Der Autor schenkt 25% seines Buches
jedem Leser

Kaufen Sie das Buch

Anna Wojciechowska - Trych

Słoneczne promyki wesoło tańczyły bezustannie po płynących strumykach

Kropelki wody rozpryskiwały się na wszystkie strony. Woda w fontannie aż pulsowała światłem, a leżące na dnie nieliczne grosiki błyskały wesoło. Zwykle bez końca mogłam patrzeć na ten spektakl. Choć marmurowa fontanna nijak nie pasowała do naszego małomiasteczkowego parku, to jednak wyjątkowo lubiłam to miejsce. Czasem przychodziły tu mamy z maluchami, niekiedy przysiadła jakaś staruszka. Moi rówieśnicy woleli okupować ławeczki nad stawem, osłonięte przed ciekawskim wzrokiem przez rozłożyste wierzby.

Dziś było zupełnie pusto. Co za idiota siedziałby w parku o siódmej rano w pierwszy dzień wakacji? Sama sobie gorzko mogłam odpowiedzieć na to pytanie. Jakaś część mnie, ta która uwielbiała czytać porady ekspertów od wszystkiego w pisemkach dla nastolatek, a niekiedy i w pismach podbieranych mamie, mówiła: „powinnaś dostrzegać jasne strony, doceniać to, co masz, nie narzekać, nie litować się nad sobą”.

Jednak ta druga, bardziej „moja”, skamlała cicho: " dlaczego wszystko, co złe, przytrafia się właśnie mnie? czy moje życie nie może wyglądać normalnie, jak życie innych nastolatek? dlaczego, dlaczego, dlaczego nie potrafię odmówić?”. Ledwo człowiek przyzwyczaił się nieco do rewolucji w życiu, fundowanej przez dorosłych, którzy nagle postanawiają zmienić swoje życie (SWOJE ŻYCIE! dobre…), a tu kolejny cios. Kiedy rodzice się rozstali, było strasznie. To znaczy strasznie to było przed tym wydarzeniem, bo potem to już w zasadzie spokojnie. Odetchnęłyśmy z mamą, stanęłyśmy na nogi i wtedy pojawił się Piotr.

Najpierw szok i ataki furii. To znaczy, jeden czy dwa ataki — ale przecież jestem w trudnym wieku dojrzewania, więc trochę mnie to usprawiedliwia. A potem, no cóż… Każdy, kto Piotra zna, wie, że nie sposób go nie lubić. To już nie będę takim wyjątkiem. Zdaje się, że na całym świecie nie lubiła go tylko jedna osoba — jego była żona. Chyba wspominałam, że to trochę skomplikowane? Jeśli nie, to już to wiadomo. Widziałam kiedyś tę panią z daleka, ale nawet patrząc z odległości przeżyłam szok — jakim cudem, taki facet jak nasz Piotr związał się z taką… Chciałoby się powiedzieć: dawno i nieprawda.

Ale prawdziwy jest niestety owoc tego związku — czyli Majka. Nie znoszę małych dzieci. To znaczy małe to nawet lubię, ale takie siedmioletnie to masakra. To znaczy nie chłopcy, chłopcy są całkiem ok. Ale dziewczynki! siedmioletnie dziewczynki to koszmar. Ściśle -jedna siedmioletnia dziewczynka to koszmar koszmarów. Całe szczęście, że mieszka daleko, że u nas bywa rzadko, i że jak już bywa, to ja wybywam. I jakoś staram się udawać, że jej nie ma. Proste. Aż do wczoraj. Wczoraj przy kolacji Piotr z mamą oznajmili wspaniałą nowinę, że Majunia przyjedzie do nas na dwa pierwsze tygodnie wakacji. I że oni akurat przypadkowo przez pierwsze trzy dni są masakrycznie zajęci, bo coś tam, coś tam i tralala — nowy, duży i oczywiście superważny projekt, od którego zależy życie nas wszystkich, a może i przyszłość całej planety. Co równa się całe dnie wolne, a to rekompensuje nawet obiady odgrzewane w mikrofali.
No i wszystko byłoby super, gdyby nie mały koszmar, którym mam się zająć. Czemu, czemu na godzinach wychowawczych, kiedy Mantra nawijała o asertywności, wolałam gadać z Werą? Pewnie przeciągałabym się teraz w łóżku, zamiast tkwić jak durna o siódmej rano w pierwszy dzień wakacji przy miejskiej fontannie. Piotr odebrać miał Majkę z pociągu i łapać następny, żeby dojechać do pracy. Z westchnieniem podniosłam się z ławeczki i ruszyłam w stronę pobliskiego dworca. Z daleka już widziałam Piotra stojącego na peronie. Dowlokłam się do niego w momencie, gdy pociąg z Warszawy wjeżdżał na stację. Piotr wziął mnie za rękę, popatrzył w oczy:

— Aga, bardzo ci dziękuję. Przykro mi, że to nie była twoja decyzja, że postawiłem cię przed faktem dokonanym i że psuję ci wakacje.
Bąknęłam coś cicho, że nie ma sprawy, ale chyba zauważył, że się zaczerwieniłam.

— To moja córka — dodał trochę bez sensu — a ciebie traktuję jak córkę. Fajnie by było…
Dalsze słowa zagłuszył pociąg, który z gwizdem zatrzymał się tuż przed nami. Piotr podbiegł do pierwszych drzwi. Otworzyły się ukazując chudą, jasnowłosą dziewczynkę, w krótkich spodenkach i jaskrawozielonej koszulce. Jej buzia była spięta, widać było, że chyba ledwo powstrzymuje się od płaczu. „Co za beksa” pomyślałam. Miała ze sobą tylko mały plecaczek. Ostrożnie wyskoczyła na peron i roześmiała się z ulgą widząc Piotra. Rzuciła mu się na szyję. Z pociągu nikt więcej nie wysiadł. To znaczy nie wysiadł nikt z Mają.

— Nikogo z tobą nie ma, Majeczko? — spytał nagle zdenerwowany Piotr.

— Sama przyjechałam. Trochę się bałam, ale usiadłam obok takiej miłej pani, nawet mi dała cukierka — pochwaliła się mała. Widziałam, że Piotr zaciska szczęki. Nawet naszą oazę spokoju potrafi jednak coś wyprowadzić z równowagi. No proszę.
Na przeciwległy peron wtoczył się pociąg.

— Dziewczyny, naprawdę muszę pędzić. Maja, pamiętasz Agę, prawda? Słuchaj się jej jakby była twoją starszą siostrą, ok?
Aga, dzięki — szybko mnie uścisnął i pobiegł w ostatniej chwili zdążając do pociągu. No i super. Ruszyłam w stronę domu. Mała wlokła się za mną. Plecak wyglądał na lekki, więc nie wyrywałam się, żeby go nieść.

— Nie masz więcej bagażu? — nie wytrzymałam mając nadzieję, że może coś się im pomyliło i to nie dwa tygodnie, tylko dwa dni.

— Mama mi tak zapakowała. Powiedziała, że chyba macie pralkę. Mam koszulkę i majtki na zmianę. I chyba piżamę. Ale Fela się nie zmieściła — dodała prawie z płaczem. — Chciałam wziąć ją po prostu w rękę, ale mama powiedziała, że zgubię, i że już jestem za duża, żeby wozić ze sobą przytulanki. Nie wiem, jak bez niej zasnę — westchnęła.

— A Fela to…? — zapytałam w głupim odruchu współczucia. Pomyślałam jednocześnie o Pimpku leżącym pod moją poduszką i bez którego.....no wiadomo.

— Fela to taka myszka. Dostałam ją kiedyś od dziadka Mietka. To tata taty. Już nie żyje, wiesz — bardziej stwierdziła, niż spytała. Co nieco wiem, ale aż tak historii rodziny Piotra nie znam.

— O rany! fontanna! jaka świetna! Pójdziemy? — zawołała prawie jednym tchem Maja.

— Mało masz fontann w Warszawie? — burknęłam. Ale i ja nie mogłam sobie odmówić przejścia przez placyk.

— Tam, gdzie mieszkam, nie ma żadnej, tylko bloki i bloki. Ale fajnie pluska. Mogę zamoczyć rękę?
Dżizas, o wszystko tak będzie pytać? Inny dzieciak wskoczyłby w butach bez pytania, a ta — czy może rękę zamoczyć. Kto ją wychowuje? Usiadłyśmy na brzegu fontanny i zanurzyłyśmy ręce aż po łokcie. Woda była przyjemnie chłodna, a bąbelki powietrza delikatnie łaskotały.

— Łaaaaa, ale masz fajne paznokcie! — wystrzeliła mała. No, nie da się ukryć, że trochę się napracowałyśmy wczoraj z Wiktorią, tworząc prawdziwe cuda paznokciowej sztuki, żeby uczcić koniec roku. Tak, prezentowały się świetnie oglądane w wodzie, która wyostrzała kolory i dodawała blasku.

— Dobra mała, ustalamy zasady. Nie jestem nianią. Zajmujesz się sobą sama. Masz sobie nie zrobić krzywdy. Jak będziesz głodna, to powiesz, a najlepiej pokażę ci w kuchni co i jak, żebyś sobie mogła brać sama. Będziesz mogła bawić się w ogrodzie i nigdzie więcej nie łazić. Meldujesz się co… powiedzmy co trzy godziny. Jasne? — powiedziałam dość szorstko, żeby od razu uciąć jej ewentualne oczekiwanie, że będę robić za przedszkolankę.
Nic z tego. To moje zasłużone wakacje!
Słońce tańczy w kropelkach rozpryskującej się wody. Wszystko wokół wygląda dokładnie tak, jak dwa tygodnie temu, jakby w tym miejscu, przy „mojej” fontannie, czas stanął w miejscu. Jak to możliwe, bo przecież wszystko się zmieniło. Patrzę ukradkiem na piegowatą buzię Majki zapamiętale wylizującej resztki truskawkowego loda z rozmiękłego już wafelka. Coś ściska mnie w gardle, kiedy czuję drobną łapkę wczepioną w moją dłoń. Ostatni okruszek wafelka znika w buzi. Odwraca się w moją stronę. Wielkie oczy błyszczą, a cała buzia nagle robi się dziwnie spięta.

— Ale będę mogła przyjechać, prawda?

— Oj Majka, daj spokój, przecież już z tysiąc razy powiedziałam, że tak — odpowiadam nieco szorstko. Co się ze mną dzieje? No ja rozumiem, że człowieka wzruszają szczeniaczki ze schroniska. Ale siedmioletnia dziewczynka poznana zaledwie dwa tygodnie temu?

— Ale obiecaj mi. Tak na dużo procentów — głos Majki robi się natarczywy, niespokojny.

— Nawet na sto ci obiecuję Majuś — mówię i bardzo się staram, żeby głos mi nie zadrżał.

— Przywiozę Felę. Tak ją schowam, żeby mam nie znalazła i przywiozę, żebyś zobaczyła. I pokażemy Feli fontannę, bo chyba jeszcze nie widziała żadnej. A nasza jest najładniejsza, prawda? — bardziej stwierdza niż pyta.

Już chcę sprostować, że to przecież „moja” fontanna, ale cos mnie powstrzymuje. Chociaż sama byłam tu z tysiąc razy, a z Majką przychodziłyśmy tu tylko dwa tygodnie, to już wiem, że to miejsce będzie mi się kojarzyła zawsze z Majką i lodami — przełamywanie lodów podczas jedzenia lodów. Tak jakoś. Leniwe popołudnia i długie rozmowy z małą dziewczynką. Gdyby ktoś powiedział mi kilka dni temu, że będę tęsknić do takiego spędzania czasu to zabiłabym go śmiechem. A teraz…….

— Zobacz, tata do nas macha z peronu — wyrywa mnie z zamyślenia Majka.

— Dobra, chyba na nas pora — niechętnie i powoli wstaje i ruszam w stronę stacji. Maja posłusznie człapie za mną, nie wypuszczając mojej dłoni.

— Aga? — przystaje na chwilę słysząc jej cichy głos. Nie muszę patrzeć, żeby widzieć, że po policzkach płyną jej wielkie łzy.

— Co tam znowu? — burczą.

— A czy ja mogę mówić wszystkim, że jesteś moją siostrą? — chlipie, już nawet nie próbując się powstrzymać.

— Oczywiście, głuptasie — odpowiadam i nagle czuje chude ramionka oplatające się w pasie. Przytulam ją najmocniej jak potrafię.

— Ja już teraz wszystkim mówię, że mam najfajniejszą siostrę pod słońcem — pieką mnie oczy, ale przecież ktoś tu musi być starszy i mądrzejszy — i szkoda tylko, że wcześniej się nie znałyśmy. Majeczko, naprawdę musimy się już pospieszyć, bo ktoś pomyśli, że twój tata nadaje ufoludkom jakieś dziwne znaki.

Rzeczywiście, Piotr skakał na peronie i wymachiwał w naszą stronę rękami, niczym wielki semafor. Majka rozpromieniła się.

— Ala teraz już będziemy się spotykać, prawda? Tata powiedział, że nawet bardzo często, że on już tego dopilnuje, jeszcze w pociągu mu o tym przypomnę, i będę dzwonić, i pojedziemy razem na wakacje, i na święta przyjadę, wiesz? — wyliczała jednym tchem podbiegając, żeby mnie dogonić. Pociąg już wjeżdżał na stację.

— Jesteście! — krzyknął Piotr — w ostatniej chwili. Co się stało?

Miałyśmy swoje sisterskie sprawy — powiedziałam i zdążyłam jeszcze ucałować Majkę.

— Trzymaj się siostrzyczko!

Chwilę później siedziałam sama przy fontannie, oszołomiona natłokiem uczuć.- Jak to jest — myślałam — że człowiek sobie żyje, a tu nagle takie bum? Zawsze wydawało mi się, że takie uczuciowe jazdy to tylko, jak człowiek się zakocha. A wystarczy, ze w życie wkroczy na chudych jak patyki nóżkach piegowata siedmiolatka.

Aleksandra Górka

— Lena zaraz się spóźnisz! — usłyszałam krzyki mojego brata z dołu

Niechętnie otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek, 7:30. Zerwałam się z łóżka niczym huragan i najszybciej jak potrafiłam zarzuciłam na siebie wcześniej przygotowane ciuchy. Związałam włosy w luźnego koka i stanęłam przed lustrem. Patrzyła na mnie niska, dość szczupła brunetka z zielonymi oczami. Nie lubiłam tego koloru, odkąd pamiętam zawsze chciałam mieć niebieskie oczy. Z rozmyśleń otrzeźwił mnie kolejny krzyk Jeremiego. Zgarnęłam z biurka torbę i zbiegłam na dół. W kuchni czekał już na mnie talerz ze śniadaniem i kubek herbaty. Uwielbiam herbatę.

— Jedz szybko. Masz 15 minut, na twoim miejscu nie chciałbym się spóźnić na zajęcia w pierwszy dzień szkoły. — Bartek zawsze był tym odpowiedzialnym.

— Przecież wiesz, że się nie spóźnię. — powiedziałam.

Wybrałam numer Stefana i napisałam, że może już wychodzić z domu. Od 3 klasy podstawówki był moim sąsiadem i zarazem najlepszym przyjacielem, wszystko zawsze robiliśmy razem. Poznaliśmy się w pobliskim parku przy fontannie. To było takie moje miejsce, szłam tam zawsze kiedy potrzebowałam pomyśleć lub po prostu pobyć w samotności. Tego dnia miałam naprawdę zły dzień, zmęczona problemami w szkole, kłótniami rodziców usiadłam na ławce przy fontannie i zaczęłam płakać. Podszedł do mnie chłopiec, był w tym samym wieku co ja, miał wtedy 9 lat. Usiadł obok mnie na ławce i próbował mnie jakoś pocieszyć. Sprawiło mu to wiele trudu, bo Stefan jest wyjątkowo beznadziejny w pocieszaniu ludzi, mimo to na mojej twarzy zagościł uśmiech. Teraz jest to nasze wspólne miejsce. Moje i Stefana.

Sprzątnęłam po śniadaniu, założyłam czarne baleriny i wyszłam z domu. Przed moim domem stał przystojny szesnastoletni chłopak. Jego ciemne włosy były postawione na żel, a brązowe oczy spoglądały na mnie spod wachlarzu gęstych rzęs. Ubrany był w białą koszulę, w której odznaczały mu się mięśnie i czarne spodnie od garnituru. Nic dziwnego, że każda dziewczyna się za nim oglądała.

— Cześć Stefan.

— W końcu jesteś. Musimy się pośpieszyć.

Byliśmy już w połowie drogi do szkoły, kiedy zapytał:

— Stresujesz się przed nową szkoła?

— Tak szczerze to nie. Pewnie dlatego, że będę tam z tobą. — skłamałam. Bałam się, w poprzedniej szkole nie byłam lubiana. Jedyną osobą, która spędzała ze mną czas, był mój przyjaciel. Nie było mi z tym aż tak źle, jednak zaczynając naukę w nowej szkole miałam szansę zacząć wszystko od nowa.

Przed nami rozciągał się gmach budynku. Szkoła była ogromna i naprawdę piękna. Elewacja miała kolor cappuccino. Przed nią znajdował się mały park. Były tu ławki, na których siedzieli uczniowie, korzystając z ostatnich chwil wolności. Obok szkoły znajdowały się trzy ogromne boiska. Od piłki nożnej, koszykówki i sportów lekkoatletycznych. Uśmiechnęłam się w duchu już wiem gdzie, spędzę większość czasu. Kierowaliśmy się do masywnych brązowych drzwi, gdy usłyszałam obok siebie ściszony głos.

— Nie kłam. Wiem jak się czujesz i bardzo dobrze cię rozumiem, ale pamiętaj, masz mnie. Zawsze ci pomogę. Tak było, jest i będzie. Wystarczy jeden telefon.

— Wiem, że mogę na ciebie liczyć. Nigdy w to nie wątpiłam, ale skąd wiesz, że kłamię? — zapytałam. Chłopak uśmiechnął się pokazując dołeczki. Lubię, gdy się uśmiecha.

— Zawsze jak kłamiesz, to marszczysz nos i mrużysz oczy. Wyglądasz wtedy naprawdę zabawnie.

Stefan, chcąc odtworzyć moją minę, zwrócił na siebie uwagę ludzi z całego korytarzu. Gdyby nie przestał popłakałabym się ze śmiechu. Skierowaliśmy się do sekretariatu. Nie trudno było znaleźć to miejsce. Drzwi znajdowały się obok głównego wejścia.

Za biurkiem siedziała szczupła blondynka z miłym wyrazem twarzy. Na początku nie zwróciła na nas uwagi, ale po chwili spojrzała się w naszą stronę i szeroko się uśmiechnęła.

— Dzień dobry. Przyszliśmy po rozkład zajęć. Mam na imię Lena Wójcik, a to jest Stefan Piątek.

Kobieta skinęła głową i ciągle się uśmiechając, podała nam plany lekcji i małą mapkę szkoły. Podziękowaliśmy i opuściliśmy pomieszczenie. Teraz na korytarzu nie było już nikogo. Dopiero teraz przyjrzałam się dokładnie wnętrzu szkoły. Podłoga była gumowa, na ścianach w kolorze jasno zielonym wisiało dużo tablic informacyjnych, zdjęć i półek z pucharami. Gdy chciałam obejrzeć pierwsze zdjęcie, które wisiało obok sekretariatu przerwał mi Stefan.

— Lena wszyscy są już w klasie. Ja mam udać się do klasy z numerek 22, ty też? — spojrzał na mnie oczami pełnymi zniecierpliwienia.

Spojrzałam w dół na swoje ręce i powoli otwierałam kartkę. Bałam się, nie chciałabym być w innej klasie niż Stefan nie wiem czy bym sobie z tym poradziła. Zawsze jesteśmy razem. To, co przeczytałam na swojej kartce, rozwiało wszystkie obawy.

— Ja też. Idziemy? — uśmiechnęłam się i korzystając z małej mapki, szłam w stronę klasy.

Spokojnie mogę stwierdzić, że korytarze w tej szkole są niczym labirynt. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie sknociła. Zgubiliśmy się. Zamiast przed salą z numerem 22 stanęliśmy przed salą gimnastyczną.

— No nie. Nawet z mapą w ręce nie potrafię trafić do klasy.

— Daj, teraz ja poprowadzę.

I rzeczywiście, Stefan dużo lepiej sobie z tym poradził, po dwóch minutach staliśmy przed salą. Chłopak zapukał i otworzył drzwi, ja weszłam za nim. Wszystkie pary oczu skierowały się na nas nie wyliczając nauczycielki, która nie miała zbyt przyjaznej miny. Mało tego było naprawdę zła, a jej twarz przybrała wściekle czerwony kolor. Powstrzymałam wybuch śmiechu i grzecznie przepraszając usiadłam w wolnej ławce.

Po czterdziestu minutach monologu nauczycielki, panny Marczak wyszłam z klasy.

— To było najgorsze czterdzieści minut w moim życiu. Ona nawet na minutę nie zamknęła ust.

Skręciliśmy w prawo w stronę drzwi wyjściowych. Otworzyłam drzwi i odetchnęłam świeżym powietrzem.

— Daj spokój, już wiadomo kogo będzie gnębić przez kolejne trzy lata. Jakoś nie przypadłam jej do gustu.

— Dlatego mam pomysł. Wybierzesz się teraz ze mną na lody, tak dla poprawy humoru. Oczywiście ja stawiam. Co ty na to?

— Jestem jak najbardziej za!

W niecałe 10 minut byliśmy przed lodziarnią. Wybrałam sobie czekoladowo-śmietankowe lody, a Stefan wziął truskawkowe. Kiedy już zapłacił wyszliśmy z pomieszczenia. Nogi poniosły nas w tak dobrze znane nam miejsce. Usiedliśmy na ławce i wsłuchiwaliśmy się w szum wody z fontanny. Mogłabym tak spędzić resztę życia. Niestety, powoli robiło się ciemno i trzeba było już wracać. Cała drogę powrotną spędziliśmy na wspominaniu dawnych czasów.

Pożegnałam się z Stefanem i weszłam do domu. Nie zdążyłam zdjąć butów a już obok mnie stał Bartek.

— I jak tam pierwszy dzień w nowej szkole? Opowiadaj.

— Opowiem wszystko, ale najpierw herbatka.

Kiedy mój brat poszedł wstawić wodę na herbatę, pobiegłam na górę przebrać się w jakieś wygodniejsze ciuchy. Założyłam luźną bluzkę oraz dresy i zeszłam na dół. W salonie czekał już na mnie Bartek opowiedziałam mu wszystko w jak najdrobniejszych szczegółach. Wydawał się zainteresowany tym, co mówię.

Gdy skończyłam była godzina 21. Zmęczona całym dniem poszłam do swojego pokoju, wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka.

Znowu to samo. Ogień. Dym. Rodzice. W oddali słychać syrenę strażacką. Z trudem przedarłam się przez ogień, z sufitu spadały palące się deski. Nigdzie nie widziałam rodziców i Bartka.

— Mamo, tato! Bartek! Odezwijcie się! — krzyczałam ile sił w płucach.

Zaczęłam kasłać, dusiłam się. Nie mogłam dalej szukać, upadłam. Dym robił się coraz gęstszy. Wydaje mi się, że zemdlałam, jednak słyszę, że ktoś mnie woła. Chcę krzyknąć, gdzie jestem, ale nie mogę…

— Lena! Obudź się, to tylko sen. Nic się nie dzieje. Słyszysz? Obudź się.

Nade mną stał mój brat. Gdy zobaczył, że się obudziłam, położył się obok i mocno mnie przytulił. Dopiero teraz bariera puściła. Płakałam jak małe dziecko.

— Nie płacz już, uspokój się. Jutro o tym porozmawiamy, a teraz śpij.

— Bartek. — wyjąkałam. — Zostaniesz ze mną?

— Jasne, że tak. Śpij.

Gdy się obudziłam była godzina 10:00. Bartka już nie było, pewnie pojechał do pracy. Za oknem świeciło słońce, a na niebie nie było widać ani jednej chmurki. Ubrałam się w czarne legginsy i białą bluzkę. Włosy zostawiłam rozpuszczone, założyłam tylko soczewki i zeszłam na dół. Starałam się uśmiechać, nie chcę wracać do tego, co było. Chcę zapomnieć, a gdy już mi się udaje, to te wspomnienia przypominają mi o sobie w snach.

Wyjęłam telefon i napisałam do Stefana; „Spotkajmy się dzisiaj o 15:00, tam, gdzie zawsze. Potrzebuję cię. ‘’.

Skierowałam się w stronę kuchni i wstawiłam wodę na herbatę. Po drodze zgarnęłam miskę, płatki, mleko i usiadłam na kanapie przed telewizorem. Włączyłam pierwszy lepszy program i zaczęłam jeść. Gdy skończyłam jeść, sprzątnęłam talerz i zrobiłam sobie herbatę.

Mogłabym tak leżeć do końca dnia, niestety musiałam wstać. Miałam godzinę do spotkania ze Stefanem. Wyłączyłam więc telewizor i pobiegłam na górę. Przebrałam się w białe spodnie, fioletową bluzkę i czarną skurzaną kurtkę. Jeszcze tylko lekki makijaż i byłam gotowa. Zgarnęłam telefon, włożyłam białe trampki i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi.

W podskokach dotarłam do furki i skręciłam w prawo. Było naprawdę ciepło, lubię taką pogodę. Na końcu ulicy skręciłam w lewo. Już z tej odległości widziałam Stefana. Pobiegłam w jego kierunku i zasłoniłam mu oczy.

— Lena, wiem, że to ty.

Odwrócił się i szeroko uśmiechnął. Od razu poprawił mi humor. Usiedliśmy na ławce. Mój przyjaciel spojrzał na mnie z troską.

— To o czym chciałaś porozmawiać? Przestraszyłem się.

— Znowu miałam ten sam koszmar. Wiesz jak ja za nimi tęsknię? — wychlipałam.

— Spokojnie, nie płacz. Wiem, że jest ci trudno. Nie potrafię tego naprawić. Nikt nie naprawi, ale jestem przy tobie i zawszę ci pomogę.

— Dziękuję, naprawdę. Tak wiele dla mnie robisz, cieszę się, że ciebie mam.

— Nie masz za co dziękować. Kocham cię.

Przytuliłam się do niego, jest najlepszym przyjacielem jakiego mogę sobie wymarzyć. Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie słuchając szumu wody. Tak, ja też go kocham.

Katarzyna Osińska, Katarzyna Osińska

— Co robisz?! — krzyczę na Sally, kiedy ta ściąga ze mnie kołdrę

— Jak to, co?! Do szkoły wstawiaj!

— A która jest godzina?

— 7:20.

— Co?! Budzik nie zadzwonił?

— No to już szybko ubieraj się bo nie zdążysz. A ja w tym czasie zrobię ci śniadanie — mówi Sally — nasza pomoc domowa. Lubię ją, jest dla mnie jak babcia.

Z wielką przykrością podnoszę się z mojego ciepłego łóżeczka. Miałam taki piękny sen. Śniło mi się, że… byłam nad morzem, szłam plażą. Było tak cicho i spokojnie, słyszałam tylko szum wody. Nagle taka rozmarzona potknęłam się, ale nie upadłam, tylko poczułam, jak silne ramiona bronią mnie przed upadkiem. Chłopak był piękny. Znaczy.. przystojny rzecz jasna. Podniosłam głowę do góry, by zobaczyć, kto jest moim wybawicielem. I w tym momencie ujrzałam jego czarne oczy. Piękne oczy. Był wysokim, umięśnionym brunetem. Na wewnętrznej części nadgarstka dostrzegłam tatuaż. Nie wiem dokładnie, co to był tatuaż, ale wiem że były to jakieś cyferki. Nasze twarze były coraz bliżej siebie. Poczułam motylki w brzuchu. Zamknęłam oczy i już miałam poczuć jego usta na swoich wargach.. No i tu kończy się moja bajka. Szara rzeczywistość wita! No ale fajnie było pomarzyć. Bo wiem, że to się nie wydarzy naprawdę. Tak więc biorę bieliznę i przygotowane ubrania i idę do łazienki. Ubieram się i lekko maluję. Staję przed lustrem i stwierdzam, że wyglądam w miarę dobrze. Nie licząc, oczywiście, moich „boczków”. Zrzuciłabym parę kilogramów. Byłabym szczuplejsza i lepiej bym się z tym czuła. Mam na sobie białe rurki, szarą bluzkę i dżinsową kurtkę, na nogach mam białe trampki. Moje długie, proste, blond włosy zostawiam dzisiaj rozpuszczone, a niebieskie oczy podkreśliłam tuszem do rzęs. Tak więc już gotowa zbiegam na dół i kieruję się do kuchni. Przy stole siedzi moja młodsza siostra — Emily. Mówią, że z charakteru jesteśmy jak dwie krople wody, ale z wyglądu jesteśmy nie podobne. Siostra jest drobną sześciolatką. Ma brązowe włosy i zielone oczy. Kocham ją i uwielbiam z nią przebywać. Często bawię się z nią albo zabieram ją do parku na plac zabaw. Spojrzałam na zegarek, a tam już 7:35! Za pięć minut mam autobus! Łapię jabłko i biegnę na przystanek. Biegnę ile sił w nogach i już prawie jestem, widzę autobus i macham, żeby na mnie zaczekał. Ale niestety bezskutecznie. Autobus odjechał. Tak więc czeka mnie spacerek do szkoły. Bez wątpienia spóźnię się na pierwszą lekcję. Pierwszą lekcję mam z moją wychowawczynią, a ona nie lubi spóźnialskich. No cóż, będę musiała się jakoś wytłumaczyć. Do szkoły wchodzę o godzinie 8:10. Idę do szafki zostawiam książki i biorę ze sobą te potrzebne mi na matematykę. Pukam do drzwi i wchodzę do klasy.

— Dzień dobry! Przepraszam za spóźnienie.

— Dzień dobry. — odpowiada pani Green, krzywo na mnie patrząc.

— Dlaczego się spóźniłaś, Melany?

— Zaspałam i nie zdążyłam na autobus — przyznałam cicho.

— Dobrze, zajmij swoje miejsce — dodała nauczycielka.

Kieruję się do ostatniej ławki pod oknem i siadam obok Nicol — mojej najlepszej przyjaciółki. Jest ona wysoką blondynką, jesteśmy prawie takie same, tylko ona ma kręcone włosy. Znamy się od przedszkola i wiemy o sobie wszystko. Ufam jej bezgranicznie. Nie mam problemu z matematyką, tak więc jak zostałam wezwana do tablicy, bez problemu rozwiązałam zadanie. Matma dobiega końca i udaję się na drugą lekcję. A jest nią chemia. Nienawidzę tego przedmiotu. Nie rozumiem, a ostatniego tematu to już w ogóle. Ale to nic będę musiała, jak zawsze siedzieć i udawać, że wszystko rozumiem. Jak na złość musiała być kartkówka. Nic nie umiem, więc będzie jedynka. Trudno, poprawię nie mam innego wyjścia. Po tej jakże męczącej lekcji udałam się z Nicol na stołówkę. Ja wzięłam sałatkę i sok pomarańczowy. Moja przyjaciółka wzięła frytki z ketchupem i także, sok ale jabłkowy. Zabierając posiłek, udałyśmy do naszego stałego stolika, gdzie zawsze tam siadamy. Do nas dosiedli się jeszcze Sam i James. Gadali o jakieś imprezie. Nicol była zainteresowana, ja szczerze mówiąc, nie za bardzo przepadam za imprezami. Wiem, że ma się odbyć dzisiaj, a później już nie słuchałam o czym mówią. Ocknęłam się jak James i Sam wstawali i odchodzili, ustalając coś jeszcze miedzy sobą.

— Jeju, jak on na ciebie patrzył! — krzyknęła uradowana Niki.

— Kto? –zapytałam zmieszana.

— No Sam!

— Ale jak się niby patrzył? — odparłam z irytacją w głosie.

— Widać, że mu się podobasz.

— Sądzę że, wymyślasz.

— Nie prawda. A tak w ogóle to idziesz na tę imprezę? — zmieniła temat koleżanka.

— Wiesz co, chyba nie pójdę.

— Co?! No chyba żarty sobie robisz?! Idziemy i koniec kropka.

— Ale wiesz, że nie przepadam za takimi spotkaniami..

— Będzie fajnie, zobaczysz. Przyjdę po ciebie o 18.

— Dobra, pójdę. A gdzie ona jest?

— No i super. Zobaczysz, nie będziesz tego żałowała! Odbędzie się u Sama w domu.

— Zobaczymy… A tak właściwie, to z jakiej okazji jest dzisiaj ta impreza?

— No Mel! Przecież dzisiaj jest piątek trzynastego!

— Aa, okey. Ja tam nie wierzę w takie rzeczy.

Zadzwonił dzwonek i musiałyśmy zakończyć nasze pogawędki. Udałyśmy się na następną lekcję — historię. Mam nadzieję, że mnie nauczyciel nie zapyta, bo nic nie umiem. Siadam z przyjaciółką w naszej ławce i przygotowujemy się do lekcji. Pan Martin sprawdza listę obecności, po czym wybiera osobę do odpowiedzi. Trzymam kciuki, żeby to nie mnie zaprosił do tablicy.

— Melany Sparks. Proszę do odpowiedzi — historyk zwrócił ku mnie twarz.

Świetnie. Jestem w dołku. Znowu dostanę słabą ocenę. Muszę bardziej wziąć się do roboty. Z moimi ocenami jest coraz gorzej. Poszłam pod tablicę. Wydukałam coś tam i dostałam słabą dwóję. Lekcja minęła. Kolejne dwie to wychowanie fizyczne. Znowu gramy w koszykówkę. Nie lubię w nią grać, chociaż mój wuefista uważa, moje 175 centymetrów i umiejętności stwarzają dobre warunki do gry. Ja tam wolę siatkówkę. No ale nic, ja się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Lekcje minęły szybko i przyjemnie, pomijając fakt, że dostałam piłką w głowę i będę pewnie miała guza. Na szczęście to były moje ostatnie lekcje i mogę iść do domu. Jednak pomimo tego, że jest wrzesień, nadal panoszy się lato i korzystając z tego, mam zamiar wybrać się po szkole do mojego miejsca. Chodzę tam jak jest mi wesoło i dobrze, ale też jak jest mi smutno i źle. Pamiętam, jak kiedyś w podstawówce pokłóciłam się z mamą i zła przybiegłam, nie wiem dlaczego, właśnie tam. Od tego momentu przychodzę tam tak często, jak to jest możliwe. Jest to pobliska fontanna w parku. Może nic nadzwyczajnego, ale ja mam wielki sentyment do tego miejsca. Wychodzę ze szkoły i zaczynam weekend! Żegnam się z Nicol i idę od stresować się po tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało. Mam nadzieję, że już nic złego mnie nie spotka. Kieruję się na promenadę, po czym siadam przy fontannie i wyciągam z plecaka dopiero co zakupioną książkę i zaczynam ją czytać. Lubię oglądać filmy, ale jednak bardziej wolę czytać książki. Mam ich mnóstwo, a niedawno kupiłam nową. Książka jest bardzo ciekawa. Czytam sobie w spokoju, aż nagle… Nie wiem jak to się stało, znalazłam się w wodzie! Wstaję cała mokra, moja książka nie nadaje się do użytku! Jestem bardzo zła!

— Nic ci nie jest? Może ci pomóc? Bardzo cie przepraszam, zagapiłem się — słyszę słowa przerażonego chłopaka.

— Zagapiłem się?! — odpowiadam podwyższonym tonem. — Widzisz co narobiłeś?! Jestem cała mokra i moja książka też!
Jak można być tak nie uważnym?! — krzyczę.

— Spokojnie, złość piękności szkodzi. A książkę mogę
ci odkupić — odpowiada młodzieniec.

— Jesteś bezczelny!

Podnoszę się i odwracam głowę w stronę tego, kto mi to zrobił! Widzę wysokiego, umięśnionego bruneta, patrzy na mnie pięknymi, czarnymi oczami. Mam wrażenie, że gdzieś go już widziałam. Spostrzegam nagle, że chłopak mi się. Oczywiście, mam na sobie białe spodnie i one są teraz mokre, więc widać moje majtki w różowe serduszka. Jestem bardzo zawstydzona.

— Jestem Jake, a ty? — chłopiec przedstawił się i wyciągnął rękę.

— Melany.

— Naprawdę nie widziałem cię gdy jechałem rowerem.

— Spoko. Nic się nie stało — wymuszam uśmiech.

— Jesteś cała mokra, weź moją bluzę — proponuje Jake.

— Nie dziękuję, mieszkam niedaleko.

— Na pewno?

— Tak. Muszę już iść.

— Przepraszam jeszcze raz. Muszę już iść, cześć. — wyciąga do mnie rękę na pożegnanie.

— Nic się nie stało, cześć. — spojrzałam na jego nadgarstek i zamarłam. Przecież to niemożliwe! Teraz już wiem, skąd znam tę twarz! Czy sny mogą się spełniać? W drodze do domu ciągle o tym myślę. Myślę, że to był czysty przypadek i niemożliwa jest taka sytuacja. Przecież sny się nie spełnią. To nie jest żaden film tylko życie.

Dotarłam do domu, zdjęłam moje mokre ciuchy i weszłam pod prysznic. Muszę zacząć przygotowywać się na imprezę. Postanowiłam, że założę sukienkę. U góry jest świetnie dopasowana, a na dole rozkloszowana. Do tego czerwone dodatki, czyli szpilki i torebka. A włosy zakręcę. Idę do kuchni i widzę gotującą Sally. Moja mama jak zawsze jest w pracy. Pracuje bardzo dużo odkąd mój tata zginął w wypadku. Pijany kierowca zderzył się czołowo z samochodem mojego ojca. Oczywiście pijanemu kierowcy nic się nie stało, a mój tata walczył o życie w szpitalu przez kilka godzin, niestety przegrał tę walkę. Nawet nie zdąrzyłam się z nim pożegnać. Było to trzy lata temu, miałam wtedy czternaście lat. Bardzo wszyscy przeżyliśmy to zdarzenie. Ja tatę jeszcze pamiętam, ale Emily miała wtedy zaledwie trzy lata. Żałuję, że siostra i nie poznała dobrze naszego tatę. Był on świetnym człowiekiem.

Zjadłam przygotowany posiłek i poszłam do swojego pokoju, aby dokończyć przygotowania. O godzinie 17:30 z zadowoleniem popatrzyłam w lustro. Już po kilku minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Stała przede mną Nicol. Była ubrana w czerwoną spódnicę i czarną bluzkę bez ramion. Włosy wyprostowała. Wyglądała bardzo ładnie.

— Cześć! Wyglądasz świetnie.

— Cześć, ty też wyglądasz bardzo ładnie.

— Dzięki. Zatem chodźmy już.

— Okey. Muszę ci coś jeszcze powiedzieć.

— Co się takiego stało?

— Pływałam w fontannie.

— Ha ha, jak to?

— Siedzę sobie, czytam książkę i nagle ląduję w wodzie razem z moją książką. Jakiś palant jechał rowerem i wjechał we mnie. Wszystko ze szczegółami opowiedziałam przyjaciółce.

Dotarłyśmy na imprezę, wzięłyśmy sobie do picia colę z lodem i poszłyśmy do znajomych. Sam poprosił mnie do tańca. Przetańczyłam z nim prawie całą noc. Do domu wróciłyśmy dość późno. Przyjaciółka miała u mnie nocować. W sumie dobrze się bawiłam.

Sobota i niedziela minęły szybko, za szybko, nic ciekawego się nie działo. A teraz znowu jest poniedziałek. Nie lubię poniedziałków. Jestem już pod szkołą, wysiadam z autobusu. Podbiega do mnie Niki.

— Hej! Mam wiadomość — przywitała mnie radośnie.

— Hej! Jaką? — pytam.

— Do naszej klasy ma dojść jakiś nowy chłopak. Mam nadzieję, że jakiś przystojny.

— Ha ha. Zobaczymy.

Zadzwonił dzwonek i udałyśmy się na geografię. Zajęłyśmy nasze miejsca. Z ławki spadł mój piórnik. Był rozpięty i jego zawartość wysypała się pod ławkę. Gdy ja zbierałam rzeczy pod ławką do klasy weszła pani Green, zaraz po niej jakiś chłopak.

— Dzień dobry.- powiedziała moja wychowawczyni. — chciałabym wam kogoś przedstawić. To jest nowy uczeń, który od dziś będzie uczył się w naszej klasie. Przedstaw się proszę. — zwróciła się do chłopaka.

— Mam na imię Jake.

Gdy usłyszałam jego imię, uderzyłam głową w ławkę. Przecież to nie może być znowu on, pewnie to zbieg okoliczności.

— Co ty robisz? — zapytała mnie Niki.

— Nic, walnęłam się w głowę, już wychodzę.

Powoli podniosłam się i spojrzałam w kierunku wychowawczyni. To był on. Poznał mnie. Uśmiechnął się lekko na mój widok.

— Niki — szepnęłam do przyjaciółki

— Co?

— To on.

Czy to możliwe, że mój sen się spełni..?

Wiktoria Sadowska

Budzik zadzwonił o 6.30. Wstałam i podeszłam do lustra, ujrzałam w nim szczupłą blondynkę z zielonymi oczami i pomalowanymi na granatowo paznokciami u rąk

Przebrałam się, a ponieważ był to koniec roku, założyłam czarną spódnicę przed kolano i białą bluzkę. Następnie zeszłam na dół i zjadłam moje ulubione płatki musli z mlekiem

— Grece, wstałaś? — zapytała moja mama, szykująca się do pracy.

— Tak. Zrobić Ci herbatę? — zapytałam.

— Tak, poproszę — odpowiedziała.

Gdy zrobiłam herbatę poszłam na górę do łazienki, żeby umyć zęby i zrobić makijaż. Wychodząc udałam się w stronę pokoju, siadłam na łóżku i sprawdziłam telefon.

Była wiadomość od Courtney :

Ja już jestem w szkole. O której będziesz? Czekam. Ben też już jest, zajmę miejsca 2 rządki za nim.

Odpowiedziałam:

Ja będę o 7.30. Dziękuję.

Po tej wiadomości poszłam do łazienki i nałożyłam jeszcze jedna warstwę tuszu na rzęsy i błyszczyk w bardzo delikatny różowym kolorze.

— Grece ja już wychodzę. — krzyknęła mama.

— Jeszcze chwila, już schodzę. — odpowiedziałam.

Po tych słowach pobiegłam do pokoju, wzięłam mała torebkę włożyłam, do niej telefon, gumy do żucia klucze, perfumy i oczywiście błyszczyk. Zbiegłam na dół założyłam baleriny, w ręku trzymając butelkę z wodą mineralną. Nie brałam żadnej kurtki, ponieważ było ciepło. Mama podwiozła mnie pod szkołę. Uradowana pożegnałam ja i udałam się w stronę wejścia głównego. Wchodząc ktoś złapał mnie za rękę to był Alex.

— Cześć Grace — powiedział.

— Cześć Alex! Jak tam?

Podekscytowany jeszcze tylko kilka godzin i pojedziemy na obóz letni? — zapytałam?

— Powiem Ci że nie mogę się doczekać, w nocy nie mogłem spać, bo czekałem na budzik. — odpowiedział.

— Ja też. Słuchaj musze iść, bo Courtney zajęła mi miejsce — powiedziawszy to poszłam w stronę Sali, gdzie miał odbyć się apel z okazji zakończenia roku szkolnego.

Weszłam i wyjęłam telefon z bocznej kieszeni torebki. Zerknęłam, która godzina i napisałam do Courtney widomość:

— Już jestem, stoję w drzwiach. Wstań żebym wiedziała gdzie iść.

Nie odpowiedziała mi, ale i tak widziałam gdzie iść, poznałam ją po włosach, były długie ciemnobrązowe i na czubku głowy spięty był niedbale kok, a reszta włosów była rozpuszczona. Podeszłam i złapałam ja za ramię.

— Cześć Courtney.

— Cześć, nie uwierzysz czego się właśnie dowiedziałam. Emma zerwała z Benem! — powiedziała to z wielkim uśmiechem na ustach.

— Jak to? Kiedy? Gdzie? — z niedowierzaniem patrzyłam na nią.

— Tak. Podsłuchałam jak dziewczyny z 11 klasy rozmawiały o nich w łazience. I podobno Ben też jedzie na obóz letni tak jak my.

— Jak ona mogła! Tylko kretynka zerwała by z tak przystojnym, miłym chłopakiem, jakim jest Ben. Poza tym ona nawet nie zasługiwała na niego — mówiłam to z przekonaniem.

— Ben podobno oskarżył ją o zdradę z Danielem. Tak, tym Danielem.

— Przecież Ben i Daniel nawet nie rozmawiali ze sobą.

Po naszym długim obgadywaniu wreszcie przyszła pani dyrektor i dawała nam wykład na temat bezpiecznych wakacji. Zajęło jej to prawie 2 godziny. Gdy skończyła, wielkim tłumem ruszyliśmy do wyjścia i każdy podążał w stronę swojej klasy. Nasza znajdowała się na piętrze. Gdy weszłyśmy, wychowawczyni przywitała nas z wielkim uśmiechem na ustach i powiedziała Dzień dobry wszystkim! na co odpowiedzieliśmy jej tym samym.
Co chwilę ktoś pukał do drzwi i wręczał pani Morgan kwiatek, najczęściej były to osoby z ostatnich klas, które w tym właśnie roku kończyły szkołę. Gdy wszystko ucichło i nieustanne pukanie do drzwi się skończyło, pani Morgan zaczęła rozdawać świadectwa. Mój numerek w dzienniku był uważany za pechowy, ponieważ była to 13. Nie wiem, dlaczego wszyscy tak uważali. Gdy wróciłam do domu poszłam do kuchni zrobić obiad. Wymyśliłam, że zrobię spaghetti. Około godziny 18, gdy mama wróciła, poszłam do pokoju sprawdzić, czy na pewno mam wszystko spakowane. Około 20 położyłam się wykąpana i zaczęłam pisać z Courtney. Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam. Rano alarm zadzwonił o 5. Miałam 30 minut, żeby się wyszykować. Ubrałam się tak, żeby było mi wygodnie czyli legginsy, różowy T-shirt i czarne Nike do biegania. To było najwygodniejsze połączenie na 5 godzinną jazdę autokarem. W mgnieniu oka udało mi się pomalować i rozczesać włosy. Na nadgarstek założyłam kilka gumowych bransoletek z nazwami firm sportowych.

Nagle usłyszałam, że mój telefon zabrzęczał, to była wiadomość od Alexa:

— Gdzie jesteś? Czekam przed domem.

Odpowiedziałam:

- Już chwilkę! Muszę jeszcze wstąpić do łazienki.

Szybko poszłam do łazienki umyć zęby. Pożegnałam mamę i podziękowałam za kanapki. Przed domem zobaczyłam samochód taty Alexa. Zdziwiłam się, że nas podwozi, bo zwykle o tej porze spał zmęczony po pracy. Gdy podjechaliśmy Alex szybko wysiadł z auta i otworzył mi drzwi. Nie prosiłam go o to. Courtney stała i ze zdziwieniem patrzyła na otwierającego mi drzwi Alexa. W autokarze usiadłyśmy dość blisko, żeby słyszeć o czym Ben rozmawia ze swoimi kolegami.
Przez całą drogę Courtney musiała słuchać jak bardzo jestem zakochana w Benie. Gdy dojechaliśmy na miejsce było około godziny 9. Wychodząc z autokaru ujrzeliśmy piękny widok na las i jezioro. Nasz drużynowy postanowił, że dobierzemy się w pary i pobawimy się w chowanego. Wyjął powycinane karteczki w pudełeczku i kazał chłopakom losować parę do zabawy. Pierwszy raz zrozumiałam, żemoją13.nie jest pechową liczbą, ponieważ Ben wylosował właśnie MNIE! Cieszyłam się jak głupia na samą myśl, że to ja mam się z nim razem chować.

— Courtney. Nie uwierzysz, co mi się właśnie przydarzyło — powiedziałam z zachwytem.

— Co takiego? — zapytała.

— Ben wylosował właśnie mnie.

— Skąd wiesz? — zapytała zdziwiona.

— Bo słyszałam jak na głos wymawia moje imię i nazwisko. Grace Collins to tak pięknie zabrzmiało w jego ustach.

— Niemożliwe — odrzekła.

Po chwili rozmawiania podszedł do nas wysoki, wysportowany brunet, z pięknym uśmiechem, brązowymi oczami. Ubrany był w siwą koszulkę z krótkim rękawem, brązową skórę, ciemno niebieskie dżinsy i powiedział:

— Cześć. Jestem Ben. A ty pewnie jesteś Grace Collins? — powiedział to z uśmiechniętym półgębkiem.

— Tak. Cześć. No więc … — nie dokończyłam zdania, bo przerwał mi Alex.

— Cześć Courtney. To, co gdzie się chowamy.

Courtney nie odpowiadając poszła za Alexem.

— Tak więc Grace, gdzie idziemy się schować? — zapytał Ben.

— Może w stronę tamtej dróżki? — zaproponowałam.

— Dobrze. Ale musimy raczej biec, bo połowa już się schowała. — stwierdził.

Biegł pierwszy, szybko, jak na rozgrywającego przystało, tylko co chwile oglądał się za mną czy nadążam. Biegłam ledwo, ale nie chciałam wyjść na ofermę. Na końcu tej dróżki była przepiękna fontanna, chyba odnowiona, bo wszystko wyglądało na świeże. Usiedliśmy na ławce i rozglądaliśmy się, czy nikt nas nie śledził.

— Więc. Jesteś o rok młodsza ode mnie? — zapytał.

— Tak. — odpowiedziałam

— Co najbardziej lubisz robić? — zapytał z uśmiechem na ustach.

— Tak najbardziej to chyba lubię robić zdjęcia.O, nie zgadłbym. A najbardziej czemu lubisz robić zdjęcia? — zapytał ponownie.

— Wszystkiemu ludziom, przyrodzie, pogodzie. A ty co najbardziej lubisz robić? — zapytałam z lekkim uśmiechem.

— Tak jak prawie każdy lubię grać na konsoli.

— Dlaczego tak na mnie patrzysz?

— Bo masz bardzo ładne, błyszczące, zielone oczy. — powiedział ze szczerym uśmiecham.

— Dziękuję. — powiedziawszy to czułam, że się rumienię.

Siedzieliśmy na ławce ponad dobra godzinę, rozmawiając,
aż w końcu ktoś nas znalazł i powiedział, że skończyli szukać już prawie 15 minut temu, a nas nie było. Przyszliśmy jako ostatnia para. Wszystkie oczy były wpatrzone tylko w nas. Najbardziej zasmuciła mnie mina Alexa. Wydawał się przygnębiony. Pożegnałam się z Benem a on zasugerował abyśmy spotkali się jeszcze raz wieczorem, kiedy będziemy mieli godzinna przerwę. Podeszłam do Alexa.

— Wszystko w porządku? — zapytałam.

— Nie nic nie jest w porządku. Nie widzisz tego Grace,
ja jestem w tobie zakochany po uszy! — powiedział ze złością.

W tym momencie zrobiło mi się słabo i upadłam na ziemię. Słyszałam tylko głos Alexa, który wola o pomoc. Widziałam nade mną rozmazane twarze Bena, Courtney. Do godziny 14 spałam w naszym pokoju. Otwierając oczy, widziałam przerażonych Courtney i Alexa.

— Courtney — powiedziałam szeptem.

— Tak kochana? Lepiej się już czujesz? — zapytała troskliwie.

— Tak już tak. Mogłybyśmy porozmawiać we dwie? — zapytałam.

W tym momencie Courtney wyprosiła Alexa z pokoju.

— Mow, jesteśmy tylko we dwie. — powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy.

— Tuż przed moim upadkiem Alex wyznał mi miłość. — powiedziałam zasmucona.

— To chyba dobrze?

— Właśnie nie. Ja znam Alexa od dziecka, od przedszkola. 
Nie mógł być moim chłopakiem.

— Dlaczego? — zapytała zdziwiona.

— Ponieważ to mój najlepszy kumpel. Nie mam innego takiego.

W tym czasie usłyszałyśmy pukanie do drzwi.

— Kto tam? — zapytała Courtney.

— To ja Ben, przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z nią okey.

Courtney wypuściła Bena do pokoju, a sama wyszła.

— Jak się czujesz? — zapytał troskliwie, chwytając mnie za rękę.

— Dobrze. Szczerze nie spodziewałam się, że tu przyjdziesz.

— A dlaczego nie, martwiłem się o ciebie. Jak zanosiłem cię do pokoju byłaś strasznie blada. I chciałem sprawdzić, czy wszystko jest okey. — powiedział uśmiechając się do mnie szeroko.

— Miło z twojej strony.

— Może dzisiaj odpuśćmy sobie wizytę? — zasugerował.

— Jak chcesz, ale ze mną już wszystko jest dobrze i nie ma najmniejszego kłopotu, żebym się zjawiła.

— A więc do 17? — zapytała

— Tak. Do zobaczenia o 17. Już nie mogę się doczekać.

Złapał mnie za dłoń i po chwili wyszedł, a ja zerwałam się z łóżka i poszłam rozpakować walizkę, szukając przy tym ubrań na randkę. Zawołałam Courtney, aby mi pomogła dobrać strój. Ostatecznie założyłam sukienkę w kolorze lawendy i sandały wiązane na kostce. Wychodząc, Courtney życzyła mi powodzenia. Dochodząc, na miejsce spotkania, ujrzałam ubranego w dżinsy i niebieską koszulę chłopaka, który trzymał w ręku mały bukiet tulipanów.

— Ciekawe, skąd on wiedział ze to moje ulubione kwiatki? — pomyślałam

— Cześć — powiedziałam z uśmiechem na ustach.

— Hej. Już myślałem, że nie przyjdziesz. Proszę to dla ciebie — Ben uśmiechnął się kątem ust.

— Dziękuję są śliczne. Skąd wiedziałeś, że to moje ulubione kwiaty? — zapytałam zdziwiona.

— Intuicja mi podpowiedziała.

Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Wyjęłam go i sprawdziłam wiadomość od Courtney:

— Słuchaj, mam złą wiadomość. Alex poszedł Cię szukać. Pytał gdzie jesteś ale mu nie powiedziałam. Nie wiem, co od ciebie chce, ale lepiej uważaj, bo coś mówił, że niby go zdradzasz.

Ja, przerażona po przeczytaniu wiadomości powiedziałam o wszystkim Benowi.

— Nie martw się — powiedział, łapiąc mnie za rękę.

Nachylił się i w tym momencie mnie pocałował. Poczułam motyle w brzuchu. Na tą chwile czekałam od początku siódmej klasy. Gdy przestaliśmy się całować, przysunęłam się do niego bliżej, położyłam głowę na ramieniu, a on złapał mnie za rękę. Nasze palce się splotły. Oboje patrzyliśmy na fontannę, w której małe strumienie wody spływały po krawędziach ścian w dół. Siedzieliśmy tak długo, aż naszego spokoju nie przerwał Alex.

— Wiedziałem, że będziesz tu z nim. Jak mogłaś! Ja cię tak mocno kocham. Wyznałem ci miłość. — mówił to bardzo donośnym głosem.

— Alex. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Znamy się od dziecka, nie wyobrażam sobie ciebie jako mojego chłopaka. Przepraszam, że cię zraniłam — powiedziałam to ze smutkiem w głosie.

— Alex. Słuchaj kocham Grace i nic tego nie zmieni. Jestem w niej zakochamy po uszy. Nie zrezygnuje z niej. To miłość od pierwszego wejrzenia — Ben mówił to pewnością w głosie.

— Grace, i ty wybierasz chłopaka, którego poznałaś dziś rano? A nie tego którego miałaś na każde zawołanie, każde kiwnięcie palcem? — widziałam, że w tej chwili łzy dopływają mu do oczu.

Było mi go żal, ale niestety był dla mnie tylko i wyłącznie przyjacielem, z którym mogłam porozmawiać o wszystkim. Musiałam go zranić, żeby przez resztę życie nie żałować tej decyzji. I nie wybrałam Bena dlatego, że jest wysoki, przystojny, czy też popularny. Po prostu czułam, że to ten jedyny. Ten z którym chce spędzić resztę mojego życia.

Sie haben % des Buches - eine gratis Leseprobe gelesen. Kaufen Sie das Buch, damit Sie es zu Ende lesen können!

Kaufen Sie das Buch