Autors dāvina katram lasītājam
25% no savas grāmatas

Pirkt grāmatu

Jedynemu za Miłość

Dzieciom za wszystko.

Przyjaciołom za akceptację i wsparcie.

Skurwysynkom za natchnienie.

Tym, na których wrażliwości mogłam budować swoje doświadczenia.


Dziękuję.

***

Podobno jestem niezwykła. Tak mówią o mnie przyjaciele, a bywa, że i zupełnie obcy ludzie. Dostrzegają pod moim uśmiechem, w moich ruchach i spojrzeniu, w pełnej konkretów i nieposkromionej ponoć euforyczności coś, co przykuwa uwagę. Coś… Niezwykłego. Czasami ubierają to w inne słowa. Ty też to dostrzegłeś. Zafascynowałam Cię. A potem przestraszyłeś się, że siłą swojej szczerości naruszę nieskazitelną ułudę Twojego życia. Że spalisz się w tym moim niezwykłym blasku albo okażesz się w nim mdły. Żadna opcja nie wchodziła w Twoją narcystyczną grę. To dlatego zdecydowałeś się mnie zabić…?

1

Pierwsze święta w nowym domu. Tak długo wyczekiwane… I takie w tym roku okropnie niepotrzebne… Zawsze lubiłam kołowrotek rodzinnej Gwiazdki, kiedy przez kilka magicznych dni mieliśmy w domu hotel. Goście zjawiali się już dzień przed Wigilią i zostawali niekiedy do Nowego Roku. W rejwachu rozmów i pisków odbywały się codzienne śniadania, obiady, kolacje, późne kolacje, libacje oraz atrakcje, ładowanie zmywarki, rozpakowywanie zmywarki, ładowanie, rozpakowywanie, nakrywanie do stołu, sprzątanie ze stołu, zmywarka, wymiana obrusów, zastawy, świeczek, znów zmywarka, a w międzyczasie szybkie odkurzanie, lekkie pranie, wietrzenie pokoi i zbieranie niekończących się drobiazgów z podłogi. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie — taka kumulacja była dla mnie miłym bodźcem do działania. Kiedy musiałam się sprężać, wszystko się udawało, prezenty były ślicznie poowijane, potrawy zawsze wychodziły, a śledzie w siedmiu różnych zalewach przegryzały się, popakowane w słoje ozdobione świątecznymi wstążkami i podpisane bilecikami misternie powycinanymi w gwiazdki oraz choinki. W tym roku święta miały być wyjątkowe. Wreszcie w TYM nowym domu, przestronnym na tyle, żeby bez specjalnych logistycznych uciążliwości pomieścić prawie trzydzieści osób. Mąż miał się zająć rybami, bigosem i wielką choinką. Ja — resztą. Listą potraw, zakupów, pakowaniem prezentów, porządkami, szykowaniem stołu, organizacją zajęć dla dzieci, miejsc do spania i dziesiątek gościnnych ręczników. Nie bałam się, że nie dam rady, ja zawsze dawałam radę. Ja nigdy nie potrzebowałam pomocy ani snu. Ja byłam jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Ja byłam… Kurwa, w totalnej rozsypce. W tym roku święta mnie przytłaczały.

Ta przeprowadzka była trochę naszą fanaberią. Nie potrzebowaliśmy nowego domu, wybudowaliśmy już jeden kilka lat wcześniej, ale z czasem warunki dojazdowe stały się upiorne — i dla wygody zdecydowaliśmy się przenieść. Mąż obiecywał mi, że tym razem obędzie się bez pracoholizmu, przerabialiśmy go niejednokrotnie, niestety — znowu totalnie wsiąkł w budowę. Nie interesowało go nic innego. Rozumiałam potrzebę nadzoru, w końcu jestem inżynierem, ale, na litość boską, nie dwadzieścia cztery na dobę… Nie kosztem wszystkiego, co przez tyle lat wypracowaliśmy w naszym małżeństwie… Tym bardziej, że w trakcie budowy zaszłam w trzecią ciążę. Starsze dzieci samodzielne jeszcze nie były, istniejący dom remontowaliśmy przed sprzedażą, z rosnącym brzuchem pisałam, sprzątałam, woziłam, ganiałam po urzędach, architektach, potem po zbrojeniu fundamentów, składach budowlanych, wreszcie dekarzach… Do pierwszej kolki nerkowej nie było źle, przy czwartej zaczęłam się buntować. Kiedy Młody się urodził, lepiej znał swój fotelik samochodowy niż łóżeczko. A mój mąż, w rzadkich chwilach bytności w pobliżu, głuchy był na wszystko, rozmawiał ze mną tylko o tym, które instalacje znowu wymagają poprawki, bo akwarium się nie zmieści… Po przeprowadzce miało być lepiej. Czyli w sierpniu. Mój umysł, z pewnym zapasem bezpieczeństwa, wyuczonym latami kompromisów, deadline ustawił sobie na wrzesień. Po tym terminie, żeby nie wiem co, wyłączał wysokie obroty. Mieliśmy wreszcie odsapnąć i ucieszyć się wspólnie osiągniętym celem. Zacząć rozmawiać. Nie wymieniać uwagi budowlane — roz-ma-wiać! Tak… Tylko że dwa tygodnie po przeprowadzce mój mąż zapadł na sarkoidozę. Bardzo źle ją znosił, a ja jeszcze gorzej znosiłam jego. W obliczu swojej choroby i mojej frustracji nie tylko rozmawiać nie zamierzał, ale w ogóle szczelnie zamknął się w sobie. I pękłam. Po chwilowej euforii, teraz, kiedy dom pustoszał, siadałam i bezmyślnie gapiłam się w ścianę.

Co poszło nie tak…? Przecież miało być pięknie… Machinalnie zamieszałam bitki cielęce. Jeszcze oliwki dorzucić, to na koniec… Piętnaście lat razem. Tyle niespełnionych obietnic. Tyle żali. Tyle wyrzeczeń. Tak mało czułości, tak nieodpowiednio podawanej… Niejedną łzę już wylałam z bezsilności nad chłodem naszej relacji, skądinąd bardzo dojrzałej, ale pierwszy raz w życiu kompletnie nie miałam siły się pozbierać. Nie to, że nie umiałam. Wiedziałam, co powinnam zrobić, wziąć się w garść, ot, co. Tylko zwyczajnie nie miałam na to siły. Zapadłam w pusty i zimny letarg. Zbliżała się połowa grudnia, do Gwiazdki coraz bliżej. Powinnam suszyć pomarańcze na stroiki, pobawić się z Młodym w jakieś ozdoby, bombki, kolędy… Zamiast tego codziennie zdejmowałam z pawlacza w garderobie walizkę i po chwili, zniesmaczona własnym tchórzostwem, chowałam ją z powrotem. Jakie święta… Jakie stroiki… Chciałam uciec na koniec świata… Przyjaciółki tuliły mnie, jedna na żywo, druga przez telefon. „Nie martw się. Okrzepniesz. Jesteś zmęczona”. „Kochana, może wyjedziemy razem, odsapniesz”. „Uśmiechnij się, przyjedź na noc”. „Jesteś cudowna, musisz tylko odpocząć”.

Nieprawda. Nie byłam cudowna. To one były, ja tylko nieustannie płakałam. Nic mnie nie cieszyło, nawet nie chciało mi się sprzątać, przestałam czuć cokolwiek poza smutkiem. Nie kupowałam ubrań. Nie chodziłam do kosmetyczki. Po co, żeby w święta móc pokazać teściowej, że jestem lepszą żoną, niż naprawdę jestem…? W dupie to miałam… Nawet gadać z nią nie będę. Nie chcę tak żyć, uduszę się frustracją, nie chcę… Nastawiłam pod garnkiem czas wyłączenia, opłukałam ręce i cisnęłam ścierką w blat. Kolejny raz sięgnęłam po walizkę. To bez sensu. Nie będę jak moja matka, zrobię to, spakuję się i wyjadę, nie wiem gdzie, nad morze… Chociaż na parę dni, potem się zobaczy. Ciekawe, czy mąż w ogóle zorientuje się, że coś nie tak. Od miesiąca nie był w stanie zauważyć moich tłumionych łez.

Z hukiem rzuciłam walizkę na podłogę w sypialni. Jak na zawołanie, na szafce brzęknął telefon. SMS. Akurat w tym momencie, z głupia frant: „Pozdrowienia z wyjazdu”. I zdjęcie. Fajna fotka, piękny górski pejzaż, Ty na nartach, ściśnięty kaskiem, dzióbek wystający spod gogli… Miło. Lubiłam Cię, zawsze emanowała z Ciebie pozytywna beztroska, znaliśmy się już od paru lat, ale nasze kontakty ograniczały się do sporadycznych pozdrowień z wyjazdów. Chociaż… Raz, latem, faktycznie, wdaliśmy się w dość długą dyskusję, zaczęło się żartobliwie, a przerodziło w mało grzeczny flirt… Już nawet nie pamiętałam, jak do tego doszło. Nic poza tym nas nie łączyło, Ty nie szukałeś mnie, ja nie zaczepiałam Ciebie. Nie mogłam ściągnąć Cię myślami. Skąd przyszedł Ci wtedy do głowy pomysł, żeby do mnie napisać…? Niezwykłe. Mimowolnie poczułam, że kąciki moich ust pierwszy raz od dawna lekko uniosły się w górę. Odpisałam. Mało powiedziane… Rozpisałam się. Nie wylewałam Ci swoich żali, ale w każdym słowie dały się wyczuć emocje, mój ogromny głód czułości, frustrację wywoływaną codziennością, potrzebę namiętności, przez te litery wypłakiwałam Ci całą swoją bezsilność. Pisaliśmy wtedy bez przerwy bite dwie godziny. Poprosiłeś, żebym napisała wieczorem, żebym pisała codziennie. „Piszesz w taki sposób, że aż szkoda, że do tej pory robiłaś to tak rzadko. Nie mogę przestać patrzeć w telefon. Sprawiasz mi tym wielką radość”.

Ten głupi, nic nie znaczący SMS od Ciebie na dobre schował moją walizkę na pawlacz. Nie wiedziałam jeszcze, co się z tego rozwinie… Ale najprościej było chwilowo zostać w domowej stagnacji. Ożywiłam się, codzienne rozmowy, choć pisane, otarły łzy i ogrzały skostniałe serce. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo byłam emocjonalnie zziębnięta. Właściwie nic się między nami nie działo, pisałeś jakieś głupoty, wymienialiśmy drobne żarty, ale dla mnie to było objawienie. Roz-ma-wia-liś-my!!! Mój umysł był zbyt skurczony kilkuletnim czekaniem, żeby się teraz przed tym bronić. Chłonął Cię, sycił się Twoimi słowami, świeżością, zachwytem, a im więcej w niego sączyłeś, tym bardziej tego potrzebował. Pomału schodziliśmy na tematy bardziej intymne, wręcz erotyczne. „Jaką masz piżamę?”. „Sypiam nago”. „Jesteś niesamowita, nawet śpimy tak samo…”. „Lubisz się kochać pod prysznicem?”. „Bardzo, a Ty? W jakiej pozycji?”. „Z racji wzrostu i postury — od tyłu na stojąco”. „Uwielbiam…” i tak dalej. Nareszcie przestałam czuć w środku tę dojmującą pustkę emocjonalnego ugoru. Wreszcie ktoś zamieniał ze mną więcej niż dwa słowa w stylu „Obiad jest?”. Nie zamykał mi drzwi przed nosem, nie chował się w komputer, nie burczał. Mąż nawet nie zauważył, że zaszła we mnie jakaś zmiana. Tak jak wcześniej nie widział duszonych pod powiekami łez, tak teraz nie zauważał iskierek. Pytał tylko, jak idą przygotowania do świąt. Święta… Cóż, chyba rzeczywiście okazałam się lepszą żoną, niż naprawdę jestem, bo potrawy wyszły świetnie, atmosfera była rodzinna, poduszek i ręczników starczyło dla wszystkich, a ja uśmiechałam się od ucha do ucha, tryskałam energią i nawet nie zerkałam w stronę pawlacza. Ba, zadbałam o siebie, poszłam do fryzjera, ładnie się ubrałam… Jedyne, co odbiegało od normy, to że nie wypuszczałam telefonu z dłoni. Uzależniłeś mnie od swojego zainteresowania, sam równie skwapliwie korzystałeś z mojego wygłodzenia.

Trzy dni po Nowym Roku zacząłeś nalegać na spotkanie. Umówiliśmy się mniej więcej w połowie drogi, Ty jechałeś do przyjaciela, a ja akurat w tamtą stronę zawieźć parę rzeczy do babci, los nam sprzyjał, taki łaskawy był… Wysłałam Ci jeszcze swoje zdjęcie, żebyś mógł zawczasu się rozmyślić. „O Boże, jaka urocza, teraz nie będę mógł zasnąć! Już nie mogę się doczekać!”. No teraz to ja już też nie mogłam… Nadszedł wreszcie ten upragniony piątek. Szykowałam się, goliłam, pachniłam, spięta byłam do nieprzytomności, pięć razy biegałam do kibelka, siku, kupka, podmywałam się, za chwilę znowu, nerwy mnie zżerały jak nastolatkę. Pojechałam, z ulgą zostawiając naburmuszonego męża z dziećmi w domu. Zadzwoniłeś już za pierwszym zakrętem.

— No halo, jak tam, dzisiaj się widzimy?

Ale miałeś miły głos… Ciepły, głęboki, miękki… Nie pamiętałam tego…

— No chyba tak. Nie rozmyśliłeś się?

— W życiu! I głos też mi się podoba!

— Przestań. Zadzwonię, jak już będę wolna, umówimy się przy jakiejś konkretnej drodze, dobrze?

— Uważaj na siebie.

— Dzięki, pa.

Trasę do babci pokonałam w rekordowym tempie, do przyjaciółki nawet nie weszłam, chociaż obiecywałam, że się postaram. Od razu ruszyłam z powrotem.

— Jadę już, także depnij tam, bo będę wcześniej.

— Depnąć to ja mogę Ciebie!

— Tak, jasne. Wiesz co, spójrz na mapę, tam od głównej drogi odchodzi taka przy stacji benzynowej…

— Widzę.

— To tam skręcę, zadzwonię i będziemy się łapać.

— Już bym Cię złapał…

Niezwykła była ta Twoja swoboda, odwykłam już, nie wiedziałam, jak z Tobą rozmawiać.

Zadzwonił mąż.

— O której będziesz?

— Nie wiem, wieczorem.

— Wracaj szybko, Młody marudzi.

W zestawieniu z Twoim modulowanym głosem i troską ten oschły komunikat tylko mnie rozdrażnił, nawet się nie pożegnałam, jednym uchem wpuściłam, drugim wypuściłam. Dojechałam do uzgodnionej drogi, było już całkiem ciemno. Skręciłam i zadzwoniłam do Ciebie.

— Jadę już, żebym Cię nie minęła gdzieś.

— Nie bój się, ja też będę patrzył. Wielkiego ruchu nie ma. Te światła, to Ty…?

— Mrugnę długimi.

Mrugnęłam.

— No, a ten przed Tobą to ja!

— To zawracaj!

Minęliśmy się, szczerząc zęby przez boczne szyby. Stanęłam na poboczu, włączyłam awaryjne, wyjęłam kluczyki ze stacyjki i wysiadłam. Zimno było, miałam tylko cienką bluzeczkę, wiatr przewiewał mnie na wskroś, skuliłam się, zaplatając ręce na piersiach. Przez ten czas zdążyłeś zawrócić i ustawiłeś się za mną, podbiegłam do Twojego samochodu. Też wysiadłeś. Przeciągałeś się, wydając jakieś onomatopeiczne dźwięki.

— Oooouuuuaaaaa-aaa-ale chodź tutaj!

Prosto z tego przeciągnięcia z sapnięciem opuściłeś ramiona na moje skulone plecy i przyciągnąłeś mnie do siebie. Byłeś niższy, niż pamiętałam, drobniejszy… Sprężysty przy tym, ładnie zbudowany, zdążyłam zauważyć skrawek ciała, kiedy wyciągałeś ręce w górę. Śmiesznie. Chciałam Cię cmoknąć w usta, a Ty bez pardonu wsadziłeś mi język między wargi. Trochę nieudolnie oddałam pocałunek, jakoś tego nie poczułam. Nie lubię tak od razu. Jezu, kompletnie nie wiedziałam, jak się zachować…

— No dobra, jedźmy gdzieś, przecież tu nie będziemy stali. Tam kawałek wcześniej była mała stacja i parking, chodź, pewnie mają jakąś kawę.

Co Ty z tą kawą…? Ja pijałam po dziesięć espresso dziennie, Ty podobno nie byłeś kawoszem, zdążyliśmy już sobie o tym napisać… Myślałam, że ta kawa to zwykły pretekst. Wsiedliśmy do swoich samochodów, przepuściłam Cię i ruszyłam. Droga nie należała do szerokich, same zakręty, las, a Ty zapiąłeś sto na godzinę i przyśpieszałeś… Spasowałam, zaczekałam, aż zauważysz mój brak w lusterku. Zadzwoniłeś.

— No może byś na mnie zaczekał? Za dużo jeżdżę, żeby jeździć za szybko.

— No już nie mogę się doczekać, to dlatego!

Zwolniłeś. Na szczęście już był parking. Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy trochę na uboczu, pod ścianą starego budynku. Wysiadłeś, wsadziłeś głowę w moje drzwi od strony pasażera.

— To co, idziemy na tę kawę?

Trochę się skrzywiłam, pokręciłam głową.

— Na kawę…? A chcesz bardzo?

Zrozumiałeś bezbłędnie.

— Nie muszę, możemy sobie posiedzieć w samochodzie, pogadać.

— Mam przyjść do Ciebie, czy Ty do mnie…?

— Nie, Ty przyjdziesz do mnie.

Jezu… Jakaż to zadziwiająco miła odmiana… Po tylu latach decydowania o wszystkim za wszystkich mogłam poczuć się malutka, prowadzona za rączkę przez silnego partnera! Nareszcie ktoś mówi mi, co robić, to takie przyjemne! Tak bardzo tego potrzebowałam… Takiej chwili beztroski. Wyszłam, pstryknęłam zamkiem, wsiadłam na Twoje tylne siedzenie, miękko, ciepło, miło. Ty wsiadłeś drugimi drzwiami. Siedziałam sztywno z nogą założoną na nogę, prawie podrygiwałam w rytm pracy pobudzonych neuronów. Sam też nie wyglądałeś zbyt swobodnie, splatałeś ręce na kolanach, kręciłeś głową, trochę nie wiedzieliśmy, jak zacząć.

— Jejku, to niesamowite, że się spotykamy, strasznie się bałem, jak to będzie…

— No… Trochę jest dziwnie…

Zaśmialiśmy się oboje. Lody puściły.

— Ja chcę się przytulić…

Pochyliłeś się i oparłeś na łokciu za moimi nogami. Przysunąłeś głowę i zacząłeś mnie całować. Jezu, to był kosmos… W życiu nikt mnie tak nie całował… Jakbyśmy mieli usta odlane z jednej formy, w tym samym tempie poruszaliśmy językami, przymykaliśmy wargi, o kurwa!!! Odsunęłam się o centymetr.

— I jak mój języczek? Może być? Odpowiada Ci?

— Mhmmm…

Nie mogłam nie spytać, cały wieczór rozmawialiśmy o zaletach swoich języków, cud, że nie przypisaliśmy im kręcenia w supełek ogonków czereśni, jak w „Twin Peaks”… Najwyraźniej mój podobał Ci się bardzo, nie mogłeś się oderwać, zresztą ja też to czułam, moje akumulatory ładowały się, jakby je podpięli pod elektrownię. Całowaliśmy się jak opętani, podbródki, szyje, płatki uszu, powieki, usta, tyle już razy mówiłam, że pasują mi czyjeś pocałunki, ale to był jakiś odlot… Odsuwaliśmy się tylko po to, żeby całować inne części ciała, pieścić się i delikatnie rozbierać, po troszeczku, nie do końca, odsłaniając nowe obszary, rozbudzając niezaspokojoną ciekawość nowości. Przywilej pierwszego zbliżenia. Nowa skóra, nowe smaki, zapachy… Miałam na sobie sztruksowe szorty i rajstopy, sięgnąłeś do paska, rozpiąłeś sprzączkę. Złapałam Twoją dłoń.

— Nie…

— Ale ja chcę.

— Cały dzień jestem w trasie, nie chcę, musiałabym się odświeżyć. Nie.

Nie chciałam, żebyś zniechęcił się nieodpowiednim zapachem, to by było niesmaczne. Poza tym.. Jakoś nie mogłam tak od razu… W takich warunkach… W biegu, na chwilę, zamiast kawy… Nie chciałam bezcześcić fenomenu ogromnego pożądania, które zawładnęło mną pierwszy raz od tak dawna. To głupie, ale wydawało mi się wręcz świętokradztwem bzyknąć się tam, tak po prostu, jak chapnąć kotleta w barze… Chciałam Cię dotykać. Odkrywać. Smakować. To spotkanie miało dla mnie zacznie głębszy wymiar niż tylko szybki seks. Pobudzałeś moje głęboko uśpione obszary umysłu i lędźwi, pożądanie, które rodzi się gdzieś w środku. Mężczyźni odbierają to inaczej, wiedziałam o tym, dla Ciebie to był tylko seks — fascynujący, bo nowy. Odsunąłeś dłonie, zacisnąłeś na chwilę pięści, żeby ochłonąć. Odsapnąłeś i przytuliłeś mnie. Głaskałam Cię opuszkami palców jak antyczny posąg. Byłam zachwycona Twoją gładką skórą, sprężystymi mięśniami.

— Poezja… Ciało poezja…

Przesuwałam palcami po Twoich plecach, aż do pośladków i głębiej, a Ty śmiesznie wygięty, skulony, leżałeś z twarzą gdzieś za oparciem i wzdychałeś. Musiało Ci tego brakować tak samo jak mi. Tak przynajmniej wtedy myślałam. Pieściliśmy się, zachwyceni tym, jak do siebie pasujemy. Wszystko odpowiadało. Kotłowaliśmy się w ubraniach, nawet nie zdjąłeś mi bluzki, wyłuskiwałeś sobie tylko raz jedną pierś, raz drugą. Moje obwisłe piersi… Wstydzę się ich… Usiadłam na Tobie okrakiem, znowu wystawiłeś jedną i cmoktałeś sutka.

— Masz fajne sutki. Lubię takie.

— Od razu sterczą. Gotowe.

— Mhm.

Znowu złapałeś go i wypuściłeś. Delikatnie wsysałeś go do środka, łapałeś nie za sam czubek, tylko głębiej. Otulałeś miękkością warg, językiem i pomału zsuwałeś, a mój sutek sterczał jak antenka.

— Nie lubię swoich piersi, po trójce dzieci…

— Jakie to ma znaczenie? Jesteś dojrzałą kobietą, jakie mają być? Lubię dojrzałe kobiety.

Znowu przyssałeś się do lewej piersi.

— Mąż chciał mnie wysłać na operację. Tak długo o tym mówił, że sama uwierzyłam, że chcę… Już wciskał mi pieniądze, ale jednak nie poszłam.

— Co Ty mówisz, nie wyobrażam sobie tego, namawiał Cię? Bez sensu. Poza tym są super.

Karmiłeś moje wygłodniałe zmysły samymi afrodyzjakami. Znowu zeszłam z Ciebie i złapałam Cię w usta. Kiedy zaczęłam Cię ssać, jęczałeś z rozkoszy. Nie chciałam, żebyś kończył. Nie tak miało być. Podniosłam się.

— Ale nie zostawiaj mnie tak, co Ty robisz, zaraz dojdę, dokończ!

— Nie chcę. Jeśli musisz, dokończ sam.

Wymasowałeś się sam, całując mnie tylko głęboko, nie oderwałeś ust aż do wytrysku. Potem przytuliłeś mnie. Siedzieliśmy spoceni w zaparowanym samochodzie. Byłeś taki rozluźniony. A ja… Zakochana jak nastolatka. Od razu, w jednej chwili.

— Zaczekaj, nie puszczam Cię jeszcze, tylko zmienię koszulkę, dobrze?

Sięgnąłeś do torby z tyłu i wyjąłeś świeży T-shirt. Pachniał proszkiem do prania i żelazkiem. Dobra żona. Zużyty, poplamiony spermą rzuciłeś gdzieś za siedzenia. Wtuliłam twarz w Twoją szyję i przestraszyłam się. Poczułam, że właśnie skończył się mój świat. Że właśnie się zaczął. Że wszystko będzie dobrze. Że nic już nie będzie dobrze. Gapiłam się w czerwonawą poświatę latarni za zamgloną szybą, słuchałam szumu radia i myślałam o tym, że tu pasuję. Że nie chcę, żebyś mnie puszczał. Że dla tej chwili w Twoich ramionach mogłabym zostawić cały swój świat. Nie mogłam Ci tego powiedzieć, nie zrozumiałbyś, ale już wtedy, od razu, moje wysuszone przez lata serce wchłonęło Cię jak magiczna gąbka. Kiedy wreszcie rozstaliśmy się, rozjechaliśmy każde w swoim kierunku, to samo serce kołatało mi w rytmie Twojego. Zadzwoniłam.

— No, halo, co zostawiłaś?

Byłeś… Zadowolony, to chyba najlepsze słowo.

— Nic wielkiego… Poszukaj… Kawałek serduszka.

Roześmiałeś się.

— A, serduszka, to w porządku.

— Odezwiesz się do mnie?

— No oczywiście, jak mógłbym nie. Uważaj na drogę. Napisz jak dojedziesz.

— Dzięki, pa.

W domu wykąpałam się i zakopałam pod kołdrą. Dzieci już spały, mąż jak zwykle rzucił tylko zdawkowe „O, jesteś, wszystko dobrze?” — i został przed telewizorem. A ja zasypiałam z rozpalonymi policzkami i reaktorem jądrowym w piersi. Rano odczytałam kilka wiadomości. „Halo, śpiochu”. „Tęsknię”. „Ja Cię kocham, a Ty śpisz”. „Napisz, jak wstaniesz”. Odpisałam. Oplotłam wokół nadgarstka swój pierwszy sznureczek.

2

Kolejne dni mijały mi jak w transie. Nie miałam bladego pojęcia, co dzieje się w domu, żyłam niejako poza nim, machinalnie sprzątałam, prałam i szykowałam skromne obiady, odprowadzałam Młodego do przedszkola, wyprawiałam starsze do szkoły — żyłam od SMS-a do SMS-a… Było jasne, że pożądanie zostało dopiero rozbudzone. Musieliśmy się spotkać jak najszybciej, żeby się naprawdę kochać, żebym mogła poczuć Cię w sobie… Chciałam tego, pragnęłam jak oszalała, w moim brzuchu grasowały chyba krwiożercze ważki, a nie żadne motyle, czułam, jakby płonęły mi lędźwia — a jednocześnie nie byłam w stanie nawet się dotykać, łechtaczka nie reagowała ani na te motyle skrzydełka w podbrzuszu, ani na moje dłonie. To uczucie, ta potrzeba była znacznie głębiej niż mogłabym sięgnąć palcami, jakby żyła osobnym życiem. Cała składałam się z pulsującego namiętnością wnętrza. Chciałam tylko Ciebie. Już, teraz, nareszcie. Niestety, okazało się to nie takie proste. Myślałam, że po prostu mówisz żonie, że jedziesz — i jedziesz. Nie tłumaczysz jej z kim, po co i na jak długo. Sama tak robiłam, to było naturalne, nie wnikaliśmy z mężem w swoje wyjazdy, oboje dużo podróżowaliśmy służbowo i prywatnie, tym bardziej spodziewałam się tego po Tobie. Tymczasem tłumaczyłeś jej wszystko… A żeby się spotkać, niechby i w połowie drogi — musieliśmy każde przynajmniej dwie godziny jechać. Dwie w jedną, dwie w drugą, dwie razem, to już sześć. I wyjazd bez przykrywki nie wchodził w grę. Nie podejmowałeś żadnej inicjatywy, a ja naiwnie sądziłam, że tak naprawdę boisz się o mnie, o moje możliwości. Może uważałeś mnie za kruchą i bezradną…? Biedaku… Postanowiłam Cię ośmielić. W swojej „zewszystkimsobieradzącej” główce ułożyłam plan wzięcia Cię z zaskoczenia. Żebyś nie miał czasu zastanawiać się nad konsekwencjami. Nie przemknęło mi nawet przez myśl, że możesz odmówić. Zorganizowałam wszystko i rozradowana zadzwoniłam.

— W najbliższą sobotę biorę Młodego i spotykamy się gdzieś w połowie drogi.

— Co? Co Ty wymyśliłaś?

— Męża nie ma, dzieciaków nie ma, jest tylko Młody, wrzucę go w fotelik, zaśnie, przyjadę, to dwie godziny, chcę Cię zobaczyć.

— Jezu, Ty jesteś jeszcze większy hardkorowiec niż ja… Ale ja muszę coś powiedzieć w domu… Ja nie wiem… W sobotę… O Boże… Ale jak to…

Wydłużyła mi się mina. Tego nie przewidziałam.

— Nie chcesz…

— Chcę, oczywiście, że chcę, przecież muszę sprawdzić, czy do mnie pasujesz… Tylko nie wiem, co zrobić… Ja nie wiem, czy mogę…

Widzisz, dla mnie było oczywiste, że możesz. Że jeśli tylko chcesz — to postarasz się i możesz. Coś tam wymyśliłeś, więc chyba miałam rację. Napisałeś tylko „Jesteś niesamowita!”. Na każdym kroku szokowałam Cię swoją zaradnością, skonkretyzowaniem, szybkością reakcji i pomysłowością. I tym, jak codziennie, w każdej kolejnej wiadomości i rozmowie uczyłam się Ciebie. Po kilku dniach wiedziałam o Tobie więcej niż Twoi starzy kumple. Pytałam. Dociekałam. Przede wszystkim słuchałam, chłonęłam wszystko, co do mnie mówiłeś. Znałam Twoje upodobania muzyczne, datę urodzin Twoich, żony, córki, wiedziałam już, że jednak nie lubisz kawy i z tą „kawą” to ściema, pamiętałam nawet imiona Twoich współpracowników, o których opowiadałeś. Nigdy nie robiłam dwa razy tych samych błędów, jeśli okazywało się, że coś Ci nie odpowiada — nie powtarzałam tego. Starałam się za to powtarzać to, co lubiłeś. Pamiętałam zadziwiająco dużo i chciałam więcej. Zostało mi to, nie minęło z upływem czasu. Do samego końca. Pamiętałam wszystko, co miało związek z Tobą, najdrobniejsze szczegóły. Taki fenomen uzależnienia. Tak, już wtedy, po tym poznawczym spotkaniu, czułam, że się od Ciebie uzależniłam. I dobrze mi było z tym.

Umówiliśmy się. Mąż rzeczywiście wyjeżdżał na parę dni, córka jechała na noc do koleżanki, syna też sprzedałam znajomym. O osiemnastej wsadziłam Młodego w fotelik i ruszyliśmy. Jak na złość jęczał, marudził, zamiast spać kręcił się i chciał do domu. Jakby wyczuwał Cię lepiej niż ja. Wreszcie padł, przez sen jeszcze stękając. Trochę się denerwowałam. Bałam się, gdzie się spotkamy, jak to będzie, czy się mną nie rozczarujesz. Jednocześnie byłam tak nabuzowana, że kipiałam entuzjazmem. Mogłam nie jeść, nie pić, tylko myśleć o Tobie. Żaden narkotyk ani izotonik nie podziałałby na mnie wtedy bardziej niż świadomość, że jesteś. Cały mój. Nareszcie. Zadzwoniłeś.

— Jak będziesz jechała obok takiej dużej fabryki, to zwolnij, stoję na parkingu na postojowych.

Zobaczyłam Cię. Skręciłam. Parking był pusty, stanęłam na samym środku, asekuracyjnie daleko i od drogi, i od budynku. Zanim przyszedłeś, zdążyłam rozłożyć siedzenia na płasko. Normalnie bym ich nie rozkładała, usiedlibyśmy, tak jak wtedy u Ciebie, ale teraz musieliśmy zmieścić się obok fotelika ze śpiącym Młodym. Twardo było jak cholera. Zabrałam z domu jakiś gruby koc, żeby chociaż trochę wymościć to prowizoryczne gniazdko miłości, sprawdziłam wcześniej, że naprawdę jest twardo — ale już mi nie pozwoliłeś nic szykować. Wskoczyłeś przez tylne drzwi, objąłeś mnie i wtuliłeś twarz w moją szyję. Nareszcie. Nareszcie. Zapomniałam, co chciałam zrobić, zapomniałam, że Młody jest. Nareszcie. Podałeś mi płytę.

— Nagrałem Ci pierwszych Hurts-ów.

Hurts. Oderwałam się od Ciebie. Miałam ich drugą płytę. Obiecałeś mi pierwszą, rzeczywiście. Rozglądałeś się z uśmiechem.

— Miejsca jak w namiocie.

Nachyliłam się w stronę radia i wsunęłam płytę w kieszeń. Popłynęła muzyka. Wisiałam na oparciu swojego siedzenia, żeby wyregulować głośność, a Ty mrucząc ugniatałeś moje wypięte pośladki. Wreszcie położyłam się, szczęśliwa, wyciągając się cała wzdłuż Ciebie.

— Zobacz, co dla Ciebie założyłam.

Miałam koszulę na zatrzaski i stanik rozpinany z przodu. Rozpięłam guziki, strzeliły, odsłaniając kawałek gładkiego czarnego biustonosza — jednego z trzech, jakie w ogóle miałam w szafie. Patrzyłeś na mnie baranim wzrokiem, jakbyś nigdy nie widział stanika z klamerką z przodu, choć to przecież niemożliwe, nie przy Twojej wydajności. Tyle kobiet przewinęło się przez Twoje łóżko, że musiałeś znać kobiecą bieliznę lepiej niż producenci. Coś nie tak…? Rozpięłam sama, żeby Cię ośmielić. Co jest, do licha, zniesmaczyłam Cię czymś…? Zamarłam na chwilę. Położyłeś lekko dłoń na moim brzuchu, przesunąłeś na pierś. Chłód skóry pobudził sutek, zesztywniał. Spodobało Ci się, chwilę obracałeś go w palcach. Wyłuskałeś mnie wreszcie z koszuli, z ramiączek biustonosza. Pocałowałeś. Potem jednym ruchem odpiąłeś mi pasek i uklęknąłeś nad moimi biodrami, rozpinając rozporek. Ściągnąłeś mi buty, skarpetki i dżinsy, szarpiąc nogawki, roześmiałeś się, że nie chcą Cię dopuścić. Zdjąłeś też ze mnie majtki i westchnąłeś przez nos. Przez chwilę taksowałeś wzrokiem moje zupełnie nagie ciało. Kładąc się obok mnie, musnąłeś palcami moją łechtaczkę. Przez chwilę, ot tak, trzy okrężne ruchy, żeby sprawdzić, czy jestem wystarczająco miękka.

— Nie przestawaj…

Wróciłeś dłonią między moje nogi, ale już bez zaangażowania. Coś było nie tak. Czułam w Tobie jakiś wewnętrzny opór, strach… Tak jakby przeraziło Cię to, że tak szybko chciałam się kochać. Przecież byłam tak mokra, że Twoje palce ślizgały się między wargami, dla mnie to nie był czas na grę wstępną, ona trwała już od kilku dni! Wtedy, w tamtej chwili, chciałam tylko poczuć Cię w sobie. Ten pierwszy raz. Chyba chciałam za mocno. Przestraszyłeś się mojej namiętności. Może tego, że wszystko stało się bez Twojego udziału. Że nie byłam bierna, nie wzdychałam zachwycona Twoim dotykiem, tylko sama przejęłam inicjatywę, zmuszając Cię do wykazania się czymś więcej niż samą obecnością… Nie wiedziałam, co się wtedy stało, zaniepokoiłeś mnie, czy już tego wieczoru pomyślałeś, że jestem za mało zwyczajna i że Cię to osłabia…? Twoje podniecenie opadło, zdenerwowałeś się, posmutniałeś. Odpłynąłeś gdzieś myślami. Dotknęłam dłonią Twojego policzka.

— Co się dzieje?

— Nic. Tylko tak jakoś… Przestraszyłem się, że nie podołam. Że za wysoko postawiłaś mi poprzeczkę.

— O czym Ty mówisz, chodź tutaj, co się stało?

Obróciłam się na bok, przygarnęłam Twoją głowę, przytuliłam Cię. To gra…? Robiłeś to specjalnie…? Czy naprawdę coś było nie w porządku…? Nigdy więcej nie zobaczyłam Twojej słabości. Tylko wtedy. Tylko w tym jednym momencie, kiedy widziałeś, że tak otwarcie i bezwstydnie Ci się oddaję, nie bacząc na nic innego. Że robię to dla siebie, dla Ciebie, z wewnętrznej potrzeby, a nie dla pozorów, opinii czy nowych wrażeń. Musiałeś poczuć moją szczerość, siłę prawdy. Chyba nigdy żadna kobieta tak Cię nie pożądała. Żadna nie oddawała Ci się — co najwyżej dawała. Próbowałam poukładać to sobie w głowie. Byłam przekonana, że to moja wina, że dałam się ponieść impulsywności, że zrobiłam coś nie tak, za szybko i zbyt nachalnie. Że zepsułam nam nasz pierwszy raz. Tuliłam Cię i w bezruchu słuchaliśmy „Stay”. Wreszcie ocknąłeś się.

— Już dobrze. Już jestem, Kochanie.

Kochanie…

— Nie jest Ci zimno?

Leżałeś plecami przy drzwiach, sięgnęłam po koc, podłożyłam z tyłu.

— Nie, jest OK, dobrze.

Znowu patrzyłeś we mnie jakby zażenowany moją troskliwością. Dziwne. Widocznie Cię odblokowała, bo znienacka wpiłeś się we mnie ustami. Gładziłeś dłońmi moje plecy, brzuch, pośladki, chwytałeś głowę, twarz, całowałeś mnie z nienasyconym pożądaniem. Teraz wreszcie czułam, że też tego pragniesz. Że też chcesz wejść we mnie. Kiedy już poruszaliśmy się w sobie, nasze ciała płynęły jak jedno. Pasowaliśmy do siebie. Wyczuwaliśmy swoje ruchy. Układaliśmy się we wspólnym rytmie. Podciągnąłeś mi kolano aż do ucha, wchodziłeś głęboko, zerkając co jakiś czas na to, jak zanurzasz się w mojej szparce. Szamotaliśmy się na twardych siedziskach, stukając kolanami w fotelik ze śpiącym Młodym — i nie czuliśmy nic oprócz obezwładniającej siły namiętności. Obróciłeś mnie na bok. Moje biodra ładnie zaokrągliły się nad talią. Ukląkłeś, wsuwając jedno kolano między moje nogi.

— Lubię tak, na boczku. Wszystko widzę.

Chwyciłeś mnie za udo od wewnętrznej strony i lekko uniosłeś, jednocześnie wchodząc we mnie. Drugą ręką złapałeś pośladek. Później na zmianę ściskałeś go albo łapałeś mnie za kolano i unosiłeś nogę wysoko, zaglądając między uda, patrząc z bliska na ten akt miłości. Każde Twoje pchnięcie odurzało mnie, każde było jak orgazm. Czułam, jakbyś tańczył w mojej pochwie… Klękałeś raz na jednym kolanie, raz na drugim, odchylałeś moją nogę i składałeś ją, a każdy z tych ruchów potęgował moje doznania. Dopiero po dłuższym czasie poczułam, że twardo mi pod lewą kością biodrową. Przekręciłam się na plecy, przerzucając nogę wysoko nad Twoją głową, tyle, na ile pozwolił dach samochodu, ale żeby nie wypuścić Cię z siebie. Udało się. Nie wypadłeś. Cały czas poruszałeś się w miarowym tempie… Przerwałam to. Odwróciłam się tyłem i uklękłam, tym razem ja. Uwielbiam kochać się od tyłu. Ty też, to oczywiste. Z jękiem wszedłeś we mnie, ale po kilku ruchach uciekłeś, żeby nie skończyć.

— Jeszcze nie, za dobrze mi…

Przekręciłam się i bokiem usiadłam. W przykurczu wymuszonym ograniczoną wysokością auta całowaliśmy się, łapczywie szukając dłońmi jeszcze nieodkrytych skrawków ciała. Teraz Ty położyłeś się na plecach. Oparłeś głowę o przednie siedzenie. Chciałam usiąść na Tobie, ale było za nisko, niewygodnie i strasznie twardo. Mogłam tylko półleżeć. Położyliśmy się na boku, przodem do siebie. Na boku było twardo. Zaczęliśmy się śmiać. Młody dwa razy już dostał w głowę nieostrożnym kolanem i stopą, ale nie obudził się. Na chwilę pochyliłam się nad Twoją męskością, żeby Cię possać, pobudzić od nowa, bo przez te wygibasy lekko oklapłeś. Trudno się dziwić, szamotaliśmy się już prawie dwie godziny. Ja miałam wolną całą noc, ale wiedziałam, że Ty zaraz musisz wracać.

— Chodź do mnie od tyłu.

Ukląkłeś za mną. Kiedy we mnie wszedłeś, odwróciłam się:

— Teraz już do końca.

Czekałeś na to. Poruszałeś się coraz szybciej, coraz mocniej, słyszałam Twoje westchnienia, pojękiwanie, jakieś pojedyncze słowa, które stawały się coraz głośniejsze — i wreszcie skończyłeś. Zakochałam się w Twoim orgazmie. W Twoim okrzyku, w ostatnim pchnięciu, w powolnych dwóch ruchach tuż po, w ciężarze opadającego ciała. Sama, choć nie doszłam, czułam się tak, jakbym szczytowała wielokrotnie. Położyłeś się za mną, cały czas w środku. Razem przekręciliśmy się z kolan do leżenia na boku. Tak sprytnie nam to poszło…

— Możemy trenować pływanie synchroniczne.

Zaśmiałeś się. Miałeś lodowate stopy. Przytuliłam do nich swoje. Gładziłeś mnie lekko, od ramienia aż po obolałe biodro.

— Pasujesz mi… To ciało… Jak dla mnie szyte…

Szeptałeś to ni do siebie, ni do mnie.

— Fajny ten Twój instynkt matczyny, czy nie zimno, czy nie twardo…

Pośmialiśmy się chwilę i zaczęliśmy się ubierać. Płyta przekotłowała się już trzy razy. Tak naprawdę niewiele słyszałam. To nic, posłucham wracając do domu, to przecież dwie godziny drogi. Zapaliliśmy lampkę, żeby znaleźć wszystkie części garderoby. Spodnie to nie problem, ale czarne skarpetki na czarnej tapicerce w ciemnym zaparowanym samochodzie… Ty szukałeś, ja w tym czasie podmyłam się mokrą chustką.

— Nawet nie spytałeś, czy jest bezpiecznie.

— No wiesz, jeśli mówisz „do końca”, to chyba nie mam powodów do obaw. Masz spiralkę czy bierzesz tabletki?

— Spiralkę.

— Od kiedy?

— A, więc jednak trochę się boisz! Od półtora roku. Prawie dwa lata.

— To jeszcze mamy chwilę.

Zakładałeś na siebie kolejne ubrania, na końcu wziąłeś wyplutą wcześniej gumę, którą przykleiłeś do książki w oparciu fotela. Ja jeszcze kończyłam się ubierać. Nie śpieszyłam się, tak jakby moje zwolnione ruchy mogły dłużej zatrzymać Cię tu, blisko…

— Zapomniałam Ci powiedzieć, że ładnie pachniesz.

— Musiałem wypryskać się mocno rano, żeby przed wyjściem żonie nie podpaść, po co się perfumuję.

— Będę pachnieć Tobą.

— To dobrze. Napisz, jak dojedziesz, żebym się nie denerwował.

— Dobrze.

Wysiadłeś, zaraz odjechałeś, a ja odpaliłam na maksa dmuchawę, poskładałam siedzenia i z grubsza przetarłam zaparowane szyby. Nic nie było widać. Nie zdążyłam dobrze wyjechać na szosę, kiedy zadzwoniłeś. Gadaliśmy przez ponad godzinę, aż padł mi telefon, a akurat miałam uszkodzoną ładowarkę. W starych cienkoprzewodowych zasilaczach do srajfonów często rwał się kabel. W domu odebrałam kilka krótkich wiadomości. „Tak się cieszę”. „To, że przyjechałaś, tak wiele mówi…”. „Było cudownie”. „Nie wiem, jak teraz wytrzymam”. „Dobranoc”. „Nigdy nie spotkałem takiej kobiety”. „Nie wiem, czy umiem walczyć z tym, co czuję”. „Śpij dobrze”. Frazesy, które na całym świecie powtarzają sobie zakochani. Banały, dla których żyjemy. Położyłam Młodego do łóżka, wykąpałam się i zasnęłam z głową naładowaną jonami jak po uderzeniu pioruna. Rano nagrałeś mi swój głos. „Dzień dobry, Kochanie”. Mąż jeszcze nie wrócił, mogłam napawać się Tobą, słuchałam tego dwadzieścia razy. Oszalałam na Twoim punkcie. Biedna.

3

Świat był piękny. Jechałam do redakcji i uśmiechałam się do siebie, chociaż korek, jak co dzień, ciągnął się w nieskończoność. Mozolnie wrzucałam jedynkę, za chwilę sprzęgło, hamulec, luz, sprzęgło, jedynka i tak co kilkadziesiąt sekund. Czasami przystawało na dłużej. Lubiłam obserwować ludzi stojących w korku. Od razu było widać, kto spędza tu swoje codzienne iks minut w drodze do pracy. Zrezygnowany spokój na twarzy, delikatne kolebanie się w takt muzyki, niektórzy bezmyślnie gapili się nieobecnym wzrokiem gdzieś w dal. Może układali plan dnia, może relaksowali się — ostatnie chwile przed stresującym spotkaniem — a może analizowali w głowie nowe hiszpańskie słówka albo planowali wieczór. Jedni dłubali w nosie, inni bezsensownie wściekali się, podjeżdżali tuż pod zderzak auta przed sobą, jakby w ten sposób mogli rozładować korek. Agresorzy. Pantoflarze. Laleczki. Desperaci. Kochankowie, mężowie i matki. Księża, dentyści, muzycy i aktorzy. Tancereczki i Skurwysynki. Wszyscy kisiliśmy się w zaduchu wspólnych spalin. Stałam dopiero na zakręcie przed mostem, korek oczywiście wlókł się jeszcze wzdłuż ZOO, a często sięgał nawet do Świętokrzyskiego. Machinalnie przerzucałam biegi, wbijając sprzęgło w dechę. Do końca, tak jak każą. Żeby mi na przeglądzie potem jeden z drugim nie wytknął „widać, że baba za kółkiem” — nie, dbałam o mój samochód, przynajmniej tyle, ile mogłam.

Szarość dnia nastrajała nostalgicznie. Zawsze lubiłam taką szarą ponurzastość. Otulała mnie. Dobrze mi się wtedy myślało, pisało, w ciemności, samotności i ciszy. Ty wolałeś słońce. Narzekałeś na zimno, pluchę, zasnute chmurami niebo. Gderałeś, że Cię przygnębia. Marudziłeś, że jesteś zmęczony. Tak naprawdę nie miałeś pojęcia, co to zmęczenie. Nie rozumiałeś, jak absorbujące jest spędzanie tylu godzin za kółkiem, posiadanie trójki dzieci w różnym wieku, w różnych placówkach oświatowych, jak wiele pracy oznacza to w stosunku do Twojej jednej trzylatki. Jak bardzo różni się utrzymanie wielkiego domu od sprzątnięcia Twojego maleńkiego mieszkanka. Zamajaczyło mi ono przed oczami. Uśmiech rozlał się po twarzy i brzuchu. Przestałam zwracać uwagę na szosę, do świateł było jeszcze sto metrów, w obecnym tempie to piętnaście minut. Puściłam wodze wspomnień. Twoja sofa, maciupka kuchnia, jak inny świat, a przecież to było przedwczoraj…

***

Pierwszy raz zaprosiłeś mnie do siebie na noc. Byliśmy ze sobą już dwa miesiące, w tym czasie kilka razy się spotkaliśmy, udało nam się nawet nocować wspólnie w hotelu. Piękny to był wieczór, niezwykły, rano spytałeś, czy to orgazm był, czy kichnęłam… Ale u Ciebie jeszcze nie byłam. Aż do teraz. Żona wyjechała, Małą oddałeś do rodziców i pozwoliłeś mi przyjechać. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary, zorganizowałam alibi i pojechałam. W seksownym topie bez pleców, w obcisłych spodniach, w butach na obcasach. Ociekająca zmysłowością. Strój nie był wybrany dla Ciebie, po prostu oficjalnie szlajałam się z psiapsiółką po klubach, w dresach bym nie poszła — ale w głębi duszy nawet cieszyłam się z tej elegancji. Wyobrażałam sobie, jak będę zsuwać z siebie poszczególne części garderoby. Jak Ty będziesz je ze mnie zdejmował… Po drodze zadzwoniłeś.

— No, halo? Gdzie jesteś?

— Yyymmm, nie wiem, jadę.

— Jak to nie wiesz, nie masz mapy, nie pokazuje Ci?

— Nie używam mapy, trasa jest banalna, po cholerę mi mapa? Żeby mnie namierzać? Zaraz będzie jakaś miejscowość, to Ci powiem.

— Dobra, nieważne, jedź.

Rozłączyłeś się. Rozmarzyłam się o tym, jak to będzie. Pod Twoim domem zadzwoniłam. Jeszcze Cię nie było.

— Już jesteś? Ja jeszcze Małą do rodziców, przecież zajęcia miałem, a w ogóle miałaś być później… No nic, czekaj tam na mnie, tylko nie pokazuj się za bardzo.

— Komu miałabym się pokazywać w tej zimnicy? Poza tym chwaliłeś się, że na wszystkich sąsiadów masz jakiegoś haka i nie boisz się ich.

— Ty nie bądź taka mądra.

Zrobiło mi się przykro. Ja tak na Ciebie czekałam, a Ty… Przestał mi się podobać mój top, zmysłowość zastąpił żałosny grymas rozczarowania. Siedziałam sama w ciemnym, pustym samochodzie, w obcym miejscu, skazana na Twoje plany. Nie miałam na nic wpływu, nie mogłam wrócić do domu, musiałam czekać, zdana na Twoją łaskę. Nie lubię bezsilności. Nadjechałeś, minąłeś mnie, uśmiechając się bez cienia przeprosin. Myślałam, że podejdziesz, pomożesz mi przełamać wstyd, lęk — bałam się Twojego parkingu, Twoich sąsiadów, całej tej sytuacji. Miałam wkroczyć w świat po drugiej stronie szklanej tafli oddzielającej dom od pozadomu. Zadzwoniłeś.

— Wracam z garażu. Zaczekaj jeszcze minutę, wejdę.

— Przyjdziesz po mnie?

— Oszalałaś? Przecież nie wejdziemy razem. Zadzwonię, jak będziesz mogła przyjść. Drzwi na klatce masz otwarte.

Boże, przecież to upokarzające. I dla Ciebie wystroiłam się klubowo, gnałam tyle kilometrów, rzeczywiście, oszalałam… Wreszcie zadzwoniłeś. Drzwi na dole faktycznie były otwarte, blokada nie działała. Weszłam po schodach, jedno piętro, drugie, trzecie, po ciemku, po cichutku, na paluszkach, żeby nie stukać obcasami. Taka byłam ostrożna, szlag by to trafił. Wreszcie z bijącym sercem przekroczyłam próg Twojego domu. Jej domu. Waszego. Wpuściłeś mnie i zaryglowałeś drzwi. Dopiero zdążyłeś rozebrać się z kurtki, krążyłeś wokół mnie, jeszcze szybki prysznic, jeszcze telefon, soczek, pizza, telewizor…. Mimowolnie zerkałam wokół siebie, starając się nie robić tego zbyt nachalnie. Miło było, wnętrze miało ciepłą, wciągającą aurę. Kręciłeś się, pstrykając czajnikiem, pilotem, telefonem, w sumie trudno się dziwić, dla Ciebie to nie był magiczny wieczór, Ty nie spędziłeś czterech godzin za kierownicą, po prostu wróciłeś do domu jak co dzień. Chcąc nie chcąc ja też wbiłam się w konwencję codzienności, odstawiłam torebkę i zsunęłam z siebie mój ukochany czarny skórzany płaszcz. Zrobiłam to powoli, ale bez przesady, ot, tyle, żeby zaakcentować wyłaniające się nagie plecy i ramiona. Chciałam usłyszeć, jak bardzo czekałeś. Miałam nadzieję, że zachłyśniesz się z wrażenia na mój widok. Że pogładzisz moją gładką skórę i powiesz, że jestem piękna. A Ty parsknąłeś śmiechem.

— Masz w planach jakiś występ?

Serce mi zamarło. Miałam wyjść, czy co…? Stałam jak bezradny wyrzut sumienia, wszystko we mnie krzyczało „Weź mnie! Tul mnie, mów, kochaj!” — a Ty nawet nie zdawałeś sobie sprawy z tego, co zrobiłeś.

— Nie podobam Ci się?

— Podobasz. Ale wolę tak… Naturalnie.

— Jestem naturalna. Nigdy nie noszę nic, w których czułabym się źle, sztucznie, nie zauważyłeś? Nawet elegancka jestem naturalna, tak samo, jak w dresach…

Przerwałeś mi.

— To prawda.

— To dlaczego tak mówisz? Dzisiaj spędzam noc w klubach, muszę dobrze wyglądać.

— A ja wolę Cię nagą.

— To mnie rozbierz.

Wyzywająco patrzyłam Ci w oczy. Musiałeś zrobić w głowie szybką analizę wieczoru, trochę na siłę podszedłeś do mnie i zacząłeś całować. Objąłeś mnie, szybkim ruchem rozpiąłeś wszystkie cztery guziczki topu, a potem złapałeś pod pośladki, uniosłeś i w trzech krokach zaniosłeś na kanapę. Tam wyszeptałeś mi do ucha, że idziesz się odświeżyć. I zostawiłeś taką na wpół rozebraną na zimnej skóropodobnej kanapie. To miała być ta wyczekana zmysłowość…? Miałam na sobie piękne majtki. Chciałam pokazać Ci je, zsuwając powoli spodnie z wypiętych pośladków. Chciałam rozbierać się przed Tobą, doprowadzać Cię do szaleństwa, tak, jak to robią na filmach, tak jak zawsze chciałam umieć, tylko nie miałam śmiałości. Z Tobą czułam, że bym miała. Niestety, najwidoczniej nastawiłeś się na ciepły rodzinny wieczór, wyszedłeś z łazienki w samych dresach i stanąłeś przy kuchennym blacie.

— Załapiesz się na mój pyszny soczek. To z tej nowej maszyny, co dziewczyny mi polecały.

— Nie chcę. Mogę skubnąć kawałek ananasa.

Zjadłam dwa, cierpki był, jak większość ananasów w naszych dyskontach.

— Nie chcę więcej, będzie mnie szczypał język.

— Po ananasie?

— No oczywiście. Jak są takie słodkie, pachnące, dojrzałe, to nie szczypie, te twarde są niedobre.

— Ale narzekasz… Kotku, muszę jeszcze zadzwonić.

Kotku, no proszę, co za zmiana tonu, domyśliłam się, że musisz zadzwonić do żony.

— OK, wskoczę pod szybki prysznic.

Weszłam do Twojej mikroskopijnej łazienki. Wszędzie jej kosmetyki, na wieszaku stos piżam, szlafroków, jej, Małej, ręczniki. Ja zawsze miałam swój. W ogóle, wszystko zawsze woziłam swoje. Nawet w torebce miałam najpotrzebniejsze kosmetyki i szczoteczkę, w razie czego. Postawiłam torbę na podłodze pod zlewem. Była malutka, taka na jeden dzień, mieściła się idealnie między szafką a kominem. Nie potrzebowałam prysznica, kąpałam się przed samym wyjściem, w samochodzie się przecież nie zaśmierdłam, ale coś musiałam ze sobą zrobić… Spojrzałam w lustro na swoje półnagie ciało, rozebrałam się do końca. Moje piękne majtki zdjęłam sama i zwyczajnie wrzuciłam do torby. Szkoda. Kiedy stałam pod prysznicem, uchyliłeś drzwi łazienki.

— Jestem.

Myślałam, że zaraz wyjdziesz, że już w ogóle odgrywamy stare zblazowane małżeństwo, niewiele brakowało, a zrugałabym Cię, że śmiesz zaglądać… Ale jednak wsadziłeś głowę do kabiny prysznica, rozsuwając drzwi.

— Ładnie wyglądasz.

Odwróciłam się tyłem, udając dla żartu ostentacyjnie obrażoną, a tak naprawdę wiedząc, że tak wyglądam jeszcze lepiej. Roześmiałeś się.

Skończyłam prysznic, wytarłam się, nakremowałam, narzuciłam sweterek na gołe ciało i wyszłam z łazienki.

— Pizza już jest. Najlepsza w mieście, z kurczakiem.

— Wydłubię.

Ohyda. Nienawidzę pizzy z mięsem, a ta do tego była na strasznie grubym cieście, wzdymało mnie od takich rzeczy. Z drugiej strony głodna byłam, a wieczór dopiero się zaczynał… Zmusiłam się do jednego kawałka.

— Nie lubisz kurczaka?

— Nie mogę, szkodzi mi, zresztą ser też. I warzywa. I grube ciasto. Nawet pitę wydłubuję ze środka, jem same skórki.

— Szkoda dla Ciebie zamawiać.

— Jedz sam. Otworzysz mi wino?

— Ale ja nie mam.

— Domyśliłam się. Mam swoje. Korkociąg też mam, w razie czego.

Jak można nie mieć w domu butelki wina spodziewając się kobiety, która uwielbia wino… Bez mrugnięcia okiem podałam Ci butelkę i korkociąg, kupiłam go kiedyś we Francji, był niezniszczalny, zawsze woziłam go w torebce. Nie potrafiłeś go obsługiwać. To klasyczny korkociąg, wkręca się, opiera wihajstrem o szyjkę butelki i wyciąga jak dźwignią. Nie szło Ci.

— Mam otworzyć sama?

— Nie, wezmę swój.

Miałeś dwuramiennego głupka, no niech tam. Otworzyłeś. Wlałeś mi. Sobie zrobiłeś drinka ze świeżo wyciśniętego ananasowego soczku i wódki. Nie wiem, ile tej wódki wlałeś, raczej niewiele, nie miałeś mocnej głowy. Chwilę jeszcze krzątałeś się przy zlewie, płucząc maszynerię. Oglądałam zdjęcia przyczepione do lodówki. Mała, żona, Ty.

— Ładnie tu macie. I czyściutko. Żona lubi sprzątać?

— Sprzątać lubi, gotować tylko nie umie. I do łóżka się nie nadaje. A ja zawsze mówiłem, że w domu powinna być zupa, dupa i dopiero potem reszta… Eh, szkoda gadać. Wyjeżdżała rano, wczoraj nic, dzisiaj nic, nawet mnie nie dotyka.

— No wiesz, może ona wcale nie pojechała, leży teraz z kimś w łóżku w bloku obok i żali się, że wcale jej nie dotykasz.

Roześmiałeś się. Głupie były te Twoje wstawki o zupie i dupie, miałam kompletnie inne domowe wartości. Brzmiałeś małomiasteczkowo, wręcz prostacko… No, ale nie dla uświadamiania Cię przyjechałam, tylko żebyś przytulił mnie tak, jak tylko Ty potrafiłeś. Niech żona sama dba o swoją pozycję w domu. Pierwsze kilka łyków wina zmiękczyło mnie. Podeszłam i przytuliłam się do Twoich pleców. Nie miałeś koszulki, tylko spodnie, opuszczone nisko na biodra, rozchyliłam sweter i przylgnęłam do Ciebie nagimi piersiami. Skończyłeś płukać ostatnie części, otrzepałeś ręce i przechyliłeś głowę w tył, opierając ją na moim ramieniu. Przez chwilę staliśmy tak, chłonąc swoje zmęczenie, każde z nas pewnie myślało o czymś innym. Wreszcie odwróciłeś głowę w stronę moich ust i pocałowałeś mnie. Po-ca-ło-wa-łeś. Kurwa. Tylko Ty tak potrafiłeś. Mało nie rozlałam całego wina. Tak bardzo do mnie pasowałeś, fascynowało mnie to. Nie odrywając od Ciebie ust odstawiłam kieliszek na blat. W tej samej chwili okręciłeś się, wsuwając ramię na moje plecy. Prawie niosłeś mnie na kanapę. Jak w tańcu. Położyłeś mnie, ukląkłeś na jednym kolanie, rozchyliłeś mój sweter i patrzyłeś na moje nagie ciało. Pochyliłeś się, całując mnie w szyję. Wsunąłeś obie dłonie pod plecy, całymi ramionami przygarniałeś mnie do siebie, Wreszcie opadłeś na mnie, poruszając biodrami. Pod dresami czuć było nabrzmiałego członka.

— Włączę muzyczkę.

Trochę mnie wyrwałeś z innego świata, jaką muzyczkę, w głowie grała mi teraz najpiękniejsza muzyka świata, wracaj!

— Dobrze.

— Właśnie kupiłem, James Arthur.

Głośniki ryknęły.

— Ścisz to, proszę.

— Nie lubisz głośno?

— Nie, drażni mnie to. Sąsiadów pewnie też.

— Przywykli. Niech ryczy, nie będą słyszeli, jak jęczysz.

— Optymista… Dużo takich jęczących tu przyprowadziłeś?

— Tylko Ciebie.

Ściszyłeś troszeczkę, wstałeś, jednym ruchem zdarłeś z siebie dresy i wróciłeś do mnie. Opletliśmy się ramionami i nogami. Pasowałeś do mnie jak moja własna skóra. Gładziłeś moje plecy, masowałeś pośladki, na wpół tańczyliśmy na tej niewygodnej, twardej i przylepiającej się do ciała kanapie. Poruszałeś się we mnie raz wolniej, raz szybciej, głęboko i tylko samym koniuszkiem, doprowadzając mnie do obłędu. Płynnie zmienialiśmy pozycje, nawet o tym nie myśląc, kochaliśmy się w taki naturalny sposób, nasze ciała była tak zgrane, jakbyśmy robili to od lat… Przerywaliśmy co jakiś czas, żeby dolać wina, drinka, płyta automatycznie szła od nowa, już drugi raz. W pewnym momencie, leżąc wtulona w Twoje ramię, z kieliszkiem w garści, wsłuchałam się w nią. Akurat leciało „Certain things”. Głaskałeś mnie po głowie, patrzyłam na Twój profil… „But I’m certain that I’m yours… Certain that I’m yours…”. Dotarło do mnie, że to właśnie się stało. Byłam Twoja. Cała. Kochałam każde Twoje prychnięcie, każdą zmarszczkę za uchem, każdy uśmiech, plamkę na źrenicy i paznokieć. Wylało się to ze mnie.

— Kocham Cię.

— Chodź tu do mnie.

Odstawiłam kieliszek i ufnie oddałam Ci swoje ciało. Po dwóch godzinach tej gimnastyki zmęczony zawisłeś nade mną na wyprostowanych ramionach i wydyszałeś:

— Mogę już skończyć?

Ja jakoś nie mogłam. Byłam taka szczęśliwa, taka spełniona, że nie było mowy o szczytowaniu. Wiedziałam, że Ty tak czy inaczej zaraz opadniesz i zaśniesz, byłeś zmordowany.

— A chcesz?

— No pewnie, że chcę.

Doszedłeś kilkoma mocnymi pchnięciami. Opadłeś na mnie całym ciężarem, a kiedy Twój oddech się uspokoił, wysunąłeś się ze mnie, przełożyłeś ciało na bok, na moją prawą stronę. Ja odwróciłam się pupą do Ciebie. Wtulony we mnie zasnąłeś niemal natychmiast. Po chwili poczułam strużkę spermy. Musiałam iść się umyć. Nie chciałam Cię budzić, odczekałam jeszcze minutę, dwie… Nie, no nie do wytrzymania. Zwariuję, żebym chociaż miała czym to wytrzeć, ale spaliśmy pod kocem… Nie mogłam zostawić na nim smugi Twojego nasienia, Twoja żona chyba nie była niedorozwinięta… Poruszyłam się. Mruknąłeś coś, ale spałeś. Wysunęłam się spod Twojej ręki i trzymając się za krocze na palcach podreptałam do łazienki. Ciemno było choć oko wykol, nie pamiętam, żebyś gasił światło — a może cały czas było wyłączone? Tylko tego nie zauważyłam? Doczłapałam do łazienki, starałam się jak najciszej zamykać drzwi, weszłam do kabiny prysznica. Kiedy odkręciłam wodę, rury zadudniły wzdłuż całego pionu. Podmyłam się, wytarłam, zgasiłam światło i otworzyłam drzwi. Kurwa, teraz to dopiero nic nie widziałam. Chwilę stałam w progu, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Potem krok za krokiem, na palcach, z rozłożonymi w przód i nieco na boki rękami, jak bocian poszłam w stronę łóżka, depcząc jakieś sztuki naszej porozrzucanej odzieży. Na szczęście nie trafiłam na pilota ani sprzączkę od paska. Wsunęłam się w Twoje objęcia i próbowałam zasnąć. Nie mogłam. Za bardzo cieszyłam się Twoją obecnością. Tobie jakoś nie przeszkadzało, spałeś, oddychałeś głęboko, posapując lekko. Leżałam wtulona pupą w Twoje lędźwia i pomału się rozluźniałam.

***

Korek się skończył. Doczołgaliśmy się do Okrzei. Tu już zaczynały się dwa pasy, przerzedziło się. Wspomnienia zajęły mi prawie dwadzieścia minut. Nie potrafiłam ich zatrzymać, rozpędem w głowie pojawił się poranek…

***

Obudziłeś mnie delikatnymi pieszczotami. Kręciłeś palcami w mojej cipce i całowałeś mnie w kark. Miałam lekkiego kaca, bolała mnie głowa. Zaczęłam od dwóch tabletek przeciwbólowych. Żeby je wziąć, musiałam dojść do swojej torebki. Niechętnie wysunęłam się z Twoich objęć. Na szczęście nie było tak ciemno, jak w nocy, chociaż dopiero świtało. Patrzyłeś, jak idę niepewnym krokiem w stronę drzwi, jak schylam się, a potem kucam nad torebką, jak grzebię w niej, wkładam tabletki do buzi i popijam wodą prosto z butelki. Leżałeś podparty na łokciu i obserwowałeś każdy mój ruch. Zniknęłam jeszcze w łazience, siusiu, zęby, ochlapałam cipkę zwilżoną pod kranem ręką. Wyszłam. Znowu na palcach przemieszczałam się z powrotem w Twoją stronę.

— Wiesz, masz taki charakterystyczny chód, poznałbym Cię po nim wszędzie.

— No a jak mam iść, jak nic nie widzę, wszędzie coś leży.

Zaczekałeś aż ułożę się przy Tobie, wkręcę się pupą, a potem położyłeś dłoń na moim karku i uciskałeś go delikatnie, przesuwając rękę w stronę ramienia i z powrotem. Chwilę pozwoliłam się pomasować, a potem zsunęłam się pod koc, obróciłam i zaczęłam Cię ssać. Po minucie bez uprzedzenia uniosłam się i przerzuciłam udo nad Twoją twarzą, niemal siadając na niej, nie wypuszczając Cię z ust. Podniecała mnie świadomość, że widzisz nad sobą całą moją intymność, że możesz powąchać, jak pachnę, patrzysz na moją szparkę i wystarczy, że lekko się uniesiesz… Jakby na zawołanie rozchyliłeś lekko palcami moje wargi i zacząłeś pieścić mnie językiem. Lekko ssałeś, całowałeś, trafiłeś idealnie tam, gdzie trzeba, doszłam szybko, prawie krzycząc. Było mi tak dobrze, że jęczałam z otwartymi ustami nad Twoim sztywnym penisem, ściskając go ręką i nie mając siły włożyć do buzi.

— Daj mi od tyłu.

Wychrypiałeś to, musiała podniecić Cię moja szybka reakcja. Przerzuciłeś mnie przed siebie, zgarnąłeś moje wiotkie od skurczów biodra, wszedłeś mocno i skończyłeś prawie tak szybko, jak ja. Czułam Twoje ruchy jeszcze na fali własnego orgazmu. Odsapnęliśmy chwilę i znowu podreptałam do łazienki, moja higieniczność była nie do zniesienia… Tym razem wykąpałam się cała. Było bardzo wcześnie, spokojny niedzielny poranek w małym mieście. Chciałam wyjść na balkon, nabrać haust powietrza, uwielbiam wiatr. Sięgnęłam do klamki.

— Co Ty robisz, zwariowałaś?!

Przestraszyłam się Twojej reakcji.

— Chcę tylko wyjść na balkon…

— Oszalałaś, przecież tu wszyscy patrzą. Ja jestem na cenzurowanym, nie może Cię nikt zobaczyć.

Odciągnąłeś mnie od okna i szczelnie zasłoniłeś rolety.

— Jezu… Dostanę chociaż kawy…?

— Kawy…? Ja nie pijam kawy, nie wiem czy mamy w ogóle… Nie może być herbata?

— Nie cierpię herbaty, ble, nawet tej z Chin nie piję, którą mąż przywozi. Kawy chcę.

Znalazłeś jakąś resztkę rozpuszczalnej.

— Może być?

— Może.

Wszystko jedno, mogła być i taka, rano potrzebuję zapachu i smaku kawy.

— Zjesz kanapkę czy naleśniczka?

— Naleśniczka.

Przemilczałam, że kanapek też nie jadam, chleb staje mi w gardle… Świeże bułeczki tylko… Odgrzałeś naleśniki. Żona zostawiła specjalnie dla Ciebie. Nie przepadam za zapiekanymi naleśnikami z serem, są suche. Ale jakie to miało znaczenie…? W gardle dławił mnie tylko supeł, że za chwilę muszę wyjeżdżać. Chciałam jeszcze Cię dotknąć, zjeść te pieprzone naleśniki, siedząc na Twoich kolanach, wsunęłam chociaż stopę na Twoje udo. Pogłaskałeś mnie bezwiednie.

— Masz gładką skórę… To od tego żelu pod prysznic?

— Nie, mam bardzo suchą skórę i po każdej kąpieli muszę się kremować, to dlatego.

— Ale ten żel fajny masz.

— No.

— Drogi?

— Drogi. Ale nie dlatego go kupuję. Po prostu jest w małych buteleczkach, wygodny na podróż. W domu używam zwykłego, za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.

— Możesz mi kupić.

— Możesz sam, przez internet też go sprzedają.

— Za drogi.

Zabrałeś rękę. Szkoda. Mam w sobie ogromną potrzebę dotyku. Kontaktu. Mogłabym bezustannie muskać Cię palcami, dłonią, kolanem — żeby czuć, że jesteś. Wreszcie nie wytrzymałam, przesiadłam się na Twoje krzesło, wcisnęłam się okrakiem między Twoje ciało i oparcie. Miałeś na sobie tylko spodnie, rozchyliłam sweterek i wtuliłam się piersiami w Twoje nagie plecy. Głaskałam dłońmi Twój tors, ocierałam się policzkiem o kark. Nie mogłam wstać. Nie mogłam wyjść. Nie chciałam wracać do domu. Rozmawialiśmy o jakichś przyziemnych sprawach, o Twoich rodzicach, o pracy. Wreszcie wstałeś.

— Basta. Dość. Mama tak zawsze mówi, basta.

— Nie chcę.

— Do domu!

Zabrzmiało to ciepło, przyjaźnie, ale sto razy bardziej wolałabym, żebyś błagał mnie o jeszcze chwilę. Zsunęłam sweter i włożyłam biustonosz. Rzadko go noszę, ale miałam naszykowaną białą koszulę, nie mogłam świecić spod niej sutkami. Stanąłeś za mną, podniosłeś koszulę z oparcia krzesła i podałeś mi. Włożyłam ją.

— O, to masz ładne, naprawdę.

— Ładniejsze niż to wczoraj?

Z uznaniem pokiwałeś głową.

— Zdecydowanie. I jak pachniesz, świeżo, ślicznie.

To antyperspirant, nie miałam na sobie perfum. Może nie wiedziałeś. Weszłam do łazienki, wrzuciłam sweter do torby, umyłam zęby i schowałam kosmetyczkę. Podeszłam do drzwi i kucnęłam, żeby zawiązać buty. To były wiązane półbuty na koturnie, moje ulubione.

— Następnym razem, jak ja przyjadę do Ciebie, to może gdzieś pójdziemy potańczyć. Tam u Ciebie nikt mnie nie zna. Tylko, kurwa, nie na takich obcasach!

Ty przyjedziesz do mnie! Aż się zachłysnęłam naiwnym szczęściem. Nie dałam nic po sobie poznać.

— Głupio Ci, że jesteś niższy?

— Nie, nie mam żadnych kompleksów. W sumie, zgrabna jesteś, miło się patrzy na Ciebie, bądź sobie na obcasach.

Nienaruszalne ego. Podałeś mi płaszcz, zarzuciłam torbę na ramię, cmoknęłam Cię w policzek i wyszłam. Schodziłam znowu na palcach, żeby nie stukać. Bez sensu. Wsiadłam do samochodu. Zerknęłam jeszcze w stronę Twojej klatki, licząc na to, że wyjdziesz… Przecież wiedziałam, że nie…

***

Dotarłam do redakcji. Zaparkowałam na miejscu dla gości. Pozwalałam sobie na taki luksus, bo nie byłam etatowym pracownikiem, mogłam podszywać się pod gościa, zresztą rzadko odwiedzałam budynek macierzystej redakcji, pracowałam więcej w domu. Gdyby chociaż w pobliżu dało się znaleźć jakieś wolne miejsce… Ale wszystko było zatkane na amen, nie, bezczelnie pchałam się za szlaban. Szłam po schodach i rozpamiętywałam Twoją reakcję. Zastanawiałam się, dlaczego nie podobał Ci się ten strój. Może skojarzyłam Ci się z wyzywającym stylem — gołe plecy, kusa bluzeczka, mogło Cię to zrazić. Niesłusznie. Nigdy nie byłam wyzywająca. Długie spodnie, buty bez pompy, nawet nie szpilki, brak biżuterii, zwyczajny codzienny makijaż i włosy naturalne… Tylko ta bluzeczka odsłaniająca plecy. Jeden jedyny akcent podkreślający szczupłą sylwetkę. Wyglądałam dobrze. Zajebiście dobrze. Ty po prostu chciałeś mnie codzienną, zwyczajną, taką, którą mógłbyś natychmiast rozebrać do naga i cieszyć się tą nagością. I ja nauczyłam się tego, jak wszystkiego, co mi przekazywałeś, i od tej pory taka właśnie zawsze Ci się oddawałam.

4

Niekończące się tłumy. Zatkane ulice i uliczki. Nie dało się tego bokiem objechać, bo boki też już były zapchane. Spóźniłam się, miałam wyjść wcześniej, ale przeciągnęło nam się kolegium, potem jeszcze ustalenia konspektu, krótkie bo krótkie, ale wessało mi prawie godzinę. Teraz kwitłam w sznurku takich jak ja. Moje miasto. Kocham Warszawę. Daje oddech. Wolność. Wybaczam jej ten ścisk i notoryczny pośpiech — a może nawet właśnie za to ją uwielbiam. Marzyłam o tym, że kiedyś wreszcie pozwolisz mi ją sobie pokazać. Że tak jak ja stopniowo poznawałam zaułki Twojego miasta — tak Ty zachwycisz się atmosferą mojego. Dasz się porwać pędzącej spontaniczności miejsc, w których przed nikim nie trzeba nic udawać. Do tej pory byłeś tylko raz. Nie u mnie — służbowo. Wymknąłeś się do mnie tylko na noc. To było w kwietniu, jeszcze byłam pełna rozkwitającej nadziei, dopiero zasiałam w Tobie ziarenko mojej miłości, podlewałam je i czekałam, czy wzejdzie… Patrzyłam na powódź migających czerwonych świateł stopu i przed oczami stanęła mi ta noc, ten pokój, to, jak cieszyłam się na Twój przyjazd…

***

Miałeś być wieczorem, ale już w południe stałam na recepcji i płaciłam gotówką za nasz dwuosobowy pokój. Był tylko dla palących. To nic. Uchyliłam okno, żeby później, wieczorem, kiedy już przyjedziemy tu razem, nie śmierdziało. Mogłam Cię zgarnąć z Twojego wieczoru integracyjnego dopiero o dwudziestej pierwszej, wcześniej musiałam jeszcze odbębnić różne zajęcia z dzieciakami. W ostatniej chwili zmieniłeś adres, podałeś mi błędny, tylko Ty tak potrafiłeś… Nie mogłam się doczekać, prawie nic nie jadłam, warczałam na dzieci, jakbym w ten sposób mogła przyśpieszyć spotkanie. Wreszcie byłam wolna. Zgarnęłam Cię z uliczki nieopodal hotelu, podjechaliśmy, zaparkowaliśmy i trzymając się za ręce poszliśmy do pokoju. Od razu zapaliłam świeczki zapachowe, bo mimo otwartego okna jednak czuć było zatęchły dym. Byłam przygotowana, jak zawsze. Po drodze kupiłam wino musujące, dwa małe drinki, wodę — nie wiedziałam, na co będziesz miał ochotę. Zawsze chciałam zrobić Ci jakąś przyjemność, pomimo iż nigdy się nie rewanżowałeś, nigdy nawet nie dziękowałeś, było Ci wszystko jedno. Mogłeś pić, mogłeś nie pić… Ale ja lubiłam dopieszczać każdą sytuację. Nawet miałam dla Ciebie czekoladki ułożone w specjalny napis. Wyjęłam je z torby. Ty w tym czasie zdążyłeś już włączyć telewizor. Ochujałeś, czy co…? Jak w domu. Tak jakbyś bał się jakiejkolwiek chwili niezwykłości, innej niż to, do czego przywykłeś. Chyba zauważyłeś moją mimowolną reakcję.

— Przepraszam Cię, ale muszę to obejrzeć, tylko tę jedną rzecz, zaraz wyłączymy, dobrze?

Bez słowa dałam Ci czekoladki, zaśmiałeś się na widok napisu.

— „PUSSY CAT”, no nie, nie wpadłbym na to.

— Lubię gry słów.

— Dobre.

— Daj mi jedną. Którą mogę?

— Którąś z CAT, no przecież nie z „PUSSY”.

Wtedy tak do Ciebie mówiłam — Kocie, Kotku. Kot, wielbiciel cipek… Znowu ani słowa dziękuję, ale mnie zaskoczyłaś, fajne. Tylko zjadłeś dwie czy trzy, powiedziałeś, że dobre i siedziałeś, dalej patrząc w telewizor. Wcześniej proponowałeś wyjście o klubu, miałeś ochotę, ale było już późno, podpierałam się nosem po całym tygodniu, nie chciało mi się.

— Bardzo chcesz wychodzić?

— Nie musimy, jeśli nie chcesz.

— Jestem padnięta, a jest późno, nie chce mi się…

— Co tylko zechcesz.

Program wreszcie się skończył, wyłączyłeś telewizor.

— Idziemy pod prysznic?

— Jeszcze nie.

Dziwne, przecież lubiłeś kąpiele. Położyłam się na łóżku, przymknęłam oczy. Rozebrałeś mnie do naga. Z siebie też zdjąłeś wszystko. Usiadłeś na piętach przy moich stopach, wziąłeś jedną w dłonie. Leżałam ze śmiesznie wygiętą, zgiętą w kolanie nogą, a Ty masowałeś mi stopę. Oglądałeś ją, gładziłeś powolnymi ruchami, wykręcałeś. Nie odzywałeś się. Patrzyłam na Twoją twarz, na te tysiące znajomych wykochanych milimetrów. Mój. Przesunąłeś dłoń wyżej, pogładziłeś mnie po zewnętrznej stronie uda, po biodrze.

— Nie mogłem pozwolić Ci iść pod prysznic.

— Nie rozumiem, dlaczego?

— Nie miałabyś już takiej cudownie gładkiej skóry.

Skąd wiedziałeś, że o tym myślę? O prysznicu i o tym, że ostatnio wyśmiałeś mnie, kiedy mówiłam, że mam gładką skórę? „Gładka, phi!”. A przecież jest jak jedwab.

— Kochanie, nakremowałabym ją znowu.

— Nie miałem pewności.

Gładziłeś mnie. Masowałeś całe nogi. Świeczki migotały, ich płomyki ciepło rozświetlały zimny hotelowy pokój. Jakaś muzyczka pobrzękiwała w tle, chilloucik. Musujący Brut powolutku rozluźniał spięte po całym tygodniu nerwy. Nawet się nie całowaliśmy. Cała byłam Twoim dotykiem. Zabrzęczał mój telefon. Przez chwilę wahałam się, czy sprawdzić, kto napisał.

— Pewnie „Mamo, dobranoc”, zerknę.

Mąż pytał, gdzie leżą jakieś dokumenty. Dobrze, że odebrałam. Denerwowałby się, może dzwonił, po co miałby nam przeszkadzać. Odpisałam szybko. Wróciłam do łóżka. Jak to brzmi — WRÓCIŁAM do łóżka… Do Ciebie… Tak, jakbyś był mój i miałabym do czego wracać… Ale w łóżku byłeś. Pozwalałeś mi wziąć wszystko, nigdy niczego nie odmawiałeś. Beztroski, uśmiechnięty, stanowczy, otwarty i spontaniczny.

— Chodź tu do mnie.

Magiczne słowa. Klucz do mojego serca.

— Już jestem.

— Cieszę się, że jesteś, Kochanie. Dobrze, że jesteś.

W Twoich objęciach, słysząc te słowa, umierałam ze szczęścia. Starałam się nie myśleć o tym, że umieram jako kolejna i pewnie poprzednia. Jakie to miało znaczenie? Ważne, że i ja mogłam umrzeć ze szczęścia w Twoich ramionach. Liczyło się tylko tu i teraz.

— A co u Twojej koleżanki?

Pytałeś o tę, która pierwszy raz w życiu wyjechała na kilka dni bez męża i natychmiast wplątała się w romans… Usiadłam na Tobie okrakiem, oparłam nadgarstki na barkach, splotłam dłonie na Twoim karku.

— On ciągle do niej przyjeżdża. Zasypuje prezentami.

— Żartujesz.

— Nie. Może to kwestia tego, że ona go nie kocha i nie czeka. Może gdybym ja tak mówiła, też byłbyś milszy. Nie kocham…

Pocałunek z lewej strony ust.

— …i nie czekam…

Pocałunek z prawej strony.

— A kochasz…?

To spojrzenie…

— Kocham.

Wyszeptane prosto w Twoje usta. Pocałunek. Trochę dłuższy niż tamte. Przytuliłeś mnie mocniej. Włożyłeś język między moje wargi. Odpłynęłam w jednej chwili.

— Kocham Cię…

Oderwałeś plecy od oparcia łóżka i przekręciłeś mnie, już leżałam pod Tobą. Objąłeś dłonią moją pierś, ścisnąłeś ją, złapałeś ustami wystający spomiędzy palców sutek. Lizałeś go, wsysałeś głęboko, ssałeś, skubałeś wargami i lizałeś znowu. Po minucie drugiego, a po chwili znów tego samego. Moje biodra już tańczyły. Złapałeś swojego członka, kilkakrotnie przesunąłeś dłonią w górę i w dół, żeby nadać mu rytm, szybko pośliniłeś dłoń, żeby zwilżyć główkę, a potem wszedłeś we mnie, rozpychając biodrami moje uda. Leżałeś oparty na wyprostowanych ramionach, zgiąłeś je, żeby dalej pieścić sutki. Twoje lędźwia zataczały posuwisto-okrężne ruchy, dopychałeś je nie naporem całego ciała, tylko mięśniami wytrenowanego brzucha i pośladków. Tors w żaden sposób mnie nie obciążał. Poddawałam Ci się na razie bez inicjatywy, jak nie ja. Taka uległość też była przyjemna. Podniosłeś mnie, podkładając mi rękę pod plecy. Klęczałeś, siedząc na piętach, a ja siedziałam okrakiem na Tobie. Cały czas byłeś w środku. Wreszcie delikatnie wygięłam się w łuk, odchylając ciało do tyłu. Oparłam się piętami o łóżko za Tobą i zaczęłam się kołysać, bujając Cię biodrami.

— Nooo, wracasz do formy!

— Mówiłam, że potrzebuję chwilkę odsapnąć.

Kochaliśmy się długo. Długo, czule, zmysłowo, powolnymi ruchami, pieszcząc każdy skrawek skóry. Raz unosiłeś mnie wyżej, raz pozwalałeś opaść plecami na łóżko. Trzymałeś moje ręce nad głową, nie pozwalając mi się objąć. Podobało mi się to. W pewnym momencie złapałeś mnie w talii i szybkim ruchem pociągnąłeś w dół, zginając jednocześnie kolana — klęczałeś teraz, nadal nie przerywając stosunku. Wziąłeś z szafki napoczętą butelkę Bruta, złapałeś ją mocno za szyjkę, przytknąłeś do ust, wlałeś — a potem nachyliłeś się nade mną i wypuściłeś cały łyk prosto w moje usta. Nikt tak nigdy nie robił. To było dla mnie zupełnie nowe. Musiałam przełykać na dwa razy, nie byłam w stanie pomieścić w buzi ani w gardle całego płynu. Po kilku ruchach powtórzyłeś to. Teraz było łatwiej, wiedziałam już, co robisz i czekałam na chłodną, ogrzaną tylko ciepłem Twojego podniebienia, strużkę alkoholu. Odstawiłeś butelkę. Przetoczyłeś mnie na bok i ułożyłeś za mną. Łyżeczka. Przerzuciłam zgiętą nogę w tył nad Twoim biodrem, żebyś miał do mnie lepszy dostęp.

— Boże, jak ja dawno nie miałem takiego seksu…

W zasadzie nie zmieniając pozycji, zgięłam tylko mocniej nogę, popchnęłam Cię pupą, żebyś się przekręcił i leżałam na Tobie. Z głową odchyloną aż na Twój bark, plecami przesuwałam po Twoim torsie, nasuwając się na sterczący członek. Pośladki rytmicznie rozpłaszczały się na Twoim podbrzuszu. Zgięłam drugą nogę. Teraz półleżałam okrakiem, tyłem do Ciebie, plecy odciążyły Cię, wplatałeś tylko palce w moje włosy i patrzyłeś na krągłość mojej dupki.

— Nie, ja nigdy nie miałem takiego seksu…

Znowu przeturlaliśmy się o ćwierć obrotu. Nadal od tyłu, teraz kochaliśmy się na drugim boku. Uniosłeś się na łokciu, żeby lepiej mnie widzieć, teraz mogłeś trzymać moje biodro i mocno zagłębiać się w mojej cipce. Po kolejnym obrocie leżałeś już nade mną, wsuwając się od tyłu między moje pośladki. Zrobiliśmy prawie cały obrót. Rozłożyłeś mi szeroko uda. Sięgnęłam po poduszkę i podłożyłam ją sobie pod biodra, żeby lepiej Cię czuć. Oparty na wyprostowanych rękach, pomału wsuwałeś się i wysuwałeś, cały czas kręcąc przy tym biodrami. Czułam Cię z każdej strony pochwy, wręcz łańcuchowy orgazm. Czułam, że jest Ci coraz lepiej, nie chciałam, żebyś kończył. Wysunęłam się spod Ciebiei przyszłam na górę. Najpierw usiadłam, umościłam się na Tobie, potem oparłam piersiami o klatkę i wyprostowałam nogi. Poruszałam się bardzo delikatnie. Twój penis bardziej drażnił łechtaczkę niż pochwę. Stopniowo opadał. Ta pozycja nie dawała Ci żadnego pola manewru, do tego niewiele widziałeś, podniecenie mijało. Przestałam się ruszać. Przytuliłam się do Ciebie. Odpoczywaliśmy. Żadne z nas nie skończyło, a czuliśmy się, jakby było po wszystkim. Sięgnęliśmy po butelkę. Piliśmy z gwinta, na zmianę, zagryzając czekoladkami. Opowiadałeś mi o pracy, o znajomych, o domu. Leżałam oparta o Twój bark i z błogim uśmiechem słuchałam. Sama też coś Ci opowiadałam, drobnostki. Usiadłam.

— To może chodźmy pod prysznic?

— No właśnie miałem to zaproponować. Chodź.

— Ciemno, ale nie zapalaj światła.

— Zostawię otwarte drzwi. O, akurat. Dobrze jest.

Pod prysznicem obmyliśmy się szybko, a potem od razu ukucnęłam i wsunęłam go do ust. Całego, jak najgłębiej. Ssałam go i lizałam, zmieniając tylko ułożenie języka. Wiedziałam, że lubisz mocne ssanie i ucisk w dolnej części. Szorstki dotyk języka. Zaciskanie dłoni. A najbardziej, kiedy wciągam Cię aż do gardła po języku i podniebieniu.

— To jest jakiś kosmos… Tak mi dobrze, jak w cipce… Masz niezwykłe usta…

Nogi pomału mi drętwiały. Przekładałam ciężar ciała raz na lewą, raz na prawą, wypinając delikatnie pupę, żebyś mógł na nią popatrzeć. I pieściłam Cię, jakby to było nasze ostatnie spotkanie. Robiłam to zdecydowanie, trzymając się Twoich pośladków, palcem co jakiś czas uciskałam odbyt, choć nie odważyłam się wsunąć w niego, a Ty patrzyłeś na mnie z góry i coraz głośniej wzdychałeś. W końcu wyjęczałeś, że zaraz Cię doprowadzę. Chciałam tego, bardzo. Ścisnęłam Cię dłonią i przyśpieszyłam ruchy. Drugą od zewnątrz ucisnęłam prostatę. Wytrysnąłeś prosto w moje usta. Zsuwając z Ciebie wargi, wyplułam spermę pod strumieniem prysznica. Nawet tego nie zauważyłeś, zresztą nie miało to większego znaczenia. Posmak nie był zły, ale jeszcze się bałam. Sperma męża wywoływała u mnie zawsze odruch wymiotny. Pocałowałeś mnie. Jeszcze dyszałeś. Objąłeś mnie, odgarniając z twarzy mokre włosy.

— Uwielbiam Cię… Trochę się bałem, że to niedobry moment…

— Na co?

— Na to łykanie. Po czekoladce, słodkiej…

Wiedziałeś, że nienawidzę smaku spermy.

— Wyplułam… Pod prysznicem mogłam bez brudzenia.

Roześmiałeś się w głos. Dawno nie słyszałam, żebyś się tak śmiał.

— Wyplułaś? Wariatka! Chodź tu do mnie…

Zgodnie z obietnicą nakremowałam się. Położyliśmy się w łóżku tyłem do siebie. Wino szumiało mi w głowie. Bezwiednie wypięłam pupę w Twoją stronę, Ty równie nieświadomie pogmerałeś palcami w poszukiwaniu mojego pośladka i delikatnie go złapałeś. Potem, dopóki nie zasnąłeś, co jakiś czas poruszałeś palcami, sprawdzając, czy jestem. W nocy chciało mi się pić, niechcący narobiłam rabanu, przewracając butelkę z wodą. Nad ranem poszłam do łazienki, wysiusiałam się, podmyłam i przepłukałam zęby. Miałam chęć Cię obudzić, ale mruknąłeś, że jeszcze nie wstajesz. Czekałam więc, kręcąc się z boku na bok. Wreszcie przysunąłeś się do mnie. Mruczałeś coś pod nosem.

— Chrapałaś w nocy. I kręciłaś się, jak dziecko, pić, siku, hałasowałaś…

Nie odpowiadając zsunęłam się niżej pod kołdrę i zaczęłam Cię pieścić.

— Szkoda, że nie wcześniej.

— Nie śpię już od godziny. Nie chciałeś się obudzić.

— No to trzeba było mnie TAK budzić! O Boże, nie śpi od godziny, tyle czasu…

— Mówiłeś, że jeszcze nie.

— No jeszcze nie wszedłbym w Ciebie, ale to… Nie przestawaj.

— Ale…

— Ale nie przestawaj.

Upchnąłeś mi głowę z powrotem pod kołdrą. Delikatnie, ale stanowczo, tak, żebym nie miała wątpliwości, o czym w tej chwili marzysz. Przez jakiś czas tak sobie razem leżeliśmy, Ty zaspany na poduszce, ja z głową metr niżej, z ustami pełnymi Ciebie. Nawet się intensywnie nie poruszałam, leniwie bawiłam się nim.

— Chodź tutaj. Daj mi ją.

Przekręciłeś mnie i ułożyłeś się nade mną, klęcząc po obu stronach mojej głowy. Mogłam nadal Cię ssać. Sam zanurzyłeś twarz między moimi rozchylonymi udami. Jak zwykle bardziej skupiałam się na sobie niż na Tobie. Już po chwili zaczęłam jęczeć, całe moje ciało wiło się pod Tobą. Nie przestawałeś mnie pieścić. Ja się kręciłam, wyginałam biodra, a Ty z niezmiennym naciskiem języka, w tym samym rytmie, powoli doprowadzałeś mnie do skurczów orgazmu. Wyczułeś je od razu, odczekałeś chwilę z ustami przytkniętymi do łechtaczki, ale już jej nie dotykałeś, żeby nie bolało, wysunąłeś też z pochwy palce, które widocznie w odpowiednim momencie musiałeś tam włożyć. Nawet tego nie zauważyłam. Jeszcze długą chwilę jęczałam, zaciskając dłoń na Twoim członku. Fallusie, jak go pieszczotliwie nazywałeś. Szybko wstałeś, pociągając mnie za sobą, stanąłeś przy łóżku i wszedłeś od tyłu. Skończyłeś w kilkunastu szybkich ruchach. Potem położyłeś się, wtulony w moje plecy, nie wychodząc ze środka. Jeszcze delikatnie poruszałeś się we mnie. Dopiero po chwili zastygłeś i leciutko wysunąłeś z pochwy. Leżeliśmy zdyszani w skotłowanej pościeli, witając nowy dzień.

— Mamy tu śniadanie?

— Oczywiście.

— To chodźmy. Muszę być o dziesiątej na miejscu.

Prysznic, toaleta, ubranie, to moje, to Twoje, to zostaje, to zabieram, dziękuję, proszę. Śniadanie.

W restauracji był tłum. Jedzenie marne. Do kawy nie udało mi się dopchać. Wspominaliśmy ten pierwszy hotel, tam było miło. Tam zdążyłeś opowiedzieć mi o swoim dziadku z AK, o śmiesznym wykładowcy ze studiów, o przyjacielu — jebace z akademika. Kolejny raz dziwiłeś się, że nie pijam herbaty. Tutaj nie było warunków do rozmowy, ludzie przepychali się, było raczej jak w barze szybkiej obsługi. Szybko uciekliśmy z powrotem do pokoju. Jeszcze zęby, płaszcz, torba — gotowe. Koniec pieszczot. Koniec nas. Musiałam Cię oddać. Odwiozłam Cię na spotkanie. Jakaś grupka stała przed drzwiami wejściowymi.

— Wysadź mnie tu, nie podjeżdżaj. Nie będę Cię całował, dobrze?

— Dobrze.

— Pa.

— Pa.

Do domu miałam piętnaście minut. Kiedy weszłam, pies o mało nie oszalał. Wąchał mnie od stóp do głów. Nowe zapachy. Moje podniecenie. Moja dzika namiętność. Psy są mądre. Mąż przyrządzał risotto z owocami morza. Ostatnio pasjami lubił krewetki, ośmiorniczki, kalmary, kupował tego w Makro pełne wory. Krzyknęłam od progu „Hej”, Młody zbiegł na dół, rzucił się na mnie, starsi zeszli, opowiadając coś o wczorajszym wieczorze. Taty w tych opowieściach nie było, robiły coś same, jak zwykle… Weszłam do kuchni, cmoknęłam męża w policzek. Ostatnio rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Spytał tylko, jak było, sądził, że razem z przyjaciółką spędziłam wieczór w kinie, a potem nocowałam u niej. W południe wzięłam Młodego na zakupy i podjechałam na chwilę pod Twój ośrodek. Poprosiłam, żebyś wyskoczył na buziaka. Młody spał. Wsiadłeś, zamieniliśmy parę słów. Przywitałeś się z psem, on oczywiście też był, stęskniony, nie pozwolił mi jechać samej.

— Tak, teraz już będziesz znał ten zapach, to jest dobry zapach.

Wieczorem umówiliśmy się w Arkadii, mieliście tam pójść. Wzięłam Młodego, znowu, pod pretekstem wyrwania go z domu wyrwałam się sama. Siedziałam z nim przy placu zabaw. Odłączyłeś się na chwilę od grupy, podszedłeś, usiadłeś ze mną. Nawet mnie nie dotykałeś.

— Jak w domu?

— W porządku.

— Wszystko dobrze?

— Tak, tak.

— To dlaczego jesteś taka przygaszona?

— Bo smutno mi bez Ciebie.

Opuściłeś wzrok. Natrafiłeś na moją rękę.

— Obejrzałem stopy, a nawet nie zerknąłem na dłonie.

— To popatrz. Mam bardzo drobne palce, zobacz.

Zsunęłam obrączkę, nasadziłam Ci ją na czubek małego palca.

— Zabierz ją.

Przecież to tylko pierścionek, dlaczego tak ostro zareagowałeś? Na Twojej dłoni błyszczał taki sam, tylko większy.

— Muszę iść. Było naprawdę fajnie.

Nie chciałam oglądać się za Tobą. Gapiłam się na Młodego. Po kwadransie zadzwoniłeś.

— Dlaczego nie odbierasz?!

— Miałam wyciszony telefon, co się stało?

— Nic, tylko idę i macham Ci jak kretyn, a Ty nawet nie spojrzysz. Dzwonię, a tu cisza.

— Przepraszam.

Wieczór minął mi jak w transie. Rano spytałam Cię, o której masz przerwę, umówiliśmy się na chwilę. Po śniadaniu oznajmiłam, że jadę po zakupy i do centrum handlowego coś obejrzeć. Mogłam poświęcić Ci jakieś pół godziny. Podjechałam pod ośrodek. Z daleka zobaczyłam Cię idącego w moją stronę, nie mogłam wysiedzieć w samochodzie. Wysiadłam.

— Co tak wyskoczyłaś?

— Żeby Cię przywitać.

— Sama jesteś?

— Nie, z mężem.

He, he. Udało się, na ułamek sekundy zesztywniałeś.

— Żartujesz sobie. Sama?

— Sama.

— A gdzie Młody?

— Nie ma.

— Jesteś sama?

— No przecież mówię.

Nie wierzyłeś, obchodziłeś samochód ze wszystkich stron i zaglądałeś przez szyby.

— O Boże, i co?

— I szybko, bo mam pół godziny.

— Ty jesteś wariatka…

Szybko naciągnęłam koc na oparcia przednich foteli i ukryliśmy się na tylnym siedzeniu. Ciemne tylne szyby zasłaniały nas przed ewentualnymi przechodniami. Usiadłam na Tobie okrakiem.

— To ta skórzana kurtka, o której mówiłeś?

— Tak.

— Ładna.

— No wiem. Nie wierzę, że to robisz… Że można tak chcieć… Jesteś nietuzinkowa…

Przejechałeś dłońmi po moim ciele. Pod bluzą trafiłeś na gołą pierś.

— O Boże!

Śmiałeś się, nie dowierzając. Ja w tym czasie rozpinałam Ci rozporek.

— Widzisz, tak byś miał, gdybyś był bliżej.

— Zwariowałbym z rozkoszy.

— Mówiłam, że nie da się mnie nie kochać.

— Nie da się, fakt, lepiej kochać i mieć spokój. Chociaż co to za spokój…

Już trzymałam Cię w ustach. Już ssałam i wsuwałam coraz głębiej.

— Wiesz, co mi się podobało, kiedy robiłaś to pod prysznicem?

— Hmmm?

— Twoje zdecydowanie.

Puściłam penisa.

— Tam było łatwiej. Stałeś, pomagałeś mi pchając, miałam dobry dostęp. Tutaj mnóstwo rzeczy przeszkadza.

Bez słowa zdjąłeś spodnie.

— Lepiej?

— No lepiej.

Bez spodni mogłeś szeroko rozłożyć uda, pozwalając mi działać. Tylko przez chwilę, dziś nie mieliśmy czasu. Rozpiąłeś mi spodnie.

— To może jak szybko, to wezmę Cię na boczku?

Miałeś taki bezradny wyraz twarzy, chyba ciągle nie wiedziałeś, co się właściwie dzieje.

— Nie, chodź z tyłu. Poradzisz sobie tam…?

Klęczałam na wycieraczce ze spodniami zsuniętymi z pośladków. Ty jakimś cudem upchnąłeś się jeszcze za mną.

— Poradzę, Kochanie. Już jestem… Już jestem…

Zacząłeś się we mnie poruszać, wślizgując się zgrabnie między złączone pośladki.

— Jak Ty to robisz, te Twoje długie nogi, to ciało, Ty się wszędzie mieścisz…

— No widzisz…

Ta bliskość, ciasnota, podniecały mnie do obłędu. Twoje ruchy w mojej cipce, takie szybkie, mocne, takie pewne… Oddawanie Ci się było tak samo przyjemne jak branie.

— Lubisz się tak ruszać w środku, kiedy już skończysz?

— Nie zawsze. Tylko wtedy, kiedy kogoś kocham.

— Czyli zawsze, Ty masz tylko takie, które kochasz.

Roześmiałeś się. Wyszedłeś ze mnie. Nauczyłam się już tak podsuwać dłoń pod pochwę, tak przyciskać ją, żeby nic ze mnie nie wypłynęło. Poprosiłam, żebyś podał mi mokrą chustkę, podtarłam się. Ubraliśmy się i usiedliśmy obok siebie. Przytuliłam się. Nie chciałam tego przeciągać.

— Musisz już iść.

— Daleko masz do domu?

— Kwadrans. Blisko. Ale jeszcze zakupy.

— Nie spodziewałem się takiej niedzieli… Cudownie. Moja wariatka.

— Kocham Cię.

— Ja też Cię kocham. Pa.

Wysiadłeś. Poszedłeś. Mój.

5

Jechałam do Ciebie. Miałam okres, ale przecież mówiłeś, że Ci nie przeszkadza. Mnie również. Od tej pierwszej wizyty śmielej się czułam w Twoim otoczeniu i lubiłam wpadać nawet na chwilę. To nic, że musiałam brać cały dzień wolny i jechać po kilka godzin w każdą stronę. Nieważne. Szczęśliwa, siedziałam za kółkiem i śpiewałam. Zadzwoniłeś.

— No halo, czy to Kotek?

— Nie, Sunia.

Roześmiałeś się.

— I gdzie tam jesteś?

— Nie wiem, jadę w sznurku… Kurwa, radar mnie strzelił…

— To jak jedziesz? Uważaj. Czekam.

Rozdrażnił mnie ten radar. Miałam dość wydatków związanych z jeżdżeniem do Ciebie, teraz kolejny, a jeszcze będę się bała, żeby mąż nie zauważył poleconego, jak przyjdzie… Swoją drogą, mógłbyś czasem zapłacić za mnie mandat. Albo chociaż zrekompensować mi te tysiące wydawane na paliwo. Zaprosić mnie gdzieś, zabrać na weekend… Napomykałam o tym czasem, ale zbywałeś mnie. Tak czy inaczej, odechciało mi się śpiewać. Podjechałam pod Twój dom. Zadzwoniłam, że jestem. Wbiegłam po schodach, otworzyłeś drzwi, zamknąłeś je za mną i mocno mnie przygarnąłeś. Staliśmy i tuliliśmy się. Nie chciałam Cię puścić.

— Muszę chwilę odpocząć. Parę minut, odreagować stres i drogę.

Zaniosłeś mnie na kanapę. Usiadłeś, ja położyłam głowę na Twoich kolanach. Musiałeś jeszcze gdzieś zadzwonić. W trakcie rozmowy delikatnie rozpięłam Ci spodnie i wysunęłam ze slipów penisa. Od razu nieco zesztywniał. Całowałam główkę, nabrzmiałą żyłę i tuliłam go do policzka, do ust. Kiedy skończyłeś rozmawiać, wciągnęłam go głęboko w usta. Na chwilę, taki pocałunek na dzień dobry. Nie trwało to długo, nie po to do Ciebie przyjechałam, to ja potrzebowałam Twoich dłoni. Odgadłeś natychmiast, pod tym względem byłeś bezbłędny. Rozebrałeś mnie.

— Zostaw majtki, dobrze?

Znowu miałam te brzydkie krosty po wrastających włoskach. Dla Ciebie goliłam się do zera i zdarzało się, że te krostki się pojawiały, potem ropiały… Nie lubiłam ich. Przytuliłeś mnie i tak obróciłeś, że leżałam na brzuchu. Wymasowałeś mi całe plecy, pośladki i uda. Twoje dłonie przesuwały się po moim ciele, raz mocniej, raz słabiej, głaszcząc mnie i odprężając. Trzymałeś mnie pod brodą, naciągając ścięgna szyi, pieściłeś je po kolei. Odwróciłeś mnie na plecy i sięgnąłeś do tych nieszczęsnych majtek.

— Mam okres.

Zastygłeś, zdenerwowałeś się. Na chwilę.

— Następnym razem jak już masz przyjeżdżać, to w bardziej sprzyjających okolicznościach, a nie tak marnować okazję.

Zabolało. Ale zaraz pocałowałeś mnie, zapomniałam. Roześmiałeś się.

— I tak Cię zerżnę.

— Mam taką nadzieję.

— Masz tampon?

— Jak zawsze.

Odchyliłeś majtki z mojej cipki i polizałeś łechtaczkę. Miłe to było, lizałeś jak pies, całym językiem, z dołu w górę, w lewą stronę, potem w prawą, klęczałeś z wypiętą pupą, ściskałeś w garści materiał moich majtek, żeby nie zasłaniały i aż kręciłeś głową, intensywnie bawiąc się moją waginą. Przemilczałeś moje krosty. Chwilę pobaraszkowaliśmy na kanapie, turlając się i obściskując jak dzieci. Poszliśmy do łazienki. Ustawiłeś mnie na wprost lustra. Dyskretnie pozbyłam się tamponu. Nie przeszkadza mi krew, ale widok tego brudnego kawałka ubitej waty nie działa zachęcająco. Nie mogłam wyrzucić go do kosza w łazience — nawet nie zauważyłam, czy tam był — bo przecież niechcący mogła go odkryć żona. Położyłam na umywalce, zawinięty w papier toaletowy. Wszedłeś we mnie. Mocno, bez czułości. Po paru ruchach wyszedłeś.

— Strasznie krwawisz. Chodź, wejdziemy pod prysznic.

Faktycznie, na podłodze zostało kilka dużych kropli krwi. Wzwód minął, penis zwiotczał, a Twoja mina wyrażała z trudem hamowany niesmak. Zrobiło mi się wstyd. Po co przyjechałam… Ale przecież mi to nie przeszkadzało, mówiłeś, że Tobie też nie, chyba najważniejsze było to, że jesteśmy razem, o co chodzi…?

— Mówiłeś, że Ci nie przeszkadza…

— No tak, ale tylko jak się kończy i jest troszeczkę, a tu krew chlusta…

Przesadziłeś, nic nie chlustało, zwykła miesiączka. Odkąd miałam spiralkę rzeczywiście była bardziej obfita, nie wiem czemu, bo powinno być odwrotnie. Niemniej gdybym uzależniała nasze spotkania od „czystości”, w ogóle byśmy się nie widywali. Wystarczającym utrudnieniem była logistyka naszych domów. Pod prysznicem trochę się rozluźniłeś. Woda lała się, jakbyś chciał spłukać z siebie cały mój brud. A to przecież kilka kropli czystej czerwonej krwi. „Tylko DNA” — tak to nazwałeś, jakby próbując samego siebie przekonać, że to nie jest obrzydliwe. Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Stałam oparta o chłodną ścianę pod strumieniem gorącej wody, para zmoczyła mi włosy, zaczęły falować. Czułam, że rozmazuje się kreska pod okiem. Aż się trochę kuliłam.

— Kiedy urodziła się Twoja Mała, to przecież też była cała zakrwawiona, cała we krwi Twojej żony. I nie przeszkadzało Ci to.

— No nie, ale to było co innego — to była moja krew. Mała była moja.

— Ale ja też jestem Twoja.

Wtedy stanąłeś przede mną, objąłeś mnie i zacząłeś kołysać, nawet coś nuciłeś pod nosem. Przylgnąłeś do mnie lędźwiami i odchyliłeś się w tył. Patrzyłeś mi prosto w oczy, z bliska. Miałeś lekko zmrużone powieki i takie ciepło w źrenicach, którego wcześniej nie widziałam. Złapałeś oburącz moją twarz i całymi dłońmi odgarniałeś wilgotne włosy.

— Podobasz mi się…

— Co?

— Po-do-basz-mi-się.

Pocałowałeś mnie. Twoje wilgotne usta i chłodny w porównaniu z wodą język natychmiast mnie pobudziły. Fala rozkoszy, ten supeł, skurcz, podszedł z podbrzusza aż do gardła. Zawsze tak było. Twoje pocałunki odbierały mi rozum. Trzymałeś mnie mocno za głowę i całowałeś, jakbyś miał nigdy nie przestać. Twój język ocierał się o wnętrze mich ust, lizałeś moje wargi, zęby, potem policzki i powieki. Odwróciłeś mnie tyłem do siebie i pieściłeś szyję, ucho, i to cudownie czułe zagłębienie pod uchem. Żałowałam, że się ogoliłeś. Uwielbiałam szorstkość Twojego zarostu. Delikatnie wszedłeś we mnie, posuwistym ruchem z dołu ku górze. Złączyłam uda, żebyś lepiej czuł zaciskające się na Twoim członku ścianki pochwy. Cały czas szeptałeś mi do ucha.

— Dobrze mi z Tobą… Pragnę Cię, Skarbie… Chcesz tego, prawda?

Twoje palce sprytnie manewrowały wokół mojej łechtaczki. Lizałeś moje plecy, całowałeś kark, a wolną dłonią na przemian gładziłeś piersi i opierałeś się o ścianę. Kabina była otwarta, nie zmieścilibyśmy się w niej po zasunięciu drzwi. Nie rejestrowałam szczegółowo, co się działo, odpłynęłam w inny świat. Pobudzałeś wszystkie moje receptory. Wyszedłeś ze mnie. Oparłeś się brodą o moje ramię. Pieściłeś mnie tylko dłonią, teraz mocniej.

— Jeszcze, prawda, Kochanie? Chcesz jeszcze…

Poczułam napływającą falę rozkoszy, ale jeszcze nie orgazmu, było mi tak dobrze, że miałam ochotę krzyczeć, że Cię kocham. Nie doszłam jednak, a kiedy ta fala minęła, wiedziałam, że już nie skończę. Delikatnie wysunęłam się z Twoich dłoni i odwróciłam przodem. Dla odmiany to Ty oparłeś się plecami o mnie. Poruszałeś się jak w tańcu, lekko w górę i w dół, tak, żebym czuła, jak się o mnie ocierasz, jak naciskasz pośladkami na moją cipkę. Uniosłam nogę, żeby lepiej Cię czuć. Zaraz wtuliłeś się biodrem w powstałą przestrzeń. Bezwiednie w miłosnym amoku przygryzałam Twój kark. Było mi tak dobrze, że nie miałam siły na jakąkolwiek inicjatywę. Szum wody, jej ciepło, Twój głos, smak i zapach Twojej skóry, widok Twojego umięśnionego ciała, to za wiele na pięć, a nawet sześć kobiecych zakochanych zmysłów. W końcu obróciłeś się przodem do mnie i wszedłeś, przytrzymując moje udo odchylone mocno na zewnątrz. Było płytko, w tej pozycji nie dało się inaczej. Po kilku ruchach wychuchałeś mi w szyję:

— Mogę się spuścić od tyłu?

Skinęłam bezsilnie głową i odwróciłam się. Odgłos klaskania, kiedy uderzałeś o moje pośladki, huczał mi w głowie. Miałam wrażenie, że słyszą to wszyscy sąsiedzi, nawet te dwie panie z dołu, które widziały mnie, gdy wchodziłam.

— O, taaak… Uwielbiam Cię… Ooo, jak dobrze…

Nie potrafiłam stwierdzić, czy trzymałeś moje biodra, czy uchwyt pod prysznicem, czułam tylko wibrujące uderzenia Twoich lędźwi i rozpychającego mnie od środka fallusa. Kiedy skończyłeś, zamknąłeś mnie jeszcze na chwilę w objęciach. Dla tej chwili oddałabym wszystko. Dysząc ciężko, stałeś oparty o mnie, przyciskając mnie do ściany. Leniwie przesuwałeś ustami po mojej szyi, po płatku ucha, po włosach, które przykleiły się do policzka.

— Jak mi dobrze…

— Chyba musimy iść.

Spojrzałeś na zegarek — mieliśmy kwadrans do wyjścia, jechałeś przecież na spotkanie.

— Rzeczywiście. Ty to masz wyczucie czasu.

Nadal mnie nie wypuszczałeś.

— Chcesz się opłukać?

— Chcę, tylko nie mam ręcznika. Nie chcę wycierać się ręcznikiem Twojej żony.

— Chyba żartujesz, dam Ci swój.

— A dasz mi czysty? Może być malutki.

— Dlaczego?

— Bo Twój jest mokry, nie lubię.

Obmyłam się szybko i wytarłam. W tym czasie Ty próbowałeś zetrzeć plamy krwi z podłogi. Zdążyła już przyschnąć. Kiepsko Ci szło, rozmazywałeś ją tylko. Wyszłam spod prysznica i mokrym papierem zaczęłam ścierać sama.

— Zostaw to!

— Daj spokój, przysycha, trzeba to wytrzeć.

— Zostaw, nie wycieraj tego.

— Nie mogę tego zostawić. Już kończę.

Wyszedłeś, kątem oka widziałam, jak krzątasz się po kuchni, wciągnąłeś spodnie, jeszcze ich nie zapiąłeś. Sięgnęłam do torebki po nowy tampon, ubrałam się, a kiedy wiązałam buty, ukląkłeś przy mnie. Czułam się dziwnie, nie wiedziałam, co myśleć… Było mi źle, że muszę jechać, że tak bez słowa, że nie zdążyłam nawet odetchnąć Tobą, a już muszę wracać, że nie wiem, kiedy się zobaczymy… Wszystkie te myśli przelatywały szybko. Wreszcie odważyłam się spojrzeć na Ciebie. Patrzyłeś na mnie rozluźniony, pogłaskałeś po policzku. Uśmiechnęłam się, zawstydzona.

— Mam takie nieułożone włosy.

— Wyglądasz dobrze. Zawsze bardziej mi się podobasz, kiedy ode mnie wychodzisz, niż kiedy wchodzisz.

— Taka rozwichrzona i zarumieniona?

— Tak, taka zwyobracana.

Potraktowałam to jako komplement. Pewnie nim był. Otworzyłeś drzwi i nasłuchiwałeś przez moment, czy nikt nie idzie. Droga wolna. Cmoknęłam Cię przelotnie, już byłeś rozbiegany, już o mnie nie myślałeś. Zeszłam, wsiadłam do samochodu, a kiedy ruszyłam, w mojej głowie uruchomiła się cała maszyneria przyczynowo-skutkowa. Po co. Dlaczego. A gdybym nie… A gdybyś Ty… Nie, Ty nigdy nie. Nie ma gdybyś. Bo ten radar, bo ten okres, wstyd… Zadzwoniłeś, oczywiście, zawsze dzwoniłeś, kiedy byłam na wylocie z miasta. Czy już wyjechałam, czy wszystko w porządku. Zastanawiałam się czasem, czy pytasz z troski, czy żeby się upewnić, że wyjeżdżam. Że nie stanę za chwilę z powrotem pod Twoim domem. Droga wlokła się jak nędzny koszmar. Na wjeździe trafiłam na półgodzinny korek, głodna, zmęczona i przesuszona, bo nie nakremowałam się u Ciebie, chociaż krem miałam w torebce. Zabrakło czasu. Chciało mi się płakać. Wpadłam do domu, dosłownie na pięć minut. Mąż już był, ustalał coś z jednym z pracowników. Na szczęście nie musiałam z nimi rozmawiać, popędziłam do przedszkola po Młodego i ze starszymi dzieciakami na zajęcia. Wieczorem, zamiast odpocząć pod ich salą treningową, pojechałam jeszcze zrobić zakupy. Wróciłam do domu nieprzytomna ze zmęczenia. Zdążyłam tylko wykąpać się, wystukać Twoje „Dobranoc” i padłam.

Rano, wyjątkowo, mąż przygarnął mnie do siebie, dawno tego nie robił. Kochaliśmy się spokojnie, szczytując oboje równocześnie, on był zupełnie inny niż Ty… Nie chciałam psuć mu tak mile rozpoczętego dnia, wyszłam z siebie i stanęłam obok, ale zrobiłam z siebie rześką, uśmiechniętą i czułą małżonkę. Po południu poczułam, że od trzymania banana na twarzy za chwilę dostanę szczękościsku, musiałam tę maskę zdjąć. Mąż był zachwycony moim nastrojem, nie marudził, kiedy wzięłam dzieciaki i pojechałam do przyjaciółki. To kawał drogi, z 50 km. Córka miała zostać na noc u swojej koleżanki ze starej szkoły. Chłopcy zajęli się sobą na piętrze. My mogłyśmy usiąść i poplotkować. Jej romans kwitł. Kochanek oszalał na jej punkcie, zasypywał telefonami i prezentami, i przejeżdżał dzielące ich 300 km trzy razy w tygodniu. Ja z kochankiem takim jak Ty czułam się przy niej jak kretynka. Powiedziałam, że jej zazdroszczę. Że Ty nawet nie dzwonisz, nie piszesz i nie ma mowy o przyjeżdżaniu. Zadzwoniłeś wtedy, jak na złość. Pożartowaliśmy chwilę, powiedziałam Ci, że nadajesz się jedynie do łóżka. Śmiałeś się z mojego marudnego nastroju.

— Przyjedziesz w moje urodziny?

Wiedziałeś, że urodziny to dla mnie najważniejszy dzień w roku. Wszyscy o tym wiedzieli.

— Nie obiecuję.

A więc nie. Znałam Cię już na tyle, żeby to wiedzieć. Rozłączyłam się, wyściskałam przyjaciółkę, zgarnęłam chłopaków i wróciłam do domu, rozmyślając po drodze o tym, czy umiałabym żyć z kimś takim, jak Ty.

— Halo, Kotek? — Nie, Sunia.

6

Na urodziny rzeczywiście nie przyjechałeś. Udawałeś, że chciałeś, ale nie mogłeś, ja udawałam, że Ci wierzę. Dzwoniłeś za to, przez cały dzień, przynajmniej raz na godzinę, po parę słów. W rezultacie wisiałam na telefonie, przyjaciele też o mnie nie zapomnieli. Tydzień później spotkaliśmy się na naszym parkingu w połowie drogi, miałeś dla mnie bukiecik konwalii. Wycałowałeś mnie tak, że wybaczyłam Ci wszystko…

Krótko potem jechałam na szkolenie do jednego z producentów okien. Cieszyłam się, to piękne tereny, pogoda śliczna, mieliśmy zaplanowane quady, zjazd rowerowy ze szczytu góry, no i zwiedzanie fabryki. Uwielbiam zakłady produkcyjne. Nie mogłam się doczekać. Ty oczywiście miałeś swoją wizję mojego wyjazdu. „Szykuj się, szykuj, zobaczymy, czy jesteś taka atrakcyjna, jak opowiadasz, może Ci się coś trafi”.

Nie lubiłam, kiedy taki byłeś. Żarty były niesmaczne, Ty sam ni to zazdrosny, ni prześmiewczy… Dla Ciebie wyjazd był udany, jeśli trafiła się fajna dupka. Nie ciągnęłam tematu. Mój mąż wykazywał się w takich sytuacjach większą klasą, życzył mi po prostu miłej zabawy. Nawet nie poprosił o SMS, ostatnio jeszcze bardziej oddaliliśmy się od siebie.

Jechałyśmy we trzy, pociągiem. Na miejscu oprócz nas byli architekci, projektanci, dystrybutorzy — i oczywiście banda dekarzy, szczęśliwie oni tworzyli odrębną, niezależną od nas grupę. Cały dzień oprowadzano nas po fabryce i biurze, poznałyśmy szefa marketingu i dyrektora technicznego, zadzierzgnęłyśmy też oczywiście kontakty z projektantami. To świetni ludzie, wszyscy mieliśmy techniczne wykształcenie, wszyscy w podobnym wieku, dogadywaliśmy się bez problemu. W tej nowej, a od razu zwartej grupie pierwszy raz poczułam, że coś jest nie w porządku. Że nie powinieneś być wobec mnie taki, jaki jesteś. Że nie zasługuję na Twoje fochy. Że potrzebuję Twojego zaangażowania. Chciałam spotykać się z Tobą w grupie ludzi, móc rozmawiać o rzeczach mi bliskich, takich, na których się znam, tak jak tutaj, a w ogóle dlaczego nawet nie chciałeś do mnie przyjechać…? Dlaczego kiedy ja jechałam do Ciebie, nawet nie pytałeś, czy jestem głodna, czy mam na coś ochotę? Dlaczego nigdy za nic nie płaciłeś, dlaczego nie zrobiłeś mi niespodzianki w moje urodziny? Czemu komplementowałeś przy mnie swoje byłe i wyśmiewałeś się z mojego męża, którego nawet nie znałeś…? Nie tak to miało być… Byłam w Tobie zakochana i uparcie nie ściągałam swoich różowych okularów, ale ten wyjazd uświadomił mi, że nasze światy nie są tak spójne, jak sądziłam… Taka pierwsza grubsza rysa. Myślałam o niej, siedząc w wynajętym specjalnie dla nas autobusie. Nie miała wpływu na moje uczucia. Byłam w Ciebie wkręcona po pachy. Wybaczałam Ci wszystko, usprawiedliwiałam Cię wbrew samej sobie. Ale zakłuła mnie świadomość, że moja przyjaciółka miała rację, wykorzystujesz mnie jak kukiełkę, prowadzisz na sznurkach jak swoją prywatną tancereczkę… I nawet nie mogłam mieć pretensji, bo na wszystko się godziłam…

Wieczorem zorganizowali nam potańcówkę integracyjną. Miałyśmy do dyspozycji pulę żetonów na drinki, sala była przyjemna, kameralna, raz dwa podreptałyśmy na parkiet. Taniec to mój żywioł. Spalam się w nim, pozwalam muzyce przepływać przez najdrobniejsze komórki, od stóp, przez koniuszki palców, po rozwichrzoną czuprynę. Tańczyłyśmy najpierw we trzy, potem dołączyło dwóch architektów, stopniowo kółeczko robiło się coraz większe. Zaczęliśmy wygłupiać się, wskakiwać do środka, każdy w końcu ma jakiś popisowy numer, każdy lubi tańczyć, a nie bardzo jest gdzie, bo dyskoteki raczej przejmuje młodzież. To właśnie takie zorganizowane imprezy pozwalają nam, czterdziestolatkom, swobodnie się pobawić. Tutaj, w tej ciemnej sali, tworzyliśmy spójną grupę, byliśmy w jednym zespole, staliśmy się na tę jedną noc dobrymi znajomymi. Podeszłam do baru wymienić swoje żetony na drinka. Stanęłam ze szklanką w dłoni, żeby wypić. Nie podejrzewałam kogokolwiek o desperację zmuszającą do wrzucania mi tam jakiekolwiek pigułki, ale z założenia w barach nie odstawiałam drinków.

— Ale Ty masz parę!

Odwróciłam się. Obok mnie stanął jeden z architektów. Uśmiechnęłam się.

— Uwielbiam tańczyć.

— Widać! Dziewczyno, wulkan! Masz tyle energii, tak się ruszasz, że udziela się nawet takim jak ja! Ja nie cierpię tańców!

— No proszę, a ja miałam wrażenie, że zaraz obcasy zedrzesz na tym parkiecie!

Uśmialiśmy się jak para starych kumpli, chociaż widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Luźna rozmowa, jak to na tego typu imprezach. On wymienił swoje żetony, mi już podrygiwała nóżka, teraz on został przy barze ze swoją szklanką w dłoni, a ja dopiłam i ruszyłam z powrotem. Kątem oka zarejestrowałam, że podszedł do niego drugi, taki młody chłopak, miał swoją pracownię gdzieś na północnym wschodzie Polski. Fajni ludzie, naprawdę. Didżej grał nam jak oszalały. Puszczał same dobre kawałki. Lało się ze mnie, strużki potu ściekały po szyi, włosy miałam mokre, całą bluzkę aż wilgotną. Zasapana, roześmiana znowu podeszłam na chwilę do baru. Chłopaki stali placami do sali, rozmawiali o czymś. Nie stykali się ramionami, był między nimi fragment pustej przestrzeni, wcisnęłam się między nich.

— Przepraszam.

— Ooo, jest nasza tancereczka! Co tam, piwko?

— Nie, dzięki. Wódkę z lodem i cytryną, do tego woda gazowana.

Podałam barmanowi swój żetonik. Mimowolnie podrygiwałam cały czas w takt muzyki, bioderka chodziły, głowa i ramiona nadawały rytm całemu mojemu ciału. Udzieliło się i im, odwróciłam się w prawo do jednego, w lewo do drugiego, zaczęli kołysać się razem ze mną. Złapałam drinka i odeszłam, chłopaki ze swoimi szklankami zostali przy barze. Po kolejnej pół godzinie, kiedy znowu sępiłam o napitek, tym razem o wodę, już ich nie było, za to barman zanosił się śmiechem.

— Ale pani to jest!

— Co się stało?

— Pierwszy raz widziałem, żeby faceci przy barze tańczyli!

— Nie rozumiem.

— Kiedy była tu pani wcześniej, stało takich dwóch panów.

— Tak, wiem.

— No właśnie. I pani podeszła, tak się wśliznęła między nich, podygała pani chwilę i poszła — a oni zostali i jeszcze przez minutę taki mi się tu bujali!

Roześmiałam się.

— Naprawdę. Ma pani taką iskrę w sobie, aż miło popatrzeć.

W końcu nam się tańce skończyły. Rozweseleni, podchmieleni, podzieliliśmy się na grupki i chwilę siedzieliśmy jeszcze w pokojach. Patrzyłam na swoje koleżanki, takie roześmiane. Obserwowałam facetów, których nie sposób było nie lubić. Jeden spokojniejszy, drugi szałaput, trzeci taki z zadziorem w oku, widać, że w młodości krwi niejednej napsuł. Czwarty cichy, grzeczny, za to maratony biegał. Teraz ojcowie, mężowie, niektórzy jeszcze single, ale z konkretnymi planami — fajni, po prostu świetna ekipa. Przecież można się bawić bez seksu, skąd w Twojej chorej głowie brała się ochota na te numerki na jedną noc…? Dobrze, że tu przyjechałam. Odpoczęłam. Otworzyłam szparkę w zamkniętym wokół Ciebie umyśle. Pomału rozeszliśmy się do swoich pokoi. Napisałam do Ciebie SMS-a i poszłam spać. Rano zadzwoniłeś jeszcze przed śniadaniem.

— Halo.

— No halo, jak tam, jak wieczór, Twój pan jeszcze w łazience?

Byłeś lekko obrażony, że świetnie się bawiłam, ciut niepewny, czy jednak nic nie było, włączyłeś żart, którego nie trawiłam.

— Przestań. Bardzo było miło.

Opowiedziałam Ci scenę z baru.

— I co, powiedział, że masz taką iskrę? Jakbym ja tam był, to bym zawojował imprezę!

— Wiesz co… Czy Ty nigdy nie możesz pochwalić czegoś? Powiedzieć „to super, mi też się podobasz”? Zawsze musisz ciągnąć w swoją stronę, spłycać?

— O co Ci chodzi?

— Ja naprawdę ładnie się ruszam.

— O, wiem o tym, wierzę. Ale jakoś do pokoju nikt Cię nie zaprosił.

Nie rozumiałeś, jak można bawić się nie kończąc w łóżku. Dla Ciebie nie istniały inne formy zabawy. Nie opanowałam się.

— Skąd wiesz? Mówię Ci tylko to, co chcę.

Udawałeś, że nie zrobiło to na Tobie wrażenia, ale głos Ci stężał.

— No tak, oczywiście. Kiedy wracasz?

— Jutro. Chłopaki jadą przez Warszawę, podwiozą nas.

— No, to może zostaną dłużej. Nadrobicie straconą noc. Cześć.

— Cześć.

Skąd w Tobie ten jad…? Byłam w Tobie taka zakochana… Przecież tę moją iskrę, którą wszyscy dostrzegali, dawałam właśnie Tobie. Zawsze, w każdych okolicznościach byłeś dla mnie najważniejszy. To Cię tak męczyło? Czy to, że nie miałam prawa być jaśniejsza niż Ty? Z nikim się nie spotykaliśmy, nigdy nie widziałeś mnie w moim otoczeniu, skąd mogłeś wiedzieć, jaka naprawdę jestem? Gasiłeś mnie, niepotrzebnie. Cóż, stąd nic nie mogłam zrobić. Popędziłam na śniadanie, spóźniona przez Twój telefon. Potem wróciłam do pokoju i napisałam Ci ładnego, czułego SMS-a. Odesłałeś buźkę, całusa, czyli wybaczyłeś mi poranne zachowanie. Hm. Pakując się myślałam, że i tak jeszcze Cię w sobie rozkocham. Naiwna tancereczka.

7

— Gdzie się tego nauczyłeś?!

— Czego, Kochanie?

— Tak dotykać… Wiedzieć, jak mocno… W którym miejscu… Tak wibrować językiem…

Dostałam właśnie najfantastyczniejszą minetę pod słońcem. O, Boże. Orgazm był tak silny, że kiedy już się uspokoiłam, nie byłam w stanie przekręcić się na bok… Jakbym nigdy w życiu nie była tak pieszczona, a przecież bywałam regularnie… Szok. W trakcie nie czułam nic oprócz tego supła między nogami, leżałam wygięta w łuk, z otwartymi ustami i jęczałam, rozchylając tylko coraz mocniej uda. W końcowej fazie mocno trzymałam Twój nadgarstek, opierałeś się dłonią o podłogę przy moim pośladku, a ja zapierałam się o tę rękę — chyba żeby nie odlecieć…

— Jeszcze chwilkę… O Boże, oszaleję… Mmm, tak!

Krzyknęłam ostatni raz i pomału rozluźniałam ciało. Puściłam Twoją nieszczęsną rękę. Uda opadały rozkraczone, nie miałam siły ich zebrać i złączyć. Dyszałam jak po treningu. Teraz czułam, że wciskałam czubek głowy w drzwi samochodu i miałam nienaturalnie wykręconą szyję, co pewnie odczuję za dwa dni.

— To było obłędne… Na koniec świata bym do Ciebie przyjechała… Dziękuję… Dziękuję.

— Leż sobie. Odpoczywaj. Ja się tylko wśliznę tu z boczku.

— O tak…?

— Tak, Kochanie, nie ruszaj się, odpoczywaj sobie, ja sobie poradzę.

Poczułam Cię u wejścia pochwy i fala rozkoszy zalała mnie na nowo. Przy Tobie nigdy nie mijała. Mogliśmy się kochać kilka godzin, mogłam mieć orgazm stulecia, a i tak ten posuwisty ruch Twojego członka w mojej cipce wywoływał we mnie jakieś szaleństwo. Jeszcze… Jeszcze…

Spaliśmy wtedy w moim samochodzie. Byłeś z grupą na jakiejś wycieczce jachtowej, przyjechałam do Ciebie nad zatoczkę, w której cumowaliście. W pobliżu była firma, do której często jeździłam na szkolenia, miałam dobre alibi. Wiocha zabita dechami, psy dupami szczekały, ledwie zmieściłam samochód na ścieżce prowadzącej przez las. Zabrałam wtedy dla nas koce i poduchy, żeby było chociaż znośnie miękko, rozłożyłam siedzenia na płasko i okazało się, że da się tu całkiem wygodnie spać, a po przekątnej nawet można się było całkiem wyprostować. Tuliliśmy się, gadaliśmy, chrupaliśmy coś, piliśmy piwo, czerwiec był, nie za gorący, a już nie zimny, wygodna pora na biwak. Siku trzeba było robić w krzakach za samochodem, zęby myć wodą z butelki, jak pod namiotem. Spaliśmy pewnie nie dłużej niż dwie godziny, i to z przerwami, o świcie uciekłeś, żeby nikt nie zainteresował się, dlaczego Cię nie ma. Ja odczekałam jeszcze pół godziny, żeby nikt nie powiązał Twojego przyjścia ze zniknięciem mojego samochodu. W tym czasie poskładałam piernaty, złożyłam siedzenia, ustawiłam na miejsce fotelik Młodego, bo wcześniej wyrzuciłam go na przód, ogarnęłam się z lekka, przetarłam mokrymi chustkami krocze i pachy, wyszorowałam zęby, obmyłam twarz resztką wody, nakremowałam się, podmalowałam kreskę na oku, odświeżyłam antyperspirantem — i odjechałam. Po drodze stanęłam jeszcze na parkingu leśnym, żeby wyrzucić śmieci po naszej libacji. Zmiotłam też igły z zagłębienia przy przedniej szybie, zadziwiające, stałam na skraju lasu, było lato, a samochód wyglądał jak po jesiennym bezruchu… Skąd to igliwie…? Zadzwoniłeś.

— Jak tam, droga dobra?

— Tak, lubię takie trasy. Pusto.

— No właśnie, tak sobie myślę… Ty chyba cholernie lubisz jeździć. To wcale nie chodzi o mnie, tylko żebyś mogła się przejechać.

Przełknęłam ślinę. Doskonale wiedziałeś, dlaczego przyjeżdżam. Najwyraźniej czułeś się niedopieszczony. Proszę bardzo.

— Tak, oczywiście. Jestem zmęczona. Ale jesteś moim narkotykiem. Uzależniłeś mnie od siebie. Mija tydzień, kiedy tęsknię, dwa, kiedy wariuję bez Ciebie, a potem ten głód staje się tak silny, że mnie niszczy. To nie jest tak, że można go przeczekać i minie. Rośnie i boli. Nie umiem nasycić go nikim ani niczym innym. Nic nie pomaga. Nie wiem, może to choroba psychiczna, a może taka miłość na obrączki. Jedyna na całe życie. Wiem tylko, że „kocham i pragnę” to jakiś banał w obliczu tego, co mam w głowie. Kiedy odrzucasz mnie, kiedy się nie odzywasz, to tak jakbyś zaciskał pępowinę. Dusisz mnie tym. I im mniej Ciebie, tym jest ciaśniej. Muszę przyjechać, żeby ją poluzować. A czasami po prostu chcę zrobić Ci przyjemność. Zrozum wreszcie, wbij sobie do głowy, że nie potrzebuję niczego poza Tobą.

Tak, o to chodziło. Już byłeś dumny.

— Powietrza i mnie.

Pewnie nawiązałeś do tego duszenia… No tak, powietrza, kilku innych rzeczy i Ciebie. Właściwie byłeś tak samo bezwarunkową potrzebą jak tamte. Niby z wyboru, a jednak nie miałam żadnego. Umierałam bez Ciebie. Twoje ramię pod moją głową i drugie obejmujące mnie od góry, splecione dłonie — to granice mojego życia.

— Wiesz, czego mi brakuje? Zawsze — no, prawie zawsze. Pożegnania. Takich paru słów pięć minut po tym, kiedy Cię już nie ma. Kiedy zostaję całkiem sama, z głową pełną myśli, z Twoją spermą między nogami, kiedy muszę ogarnąć pobojowisko swojego ciała i samochodu, zmyć Twój zapach, kiedy jeszcze czuję to palące rozdarcie, które powstało, gdy wypuściłeś mnie z objęć… Chciałabym wtedy, żebyś zadzwonił i powiedział „Jestem, Skarbie. Kocham Cię”. Staję się wtedy mniej sama.

— Wiesz, że o tym pomyślałem? Naprawdę. Zostawiłaś mnie, wysiadłem, poszedłem, sam — i myślałem, że byłoby miło zamienić jeszcze parę słów. Ale nie zadzwoniłaś.

— Ty też nie.

— Mam kłopot z ładowarką, przecież wiesz, muszę zostawiać telefon u dziewczyn.

— No tak, a przecież gdybym to ja zadzwoniła, to ładowarka nie byłaby potrzebna, nie?

Uwielbiałam te szpileczki, zbijały Cię z pantałyku, a nie było to proste, bystry byłeś piekielnie. Tym przyjemniejszy miały dla mnie smaczek. Aż się oblizałam.

— Ty nie bądź taka mądra.

Bramka. Punkt dla mnie. Jeden — zero. Prawie widziałam, jak kąciki ust drżą Ci od powstrzymywanego uśmiechu. Lubiłeś moje złośliwości. Ceniłeś inteligencję.

— Przecież za to mnie kochasz.

— Nie, kocham Cię za to, jak robisz loda.

Hmm, jeden — jeden.

— A ja Ciebie zawsze. Najbardziej na świecie. Wiesz…?

— Wiem.

8

Mówią, że to chemia. Że namiętność to wystrzał dopaminy, że to dla niej szukamy wciąż nowych wrażeń. Nie miałam powodu, by nie wierzyć naukowcom czy seksuologom, których tak lubię słuchać i czytać. Z pewnością wiele osób wyłącznie dla nowych wrażeń rzuca się w kipiel romansu. Wystarczy spojrzeć na spektakularny sukces trzytomowych przygód niejakiego Greya, o którym słyszeli nawet ci, którzy rzadko o czymkolwiek słuchają… Podobno wielu mężczyzn dzięki Greyowi przeżyło ze swoją partnerką kilka upojnych nocy, właśnie dlatego, że odurzyła ją chemia jej własnego mózgu, uruchomiona wrażeniami odnoszonymi podczas uczestnictwa w tej kompletnie odrealnionej scenerii wirtualnych przeżyć… Siedzieliśmy nago w moim samochodzie, za oknami lało. Jeszcze stygliśmy po niezwykle szybkim i intensywnym numerku. Czułam Cię, jakbyś wił się we mnie, dosłownie darłam się z rozkoszy, chociaż wcale nie szczytowałam. Coś robiłeś we mnie takiego, tak się jakoś ruszałeś, że wariowałam. Teraz leżałam na Twoim udzie, nogi zadarłam na oparcie. Przebierałam palcami we włosach i kontynuowałam myśl.

— Nie pojmuję, dlaczego tak wielu ludziom namiętność kojarzy się właśnie z czymś nierealnym, tak jakby codzienność ją przekreślała… Nie potrafimy słuchać naszych własnych instynktów… To bywa strasznie głupie. No weźmy seks w samolocie. Jezu, przecież każdy, kto chociaż raz leciał samolotem, wie, jak wygląda kwestia tej słynnej toalety. Najpierw, kiedy tylko zgaśnie kontrolka zapiętych pasów, do kibla rusza połowa pasażerów. Kurwa, jakby nikt na lotnisku nie zdążył! Kiedy już się uda w kolejce dopchać do kabiny, zerka na człowieka albo kilkadziesiąt rzędów oczu, albo stojąca tuż obok stewardessa, zależy, czy na dziób, czy na kadłub. Jak wejść we dwoje…? Załóżmy, że się udało. Załóżmy, że i on, i ona są szczupli. W grę wchodzi tylko seks od tyłu na sedesie, czyli on siada, a ona tyłem na nim — przodem nie może, bo nie ma jak nóg rozłożyć — albo na stojąco, ale płytko, bo znowu za ciasno na dopasowanie.

Poruszyłeś się pode mną, sięgnąłeś po małe bezalkoholowe piwo, ukradłeś mi dwa żelki z kieszeni fotela. Nie przerywałeś mi. Znowu oparłam się wygodnie i ciągnęłam.

— No można się uprzeć, że to ożywia wieloletni związek. Ale po co to komu jako atrakcja świeżego romansu…? Jeszcze trzeba potem z tej toalety wyjść, a tam pod drzwiami czeka już pewnie jakaś mamusia z wścibskim pięciolatkiem albo koleżanka żony…

— Nigdy nie leciałem samolotem. I pewnie nigdy nie polecę, boję się i tyle.

— No coś Ty… Przecież tak najszybciej. A do Londynu jak jeździłeś?

— Autobusem.

— Hmm… Dziwne.

Teraz ja wciągnęłam dwa żelkowe robaki, pomlaskałam chwilę i ciągnęłam dalej.

— Wiesz, co jeszcze wszyscy lubią? Jedwabne wstążki, wino na piersiach i wielogodzinny seks, a to wszystko w chatce z bali, na zboczu zaśnieżonej góry, ogień w kominku, skóra niedźwiedzia na ziemi…

— No i…?

— Zawsze mnie to zadziwia. Nie te oczy, bo to akurat rozumiem i nawet jedwabną apaszkę od biedy łatwo zdobyć… Ale ten kominek…? Chatka odwiedzana rzadziej niż zakonnica w seminarium, na jakimś zimnym i oblodzonym wypiździejewie, temperatura w środku oscyluje koło pięciu stopni, drewno do kominka zapewne trzeba przynajmniej przynieść z jakiejś szopy, jeśli nie porąbać czy wręcz przytargać z lasu, skąd raptem ten płonący ogień chwilę po trzaśnięciu drzwiami…? I wiesz, palenisko szybko grzeje, ale suma sumarum rozgrzanie tej chałupy ze dwie godziny trwa. Ciepłej wody też pewnie nie ma, no bo skąd. W studni lód. Ja bym sobie w takich warunkach wina na cycki wylać nie dała…

— Nawet jakbym to ja miał zlizywać?

— Nawet. Sam byś się nie rozebrał, znam Cię. A poza tym szorstka niedźwiedzia szczecina drapie w tyłek.

— Strasznie jesteś pragmatyczna.

Uśmiechałeś się, przechylając butelkę i wlewając piwo w rozchylone usta. Zerwałam się z Twoich kolan, usiadłam bokiem do Ciebie, zjadłam kolejnego żelka. Rozkręcałam się.

— I w ogóle jak to jest, że na filmach para kocha się, zasypia, a rano wstają w bieliźnie? W biustonoszu??? Kto zakłada biustonosz zasypiając po upojnych chwilach?! Kto w nim sypia w ogóle? Co dzieje się ze spermą, czy już nikt jej nie wyciera?

— A Ty wycierasz?

— No pewnie, zawsze, nie zauważyłeś? Daj spokój, przecież to śmierdzi i gilgocze, wycieka tak pomału jakąś lepką wilgocią, przeszkadza zasnąć. Trzeba to chociaż wytrzeć, a najlepiej umyć, ja muszę. To takie straszne, iść do łazienki po seksie? A rano? Ona w tym magicznie zaistniałym biustonoszu, on ubiera się do pracy… Nadal bez prysznica…? Nawet zębów nie myją…

Dość miałam żelków. Sięgnęłam do torebki po czekoladę. Ułamałam rządek, resztę dałam Tobie.

— A fenomen totalnej nierealistyczności w scenach erotycznych? Im coś mniej możliwe do wykonania, tym bardziej się podoba… Chryste… Facet dwa metry, ona metr pięćdziesiąt. I według scenariusza ma podejść do niej i posiąść ją, a ona ma dojść krzycząc z rozkoszy. Myślę logicznie, wbrew zasadom scenariusza. Stał w bibliotece obok, no przecież nie nago, i co, podszedł, nawet się nie rozbierając…? Rozporek chyba rozpiął… Posiadł ją — no od tyłu zapewne — i doszła w trzech ruchach, krzycząc z rozkoszy… Kto to wymyśla…? Kogo to podnieca…???

Akcentowałam swoje słowa ruchami rąk, kiwałam głową, patrzyłeś na mnie, półleżąc z szerokim rozkrokiem i śmiałeś się z mojego zaaferowania.

— Jakim cudem dwumetrowy dryblas, który ma przyrodzenie na wysokości linii jej łopatek, może ją — ot, tak, bez specjalnych ceregieli — posiąść…? Jeszcze w drugą stronę, kiedy to ona jest wyższa, załóżmy, że rozsunie nóżki na boki, obniży biodra… Ale tu…? Gdyby chociaż obrócił ją, posadził na jakimś barowym stołku, ale nie, on dobiega i dopycha, wywołując w niej przy tym dreszcz rozkoszy… Doprawdy… Nawet nie zwilża. Nawet nie zdejmuje jej majtek — czyżby stała naga, gotowa podniecona? No nie kumam.

Wzruszyłam ramionami i oparłam się o siedzenie. Upiłam łyk Twojego piwa. W dach samochodu wygłosiłam końcową konkluzję.

— Wystarczyłoby napisać, że doszedł w trzech ruchach. Po co mieszać w to ją?

— Bo tak jest romantyczniej. Każda kobieta chciałaby przeżyć taki orgazm. Ja bym dał radę.

— Błagam Cię, najwidoczniej nie jestem każdą. Nie chciałabym. Nie doszłabym, w życiu. Tak samo te wszystkie całonocne igraszki, znowu i znowu, nie śpią, nie jedzą, nie sikają i żywią się viagrą. Dobrze, że serce daje radę. Niesamowite.

Uniosłeś butelkę, kręcąc głową z wygiętymi w dół ustami.

— Nie wiem, może w Stanach faktycznie romanse i namiętność są takie zjawiskowe.

— Ale mieszkamy w Polsce! Naszą chuć zaspokajamy w prozaicznej rzeczywistości czwartej „er-pe”. Lekarze uciekają w romanse z przemęczenia, prawnicy z potrzeby władzy, handlowcy z dostępności, nauczyciele z nadmiaru wolnego czasu, matki dzieciom z braku spełnienia w związku, zazwyczaj spowodowanego mężem lekarzem, prawnikiem, handlowcem lub nauczycielem. Popatrz na siebie.

— Co na mnie, zajmij się sobą.

Znowu położyłam głowę na Twoim udzie. Wierciłam się jak pasikonik, zawsze się z tego śmiałeś. Zsunąłeś się jeszcze mocniej, sięgnąłeś ręką za siebie, do uchwytu, i odchyliłeś oparcie w tył. Zamknąłeś oczy. Cicho mówiłam dalej, głaszcząc od spodu Twoje udo.

— Każdy orze swoje poletko. Każdy we własnych widełkach czasowych, finansowych, lokalowych i kulturowych. Szybkie numerki na parkingu i spocone, lepkie od spermy ciała, nie mające czasu ostygnąć w motelu albo zmiętoszonej mężowskiej pościeli.

Nie otwierając oczu prychnąłeś.

— Chcesz mnie podniecić czy zniechęcić?

Też się uśmiechnęłam, mięśnie policzka wgniotły się w Twoją nogę.

Jūs esat izlasījis % no grāmatas. Nopērciet to, lai izlasītu līdz galam!

Pirkt grāmatu