednej dziewczynie? — zapytał patrząc z ukosa, z lekką drwiną.

Ciężko było wyczytać z jego twarzy, o co mu tak naprawdę chodzi.

— Nie twój interes. Spadaj stąd — wybełkotał jeden z nich ściskając moja rękę.

— Zostaw ją. — powiedział stanowczo. — Tak się składa… — zaczął wyciągając coś z głębokiej kieszeni — że wyszedłem ostatnio z Bauchet. I przy okazji dostałem mały prezent — uśmiechnął się i pomachał nam przed oczami pistoletem.

Stanęli jak wryci, nie wiedząc co robić. Poczułam jak uścisk na moim nadgarstku nieco się rozluźnia.

— Radzę wam stąd spierdalać, bo nawet gdybym wam teraz poderżnął gardła to i tak nikt by się nie zorientował. — dodał wskazując Berettą otaczający nas półmrok. Poczułam, że moja ręka jest wolna. — A możecie mi wierzyć, że po przesiedzeniu na Bauchet w czarnej celi kilkunastu miesięcy nie miałbym żadnych skrupułów. Oj, nie takie rzeczy sięm widziało.

— Dobra, wyluzuj — odezwał się jeden z nich — Chłopaki zwijamy się. — dodał, pociągnął łyka ze swojej butelki, rozbił ją o asfalt i ruszył a przeciwnym kierunku. A reszta za nim kląc i wykrzykując jakieś obraźliwe epitety.

Stałam jak wryta nie wiedząc co robić. Byłam w tak wielkim szoku, że po prostu się rozpłakałam. Usiadłam na swoim plecaku chowając twarz w dłoniach.

— Hej… — usłyszałam spokojny głos i poczułam jak ktoś kuca przede mną i kładzie mi swoją dłoń na ramieniu- Spokojnie. Nikt ci nic nie zrobi.

Wzięłam kilka głębokich oddechów starając się opanować emocje.

— Przepraszam. — wydusiłam z siebie lekko podnosząc głowę. Natknęłam się na jego zdziwione spojrzenie.

— Chodź. — wyciągnął do mnie rękę. Niepewnie ją złapałam. Na początku się obawiałam, bo nie wiedziałam, czy nie pomaga mi teraz tylko dlatego, by wykonać czyjąć robotę, ale jego łagodny wyraz twarzy sprawił, że nabrałam do niego zaufania.

— Nie bój się. To atrapa.- uśmiechnął się rzucając pistolet na tylne siedzenie, po czym włączył silnik. -Więc gdzie cię odwieźć? — zapytał przyglądając mi się.

Musiałam wyglądać okropnie. Przestraszona, niewyspana, z rozmazanym makijażem.

— W sumie to nie wiem.

Popatrzył na mnie trochę zdziwiony.

— Przyjechałam tutaj dzisiaj, ze Seattle i aktualnie nie mam gdzie spać. — odparłam starając się opanować drżący głos.

— Hmm… — zamyślił się na moment- I co zamierzasz zrobić?

Zaczęłam intensywnie zastanawiać się nad jego pytaniem, chcąc odpowiedzieć chyba bardziej sama sobie, niż jemu, ale prawda jest taka, że sama nie miałam pojęcia co ze sobą począć. Musiałam się pogodzić z tym, że moja odpowiedź jakakolwiek by nie był to i tak zabrzmi głupio.


— Nie mam pojęcia. — wypaliłam w końcu.

— Cóż, mógłbym ci pomóc. Jeśli chcesz.- usłyszałam i automatycznie podniosłam głowę.- Mieszkam z kumplami, znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej osoby — uśmiechnął się ciepło.

Dopiero teraz, gdy trochę się uspokoiłam, a mój oddech zwolnił dostrzegłam to jaki jest przystojny. Miał długie, gęste włosy, piękny uśmiech i dwa kolczyki: w nosie i w uchu, co nawet przy jego poważniej minie wyglądało dosyć zabawnie, ale podobało mi się.

W Divine Mercy School, do której chodziłam spotkanie tak wyglądającej osoby graniczyło z cudem. Gdybym ja przekłuła sobie cokolwiek, to pewnie prędzej czy później wyleciałabym ze szkoły.

Mimowolnie się uśmiechnęłam.

— To znaczy, że się zgadzasz? — zapytał posyłając mi łagodny uśmiech. — Świetnie.

Ścisnął delikatnie moją dłoń.

— A tak w ogóle to jestem Jeff. — dodał i nagle poczułam jak samochód rusza z piskiem opon. Jeff Rollins.- A Ty?

— Vanessa.

— Mmm, Vanessa. Ładne imię, podoba mi się. Więc teraz, kiedy już uratowałem ci życie -uśmiechnął się — jesteś mi coś winna. Opowiesz mi co cię tu sprowadza? Z tak odległego miejsca jak Seattle? Nie masz przy sobie żadnego instrumentu, więc sądzę, że raczej nie chęć założenia zespołu. No chyba, że śpiewasz, bo wnioskując po barwie twojego głosu, to całkiem prawdopodobne. — stwierdził i wyciągnął jedną ręką papierosa- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? — zwrócił się do mnie.

— Nie, no coś ty. -odparłam wyciągając swoje fajki. I ogień.

— Cudownie. Van?

— Więc — zaczęłam i zaciągnęłam się mocno — Mieszkałam z ojcem i jego nową żoną. Moja matka zostawiła nas, gdy miałam osiem lat, a potem mój brat uciekł z domu i wiem, że jest tutaj, w Los Angeles. Zostawił list, tęsknię za nim. — wydukałam z niechęcią. Naprawdę nie miałam ochoty powtarzać tej historii każdej napotkanej osobie. — Nie lubię o tym mówić.

— Przykro mi. — powiedział. — Odwagi to ci nie brakuje. Ja sam wybyłem z domu dobrych 5 lat temu, mimo, że żyłem w pełnej rodzinie. Tyle, że ja chciałem grać, chciałem czegoś więcej niż pomoc w rodzinnym interesie. Rodzice nigdy nie popierali mojej pasji. Uważali, że gra w zespole to strata czasu. Wątpili, że kiedykolwiek będę mógł się z tego utrzymać. Przyjechałem tutaj kompletnie spłukany, bez niczego, stopem, ale poznałem chłopaków, założyliśmy zespół — na te słowa uśmiechnął się jakby szerzej.

— Jaki zespół? — zainteresowałam się.

— Paramount. Pewnie nie kojarzysz, ale kiedyś na pewno będziesz. A ty tafiłaś do miejsca, w którym nie każdy jest w stanie się odnaleźć. Może być ciężko, ujwierz mi na słowo. Liznąłem trochę tematu, coś o tym wiem.

— Wiem. — odparłam, sama zdziwiona swoim bojowym tonem.- Mam tę świadomość, ale nie po to jechałam taki kawał drogi, żeby teraz zrezygnować.

— W sumie fajnie poznać kogoś nowego. Jestem otwarty, lubię ludzi. Tylko ostrzegam.

Kiwnęłam głową.

Rozmawialiśmy jeszcze dlugo. O rzeczach mniej lub bardziej istotnych. Poczułam nagle ogromne zmęczenie i oparłam głowę o fotel. Kątem oka dostrzegłam leżące przed nami kasety. Led Zeppelin.

— Mogę to włączyć? — spytałam cicho.

— Jasne.

Włączyłam trochę wypadające radio i z głośników popłynęły moje ukochane dźwięki, które sprawiły, że odpłynęłam. Led Zeppelin. Whole lotta love.


I’m gonna give you my love!

I’m gonna give you my love, oooooh!

Wanna whole lotta love.

***

— Van — usłyszałam i poczułam jak ktoś delikatnie mną potrząsa- Jesteśmy na miejscu.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą twarz Jeffa.

— Zasnęłam. Jak to możliwe? Przepraszam. — powiedziałam podnosząc się z fotela.

— Byłaś zmęczona, a teraz chodź. Jesteśmy na miejscu. — powiedział podając mi dłoń.

Miejscówka chłopaków była bardziej kawalerką niż domem i to mikroskopijnych rozmiarów. Położyłam swój plecak na podłodze i zaczęłam rozglądać się dookoła.

— Usiądź. — zaczął Jeff — Reszta powinna zaraz być. Jesteś głodna?

— Nie, raczej zmęczona. — oparłam głowę o fotel, przymykając oczy. Nie dane było mi jednak odpocząć, bo w tym właśnie momencie do domu wparowało pięciu długowłosych mężczyzn. Pierwszy z nich, krępej budowy blondyn stanął jak wryty, gdy tylko mnie dostrzegł. A zaraz za nim czwórka brunetów.

— Yyy… hej? — zaczął zdziwiony i popatrzył pytająco na Jeff’a. Nie wydaje mi się, aby dziewczyna w ich domu była niecodziennym widokiem, więc jego reakcja trochę mnie zaskoczyła.

— To jest Vanessa.- zaczął patrząc to na mnie, to na swoich kumpli — Nie ma gdzie mieszkać i jak na razie będzie u nas. Nie macie nic przeciwko? — zapytał chyba retorycznie.

— Jasne, że nie! — odparł entuzjastycznie blondyn. — Jestem Michael — uśmiechnął się i podał mi dłoń. — A to Ben, Scoot, Blase i David, dla przyjaciół Dove. Ten ostatni to Dylan, przyjaciel zespołu.

— Cześć wam — powiedziałam z uśmiechem podając każdemu z nich dłoń. Cieszyłam się, że przyjęli mnie tak ciepło i robili żadnego problemu z tego, że w ich domu zamieszka jakaś obca dziewczyna.

— Dobra, ludzie, trzeba się napić, choć nazwałbym to raczej opiciem tak świetnej nowiny, jak kobieta w naszym domu.- rzucił Michael przynosząc z kuchni kilka butelek jakichś tanich win — Vanesso … — zwrócił się do mnie — Jak wy się w ogóle poznaliście? — spytał siadając obok mnie. — Uwielbiam takie historie! Ja wiem, że Rollins lubi sobie połazić po knajpach i powyrywać dziewczyny, ale jakoś nie wyglądasz na jedną z nich.

— Zamknij się, Jello. Uratowałem jej przecież życie! — uśmiechnął się.

— Rozumiem. Tutaj to typowe.- urwał i przez chwilę siedział w milczeniu.

— Seattle to bardzo daleko — zwrócił się do mnie Blase popijając w gwinta różowy trunek- Chociaż nie tak daleko jak mój rodzinny Vancouver. Wiesz, przyjechałem tutaj z Scootem, żeby założyć zespół. W dzieciństwie mieliśmy kilka wspólnych, ale to raczej takie gówniarskie granie, wiesz… My marzyliśmy o prawdziwym zespole, więc wyjechaliśmy do Los Angeles. L.A to była nasza wielka szansa. Potem poznaliśmy Michael’a, jak leżał najebany przed wejściem do The Crush, a po jakimś czasie dołaczyli Jeff z Davidem i Benem. I tak wyszło -uśmiechnął się.

— Raz mi się zdarzyło — oburzył się Michael.

— To niesamowite — zaczęłam — Jak długo się znacie?

— Pięć lat — odparł Jeff cały czas się uśmiechając — Odkąd tu przyjechałem. Miałem szczęście. Wtedy byłam jeszcze gówniarzem, mogłem trafić gorzej.

— Ja trafiłem, musząc z nimi mieszkać pod jednym dachem — przerwał Michael.

— To raczej my mamy z nim problem.

Blondyn rzucił pytające spojrzenie.

— No wiesz, bójki, kradzieże, awanturuje się i nie potrafi powstrzymać od chamskich uwag — zaśmiał się Rollins poklepując kumpla po ramieniu. -To bardzo zaczepny osobnik.

— Dajcie spokój.

Uśmiechnęłam się na ten widok. Od razu złapałam z chłopakami wspólny język. Tylko Dylan był jakiś dziwny. Mało mówił i wciąż świdrował mnie wzrokiem. Mimo, że nie byłam z nim sam na sam, to jednak czułam się niesamowicie nieswojo.

— No, dobra -zaczął Jeff podnosząc się z kanapy — masz może ochotę na spacer? — zapytał zwracając się do mnie.

— Kurwa, Rollins — zaprotestował Michael — Teraz?

— Won. — rzucił do kumpla podając mi dłoń. Chwyciłam ją.

— Wiecie co, chętnie bym się przewietrzyła — powiedziałam trochę niezbyt pewnie.


— W porządku, poczekamy — wyszczerzył się Jello i wychylił resztkę wina.

***

— Trochę prowizoryczny ten nasz dom… -zaczął Jeff, gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz. Zaczęliśmy iść wzdłuż St.Monica.

— No coś ty! — zaprotestowałam i poczułam, że przysuwa się nieco bliżej mojego lewego ramienia.- Jest świetny. I naprawdę jestem ci bardzo wdzięczna, że zechciałeś mi pomóc. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby nie ty.

Zerknęłam na niego i dostrzegłam, że kąciki jego ust delikatnie unoszą się ku górze, a twarz promienieje.

— Drobiazg. — odparł- No to teraz musisz powiedzieć mi o sobie trochę więcej.

— Więcej?

— Właściwie wcale się nie znamy.

— Dobrze, więc co chciałbyś wiedzieć? — zapytałam.

— Wszystko!

— Cóż… mam na imię Vanessa.

— To już wiem. — uśmiechnął się.

— Prawie każdej nocy mam koszmary. A to wszystko jest nieodłącznie związane z Thomem i czuję się z tym bardzo źle. Bardzo źle. Z tym, że z jakiegoś powodu nie potrafię uporządkować wszystkich swoich spraw i siebie postawić do pionu, bo całe moje życie kręci się wokół wszystkich wydarzeń z przeszłości. To takie żałosne. To jak jakaś obsesja. Jestem tutaj, bo chcę w końcu spać spokojnie. Nie mogę pogodzić się z tym, że zrezygnowały ze mnie aż dwie osoby, to o dwie za dużo. I czuję się z tym sama. Kiedy mama odeszła tata kazał nam skupić się na nauce, rozumiesz? A potem bez żalu znalazł sobie inna kobietę. Wiem, że powinnam oddzielić to wszystko grubą kreską, tyle, że ja nie jestem typem twardo stąpającym po ziemi. I czuję jak żałośnie to brzmi.

— Cóż, nie jestem najlepszy w pocieszaniu i mydleniu oczu. Nigdy nie wiem co powiedzieć.

— Nie chcę tego.

— Nieodpowiednio na to patrzysz, sama robiąc tym sobie krzywdę.

Popatrzyłam na niego z ukosa, zastanawiając się o co mu tak właściwie chodzi.

— Odejście od kogoś kogo się kocha boli chyba bardziej, niż porzucenie… Nie chcę się rozdrabniać, ale wiem o tym. Gdybym miał wybór: porzucić, albo zostać porzuconym, to nawet bym się nie wahał. W mojej sytuacji najbardziej na świecie chciałbym zostać porzuconym, ale to ja byłem tą osobą, która odeszła. Wiesz jak się z tym czuję? Czuję się jakbym stracił cały swój honor, bo przyrzekałem, że będę zawsze. Zniósłbym ciężar bycia porzuconym, ale wciąż nie mogę uporać się z tym, że ona teraz tęskni i zastanawia się jak to się stało, że poświęciła tyle swojego czasu na takiego sukinsyna. Jestem pewien, że twoja matka cię kochała. Nie wiedząc co nią kierowało nie osądzaj jej, jakkolwiek okrutnie to brzmi. Po prostu jej wybacz. Odejmiesz sobie bólu.


Gdy wróciliśmy do domu nie było nikogo oprócz Dylana, który siedział w pomieszczeniu robiącym za salon i palił papierosa.

— Gdzie reszta? — zapytał Jeff zdejmując kurtkę.

— Wybyli — uśmiechnął się — I pewnie szybko nie wrócą.

— Mniejsza — rzucił chłopak — My lecimy spać. -dodał i posłał mi porozumiewawcze spojrzenie.

Drugi pokój był trochę mniejszy. Miał tylko jedno malutkie okno, a na podłodze leżało kilka piankowych materacy.

— Jest mały problem… — zaczął Rollins — Mamy problem ze spaniem. Materace są tylko cztery. Weźmiesz mój, ja prześpię się na podłodze.

— Nie, nie, nie ma mowy — zaprotestowałam.

— Ależ jest — uśmiechnął się — Kładź się.

Oddałam mu koc.

— Prześpię się na fotelu, zmieszczę się.

Pokręcił głową i zaczął układać się na podłodze, obok swojego materaca.

— Zawsze jesteś taki uparty?

Zaśmiał się.

— To chociaż połóż się obok mnie. Jakoś się pomieścimy. — rzuciłam niespecjalnie zastanawiając się nad tym co właśnie mu zaproponowałam. Popatrzył na mnie niepewnie.

— Nie, weź mój materac. Ja się prześpię tutaj, mam w tym wprawę — puścił do mnie oczko, ale ja nie dałam za wygraną. Złapałam go za koszulkę i przyciągnęłam do siebie.

— Muszę się przebrać. — powiedziałam i zaczęłam szukać swojego plecaka.

— Słusznie. Może po prostu się rozbierz.

— Zapomnij. — odparłam i rzuciłam w niego poduszką.

Już zorientowałam się, że w ich mieszkaniu nie ma łazienki, więc nie mając wyboru odwróciłam się tyłem do Jeffa i ściagnęłam koszulkę.

— Kontynuuj. — rzucił ze śmiechem.

— Teraz możemy spać. — oznajmiłam wkładając koszulkę nocną.

— Jesteś pewna? — zapytał kolejny raz. Kiwnęłam głową i poczułam, że gitarzysta idzie w moje ślady, a zaraz potem nakrywa mnie kocem. Materac był tak mały, że cały czas czułam jego ciało przywarte do mojego. Położyłam się na plecy i spojrzałam na niego.


W pokoju było widno, światło księżyca robiło za latarnię. To zadziwiające jak wiele światła może przepuścić tak mikroskopijnych rozmiarów okienko.

Klatka chłopaka unosiła się gwałtownie w górę i delikatnie opadała. Przyglądałam mu się przez chwilę. Wydawało mi się, że ma otwarte oczy.

— Jeff… -zaczęłam nagle mącąc ciszę. Wiedziałam, że nie śpi.

— Tak?

— Tęsknisz czasem za domem? — zapytałam. Nastała cisza, która mogłabym przysiąc, że ciągnęła się w nieskończoność.

— Czasem… — usłyszałam nagle- Ale wiem, że nigdy tam nie wrócę. Nigdy.

— Dlaczego?

— Bo tutaj jest mi dobrze.

Rozdział trzeci

Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem.


DANTE

Z perspektywy Mike’a

Było grubo po dwunastej, a ja nie miałem najmniejszej ochoty na spotkania z kimkolwiek. Przez kilka godzin włóczyłem się bez celu po Bouldevard, popijając to samo wino i trując się dymem papierosowym. Wszystko mnie denerwowało. Nawet bladożółte światło latarni sprawiały, że krew gotowała się w moich żyłach. W końcu jednak zatrzymałem się przed swoją ulubioną knajpą i mimo potrzeby bycia samemu postanowiłem, że jednak wejdę do środka. I tak nic innego nie miałem do roboty.

La More był zatłoczony jak zwykle. W powietrzu unosiła się potężna mgła z dymu papierosowego, a z głośników leciały przyjemne rytmy Fearless Floydów. Atmosfera była wprost idealna do tego, by chociaż trochę się rozluźnić.

Usiadłem przy stoliku najbardziej oddalonym od wejścia, w miejscu w którym miałem widok na całą ruderę. Mogłem sobie pooglądać na wpół roznegliżowane panienki kręcące tyłkami, delektując się przy tym końcówką mojego wina i słuchając zmieniających się co jakiś czas kawałków ulubionego bandu.

Lubiłem obserwować ludzi i tak było chyba od zawsze. Fakt, że nie byłam jeszcze za bardzo wcięty pozwalał mi na widzenie wszystkiego w realnych barwach.

W zasięgu mojego wzroku znalazło się kilka niezwykle atrakcyjnych lasek i kilka razy więcej naprutych albo zjaranych kolesi. Co jakiś czas wybuchały też jakieś bójki, które w tej części Los Angeles były na porządku dziennym i już dawno przestały kogokolwiek dziwić. Raz na jakiś czas ktoś stłukł szklankę albo rzuconym niedopałkiem podpalił obrus. Norma.

W pewnym momencie drzwi knajpy otworzyły się i do środka weszły cztery dobrze znane mi sylwetki…


Gniliśmy w La More już od dobrych kilku godzin. Oprócz chłopaków chlał też Chriss Moliere, stary kumpel z zespołu Sebastiana. Ja jako jedyny nie byłem zalany w trzy dupy i co nieco kontaktowałem. Byłem się w stanie nawet przedstawić! Nigdy więcej nie wezmę do ust alkoholu, przysięgam.

Miałem zamiar porozmawiać z Harrisonem, jednak w pewnej chwili cała na to ochota wyparowała.

— Niezła jest! — rzucił Buzz i bez skrępowania gapił się na jakąś laskę siedzącą przy barze. Chyba za bardzo jej to nie przeszkadzało, bo sama odwzajemniała spojrzenie.

— Harrison, masz dziewczynę. — powiedziałem stanowczo, ale pokazał mi tylko środkowy palec.

Sebastian był dużym dzieckiem, stale uciekającym przed jakimikolwiek normami społecznymi i uważającym się za lepszego od innych. Najbardziej na świecie nienawidził, jak ktokolwiek zwracał mu uwagę, albo próbował moralizować. Wtedy zamieniał się w furiata, latał, wymachiwał rękami i krzyczał, że jesteśmy popierdoleni i nikt nie ma prawa mówić mu jak ma żyć, bo on sam wie to najlepiej.

— Dobra, kurwa, słuchajcie — zaczął i swoim starym zwyczajem zgasił niedopałek o obrus. Nie umknęło to uwadze przechodzącej obok kelnerce, która rzuciła mu karcące spojrzenie. On tylko się zaśmiał i klepnął ją w tyłek. — Grałem już trochę, w Mechanized Children. I byliśmy zajebiści. Ludzie nas kochali, ale w związku z tym, że odszedłem z zespołu na rzecz naszego zespołu, to chcę abyśmy zrobili w końcu jakiś krok naprzód.

— Kochali? — zdziwił się blondyn z wiecznym zacieszem na twarzy — Podobno cię z niego wyrzucili.

— Kurwa, sam odszedłem. Nie drąż tego tematu.

Popatrzyłem znacząco na Chrisa, który tylko przyglądał się wszystkiemu z lekkim uśmiechem na twarzy.

— Ale masz zakaz wstępu do większości knajp — dodał z uśmiechem Tony, nieświadomy tego, że jego słowa działają na Buzza jak płachta na byka.

— Zamknij się. — ryknął i wychylił zawartość kieliszka.- Także, panowie, wracając, pora ustalić termin prób. Załatwiłem nam salę — dodał uradowany i oparł głowę o ścianę. Wszyscy przyglądali mu się ze zdziwieniem.

— W sumie… — zaczął Grey strzepując na podłogę popiół z papierosa — ma rację. Trzeba ruszyć do przodu.

— Otóż to — wtrącił Sebastian — Chcę żeby o nas usłyszeli! Znajdziemy producenta, nagramy płytę, mówię wam- będzie zajebiście.

Harrison bywał różny, ale profesjonalizmu i zaangażowania jeśli chodzi o muzykę nie można było mu odmówić.

To on zespoił ten zespół i dbał o to, żebyśmy nie byli jak ostatni debile, i nie skończyli jak Furious. Właśnie… kim oni w ogóle są? Nikt o nich nawet nie pamięta.

— Ale czy w ogóle starczy nam na to wszystko czasu? — zapytał Billy drążąc dziurę w bułce, którą przed chwilą konsumował.

— Zespół jest najważniejszy! Starczy jak nie będzisz włóczył się po mieście szukająć okazji do zaćpania. Ludzie ogarnijcie się. Nic tylko chlejecie ja świnie. Tylko ja tu jako jedyny myślę poważnie o naszej karierze. Zespół…

— Tak, jest najważniejszy. Już to słyszeliśmy. — odparł Grey przewracając oczami.

— Wiecie co… Beze mnie byście nieistnieli. To ja jestem głosem Los Angeles.

— Głosem Los Angeles? — blondyn omal nie zakrztusił się jedzeniem. — Stary, ty siebie słyszałeś? Skrzeczysz jak jakaś… kurwa nawet nie wiem kto.

— Jak kobieta.- powiedziałem.

— O, właśnie. Jak kobieta podczas…

— Daruj sobie. — uciął Buzz.

— Dobra, my tu gadu gadu, ale ja mam sprawę. Na mieście. Naprawdę miło było, ale interesy wzywają. — oznajmił Grey — Love, idziesz ze mną?

Brunet szybko wstał od stołu gotowy do wyjścia.

— My lecimy. — rzucił dopijając swoje whiskey.

— Nie zapomnieliście o czymś? — zapytał w wyrzutem Sebastian.

— Hm?

— A ja?!

— Nie obraź się, stary, ale tam gdzie idziemy to już cię raczej nie wpuszczą. — odparł Billy. — A napewno nie po tym co żeś ostatnio tam nawyczyniał.

— Znowu THE CRUSH? Nie macie innych miejsc?

— Sam jesteś sobie winny.

— To wina tych bezmózgich ochroniarzy — obruszył się — Ci pajace nazwali mnie… nie wypowiem tego słowa. Jak mogłem im nie przyłożyć? To sprawa honoru.

Rzuciłem mu wymowne spojrzenie.

— Ale sam chyba przyznasz, że wyglądasz dosyć… nietypowo.

— Jebać to, spadam stąd. — rzucił wściekły i wyszedł, taranując po drodze wszystkich wokół. Za chwilę w jego ślady poszłi Billy i Anthony.

Zostaliśmy sami z Chrisem, który dopalał chyba 8 papierosa.

— Stary. — zaczął idąc w ślady Harrisona i gasząc peta o obrus — Interesy wzywają. — wstał od stołu.

— I sam mam tu tak siedzieć? — zapytałem.

— Coś ty. Nie sam. Tamta małolata z tyłu ci się przegląda. Możliwe, że będzie chciała ci potowarzyszyć- dodał i już go nie było.


Hmm, super. Tylko, że ta małolata poszła właśnie z jakimś wytatuowanym osiłkiem w stronę kibla.

Doszedłem do wniosku, że pierdolę i krzyknąłem do kelnerki, żeby przyniosła mi dwa wina.

Odpaliłem papierosa, oparłem głowę o ścianę i zacząłem obserwować całe La More. Nic innego nie miałem do roboty.

Nie działo się nic nadzwyczajnego. Scenę tym razem okupował jakiś glamrockowy zespolik, bary napruci kolesie i ich laski, a w klubie aż roiło się od dziewczyn w sukienkach ledwie zakrywających im tyłki.

W pewnym momencie dostrzegłem, że do stolika przy oknie przysiadła się jakaś ciemnowłosa dziewczyna. Właściwie to mógłbym powiedzieć, że niemalże wbiegła, tak jakby przed czymś uciekała. Chyba nawet tak było, bo szybko oddychała i wyglądała na zdyszaną. Miała przy sobie tylko mały, skórzany plecak, który teraz zajmował miejsce obok niej.

W sumie to była bardzo ładna, tylko chyba nie w humorze. Odgarnęła włosy z czoła i wcisnęła się w sam róg fotela podkulając kolana. Na nogach miała martensy, albo i glany. Nieważne.

Moja krew, pomyślałem obserwując ją ukradkiem. Nawet chciałem do niej podejść i zagaić, rzucając jeden z moich zawsze sprawdzających się tekstów na podryw, od których dziewczynom miękną kolana, ale w pewnej chwili dosiadła się do mnie jakaś tleniona blondyna z dużym biustem i o brunetce całkiem zapomniałem.

Po jakimś czasie, gdy moja towarzyszka była już nieco wstawiona kątem oka zobaczyłem, że do stolika, który wcześniej obserwowałem dosiadło się dwóch pijanych gówniarzy i ewidentnie zaczęło przestawiać się do dziewczyny.

Nawet chwilę zastanawiałem się czy tego nie olać, takie sytuacje nikogo przecież tutaj nie dziwią, jednak fakt, że jestem mężczyzną mi na to nie pozwolił.

— Wybaczy pani — powiedziałem i zacząłem zmierzać w kierunku stolika naprzeciwko.

— Miles, gdzie ty? — jęknęła łapiąc mnie za rękę.

— Co? Jestem Mike. — odparłem i odwróciłem się na pięcie.

— Chuj. — usłyszałem za placami.

Podszedłem do stolika i oparłem się dłońmi o blat.

— Co się tutaj dzieje? — zapytałem starając się zachować spokój. Nie byłem konfliktową osobą. Zazwyczaj.


— Wypierdalaj. — rzucił jeden i zaczął na moich oczach nachalnie ją obejmować. Z natury byłem opanowaną osobą, jednak w tym momencie miarka się przebrała. Podszedłem do jednego z nich, zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem go w twarz. Bardzo nie chciałem, jednak okoliczności mnie do tego zmusiły. Wiem, że bicie o kilka lat młodszego i ewidentnie słabszego osobnika nie było w porządku, ale obmacywanie bezbronnej laski też nie było w porządku, nie?

— Popierdoleniec — wrzasnął i wybiegł z La More. Trochę się dziwiłem, bo byłem pewien, że zaraz zacznie wymachiwać łapami, i wykrzykiwać w moją stronę wyszukane wulgaryzmy. Jednak stchórzył. Spojrzałem na z lekka przestraszoną dziewczynę.

— W porządku?

— Tak.

— Mogę? — zapytałem wskazując na miejsce obok. Kiwnęła głową.

— Hej, spokojnie. Nie masz się czego obawiać. — zacząłem siląc się na uśmiech. Chciałem ją jakoś pocieszyć, cokolwiek. Położyłem dłoń na jej ramieniu, ale od razu się odsunęła. Chyba pozwoliłem sobie na zbyt wiele, ale nie miałem złych intencji.

— Jestem Mike. Mówią na mnie Tapir.

Patrzyła przenikliwie to na mnie, to na moje włosy i pomyślała pewnie w myślach, że nic dziwnego.

— Vanessa — podała mi dłoń, którą delikatnie uścisnąłem.

— Fajne imię. — rzuciłem — Skąd jesteś? Bo jakoś cię tu wcześniej nie widziałem, a jestem tutaj stałym klientem.

— Wcześniej mieszkałam w Seattle…

— Naprawdę? — przerwałem jej — Seattle? Pomieszkiwałem tam jakiś czas, a pochodzę z San Antonio, w Teksasie.

— Poważnie?

— Tak. Jak to możliwe, że widzę cię po raz pierwszy?

— Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Długo już tu mieszkasz? — zapytała przyglądając mi się z zainteresowaniem.

***

22 czerwiec, 1894

Do Boba Marley’a.


Nie planowałam, że będę do Ciebie kiedykolwiek pisać, ale w knajpie w jakiej teraz jestem jakiś zespół gra Twój ' No women, no cry”. Myślę, że chciałbyś wiedzieć.

Jestem trochę zirytowana bo kolejny raz jakiś napaleniec się do mnie dobierał. Kurwa. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję.


— Cztery lata — odpowiedział dryblas i uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Mieszkam z kumplami z zespołu.

Hmm… brzmi znajomo.

— Co gracie?

— Rock and rolla, mała. — zaśmiał się.- A ty jak długo tu jesteś?

— Właściwie to od dwóch dni. — wypaliłam. Zrobił wielkie oczy i odgarnął włosy z czoła.

— A co cię tu sprowadza? Gdzie mieszkasz?

— Wiesz, to długa historia. Mieszkałam przez… dobę z jakimś zespołem, ale cóż… okoliczności zmusiły mnie do powrotu na ulicę. Przyjechałam tu szukać brata. Wiem, że jest w Loa Angeles. A co do mieszkania, to jak na razie chyba tutaj. — odparłam siląc się na uśmiech.

Zaczął mi się przyglądać, ale wzrok miał nieobecny, tak jakby intensywnie o czym myślał. Po chwili wypalił:

— Skoro już pochodzimy z tego samego miasta, to nie zostawię cię tak. Uratowałem ci życie, więc czuję się za ciebie odpowiedzialny — zaśmiał się — Właściwie to znajdzie się u nas miejsce dla jeszcze jednej osoby. Co ty na to?

Wzięłam głęboki oddech.

— A mam wyjście? Wolę być już chyba gdziekolwiek, byle nie tu.

— Dopilnuję, aby nic ci się tutaj nie stało, a już na pewno nie przy mnie. Słowo.- odparłem.

W końcu się zgodziłam.

Może pomyślisz, że jestem głupia, albo naiwna, ale z jakiegoś powodu Mike wzbudził moje zaufanie.


Pozdrawiam, Vanessa.

***

Gdy weszliśmy do mieszkania, do którego przywiózł mnie Mike, już od progu poczułam intensywny zapach papierosów i haszyszu. Niepewnie weszłam do środka, rozglądając się na boki. Ta chata była naprawdę bardzo mała. W pomieszczeniu, do którego prowadziły drzwi frontowe były trzy osoby. Dwóch długowłosych brunetów i jeden blondyn, z tlenioną czupryną sięgającą ramion i kolczykiem w uchu.

Pierwszy z nich pogrywał sobie na basie, drugi usypywał na stole długą białą kreskę, pomagając sobie przy tym żyletką, a ostatni skupiony był na kółkach, które tworzył wypuszczając z ust dym papierosowy.

— O, Mike. Znowu przyprowadziłeś nam dziwki?

Blondyn od razu poderwał się z miejsca. Uśmiechnął się unosząc charakterystycznie jedną brew.

— Słucham?! — Popatrzyłam pytająco na Mike’a, zastanawiając się czy przyjęcie jego propozycji aby napewno było dobrym pomysłem.

— Zakmnij się, Grey -rzucił karcąc go wzrokiem- To moja nowa znajoma, Vanessa. — oznajmił przysuwając się do mnie. Blondyn zarumienił się, wybąkał jakieś przepraszam i usunął się w bok — Od dzisiaj będzie u nas mieszkać.

Jeden z brunetów zmierzył mnie wzrokiem i zrobił wielkie oczy.

— Słucham?! Chyba się przesłyszałem. Nikt tego ze mną nie konsultował. Nie ma mowy- zaprotestował.

— Wybacz stary, ale już dawno ustaliliśmy, że każdą decyzję podejmujemy demokratycznie i… jakby ci to powiedzieć… zostałeś przegłosowany. — wtrącił Mike.

Chłopak cały aż poczerwieniał na twarzy.

— Nie było żadnego głosowania. Czy wy próbujecie zrobić ze mnie idiotę?

— Okej, kto jest z tym, żeby dziewczyna została?

Las rąk.

— Ja pierdole.

— Nie przejmuj się nim. Nie ma nic do gadania. — rzucił w moją stronę Mike, próbując chyba uśmiechem trochę podnieść mnie na duchu.

— Stary, wyluzuj. Nie gorączkuj się tak. — rzucił blondyn — Jestem Billy — zawołał, podając mi rękę — To Tony — dodał wskazując na bruneta po swojej prawej. — A ta primadonna to Sebastian. Wcale nie przeszkadza mu, że będziesz z nami mieszkała. Po prostu miewa swoje humorki. Hormony buzują… rozumiesz.

Chłopak zgromił do wzrokiem.

— My się naprawdę cieszymy, że zamieszka z nami dziewczyna.- zarechotał.

— Miło mi was poznać — powiedziałam trochę zawstydzona.

— Żeby było jasne — zaczął Sebastian — A mnie wręcz przeciwnie! Kurwa ludzie, nie ma tu miejsca dla kolejnej osoby. Całe mieszkanie zawalacie wy, jeszcze jej nam tutaj brakuje. — wstał i zwrócił się w moją stronę. -No, chyba, że to naprawdę jest dziwka. — rzucił łapiąc mnie za rękę. Mike, stojący obok nawet nie zdążył zareagować, bo gwałtownie wyrwałam swoją dłoń i z całej siły przyłożyłam brunetowi w twarz. Chłopak dotknął swojego policzka i wysyczał przez zaciśnięte zęby — Ty szmato!

Gwałtownie się cofnęłam, zabezpieczając się przed tym, gdyby wpadło mu do głowy wziąć odwet. Przez moment nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam po prostu stamtąd wyjść, ale niestety moja żałosna sytuacja mi na to nie pozwalała. Jadąc z Mike’m ulicami Los Angeles widziałam stojące przy ulicach skąpo ubrane, młode dziewczyny i nie uśmiechało mi się skończyć tak jak one.

Wściekły rzucił mi tylko nienawistne spojrzenie i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami, tak mocno, że o mało nie wyleciały z zawiasów.

Billy i Tony popatrzyli na siebie i tylko ciężko westchnęli.

— Kurczę, strasznie cię za niego przepraszam. -zaczął Mike — Musisz się przyzwyczaić do jego dziwnych zachowań. Albo najprościej, ignoruj.

— Spróbuję. — odpowiedziałam, starając się odwzajemnić uśmiech.

— Dziewczyna w naszym domu… Vanessa dobrze, że jesteś. Bomba. — wyszczerzył się Billy. -To może byśmy to jakoś uczcili? — Chodź, Van, siadaj koło mnie.

— Nie, zapomnij. Nie będziesz jej rozpijał. — zaprotestował Mike. — I tak sam masz z tym wielki problem.

— Mówisz tak, jakbyś ty nie miał.

— No przepraszam bardzo. To nie ja latałem nago po pokoju krzycząc, że nadchodzi apokalipsa.

— Naprawdę, Shepard? Musisz wspominać o tym akurat teraz, kiedy mamy gościa? Van, to nieprawda. Jesteś głodna? Chodź, zostało nam jeszcze trochę pizzy.

***

Do Nancy Spungen.


Kochana Nancy, poznałam kogoś. Jestem taka podekscytowana. Pewnie nawet tak bardzo jak Ty cieszyłaś się, że poznałaś Sida. Gdyby nie on to nie miałabym się gdzie podziać. Znamy się dopiero od kilku godzin, a ja czuję jakby był mi jakoś niezrozumiale bliski. Tym, że pozwolił mi się u siebie przekimać ratuje mi tyłek. Los Angeles jest ogromne i trochę mnie przeraża.

Nigdy nie byłam sama w tak wielkim mieście. Jestem tu dopiero kilka dni, a już doświadczyłam kilku nieprzyjemnych sytuacji. To razi i nie zachęca.

Ale może ktoś lub coś nade mną czuwa, bo w końcu los się do mnie usmiechnął.


— Vanessa, odstąpię ci swoje łóżko. — Wysoki, natapirowany blondyn uśmiechnął się do mnie szeroko — Ja mogę spać na dywanie.

Mam chyba déjà vu


— Nie przeginaj, to nie twoje łóżko- rzucił Tony. -Dobra, ludziska, ja muszę spadać. Będę rano. Dobranoc Van i pamiętaj, nie pozwól mu się dotykać.

— Dzięki za troskę.- odparłam z uśmiechem.

— Wiesz, chyba nawet mogę ci zaproponować herbatę — zaczął uśmiechnięty Mike i wyciągnął z szafki zakurzony czajnik na kabel — Powinniśmy tu jakąś mieć. Billy jest maniakiem herbat. A właściwie jego była dziewczyna Sophie, która za każdym razem, gdy tutaj przychodziła podrzucała nam jakąś. Masz ochotę? — zapytał.

— Tak się składa, że sama jestem maniakiem herbat — wstałam z miejsca i zajęłam się myciem dwóch kubków, które Tapir wygrzebał gdzieś na dnie szafki. Jeden był bez ucha.

— No, to zajebiście. Ja też jestem, ale raczej wódki. — zaśmiał się i zajęty przygotowywaniem herbat nucił coś pod nosem.

— The Police? -zapytałam rozpoznając znajomy zespół.

— Znasz?

— No pewnie! Uwielbiam ich.

Kudłaty usiadł koło mnie stawiając na chwiejącym się stole dwa pseudokubki z gorącym płynem.

— Tak na marginesie… — zaczął — to od początku wiedziałem, że znasz się na muzyce.

Uśmiechnęłam się.

— W końcu nie każdy pakuje manatki i spierdala z domu, aby znaleźć się w samym sercu rock and rolla. I to jeszcze tutaj, na Sunset Strip. Zaimponowałaś mi.- dodał wyciągając z kieszeni odrobinę przemokniętą paczkę Marlboro. -Niech to szlag! — zaklął.

— Spokojnie, mam swoje- podałam mu prawie pełną paczkę.

— Ty palisz?

— Zdarza się.

Mike włożył papierosa do ust. Po chwili całe pomieszczenie wypełniło się siwym dymem przenikającym przez światło księżyca, które wpadało do kuchni przez lekko uchylone okno.

— Zaimponowała mi twoja odwaga — powiedział mocno

zaciągając się papierosem.

Byłam pewna, że zaraz zacznie się krztusić, jednak on nic sobie z tego nie robił. Taka dawka nikotyny chyba nie robiła na nim najmniejszego wrażenia.

— W jakim sensie?

— No wiesz, wybrałaś chyba najbardziej niebezpieczne miejsce na ziemi. — zaśmiał się — Ale spokojnie, ze mną nic ci nie grozi. — dodał szybko.

— Nie wątpię — uśmiechnęłam się.

— Od Los Angeles pierdoli się we łbie, ale lepsze to niż… -urwał. — Nieważne. Zmęczona?

Pokręciłam głową.

— Opowiedz mi trochę o was — wypaliłam- Jak wygląda wasze życie? Dla mnie to jest niesamowicie fascynujące. Ja dorastałam w innym miesjcu, jałowym i pozbawionym klimatu.

Mike odstawił na stół szklankę z gorącym płynem i wyciągnął z kieszeni mały foliowy woreczek z białym proszkiem.

— Między innymi zarabiamy — powiedział poważnym głosem. Mogłam się spodziewać, że nie zarabiają na życie roznosząc ulotki, ale jednak miałam mały łut nadziei, że może jednak nie brudzą sobie rąk na nielegalu.

— Bo widzisz… — zaczął chowając z powrotem dilerkę do kieszeni — tutaj albo sprzedajesz, albo bierzesz. Nie ma kompromisów. Większość ludzi jednak bierze. To dlatego w klubach jest tak wiele tancerek, które wiją się przy rurze. To najlepiej płatna praca, i legalna. Po tym poznaję laski, które dopiero co poznały Los Angeles — po legalnej pracy.

— Mam się bać? — zapytałam siląc się na uśmiech, jednak w głębi duszy byłam trochę zaniepokojona. Ciągnęło mnie do tego i to bardzo, ale jednocześnie powodowało, że zaczynałam czuć się trochę niekomfortowo.

— Chyba nie bardzo. No, chyba, że sama wciągasz. A jak nie i chcesz zarobić to tylko nocne kluby — dodał ze śmiechem, po czym pochylił się w moją stronę. — A tak serio, to bez obaw. Tylko te ze specjalnymi predyspozycjami dostają tę robotę. Ty się raczej nie nadajesz.

— Czegoś mi brakuje?

— Nutki desperacji. I oddechu komornika na karku.

— Czyli jednak tu nie pasuję.

— To nie tak. Tobie się wydaje, że Los Angeles jest takie wyjątkowe i niezwykłe, że tutaj mieszkają tylko ludzie na wzór Osbourne’a- charyzmatyczni i inni niż reszta społeczeństwa, i że L.A to oddzielny metaforyczny kontynent oddzielony od reszty świata niewidzialną ścianą. I że tylko jakaś część ludzi potrafi się przez nią przecisnąć. Jesteś taka jak ja. Ja też tak kiedyś myślałem, a prawda jest taka, że to dziura zabita dechami, strasznie niespokojne i niepewne miasto. Tutaj możesz wyjść na ulicę i dostać kulkę w łeb. Nikt się tutaj z niczym nie pierdoli. Dlatego tak mnóstwo osób stąd wyjeżdża. Nikt nie wytrzymuje tu zbyt długo. W Mieście Aniołów wszyscy są nienormalni. Jedni ćpają, drudzą nałogowo piją, inni sprzedają swoje ciało, a jeszcze inni robią karierę filmową w Hollywood. Ale i tak wszyscy jedziemy na jednym wózku.

— Myślę, że sobie poradzę.

— Jeśli do tej pory cię to nie wystraszyło, to zakładam, że tak. Ale nie masz faceta. Przydałby ci się facet.

Uśmiechnęłam się.

— Ale doskonale wiem co czujesz. Ja byłem nieziemsko podekscytowany, kiedy pierwszy raz tu przyjechałem.

— Tak w ogóle, to mam coś, co mogłoby ci się spodobać — rzuciłam i bez słowa wyjaśnienia wyszłam z pomieszczenia.


Rzuciłam się na podłogę i zaczęłam przeszukiwać swój mały skórzany plecak. Wysypałam całą zawartość na zimną podłogę. Nie zajęła dużo miejsca, bo właściwie niewiele ze sobą miałam. Ot kilka zeszytów, zapalniczkę, miliard pogniecionych bletek i kilka odłamków potłuczonego szkła. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć skąd ono się tutaj wzięło.

I oczywiście moje największe bogactwo.

Trochę porysowane, nie do końca działające, w połamanych pudełkach, ale grunt że moje. Własne. Kupione za pierwsze uczciwie zarobione pieniądze.

Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole rozkładając na nim kilkanaście kaset. Chłopak odłożył szklankę z wodą i popatrzył na mnie zdziwiony.


— No co?

— Skąd to wytrzasnęłaś? — zapytał z podekscytowaniem malującym się na jego twarzy.

— Kupiłam właściwie.

— Kupiłaś — zawołał i podniósł z podłogi czarny magnetofon. — To Billy’ego. — rzucił i wyciągnął jedną kasetę — Mogę?

Pokiwałam głową.

Po chwili w pomieszczeniu rozległ się głos Morrisona. Light my fire. Uśmiechnęłam się mimowolnie.

— Uwielbiam tę piosenkę!

— Ja też! — rzucił i wyciągnął kolejnego fajka

Przymknęłam oczy, żeby nie widzieć jak wpuszcza dym do swoich płuc. Szkoda tylko, że czułam.

— Zmęczona jestem. — oparłam głowę o blat.

— To śpij. — powiedział tak cicho, że ledwo słyszalnie. Potem słyszałam jeszcze jak coś majstruje przy magnetofonie, a muzyka robi się coraz cichsza.

Podniosłam głowę rzucając mu pytające spojrzenie.

— Nie uśniesz jak będzie zbyt głośno. — rzucił i zaciągnął się mocno. Powróciłam do poprzedniej pozycji i czułam, że odpływam.


Dobranoc.

Vanessa.

Rozdział czwarty

Obudziły mnie jakieś dziwne krzyki dobiegające z kuchni. Podniosłam głowę i zorientowałam się, że nie znajduję się tam, gdzie po raz ostatni byłam jeszcze wczoraj.

To co musiało się dziać później jest poza moją świadomością, chociaż nie wypiłam ani kropelki alkoholu.

Wyjrzałam przez okno i położenie słońca zasugerowało mi, że musi być już południe. Nie wierzę, że mogłam spać tak długo. Byłam rannym ptaszkiem i zawsze zrywałam się pierwsza, ale dziś spałam jak zabity jeleń.

Przypuszczam, że to wydarzenia ostatnich dni wyssały ze mnie energię do życia i robienia czegokolwiek.

Podniosłam się z kanapy, narzuciłam na siebie leżącą na podłodze czyjąś bluzę i poszłam na boso do kuchni. Mike i Sebastian darli ze sobą koty i chyba nawet nie zauważyli jak usiadłam przy stole.

— Nie interesuje mnie jak, ale masz to załatwić! -krzyczał Sebastian uderzając co chwilę pięścią w blat szafki.

— Zaraz to rozpierdolisz!

— Gówno mnie to obchodzi.

— Kurwa, chłopie, tobie już do reszty odebrało rozum.

— Nie odebrało. — wydarł się i uderzył dłonią w stół.

— Nie przeszkadzajcie sobie… — rzuciłam i machnęłam ręką potrącając przy tym butelkę, która z hukiem upadła na ziemię. Jeden wielki trzask. W jednej chwili obaj zamilkli i spojrzeli na mnie zdezorientowani.

— Przepraszam…

— Co ona tu jeszcze robi? — zapytał brunet -Tu nie burdel, kochanie. — zwrócił się do mnie z politowaniem.- Poza tym zdejmuj moją bluzę, natychmiast. Nie chcę żeby mi przesiąkła dziwkarskim zapachem.

— Ty bezczelny chamie! — krzyknęłam. Ściągnęłam tą okropną bluzę i cisnęłam nią o podłogę. Teraz stałam przed nimi w samej bieliźnie, bez najmniejszego skrępowania. Sebastian zaczął mierzyć mnie wzrokiem od góry do dołu.

Mike natychmiast podszedł do mnie i nakrył mnie swoją ramoneską.

— Ubierz się.

— Teraz to już jej nie chce. — rzucił Harrison.

— Nie pozwalasz sobie na zbyt wiele? Ona tu będzie i pogódź się z tym. — stanął w mojej obronie blondyn.

— Oboje jesteście siebie warci. — Buzz wystawił mi środkowy palec i wyszedł z domu, tak mocno trzaskając drzwiami, że omal nie wyleciały z zawiasów. Zaskoczył mnie jego tupet, tym bardziej, że nic złego mu nie zrobiłam. Co za niewychowany palant!

— Vanessa… -zaczął Mikey — Przepraszam za niego. — powiedział.

— Nie masz mnie za co przepraszać. On jest dupkiem, nie ty — odparłam starając się go uspokoić, chociaż sama w środku trzęsłam się ze złości.

— Wyspałaś się? — zmienił temat.

— Chyba. Chociaż jak słowo daję zasypiałam tutaj.

— Zasypiałaś. Owszem. Pomyślałem, że może być ci niewygodnie trochę. Nie ma za co.- uśmiechnął się.

— Oh, dziękuję. Swoją drogą, muszę znaleźć sobie pracę. I wynająć w końcu jakiś pokój. Nie mogę wam siedzieć na głowie i chyba im szybciej się stąd wyniosę, tym lepiej. — zaczęłam. -Poza tym nie chcę mieszkać z tym kretynem pod jednym dachem. Wiem, co mówiłeś, pamiętam, tyle, że naprawdę mu przeszkadzam, a on był tu pierwszy, więc… Pomożesz mi?

— Pomogę, pewnie. Hm… a jaką pracę masz na myśli? — spytał uśmiechając się znacząco.

— Raczej nie taką, jaką ty masz na myśli.

— Żartuję przecież, mała. Chyba jestem w stanie ci pomóc. Mam znajomą w La More, zapytam czy kogoś nie szukają.

— Byłabym wdzięczna. — uśmiechnęłam się.

— Chcesz kawy?

— Jasne. W ogóle gdzie wszyscy?

— Właściwie to nie mam pojęcia, sam dopiero wstałem. Włóczą się pewnie po mieście, Tony poszedł handlować, a Billy… kto go tam wie. Może łazi po mieście i wyrywa panienki.

Nagle drzwi frontowe zaskrzypiały.

O wilku mowa.

Do domu wparował wyszczerzony od ucha do ucha Billy z kilkoma pudełkami pizzy i butelką wódki.

— Vanessa, jak ty dziś ładnie wyglądasz! Ktoś jest głodny?

Pytanie retoryczne.

— Billy, w samą porę! — rzuciłam z uśmiechem.

Grey położył na stół żarcie, a sam zabrał się za picie.

— Jakiś ty miły. — zaczął Mike wyjmując z pudełka kawałek ciasta z sosem.

— No co. Pić mi się chcę, poza tym sam na to zarobiłem. — odpowiedział udając urażonego.

— Ciekawe w jaki sposób. Gdzie Tony?

— Ja raczej powinienem zapytać gdzie Sebastian! Wisi mi dwadzieścia dolców. Raz zaprosił mnie na chlanie do knajpy i obiecał, że on stawia, a gdy przyszedł rachunek oznajmił, że nie ma pieniędzy i się zmył. Wyobrażacie to sobie? I zostawił mnie, musiałem zapłacić. Co za…!

— Oh, Billy, to takie przykre. — skwitował Mike, starając się jakimś grzebieniem rozczesać swoje skołtunione, długie kłaki.

— Śmiej się, śmiej. Będziesz się śmiał ostatni. Zobaczymy jak tobie wywali taki numer.

— Mnie nie wywali bo ja go znam na wylot i nigdy nie nabrałbym się na coś takiego.

Billy przekręcił oczami.

— Macie jakieś plany? — zapytał nagle, zabierając się za jedzenie.

— Właściwie to nie wiem. Już południe. — powiedziałam, wskazując na okno.

Obaj popatrzyli na siebie.

— Spokojnie, tutaj się tak wstaje, po południu. Dzień zaczyna się dopiero w nocy.- odnajmił blondyn i zaczął nerwowo przeszukiwać swoje kieszenie.

— Mike, gdzie jest?

— Co?

— No, moja Merry.

— A skąd mam wiedzieć?

Obserwowałam latającego po pokoju Billy’ego z rozbawieniem. Wyglądał tak nieporadnie i jednocześnie zabawnie.

— Ehhh…

Blondyn westchnął siadając z powrotem do stołu.

— To przepadło. Dałem za to całe dziesięć dolarów.

— A czego szukałeś?

— Szukał marihuany. — odparł Mike -Van — zwrócił się do mnie — Jedz szybko i zbieraj się.

Wstał od stołu narzucając na siebie ciężką skórę.

— Gdzie? -spytałam zdezorientowana.

— Chcesz tę pracę czy nie?


Z perspektywy Mike’a


Gdy weszliśmy do La More już od progu uderzył mnie zapach dymu tytoniowego pomieszanego z ostrymi światłami reflektorów, które razem tworzyły wewnątrz coś na wzór gęstej mgły, przez którą wydawało się ciężko przebić.

— Usiądź tutaj i czekaj na mnie, dobrze? -zwróciłem się do Vanessy. Pokiwała głową i usiadła przy stoliku obok okna.

Michelle wyczaiłem od razu. Musiałem stoczyć ze sobą ciężką walkę, aby zdecydować się w końcu do niej podejść. Miała na sobie kieckę tak krótką, że ledwie zakrywała jej tyłek.

— Sie masz. — rzuciłem siadając przy barze.

— Hej.

— Dasz mi wino?

— Tylko po to tu jesteś? -zapytała stawiając przede mną mojego ukochanego sikacza.

— Po to się przychodzi do knajpy i o ile mnie pamięć nie myli ty jesteś tutaj od podawania drinków, a nie zadawania głupich pytań.- dodałem z przekąsem. — A tak szczerze mówiąc to nie. Mam sprawę.

Spojrzała na mnie zdziwiona i odłożyła szklankę, którą przed chwilą czyściła.

— Wal.

— Podobno szukaliście kelnerki? -zacząłem.

— Podobno.

— I podobno nadal szukacie…

— No, podobno tak.

— Michelle, nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Więc jak jest? Macie jakieś wolne miejsce?

— Czemu pytasz? Chcesz zarobić? -zaśmiała się przewracając oczami. — Co jak co, ale taka praca to chyba nie bardzo dla Ciebie?

Upiłem łyk i postawiłem butelkę centralnie przed sobą.

— Powiedzmy.

— Pogadam z szefem. — usłyszałem.

— Dzięki. — rzuciłem i odszedłem zabierając ze sobą wino. Nie przypuszczałem, że załatwię to tak szybko.

Vanessa siedziała przy stoliku opierając podbródek na dłoniach.

— I co? Gadałeś z nią? — ożywiła się, gdy tylko usiadłem.

— Powiedziała, że pogada z szefem.

— Dziękuje ci. Naprawdę. — zaczęła podekscytowana.- Jakaś praca by się przydała. Cóż, może roznoszenie wódki pijanym kolesiom nie jest szczytem moich marzeń, ale każdy od czegoś zaczyna. Dziękuje, Mike.

— Na mnie zawsze możesz liczyć, mała. — uśmiechnąłem się.

Dziewczyna wyjęła mi z ręki butelkę i upiła łyk trunku, po czym znowu się do mnie zwróciła.

— Jestem ci wdzięczna. Sama…

— Nie przeżyłabyś w tej dżungli. -zaśmiałem się. — Tak, tak, wyobrażam to sobie. Vanessa sama w tym dzikim mieście. To byłby niezły ubaw, haha.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 55.9